Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Bajka miała być spełnieniem marzeń. Stała się polem walki.
W świecie, w którym podróże międzyplanetarne są przywilejem elit, Zoe Sam od dziecka marzyła o jednym – zostać Przewodniczką i stanąć pośród tych, którzy prowadzą wyprawy na Bajkę, planetę magii. Gdy Zoe wygrywa finał i zdobywa upragniony tytuł, trafia pod opiekę legendarnego Toma Tombwerga.
Jej pierwszy lot ma być spokojnym stażem przed wieloletnią przerwą w skokach między światami. Zamiast tego Zoe ląduje w samym centrum narastającego kryzysu. Część przybyszów nie zamierza wracać na rodzimą planetę i rozpoczyna bunt, który grozi odcięciem Bajki na lata.
W świecie, gdzie technologia ściera się z magią, a droga powrotna może zniknąć na długi czas, pierwszy skok Zoe przestaje być początkiem kariery. Staje się sprawdzianem, w którym stawką jest nie tylko jej kariera, lecz także przyszłość planety.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 231
Rok wydania: 2024
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Janusz Warchlewski
Tajemnica Torhel
Powieść w całości napisana
bez korzystania ze sztucznej inteligencji.
Zoe
Po lewej czekało na mnie i Toma około dwunastu zbrojnych, w tym czterech łuczników, a na prawo szykowało się na nas około dwudziestu, w tym ośmiu łuczników. Niestety nie mogliśmy się wycofać ani liczyć na posiłki. Co gorsza, mieliśmy świadomość, że następni zbrojni, którzy tu przyjdą, również mogą próbować nas zabić. Kusza i trzy miecze przeciw im wszystkim.
Jak ja się wpakowałam w to bagno?
Żeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę się cofnąć do… hmm, może do moich dziesiątych urodzin, kiedy to poza lalką ostatnio mianowanej Przewodniczki dostałam również notes do prowadzenia pamiętnika. A to zapewne dlatego, że wymyślałam mnóstwo rozmaitych, barwnych historii. Rodzice stwierdzili, że pewnie zostanę słynną pisarką i powinnam już teraz w ten starożytny sposób opisywać moją drogę do tego zacnego powołania. Nie wiem, czy to rosnąca we mnie buntowniczka, czy też chodziło o moje wielkie zainteresowanie Bajką, ale postanowiłam, że zanim zacznę pisać o sobie, opiszę przełomowe chwile związane z tą tajemniczą planetą.
Może faktycznie kiedyś zostanę znaną pisarką, ale obecnie – jak wszystkie dzieciaki w szkole – chciałam zostać Przewodniczką.
Zanim jednak opiszę najnowsze informacje dotyczące Bajki, zacznę od pierwszej podróży skoczka. Może i powinnam najpierw wspomnieć o twórcy teorii zaginania przestrzeni, profesorze Hostingu, ale dla mnie znamienna była data startu pierwszego skoczka – równo dwadzieścia pięć lat przed moimi narodzinami. W Centrum Koordynacji Badań Kosmicznych tak bardzo polubili ten dzień, że wiele kolejnych przełomowych chwil działo się w jego rocznice.
Tak więc zaczynam.
Dwadzieścia pięć lat przed moimi narodzinami
Moi rodzice mieli wtedy jedenaście lat i dopiero od trzech dni spotykali się regularnie. Tamtego dnia ich klasa zebrała się u jednego z kolegów i wspólnie przeżywali przeskok pierwszej kuli. Teoria teorią, ale liczy się praktyka. Sama kula miała posiadać niewielki grawitacyjny silnik korekcyjny oraz znane od trzech lat międzywymiarowe radio.
Widzowie na całym Środku nie musieli czekać całych dziesięciu minut na sygnał zwrotny. Już chwilę po skoku z naszej planety na orbitę czwartej planety usłyszeliśmy, że przeskok się udał. Trzy miesiące później skoczek wrócił na grawitkach, ponieważ skocznia na Erpie mogła powstać dopiero po przewiezieniu wielu ton materiałów oraz zbudowaniu trzech średniej wielkości elektrowni fuzyjnych.
