Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W kosmosie możesz polegać tylko na sobie. Do czasu, aż zawiedzie cię własny umysł…
Statek kosmiczny. Lata świetlne od najbliższej ludzkiej kolonii. Velmut, mechanik międzygwiazdowca z szóstej zmiany, budzi się z hibernacji pod opieką pokładowej medyczki. Jego ciało odmawia posłuszeństwa, a dolegliwości nie pozwalają mu normalnie funkcjonować. Szybko okazuje się jednak, że to dopiero początek problemów.
Mechanik zaczyna doświadczać niepokojących snów, które przeradzają się w mroczne wizje. W ich centrum znajduje się Aldebaran, potężna, żółta gwiazda, a to, co początkowo wydaje się jedynie omamami, zaczyna przenikać do rzeczywistości.
Wkrótce staje się jasne, że nikt na pokładzie nie jest bezpieczny. Lot przez przestrzeń niespodziewanie zamienia się w podróż do samego serca obłędu. Załoganci muszą zmierzyć się nie tylko z własnymi lękami, lecz także zawalczyć o zachowanie resztek poczytalności. Ale… czy mają na to jakiekolwiek szanse?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 459
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Długie palce miażdżyły jej krtań. Nie miała jak się obronić. Był od niej wyższy, cięższy i – mimo hospitalizacji – o wiele silniejszy. Chwyciwszy go za nadgarstki, próbowała oderwać jego dłonie od szyi, lecz te przywarły do niej jak przyspawane. Szamotaniem starała się zrzucić go na podłogę, ale on usiadł jej na brzuchu i docisnął ją do łóżka. Z wierzgających nóg nic zaś sobie nie robił. Na każdy kopniak i wbite między żebra kolano reagował tak, jakby na plecach przysiadał mu natrętny komar.
– Przepraszam – cedził łamliwym od płaczu głosem – przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam…
Owo zapętlone słowo było ostatnim, jakie w życiu słyszała. Jej mózg w końcu poddał się niedotlenieniu. Wymachujące kończyny zwiotczały i opadły ciężko na materac. Stawiające zaś dotąd opór mięśnie rozluźniły się, a całe ciało sflaczało, wstrząśnięte ostatnim pośmiertnym spazmem.
Mimo to nie zwolnił uścisku. Pod opuszkami wciąż czuł bowiem delikatne pulsowanie. Nie wiedział, czy było to jego własne tętno, czy może to serce kobiety uparcie nie dawało za wygraną. Ryzykować jednak nie zamierzał. Jeśli w jej piersi nadal tlił się choćby najdrobniejszy płomyczek życia, to musiał go w niej zgasić, dla jej własnego dobra. Przez następnych kilka minut wsłuchiwał się więc w świst własnego oddechu i skapywanie płynących mu po policzkach łez, a gdy wątłe wrażenie w palcach wreszcie ustało, dla pewności odczekał jeszcze parę chwil.
Dopiero wtedy odważył się otworzyć oczy.
Z przerażenia aż podskoczył. Jego głowa uderzyła o niski sufit, a szarpnięte nagłym zrywem ciało zgubiło równowagę i rąbnęło o podłogę. Mężczyzna niezgrabnie przeturlał się na pośladki, odpełzł do najbliższej ściany i przywarłszy do niej plecami, wpatrywał się w swe dzieło.
Aż do teraz nie sądził, że cokolwiek zdoła go jeszcze przestraszyć. I rzeczywiście, sam widok nie robił na nim wrażenia. W porównaniu z obrazami ostatnich dni wydawał się wręcz żałosny. Ot co, spocone zwłoki w rozchełstanej piżamie, zaplątane w fałdy wytłamszonej pościeli, zastygłe w dziwnie dwuznacznej pozie, niczym groteskowa parodia jednej z wyrzeźbionych w renesansie ekstaz. Nie bał się podobnego do obroży sińca, czarniejącego na jej szyi. Nie bał się twarzy, wykrzywionej w wyrazie dojmującej trwogi. Nie bał się nawet osadzonych w niej wytrzeszczonych oczu, które na skutek obrócenia głowy wpatrywały się dokładnie w niego.
Ale ich spojrzenie – zimne, oskarżycielskie – przeszywało go na wskroś. Mężczyzna aż skulił się pod jego ciężarem. Dostrzegał w nim wyzierające pytanie o powód tego brutalnego mordu; pytanie, na które odpowiedzieć nie mógł ani teraz, ani wcześniej, zarówno jej, jak i komukolwiek innemu. Bo przecież to coś nie pozwalało o sobie mówić. Ilekroć próbował, czuł, jakby to jego własne gardło miażdżyły niewidzialne palce.
To było ponad jego siły. Chciało mu się wrzeszczeć, chciało mu się wyć. Niewiele brakowało, a naprawdę by to zrobił. W ostatniej chwili zdołał wepchnąć sobie pięść do ust jak knebel i zagryźć knykcie do krwi. Nie wolno było mu krzyknąć. Jeszcze zbudziłby resztę. Co prawda, ściany pokojów były niemal zupełnie dźwiękoszczelne, lecz wątpił, by nawet one zdołały zagłuszyć skowyt tak głośny jak ten, który wzbierał mu właśnie w tchawicy.
Reszta… Inni…
Spojrzał ponad zwłokami na przeciwną ścianę. Wyobraził sobie znajdujący się za nią drugi, identyczny pokój z takim samym łóżkiem, a w nim śpiącą kobietę, nieświadomą rozgrywającego się zaledwie kilka metrów obok horroru. Ją też będzie musiał zabić, podobnie jak pozostałą dwójkę. No i byli jeszcze ci w komorach. Ich nie zdoła udusić. I tak nie oddychają. No więc jak mam to zrobić? Szczerze mówiąc, jego plany nie zabrnęły dotąd aż tak daleko. Siekierą? Nie wiedział, jak duży opór szyja postawi ostrzu. Młotem? Na wymachiwanie żelastwem na pewno nie starczy mu sił. Skalpelem? To powinno być prostsze. W magazynie miał ich pod dostatkiem, a w dodatku wiedział, jak i gdzie najlepiej ciąć, żeby…
Myśli te sprawiły, że jego krtań nieco się rozluźniła. Wydobył się z niej jednak nie wrzask, a przeciągłe, przechodzące w świst zawodzenie. Mógłby przysiąc, że gdzieś w oddali odpowiedział mu ten drugi, podobny do pocierania styropianką o plastoszkło skrzek, który pogwizdywał szorstko, nabijając się z jego niedoli. Łzy nie płynęły już strużkami. Teraz dosłownie zalewały mu policzki, jakby spod nabrzmiałych powiek wydostać próbowały się dwa niewielkie wodospady.
Jak mogło do tego dojść? Dlaczego to właśnie on, człowiek, który poprzysiągł ratować ludzkie życie, zmuszony jest je teraz odbierać? W dodatku przysięgę tę przyjdzie złamać mu jeszcze nie kilka, kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt, lecz aż kilkaset razy. Już ta jedna śmierć doprowadziła go na skraj załamania. I teraz miałby niby jeszcze zrobić to znowu, a potem znowu, znowu, znowu, i znowu, i…!
– Dlaczego? – zaskomlał. – Dlaczego, dlaczego, Boże, dlaczego?!
Wyjękując ostatnie słowa, spojrzał w górę, jakby spodziewał się otrzymać stamtąd odpowiedź. Ale w tym przeklętym skrawku Kosmosu nie było boga, a przynajmniej nie takiego, którego odzew pragnąłby usłyszeć. Zamiast Nieba był za to sufit, a na nim kwaterowa lampa. Na jej widok mężczyzna wzdrygnął się jak rażony prądem. Nie wydawała żadnych dźwięków, jaśniała przyjemnie białym światłem, lecz już sam jej okrągły kształt wystarczył, by przywołać świeże wspomnienia tamtych makabrycznych widziadeł i towarzyszących im odczuć.
Paradoksalnie to właśnie ów niepozorny szczegół przywołał go do porządku. Okropieństwo przelatujących w głowie wizji przypomniało mu powód, dla którego posunął się do zamordowania kobiety, która z taką troską pielęgnowała go i ze wszystkich sił starała się mu pomóc – nie chciał, by i ona przez to przeszła. By ktokolwiek widział, słyszał i czuł to samo, co on. Nie pragnął ich zabijać, lecz nie miał wyboru. Słuszności jego działań nie pojmie nikt, kto nie doświadczył tych koszmarów. On zaś musiał sprawić, by te w istocie nikogo już więcej nie dotknęły.
Przetarł załzawione oczy, z wysiłkiem podniósł się z podłogi. Opuścił kwaterę, przeszedł korytarzem do sąsiedniej, drżącą dłonią wystukał w panelu awaryjny kod dostępu i wszedł do środka. Zamknąwszy za sobą drzwi, machinalnie wcisnął zamontowany tuż obok włącznik.
Zajmująca pokój kobieta nie spała tak twardo jak poprzedniczka. Z chwilą zapalenia światła zmarszczyła twarz, mrucząc pod nosem z niezadowolenia. Sen nieśmiało ulatywał spod jej powiek.
Mężczyzna nie czekał, aż całkiem się zbudzi. Jednym susem długich nóg pokonał dzielący go od niej dystans, wskoczył na łóżko i ignorując palący w ścięgnach ból, zamknął jej szyję w palczastym imadle. Ofiara momentalnie odzyskała przytomność. Obdarzyła go spojrzeniem wytrzeszczonych oczu, próbowała przepchnąć krzyk przez miażdżone gardło, zaczęła wić się i szamotać w daremnej próbie obrony.
