Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Karolina Lewestam chce nam opowiedzieć o wszystkich swoich matkach: o kobietach, które zabierały ją w podróże po dolnośląskich lumpeksach i szpitalach; które na strychu, pijąc domowe wino, przymierzały używane ciuchy i inne możliwe życia; które trwały latami przy wszystkich potrzebujących opieki. O tych, które były dla niej wtedy „starymi babami” i którymi nigdy nie chciała zostać.
Dziś, będąc w ich wieku, stawia pytanie o to, gdzie przebiegają granice między byciem dziewczynką, kobietą i „starą babą”. I czemu tak trudno się ponad nimi porozumieć.
Osią opowieści czyni ubrania – zwornik kobiecych rozmów, rekwizyt tworzenia tożsamości i wehikuł wspomnień. W centrum uwagi stawia kobiece ciało, które z ciała dziewczyny staje się ciałem matki. Które niepostrzeżenie zaczyna być walutą i towarem, by nagle przestać być obiektem pożądania. Które zdaje się być niezwyciężone, a potem nieuchronnie zawodzi.
W tej intymnej, pełnej absurdalnego humoru opowieści Lewestam staje obok Miry Marcinów, Elizy Kąckiej i Katarzyny Sobczuk. Poddaje własne życie literackiemu namysłowi, mierząc się z kulturowym obrazem kobiecej młodości i starości.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 185
Data ważności licencji: 3/18/2033
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Projekt okładki Kira Pietrek
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Copyright © by Karolina Lewestam, 2026
Redakcja Magdalena Budzińska
Korekta Agata Milewska / d2d.pl, Karolina Górniak-Prasnal / d2d.pl
Skład Ewa Ostafin / d2d.pl
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-295-5
Większość tej książki jest prawdą, część jest nieprawdą, a co do reszty – nie jestem pewna. Imiona i kolejność zdarzeń bywają zmienione; tekst został skonsultowany z żyjącymi matkami.
K. L.
Ciotki nie były piękne, nie miały nic z wróżek.
Były dzielne, szczawiowe, barchanowe żony.
Nie miały złotych włosów ani cienkich nóżek,
ani oczu złowrogich o rzęsach zdziwionych.
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Ciotki
1. Nie jestem w stanie nie trząść się, kiedy widzę różową bluzę z Esprit.
(Róż jasny, wręcz majtkowy, szerokie troczki przy kapturze, w paseczki; ŻADNEJDZIURY).
Różowa bluza z Esprit jest jednym z wielu ubrań, których nie potrafi wyrzucić moja matka (ŻADNEJDZIURY).
Już dwadzieścia lat temu, na studiach, chcę wyrzucić bluzę z Esprit (napis się starł, sfatygowana); mama ją przechwytuje, bo może ktoś, może coś, może ona ponosi; może Ula (córka cioci Janki). To oczywiście mydlenie oczu, Ula nawet nie zobaczy tej bluzy, nawet jej nie powącha; mama wsadzi ją w kupę ciuchów i zacznie z nią CZYHAĆ.
Od tego czasu, od dwóch długich dekad, zawsze, kiedy przychodzę do niej, wyskakuje nagle z tą pieprzoną bluzą:
No wzięłabyś ją sobie
Zobacz, że ładna
ŻADNEJDZIURY
Nie chcę ci nic mówić
Wkurzysz się, ale
No weź
Do jasnej cholery – drę się – nie chcę tej cholernej bluzy, przecież ty mi życie niszczysz tą bluzą, kobieto, zabieraj to truchło ode mnie, zabieraj tę szmatę, bo dostanę apopleksji, jestem już starą babą, zestarzałam się, ale ta bluza jest ode mnie starsza, bo jeden rok w życiu bluzy to pięć lat w życiu człowieka, ta bluza jest na ostatnich nogach, ta bluza błaga o odłączenie aparatury, o co ci w ogóle chodzi, czy ty nie rozumiesz słowa „nie”, ile to już lat, czy ty wiesz, co to są ludzkie granice, nie czytasz w internecie o granicach, przysięgam, że jak zostanę z nią sam na sam, to ci ją potnę, wcisnę do dolnopłuku, będę w nią walić kijem bejsbolowym, bo po prostu nie mam już żadnych innych argumentów –
No dobra, dobra, nie było sprawy, już wraca do szafy, o co te nerwy?
