Ta druga - Karolina Wilczyńska - ebook + książka

Ta druga ebook

Karolina Wilczyńska

0,0
31,90 zł

lub
Opis

Jedna z najbardziej cenionych powieści Karoliny Wilczyńskiej znów dostępna!

Czy dwie kobiety mogą dzielić się miłością do tego samego mężczyzny?

Autorka najpiękniejszej literatury obyczajowej stworzyła niebanalną i mądrą historię, która może stać się bliska każdej kobiecie. Wciągająca i zapadająca w pamięć opowieść o tym, do czego może doprowadzić ocenianie po pozorach, chorobliwa zazdrość i życie pełne niedomówień. I jak daleko może posunąć się kobieta żyjąca w poczuciu, że odsunięto ją na dalszy plan.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 271

Oceny
0,0
0
0
0
0
0


Podobne


 

 

 

 

Copyright © Karolina Wilczyńska, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

 

Redaktorka prowadząca: Sylwia Smoluch

Marketing i promocja: Judyta Kąkol

Redakcja: Barbara Kaszubowska

Korekta: Joanna Pawłowska, Agata Tondera

Projekt layoutu i skład: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografie na okładce: Smiltena, Olga Korneeva | Shutterstock.com

Fotografia autorki: Katarzyna Bezak

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66981-25-6

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

1

 

 

 

 

 

– Zostaniesz tutaj? – Tomasz nawet nie odwraca głowy w moją stronę, zadając pytanie. Cały czas czujnie wpatruje się w twarz kobiety leżącej na szpitalnym łóżku. – Muszę pojechać i skontaktować się z szefem. Wiesz, że muszę, prawda?

Czyżby u mnie szukał usprawiedliwienia? Ja mam go rozgrzeszyć, wyrazić zgodę? Przecież to nie ja tutaj leżę. I mam wrażenie, że tak naprawdę wypowiadane przez niego słowa skierowane są do niej.

Mimo to kiwam potakująco głową. Natychmiast zdaję sobie sprawę z bezsensowności tego gestu, bo ani nie jest mu potrzebny, ani nie może go zobaczyć. Skurczony na małym lakierowanym na biało taborecie wygląda tak niepozornie, tak biednie. Powinnam mu współczuć, ale nie mogę. Nie czuję nic, ogarnęła mnie całkowita obojętność. Koncentruję się tylko na tym, żeby nie patrzeć na leżącą.

Oczywiście patrzyłam przez chwilę, zaraz po wejściu na salę. Wydało mi się wprost niemożliwe, aby ktoś o twarzy tak białej, że niemal zlewającej się z pościelą, tak przezroczystej, że przypominała opłatek, o oczach zapadniętych i okrążonych ciemnymi obwódkami, mógł jeszcze żyć. A jednak żyła. Świadczyły o tym miarowe pikania aparatury, do której była podłączona. Tak powiedział lekarz.

W tej krótkiej chwili, kiedy na nią patrzyłam, zauważyłam pulsującą żyłkę na jej skroni. Prawdziwą, a nie mechaniczną oznakę życia, potwierdzenie, że mówią nam prawdę, że w tym nieruchomym ciele nadal krąży krew i bije serce. Błękitna, poruszająca się linia – to przez nią musiałam odwrócić wzrok. Dopóki jej nie dostrzegłam, cała sytuacja wydawała mi się nierealna, jak film, oglądany w wygodnej pozycji, na fotelu. I nagle dotarło do mnie, że to wszystko dzieje się naprawdę, a co gorsza, jestem uczestnikiem wydarzeń i będę zmuszona jakoś się w tym wszystkim odnaleźć. Zrobiło mi się niedobrze, więc przeniosłam spojrzenie na Tomasza.

Człowiek, z którym żyję od szesnastu lat, mój mąż, ojciec mojej córki. Stał przy łóżku zupełnie nieruchomo z ręką tak silnie zaciśniętą na metalowej barierce okalającej materac, że kostki dłoni zupełnie pobielały. Trzymał się tej rurki kurczowo i widziałam w jego oczach, że w tej chwili nie należy ani do mnie, ani do naszego dziecka, ani nawet do naszego świata. Teraz istniał tylko dla niej. W jego głowie nie było miejsca na nic innego, dla nikogo innego.

Co miałam robić? Podsunęłam mu ten odrapany taboret i zmusiłam, żeby usiadł. Siłą oderwałam jego palce od barierki i przez chwilę patrzyłam na dłoń, którą tak dobrze znam. Tę samą, która tyle razy mnie dotykała, która trzymała małą Kasię, która uderzała w klawiaturę komputera. Była chłodna, ale zauważyłam ze zdziwieniem, że także spocona. Po chwili bezwładności, odpoczynku w mojej ręce zacisnęła się w pięść i spoczęła nieruchomo na jego kolanie.

Może powinnam była go pogłaskać, może uścisnąć? Jakoś dodać mu otuchy, pokazać, że jestem z nim? Nie zrobiłam tego, ale sądzę, że takie gesty nie miałyby sensu. Nie zauważyłby niczego, tak jak nie zauważał mnie. Znowu najważniejsza była ona.

– Zostaniesz? – powtarza pytanie.

Tym razem odrywa wzrok od twarzy ledwie odcinającej się od bieli poduszki i spogląda wyczekująco. I znowu stać mnie tylko na kiwnięcie głową.

– Poślę szefowi, co trzeba, zawiadomię, że kilka dni nie będę pracował, i natychmiast wracam. Nic nie musisz robić, tylko posiedź. Nie chcę, żeby była sama, gdy się obudzi.

Wygląda jak mały chłopiec. Chociaż nie, to nie tak. Na zewnątrz to prawdziwy mężczyzna – jest wysoki, ma szerokie ramiona, dobrze zarysowany podbródek. Tylko te oczy… To w nich widać, że w tym ciele, obok którego niewiele kobiet potrafiło przejść obojętnie, w tym męskim, pociągającym ciele mieszka teraz chłopiec. Nieszczęśliwy, zagubiony, wystraszony. I samotny.

