Tamta kobieta - Anna H. Niemczynow - ebook + audiobook

Tamta kobieta ebook i audiobook

Anna H. Niemczynow

4,2

Opis

Do gabinetu dr Romy Jasińskiej przychodzi mężczyzna z małą dziewczynką. W pięknej pani doktor rozpoznaje kobietę, której szukał przez wiele lat. Dlaczego lekarce tak bardzo zależało na tym, aby nie zostać odnalezioną? Co ukrywa i co łączy ją z przybyłym? Jaką rolę w tej tajemniczej historii odegrała
Tamta kobieta?

Anna H. Niemczynow ponownie udowadnia, że nie wszystko musi być takie, na jakie wygląda, a pozory potrafią mylić. Z wyczuciem kreśli obraz współczesnej kobiety podążającej za marzeniami. Ile jesteśmy w stanie poświęcić w imię ich realizacji i czy to, co zwiemy sukcesem, daje gwarancję szczęścia?
Ta powieść na długo pozostaje w pamięci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 485

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 49 min

Lektor: Gabriela Jaskuła

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Remigiuszowi Harłukowiczowi.

Odkąd się pojawiłeś,

codziennie odkrywam

świat na nowo.

 

 

 

Jeśli chcesz się wyróżnić, upewnij się,

że zostaniesz zapamiętany z właściwych powodów.

 

Z powieści Miedziany klucz

 

 

 

PROLOG

 

 

 

Życie w zgodzie z własnymi pragnieniami różni się od życia według cudzych oczekiwań. Ta prosta prawda dotarła do Romy z małym poślizgiem. Choćby nie wiadomo, jak szybko przebierała nogami, zawsze miała poczucie, że zostaje w tyle. Dwa kroki za światem, albo może nawet trochę więcej niż dwa. Kto nie ogląda się za siebie, temu trudniej się przewrócić – mawiał dziadek. Nieustannie zachęcał ją do pożegnania przeszłości i zapuszczenia żurawia w przyszłość. Ale to było dla niej zbyt trudne. Bywało, że rzucała się w wir porządków, wstawała rano, obiecując sobie, że poprawi jakość swojego życia, i kolejno skreślała z listy spraw te już załatwione. Poranna medytacja, czytanie wiersza, refleksja, sport, praca. Przez jakiś czas szło jej nawet nieźle, ale potem, gdy poczuła zmęczenie tą całą „jakością”, wszystko wracało do „normy”. Gapiła się wtedy na kisnącą w najlepsze połówkę pomarańczy, usiłując NIE MYŚLEĆ – tylko dobry Bóg raczy wiedzieć, jakie to było trudne. Zawsze dostajemy to, co jesteśmy gotowi przyjąć – przypominał dziadunio. Marszczyła czoło, przyjmując zamyślony wyraz twarzy, i udawała, że te mądre słowa docierają do jej świadomości. Kiedyś, dawno temu, pragnęła – powiedzmy to uczciwie – samowystarczalności na każdym poziomie. I właśnie dążenie do niej ją napędzało. To było w innym życiu, w innym wymiarze, jakby w innej baśni, opowiedzenia której nigdy się nie podjęła.

Dziś ściany gabinetu doktor Romy Jasińskiej były puste. Nie wisiał na nich ani jeden dowód potwierdzający doskonałe wykształcenie. Na środku stało skromne, małe, idealnie uporządkowane biurko nabyte w jakiejś sieciówce. W prawym górnym rogu leżał plik recept i pieczątka, z której, gdyby tylko mogła, zrezygnowałaby w pierwszej kolejności. Niestety system na to nie pozwalał. SYSTEM – ulubione słowo. Tak to już jest w dzisiejszym świecie, że jak coś nie zagra, to przynajmniej na niego można zwalić winę.

– Powinnaś już iść do domu, póki jeszcze ktoś na ciebie w nim czeka. Lata lecą – mawiała pod koniec dnia pracy Joanna, recepcjonistka, a prywatnie najlepsza przyjaciółka Romy.

Lekarka nie podnosiła nawet wzroku. Łapała zwykle za książkę, którą czciła, i otworzywszy ją na pierwszej lepszej stronie, czytała fragment, uśmiechając się do siebie. Miedziany klucz towarzyszył jej wszędzie. Był talizmanem przeszłości i pokutą. Przypominał, skąd wiedzie droga. Słowa tam zawarte dudniły jej w duszy, wciąż przypominając o przewinieniach.

Chociaż od lat Roma miała przy sobie oddanego mężczyznę, wyczekiwane przez niego TAK nie miało odwagi prześlizgnąć się jej przez gardło. Odwaga… piękne słowo, co wieczór szepczące jej do ucha: „Jutro spróbujesz ponownie”.

– Masz szczęście – zagadnęła Joanna. – Który tak jak on zniósłby te twoje wszystkie dziwności? Odpuść sobie. Już pora. Wiesz, że mogłabyś pracować w każdej klinice psychiatrycznej na świecie. Mogłabyś wypłynąć na szerokie wody. Słyszysz?

– Nie potrzebuję poklasku. Dobrze mi tutaj.

– Tobie może i dobrze, ale blokujesz chłopaka. Prawnik powinien przynajmniej w stolicy urzędować, a nie gnić na jakiejś wsi.

– Nic go tu nie trzyma.

– Miłość go trzyma. Do ciebie. Doceń to i zrób coś wreszcie. Wyjedź z nim albo… nie wiem. W ciążę zajdź przynajmniej.

Roma zamknęła książkę i odłożyła ją, cicho demonstrując swoją przynależność do tego miejsca. Nie chciała zdradzać przyjaciółce wszystkich swoich myśli. Życie nauczyło ją powściągliwości. Wstała i przeciągnęła się, kierując wzrok na maleńkie okno, za którym – jak co dzień – zmrok witał się z księżycem. Padała z nóg. Zaczęła rozpinać poły fartucha, przypomniawszy sobie o tym, że niewiele dzisiaj zjadła. Dobro pacjentów było najważniejsze. Nagle rozległ się dzwonek do drzwi.

– Nie-ma-mo-wy. – Sylaby posypały się z ust Joanny niczym grad z ciemnego cumulonimbusa.

Lekarka zapięła kitel, nie bacząc na sprzeciwy. Joanna potrząsnęła głową.

– Wiesz, która jest godzina? Masz świadomość, ile dzisiaj godzin pracowałaś? Nie dość ci tych wszystkich smutnych historii?

Roma wzruszyła ramionami.

– Piętnaście. Co ja gadam? Szesnaście, albo i dłużej.

– Jestem lekarzem.

– Jesteś człowiekiem. Przede wszystkim. Kiedy sobie odpuścisz? Czy nadejdzie taki dzień, że powiesz sobie: okej, co było, to było, idę dalej?

Roma ruszyła korytarzem w stronę drzwi. Joanna podbiegła do niej i zastawiła jej drogę własnym ciałem.

– Błagam cię, dziewczyno. Zachowajmy chociaż jakieś pozory. Wróć do gabinetu, a ja się wszystkim zajmę. Kartę wyciągnę i tak dalej, mogę? Zrobię to, co do mnie należy. Nie wypada, abyś robiła to sama. Jesteś lekarzem.

– Jestem człowiekiem – odgryzła się Roma, ostatecznie poddając się naleganiom recepcjonistki.

W objęciach uśmiechu Joanny hałas umilkł. Nie zdziwiło to lekarki. Dziewczyna idealnie nadawała się do tej pracy. Jak to mówią, była właściwym człowiekiem na właściwym miejscu.

Chwila oczekiwania na pacjenta przedłużała się, co wywołało w Romie niepokój i zniecierpliwienie. Przestępując z nogi na nogę, wyłapywała strzępy dobiegającej z oddali rozmowy. Wreszcie w drzwiach gabinetu ponownie stanęła recepcjonistka. Pionowe drewniane żaluzje rzucały cień na jej bladą twarz, sprawiając, że wyglądała o wiele gorzej niż przed momentem. Wyglądała po prostu tragicznie. Stała i wpatrywała się w Romę swoimi wielkimi oczami, a słowa, jakie cisnęły się jej na usta, ugrzęzły w gardle i chociaż ciągnięte siłą woli, nie zamierzały opuścić tego miejsca. Po chwili zza jej pleców, niczym leniwy ślimak, wynurzyła się drobna, śliczna dziewczynka o jasnych splecionych w warkocze włosach i policzkach wklęsłych jak u modelki. Uśmiechnęła się, a jej wydatne usta na drobnej twarzy przyciągnęły spojrzenia kobiet.

– Cześć, skarbie – rzekła lekarka, zbliżając się do dziecka. Ukucnęła, by spojrzeć małej prosto w oczy. – Wszystko w porządku? Źle się czujesz?

Dziewczynka zaprzeczyła ruchem głowy.

– Co cię do mnie sprowadza? Wydaje mi się, że nie jestem dla ciebie odpowiednim lekarzem. Przyszłaś sama? Mama pozwala ci o tej porze wyjść z domu? Przecież już dawno po bajce.

– Moja mama umarła.

Ziemia pod nogami Jasińskiej się rozstąpiła. Nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Zmierzyła wzrokiem Joannę, próbując z wyrazu jej twarzy wyczytać, o co tu właściwie chodzi. Recepcjonistka milczała.

– Przyszłam z tatą, ale ta pani powiedziała – spojrzała z wyrzutem na Joannę – że tata nie może tu wejść.