Rok temu mama prosi mnie o pomoc w selekcji; jest tyle niepotrzebnych ubrań. Przygotowujemy wielki czarny wór z rzeczami do pojemnika PCK na rogu ulicy. Jest w nim różowa bluza z Esprit.
Daj, wyrzucę te ciuchy, mówię.
Nie, nie, wsadzę do bagażnika i sama wyrzucę tu po drodze, i tak będę jechała.
OK.
Ale coś mnie tknęło. Wychodzę na balkon jej mieszkania i patrzę, jak się zatrzymuje przy pojemniku. Otwiera bagażnik i zamiast wywalić worek, zaczyna wyciągać z niego szmatę po szmacie. Prezentuje je sobie w wyciągniętych rękach, przekrzywia głowę, jakby widziała je pierwszy raz. Ogląda. Pomarańczowy sweter, szara spódnica z dżerseju, potem coś, czego nie mogę dojrzeć. Co obejrzy, wrzuca z powrotem do bagażnika.
I wtedy miga mi ten majtkowy róż
I wtedy miga mi
Klnę jak ciocia Arleta, kurwa, kurwa, kurwa
Nigdy się nie uwolnię
Nigdy
Nigdy
Nigdy
2. Być może ty też się nigdy nie uwolnisz, córeczko. Być może przeczuwasz to i jest ci z tym ciężko. Być może mimo to obiecujesz sobie, że tobie uda się uciec.
3. Też byłam przekonana, że mi się uda. I powiem ci, że późno, bo dopiero koło czterdziestki, po raz pierwszy pomyślałam: jedynym sposobem na wolność jest zaakceptować zniewolenie. Ubrać się w różową bluzę z Esprit. Zapiąć zamek aż pod szyję. Niech się dżersej wklei w skórę, niech jej urosną rękawy; niech się owiną wokół stóp, kostek, ud.
Żeby nie było wątpliwości, że nie da się uciec.
Ale przynajmniej niech będzie wiadomo dlaczego.
4. Kochana córko, jestem w ciekawym miejscu na osi czasu – mniej więcej pośrodku życia. Z tego miejsca widać oba jego końce. Przeczuwam w sobie moją matkę, ale też pamiętam w sobie ciebie. I, co tu dużo mówić, ta pamięć trochę mnie boli. Ale – wstyd się przyznać – ból nie wynika ze współczucia dla cierpień, przez które teraz przechodzisz. Najgorsze jest podejrzenie, że teraz ty patrzysz na mnie tak, jak ja patrzyłam na swoją matkę.
I to jest, moja córko, trudne do zniesienia. Przecież ja tak bardzo nie chciałam być nią. Wiem więc, że teraz ty bez względu na wszystko nie chcesz być mną. Z tego rodzi się bunt: dlaczego widzisz mnie źle? Nie powinnam być tak widziana. Robisz błąd, muszę go naprawić, muszę! Muszę powiedzieć ci, jak jest naprawdę. To z jakiegoś powodu absolutnie najważniejsze.
Próbuję więc pisać do ciebie, karmiąc się nadzieją, że jakąś zgrabną frazą, jakąś żonglerką słowną, historią, opowieścią uda mi się wyprostować twoje spojrzenie.
