Final Lap. On the grid #2 - Joanna Świątkowska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Final Lap. On the grid #2 ebook i audiobook

Joanna Świątkowska

4,8

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

312 osoby interesują się tą książką

Opis

Życie Cassiana Ravelle'a od lat toczyło się w rytmie wyścigów samochodowych, pobitych rekordów i zdobywanych tytułów mistrza świata. Formuła 1 była najbardziej pozostałością jego życia. Do czasu trwania, który jest następstwem działania Lilith Rhodes, który jest wyłącznie jego menedżerką, a zamiast tego może się spokojną przystanią, której nigdy nie szukano, oraz inną osobę, z którą myślano sobie życie również poza torem.

Stopniowo Veleno wywołuje coraz większą wściekłość wśród konkurencyjnych firm. Kiedy jeden z nich składa protest dotyczący legalności bolidu, rozpoczynający się dwa, które mogą podważyć wynik końcowy stajni i zagrożenie zdrowotne Cassiana, powracającego do Formuły 1 po dwuletniej historii.

Lilith zaczyna podejrzewać, że za atakami na Veleno może stać się jej ojciec, który powoli wykrywa wpływ, że matka jest podejrzana, ujawniając Cassiana. Lilith musi nastąpić, czy nadal chce być pionkiem w cudzej grze, czy jest gotowa przewrócić całą szachownicę.

Gdy walka o mistrzostwo splata się z rozpowszechnianiem o szerokości i różnym następstwie, oba będą mieć wpływ, że ostatni okrążenia nie da się przejechać samotnie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 308

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 32 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Klaudia BełcikDominik Mironiuk

Oceny
4,8 (6 ocen)
5
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Bookszonki

Nie oderwiesz się od lektury

Idealne zakoczeńczenie, fascynująca i dynamiczna akcja. Nie tylko dla fanów F1💚 Cassian 🫠
Choco1234

Nie oderwiesz się od lektury

Ach w końcu Ależ się działo 😉 No i ten finał - na miarę F1 🩷 Polecam
11
aniapiekut

Dobrze spędzony czas

ale to się dobrze czytało👍
00
Kerii2

Nie oderwiesz się od lektury

super 😁
00



Spis Treści

Co­py­ri­ght1.Dro­gi czy­tel­ni­ku!1. Su­zu­ka2. Pro­test

Co­py­ri­ght © by JO­AN­NA ŚWI­ĄT­KOW­SKA Co­py­ri­ght © by Moje Wy­daw­nic­two All ri­ghts re­se­rved · Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne Re­dak­cja: Bar­ba­ra Wro­na (tekst­na­no­wo.pl) Ko­rek­ta: Agniesz­ka Li­szow­ska Skład i ła­ma­nie tek­stu: K&K De­si­gner Opra­co­wa­nie okład­ki: K&K De­si­gner Po­my­sł na okład­kę: MOJE WY­DAW­NIC­TWO ISBN Pa­pier: 978-83-68837-51-3 ISBN Ebo­ok: 978-83-68837-52-0 ISBN Au­dio: 978-83-68837-53-7

Moje Wy­daw­nic­two

Stro­na: www.mo­je­wy­daw­nic­two.plEma­il: wspol­pra­ca@mo­je­wy­daw­nic­two.plIn­sta­gram: mo­je­wy­daw­nic­twoX: mo­je­wy­daw­nic­twoTik­Tok: moje.wy­daw­nic­twoFa­ce­bo­ok: mo­je­wy­daw­nic­two

Drogi czytelniku!

Za­pra­szamCiędohi­sto­rii, któ­ra to­czy się w świe­cie mo­to­spor­tu. Znaj­dziesz w ksi­ążce spo­ro języ­ka zwi­ąza­ne­go z wy­ści­ga­mi – wy­ja­śnie­nia znaj­dziesz w Słow­nicz­ku na ko­ńcu ksi­ążki. A je­śli chcesz le­piej po­czuć kli­mat, przy­cho­dzę do Cie­bie z wy­jąt­ko­wą play­li­stą!

1. Suzuka

Cassian

Mia­łobyćtakpi­ęk­nie, ale ży­cie po­to­czy­ło się tak jak zwy­kle. Siła ude­rze­nia prze­szła prze­ze mnie ni­czym wy­ła­do­wa­nie elek­trycz­ne. Auto ob­ró­ci­ło się jesz­cze raz, za­nim tyl­ny zde­rzak wal­nął w ban­dę Spo­on. Przez chwi­lę za­pa­no­wa­ła wo­kół mnie kom­plet­na ci­sza, ale hu­cza­ło mi w gło­wie. Za­mro­czy­ło mnie na kil­ka se­kund. Do trze­źwo­ści do­pro­wa­dził mnie ci­chy syk wy­cho­dzący spod ma­ski.

Ser­ce wa­li­ło mi wy­jąt­ko­wo moc­no. Mia­łem wra­że­nie, że roz­sa­dzi mi klat­kę pier­sio­wą. Ręce na­dal za­ci­ska­łem na kie­row­ni­cy. Lek­ko drża­ły mi mi­ęśnie od ad­re­na­li­ny krążącej w ży­łach. Mimo że nie by­łem w bo­li­dzie, za­cho­wa­łem się, jak­bym miał kra­skę w trak­cie wy­ści­gu. Szyb­ko prze­je­cha­łem wzro­kiem po de­sce roz­dziel­czej. Nie świe­ci­ła się żad­na czer­wo­na lamp­ka. Sil­nik zga­sł, ale nie było za­pa­chu pa­li­wa, a ka­bi­na nie wy­pe­łni­ła się dy­mem. Po­dusz­ki po­wietrz­ne nie wy­strze­li­ły, co też było do­brym zna­kiem. Pas bez­pie­cze­ństwa trzy­mał mnie moc­no, ale nie wrzy­nał się w że­bra. Po­ru­szy­łem sto­pa­mi, ręce też były nie­na­ru­szo­ne. Szy­ja sztyw­na, ale nie bo­la­ła. Kręgo­słup wy­da­wał się nie ucier­pieć. Żad­nych ostrych bó­lów, tyl­ko to pie­cze­nie w mi­ęśniach od kontr­ujących ru­chów.

Ży­łem i by­łem w jed­nym ka­wa­łku.

Na­gle ude­rzy­ło jed­nak we mnie inne otrze­źwie­nie.

Li­lith.

Sie­dzia­ła sztyw­no w miej­scu pa­sa­że­ra, za­ci­ska­jąc dło­nie wo­kół sie­dze­nia. Oczy mia­ła sze­ro­ko otwar­te, od­dy­cha­ła szyb­ko, płyt­ko, jak ktoś, kto wła­śnie prze­bie­gł ma­ra­ton. Wy­gląda­ła, jak­by zo­ba­czy­ła śmie­rć na żywo i ta śmie­rć po­kle­pa­ła ją po ra­mie­niu z uśmie­chem.

Kur­wa! Ude­rzy­ło we mnie pier­wot­ne wkur­wie­nie na sa­me­go sie­bie. Chcia­łem jej po­ka­zać mój świat, chcia­łem, aby po­czu­ła to, co sam czu­ję, sie­dząc w pędzącym au­cie, ale nie chcia­łem jej skrzyw­dzić.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – za­py­ta­łem. – Je­steś cała? Coś cię boli?

Nie od­po­wie­dzia­ła od razu. Dała so­bie chwi­lę na oce­nie­nie sy­tu­acji. Wi­dzia­łem, jak prze­ły­ka śli­nę i pró­bu­je uspo­ko­ić od­dech. Za­ci­snęła oczy, jak­by chcia­ła po­ha­mo­wać łzy.

Od­pi­ąłem pas i od­wró­ci­łem się w jej stro­nę.

– Hej, Li­lith – szep­nąłem. – Spójrz na mnie, pro­szę…

W jej oczach była mie­szan­ka stra­chu i wście­kło­ści.

– Ty… ty je­ba­ny idio­to – wy­sy­cza­ła drżącym gło­sem.

Na te sło­wa po­czu­łem we­wnętrz­ną ulgę, któ­ra spo­wo­do­wa­ła, że za­cząłem się śmiać. Opa­rłem czo­ło o kie­row­ni­cę i re­cho­ta­łem jak de­bil po wy­gra­nym ty­tu­le.

– To cię bawi?! Omal nie zgi­nęli­śmy! Je­steś psy­cho­pa­tą, Ra­vel­le!

– Może, ale przy­znaj, że do­brze się ba­wi­łaś.

– Je­steś po­pier­do­lo­ny!

– A ty masz cu­dow­ny głos, kie­dy się drzesz – za­żar­to­wa­łem. – Po­do­ba­ło mi się, jak krzy­cza­łaś moje imię. Po­wtó­rzy­my to? Może w łó­żku!

Nie mo­głem prze­stać się śmiać. Cho­ciaż omal nie zgi­nęli­śmy, a ja nie­mal za­prze­pa­ści­łem swo­ją ka­rie­rę, hi­ste­rycz­nym śmie­chem sta­ra­łem się roz­lu­źnić at­mos­fe­rę.

– Prze­ży­łaś – wy­du­si­łem mi­ędzy ko­lej­ny­mi sal­wa­mi. – Pierw­sza krak­sa i ży­jesz. Wi­taj w klu­bie, no­wi­cjusz­ko.

Spoj­rza­ła na mnie, jak­by mi wy­ro­sła dru­ga gło­wa.

– Ty się śmie­jesz?! – Jej głos na­bie­rał mocy. – Pra­wie stra­ci­łam ży­cie, a cie­bie to bawi?! Gdy­bym nie prze­ży­ła, a ty byś oca­lał, na­wie­dza­ła­bym cię co noc i w ko­ńcu ze­pchnęła ze scho­dów!

Jej po­licz­ki zro­bi­ły się czer­wo­ne. Od­dy­cha­ła ci­ężko, ale wy­da­wa­ła się mimo wszyst­ko spo­koj­niej­sza.

– Hej, za pierw­szym ra­zem na­praw­dę uda­wa­łem – wy­zna­łem, uno­sząc ręce w ge­ście pod­da­nia, choć na­dal się uśmie­cha­łem. – Tym ra­zem Su­zu­ka po­sta­no­wi­ła mi przy­po­mnieć, że nie je­stem nie­śmier­tel­ny.

– Cas­sian – wy­po­wie­dzia­ła z po­wa­gą moje imię. – Nie­na­wi­dzę cię! Je­że­li my­ślisz, że jesz­cze kie­dyś wsi­ądę z tobą do auta, to się zdzi­wisz.

– Będzie ci ci­ężko uni­kać je­żdże­nia ze mną, zwłasz­cza że po­dob­no je­ste­śmy parą.

– Żądam kie­row­cy!

– Tak się skła­da, że masz oso­bi­ste­go kie­row­cę raj­do­we­go w domu.

– Któ­ry omal mnie nie za­bił – fuk­nęła.

W ka­bi­nie zro­bi­ło się ci­cho. Ban­da była po­obi­ja­na, ale nie­prze­bi­ta. Auto sta­ło krzy­wo, ale nie było do­szczęt­nie znisz­czo­ne. Będę mu­siał za­dzwo­nić do ze­spo­łu, żeby przy­sła­li la­we­tę. I do ko­goś, kto po­sprząta ten ba­ła­gan przed nad­cho­dzący­mi se­sja­mi.

Li­lith pró­bo­wa­ła wy­do­stać się z pasa, ale nie tra­fi­ła w klam­rę z po­wo­du trzęsących się dło­ni. W ko­ńcu jej się uda­ło. Otwo­rzy­ła drzwi i pra­wie wy­pa­dła na as­falt. Wy­sia­dłem za­raz za nią, pro­stu­jąc ko­ńczy­ny. Ad­re­na­li­na wci­ąż we mnie bu­zo­wa­ła, ale nie do­zna­łem żad­ne­go uszczerb­ku na zdro­wiu.

Li­lith opa­rła się dło­ńmi o ma­skę.

– Przy­znaj, że ci się po­do­ba­ło.

Nic nie od­po­wie­dzia­ła. Na­wet nie spio­ru­no­wa­ła mnie spoj­rze­niem. Wsu­nąłem dło­nie do kie­sze­ni.

– Okej, może tro­chę prze­gi­ąłem. Prze­pra­szam, że cię wy­stra­szy­łem, bo nie po­wi­nie­nem był tak ci­snąć na dru­gim okrąże­niu. Chcia­łem ci po­ka­zać, co czu­ję, kie­dy je­stem na to­rze.

– Daj mi mi­nu­tę. Jed­ną. Cho­ler­ną. Mi­nu­tę – po­pro­si­ła drżącym gło­sem.

Mil­cze­nie Li­lith było gor­sze od krzy­ku. Unio­sła wzrok i zo­ba­czy­łem ogień w jej oczach. Ru­szy­ła w moją stro­nę. My­śla­łem, że da mi w twarz za to, co jej za­fun­do­wa­łem. Za­nim jed­nak zdąży­łem jak­kol­wiek za­re­ago­wać, za­ci­snęła dło­nie na mo­jej ko­szul­ce, wspi­ęła się na pal­cach i… mnie po­ca­ło­wa­ła.

To nie był de­li­kat­ny ca­łus. Nie było to po­dzi­ęko­wa­nie za to, że omal stra­ci­ła ży­cie. To było na­mi­ęt­ne i go­rące po­łącze­nie ust, obok któ­re­go ża­den fa­cet nie po­wi­nien prze­jść obo­jęt­nie. Przez uła­mek se­kun­dy by­łem kom­plet­nie za­sko­czo­ny, ale za­raz od­da­łem ten po­ca­łu­nek. Chwy­ci­łem ją za kark, przy­ci­ąga­jąc bli­żej i ca­ło­wa­łem bez cie­nia de­li­kat­no­ści. Na­sze języ­ki się ze sobą spo­tka­ły, a z jej ust wy­do­by­ło się ci­che wes­tchnie­nie, jak­by mie­si­ąca­mi cze­ka­ła na ten mo­ment.

