Szósta zmiana - Dratwa Krzysztof - ebook + książka
NOWOŚĆ

Szósta zmiana ebook

Dratwa Krzysztof

0,0

Opis

W kosmosie możesz polegać tylko na sobie. Do czasu, aż zawiedzie cię własny umysł…

Statek kosmiczny. Lata świetlne od najbliższej ludzkiej kolonii. Velmut, mechanik międzygwiazdowca z szóstej zmiany, budzi się z hibernacji pod opieką pokładowej medyczki. Jego ciało odmawia posłuszeństwa, a dolegliwości nie pozwalają mu normalnie funkcjonować. Szybko okazuje się jednak, że to dopiero początek problemów.

Mechanik zaczyna doświadczać niepokojących snów, które przeradzają się w mroczne wizje. W ich centrum znajduje się Aldebaran, potężna, żółta gwiazda, a to, co początkowo wydaje się jedynie omamami, zaczyna przenikać do rzeczywistości.

Wkrótce staje się jasne, że nikt na pokładzie nie jest bezpieczny. Lot przez przestrzeń niespodziewanie zamienia się w podróż do samego serca obłędu. Załoganci muszą zmierzyć się nie tylko z własnymi lękami, lecz także zawalczyć o zachowanie resztek poczytalności. Ale… czy mają na to jakiekolwiek szanse?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 459

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



PROLOG

Dłu­gie pal­ce miaż­dży­ły jej krtań. Nie mia­ła jak się obro­nić. Był od niej wyż­szy, cięż­szy i – mimo ho­spi­ta­li­za­cji – o wie­le sil­niej­szy. Chwy­ciw­szy go za nad­garst­ki, pró­bo­wa­ła ode­rwać jego dło­nie od szyi, lecz te przy­war­ły do niej jak przy­spa­wa­ne. Sza­mo­ta­niem sta­ra­ła się zrzu­cić go na pod­ło­gę, ale on usiadł jej na brzu­chu i do­ci­snął ją do łóż­ka. Z wierz­ga­ją­cych nóg nic zaś so­bie nie ro­bił. Na każ­dy kop­niak i wbi­te mię­dzy że­bra ko­la­no re­ago­wał tak, jak­by na ple­cach przy­sia­dał mu na­tręt­ny ko­mar.

– Prze­pra­szam – ce­dził łam­li­wym od pła­czu gło­sem – prze­pra­szam, prze­pra­szam, prze­pra­szam, prze­pra­szam, prze­pra­szam, prze­pra­szam…

Owo za­pę­tlo­ne sło­wo było ostat­nim, ja­kie w ży­ciu sły­sza­ła. Jej mózg w koń­cu pod­dał się nie­do­tle­nie­niu. Wy­ma­chu­ją­ce koń­czy­ny zwiot­cza­ły i opa­dły cięż­ko na ma­te­rac. Sta­wia­ją­ce zaś do­tąd opór mię­śnie roz­luź­ni­ły się, a całe cia­ło sfla­cza­ło, wstrzą­śnię­te ostat­nim po­śmiert­nym spa­zmem.

Mimo to nie zwol­nił uści­sku. Pod opusz­ka­mi wciąż czuł bo­wiem de­li­kat­ne pul­so­wa­nie. Nie wie­dział, czy było to jego wła­sne tęt­no, czy może to ser­ce ko­bie­ty upar­cie nie da­wa­ło za wy­gra­ną. Ry­zy­ko­wać jed­nak nie za­mie­rzał. Je­śli w jej pier­si na­dal tlił się choć­by naj­drob­niej­szy pło­my­czek ży­cia, to mu­siał go w niej zga­sić, dla jej wła­sne­go do­bra. Przez na­stęp­nych kil­ka mi­nut wsłu­chi­wał się więc w świst wła­sne­go od­de­chu i ska­py­wa­nie pły­ną­cych mu po po­licz­kach łez, a gdy wą­tłe wra­że­nie w pal­cach wresz­cie usta­ło, dla pew­no­ści od­cze­kał jesz­cze parę chwil.

Do­pie­ro wte­dy od­wa­żył się otwo­rzyć oczy.

Z prze­ra­że­nia aż pod­sko­czył. Jego gło­wa ude­rzy­ła o ni­ski su­fit, a szarp­nię­te na­głym zry­wem cia­ło zgu­bi­ło rów­no­wa­gę i rąb­nę­ło o pod­ło­gę. Męż­czy­zna nie­zgrab­nie prze­tur­lał się na po­ślad­ki, od­pełzł do naj­bliż­szej ścia­ny i przy­warł­szy do niej ple­ca­mi, wpa­try­wał się w swe dzie­ło.

Aż do te­raz nie są­dził, że co­kol­wiek zdo­ła go jesz­cze prze­stra­szyć. I rze­czy­wi­ście, sam wi­dok nie ro­bił na nim wra­że­nia. W po­rów­na­niu z ob­ra­za­mi ostat­nich dni wy­da­wał się wręcz ża­ło­sny. Ot co, spo­co­ne zwło­ki w roz­cheł­sta­nej pi­ża­mie, za­plą­ta­ne w fał­dy wy­tłam­szo­nej po­ście­li, za­sty­głe w dziw­nie dwu­znacz­nej po­zie, ni­czym gro­te­sko­wa pa­ro­dia jed­nej z wy­rzeź­bio­nych w re­ne­san­sie eks­taz. Nie bał się po­dob­ne­go do ob­ro­ży siń­ca, czar­nie­ją­ce­go na jej szyi. Nie bał się twa­rzy, wy­krzy­wio­nej w wy­ra­zie doj­mu­ją­cej trwo­gi. Nie bał się na­wet osa­dzo­nych w niej wy­trzesz­czo­nych oczu, któ­re na sku­tek ob­ró­ce­nia gło­wy wpa­try­wa­ły się do­kład­nie w nie­go.

Ale ich spoj­rze­nie – zim­ne, oskar­ży­ciel­skie – prze­szy­wa­ło go na wskroś. Męż­czy­zna aż sku­lił się pod jego cię­ża­rem. Do­strze­gał w nim wy­zie­ra­ją­ce py­ta­nie o po­wód tego bru­tal­ne­go mor­du; py­ta­nie, na któ­re od­po­wie­dzieć nie mógł ani te­raz, ani wcze­śniej, za­rów­no jej, jak i ko­mu­kol­wiek in­ne­mu. Bo prze­cież to coś nie po­zwa­la­ło o so­bie mó­wić. Ile­kroć pró­bo­wał, czuł, jak­by to jego wła­sne gar­dło miaż­dży­ły nie­wi­dzial­ne pal­ce.

To było po­nad jego siły. Chcia­ło mu się wrzesz­czeć, chcia­ło mu się wyć. Nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a na­praw­dę by to zro­bił. W ostat­niej chwi­li zdo­łał we­pchnąć so­bie pięść do ust jak kne­bel i za­gryźć knyk­cie do krwi. Nie wol­no było mu krzyk­nąć. Jesz­cze zbu­dził­by resz­tę. Co praw­da, ścia­ny po­ko­jów były nie­mal zu­peł­nie dźwię­kosz­czel­ne, lecz wąt­pił, by na­wet one zdo­ła­ły za­głu­szyć sko­wyt tak gło­śny jak ten, któ­ry wzbie­rał mu wła­śnie w tcha­wi­cy.

Resz­ta… Inni…

Spoj­rzał po­nad zwło­ka­mi na prze­ciw­ną ścia­nę. Wy­obra­ził so­bie znaj­du­ją­cy się za nią dru­gi, iden­tycz­ny po­kój z ta­kim sa­mym łóż­kiem, a w nim śpią­cą ko­bie­tę, nie­świa­do­mą roz­gry­wa­ją­ce­go się za­le­d­wie kil­ka me­trów obok hor­ro­ru. Ją też bę­dzie mu­siał za­bić, po­dob­nie jak po­zo­sta­łą dwój­kę. No i byli jesz­cze ci w ko­mo­rach. Ich nie zdo­ła udu­sić. I tak nie od­dy­cha­ją. No więc jak mam to zro­bić? Szcze­rze mó­wiąc, jego pla­ny nie za­brnę­ły do­tąd aż tak da­le­ko. Sie­kie­rą? Nie wie­dział, jak duży opór szy­ja po­sta­wi ostrzu. Mło­tem? Na wy­ma­chi­wa­nie że­la­stwem na pew­no nie star­czy mu sił. Skal­pe­lem? To po­win­no być prost­sze. W ma­ga­zy­nie miał ich pod do­stat­kiem, a w do­dat­ku wie­dział, jak i gdzie naj­le­piej ciąć, żeby…

My­śli te spra­wi­ły, że jego krtań nie­co się roz­luź­ni­ła. Wy­do­był się z niej jed­nak nie wrzask, a prze­cią­głe, prze­cho­dzą­ce w świst za­wo­dze­nie. Mógł­by przy­siąc, że gdzieś w od­da­li od­po­wie­dział mu ten dru­gi, po­dob­ny do po­cie­ra­nia sty­ro­pian­ką o pla­stosz­kło skrzek, któ­ry po­gwiz­dy­wał szorst­ko, na­bi­ja­jąc się z jego nie­do­li. Łzy nie pły­nę­ły już struż­ka­mi. Te­raz do­słow­nie za­le­wa­ły mu po­licz­ki, jak­by spod na­brzmia­łych po­wiek wy­do­stać pró­bo­wa­ły się dwa nie­wiel­kie wo­do­spa­dy.

Jak mo­gło do tego dojść? Dla­cze­go to wła­śnie on, czło­wiek, któ­ry po­przy­siągł ra­to­wać ludz­kie ży­cie, zmu­szo­ny jest je te­raz od­bie­rać? W do­dat­ku przy­się­gę tę przyj­dzie zła­mać mu jesz­cze nie kil­ka, kil­ka­na­ście czy na­wet kil­ka­dzie­siąt, lecz aż kil­ka­set razy. Już ta jed­na śmierć do­pro­wa­dzi­ła go na skraj za­ła­ma­nia. I te­raz miał­by niby jesz­cze zro­bić to zno­wu, a po­tem zno­wu, zno­wu, zno­wu, i zno­wu, i…!

– Dla­cze­go? – za­skom­lał. – Dla­cze­go, dla­cze­go, Boże, dla­cze­go?!

Wy­ję­ku­jąc ostat­nie sło­wa, spoj­rzał w górę, jak­by spo­dzie­wał się otrzy­mać stam­tąd od­po­wiedź. Ale w tym prze­klę­tym skraw­ku Ko­smo­su nie było boga, a przy­naj­mniej nie ta­kie­go, któ­re­go od­zew pra­gnął­by usły­szeć. Za­miast Nie­ba był za to su­fit, a na nim kwa­te­ro­wa lam­pa. Na jej wi­dok męż­czy­zna wzdry­gnął się jak ra­żo­ny prą­dem. Nie wy­da­wa­ła żad­nych dźwię­ków, ja­śnia­ła przy­jem­nie bia­łym świa­tłem, lecz już sam jej okrą­gły kształt wy­star­czył, by przy­wo­łać świe­że wspo­mnie­nia tam­tych ma­ka­brycz­nych wi­dzia­deł i to­wa­rzy­szą­cych im od­czuć.

Pa­ra­dok­sal­nie to wła­śnie ów nie­po­zor­ny szcze­gół przy­wo­łał go do po­rząd­ku. Okro­pień­stwo prze­la­tu­ją­cych w gło­wie wi­zji przy­po­mnia­ło mu po­wód, dla któ­re­go po­su­nął się do za­mor­do­wa­nia ko­bie­ty, któ­ra z taką tro­ską pie­lę­gno­wa­ła go i ze wszyst­kich sił sta­ra­ła się mu po­móc – nie chciał, by i ona przez to prze­szła. By kto­kol­wiek wi­dział, sły­szał i czuł to samo, co on. Nie pra­gnął ich za­bi­jać, lecz nie miał wy­bo­ru. Słusz­no­ści jego dzia­łań nie poj­mie nikt, kto nie do­świad­czył tych kosz­ma­rów. On zaś mu­siał spra­wić, by te w isto­cie ni­ko­go już wię­cej nie do­tknę­ły.

Prze­tarł za­łza­wio­ne oczy, z wy­sił­kiem pod­niósł się z pod­ło­gi. Opu­ścił kwa­te­rę, prze­szedł ko­ry­ta­rzem do są­sied­niej, drżą­cą dło­nią wy­stu­kał w pa­ne­lu awa­ryj­ny kod do­stę­pu i wszedł do środ­ka. Za­mknąw­szy za sobą drzwi, ma­chi­nal­nie wci­snął za­mon­to­wa­ny tuż obok włącz­nik.

Zaj­mu­ją­ca po­kój ko­bie­ta nie spa­ła tak twar­do jak po­przed­nicz­ka. Z chwi­lą za­pa­le­nia świa­tła zmarsz­czy­ła twarz, mru­cząc pod no­sem z nie­za­do­wo­le­nia. Sen nie­śmia­ło ula­ty­wał spod jej po­wiek.

Męż­czy­zna nie cze­kał, aż cał­kiem się zbu­dzi. Jed­nym su­sem dłu­gich nóg po­ko­nał dzie­lą­cy go od niej dy­stans, wsko­czył na łóż­ko i igno­ru­jąc pa­lą­cy w ścię­gnach ból, za­mknął jej szy­ję w pal­cza­stym ima­dle. Ofia­ra mo­men­tal­nie od­zy­ska­ła przy­tom­ność. Ob­da­rzy­ła go spoj­rze­niem wy­trzesz­czo­nych oczu, pró­bo­wa­ła prze­pchnąć krzyk przez miaż­dżo­ne gar­dło, za­czę­ła wić się i sza­mo­tać w da­rem­nej pró­bie obro­ny.

Sce­na ta sama, co przed chwi­lą, z jed­ną tyl­ko róż­ni­cą – tym ra­zem na­past­nik nie prze­pra­szał. Nie miał za co. To nie było mor­der­stwo, a ra­tu­nek. Śmierć to spo­kój, śmierć to ci­sza, śmierć to oca­le­nie. Umar­łej nie po­ra­zi świa­tło. Umar­ła nie usły­szy pi­sków.