5. Oczywiście w pisaniu do ciebie nie chodzi wyłącznie o poprawianie własnego wizerunku. Jest też tęsknota. Twoja młodość (to naturalne) każe ci za wszelką cenę się ode mnie odsuwać, tymczasem ja mam w sobie zachłanność na ciebie, która mnie ciągle zaskakuje. Czasem czuję się przez to jak nieefektywny drapieżnik, na przykład wilk, bo widziałam kiedyś film przyrodniczy, w którym filmowane z drona stado bizonów uciekało w śniegu przed wilkami. Wilki wyglądały, jakby po prostu szły sobie za bizonami, łapa za łapą, tyle że pierwszy wilk, tak jak ja w ciebie, co chwilę próbował wgryźć się w ostatniego bizona, to z lewej, to z prawej; a na śniegu pojawiały się kolejne plamy krwi. (No ale sama powiedz, co miał zrobić wilk, skoro bizon nie chciał się zatrzymać?)
6. Tyle chcę ci opowiedzieć. Ale – czy matki da się słuchać?
Nie mam na myśli tego, co powiedział kiedyś mój kolega John, gdy zadzwoniła do niego matka: „Nie odbiorę, bo mi zżuje ucho” – matka była tu figurą nieznośną w swoim nieskończonym pierdoleniu, jednostajnym czepianiu się i opowiadaniu o sąsiadach i innych sprawach, które ani trochę go nie zajmowały. Moje pytanie nie dotyczy treści ani nawet formy matczynych wypowiedzi; jest, wybacz mi to słowo, filozoficzne: czy da się w ogóle SŁYSZEĆ matkę?
Mam poważne wątpliwości.
Ja przecież nie słyszałam swoich matek. Dobrze wiem, co się działo z ich słowami – dusiły się w powietrzu, a potem lądowały przede mną, podskakując, jak zdychające ryby na pomoście.
Patrzę teraz na moje słowa do ciebie: kiedy je wypuszczam, są jak kolorowe dorady, jak tropikalne ławice. Ale twój młody wzrok w jednej chwili zmienia je w półśnięte bałtyckie śledzie. Pac, pac, pac, spadają. Wtedy wstydzę się za nie; najchętniej wsadziłabym je sobie z powrotem do ust.
Nie, niech tam leżą
Może zauważy
Może podniesie
Nie chcę ci nic mówić
Wkurzysz się, ale
No weź
7. To jest historia wszystkich moich matek. Jeśli mam być szczera, to opowiadam ją tak naprawdę w akcie samoobrony (to się, mam nadzieję, wyjaśni później).
Moimi matkami były moja matka i moje ciotki. Było ich dużo, czasem trzy, czasem sześć. I widzisz, na początku tak naprawdę chciałam być nimi. Ale żebyś to zrozumiała, najpierw muszę ci opisać Wielką Kupę Ubrań, niekiedy zwaną też Wielką Kupą Szmat.
Postaram się to zrobić poetycko (może w ten sposób zatrzymam twoją uwagę).
8. Najbardziej chciałabym, żebyś nie musiała oglądać Kupy moimi oczami, tylko żebyś się tam przeniosła w ramach wymiany czasowej, jak studentka międzypokoleniowego Erasmusa. Pewną przyjemność sprawia mi wyobrażanie sobie ciebie na moim miejscu, jak wchodzisz na strych naszego domu w przygranicznym mieście J. (tam przeniosłyśmy z mamą Kupę z naszego pierwszego domu, mieszkania w poniemieckiej kamienicy przy ulicy Szewskiej). Najpierw pewnie poczułabyś zapach, niby stęchły, ale z nutami suszonego na słońcu lnu. Potem zobaczyłabyś (na przykład) wełnisty kołnierz kożucha, który, sądząc po wyświechtanym zamszu, wydarto z szafy tak zapomnianej i głębokiej, że mógłby pochodzić z Narnii. Po kożuchu ślizgałby się, powiedzmy, błękitny strój do łyżwiarstwa figurowego pokryty brokatem, streczowy i wyzywający, stanowiąc dość szokujący kontrast wobec martwego palta. Oto właśnie strój przesuwa się szarpliwymi ruchami w stronę wiru jedwabiu, na który składają się koszulki nocne i halki oraz całe naręcza seksownych peniuarów, nigdy nieużywanych, nabytych wyłącznie z powodu tekstylnego FOMO, bo sama powiedz, jak nie kupić czegoś, co jest lekkie (kupuje się na wagę), a na metce ma napisane „100% silk”?
