Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Szkoła uczuć to błyskotliwa i niezwykle zabawna powieść o dorastaniu. Główna bohaterka jest uczennicą prestiżowego prywatnego liceum i mieszkanką internatu. Szybko przekonuje się, że jej szkoła to hermetyczny światek zblazowanych, bogatych i urodziwych nastolatków, i czuje się w niej jak przybysz z innej planety. Skomplikowane relacje z nauczycielami, przyjaźnie z dziewczynami, fascynacja jednym z chłopaków, konflikty z coraz bardziej dalekimi rodzicami, a wreszcie inicjacja seksualna ? wszystko to stapia się w spójny portret okresu dojrzewania, który jest doświadczeniem uniwersalnym w przypadku nas wszystkich.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Publiczna w Lubowidzu
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 756
Rok wydania: 2007
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Curtis Sittenfeld
SZKOŁA UCZUĆ
TYTUŁY ROKU 2008
Woody Allen - CZYSTA ANARCHIA
Jay Asher - TRZYNAŚCIE POWODÓW
Paul Auster - CZŁOWIEK W CIEMNOŚCI
Jonathan Carroll - ZAKOCHANY DUCH
Belen Gopegui - ZDOBYWANIE POWIETRZA
Lucia Etxebarria - MIŁOŚĆ, CIEKAWOŚĆ, PROZAC
I WĄTPLIWOŚCI
Elizabeth Gilbert - JEDZ, MÓDL SIĘ, KOCHAJ
Sara Gruen - WODA DLA SŁONI
N. H. Kleinbaum - STOWARZYSZENIE UMARŁYCH POETÓW
Harper Lee - ZABIĆ DROZDA
David Lodge - SKAZANI NA CISZĘ
Joyce Carol Oates - CÓRKA GRABARZA
Curtis Sittenfeld - SZKOŁA UCZUĆ
John Updike - CZAROWNICE Z EASTWICK
William Wharton - PTASIEK
Jeanette Winterson - DYSKRETNE SYMETRIE
Curtis Sittenfeld
SZKOŁA UCZUĆ
Przełożyła Katarzyna Karłowska
DOM WYDAWNICZY REBISPOZNAŃ 2008
Tytuł oryginałuPrep
Copyright © 2005 by Curtis SittenfeldAll rights reserved
Copyright © for the Polish edition by REBIS Publishing House Ltd.,Poznań 2007
Redaktor
Katarzyna Raźniewska
Opracowanie graficzne serii i projekt okładkiLucyna Talejko-Kwiatkowska
Ilustracja na okładce
Lucyna Talejko-Kwiatkowska
Wydanie I (dodruk)
ISBN 978-83-7301-931-7
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.
ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznańtel. 061-867-47-08, 0-61867-81-40; fax 061-867-37-74e-mail: [email protected]
Dla moich rodziców, Paula i Betsy Sittenfeld; moich sióstr, Tiernan i Josephine; oraz brata, P.G.
JESIEŃ W PIERWSZYM ROKU
Uważam, że wszystko, albo przynajmniej część wszystkiego, co mi się przydarzyło, zaczęło się od nieporozumienia z architekturą Rzymu. Historię starożytną miałam tamtego dnia na pierwszej lekcji, zaraz po nabożeństwie i porannym apelu, który właściwie wcale nie był apelem, tylko serią ogłoszeń odczytywanych w ogromnej sali z sześciometrowymi palladiańskimi oknami, lasem ławek z blatami na zawiasach, które się podnosiło, by móc schować do środka książki, oraz mahoniowymi panelami na ścianach - po jednym dla każdego rocznika od czasu założenia szkoły imienia Aulta w 1882 roku - z wyrytymi nazwiskami wszystkich absolwentów. Apel prowadziło dwóch prefektów czwartego rocznika, którzy stali za ławką ustawioną na podium i wywoływali kolejno osoby, które zapisały się zawczasu, że chcą coś ogłosić. Moja ławka, przydzielona zgodnie z alfabetem, stała blisko podium, a ponieważ nie gadałam z ludźmi z mojego rocznika siedzącymi dookoła mnie, podczas chwili zastoju przed apelem przysłuchiwałam się rozmowom prefektów z nauczycielami albo innymi uczniami. Prefektami byli Henry Thorpe i Gates Medkowski. To był mój czwarty tydzień w szkole i o Ault wciąż jeszcze wiedziałam mało, ale zdążyłam się zorientować, że Gates to pierwsza dziewczyna w historii szkoły wybrana na prefekta.
Ogłoszenia nauczycieli były krótkie i treściwe: „Proszę pamiętać, że termin oddawania podań o przydzielenie wybranego doradcy upływa w czwartek w południe”. Z kolei ogłoszenia uczniowskie były długie - im dłuższy był apel, tym krótsza pierwsza lekcja - i naszpikowane dwuznacznościami: „Trening piłki nożnej chłopaków odbywa się dzisiaj na boisku Coatesa, które, na wypadek, gdybyście nie wiedzieli, gdzie jest, znajduje się za domem pana dyrektora, a jeśli nadal nie wiecie, gdzie to jest, to pytajcie Freda. Gdzie jesteś, Fred? Może byś tak raczył podnieść tę rękę, stary? A oto i Fred, czy wszyscy widzą Freda? Okay, a więc boisko Coatesa. I pamiętajcie - przynieście swój sprzęt”.
Kiedy wszystkie ogłoszenia zostały już odczytane, któreś z dwojga, Henry albo Gates, wdusiło przycisk wmontowany z boku ławki, w całym budynku szkoły rozbrzmiał dzwonek i wszyscy poczłapaliśmy do klas. W ramach historii starożytnej robiliśmy prezentacje z różnych tematów; tego dnia ja byłam jedną z osób, która miała prezentację. Z książki z biblioteki skopiowałam ryciny przedstawiające Koloseum, Panteon i termy Dioklecjana, po czym nakleiłam te rysunki na kawał brystolu i obrysowałam krawędzie zielonym i żółtym pisakiem. Wieczorem poprzedniego dnia stanęłam przed lustrem w łazience w moim internacie, by przećwiczyć, co powiem, ale potem ktoś wszedł, więc udałam, że myję ręce, i wyszłam.
Byłam trzecia w kolejności; tuż przede mną miał wystąpić Jamie Lorison. Pani Van der Hoef ustawiła mównicę na przedzie klasy i Jamie stanął za nią, ściskając w ręku fiszki.
- Prawdziwym hołdem dla rzymskich architektów - zaczął - jest to, że tak wiele budowli, które zaprojektowali ponad dwa tysiące lat temu, istnieje do dzisiaj, dzięki czemu współcześni ludzie mogą je zwiedzać i podziwiać.
Serce skoczyło mi do gardła. Geniusz rzymskich architektów to był mój temat, nie Jamiego. Miałam trudności ze słuchaniem dalszego ciągu, aczkolwiek docierały do mnie niektóre znajome frazy: „budowano akwedukty, które dostarczały wodę...” „Koloseum, zwane pierwotnie Amfiteatrem Flawiuszów...”
Pani Van der Hoef stała po mojej lewej ręce. Wychyliłam się w jej stronę.
Chyba mnie nie usłyszała.
Wyciągnęłam rękę - później ten gest wydał mi się szczególnie upokarzający - i dotknęłam jej ręki. Była ubrana w sukienkę z rdzawego jedwabiu, z kołnierzykiem i cienkim rdzawym paskiem; tylko musnęłam palcami ten jedwab, ale ona się wzdrygnęła, jakbym ją uszczypnęła. Spojrzała na mnie groźnie, potrząsnęła głową i oddaliła się o kilka kroków.
Po chwili jego prezentacja dobiegła końca. Wcześniej, aż do tamtego dnia, nie czułam nic do Jamiego Lorisona, który był rudy, chudy i głośno oddychał, ale kiedy tak patrzyłam, jak wraca na miejsce, z wyrazem anielskiego samozadowolenia na twarzy, czułam do niego obrzydzenie.
Czułam, że wszyscy patrzą na mnie z rosnącym zainteresowaniem. Ault chlubiło się między innymi liczbą nauczycieli w stosunku do uczniów; na lekcji było nas tylko dwanaścioro. A jednak kiedy wszyscy naraz skupili na mnie wzrok, ta liczba wcale nie wydawała się taka mała.