Nagle pomieszczenie wypełnił zapach, od wielu lat noszony przez Romę pod skórą. Zapach mężczyzny, z którym złączona niewidzialną pępowiną, niegdyś umierała i rodziła się na nowo. Wyprostowała się i wycelowała wzrok prosto w jego oczy. Wieki temu przeglądała się w nich z dumą. Iskra, jaka przeskoczyła między nimi, sprawiła, że jej włosy niczym pajęczyna oblepiły mu ramiona. Te właśnie ramiona popchnęły ją w stronę psychiatrii. Odruchowo zrobiła kilka kroków do tyłu, próbując wywalczyć sobie na pozór bezpieczną odległość. Przyłożyła do jego twarzy kalkę przeszłości, zauważając nieznaczne zmiany. Siatka zmarszczek tu i ówdzie tylko dodawała mu uroku. Gdyby nie przeszłość, rzuciłaby mu się na szyję i przywarła do niego na zawsze. Lecz nie mogła tego zrobić. To, co wydarzyło się kiedyś, teraz zakuło jej ciało w kajdany. Nie spotkali się przypadkiem gdzieś w mieście, a ona w zasadzie nie miała mu nic do powiedzenia. Nie mogła opowiedzieć mu czegoś o dzieciach, bo ich nie posiadała. Nie wiedziała też, co godnego uwagi mogłaby opowiedzieć o sobie. Że skończyła studia? Absurd. To zabrzmiałoby śmiesznie. Żadne z nich teraz nie bawiło się dobrze. Joanna wycofała się rakiem z pomieszczenia. Zostali sami. Ona, on i… dziewczynka.

– Nie wiem, czy to „dobry moment” – zaczęła drżącym głosem Roma, czując się bardziej jak pacjentka niż jak lekarz.

– Przepraszam.

– Przepraszam? – roześmiała się z ironią. – Myślisz, że pogadamy sobie teraz jak starzy przyjaciele?

Wypchnął dziewczynkę za drzwi. Mała nie opierała się. Na pewno poświęcił sporo czasu, by przygotować swoje dziecko na to spotkanie.

– Ona nie żyje. Słyszysz? Nie żyje. Zmarła przy porodzie.

– Ty naprawdę uważasz, że oszczędziłeś mi najgorszych wspomnień? Cóż – westchnęła, usiłując zebrać myśli. – Bardzo ci współczuję i… wybaczam – powiedziała, pozwalając, by łzy kaskadami spływały jej po policzkach i mieszały się z krwią ze złamanego serca.

– Szukałem ciebie wiele lat. Jak udało ci się ukryć? Nie masz strony internetowej, nie istniejesz w social mediach. Szukałem cię nawet u twoich rodziców. – Chwycił ją za ramiona i potrząsnął. Pomyślała, że na pewno zostaną na nich sińce. – Nie chcieli mi nic powiedzieć. Nie ma cię nigdzie. Nigdzie! – Rozluźnił uścisk.

– A dziwisz się? – odparła, po czym, uśmiechając się blado, opadła na swój stary, wysłużony fotel. Czerpanie z przeszłości poczucia własnego „ja” skończyło się. Odczuła ulgę, przyjmując do serca wolno dojrzewające owoce własnych modlitw.

– Wszechświat sprzyja tym, którzy nie boją się prosić o pomoc, i tym, którzy nie wahają się jej przyjąć. Pamiętasz? To twoje słowa. Roma… – Przełknął ślinę, nie spuszczając z niej wzroku. – Napijesz się ze mną herbaty? – spytał, patrząc na kobietę z nadzieją. W nosie wirował mu zapach jej perfum. Rozpoznałby go wszędzie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

DOM RODZINNY

 

 

 

Czasami trzeba zgubić drogę,

aby odnaleźć samego siebie.

 

Z powieści Miedziany klucz

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

Kilka lat wcześniej

 

 

 

Przyodziana w idealnie otulającą jej smukłe ciało, czarną jak wrota piekła togę, wyprostowała się przesadnie i poprawiła dumnie spoczywający na jej głowie biret, przyozdobiony najpiękniejszym ciemnozielonym chwostem, jaki wiele lat temu ujrzała jej od zawsze bujna wyobraźnia. Wydział lekarski Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Tak. Udało jej się, chociaż… Udało się to nie było zbyt trafne określenie. Ona, Roma Jasińska, córka rolnika i fryzjerki – zapracowała sobie na możliwość przeżycia tego jedynego i długo wyczekiwanego dnia. Wiedziała dobrze, ile trudu, wyrzeczeń i zarwanych z powodu nauki nocy zmuszona była doświadczyć – i dziś, właśnie dziś, kiedy usłyszała swoje nazwisko, wzięła głęboki oddech i z dumą rozpierającą jej klatkę piersiową ruszyła w stronę dziekana wydziału po to, by jej pogratulował. Leciwy mężczyzna uścisnął dłoń fenomenalnie rokującej przyszłej pani doktor, czyniąc to z należytym szacunkiem i godną pozazdroszczenia powagą. Ukończyła wydział lekarski z wyróżnieniem i już za chwilę miała rozpocząć staż, który był dla niej jedynie chwilowym przystankiem na drodze do tego, czym naprawdę miała się w życiu zajmować. Chirurgia. Najlepiej dziecięca – dziedzina medycyny zajmująca się leczeniem operacyjnym człowieka od pierwszych dni życia.

Dość specyficzne spektrum zainteresowań dziewczyny sprawiało, że w oczach rodziny i znajomych zawsze wydawała się kimś nadzwyczajnym. „Będę chirurgiem” – mówiła i upajała się widokiem zachwytów wymalowanych na twarzach rozmówców, z którymi zdecydowała się podzielić swoimi planami na przyszłość. Osobnicy zazwyczaj zapowietrzali się, początkowo nie wiedząc, co powiedzieć, a następnie gratulowali jej znakomitej decyzji. Jeszcze nic nie zrobiła, a już była „kimś”. Bardzo szybko zorientowała się, że jej wyznanie jest powszechnie chwalone i regularnie wykorzystywała reakcję otoczenia, by móc karmić swe złaknione poklasku ego.

– Będziesz ratowała ludzkie życie i zdrowie. Nie ma większej wartości, moje dziecko. To doprawdy szlachetne i takie… Och, jestem taka dumna! – mówiła jej matka, delikatnie pocąc się i czerwieniąc na twarzy z ekscytacji, jaka w tych chwilach ją ogarniała.

– Ucz się, dziecko, i niczym się nie martw. Zrobimy z matką wszystko, żeby niczego ci nie zabrakło, prawda, Halina? – powtarzał ojciec.

Wtedy matka otwierała kajet i bez cienia wahania wpisywała niemal niemożliwe do przerobienia ilości klientek na farbowanie, trwałą ondulację, pasemka czy inne balejaże, a następnie do granic możliwości usiłowała rozciągnąć dobę. Bywało, że ledwo stała na nogach, ale wmawiała sobie wtedy, że trzaski w kręgosłupie są jedynie przejściową dolegliwością. Nie mówiła o nich nikomu i nie narzekała. Jej córce, Romie, niczego nie mogło zabraknąć. Możliwość pochwalenia się przed każdą klientką: „Moja córka jest studentką medycyny” rekompensowała wszelkie zdrowotne i emocjonalne dolegliwości. Mieć lekarza w rodzinie to dopiero coś.

Schodząca z podium Roma ściskała w dłoniach dyplom będący zapewnieniem, że pokładane w niej nadzieje ziściły się. Spojrzała na siedzących na widowni rodziców. Chociaż cała sala donośnie biła brawa i zdawałoby się, że niemożliwym doznaniem było wyselekcjonowanie i usłyszenie tych wyklaskiwanych przez ojca, jej się to udało. Miała świadomość, że Roman Jasiński (to po nim odziedziczyła imię) dopiero teraz tak do końca pogodził się z faktem, że nigdy nie miał syna. Zobaczyła łzy, które niczym wypuszczone z niewoli, szybką strugą wypłynęły z oczu człowieka, który od dnia jej narodzin czekał na tę chwilę. Nie liczyły się dla niego przeżyte wiosny, lata, jesienie, zimy, nie miały znaczenia złożone przysięgi, chrzty, komunie czy jakieś tam inne jubileusze. Ważne było tylko to, co tu i teraz. To nic, że gospodarstwo rolne, na którym pracował przez całe swoje jestestwo, lada chwila miało pójść w obce – jak zwykł je nazywać – ręce. To doprawdy nie znaczyło nic, bowiem jego córka, dziecina wyczekana i wymodlona – ZOSTAŁA PRAWDZIWYM LEKARZEM!

Nie zważając na to, że zgodnie z ustalonym wcześniej planem ceremonii powinna była teraz usiąść przy swoich koleżankach i kolegach, skierowała swe kroki ku bliskim. Chciała ich uścisnąć i powiedzieć im to najpiękniejsze na świecie słowo: DZIĘKUJĘ. Dziękuję, dziękuję, dziękuję – za to, że mnie wychowaliście, i za to, że dołożyliście wszelkich starań, bym mogła studiować wymarzony kierunek na wymarzonej uczelni. Ja, dziewczyna z Małej Wsi usytuowanej nieopodal Krakowa, poradziłam sobie. I to nie byle jak! Poradziłam sobie w wielkim stylu. Teraz możecie bez lęku mówić wszystkim o tym, że wasza córka jest lekarką. Lekarką. Rety, jak to brzmi! Możecie się chwalić, że specjalizacją, nad którą zamierza się pochylić, jest chirurgia. Teraz już nikt wam nie powie, że nie wiadomo, czy uda jej się ukończyć studia, bo… oto się udało. Udało się, udało się, udało się!

Wzruszony ojciec właśnie rozłożył ramiona, by ją uścisnąć, gdy nagle poczuła niezbyt przyjemne szarpnięcie. Kto śmie przeszkadzać jej w takiej chwili?

– Ziemia do Romy, ziemia do Romy – usłyszała głos dochodzący jakby z zaświatów.

Wzdrygnęła się. Wiem, wiem, pomyślała. Wiem, że powinnam usiąść tam, gdzie pozostali studenci. Kto u diabła wymyślił takie durnowate zasady? Mam je gdzieś. Ani mi się śni odsuwać się teraz od najważniejszych w moim życiu ludzi. I to w takim momencie, kiedy kończę z wyróżnieniem studia medyczne!

– Paszoł won! – burknęła i gwałtownie machnęła otwartą dłonią, aż poczuła opór.

– Ała – jęknęła matka.

Dziewczyna rozchyliła zlepione powieki i wbiła nieco senny wzrok w najbliższą jej sercu kobietę trzymającą się za policzek. Następnie niechętnie pożegnała się z marzeniem sennym, obiecując sobie, że kiedyś, za parę lat, stanie się ono rzeczywistością.