Umar­łej nie po­żre żółć.

1

Świa­do­mość wra­ca­ła po­wo­li, a wraz z nią na­ra­stał też ból. Z po­cząt­ku był na­wet zno­śny, lecz z każ­dą chwi­lą na­si­lał się co­raz bar­dziej, przy­no­sząc ze sobą nud­no­ści i za­wro­ty gło­wy. To wła­śnie przez po­do­bień­stwo ob­ja­wów ów to­wa­rzy­szą­cy wy­bu­dze­niu z hi­ber­na­cji stan przy­ję­to na­zy­wać ko­lo­kwial­nym mia­nem krio­ka­ca. Vel­mut prze­la­tał już wy­star­cza­ją­co wie­le kur­sów na po­kła­dach mię­dzy­gwiaz­dow­ców, by móc w peł­ni zgo­dzić się z tym po­rów­na­niem.

Tyl­ko że ten kon­kret­ny kac… on był inny – więk­szy, moc­niej­szy, gor­szy niż po­przed­nie. Każ­dy spę­dzo­ny w hi­ber­na­cji dzień wzma­gał jego ob­ja­wy, a prze­cież w ca­łej hi­sto­rii lo­tów ko­smicz­nych nie było do­tąd mi­sji rów­nie dłu­giej jak ta. Vel­mut wła­śnie po­bił re­kord prze­le­ża­nych w krio­ko­mo­rze dni. Czuł się tak, jak­by po­ran­ki po wszyst­kich stu­denc­kich im­pre­zach – od uczest­nic­twa w któ­rych by­naj­mniej nie stro­nił – na­raz się sku­mu­lo­wa­ły, a na­stęp­nie zwa­li­ły nań w for­mie zmu­to­wa­ne­go su­per­ka­ca-mor­der­cy.

Bie­dak nie umiał okre­ślić, co było w nim naj­gor­sze. Wy­da­wa­ło mu się, że w ca­łym jego cie­le nie ostał się ani je­den po­praw­nie funk­cjo­nu­ją­cy na­rząd. W skro­niach łu­pa­ło mu tak, jak­by ja­kiś uzbro­jo­ny w dłu­to ma­niak wy­ku­wał w nich pła­sko­rzeź­bę. Błęd­nik prze­ży­wał nie­za­po­mnia­ne chwi­le na ko­lej­ce gór­skiej, przez co jego wła­ści­ciel za­tra­cił zdol­ność od­róż­nia­nia góry od dołu. Nie zwy­mio­to­wał zaś tyl­ko dla­te­go, że opróż­nio­ny przed wej­ściem do krio­ko­mo­ry żo­łą­dek zwy­czaj­nie nie miał czym wy­strze­lić.

– ZA­ŁO­ŻĘ CI KRO­PLÓW­KĘ, VEL!

Kto to po­wie­dział? Kris? Tak, na pew­no Kris. Roz­ło­żo­ny na le­żan­ce me­cha­nik nie wi­dział jej przez ciem­ność za­ci­śnię­tych po­wiek, lecz bez tru­du roz­po­znał ją po gło­sie. Tyl­ko dla­cze­go, do cięż­kiej cho­le­ry, musi się tak po­twor­nie drzeć?! Co ją ugry­zło? Stoi nie da­lej jak pół me­tra obok, a wrzesz­czy tak, że…

Nie, za­raz… Wca­le nie wrzesz­czy. Zro­zu­miał to za spra­wą brzę­cze­nia upchnię­tej w ścia­nach ma­szy­ne­rii. Nor­mal­nie po­win­no być ono nie­mal nie­sły­szal­ne. Tym­cza­sem w jego uszach brzmia­ło tak, jak­by w szcze­li­nach mię­dzy try­bi­ka­mi za­do­mo­wi­ła się po­kaź­na ko­lo­nia szer­sze­ni. Pie­przo­ny krio­kac!, po­my­ślał. Za­mie­nił jego mał­żo­wi­ny w cza­sze ra­da­rów, wy­ła­pu­ją­cych i po­tę­gu­ją­cych po ty­siąc­kroć każ­dy do­la­tu­ją­cy do nich szmer.

Pod­czas gdy on mę­czył się z nad­wraż­li­wym słu­chem, me­dycz­ka przy­stą­pi­ła do za­kła­da­nia mu kro­plów­ki. Ro­ze­rwa­nie sa­szet­ki z jed­no­ra­zo­wą chu­s­tecz­ką nie róż­ni­ło się dla nie­go od drap­nię­cia pa­znok­ciem o tynk. Kie­dy zaś mu­snę­ła mu nią ra­mię, jego wiot­kie do­tąd cia­ło mo­men­tal­nie ze­sztyw­nia­ło. Za­sko­czo­ny męż­czy­zna wcią­gnął ze świ­stem po­wie­trze. Wy­glą­da­ło na to, że krio­kac wzmoc­nił u nie­go nie tyl­ko słuch, lecz tak­że wszyst­kie po­zo­sta­łe zmy­sły.

Przed utra­tą przy­tom­no­ści ra­to­wa­ły go wy­łącz­nie roz­bu­dza­ją­ce che­mi­ka­lia, któ­re hi­ber­na­cyj­na ko­mo­ra wtło­czy­ła mu przed kwa­dran­sem do noz­drzy. Me­cha­nik nie był w sta­nie na­wet my­śleć. Aż do tej pory nie przy­pusz­czał, że zwy­kła chu­s­tecz­ka może być rów­nie szorst­ka, a pa­ru­ją­cy na skó­rze al­ko­hol tak po­twor­nie zim­ny. Mógł­by przy­siąc, że Kris prze­cią­gnę­ła mu po przed­ra­mie­niu dru­cia­kiem do skro­ba­nia na­czyń, za­mo­czyw­szy go uprzed­nio w cie­kłym azo­cie. Na­stęp­nie nie­omal wy­rwa­ła mu to przed­ra­mię ze sta­wu, wbi­ja­jąc w nie gi­gan­tycz­ną igłę, pom­pu­ją­cą wrzą­cy jad wprost do świa­tła na­brzmia­łej żyły. Wy­schnię­te na sku­tek hi­ber­na­cji tkan­ki chłep­ta­ły ki­pią­cą tru­ci­znę. Jego cia­ło roz­pusz­cza­ło się pod jej wpły­wem, a on nie mógł nic na to po­ra­dzić. Otę­pia­łe mię­śnie były bo­wiem zbyt sła­be, by po­zwo­lić so­bie na ja­ki­kol­wiek ruch.

– NO, JUŻ PO WSZYST­KIM! – Każ­da sy­la­ba brzmia­ła jak wy­strzał z ar­ma­ty. – DO­BRZE SIĘ CZU­JESZ, VEL?! VEL?!

Za­da­ne py­ta­nie nie do­cze­ka­ło się od­po­wie­dzi. Me­cha­nik za­ci­skał szczę­ki tak moc­no, jak­by pró­bo­wał we­pchnąć so­bie zęby do dzią­seł, wy­ko­rzy­stu­jąc wszyst­kie po­zo­sta­łe mu reszt­ki sił, by po­wstrzy­mać się od otwar­cia ust. Bał się, że wzbie­ra­ją­cy w gar­dle sko­wyt bólu wy­do­sta­nie się i ro­ze­rwie mu bę­ben­ki. Z pe­spek­ty­wy le­kar­ki owa we­wnętrz­na wal­ka wy­glą­da­ła za­pew­ne mniej dra­ma­tycz­nie, bo w to­nie jej gło­su nie po­brzmie­wał choć­by naj­mniej­szy nie­po­kój. No, ale dla niej nie dzia­ło się nic nie­zwy­kłe­go. Wszak nie był to pierw­szy raz, gdy zaj­mo­wa­ła się przy­ja­cie­lem po opusz­cze­niu przez nie­go krio­ge­nicz­nej ko­mo­ry. Nie mo­gła so­bie na­wet wy­obra­zić, jak bar­dzo w tej chwi­li cier­piał.

– ZO­STA­WIAM CI UBRA­NIE NA BLA­CIE! – za­grzmia­ła. – LEŻ SPO­KOJ­NIE, NIE­DŁU­GO PO­WI­NIE­NEŚ PO­CZUĆ SIĘ LE­PIEJ. JAK­BYŚ NIE MÓGŁ WSTAĆ, TO PO­CZE­KAJ! ZA JA­KĄŚ GO­DZI­NĘ DO CIE­BIE PRZYJ­DĘ!

Me­cha­nik nie zro­zu­miał sen­su tych słów. W za­sa­dzie pra­wie w ogó­le ich nie usły­szał, po­dob­nie jak od­gło­su kro­ków wy­cho­dzą­cej z sal­ki ko­bie­ty. Wszyst­kie dźwię­ki to­nę­ły w mo­no­ton­nym szu­mie. Z ja­kie­goś po­wo­du słuch męż­czy­zny za­po­mniał o ota­cza­ją­cym go świe­cie, sku­pia­jąc się te­raz wy­łącz­nie na tym, co dzia­ło się w głę­bi jego cia­ła. Wy­mie­sza­na z eks­pe­ry­men­tal­ną kro­plów­ką krew prze­le­wa­ła się po obo­la­łej czasz­ce na po­do­bień­stwo wście­kłe­go sztor­mu. Wy­da­wa­ło się, że upły­nę­ła cała wiecz­ność, nim hu­ra­gan ów roz­wiał się na do­bre, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie je­dy­nie tępe mro­wie­nie w obrzęk­nię­tej po­ty­li­cy.

Vel­mut za­ry­zy­ko­wał i otwo­rzył oczy. Do tej pory za­ci­skał kur­czo­wo po­wie­ki, by nie wpu­ścić przez nie na­wet naj­mniej­sze­go pro­mycz­ka świa­tła. Z przy­kre­go do­świad­cze­nia wie­dział, jak wraż­li­we po­tra­fi­ły być świe­żo roz­hi­ber­no­wa­ne źre­ni­ce. Prze­ko­nał się o tym pod­czas lotu do Ukła­du Gwiaz­dy Luy­te­na, gdy nie­opatrz­nie spoj­rzał w za­wie­szo­ną na su­fi­cie ja­rze­niów­kę. Jej blask, choć sła­by, wy­star­czył, by świe­żo upie­czo­ny me­cha­nik po­czuł, jak­by ktoś wbił mu w oczo­do­ły roz­grza­ne do bia­ło­ści wi­del­ce. A prze­cież wte­dy spę­dził w ko­mo­rze tyl­ko je­den mie­siąc. Wo­lał na­wet nie my­śleć, co sta­ło­by się te­raz, po nie­mal dzie­się­cio­krot­nie dłuż­szej po­dró­ży w tej klau­stro­fo­bicz­nej za­mra­żar­ce.

Na szczę­ście tym ra­zem oby­ło się bez po­dob­nych nie­przy­jem­no­ści. Są­czą­ca się do żył męż­czy­zny ciecz zdo­ła­ła przy­wró­cić jego oczy do sta­nu względ­nej nor­mal­no­ści. Za­mglo­ny ob­raz na­bie­rał nie­mra­wo ostro­ści. Vel­mut uj­rzał wy­raź­nie sza­re pły­ty zna­jo­me­go su­fi­tu, wy­zie­ra­ją­ce miej­sca­mi spod skłę­bio­nej plą­ta­ni­ny ka­bli, rur oraz za­wie­szo­nych na kra­tow­ni­cach ko­lo­ro­wych prze­wo­dów.

Ką­tem oka wy­ła­pał ja­kiś ruch. Kie­dy spoj­rzał w jego stro­nę, za­uwa­żył, że był to po pro­stu wo­re­czek z kro­plów­ką, dyn­da­ją­cy na ha­czy­ku za spra­wą dmu­cha­ją­ce­go z krat­ki wen­ty­la­cyj­nej po­wie­trza. Wi­dok to­reb­ki wpra­wił go w osłu­pie­nie. Nie mógł uwie­rzyć, że żół­ta­wa, po­dob­na do roz­wod­nio­ne­go mo­czu sub­stan­cja wy­peł­nia­ła obec­nie aż po­ło­wę jej ob­ję­to­ści. Me­cha­nik go­tów był przy­siąc, że od chwi­li za­ło­że­nia ka­niu­li mi­nę­ło co naj­mniej kil­ka­na­ście dłu­gich, na­fa­sze­ro­wa­nych przy­tła­cza­ją­cym bó­lem go­dzin. Krio­kac po­zba­wił go na­wet zdol­no­ści do po­strze­ga­nia upły­wa­ją­ce­go cza­su. W rze­czy­wi­sto­ści nie mo­gło mi­nąć bo­wiem wię­cej niż pięt­na­ście mi­nut.

– Kur­wa… – za­klął ci­cho pod no­sem gło­sem ochry­płym jak tar­cie ścier­ne­go pa­pie­ru.

Kre­tyn!, klął na sie­bie w my­ślach. Idio­ta, de­bil, je­ba­ny tłuk! A prze­cież tam­ci la­lu­sie w gar­nia­kach uprze­dza­li, że tak się to skoń­czy! Mó­wi­li, że kro­plów­ka, choć spraw­dzo­na pod ką­tem bez­pie­czeń­stwa, wciąż znaj­du­je się w fa­zie te­stów, a efek­ty jej za­ży­cia są wy­jąt­ko­wo bo­le­sne. Co więc pod­ku­si­ło go do zo­sta­nia kró­li­kiem do­świad­czal­nym w tym cho­rym eks­pe­ry­men­cie, sko­ro sami or­ga­ni­za­to­rzy pró­bo­wa­li go od tego od­wieść? Oczy­wi­ście, że pre­mia! Na tyle duża, by za­głu­szyć wszel­kie ostrze­że­nia o nie­unik­nio­nych skut­kach ubocz­nych. Tam­te­go dnia był pe­wien, że licz­ba do­pi­sa­nych przy niej zer zre­kom­pen­su­je mu z na­wiąz­ką wszel­kie nie­przy­jem­no­ści. Te­raz wie­dział już, że po­peł­nił błąd.