Jed­ną dłoń za­ci­snąłem na jej kar­ku, a dru­gą prze­su­nąłem po jej cie­le, za­trzy­mu­jąc na po­ślad­ku. Ude­rzy­ły we mnie wszyst­kie wspo­mnie­nia tam­tej gru­dnio­wej nocy, kie­dy trzy­ma­łem przy so­bie na­gie cia­ło Li­lith. Do­sko­na­le pa­mi­ętam te go­rące czu­ło­ści, sple­cio­ne ze sobą od­de­chy i szep­ty mó­wi­ące, cze­go ocze­ku­je dru­ga stro­na. Po­głębi­łem te­raz po­ca­łu­nek i w tym mo­men­cie Li­lith gwa­łtow­nie się ode mnie od­su­nęła, jak­by do niej do­ta­rło, że jest moją me­na­dżer­ką, a my mie­li­śmy je­dy­nie uda­wać parę.

– Ja… ja prze­pra­szam. Ja nie po­win­nam… ja nie wiem, co ja… To nie… Nie wiem, co mi od­bi­ło…

Nie po­zwo­li­łem jej do­ko­ńczyć. Przy­ci­ągnąłem ją bli­żej sie­bie.

– Za­mknij się – wark­nąłem jej w usta.

Po­ca­ło­wa­łem ją ko­lej­ny raz. Jej prze­pro­si­ny uto­nęły mi­ędzy na­szy­mi od­de­cha­mi, a kie­dy pró­bo­wa­ła się jesz­cze cof­nąć, do­ci­snąłem ją ple­ca­mi do sa­mo­cho­du.

– Prze­stań my­śleć – na­ka­za­łem mi­ędzy po­ca­łun­ka­mi.

Bra­ła nie­rów­no po­wie­trze. Wi­dzia­łem, że my­śli, kal­ku­lu­je, w któ­rą złą stro­nę idzie­my, ale nie po­zwo­li­łem jej na to. Sple­tli­śmy ze sobą na­sze języ­ki, a Li­lith zno­wu wes­tchnęła z za­chwy­tem. Zmie­ni­łem kąt po­ca­łun­ku, a ona moc­niej na­pa­rła na moje cia­ło. Było, kur­wa, ide­al­nie. Na­sze cia­ła ocie­ra­ły się o sie­bie, wsu­nąłem pal­ce w jej wło­sy, a świat się wy­ci­szył.

– Cass…

Za­bie­ra­nie jej na rand­kę było ry­zy­kow­ne, ale nie sądzi­łem, że tak przy­jem­nie ry­zy­kow­ne.

***

Za­mknąłem han­gar i ru­szy­li­śmy w stro­nę mo­je­go auta. Li­lith szła dwa kro­ki przede mną. Nie od­wra­ca­ła się. Nic nie mó­wi­ła. Dło­nie wsu­nęła do kie­sze­ni swo­jej kurt­ki. Ra­mio­na mia­ła spi­ęte. Nie mo­głem po­zwo­lić na to, aby te­raz po­zwo­li­ła so­bie na wy­rzu­ty su­mie­nia. Nie chcia­łem, aby my­śla­ła, że to, co zro­bi­ła, wy­kro­czy­ło poza za­kres jej obo­wi­ąz­ków.

Emo­cje od­zy­wa­ły się we mnie tyl­ko w trak­cie wy­ści­gu. A od kil­ku ty­go­dni, od kie­dy Li­lith za­częła krążyć po mo­jej or­bi­cie, czu­łem coś poza to­rem. Od­czu­wa­łem ra­do­ść, smu­tek, wkur­wie­nie, a cza­sa­mi wzru­sze­nie. Nie sądzi­łem, że je­stem sko­ry do in­nych uczuć niż gniew i po­żąda­nie, a jed­nak. I nie chcia­łem tego tra­cić. Nie chcia­łem tra­cić jej.

– Li­lith?

Nie za­trzy­ma­ła się od razu.

– Li­lith! – po­wtó­rzy­łem ostrzej.

Sta­nęła w miej­scu, ale nie spoj­rza­ła w moją stro­nę. Wpa­try­wa­ła się w mój sa­mo­chód, któ­ry był wi­docz­ny już na ho­ry­zon­cie. Gdy zna­la­złem się przed nią, unio­słem dłoń i do­tknąłem jej po­licz­ka. Był su­chy. Do­brze, przy­naj­mniej nie wy­le­wa­ła łez fru­stra­cji. Wiatr roz­wiał jej wło­sy. Wsu­nąłem je­den ko­smyk za jej ucho.

– Mała, nie ucie­kaj. Nie te­raz.

De­li­kat­nie wtu­li­ła po­li­czek w moją dłoń. To było… nie do opi­sa­nia. Ten czu­ły gest roz­pie­przył mi ser­ce, któ­re za­częło moc­niej bić w mo­jej kla­cie.

– Chy­ba mu­si­my o tym po­ga­dać. Wi­dzę, jak cię to zja­da.

– Ja…

– Li­lith, nie uda­waj, że to się nie wy­da­rzy­ło. Nie ocze­kuj, że ja będę za­cho­wy­wał się tak, jak­by tego po­ca­łun­ku nie było.

– Ale dla cie­bie ta­kie po­ca­łun­ki nic nie zna­czą.

Cel­nie tra­fi­ła.

– Ow­szem, ale z przy­pad­ko­wy­mi la­ska­mi. Ten z tobą zna­czył wi­ęcej niż by się mo­gło wy­da­wać.

Jej oczy się roz­sze­rzy­ły, jak­by nie była pew­na, że te sło­wa na­praw­dę pa­dły z mo­ich ust. Tak, pa­dły i nie chcia­łem ich co­fać.

Prze­su­nąłem dłoń na jej kark i przy­ci­ągnąłem ją bli­żej sie­bie. Moje usta po­now­nie zna­la­zły się na jej. Pie­przyć wszyst­kie za­sa­dy. Pie­przyć umo­wy, ukła­dy, ocze­ki­wa­nia. Kur­wa, pra­gnąłem tej ko­bie­ty. Pra­gnąłem mieć ją przy so­bie, do­ty­kać, roz­ma­wiać i prze­stać uda­wać. Na­praw­dę chcia­łem być z nią w zwi­ąz­ku. Pierw­szym w swo­im ży­ciu.

Li­lith unio­sła dło­nie i owi­nęła je wo­kół mo­jej szyi. Wsu­nąłem język w jej usta, ca­łu­jąc ją na­mi­ęt­nie, nie­mal bez pa­mi­ęci. Przy­ci­ągnąłem jej cia­ło bli­żej sie­bie. Jej usta były mi­ęk­kie, go­rące i nie mo­głem się od nich ode­rwać. Były uza­le­żnia­jące ni­czym ad­re­na­li­na, któ­rą czu­łem na to­rze.

– Cas­sian – wy­szep­ta­ła.

– Nie spie­przę tego, Li­lith – za­pew­ni­łem, bo sam wie­rzy­łem, że ktoś z moją prze­szło­ścią i moim cha­rak­te­rem jest w sta­nie zło­żyć taką obiet­ni­cę i ją do­trzy­mać.

– Czy ty… – Nie do­ko­ńczy­ła i spoj­rza­ła mi w oczy.

– Czy chcę z tobą być? Bez ście­my? Bez uda­wa­nia je­dy­nie przed me­dia­mi, że coś do cie­bie czu­ję? Tak, chcę. I od ty­go­dni sza­le­ję, kie­dy je­steś obok mnie, mała. Mam po­czu­cie, że je­stem trud­ny i być może nie na­da­ję się do dłu­ższej re­la­cji, ale co, je­że­li się mylę, bo ni­g­dy nie pró­bo­wa­łem się na­wet prze­ko­nać? Co, je­że­li ka­żda ko­bie­ta wi­dzia­ła we mnie je­dy­nie na­zwi­sko, pie­ni­ądze, a ty wi­dzisz naj­pierw Cas­sia­na, a do­pie­ro pó­źniej to, co ze sobą nio­sę?

– Je­stem two­ją me­na­dżer­ką.

– I co z tego?! Wi­dzia­łaś, aby było gdzieś za­bro­nio­ne, żeby się ze mną uma­wiać?

– Cass, mie­li­śmy tyl­ko uda­wać. Nie chcę…

– Cze­go nie chcesz, Li­lith?! – spy­ta­łem ostrzej niż po­wi­nie­nem.

Sku­pi­ła na mnie swo­je oczy. Wi­dzia­łem w nich strach, nie­pew­no­ść, ale też de­li­kat­no­ść, któ­rej jesz­cze u niej nie wi­dzia­łem.

– Za­gra­żać two­jej ka­rie­rze. Nie chcę, abyś coś prze­ze mnie stra­cił.

Jej sło­wa we mnie ude­rzy­ły. Wa­ha­ła się nie z po­wo­du tego, jaką mam opi­nię, a tego, że moje emo­cje mogą wpły­nąć na moją ka­rie­rę.

Po­ło­ży­łem dło­nie na jej po­licz­kach i spoj­rza­łem głębo­ko w oczy.

– Ni­cze­mu nie za­gro­zisz. Uwierz mi, bo wiem, co mó­wię. Je­że­li masz od­wa­gę we­jść w to na po­wa­żnie, nie bo­isz się mo­ich hu­mo­rów i mo­je­go tem­pe­ra­men­tu, spró­buj­my.

Nic nie od­po­wie­dzia­ła. Je­dy­nie pa­trzy­ła mi w oczy, a moje ser­ce biło jak sza­lo­ne. Ni­g­dy nie od­sło­ni­łem swo­ich emo­cji tak, jak w tym mo­men­cie. Jej nie­pew­no­ść i ci­sza mnie wy­ka­ńcza­ły.

Li­lith de­li­kat­nie wspi­ęła się na pal­ce i zło­ży­ła na mo­ich war­gach de­li­kat­ne­go ca­łu­sa.

Chy­ba to była jej de­kla­ra­cja.

– Grzecz­na dziew­czyn­ka.

– Za­mknij się – po­ra­dzi­ła mi.

– Na­wet nie wiesz, w co się wpa­ko­wa­łaś, ma­łp­ko – za­śmia­łem się, do­ty­ka­jąc swo­im czo­łem jej.

A bar­dziej to ja nie wiem, w co się wpa­ko­wa­łem. Ale może to i do­brze.

***

Nie­wie­le roz­ma­wia­li­śmy w dro­dze po­wrot­nej. Wje­cha­łem z po­wro­tem na ho­te­lo­wy par­king pod­ziem­ny. Gdy szli­śmy do win­dy, mój te­le­fon za­wi­bro­wał.

Reid:

Mu­si­my po­ga­dać. Mo­żesz przy­jść?

Mia­łem inne pla­ny, ale na dzień przed te­sta­mi wo­la­łem się do­wie­dzieć, co sie­dzi w gło­wie mo­je­go młod­sze­go bra­ta.

– Mu­szę iść do Re­ida. – Po­ka­za­łem jej wia­do­mo­ść.

– Spo­ko. Pój­dę wzi­ąć prysz­nic.

Wy­sia­da­jąc, po­ca­ło­wa­łem ją krót­ko. Smak jej ust i ich cie­pło były jak uza­le­żnia­jący nar­ko­tyk.

Za­pu­ka­łem do drzwi i cze­ka­łem, aż Reid mi otwo­rzy.

– Wy­cho­dzi­łeś? – spy­tał, wi­dząc, że je­stem w kurt­ce.

– Wła­śnie wró­ci­łem – od­po­wie­dzia­łem.

– Gdzie by­łeś? – za­dał ko­lej­ne py­ta­nie, po czym wsze­dł w głąb swo­je­go po­ko­ju.

– Prze­słu­chu­jesz mnie?

Reid par­sk­nął pod no­sem.

– To za­baw­ne, że bra­ter­ski small talk od­bie­rasz jako prze­słu­cha­nie.

Do­strze­głem, że na nie­wiel­kim sto­li­ku ma roz­ło­żo­ny lap­top, obok ta­blet z da­ny­mi po­go­do­wy­mi i mapę toru. Na­dal pra­co­wał. Reid był bar­dzo za­an­ga­żo­wa­ny i czu­łem ogrom­ną wdzi­ęcz­no­ść za to, ile od­da­je sie­bie, aby ze­spół nie za­my­kał staw­ki, a kon­ku­ro­wał z pierw­szą czwór­ką. Mój brat sko­ńczył pra­wo, przez chwi­lę pró­bo­wał pra­co­wać w za­wo­dzie, za­trud­nił się w kan­ce­la­rii w Sta­nach, ale kie­dy przy­szła jego pierw­sza spra­wa, a on prze­stał być chłop­cem od po­da­wa­nia kawy, za­częły się moje pro­ble­my z Fer­ra­ri i prze­bąki­wa­łem, że chcę mieć wła­sny ze­spół. Rzu­cił ro­bo­tę w kan­ce­la­rii i za­czął się do­kszta­łcać z kor­po­ra­cyj­nych krucz­ków FIA. Kie­dy rzu­ci­łem Fer­ra­ri, był go­to­wy, aby sta­nąć na cze­le mo­jej eki­py.

– Przy­szły ak­tu­ali­za­cje po­go­do­we. Tu­tej­sze wa­run­ki zmie­nia­ją się jak w ka­lej­do­sko­pie. Te­sty su­che. Kwa­li­fi­ka­cje su­che. Ule­wa w dniu wy­ści­gu.

– I dla­te­go mnie ści­ągnąłeś? Nie mo­głeś wy­słać mi tego wia­do­mo­ścią?

– Ma­son roz­wa­ża zmia­nę w tyl­nym za­wie­sze­niu.

Zer­k­nąłem na dane. Czy­ta­łem je szyb­ko, a kie­dy się z nimi za­po­zna­łem, po­kręci­łem gło­wą.

– Nie, stra­ci­my sta­bil­no­ść w pierw­szym sek­to­rze.

– Tyl­ko Ma­son uwa­ża, że zy­skasz na wy­jściu ze Spo­on – od­bił.

– Kosz­tem ba­lan­su w Es­ses – wark­nąłem. – Jed­na nie­po­trzeb­na zmia­na i auto za­cznie pły­wać.

Nie zgo­dził się ze mną. Wi­dzia­łem to po jego oczach. Reid wie­le cza­su po­świ­ęcił, aby le­piej zro­zu­mieć bo­lid i cały ten po­li­tycz­ny cyrk. Na­uczył się ro­zu­mieć dane, mapy, ale wci­ąż nie miał tego do­świad­cze­nia co ja. Był cza­ro­dzie­jem, dla mnie nie do za­stąpie­nia, ale to ja sie­dzia­łem w bo­li­dzie. To ja czu­łem auto i ja ko­ry­go­wa­łem błędy na ży­wym or­ga­ni­zmie.