Ja tu jestem! – mam ochotę krzyknąć. – Jestem i mogę cię wspierać. Chętnie ci pomogę, podzielę twój strach, we dwoje będzie nam lżej, łatwiej. Tylko wreszcie mnie zobacz! I daj znać, że mnie potrzebujesz.

Nie krzyczę jednak. Jak zawsze krzyk pozostanie we mnie, chyba po to, żeby wypełnić pustkę. Miejsce, w którym powinny być uczucia dzielone teraz z Tomaszem. On o tym nie wie, nigdy nie przyznam się do tego, tak jak nigdy nie powiem, że w tej tak trudnej dla niego chwili stać mnie tylko na obojętność.

– Idź już. – Popycham go lekko w stronę drzwi. – I zjedz coś, od rana nie miałeś nic w ustach.

Patrzy na mnie tak, jakbym powiedziała coś niestosownego. Ten ułamek sekundy, krótkie spojrzenie wystarczają, żebym znowu poczuła, że zachowałam się nieodpowiednio. Mam czelność wspomnieć o tak przyziemnej rzeczy jak jedzenie. W chwili, kiedy ona leży tutaj.

Na szczęście jego strach jest tak wielki, że natychmiast zapomina o moich słowach. Szybkimi, nieskoordynowanymi ruchami stara się zapiąć kurtkę, lecz suwak nie chce się zasunąć, więc Tomasz szarpie, próbuje jeszcze raz. Spieszy się, chce jak najszybciej wrócić, usiąść znowu na taborecie i wpatrywać się w twarz chorej. Ciekawe, czy kiedykolwiek spieszył się tak do mnie.

W drzwiach odwraca się jeszcze, omiata wzrokiem salę.

– Nie martw się – mówi. – Wszystko będzie dobrze.

Gdyby wiedział, że wcale się nie martwię, pewnie uznałby mnie za bestię w ludzkiej skórze. Staram się uśmiechnąć odpowiednio do sytuacji – z odrobiną smutku i zrozumienia.

– Gdyby coś się działo, natychmiast wzywaj lekarza – przypomina, jakby podejrzewał, że mogłabym zrobić cokolwiek innego.

– Idź już. – Odwracam się, dając mu do zrozumienia, że powinien odejść. Może wyczyta też z moich pleców, że sobie poradzę, że sprostam oczekiwaniom i ani na chwilę nie spuszczę jej z oczu. Na szczęście nie widzi moich oczu, bo w nich mógłby zobaczyć prawdę: że wolałabym spokojnie pić herbatę przed telewizorem, że zamiast patrzeć na rurki wystające ze wszystkich otworów w jej ciele, wolałabym czytać książkę, że obojętność zaczyna zamieniać się w złość, w pretensję o to, że po raz kolejny nasze życie musimy dostosowywać do jej potrzeb.

Słyszę cichutkie skrzypnięcie zamykanych drzwi. Wypuszczam głośno powietrze i dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że cały czas byłam spięta do granic możliwości. Zajmuję miejsce, na którym jeszcze przed chwilą siedział Tomasz. Czuję ciepło, które zostawił po sobie na gładkim siedzeniu – ostatni ślad jego obecności, ostatnia nitka łącząca mnie ze światem zewnętrznym i z przeszłością, w której nie ma szpitala i jego sterylnej atmosfery połączonej z obawą o życie.

Wyprostowuję nogi i zdejmuję buty. Poruszam palcami, bo w szpilkach o wąskich czubkach szybko męczą mi się stopy. Jednak za nic na świecie nie kupię innych. Tyle razy słyszałam od Tomasza, że niepotrzebnie tak się torturuję, że powinnam nosić wygodniejsze obuwie, najlepiej na płaskim obcasie – jak ona. Po każdej takiej uwadze narastał we mnie bunt. Dlaczego mam kupować takie buty jak ona? Może powinnam także ubierać się podobnie, stać się jej klonem, wierną kopią? Nigdy! Zawsze chciałam wyglądać elegancko i szykownie. Nie byłam rozrzutna, ale skoro Tomasz bardzo dobrze zarabiał, mogłam chyba zadbać o siebie? Pragnęłam mieć klasę, nawet podczas wykonywania codziennych domowych obowiązków. Nie wyobrażałam sobie, że mąż mógłby oglądać mnie w starej koszulce i spranych do granic możliwości dżinsach. Uważałam, że powinnam go pociągać, poruszać jego zmysły, a nie zamieniać się w zaniedbaną żonę. Wydawał się to doceniać, ale kiedy czasami pozwalał sobie na takie uwagi jak ta o butach, miałam ochotę go spoliczkować. Wyobrażałam sobie jej triumfujący uśmieszek i wszystko się we mnie gotowało z wściekłości.

Czuję, że zdjęcie niewygodnych szpilek nie wystarczy. Muszę rozmasować palce. Robię to na ślepo, bo nie mam odwagi odwrócić wzroku od jej twarzy. Gdyby coś złego wydarzyło się w ciągu tych kilkunastu sekund, co powiedziałabym Tomaszowi? „Umarła, bo masowałam sobie stopy i niczego nie zauważyłam”? To chyba kiepskie wytłumaczenie. Byłabym winna i choć pewnie nigdy nie powiedziałby tego głośno, widziałabym oskarżenie w jego oczach do końca życia. Za nic nie pozwolę, żeby jej widmo było z nami nawet po jej śmierci. A znając ją, gotowa odejść specjalnie właśnie w momencie, gdy odwrócę wzrok. To pewnie byłby jej ostateczny i wymarzony triumf. Nie mam zamiaru dać jej tej satysfakcji.