Ja­sne, ból w koń­cu mi­nie. W za­sa­dzie już mi­jał. Za­war­tość pla­sti­ko­wej to­reb­ki roz­le­wa­ła się po jego ży­łach z pręd­ko­ścią smo­ły, nie­mniej speł­nia­ła swo­je za­da­nie. Za­war­te w niej che­mi­ka­lia neu­tra­li­zo­wa­ły reszt­ki krio­pro­tek­tan­tów, wy­plu­wa­nych przez ko­mór­ki do krwio­bie­go­we­go ście­ku. Wszyst­ko tra­fi po­tem do ne­rek, a stam­tąd do pęcz­nie­ją­ce­go z wol­na pę­che­rza. Za kil­ka go­dzin Vel­mut ze­szcza się na zie­lo­no, jak­bym za­miast fiu­ta miał ja­kiś pier­do­lo­ny kak­tus, po czym spłu­cze przy­czy­nę swe­go bólu do ulo­ko­wa­nej we wnętrz­no­ściach stat­ku oczysz­czal­ni.

Tyl­ko co z tego? Wspo­mnień nie dało się spłu­kać z po­dob­ną ła­two­ścią. Prze­by­ta przed mo­men­tem ago­nia po­zo­sta­nie z nim już do koń­ca ży­cia, ni­czym źle za­go­jo­na bli­zna w roz­ha­ra­ta­nym tę­pym no­żem mó­zgu. Na do­da­tek męż­czy­zna zmu­szo­ny bę­dzie tę bli­znę roz­dra­pać. Za trzy­dzie­ści dni skoń­czy się jego zmia­na, a wte­dy hi­ber­na­cyj­na ko­mo­ra po­now­nie weź­mie go w swe ob­ję­cia. Nim się obej­rzy, obu­dzi się na or­bi­cie Nep­tu­na, a krio­kac po­now­nie za­to­pi swe kły w jego cie­le, na­sy­ca­jąc ape­tyt ro­sną­cy w nim nie przez dzie­się­cio-, lecz aż szes­na­sto­mie­sięcz­ną po­dróż po­wrot­ną. Na samą myśl Vel­mu­to­wi chcia­ło się pła­kać.

Za­war­tość wo­recz­ka była już na wy­koń­cze­niu. Bla­do­żół­te kro­pel­ki ska­py­wa­ły w pod­łą­czo­nej do nie­go ko­mo­rze, od­mie­rza­jąc upły­wa­ją­cy czas na po­do­bień­stwo klep­sy­dry. Cie­czy zo­sta­ło jesz­cze na dwie mi­nu­ty, góra pięć. Vel­mut nie za­mie­rzał jed­nak cze­kać aż tak dłu­go. Twar­dy ma­te­rac do­pro­wa­dzał jego ple­cy do sza­łu. Me­cha­nik z wy­sił­kiem ob­ró­cił się na lewy bok i wsparł­szy się na łok­ciu, zdo­łał po­dźwi­gnąć się do pio­no­wej po­zy­cji. Spusz­czo­ne z kra­wę­dzi le­żan­ki sto­py wsu­nął zaś w po­zo­sta­wio­ne mu przez Kris kap­cie, by ochro­nić po­de­szwy przed chło­dem bi­ją­cym od zim­nej, me­ta­lo­wej pod­ło­gi.

Spró­bo­wał wstać. Zro­bił to wy­jąt­ko­wo ostroż­nie, lecz dla jego błęd­ni­ka na­wet owo śla­ma­zar­ne tem­po oka­za­ło się sta­now­czo zbyt szyb­kie. Ko­la­na zgię­ły się pod nim jak para scy­zo­ry­ków, a zwiot­cza­łe łyd­ki za­plą­ta­ły się o sie­bie ni­czym ka­bel­ki wy­ję­tych z kie­sze­ni słu­cha­wek. W ostat­niej se­kun­dzie zdo­łał za­przeć się dło­nią o ścia­nę. Nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a do li­sty swych licz­nych pro­ble­mów do­pi­sać mu­siał­by też zła­ma­ny nos, roz­kwa­szo­ny po ude­rze­niu o twar­dą po­sadz­kę.

Mi­nę­ła dłuż­sza chwi­la, nim świat prze­stał wresz­cie wi­ro­wać, a sal­ka hi­ber­na­cyj­na ze­sta­li­ła się do swej nor­mal­nej, nie­ru­cho­mej po­sta­ci. Vel­mut za­uwa­żył, że przez cały ten czas trzy­mał rękę zbyt wy­so­ko, przez co struż­ka krwi wy­cie­kła mu przez ka­niu­lę i za­czę­ła mie­szać się z bla­do­żół­tą cie­czą w pod­pię­tym do przed­ra­mie­nia wę­ży­ku. Za­klął pod no­sem. Za­mknął za­wór we­nflo­nu i wy­piął zeń pla­sti­ko­wą rur­kę, po czym od­wie­sił jej ko­niec na me­ta­lo­wy ha­czyk. Zro­bił to tak nie­dba­le, że kil­ka czer­wo­nych kro­pli zro­si­ło ma­to­wo­sza­ry par­kiet. Ko­lej­ne prze­kleń­stwo syk­nę­ło mu przez zęby. Niech Kris to po­tem po­sprzą­ta, po­my­ślał, ja nie mam siły się schy­lać.

Na prze­ciw­le­głym bla­cie do­strzegł zło­żo­ne w kost­kę ubra­nie. Był to po pro­stu jed­no­ra­zo­wy szla­frok z gru­bej ce­lu­lo­zo­wej tka­ni­ny, za­bar­wio­nej na ko­lor mdłe­go, szpi­tal­ne­go błę­ki­tu. Za­kła­da­ło się go tyl­ko po to, by nie la­tać po ko­ry­ta­rzu z go­łym tył­kiem. Po opusz­cze­niu sal­ki na­le­ża­ło udać się do swej kwa­te­ry i prze­brać w coś nor­mal­ne­go, a zwiew­ną szmat­kę wy­rzu­cić po­tem do ko­sza.

Vel­mut pod­szedł do łach­ma­na, lecz gdy tyl­ko do­tarł do bla­tu, za­trzy­mał się, wstrzą­śnię­ty tym, co zo­ba­czył. Ser­ce pod­sko­czy­ło mu do gar­dła. W srebr­nych drzwiach sto­ją­cej tuż obok lo­dów­ki uj­rzał wy­su­szo­ne­go ghu­la, wpa­tru­ją­ce­go się weń spoj­rze­niem prze­krwio­nych, pod­krą­żo­nych śle­piów.

Wie­dział, że było to jego od­bi­cie. Wie­dział, a jed­nak nie po­tra­fił w to uwie­rzyć. Część jego umy­słu nie poj­mo­wa­ła, ja­kim cu­dem coś mo­gło być rów­nie zna­jo­me, a jed­no­cze­śnie tak nie­po­ko­ją­co obce. Wzrost po­zo­stał ten sam, choć wy­krzy­wia­ją­cy ple­cy garb odej­mo­wał mu kil­ka cali. Peł­ne, wy­ro­bio­ne od pra­cy fi­zycz­nej mię­śnie skur­czy­ły się, jak­by w trak­cie lotu ktoś spu­ścił z nich po­wie­trze. Kasz­ta­no­we wło­sy za­cho­wa­ły swą dłu­gość, po­zle­pia­ne lśnią­cym po­tem w przy­kle­jo­ne do czo­ła strą­ki. Naj­go­rzej pre­zen­to­wa­ła się twarz. Me­cha­nik mu­siał przy­pa­try­wać się jej przez kil­ka chwil, nim do­szu­kał się ry­sów, któ­re za­zwy­czaj oglą­dał w lu­strze. Po­wie­ki opa­dły, ką­ci­ki ust okla­pły, a po­licz­ki zbla­dły, po­zba­wio­ne zdro­we­go ru­mień­ca. Ob­li­cze przy­wo­dzi­ło na myśl wy­stru­ga­ną nie­dba­le ma­skę cze­goś, co naj­chęt­niej strze­li­ło­by so­bie w łeb.

Tym ra­zem Vel­mut nie prze­klął. Znał cał­kiem spo­ro obe­lży­wych słów, lecz żad­ne z nich nie wy­da­ło mu się w tym mo­men­cie do­sta­tecz­nie siar­czy­ste. Wes­tchnął więc cięż­ko i za­rzu­cił na sie­bie szla­frok. Owi­nął się nim sta­ran­nie, by za­kryć dyn­da­ją­cą u pasa mę­skość, po czym – odzia­ny ni­czym cze­ka­ją­cy na za­bieg pa­cjent – wy­szedł z hi­ber­na­cyj­nej sal­ki.

Ko­ry­tarz przy­tło­czył go swą dłu­go­ścią. Dru­gi jego ko­niec – choć od­da­lo­ny o za­le­d­wie kil­ka­na­ście me­trów – był dla nie­go tym sa­mym, co ma­ja­czą­ce u pod­nó­ża szczy­ty ośnie­żo­nych Hi­ma­la­jów. Zno­wu za­krę­ci­ło mu się w gło­wie. Oszo­ło­mio­ny, za­sta­no­wił się, czy nie po­wi­nien po pro­stu wró­cić na le­żan­kę i po­cze­kać, aż Kris przy­bę­dzie mu z po­mo­cą. Wy­da­wa­ło mu się na­wet, że przed wyj­ściem coś o tym wspo­mi­na­ła, ale te­raz nie był tego pe­wien. Oczy­wi­ście gdy­by nie po­ja­wiał się do­sta­tecz­nie dłu­go, za­nie­po­ko­jo­na przy­ja­ciół­ka na pew­no przy­szła­by spraw­dzić, jak się mie­wa. Nor­mal­nie do sto­łów­ki cha­dzał jed­nak sa­mo­dziel­nie, dla­te­go nie wie­dział, ile do­kład­nie mu­sia­ła­by trwać ta nie­obec­ność, nim zwró­ci­ła­by na nią uwa­gę. Cze­ka­nie utrud­niał po­nad­to pu­sty żo­łą­dek, do­ma­ga­ją­cy się po­sił­ku upo­rczy­wym ssa­niem. To wła­śnie za jego spra­wą me­cha­nik po­sta­no­wił ko­niec koń­ców pod­jąć się wę­drów­ki, do roz­po­czę­cia któ­rej zmu­szo­ny był wy­tę­żyć wszyst­kie po­zo­sta­łe mu reszt­ki sił, nim zdo­łał wresz­cie na­kło­nić koń­czy­ny do ru­chu.

Snuł się ra­czej, niż szedł, szu­ra­jąc o pod­ło­gę kap­cia­mi. Nie od­wa­żył się unieść sto­py ani o cen­ty­metr, bo­jąc się utra­cić utrzy­my­wa­ną z tru­dem rów­no­wa­gę. Przez całą po­dróż kur­czo­wo przy­tu­lał się bar­kiem do ścia­ny, sta­no­wią­cej dlań je­dy­ną, a za­ra­zem tak po­trzeb­ną pod­po­rę. Z każ­dym kro­kiem ci­skał w my­ślach blu­zgi w stro­nę pro­jek­tan­tów stat­ku. Dał­by wie­le, by któ­re­goś dnia do­stać ich w swe ręce i za po­mo­cą pię­ści wy­tłu­ma­czyć, dla­cze­go po­win­ni byli za­mon­to­wać tu ja­kieś ase­ku­ra­cyj­ne po­rę­cze.

W nor­mal­nych wa­run­kach doj­ście do skrzy­żo­wa­nia nie zaj­mo­wa­ło wię­cej niż kil­ka se­kund. Osła­bio­ny Vel­mut po­trze­bo­wał na to nie­mal­że trzech mi­nut. Gdy wresz­cie zdo­łał tego do­ko­nać, przy­sta­nął tuż przed wę­głem, by za­żyć cho­ciaż chwi­li wy­tchnie­nia. Dy­sząc i sa­piąc, za­sta­na­wiał się, co po­wi­nien da­lej ro­bić. Inni pra­cow­ni­cy z całą pew­no­ścią cze­ka­li już na nie­go na sto­łów­ce, by się na­wza­jem po­znać. Wy­pa­da­ło­by więc skrę­cić w lewo, za­brać wa­liz­kę z ba­ga­żow­ni, a po­tem zna­leźć przy­pi­sa­ną mu na czas wach­ty kwa­te­rę i prze­brać się w niej w coś nie­co bar­dziej wyj­ścio­we­go. Ale to wy­ma­ga­ło­by od nie­go wię­cej cho­dze­nia, grze­ba­nia w tor­bie, a za­pew­ne i umy­cia się pod prysz­ni­cem, by nie wy­glą­dać i – przede wszyst­kim – nie śmier­dzieć jak uczest­nik ukoń­czo­ne­go przed mo­men­tem wy­ści­gu.

Nie, po­my­ślał, pies je­bał do­bre wy­cho­wa­nie. Po tej prze­klę­tej kro­plów­ce le­d­wo był w sta­nie utrzy­mać się na no­gach. Nie bę­dzie nad­wy­rę­żał się tyl­ko po to, by oszczę­dzić in­nym wdy­cha­nia za­pa­chu wła­sne­go potu. Od razu spiął się w so­bie i po­stą­pił krok do przo­du, by po­ko­nać ten krót­ki dy­stans, na któ­rym je­den ko­ry­tarz krzy­żo­wał się z dru­gim. Oczy­wi­ście męż­czyź­nie nie wy­da­wał się on taki krót­ki. Po­zba­wio­ny wspar­cia ścia­ny czuł się zu­peł­nie jak li­no­sko­czek, ba­lan­su­ją­cy na cien­kim sznur­ku roz­wie­szo­nym mię­dzy dwo­ma strze­li­sty­mi wie­żow­ca­mi.

Mimo stra­chu po­szło mu to o wie­le le­piej, niż się z po­cząt­ku spo­dzie­wał. Naj­wy­raź­niej zwiot­cza­łe łyd­ki zro­zu­mia­ły po­wa­gę sy­tu­acji i do­ło­ży­ły wszel­kich sta­rań, by umoż­li­wić mu po­ko­na­nie tej wy­ima­gi­no­wa­nej roz­pa­dli­ny. Każ­dy nie­pew­ny krok przy­pra­wiał go o mały atak ser­ca, lecz mimo to zdo­łał ja­kimś cu­dem do­czła­pać na tyle bli­sko prze­ciw­nej ścia­ny, by móc się o nią oprzeć. Po tym he­ro­icz­nym wy­czy­nie dal­sza wę­drów­ka nie sta­no­wi­ła już wy­zwa­nia. Męż­czy­zna prze­był ją cał­kiem spraw­nie i wszedł przez otwar­te na oścież drzwi, zza któ­rych wy­do­by­wał się przy­jem­ny aro­mat go­rą­cej kawy.