– To mój ze­spół, Cass, i mu­szę my­śleć…

Za­śmia­łem mu się w twarz, za­kła­da­jąc ra­mio­na na pier­si.

– Nasz ze­spół! – po­wie­dzia­łem do­sad­nie. – To ja wy­ło­ży­łem kupę szma­lu na to, aby Ve­le­no po­wsta­ło. Je­steś wła­ści­cie­lem, bo mu­sie­li­śmy to ład­nie sprze­dać, ale to ja bu­du­ję bo­lid. To ja sie­dzę z in­ży­nie­ra­mi i de­cy­du­ję o częściach, któ­re mają spro­wa­dzać me­cha­ni­cy. To ja ci po­wie­dzia­łem, że ku­pi­my sil­nik od Mer­ce­de­sa. To ja ci po­wie­dzia­łem… wszyst­ko, a ty ro­bisz z bo­li­dem to, co ci po­le­cę. Nie wpier­da­lam się do po­li­ty­ki, do two­ich ko­la­cy­jek z FIA, roz­mów ze spon­so­ra­mi, któ­rych no­ta­be­ne sam ci wska­za­łem, dla­te­go ty nie wpier­da­laj się do mo­jej jaz­dy. Nie zga­dzam się na żad­ne usta­wie­nia bo­li­du, bo to ja będę za­pier­da­lał w desz­czu, a nie ty.

Reid był ode mnie ła­god­niej­szy. Wci­ąż się uczył i nie chciał wy­jść na głup­ka, dla­te­go w tym mo­men­cie wie­dział, że nie ma sen­su się ze mną kłó­cić, bo wszyst­ko, co po­wie­dzia­łem, było praw­dą.

Opa­dłem na ka­na­pę, za­rzu­ca­jąc pra­wą kost­kę na lewe udo.

– Sko­ro już spa­cy­fi­ko­wa­łeś moją su­ge­stię, nic wi­ęcej od cie­bie nie chcę.

Ura­zi­łem go, ale nie przej­mo­wa­łem się tym. Przej­dzie mu, kie­dy w nie­dzie­lę na wła­sne oczy zo­ba­czy, że to ja mia­łem ra­cję.

– Ale ja mam do cie­bie spra­wę.

Za­pew­ne sądził, że za­mie­rzam się sprze­czać o ja­kieś głu­po­ty.

– Spo­ty­kam się z Li­lith – wy­zna­łem.

Reid przy­tak­nął, bo my­ślał, że to tyl­ko wstęp. Przy­po­mnie­nie tego, że uda­je­my parę, aby Ve­le­no do­brze się kli­ka­ło w me­diach.

Za­śmia­łem się.

– Nie za­ja­rzy­łeś, praw­da?

Spoj­rzał na mnie i wi­dzia­łem, jak na jego twa­rzy ma­lu­ją się ró­żne emo­cje. Za­częło do nie­go do­cie­rać, o co na­praw­dę mi cho­dzi­ło.

– Słu­cham?!

– Sły­sza­łeś, spo­ty­ka­my się – po­wtó­rzy­łem.

– Prze­cież usta­li­li­śmy, że tyl­ko pod me­dia…

– Tak, usta­li­li­śmy, ale nie wy­szło – stwier­dzi­łem, za­rzu­ca­jąc ra­mię na opar­cie.

– Chcesz mi wła­śnie po­wie­dzieć – po­chy­lił się, wbi­ja­jąc łok­cie w uda – że je­ste­ście z Li­lith parą? Taką praw­dzi­wą parą? Je­steś jej chło­pa­kiem, a ona two­ją dziew­czy­ną?! Cho­dzi­cie za rącz­kę, spi­ja­cie so­bie z dziub­ków czu­łe słów­ka i pla­nu­je­cie wspól­ne wa­ka­cje?!

Reid w tym mo­men­cie wy­glądał nie­mal jak na­sza mat­ka. Był do niej po­dob­ny. Miał jej ła­god­ne spoj­rze­nie. Ja by­łem czy­stym oj­cem. I nie­ste­ty po­tra­fi­łem mieć rów­nie sil­ną i bez­względ­ną rękę co on, ale ni­g­dy nie pod­nió­słbym jej na moją ro­dzi­nę.

– Może nie do ko­ńca wy­gląda to tak, jak wy­re­cy­to­wa­łeś, ale już nie uda­je­my.

– A po­my­śla­łeś, co się sta­nie, je­śli w ko­ńcu nie wy­trzy­ma i odej­dzie? Nie tyl­ko od cie­bie jako dziew­czy­na, ale też jako two­ja me­na­dżer­ka. I wy­obraź so­bie, że robi to w po­ło­wie se­zo­nu. Co wte­dy, Ro­meo?

– Od kie­dy na wstępie za­kła­dasz naj­gor­sze?

– Od kie­dy nie je­steś pe­sy­mi­stą? – od­bił. – Lu­bię Li­lith. Jest am­bit­na, pra­co­wi­ta, ogar­nia me­dia, spon­so­rów, kry­zy­sy. Ma do cie­bie po­de­jście, bo ewi­dent­nie się jej słu­chasz, a ja już wiem, że słu­cha­łeś się, bo mia­łeś z tego ko­rzy­ści.

– Sy­pia­my w jed­nym łó­żku, ale Li­lith nie za­my­ka mi mor­dy sek­sem. Jesz­cze.

Reid wy­glądał, jak­by po­trze­bo­wał moc­ne­go drin­ka. Pod­nió­sł się z ka­na­py i pod­sze­dł do mini bar­ku po bu­te­lecz­kę whi­sky. Wlał jej do szkla­necz­ki i wy­pił za­war­to­ść jed­nym hau­stem. Po­tra­fi­łem roz­wa­lić świa­to­po­gląd mo­je­go bra­ta w mniej niż mi­nu­tę.

– Słu­chaj, ko­cham cię! Wiesz, że chcę dla cie­bie nie­mal ide­al­ne­go ży­cia. Po­sta­wi­li­śmy wszyst­ko na Ve­le­no. Chcę, abyś był szczęśli­wy, abyś prze­stał być sa­mot­nym wil­kiem i w ko­ńcu po­znał ko­bie­tę, któ­ra coś dla cie­bie zna­czy, no i byś miał do kogo wra­cać, ale… aku­rat w naj­bar­dziej de­cy­du­jącym se­zo­nie two­jej ka­rie­ry?!

– Do cze­go zmie­rzasz? – spy­ta­łem ostro.

– Wiem, że ko­bie­ty po­tra­fią roz­pra­szać. I wiem, jak dzia­ła­ją na cie­bie. Nie chcę, że­byś na­gle za­an­ga­żo­wał się po uszy w re­la­cję z Li­lith i za­czął ba­wić się w do­bre­go fa­ce­ta, któ­ry pla­nu­je przy­szło­ść u boku swo­jej me­na­dżer­ki, za­miast sku­pić się na se­zo­nie. Ja­sne?!

Reid był ła­god­niej­szy, ale po­tra­fił też dać w mor­dę.

– Nie pier­dol! Po­tra­fię od­dzie­lić moje ży­cie pry­wat­ne od za­wo­do­we­go!

– Do­praw­dy? A ile razy wsia­da­łeś wkur­wio­ny do bo­li­du, ja­dąc na gra­ni­cy bez­pie­cze­ństwa, bo wku­rzy­ło cię ze­bra­nie z sze­fo­stwem? Se­rio, jak po­kłó­cisz się z Li­lith, po­wie­cie so­bie coś przy­kre­go, będziesz w sta­nie wsi­ąść do auta i po pro­stu się wy­łączyć?

Mil­cza­łem, bo aku­rat tu­taj miał ra­cję. Jesz­cze się nie po­żar­li­śmy i nie mo­głem wie­dzieć, jak­bym za­re­ago­wał, a praw­do­po­dob­nie bym ko­goś roz­je­bał na to­rze.

– Mało tego, Cass, masz cho­ler­nie nie­bez­piecz­ny za­wód. Po­kłó­cisz się z Li­lith, po­wiesz jej coś ra­ni­ące­go, ona od­wdzi­ęczy ci się tym sa­mym. Po­tem wy­je­dziesz na tor, zda­rzy się wy­pa­dek i co wte­dy?! Na­praw­dę chcesz, żeby mu­sia­ła żyć ze świa­do­mo­ścią, że wa­sza ostat­nia roz­mo­wa za­ko­ńczy­ła się kłót­nią? Że jed­no z was po­wie­dzia­ło dru­gie­mu coś okrop­ne­go? A co gor­sza, żeby do ko­ńca ży­cia ob­wi­nia­ła się za to, że to przez tę kłót­nię stra­ci­łeś kon­cen­tra­cję i mia­łeś wy­pa­dek, z któ­re­go nie wy­sze­dłeś w jed­nym ka­wa­łku?

Roz­je­bał mnie. Za­mknął mi mor­dę po raz pierw­szy w ży­ciu. Po raz pierw­szy wy­grał ze mną sprzecz­kę. Nie mia­łem ar­gu­men­tu. Wie­dzia­łem, że coś ta­kie­go może się wy­da­rzyć. Cho­ćby w nad­cho­dzącą nie­dzie­lę. Ka­żde te­sty, kwa­li­fi­ka­cje czy wy­ścig mo­gły być dla mnie tymi ostat­ni­mi, a awan­tu­ra przy mo­jej nie­wy­pa­rzo­nej gębie była wi­ęcej niż pew­na.

– Nie mogę ci za­bro­nić zwi­ąz­ku z Li­lith. Za­wsze chcia­łem, aby ktoś w ko­ńcu się prze­bił przez te wszyst­kie two­je mury, ale boję się, że to uczu­cie, z tą ko­bie­tą i w tym se­zo­nie, coś znisz­czy, a ra­czej ko­goś.

Chcia­łem mu po­wie­dzieć, że wiem, co ro­bię, ale nie do ko­ńca mo­głem. To była moja pierw­sza po­wa­żna re­la­cja z ko­bie­tą. I cho­ciaż wie­dzia­łem, że wie­le rze­czy może pó­jść nie tak, chcia­łem za­ry­zy­ko­wać. Na­wet sa­mot­ny wilk w ko­ńcu chce mieć swo­je stad­ko, do któ­re­go może wró­cić.

***

Wy­ścig. I to w desz­czu.

Tor był wil­got­ny. Mżaw­ka, któ­ra na ra­zie nie była pro­ble­mem, nie­ba­wem mia­ła stać się ule­wą, któ­ra będzie sta­no­wi­ła pro­blem dla po­ło­wy staw­ki. Star­to­wa­łem z P2. Przede mną był je­dy­nie Max, ale się nie przej­mo­wa­łem. Mia­łem na nie­go plan. Nie po to wró­ci­łem z eme­ry­tu­ry i nie po to zbu­do­wa­li­śmy Ve­le­no od zera, że­bym dziś pa­trzył na czy­jeś tyl­ne skrzy­dło i za­do­wa­lał się dru­gim stop­niem na po­dium. Je­cha­łem po zwy­ci­ęstwo.

Me­cha­ni­cy krząta­li się wo­kół auta. Ma­son spraw­dzał ostat­nie dane. Wy­ci­szy­łem się i sku­pi­łem się na naj­bli­ższych okrąże­niach. Mój brat stał obok sze­fa me­cha­ni­ków i do­glądał ich od­pra­wy.

Na­gle do ga­ra­żu we­szła Li­lith. Jej roz­pusz­czo­ne wło­sy były dzi­siaj bar­dziej fa­lu­jące za spra­wą wil­go­ci na to­rze. Za­ło­ży­ła na ra­mio­na skó­rza­ną kurt­kę, któ­ra i tak mnie nie po­wstrzy­ma­ła przed ga­pie­niem się na gor­se­to­wą bra­let­kę pod spodem, ob­szy­tą na kra­ńcach zmy­sło­wą ko­ron­ką. Pas jej ta­lii był nie­co od­sło­ni­ęty. Po raz pierw­szy wi­dzia­łem ją w spodniach. Za­ło­ży­ła ta­kie z czar­ne­go ma­te­ria­łu, z lu­źniej­szy­mi no­gaw­ka­mi i wy­so­kim sta­nem. Mar­ko­wy pa­sek prze­ło­ży­ła przez szluf­ki. Jej nogi były cho­ler­nie dłu­gie w tych spodniach, a ca­ło­ść do­pe­łni­ła szpil­ka­mi.

Ode­pchnąłem się od skrzyń z na­rzędzia­mi, o któ­re się opie­ra­łem, i po­sze­dłem w jej stro­nę, czu­jąc, że za­czy­nam mieć pro­blem. Ostat­nie dwa dni sku­pia­łem się na te­stach, bo­li­dzie, tre­nin­gach, a na­sze spo­tka­nia od­by­wa­ły się głów­nie wie­czo­ra­mi, kie­dy ona wra­ca­ła ze swo­ich spo­tkań, a ja ze swo­ich. Wy­mie­nia­li­śmy je­dy­nie szyb­kie po­ca­łun­ki. Na­wet dzi­siaj rano, kie­dy my­śla­łem, że we­zmę z nią wspól­ny prysz­nic, jesz­cze spa­ła, a ja nie chcia­łem być ego­istą, dla­te­go jej nie bu­dzi­łem.

Li­lith sta­nęła przy mnie, a ja przy­ci­ągnąłem ją moc­niej do sie­bie. Moje ra­mię wy­lądo­wa­ło na jej bar­kach, przy­ci­ska­jąc nie­co jej wło­sy. Li­lith ostro­żnie przy­ło­ży­ła dłoń do mo­jej klat­ki pier­sio­wej, a ja na­chy­li­łem się, aby ją nie­spiesz­nie po­ca­ło­wać. Nie za­mie­rza­łem jej ukry­wać, ani tego, że Ra­vel­le na­praw­dę pró­bu­je uło­żyć so­bie z kimś ży­cie. Reid po­wie­dział na te­stach PR-owi, że mi­ędzy nami na­praw­dę za­iskrzy­ło. Nie było mnie przy tym, ale po­dob­no pia­li z za­chwy­tu i za­częli pla­no­wać ślub de­ka­dy. Jaka szko­da – nie wie­dzia­łem, że mam w pla­nach oświad­czy­ny.