Scena ta sama, co przed chwilą, z jedną tylko różnicą – tym razem napastnik nie przepraszał. Nie miał za co. To nie było morderstwo, a ratunek. Śmierć to spokój, śmierć to cisza, śmierć to ocalenie. Umarłej nie porazi światło. Umarła nie usłyszy pisków.
Umarłej nie pożre żółć.
Świadomość wracała powoli, a wraz z nią narastał też ból. Z początku był nawet znośny, lecz z każdą chwilą nasilał się coraz bardziej, przynosząc ze sobą nudności i zawroty głowy. To właśnie przez podobieństwo objawów ów towarzyszący wybudzeniu z hibernacji stan przyjęto nazywać kolokwialnym mianem kriokaca. Velmut przelatał już wystarczająco wiele kursów na pokładach międzygwiazdowców, by móc w pełni zgodzić się z tym porównaniem.
Tylko że ten konkretny kac… on był inny – większy, mocniejszy, gorszy niż poprzednie. Każdy spędzony w hibernacji dzień wzmagał jego objawy, a przecież w całej historii lotów kosmicznych nie było dotąd misji równie długiej jak ta. Velmut właśnie pobił rekord przeleżanych w kriokomorze dni. Czuł się tak, jakby poranki po wszystkich studenckich imprezach – od uczestnictwa w których bynajmniej nie stronił – naraz się skumulowały, a następnie zwaliły nań w formie zmutowanego superkaca-mordercy.
Biedak nie umiał określić, co było w nim najgorsze. Wydawało mu się, że w całym jego ciele nie ostał się ani jeden poprawnie funkcjonujący narząd. W skroniach łupało mu tak, jakby jakiś uzbrojony w dłuto maniak wykuwał w nich płaskorzeźbę. Błędnik przeżywał niezapomniane chwile na kolejce górskiej, przez co jego właściciel zatracił zdolność odróżniania góry od dołu. Nie zwymiotował zaś tylko dlatego, że opróżniony przed wejściem do kriokomory żołądek zwyczajnie nie miał czym wystrzelić.
– ZAŁOŻĘ CI KROPLÓWKĘ, VEL!
Kto to powiedział? Kris? Tak, na pewno Kris. Rozłożony na leżance mechanik nie widział jej przez ciemność zaciśniętych powiek, lecz bez trudu rozpoznał ją po głosie. Tylko dlaczego, do ciężkiej cholery, musi się tak potwornie drzeć?! Co ją ugryzło? Stoi nie dalej jak pół metra obok, a wrzeszczy tak, że…
Nie, zaraz… Wcale nie wrzeszczy. Zrozumiał to za sprawą brzęczenia upchniętej w ścianach maszynerii. Normalnie powinno być ono niemal niesłyszalne. Tymczasem w jego uszach brzmiało tak, jakby w szczelinach między trybikami zadomowiła się pokaźna kolonia szerszeni. Pieprzony kriokac!, pomyślał. Zamienił jego małżowiny w czasze radarów, wyłapujących i potęgujących po tysiąckroć każdy dolatujący do nich szmer.
Podczas gdy on męczył się z nadwrażliwym słuchem, medyczka przystąpiła do zakładania mu kroplówki. Rozerwanie saszetki z jednorazową chusteczką nie różniło się dla niego od drapnięcia paznokciem o tynk. Kiedy zaś musnęła mu nią ramię, jego wiotkie dotąd ciało momentalnie zesztywniało. Zaskoczony mężczyzna wciągnął ze świstem powietrze. Wyglądało na to, że kriokac wzmocnił u niego nie tylko słuch, lecz także wszystkie pozostałe zmysły.
Przed utratą przytomności ratowały go wyłącznie rozbudzające chemikalia, które hibernacyjna komora wtłoczyła mu przed kwadransem do nozdrzy. Mechanik nie był w stanie nawet myśleć. Aż do tej pory nie przypuszczał, że zwykła chusteczka może być równie szorstka, a parujący na skórze alkohol tak potwornie zimny. Mógłby przysiąc, że Kris przeciągnęła mu po przedramieniu druciakiem do skrobania naczyń, zamoczywszy go uprzednio w ciekłym azocie. Następnie nieomal wyrwała mu to przedramię ze stawu, wbijając w nie gigantyczną igłę, pompującą wrzący jad wprost do światła nabrzmiałej żyły. Wyschnięte na skutek hibernacji tkanki chłeptały kipiącą truciznę. Jego ciało rozpuszczało się pod jej wpływem, a on nie mógł nic na to poradzić. Otępiałe mięśnie były bowiem zbyt słabe, by pozwolić sobie na jakikolwiek ruch.
– NO, JUŻ PO WSZYSTKIM! – Każda sylaba brzmiała jak wystrzał z armaty. – DOBRZE SIĘ CZUJESZ, VEL?! VEL?!
Zadane pytanie nie doczekało się odpowiedzi. Mechanik zaciskał szczęki tak mocno, jakby próbował wepchnąć sobie zęby do dziąseł, wykorzystując wszystkie pozostałe mu resztki sił, by powstrzymać się od otwarcia ust. Bał się, że wzbierający w gardle skowyt bólu wydostanie się i rozerwie mu bębenki. Z pespektywy lekarki owa wewnętrzna walka wyglądała zapewne mniej dramatycznie, bo w tonie jej głosu nie pobrzmiewał choćby najmniejszy niepokój. No, ale dla niej nie działo się nic niezwykłego. Wszak nie był to pierwszy raz, gdy zajmowała się przyjacielem po opuszczeniu przez niego kriogenicznej komory. Nie mogła sobie nawet wyobrazić, jak bardzo w tej chwili cierpiał.
– ZOSTAWIAM CI UBRANIE NA BLACIE! – zagrzmiała. – LEŻ SPOKOJNIE, NIEDŁUGO POWINIENEŚ POCZUĆ SIĘ LEPIEJ. JAKBYŚ NIE MÓGŁ WSTAĆ, TO POCZEKAJ! ZA JAKĄŚ GODZINĘ DO CIEBIE PRZYJDĘ!
Mechanik nie zrozumiał sensu tych słów. W zasadzie prawie w ogóle ich nie usłyszał, podobnie jak odgłosu kroków wychodzącej z salki kobiety. Wszystkie dźwięki tonęły w monotonnym szumie. Z jakiegoś powodu słuch mężczyzny zapomniał o otaczającym go świecie, skupiając się teraz wyłącznie na tym, co działo się w głębi jego ciała. Wymieszana z eksperymentalną kroplówką krew przelewała się po obolałej czaszce na podobieństwo wściekłego sztormu. Wydawało się, że upłynęła cała wieczność, nim huragan ów rozwiał się na dobre, pozostawiając po sobie jedynie tępe mrowienie w obrzękniętej potylicy.
Velmut zaryzykował i otworzył oczy. Do tej pory zaciskał kurczowo powieki, by nie wpuścić przez nie nawet najmniejszego promyczka światła. Z przykrego doświadczenia wiedział, jak wrażliwe potrafiły być świeżo rozhibernowane źrenice. Przekonał się o tym podczas lotu do Układu Gwiazdy Luytena, gdy nieopatrznie spojrzał w zawieszoną na suficie jarzeniówkę. Jej blask, choć słaby, wystarczył, by świeżo upieczony mechanik poczuł, jakby ktoś wbił mu w oczodoły rozgrzane do białości widelce. A przecież wtedy spędził w komorze tylko jeden miesiąc. Wolał nawet nie myśleć, co stałoby się teraz, po niemal dziesięciokrotnie dłuższej podróży w tej klaustrofobicznej zamrażarce.
Na szczęście tym razem obyło się bez podobnych nieprzyjemności. Sącząca się do żył mężczyzny ciecz zdołała przywrócić jego oczy do stanu względnej normalności. Zamglony obraz nabierał niemrawo ostrości. Velmut ujrzał wyraźnie szare płyty znajomego sufitu, wyzierające miejscami spod skłębionej plątaniny kabli, rur oraz zawieszonych na kratownicach kolorowych przewodów.
Kątem oka wyłapał jakiś ruch. Kiedy spojrzał w jego stronę, zauważył, że był to po prostu woreczek z kroplówką, dyndający na haczyku za sprawą dmuchającego z kratki wentylacyjnej powietrza. Widok torebki wprawił go w osłupienie. Nie mógł uwierzyć, że żółtawa, podobna do rozwodnionego moczu substancja wypełniała obecnie aż połowę jej objętości. Mechanik gotów był przysiąc, że od chwili założenia kaniuli minęło co najmniej kilkanaście długich, nafaszerowanych przytłaczającym bólem godzin. Kriokac pozbawił go nawet zdolności do postrzegania upływającego czasu. W rzeczywistości nie mogło minąć bowiem więcej niż piętnaście minut.
– Kurwa… – zaklął cicho pod nosem głosem ochrypłym jak tarcie ściernego papieru.
Kretyn!, klął na siebie w myślach. Idiota, debil, jebany tłuk! A przecież tamci lalusie w garniakach uprzedzali, że tak się to skończy! Mówili, że kroplówka, choć sprawdzona pod kątem bezpieczeństwa, wciąż znajduje się w fazie testów, a efekty jej zażycia są wyjątkowo bolesne. Co więc podkusiło go do zostania królikiem doświadczalnym w tym chorym eksperymencie, skoro sami organizatorzy próbowali go od tego odwieść? Oczywiście, że premia! Na tyle duża, by zagłuszyć wszelkie ostrzeżenia o nieuniknionych skutkach ubocznych. Tamtego dnia był pewien, że liczba dopisanych przy niej zer zrekompensuje mu z nawiązką wszelkie nieprzyjemności. Teraz wiedział już, że popełnił błąd.