Jego źró­dłem oka­za­ły się trzy pla­sti­ko­we kub­ki. Ich wła­ści­ciel­ki sie­dzia­ły przy okrą­głym sto­li­ku, zaj­mu­ją­cym nie­mal całą po­wierzch­nię tego ma­lut­kie­go po­miesz­cze­nia. Vel­mut roz­po­zna­wał spo­śród nich je­dy­nie Kris. Ciem­ne loki me­dycz­ki opa­da­ły ka­ska­dą na szczu­płe ra­mio­na, a śnież­no­bia­ły far­tuch kon­tra­sto­wał ze skó­rą w ko­lo­rze gorz­kiej cze­ko­la­dy.

Po­zo­sta­łą dwój­kę wi­dział pierw­szy raz w ży­ciu. Ko­bie­ta na­prze­ciw wej­ścia wy­da­ła mu się nie­sa­mo­wi­cie zwy­czaj­na i pod każ­dym wzglę­dem prze­cięt­na. Jej twarz spra­wia­ła wra­że­nie jed­ne­go wiel­kie­go uśred­nie­nia każ­de­go obec­ne­go na niej szcze­gó­łu. Kar­na­cja ni to ja­sna, ni ciem­na, oczy nor­mal­ne, czo­ło po­wsze­dnie, usta zaś w rów­nym stop­niu drob­ne i wą­skie, co peł­ne oraz sze­ro­kie. Na­wet wło­sy mia­ła ja­kieś ta­kie ni­ja­kie. Zu­peł­nie tak, jak­by zwią­za­na bia­łą frot­ką kita nie mo­gła zde­cy­do­wać się mię­dzy skan­dy­naw­skim blon­dem a głę­bo­ką, ibe­ryj­ską czer­nią.

Pod­czas gdy prze­cięt­niacz­ka bez tru­du zdo­ła­ła­by roz­pły­nąć się w tłu­mie, sie­dzą­ca na­prze­ciw Kris dziew­czy­na o azja­tyc­kiej uro­dzie do­słow­nie by w nim uto­nę­ła. W pierw­szej chwi­li me­cha­nik po­my­ślał, że ma przed sobą dziec­ko; tak drob­ną i fi­li­gra­no­wą po­sia­da­ła fi­gu­rę. Do­pie­ro uważ­niej­sze spoj­rze­nie utwier­dzi­ło go w prze­ko­na­niu, że ma do czy­nie­nia z do­ro­słą ko­bie­tą, a nie uczen­ni­cą szko­ły pod­sta­wo­wej. Jej twarz – mimo iż de­li­kat­na jak u por­ce­la­no­wej lal­ki – zdra­dza­ła bo­wiem pierw­sze ozna­ki po­stę­pu­ją­ce­go wie­ku, ob­ja­wia­ją­ce się pod po­sta­cią ku­rzych ła­pek i płyt­kich zmarsz­czek w oko­li­cach nosa.

Dwie nie­zna­jo­me ga­pi­ły się na nie­go z roz­dzia­wio­ny­mi usta­mi. Je­dy­nie mina Kris zdra­dza­ła z tru­dem skry­wa­ne roz­draż­nie­nie. Wy­raź­nie nie była za­chwy­co­na fak­tem, że jej osła­bio­ny po po­bud­ce pa­cjent po­sta­no­wił na wła­sną rękę szla­jać się po stat­ku w tak nie­na­da­ją­cym się do tego sta­nie.

W od­po­wie­dzi Vel­mut spio­ru­no­wał całą trój­kę spoj­rze­niem pod­krą­żo­nych śle­piów. Był wście­kły. Nie gnie­wał się jed­nak na same ko­bie­ty, któ­re mia­ły peł­ne pra­wo wy­stra­szyć się tego cze­goś, co sta­nę­ło wła­śnie na pro­gu. Iry­to­wa­ła go wy­łącz­nie sie­lan­ko­wość prze­rwa­nej jego przy­by­ciem scen­ki oraz skry­ta pod nią nie­spra­wie­dli­wość. Sie­dzia­ły tu so­bie, ga­da­ły i po­pi­ja­ły świe­żą kaw­kę, nie przej­mu­jąc się, że prze­by­wa­ją­cy w od­le­głym o za­le­d­wie kil­ka­na­ście me­trów po­miesz­cze­niu czło­wiek wal­czy o wła­sne ży­cie.

Oczy­wi­ście, że sie­dzia­ły!, my­ślał. Dla­cze­go mia­ły­by nie sie­dzieć? Ich krio­kac prze­cież nie do­ty­czy! Nie mu­sia­ły na­wet się­gać po wspo­ma­ga­nie far­ma­ko­lo­gicz­ne, by oczy­ścić or­ga­nizm z resz­tek związ­ków osło­no­wych. Wą­tro­ba i ner­ki w zu­peł­no­ści im do tego wy­star­cza­ły. Mo­gły prze­le­żeć w hi­ber­na­cji tyle, ile tyl­ko chcia­ły, a po wszyst­kim prze­cią­gnąć się jak koty i od razu brać się do ro­bo­ty. On w za­mian czuł się tak, jak­by za­wo­do­wy bok­ser zro­bił mu ze łba wo­rek tre­nin­go­wy. To tyle, je­śli cho­dzi o kwe­stię rów­no­upraw­nie­nia!

W chwi­lach ta­kich jak ta za­wsze przy­po­mi­nał so­bie za­ję­cia z Pod­staw Bio­lo­gii Ko­smicz­nej na pierw­szym roku stu­diów. Wy­kła­dow­czy­ni wy­świe­tla­ła im na ta­bli­cy skom­pli­ko­wa­ne bio­che­micz­ne wzo­ry, uroz­ma­ica­jąc je na­zwa­mi, któ­re brzmia­ły w jego uszach ni­czym in­kan­ta­cje z czar­no­ma­gicz­nej księ­gi. Mó­wi­ła dużo o chro­mo­so­mie Y, jego zde­ge­ne­ro­wa­nej bu­do­wie i nie­wiel­kich roz­mia­rach; o po­skrę­ca­nych w pę­tel­ki od­cin­kach oraz ogól­nej de­li­kat­no­ści; wresz­cie o wy­ni­ka­ją­cej z tych cech ko­niecz­no­ści do­dat­ko­we­go za­bez­pie­cza­nia go sil­niej­szy­mi krio­pro­tek­tan­ta­mi, któ­re raz przy­łą­czo­ne nie chcia­ły się tak ła­two od­dzie­lić. Vel­mut nie­wie­le z tego ro­zu­miał, a po tylu la­tach jesz­cze mniej pa­mię­tał. Więk­szość wy­ry­tych na pa­mięć in­for­ma­cji za­po­mniał za­raz po za­li­cze­niu koń­co­we­go eg­za­mi­nu. Praw­da była taka, że całe to ga­da­nie o nu­kle­oty­dach, se­kwen­cjach i za­sa­dach kom­ple­men­tar­no­ści nie­wie­le go ob­cho­dzi­ło. Jako me­cha­ni­ko­wi wy­star­czy­ło mu wie­dzieć, że już przez sam fakt uro­dze­nia się fa­ce­tem miał w tym biz­ne­sie pod gór­kę.

– Jezu, Vel… – Kris jako je­dy­na zdo­ła­ła wy­ra­zić szep­tem swój szok.

Vel­mut roz­po­znał zna­jo­my głos, lecz sy­la­by, w któ­re się ukła­dał, skłę­bi­ły się w plą­ta­ni­nę bez­po­sta­cio­we­go beł­ko­tu. Umę­czo­ny po­wol­nym do­cho­dze­niem do sie­bie mózg igno­ro­wał za­war­ty w nich sens. Obec­nie in­te­re­so­wał go wy­łącz­nie dys­pen­ser z żyw­no­ścią, za­mon­to­wa­ny w prze­ciw­nej, a przez to tak od­le­głej ścia­nie.

Urzą­dze­nie wy­glą­dem nie róż­ni­ło się zbyt­nio od au­to­ma­tu z mro­żo­nym jo­gur­tem. Vel­mut do­kuś­ty­kał do nie­go drob­ny­mi krocz­ka­mi, wspie­ra­jąc się ręką o opar­cie jed­ne­go z krze­seł. Trzy ko­bie­ty na­wet na mo­ment nie spusz­cza­ły z nie­go wzro­ku. Ich wy­ba­łu­szo­ne oczy wo­dzi­ły za odzia­ną w zwiew­ny błę­kit po­sta­cią, jak­by mia­ły przed sobą mu­ze­al­ny eks­po­nat bądź ostat­nie­go przed­sta­wi­cie­la za­gro­żo­ne­go wy­gi­nię­ciem ga­tun­ku.

Wol­ną dło­nią wy­cią­gnął z szaf­ki mi­secz­kę z czar­ne­go pla­sti­ku i pod­sta­wił ją pod chro­mo­wa­ną rur­kę do­zow­ni­ka. Na­stęp­nie wdu­sił pal­cem zie­lo­ny przy­cisk. Ma­szy­na za­pisz­cza­ła prze­cią­gle, nim wy­peł­ni­ła sto­łów­kę ka­ko­fo­nią stłu­mio­nych chro­bo­tów. Ele­men­ty me­cha­ni­zmu ocie­ra­ły się o sie­bie, stu­ka­jąc, ło­mo­cząc oraz zgrzy­tli­wie tur­ko­cząc.

Struż­ka męt­nej ni­czym mle­ko cie­czy za­czę­ła są­czyć się do mi­ski. Trze­ba bę­dzie wy­mie­nić uszczelkę, po­my­ślał me­cha­nik, gdy dy­sza pierd­nę­ła kil­ku­krot­nie, po czym wy­plu­ła z sie­bie por­cję gę­stej, fleg­mo­wa­tej brei. Ohyd­na pap­ka prze­ci­ska­ła się na wol­ność, by wy­peł­nić swą masą pla­sti­ko­we na­czyn­ko. Kon­sy­sten­cją i ko­lo­rem nie od­bie­ga­ła za­nad­to od kar­me­lo­we­go bu­dy­niu, choć oczy­wi­ście z de­se­rem nie mia­ła za wie­le wspól­ne­go. Ma­ma­ły­ga skła­da­ła się w ca­ło­ści z droż­dży. Ge­ne­tycz­nie mo­dy­fi­ko­wa­nych droż­dży, któ­re łeb­scy ja­jo­gło­wi z baz na En­ce­la­du­sie za­mie­ni­li w żyw­ność za po­mo­cą swej bio­tech­no­lo­gicz­nej ma­gii.

Ekra­nik po boku roz­ja­rzył się, wy­świe­tla­jąc męż­czyź­nie li­stę do­stęp­nych sma­ków. Opcji było na­praw­dę spo­ro. Na­wet naj­bar­dziej wy­trwa­ły czło­wiek nie wy­trzy­mał­by dłu­go na mo­no­ton­nej die­cie z bez­po­sta­cio­wej cia­py, dla­te­go w ła­dow­ni prze­zna­czo­no cały pod­sek­tor na wo­recz­ki z przy­pra­wa­mi. Wy­star­czy­ło wsy­pać za­war­tość do kle­iku i wy­mie­szać go do uzy­ska­nia jed­no­li­te­go ko­lo­ru, by otrzy­mać w efek­cie coś, co było w nie­co więk­szym stop­niu zja­dli­we.

Me­cha­nik nie ra­czył na­wet zer­k­nąć na li­stę. Spoj­rze­nie wciąż utkwio­ne miał w mi­secz­ce droż­dży, z każ­dą se­kun­dą co­raz bar­dziej ża­łu­jąc, że w ogó­le ją na­lał. Wy­obra­ził so­bie, jak ślu­zo­wa­ta pać­ka tra­fia do jego ust, jak przy­kle­ja mu się do pod­nie­bie­nia ni­czym wcią­gnię­te przez nos smar­ki, a po­tem sta­je gdzieś w ści­śnię­tym gar­dle, nie­zdol­na prze­pchnąć się do żo­łąd­ka. Jego kisz­ki – jesz­cze przed chwi­lą tak ocho­czo na­sta­wio­ne do śnia­da­nia – za­bur­cza­ły do­no­śnie w wy­ra­zie gniew­ne­go pro­te­stu. Vel­mut nie za­mie­rzał się z nimi sprze­czać. Zu­peł­nie stra­cił ape­tyt. Te­raz pra­gnął już tyl­ko do­stać się do swo­jej kwa­te­ry, rzu­cić się na łóż­ko w ce­lu­lo­zo­wym szla­fro­ku i za­mknąw­szy oczy, po­zwo­lić, by ten prze­klę­ty dzień do­biegł wresz­cie koń­ca.

– Słu­chaj­cie – wy­chry­piał ci­cho, nie pod­no­sząc oczu znad nie­do­szłe­go po­sił­ku – czy jest coś, co wy­ma­ga w tej chwi­li na­pra­wy? Tyl­ko ta­kiej po­waż­nej na­pra­wy, któ­rą trze­ba za­jąć się na­tych­miast?

Wie­dział, że na ca­łym stat­ku nie dzia­ło się nic, co wy­ma­ga­ło­by jego uwa­gi. Gdy­by kry­tycz­na uster­ka fak­tycz­nie się po­ja­wi­ła, to au­to­ma­tycz­ne sys­te­my od razu by go wy­bu­dzi­ły, a roz­miesz­czo­ne na po­kła­dzie sy­re­ny alar­mo­we wy­ły­by jak wil­ki do Księ­ży­ca. Me­cha­nik nie był w tej chwi­li do ni­cze­go po­trzeb­ny. Py­ta­nie za­dał wy­łącz­nie z czy­stej uprzej­mo­ści.

– W sal­ce hi­ber­na­cyj­nej wszyst­ko dzia­ła bez za­rzu­tu – od­par­ła cierp­ko Kris. – W am­bu­la­to­rium zresz­tą też.