– Cze­ść, pi­ęk­na – wy­mru­cza­łem jej w usta.

– Skup się – na­ka­za­ła. – Masz wy­ścig.

– Te­raz mam ko­bie­tę – od­bi­łem. – Wy­ścig jesz­cze się nie za­czął.

Lek­ko wy­wró­ci­ła ocza­mi, ale moc­niej wtu­li­ła cia­ło w mój bok.

– W spodniach jesz­cze cię nie wi­dzia­łem.

– Mam owi­ni­ęte ko­la­no pla­stra­mi roz­grze­wa­jący­mi, a chcia­łam to ukryć, więc spodnie były je­dy­nym wy­jściem na dzi­siaj.

– Moc­no ci do­ku­cza?

– Go­rzej, na­pier­da­la – od­po­wie­dzia­ła, si­ląc się na uśmiech.

Li­lith była twar­da. Nie lu­bi­ła li­to­ści ani tego, gdy ktoś py­tał, jak się czu­je albo czy po­trze­bu­je po­mo­cy. Wie­dzia­łem jed­nak, że cier­pi. Pla­stry przy­no­si­ły jej nie­co ulgi i na pierw­szy rzut oka trud­no było do­strzec, ja­kie­go bólu do­świad­cza. Wy­star­czy­ło jed­nak spoj­rzeć na jej po­sta­wę, by za­uwa­żyć, że cały ci­ężar cia­ła opie­ra na pra­wej no­dze. Lewą mia­ła zgi­ętą w ko­la­nie i wy­su­ni­ętą o krok do tyłu.

Prze­su­nąłem dłoń z jej ra­mie­nia na kark, wsu­wa­jąc ją pod jej wło­sy. Po­chy­li­łem się i po­ca­ło­wa­łem ją w czu­bek gło­wy.

– Moja oso­bi­sta po­go­dyn­ka – za­śmia­łem się w jej wło­sy.

Ma­son sze­dł w na­szą stro­nę. Na te­stach i kwa­li­fi­ka­cjach Li­lith nie spędza­ła dużo cza­su w ga­ra­żu, bo mia­ła co in­ne­go do ro­bo­ty. Jed­nak dzi­siaj kle­ili­śmy się do sie­bie bar­dziej niż zwy­kle. Na­sza bli­sko­ść nie uszła jego ana­li­tycz­ne­mu spoj­rze­niu.

– Moja oso­bi­sta po­go­dyn­ka po­twier­dza opa­dy – rzu­ci­łem do Ma­so­na.

Spoj­rzał na nas, pró­bu­jąc po­skła­dać so­bie w lo­gicz­ną ca­ło­ść to, co wi­dzi.

– Przy­jąłem – od­pa­rł roz­ba­wio­ny. – Chce­cie mi o czy­mś po­wie­dzieć? – Prze­sko­czył wzro­kiem z Li­lith na mnie.

Za ple­ca­mi Ma­so­na prze­cho­dził wła­śnie mój brat. Nie za­trzy­mał się, ani na­wet nie spoj­rzał w na­szą stro­nę. Rzu­cił tyl­ko przez ra­mię, to­nem aż na­zbyt swo­bod­nym:

– Prze­sta­li uda­wać. Za­iskrzy­ło na po­wa­żnie.

Mina Ma­so­na była bez­cen­na. Obo­je z Li­lith za­częli­śmy się śmiać, bo Ma­son wy­glądał, jak­by wła­śnie na­wie­dził go Duch Świ­ęty.

– Ma­son, skup się na au­cie – po­ra­dzi­łem.

– Z przy­jem­no­ścią. – Za­wi­nął się na pi­ęcie i wró­cił do swo­ich da­nych.

Li­lith prze­je­cha­ła dło­nią po mo­jej kla­cie. Spoj­rza­łem jej w oczy, w któ­rych cza­ił się ten nie­bez­piecz­ny ognik.

– Chcesz mi się z cze­goś wy­tłu­ma­czyć?

Wi­dzia­łem po jej oczach, że nie ocze­ku­je wy­ja­śnień do­ty­czących tem­pa ani stra­te­gii do­bo­ru opon na dzi­siej­szy wy­ścig.

– Z cze­go do­kład­nie? – spy­ta­łem z nie­win­no­ścią w gło­sie.

– Nie po­wie­dzia­łeś na kon­fe­ren­cji cze­goś, no nie wiem… głu­pie­go?

Uda­łem, że się za­sta­na­wiam, wra­ca­jąc pa­mi­ęcią do kon­fe­ren­cji, po czym za­prze­czy­łem.

– A kie­dy dzien­ni­karz za­py­tał cię, czy bie­rzesz pod uwa­gę pierw­szą po­ra­żkę w se­zo­nie, nie od­po­wie­dzia­łeś przy­pad­kiem… i po­zwól, że cię za­cy­tu­ję: „Za­py­taj Fer­ra­ri, jak to jest prze­gry­wać, bo w tym se­zo­nie prze­gry­wa­ją ka­żdy wy­ścig”?

Uda­łem nie­wi­ni­ąt­ko.

– Po­wie­dzia­łem coś ta­kie­go?!

– Cas­sian! To było cham­skie! A ja te­raz mu­szę się tłu­ma­czyć, że nie mia­łeś na my­śli tego…

– …co mia­łem na my­śli – do­ko­ńczy­łem.

– Wiesz, że te­raz po­ło­wa wło­skich me­diów chce two­jej gło­wy? A dru­ga po­ło­wa będzie to ci­ągnąć przez naj­bli­ższe dni?!

– Przy­naj­mniej nie będą się nu­dzić.

– Cas­sian, re­pre­zen­tu­jesz nie tyl­ko sie­bie, ale też Ve­le­no, spon­so­rów i cały ze­spół! Nie mo­żesz w ka­żdym wy­wia­dzie je­chać po swo­jej eks staj­ni. Na­wet mi­ędzy wier­sza­mi.

Wście­ka­ła się na mnie, bo jej za­le­ża­ło. Wie­dzia­łem to i wi­dzia­łem na wła­sne oczy.

– Mo­głeś ująć to ina­czej.

– Mo­głem – zgo­dzi­łem się od razu. – Ale wte­dy nie by­łbym sobą.

Spoj­rza­łem w jej oczy, do­strze­ga­jąc iry­ta­cję, ale też coś no­we­go. Ak­cep­ta­cję fak­tu, że ja ni­g­dy nie po­wiem tyl­ko tego, co będzie do­bre dla mo­je­go wi­ze­run­ku. Ka­żdy, kto zada mi py­ta­nie, do­sta­nie bru­tal­nie szcze­rą od­po­wie­dź.

Li­lith nie ci­ągnęła te­ma­tu. Wie­dzia­ła, że w kwe­stii ob­ra­ża­nia Fer­ra­ri ze mną nie wy­gra.

***

Do wy­ści­gu zo­sta­ło ostat­nie osiem mi­nut. Sta­łem już na gri­dzie. Max roz­ma­wiał ze swo­im in­ży­nie­rem. Tłum wo­kół nas ro­bił się co­raz gęst­szy. Ce­le­bry­ci, któ­rzy przy­cho­dzi­li tu­taj dla lan­su, nie­mal pa­ko­wa­li się nam do bo­li­dów. Chwa­ła temu, kto wy­my­ślił ochron­ne ba­rier­ki, któ­re chro­ni­ły na­sze cac­ka. Spoj­rza­łem na Hay­de­na na P3. Zmru­żył oczy, a ja szcze­rze się do nie­go uśmiech­nąłem. Od rana miał mnie na ce­low­ni­ku. W trak­cie hym­nu ob­da­rzył mnie tak mor­der­czym spoj­rze­niem, że przez chwi­lę się za­sta­no­wi­łem, czy nie ob­ra­zi­łem w ja­kiś spo­sób ja­po­ńskich ofi­cje­li. Nie mia­łem ocho­ty do­wia­dy­wać się na kil­ka mi­nut przed wy­ści­giem, co go dzi­siaj ugry­zło.

Wa­lić to! Nie da mi to spo­ko­ju! Ru­szy­łem w jego stro­nę, bo cie­ka­wo­ść wzi­ęła górę.

– Co się dzie­je?

– Ty mi po­wiedz – od­bił.

– Nie mam ocho­ty na te za­ba­wy przed wy­ści­giem, Da­ven­port.

– Wi­dzia­łem cię z Li­lith, jak ca­ło­wa­li­ście się mi­ędzy opo­na­mi. I nie, nie wy­gląda­ło to na wasz te­atrzyk – wy­mru­czał, a jego mi­ęśnie na szczęce moc­no się za­ci­snęły.

– Masz ja­kiś pro­blem z tym, że ca­łu­ję się z two­ją sio­strą?

Zbli­żył się do mnie, a był pięć cen­ty­me­trów ni­ższy.

– Mam pro­blem z tym, że cię znam i wiem, jak to się może sko­ńczyć. Rzu­cić ci za­ko­ńcze­niem w twarz? Li­lith na­praw­dę się za­an­ga­żu­je, za­ko­cha się, a ty ją zo­sta­wisz i zdra­dzisz. Sta­ry, ko­cham cię jak bra­ta, ale ona też jest dla mnie wa­żna! Pierw­szy raz w ży­ciu mam ro­dzi­nę, któ­rą in­te­re­su­je, czy wszyst­ko u mnie w po­rząd­ku.

Wkur­wia­ło mnie to, bo wszy­scy za­kła­da­li, że skrzyw­dzę Li­lith i roz­je­bię jej ży­cie, a do tego se­zon i swo­ją ka­rie­rę. Fakt, ostat­nio się nie po­pi­sa­łem, choć nikt nie mógł wie­dzieć, że nie­mal roz­je­ba­łem nas o ban­dę. Mia­ło to po­zo­stać na­szą ta­jem­ni­cą. Po­mi­ja­jąc jed­nak ten drob­ny in­cy­dent, na­praw­dę mi za­le­ża­ło, aby Li­lith była bez­piecz­na i szczęśli­wa.

– Uwierz mi, Hay­den, ona jest dla mnie na­praw­dę wa­żna – po­wie­dzia­łem ostro.

Nie od­po­wie­dział, bo w po­bli­żu po­ja­wił się Pier­re. A do­kład­nie do­ta­rł do nas z P5, z któ­re­go dzi­siaj star­to­wał. Za­rzu­cił nam ra­mio­na na bar­ki. Był w eu­fo­rii.

– Mamy desz­czyk, pa­no­wie! A wie­cie, co to ozna­cza?! – spy­tał, ale nie dał nam od­po­wie­dzieć. – W desz­czu je­stem żabą, któ­ra ska­cze szyb­ciej! No cóż, po­wo­dze­nia.

Pier­re i jego żar­ty z fran­cu­skie­go po­cho­dze­nia. Spoj­rza­łem na Hay­de­na, któ­ry na ten mo­ment mu­siał odło­żyć mor­do­wa­nie mnie wzro­kiem. Nie sko­ńczy­li­śmy roz­mo­wy, ale wie­dzie­li­śmy, że wró­ci­my do niej po wy­ści­gu.

Pod­sze­dłem do mo­je­go bo­li­du. Wsu­nąłem się do kok­pi­tu i przez kil­ka se­kund mia­łem wra­że­nie, jak­bym za­my­kał się w swo­im wła­snym świe­cie, nie­do­stęp­nym dla ni­ko­go in­ne­go. Mak­sy­mal­ne sku­pie­nie. Słu­chaw­ki, kask, HANS, pasy. Za­ci­snąłem dło­nie na kie­row­ni­cy. Pas sze­ścio­punk­to­wy za­ko­twi­czył mnie w miej­scu tak moc­no, że czu­łem, jak wbi­ja mi się w skó­rę. Me­cha­nik po­chy­lił się nade mną, klep­nął mnie w kask i przez chwi­lę zo­ba­czy­łem jego oczy za wi­zje­rem. Unio­słem kciuk w jego stro­nę. By­łem go­to­wy.

Nad to­rem wi­sia­ły ci­ężkie, gra­fi­to­we chmu­ry. Deszcz nie pyta, czy może przy­jść, on nad­cho­dzi. Pierw­sze moc­niej­sze kro­ple za­częły ude­rzać o kar­bon, kask, as­falt. Spoj­rza­łem przed sie­bie. Wi­docz­no­ść zda­wa­ła się po­gar­szać z ka­żdą chwi­lą.

– Ra­dio check – usły­sza­łem Ma­so­na.

– Sły­szę cię – od­po­wie­dzia­łem.

– Wa­run­ki się po­gar­sza­ją. Wy­gra­na jest wa­żna, ale pa­mi­ętaj, nie za cenę ży­cia.

Nie od­po­wie­dzia­łem. By­łem pe­wien, że Reid ka­zał mi to prze­ka­zać.

Wy­ścig za­po­wia­dał się na je­den wiel­ki cha­os, ale ja go lu­bi­łem. Kie­dy staw­ka za­czy­na­ła pa­ni­ko­wać, ko­rzy­sta­łem na tym. Me­cha­ni­cy krząta­li się jesz­cze wo­kół mnie. Ko­lej­ni ski­nęli mi gło­wą, ży­cząc po­wo­dze­nia, a inni po­ka­zy­wa­li unie­sio­ne pal­ce. To była ich mo­dli­twa przed woj­ną, któ­ra cze­ka­ła nas wszyst­kich.

Max stał na P1. Sza­no­wa­łem go, ale dzi­siaj był prze­szko­dą do wy­eli­mi­no­wa­nia. Hay­den na P3 był wku­rzo­ny, na­pom­po­wa­ny jak bul­te­rier spusz­czo­ny z ła­ńcu­cha. Będzie chciał mnie do­je­chać za Li­lith. Pier­re na P5 uwa­żał, że le­piej je­ździ w desz­czu.

To się jesz­cze oka­że.

Thia­go ru­szył z P7. Dru­gi kie­row­ca Ve­le­no miał dzi­siaj jed­no za­da­nie: do­je­chać i nie spier­do­lić.