– Co się stało? – spytała ochrypłym głosem.

Poprzedniego wieczoru wypiła dwa piwa i teraz niemiłosiernie suszyło ją w gardle.

– To ty mi powiedz.

– Ja?

– Tak, ty. Uderzyłaś mnie. Własną matkę. Kto to widział?

Halina odsunęła dłonie od twarzy, odsłaniając delikatnie zaróżowiony prawy policzek. Zlękniona Roma natychmiast zerwała się do pozycji siedzącej.

– Jak to: uderzyłam? Mamusiu. Boże święty… Miałam sen… – Ujęła twarz matki w swoje ciepłe dłonie i z czułością zaczęła ją gładzić.

– Koszmar? – zachichotała kobieta.

Nie chciała stresować córki. Wyobrażała sobie, że to właśnie z powodu stresu jej małej dziewczynce śnią się jakieś niedorzeczności.

Roma opowiedziała o swoim śnie, rozmarzonym i przyciszonym tonem szkicując matce obraz siebie odbierającej dyplom i chwilę potem padającej w ramiona dumnych rodziców. Dodała też, że jako jedyna studentka na roku (w tym śnie, naturalnie) została wybrana, aby wygłosić pożegnalną mowę dla ruszających w świat młodych lekarzy.

Co prawda coś takiego wcale jej się nie śniło, ale uznała, że tym małym i niewinnym kłamstewkiem sprawi matce przyjemność.

Halina Jasińska uśmiechnęła się tak szeroko, że w jej nad wyraz wychudzonych policzkach na ułamek sekundy pojawiły się dołeczki. A może nie? Może Romie się tylko przywidziało? Matka wpatrywała się w nią swoimi małymi, głęboko osadzonymi oczami i niesłyszalnym szeptem wyznała, że bardzo chce, aby to senne marzenie się spełniło.

– Będę lekarzem, mamusiu, zobaczysz – zapewniła dziewczyna.

– Romcia, słońce, przecież jeszcze nawet nie wiadomo, czy się na tę medycynę dostałaś.

– Dostałam się. Tym razem na pewno mi się udało.

– A co, jeśli nie?

Halina nie zamierzała odzierać córki z pewności siebie, ale… tak jakoś wyszło. Słyszała te obietnice już po raz drugi. Rok wcześniej, tuż po maturze, Roma mówiła przecież to samo. I co? I nic.

Zabrakło trzech punktów.

Trzy to niby niewiele, ale wystarczyło, by przez rok (w odczuciu matki) nie robić nic. Dziewczyna nie chciała iść na inne studia, chociaż rodzice ją do tego namawiali.

– Stracisz rok, córcia – niepokoił się ojciec.

Odpowiadała, że straci go właśnie wtedy, kiedy dziurę po niezrealizowanym marzeniu zapcha jakimś substytutem. Co miała robić? Iść na pedagogikę? A może na socjologię albo jeszcze lepiej – politologię. Kiedyś po ukończeniu tego typu studiów człowiek był szanowany i dostawał pracę powszechnie uważaną za godną, a teraz? Teraz po politologii można było co najwyżej zdobyć szanowaną – w cudzysłowie rzecz jasna – posadę kasjera w supermarkecie. Jej starsze koleżanki po zrobieniu dyplomów na podobnych kierunkach niemal hurtem wyjeżdżały za granicę, rozpaczliwie próbując zachować resztki swojej godności. Wolały zmywać gary na obczyźnie i wymyślać historie o tym, że pracują w prestiżowych instytucjach, niż wylądować w jednym zakładzie pracy z koleżankami, które myśl o rozwoju porzuciły chwilę po tym, jak uzyskały świadectwa ukończenia szkół średnich.

Roma zdawała sobie sprawę, że posiadanie tytułu magistra o niczym nie świadczyło. Tych magistrów w Polsce można było spotkać w kawiarniach, restauracjach bądź marketach. Jej nieco ambitniejsze koleżanki zaraz po studiach zatrudniały się w butikach, w których tuż po przekroczeniu progu można było wyczuć nutę drogich perfum, zachęcających do zostawienia okrągłej sumki. Nie miały innego wyjścia, jak tylko uśmiechać się do rozkapryszonych żon wysoko postawionych mężów, pozwalając na to, by dzieci tychże kobiet niby „przez przypadek” rozmazywały czekoladę na dopiero co wypolerowanej, nieskazitelnie czystej podłodze.

Roma nie chciała podzielić ich losu. Owszem, zamierzała gdzieś się zatrudnić i nie oczekiwała, że tuż po maturze ktoś jej zaproponuje kierownicze stanowisko, lecz miała świadomość tego, że czymkolwiek się zajmie, to będzie to jedynie niezbędny punkt do odhaczenia na drodze do wymarzonego celu.

– Może ja pojadę z tobą, córcia? Obdzwonię klientki i odwołam dzisiejsze wizyty, co? Jak myślisz? Raźniej ci będzie, w razie, jak…

– W razie jak co?

– No wiesz.

– Nie wiem.

– No… w razie, jak znów się nie uda – wyszeptała Halina, ściskając dłonie w pięści, zupełnie jakby nie chciała puścić trzymanych za córkę kciuków.

Dziewczyna roześmiała się, po czym wstała z łóżka, oznajmiając, że pojedzie z Mateuszem.

– Z Mateuszem? – W głosie matki dało się słyszeć rozczarowanie.

– Tak, mamuś, z Mateuszem. To mój chłopak. Zapomniałaś? I od razu uprzedzę twoje pytanie: nie, nie zamierzamy się pobierać. To znaczy, kiedyś na pewno tak, ale jeszcze nie teraz. Jestem na to za młoda. Nic nie przeżyłam, nic nie zobaczyłam. Poza naszą Małą Wsią i Krakowem nie widziałam nic. Zupełnie nic. Ale wiesz co? To się teraz zmieni. Jadę na wakacje. Rok przygotowań do egzaminu trzeba przecież uczcić, prawda? Zwłaszcza że całkiem nieźle zarobiłam w tym kiosku.

Matka westchnęła i po krótkiej chwili namysłu oświadczyła, że pieniądze zarobione w kiosku dziewczyna powinna odłożyć, bo jeśli jakimś cudem okaże się, że ze studiami wszystko wypali, to przyda się każdy grosz.

– Przecież nie będziesz dojeżdżała codziennie do Krakowa. Jak ty to sobie wyobrażasz? Stancję trzeba by wynająć, albo nie wiem… akademik jakiś? – zastanawiała się głośno.

– Wolę stancję. Wiesz, jak to w tych akademikach bywa. Głośno, imprezy, a ja chcę się uczyć.

– Tym bardziej nie powinnaś szastać pieniędzmi. Wszystko teraz takie drogie, a ja nie czeszę celebrytów, tylko zwykłe kobiety. Ojciec też kokosów z gospodarki nie wyciąga. Wiesz, dziecko, że ci pomożemy, jak tylko będziemy mogli, ale… Boże święty. No nic. Nie ma co się przejmować na zapas. Damy radę.

– Dziewczyna zapięła guzik naciągniętych przed momentem na zgrabne pośladki spranych dżinsów, narzuciła na siebie biały podkoszulek na ramiączkach, podeszła do matki i zamknęła ją w pełnym miłości uścisku.

– Mamuś, nie martw się. Jestem już dorosła, zapomniałaś? Mam dwadzieścia lat – dodała z dumą w głosie. – Skończyłam pięcioletnie liceum medyczne i w trakcie rocznej przerwy po szkole, z powodów nie do końca przeze mnie przewidzianych, zdołałam utrzymać się sama. Zauważyłaś to? – Odsunęła się nieco od matki.

– Zdołałaś się utrzymać, bo mieszkałaś u nas. Koszty mieszkania ci odeszły.

Roma przymknęła oczy i przełknęła ślinę, odmawiając w myślach szybką modlitwę o cierpliwość. Po chwili rozchyliła powieki i jeszcze raz przemówiła do matki, starając się, by jej głos brzmiał możliwie najspokojniej.

– Halinka, nie martw się. Poradzę sobie. – Puściła do niej oko.

Wiedziała, że za chwilę zbierze burę za to, że zwraca się do matki po imieniu. Nie zdążyła odskoczyć przed wymierzonym żartobliwie klapsem.

– Ała – wrzasnęła. – To bolało. Nie wolno bić dzieci!

– Nie jesteś dzieckiem przecież. Masz DWADZIEŚCIA lat – podkreśliła Halina. – Poza tym ja ci tylko oddałam.

Roześmiały się, padając sobie w objęcia. Roma jeszcze raz uspokoiła matkę, że ze wszystkim da sobie radę sama. Matka poklepała ją dobrotliwie po plecach, nakazując, by zeszła na dół coś zjeść.

– Zrobiłam naleśniki z twarogiem, takie jak lubisz. Weź kilka na drogę, to i Mateusz zje.

– Jesteś najlepsza, mamuś. Tak właśnie zrobię.

Kiedy dziewczyna zniknęła za drzwiami, w miejsce uśmiechu matki pojawiło się zatroskanie. Kiedyś też była taka jak Roma. Chciała podbić świat, studiować, kochać, oddychać pełną piersią i żyć. Zatrudniła się jako fryzjerka „tylko na chwilę”. W zasadzie to nawet nie jako fryzjerka. Ot, po prostu myła ludziom głowy i rozczesywała włosy w salonie fryzjerskim „U Marysi”. Studiowała zaocznie pedagogikę. Miała szczęście, że były to czasy, kiedy nauczycieli szanowano. Ale co z tego? Co jej po tym szacunku, skoro studiów nie skończyła. W międzyczasie poznała Romana, zakochała się i zaszła w ciążę. Oczywiście zamierzała wrócić na studia, lecz… zamiary zamiarami, a życie życiem. Mała Roma była wymagającym i chorowitym dzieckiem. Halina opuściła jedne zajęcia, drugie, trzecie, dziesiąte i nawet się nie spostrzegła, jak zleciał miesiąc, potem kolejny i jeszcze kolejny. Skreślono ją z listy studentów i to właśnie wtedy pani Marysia, właścicielka salonu, zaproponowała, że ją trochę poduczy zawodu i… tak już zostało. Marzenia marzeniami, a życie życiem.