 

 

Zastanawiam się, czy ona wie, gdzie jest, co się z nią dzieje. Czy czuje moją obecność? Czy cokolwiek czuje? Nie wiem nawet, jaki jest jej stan. Tomasz nic nie mówił, a ja nie pytałam. Jak długo będzie tak leżała? Tydzień, miesiąc, rok? A może tylko kilka godzin?

Wytężam wzrok, starając się dostrzec najmniejsze zmiany w tym leżącym nieruchomo ciele. Bolą mnie ramiona, jakby ciężar odpowiedzialności był realny i leżał na nich, przygniatając mnie do ziemi. Mam wrażenie, że jej usta nie są już tak blade. Lekko się zaróżowiły, zaczynają być widoczne na tle twarzy. Czy to oznaka poprawy? Powinnam zgłosić swoje spostrzeżenie lekarzowi? Co to zmienia, o czym świadczy?

Patrzę na czerwieniejące usta jak zahipnotyzowana. Nie mogę oderwać od nich wzroku. Są ładne, pełne, z wyraźnie zarysowanymi brzegami. Wodzę oczami po tych brzegach, dookoła, raz za razem obrysowuję jej wargi spojrzeniem. Dokładnie tak jak tysiące razy przedtem. Tyle że wtedy to nie były usta kobiety. Choć takie same, to należały do innej osoby. Były ustami Tomasza.

Właściwie od nich wszystko się zaczęło. A dokładniej – od styczniowej nocy, która mroźnym uściskiem sparaliżowała miasto.

 

 

Rano radiowy spiker co kwadrans radosnym głosem informuje o coraz to nowych skutkach ataku zimy. Jakby było się z czego cieszyć. Dzieci z okolicznych wsi nie mogły dojechać do szkoły, więc odwołano zajęcia. No, to może akurat dobra wiadomość dla tych nieznanych mi uczniów.

Mojej szkoły na pewno nie zamkną – myślę. – Nie odwołaliby zajęć, nawet gdyby nad miastem przeszedł huragan.

Kolejna informacja dotyczy miejskiej komunikacji. Wesolutki prezenter oświadcza, że ponad połowa autobusów nie wyjechała z zajezdni. Ku pokrzepieniu słuchaczy puszcza piosenkę o wakacyjnej miłości. Mnie nie pokrzepił, przeciwnie, przypomniał mi, że wakacje dopiero za pół roku. Przedtem czeka mnie matura. A na dodatek jestem sama, więc o miłości nie ma mowy.

No, a jakby tego było mało, to dziś nie mogę się spóźnić, bo na pierwszej godzinie jest sprawdzian z historii, od którego zależy ocena na półrocze. Przy moim szczęściu autobus na pewno nie przyjedzie i będę biegła przez pół miasta z wywieszonym językiem, który przy takim mrozie zamarznie na sopel.

Postanawiam zrezygnować ze śniadania, żeby mieć dziesięć minut w zapasie. Kupię coś w sklepiku podczas przerwy. Wybiegam z domu, rzucając załamującej ręce babci krótkie „cześć”. Coś tam jeszcze za mną krzyczy, pewnie o zgubnych dla zdrowia skutkach niejedzenia śniadań, ale już jej nie słyszę. Biegnę w stronę przystanku, a mroźne powietrze odbiera mi dech.

Autobus, o dziwo, przyjeżdża punktualnie. Za to, jak się okazało, nie odbył się poprzedni kurs, więc w rozdzielonym przegubem wnętrzu tłoczy się dwukrotnie więcej pasażerów niż zwykle. Wbrew pozorom gumowa harmonijka w środkowej części pojazdu nie jest nieskończenie rozciągliwa, ale ludzie, przemarznięci do szpiku kości, zniecierpliwieni półgodzinnym oczekiwaniem, zdają się nie zwracać na to uwagi i szturmują wejście, dociskając ciało do ciała. Udaje mi się jakoś zmieścić między kobietą w sztucznym futrze a mężczyzną w pikowanej puchowej kurtce. Odwracam głowę, bo włosy sztucznego lamparta łaskoczą mnie w nos.

Nagle widzę te usta. Są akurat na wysokości moich oczu. Czerwone, pełne życia. Zapragnęłam je pocałować. Zawstydza mnie ta myśl i chcę odwrócić wzrok, ale nie mogę. Boję się podnieść głowę, bo choć mam ochotę zobaczyć, do kogo należą, to obawiam się, że ten ktoś się domyśli, co poczułam. Wtedy po raz pierwszy dokładnie obrysowuję je wzrokiem. Ich właściciel jest mężczyzną, poznaję to po delikatnych śladach zarostu nad linią górnej wargi.

Po co mężczyźnie takie usta? – myślę. – To niesprawiedliwe. Ja powinnam takie mieć zamiast wąskiej kreski, którą muszę obrysowywać konturówką.

Tę myśl pamiętam jako ostatnią. Potem nagle robi mi się czarno przed oczami, a kiedy odzyskuję świadomość, siedzę na plastikowym krzesełku w jakiejś aptece, co poznaję po rzędach lekarstw stojących na półkach za szklaną szybą. Nade mną stoi nieznajomy chłopak ze znajomymi ustami. Porusza nimi i po raz pierwszy słyszę jego głos.

– Jak się czujesz? Wiesz, co się stało?

Kręcę przecząco głową.

– Zemdlałaś w autobusie. W sumie nic dziwnego, był taki tłok, że sam ledwie dałem radę.

Przypominam sobie wszystko: mróz, kobietę w futrze, ścisk i zaraz potem klasówkę z historii. Jezu, pewnie już jestem spóźniona! Chcę wstać i biec do szkoły, lecz nogi nie chcą mnie unieść. Opadam na krzesełko i robi mi się wstyd. Ale obciach! Zemdlałam w autobusie jak stara baba.

Czuję, że się czerwienię. Jeszcze i to! Nienawidzę rumieńców, tej zdradliwej czerwieni, która wylewa mi się na twarz w najmniej odpowiednich sytuacjach.