Podeszła do swojego biurka, przejechała palcem po jakiejś kartce. Patrzyłam na nią, kiedy do siebie mówiłyśmy, a teraz, gdy się odwróciła, nie wiedziałam, co zrobić z oczyma. Wszyscy nadal mnie obserwowali. Podczas tego roku szkolnego odzywałam się na lekcji tylko wtedy, kiedy mi kazano, co nie zdarzało się często; pozostali uczniowie Ault rwali się, by brać we wszystkim udział. W moim gimnazjum w South Bend w Indianie wiele lekcji przeobrażało się w dyskusję jeden na jeden między mną a nauczycielem, podczas gdy reszta uczniów myślała o niebieskich migdałach albo leniwie bazgrała coś w zeszytach. Tutaj natomiast fakt, że przeczytałam zadaną lekturę, ani trochę mnie nie wyróżniał. W rzeczy samej nic mnie nie wyróżniało. A teraz, w ramach mojego najdłuższego dotychczas dyskursu, zaprezentowałam się jako osoba nienormalna i głupia.
Podsunęła mi pod nos kartkę i zobaczyłam swoje nazwisko - „Lee Fiora: Igrzyska” - wypisane jej charakterem pisma, tuż pod „James Lorison: Architektura”. Zapisywaliśmy się na poszczególne tematy przez podniesienie ręki; najwyraźniej źle mnie zrozumiała.
Wytrzeszczyłam na nią oczy.
Kiedy wstawałam, brałam do ręki zeszyt i arkusz brystolu, do głowy przyszła mi myśl, że przyjazd do Ault był kolosalnym błędem. Nigdy się z nikim nie zaprzyjaźnię; ze strony ludzi z mojego rocznika będę mogła liczyć w najlepszym razie na politowanie. Już było dla mnie oczywiste, że jestem od nich inna, ale dotąd wyobrażałam sobie, że na jakiś czas się przyczaję, wyczuję ich, a potem przeobrażę siebie na ich podobieństwo. Tymczasem zostałam zdemaskowana.
Uchwyciłam się mównicy i wbiłam wzrok w notatki.
Po drugiej stronie korytarza znajdowała się damska toaleta, ale wiedziałam, że tam lepiej nie wchodzić, bo łatwo będzie mnie znaleźć. Dopadłam do schodów, zbiegłam na parter i wyszłam z budynku bocznymi drzwiami. Na dworze świeciło słońce i było zimno, a dzięki temu, że prawie wszyscy siedzieli na lekcjach, teren szkolny wydawał się przyjemnie pusty. Pobiegłam w stronę internatu. Może należało w ogóle odejść: podjechać stopem do Bostonu, tam złapać autobus, wrócić do Indiany. Jesień na Środkowym Zachodzie będzie piękna, ale nie do przesady - nie tak jak w Nowej Anglii, gdzie liście nazywają poetycko listowiem. W naszym domu w South Bend moi młodsi bracia wieczorami kopali piłkę na podwórku, a potem przychodzili na kolację, śmierdząc chłopięcym potem; obmyślali, w co się przebrać na Halloween, a ojciec, drążąc dynię, podnosił nóż i zataczał się na braci z obłąkańczym grymasem na twarzy, a kiedy oni uciekali z wrzaskiem do drugiego pokoju, matka go upominała: „Przestań ich straszyć, Terry”.
Doszłam do dziedzińca. Budynek, w którym wychowawczynią była pani Broussard, stał wśród internatów po wschodniej stronie kampusu: cztery internaty dla chłopców i cztery dla dziewczyn formowały kwadrat, z granitowymi ławami pośrodku. Kiedy wyglądałam przez okno mojego pokoju, często widziałam pary korzystające z tych ław, chłopaka, który siedział z rozkraczonymi nogami i dziewczynę stojącą między nimi, która kładła na chwilę ręce na jego ramionach, wybuchała śmiechem i podnosiła je. W tamtym momencie zajęta była tylko jedna ława. Leżała na niej dziewczyna w kowbojskich butach i długiej spódnicy, z jednym kolanem uniesionym w taki sposób, że tworzyło trójkąt z ręką ułożoną na oczach. Kiedy ją mijałam, podniosła rękę. To była Gates Medkowski.
Prawie nawiązałyśmy kontakt wzrokowy, właśnie - prawie, dlatego nie byłam pewna, czy Gates powiedziała to do mnie; często miałam takie wątpliwości, kiedy ktoś coś do mnie mówił. Szłam dalej.
Przytaknęłam.
Znowu przytaknęłam.
Nie skomentowałam tego.
Roześmiała się.
Przytaknęłam, ale raczej nie rozumiałam; w życiu nie słyszałam, żeby ktoś w moim wieku wyrażał się w taki sposób jak ona.
W tym momencie poczułam nowy napływ łez. Ona wiedziała. Zamrugałam kilka razy.
Spojrzałam na nią i wtedy dotarło do mnie po raz pierwszy, że jest bardzo atrakcyjna: nie, że zaraz piękna, ale efektowna czy raczej przystojna. Miała prawie metr osiemdziesiąt wzrostu i do tego bladą cerę, regularne rysy, oczy barwy tak spranego błękitu, że niemal szare, a także jasnobrązowe włosy o szorstkiej fakturze i nierówno podcięte; miejscami, w słońcu, rzucały złote błyski. Podczas naszej rozmowy zgarnęła je dłonią w wysoki luźny kok, przy czym krótsze pasma opadały jej na twarz. Na podstawie własnych doświadczeń uważałam, że stworzenie precyzyjnie skołtunionego koka wymaga dobrych piętnastu minut gimnastykowania się przed lustrem. W przypadku Gates wszystko wydawało się takie łatwe.
Nie byłam pewna, co miała na myśli, mówiąc o pozerstwie - do głowy przyszła mi wizja stojących w rządku dziewczyn w długich, białych koszulach nocnych, prostych jak świece i z książkami na głowach.
Gates zerknęła na zegarek, męski sportowy zegarek z paskiem z czarnego plastiku.
Wstała, ja też wstałam. Ruszyłyśmy w stronę budynku szkoły - wyglądało na to, że jednak nie wracam do South Bend, w każdym razie nie od razu. Minęłyśmy salę, w której odbywały się apele; w ciągu dnia służyła za pokój cichej nauki. Byłam ciekawa, czy któryś z uczniów przygląda się przez okno, jak idę obok Gates Medkowski. Dede dokonała swego odkrycia nocą, już po wieczornym apelu. Właśnie skończyła układać swój strój na następny dzień. Co wieczór układała go na podłodze, w kształt człowieka: najpierw buty, nad nimi spodnie albo rajtuzy i spódniczkę, potem koszulkę, a na niej sweter albo marynarkę. Nasz pokój nie był duży - dzieliłyśmy go we trzy, choć słyszałam, że wcześniej służył też jako dwójka - ale Dede nie czyniła ustępstwa wobec tego faktu. Dla mnie i naszej drugiej współmieszkanki, Sin-Jun Kim, rzeczy Dede wiązały się z przymusem wiecznego lawirowania, jakby na podłodze leżało prawdziwe ciało. Ale nie sprzeciwiłyśmy się podczas pierwszych kilku dni szkoły i teraz zwyczaj narzucony przez Dede stał się rytuałem.
Tamtej nocy, kiedy Dede dokonała swojego odkrycia, w naszym pokoju panowała cisza, jeśli nie liczyć cichej muzyki płynącej z jej sprzętu stereo i poszczękiwania szuflad jej komody. Sin-Jun czytała coś przy biurku, ja leżałam już w łóżku. Zawsze kładłam się do łóżka, kiedy robiło mi się niedobrze od nauki - raczej nie miałam pomysłów na nic innego - i leżałam pod kołdrą, obrócona ku ścianie, z zamkniętymi oczyma. Osoby przychodzące do Dede wkraczały do pokoju, mówiły coś normalnym głosem, a potem mnie zauważały i szeptały: „O! Przepraszam” albo „Oj”, a ja wtedy czułam, że jakoś dziwnie mi to schlebia. Czasami udawałam przed sobą, że leżę w swoim łóżku w South Bend i że odgłosy dobiegające mnie z wnętrz internatu to odgłosy wydawane przez moją rodzinę - wodę w toalecie spuszczał mój brat Joseph, na korytarzu śmiała się moja matka rozmawiająca przez telefon ze swoją siostrą.