Radość z udanego skoku była powszechna, świętowano hucznie na całej planecie. To przełomowe wydarzenie zapoczątkowało nową erę wewnętrznej kolonizacji oraz badań naszego układu.
Dwadzieścia jeden lat przed moimi narodzinami
To było nieuniknione. W czwartą rocznicę skoku wykonano przeskok w ściśle określony punkt na Erpie. Jak do tej pory jedyne sensowne skoki możliwe były na orbity planet. Wówczas zaś, te dwadzieścia jeden lat temu, miała się zacząć kolejna era przeskoków – z wykorzystaniem konkretnej mieszanki materiałów promieniotwórczych można było „zakotwiczyć” punkt przeskoku z dokładnością do ułamka grubości włosa. Eksperyment na wszelki wypadek wykonano z dala od wszelkich miast, miasteczek tudzież kolonii na Erpie. Wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy bez żadnych odstępstw od teorii nastąpiła oczekiwana wymiana materii pomiędzy skocznią Środka a kotwicą Erpa. Postęp w okiełzaniu naszego układu gwiezdnego nastąpił szybciej, niż ktokolwiek mógł sobie wymarzyć.
Dwadzieścia lat przed moimi narodzinami
Chyba nikogo nie zdziwiło, kiedy w kolejną rocznicę Centrum Koordynacji Badań Kosmicznych ogłosiło ambitny plan poszukiwania w innych układach gwiezdnych planety zdatnej do zamieszkania. Najlepiej takiej jak nasz Środek. Samo szukanie planety powinno być względnie tanie. Mając do dyspozycji silniki grawitacyjne trzeciej generacji, wyniesienie w kosmos setki tysięcy luster i utrzymanie ich na właściwej trajektorii było fraszką wobec planów ewentualnego zamieszkania na odległej planecie. Niestety przeskoki dalej były niezwykle kosztowne, i to w świecie wysoko rozwiniętej robotyzacji miejsc pracy. Orbitalny superteleskop nazwano Wachlarzem.
Osiemnaście lat przed moimi narodzinami
Wyjątkowo tym razem zacznę od czegoś innego. Mój wówczas niezależny kraj, jeden z nielicznych jeszcze nienależących do Wspólnoty Imperium Środka, podpisał dokument akcesyjny do WIŚ równo w siódmą rocznicę pierwszego przeskoku. Dla naszego kraju to oznaczało również spory skok do przodu, zarówno ekonomiczny, jak i socjalny. Dla mnie, wychowanej w tym wspaniałym systemie, było nie do wyobrażenia żyć w niezależnym kraju, ale wówczas nawet trzydzieści procent rodaków w referendum głosowało przeciw. Ostatni z niezależnych krajów dołączył do Imperium sześć lat później. Historycy mówią, że bez wymyślenia skoczków do dzisiaj istniałoby jeszcze wiele samodzielnych bytów geopolitycznych.
Żeby całkiem nie pominąć głównego tematu, dodam, że wtedy jeszcze nie znaleziono planety leżącej w zielonej strefie orbitalnej. Frustrowało to wielu, ale… nadziei było jeszcze więcej.
Szesnaście i pół roku przed moimi narodzinami
Stało się. Ponoć to była kwestia czasu, ale stało się – Wachlarz namierzył planetę zdatną do założenia kolonii. Znaczy się… na początku wiedziano jedynie, że orbituje w zielonej strefie i ma przybliżoną do naszej planety masę. Wysłany tam trzy miesiące później autonomiczny skoczek potwierdził możliwość założenia kolonii. Wprawdzie średnia temperatura planety była o dwa stopnie większa, ale istniejąca tam roślinność produkowała tlen, prymitywna zaś fauna była daleka od możliwości zagrożenia kolonistom.
Pytanie, jakie na początku zadawali sobie decydenci, to: jak przeprowadzić ową kolonizację? Ciekawskich zapraszam do sięgnięcia do źródeł, ja jedynie ograniczę się do stwierdzenia, że pierwszy etap szeroko zakrojonego planu kolonizacji rozciągał się na całe pięć lat.