Za­ci­snąłem dło­nie na kie­row­ni­cy. Deszcz przy­brał na sile. Za­częli­śmy okrąże­nie for­ma­cyj­ne. Roz­grze­wa­łem koła, ro­bi­łem zyg­za­ki, spraw­dza­łem ha­mul­ce. Wszyst­ko dzia­ła­ło ide­al­nie. Z ka­żdym wy­ści­giem bo­lid pro­wa­dził się co­raz le­piej, a ulep­sze­nia pla­no­wa­ne na Imo­lę mia­ły spra­wić już te­raz, że ten bo­lid będzie nie­po­ko­na­ny. Dzi­siaj jed­nak wy­star­czy­ło nie spie­przyć żad­ne­go okrąże­nia, a me­cha­ni­cy pit sto­pu, i była szan­sa na to, by osi­ągnąć ko­lej­ne zwy­ci­ęstwo.

Wró­ci­łem na P2. Ostat­nie chwi­le przed wy­ści­giem to tyl­ko ja, moje ser­ce i mak­sy­mal­na kon­cen­tra­cja. Ca­łko­wi­cie wy­łączy­łem gło­wę ze wszyst­kie­go, co nie jest to­rem ani ry­wa­lem przede mną i za mną.

Świa­tła zga­sły.

Start!

Auto wy­strze­li­ło z pola star­to­we­go. Deszcz lał, ude­rza­jąc w bo­lid i mój kask. Wi­docz­no­ść była co­raz gor­sza. Je­cha­li­śmy nie­mal na oślep, wi­dząc tyl­ko roz­ma­za­ne punk­ty świa­teł bo­li­du przed nami, ale w ta­kim cha­osie czu­łem się jak w domu. Ucie­kłem w ko­ńcu z pie­kła i to w nim naj­le­piej mi się ta­ńczy­ło.

Max przede mną bro­nił środ­ka toru. We­szli­śmy w pierw­szy za­kręt nie­mal koło w koło. Pó­źne ha­mo­wa­nie. Czu­łem, jak tył lek­ko ucie­kł, ale opa­no­wa­łem auto. Pierw­sze okrąże­nie było dość pro­ble­ma­tycz­ne, bo woda roz­bry­zgi­wa­na spod kół za­sła­nia­ła wszyst­ko. Kie­row­cy wal­czy­li nie tyl­ko ze sobą, ale też z opa­da­mi, wła­snym in­stynk­tem sa­mo­za­cho­waw­czym i opo­na­mi. W lu­ster­ku wi­dzia­łem, że ko­muś za­blo­ko­wa­ły się koła i wpa­dł na in­ne­go kie­row­cę. Dwa bo­li­dy zna­la­zły się poza to­rem, a do­pie­ro prze­kro­czy­li­śmy pierw­szy za­kręt. Wie­dzia­łem, że będzie jesz­cze cie­ka­wiej.

In­te­ry trzy­ma­ły się le­piej niż za­kła­da­li­śmy. Czu­łem ka­żdy mi­li­metr przy­czep­no­ści. Ka­żdy uślizg był prze­ze mnie kon­tro­lo­wa­ny, choć przy­po­mi­na­ło to ta­niec na lo­dzie. Na pi­ątym okrąże­niu deszcz się na­si­lił. Przed­nie skrzy­dło za­częło zbie­rać wodę i bry­zga­ło nią na boki. Auto zro­bi­ło się ci­ęższe.

– Cass, za­czy­na­my roz­wa­żać pe­łne desz­czów­ki – ode­zwał się Ma­son.

– Jesz­cze nie – od­bi­łem na­tych­miast. – Jest za wcze­śnie.

To ja je­cha­łem tym au­tem. To ja je czu­łem. Wie­dzia­łem, co ro­bię, cho­ciaż nie raz mój ze­spół uwa­żał, że ro­bię zbyt sza­lo­ne i nie­bez­piecz­ne rze­czy. Mo­żli­we, ale kto by ich tam słu­chał?

– Ró­żni­ca do P1 to dzie­wi­ęć dzie­si­ątych – in­for­mo­wał Ma­son na bie­żąco.

– Zaj­mę się tym.

Na pi­ęt­na­stym okrąże­niu za­częły się pierw­sze zjaz­dy. Kil­ku kie­row­ców spa­ni­ko­wa­ło. Za­ło­ży­li już pe­łne desz­czów­ki.

– Cass, czy mó­głbyś roz­wa­żyć box? – usły­sza­łem w słu­chaw­ce.

Par­sk­nąłem pod no­sem i rzu­ci­łem:

– Za dwa okrąże­nia.

– Ła­skaw­ca.

Uwiel­bia­łem moją re­la­cję z Ma­so­nem. Po­wi­nie­nem słu­chać in­ży­nie­ra, sze­fa ze­spo­łu, ale w tym ze­spo­le wie­dzie­li, że wi­ęk­szo­ść de­cy­zji zwi­ąza­nych z jaz­dą i stra­te­gią nie leżą w ich ge­stii, lecz na­le­żą do mnie.

Woda znaj­du­jąca się na to­rze ge­ne­ro­wa­ła oka­zję do ewen­tu­al­ne­go wy­pad­ku. Sa­mo­chód za­czął pły­wać. Ka­żdy za­kręt był ba­lan­so­wa­niem na gra­ni­cy aqu­apla­nin­gu.

– Box, box, box. – Ma­son pod­nió­sł głos. – Te­raz. Pe­łne desz­czów­ki. I nie dys­ku­tuj!

– Po co te ner­wy, Ma­son?

Zje­cha­łem do alei, a ze­spół już na mnie cze­kał. Za­ło­ży­li nowe opo­ny w mniej niż dwie se­kun­dy. Auto sia­dło ni­żej, ci­ężej, sta­bil­niej. Wy­je­cha­łem z alei i auto prze­sta­ło wal­czyć z wodą. Za­częło ją ciąć. Po­czu­łem przy­czep­no­ść tam, gdzie jesz­cze kil­ka chwil temu jej nie mia­łem.

– Cass, je­steś na P2. Max jesz­cze nie zje­chał.

No to przy­jąłem, że cze­ka­my, a kie­dy zje­dzie, nie od­dam mu już jego po­zy­cji. Dwa okrąże­nia pó­źniej Max zje­chał po nowe opo­ny, a ja za­jąłem jego po­zy­cję. Ci­snąłem na gra­ni­cy zdro­we­go roz­sąd­ku, ale nie za­mie­rza­łem po­zwo­lić, aby wy­je­żdża­jąc z alei, mnie wy­prze­dził. Mi­nąłem wy­jazd i do­strze­głem, jak Max usta­wia się za­raz za mną.

– P1, Cass! – krzyk­nął Ma­son.

Nie ce­le­bro­wa­łem. Zo­sta­ło za dużo okrążeń do ko­ńca wy­ści­gu i w tej po­go­dzie mo­gło się wy­da­rzyć do­słow­nie wszyst­ko.

Po­wi­nie­nem do­ra­biać jako wró­żka, prze­mknęło mi przez myśl.

– Red flag! Red flag! – do­ta­rło do mnie. – Zjazd, Cass. Po­wta­rzam: czer­wo­na fla­ga.

Zwol­ni­łem, cze­ka­jąc na dal­sze ko­mu­ni­ka­ty. Osta­tecz­nie oka­za­ło się, że odłam­ków było zbyt wie­le i ban­da wy­ma­ga­ła na­pra­wy, dla­te­go ode­sła­li całą staw­kę do pit lane. Moje ser­ce biło jak po­je­ba­ne.

Za ka­żdym ra­zem, kie­dy do­cho­dzi do po­wa­żnej krak­sy na to­rze, z tyłu gło­wy po­ja­wia się to przy­po­mnie­nie, że nie je­ste­śmy nie­śmier­tel­ni. Wy­star­czy uła­mek se­kun­dy, aby dany wy­ścig stał się na­szym ostat­nim. Prze­je­cha­łem przez pit lane, za­trzy­mu­jąc się przy na­szym ga­ra­żu. Za­raz za mną wje­chał sznur po­zo­sta­łych sa­mo­cho­dów ze staw­ki.

Część kie­row­ców wy­szła ze swo­ich aut. Prze­rwa wstęp­nie mia­ła po­trwać dzie­si­ęć mi­nut, ale ja zo­sta­łem. Nie chcia­łem się roz­pra­szać. Za­ci­snąłem dło­nie na kie­row­ni­cy. Pal­ce bo­la­ły mnie od na­pi­ęcia. Ser­ce wa­li­ło zbyt moc­no, a z tyłu gło­wy po­ja­wił się dziw­ny nie­po­kój.

– Co się sta­ło? – ode­zwa­łem się przez ra­dio do Ma­so­na.

Mój in­ży­nier sie­dzący w bud­ce od­wró­cił się na krze­śle w moją stro­nę.

– Pier­re zde­rzył się z Car­lo­sem w dru­gim sek­to­rze. Car­los stra­cił tył na wy­jściu, ob­ró­ci­ło go, a Pier­re nie miał gdzie uciec. Wy­le­ciał w ban­dę.

Moje ser­ce za­częło bić jesz­cze szyb­ciej. Nie sądzi­łem, że było w sta­nie we­jść na wy­ższe ob­ro­ty, a jed­nak.

– Kur­wa!

– Jego auto jest znisz­czo­ne.

Przed ocza­mi sta­nęła mi sce­na sprzed roz­po­częcia wy­ści­gu. Jego ra­do­ść, że je­dzie­my w desz­czu. Da­łem znać eki­pie, że jed­nak wy­sia­dam z auta. Me­cha­nik na­chy­lił się nade mną, od­pi­ął kie­row­ni­cę, po­tem pasy. Gdy tyl­ko po­czu­łem odro­bi­nę luzu, wy­pchnąłem się z kok­pi­tu i wy­sko­czy­łem z bo­li­du. Ru­szy­łem w stro­nę bud­ki Ma­so­na, zdej­mu­jąc po dro­dze kask.

– Żyje?!

– Wy­sze­dł sam. Jest cały – od­po­wie­dział Ma­son. – Za­bra­li go na ba­da­nia.

Ma­gne­tycz­na siła spra­wi­ła, że spoj­rza­łem w stro­nę trze­cie­go auta w alei. Hay­den, wła­śnie do­wie­dział się od Toto, że nasz przy­ja­ciel za­li­czył mało przy­jem­ne spo­tka­nie z ban­dą.

– Tor jest w odłam­kach – do­dał spo­koj­nie. – Mu­szą na­pra­wić ba­rie­ry. Osiem mi­nut do wzno­wie­nia.

Spoj­rza­łem na ekran w ga­ra­żu i na po­wtór­kę tego, co się wy­da­rzy­ło. Wil­liams Car­lo­sa stra­cił przy­czep­no­ść, tył ucie­kł mu na mo­krej li­nii, jak­by as­falt na­gle za­mie­nił się w lód. Auto ob­ró­ci­ło się gwa­łtow­nie ni­czym za­baw­ka. Pier­re nie miał szan­sy go omi­nąć. Dwie se­kun­dy pó­źniej wbi­ło go w ban­dę. Jesz­cze kil­ka lat temu taki wy­pa­dek mógł ozna­czać ostat­nią chwi­lę ży­cia i ostat­ni wy­ścig, ale zmia­ny kon­struk­cyj­ne oraz roz­wój tech­no­lo­gii spra­wi­ły, że Pier­re sam wy­sze­dł z bo­li­du.

Spoj­rza­łem w stro­nę ga­ra­żu. Reid stał w jego cie­niu, sku­pio­ny. Obok nie­go sta­ła Li­lith pod czar­nym pa­ra­so­lem Ve­le­no. Omi­nąłem me­cha­ni­ków, któ­rzy do­piesz­cza­li mój bo­lid na wzno­wie­nie. Wsu­nąłem się pod jej pa­ra­sol. Ocie­ka­łem wodą, ale to mi nie prze­szka­dza­ło. Za­ci­snąłem dło­nie na jej ta­lii.

– Wej­dź do ga­ra­żu – po­le­ci­łem, pa­trząc jej w oczy. – Za­mar­z­niesz.

– Fun­du­jesz mi tyle wra­żeń, że jest mi go­rąco, Cass.

– Ro­bię, co w mo­jej mocy. – Zmu­si­łem się do uśmie­chu.

– A ja pró­bu­ję nie do­stać za­wa­łu na oczach ca­łe­go ze­spo­łu – skwi­to­wa­ła, przy­ci­ska­jąc się do mo­je­go boku.

Prze­su­nąłem dło­nią moc­niej po jej ta­lii. Od­sło­ni­ęte frag­men­ty cia­ła wy­da­wa­ły się ni­czym lo­do­wiec w po­rów­na­niu do mo­jej roz­grza­nej skó­ry.

– Roz­ma­wia­łam przed chwi­lą z Hay­de­nem. Brzmiał po­dob­nie do cie­bie, ale su­ge­ro­wał, że zła­pię za­pa­le­nie ne­rek. Pro­sił, że­byś le­piej mnie pil­no­wał, zwłasz­cza je­śli cho­dzi o to, czy ubie­ram się ade­kwat­nie do po­go­dy.

Z Hay­de­nem mie­li­śmy wie­le wspól­ne­go, ale te­raz do pa­kie­tu do­łączy­ła jesz­cze Li­lith. Oboj­gu nam na niej za­le­ża­ło. Me­na­dżer­ka unio­sła dłoń i de­li­kat­nie prze­cze­sa­ła moje mo­kre wło­sy, za­cze­su­jąc je bar­dziej do tyłu, aby nie wcho­dzi­ły mi w oczy.

– W po­rząd­ku? Sły­sza­łam, że Pier­re’a za­bra­no na ba­da­nia – do­da­ła, jak­by wy­czy­ta­ła z mo­ich oczu, co mnie gry­zie. – Miał dużo szczęścia.

– Wiem – mruk­nąłem.

– Nie myśl o tym te­raz. Za chwi­lę masz re­start – przy­po­mnia­ła.