Jasne, ból w końcu minie. W zasadzie już mijał. Zawartość plastikowej torebki rozlewała się po jego żyłach z prędkością smoły, niemniej spełniała swoje zadanie. Zawarte w niej chemikalia neutralizowały resztki krioprotektantów, wypluwanych przez komórki do krwiobiegowego ścieku. Wszystko trafi potem do nerek, a stamtąd do pęczniejącego z wolna pęcherza. Za kilka godzin Velmut zeszcza się na zielono, jakbym zamiast fiuta miał jakiś pierdolony kaktus, po czym spłucze przyczynę swego bólu do ulokowanej we wnętrznościach statku oczyszczalni.
Tylko co z tego? Wspomnień nie dało się spłukać z podobną łatwością. Przebyta przed momentem agonia pozostanie z nim już do końca życia, niczym źle zagojona blizna w rozharatanym tępym nożem mózgu. Na dodatek mężczyzna zmuszony będzie tę bliznę rozdrapać. Za trzydzieści dni skończy się jego zmiana, a wtedy hibernacyjna komora ponownie weźmie go w swe objęcia. Nim się obejrzy, obudzi się na orbicie Neptuna, a kriokac ponownie zatopi swe kły w jego ciele, nasycając apetyt rosnący w nim nie przez dziesięcio-, lecz aż szesnastomiesięczną podróż powrotną. Na samą myśl Velmutowi chciało się płakać.
Zawartość woreczka była już na wykończeniu. Bladożółte kropelki skapywały w podłączonej do niego komorze, odmierzając upływający czas na podobieństwo klepsydry. Cieczy zostało jeszcze na dwie minuty, góra pięć. Velmut nie zamierzał jednak czekać aż tak długo. Twardy materac doprowadzał jego plecy do szału. Mechanik z wysiłkiem obrócił się na lewy bok i wsparłszy się na łokciu, zdołał podźwignąć się do pionowej pozycji. Spuszczone z krawędzi leżanki stopy wsunął zaś w pozostawione mu przez Kris kapcie, by ochronić podeszwy przed chłodem bijącym od zimnej, metalowej podłogi.
Spróbował wstać. Zrobił to wyjątkowo ostrożnie, lecz dla jego błędnika nawet owo ślamazarne tempo okazało się stanowczo zbyt szybkie. Kolana zgięły się pod nim jak para scyzoryków, a zwiotczałe łydki zaplątały się o siebie niczym kabelki wyjętych z kieszeni słuchawek. W ostatniej sekundzie zdołał zaprzeć się dłonią o ścianę. Niewiele brakowało, a do listy swych licznych problemów dopisać musiałby też złamany nos, rozkwaszony po uderzeniu o twardą posadzkę.
Minęła dłuższa chwila, nim świat przestał wreszcie wirować, a salka hibernacyjna zestaliła się do swej normalnej, nieruchomej postaci. Velmut zauważył, że przez cały ten czas trzymał rękę zbyt wysoko, przez co strużka krwi wyciekła mu przez kaniulę i zaczęła mieszać się z bladożółtą cieczą w podpiętym do przedramienia wężyku. Zaklął pod nosem. Zamknął zawór wenflonu i wypiął zeń plastikową rurkę, po czym odwiesił jej koniec na metalowy haczyk. Zrobił to tak niedbale, że kilka czerwonych kropli zrosiło matowoszary parkiet. Kolejne przekleństwo syknęło mu przez zęby. Niech Kris to potem posprząta, pomyślał, ja nie mam siły się schylać.
Na przeciwległym blacie dostrzegł złożone w kostkę ubranie. Był to po prostu jednorazowy szlafrok z grubej celulozowej tkaniny, zabarwionej na kolor mdłego, szpitalnego błękitu. Zakładało się go tylko po to, by nie latać po korytarzu z gołym tyłkiem. Po opuszczeniu salki należało udać się do swej kwatery i przebrać w coś normalnego, a zwiewną szmatkę wyrzucić potem do kosza.
Velmut podszedł do łachmana, lecz gdy tylko dotarł do blatu, zatrzymał się, wstrząśnięty tym, co zobaczył. Serce podskoczyło mu do gardła. W srebrnych drzwiach stojącej tuż obok lodówki ujrzał wysuszonego ghula, wpatrującego się weń spojrzeniem przekrwionych, podkrążonych ślepiów.
Wiedział, że było to jego odbicie. Wiedział, a jednak nie potrafił w to uwierzyć. Część jego umysłu nie pojmowała, jakim cudem coś mogło być równie znajome, a jednocześnie tak niepokojąco obce. Wzrost pozostał ten sam, choć wykrzywiający plecy garb odejmował mu kilka cali. Pełne, wyrobione od pracy fizycznej mięśnie skurczyły się, jakby w trakcie lotu ktoś spuścił z nich powietrze. Kasztanowe włosy zachowały swą długość, pozlepiane lśniącym potem w przyklejone do czoła strąki. Najgorzej prezentowała się twarz. Mechanik musiał przypatrywać się jej przez kilka chwil, nim doszukał się rysów, które zazwyczaj oglądał w lustrze. Powieki opadły, kąciki ust oklapły, a policzki zbladły, pozbawione zdrowego rumieńca. Oblicze przywodziło na myśl wystruganą niedbale maskę czegoś, co najchętniej strzeliłoby sobie w łeb.
Tym razem Velmut nie przeklął. Znał całkiem sporo obelżywych słów, lecz żadne z nich nie wydało mu się w tym momencie dostatecznie siarczyste. Westchnął więc ciężko i zarzucił na siebie szlafrok. Owinął się nim starannie, by zakryć dyndającą u pasa męskość, po czym – odziany niczym czekający na zabieg pacjent – wyszedł z hibernacyjnej salki.
Korytarz przytłoczył go swą długością. Drugi jego koniec – choć oddalony o zaledwie kilkanaście metrów – był dla niego tym samym, co majaczące u podnóża szczyty ośnieżonych Himalajów. Znowu zakręciło mu się w głowie. Oszołomiony, zastanowił się, czy nie powinien po prostu wrócić na leżankę i poczekać, aż Kris przybędzie mu z pomocą. Wydawało mu się nawet, że przed wyjściem coś o tym wspominała, ale teraz nie był tego pewien. Oczywiście gdyby nie pojawiał się dostatecznie długo, zaniepokojona przyjaciółka na pewno przyszłaby sprawdzić, jak się miewa. Normalnie do stołówki chadzał jednak samodzielnie, dlatego nie wiedział, ile dokładnie musiałaby trwać ta nieobecność, nim zwróciłaby na nią uwagę. Czekanie utrudniał ponadto pusty żołądek, domagający się posiłku uporczywym ssaniem. To właśnie za jego sprawą mechanik postanowił koniec końców podjąć się wędrówki, do rozpoczęcia której zmuszony był wytężyć wszystkie pozostałe mu resztki sił, nim zdołał wreszcie nakłonić kończyny do ruchu.
Snuł się raczej, niż szedł, szurając o podłogę kapciami. Nie odważył się unieść stopy ani o centymetr, bojąc się utracić utrzymywaną z trudem równowagę. Przez całą podróż kurczowo przytulał się barkiem do ściany, stanowiącej dlań jedyną, a zarazem tak potrzebną podporę. Z każdym krokiem ciskał w myślach bluzgi w stronę projektantów statku. Dałby wiele, by któregoś dnia dostać ich w swe ręce i za pomocą pięści wytłumaczyć, dlaczego powinni byli zamontować tu jakieś asekuracyjne poręcze.
W normalnych warunkach dojście do skrzyżowania nie zajmowało więcej niż kilka sekund. Osłabiony Velmut potrzebował na to niemalże trzech minut. Gdy wreszcie zdołał tego dokonać, przystanął tuż przed węgłem, by zażyć chociaż chwili wytchnienia. Dysząc i sapiąc, zastanawiał się, co powinien dalej robić. Inni pracownicy z całą pewnością czekali już na niego na stołówce, by się nawzajem poznać. Wypadałoby więc skręcić w lewo, zabrać walizkę z bagażowni, a potem znaleźć przypisaną mu na czas wachty kwaterę i przebrać się w niej w coś nieco bardziej wyjściowego. Ale to wymagałoby od niego więcej chodzenia, grzebania w torbie, a zapewne i umycia się pod prysznicem, by nie wyglądać i – przede wszystkim – nie śmierdzieć jak uczestnik ukończonego przed momentem wyścigu.
Nie, pomyślał, pies jebał dobre wychowanie. Po tej przeklętej kroplówce ledwo był w stanie utrzymać się na nogach. Nie będzie nadwyrężał się tylko po to, by oszczędzić innym wdychania zapachu własnego potu. Od razu spiął się w sobie i postąpił krok do przodu, by pokonać ten krótki dystans, na którym jeden korytarz krzyżował się z drugim. Oczywiście mężczyźnie nie wydawał się on taki krótki. Pozbawiony wsparcia ściany czuł się zupełnie jak linoskoczek, balansujący na cienkim sznurku rozwieszonym między dwoma strzelistymi wieżowcami.