Od naszego spotkania tydzień wcześniej przyłapywałam się często na myśleniu o Gates Medkowski. Obserwowałam ją przed apelem; kilka razy spojrzała prosto na mnie. Kiedy nawiązywałyśmy kontakt wzrokowy, uśmiechała się albo mówiła „Cześć, Lee” i dopiero wtedy się odwracała, a ja zazwyczaj się czerwieniłam, jakbym została na czymś przyłapana. Raczej nie miałam ochoty na jeszcze jedną rozmowę, bo pewnie bym się peszyła, ale z kolei chciałam dowiedzieć się czegoś na jej temat. Właśnie się zastanawiałam, czy Gates ma chłopaka, kiedy usłyszałam okrzyk Dede.
Ani Sin-Jun, ani ja nie zareagowałyśmy.
Sin-Jun pochodziła z Korei i wciąż nie potrafiłam precyzyjnie ocenić, ile rozumiała po angielsku. Podobnie jak ja z nikim się nie kolegowała i również jak ja była zasadniczo ignorowana przez Dede. Czasami chodziłyśmy razem do stołówki, bo to było lepsze niż chodzenie tam w pojedynkę.
Dede wprawdzie stawała na uszach, żeby odcinać się od Sin-Jun i ode mnie - na przykład wychodziła przed nami na poranne nabożeństwo albo na posiłki - a jednak wcale nie uważano jej za specjalnie fajną. W moim gimnazjum uchodziłaby za królewnę, tutaj natomiast prawdopodobnie nie była ani dostatecznie bogata, ani dostatecznie ładna, żeby się cieszyć prawdziwą popularnością. Nawet ja widziałam, że w porównaniu z tymi najpiękniejszymi dziewczynami z Ault nos Dede rzucał się w oczy jako trochę perkaty, jej łydki jako nieco pękate, włosy, jakby, no cóż, bure. Była dworką, dworką w sensie dosłownym - często widywałam, jak pomyka śladem dwóch czy trzech innych dziewczyn. Starała się tak usilnie, że było mi za nią wstyd.
Była to znacząco uprzejma uwaga ze strony Dede. A jednak Sin-Jun potrząsnęła głową.
Dede z obrzydzeniem wypuściła powietrze.
Aspeth Montgomery była dziewczyną, do której Dede kleiła się z największym entuzjazmem. Mieszkała kilka pokoi dalej. Podejrzewałam, że Dede uważa to za najwyższy dopust Boży, że kazano jej mieszkać z Sin-Jun i mną zamiast z Aspeth.
To właśnie w tym momencie uwierzyłam, że pieniądze zostały ukradzione, a w każdym razie uwierzyłam, że Dede w to wierzy. Następnego wieczoru, podczas apelu, po tym, jak już odczytała listę obecności, madame Broussard oznajmiła:
Madame - opiekunka naszego internatu, szefowa fakultetu języka francuskiego i rodowita paryżanka - rozejrzała się po sali przez swe okulary w kocich oprawkach, które były albo (nie byłam pewna) niemodne, albo modne, bo retro. Była tuż po czterdziestce, nosiła pończochy ze szwami, skórkowe pantofle na obcasach z paskiem zapinanym na kostce, spódniczki i bluzki, które podkreślały jej szczupłą talię, i do tego niemałe siedzenie.
Amy była z trzeciego rocznika, miała chrapliwy głos, kręcone rude włosy i szerokie ramiona. Bałam się jej. Rozmawiałam z nią tylko raz, kiedy czekałam w świetlicy w kolejce do automatu telefonicznego; weszła tam, otwarła lodówkę i spytała: „Czyja jest ta cola dietetyczna?” na co ja odpowiedziałam: „Nie wiem”, a wtedy Amy wzięła sobie jedną puszkę i wróciła schodami na górę. Może to ona jest złodziejką, przyszło mi na myśl.
Miała rację - gotówka była niepotrzebna w Ault. Po całym kampusie przewalało się mnóstwo pieniędzy, ale zazwyczaj były niewidzialne. Widywało się je przelotnie w rzeczach, które rzucały błyski, na przykład w mercedesie dyrektora szkoły, w złotej kopule budynku szkoły albo w długich, prostych blond włosach jakiejś dziewczyny. Nikt jednak nie nosił przy sobie portfela. Kiedy trzeba było zapłacić za zeszyt albo dres w szkolnym sklepie, wpisywało się na formularzu numer legitymacji szkolnej i później rodzice dostawali rachunek.
Rękę podniosła Aspeth, przyjaciółka Dede.
Aspeth powtarzała to co kilka dni. Prawda, w jednej z umywalek często pojawiały się krótkie, sztywne, czarne włosy, ale skargi Aspeth spełzały najwyraźniej na niczym. Chyba po prostu lubiła je wygłaszać, ponieważ dzięki tym komunikatom stawiała się w mocnej opozycji przeciwko włosom łonowym.
Wszystkie dziewczyny wstały z kanap, krzeseł i podłogi, po czym kolejno podały jej rękę, do którego to rytuału zdążyłam już przywyknąć.
Widywałam już wcześniej Amy w akcji - małpowała Madame w taki na przykład sposób, że chwytała się za pierś i wykrzykiwała coś w stylu: „Zut alors! Ktoś usiadł na moim croissancie!” - a mimo to jej dowcipy wciąż mnie zaskakiwały. Podczas nabożeństw pan dyrektor i katecheta wygłaszali przemowy na temat obywatelskich obowiązków, moralności i ceny, jaką powinniśmy płacić za przywileje, z których korzystamy. W Ault nie tylko zakazywano nam zachowywać się niegrzecznie i niezgodnie z etyką; odmawiano nam nawet prawa do bycia przeciętnymi, a kradzież była czymś gorszym niż przeciętność. Kradzież była czymś niesłychanym, pozbawionym subtelności; demaskowała żądzę posiadania rzeczy, których się jeszcze nie miało.
Kiedy wchodziłam na górę, zastanawiałam się, czy to możliwe, żebym ja była złodziejką. A jeśli to ja przez sen otworzyłam szufladę Dede? A jeśli byłam chora na amnezję albo schizofrenię i nawet nie mogłam odpowiadać za swoje zachowanie? Nie sądziłam, że ja ukradłam te pieniądze, ale to wcale się nie wydawało aż takie niemożliwe.
Zaraz potem ktoś, kto stał znacznie bliżej mnie, powiedział:
Obróciłam się. Tuż za mną na schodach stała Little Washington. Wydałam z siebie jakiś niezobowiązujący odgłos, dając do zrozumienia, że usłyszałam jej komentarz, choć nie byłam pewna, kogo miała na myśli, Amy czy Madame.
Byłam gotowa się zgodzić - mniej dlatego, że rzeczywiście się zgadzałam, a bardziej dlatego, że ostatnimi czasy zastanawiałam się, czy nie zaprzyjaźnić się z Little. Najpierw zauważyłam ją któregoś wieczoru, kiedy obie wróciłyśmy jednocześnie z uroczystej kolacji; powiedziała wtedy w świetlicy, do nikogo w szczególności: „Muszę ściągnąć te buty, bo zaraz mi odpadną nogi”. Little pochodziła z Pittsburgha, była jedyną czarnoskórą dziewczyną w naszym internacie; słyszałam, że jest córką lekarza i prawniczki. Była ponadto gwiazdą biegów przełajowych, a podobno jeszcze lepiej jej szło w koszykówce. Mieszkała w jedynce, mimo że należała dopiero do drugiego rocznika, co normalnie było piętnem - jedynka oznaczała, że nie masz bliskich koleżanek, z którymi mogłabyś mieszkać - ale w rzeczywistości to czarna skóra Little wyrzucała ją poza nawias społeczności Ault. Nie automatycznie jednak, nie w negatywny sposób. Raczej było tak, że mogła wybierać, w czym nie chce brać udziału, nie robiąc z siebie jednocześnie niedorajdy.
Little wydała jakiś lekceważący odgłos.
- Kto?
Little milczała przez kilka sekund.
Poczułam drgnienie niepokoju w żołądku; miałam nadzieję, że Little się myli. Stałyśmy przed jej pokojem; przyszło mi na myśl, że mogłaby mnie zaprosić.
Nie wyraziła sprzeciwu, co odebrałam jako udzielenie mi przyzwolenia na kolejną rozmowę, jako coś, dzięki czemu mogłam ufnie patrzeć w przyszłość. Nie zamierzała mnie wszakże zaprosić - otworzyła drzwi i wyraźnie chciała już wejść do środka.