Nie mogła powiedzieć, że nie lubi swojej pracy. Lubiła ją bardzo i wkładała w nią całe swoje serce. Mimo upływu lat nie czuła znużenia, wypalenia czy rutyny. Jej kajet pękał w szwach, a na wizytę trzeba było umawiać się z wyprzedzeniem. Klientki ceniły ją za fachową obsługę i… dość niskie ceny, których (ku rozpaczy Romana) nie potrafiła podnieść.

– Jak mam im powiedzieć, że ceny będą wyższe? No jak? Przecież one ledwo przędą. Człowiekiem trzeba być, Romuś – tłumaczyła mężowi.

– Trzeba to córkę wykształcić. Jej przyszłość jest ważniejsza niż to, co pomyślą inni.

– A jak zrezygnują z moich usług? Jak odejdą? Co wtedy? Jeszcze mniej będę miała. Nie ma co być chciwym.

– Chciwym nie, ale cenić się trzeba. Jak coś niewiele kosztuje, niewiele jest warte. Już ja wiem, o czym mówię, Halina – upierał się.

Pewnie w jego słowach było trochę racji, jednak… Do wdrożenia w życie wyższych cen za usługi jakoś nie dochodziło. Być może dlatego, że Halince brakowało pewności siebie. A może… po prostu tak było jej wygodnie? Gdzie się podziała ta dziewczyna sprzed lat, tak bardzo podobna do Romy? – zastanawiała się czasami, lecz to zadumanie trwało tylko chwilkę. Potem zapominała o wszystkim i żyła dalej swoim prostym, dobrym życiem.

 

 

 

Jeśli spróbujesz być kimś innym, niż w głębi serca jesteś,

Już po tobie.

Świat takich kopii ma na pęczki.

 

Z powieści Miedziany klucz

 

 

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

 

Tłuszczyk z twarogu ściekał jej po brodzie jak małej dziewczynce. Ten widok rozczulił Romana, który podszedł do córki i delikatnie wytarł zabrudzenie papierową ściereczką.

– Tatuś, przestań – odsunęła się nieco zniesmaczona – przecież ja mam dwadzieścia lat.

– Dla mnie zawsze będziesz dzieckiem. – Mężczyzna wzruszył ramionami, nic sobie nie robiąc z upomnienia.

Wpatrywał się w jej jasne, sięgające łopatek pukle, związane na czubku głowy sprężynową różową gumką. Nałożył sobie na talerz naleśnik, cały czas zastanawiając się nad tym, kiedy jego mała dziewczynka tak urosła. Przecież jeszcze wczoraj przyglądał się jej małym stopom wielkości własnego kciuka i rozpaczał nad brakiem kliszy w aparacie, która umożliwiłaby mu uwiecznienie tego cudu na zdjęciu. Jaka szkoda, że nie urodziła się w czasach telefonów komórkowych. Fotografowałby każdą chwilę jej życia. Całe szczęście, że wciąż zwracała się do niego „tatusiu”. Marne pocieszenie, ale zawsze coś.

– Co się tak patrzysz na mnie, tatuś?

– Ach… Rozmyślam.

– Nad czym?

– Nad tym, kiedy tak urosłaś – przyznał zgodnie z prawdą, wywołując u dziewczyny wybuch radości. Promienie słoneczne wpadające przez czyste kuchenne okno odbijały się w jej szmaragdowych oczach.

Wstała, by dolać sobie zaparzonej przez matkę herbaty. Przyglądał się temu, jak się porusza. Nie stawiała kroków w zwyczajny sposób, lecz robiła to tak, jakby była modelką. Gdyby nie był o nią tak bardzo zazdrosny, zasugerowałby, aby wzięła udział w jakimś konkursie piękności. Była onieśmielająco piękna, a on miał pewność, że gdyby tylko chciała, mogłaby w tego typu zawodach zajść naprawdę daleko. Jego ciało przeszył dreszcz na myśl o tym, że jego Romcia miałaby paradować w jakimś skąpym skrawku materiału zwanym kostiumem kąpielowym i z przyczepionym do nadgarstka numerem. Nie żeby sam nie lubił patrzeć na te piękne dziewczyny, ale… obce to co innego. Przypomniał sobie o dzisiejszym ogłoszeniu wyników i odetchnął z ulgą. Roma była intelektualistką. Na szczęście.

– Boisz się, córcia?

– No coś ty, tatek. Dostałam się.

– Też tak myślę – skwitował, chociaż wcale nie był tego taki pewien.

Uznał jednak, że dziewczynie wystarczą wątpliwości jej matki. Chciał swoim wsparciem dodać córce skrzydeł, zamiast ściągać ją z chmury marzeń na ziemię. Wiedział, że prędzej czy później doświadczy rozczarowań, jak każdy, ale wolał, by doświadczyła ich na zewnątrz, a nie we własnym domu. Był przekonany, że dom dla dziecka powinien być miejscem pełnym bezwarunkowej miłości i akceptacji.

Do kuchni weszła Halinka. Żwawym krokiem podeszła do córki i podała jej czarną, dobrze skrojoną marynarkę. Roma podniosła wzrok.

– Gorąco jest, mamuś.

– Wkładaj, nie gadaj. Jak cię widzą, tak cię piszą. Kto to widział, żeby przyszła pani doktor taka rozgołocona chodziła – powiedziała, wymownie patrząc na dekolt córki.

Roman podziękował w myślach żonie za tę uwagę. Sam nie miał śmiałości zasugerować tego córce.

– Tylko zadzwoń, jak będziesz coś wiedziała, dobrze? Mam nadzieję, że nikomu dziś nie spalę włosów przez to roztargnienie – próbowała żartować, lecz coś niezdarnie jej to wychodziło.

– Nie martwcie się, wszystko będzie dobrze. Obiecuję.

Skierowała wzrok na nadgarstek. Dochodziła dziesiąta. Mateusz powinien już być, w przeciwnym razie spóźnią się na odjeżdżający za kwadrans autobus do Krakowa. Zmarszczyła brwi w zamyśleniu, po czym pochyliła się, by zasznurować conversy i właśnie wtedy do jej uszu dobiegł przeraźliwie brzmiący dźwięk klaksonu. Podskoczyła, odruchowo kładąc dłoń na wysokości serca. Halina podbiegła do okna.

– Wygląda na to, że Mateusz kupił sobie samochód – powiedziała z dumą, zerkając na córkę.

Ten chłopak od początku jej się podobał i chyba nie miałaby nic przeciwko temu, by pewnego dnia został jej zięciem. Spokojny, pracowity, zaradny. Do szaleństwa zakochany w Romie. Po ojcu gospodarkę przejął, kiedy tamten zachorował i nie wiadomo kiedy zawinął się na tamten świat. Jej córcia pewnie miałaby z nim dobre życie. Gdyby tylko nie była taka uparta i nie powtarzała ciągle jednego zdania: „Jeszcze za mało przeżyłam, za mało doświadczyłam, chcę więcej”. Właśnie to „więcej” zastanawiało Halinę, podsuwając też myśli o zięciu lekarzu. Mateusz był dobry, lecz nie zamierzał się kształcić, co pozwalało kobiecie sądzić, że kiedyś może być z tego problem.

Roma podeszła do rodziców, aby pocałować ich na pożegnanie, po czym chwyciła plecak i wybiegła z domu. O mało co nie spadła z wrażenia ze schodów, kiedy zobaczyła mały samochód w kolorze zepsutej musztardy. Za kierownicą siedział jej ukochany. Kiedy ją ujrzał, zerwał się i wysiadł, by otworzyć drzwi dziewczynie.

– Pani pozwoli – powiedział, siląc się na powagę godną prawdziwego lokaja.

Roma wskoczyła na niego i oplotła jego wąskie biodra swoimi nogami.

– Skąd masz tę furę?! – wrzasnęła pełna zachwytu i złożyła mu na ustach namiętny pocałunek.

Stojąca za firanką Halina uśmiechnęła się, a towarzyszący jej mąż zastanawiał się, jak usunąć z pamięci tę rozjuszającą jego zazdrość scenę.

– Kupiłem na giełdzie. Niezła, co?

– Niezła? – Dziewczyna zeskoczyła z niego. – Jest przeboska!

Mateusza rozpierała duma. Niespodzianka się udała. Mógł SAM zawieźć swoją przyszłą żonę do Krakowa! Bez konieczności wystawania na przystankach autobusowych.

– Dziś już mało kto o tym pamięta, ale kilkanaście lat temu seicento było bestsellerem na polskim rynku – powiedział z dumą w głosie. Wyprężył się przy tym tak bardzo, że jego błękitny podkoszulek ledwie to wytrzymał.

– Moim zdaniem nadal jest – odparła, rozsiadła się po stronie pasażera i…

– Tylko nie patrz pod nogi!

– Za późno – szepnęła – chciałam tylko położyć plecak – wytłumaczyła, zasłaniając usta dłonią zakończoną krótkimi, jak przystało na przyszłą lekarkę, nieumalowanymi paznokciami.

Przez prześwit w podłodze wyraźnie było widać źdźbła dzikiej trawy porastającej podwórze rodzinnego domu.

– Ale silnik chodzi jak ta lala – zapewnił Mateusz.

Roma roześmiała się i oświadczyła, że gdy już zostanie lekarzem, to z pewnością będzie ich stać na coś lepszego. Nie chciała sprawić chłopakowi przykrości, ale zrobiła to. Posmutniał w jednej chwili, umiejętnie kamuflując nagłą zmianę nastroju. Szybko zatrzasnął drzwi przed jej nosem, po czym obszedł auto i usiadł za kółkiem, obiecując sobie w duchu, że nigdy nie pozwoli na to, by kobieta finansowała jego motoryzacyjne zachcianki. Może nie miał głowy profesora i z nauką nigdy nie było mu po drodze, ale miał dwie zdrowe, nauczone pracy ręce i wiedział, że jeśli tylko się postara, może nimi zdziałać wiele.