Przy­tak­nąłem i spoj­rza­łem na ze­gar. Zo­sta­ło pięć mi­nut do wzno­wie­nia wy­ści­gu. Mia­łem do­kład­nie pięć mi­nut, aby wy­rzu­cić z gło­wy roz­bi­ty bo­lid Pier­re’a. Pięć mi­nut, żeby prze­stać my­śleć o tym, że tech­no­lo­gia bywa gra­ni­cą mi­ędzy si­nia­kiem a trum­ną. Pięć mi­nut, żeby z po­wro­tem stać się kie­row­cą, któ­ry nie ma przy­ja­ciół na to­rze.

Mu­sia­łem wró­cić do pe­łne­go sku­pie­nia. Li­lith też to wie­dzia­ła. Zsu­nęła dłoń z mo­ich wło­sów na bok mo­je­go ka­sku, któ­ry trzy­ma­łem pod pa­chą. Przez krót­ką chwi­lę za­ci­snęła pal­ce na jego kra­wędzi, jak gdy­by chcia­ła za­trzy­mać mnie przy so­bie jesz­cze przez se­kun­dę.

– Cas­sian, wy­gra­na jest wa­żna, ale nie za wszel­ką cenę. Pa­mi­ętaj o tym, pro­szę.

Jak­by ktoś mnie wal­nął pi­ęścią w że­bra.

– Masz wró­cić w jed­nym ka­wa­łku, ja­sne? – do­da­ła do­sad­niej.

Nic nie od­po­wie­dzia­łem, bo nie mia­łem od­po­wied­nich słów. Li­lith coś wła­śnie we mnie znisz­czy­ła. Po­chy­li­łem się nad nią i moc­no ją po­ca­ło­wa­łem, kle­pi­ąc ją jed­no­cze­śnie po ty­łku.

– Do ga­ra­żu, mała. Roz­pie­przysz mi za­raz całą kon­cen­tra­cję, a tego nie chce­my.

– Ty roz­pie­przasz mój układ ner­wo­wy, a więc je­ste­śmy kwi­ta – rzu­ci­ła. Kiw­nęła bro­dą w stro­nę bo­li­du. – Właź z po­wro­tem i nie sza­rżuj, chy­ba że chcesz po­znać gniew swo­jej me­na­dżer­ki.

Uśmiech­nąłem się dra­pie­żnie. Za­czy­na­łem za­po­mi­nać, jaka była pierw­sza rola Li­lith w moim ży­ciu.

– Me­na­dżer­ki nie pa­trzą tak na swo­ich kie­row­ców jak ty na mnie.

– A kie­row­cy nie ma­ca­ją me­na­dże­rek w pit lane pod­czas czer­wo­nej fla­gi.

– Jesz­cze nie sły­sza­łem, aby gro­zi­ło to dys­kwa­li­fi­ka­cją.

– Do. Bo­li­du!

Pu­ści­łem do niej oko. Wy­sze­dłem spod pa­ra­so­la, za­kła­da­jąc z po­wro­tem kask. Wró­ci­ło pe­łne sku­pie­nie. Wsia­dłem do bo­li­du. Me­cha­nik po­dał mi kie­row­ni­cę, dru­gi po­mó­gł z pa­sa­mi. Po­czu­łem cia­sny uścisk sze­ścio­punk­to­we­go za­bez­pie­cze­nia, gdy w ra­diu ode­zwał się Ma­son:

– Trzy mi­nu­ty. Re­start za sa­mo­cho­dem bez­pie­cze­ństwa. Wa­run­ki na­dal fa­tal­ne. Uwa­żaj w pierw­szym sek­to­rze, bo miej­sca­mi stoi tam woda.

Przy­jąłem jego sło­wa, nie pa­trząc w stro­nę ga­ra­żu. Tryb be­stii wró­cił jak prze­su­ni­ęcie prze­łącz­ni­ka.

Wy­je­cha­li­śmy w ko­ńcu z ga­ra­żu. Sa­fe­ty car pro­wa­dził staw­kę. Desz­czów­ki nie­co stra­ci­ły przy­czep­no­ść, ale wie­dzia­łem, jak je obu­dzić. De­li­kat­ne zyg­za­ki za­wsze po­ma­ga­ły.

Wy­ścig się wzno­wił. Wi­docz­no­ść była chu­jo­wa, ale przy­naj­mniej je­cha­łem pierw­szy i nikt przede mną nie roz­bry­zgi­wał mi wody. Dwa okrąże­nia pó­źniej Max za­czął mieć pro­ble­my z sil­ni­kiem. Mu­siał zje­chać, wy­pa­da­jąc z wal­ki, a ja mia­łem za ple­ca­mi Hay­de­na.

– Cass – ode­zwał się spo­koj­nie mój in­ży­nier. – Info z pit lane. Al­pha mia­ła po­ślizg przy zje­ździe i zde­rzy­ła się z McLa­re­nem. Oba auta out.

– Dzi­siaj nikt nie chce do­je­chać – mruk­nąłem.

– Ty chcesz – przy­po­mniał mi.

Na ko­lej­nym okrąże­niu Hay­den pró­bo­wał mnie do­pa­ść i za­jąć moją po­zy­cję. Da­łem mu na­dzie­ję, ale gów­niarz nie wy­czuł, że ble­fu­ję. Kie­dy my­ślał, że mu się uda, zmie­ni­łem li­nię. Mu­siał się wy­co­fać, a jego auto zła­pa­ło ka­łu­żę. Mi­ni­mal­ny uślizg spo­wo­do­wał, że na chwi­lę stra­cił pa­no­wa­nie nad au­tem. Zo­sta­wi­łem go za sobą z chęcią unie­sie­nia ręki i po­ka­za­nia mu środ­ko­we­go pal­ca, ale uzna­łem, że zro­bię to po wy­ści­gu.

W za­kręcie trze­cim Hay­den wsze­dł sze­ro­ko, a po­tem na­tych­miast skró­cił dy­stans, wpa­da­jąc w mój cień ae­ro­dy­na­micz­ny. W za­kręcie pi­ątym opó­źni­łem ha­mo­wa­nie. Gdy zblo­ko­wa­ło mi pra­we przed­nie koło, przez se­kun­dę my­śla­łem, że to już ko­niec i po­le­cę w ba­rier­ki, ale opo­ny zła­pa­ły przy­czep­no­ść. Wy­ci­ągnąłem je z po­śli­zgu i rzu­ci­łem się da­lej do przo­du.

Hay­den, skur­wiel, nie od­pusz­czał. Na pro­stej przed za­krętem dzie­si­ątym rzu­cił się do ata­ku po we­wnętrz­nej. Prze­ło­ży­łem się na ze­wnętrz­ną, po­zwa­la­jąc mu wje­chać głębiej… i wte­dy za­blo­ko­wa­ły mu się koła. Stra­cił przy­czep­no­ść, a ja wy­je­cha­łem z za­krętu czy­sto, bro­ni­ąc swo­jej po­zy­cji.

Jed­no okrąże­nie do ko­ńca.

Hay­den zno­wu się zbli­żał. Sie­dział mi na ple­cach jak cień, jak moje wła­sne su­mie­nie. On mnie ata­ko­wał, a ja go blo­ko­wa­łem. Na­sza jaz­da była ni­czym wal­ka bok­ser­ska. On pró­bo­wał ude­rzyć, a ja ro­bi­łem uni­ki, nie po­zwa­la­jąc mu do­tknąć twa­rzy. Dwie be­stie na to­rze wal­czy­ły o pierw­szy sto­pień po­dium.

Cas­sian Ra­vel­le i Hay­den Da­ven­port. Dwa ostrza tej sa­mej klin­gi.

Ostat­ni sek­tor. Hay­den jesz­cze raz spró­bo­wał po ze­wnętrz­nej.

– Nie dziś, Da­ven­port – wy­ce­dzi­łem przez zęby.

Ostat­ni za­kręt. Ostat­ni mo­ment praw­dy. Wy­je­cha­łem ide­al­nie, a Hay­den lek­ko stra­cił przy­czep­no­ść na mo­krej kra­wędzi. Wdep­nąłem gaz. Sil­nik wył, a wo­kół mnie wszyst­ko spo­wi­ła ci­sza.

Fla­ga w sza­chow­ni­cę.

Meta!

Czwar­ty wy­ścig se­zo­nu. I czwar­ty, któ­ry ko­ńczy­łem na pierw­szym miej­scu.

– P1! – wy­da­rł się Ma­son. – Gra­tu­la­cje, Cass! Nie­sa­mo­wi­ta ro­bo­ta.

– Thia­go? – spy­ta­łem od razu, bo li­czy­ły się nie tyl­ko moje wy­ni­ki, ale i dru­gie­go kie­row­cy.

– P4, obaj wy­ko­na­li­ście świet­ną ro­bo­tę.

Ode­tchnąłem głębo­ko. Be­stia wró­ci­ła. I po­ża­rła dzi­siaj całą staw­kę.

2. Protest

Cassian

Wró­ci­łemdoho­te­lupó­źnym wie­czo­rem. Me­dia, spon­so­rzy, spo­tka­nie z ze­spo­łem. Li­lith dba­ła, abym nie na­rze­kał na zbyt dużo wol­ne­go cza­su po naj­ci­ęższym jak do tej pory wy­ści­gu tego se­zo­nu. Mimo że czu­łem w cie­le zmęcze­nie po ca­łym week­en­dzie, a zwłasz­cza po dzi­siej­szym dniu, by­łem żyw­szy niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej.

Gdy wsze­dłem do apar­ta­men­tu, w po­wie­trzu uno­sił się za­pach su­shi. Li­lith sta­ła przy bla­cie ku­chen­nym. W jed­nej dło­ni trzy­ma­ła kie­li­szek z czer­wo­nym wi­nem, a dru­gą wyj­mo­wa­ła pu­de­łka z pa­pie­ro­wej tor­by. Od­wró­ci­ła się przez ra­mię, sły­sząc kro­ki za swo­imi ple­ca­mi. Na­dal mia­ła na so­bie ubra­nia z wy­ści­gu. Po­zby­ła się je­dy­nie kurt­ki, dzi­ęki cze­mu ob­ser­wo­wa­łem do­sko­na­ły ob­raz jej smu­kłych ple­ców, szczu­płych ra­mion i tego pa­ska na ta­lii, na któ­rym za­ci­ska­łem wcze­śniej swo­je dło­nie tak pew­nie, jak­by to była kie­row­ni­ca mo­je­go bo­li­du.

– Wró­ci­łeś w samą porę – za­zna­czy­ła. – Wła­śnie przy­nie­śli nam ko­la­cję.

Po­wro­ty do po­ko­ju ho­te­lo­we­go naj­częściej były pu­ste. Ota­cza­ły mnie je­dy­nie ci­che czte­ry ścia­ny. Wy­pe­łnia­łem je mu­zy­ką, te­le­wi­zo­rem albo sek­sem z nie­zna­jo­mą ho­stes­są lub mo­del­ką po­zna­ną na im­pre­zie. Dzi­siaj po wy­ści­gu wró­ci­łem do apar­ta­men­tu, w któ­rym ktoś cze­kał na mnie z ko­la­cją.

Cały dzień by­łem be­stią. Te­raz czu­łem, że mogę prze­stać war­czeć.

Sta­nąłem za ple­ca­mi Li­lith i po­ło­ży­łem dło­nie na bla­cie po jej bo­kach. Za­mknąłem ją w klat­ce. Po­chy­li­łem się nad nią, ca­łu­jąc na­gie ra­mio­na. Od­ru­cho­wo prze­chy­li­ła gło­wę, da­jąc mi do sie­bie lep­szy do­stęp. Od­gar­nąłem jej wło­sy na lewe ra­mię. Po­wo­li z po­ca­łun­ka­mi prze­cho­dzi­łem na jej za­je­bi­ście wra­żli­wą szy­ję. Ci­cho za­mru­cza­ła, roz­ko­szu­jąc się moim do­ty­kiem. W jed­nej se­kun­dzie z pew­nej po­sta­wy prze­szła w nie­mal ule­głą. Od­sta­wi­ła kie­li­szek, po­nie­waż prze­czu­wa­ła, że za­raz go wy­pu­ści.

– Nie sądzisz, że na­le­żą mi się gra­tu­la­cje po wy­ści­gu? – spy­ta­łem, pro­sto do jej ucha.

– Już ci gra­tu­lo­wa­łam.

– Ale nie­wy­star­cza­jąco. Ko­la­cja po­cze­ka – rzu­ci­łem, pa­trząc na pu­de­łka. – Chcę za­cząć od de­se­ru.

Li­lith od­wró­ci­ła się w mo­ich ra­mio­nach. Spoj­rza­łem w jej oczy, szu­ka­jąc w nich po­twier­dze­nia, że chce dzi­siaj tego tak samo jak ja. Jej dło­nie prze­su­nęły się po mo­jej kla­cie. Nie mia­ła szpi­lek, a przez to była spo­ro ni­ższa, więc się po­chy­li­łem. Na­sze usta złączy­ły się w na­mi­ęt­nym po­ca­łun­ku. Jej język od razu od­na­la­zł mój. Za­ci­snąłem dło­nie pod jej uda­mi, uno­sząc moją ko­bie­tę. Owi­nęła się no­ga­mi wo­kół mo­ich bio­der. Nie prze­sta­jąc jej ca­ło­wać, ru­szy­łem z nią w stro­nę sy­pial­ni. Blat w części ku­chen­nej też wy­glądał obie­cu­jąco, ale mia­łem w tym mo­men­cie ocho­tę na coś wy­god­niej­sze­go.

Kop­nia­kiem otwo­rzy­łem drzwi. Za pro­giem Li­lith opu­ści­ła nogi, da­jąc mi sy­gnał, bym ją od­sta­wił. Kie­dy tyl­ko po­czu­ła grunt pod sto­pa­mi, jej dło­nie zno­wu prze­su­nęły się po mo­jej klat­ce pier­sio­wej. Pa­trzy­ła mi pew­nie w oczy, scho­dząc nimi co­raz ni­żej. Jej drob­na dłoń prze­su­nęła się po ca­łej dłu­go­ści mo­je­go pe­ni­sa, po­wo­li, jak­by chcia­ła mnie tor­tu­ro­wać. Za­ci­snąłem zęby, a z gar­dła wy­rwa­ło mi się ni­skie, zwie­rzęce wark­ni­ęcie.

– Li­lith… – wy­sy­cza­łem ostrze­gaw­czo.

Uśmiech­nęła się nie­win­nie i ści­snęła moc­niej, ma­su­jąc mnie przez ma­te­riał.