– O, już chyba lepiej. – Słyszę radosny głos aptekarki. – Kolorki ci wracają.

Kolorki, też mi wyrażenie! Najchętniej zapadłabym się pod ziemię. Niestety, podłoga w aptece nie chce się litościwie rozstąpić, a niezrażona pani magister kontynuuje:

– Powinnaś podziękować koledze. Na rękach cię tu przyniósł, jak prawdziwy dżentelmen.

Jeszcze tylko tego brakowało! Obcy chłopak przyniósł mnie na rękach! To dla mnie za wiele: zawalony sprawdzian, omdlenie i na dodatek obraz chłopaka o najpiękniejszych ustach na świecie, który niesie mnie na rękach. Pewnie wyglądałam strasznie, może z ust leciała mi ślina? Nie mam pojęcia, jak zachowuje się człowiek, który stracił przytomność, ale z pewnością to nie jest ładny widok. Co mam teraz robić?

Rozpłakałam się z żalu, ze złości i z upokorzenia.

– Przestań. – Chłopak, zamiast iść sobie i nie narażać mnie na jeszcze większy wstyd, uparł się chyba, żeby mnie pognębić do końca. – Zaraz poczujesz się lepiej.

Nie miał racji. Czuję się dużo gorzej. Psychicznie. Chwytam podany mi przez aptekarkę kubek z wodą, jakby to była ostatnia deska ratunku. Wstydzę się podnieść wzrok. Patrzę na podłogę i widzę, jak jego buty odwracają się i odchodzą. Chcę tego, ale jednocześnie jest mi żal straconej szansy. Już nigdy go nie spotkam, a nawet jeśli, to i tak pozostanę dla niego bezwładnym ciałem, które musiał taszczyć, bo tak wypadało.

Niespodziewanie buty wracają.

– Masz. To zaświadczenie, że zemdlałaś. – Wyciąga w moim kierunku małą kartkę z jakimś tekstem i czerwoną pieczątką. – Pani magister napisała. Pomyślałem, że ci się przyda w szkole.

Biorę papierek i chowam go do torby. Cały czas omijając chłopaka wzrokiem, zbieram swoje rzeczy, mruczę „dziękuję” w kierunku otworu w szklanej szybie i prawie wybiegam z apteki. Przeceniam jednak swoje siły. Już po kilku krokach muszę oprzeć się o ścianę kamienicy, a przed oczami widzę czarne plamki.

– Ostrożnie, nie przesadzaj z tym bieganiem. – Znowu jest przy mnie.

Co za osioł! Czy nie może dać mi spokoju? Nie rozumie, że mam go dość?

– Odwal się, co?

– Daj spokój. – Chyba nic nie może go zniechęcić. – Każdemu może się zdarzyć coś takiego. Odprowadzę cię, nie powinnaś iść sama.

– A co ty taki dobry jesteś?

– Dobry? Normalny chyba. To dokąd idziemy?

– Do domu.

Uznaję, że nie dam rady przesiedzieć w ławce kolejnych sześciu godzin. Marzę, żeby jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju, nakryć kocem i w samotności zmierzyć się z bólem i upokorzeniem. Zapomnieć o tym dniu, a przede wszystkim o nim. Może jutro też nie pójdę do szkoły? Powiem babci, że źle się czuję, i na pewno pozwoli mi zostać. Zresztą i tak coraz częściej zdarza jej się zapominać o różnych rzeczach, więc bez większego trudu można jej wmówić, co się chce. O mnie się bardzo troszczy, ale wiek robi swoje.

Idziemy w milczeniu. Nie mam ochoty na rozmowę. A właściwie mam wielką chęć, ale nie wiem, co powiedzieć. Ograniczam się więc do ukradkowego spoglądania na nowego znajomego.

Jest wyższy ode mnie, to zauważyłam już w autobusie. Ma około stu dziewięćdziesięciu centymetrów wzrostu. Przychodzi mi do głowy, że przy nim mogłabym założyć nawet najwyższe szpilki bez obaw, że będziemy wyglądać komicznie. Ma jasne włosy, na których zamarzły kryształki wody. Iskrzą w słońcu, jakby jego głowa była posypana brokatem. Nie zauważyłam koloru oczu, ale stawiam na niebieskie. Chciałabym, żeby były niebieskie, takie jak sobie wymarzyłam.

Wymarzyłam, dobre sobie! Chłopak zachowuje się po prostu jak normalny człowiek, udziela pomocy i tyle. Gdzie tu miejsce na wyobrażenia? Odprowadzi mnie i pójdzie sobie, pewnie do dziewczyny. Nie uwierzę, że gdzieś tam nie czeka na niego jakaś kobieta. Z pewnością ładniejsza ode mnie, bo co tu kryć, do piękności nie należę. Włosy nijakie, ni to blond, ni to brąz, oczy bladozielone, usta wąskie. Szczupła jestem, to fakt, ale w związku z tym z biustem u mnie nie najlepiej. Na miano seksbomby nie zasłużę nawet u bardzo wyrozumiałego jury.

A on? Szerokie plecy, długie nogi, ładne dłonie (to zauważyłam w aptece). Przyznaję, że jego styl nie do końca mi się podoba; czarne glany i wojskowe bojówki to nie to, co chciałabym widzieć na swoim chłopaku. Wolałabym coś bardziej eleganckiego. I ten szalik! Ma chyba ze dwa metry długości. Chociaż w sumie ujdzie, ciekawie nawet wygląda taki omotany i powiewający. Widać, że to ręczna robota.

– Podoba ci się?

Pytanie pada znienacka i czuję, że kolejny raz się czerwienię. Może nie zauważy albo pomyśli, że to od mrozu? Nie, na pewno zobaczy, skoro się zorientował, że mu się przyglądam…

Znowu jestem w stanie tylko pokiwać głową. Ależ ze mnie idiotka! Na mózg mi chyba padło po tym omdleniu! Zwykle nie narzekam na nieśmiałość, tupetu mi raczej nie brakuje, nadrabiam nim trochę braki w urodzie, a czasami wiedzy, zwłaszcza podczas odpowiedzi.