Mimo strachu poszło mu to o wiele lepiej, niż się z początku spodziewał. Najwyraźniej zwiotczałe łydki zrozumiały powagę sytuacji i dołożyły wszelkich starań, by umożliwić mu pokonanie tej wyimaginowanej rozpadliny. Każdy niepewny krok przyprawiał go o mały atak serca, lecz mimo to zdołał jakimś cudem doczłapać na tyle blisko przeciwnej ściany, by móc się o nią oprzeć. Po tym heroicznym wyczynie dalsza wędrówka nie stanowiła już wyzwania. Mężczyzna przebył ją całkiem sprawnie i wszedł przez otwarte na oścież drzwi, zza których wydobywał się przyjemny aromat gorącej kawy.
Jego źródłem okazały się trzy plastikowe kubki. Ich właścicielki siedziały przy okrągłym stoliku, zajmującym niemal całą powierzchnię tego malutkiego pomieszczenia. Velmut rozpoznawał spośród nich jedynie Kris. Ciemne loki medyczki opadały kaskadą na szczupłe ramiona, a śnieżnobiały fartuch kontrastował ze skórą w kolorze gorzkiej czekolady.
Pozostałą dwójkę widział pierwszy raz w życiu. Kobieta naprzeciw wejścia wydała mu się niesamowicie zwyczajna i pod każdym względem przeciętna. Jej twarz sprawiała wrażenie jednego wielkiego uśrednienia każdego obecnego na niej szczegółu. Karnacja ni to jasna, ni ciemna, oczy normalne, czoło powszednie, usta zaś w równym stopniu drobne i wąskie, co pełne oraz szerokie. Nawet włosy miała jakieś takie nijakie. Zupełnie tak, jakby związana białą frotką kita nie mogła zdecydować się między skandynawskim blondem a głęboką, iberyjską czernią.
Podczas gdy przeciętniaczka bez trudu zdołałaby rozpłynąć się w tłumie, siedząca naprzeciw Kris dziewczyna o azjatyckiej urodzie dosłownie by w nim utonęła. W pierwszej chwili mechanik pomyślał, że ma przed sobą dziecko; tak drobną i filigranową posiadała figurę. Dopiero uważniejsze spojrzenie utwierdziło go w przekonaniu, że ma do czynienia z dorosłą kobietą, a nie uczennicą szkoły podstawowej. Jej twarz – mimo iż delikatna jak u porcelanowej lalki – zdradzała bowiem pierwsze oznaki postępującego wieku, objawiające się pod postacią kurzych łapek i płytkich zmarszczek w okolicach nosa.
Dwie nieznajome gapiły się na niego z rozdziawionymi ustami. Jedynie mina Kris zdradzała z trudem skrywane rozdrażnienie. Wyraźnie nie była zachwycona faktem, że jej osłabiony po pobudce pacjent postanowił na własną rękę szlajać się po statku w tak nienadającym się do tego stanie.
W odpowiedzi Velmut spiorunował całą trójkę spojrzeniem podkrążonych ślepiów. Był wściekły. Nie gniewał się jednak na same kobiety, które miały pełne prawo wystraszyć się tego czegoś, co stanęło właśnie na progu. Irytowała go wyłącznie sielankowość przerwanej jego przybyciem scenki oraz skryta pod nią niesprawiedliwość. Siedziały tu sobie, gadały i popijały świeżą kawkę, nie przejmując się, że przebywający w odległym o zaledwie kilkanaście metrów pomieszczeniu człowiek walczy o własne życie.
Oczywiście, że siedziały!, myślał. Dlaczego miałyby nie siedzieć? Ich kriokac przecież nie dotyczy! Nie musiały nawet sięgać po wspomaganie farmakologiczne, by oczyścić organizm z resztek związków osłonowych. Wątroba i nerki w zupełności im do tego wystarczały. Mogły przeleżeć w hibernacji tyle, ile tylko chciały, a po wszystkim przeciągnąć się jak koty i od razu brać się do roboty. On w zamian czuł się tak, jakby zawodowy bokser zrobił mu ze łba worek treningowy. To tyle, jeśli chodzi o kwestię równouprawnienia!
W chwilach takich jak ta zawsze przypominał sobie zajęcia z Podstaw Biologii Kosmicznej na pierwszym roku studiów. Wykładowczyni wyświetlała im na tablicy skomplikowane biochemiczne wzory, urozmaicając je nazwami, które brzmiały w jego uszach niczym inkantacje z czarnomagicznej księgi. Mówiła dużo o chromosomie Y, jego zdegenerowanej budowie i niewielkich rozmiarach; o poskręcanych w pętelki odcinkach oraz ogólnej delikatności; wreszcie o wynikającej z tych cech konieczności dodatkowego zabezpieczania go silniejszymi krioprotektantami, które raz przyłączone nie chciały się tak łatwo oddzielić. Velmut niewiele z tego rozumiał, a po tylu latach jeszcze mniej pamiętał. Większość wyrytych na pamięć informacji zapomniał zaraz po zaliczeniu końcowego egzaminu. Prawda była taka, że całe to gadanie o nukleotydach, sekwencjach i zasadach komplementarności niewiele go obchodziło. Jako mechanikowi wystarczyło mu wiedzieć, że już przez sam fakt urodzenia się facetem miał w tym biznesie pod górkę.
– Jezu, Vel… – Kris jako jedyna zdołała wyrazić szeptem swój szok.
Velmut rozpoznał znajomy głos, lecz sylaby, w które się układał, skłębiły się w plątaninę bezpostaciowego bełkotu. Umęczony powolnym dochodzeniem do siebie mózg ignorował zawarty w nich sens. Obecnie interesował go wyłącznie dyspenser z żywnością, zamontowany w przeciwnej, a przez to tak odległej ścianie.
Urządzenie wyglądem nie różniło się zbytnio od automatu z mrożonym jogurtem. Velmut dokuśtykał do niego drobnymi kroczkami, wspierając się ręką o oparcie jednego z krzeseł. Trzy kobiety nawet na moment nie spuszczały z niego wzroku. Ich wybałuszone oczy wodziły za odzianą w zwiewny błękit postacią, jakby miały przed sobą muzealny eksponat bądź ostatniego przedstawiciela zagrożonego wyginięciem gatunku.
Wolną dłonią wyciągnął z szafki miseczkę z czarnego plastiku i podstawił ją pod chromowaną rurkę dozownika. Następnie wdusił palcem zielony przycisk. Maszyna zapiszczała przeciągle, nim wypełniła stołówkę kakofonią stłumionych chrobotów. Elementy mechanizmu ocierały się o siebie, stukając, łomocząc oraz zgrzytliwie turkocząc.
Strużka mętnej niczym mleko cieczy zaczęła sączyć się do miski. Trzeba będzie wymienić uszczelkę, pomyślał mechanik, gdy dysza pierdnęła kilkukrotnie, po czym wypluła z siebie porcję gęstej, flegmowatej brei. Ohydna papka przeciskała się na wolność, by wypełnić swą masą plastikowe naczynko. Konsystencją i kolorem nie odbiegała zanadto od karmelowego budyniu, choć oczywiście z deserem nie miała za wiele wspólnego. Mamałyga składała się w całości z drożdży. Genetycznie modyfikowanych drożdży, które łebscy jajogłowi z baz na Enceladusie zamienili w żywność za pomocą swej biotechnologicznej magii.
Ekranik po boku rozjarzył się, wyświetlając mężczyźnie listę dostępnych smaków. Opcji było naprawdę sporo. Nawet najbardziej wytrwały człowiek nie wytrzymałby długo na monotonnej diecie z bezpostaciowej ciapy, dlatego w ładowni przeznaczono cały podsektor na woreczki z przyprawami. Wystarczyło wsypać zawartość do kleiku i wymieszać go do uzyskania jednolitego koloru, by otrzymać w efekcie coś, co było w nieco większym stopniu zjadliwe.
Mechanik nie raczył nawet zerknąć na listę. Spojrzenie wciąż utkwione miał w miseczce drożdży, z każdą sekundą coraz bardziej żałując, że w ogóle ją nalał. Wyobraził sobie, jak śluzowata paćka trafia do jego ust, jak przykleja mu się do podniebienia niczym wciągnięte przez nos smarki, a potem staje gdzieś w ściśniętym gardle, niezdolna przepchnąć się do żołądka. Jego kiszki – jeszcze przed chwilą tak ochoczo nastawione do śniadania – zaburczały donośnie w wyrazie gniewnego protestu. Velmut nie zamierzał się z nimi sprzeczać. Zupełnie stracił apetyt. Teraz pragnął już tylko dostać się do swojej kwatery, rzucić się na łóżko w celulozowym szlafroku i zamknąwszy oczy, pozwolić, by ten przeklęty dzień dobiegł wreszcie końca.
– Słuchajcie – wychrypiał cicho, nie podnosząc oczu znad niedoszłego posiłku – czy jest coś, co wymaga w tej chwili naprawy? Tylko takiej poważnej naprawy, którą trzeba zająć się natychmiast?
Wiedział, że na całym statku nie działo się nic, co wymagałoby jego uwagi. Gdyby krytyczna usterka faktycznie się pojawiła, to automatyczne systemy od razu by go wybudziły, a rozmieszczone na pokładzie syreny alarmowe wyłyby jak wilki do Księżyca. Mechanik nie był w tej chwili do niczego potrzebny. Pytanie zadał wyłącznie z czystej uprzejmości.
– W salce hibernacyjnej wszystko działa bez zarzutu – odparła cierpko Kris. – W ambulatorium zresztą też.
– Na sterówce podobnie – dodała drobna Azjatka.
– W labie nie ma żadnych problemów – stwierdziła Pani Nijaka. – Sprawdziłam to od razu, jak tylko wstałam i przebrałam się w coś normalnego.