Wir jedwabiu wybrzusza się teraz, pulsuje – i spod niego, ciągnięta za szarfę pełniącą funkcję paska, wyślizguje się trawiastozielona suknia balowa, ozdobiona wielkimi cyrkoniami; pod nią widać inne takie suknie, ich tafty, satyny i tiule, wszystkie pogrążone w stuporze, jaki przystoi tylko ubraniom całkowicie pozbawionym nadziei na ciało, które mogłoby je wypełnić (a jednak czujesz, że jest w nich jakaś moc, jak w starej śpiewaczce operowej, o której dawno zapomniano, ale przecież mogłaby istnieć dla niej gdzieś jeszcze rola życia). Ruch sukien podrywa nakrycia głowy, które zsypują się na boki – to kaszkiety w stylu Sherlocka, rosyjskie uszanki na futrze i kolorowe kapelusze jakby żywcem zdjęte z królowej Elżbiety. Teraz widać też spódniczki tenisowe, których jest tam co najmniej pięć; są tak bardzo tenisowe, że jeśli przymrużyć oczy, gasząc w ten sposób pokrywające je plamy, niemal czuje się zapach zielonych piłek. Głębiej widać amerykańskie podkoszulki opisane nazwami geograficznymi, jak czerwone baloniki na Google Maps sterczące spomiędzy plątaniny ciuchowych ulic („Miami Beach”, „Wisconsin”, „I love New York”), potem pyszniące się żabotami eleganckie bluzki; a potem żakiety, masa żakietów, co jest tym dziwniejsze, że oprócz cioci Janki żadna z moich matek nie ma normalnej pracy, do której żakiet mógłby się przydać; po prostu naprawdę trudno w lumpeksie przejść obojętnie wobec dobrego żakietu – więc wśród zaopatrzycielek Kupy panuje polityka no żakiet left behind(jeśli ŻADNEJDZIURY oczywiście).
I możesz teraz podążyć wzrokiem za tym ruchem, tym przewalaniem się tekstyliów, i zobaczyć, że to nie Kupa się rusza, ale ruch nadawany jest jej z zewnątrz; że tasiemki, rąbki, kołnierze i paski są ciągnięte przez kilka par dłoni, a dłonie te należą do wszystkich moich matek. Bo to one właśnie siedzą wokół Wielkiej Kupy Ubrań, oplecione nićmi i wstążkami, i przebierają, przymierzają, wyciągają, dopasowują; podają sobie i wyrywają, i rozmawiają, rozstrzygają, debatują.
Arleta: Daj mi tę koronkową bluzkę, Aldona
Malinka: Nic nie mówię
Aldona: Malinka mówi, że cię pogięło
Malinka: Milczę
Aldona: Patrz, Malinka mówi, że będziesz wyglądała jak dzidzia piernik
Malinka: Nic nie mówiłam
Arleta: Odpierdolcie się ode mnie, biorę i chuj
Aldona: I wyobrażacie sobie, jak mnie wtedy wkurzył
Malinka: Też bym się zdenerwowała, to okropne
Aldona: Przecież tak nie można, aż coś tak poczułam o tu, aż mi się płakać chciało
Malinka: Nie dziwię ci się, tak samo miałam, kiedy
Arleta: Przestańcie się użalać nad sobą i podajcie mi tę bluzkę, do kurwy nędzy
Malinka: Zapłacę ci, żebyś tego nie brała
Arleta: Nie stać cię, nie masz tyle pieniędzy, biorę i chuj, będę w niej chodzić do kurnika
Aldona: Do kurnika szkoda, może ja bym jednak wzięła? Pod żakiet
Arleta: Noż kurwa, zawsze to samo, teraz ona nagle chce, no weź, Aldona, ty jej nawet nie założysz
Aldona: A ty się zmieścisz w ogóle? Nie żeby tego
Malinka: Nie wytrzymam z wami. Róbcie, co chcecie. Zrobiłam, co mogłam
Aldona: Jeszcze piwo?