Wszystko to działo się na początku roku szkolnego, na samym początku mojego pobytu w Ault, kiedy czułam się wiecznie wyczerpana zarówno własną czujnością, jak i pragnieniem, by nie rzucać się w oczy. Podczas treningu piłki nożnej bałam się, że nie trafię w piłkę, kiedy wsiadaliśmy do autobusu, który wiózł nas na mecze z innymi szkołami, bałam się, że usiądę obok kogoś, kto nie chce siedzieć obok mnie, na lekcjach bałam się, że powiem coś niewłaściwego albo głupiego. Bałam się, że nabieram za dużo jedzenia w stołówce albo że nie gardzę jedzeniem, którym należało gardzić - na przykład plackami ziemniaczanymi albo tartą cytrynową - a nocą bałam się, że Dede albo Sin-Jun usłyszą, że chrapię. Cały czas się bałam, że ktoś mnie zauważy, a kiedy nikt mnie nie zauważał, czułam się samotna.
To ja wpadłam na pomysł z Ault. Zasięgnęłam wiadomości o szkołach z internatem w bibliotece publicznej i samodzielnie napisałam listy z prośbą o informatory. Potem na połyskliwych stronach zobaczyłam zdjęcia nastolatków w wełnianych swetrach, którzy śpiewali pieśni w kaplicy, ściskali rakiety do lacrossea, pilnie przyglądali się równaniu matematycznemu wypisanemu kredą na tablicy. Przekupiłam rodzinę tym połyskiem. Udawałam, że chodzi o poziom nauczania, ale wcale tak nie było. W liceum im. Marvina Thompsona, do którego bym chodziła, gdybym została w South Bend, były korytarze wyłożone jasnozielonym linoleum, brudne szafki i chłopcy o strąkowatych włosach, którzy na plecach swoich jeansowych kurtek wypisywali czarnymi mazakami nazwy zespołów heavy-metalowych. Chłopcy ze szkół z internatem, a w każdym razie ci z informatorów, trzymali natomiast w rękach rakiety do lacrossea, uśmiechali się zza kratkowanych masek chroniących twarze i byli tacy przystojni. I na pewno też inteligentni, skoro uczęszczali do prywatnej szkoły z internatem. Wyobrażałam sobie, że gdybym wyjechała z South Bend, to poznałabym jakiegoś melancholijnego, wysportowanego chłopca, który tak samo jak ja lubi czytać, w pochmurne niedziele chodzilibyśmy razem na spacery, ubrani w wełniane swetry.
W czasie składania podań moi rodzice nie posiadali się ze zdumienia. Jedyną osobą, znaną w mojej rodzinie z tego, że uczyła się w prywatnej szkole z internatem, był syn agenta ubezpieczeniowego z firmy, w której moja matka pracowała jako księgowa; szkoła tego chłopaka zajmowała otoczony płotem szczyt jakiejś góry w Kolorado, czyli była placówką dla popaprańców. Rodzice, powodowani raczej uczciwością niż niechęcią do udzielenia mi wsparcia, wyrażali głośno podejrzenia, że żadne z tych miejsc, do których składałam podania, mnie nie przyjmie, a poza tym uważali, że moje zainteresowanie szkołami z internatem można przyrównać do innych przelotnych hobby, typu robótki na drutach (w szóstej klasie udało mi się zrobić jedną trzecią beretu). Kiedy zostałam przyjęta, wyjaśnili, że są bardzo dumni i że jest im przykro, ale nie mogą płacić. W dniu, w którym przyszedł list z Ault oferujący mi stypendium imienia Eloise Fielding Foster, które miało pokrywać ponad trzy czwarte mojego czesnego, rozpłakałam się, bo teraz już wiedziałam, że na pewno wyjadę z domu, i nagle już nie byłam całkiem pewna, że to taki świetny pomysł - dotarło do mnie, iż sama, podobnie jak rodzice, ani przez moment nie wierzyłam, że rzeczywiście wyjadę.
W połowie września, kiedy szkoła w South Bend, do której chodzili moi bracia i ludzie z mojej dawnej klasy, funkcjonowała już od kilku tygodni, ojciec odwiózł mnie do Massachusetts. Kiedy skręciliśmy w stronę kutej, żelaznej bramy kampusu, rozpoznałam budynki ze zdjęć - osiem budowli z cegły i kaplica w stylu gotyckim stojące dookoła porośniętego trawą ronda; wiedziałam już, że ma pięćdziesiąt metrów średnicy i że nie wolno po nim chodzić. Wszędzie stały samochody z otwartymi bagażnikami, uczniowie witali się z sobą, ojcowie nieśli jakieś pudła. Byłam ubrana w długą sukienkę w brzoskwiniowe i liliowe kwiatki z koronkowym kołnierzykiem i natychmiast zauważyłam, że prawie wszyscy są ubrani w spłowiałe T-shirty, luźne szorty koloru khaki i klapki. Dotarło do mnie, że w Ault czeka mnie ciężka praca.
Kiedy już znalazłam swój internat, ojciec wdał się w rozmowę z ojcem Dede, który powiedział: „South Bend? To pewnie pan wykłada na uniwersytecie Notre Damę?”, na co mój ojciec odparł pogodnie: „Nie, proszę pana, handluję materacami”. Wstydziłam się, że ojciec zwraca się do ojca Dede „proszę pana”, wstydziłam się jego pracy, wstydziłam się naszego zardzewiałego, białego datsuna. Chciałam, żeby ojciec odjechał jak najszybciej, wtedy mogłabym spróbować za nim tęsknić.
Rankami, kiedy stałam pod prysznicem, myślałam sobie: Jestem w Ault od dwudziestu czterech godzin. Jestem w Ault od trzech dni. Rozmawiałam z sobą tak, jak w mojej wyobraźni rozmawiałaby ze mną matka, gdyby naprawdę uważała, że z tą szkołą z internatem to był znakomity pomysł: Świetnie ci idzie. Jestem z ciebie dumna, LeeLee. Czasami płakałam podczas mycia włosów, ale właśnie o to chodziło, o to chodziło z Ault - pod niektórymi względami moje fantazje dotyczące Ault wcale nie okazały się błędne. Kampus naprawdę był piękny: niskie, rozmyte w oddali góry, które wieczorami robiły się niebieskie, idealnie prostokątne pola, gotycka katedra (tylko skromność kazała jankesom nazywać ją kaplicą) z witrażowymi oknami. Całe to piękno zabarwiało najbardziej przyziemną odmianę tęsknoty za domem wzniosłością i czarem.
Rozpoznałam kilku uczniów ze zdjęć zamieszczonych w informatorze. Coś takiego powodowało niezły zamęt w głowie; wyobrażałam sobie, że tak to właśnie jest, gdy zauważysz sławną osobę na którejś z ulic Nowego Jorku albo Los Angeles. Ci ludzie tutaj poruszali się i oddychali, jedli bajgle w stołówce, dźwigali książki na korytarzach szkoły, nosili inne ubrania niż te, które zapamiętałam. Należeli do rzeczywistego, fizycznego świata; przedtem zdawali się należeć do mnie. Wielkie litery na samej górze plakatów krzyczały: „Przestańcie gnić w internacie!!! Przychodźcie!!!” Pod spodem mniejsze litery tłumaczyły: „Gdzie? Do stołówki! Kiedy? W tę sobotę! Po co? Żeby potańczyć!” Papier był czerwony i było na nim zamieszczone zdjęcie pana Bydena, dyrektora szkoły, ubranego w suknię.
Moje gratulacje, pomyślałam.
Czasami, tylko dlatego, że tam byłam i dlatego że w odróżnieniu od Sin-Jun mówiłam płynnie po angielsku, Dede dzieliła się ze mną różnymi sprawami ze swego życia.