Oczywiście, że sprawdziłaś, odburknął w myślach. W końcu ty od samego początku mogłaś normalnie chodzić. Nie musiałaś leżeć na tej cholernej leżance i czekać, aż wtłoczone do żył szczyny doprowadzą cię do stanu używalności. Szkoda, że i mnie do niego nie doprowadziły. Pieprzony kriokac, pieprzona premia i pieprzony debil, który dał się na nią skusić…
– Skoro na nic się wam nie przydam, to pójdę już do siebie. – Westchnął. – Wiem, wiem, powinniśmy się przedstawić i powiedzieć coś o sobie, ale, jak zapewne widzicie, nie mam w tej chwili siły na takie pierdoły. Przełóżmy to na jutro, zgoda? Jak się położę i porządnie wyśpię, to może będę już w miarę normalnie funkcjonował.
Nie czekając na żadną odpowiedź z ich strony, odsunął się od dyspensera i ostrożnie skierował się do wyjścia. Kris wymieniła z dwiema kobietami kilka słów, których sens przemknął mu gdzieś koło uszu, po czym wstała od stołu i poszła w ślady przyjaciela. Delikatnie chwyciła go za ramię i zarzuciła je sobie na szyję, na wypadek gdyby ściana, do której się przykleił, okazała się niewystarczającą podporą. Velmut z wdzięcznością przystał na jej pomoc. W obecnym stanie każdy rodzaj wsparcia był dla niego na wagę złota, zwłaszcza w starciu z przeciwnikiem tak potężnym, jak szaro-biały korytarz.
Na szczęście nie musiał mierzyć się z nim zbyt długo. Kiedy dotarł do skrzyżowania, skręcił w prawo i zaczął szukać przydzielonego mu na czas wachty pokoju, czytając nazwiska wyświetlone na przymocowanych obok drzwi panelach. Zajęło mu to znacznie krócej, niż się z początku obawiał. Jego kwatera była druga z kolei, zaraz po tej, którą przypisano prowadzącej go Kris.
Przyłożył lewą dłoń do ekraniku i pozwolił, by urządzenie sczytało wszczepiony w nasadę kciuka chip. Gdy tylko system potwierdził jego tożsamość, zamek drzwi się odblokował, a lekarka przesunęła je wolną ręką i wpuściła lokatora do środka.
Zapaliła światło wciśnięciem przełącznika. Oczom mechanika ukazało się znajome pomieszczenie, ciaśniejsze nawet niż to, w jakim męczył się przez pięć lat w uniwersyteckim akademiku. Wszystkie kwatery na międzygwiazdowcach wyglądały zawsze tak samo. Miejsca starczało w nich tylko na jednoosobowe łóżko oraz niewielką szafę na ubrania, obecnie świecącą pustkami. Oprócz tego była też mikroskopijna łazienka z prysznicem, sedesem i umywalką, upchanymi tak blisko siebie, że niemal niemożliwym było załatwić się bez obicia o jakiś wystający element.
Mężczyzna wyswobodził się z objęć lekarki, po czym przeszedł dwa kroki, wykonał niezgrabny obrót i zwalił się plecami na łóżko. Jego bezwładne ciało runęło niczym ścięte drzewo, a poły celulozowego szlafroka poderwały się i ukazały kobiecie wszystko, co pod sobą skrywały. Materac zatrzeszczał pod niespodziewanym ciężarem i pobujał nim przez chwilę. Velmut zawsze uważał go za stanowczo zbyt twardy, lecz w porównaniu z hibernacyjną leżanką wydawał mu się mięciutki jak obłok puchatej chmurki.
Kris przysiadła na krawędzi wąskiej pryczy. Wsunęła smukłą, czarną niczym heban dłoń do kieszeni i po kilku sekundach wydobyła z niej niewielką ampułkę z przezroczystego plastiku. Zamknięty w niej płyn był mętny i ciemny, o kolorze zbliżonym do bardzo mocnej herbaty. Velmut od razu rozpoznał specyfik. Stary, dobry Dramtenab – najpopularniejszy środek przeciwbólowy znany rodzajowi ludzkiemu.
Po dziś dzień nie rozumiał, jak to robiła. Jej kitel miał wszyte tylko trzy kieszenie, w dodatku niezbyt pojemne. Mimo to ona zawsze potrafiła wygrzebać z nich potrzebny w danej chwili lek, tak jakby jakimś cudem upchnęła tam całą aptekę. Mechanik nie zdziwiłby się, gdyby któregoś dnia wyciągnęła stół operacyjny, wraz z zestawem narzędzi, respiratorem oraz grupką asystentów do pomocy przy zabiegu.
– Masz, wypij – stwierdziła, podając mu buteleczkę. – Powinno trochę pomóc. Na pusty żołądek niestety nie mogę dać ci niczego mocniejszego.
Przyjął od niej podarek, oderwał zabezpieczającą szyjkę zawleczkę i jednym haustem wysiorbał całą zawartość. Ciecz okazała się tak paskudna, jak ją zapamiętał. Podczas swych pierwszych lotów często zmuszony był z niej korzystać, kiedy to nieprzyzwyczajona do hibernacji głowa ciążyła mu jak ołowiana kula. Mimo okropnego smaku twarzy mężczyzny nie wykrzywił najmniejszy grymas. Z uśmiechem oddał medyczce opróżnioną buteleczkę, a ta wyrzuciła ją do zamontowanego w ścianie zsypu połączonego z okrętowym śmietnikiem. By to zrobić, nie musiała nawet podnosić się z łóżka. Dzieląca je od ściany odległość była bowiem tak mała, że kobiecie wystarczyło tylko lekko się wychylić.
– Dzięki. – Velmut oblizał spierzchnięte wargi. – Kurwa, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że leżę wreszcie w łóżku. Mam nadzieję, że kiedy się wyśpię, to mi to przejdzie, bo inaczej nie wiem, jak będę tu cokolwiek naprawiał.
– Nie martw się, to nie zajmie nam długo. Góra pięć minut i nie będę dłużej zawracała ci głowy.
– Zaraz, zaraz. – Wystraszył się. – Co niby nie zajmie nam długo? O czym ty mówisz?
– O wywiadzie – rzuciła takim tonem, jakby było to coś zupełnie oczywistego. – Zgodnie z kontraktem mam przeprowadzić z tobą sondaż dotyczący twojego samopoczucia.
– O Jezu, Kris! – Żałosnego jęknięcia nie powstydziłby się prowadzony na egzekucję skazaniec. – Zlitujże się, dziewczyno! Czy my naprawdę musimy robić to teraz?!
– Tak, musimy. Ty zobowiązałeś się do przyjęcia eksperymentalnej kroplówki i udzielania na jej temat wywiadów, a ja do przeprowadzenia ich o określonych porach. No, nie jojcz już tak, to tylko kilka pytań. Skoro w tym stanie zdołałeś przejść z salki hibernacyjnej do stołówki, to i z nimi sobie poradzisz.
– A nie możesz po prostu odpowiedzieć na nie za mnie? Widzisz przecież, że wyglądam jak siedem nieszczęść. Na pewno dasz radę coś wymyślić.
– Wywiad ma być nagrywany. – Z bezdennej kieszeni wydobyła służbowy tablet i pomachała nim przed twarzą, jakby był to wachlarz. – W kontrakcie było to wyraźnie napisane. Powiedz, ty w ogóle czytałeś tamte dokumenty, czy tak bardzo rozmarzyłeś się o premii, że walnąłeś podpis wszędzie tam, gdzie ci kazali?
– Czytałem, czytałem… – Westchnął, przypomniawszy sobie, że w niemal pięćdziesięciostronicowym gąszczu prawniczego bełkotu rzeczywiście znajdowała się wzmianka o jakimś nagrywaniu. – Ech, niech ci będzie, miejmy to już za sobą.
– Świetnie. Zanim zaczniemy, uprzedzę cię tylko, że to ma być profesjonalny wywiad. Odpowiadaj zgodnie z treścią zadanego pytania i błagam, choć raz daruj sobie te swoje siarczyste komentarze. No co? Nie patrz tak na mnie, przecież latam z tobą nie od wczoraj. Dobrze wiem, że uwielbiasz kląć jak stary marynarz, a już zwłaszcza wtedy, kiedy masz kiepski humor. Ostrzegam, że jeśli wyjedziesz mi z tekstem w stylu „czuję się jak gówno”, to wyłączę nagrywanie i będziemy ciągnąć wszystko od nowa.
– Kiedy ja właśnie czuję się jak gówno. Jakby mnie coś przeżuło, przepchnęło przez co najmniej czterdzieści żołądków, a potem wysrało resztki tego, czego nie dało rady strawić.
– Vel, proszę cię…
Prośbę tę medyczka wypowiedziała tym swoim zawodowym, pozbawionym wszelkiej barwy głosem. Velmut znał jego oschłe brzmienie wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że rozmowa została zakończona. Żadne argumenty nie mogły się już do niej przebić. Przez większość czasu Kris była istnym aniołem w fartuchu, lecz kiedy w grę wchodziły kwestie służbowe, zamieniała się w bezdusznego robota.
– No już dobrze, dobrze – wymamrotał pod nosem niczym skarcony przed całą klasą uczniak. – Obiecuję, że będę grzeczny.
– Mam taką nadzieję.
Włączyła swój tablet i kilkoma muśnięciami palca uruchomiła zainstalowaną przed odlotem aplikację. Położyła urządzenie między sobą i mechanikiem, po czym rozpoczęła nagrywanie. Cienka czarna płytka z krystalicznego plastoszkła była tak leciutka, że kołdra niemal nie ugięła się pod jej ciężarem.