Arleta: Nie zmieniaj tematu
Aldona: Czyli nie chcesz?
Arleta: Dawaj
9. Trzon Kupy (poza ciuchami przysyłanymi przez ciocię Lalkę z Ameryki, o których za chwilę) stanowiły plony mozolnie zbierane przez matki w przygranicznych lumpeksach, które wykiełkowały wokół nas na początku lat dziewięćdziesiątych. Plony, jak widzisz, były wszelakie: letnie, jesienne; czasem kwietne bawełną jak czerwce, a czasem styczniowo futrzane. Można było zidentyfikować wśród nich watowaną bluzę z uśmiechniętą Różową Panterą i co najmniej dwa serdaki, a nawet, z jakiegoś powodu, niezborną przepowiednię w postaci śpioszków na czyjąś bardzo wczesną wiosnę życia. Pory roku w świecie lumpów mieszały się ze sobą i dożynki trwały wiecznie – nawet w samym środku zimy można było pojechać naszym zielonym Cinquecentem za miasto, zostawiając za sobą czarne ślady kół na cierpkim śniegu, i w kowarskim czy piechowickim, a nawet, jeśli dzień był długi, kaczorowskim lumpeksie zebrać ogromne kosze dóbr, po brzegi wypełnione szmacianymi, lekko tylko nadgniłymi owocami.
10. Pewnie zastanawiasz się, po co komu taka Kupa, po co było tak jeździć, zbierać, nabywać? Odpowiedź, jak wtedy sądziłam, była prosta i trochę banalna: ciucharnia była lokalną biblioteką snów. Eliksirem wielosokowym, dzięki któremu można było zostać tenisistką, prawniczką z kancelarii na Wojska Polskiego, studentką, rozkoszną Lolitą, Francuzką w berecie, której obcasy ślizgają się po błyszczącym od deszczu bruku, a nawet, kurde, Katariną Witt. Wystarczyło pojechać na przykład do Mysłakowic – gdzie mieścił się jeden z bardziej kontrowersyjnych lumpeksów, z wyjątkowo syfiastym towarem zsypywanym z czarnego Żuka prosto do przydomowej piwnicy, w której tęga boginka tekstyliów z papierosem na stałe przytwierdzonym do dolnej wargi łypała na klientki, jakby każda z nich próbowała nielegalnie wcisnąć sobie do torby jakieś przetarte na kolanach kalesony – wystarczyło wejść i zauważyć…
…i dotknąć wystającego kawałka szyfonu z pajetkami, pociągnąć, zobaczyć, jak z bagna szmat wyłania się kształt świetnie zachowanej sukni wieczorowej…
…a potem włożyć ją na podkoszulek i spodnie i patrzeć w chmurnym lustrze na swoje migoczące odbicie (w tle niezmiennie poniemiecka piwnica dotknięta szmacianym trądem) – i wtedy widać było bardzo wyraźnie, że nie jest się stąd, że jest się wyciętym z innego świata i przylepionym tutaj jak znaczek.
I nagle świat znaczka stawał się bardziej realny niż bawełniano-poliestrowy czyściec rozpościerający się dookoła, na jeden krótki moment ten piękny świat połykał wszystko wokół
jak strzał morfiny
jak narkotyk.
Pławienie się w tych fantazjach skutkowało oczywiście nabywaniem stert ciuchów, które były zasadniczo nie do noszenia, które najczęściej traciły swoją moc zakrzywiania rzeczywistości, gdy tylko wylądowały na Wielkiej Kupie. Ale zanim tam zaległy, potrafiły dać matkom momenty w lepszych albo chociaż dziwniejszych matrixach.