W tym momencie przyszło mi do głowy, by napisać, dlaczego tak parliśmy na zasiedlenie tak niegościnnie ciepłej planety. Niby dla wszystkich jest to obecnie oczywiste, ale za tysiąc lat może być mniej jasne. Dla porządku rzeczy napiszę więc, że to wszystko przez Sol, naszą rodzimą gwiazdę, która od kilkudziesięciu lat zachowywała się bardzo niestabilnie, i zarówno wtedy, jak i dziś naukowcy są zgodni co do tego, że w pewnym momencie – kto wie, czy nawet nie za dwieście lat – może być po tysiąckroć gorzej. Niestety, ale nasza planeta ma duże szanse zamienić się w jeden wielki ocean magmy. Niezwykle drogi w utrzymaniu program skoków miał uratować naszą cywilizację. Nie ma to jak presja, prawda?
Piętnaście lat przed moimi narodzinami
To dopiero nazywa się przypadek – piętnaście lat przed moimi narodzinami, a dokładnie to jeszcze godzinę wcześniej, Centrum Koordynacji Badań Kosmicznych poinformowało o znalezieniu kolejnej planety leżącej w zielonej strefie, o masie podobnej do naszego Środka. Żeby dodać pikanterii całej tej historii, zaznaczę, że znaleziono ją całkiem przypadkowo. A mianowicie po zamontowaniu kolejnych pięćdziesięciu tysięcy luster przeprowadzono test na odległym o szesnaście lat świetlnych systemie gwiezdnym, którego zbadanie przewidziano dopiero za piętnaście lat (!!!). Euforii nie było końca.
Kiedy w końcu opadł kurz podniecenia, społeczność musiała czekać całe trzy miesiące na komunikat CKBK o podjęciu badań Trzeciej, jak wstępnie nazwano planetę PM-256-3. Chcąc ją jak najszybciej zbadać, tym razem opracowano inny plan niż dla Drugiej. Po pobieżnym optycznym rozpoznaniu systemu najpierw wysłano dwa skoczki na dwie największe planety, skąd planowano prześledzić orbitę Trzeciej. Dopiero po niecałym miesiącu miano wysłać tam aż dwa skoczki równocześnie. Dlaczego dwa? Pewnie nie wszyscy to pamiętają, więc przypomnę, że chciano przetestować najnowsze ulepszenia sond, w tym nowy szerokospektralny teleskop.
Dalszą historię znacie, wryła się w pamięć wszystkich, nawet tych, którzy z opóźnieniem oglądali transmisję z Centrum.
Korzystając z teleskopów zainstalowanych na sondach krążących wokół olbrzymów, ustalono najpierw, że Trzecia ma wiele cech wspólnych z naszym Środkiem, poza jedną – z braku świateł na nocnym niebie nie stwierdzono wysoko zaawansowanej cywilizacji, na co wielu liczyło. Jakie było dla wielu rozczarowanie, kiedy po dokonaniu przeskoku na Trzecią okazało się, że jednak jakaś cywilizacja zamieszkuje tę planetę.
Szok po ujawnieniu informacji, że nie jesteśmy jedynymi istotami inteligentnymi, przykrył kolejny, gdy po kwadransie nadawania, po wysłaniu zaledwie kilkudziesięciu szczegółowych zdjęć jednego z miast, wysiadła bardziej zaawansowana sonda, a po kolejnym kwadransie druga. To się nie miało prawa zdarzyć! W pierwszym odruchu myślano, że zostały zestrzelone, ale patrząc na niski stopień zaawansowania tubylców, wydawało się to nieprawdopodobne. Chyba że byli oni jedynie pozornie prymitywni; jak by nie patrzeć, dostaliśmy dość skromny materiał poglądowy.
Kolejny szok przeżyliśmy, kiedy kilka tygodni później jeden ze skoczków krążących wokół piątej planety przestał nadawać, a po kolejnym miesiącu zamilkł ostatni. Wszyscy zachodzili w głowę, co się tam stało, i do żadnych rzeczowych wniosków nie mogli dojść. Jasne było jedno: nadal chciano badać tajemnicę Trzeciej. Przygotowano identyczny zestaw sond o różnym zaawansowaniu technicznym – z tą różnicą, że tym razem, zamiast skorzystać z dwóch skoczni naraz, miano skorzystać ze świeżo wybudowanej trzeciej, lepiej dostosowanej do takich odległości. Tym razem skoczki miały robić przeskoki co dwa dni, zaczynając od tej mniej zaawansowanej.