– Medyk pokładowy Kristina Velaseque – wyrecytowała. – ID pracownika numer 93171…
– Poważnie? – wtrącił. – Nie możesz podarować sobie klepania tych wszystkich cyfe…?
– Medyk pokładowy Kristina Velaseque… – Zgodnie z wcześniejszą groźbą rozpoczęła nagrywanie od nowa, a rozłożony na materacu mężczyzna postanowił trzymać odtąd gębę na kłódkę. – ID pracownika numer 93171-12. Badany, Velmut O’Dina, mechanik pokładowy, ID pracownika numer 17703-01. Czy badany potwierdza przedstawione dane osobowe?
– Potwierdzam.
– Zmiana szósta, nagranie pierwsze. Godzina jedenasta czterdzieści osiem czasu pokładowego, trzysta pierwszy dzień misji, czterdzieści cztery minuty od momentu zaaplikowania kroplówki. Pytanie pierwsze: proszę określić, w skali od jednego do dziesięciu, pańskie samopoczucie bezpośrednio po wybudzeniu ze stanu farmakologicznej śpiączki.
– Jeden – wypalił bez chwili wahania.
– Pytanie drugie: proszę opisać zwięźle, co czuł pan bezpośrednio po przebudzeniu.
– Bolało mnie całe ciało, absolutnie każda jego część, bez żadnego wyjątku – wydeklamował drętwo, powstrzymując cisnący się na język komentarz o najgorszym kriokacu w całym jebanym Kosmosie. – Było mi niedobrze, wszystkie mięśnie zwiotczały do tego stopnia, że prawie nie mogłem nimi ruszać. Serce biło nieregularnie, a bodźce, które odczuwałem, nasiliły się co najmniej kilkunasto… nie, kilkudziesięciokrotnie. Każdy szmer słyszałem jako rozrywający uszy huk, a najlżejszy dotyk wywoływał potworny ból.
– Pytanie trzecie – rzekła medyczka po krótkiej chwili, a wyczulone wciąż ucho jej respondenta dosłyszało nutkę czającego się w jej głosie niezdecydowania. – Proszę określić, w skali od jednego do dziesięciu, pańskie samopoczucie po przyjęciu kroplówki.
Velmut zastanawiał się nad odpowiedzią. Szczerze mówiąc, marna, ledwo dziesięciopunktowa skala wydawała mu się stanowczo zbyt wąska, by oddać w pełni to, co zmuszony był przeżyć. Przedział od zera do miliona byłby tu bardziej na miejscu. Kris kazała mu jednak trzymać się treści zadanych pytań, toteż biedny mechanik nie miał innego wyboru, jak tylko usłuchać polecenia i wymyślić na poczekaniu najlepiej pasującą cyferkę.
– Sześć… – mruknął niepewnie, ni to twierdząco, ni pytająco. – Chociaż nie, bardziej pięć. Tak, pięć. Czuję się teraz, jakbym miał bardzo wysoką gorączkę, ale nie był przy tym rozpalony. Trudno mi chodzić, bo nogi wydają się strasznie ciężkie, a w dodatku mam zawroty głowy i lekkie nudności. Nie jest to nic przyjemnego, ale w porównaniu do tego, co działo się ze mną po wyjściu z hibernacji, jest całkiem znośnie.
– Pytanie czwarte dotyczy pańskiego samopoczucia po zażyciu kroplówki, ale skoro odpowiedział pan na nie przy okazji trzeciego, to możemy je pominąć. To już wszystko. – Kobieta zatrzymała nagrywanie i zapisała je w pamięci tabletu. – I co? Chyba nie było aż tak źle, prawda?
– Może dla ciebie. Ty przynajmniej nie przypominasz żywego trupa.
– Słuchaj, Vel – głos drżał jej lekko – to, co przed chwilą mówiłeś, o tych nasilonych bodźcach… Nie przekoloryzowałeś tego trochę? Naprawdę było aż tak źle?
– Kiedy do mnie mówiłaś, miałem wrażenie, jakbym znalazł się w okopie na froncie pierwszowojennym. Ciągle tylko BUM!, ŁUP! i JEBUDU!!! jak z armaty. Tak właśnie to brzmiało.
– A ta kroplówka? Co czułeś? Znaczy wtedy, kiedy ci ją zakładałam.
– Na początku myślałem, że wyrwiesz mi całe przedramię. Przy założeniu kaniuli wydawało mi się, że dźgnął mnie jakiś gigantyczny skorpion. O kroplówce wolę nawet nie mówić… Dosłownie wypaliła mnie od środka.
– Boże, Vel… – Zakryła sobie usta dłonią. – A więc to dlatego tak wtedy zesztywniałeś. Przepraszam, ja… Ja nie miałam pojęcia. W sprawozdaniach ze wstępnych testów pisali o czymś podobnym, ale u żadnego z ochotników objawy nie były aż tak poważne. Naprawdę nie wyglądałeś inaczej niż zazwyczaj. Gdybym tylko wiedziała, to…
– To co? – wpadł jej w zdanie. – Wyłączyłabyś wszystkie buczące kriokomory w salce hibernacyjnej, czy może założyłabyś mi wenflon bez dotykania? Daj spokój, Kris, przecież się na ciebie nie gniewam. To nie twoja wina, że w pakiecie z jajami dostałem od ewolucji wybrakowany chromosom.
Słowa otuchy spłynęły po niej jak krople deszczu po szybie. Velmut nie spodziewał się z jej strony takiej reakcji. Przygotowywał się bardziej na tyradę na temat swojej głupoty, w trakcie której ona wypominałaby mu, że nie został w salce do jej powrotu, a on tłumaczyłby się, że był bardzo głodny, że nie wiedział, kiedy po niego przyjdzie, a tak w ogóle jak już wykonał pierwszy krok, to drugi jakoś sam się zrobił, a po nim trzeci, czwarty i tak dalej. Lekarka nie była jednak w nastroju do takich bezowocnych kłótni. Pochylała się ze spuszczoną głową, a jej szklisty wzrok uciekał gdzieś na bok, byle tylko nie widzieć Velmuta, któremu nie miała odwagi spojrzeć teraz w oczy.
Zrobiło mu się jej żal. Dlaczego ona zawsze musi taka być?, zamyślił się, patrząc, jak pogodną zwykle twarz zasnuwają ciemne chmury. Po prostu nie może przyjąć do wiadomości, że nie jest w stanie każdemu pomóc. To przecież ja zgodziłem się na wzięcie tej kroplówki. Ja, głupi, wyszedłem z salki, zamiast przeleżeć jeszcze trochę, aż sama po mnie przyjdzie. Dlaczego więc ona musi się za to obwiniać, skoro nie ma z tym absolutnie nic wspólnego? Velmut zawsze szanował w niej tę samarytańską postawę, lecz z każdym kolejnym wspólnym lotem coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że któregoś dnia wpędzi ją ona w szpony depresji.
– Powinnam była tam z tobą zostać i poczekać, aż zejdzie ci kroplówka – wymruczała, bardziej do siebie niż do niego. – Mogłam przynajmniej pomóc ci się ubrać i przejść po korytarzu… Kurwa, co ze mnie za lekarz?!
– Gdybyś została, to każdy twój wdech słyszałbym jak ryczące obok głowy tornado. Dzięki za troskę, ale moje własne sapanie było już dostatecznie denerwujące. Zamiast nade mną płakać, lepiej daj mi naklejkę. – Spróbował zmienić temat, licząc, że przyjaciółka przestanie się dzięki temu niepotrzebnie zamartwiać.
– Co? – Drgnęła nagle, wyrwana z burzy kotłujących się w czaszce myśli. – Jaką naklejkę?
– No jak to jaką? Naklejkę dla dzielnego pacjenta, żebym mógł przylepić ją sobie na ścianie. Bo przecież byłem dzielny, prawda? Chcę dostać taką fajną z dinozaurem i najlepiej, jakby jeszcze świeciła w ciemności.
Patrzyła na niego, trawiąc w myślach jego słowa. To, co powiedział, wydało się jej absurdalne i tak bardzo wyrwane z kontekstu, że potrzebowała kilku chwil, by przekonać samą siebie, iż nie było to tylko złudzenie. Gdy się jej to wreszcie udało, parsknęła perlistym, przyjemnym dla ucha śmiechem.
– Nie wierzę. – Zachichotała. – Ty naprawdę jesteś durny, wiesz?
Mechanik wyszczerzył zęby. Ciągle mu to powtarzała. Mówiła mu też, że jest niedojrzały, za dużo narzeka i stanowczo zbyt często klnie. Wiedział jednak, że w rzeczywistości lubiła jego ciężki, wisielczy humor, choć oczywiście sama nigdy by mu się do tego nie przyznała.
– Może i durny, ale za to dzielny. Naklejka mi się należy i sama dobrze o tym wiesz.
– Oj, dostaniesz coś o wiele lepszego niż naklejkę. Taki duży, odważny chłopiec zasłużył sobie na naprawdę wyjątkowy prezent.
Bezdenna kieszeń fartucha wypluła ze swych odmętów kolejną ampułkę. Tym razem zamknięty w niej płyn był gęsty i lekko brązowy, co upodabniało go do czekoladowego shake’a. Kris otworzyła buteleczkę i podała ją mężczyźnie, a ten opróżnił ją jednym, porządnym łykiem, po czym zwrócił właścicielce. Ciecz nie była tak wstrętna, jak się obawiał. W porównaniu do Dramtenabu jej gorycz zdawała się niezauważalna, a cierpki, dziwnie kamienny posmak był nawet ciekawy.