 

***

 

– A tak w ogóle to dlaczego nie sprawdziłaś wyników w Internecie? – Zdziwił się tym, że wpadł na to tak późno.

Wzrok co chwila uciekał mu w stronę jej ułożonych na podszybiu samochodu stóp. Były piękne i musiał się mocno koncentrować na tym, by nie odpływać zbytnio w czeluści swojej wyobraźni. Nie mógł się doczekać chwili, kiedy w końcu będzie mógł je dotykać, pieścić, całować.

– Miałam sobie odebrać przyjemność wyjazdu z moim chłopakiem do Krakowa? – odparła, jakby zaskoczona jego pytaniem. – Poza tym uważam, że przez ten cały Internet odbiera się ludziom możliwość przeżywania życia w realu.

Zmarszczył czoło, zastanawiając się nad tym, co powiedziała. Ona natomiast kontynuowała:

– Kiedyś w jakimś filmie widziałam dziewczynę, która wchodzi do budynku uczelni, o której marzyła przez całe życie, i na miękkich ze zdenerwowania nogach podchodzi do tłoczącej się grupki ludzi oczekujących na to samo, co ona. Po chwili jakaś tęga kobieta wynurza się z sekretariatu i usiłuje przecisnąć się w okolice korkowej tablicy, by powiesić na niej listę z nazwiskami szczęśliwców.

– I co dalej?

– Dalej? No wiesz. Co może być dalej? Dziewczyna przygląda się scence, która rozgrywa się na jej oczach, bo trudno odgadnąć, jakie uczucia odgrywają ważniejszą rolę. Jedni skaczą ze szczęścia, inni płaczą z rozpaczy. To wszystko razem wzięte paraliżuje ją do tego stopnia, że nie ma siły podejść do tablicy z wynikami, ale jak pewnie się domyślasz…

– Podchodzi i widzi swoje nazwisko na liście.

– Lepiej. Nie tylko widzi je na liście, ale widzi je na pierwszej pozycji. Okazuje się, że była najlepsza.

Zaśmiał się i zatrzymał samochód na parkingu niedaleko Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dojechali na miejsce. Roma wsunęła stopy w trampki i otwartą dłonią przyklepała odstające od kitki niesforne kosmyki włosów.

– To co, idziemy zobaczyć, która ty jesteś na liście?

– Nie ma takiej potrzeby.

Zmarszczył brwi, zwracając ku niej twarz.

– Jak to nie ma takiej potrze… – Zatrzymał się w pół słowa, jakby nagle dotarł do niego sens usłyszanych przed momentem słów. – Nie… nie zrobiłaś tego…

Jej pełne usta zacisnęły się teraz w wąską kreseczkę, a broda opadła do klatki piersiowej. W oczach dziewczyny filuternie skakały iskierki rozbawienia połączonego z delikatną obawą o to, czy go nie rozzłości. Nie miała pewności, czy jej ukochany domyśla się tego, co bezgłośnie chciała mu powiedzieć. Przez moment patrzyli na siebie, nie używając słów. Wreszcie Roma nie wytrzymała i kiwnęła głową.

– Naprawdę? – zapytał raz jeszcze, a ona raz jeszcze kiw­nęła, tym razem pewniej.

W końcu nie wytrzymała i obwieściła na głos to, co od dwóch dni chciała wykrzyczeć całemu światu.

– Dostałam się! Sprawdziłam w Internecie. Dostałam się!

W pierwszym odruchu zachłysnął się powietrzem.

– Ty żmijko mała!

Padli sobie w ramiona. Energia, która kumulowała się w niej przez ostatnie dwa dni, eksplodowała teraz ze zwielokrotnioną siłą. Dziewczyna objęła Mateusza i ściskała go tak mocno, że ledwo łapał oddech. Kiedy wreszcie oderwali się od siebie, nieco zszokowany zapytał, dlaczego tak długo trzymała to w tajemnicy.

– Chciałam, abyśmy przeżyli ten moment razem. Zależało mi na tym.

– Ale przecież mogliśmy przeżyć go wcześniej – zauważył. – Dwa dni trzymałaś w sobie taką wiadomość? Jesteś niemożliwa. Ja bym nie wytrzymał.

– Nie miałeś czasu. Przypomnij sobie.

– No tak. Byłem zajęty szykowaniem niespodzianki dla ciebie. Kupowałem to auto.

– Tośmy sobie wzajemnie niespodzianki zrobili – zauważyła.

Położył dużą, miękką dłoń na jej zgrabnym kolanie.

– Dlaczego nie powiedziałaś rodzicom? Twoja matka pewnie odchodzi od zmysłów. Aż dziw, że jeszcze nikt jej o tym nie doniósł. Ludzie we wsi mówią, że nie trzeba gazet kupować, wystarczy się czesać u Haliny i wie się o wszystkim – zaśmiał się.

– Nie mieli szans się dowiedzieć – powiedziała konspiracyjnym tonem. – Aby zalogować się na stronę z wynikami, trzeba było mieć specjalne hasło.

– Ech… Cywilizowany świat. – Mateusz odchrząknął z niedającą się ukryć odrobiną sarkazmu. – W takim razie po co przyjechaliśmy do miasta? Mogliśmy ten dzień spędzić inaczej.

Przysunął się do niej i zagłębił swoje usta w miejscu między jej barkiem a uchem. Pachniała obłędnie, mimo że nie używała perfum. Była jego pierwszą prawdziwą miłością. Wszystko, co nieznane, nowe i intymne, przeżyła właśnie z nim i tylko z nim. Z nikim innym wcześniej. Cenił to. Spotykali się już od trzech lat i wydawało się, że mają poważne plany. Gdyby tylko chciała, ożeniłby się z nią nawet za godzinę. Ale nie chciała. Czuł, że jest przez nią kochany, lecz równie mocno jak jego ona kochała swoją wolność. Chciała żyć, spełniać marzenia i rzecz jasna, zostać lekarzem. Ustalił więc, że kiedy już zdobędzie ten swój wymarzony dyplom i zakotwiczy się w jakimś krakowskim szpitalu, wtedy wezmą ślub i postarają się o dziecko, albo najlepiej od razu o dwoje. Na początku perspektywa tak długiego czekania na założenie rodziny nieco mu ciążyła, ale potem doszedł do wniosku, że na taką dziewczynę warto czekać. Jej wdzięk, uroda, mądrość i niczym nieskażona moralność tworzyły razem… ideał. Tak. Roma była idealna.

– Spokojnie, nie miej mnie za kłamczuchę, kochanie, powiem rodzicom prawdę o tych wynikach. Tylko chcę jeszcze załatwić jeden drobiazg.

– Drobiazg?

Uniósł brew, próbując odgadnąć, cóż takiego tym razem wymyśliła. Te niewiadome, które regularnie mu serwowała, co chwila rozniecały na nowo ogień jego miłości.

– Bo wiesz – rzuciła słodkim głosikiem, udając bezbronną istotkę – mam dziś rozmowę o pracę.

Wybałuszył oczy. Kompletnie się tego nie spodziewał. Umówili się przecież, że lipiec spędzą razem. Mieli pojechać nad morze. Od miesięcy trąbiła mu o tym Kołobrzegu i chociaż wolał góry, ostatecznie przystał na jej propozycję. Teraz był zdziwiony tą nagłą zmianą planów. Skoro starała się o pracę, to w przypadku, gdyby ją dostała, niemal niemożliwym by było, aby zaraz dostała urlop.

– Spokojnie, spokojnie – rozłożyła dłonie w uspokajającym geście – rozmowa jest dziś, ale praca zaczyna się dopiero od września. Sprawdziłam to, skarbie, dlatego nie martw się, Kołobrzeg wciąż aktualny – powiedziała, jakby czytając mu w myślach.

Poczuł ulgę. Nakręcił się już na te wakacje. Chociaż, gdyby miał być tak w stu procentach szczery, to musiałby się przyznać, że nie nakręcił się na same wakacje, lecz… na nią. Nie przepadał za smażeniem się na plaży, ale perspektywa smarowania olejkiem jej gładkich pleców wynagradzała mu absolutnie wszystkie niedogodności. Piasek w majtkach też.

Dziewczyna wyjaśniła, że przeanalizowała sobie wszystko i doszła do wniosku, iż nie będzie obciążać rodziców. Mama i tak pracowała zbyt dużo, byle tylko pokryć dziury w ich domowym budżecie. Nie było tajemnicą, że w jej domu – jak to się mówi – nie przelewało się. Od niedawna mieszkał z nimi dziadek Leopold, który po śmierci babci podupadł na zdrowiu do tego stopnia, iż zmuszony był poruszać się na wózku. Obecnie przebywał w sanatorium, za które państwo Jasińscy naprawdę słono zapłacili. Jednak radość w oczach dziadka spowodowana wyjazdem warta była każdych pieniędzy. Kiedy Halina odebrała przesłane przez opiekunkę zdjęcia roześmianego ojca, jej oczy pokryła szklana tafla; wiedziała, że zrobi wszystko, by w miarę możliwości jej tata jeździł tam jak najczęściej. Ale to kosztowało. Do tego jeszcze studia Romy i związany z tym wynajem mieszkania w Krakowie.

Państwo Jasińscy marzyli o tym, by ich córce niczego nie zabrakło, ale dziewczyna nie była ślepa. Nie mogła przecież pozwolić, by się zaharowywali. Zdrowie ma się tylko jedno. Matkę notorycznie bolał kręgosłup, a ojca bolało wszystko. Tłumaczyła to Mateuszowi, a chłopak kiwał potakująco głową. Imponowała mu swoją postawą, tak odmienną od postaw studencików, których znał i do których nie miał ani krzty szacunku.

– Sam rozumiesz, kochanie, że chcę ich jakoś odciążyć. Poza tym ile można siedzieć na garnuszku rodziców?

– Z jednej strony rozumiem i doceniam to, a z drugiej…

Podrapał się po głowie, szukając odpowiednich słów, by móc wyrazić swoje myśli w sposób, który jej nie skrzywdzi. Zaczerpnął powietrza i zapytał, czy nie obawia się, że może ze wszystkim nie dać rady. Zdziwiło ją to pytanie.