I znowu nastąpiło to frustrujące zniszczenie sond – każda przeżywała dokładnie tyle samo czasu co poprzednio, co zdecydowanie nie mogło być dziełem przypadku. Nadal nie było wiadomo, co się tam dzieje, aczkolwiek zauważono pewne prawidłowości. Po pierwsze im dalej od Trzeciej, tym później następowała destrukcja, a po drugie szybciej milkła sonda wyposażona w nowocześniejsze przyrządy. Dlatego kolejne sondy zostały skonstruowane w możliwie najbardziej prymitywnej technologii.
W rocznicę odkrycia Trzeciej inżynierowie doszli do sufitu, czyli do ośmiu godzin pracy na orbicie wokół planety. Nadal też nie znaleziono źródła destrukcji. Dość szczegółowo obfotografowana planeta pokazywała same przedprzemysłowe ośrodki miejskie. Wreszcie zakończono kosztowny program badań, przekazując wszystkie środki na kolonizację Drugiej.
Dwanaście lat przed moimi narodzinami
Centrum Koordynacji Badań Kosmicznych z wielką pompą ogłosiło przekazanie Parlamentowi Imperium Środka plan wysłania zwiadu na Trzecią. Z konieczności musiał on być złożony ze świadomych negatywnych konsekwencji ochotników, gdyż, jak było wiadomo, ze względu na krótką żywotność zaawansowanej elektroniki zwiadowcy mogli tam utknąć do końca swych dni. Nie mówiąc o tym, że mogło to być bardzo krótkie życie, choćby z powodu mocno zjadliwych nieznanych nam drobnoustrojów. Mimo to, kiedy Rada Najwyższa wydała zgodę, do jeszcze nieogłoszonego naboru zgłosiła się jedna trzecia dorosłych obywateli. I wcale nie chodziło o gigantyczne punkty, które miały wpłynąć na konto ochotników, a o chwałę pierwszego kontaktu z tubylcami, bo do tego też miało dojść według ogólnie nakreślonego planu.
Gdybym wtedy żyła i była dorosła, też bym się zgłosiła.
Chociaż kryteria doboru powstawały około pół roku, już wstępnie było wiadomo, że pierwszymi badaczami będą sami mężczyźni, bez cybernetycznych wspomagaczy, o mało zmienionym genomie. Najdłuższe debaty ciągnęły się właśnie co do owego genomu, bo konia z rzędem temu, kto nie był modyfikowany genetycznie. Jak się później okazało, Bajka tolerowała wszelkie zmiany genetyczne, ograniczając się do niszczenia cybernetycznych dodatków.
Wróćmy jednak do pierwszej dziesiątki ochotników. Kiedy już ustalono owe kryteria i komputer odsiał kandydatów, na polu rywalizacji zostało niecałe trzydzieści milionów osób. Po przeprowadzeniu testów psychologicznych zostało ich trochę ponad sześć milionów – nadal bardzo dużo, wymyślono więc program szkoleniowy o ostrych kryteriach oceny. Po roku do odsiewu zostało prawie pół miliona ochotników. Kolejne testy i ćwiczenia wymyślane przez Komitet Zasiedlenia Trzeciej wykruszały kolejnych kandydatów.
Tymczasem odnowiono program obserwacji planety z myślą o znalezieniu wyspy, na której zostanie założony fort. Wbrew obawom to zadanie okazało się łatwe – szybko znaleziono nie za dużą, ale i nie za małą wyspę z archipelagiem dostępnym dla jachtów, względnie daleko od innych zamieszkanych wysp.
Tu warto przypomnieć, że bez kotwicy przeskok odbywał się z dokładnością do tysiąca kroków, co oznaczało, że skok należało przeprowadzić tuż nad morzem lub oceanem z dnem głębszym niż osiemset kroków. Dla ochotników oznaczało to, że kiedy kula przestawała się rzucać na wszystkie strony i zaczęła swobodnie unosić się na wodzie, pozbywano się skorupy, a do wyspy według założeń miano dotrzeć niewielkim jachtem.