– Na ste­rów­ce po­dob­nie – do­da­ła drob­na Azjat­ka.

– W la­bie nie ma żad­nych pro­ble­mów – stwier­dzi­ła Pani Ni­ja­ka. – Spraw­dzi­łam to od razu, jak tyl­ko wsta­łam i prze­bra­łam się w coś nor­mal­ne­go.

Oczy­wi­ście, że spraw­dzi­łaś, od­burk­nął w my­ślach. W koń­cu ty od sa­me­go po­cząt­ku mo­głaś nor­mal­nie cho­dzić. Nie mu­sia­łaś le­żeć na tej cho­ler­nej le­żan­ce i cze­kać, aż wtło­czo­ne do żył szczy­ny do­pro­wa­dzą cię do sta­nu uży­wal­no­ści. Szko­da, że i mnie do nie­go nie do­pro­wa­dzi­ły. Pie­przo­ny krio­kac, pie­przo­na pre­mia i pie­przo­ny de­bil, któ­ry dał się na nią sku­sić…

– Sko­ro na nic się wam nie przy­dam, to pój­dę już do sie­bie. – Wes­tchnął. – Wiem, wiem, po­win­ni­śmy się przed­sta­wić i po­wie­dzieć coś o so­bie, ale, jak za­pew­ne wi­dzi­cie, nie mam w tej chwi­li siły na ta­kie pier­do­ły. Prze­łóż­my to na ju­tro, zgo­da? Jak się po­ło­żę i po­rząd­nie wy­śpię, to może będę już w mia­rę nor­mal­nie funk­cjo­no­wał.

Nie cze­ka­jąc na żad­ną od­po­wiedź z ich stro­ny, od­su­nął się od dys­pen­se­ra i ostroż­nie skie­ro­wał się do wyj­ścia. Kris wy­mie­ni­ła z dwie­ma ko­bie­ta­mi kil­ka słów, któ­rych sens prze­mknął mu gdzieś koło uszu, po czym wsta­ła od sto­łu i po­szła w śla­dy przy­ja­cie­la. De­li­kat­nie chwy­ci­ła go za ra­mię i za­rzu­ci­ła je so­bie na szy­ję, na wy­pa­dek gdy­by ścia­na, do któ­rej się przy­kle­ił, oka­za­ła się nie­wy­star­cza­ją­cą pod­po­rą. Vel­mut z wdzięcz­no­ścią przy­stał na jej po­moc. W obec­nym sta­nie każ­dy ro­dzaj wspar­cia był dla nie­go na wagę zło­ta, zwłasz­cza w star­ciu z prze­ciw­ni­kiem tak po­tęż­nym, jak sza­ro-bia­ły ko­ry­tarz.

Na szczę­ście nie mu­siał mie­rzyć się z nim zbyt dłu­go. Kie­dy do­tarł do skrzy­żo­wa­nia, skrę­cił w pra­wo i za­czął szu­kać przy­dzie­lo­ne­go mu na czas wach­ty po­ko­ju, czy­ta­jąc na­zwi­ska wy­świe­tlo­ne na przy­mo­co­wa­nych obok drzwi pa­ne­lach. Za­ję­ło mu to znacz­nie kró­cej, niż się z po­cząt­ku oba­wiał. Jego kwa­te­ra była dru­ga z ko­lei, za­raz po tej, któ­rą przy­pi­sa­no pro­wa­dzą­cej go Kris.

Przy­ło­żył lewą dłoń do ekra­ni­ku i po­zwo­lił, by urzą­dze­nie sczy­ta­ło wsz­cze­pio­ny w na­sa­dę kciu­ka chip. Gdy tyl­ko sys­tem po­twier­dził jego toż­sa­mość, za­mek drzwi się od­blo­ko­wał, a le­kar­ka prze­su­nę­ła je wol­ną ręką i wpu­ści­ła lo­ka­to­ra do środ­ka.

Za­pa­li­ła świa­tło wci­śnię­ciem prze­łącz­ni­ka. Oczom me­cha­ni­ka uka­za­ło się zna­jo­me po­miesz­cze­nie, cia­śniej­sze na­wet niż to, w ja­kim mę­czył się przez pięć lat w uni­wer­sy­tec­kim aka­de­mi­ku. Wszyst­kie kwa­te­ry na mię­dzy­gwiaz­dow­cach wy­glą­da­ły za­wsze tak samo. Miej­sca star­cza­ło w nich tyl­ko na jed­no­oso­bo­we łóż­ko oraz nie­wiel­ką sza­fę na ubra­nia, obec­nie świe­cą­cą pust­ka­mi. Oprócz tego była też mi­kro­sko­pij­na ła­zien­ka z prysz­ni­cem, se­de­sem i umy­wal­ką, upcha­ny­mi tak bli­sko sie­bie, że nie­mal nie­moż­li­wym było za­ła­twić się bez obi­cia o ja­kiś wy­sta­ją­cy ele­ment.

Męż­czy­zna wy­swo­bo­dził się z ob­jęć le­kar­ki, po czym prze­szedł dwa kro­ki, wy­ko­nał nie­zgrab­ny ob­rót i zwa­lił się ple­ca­mi na łóż­ko. Jego bez­wład­ne cia­ło ru­nę­ło ni­czym ścię­te drze­wo, a poły ce­lu­lo­zo­we­go szla­fro­ka po­de­rwa­ły się i uka­za­ły ko­bie­cie wszyst­ko, co pod sobą skry­wa­ły. Ma­te­rac za­trzesz­czał pod nie­spo­dzie­wa­nym cię­ża­rem i po­bu­jał nim przez chwi­lę. Vel­mut za­wsze uwa­żał go za sta­now­czo zbyt twar­dy, lecz w po­rów­na­niu z hi­ber­na­cyj­ną le­żan­ką wy­da­wał mu się mię­ciut­ki jak ob­łok pu­cha­tej chmur­ki.

Kris przy­sia­dła na kra­wę­dzi wą­skiej pry­czy. Wsu­nę­ła smu­kłą, czar­ną ni­czym he­ban dłoń do kie­sze­ni i po kil­ku se­kun­dach wy­do­by­ła z niej nie­wiel­ką am­puł­kę z prze­zro­czy­ste­go pla­sti­ku. Za­mknię­ty w niej płyn był męt­ny i ciem­ny, o ko­lo­rze zbli­żo­nym do bar­dzo moc­nej her­ba­ty. Vel­mut od razu roz­po­znał spe­cy­fik. Sta­ry, do­bry Dram­te­nab – naj­po­pu­lar­niej­szy śro­dek prze­ciw­bó­lo­wy zna­ny ro­dza­jo­wi ludz­kie­mu.

Po dziś dzień nie ro­zu­miał, jak to ro­bi­ła. Jej ki­tel miał wszy­te tyl­ko trzy kie­sze­nie, w do­dat­ku nie­zbyt po­jem­ne. Mimo to ona za­wsze po­tra­fi­ła wy­grze­bać z nich po­trzeb­ny w da­nej chwi­li lek, tak jak­by ja­kimś cu­dem upchnę­ła tam całą ap­te­kę. Me­cha­nik nie zdzi­wił­by się, gdy­by któ­re­goś dnia wy­cią­gnę­ła stół ope­ra­cyj­ny, wraz z ze­sta­wem na­rzę­dzi, re­spi­ra­to­rem oraz grup­ką asy­sten­tów do po­mo­cy przy za­bie­gu.

– Masz, wy­pij – stwier­dzi­ła, po­da­jąc mu bu­te­lecz­kę. – Po­win­no tro­chę po­móc. Na pu­sty żo­łą­dek nie­ste­ty nie mogę dać ci ni­cze­go moc­niej­sze­go.

Przy­jął od niej po­da­rek, ode­rwał za­bez­pie­cza­ją­cą szyj­kę za­wlecz­kę i jed­nym hau­stem wy­sior­bał całą za­war­tość. Ciecz oka­za­ła się tak pa­skud­na, jak ją za­pa­mię­tał. Pod­czas swych pierw­szych lo­tów czę­sto zmu­szo­ny był z niej ko­rzy­stać, kie­dy to nie­przy­zwy­cza­jo­na do hi­ber­na­cji gło­wa cią­ży­ła mu jak oło­wia­na kula. Mimo okrop­ne­go sma­ku twa­rzy męż­czy­zny nie wy­krzy­wił naj­mniej­szy gry­mas. Z uśmie­chem od­dał me­dycz­ce opróż­nio­ną bu­te­lecz­kę, a ta wy­rzu­ci­ła ją do za­mon­to­wa­ne­go w ścia­nie zsy­pu po­łą­czo­ne­go z okrę­to­wym śmiet­ni­kiem. By to zro­bić, nie mu­sia­ła na­wet pod­no­sić się z łóż­ka. Dzie­lą­ca je od ścia­ny od­le­głość była bo­wiem tak mała, że ko­bie­cie wy­star­czy­ło tyl­ko lek­ko się wy­chy­lić.

– Dzię­ki. – Vel­mut ob­li­zał spierzch­nię­te war­gi. – Kur­wa, na­wet nie wiesz, jak się cie­szę, że leżę wresz­cie w łóż­ku. Mam na­dzie­ję, że kie­dy się wy­śpię, to mi to przej­dzie, bo ina­czej nie wiem, jak będę tu co­kol­wiek na­pra­wiał.

– Nie martw się, to nie zaj­mie nam dłu­go. Góra pięć mi­nut i nie będę dłu­żej za­wra­ca­ła ci gło­wy.

– Za­raz, za­raz. – Wy­stra­szył się. – Co niby nie zaj­mie nam dłu­go? O czym ty mó­wisz?

– O wy­wia­dzie – rzu­ci­ła ta­kim to­nem, jak­by było to coś zu­peł­nie oczy­wi­ste­go. – Zgod­nie z kon­trak­tem mam prze­pro­wa­dzić z tobą son­daż do­ty­czą­cy two­je­go sa­mo­po­czu­cia.

– O Jezu, Kris! – Ża­ło­sne­go jęk­nię­cia nie po­wsty­dził­by się pro­wa­dzo­ny na eg­ze­ku­cję ska­za­niec. – Zli­tuj­że się, dziew­czy­no! Czy my na­praw­dę mu­si­my ro­bić to te­raz?!

– Tak, mu­si­my. Ty zo­bo­wią­za­łeś się do przy­ję­cia eks­pe­ry­men­tal­nej kro­plów­ki i udzie­la­nia na jej te­mat wy­wia­dów, a ja do prze­pro­wa­dze­nia ich o okre­ślo­nych po­rach. No, nie jojcz już tak, to tyl­ko kil­ka py­tań. Sko­ro w tym sta­nie zdo­ła­łeś przejść z sal­ki hi­ber­na­cyj­nej do sto­łów­ki, to i z nimi so­bie po­ra­dzisz.

– A nie mo­żesz po pro­stu od­po­wie­dzieć na nie za mnie? Wi­dzisz prze­cież, że wy­glą­dam jak sie­dem nie­szczęść. Na pew­no dasz radę coś wy­my­ślić.

– Wy­wiad ma być na­gry­wa­ny. – Z bez­den­nej kie­sze­ni wy­do­by­ła służ­bo­wy ta­blet i po­ma­cha­ła nim przed twa­rzą, jak­by był to wa­chlarz. – W kontr­ak­cie było to wy­raź­nie na­pi­sa­ne. Po­wiedz, ty w ogó­le czy­ta­łeś tam­te do­ku­men­ty, czy tak bar­dzo roz­ma­rzy­łeś się o pre­mii, że wal­ną­łeś pod­pis wszę­dzie tam, gdzie ci ka­za­li?

– Czy­ta­łem, czy­ta­łem… – Wes­tchnął, przy­po­mniaw­szy so­bie, że w nie­mal pięć­dzie­się­cio­stro­ni­co­wym gąsz­czu praw­ni­cze­go beł­ko­tu rze­czy­wi­ście znaj­do­wa­ła się wzmian­ka o ja­kimś na­gry­wa­niu. – Ech, niech ci bę­dzie, miej­my to już za sobą.

– Świet­nie. Za­nim za­cznie­my, uprze­dzę cię tyl­ko, że to ma być pro­fe­sjo­nal­ny wy­wiad. Od­po­wia­daj zgod­nie z tre­ścią za­da­ne­go py­ta­nia i bła­gam, choć raz da­ruj so­bie te swo­je siar­czy­ste ko­men­ta­rze. No co? Nie patrz tak na mnie, prze­cież la­tam z tobą nie od wczo­raj. Do­brze wiem, że uwiel­biasz kląć jak sta­ry ma­ry­narz, a już zwłasz­cza wte­dy, kie­dy masz kiep­ski hu­mor. Ostrze­gam, że je­śli wy­je­dziesz mi z tek­stem w sty­lu „czu­ję się jak gów­no”, to wy­łą­czę na­gry­wa­nie i bę­dzie­my cią­gnąć wszyst­ko od nowa.

– Kie­dy ja wła­śnie czu­ję się jak gów­no. Jak­by mnie coś prze­żu­ło, prze­pchnę­ło przez co naj­mniej czter­dzie­ści żo­łąd­ków, a po­tem wy­sra­ło reszt­ki tego, cze­go nie dało rady stra­wić.

– Vel, pro­szę cię…

Proś­bę tę me­dycz­ka wy­po­wie­dzia­ła tym swo­im za­wo­do­wym, po­zba­wio­nym wszel­kiej bar­wy gło­sem. Vel­mut znał jego oschłe brzmie­nie wy­star­cza­ją­co do­brze, by wie­dzieć, że roz­mo­wa zo­sta­ła za­koń­czo­na. Żad­ne ar­gu­men­ty nie mo­gły się już do niej prze­bić. Przez więk­szość cza­su Kris była ist­nym anio­łem w far­tu­chu, lecz kie­dy w grę wcho­dzi­ły kwe­stie służ­bo­we, za­mie­nia­ła się w bez­dusz­ne­go ro­bo­ta.

– No już do­brze, do­brze – wy­mam­ro­tał pod no­sem ni­czym skar­co­ny przed całą kla­są uczniak. – Obie­cu­ję, że będę grzecz­ny.

– Mam taką na­dzie­ję.