– Co? – za­mru­cza­ła słod­ko. – Nie lu­bisz, kie­dy tak ro­bię?

Za­nim zdo­ła­łem się zo­rien­to­wać, unio­sła dło­nie wy­żej i po­pchnęła mnie na sto­jące za mo­imi ple­ca­mi łó­żko. Opa­dłem na ma­te­rac. Sta­wia­ła małe krocz­ki, kręcąc bio­dra­mi i idąc w moją stro­nę. Sze­ść pie­przo­nych mie­si­ęcy od tam­tej nocy w No­wym Jor­ku, któ­ra mia­ła nic nie zna­czyć. A dzi­siaj wró­ci­li­śmy do punk­tu, od któ­re­go wszyst­ko się za­częło.

Sta­nęła mi­ędzy mo­imi roz­su­ni­ęty­mi uda­mi. Si­ęgnąłem do kra­ńca swo­jej ko­szul­ki i prze­ło­ży­łem ją szyb­kim ru­chem przez gło­wę. Li­lith wspi­ęła się na ma­te­rac, sia­da­jąc na mo­ich bio­drach. Za­ci­snąłem dło­nie na jej jędr­nym ty­łku.

– Masz na so­bie zbyt wie­le ubrań, mała.

Przez chwi­lę da­łem jej po­czu­cie kon­tro­li, ale nad­sze­dł czas to zmie­nić. Zła­pa­łem ją za bio­dra i jed­nym ru­chem prze­rzu­ci­łem pod sie­bie. Wy­lądo­wa­ła na ple­cach z ci­chym pi­skiem. Si­ęgnąłem do gu­zi­ka przy jej spodniach i je zsu­nąłem. Roz­ło­ży­łem jej nogi sze­ro­ko i uklęk­nąłem mi­ędzy nimi. Prze­su­nąłem dło­nią po we­wnętrz­nej stro­nie uda. Spoj­rza­łem na jej twarz. Oczy mia­ła roz­sze­rzo­ne, usta lek­ko roz­chy­lo­ne, a jej klat­ka pier­sio­wa uno­si­ła się co­raz szyb­ciej.

Li­lith ode­rwa­ła ple­cy od ma­te­ra­ca, si­ęga­jąc dło­ńmi do znaj­du­jące­go się na ple­cach za­pi­ęcia od bra­let­ki. Sama je roz­pi­ęła, cho­ciaż ja bym je pew­nie ro­ze­rwał, ale nie chcia­łem wy­cho­dzić w pierw­szych chwi­lach na ko­goś, kto nad sobą nie pa­nu­je. Od­sło­ni­ła przede mną swo­je jędr­ne pier­si. Na­chy­li­łem się nad nią, ca­łu­jąc jej szy­ję, de­kolt, zo­sta­wia­jąc lek­kie śla­dy ugry­zie­nia na szyi, któ­re ju­tro będzie mu­sia­ła czy­mś za­sło­nić.

Moje pal­ce wędro­wa­ły po jej cie­le. Znów wsu­nąłem dłoń mi­ędzy jej uda. Kie­dy do­ta­rłem do strin­gów, od­su­nąłem mo­kry ma­te­riał na bok i prze­spa­ce­ro­wa­łem dwo­ma pal­ca­mi po jej cip­ce. Jęk­nęła gło­śno, wy­gi­na­jąc ple­cy. Wsze­dłem w nią nimi, a Li­lith za­częła po­ru­szać się tak, by do­pa­so­wać ru­chy do mo­ich. Za­ci­snęła po­wie­ki, ci­cho po­jęku­jąc.

– Patrz na mnie – roz­ka­za­łem.

Po­słusz­nie otwo­rzy­ła oczy. Uśmiech­nąłem się dia­bel­sko, po­chy­la­jąc się na jej cia­łem. Wzi­ąłem do ust jej su­tek. Li­za­łem go, gry­złem, nie prze­sta­jąc po­ru­szać pal­ca­mi w jej wnętrzu. Jej dło­nie wplo­tły się w moje wło­sy, ci­ągnąc mnie bli­żej swo­je­go cia­ła. Jęcza­ła co­raz gło­śniej. Wy­su­nąłem z niej pal­ce, a ona syk­nęła z roz­cza­ro­wa­nia. W oczach wi­dzia­łem wście­kło­ść, ale nie za­mie­rza­łem jej po­zwo­lić do­jść w taki spo­sób.

Ze­sko­czy­łem z łó­żka, aby się ro­ze­brać do ko­ńca. Li­lith le­ża­ła na środ­ku łó­żka, naga, pi­ęk­na i go­to­wa. Była jesz­cze pi­ęk­niej­sza niż ją za­pa­mi­ęta­łem. Wte­dy nie przy­wi­ązy­wa­łem ta­kiej wagi do jej cia­ła. Li­czył się je­dy­nie seks, ale te­raz by­łem uwa­żny. Do­ty­ka­łem wzro­kiem ka­żde­go skraw­ka jej cia­ła i pa­trzy­łem na nią z uwiel­bie­niem.

Si­ęgnąłem do szu­fla­dy po swo­jej stro­nie łó­żka. Wy­ci­ągnąłem pre­zer­wa­ty­wę i ro­ze­rwa­łem opa­ko­wa­nie zęba­mi. Go­to­wy wró­ci­łem na łó­żko.

– Cass… – wy­chry­pia­ła znie­cier­pli­wio­na.

Prze­su­nąłem głów­ką po jej mo­krej szpar­ce, dra­żni­ąc łech­tacz­kę, wcho­dząc tyl­ko cen­ty­metr i wy­co­fu­jąc się. Tor­tu­ro­wa­łem ją tak przez chwi­lę, aż za­częła bła­gać.

– Cas­sian! Prze­stań mnie dra­żnić, kur­wa…

– Po­wiedz mi, cze­go chcesz – za­żąda­łem, prze­su­wa­jąc języ­kiem mi­ędzy jej pier­sia­mi.

– Cie­bie! Te­raz!

– Gło­śniej, moja pie­przo­na ksi­ężnicz­ko! – Uśmiech­nąłem się zu­chwa­le i za­ha­czy­łem zęba­mi o jej szczękę.

– Cie­bie!

Wsze­dłem w nią jed­nym, moc­nym pchni­ęciem. Była go­rąca, a przy tym ide­al­nie mo­kra. Obo­je jęk­nęli­śmy gło­śno. Za­trzy­ma­łem się na chwi­lę, czu­jąc, jak jej ścian­ki pul­su­ją wo­kół mnie i ide­al­nie mnie ści­ska­ją.

– Kur­wa, za­po­mnia­łem już, jaka je­steś cia­sna! – wy­char­cza­łem, sta­ra­jąc się nie ru­szać, by nie sko­ńczyć za szyb­ko.

Za­cząłem po­wo­li, choć głębo­ko. Li­lith oplo­tła mnie no­ga­mi i wci­snęła pi­ęty w mój ty­łek, jak­by chcia­ła, że­bym wsze­dł jesz­cze głębiej. Jej pa­znok­cie wbi­ja­ły się w moje ple­cy. Po­ru­sza­ła bio­dra­mi w moim ryt­mie, a ka­żdy jej od­dech sta­wał się co­raz krót­szy, co­raz bar­dziej ury­wa­ny. Jed­ną rękę za­ci­ska­łem na niej, aby ni­g­dzie mi nie ucie­kła, a dru­ga błądzi­ła po jej cie­le.

Zła­pa­łem ją za jed­ną nogę i za­rzu­ci­łem so­bie na ra­mię. Roz­sze­rzy­ła oczy i otwo­rzy­ła usta w nie­mym krzy­ku. Pie­przy­łem ją moc­niej, ale na­dal utrzy­mu­jąc kon­takt wzro­ko­wy. Chcia­łem wi­dzieć ka­żdą emo­cję, ka­żdy dreszcz przy­jem­no­ści. Po­chy­li­łem się ni­żej, opie­ra­jąc czo­ło o jej czo­ło. Na­sze od­de­chy mie­sza­ły się, a usta do­ty­ka­ły się w de­li­kat­nych po­ca­łun­kach, by w ko­ńcu po­łączyć się in­ten­syw­nie i na­mi­ęt­nie.

Za­ci­snęła ręce wo­kół mo­ich ra­mion. Była ide­al­nie do mnie do­pa­so­wa­na. Po­wo­li za­czy­na­łem czuć, jak tra­ci nad sobą kon­tro­lę, jak przy­tu­la się co­raz moc­niej. I do mnie do­cie­rał ten zna­jo­my dreszcz. Li­lith do­cho­dzi­ła, a w mo­ich lędźwiach na­ra­sta­ło po­tężne spe­łnie­nie. Przy­spie­szy­łem przy dźwi­ęku jej gło­śnych, ide­al­nych jęków. Ostat­nie pchni­ęcia były bru­tal­ne, za­chłan­ne. Nie ob­cho­dzi­ło mnie, czy sąsie­dzi z po­ko­ju obok nas sły­szą. Jej cia­ło pierw­sze zo­sta­ło po­nie­sio­ne przez fale przy­jem­no­ści. Wy­ko­na­łem dwa moc­ne, głębo­kie ru­chy i z wes­tchni­ęciem w niej sko­ńczy­łem. Krzyk­nęli­śmy jed­no­cze­śnie, trzy­ma­jąc się moc­no, drżąc ra­zem w dłu­gim, wspól­nym or­ga­zmie, a ja za­nu­rzy­łem twarz w jej szyi.

Sto­czy­łem się z niej i opa­dłem na ma­te­rac obok, nor­mu­jąc od­dech. Ści­ągnąłem pre­zer­wa­ty­wę i zrzu­ci­łem na podło­gę. Przy­ci­ągnąłem Li­lith do swo­je­go boku, wsu­wa­jąc ra­mię pod jej gło­wę. Moje usta zna­la­zły się na jej czo­le, a jej dłoń na moim ser­cu.

– Ide­al­na – szep­nąłem. – Je­steś, kur­wa, ide­al­na. Tyl­ko nie ucie­kaj rano, zgo­da, Kop­ciusz­ku?

– Za­le­ży, czym mnie jesz­cze prze­ko­nasz – od­po­wie­dzia­ła zu­chwa­le.

Uwiel­bia­łem tę ko­bie­tę.

***

Po dwóch run­dach by­li­śmy zmęcze­ni i za­je­bi­ście głod­ni. Li­lith le­ża­ła w na­szym łó­żku w bla­sku lamp­ki noc­nej. Przez pa­no­ra­micz­ne, od­sło­ni­ęte okna wi­dzie­li­śmy świa­tła mia­sta. Wsta­łem nagi, nie za­prząta­jąc so­bie gło­wy za­ło­że­niem na sie­bie cze­go­kol­wiek. Prze­sze­dłem przez sa­lon do anek­su ku­chen­ne­go, gdzie zo­sta­wi­li­śmy wino oraz su­shi. Wzi­ąłem bu­tel­kę z wia­der­ka i na­pe­łni­łem kie­lisz­ki. Trzy­ma­łem je w jed­nej ręce, a w dru­giej tor­bę z je­dze­niem. Wró­ci­łem do sy­pial­ni. Li­lith prze­ci­ągnęła się, jak­by wła­śnie wi­ta­ła nowy po­ra­nek.

– Mo­żesz się ubrać i prze­stać mnie roz­pra­szać? – spy­ta­ła.

Usia­dłem na łó­żku. Su­shi wy­lądo­wa­ło na środ­ku, a kie­lisz­ki od­sta­wi­łem na sto­lik. Chwy­ci­łem za kra­niec ko­łdry i de­li­kat­nie po­ci­ągnąłem nim w dół, od­sła­nia­jąc na­gie cyc­ki Li­lith.

– Zro­bię to, jak ty prze­sta­niesz roz­pra­szać mnie.

Seks z Li­lith był inny. Nie był to ten raz, aby się od­prężyć, ale je­den z wie­lu, któ­ry mnie z nią cze­kał. Tu nie cho­dzi­ło je­dy­nie o za­li­cze­nie i roz­ła­do­wa­nie na­pi­ęcia, ale o bli­sko­ść, na­mi­ęt­no­ść, po­żąda­nie i dzi­ko­ść, któ­ra się mi­ędzy nami uro­dzi­ła.

Li­lith po­da­ła mi pa­łecz­ka­mi je­den ka­wa­łek su­shi. Otwo­rzy­łem usta bez za­wa­ha­nia. Do­pie­ro po prze­łk­ni­ęciu przy­po­mnia­łem so­bie, jak kil­ka dni wcze­śniej omal nie za­bi­ła mnie wa­sa­bi.

– Spo­koj­nie, dzi­siaj cię oszczędzę – po­wie­dzia­ła roz­ba­wio­na, jak­by od­czy­ta­ła moje oba­wy.

Je­dli­śmy w łó­żku i po­pi­ja­li­śmy wino, ca­łu­jąc się przy tym jak na­sto­lat­ko­wie na haju. Kur­wa, było ide­al­nie. Aż wście­ka­łem się na sie­bie, że tak dłu­go od­pie­ra­łem uczu­cia do Li­lith. A czu­łem coś do niej już od ja­kie­goś cza­su. Mo­głem grać, że mnie iry­tu­je, że cały ten po­my­sł z uda­wa­niem pary był mi nie na rękę, ale praw­da była taka, że cie­szy­łem się jak dziec­ko, po­nie­waż to da­wa­ło mi szan­sę le­piej ją po­znać. Chcia­łem wie­dzieć, co ta­kie­go mia­ła w so­bie, że nie by­łem w sta­nie o niej za­po­mnieć. Po pa­mi­ęt­nej gru­dnio­wej nocy za­ko­twi­czy­ła się w mo­jej pa­mi­ęci. Prze­wa­żnie la­ski przy­cho­dzi­ły i od­cho­dzi­ły, ale nie ona.

Mia­łem wra­że­nie, że przez całe ży­cie ści­ga­łem się po nie­wła­ści­wych to­rach, sko­ro do­pie­ro tu­taj, w tym łó­żku, przy jej na­gim cie­le, po­czu­łem spo­kój, ja­kie­go nie czu­łem na żad­nym to­rze. Stan, w któ­rym wła­śnie się znaj­do­wa­łem, prze­ra­żał mnie bar­dziej niż naj­ci­ęższy za­kręt bra­ny w desz­czu przy trzy­stu ki­lo­me­trach na go­dzi­nę.