W dniu balu - apel i lekcje odbywały się nawet w sobotnie poranki, co, jak się niebawem przekonałam, stanowiło istotny szczegół, którym należało się podzielić z rodziną, jeśli chciało się potwierdzić jej domniemanie, że szkoła z internatem różni się bardzo nieznacznie od więzienia - kiedy rozbrzmiał dzwonek obwieszczający początek apelu, za ławką na podium nie było ani Gates, ani Henryego Thorpea. Przycisk dzwonka nadusiła jakaś dziewczyna z czwartego rocznika, której nie znałam z nazwiska, i zaraz potem zeszła z podium. Wtedy rozbrzmiała muzyka i gwar na sali ucichł. Muzyka była dyskotekowa; nie znałam tej piosenki, ale sporo ludzi najwyraźniej ją rozpoznało, bo nagle rozległ się wybuch zbiorowego śmichu. Obróciłam się i zrozumiałam, że ta muzyka płynie z dwóch głośników trzymanych w górze przez dwóch chłopaków z czwartego rocznika - na apelu ławek nie starczało dla wszystkich, więc trzeci i czwarty rocznik musiał stać pod ścianami. Ci z czwartego rocznika wyraźnie patrzyli w stronę tylnego wejścia. Minęło kilka sekund i do sali wkroczył Henry Thorpe. Był ubrany w krótką koszulkę nocną z czarnej satyny, siatkowe pończochy i czarne pantofle na obcasach; tańczył, kierując się w stronę ławki, za którą na co dzień stał razem z Gates. Wielu uczniów, zwłaszcza ci najstarsi, wiwatowało, przykładając dłonie do ust. Niektórzy śpiewali i klaskali w takt muzyki.
Henry wystawił palec wskazujący, po czym przytknął do swojej piersi. Spojrzałam w stronę, w którą celował nim najpierw. Z drugich drzwi, w przeciwległym krańcu sali, gdzie stali nauczyciele, wyłoniła się Gates. Była przebrana za futbolistę - miała blezer z wypchanymi ramionami i czarne plamy namalowane na kościach policzkowych. Nikt jednak nie pomyliłby jej z chłopakiem: rozpuściła włosy, a jej łydki - nie włożyła skarpetek - były gładkie i smukłe. Ona też tańczyła, unosząc ręce w górę i potrząsając głową. Kiedy razem z Henrym zaczęła się wspinać na ich ławkę, cała sala wybuchnęła nieopisanym entuzjazmem, a oni tymczasem objęli się i po chwili wirowali na blacie. Zerknęłam na nauczycieli; większość stała z założonymi rękoma i twarzami wyrażającymi zniecierpliwienie. Gates i Henry puścili się i obrócili plecami do siebie; Gates kręciła biodrami i pstrykała palcami. Zdumiała mnie tym, że ani trochę się nie wstydziła. Patrzyło na nią ponad trzysta osób, w świetle dnia, był poranek, a ona tańczyła..
Wykonała gest w stronę tyłu sali i muzyka ucichła. Razem z Henrym zeskoczyli z ławki i w tym momencie na podium wspięli się dwie dziewczyny i chłopak z czwartego rocznika.
W sali znów nastąpił wybuch wariackich wiwatów i oklasków. Ktoś włączył muzykę, a Gates uśmiechnęła się szeroko i pokręciła głową. Muzyka ucichła.
Pan Archibald wszedł na podium. Nie zdążył się jednak odezwać, bo jakiś chłopak z tyłu sali wrzasnął:
Gates uśmiechnęła się zaciśniętymi wargami.
Jego ogłoszenie dotyczyło puszek po napojach gazowanych, zostawianych w skrzydle matematycznym.
Gates podała podkładkę Henry emu.
Podczas kolejnych sześciu czy siedmiu ogłoszeń dotarło do mnie, że czekam na dalszy ciąg widowiska - chciałam znowu zobaczyć tańczącą Gates - ale wyglądało na to, że program naprawdę się skończył.
Kiedy Henry nadusił przycisk dzwonka, podeszłam do podium.
Tym razem spojrzała na mnie.
Przewróciła oczami.
Uśmiechnęła się, a ja zrozumiałam, że już o tym wie. Nie dopraszała się jednak o komplementy, tak jak ja to robiłam, mówiąc o sobie coś takiego, co niby miało umniejszać moje zasługi. Było raczej tak - to mi zaświtało, kiedy na nią spojrzałam - że udawała osobę przeciętną. Była wybitna, a jednak udawała, że jest taka jak my wszyscy.
Wieczorem na dziedzińcu i w internacie tętniło od zabawowej energii. W naszej świetlicy pojawiali się chłopcy z sąsiednich internatów - na górę nie wolno im było wchodzić, wyjąwszy regulaminowe godziny odwiedzin - i przywoływali niektóre dziewczyny. Nie zdziwiłam się, że często wybierano Aspeth, której śladem zwykle dreptała Dede. Znosiły torebki, lakier do paznokci i biustonosze, które zapinały na T-shirtach chłopców, przy akompaniamencie pokrzykiwań i śmiechu. Ja robiłam pranie i kiedy tak włóczyłam się między piwnicą a swoim pokojem, obserwowałam postępy w ogólnej zabawie. Wizja jakiegoś chłopaka ubranego w mój biustonosz była porażająca - obwisające, puste miseczki, pasek tkaniny napięty albo jeszcze gorzej, nie napięty wokół klatki piersiowej, to, że po zdjęciu biustonosza pewnie by się zorientował co do jego faktycznego rozmiaru i mógłby go cisnąć na podłogę w swoim pokoju, a przed położeniem się do łóżka podeptać. Niewykluczone też, że poraził mnie przede wszystkim fakt, który właśnie do mnie docierał, że moje biustonosze nie są szczególnie piękne. Miałam biustonosz z beżowej bawełny, z kokardką między miseczkami; kupiłyśmy go wspólnie z matką w JCPenney, tamtego lata. Nie był taki jak biustonosze, które się ujawniły: satynowe i koronkowe, czarne, czerwone i w lamparcie cętki, tego typu, które w moim przekonaniu nosiły tylko dorosłe kobiety.
Kiedy internat opustoszał - nawet Sin-Jun poszła na bal, z wąsami wymalowanymi tuszem do rzęs - przez jakiś czas uczyłam się hiszpańskich słówek, potem zeszłam do świetlicy, żeby poczytać stare kroniki szkolne stojące rzędem na jednej z półek regału na książki. Uwielbiałam te kroniki; były niczym atlas szkoły. Te w naszej świetlicy sięgały roku 1973. Przez ostatnie kilka tygodni dotarłam prawie do teraźniejszości. Format przez te wszystkie lata nie uległ zmianie: na samym przedzie zdjęcia robione znienacka, potem kluby, drużyny sportowe, internaty, całe roczniki. Przy, na przykład, drugim roczniku było zamieszczone omówienie ważnych zdarzeń, które nastąpiły między wrześniem a czerwcem i do tego żarciki na temat wszystkich uczniów: „Wyobrażacie sobie Lindsay bez jej lokówki elektrycznej?” Najlepsza część dotyczyła czwartego rocznika, bo w jego przypadku każdy miał swoją oddzielną stronę, która oprócz standardowych podziękowań dla członków rodziny, nauczycieli i przyjaciół oraz to nostalgicznych, to dosłownych, to niezrozumiałych cytatów, zawierała zdjęcia. W przypadku chłopców były to na ogół zdjęcia z zawodów sportowych; dziewczyny często dawały się fotografować razem, splecione ramionami: albo siedząc na łóżkach, albo stojąc na plaży. Lubiły też zdjęcia z dzieciństwa.
Można się było domyślić, jeśli miało się takie zamiłowanie i czas, kto się z kim przyjaźnił w danym roku, kto z kim chodził, kto był powszechnie łubiany, kto wysportowany, kto nienormalny i wypchnięty poza nawias. Stopniowo nabierałam wrażenia, że byli uczniowie to moi dalecy kuzyni - poznawałam ich przezwiska, ulubione dyscypliny sportowe, często noszone swetry albo fryzury.
W trzech najświeższych kronikach znalazłam kilka zdjęć Gates. Grała w hokeja na trawie, koszykówkę i lacrossea, w pierwszym i drugim roku mieszkała w internacie pani Elwyn, a w trzecim w internacie pani Jackson. W drugim roku krążył na jej temat następujący dowcip: „Kryształowa kula wywróżyła, że Henry i Gates kupią domek z białym płotkiem i będą mieli dwanaścioro dzieci”. Jedynym Henrym w Ault był Henry Thorpe, który obecnie chodził z dziewczyną z drugiego rocznika, która miała na imię Molly i wydawała się przesadnie ugrzeczniona. Zastanawiałam się, czy Henry i Gates rzeczywiście byli parą, a jeśli tak, to czy istnieje między nimi jakieś napięcie, dobre albo złe. Kiedy tańczyli z sobą podczas apelu, wcale to tak nie wyglądało.