Idziemy dalej, od czasu do czasu brnąc w śniegu, który pługi zgarnęły z ulic wprost na chodniki, od czasu do czasu ślizgając się na podeszwach. Za każdym razem, kiedy się chwieję, czuję tuż pod łokciem jego dłoń. Nie dotyka mnie, ale wiem, że gdybym upadała, podtrzyma mnie. Czy to nie dziwne? Nie znam go wcale, a czuję się przy nim bezpieczna. Chyba po raz pierwszy odczuwam coś takiego – i jest to bardzo miłe wrażenie.

Zaraz potem przychodzi żal, że chłopak za kilka chwil zniknie z mojego życia. Nie mam jednak żadnego pomysłu na to, jak go zatrzymać. Nie widzę też powodu, dla którego mógłby chcieć zostać z własnej woli. Smutno mi się robi i łzy same napływają do oczu. Tylko nie to! Nie będę znowu przy nim beczeć!

– Dalej pójdę sama – oznajmiam i zatrzymuję się gwałtownie.

Prawie na mnie wpada. Macha rękami i udaje mu się odzyskać równowagę. Śmieje się głośno. Nie wiem dlaczego, ja nie widzę w tej sytuacji nic zabawnego.

– To cześć. – Wyciągam do niego rękę, chcąc jak najszybciej zakończyć spotkanie. Zanim zacznę płakać.

– O, palec ci wystaje – cieszy się znowu.

Patrzę na swój palec, jakbym widziała go po raz pierwszy w życiu. Nie powinnam być zaskoczona, bo dziura w rękawiczce zrobiła się już dwa tygodnie temu. Ciągle o niej zapominałam, a teraz wystaje z niej kciuk zakończony pomalowanym na beżowo paznokciem.

Nagle – do dziś nie wiem dlaczego – zaczynam się śmiać. Może z nerwów, a może zdałam sobie sprawę ze śmieszności całej sytuacji? Tak czy inaczej, śmieję się głośno i naprawdę serdecznie. Z oczu lecą łzy, które uwalniają mnie od napięcia. Nie uświadamiałam go sobie, dopóki się go nie pozbyłam. Łzy ulgi. Oczyszczający deszcz dla mojej duszy, choć jeszcze o tym nie wiem.

Wreszcie przestajemy się śmiać i słowo się rzekło, muszę odejść. Chowam więc do kieszeni tę nieszczęs­ną rękę w dziurawej rękawiczce i tym razem ograniczam się do krótkiego „cześć”.

Odchodzę coraz dalej i chociaż wiem, że właśnie żegnam swój wymarzony a nieosiągalny ideał, na sercu jest mi lżej niż rano. Jakby ktoś wpompował we mnie nowe siły, jakby dokonała się jakaś zmiana.

– Poczekaj! – krzyczy niespodziewanie.

Odwracam się powoli, z nadzieją, że biegnie za mną. A jednak nie. Stoi w tym samym miejscu, gdzie go zostawiłam.

– Jak ty właściwie masz na imię?

– Lena! – odpowiadam głośno.

– Ja jestem Tomek! – Macha ręką i po prostu idzie w swoją stronę.

Odchodzi do swojego życia, w którym z pewnością nie ma miejsca na kogoś takiego jak ja. Nagle przypomina mi się, że nawet mu nie podziękowałam. Żebym tylko zdążyła go dogonić, zanim zniknie mi z oczu! Biegiem, szybko, ile sił!

Zdążam.

– Nie podziękowałam ci. – Łapię go za rękaw kurtki.

– Przecież nie ma za co. – Wzrusza ramionami.

Zbija mnie to z tropu, ale tak bardzo chcę pobyć z nim jeszcze choć chwilę, że próbuję po raz kolejny.

– A nie będziesz miał kłopotów przeze mnie? Chyba nie poszedłeś do szkoły? Może powinnam pójść i wytłumaczyć wszystko twoim rodzicom?

– Nie trzeba. Po prostu powiem, jak było, i matka napisze mi usprawiedliwienie.

– Zrozumie? I uwierzy? To fajną masz matkę.

– Tak, jest w porządku.

Koniec, nie mam pomysłu na kolejny pretekst.

I tak się rozstajemy – jak wtedy sądziłam – na zawsze.

 

 

Tak dokładnie pamiętam tamten dzień, potrafię go opisać ze szczegółami, ale dopiero teraz uświadamiam sobie, że to właśnie wtedy po raz pierwszy o niej usłyszałam. Zajęta nowym znajomym, balansująca między skrajnymi uczuciami; z jednej strony euforią związaną ze znalezieniem wymarzonego obiektu uczuć, z drugiej – głębokim smutkiem wynikającym z przekonania, że nigdy więcej go nie spotkam, wpadająca na przemian w nieopanowaną radość i głęboką depresję – nie miałam czasu na analizowanie drobiazgów. A zresztą, która maturzystka to robi?

Dziś, po prawie osiemnastu latach, siedząc przy szpitalnym łóżku, pojmuję, że już wtedy była z nami. I że pierwsze uczucie, które z nią kojarzę, to zazdrość. Wtedy to była zazdrość o nią. Maleńkie ukłucie w sercu. Jak przy szczepieniu – żaden ból, a jednak do organizmu wprowadzone zostają wirusy. Ten, który został wprowadzony do mojego serca przez Tomasza, nie potrzebował igły. Iniekcja nastąpiła za pomocą jednego zdania: „Tak, jest w porządku”. I zamiast spełnić rolę szczepionki, uodpornić mnie, dać siłę do walki z nim, rozprzestrzenił się w mojej duszy, zmutował wielokrotnie i żyje w najlepsze. Może był zbyt silny? Nie, to raczej wina pożywki. Przez tyle lat była nią kobieta, na którą powinnam się była uodpornić.