– Jak to: nie dać rady?

– Wiesz… Nie zrozum mnie źle, Misia, ale podobno pierwszy rok medycyny jest trudny do przejścia. Ta anatomia… W Internecie piszą, że to tak, jakby uczyć się książki telefonicznej na pamięć.

– Wątpisz we mnie? – spytała zadziornie.

– Nie, nie, skąd. Ja tylko… – zrobił krótką pauzę. – Ja tylko… Jakby to powiedzieć. Chciałbym cię ochronić przed sytuacjami, w które możesz się wpakować z…

– Z…?

– Z powodu braku czasu, konkretnie. Wiesz, będziesz zmęczona, niedospana, zaczniesz zawalać to czy tamto. – Motał się, bo tak naprawdę sam nie wiedział, o co dokładnie mu chodzi. Czuł jednak dziwny, trudny do zdefiniowania niepokój. Próbując jeszcze jakoś „zawalczyć” o to, by miłość jego życia nie rzuciła się w wir pracy, zapytał, czy przyjęłaby od niego drobną pomoc finansową. Uniosła na niego badawcze spojrzenie.

– Ale że jak ty to sobie wyobrażasz? Mam zostać twoją – przełknęła ślinę, zanim zdołała wykrztusić z siebie to słowo – utrzymanką?

– Słucham?

– Mateusz, kochanie, nie zrozum mnie źle, ale przecież dobrze wiesz, jak bardzo cenię sobie niezależność. Niezależność jest taką… – rozmarzyła się na chwilę – …taką przeżywaną ze zdwojoną siłą wolnością. A ja kocham wolność ponad wszystko. Proszę, powiedz, że to rozumiesz.

Kiwnął głową niechętnie, chociaż tak naprawdę miał ochotę tupnąć nogą i nie pozwolić jej na tę pracę. Miał przecież zostać jej mężem, kimś, na czyim ramieniu miała się wspierać całe życie. Dlaczego tak szybko odpuszczał? Dlaczego nie potrafił się jej przeciwstawić? Dlaczego miał do niej taką słabość?

Wyczuła wewnętrzną walkę jego myśli. Niewiele się zastanawiając, wskoczyła mu na kolana, pośladkami naciskając klakson.

Roześmiali się głośno, rozluźniając atmosferę.

– Muszę przyznać, że ten musztardziak jest całkiem donośny – powiedziała.

– Musztardziak?

– To auto ma kolor musztardy, nie uważasz? Ale, ale, żeby nie było – uniosła palec – to najlepsza musztarda, jaką kiedykolwiek w życiu jechałam – dodała i zamknęła mu usta pocałunkiem.

Zatopił się w nim. Był miękki i smakował obietnicą, w którą chciał wierzyć do końca swoich dni. Kochał ją, po prostu. Do szaleństwa. I chyba dlatego już po chwili zapomniał o wszystkim, co go martwiło.

 

 

 

Zamiast usprawiedliwiać swój ból,

uwolnij się od niego na dobre.

 

Z powieści Miedziany klucz

 

 

 

ROZDZIAŁ 3

 

 

 

Rozmowa kwalifikacyjna była o szesnastej. Mieli więc sporo czasu, aby po prostu pobyć razem. Najpierw poszli na lody, a później zjedli pizzę – dokładnie w tej kolejności. Roma uwielbiała łamać stereotypy i chętnie jadała deser przed obiadem. A Mateusz uwielbiał tę jej spontaniczność.

Nie mógł powiedzieć o sobie, że jest doskonałym kierowcą, zwłaszcza że „musztardziak” był jego pierwszym autem. Wcześniej co prawda pożyczał samochód od brata, ale… za wiele się nim nie najeździł, bo brachol zbyt szybko dopominał się o zwrot. Dlatego też gdy Roma powiedziała, że muszą dojechać do jakiejś tam galerii handlowej, był nieco oszołomiony. Nie okazał jednak na zewnątrz odczuwanego zaniepokojenia. Wręcz przeciwnie – stanął na wysokości zadania i dowiózł ukochaną na miejsce.

Gdy zaparkował między białym mercedesem a czarnym volvo, poczuł się jak mysz w towarzystwie wygłodniałych tygrysów. Nie wiedział, czy uciekać, czy próbować walczyć o resztki godności, rzucając jakieś uwagi na niekorzyść tamtych aut, czy… po prostu odpuścić nadmierne rozmyślania. Spojrzał na Romę, której dobry nastrój nie opuszczał ani na chwilę. Zdawała się nie widzieć luksusowych pojazdów, za to wciąż zachwycała się musztardziakiem. Znał ją i czuł, że nie robi tego po to, by go pocieszać. Złapał ją za rękę i ruszyli w stronę centrum.

Nie mógł powiedzieć, że czuje się tu jak ryba w wodzie. Ten ogrom wszystkiego nieco go przytłaczał. Dla niego sklep kojarzył się z małym budynkiem, do którego chodzi się po chleb, mleko i, powiedzmy jeszcze, wędliny. Ubrania często szyła mu matka albo kupował je na targach, takich zwykłych, wiejskich. Nie przywiązywał uwagi do mody. Często nosił zwykłe dżinsy, trampki i podkoszulki. Do pracy w gospodarstwie nie musiał się stroić – wystarczyły robocze ciuchy. Przebywanie w miejscach takich jak to odbierało mu poczucie pewności, którego i tak nie posiadał w nadmiarze. Światła migających neonów raziły go w oczy, a dobiegające z każdej strony pomieszane zapachy przyprawiały o zawroty głowy. To odróżniało go od Romy. Ściskał jej dłoń i przyglądał się jej podskakującemu z ekscytacji ciału. Wszystko jej się podobało. Zatrzymała się przy stoisku z ręcznie wyrabianymi czekoladkami, następnie zachwyciła się mnogością barw lakierów do paznokci, podziwiała wystawy z biżuterią, zegarkami, bielizną i butami, a gdy dotarli do galeryjnej księgarni, przepadła w niej na ponad godzinę. Interesowała ją każda książka. Dosłownie każda. Z każdą też obchodziła się w podobny sposób – począwszy od tego, że chwytała ją w dłonie i najpierw gładziła okładkę, potem otwierała ją i wkładała nos pomiędzy szorstkie strony, syciła uszy szelestem ich kartkowania, a następnie odkładała z namaszczeniem na półkę w sposób delikatniejszy od tego, z jakim odkłada się przepiórcze jajko do koszyka. Szczebiotała o swoich marzeniach, a jednym z nich było posiadanie ogromnej biblioteki.

– Co dla ciebie oznacza bogactwo? – spytała nieoczekiwanie.

Wyczuł w jej głosie delikatne rozczarowanie z powodu braku pieniędzy na zakup oszałamiająco pięknego wydania powieści Miedziany klucz. Kochała autorkę tego dzieła. Czytała je już kilka razy, czego Mateusz nie potrafił zrozumieć. Spojrzała na niego błagalnym wzrokiem. Wiedział, co to oznacza. Bezgłośnie prosiła go, by kupił książkę. Tylko dla tej okładki. Lecz on… nie mógł tego zrobić. Nie dlatego, że nie chciał. Chciał! Bardzo chciał, ale… Chciał też zafundować jej wyjazd na wakacje. Kupowanie książek bardzo nadszarpnęłoby tak skrupulatnie gromadzony przez niego budżet. Było mu przykro, że kwota niespełna pięćdziesięciu złotych w tym momencie znaczy dla niego być albo nie być. Pozazdrościł właścicielom luksusowych aut komfortu nieposiadania takich zmartwień. Ona natomiast, Roma, patrzyła mu w oczy w sposób, który kochał i którego jednocześnie nienawidził. W tym spojrzeniu zauważył tęsknotę za czymś, czego nie potrafił nazwać, a jednocześnie czuł, że to „coś” może być dla niego poważną konkurencją w walce o jej atencję.

Chyba zbyt długo zwlekał z odpowiedzią na jej pytanie, bo postawiła je ponownie. O cóż jej chodzi? – zastanawiał się, robiąc minę z serii tych, które pojawiały się na jego twarzy, gdy intensywnie nad czymś myślał.

– Bogactwo? – powiedział głośno.

– Przecież pytam wyraźnie – zabrzmiała nieco chłodniej.

– Ty jesteś moim bogactwem. Jesteś moim wszystkim – odparł, czując, że głos mu drży, i nie dowierzając, że właśnie to powiedział. Nie należał do zamkniętych w sobie, ale nie można było go też nazwać wylewnym.

Trudno stwierdzić, czy jego odpowiedź ją zaskoczyła, czy też spodziewała się innej. Śmiech, który rozbrzmiał w księgarni, skwapliwie przykrył prawdę o tym, co w tej chwili czuła. Przytuliła się do niego tak szybko, aby nie miał szans spojrzeć w jej oczy, i musnęła ustami skórę jego szyi.

Odsunął się i spojrzał na nią.

– A ty?

– Co ja? – Uciekła wzrokiem w bok.

– No… Czym dla ciebie jest bogactwo?

Liczył na to, że odpowie mu równie pięknym jak jego wyznaniem. Ona jednak odparła, że dla niej bogatym jest ten, kto w miejscu takim, w jakim obecnie przebywają, może pozwolić sobie na zakup dowolnej książki. Zrobiła krótką pauzę, w trakcie której przygryzła delikatnie wargę, i dodała, że zamierza takiego stanu doświadczyć. Rozczarowała go jej odpowiedź. Żałował, że w tym jednym, jedynym momencie nie skłamała.