Od wyznaczonej strefy skoku do wyspy powinno się płynąć około czterech dni. To między innymi na nauce żeglowania odpadło wielu kandydatów – tego musieli się nauczyć najszybciej, ponieważ nie chciano za długo czekać z wysłaniem zwiadu. Pierwsza fala ochotników musiała świetnie znać się na żegludze, stolarce, szermierce, strzelaniu z kusz oraz łatwo uczyć się języków, plus nabyć parę innych umiejętności na co najmniej dobrym poziomie.
W drugiej fali planowano wysłać robotników i inżynierów mających zbudować kotwicę.
Osiem lat i cztery dni przed moimi narodzinami
Kolejna niemal równa rocznica wiązała się z pierwszym załogowym przeskokiem. Cały świat oglądał to z zapartym tchem. Najpierw przeskoku na orbitę Trzeciej dokonał bezzałogowy skoczek, by po godzinie sprawdzania pogody, oraz znajdujących się w okolicy statków obcych, dokonano właściwego skoku. Musieliśmy poczekać długie pięć minut, zanim kula się ustabilizowała i zwodowała jacht, sama idąc na dno.
– Ten pierwszy oddech na obcej planecie dedykuję mojej rodzinie – wypowiedział słynne słowa Henry Calvii.
Codziennie wysyłano skoczka, by śledzić go przez jedną trzecią dnia. Ponieważ radio na łodzi wysiadało po dwóch dniach, moment lądowania na plaży i wbicia flagi był całkowicie bezgłośny. No dobrze, nie tak do końca bezgłośny, bo cały świat usłyszał jego wcześniej nagraną przemowę. Oczywiście ogłoszono ten dzień dniem wolnym. A rok później ustalono go światowym dniem wolnym. Mama i tata zarzekali się, że wcale nie cyrklowali z wydaniem mnie na świat w ten dzień. Samo tak wyszło, że urodziłam się w Dniu Kolonisty.
Trzy dni później przeskoczył drugi ochotnik, siedem dni później Andrea Weyner. Znajome nazwisko? Tak, to ten podróżnik, który ze względu na sztormową pogodę dokonał przeskoku w odległości ośmiu dni podróży od wyspy. Ze względu na oszczędności już więcej nie wysyłano codziennych skoczków kontrolnych, wierząc w solidne wyszkolenie ochotników.
Tym razem jednak przeliczono się, Weyner nie dotarł do wyspy.
Komitet postanowił wówczas, że kolejne przeskoki będą realizowane wyłącznie blisko wyspy oraz przy dobrej pogodzie. Sięgnięto po kolejnego, rezerwowego ochotnika – i więcej nie musiano tego robić. Jeszcze przez miesiąc śledzono losy pierwszej dziesiątki, podglądając karczowanie lasu przy lagunie i budowanie pierwszej skromnej przystani oraz zalążka fortu. A potem nastąpiła niemal półroczna przerwa związana, jak wiecie, z cieniem grawitacyjnym najpierw naszej gwiazdy, a potem gwiazdy Trzeciej. Specjalnie tak to wymyślono. Po zweryfikowaniu, że pierwsi pionierzy żyją i mają się dobrze, miano wysłać drugą dziesiątkę na nieco większych jednostkach. A potem wytypowana grupa miała udać się do jednego z większych portów i powrócić z materiałami niezbędnymi do budowy kotwicy. Ku powszechnej uldze okazało się, że wszyscy z pierwszej grupy mieli się świetnie i ułożyli na plaży znak zgody na kontynuowanie projektu.
Skoro wspomniałam o drugiej grupie ochotników, trudno nie przywołać w tym miejscu Rossa Eklerona, pierwszego z drugiej dziesiątki. Ponieważ nieduża grupa statków płynęła mniej więcej w obszarze skoku, zdecydowano się na przeskok sześć dni od bazy. Tym razem postanowiono przez dwa dni śledzić losy ochotnika, przez co cały świat był świadkiem tragedii. Drugiego dnia, kiedy Ross jeszcze mógł nadawać przez radio, skoczek komunikacyjny przekazał dramatyczne słowa kolonisty, że jest ścigany przez trzy okręty najwyraźniej wrogo nastawionych tubylców. Chociaż jednostka Eklerona była stosunkowo szybka, wyglądało na to, że ciężkie jednostki wroga były jeszcze szybsze.