11. Musisz wiedzieć, kochana córeczko, że ja też jeździłam z matkami na lumpy i nieobcy był mi dreszcz, który towarzyszy podłączaniu się pod scenariusze i obrazy za pomocą szmat.
Przywoziłam więc z wypraw rzeczy takie jak:
– wielki zielony sweter po kolana, bo Gitarą i piórem, a także chorałem dzwonków
– dzwony ze sztruksu, bo 90s were the new 70s
– koszule w kratę, bo Axl Rose
– białe tank topy, zwane wówczas podkoszulkami na ramiączkach, bo Alicia Silverstone w Cryin’ i Liv Tyler w Crazy
– sznury tylko ciut zbutwiałych drewnianych korali znalezione na dnie kosza w piechowickiej ciucharni (Janis Joplin, ostateczne starcie)
– żakiet, bo może coś, może ktoś, wszak kiedyś musiała nadarzyć się okazja, przecież widziałam nieraz w telewizji, że żeby cokolwiek robić publicznie, to koniecznie w żakiecie (a za żakietami, czy tymi ściąganymi do Kupy przez matki, czy przeze mnie, sunęła zawsze ich armia przyboczna, czyli pojemna kategoria szmat, które określano mianem „pod żakiet”: bluzki i koszule zbyt brzydkie na samodzielne podboje, przybrudzone pod pachami albo naddarte na plecach. Zamiast je wyrzucać, obiecywano im role drugiego planu, bo przecież teoretycznie mogły jeszcze na odchodnym wspomóc jakiś żakiet i wychylić się spod sztywnego kołnierza, żeby „rozjaśnić” albo „przełamać”, albo „zmiękczyć”, jak również „zapewnić kolorystyczny kontrapunkt”; właściwie to szkoda, że tych żakietów koniec końców nie nosił prawie nikt. Podobnie zresztą jak bolerek, których też było mnóstwo. One z kolei służyły uprawomocnianiu szmat bez rękawów lub zbyt wydekoltowanych, a jednak wciąż jakoś atrakcyjnych – nie trzeba było się ich pozbywać, wystarczyło sobie powiedzieć, że pewnego dnia, gdy nadejdzie dobry moment, narzuci się na nie bolerko)
– granatowe spodnie narciarskie, dzięki Bogu, i nic to, że starego typu, z przylegającej do ciała pianki, bo gdyby nie wydała mi ich lumpiana macierz, nigdy nie posmakowałabym nart. (W broszurze Sportowcy ziemi jeleniogórskiej 1945–2010, wydanej przez urząd miasta, czytamy: „Sympatyków narciarstwa alpejskiego, którzy osiedlili się po wojnie na ziemi jeleniogórskiej, ucieszył fakt, że w Karkonoszach jest wiele stoków narciarskich, co umożliwiało uprawianie i rozwój tej dyscypliny sportu” – otóż niestety nie mojej babci, nie rodzicom ani też mnie, bo ja nie miałam stroju, nie miałam nart, miałam tylko kijki, a z samymi kijkami nie przyjmowano ani do Gili, ani do KS Aesculap, klubów narciarskich zrzeszających młodzież z rodzin zdecydowanie bardziej wygranych w procesie transformacji. Ale kiedy jedna z matek dała mi stare narty, a lumpeks wydał mi te wspaniałe granatowe spodnie, stoki Karpacza i zbocza Szklarskiej nagle stanęły przede mną otworem).
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.
czarne.com.pl
Wydawnictwo Czarne
@wydawnictwoczarne
Sekretariat i dział sprzedaży:
ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
Dział promocji:
Al. Jana Pawła II 45A lok. 56
01-008 Warszawa
Opracowanie publikacji: d2d.pl
ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków
tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]
Wołowiec 2026
Wydanie I