Odwróciła się na pięcie i wolnym, pełnym celebracji krokiem ruszyła do alejki z czasopismami. Mateusz poszedł za nią. Złapała najnowsze wydanie „Urody Życia”, na które od czasu do czasu sobie pozwalała, i dokładnie w tym momencie spostrzegła, że przygląda jej się pewien człowiek. Był wysoki, barczysty i zdecydowanie starszy od niej. Zanurzył swój wzrok w jej szmaragdowych oczach, myśląc chyba, że ją tym speszy. Ona jednak nawet nie mrugnęła. Zmieszany potrząsnął głową, próbując ukryć irytację jej pozbawionym wstydu i skromności zachowaniem. Nie tego się spodziewał. Czytała z jego twarzy jak z książki, w której ktoś tłustym drukiem napisał: „Ta kobieta jest piękna”. Wyprostowała się i unosząc dumnie podbródek, odprowadziła nieznajomego wzrokiem. Po upływie kilkunastu sekund zniknął z jej pola widzenia.

– Chcesz krówki? – mówił jakiś głos, którego chwilowo nie potrafiła przypisać do żadnej znanej jej postaci. Nie wiedzieć czemu, jej serce zabiło mocniej.

– Roma, jesteś tam?

Odwróciła się szybko.

– Pytałem, czy chcesz krówki.

– Co?

Zmarszczyła nerwowo czoło.

– Krówki. Takie cukierki mleczne. Przecież lubisz.

Mateusz machał jej przed nosem biało-czarnym opakowaniem. Patrzyła na niego ślepym wzrokiem i zamiast słodyczy widziała przed sobą nieznajomego mężczyznę. Jego postać odcisnęła swój kształt w jej umyśle, fascynując ją i przerażając jednocześnie.

– Nie. Nic nie chcę – burknęła – chodźmy do kasy.

 

***

 

Iskrzące biżuteryjne kamienie, zdobiące szyję i uszy kobiety o oryginalnej urodzie, sprawiały, że Roma nie mogła oderwać od nich wzroku. Ich ciemnofioletowy kolor idealnie pasował do kruczoczarnych błyszczących włosów, upiętych w gładki kok z tyłu głowy. Przejęta rozmową kwalifikacyjną dziewczyna wolała przyglądać się nim niż zaglądać w zimne oczy swojej potencjalnej pracodawczyni, która nawet się nie przedstawiła i od której biła mieszanina chłodu i zarozumiałości. Ewidentnie uważała się za kogoś lepszego od reszty świata. Być może wydawało jej się, że dobrze skrojona droga garsonka daje do tego pełne prawo. Mierzyła Romę wzrokiem, z odrazą lustrując dżinsy, podkoszulek i marynarkę kupioną na przecenie w second handzie.

– Gdybym się zdecydowała ciebie zatrudnić, mogłabyś zacząć od września? – burknęła pod nosem, gładko pomijając formę grzecznościową „pani”.

Roma pokiwała głową, a tamta zanotowała coś w swoim oprawionym w skórę notesie z wyżłobionymi pochyłym pismem literami, zdradzającymi imię i nazwisko właścicielki. Ilona Antos – ładnie – pomyślała Roma, wnioskując, że przedmiot musiał być zrobiony na zamówienie. Zapewne kosztował fortunę.

– Rozumiem, że nie masz nic przeciwko strojom firmowym? Preferujemy czarne klasyczne ubrania.

– Nie, absolutnie nie. Skądże znowu? Powiem pani, że nawet mnie to cieszy. Nie będę zużywać swoich ciuchów, których zresztą nie mam zbyt wiele – zaszczebiotała z porażającą szczerością.

Gdyby na tę scenkę patrzyła jakaś staruszka, odpowiedź Romy mogłaby ją rozczulić, jednak właścicielkę ekskluzywnego salonu aż zmroziło. Skrzydełka jej perkatego nosa rozchyliły się, jakby ktoś przystawił do nich kocią kupę, a blada skóra na jej idealnie napiętych policzkach drgnęła nerwowo.

– Jeśli chcesz tu pracować, młoda damo, to musisz być nieco oszczędniejsza w słowach. Ten salon… – zrobiła teatralną pauzę – …ten salon to nie bazar dla byle jakich wieśniaków.

Roma spłonęła rumieńcem.

– Tu nie przychodzi byle kto. Naszymi klientkami są aktorki, celebrytki, gwiazdy muzyki i fitnessu. Trzeba umieć się zachować. Kolekcja, którą sprzedajemy, to nie jakieś tanie, wyjęte psu z gardła chińskie mieszanki, co to po pierwszym praniu nadają się tylko do kosza. Nasza jakość wymaga nienagannej oprawy – umilkła, patrząc Romie prosto w oczy. – A tę zapewnia per-so-nel – zakończyła oschle.

– Tak jest, proszę pani. Proszę mi wybaczyć, jeśli powiedziałam coś niestosownego, ja… Mnie po prostu zależy na tej pracy. Od października będę studentką medycyny – pochwaliła się, mając nadzieję, że ta informacja zadziała na jej korzyść.

Medycyna, bądź co bądź, była, jest i będzie prestiżowym, budzącym podziw kierunkiem.

– Medycyna? – Ilona uniosła brwi. – Hm… Zaskoczyłaś mnie. No dobrze, żeby nie przedłużać, możesz już iść. Zadzwonię do ciebie. Tymczasem dziękuję.

Roma wstała i ukłoniła się jak jakaś uczennica. Gdyby nie to, że ta plastikowa, choć ładna lala oferowała naprawdę dobre wynagrodzenie i dostosowane do czasu studentki godziny pracy, dawno by jej tu nie było.

– Dziękuję pani. Bardzo dziękuję. Dziękuję.

– Jeszcze nie ma za co.

– Ależ jest.

– Idź już, zanim powiesz coś, co doszczętnie cię pogrąży. Do widzenia. Zawołaj następną. Moja asystentka, Diana, posadziła je tam, na ławce przed salonem. – Wskazała palcem, zakończonym długim, szpiczastym i pomalowanym na czarno pazurem. W tym geście było tyle wyższości, że Romę aż zemdliło.

– Zrób to, proszę, dyskretnie. Wiesz, co oznacza to słowo?

– Naturalnie, pani Ilono.

– Nie przypominam sobie, abym ci się przedstawiała.

– Przepraszam, wyczytałam z… z pani kajetu.

– To nie jest KAJET. To oprawiony w licową skórę organizer. Zresztą… idźże już. Potrzebuję chwili spokoju, zanim przesłucham następną.

Roma dygnęła pokornie, po czym odwróciła się na pięcie i cichutko ruszyła w stronę wyjścia. Nie zdążyła złapać za klamkę, kiedy usłyszała za sobą wołanie.

– Zmieniłam zdanie. Powiedz Dianie, że potrzebuję dłuższej przerwy. Muszę ochłonąć.

– Tak jest, proszę pani – powiedziała zaskoczona swoją służalczą postawą.

Jej oczy rozchyliły się przesadnie, kiedy tylko zamknęła za sobą bramy do „jaskini lwa”. Dokładnie tak pomyślała teraz o zapleczu tego luksusowego sklepu. Niewiele myśląc, zdjęła z siebie marynarkę, by schłodzić nieco mokrą od potu skórę, a potem podeszła do stojącej za ladą, ubranej na czarno Diany, usiłując rozszyfrować charakter swojej potencjalnej koleżanki z pracy.

Dziewczyna o twarzy w kształcie serca, nakrapianej milionem piegów uśmiechnęła się do niej pogodnie i zapytała, jak było. Przez głowę Romy przemknęły pytania: „Czy to jakiś test? Czy mogę być z nią szczera? Czy to mi nie zaszkodzi?”. Diana chyba czytała jej w myślach, bo nachyliła się w jej stronę tak, że ich twarze znajdowały się teraz bardzo blisko siebie.

– Mocno ci dowaliła nasza Ilonka? – szepnęła.

Romę rozbawiło to pytanie. Wypuściła z płuc zalegające powietrze z zaplecza.

– Nie, nie – zachichotała – nie było tak źle.

– Załóż szybko marynarkę. Masz za ładne cycki. Jak Ilonka je zobaczy, już po tobie. – Wykonała dłonią ruch imitujący ścięcie głowy.

Roma natychmiast się ubrała.

Po sekundzie bramy jaskini otworzyły się i wyszła z nich czarnowłosa kobieta.

– Co ty tu jeszcze robisz? – zwróciła się do Romy. – Mówiłam, że zadzwonię, jak się zdecyduję. Tak czy nie?

– Tak, tak. Mówiła pani, ale…

– Diana, zawołaj następną. Żadnych przerw, niech to się wreszcie skończy. Jestem potwornie zmęczona.

– Już się robi – odparła Diana i ruszyła w stronę ławki znajdującej się za przeszklonymi drzwiami sklepu.

Przechodząc obok Romy, mrugnęła do niej porozumiewawczo. Jej spojrzenie było pełne pocieszenia i niemalże krzyczało: „Nie przejmuj się, ona taka jest, będziesz miała tę robotę. Do zobaczenia”.

 

***

 

Mateusz siedział na ławce w towarzystwie czterech młodych dziewczyn. Roma rzuciła okiem na ich sylwetki, co dodatkowo źle podziałało na jej i tak już nieco zepsuty humor. O zgrozo, jej kontrkandydatki były ładne. Chociaż może słowo „ładne” nie do końca do nich pasowało. One były… „zrobione”. Miały pofarbowane idealnie włosy, wyprasowane czoła, długie paznokcie w jaskrawych kolorach, przyczepione rzęsy i z jakiegoś powodu bardzo podobne do siebie twarze. Zupełnie jakby wyszły spod tej samej igły. Wydawały się piękne, ale przy tym takie… przezroczyste. Może o to właśnie chodziło Ilonie? Może tego szukała? Może potrzebowała personelu, który idealnie wtapiałby się w tło jej sklepu?

Mateusz na widok Romy zerwał się z ławki i nerwowym ruchem potarł dłońmi o spodnie.

– I jak było? Jak? Masz tę robotę? – spytał zniecierpliwiony.

– A bo ja wiem? Powiedziała, że zadzwoni, ale… nie liczyłabym na to. Szkoda. To wynagrodzenie, które proponowali w ogłoszeniu, naprawdę rozwiązałoby wszystkie moje problemy – westchnęła.

Mężczyzna przytulił ukochaną i pogłaskał ją po miękkich włosach.