„Tak, jest w porządku” – jak łatwo wypowiedział te słowa. Przyszło mu to zupełnie naturalnie, bez wahania, jakby to była oczywistość. Dla niego pewnie była. Dla mnie nie.

Kobieta w białej szpitalnej koszuli, niezdolna do mówienia, do wykonania najprostszego ruchu, niezdolna nawet do samodzielnego oddychania. A jej moc jest nadal tak silna, że Tomasz nie potrafi się od niej uwolnić. Tak robi osoba, która „jest w porządku”? Zabiera innym męża, ojca, partnera i przyjaciela? Patrzę na nią i z każdą mijającą minutą wirus zazdrości rozwija się coraz bardziej. Nie sądziłam, że to możliwe, myślałam, że już się nie da, że osiągnął najwyższe stadium rozwoju. A jednak ciągle panoszył się w mojej duszy, w moim umyśle.

Czy sam jej widok, a nawet myśl o niej, wspomnienie sprzed lat, są tak groźne dla mojej duszy? Przecież jedno zdanie nie może determinować całego życia. Tym bardziej że wtedy tak naprawdę zazdrościłam Tomaszowi. Miał o kim i do kogo mówić „matka”, ja nie, a rozpaczliwie tego pragnęłam. Czy to sprawiedliwe? Los dał mu wszystkie przymioty, o jakich można marzyć, i jeszcze matkę, która na dodatek „jest w porządku”.

Przyglądam się chorej i staram się przypomnieć sobie, co czułam wtedy; jak bardzo chciałam ją poznać, wyobrażać sobie, że może stanie się i dla mnie osobą bliską, że zastąpi mi tą, której zabrakło. Przecież „jest w porządku”.

Leżąca bezwładnie na kołdrze ręka sprawia wrażenie sztucznej, odlanej z plastiku. Czuję chęć dotknięcia jej, ale strach jest silniejszy. Nie wiem nawet, czy jest ciepła, nie chcę narażać się na przykre wrażenia. Może gdyby była mi droga, gdybym mogła wykrzesać z siebie jakiekolwiek cieplejsze uczucie, może wtedy zaryzykowałabym kontakt fizyczny?

Kiedy wreszcie wróci Tomasz? Nie umiem okreś­lić, jak długo już go nie ma, w pośpiechu nie wzięłam zegarka, a nie mam odwagi sięgnąć do torebki po telefon. Powstrzymuje mnie poczucie odpowiedzialności, zobowiązanie wobec Tomka, słowo, które mu dałam. Gdybym kierowała się swoimi potrzebami i uczuciami, to po prostu wyszłabym z tej koszmarnej sali, a może nawet opuściłabym szpital i poszła na kawę. Mam straszną ochotę napić się espresso i zapalić papierosa. Przez nią nie miałam czasu spokojnie zacząć dnia. Zawsze, od samego początku, burzyła wszystko, co ja chciałam uporządkować.

Wlepiam w nią oczy, aż zaczynają boleć. Co chwilę zachodzą łzami, ale nie z powodu wzruszenia, to tylko oznaka zmęczenia. Co miałoby mnie wzruszyć? Doskonale wiem, że to, co się stało, to prosta konsekwencja jej postępowania. Oczywiście nigdy nie powiem o tym Tomaszowi, nie zgodziłby się ze mną i nie wynikłoby z tego nic prócz kłótni, a tych miałam dość.

Czy wiesz, że kłóciliśmy się tylko przez ciebie? – zwracam się w myślach do postaci leżącej nieruchomo tuż przy moich kolanach. Nie powiem tego głośno, boję się, że usłyszy.

Nie chcę czuć, że w jakikolwiek sposób, nawet najbardziej irracjonalny, mogłam się przyczynić do pogorszenia jej stanu. Jeśli coś się stanie, muszę być pewna, że mogę żyć bez wyrzutów sumienia, że mogę naprawdę o niej zapomnieć, wymazać ją z życia. To moje największe marzenie.

 

 

Jestem bardzo zmęczona. A przecież właściwie nic nie robię – tylko siedzę obok niej i patrzę. Każdego dnia do tej pory miałabym za sobą poranną krzątaninę podszytą niepokojem, że domownicy nie zdążą na czas. Co dzień to samo: dopilnować, żeby Tomasz i Kasia wstali, rozładować uśmiechem kłótnię o łazienkę, zadbać o świeże bułeczki, przygotować śniadanie i kanapki do szkoły, zapakować to, co Tomasz w drodze do pracy zawiezie do niej. Ona nie musiała chodzić po zakupy każdego ranka, mogła się wyspać, a potem zjeść śniadanie w szlafroku. Mój mąż dbał, żeby niczego jej nie brakowało. „Troszczę się o nią i martwię o jej zdrowie” – mówił. – „Jestem za nią odpowiedzialny”.

Tak było zawsze, więc nie powinnam mieć pretensji. Na początku znajomości bardzo mnie to wzruszało. Pewnie dlatego, że sama pragnęłam móc o kogoś tak dbać.

Nie miałam rodziców. Mama umarła kilka dni po porodzie, nie wiem nawet dokładnie dlaczego. Pytałam o to babcię, ale najpierw mnie zbywała Bogiem i aniołami, a kiedy byłam już na tyle duża, żeby poznać prawdę, staruszka nie była w stanie niczego już sobie przypomnieć. Wiedziałam tylko, że mama długo nie mogła znaleźć partnera i najbardziej cierpiała nie z powodu braku męża, ale dlatego, że bardzo chciała mieć dziecko.