To zdjęcie znalazłam na samym końcu kroniki sporządzonej, kiedy Gates należała do trzeciego rocznika, czyli tego najświeższego. Ostatnia część, za stronami wyznaczonymi dla uczniów z czwartego rocznika, zawierała zdjęcia z rozdania dyplomów: dziewczyny w białych sukienkach, chłopcy w białych spodniach, granatowych blezerach i słomkowych kapeluszach. Były tam ich zdjęcia, jak siedzą w rzędach podczas samej ceremonii, zdjęcie głównego mówcy (sędzia Sądu Najwyższego), zdjęcia ściskających się świeżo upieczonych absolwentów. Wśród nich - wcale jej tutaj nie szukałam i mogłam bez trudu ją przeoczyć - było zdjęcie przedstawiające Gates. Została sfotografowana od pasa w górę, w białej bluzce z krótkimi rękawami zapinanej na guziki. Na głowie miała kowbojski kapelusz; spod ronda wysuwały się jej lśniące jasne włosy sięgające ramion. Miała być sfotografowana z profilu, ale wychodziło na to, że fotograf, ktokolwiek to był, zawołał ją po imieniu przed naciśnięciem migawki i w tym momencie odwróciła głowę. Być może jednocześnie śmiała się i protestowała, mówiąc na przykład: No co ty, przestań! Ale mówiła to do osoby, którą bardzo lubiła.
Gapiłam się na to zdjęcie tak długo, że kiedy podniosłam głowę, zdziwiłam się, zobaczywszy kanapy obite szorstką pomarańczową tkaniną i kremowe ściany świetlicy. Zapomniałam się i zapomniałam o szkole, a przynajmniej o tej jej rzeczywistej, trójwymiarowej wersji, w której ja też istniałam. Było krótko po dziesiątej. Odstawiłam kroniki na półkę - postanowiłam, że odmelduję się wcześniej u Madame i położę się już do łóżka.
W łazience na górze przed jedną z umywalek stała Little, ubrana w różową podomkę; wcierała sobie olejek we włosy.
Skrzywiła się.
Uśmiechnęłam się i wtedy ona też się uśmiechnęła.
Little odstawiła butelkę z olejkiem na blat i nachyliła się do lustra, by przyjrzeć się swojej skórze.
Umilkła, a wtedy do mnie dotarło, że powinnam zgadywać.
Potrząsnęłam przecząco głową.
Kiedy już sobie poszła - wychodząc, rzuciła jeszcze „branoc” - wyjęłam ze swojego kubełka szczoteczkę i pastę do zębów. Gdy wsadziłam szczoteczkę pod kurek, zauważyłam, że sąsiednia umywalka, ta, przy której wcześniej stała Little, jest obsypana krótkimi, szorstkimi, czarnymi włosami. A więc to były włosy z głowy, włosy z głowy Little. Wzięłam papierowy ręcznik z dozownika i usunęłam je stamtąd. Następnym razem łupem złodzieja padł banknot studolarowy, który Aspeth dostała od swojej babci na urodziny. Był w jej portfelu, który leżał na biurku. To wyszło na jaw w niedzielę, następnego wieczoru po balu przebierańców. Tego, ile było tych pieniędzy i kto był ich posiadaczką, dowiedziałam się nie z tego, co pani Broussard powiedziała podczas apelu wieczornego - znów miała kamienną twarz i skąpiła informacji - ale od oburzonej Dede.
Pociągnęłam nosem, ale tylko udawałam, że wącham powietrze. Miała rację - rzeczywiście śmierdziało. Śmierdziało od kilku dni i z początku myślałam, że tylko sobie wyobrażam ten rybi odór, ale on stawał się coraz silniejszy. Kiedy Dede i Sin-Jun wyszły z pokoju, powąchałam się pod pachami i między nogami, potem obwąchałam swoją pościel i rzeczy do prania. W żadnym z tych miejsc rybi zapach się nie spotęgował, ale też nie stał się słabszy.
Dede przewróciła oczyma na mój użytek.
Dede otwarła drzwi naszego pokoju i wyszła na korytarz. Po chwili wróciła.
Dede aż rozdziawiła usta ze zdziwienia, a może oburzenia, a mnie naszła dziwna ochota, żeby coś w te usta wetknąć - na przykład szczoteczkę do zębów albo palec.
Nadszedł grudzień. (Jestem w Ault od siedemdziesięciu ośmiu dni.) Którejś soboty spędziłam z Little cały wieczór, kiedy wszystkie poszły do świetlicy grać w słówka - Sin-Jun im kibicowała. Innym razem tylko Little i ja oglądałyśmy kryminał w telewizji; Little przypaliła popcorn, ale i tak go zjadłyśmy. („Jeszcze jestem jakby głodna” - stwierdziłam później, na co Little odparła: „Głodna? Mnie to się żołądek skleił z kręgosłupem”) Były jeszcze dwie kradzieże, o których Madame powiedziała podczas apelu. Nie dowiedziałam się, czyje to były pieniądze, ale nie należały do żadnej z przyjaciółek Dede. Zapach w naszym pokoju przybrał na sile; to już był smród i wtedy zaczęłam się bać, że nawet jeśli nie bije ode mnie, to przecież noszę go na ubraniu i skórze. Czasami czułam go przelotnie na lekcji albo nawet na dworze, po wyjściu z kaplicy. Kiedy ktoś do nas przychodził, Dede wygłaszała jakieś wstydliwe żarty albo otwarcie się usprawiedliwiała.
Na tydzień przed feriami bożonarodzeniowymi przechodziłam akurat przez pokój pocztowy podczas porannej przerwy, kiedy zobaczyłam Jimmyego Hardigana z czwartego rocznika, który uderzył pięścią w ścianę. Potem zobaczyłam Mary Gibbons i Charlotte Chan, też z czwartego rocznika, które się obejmowały. Charlotte płakała. Normalnie w pokoju pocztowym podczas porannej przerwy było głośno, ale tym razem panowała w nim cisza. Przyszło mi na myśl, że może ktoś umarł - nie nauczyciel czy uczeń, ale na przykład jakiś pracownik administracji.
Podeszłam do ściany ze złotych, przeszklonych przegródek. Człowiek od razu wiedział, że dostał list, bo widziało się go za szybką, wsunięty po przekątnej między ścianki przegródki, i jeszcze wiele lat po tym, jak już odeszłam z Ault, nieraz mi się śniło, że widzę ten wychudzony cień.
Moja przegródka była pusta. Zerknęłam w prawo i zobaczyłam Jamiego Lorisona z historii starożytnej. Usłyszałam jego ciężki oddech.
W dawnych czasach, kiedy do Ault jeszcze nie przyjmowano dziewczyn, chłopacy szli do domu dyrektora szkoły na dzień przed rozdaniem dyplomów i każdy pisał na kartce „Harvard”, „Yale” albo „Princeton”. I potem każdy studiował na tej uczelni, której nazwę napisał.
Poczułam, że w piersi coś mi pęcznieje, że gromadzi się tam powietrze. Omiotłam wzrokiem wnętrze w nadziei, że będę mogła pogratulować Gates, ale jej tam nie było.
Wypatrzyłam ją w końcu wieczorem w stołówce. To była zwykła kolacja, nie uroczysta, do której należało się wystroić i usiąść w wyznaczonym miejscu. Właśnie odstawiałam talerz na obrotową tacę na brudne naczynia, kiedy zauważyłam ją w kolejce po jedzenie. Z bijącym sercem otarłam usta wierzchem dłoni, przełknęłam ślinę i ruszyłam w jej stronę.
Znajdowałam się w odległości niecałych trzech metrów, kiedy z naprzeciwka podszedł do niej Henry Thorpe.
Gates odwróciła się.
Gates plasnęła dłonią o jego dłoń.
Gates uśmiechnęła się szeroko.
Niedbały ton towarzyszący ich rozmowie uprzytomnił mi, że nie mogę podejść do Gates, nie w takim publicznym miejscu. Moje rozpaczliwe potrzeby zadrą łeb, nawet gdy będę składała jej gratulacje. Postanowiłam więc, że zamiast tego zrobię dla niej kartkę, którą wsunę do jej skrzynki albo podrzucę do pokoju.