– Ale było aż tak źle? Co jej się w tobie nie podobało? Przecież… przecież ty jesteś idealna do tej pracy. Ładna, mądra, skromna. Sprzedawałabyś te jej szmaty szybciej, niż sprzedają się bułki w piekarni.

– To nie są szmaty, skarbie – odparła, odsuwając głowę od jego piersi po to, by przenieść wzrok na jego oczy. – To ekskluzywne ubrania i coś mi mówi, że nie byłabym ich dobrą reklamą.

– E tam. Bzdury. Widocznie czeka na ciebie coś lepszego. Chodźmy stąd. – Złapał ją za rękę i pociągnął w kierunku wyjścia.

Nagle usłyszeli za sobą piskliwy, jakby dziecięcy głos.

– Halo, halo, poczekajcie.

Odwrócili się jednocześnie, wbijając wzrok w próbującą biec płowowłosą dziewczynę. Buty na niebotycznie wysokich szpilkach skutecznie ograniczały ruchy jej przesadnie chudych nóg z odstającymi kolanami. Roma zauważyła przewieszoną przez ramię dziewczyny torebkę z logo prestiżowej firmy. Takie cacka widywała tylko na witrynach sklepów i zdawała sobie sprawę, że minie dużo czasu, zanim będzie mogła sobie pozwolić na zakup czegoś podobnego. Zupełnie nie spostrzegła, że dziewczyna chce jej oddać jej własny wysłużony, mało elegancki, żeby nie rzec – wieśniacki… plecak.

– To chyba wasze – wysapała, ledwie łapiąc powietrze, jakby właśnie wbiegła na metę maratonu.

Wyglądała nawet miło i na pewno była uczciwa. Roma przejęła swoją własność i podziękowała.

– To moja wina, przepraszam – powiedział Mateusz – miałem go pilnować.

– Ta rekrutacja chyba wpływa na nas wszystkich – zaśmiała się Roma. – Najważniejsze, że się znalazł.

Zarzuciła plecak na ramię, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że jest dziwnie ciężki.

– Jak było? Dasz mi jakieś wskazówki? Zaraz wchodzę i strasznie się denerwuję. Praca w takim butiku…

A jednak lalunia nie zrobiła tego bezinteresownie, pomyślała Roma, wpatrując się w płowowłosą. Miała nawet chęć ją trochę postraszyć i dołożyć od siebie parę pikantnych smaczków na temat właścicielki salonu, ale ostatecznie uznała, że byłoby to nieuczciwe, więc po chwili przemówiła do niej ciepłym głosem:

– Nie denerwuj się. Myślę, że masz większe szanse na tę pracę niż ja.

– Tak sądzisz? – Płowowłosa wyprostowała się z dumą. Jej idealnie wystylizowana fryzura nawet nie drgnęła. Była jak garnek przyspawany do nasady głowy.

– Jasne. Trzymam za ciebie kciuki. Powodzenia.

– Nie dziękuję, żeby nie zapeszać – odparła tamta i już wolnym, jakby wyuczonym krokiem wróciła na ławkę.

Te jej nogi naprawdę robiły wrażenie. Zwłaszcza od tyłu.

– Mogłaś jej powiedzieć, że pytają o znajomość fińskiego i że wypadłaś świetnie, bo akurat znasz ten język. Narobiłaby w te swoje wypachnione gacie i przynajmniej miałabyś ją z głowy. Nic nie myślisz, kochanie. – Mateusz cmoknął z udawaną dezaprobatą.

Roma roześmiała się.

– No widzisz, mogłam. Ale na jej widok zabrakło mi języka w gębie. Ale miała nogi! Widziałeś?

– Mnie tam obchodzą tylko jedne nogi.

– Tak? A czyje? – kokietowała.

– Domyśl się.

 

 

 

Nie trzeba płynąć pod prąd, by zbliżyć się do marzeń.

Wystarczy uczciwość.

 

Z powieści Miedziany klucz

 

 

 

ROZDZIAŁ 4

 

 

 

Rozmyślania o odbytej rozmowie kwalifikacyjnej zajmowały jej głowę dość skutecznie. Wyświetlała w wyobraźni sceny z niedalekiej przeszłości i przeżywała je jeszcze raz, tyle że tym razem zastępując stare koślawe dialogi bardziej bystrymi i lotnymi. Och, mogłam powiedzieć tak, a ona odpowiedziałaby tak; źle zrobiłam; gdybym zachowała się inaczej, to może… a tak, to nic.

Szczerze mówiąc, nie to, że na pewno nie dostała tej pracy, było najgorsze, lecz to, że znów będzie musiała zaangażować się czasowo w poszukiwania jakiegoś zajęcia. A ona chciała mieć już spokój. Chciała mieć wakacje – prawdopodobnie ostatnie, długie, beztroskie i leniwe wakacje wczesnej młodości, która boleśnie mijała z każdym jej oddechem. Niektóre jej rówieśniczki, te, które wybrały tradycyjne licea, miały już za sobą dwa lata studiów. Kilka szykowało się do zamążpójścia, a jedna nawet zdążyła dorobić się dziecka. Roma zdawała sobie sprawę, że bycie dwudziestolatką zobowiązuje ją do tego, aby zacząć myśleć poważniej o sobie i swojej przyszłości. Powinna wreszcie zejść z głowy rodzicom. Czuła się jak kula uwiązana do nóg ludzi, dzięki którym przyszła na ten świat. Najwyższy czas odciąć tę ograniczającą całą trójkę pępowinę.

Mateusz jeszcze raz zaproponował pomoc finansową, zrobił to jednak na tyle nieudolnie, że zanim zdołał przedstawić chociaż połowę swoich argumentów, było już po rozmowie. Dziewczyna zdenerwowała się i ofukała go na tyle niegrzecznie, że aż zrobiło jej się głupio. Postanowił więc milczeć i przeczekać jej wisielczy nastrój.

– Przepraszam cię – rzekła, kiedy wreszcie zdała sobie sprawę z tego, że naprawdę przegięła. – Wiem, że chcesz dla mnie dobrze. Wszyscy chcecie, ale… ja sama powinnam o siebie zadbać – mruknęła pod nosem pokornie.

– Ale przecież właśnie to robisz. Dostałaś się na medycynę! Zauważyłaś to? Powinnaś się cieszyć i świętować, a nie rozpaczać nad tym, że nie dostałaś pracy w jakimś „ą, ę” saloniku dla nadętych bab.

– Ta Diana była nawet sympatyczna. Myślę, że fajnie by się z nią pracowało. – Roma poczuła się zobowiązana, by bronić reputacji potencjalnego miejsca pracy.

– No i może jeszcze będzie. Kto wie, może i dostaniesz tę robotę – mężczyzna zreflektował się.

– Nie sądzę

– Ależ z ciebie optymistka.

– Realistka, skarbie, realistka. Ale nic. Dość biadolenia. W końcu jedziemy na wakacje, co nie? Najpierw Kołobrzeg, a potem… pomyślę, co dalej. Myślę, że ta przerwa w życiu dobrze mi zrobi. No i tobie też. – Puściła do niego oko, uśmiechając się.

Położyła dłoń na jego szerokim męskim kolanie i pomyślała, jak bardzo jest w nim zakochana. Zastanawiała się nad tym, dokąd poprowadzi ich los i jak ułoży się ich życie. Czy doświadczą wszystkiego, o czym marzyli? Wierzyła, że jeśli się czegoś bardzo pragnie, to wszystko jest możliwe. W głębi ducha była przecież idealistką. Każdego dnia patrzyła na małżeństwo swoich rodziców i pragnęła z całych sił robić w życiu to, czego uczyła się w rodzinnym domu. Została w nim wręcz zalana miłością.

Wracali do Małej Wsi. Dzień zbliżał się ku końcowi i zdała sobie sprawę, że emocje, jakich dziś doświadczyła, całkiem stłamsiły jej życiowy entuzjazm. Usiłowała go w sobie rozbudzić, jednak gdy mimochodem jej wzrok spoczął na dziurze w podłodze musztardziaka, nie zdołała wykrzesać z siebie nawet ociupinki optymizmu. Uznała, że lepiej będzie, jeśli na chwilę przymknie oczy i zanurzy się w marzeniach o życiu, jakie chciałaby wieść. Wyobrażała sobie dom z ogródkiem pełnym kwiatów, które wiosną, wraz z podmuchem wiatru, przynosiłyby do jej kuchni zapach natury. Słyszała głosy dzieci i ujadanie psa, i czuła w ustach smak czarnej kawy wypijanej o poranku. Wszystko było takie, jak chciała. Miała niemal pewność, że plan jej życia się ziści. Będzie lekarzem, matką, żoną, przyjaciółką, córką – wymieniała w myślach role, nie zastanawiając się nad ich kolejnością w hierarchii ważności. Nie zdążyła wychwycić krótkiego momentu będącego końcem marzeń na jawie, w którym to jej świadomość gładkim ruchem prześlizgnęła się w sen. Jej serce zwolniło rytm i umysł mógł wreszcie odpocząć.

Zaczęło padać. Wycieraczki głaskały przednią szybę samochodu, usuwając z jej powierzchni krople wody. Wyglądało to trochę tak, jakby jakaś niewidzialna ręka o wielkiej mocy torowała drogę zakochanym. Mateusz wiedział, że śpiąca obok niego dziewczyna jest tą jedną jedyną, z którą chce przeżyć swoje życie. Chociaż złościła go czasami jej upartość, musiał przyznać, że to właśnie ta cecha sprawiła, że zakochał się w niej bez reszty. Imponowało mu to, z jaką niezachwianą wiarą dąży do celu. Był pewien, że kiedyś, za jakiś czas, będzie miał w domu lekarkę. Już dziś był z niej dumny. Z głośników radia sączyła się spokojna muzyka, w takt której jakiś melodyjny głos wyśpiewywał słowa piosenki:

 

Co chwilę masz nowe pomysły,

nie ma świętości kiedy krzyczysz,

kto to zniesie tak jak ja,

Wiesz przecież skąd to znam.

Świat ma wyznawać Twoje prawdy,

bardzo nie lubisz nie mieć racji,

mocno wierzysz w to,

że jest i