Włą­czy­ła swój ta­blet i kil­ko­ma mu­śnię­cia­mi pal­ca uru­cho­mi­ła za­in­sta­lo­wa­ną przed od­lo­tem apli­ka­cję. Po­ło­ży­ła urzą­dze­nie mię­dzy sobą i me­cha­ni­kiem, po czym roz­po­czę­ła na­gry­wa­nie. Cien­ka czar­na płyt­ka z kry­sta­licz­ne­go pla­stosz­kła była tak le­ciut­ka, że koł­dra nie­mal nie ugię­ła się pod jej cię­ża­rem.

– Me­dyk po­kła­do­wy Kri­sti­na Ve­la­se­que – wy­re­cy­to­wa­ła. – ID pra­cow­ni­ka nu­mer 93171…

– Po­waż­nie? – wtrą­cił. – Nie mo­żesz po­da­ro­wać so­bie kle­pa­nia tych wszyst­kich cyfe…?

– Me­dyk po­kła­do­wy Kri­sti­na Ve­la­se­que… – Zgod­nie z wcze­śniej­szą groź­bą roz­po­czę­ła na­gry­wa­nie od nowa, a roz­ło­żo­ny na ma­te­ra­cu męż­czy­zna po­sta­no­wił trzy­mać od­tąd gębę na kłód­kę. – ID pra­cow­ni­ka nu­mer 93171-12. Ba­da­ny, Vel­mut O’Dina, me­cha­nik po­kła­do­wy, ID pra­cow­ni­ka nu­mer 17703-01. Czy ba­da­ny po­twier­dza przed­sta­wio­ne dane oso­bo­we?

– Po­twier­dzam.

– Zmia­na szó­sta, na­gra­nie pierw­sze. Go­dzi­na je­de­na­sta czter­dzie­ści osiem cza­su po­kła­do­we­go, trzy­sta pierw­szy dzień mi­sji, czter­dzie­ści czte­ry mi­nu­ty od mo­men­tu za­apli­ko­wa­nia kro­plów­ki. Py­ta­nie pierw­sze: pro­szę okre­ślić, w ska­li od jed­ne­go do dzie­się­ciu, pań­skie sa­mo­po­czu­cie bez­po­śred­nio po wy­bu­dze­niu ze sta­nu far­ma­ko­lo­gicz­nej śpiącz­ki.

– Je­den – wy­pa­lił bez chwi­li wa­ha­nia.

– Py­ta­nie dru­gie: pro­szę opi­sać zwięź­le, co czuł pan bez­po­śred­nio po prze­bu­dze­niu.

– Bo­la­ło mnie całe cia­ło, ab­so­lut­nie każ­da jego część, bez żad­ne­go wy­jąt­ku – wy­de­kla­mo­wał drę­two, po­wstrzy­mu­jąc ci­sną­cy się na ję­zyk ko­men­tarz o naj­gor­szym krio­ka­cu w ca­łym je­ba­nym Ko­smo­sie. – Było mi nie­do­brze, wszyst­kie mię­śnie zwiot­cza­ły do tego stop­nia, że pra­wie nie mo­głem nimi ru­szać. Ser­ce biło nie­re­gu­lar­nie, a bodź­ce, któ­re od­czu­wa­łem, na­si­li­ły się co naj­mniej kil­ku­na­sto… nie, kil­ku­dzie­się­cio­krot­nie. Każ­dy szmer sły­sza­łem jako roz­ry­wa­ją­cy uszy huk, a naj­lżej­szy do­tyk wy­wo­ły­wał po­twor­ny ból.

– Py­ta­nie trze­cie – rze­kła me­dycz­ka po krót­kiej chwi­li, a wy­czu­lo­ne wciąż ucho jej re­spon­den­ta do­sły­sza­ło nut­kę cza­ją­ce­go się w jej gło­sie nie­zde­cy­do­wa­nia. – Pro­szę okre­ślić, w ska­li od jed­ne­go do dzie­się­ciu, pań­skie sa­mo­po­czu­cie po przy­ję­ciu kro­plów­ki.

Vel­mut za­sta­na­wiał się nad od­po­wie­dzią. Szcze­rze mó­wiąc, mar­na, le­d­wo dzie­się­cio­punk­to­wa ska­la wy­da­wa­ła mu się sta­now­czo zbyt wą­ska, by od­dać w peł­ni to, co zmu­szo­ny był prze­żyć. Prze­dział od zera do mi­lio­na był­by tu bar­dziej na miej­scu. Kris ka­za­ła mu jed­nak trzy­mać się tre­ści za­da­nych py­tań, to­też bied­ny me­cha­nik nie miał in­ne­go wy­bo­ru, jak tyl­ko usłu­chać po­le­ce­nia i wy­my­ślić na po­cze­ka­niu naj­le­piej pa­su­ją­cą cy­fer­kę.

– Sześć… – mruk­nął nie­pew­nie, ni to twier­dzą­co, ni py­ta­ją­co. – Cho­ciaż nie, bar­dziej pięć. Tak, pięć. Czu­ję się te­raz, jak­bym miał bar­dzo wy­so­ką go­rącz­kę, ale nie był przy tym roz­pa­lo­ny. Trud­no mi cho­dzić, bo nogi wy­da­ją się strasz­nie cięż­kie, a w do­dat­ku mam za­wro­ty gło­wy i lek­kie nud­no­ści. Nie jest to nic przy­jem­ne­go, ale w po­rów­na­niu do tego, co dzia­ło się ze mną po wyj­ściu z hi­ber­na­cji, jest cał­kiem zno­śnie.

– Py­ta­nie czwar­te do­ty­czy pań­skie­go sa­mo­po­czu­cia po za­ży­ciu kro­plów­ki, ale sko­ro od­po­wie­dział pan na nie przy oka­zji trze­cie­go, to mo­że­my je po­mi­nąć. To już wszyst­ko. – Ko­bie­ta za­trzy­ma­ła na­gry­wa­nie i za­pi­sa­ła je w pa­mię­ci ta­ble­tu. – I co? Chy­ba nie było aż tak źle, praw­da?

– Może dla cie­bie. Ty przy­naj­mniej nie przy­po­mi­nasz ży­we­go tru­pa.

– Słu­chaj, Vel – głos drżał jej lek­ko – to, co przed chwi­lą mó­wi­łeś, o tych na­si­lo­nych bodź­cach… Nie prze­ko­lo­ry­zo­wa­łeś tego tro­chę? Na­praw­dę było aż tak źle?

– Kie­dy do mnie mó­wi­łaś, mia­łem wra­że­nie, jak­bym zna­lazł się w oko­pie na fron­cie pierw­szo­wo­jen­nym. Cią­gle tyl­ko BUM!, ŁUP! i JE­BU­DU!!! jak z ar­ma­ty. Tak wła­śnie to brzmia­ło.

– A ta kro­plów­ka? Co czu­łeś? Zna­czy wte­dy, kie­dy ci ją za­kła­da­łam.

– Na po­cząt­ku my­śla­łem, że wy­rwiesz mi całe przed­ra­mię. Przy za­ło­że­niu ka­niu­li wy­da­wa­ło mi się, że dźgnął mnie ja­kiś gi­gan­tycz­ny skor­pion. O kro­plów­ce wolę na­wet nie mó­wić… Do­słow­nie wy­pa­li­ła mnie od środ­ka.

– Boże, Vel… – Za­kry­ła so­bie usta dło­nią. – A więc to dla­te­go tak wte­dy ze­sztyw­nia­łeś. Prze­pra­szam, ja… Ja nie mia­łam po­ję­cia. W spra­woz­da­niach ze wstęp­nych te­stów pi­sa­li o czymś po­dob­nym, ale u żad­ne­go z ochot­ni­ków ob­ja­wy nie były aż tak po­waż­ne. Na­praw­dę nie wy­glą­da­łeś ina­czej niż za­zwy­czaj. Gdy­bym tyl­ko wie­dzia­ła, to…

– To co? – wpadł jej w zda­nie. – Wy­łą­czy­ła­byś wszyst­kie bu­czą­ce krio­ko­mo­ry w sal­ce hi­ber­na­cyj­nej, czy może za­ło­ży­ła­byś mi we­nflon bez do­ty­ka­nia? Daj spo­kój, Kris, prze­cież się na cie­bie nie gnie­wam. To nie two­ja wina, że w pa­kie­cie z ja­ja­mi do­sta­łem od ewo­lu­cji wy­bra­ko­wa­ny chro­mo­som.

Sło­wa otu­chy spły­nę­ły po niej jak kro­ple desz­czu po szy­bie. Vel­mut nie spo­dzie­wał się z jej stro­ny ta­kiej re­ak­cji. Przy­go­to­wy­wał się bar­dziej na ty­ra­dę na te­mat swo­jej głu­po­ty, w trak­cie któ­rej ona wy­po­mi­na­ła­by mu, że nie zo­stał w sal­ce do jej po­wro­tu, a on tłu­ma­czył­by się, że był bar­dzo głod­ny, że nie wie­dział, kie­dy po nie­go przyj­dzie, a tak w ogó­le jak już wy­ko­nał pierw­szy krok, to dru­gi ja­koś sam się zro­bił, a po nim trze­ci, czwar­ty i tak da­lej. Le­kar­ka nie była jed­nak w na­stro­ju do ta­kich bez­owoc­nych kłót­ni. Po­chy­la­ła się ze spusz­czo­ną gło­wą, a jej szkli­sty wzrok ucie­kał gdzieś na bok, byle tyl­ko nie wi­dzieć Vel­mu­ta, któ­re­mu nie mia­ła od­wa­gi spoj­rzeć te­raz w oczy.

Zro­bi­ło mu się jej żal. Dla­cze­go ona za­wsze musi taka być?, za­my­ślił się, pa­trząc, jak po­god­ną zwy­kle twarz za­snu­wa­ją ciem­ne chmu­ry. Po pro­stu nie może przy­jąć do wia­do­mo­ści, że nie jest w sta­nie każ­de­mu po­móc. To prze­cież ja zgo­dzi­łem się na wzię­cie tej kro­plów­ki. Ja, głu­pi, wy­sze­dłem z sal­ki, za­miast prze­le­żeć jesz­cze tro­chę, aż sama po mnie przyj­dzie. Dla­cze­go więc ona musi się za to ob­wi­niać, sko­ro nie ma z tym ab­so­lut­nie nic wspól­ne­go? Vel­mut za­wsze sza­no­wał w niej tę sa­ma­ry­tań­ską po­sta­wę, lecz z każ­dym ko­lej­nym wspól­nym lo­tem co­raz bar­dziej utwier­dzał się w prze­ko­na­niu, że któ­re­goś dnia wpę­dzi ją ona w szpo­ny de­pre­sji.

– Po­win­nam była tam z tobą zo­stać i po­cze­kać, aż zej­dzie ci kro­plów­ka – wy­mru­cza­ła, bar­dziej do sie­bie niż do nie­go. – Mo­głam przy­naj­mniej po­móc ci się ubrać i przejść po ko­ry­ta­rzu… Kur­wa, co ze mnie za le­karz?!

– Gdy­byś zo­sta­ła, to każ­dy twój wdech sły­szał­bym jak ry­czą­ce obok gło­wy tor­na­do. Dzię­ki za tro­skę, ale moje wła­sne sa­pa­nie było już do­sta­tecz­nie de­ner­wu­ją­ce. Za­miast nade mną pła­kać, le­piej daj mi na­klej­kę. – Spró­bo­wał zmie­nić te­mat, li­cząc, że przy­ja­ciół­ka prze­sta­nie się dzię­ki temu nie­po­trzeb­nie za­mar­twiać.

– Co? – Drgnę­ła na­gle, wy­rwa­na z bu­rzy ko­tłu­ją­cych się w czasz­ce my­śli. – Jaką na­klej­kę?

– No jak to jaką? Na­klej­kę dla dziel­ne­go pa­cjen­ta, że­bym mógł przy­le­pić ją so­bie na ścia­nie. Bo prze­cież by­łem dziel­ny, praw­da? Chcę do­stać taką faj­ną z di­no­zau­rem i naj­le­piej, jak­by jesz­cze świe­ci­ła w ciem­no­ści.

Pa­trzy­ła na nie­go, tra­wiąc w my­ślach jego sło­wa. To, co po­wie­dział, wy­da­ło się jej ab­sur­dal­ne i tak bar­dzo wy­rwa­ne z kon­tek­stu, że po­trze­bo­wa­ła kil­ku chwil, by prze­ko­nać samą sie­bie, iż nie było to tyl­ko złu­dze­nie. Gdy się jej to wresz­cie uda­ło, par­sk­nę­ła per­li­stym, przy­jem­nym dla ucha śmie­chem.

– Nie wie­rzę. – Za­chi­cho­ta­ła. – Ty na­praw­dę je­steś dur­ny, wiesz?

Me­cha­nik wy­szcze­rzył zęby. Cią­gle mu to po­wta­rza­ła. Mó­wi­ła mu też, że jest nie­doj­rza­ły, za dużo na­rze­ka i sta­now­czo zbyt czę­sto klnie. Wie­dział jed­nak, że w rze­czy­wi­sto­ści lu­bi­ła jego cięż­ki, wi­siel­czy hu­mor, choć oczy­wi­ście sama ni­g­dy by mu się do tego nie przy­zna­ła.

– Może i dur­ny, ale za to dziel­ny. Na­klej­ka mi się na­le­ży i sama do­brze o tym wiesz.

– Oj, do­sta­niesz coś o wie­le lep­sze­go niż na­klej­kę. Taki duży, od­waż­ny chło­piec za­słu­żył so­bie na na­praw­dę wy­jąt­ko­wy pre­zent.

Bez­den­na kie­szeń far­tu­cha wy­plu­ła ze swych od­mę­tów ko­lej­ną am­puł­kę. Tym ra­zem za­mknię­ty w niej płyn był gę­sty i lek­ko brą­zo­wy, co upo­dab­nia­ło go do cze­ko­la­do­we­go sha­ke’a. Kris otwo­rzy­ła bu­te­lecz­kę i po­da­ła ją męż­czyź­nie, a ten opróż­nił ją jed­nym, po­rząd­nym ły­kiem, po czym zwró­cił wła­ści­ciel­ce. Ciecz nie była tak wstręt­na, jak się oba­wiał. W po­rów­na­niu do Dram­te­na­bu jej go­rycz zda­wa­ła się nie­zau­wa­żal­na, a cierp­ki, dziw­nie ka­mien­ny po­smak był na­wet cie­ka­wy.