Po powrocie do swojego pokoju napisałam GRATULACJE, GATES!, używając na przemian niebieskiego i czerwonego pisaka do każdej litery. Poniżej dopisałam: „Powodzenia na Harvardzie!” i fioletowym pisakiem domalowałam gwiazdki. Kartka nadal wydawała się naga, więc oplotłam słowa zielonymi gałązkami. A potem jeszcze musiałam się podpisać. Wymyśliłam najpierw: „Ucałowania, Lee”. Co by było, gdyby uznała, że to nienormalne? Samo imię wyglądałoby szorstko, a „Szczerze oddana” albo „Z poważaniem” brzmiało urzędowo i głupawo. Trzymałam niebieski pisak nad kartką, wahając się, aż w końcu dopisałam jednak: „Ucałowania, Lee”. Postanowiłam, że podrzucę kartkę do jej internatu, że zostawię ją w kopercie obok jej drzwi. Dzięki temu najprawdopodobniej znajdzie ją osobiście. Następnego wieczoru odbywała się uroczysta kolacja i prawie każdy brał prysznic po treningu, a potem szedł prosto do stołówki. Zorientowałam się, że jeśli się pospieszę, to zdążę wpaść do swojego pokoju, zabrać stamtąd kartkę i jeszcze ją podrzucić; i tak nie chciałam iść na kolację zbyt wcześnie, bo wtedy się stało w kolejce do kuchni.
Kiedy dochodziłam do dziedzińca, poderwałam się do biegu. Już zmierzchało, więc raczej nikt nie mógł mnie zauważyć i zastanawiać się, dlaczego biegnę, w spódniczce i płaskich, granatowych pantoflach. W internacie panowała cisza. Pomknęłam na górę, otworzyłam drzwi - w tym momencie Dede zasunęła szufladę i obróciła się wokół własnej osi. I wtedy to do mnie dotarło - tylko dlatego, że wykonała tak gwałtowny ruch; w przeciwnym razie niczego bym nie zauważyła, bo byłam tak zaabsorbowana - że nie stała przed swoją komodą tylko przed komodą Sin-Jun.
Zrobiłam krok w tył, a ona krok w przód.
Popatrzyłyśmy na siebie.
Nadal nic nie mówiłam, a ona doskoczyła do mnie, schwyciła za ramiona. Serce skoczyło mi do gardła; kiedy stała tak blisko mnie, czułam woń jej perfum, widziałam maleńkie włoski, które odrastały pod lukami brwi. Gdybym wiedziała wcześniej, że ona skubie sobie brwi, pomyślałam, to poprosiłabym ją, żeby mi pokazała, jak to się robi. A potem pomyślałam jeszcze, że nie, nigdy nie zostałybyśmy współmieszkankami tego typu.
W końcu zabrała ręce.
Zatrzasnęłam za sobą drzwi, nie udzieliwszy jej odpowiedzi. Tuż przed wyjściem z budynku przypomniałam sobie, że nie zabrałam kartki dla Gates. Postanowiłam zrezygnować z kolacji - mogłam się ukrywać w budce telefonicznej w świetlicy, dopóki Dede nie pójdzie na kolację, potem zakraść się znów na górę. A poza tym dzięki temu miałabym czas na zastanowienie, co zrobić z tym, że ją przyłapałam.
W budce było gorąco i śmierdziało jakby brudnymi skarpetkami; moje serce biło jak oszalałe. Miałam ochotę skakać żabki, żeby się pozbyć tej kłębiącej się we mnie energii. Zamiast tego usiadłam na krzesełku, oparłam podeszwy butów na siedzeniu i oplotłam ramionami kolana.
Kiedy do głowy wskoczyło mi wspomnienie tego zdjęcia, to było tak jak wtedy, gdy się siedzi w pokoju i wie, że w kuchni czeka tort. Wystarczy tylko iść i przynieść sobie kawałek. Nie rób tego, pomyślałam. Dede usłyszy, że się tu kręcisz. A potem jeszcze pomyślałam: Nie będzie wiedziała, kto to jest. Wyjrzałam przez szybkę w budce, umazaną śladami palców, powoli pchnęłam drzwi i przepełzłam przez świetlicę do regału na książki. Trzęsącymi się palcami ściągnęłam najświeższą kronikę i z powrotem podkradłam się do budki.
Na zdjęciu wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętałam: kowbojski kapelusz, potargane włosy, inteligentna, piękna twarz. Otwieranie kroniki na tej stronie było porównywalne ze smakowaniem pierwszego kęsa tortu, kiedy się wie, że jest jeszcze cały kawałek. Postanowiłam, że jeśli Dede zaraz wyjdzie, to zabiorę kronikę do pokoju. Nie zamierzałam wgapiać się w nią bez końca, chciałam tylko wiedzieć, że jest moja, zaglądać do niej, kiedy mi to będzie potrzebne. Miałam ochotę wpełznąć do łóżka i zgasić światło; w ciemnościach byłabym sama we własnej głowie i mogłabym prowadzić urojone rozmowy: ja wygłaszałabym jakieś zabawne uwagi, a Gates by się śmiała, ale nie tym śmiechem, który oznaczał „jestem miła dla koleżanki z pierwszego rocznika”, tylko takim, którym dawałaby do zrozumienia, że mnie szanuje i że jej zdaniem jestem taka jak ona.
Usłyszałam, że ktoś schodzi, więc zaczekałam, potem podeszłam do okna, skuliłam się i wyjrzałam ponad parapetem na zewnątrz. To była Dede. Zadarłam bluzkę i wsadziłam kronikę za pasek spódniczki - poważnie wątpiłam, by ktoś zauważył jej brak, bo nigdy nie widziałam, żeby ktoś oprócz mnie do nich zaglądał. Na górze schowałam ją do swojej szafy, pod sweter. Nie było sensu kłaść się do łóżka, mimo że strasznie mnie korciło, bo wiedziałam, że za godzinę wrócą z kolacji Dede i Sin-Jun, że zapalą światło i będą gadały. Poza tym musiałam jeszcze zanieść kartkę.
Była schowana w słowniku, gdzie ją umieściłam poprzedniego wieczoru. Wyjęłam ją i ułożyłam na biurku. „T” w „Gratulacje” zamazało się. Polizałam palec i przycisnęłam go do smugi, ale tylko wszystko pogorszyłam. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego napisałam to „Powodzenia na Harvardzie!” Głupi pomysł - jakby ona już tam wyjeżdżała, a przecież miała być w Ault jeszcze siedem miesięcy. Gwiazdki i gałązki zaczęły nagle wyglądać jak wysiłki dziewięciolatki. I te „ucałowania” - ucałowania? Kogo ja chciałam oszukać? Prawie się nie znałyśmy. Wzięłam kartkę do ręki i podarłam ją na długie paski, potem wszystkie paski przedarłam na trzy części. Strzępki papieru zawirowały w koszu na śmieci, zanim wreszcie opadły na jego dno.
Pomyślałam o Dede, o tym, w jakiej panice się wszystkiego wypierała, o jej palcach ściskających moje ramiona. Czułam potrzebę pogadania z kimś o tym, co widziałam, ale wszyscy byli na kolacji. Wzięłam sobie jedno z czasopism Dede o sławnych ludziach i położyłam się na łóżku, próbując czytać. Świat poza Ault wydawał się dziwny i nieważny, miałam trudności ze skupieniem się nad tym, co czytam. Niebawem odłożyłam czasopismo, wyjęłam kronikę z szafy i jeszcze raz przypatrzyłam się zdjęciu Gates. Kiedy dobiegły mnie głosy z zewnątrz, uciekłam do łazienki, żeby uniknąć powrotu Dede, i przez dziesięć minut ukrywałam się w kabinie. A potem poszłam prosto do pokoju Little.
Stanęła z boku, żeby mnie przepuścić. Usiadłam na jej krześle od biurka, mimo że wcale mnie do tego nie zachęciła, a ona sama usiadła na łóżku, po turecku, wśród pootwieranych podręczników i zeszytów. Nigdy wcześniej nie byłam w jej pokoju, który okazał się nagi, bez żadnych plakatów, makatek czy fotografii. Jedynymi osobistymi akcentami oprócz narzuty i książek były radio z budzikiem na parapecie, plastikowa butelka z balsamem do ciała na komodzie i mały pluszowy miś w stopach łóżka. Miś był ubrany w jasnofioletowy sweterek; jak tak na niego patrzyłam, poczułam, że zalewa mnie smutek, który kompletnie zaciemnia moje podejrzenia wobec Dede i irytację. Smutek był jednak zbyt ogromny, bym potrafiła go zrozumieć, i po chwili ustąpił.