Babcia nie wiedziała, kto był moim ojcem. Podobno zostawił mamę, kiedy powiedziała mu o ciąży, ale gdy się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że to wersja, którą mama przedstawiała oficjalnie. Sądzę, że tak naprawdę zaszła w ciążę z przypadkowym mężczyzną, który nigdy się nie dowiedział, że będzie miał dziecko. Do dziś nie mogę się zdecydować, czy byłam wyczekiwanym maleństwem, czy nieplanowanym dzieckiem, które na dodatek zabiło matkę. A może miałam być tylko zabawką starzejącej się, samotnej kobiety, która nie umiała znaleźć stałego partnera życiowego? Jakakolwiek była prawda – nigdy jej nie poznam.

Brakowało mi matki. Babcia wychowywała mnie najlepiej, jak potrafiła, ale nie o wszystkim mogłam z nią porozmawiać. Sił starczyło jej na jakieś piętnaście pierwszych lat mojego życia, potem zaczęła tonąć w starości i chociaż starała się chwytać brzegów życia i teraźniejszości, coraz częściej jej światem stawały się wspomnienia. Z pewnością były atrakcyjniejsze; w nich na powrót stawała się młodą kobietą, która nie musiała każdego dnia zmagać się z problemami finansowymi i wychowywaniem wnuczki, nie przeżyła śmierci męża i jedynego dziecka. Chwile powrotu do rzeczywistości poświęcała na nerwowe upewnianie się, że u mnie wszystko w porządku i że nie mam kłopotów w szkole. To jej wystarczało.

Mnie nie. Co prawda szybko zrozumiałam, że nikt w szkole nie może się zorientować, w jakim stanie jest babcia, bo zaraz wyląduję w domu dziecka, a do tego nie chciałam dopuścić. Nie miałam rodziców, ale przynajmniej miałam dom, swoje cztery ściany, swój pokój. I namiastkę rodziny. Za nic nie pozwoliłabym sobie tego odebrać. Wiedziałam, że jeżeli nie będę sprawiać problemów z nauką i zachowaniem w szkole, nikogo nie zainteresuje prawda. I tak było.

Rozpaczliwie tęskniłam za matką. Teraz wiem, że chodziło raczej o poczucie bezpieczeństwa, o świadomość, że ktoś kocha mnie bezwarunkowo, akceptuje taką, jaka jestem, wysłucha, pomoże w trudnych chwilach, nawet samą obecnością. Te wszystkie pragnienia zawarłam w słowie „matka”, a ponieważ nigdy jej nie miałam, byłam pewna, że byłaby właśnie taka.

O tym wszystkim powiedziałam Tomaszowi, ale znacznie później. Zanim nadszedł czas szczerości i zwierzeń, musiało zdarzyć się drugie spotkanie. I chociaż nie wierzyłam w nie nawet przez chwilę, to stało się faktem po tygodniu.

Przez sześć dni żyłam minionym spotkaniem z moim marzeniem. Każdy wieczór wypełniony był myślami o pociągających ustach i rozświetlony wspomnieniem zamarzniętych iskierek w jasnych włosach.

I znowu, jak tydzień wcześniej i jak prawie każdego następnego dnia, idę w stronę przystanku. Z daleka widzę, że tuż przy wiacie, a jednak w pewnym oddaleniu od stłoczonych pod daszkiem i oczekujących na przyjazd autobusu osób, stoi ktoś wyglądający znajomo. Od razu uderza mnie widok powiewających na wietrze końców długiego szalika. Z daleka nie mogę dostrzec twarzy, nie widzę też włosów stojącego, bo ukryte są pod czarną czapką z daszkiem. To może być każdy, więc szybko odpędzam od siebie nadzieję, która jednak nie chce dać za wygraną i sprawia, że serce tłucze się jak oszalałe w moich piersiach.

Mam ochotę zawrócić, nie iść na przystanek, tak bardzo boję się rozczarowania. W chwili, gdy już mam skręcić, chłopak odwraca się w moją stronę. Zobaczył mnie, to pewne. Nie wypada uciec. Skoro jednak nie wykonał żadnego gestu, nie pomachał ręką, to pewnie nie on, tylko wyobraźnia płata mi figle. Nogi robią się jak z gumy, ledwie wlokę się w stronę wiaty. Ciężar rozczarowania wydaje mi się nie do udźwignięcia.

Gdybym patrzyła przed siebie, zamiast z rezygnacją obserwować czubki własnych butów, mogłabym czuć się szczęśliwa chwilę wcześniej. Ze mną było tak zawsze – nie pozwalałam sobie na wiarę we własne szczęście, nie umiałam wychodzić mu naprzeciw. Może dlatego tak rzadko go doświadczałam?

Wlokę się zatem do przystanku przygarbiona i rozczarowana, gdy słyszę:

– Fajnie, że cię widzę.

A jednak to on. Niemożliwe stało się faktem. Stoi przede mną i się uśmiecha. Tak normalnie jakbyśmy byli starymi znajomymi.

– Co tu robisz? – pytam, bo nadal nie mogę uwierzyć w to, co widzę.

– Czekam na ciebie.

Jakie to proste. Czeka na mnie. Ot tak, zwyczajnie. Stoi i czeka. Na mnie, zwyczajną, przeciętną dziewczynę, on, idealny chłopak? Dlaczego? Pytam o to, chociaż nie jestem pewna, czy chcę znać odpowiedź.

– Czułem się za ciebie odpowiedzialny. Zastanawiałem się, czy już dobrze się czujesz. Nie wiedziałem, gdzie cię szukać, ale pomyślałem, że skoro tydzień temu jechałaś o tej porze do szkoły, to dzisiaj może będzie tak samo. Jak widać, miałem rację.

To oznaczało, że myślał o mnie. Zastanawiał się, gdzie mnie szukać, chciał odnaleźć. Ogarnia mnie euforia. Wreszcie komuś na mnie zależy, komuś chce się o mnie troszczyć. I to komu! Czuje się za mnie odpowiedzialny.

Radość, ogromna radość i szczęście – to wtedy czułam, doskonale pamiętam.