– Nienajgorsze – stwierdził. – A co to w ogóle jest?
– Pohatrex – odparła, karmiąc zamontowany w ścianie zsyp drugą już przekąską. – Środek uspokajający o lekko nasennym działaniu. Nie martw się, można bez problemu brać go na pusty żołądek. W zasadzie na czczo jest jeszcze skuteczniejszy. Prześpisz spokojnie kilkanaście godzin, a rano obudzisz się rześki i głodny, jakbyś od kilku miesięcy nie miał niczego w ustach. Choć to ostatnie to akurat prawda.
– Mówiłem ci już kiedyś, że jesteś wspaniała?
– Za każdym razem, kiedy akurat przychodzi pracować nam na tej samej zmianie. Zaczekaj chwilę.
To powiedziawszy, wyszła z kwatery i po rzeczonej chwili powróciła z kilkoma probówkami, trzymanymi w dłoniach odzianych w lateksowe rękawiczki. Uklęknęła przy łóżku i kilkoma wprawnymi ruchami odebrała do nich odrobinę krwi z kaniuli. Kolejną probówkę przystawiła mu do ust i poleciła do niej napluć. Nim wstała, wyrwała mu też z głowy kilka włosów, co skwitował zaskoczonym piśnięciem.
– No, to teraz już naprawdę wszystko. Powinnam jeszcze pobrać próbkę moczu, ale wyjątkowo ci to daruję. Wenflonu nie będę ci na razie wyciągać, bo jak już wstaniesz i tak będę musiała jej jeszcze trochę odebrać. – Pomachała fiolkami, przelewając zamkniętą w nich czerwień. – Zresztą i tak pewnie nie masz na to teraz ochoty, prawda?
– Ta, na jeden dzień mam już stanowczo za dużo wrażeń. Byłabyś może tak miła i zgasiła światło, zanim wyjdziesz?
Na pożegnanie rzuciła mu szybkie „dobranoc”, po czym nacisnęła przełącznik i opuściła pokój. Ciemność zalała ciasną kwaterę, pozostawiając jej lokatora sam na sam z własnymi obawami. Velmut starał się nie dopuszczać ich do głosu. Pragnął wierzyć, że odpoczynek dokończy to, czego nie zdołała kroplówka, a on sam obudzi się rześki i wypoczęty, mając w pamięci jedynie przykre wspomnienie poprzedniego dnia. Jeśli zaś okaże się inaczej…? Cóż, wolał nawet nie myśleć.
– Do dupy z taką robotą – burknął w otaczający go zewsząd mrok. – A żeby tak wszystko to po prostu wzięło i pierdolnęło, najlepiej razem ze mną. Niech to się wreszcie skończy. Chciałbym tylko… chciałbym… chciał…
Nie dowiedział się już, czego w zasadzie chciał. Nim marzenie zdołało narodzić się w jego głowie, Pohatrex niespodziewanie podjechał do niego w swej farmakologicznej karocy i otworzył przed nim jej drzwi. Mechanik nie miał nawet chwili, by się zastanowić. Jego umysł sam wszedł do środka i odjechał w niej do krainy tak upragnionego przezeń snu.
Dźwięk był dziwny. Z początku cichy oraz nieśmiały, lecz z każdą sekundą przybierał nieznacznie na sile. Jego przytłumiony, drażniący bębenki pisk przedzierał się gdzieś z oddali, tak jakby w którymś z sąsiednich pomieszczeń ktoś gotował sobie wodę na herbatę.
Chociaż nie, to jednak nie to. Ulatująca z czajnika para gwiżdże przecież miarowo i jednostajnie, a tym odgłosom daleko było do monotonności. Ich regularne świsty przetykane były gdzieniegdzie zgrzytliwymi nutami. Nasuwały bardziej skojarzenia z kocią muzyką, wygrywaną na tanim, wyjątkowo kiepsko wystruganym flecie. Dmuchający w instrument grajek wydawał się równie cudaczny, co trzymana przezeń piszczałka. Melodia z pozoru nie miała w sobie ani krztyny rytmu czy harmonii, a jednak wsłuchany w nią mężczyzna nie mógł pozbyć się wrażenia, że akordami jej kierował jakiś obcy, niepojęty porządek.
Normalny człowiek po prostu by ją zignorował. „To pewnie tylko alarm czyjegoś autonomobilu”, pomyślałby, po czym przewróciłby się na drugi bok, w nadziei, że irytujący jazgot sam za chwilę umilknie. Ale Velmut nie był normalnym człowiekiem. Nie przebywał w którejś z ziemskich megametropolii, okolonej kopułą księżycowej bazie ani też jednej z dwudziestu siedmiu marsjańskich arkologii. Leżał zamknięty na pokładzie przemierzającego kosmiczną nicość okrętu, gdzie tajemnicze odgłosy nie wróżyły nigdy niczego dobrego.
Jego ciało potrzebowało tylko chwili, by zerwać się z łóżka. Mechanik zorientował się, że stoi przy drzwiach dopiero wtedy, gdy wyczuł pod palcem obudowę włącznika. Niewiele myśląc, wdusił go tak mocno, że aż zatrzeszczał plastik. Nagły chrzęst przedarł się przez świszczący nie wiadomo skąd wizg, ale na wypełniających kwaterę ciemnościach nie zrobił najmniejszego wrażenia. Spanikowany Velmut nacisnął więc pstryczek jeszcze kilka razy, tak jakby miało mu to w czymkolwiek pomóc. Denerwujące klikanie odbijało się echem od ścian, lecz wciąż nie niosło ze sobą żadnego efektu. Atramentowa czerń nadal wlewała się w każdy zakamarek, a zanurzony w jej głębinach lokator dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo była ona gęsta.
Nie widział nic. Absolutnie nic. Ale jak to możliwe, skoro w kwaterze mieściło się kilka małych diodek zamontowanej tu elektroniki? W zasadzie to jedna z nich znajdowała się dokładnie przed jego twarzą. Widział jej czerwone światełko jeszcze wtedy, gdy Kris opuszczała pomieszczenie, życząc mu dobrej nocy. Lampka powinna mrugać więc do niego swą szkarłatną kropką, drobna oraz niepozorna niczym odległa o lata świetlne gwiazda.
Powinna, ale nie mrugała, podobnie jak żadna z jej sióstr. Zepsuły się? Ta niedorzeczna myśl umarła w głowie Velmuta równie szybko, jak się w niej pojawiła. Nie, nie mogły się tak po prostu zepsuć! Jedna tak, może nawet i dwie, ale zdecydowanie nie wszystkie i już na pewno nie w tym samym momencie.
Tylko w takim razie dlaczego się nie palą? Co się z nimi…?
I wtedy właśnie to do niego dotarło. Zimny pot pociekł mu strużką po karku, a serce zamarło na moment w piersi tylko po to, by po sekundzie wznowić pracę na najwyższych możliwych obrotach. Mógłby przysiąc, że słyszy jego szaleńcze łomotanie, w jakiś niepokojący sposób zgodne z nieziemskim taktem tej przygrywającej w oddali piszczałki.
Najpierw niedziałający włącznik, a teraz zgaszone diody. Elementy upiornej układanki dopasowały się z wolna jeden do drugiego, tworząc w umyśle mechanika ścinającą krew w żyłach odpowiedź – trzy zaledwie słowa, z pozoru proste i błahe, a jednocześnie tak potwornie wymowne:
– Nie ma prądu… – Wypowiedziane na głos brzmiały jeszcze straszniej. – Nie ma prądu. Nie ma prądu! Nie ma, kurwa, prądu!
Ale jak? Dlaczego? Velmut nie miał bladego pojęcia, w jaki sposób mogło do tego dojść. Przeczytał w swym życiu setki raportów serwisowych z rozmaitych lotów, lecz w ani jednym nie natrafił na ślad podobnej usterki. Czyżby w coś rąbnęli? Nie, na pewno nie. Statek monitorował przecież pobliską przestrzeń i w wypadku zagrożenia wykonałby odpowiednie manewry korekcyjne. Nie było szans, by systemy nie zauważyły samotnego kawałka pędzącej przez próżnię skały. Sam mężczyzna też by go zresztą nie przeoczył. Skoro ze snu wyrwać zdołał go fałszujący gdzieś w oddali flecista, to huk wbitego w pancerz kamulca tym bardziej zdołałby tego dokonać.
No więc jak? Co się stało? O co tu chodzi? Pytania te fruwały mu po czaszce na podobieństwo chmary tłustych much, niosąc ze sobą wizje nieuchronnej zagłady. Przypomniał sobie słowa, które wypowiedział tuż przed zaśnięciem. Ale przecież nie mówił tego poważnie! Był po prostu zmęczony! Zmęczony i tyle! Wcale nie chciał, żeby to wszystko wzięło i pierdolnęło, najlepiej razem z nim! Nie chciał, by się wreszcie skończyło! Nie chciał! Nie chciał! Nie chcia…!
– Dość!
Jego krzyk był równie głośny, co siarczyste plaśnięcie, jakie sam sobie zadał. Cios w twarz, o dziwo, przywrócił mu namiastkę pożartego przez nerwy spokoju. Weź się w garść, powtarzał, dasz sobie radę! Jeśli postoję przez chwilę i się nad tym zastanowię, to na pewno…
Zaraz, zaraz… „Postoję”? Właśnie! Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że przecież cały czas stał, czując w bosych stopach twardość nagiej, kwaterowej podłogi. A zatem sztuczna grawitacja wciąż jeszcze działała. Brak prądu dotknąć musiał więc tylko część statku, w dodatku tę najmniej istotną. Fakt ten dodał mężczyźnie nieco otuchy, uświadamiając mu, że sytuacja nie była aż tak dramatyczna, na jaką się z początku zapowiadała.