Little uniosła brwi.
Brwi Little opadły i ściągnęły się.
Zawahała się.
Ukryłam się w łazience, tym razem pod narożnym prysznicem, gdzie było niskie ciśnienie wody i dlatego rzadko go używano. Nie przebrałam się jeszcze ze stroju do uroczystej kolacji i siedziałam tak na posadzce z niebieskich kafelków, w swojej spódniczce, z wrażeniem, że jestem pokraczna i nieczysta. W którymś momencie usłyszałam odgłos otwierania drzwi i Dede, która zawołała:
Przed wieczornym apelem zeszłam na dół i odszukałam Madame. Otwarłam usta, chcąc jej powiedzieć o Dede, ale kiedy tak stałam na progu jej mieszkania, poczułam ciężar tego oskarżenia, zrozumiałam, jak bardzo zmieniłoby życie moje i Dede. Jeszcze nie byłam na to gotowa.
Uścisnęłam jej rękę i wróciłam do łazienki. Infirmeria, czyli sześć pokoi, w których nie stało nic prócz łóżek, mieściła się po obu stronach korytarza. Było w niej jeszcze pomieszczenie, w którym siedziała pielęgniarka i gdzie mierzyli ci temperaturę zaraz po wejściu, świetlica z telewizorem oraz kuchenka, w której wisiał plakat na temat zasad prawidłowego żywienia. Informował, między innymi, że czekolada uwalnia w mózgu te same substancje chemiczne co miłość. Przez te wszystkie lata, które spędziłam w Ault, zdarzało się, że kiedy siedziałam przy lunchu i przysłuchiwałam się albo aktywnie uczestniczyłam w jakiejś rozmowie na najrozmaitsze tematy, ktoś stwierdzał: „Czy wiecie, że czekolada uwalnia w mózgu te same związki chemiczne co miłość?” Na to jakaś inna osoba z siedzących przy stole odpowiadała: „Też mi się to obiło o uszy” albo „Faktycznie, pamiętam, że gdzieś o tym pisali”. Nigdy nikt nie pamiętał, gdzie pisali, dopóki się nie wróciło do infirmerii, z powodu choroby albo symulowania choroby, w której rygor zwyczajnego dnia ustępował długim, rozmytym i zamglonym godzinom: spało się, jadło pudding i tosty, oglądało telewizję w towarzystwie innych uczniów, którzy też tego dnia trafili do infirmerii, czasami dobrze sobie znanych, czasami takich, z którymi nigdy wcześniej się nie rozmawiało.
To była moja pierwsza wizyta w infirmerii. Poprzedniego wieczoru wróciłam do pokoju po północy, kiedy wiedziałam, że Dede i Sin-Jun będą już spały. O świcie wstałam, włożyłam jeansy i wyszłam z internatu, nawet nie myjąc zębów. Gdybym miała jeszcze jeden dzień, żeby wszystko sobie uporządkować, myślałam, wędrując przez chłodny, wciąż mroczny poranek, to mogłabym podjąć decyzję w sprawie donosu na Dede.
Pielęgniarka zmierzyła mi temperaturę, przydzieliła pokój, a potem zapadłam w głęboki sen. Kiedy się obudziłam, między żaluzjami wsączało się żółtawe światło późnego poranka i dobiegły mnie dźwięki z telewizora. Wyszłam na korytarz w skarpetkach.
W świetlicy siedzieli myszowata Shannon Hormley z drugiego rocznika i Pete Lords z czwartego; był jednym z tych dwóch chłopaków, którzy trzymali głośniki tamtego dnia, gdy Gates tańczyła podczas apelu. Oboje podnieśli wzrok, kiedy tam weszłam, ale nie powiedzieli mi „cześć”, więc ja im też nie. Usiadłam. Oglądali operę mydlaną. Na ekranie kobieta w sukni z niebieskimi cekinami mówiła do telefonu: „Po prostu nie wiem, jak to możliwe, przecież Christophe jest w Rio”.
Zastanawiałam się, które wybrało ten serial. Od razu miałam ochotę wstać i wyjść, ale uznałam, że wyglądałoby dziwnie, gdybym zrobiła to tak prędko. Rozejrzałam się po wnętrzu. Na stoliku obok leżał wachlarz ułożony z broszur. „Zastanawiam się nad samobójstwem” - przeczytałam napis na jednej z nich. Nagłówek innej brzmiał: „Padłam ofiarą gwałtu”, a trzeciej: „Czy jestem osobą o odmiennej orientacji seksualnej?” Poczułam ucisk w żołądku. Odwróciłam wzrok, potem zerknęłam na Shannon i Pete’a, by sprawdzić, czy któreś z nich widzi, że czytam broszury. Chyba nie widzieli.
Udawałam, że jestem pochłonięta serialem, czekając, aż sobie pójdą. Kiedy wreszcie wyszli - Shannon zniknęła po półgodzinie, a potem Pete poczłapał do kuchenki - chwyciłam tę trzecią broszurę i pomknęłam z nią do swojego pokoju. „Kobiety, które identyfikują się jako lesbijki, czują pociąg seksualny do kobiet i zakochują się w kobietach” - przeczytałam. „Uważają, że ich odczucia seksualne wobec kobiet są czymś normalnym i stosownym. Odczucia te występują w dzieciństwie względnie w okresie dojrzewania i utrzymują się po osiągnięciu dorosłości”. Były tam także pytania, które można sobie zadać: „Kiedy marzę albo mam fantazje seksualne, to czy dotyczą chłopców czy dziewczyn? Czy kiedykolwiek kochałam się w dziewczynie albo kobiecie? Czy czuję się inna na tle pozostałych dziewcząt?”
Próbowałam sobie wyobrazić, że całuję się z Gates: stałybyśmy naprzeciwko siebie, po czym ja zrobiłabym krok do przodu. Być może musiałabym stanąć na palcach, z powodu jej wzrostu. Przekrzywiłabym głowę, żeby nasze nosy nie miażdżyły się wzajem, i przycisnęłabym usta do jej ust. Jej wargi byłyby suche i miękkie; potem ja rozchyliłabym moje, ona rozchyliłaby swoje i wtedy dotknęłyby się.
Ten scenariusz ani mnie nie zniesmaczył, ani nie podniecił. Może było tak dlatego, że starałam się nie podniecać. Czytałam dalej: „Za pierwszym razem, kiedy dotknęłam piersi mojej dziewczyny, miałam wrażenie, że jest to najzwyklejsza rzecz pod słońcem - Tina, lat 17”. Tina, 17 lat, pomyślałam, gdzie ty teraz jesteś? Nadal masz siedemnaście lat czy jesteś już dorosła? Czy twoi sąsiedzi albo ludzie, z którymi pracujesz, znają twoją tajemnicę? Wyobrażałam ją sobie, powiedzmy w Arizonie albo w Oregonie, ale wątpiłam, by mieszkała w Nowej Anglii. Na ile się orientowałam, w Ault nie było żadnych osób o odmiennej orientacji seksualnej. Prawdę powiedziawszy, to geja poznałam tylko raz w życiu i było to w moim rodzinnym mieście - to był syn naszego sąsiada, facet po trzydziestce, który przeprowadził się potem do Atlanty, bo dostał tam pracę przy obsłudze lotów.
Wyobraziłam sobie, jak kładę palce na pagórku piersi Gates. I co potem? Ścisnęłabym ją? Obmacywałabym dookoła? Wizja była absurdalna. Skoro nie chciałam jej dotykać, to w takim razie czego chciałam? Schowałam broszurę do kieszeni kurtki, żeby nie musieć na nią patrzeć, i pożałowałam, że w ogóle ją wzięłam. Kiedy pod wieczór wróciłam do pokoju, Dede siedziała na łóżku i obcinała sobie paznokcie. Na mój widok podskoczyła w miejscu.
Pociągnęła mnie za rękę i wywlekła z pokoju. Zatrzymałyśmy się w holu przed ogromnym kubłem na śmieci; w powietrzu unosił się znajomy smród.
Na gazetach leżał kawał zaschłego, rozciągniętego wosku, pusta torebka po chipsach i szczątki jakiejś rośliny doniczkowej. Wosk był żółtawopomarańczowy i miał około trzydziestu centymetrów długości.
O dziwo teraz, kiedy zaczęłam wierzyć w niewinność Dede, czułam się bardziej w swoim prawie, żeby ją oskarżać.