Na­gle ten wy­jąt­ko­wy czas prze­rwa­ło nam pu­ka­nie do drzwi. Z po­cząt­ku je zi­gno­ro­wa­łem, ale spoj­rze­nie Li­lith ja­sno dało mi do zro­zu­mie­nia, że to może być coś wa­żne­go. O tej po­rze tyl­ko po­żar mó­głby mnie wy­rzu­cić z tego po­ko­ju. Za­ło­ży­łem na sie­bie spodnie dre­so­we. Nie za­prząta­łem so­bie gło­wy szu­ka­niem ko­szul­ki.

– Kur­wa mać! Oby to było coś na­praw­dę istot­ne­go – mru­cza­łem pod no­sem.

Otwo­rzy­łem drzwi, za któ­ry­mi stał mój brat. Prze­su­nął po mnie wzro­kiem. Wbi­łem przed­ra­mię we fra­mu­gę drzwi i spoj­rza­łem na nie­go zna­cząco.

– Cze­go chcesz? – spy­ta­łem mało uprzej­mie.

– Wi­dzę, że wpa­dam w ide­al­nym mo­men­cie – rzu­cił su­cho.

– Je­ste­śmy tro­chę za­jęci – za­uwa­ży­łem.

– To wy­ja­śnia, dla­cze­go nie od­pi­sy­wa­łeś na moje wia­do­mo­ści.

– Coś pil­ne­go?

– Mogę we­jść? Nie chcę ga­dać tu­taj.

Wpu­ści­łem go. Reid ro­zej­rzał się na boki i za­czął coś mru­czeć pod no­sem, ale zi­gno­ro­wa­łem to. Usia­dł na skra­ju ka­na­py, a ja opa­rłem się ple­ca­mi o wy­spę, wy­ci­ąga­jąc przed sie­bie nogi.

– Co było aż tak pil­ne­go, że nie mo­gło za­cze­kać do rana?

Reid wy­pu­ścił po­wie­trze z płuc.

– Fer­ra­ri zło­ży­ło pro­test do FIA. Żąda­ją spraw­dze­nia na­sze­go bo­li­du.

Nie wiem, ile prze­kle­ństw z sie­bie wy­rzu­ci­łem, ale z pew­no­ścią wie­le. Brat unió­sł wzrok do su­fi­tu, jak­by przez chwi­lę mo­dlił się dla mnie o cier­pli­wo­ść, któ­rej ni­g­dy za wie­le nie mia­łem.

– Sko­ńczy­łeś? – rzu­cił w ko­ńcu.

– Na­wet nie za­czy­naj tym to­nem. Nie przy­cho­dzisz do mnie po pó­łno­cy z in­for­ma­cją, że ban­da czer­wo­nych płacz­ków po­bie­gła do FIA, li­cząc na spo­kój. Nie po­wiem, że ro­zu­miem i sza­nu­ję ich de­cy­zję.

– Ni­cze­go ta­kie­go nie ocze­ki­wa­łem – przy­znał. – Choć może mia­łem na­dzie­ję na nie­co doj­rzal­sze za­cho­wa­nie z two­jej stro­ny…

Ri­po­sta ci­snęła mi się na usta, ale się po­wstrzy­ma­łem, wi­dząc, że Li­lith wy­szła z sy­pial­ni. Sta­nęła na pro­gu ubra­na w moją bia­łą ko­szu­lę, któ­ra wi­sia­ła wcze­śniej na fo­te­lu.

– Jaki wnio­sek zło­ży­li? – spy­ta­ła, za­ci­ska­jąc dło­nie na pier­si. – Tech­nicz­ny? Pro­ce­du­ral­ny?

Reid sku­pił spoj­rze­nie na mo­jej me­na­dżer­ce.

– Tech­nicz­ny. Zło­ży­li pro­test do­ty­czący le­gal­no­ści kon­struk­cji bo­li­du, głów­nie pod kątem ae­ro­dy­na­mi­ki i pra­cy podło­gi przy du­żych ob­ci­ąże­niach. W szcze­gól­no­ści in­te­re­su­je ich ela­stycz­no­ść nie­któ­rych ele­men­tów w tej stre­fie, za­cho­wa­nie kra­wędzi przy zmia­nach ob­ci­ąże­nia oraz ko­re­la­cja da­nych z toru z tym, co przed­sta­wi­li­śmy w do­ku­men­ta­cji.

– Czy­li su­ge­ru­ją ru­cho­me ele­men­ty ae­ro­dy­na­micz­ne?

– Nie wprost – od­pa­rł Reid. – Tłu­ma­czą to wy­ra­że­niem oba­wy, że Ve­le­no może ko­rzy­stać z roz­wi­ązań ba­lan­su­jących na gra­ni­cy re­gu­la­mi­nu.

Po­kręci­łem gło­wą z nie­do­wie­rza­niem.

– Ba­lan­su­jących na gra­ni­cy re­gu­la­mi­nu?! Kur­wa! To niech się na­uczą bu­do­wać lep­sze bo­li­dy! Cie­ka­we, czy gdy­by to Mer­ce­des lub McLa­ren kró­lo­wa­li w tym se­zo­nie, też by zło­ży­li wnio­sek.

– We­dług nich tem­po na­sze­go bo­li­du w ostat­nich wy­ści­gach, szcze­gól­nie przy du­żej pręd­ko­ści w za­krętach, i sta­bil­no­ść tyl­nej osi na dłu­gich prze­jaz­dach wy­ma­ga­ją do­dat­ko­wej kon­tro­li.

Czu­łem, jak na­ra­sta we mnie wście­kło­ść. Wie­dzia­łem, że to nie będzie ła­twy se­zon, że będą chcie­li mi do­ko­pać za to, jak ich po­trak­to­wa­łem, ale nie sądzi­łem, że będzie­my an­ga­żo­wać FIA już na tak wcze­snym eta­pie prze­py­chan­ki.

– Świet­nie, te­raz dzien­ni­ka­rze będą mnie py­tać, czy wy­gra­łem, bo mia­łem nie­le­gal­ny sa­mo­chód – wy­ce­dzi­łem.

– Je­stem sze­fem tego ze­spo­łu, Cas­sian. My­ślisz, że mnie oszczędzą? – par­sk­nął z iro­nią mój brat.

By­li­śmy w tym ra­zem. Ja na to­rze, a on za biur­kiem. Ja wal­czy­łem z in­ny­mi kie­row­ca­mi, on z praw­ni­ka­mi, spon­so­ra­mi, FIA i udzia­łow­ca­mi.

– Co to ozna­cza dla Ve­le­no? – za­sta­no­wi­ła się Li­lith. – Cas­sia­na i Thia­go?

– FIA ma obo­wi­ązek przyj­rzeć się tej spra­wie. Do­sta­nie­my ofi­cjal­ne za­wia­do­mie­nie. Bo­li­dy pój­dą na szcze­gó­ło­wą kon­tro­lę tech­nicz­ną. Ska­ne­ry, po­mia­ry, ana­li­za da­nych z ECU, po­rów­na­nie z ho­mo­lo­ga­cją, kon­tro­la ele­men­tów podło­gi, dy­fu­zo­ra, mo­co­wań, ugi­ęć pod ob­ci­ąże­niem. Będą chcie­li zo­ba­czyć, czy to, co de­kla­ro­wa­li­śmy, po­kry­wa się z tym, co re­al­nie pra­cu­je na to­rze.

– Mogą ro­ze­brać bo­lid?

– Do pew­ne­go stop­nia tak. Mogą po­pro­sić o de­mon­taż kon­kret­nych ele­men­tów, je­śli uzna­ją, że mu­szą je zmie­rzyć poza au­tem.

– Świet­nie – prych­nąłem. – Czy­li przed naj­wa­żniej­szym week­en­dem se­zo­nu mamy po­zwo­lić, żeby grze­ba­li nam w au­cie, bo Fer­ra­ri boli dupa.

– Cas­sian… – Li­lith po­ma­so­wa­ła zmęczo­ne skro­nie.

– Co? Mam użyć ład­niej­szych słów? Pro­szę bar­dzo. Fer­ra­ri do­świad­cza emo­cjo­nal­ne­go dys­kom­for­tu spo­wo­do­wa­ne­go fak­tem, że nie po­tra­fi do­go­nić no­we­go ze­spo­łu.

Pró­bo­wa­ła się nie uśmiech­nąć, ale jej się to nie uda­ło.

– Ma­son wie? – za­da­łem ko­lej­ne py­ta­nie.

– Tak, ma wszyst­ko przy­go­to­wać – po­twier­dził.

– I co da­lej? – Li­lith spoj­rza­ła na mo­je­go bra­ta.

– Je­śli nie znaj­dą nic nie­le­gal­ne­go, a tak wła­śnie będzie – za­zna­czy­łem – Fer­ra­ri może mi na­sko­czyć. Jed­nak do tego cza­su… – skrzy­wi­łem się – będą pró­bo­wać siać za­męt. Będą mó­wić o tym w me­diach, roz­ma­wiać z in­ny­mi ze­spo­ła­mi, aby ich po­par­to.

– To kla­sycz­na za­gryw­ka, gdy ktoś za­czy­na do­mi­no­wać, a twój bo­lid za­wo­dzi i zo­sta­je da­le­ko w tyle. Idziesz do FIA – wy­ja­śnił mój brat. – Li­czą na to, że albo coś znaj­dą, albo przy­naj­mniej spo­wol­nią nas pro­ce­du­ra­mi.

– I do­pie­przą ja­kąś karę – do­ko­ńczy­łem. – Bo­lid jest czy­sty. Nic nie znaj­dą. Spraw­dza­li­śmy go trzy razy, za­nim wy­je­chał na tor.

– Czy w trak­cie spraw­dza­nia mogą was wy­klu­czyć z week­en­du? – Li­lith spoj­rza­ła na mnie, a na­stęp­nie na Re­ida.

– Nie – za­prze­czy­łem na­tych­miast. – Pro­test nie wstrzy­mu­je na­sze­go star­tu w nad­cho­dzącym wy­ści­gu. FIA spraw­dza, a my się ści­ga­my. Chy­ba że zna­le­źli­by coś ewi­dent­nie nie­le­gal­ne­go.

– Jest tyl­ko je­den ha­czyk – ode­zwał się mój brat. – Mogą po­pro­sić o do­dat­ko­we dane z po­przed­nich wy­ści­gów. Te­le­me­trię, logi, a to ozna­cza wi­ęcej lu­dzi FIA w ga­ra­żu, wi­ęcej oczu, wi­ęcej py­tań.

– Czy­li me­dial­nie to może zo­stać sprze­da­ne bar­dzo nie­ko­rzyst­nie dla Ve­le­no – sko­men­to­wa­ła.

– Już jest sprze­da­wa­ne – od­pa­rł Reid.

Unio­słem gło­wę.

– Co?

Reid od­blo­ko­wał te­le­fon i pod­su­nął mi ekran. Wło­ski por­tal zdążył już wrzu­cić pierw­szy tekst. Nie było tam żad­nych kon­kre­tów, a je­dy­nie su­ge­stie, że mój bo­lid wca­le nie jest mi­strzow­ski, a nie­le­gal­ny. Nie­gdyś Wło­si mnie ko­cha­li. Te­raz cze­ka­łem, aż do­sta­nę za­kaz wjaz­du do ich kra­ju. Od­da­łem mu te­le­fon, za­nim ci­snąłem nim o ścia­nę.

– PR już się tym zaj­mu­je – za­zna­czył Reid.

– Świet­nie – wark­nąłem. – Czy­li naj­pierw chcą mnie do­je­chać na to­rze, po­tem w pa­pie­rach, a te­raz jesz­cze nad­szar­gać mój wi­ze­ru­nek. Kur­wa, jak ja ich nie­na­wi­dzę!

– Cass, może w świe­tle tego, co się dzie­je, po­słu­chasz mnie i prze­sta­niesz do­je­żdżać Fer­ra­ri przy ka­żdej roz­mo­wie z dzien­ni­ka­rza­mi?

Spoj­rza­łem na Li­lith.

– Nie – od­pa­rłem krót­ko.

Opa­dły jej ręce.

– Je­śli Fer­ra­ri chce woj­ny, to będzie ją mia­ło. Nie za­cznę je­ździć grzecz­nie, żeby ktoś po­czuł się bez­piecz­niej. Nie będę uda­wał, że ich sza­nu­ję, kie­dy za­cho­wu­ją się jak ban­da tchó­rzy, któ­ra nie po­tra­fi prze­gry­wać.

Li­lith nie mia­ła już na mnie siły.

– Nikt nie każe ci ich sza­no­wać, tyl­ko nie da­waj im do­dat­ko­wej amu­ni­cji.

– Mu­si­my mó­wić jed­nym gło­sem, Cass – przy­tak­nął jej Reid. – Opa­nuj się cho­ciaż tro­chę, do­brze?

– Nie wy­zy­waj ich na naj­bli­ższej kon­fe­ren­cji, ale za­znacz, że ka­żdy ma pra­wo wy­ra­żać oba­wy, na­wet gdy są bez­pod­staw­ne – za­su­ge­ro­wa­ła Li­lith.

Nie­mal się skrzy­wi­łem.

– Nie ma szans, że to po­wiem. To brzmi, jak­bym po­łk­nął kij od mio­tły.

– To brzmi jak sło­wa kie­row­cy, któ­re­go nie da się spro­wo­ko­wać.

– Dzien­ni­ka­rze wie­dzą, że aku­rat mnie się da.

Żad­ne z nich tego nie sko­men­to­wa­ło.

Wie­dzia­łem, że nie będzie ła­two. Wie­dzia­łem, że będą nas nie­na­wi­dzić. Nowy ze­spół nie po­wi­nien wcho­dzić na tor i od razu wal­czyć o zwy­ci­ęstwo, i to w ta­kim sty­lu jak ja. Na­to­miast ja za­mie­rza­łem po­su­nąć się jesz­cze da­lej i na ostat­nim wy­ści­gu se­zo­nu pa­trzeć na nich jako ośmio­krot­ny mistrz świa­ta.