Nie wiedziałam, że to ona nauczyła go odpowiedzialności. Nawet gdybym wiedziała, to pewnie dziękowałabym jej za to w tamtej chwili. A ileż razy przez ostatnie lata przeklinałam to słowo i wszystko, co się z nim wiązało! Tomasz zawsze czuł się odpowiedzialny. Sama już nie wiem, czy to poczucie obowiązku ma związek z miłością, czy jest wyłącznie wynikiem wielo­letniej tresury. Wielekroć rozważałam, czy Tomasz ożenił się ze mną też tylko dlatego, że czuł się za mnie odpowiedzialny…

Kiedy człowiek dopiero wchodzi w dorosłość, nie zastanawia się nad takimi sprawami. A jeśli na dodatek jest sierotą żyjąca w poczuciu, że stanowi dla otoczenia uciążliwą przeszkodę, to każdy przejaw dobroci czy życzliwości jest jak łaska. Ze mną tak było. Niczym bezpański pies gotowa byłam merdać ogonem i łasić się do każdego, kto okaże mi trochę uczucia i zainteresowania. Może to nie jakieś poetyckie porównanie, ale z perspektywy czasu widzę, że najlepiej opisuje mnie taką, jaka byłam wtedy, kilka miesięcy przed maturą.

Po latach, kiedy czytałam Kasi Małego Księcia, rozpłakałam się przy fragmencie „już zawsze będziesz odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”. Nigdy więcej nie czytałam córce tej książki, bo byłam pewna, że ona czytała ją Tomaszowi bardzo często. Nie chciałam, żeby moja córka kierowała się w życiu odpowiedzialnością. Pragnęłam, aby była szczęśliwa i potrafiła kochać – do szaleństwa i zapomnienia, kierując się sercem.

Nigdy nie pozbyłam się wątpliwości co do stosunku Tomasza do mnie. Za to jestem pewna, że ją kocha. W pierwszych miesiącach znajomości byłam pod wrażeniem więzi łączących go z rodziną. Fascynowało mnie to. Nawet gdy łaziliśmy bez celu po parku czy po ulicach, nawet gdy prowadziliśmy niekończące się dyskusje o życiu, ludziach, świecie, zawsze pamiętał, żeby zadzwonić do domu. Wtedy telefony komórkowe były w posiadaniu najbogatszych biznesmenów, więc zazwyczaj musieliśmy szukać budki telefonicznej.

– Nie gniewaj się – tłumaczył – ale muszę powiedzieć, że będę później.

Na początku myślałam, że ma surowych rodziców. Okazało się, że to nieprawda. Mógł robić, co chciał, nie kontrolowali go, nie karali. Układ był prosty: członkowie rodziny szanują się wzajemnie. Partnerskie relacje, zaufanie, wolność – wydawało mi się to wspaniałe. Czasem drażniło mnie, kiedy musieliśmy znaleźć ten cholerny aparat telefoniczny albo gdy musiał mnie odprowadzić do domu, bo umówił się z rodzicami. Namawiałam go nawet, żeby nie szedł, szantażowałam: „Jeśli ci na mnie zależy, to zostań jeszcze”, chcąc go wypróbować, ale nigdy nie udało mi się postawić na swoim. Pamiętam dobrze te próby zyskania nad nią przewagi.

– Matka strasznie się denerwuje, kiedy się umawiam i nie przychodzę.

– No to co? – Wzruszyłam ramionami. – Nic jej nie będzie.

– Wiem, ale nie chcę tak robić. A ty byś się nie denerwowała, gdybyśmy byli umówieni, a ja bym nie przyszedł?

Chociaż musiałam przyznać mu rację, to chyba podświadomie wyczuwałam, że zawsze ona będzie ważniejsza, więc instynkt samicy kazał mi walczyć o swoją pozycję. Byłam młoda, naiwna i nieświadoma faktu, że ta walka będzie trwała następnych kilkanaście lat i nie uda mi się w niej wygrać nawet jednej bitwy.

Na razie nie wiedziałam jeszcze o tym i ulegałam sile argumentów Tomasza, zwłaszcza że potrzebowałam pewności i poczucia bezpieczeństwa, które mi dawał. Gdyby był lekkoduchem, umiałby lekceważyć dom i ją, ale pewnie tak samo zachowywałby się wobec mnie. Poczucie, że mnie nie zawiedzie, pozwalało mi budować wiarę w siebie i dawało pewność, że jestem dla kogoś ważna.

Pokochałam nie tylko Tomasza, ale całą jego rodzinę. Pokochałam ich, można powiedzieć, zaocznie i na kredyt. Każdą cząstką ciała i umysłu pragnęłam stać się częścią tak wspaniałej i kochającej się grupy ludzi, należeć do nich, czuć się jedną z nich. Marzyłam, że kiedyś mnie poznają i pokochają jak córkę. Chciałam biegać, szukać telefonu, dzwonić do niej, żeby powiedzieć, że się spóźnię, uspokoić ją. Nie chciałabym, żeby się denerwowała, ale wspaniale byłoby czuć, że mogłaby to zrobić, że telefon ode mnie może kogoś ucieszyć, sprawić, że kobieta zwana matką odetchnie z ulgą.

Zazdrościłam mu matki i czułam ciągłą potrzebę sprawdzania, czy należycie ją traktuje. To był prawdopodobnie prawdziwy powód ciągłego wystawiania go na próby. Gdyby któregoś dnia zgodził się nie zadzwonić, pewnie rozstałabym się z nim. Nie mogłabym spotykać się z człowiekiem, który nie szanuje matki, nie potrafi docenić, że ją ma. Tak czułam wtedy, a przynajmniej wydawało mi się, że tak czuję.

Dziś sama nie wiem, jak było naprawdę. Nie potrafię po tylu latach jednoznacznie zinterpretować swoich motywacji z tamtego okresu. Czy byłam zazdrosna o Tomasza, czy o nią? A jeśli o nią, to co się stało, że dziś pragnę tylko tego, żeby przestała ingerować w moje życie?

Przypominam