– Nie­naj­gor­sze – stwier­dził. – A co to w ogó­le jest?

– Po­ha­trex – od­par­ła, kar­miąc za­mon­to­wa­ny w ścia­nie zsyp dru­gą już prze­ką­ską. – Śro­dek uspo­ka­ja­ją­cy o lek­ko na­sen­nym dzia­ła­niu. Nie martw się, moż­na bez pro­ble­mu brać go na pu­sty żo­łą­dek. W za­sa­dzie na czczo jest jesz­cze sku­tecz­niej­szy. Prze­śpisz spo­koj­nie kil­ka­na­ście go­dzin, a rano obu­dzisz się rześ­ki i głod­ny, jak­byś od kil­ku mie­się­cy nie miał ni­cze­go w ustach. Choć to ostat­nie to aku­rat praw­da.

– Mó­wi­łem ci już kie­dyś, że je­steś wspa­nia­ła?

– Za każ­dym ra­zem, kie­dy aku­rat przy­cho­dzi pra­co­wać nam na tej sa­mej zmia­nie. Za­cze­kaj chwi­lę.

To po­wie­dziaw­szy, wy­szła z kwa­te­ry i po rze­czo­nej chwi­li po­wró­ci­ła z kil­ko­ma pro­bów­ka­mi, trzy­ma­ny­mi w dło­niach odzia­nych w la­tek­so­we rę­ka­wicz­ki. Uklęk­nę­ła przy łóż­ku i kil­ko­ma wpraw­ny­mi ru­cha­mi ode­bra­ła do nich odro­bi­nę krwi z ka­niu­li. Ko­lej­ną pro­bów­kę przy­sta­wi­ła mu do ust i po­le­ci­ła do niej na­pluć. Nim wsta­ła, wy­rwa­ła mu też z gło­wy kil­ka wło­sów, co skwi­to­wał za­sko­czo­nym pi­śnię­ciem.

– No, to te­raz już na­praw­dę wszyst­ko. Po­win­nam jesz­cze po­brać prób­kę mo­czu, ale wy­jąt­ko­wo ci to da­ru­ję. We­nflo­nu nie będę ci na ra­zie wy­cią­gać, bo jak już wsta­niesz i tak będę mu­sia­ła jej jesz­cze tro­chę ode­brać. – Po­ma­cha­ła fiol­ka­mi, prze­le­wa­jąc za­mknię­tą w nich czer­wień. – Zresz­tą i tak pew­nie nie masz na to te­raz ocho­ty, praw­da?

– Ta, na je­den dzień mam już sta­now­czo za dużo wra­żeń. By­ła­byś może tak miła i zga­si­ła świa­tło, za­nim wyj­dziesz?

Na po­że­gna­nie rzu­ci­ła mu szyb­kie „do­bra­noc”, po czym na­ci­snę­ła prze­łącz­nik i opu­ści­ła po­kój. Ciem­ność za­la­ła cia­sną kwa­te­rę, po­zo­sta­wia­jąc jej lo­ka­to­ra sam na sam z wła­sny­mi oba­wa­mi. Vel­mut sta­rał się nie do­pusz­czać ich do gło­su. Pra­gnął wie­rzyć, że od­po­czy­nek do­koń­czy to, cze­go nie zdo­ła­ła kro­plów­ka, a on sam obu­dzi się rześ­ki i wy­po­czę­ty, ma­jąc w pa­mię­ci je­dy­nie przy­kre wspo­mnie­nie po­przed­nie­go dnia. Je­śli zaś oka­że się ina­czej…? Cóż, wo­lał na­wet nie my­śleć.

– Do dupy z taką ro­bo­tą – burk­nął w ota­cza­ją­cy go ze­wsząd mrok. – A żeby tak wszyst­ko to po pro­stu wzię­ło i pier­dol­nę­ło, naj­le­piej ra­zem ze mną. Niech to się wresz­cie skoń­czy. Chciał­bym tyl­ko… chciał­bym… chciał…

Nie do­wie­dział się już, cze­go w za­sa­dzie chciał. Nim ma­rze­nie zdo­ła­ło na­ro­dzić się w jego gło­wie, Po­ha­trex nie­spo­dzie­wa­nie pod­je­chał do nie­go w swej far­ma­ko­lo­gicz­nej ka­ro­cy i otwo­rzył przed nim jej drzwi. Me­cha­nik nie miał na­wet chwi­li, by się za­sta­no­wić. Jego umysł sam wszedł do środ­ka i od­je­chał w niej do kra­iny tak upra­gnio­ne­go prze­zeń snu.

2

Dźwięk był dziw­ny. Z po­cząt­ku ci­chy oraz nie­śmia­ły, lecz z każ­dą se­kun­dą przy­bie­rał nie­znacz­nie na sile. Jego przy­tłu­mio­ny, draż­nią­cy bę­ben­ki pisk prze­dzie­rał się gdzieś z od­da­li, tak jak­by w któ­rymś z są­sied­nich po­miesz­czeń ktoś go­to­wał so­bie wodę na her­ba­tę.

Cho­ciaż nie, to jed­nak nie to. Ula­tu­ją­ca z czaj­ni­ka para gwiż­dże prze­cież mia­ro­wo i jed­no­staj­nie, a tym od­gło­som da­le­ko było do mo­no­ton­no­ści. Ich re­gu­lar­ne świ­sty prze­ty­ka­ne były gdzie­nie­gdzie zgrzy­tli­wy­mi nu­ta­mi. Na­su­wa­ły bar­dziej sko­ja­rze­nia z ko­cią mu­zy­ką, wy­gry­wa­ną na ta­nim, wy­jąt­ko­wo kiep­sko wy­stru­ga­nym fle­cie. Dmu­cha­ją­cy w in­stru­ment gra­jek wy­da­wał się rów­nie cu­dacz­ny, co trzy­ma­na prze­zeń pisz­czał­ka. Me­lo­dia z po­zo­ru nie mia­ła w so­bie ani krzty­ny ryt­mu czy har­mo­nii, a jed­nak wsłu­cha­ny w nią męż­czy­zna nie mógł po­zbyć się wra­że­nia, że akor­da­mi jej kie­ro­wał ja­kiś obcy, nie­po­ję­ty po­rzą­dek.

Nor­mal­ny czło­wiek po pro­stu by ją zi­gno­ro­wał. „To pew­nie tyl­ko alarm czy­je­goś au­to­no­mo­bi­lu”, po­my­ślał­by, po czym prze­wró­cił­by się na dru­gi bok, w na­dziei, że iry­tu­ją­cy ja­zgot sam za chwi­lę umilk­nie. Ale Vel­mut nie był nor­mal­nym czło­wie­kiem. Nie prze­by­wał w któ­rejś z ziem­skich me­ga­me­tro­po­lii, oko­lo­nej ko­pu­łą księ­ży­co­wej ba­zie ani też jed­nej z dwu­dzie­stu sied­miu mar­sjań­skich ar­ko­lo­gii. Le­żał za­mknię­ty na po­kła­dzie prze­mie­rza­ją­ce­go ko­smicz­ną ni­cość okrę­tu, gdzie ta­jem­ni­cze od­gło­sy nie wró­ży­ły ni­g­dy ni­cze­go do­bre­go.

Jego cia­ło po­trze­bo­wa­ło tyl­ko chwi­li, by ze­rwać się z łóż­ka. Me­cha­nik zo­rien­to­wał się, że stoi przy drzwiach do­pie­ro wte­dy, gdy wy­czuł pod pal­cem obu­do­wę włącz­ni­ka. Nie­wie­le my­śląc, wdu­sił go tak moc­no, że aż za­trzesz­czał pla­stik. Na­gły chrzęst przedarł się przez świsz­czą­cy nie wia­do­mo skąd wizg, ale na wy­peł­nia­ją­cych kwa­te­rę ciem­no­ściach nie zro­bił naj­mniej­sze­go wra­że­nia. Spa­ni­ko­wa­ny Vel­mut na­ci­snął więc pstry­czek jesz­cze kil­ka razy, tak jak­by mia­ło mu to w czym­kol­wiek po­móc. De­ner­wu­ją­ce kli­ka­nie od­bi­ja­ło się echem od ścian, lecz wciąż nie nio­sło ze sobą żad­ne­go efek­tu. Atra­men­to­wa czerń na­dal wle­wa­ła się w każ­dy za­ka­ma­rek, a za­nu­rzo­ny w jej głę­bi­nach lo­ka­tor do­pie­ro te­raz zdał so­bie spra­wę, jak bar­dzo była ona gę­sta.

Nie wi­dział nic. Ab­so­lut­nie nic. Ale jak to moż­li­we, sko­ro w kwa­te­rze mie­ści­ło się kil­ka ma­łych dio­dek za­mon­to­wa­nej tu elek­tro­ni­ki? W za­sa­dzie to jed­na z nich znaj­do­wa­ła się do­kład­nie przed jego twa­rzą. Wi­dział jej czer­wo­ne świa­teł­ko jesz­cze wte­dy, gdy Kris opusz­cza­ła po­miesz­cze­nie, ży­cząc mu do­brej nocy. Lamp­ka po­win­na mru­gać więc do nie­go swą szkar­łat­ną krop­ką, drob­na oraz nie­po­zor­na ni­czym od­le­gła o lata świetl­ne gwiaz­da.

Po­win­na, ale nie mru­ga­ła, po­dob­nie jak żad­na z jej sióstr. Ze­psu­ły się? Ta nie­do­rzecz­na myśl umar­ła w gło­wie Vel­mu­ta rów­nie szyb­ko, jak się w niej po­ja­wi­ła. Nie, nie mo­gły się tak po pro­stu ze­psuć! Jed­na tak, może na­wet i dwie, ale zde­cy­do­wa­nie nie wszyst­kie i już na pew­no nie w tym sa­mym mo­men­cie.

Tyl­ko w ta­kim ra­zie dla­cze­go się nie palą? Co się z nimi…?

I wte­dy wła­śnie to do nie­go do­tar­ło. Zim­ny pot po­ciekł mu struż­ką po kar­ku, a ser­ce za­mar­ło na mo­ment w pier­si tyl­ko po to, by po se­kun­dzie wzno­wić pra­cę na naj­wyż­szych moż­li­wych ob­ro­tach. Mógł­by przy­siąc, że sły­szy jego sza­leń­cze ło­mo­ta­nie, w ja­kiś nie­po­ko­ją­cy spo­sób zgod­ne z nie­ziem­skim tak­tem tej przy­gry­wa­ją­cej w od­da­li pisz­czał­ki.

Naj­pierw nie­dzia­ła­ją­cy włącz­nik, a te­raz zga­szo­ne dio­dy. Ele­men­ty upior­nej ukła­dan­ki do­pa­so­wa­ły się z wol­na je­den do dru­gie­go, two­rząc w umy­śle me­cha­ni­ka ści­na­ją­cą krew w ży­łach od­po­wiedź – trzy za­le­d­wie sło­wa, z po­zo­ru pro­ste i bła­he, a jed­no­cze­śnie tak po­twor­nie wy­mow­ne:

– Nie ma prą­du… – Wy­po­wie­dzia­ne na głos brzmia­ły jesz­cze strasz­niej. – Nie ma prą­du. Nie ma prą­du! Nie ma, kur­wa, prą­du!

Ale jak? Dla­cze­go? Vel­mut nie miał bla­de­go po­ję­cia, w jaki spo­sób mo­gło do tego dojść. Prze­czy­tał w swym ży­ciu set­ki ra­por­tów ser­wi­so­wych z roz­ma­itych lo­tów, lecz w ani jed­nym nie na­tra­fił na ślad po­dob­nej uster­ki. Czyż­by w coś rąb­nę­li? Nie, na pew­no nie. Sta­tek mo­ni­to­ro­wał prze­cież po­bli­ską prze­strzeń i w wy­pad­ku za­gro­że­nia wy­ko­nał­by od­po­wied­nie ma­new­ry ko­rek­cyj­ne. Nie było szans, by sys­te­my nie za­uwa­ży­ły sa­mot­ne­go ka­wał­ka pę­dzą­cej przez próż­nię ska­ły. Sam męż­czy­zna też by go zresz­tą nie prze­oczył. Sko­ro ze snu wy­rwać zdo­łał go fał­szu­ją­cy gdzieś w od­da­li fle­ci­sta, to huk wbi­te­go w pan­cerz ka­mul­ca tym bar­dziej zdo­łał­by tego do­ko­nać.

No więc jak? Co się sta­ło? O co tu cho­dzi? Py­ta­nia te fru­wa­ły mu po czasz­ce na po­do­bień­stwo chma­ry tłu­stych much, nio­sąc ze sobą wi­zje nie­uchron­nej za­gła­dy. Przy­po­mniał so­bie sło­wa, któ­re wy­po­wie­dział tuż przed za­śnię­ciem. Ale prze­cież nie mó­wił tego po­waż­nie! Był po pro­stu zmę­czo­ny! Zmę­czo­ny i tyle! Wca­le nie chciał, żeby to wszyst­ko wzię­ło i pier­dol­nę­ło, naj­le­piej ra­zem z nim! Nie chciał, by się wresz­cie skoń­czy­ło! Nie chciał! Nie chciał! Nie chcia…!

– Dość!

Jego krzyk był rów­nie gło­śny, co siar­czy­ste pla­śnię­cie, ja­kie sam so­bie za­dał. Cios w twarz, o dzi­wo, przy­wró­cił mu na­miast­kę po­żar­te­go przez ner­wy spo­ko­ju. Weź się w garść, po­wta­rzał, dasz so­bie radę! Je­śli po­sto­ję przez chwi­lę i się nad tym za­sta­no­wię, to na pew­no…

Za­raz, za­raz… „Po­sto­ję”? Wła­śnie! Do­pie­ro te­raz zdał so­bie spra­wę, że prze­cież cały czas stał, czu­jąc w bo­sych sto­pach twar­dość na­giej, kwa­te­ro­wej pod­ło­gi. A za­tem sztucz­na gra­wi­ta­cja wciąż jesz­cze dzia­ła­ła. Brak prą­du do­tknąć mu­siał więc tyl­ko część stat­ku, w do­dat­ku tę naj­mniej istot­ną. Fakt ten do­dał męż­czyź­nie nie­co otu­chy, uświa­da­mia­jąc mu, że sy­tu­acja nie była aż tak dra­ma­tycz­na, na jaką się z po­cząt­ku za­po­wia­da­ła.