Wiedział już, co należało zrobić: w pierwszej kolejności znajdzie i upora się ze źródłem owych zagadkowych jęków, a gdy tylko umilkną, zajmie się przywróceniem prądu.
Sięgnął do stojącej tuż obok szafy i wymacał wiszącą w niej parę starych, roboczych spodni na szelkach, mocno zużytych, niemniej wciąż wiernych. Lata klęczenia starły tkaninę na kolanach, a plamki smaru wżarły się w nią tak głęboko, że żaden proszek nie zdołałby ich już stamtąd wygonić. Mimo to nigdy nie przyszłoby mu do głowy, by je wyrzucić. Każdy szanujący się mechanik posiadał takie ściorane, przybrudzone olejem portki, a w nich obszerną kieszeń na najpotrzebniejsze narzędzia.
To właśnie ona przykuła teraz jego uwagę. Odpiął jej klapę i wsadził dłoń do środka. Pogrzebał między klekoczącymi o siebie kluczami i śrubokrętami w poszukiwaniu niewielkiej latareczki. Gdy wreszcie wyczuł jej walcowaty uchwyt, wyszarpnął ją i nacisnął jej guzik. Jego powieki natychmiast się zamknęły, gdy nagła jasność zaatakowała przyzwyczajone do ciemności źrenice. Musiało minąć kilkanaście sekund szaleńczego mrugania, nim światło przestało go wreszcie razić. Maleńki pokoik tonął teraz w bladym poblasku, a panujące w nim do tej pory cienie wpełzły pod meble, zmuszone do ukrycia się w swych nielicznych kryjówkach.
Odłożył latarkę na łóżko i skierował jej promień na siebie. Wiedział, że styrane czasem porcięta będą mu potrzebne, toteż szybko wskoczył w nie kilkoma sprawnymi ruchami. Jedna z zapiętych w pośpiechu szelek przycięła mu sutek do krwi, a nogawki bokserek zwinęły się i nieprzyjemnie uwierały go w kroku, lecz w obecnej sytuacji nie miał czasu się tym przejmować.
Chwycił ponownie latarkę i wsunąwszy stopy w leżące obok łóżka buty, wyszedł z pokoju. Skaner chipów blokował drzwi jedynie od zewnątrz, toteż mężczyźnie wystarczyło tylko nacisnąć ich klamkę i przesunąć je w bok. Elektryczność nie była tu do niczego potrzebna.
Stanął jak wryty zaraz za progiem, porażony ukłuciem nagłego lęku. Znał korytarze statku lepiej niż własną kawalerkę na obrzeżach Nowego Melbourne, lecz w tym momencie po raz pierwszy poczuł się w nich zagubiony, niechciany oraz obcy. Bardziej niż hol przypominały mu wyłożoną metalowymi płytami pieczarę, skrytą głęboko w niedostępnych otchłaniach Ziemi. Wszystkiemu winien był mrok. Zamontowane w suficie lampy powinny włączyć się z chwilą wykrycia najdrobniejszego ruchu, co przy braku elektryczności oczywiście nie nastąpiło. Ciemność zalęgła się tu niczym pasożyt, oślizgła i lepka jak opar czarnego dymu. Jej atramentowe macki owijały się wokół mężczyzny z każdej niemal strony, czmychały niepewnie tylko tam, gdzie godził je stożek jego latarki.
– Weź się…
„…w garść, chłopie” – zamierzał dokończyć, nim słowa ugrzęzły mu w gardle. Choć wypowiedziane szeptem, wydały mu się nienaturalnie głośne i niepasujące do tego miejsca. Ukryte w ścianach mechanizmy, pracujące tłoczki oraz zgrzytające o siebie elementy przerwały swój niekończący się koncert, oddając całą scenę temu niewidocznemu fleciście. Na tle stłumionych pisków każdy dźwięk wydawał się krzykiem. Mężczyzna zdobył się jedynie na kilka głębokich wdechów na uspokojenie, lecz i je wykonał z przesadną ostrożnością, tak jakby szelest przepływającego przez nozdrza powietrza mógł zwabić coś, co czaiło się w mroku.
Zamknął oczy i zaczął obracać powoli głowę, usiłując określić kierunek, z którego dolatywały doń świergoty. Lewo? Tak, na pewno lewo. Skręcił więc i poszedł w tę stronę.
Nie potrafił zmusić nóg do niczego ponad powolny marsz. Każdy krok mierził go i drażnił, posyłając wzdłuż kręgosłupa nieprzyjemnie zimne mrowienie. Pacnięcia obutych stóp odbijały się od otaczających go ścian, gryząc się z przygrywającą w oddali melodią. Nie były tu mile widziane, podobnie jak wydający je człowiek. W tym pozbawionym światła królestwie panować mogły jedynie piski, których tembr wyrażał coraz większe niezadowolenie z obecności nieproszonego intruza.
Przystanął na moment przed drzwiami pokoju Kris. Nie słyszał odgłosów dochodzącej zza nich krzątaniny, toteż uznał, że medyczka wciąż jeszcze śpi. Zastanawiał się, czy nie powinien jej obudzić i poinformować o zaistniałej sytuacji. W zasadzie, jeśli już, to prędzej wypadałoby pójść z tym do kierowniczki zmiany, kimkolwiek by ona nie była. Porzucił jednak ten pomysł. Nie wiedział, która z dwóch widzianych przelotnie kobiet pełniła ową funkcję, a poza tym i tak nie miał ochoty dobijać się pięściami do ich drzwi. Coś z tyłu głowy podpowiadało mu, by tego nie robił. Był to ten cichy, odziedziczony po pierwotnych przodkach głosik, budzący się zawsze wtedy, gdy logika schodziła na dalszy plan. Stworzonko wypełzło ze swej norki, umościło się wokół podstawy jego czaszki i drapiąc w nią pazurkami, odradzało swemu właścicielowi nadmierne hałasowanie.
Mężczyzna nie zamierzał się z nim sprzeczać. Nie wierzył, rzecz jasna – oczywiście, że nie! – by za owe upiorne świergoty odpowiadało jakieś nadnaturalne i krwiożercze „coś”, przed którym przestrzegał go instynkt. Gdyby faktycznie tak było, to zamiast iść w ich stronę, czmychnąłby najdalej jak się dało, po czym zaszył się w jakiejś ciasnej dziurze, głęboko w trzewiach okrętu. Nie był jednak na tyle głupi, by kusić niepotrzebnie los. Bał się jak cholera i wcale nie wstydził się sobie do tego przyznać.
Przeszedł jeszcze kilka kroków, aż dotarł do skrzyżowania. Stanął na samym jego środku, tuż pod niedziałającą lampą, i zamknąwszy oczy, zaczął znów nasłuchiwać. Dokąd teraz? W prawo? Nie, zdecydowanie nie w prawo. I całe szczęście! Jeśli jakieś tajemnicze dźwięki naprawdę musiały panoszyć się na statku, to lepiej, że nie dochodziły z jego trzewi, jak choćby z napędu nadświetlnego czy hali hibernacyjnej dla kolonistek.
Czyli pewnie znowu w lew… Zaraz. Nie w lewo? To go zaskoczyło. Krótka ścieżka po jego lewej prowadziła do pracowniczej stołówki i kończyła się okrętową sterówką. To drugie pomieszczenie wypełniała masa różnego rodzaju paneli sterowniczych, pulpitów oraz wszelkiej maści pomocniczych konsol. W pierwszej chwili podejrzewał, że to właśnie któreś z tych urządzeń uległo awarii, a teraz przygrywało wesoło na tej kiepskiej fujarce. Instrument wyraźnie prowadził go jednak na wprost. A zatem usterka musiała wydarzyć się w laboratorium. Wydawało mu się to jedynym logicznym rozwiązaniem. Tam też znajdowała się przecież cała masa sprzętu, choć oczywiście nie tyle, ile w wypchanej nim po brzegi sterówce.
Wkroczył w ciemność ziejącego przed nim korytarza i już po pięciu krokach znalazł się przed drzwiami laboratorium. W przeciwieństwie do kwater pracowników, pomieszczenie za nimi miało charakter ogólnodostępny, dlatego nie blokował go zamontowany w ścianie skaner. Jedyną przeszkodę stanowiła klamka. Nacisnął ją i wszedł do środka, pewien, że za moment rozprawi się wreszcie z tym pieprzonym flecistą i połamie jego piszczałkę, która powoli zaczynała doprowadzać go do pasji.
Tym większe było więc jego zdziwienie, gdy wygrywana melodia przycichła zaraz za progiem. Promień latarki wydobył z mroku zarysy roboczych blatów, lecz muzyka nie mogła pochodzić z żadnego z postawionych na nich aparatów. Sekwenatory, termocyklery oraz wielgachny elektronowo-pozytronowy mikroskop pozostawały wyłączone, drzemiąc głucho w gęstej ciszy, która owionęła go, gdy tylko wkroczył do środka.
Ale jeśli nie tu, to gdzie? […]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Szósta zmiana
isbn: 978-83-8423-570-6
© Krzysztof Dratwa i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczytjakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazuwymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Małgorzata Piotrowicz
korekta: Anna Miotke
okładka: Oliwia Błaszczyk
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