Pomimo wystrzelenia z kuszy strzał ostrzegawczych piraci nie porzucili swej ofiary. Nie zrobili też tego wtedy, gdy kilka celnie wystrzelonych strzał zapalających trafiło najbliższą jednostkę. Z nieznanych nikomu względów – a przynajmniej wówczas nieznanych – Ross nie mógł trafić dwóch pozostałych okrętów, nawet gdy już znaleźli się bardzo blisko.
Rodzice nie pozwolili mi obejrzeć nagrań z abordażu jachtu – dopiero po piętnastce mi pozwolą – ale wszyscy wiedzą, że Ekleron został pojmany i zabity na oczach dziewięciu miliardów widzów. Ogłoszono dziesięciodniową żałobę narodową, ale programu nie przerwano. Jedyne, co wzięto pod uwagę, to większy margines względem innych statków, ze szczególnym uwzględnieniem okrętów z zapamiętanymi pirackimi banderami.
Reszta zespołu nie miała już żadnych przygód, gładko docierając do wyspy.
Kiedy miesiąc później kończono przygotowania do wypłynięcia w daleką podróż, na horyzoncie pojawił się sporej wielkości statek. My, na Środku, dowiedzieliśmy się o tym trzy dni później, ale łatwo sobie wyobrazić, jak pionierzy musieli się mocno zestresować na widok zbliżającego się do wyspy trzymasztowca, mając w pamięci dwie dotychczasowe ofiary, w tym jedną na pewno zabitą przez tubylców. Z wielką ulgą i szokiem zakończyło się oczekiwanie, kiedy przez lunetę wypatrzono na pokładzie ni mniej, ni więcej, jak Andreę Weynera!
Jak się okazało, podróżnik przesadził z trzymaniem się blisko sztormu i gdy burza nagle zmieniła front, jego jacht zatonął, żeglarz zaś wylądował na tratwie ratunkowej ze skromnym zapasem jedzenia i picia. Los mu jednak sprzyjał i trzy dni później został uratowany przez konwój jednostek handlowych. Trafił do jednego z największych portów na Trzeciej, gdzie szybko znalazł pracę wykidajły w jednym z zajazdów i błyskawicznie przyswajał język tubylców oraz języki licznej rzeszy marynarzy.
Andrea miał naturalny dryg do nauki i łatwo uczył się nowych słów. Poznał historię tubylców, najnowsze plotki polityczne i socjalne najwyższych sfer, a także legendy, które miałyby ewentualnie pomóc znaleźć końcówkę komputera nadzoru nad technologią niszczącą nam skoczki.
Jak się okazało, nie tylko tym się zajmowała wyrafinowana supertechnologia.
Kiedy pojawiła się informacja o powrocie zaginionego podróżnika, zaryzykowano wysłaniem kuli bezpośrednio w pobliże wyspy. Ryzykowny plan wypalił i Weyner miał niecałe dwa dni na opowiedzenie swojej historii.
Dla wszystkich stało się wtedy zrozumiałe, jak mogło dojść do śmierci Rossa Eklerona. To, co wszystkich początkowo zszokowało, to informacja, że na planecie żyją magowie. Aż cisnęło się na usta, że to byli poszukiwani przez nas kosmici, ale nie, nic z tego. To byli tubylcy, którzy nie mając pojęcia o zaawansowanej technologii, korzystali z niej, tworząc kastę superistot.
Na okręcie, który przywiózł Andreę, znajdowało się trzech takich magów oraz dwóch innych, wynajętych do ochrony fortu. Zrozumieliśmy, że co najmniej jeden mag musiał też płynąć na okręcie piratów.
Przy okazji wspomnę dla porządku rzeczy, że żeglarze jednostki księstwa, na której przypłynął Weyner, specjalizowali się w ochronie statków handlowych i byli tak dobrzy, że piraci omijali ich szerokim łukiem. Byli też bardzo drodzy, ale warci każdej wydanej na nich sztabki złota.