Wie­dział już, co na­le­ża­ło zro­bić: w pierw­szej ko­lej­no­ści znaj­dzie i upo­ra się ze źró­dłem owych za­gad­ko­wych ję­ków, a gdy tyl­ko umilk­ną, zaj­mie się przy­wró­ce­niem prą­du.

Się­gnął do sto­ją­cej tuż obok sza­fy i wy­ma­cał wi­szą­cą w niej parę sta­rych, ro­bo­czych spodni na szel­kach, moc­no zu­ży­tych, nie­mniej wciąż wier­nych. Lata klę­cze­nia star­ły tka­ni­nę na ko­la­nach, a plam­ki sma­ru wżar­ły się w nią tak głę­bo­ko, że ża­den pro­szek nie zdo­łał­by ich już stam­tąd wy­go­nić. Mimo to ni­g­dy nie przy­szło­by mu do gło­wy, by je wy­rzu­cić. Każ­dy sza­nu­ją­cy się me­cha­nik po­sia­dał ta­kie ścio­ra­ne, przy­bru­dzo­ne ole­jem por­t­ki, a w nich ob­szer­ną kie­szeń na naj­po­trzeb­niej­sze na­rzę­dzia.

To wła­śnie ona przy­ku­ła te­raz jego uwa­gę. Od­piął jej kla­pę i wsa­dził dłoń do środ­ka. Po­grze­bał mię­dzy kle­ko­czą­cy­mi o sie­bie klu­cza­mi i śru­bo­krę­ta­mi w po­szu­ki­wa­niu nie­wiel­kiej la­ta­recz­ki. Gdy wresz­cie wy­czuł jej wal­co­wa­ty uchwyt, wy­szarp­nął ją i na­ci­snął jej gu­zik. Jego po­wie­ki na­tych­miast się za­mknę­ły, gdy na­gła ja­sność za­ata­ko­wa­ła przy­zwy­cza­jo­ne do ciem­no­ści źre­ni­ce. Mu­sia­ło mi­nąć kil­ka­na­ście se­kund sza­leń­cze­go mru­ga­nia, nim świa­tło prze­sta­ło go wresz­cie ra­zić. Ma­leń­ki po­ko­ik to­nął te­raz w bla­dym po­bla­sku, a pa­nu­ją­ce w nim do tej pory cie­nie wpeł­zły pod me­ble, zmu­szo­ne do ukry­cia się w swych nie­licz­nych kry­jów­kach.

Odło­żył la­tar­kę na łóż­ko i skie­ro­wał jej pro­mień na sie­bie. Wie­dział, że sty­ra­ne cza­sem por­cię­ta będą mu po­trzeb­ne, to­też szyb­ko wsko­czył w nie kil­ko­ma spraw­ny­mi ru­cha­mi. Jed­na z za­pię­tych w po­śpie­chu sze­lek przy­cię­ła mu su­tek do krwi, a no­gaw­ki bok­se­rek zwi­nę­ły się i nie­przy­jem­nie uwie­ra­ły go w kro­ku, lecz w obec­nej sy­tu­acji nie miał cza­su się tym przej­mo­wać.

Chwy­cił po­now­nie la­tar­kę i wsu­nąw­szy sto­py w le­żą­ce obok łóż­ka buty, wy­szedł z po­ko­ju. Ska­ner chi­pów blo­ko­wał drzwi je­dy­nie od ze­wnątrz, to­też męż­czyź­nie wy­star­czy­ło tyl­ko na­ci­snąć ich klam­kę i prze­su­nąć je w bok. Elek­trycz­ność nie była tu do ni­cze­go po­trzeb­na.

Sta­nął jak wry­ty za­raz za pro­giem, po­ra­żo­ny ukłu­ciem na­głe­go lęku. Znał ko­ry­ta­rze stat­ku le­piej niż wła­sną ka­wa­ler­kę na obrze­żach No­we­go Mel­bo­ur­ne, lecz w tym mo­men­cie po raz pierw­szy po­czuł się w nich za­gu­bio­ny, nie­chcia­ny oraz obcy. Bar­dziej niż hol przy­po­mi­na­ły mu wy­ło­żo­ną me­ta­lo­wy­mi pły­ta­mi pie­cza­rę, skry­tą głę­bo­ko w nie­do­stęp­nych ot­chła­niach Zie­mi. Wszyst­kie­mu wi­nien był mrok. Za­mon­to­wa­ne w su­fi­cie lam­py po­win­ny włą­czyć się z chwi­lą wy­kry­cia naj­drob­niej­sze­go ru­chu, co przy bra­ku elek­trycz­no­ści oczy­wi­ście nie na­stą­pi­ło. Ciem­ność za­lę­gła się tu ni­czym pa­so­żyt, ośli­zgła i lep­ka jak opar czar­ne­go dymu. Jej atra­men­to­we mac­ki owi­ja­ły się wo­kół męż­czy­zny z każ­dej nie­mal stro­ny, czmy­cha­ły nie­pew­nie tyl­ko tam, gdzie go­dził je sto­żek jego la­tar­ki.

– Weź się…

„…w garść, chło­pie” – za­mie­rzał do­koń­czyć, nim sło­wa ugrzę­zły mu w gar­dle. Choć wy­po­wie­dzia­ne szep­tem, wy­da­ły mu się nie­na­tu­ral­nie gło­śne i nie­pa­su­ją­ce do tego miej­sca. Ukry­te w ścia­nach me­cha­ni­zmy, pra­cu­ją­ce tłocz­ki oraz zgrzy­ta­ją­ce o sie­bie ele­men­ty prze­rwa­ły swój nie­koń­czą­cy się kon­cert, od­da­jąc całą sce­nę temu nie­wi­docz­ne­mu fle­ci­ście. Na tle stłu­mio­nych pi­sków każ­dy dźwięk wy­da­wał się krzy­kiem. Męż­czy­zna zdo­był się je­dy­nie na kil­ka głę­bo­kich wde­chów na uspo­ko­je­nie, lecz i je wy­ko­nał z prze­sad­ną ostroż­no­ścią, tak jak­by sze­lest prze­pły­wa­ją­ce­go przez noz­drza po­wie­trza mógł zwa­bić coś, co cza­iło się w mro­ku.

Za­mknął oczy i za­czął ob­ra­cać po­wo­li gło­wę, usi­łu­jąc okre­ślić kie­ru­nek, z któ­re­go do­la­ty­wa­ły doń świer­go­ty. Lewo? Tak, na pew­no lewo. Skrę­cił więc i po­szedł w tę stro­nę.

Nie po­tra­fił zmu­sić nóg do ni­cze­go po­nad po­wol­ny marsz. Każ­dy krok mier­ził go i draż­nił, po­sy­ła­jąc wzdłuż krę­go­słu­pa nie­przy­jem­nie zim­ne mro­wie­nie. Pac­nię­cia obu­tych stóp od­bi­ja­ły się od ota­cza­ją­cych go ścian, gry­ząc się z przy­gry­wa­ją­cą w od­da­li me­lo­dią. Nie były tu mile wi­dzia­ne, po­dob­nie jak wy­da­ją­cy je czło­wiek. W tym po­zba­wio­nym świa­tła kró­le­stwie pa­no­wać mo­gły je­dy­nie pi­ski, któ­rych tembr wy­ra­żał co­raz więk­sze nie­za­do­wo­le­nie z obec­no­ści nie­pro­szo­ne­go in­tru­za.

Przy­sta­nął na mo­ment przed drzwia­mi po­ko­ju Kris. Nie sły­szał od­gło­sów do­cho­dzą­cej zza nich krzą­ta­ni­ny, to­też uznał, że me­dycz­ka wciąż jesz­cze śpi. Za­sta­na­wiał się, czy nie po­wi­nien jej obu­dzić i po­in­for­mo­wać o za­ist­nia­łej sy­tu­acji. W za­sa­dzie, je­śli już, to prę­dzej wy­pa­da­ło­by pójść z tym do kie­row­nicz­ki zmia­ny, kim­kol­wiek by ona nie była. Po­rzu­cił jed­nak ten po­mysł. Nie wie­dział, któ­ra z dwóch wi­dzia­nych prze­lot­nie ko­biet peł­ni­ła ową funk­cję, a poza tym i tak nie miał ocho­ty do­bi­jać się pię­ścia­mi do ich drzwi. Coś z tyłu gło­wy pod­po­wia­da­ło mu, by tego nie ro­bił. Był to ten ci­chy, odzie­dzi­czo­ny po pier­wot­nych przod­kach gło­sik, bu­dzą­cy się za­wsze wte­dy, gdy lo­gi­ka scho­dzi­ła na dal­szy plan. Stwo­rzon­ko wy­peł­zło ze swej nor­ki, umo­ści­ło się wo­kół pod­sta­wy jego czasz­ki i dra­piąc w nią pa­zur­ka­mi, od­ra­dza­ło swe­mu wła­ści­cie­lo­wi nad­mier­ne ha­ła­so­wa­nie.

Męż­czy­zna nie za­mie­rzał się z nim sprze­czać. Nie wie­rzył, rzecz ja­sna – oczy­wi­ście, że nie! – by za owe upior­ne świer­go­ty od­po­wia­da­ło ja­kieś nad­na­tu­ral­ne i krwio­żer­cze „coś”, przed któ­rym prze­strze­gał go in­stynkt. Gdy­by fak­tycz­nie tak było, to za­miast iść w ich stro­nę, czmych­nął­by naj­da­lej jak się dało, po czym za­szył się w ja­kiejś cia­snej dziu­rze, głę­bo­ko w trze­wiach okrę­tu. Nie był jed­nak na tyle głu­pi, by ku­sić nie­po­trzeb­nie los. Bał się jak cho­le­ra i wca­le nie wsty­dził się so­bie do tego przy­znać.

Prze­szedł jesz­cze kil­ka kro­ków, aż do­tarł do skrzy­żo­wa­nia. Sta­nął na sa­mym jego środ­ku, tuż pod nie­dzia­ła­ją­cą lam­pą, i za­mknąw­szy oczy, za­czął znów na­słu­chi­wać. Do­kąd te­raz? W pra­wo? Nie, zde­cy­do­wa­nie nie w pra­wo. I całe szczę­ście! Je­śli ja­kieś ta­jem­ni­cze dźwię­ki na­praw­dę mu­sia­ły pa­no­szyć się na stat­ku, to le­piej, że nie do­cho­dzi­ły z jego trze­wi, jak choć­by z na­pę­du nad­świetl­ne­go czy hali hi­ber­na­cyj­nej dla ko­lo­ni­stek.

Czy­li pew­nie zno­wu w lew… Za­raz. Nie w lewo? To go za­sko­czy­ło. Krót­ka ścież­ka po jego le­wej pro­wa­dzi­ła do pra­cow­ni­czej sto­łów­ki i koń­czy­ła się okrę­to­wą ste­rów­ką. To dru­gie po­miesz­cze­nie wy­peł­nia­ła masa róż­ne­go ro­dza­ju pa­ne­li ste­row­ni­czych, pul­pi­tów oraz wszel­kiej ma­ści po­moc­ni­czych kon­sol. W pierw­szej chwi­li po­dej­rze­wał, że to wła­śnie któ­reś z tych urzą­dzeń ule­gło awa­rii, a te­raz przy­gry­wa­ło we­so­ło na tej kiep­skiej fu­jar­ce. In­stru­ment wy­raź­nie pro­wa­dził go jed­nak na wprost. A za­tem uster­ka mu­sia­ła wy­da­rzyć się w la­bo­ra­to­rium. Wy­da­wa­ło mu się to je­dy­nym lo­gicz­nym roz­wią­za­niem. Tam też znaj­do­wa­ła się prze­cież cała masa sprzę­tu, choć oczy­wi­ście nie tyle, ile w wy­pcha­nej nim po brze­gi ste­rów­ce.

Wkro­czył w ciem­ność zie­ją­ce­go przed nim ko­ry­ta­rza i już po pię­ciu kro­kach zna­lazł się przed drzwia­mi la­bo­ra­to­rium. W prze­ci­wień­stwie do kwa­ter pra­cow­ni­ków, po­miesz­cze­nie za nimi mia­ło cha­rak­ter ogól­no­do­stęp­ny, dla­te­go nie blo­ko­wał go za­mon­to­wa­ny w ścia­nie ska­ner. Je­dy­ną prze­szko­dę sta­no­wi­ła klam­ka. Na­ci­snął ją i wszedł do środ­ka, pe­wien, że za mo­ment roz­pra­wi się wresz­cie z tym pie­przo­nym fle­ci­stą i po­ła­mie jego pisz­czał­kę, któ­ra po­wo­li za­czy­na­ła do­pro­wa­dzać go do pa­sji.

Tym więk­sze było więc jego zdzi­wie­nie, gdy wy­gry­wa­na me­lo­dia przy­ci­chła za­raz za pro­giem. Pro­mień la­tar­ki wy­do­był z mro­ku za­ry­sy ro­bo­czych bla­tów, lecz mu­zy­ka nie mo­gła po­cho­dzić z żad­ne­go z po­sta­wio­nych na nich apa­ra­tów. Se­kwe­na­to­ry, ter­mo­cy­kle­ry oraz wiel­gach­ny elek­tro­no­wo-po­zy­tro­no­wy mi­kro­skop po­zo­sta­wa­ły wy­łą­czo­ne, drze­miąc głu­cho w gę­stej ci­szy, któ­ra owio­nę­ła go, gdy tyl­ko wkro­czył do środ­ka.

Ale je­śli nie tu, to gdzie? […]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Szó­sta zmia­na

isbn: 978-83-8423-570-6

© Krzysz­tof Dra­twa i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czytja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zuwy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Pio­tro­wicz

ko­rek­ta: Anna Miot­ke

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.