Kiedy świat otrząsnął się z szoku, dość szybko planetę nazwano Bajką. Komitet, który od dawna zastanawiał się, jaką na stałe nadać nazwę Trzeciej, uległ powszechnej modzie.
Dziewięć i trzy czwarte roku przed moimi narodzinami
Tym razem nie w moją rocznicę, trudno, ale po co miano by z tym zwlekać.
Materiały na budowę kotwicy zorganizowano błyskawicznie oraz szybko zaadaptowano do tego obszerną jaskinię w zboczu dawno wygasłego wulkanu. Brakowało tylko drobiazgu – co najmniej czterech Jajek, czyli promieniotwórczych elementów naprowadzających. Skoro już tak dokładnie opisuję dzieje kolonizacji Bajki, opiszę i ten element. Mianowicie wykorzystano fakt, że księżyce siódmej planety Sol 3 najbardziej nadawały się na zrobienie owych Jaj, oraz fakt, że tak daleko od gwiazdy zaawansowana technologia wysiadała dopiero po niecałym półroczu. Sporządzono aż sześć takich Jaj, korzystając z materiałów, które nie były niszczone przez obcą technologię. Wykorzystując prosty lot balistyczny, wystrzelono kapsuły w kierunku Trzeciej. Wycelowano idealnie i ekipy pływające w pobliżu miejsca upadku obok wyspy wyłowiły wszystkie sześć urządzeń. Jak wcześniej pisałam, nie czekano do kolejnej rocznicy i testy przeprowadzono, korzystając z okna przeskokowego – jak najbardziej udane testy.
Od tego momentu zaczęła się nowa epoka.
Żeby nie przynudzać, powiem tylko, że w pierwszych dwóch latach rozsiano liczną grupę zwiadowców po całej planecie, by uczyli się języków i obyczajów – bez podejmowania ryzykownych wypraw, za to wysłuchując jak najwięcej legend. Niektórzy z nich zostali potem pierwszymi Przewodnikami, inni dołączyli do ekip przeszukujących planetę.
Sześć lat przed moimi narodzinami
Chociaż minęło stosunkowo niewiele czasu, dla analityków stało się jasne, że możliwość szybkiego nawiązania kontaktu z zaawansowaną cywilizacją zdawała się niezwykle mała i należało uzbroić się w cierpliwość. Wśród obywateli opadł entuzjazm i podniosły się liczne głosy, żeby nie marnować środków na planetę, której nie można skolonizować, i przeznaczyć wszystkie środki na skoki na Drugą oraz szukanie innych planet.
Wtedy Ministerstwo Zdrowia Psychicznego podetknęło Parlamentowi pomysł, by urządzać wycieczki na Bajkę. Poza przywróceniem zainteresowania planetą wymieniono parę innych powodów. Do mnie chyba najbardziej przemawiał argument o tym, że naszym obywatelom po prostu to się należało. Ogólnie pojęty zysk społeczny w tym momencie górował nad kosztami materialnymi. Ogłoszono to dokładnie na sześć lat przed moimi narodzinami i był to strzał w dwudziestkę. Wprawdzie nie każdy mógł startować do loterii i jasne było, że tylko niewielki ułamek procenta obywateli może odwiedzić planetę, mimo to wybuchł powszechny entuzjazm i Bajka stała się modnym tematem.
Nagle wyrosło mnóstwo parków tematycznych, budowanych na podstawie pierwszych szczegółowych opisów miast. A było co opisywać, niektóre miejsca były równie magiczne, co magia sama w sobie.
Z rodzicami zaliczyliśmy dwa takie parki i pewnie odwiedzę kolejnych kilka, biorąc pod uwagę całkiem przyzwoite zarobki na doradztwie turystycznym moich rodziców.
Moje narodziny
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Tajemnica Torhel
ISBN: 978-83-8423-430-3
© Janusz Warchlewski i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Aleksandra Płotka
KOREKTA: Konrad Witkowski
OKŁADKA: Krystian Żelazo
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
