Szalona wiosna - Aleksandra Tyl - ebook
Opis

Czy to jawa, czy sen?

Przebojowa, odważna i przyjaźnie nastawiona do świata Dorota musi zmierzyć się z odrzuceniem. Mężczyzna, w którym była zakochana, właśnie zostawił ją dla innej. Dziewczyną targają skrajne emocje, ale nie byłaby sobą, gdyby poddała się zwątpieniu. Kiedy więc przypadkowo poznaje szamana mającego niezwykłe zdolności, w jej głowie kluje się przebiegły plan. Mała zemsta na niewiernym narzeczonym byłaby doskonałym remedium na smutki. Dorota jest gotowa iść na całość i skorzystać z rozwiązania, które znajduje się poza zasięgiem zwykłych ludzi. Szkopuł w tym, że szaman popełnia błąd, który przynosi dość nieoczekiwane rezultaty…



 

Polecamy także: „Magiczne lato”, „Karmelowa jesień”, „Anielska zima”.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 533

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright ‌© by Aleksandra ‌Tyl

Copyright ‌© by Grupa ‌Wydawnicza Literatura Inspiruje ‌Sp. z o.o., 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ‌ani ‌żadna ‌jej część ‌nie ‌mogą być publikowane ‌ani w jakikolwiek inny ‌sposób powielane ‌w formie elektronicznej ‌oraz mechanicznej bez zgody ‌wydawcy.

Redakcja:Justyna Jakubczyk

Korekta:Jolanta ‌Chrostowska-Sufa, Agnieszka ‌Brach

Projekt graficzny okładki:Ilona ‌Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcia na ‌okładce:

kobieta – Copyright ‌© ‌by smmartynenko (stock.adobe.com);

dekoracje ‌– ‌Copyright ‌© ‌by Olga Mishyna ‌(stock.adobe.com)

Skład i łamanie:Justyna ‌Jakubczyk

Słupsk/Warszawa 2018

ISBN: 978-83-65897-29-9

Wydawnictwo Prozami

[email protected]

www.prozami.pl

www.literaturainspiruje.pl

Skład ‌wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Rozdział 1

Korona Matki ‌Boskiej zrobiona ‌była z drobnych lampek, ‌przypominających choinkowe. Mieniły się ‌w rytm muzyki – ‌to ‌na zielono, ‌to na niebiesko. ‌Figurka, umieszczona ‌nad barem, ‌była chyba ‌koloru białego, jednak ‌trudno to ‌było ‌stwierdzić na pewno, ‌ponieważ padające ‌zewsząd światła ‌reflektorów nadawały jej różnokolorową ‌poświatę.

Dorota wpatrywała się ‌z zadartą głową niczym urzeczona ‌w migoczącą ‌postać. Zastanawiała się, ‌czy nocny klub ‌jest odpowiednim ‌miejscem ‌dla Matki ‌Boskiej. Trudno jej było jednoznacznie ocenić, czy jej uczucia religijne zostały obrażone. Nigdy nie była szczególnie religijna. Rzadko chodziła do kościoła, proste modlitwy znała jeszcze z czasów szkoły podstawowej. Mimo to gdzieś w głębi duszy czuła teraz niesmak. Może dlatego, że smutne oczy Maryi patrzyły właśnie na nią.

Odwróciła wzrok.

Mężczyzna za barem był szybki, a mimo to tworzyła się kolejka. Dorota bębniła palcami w blat, czekając na kolejną porcję tequili. Szumiało jej w głowie, jednak jeszcze nie na tyle mocno, by zakłócić sprawność myślenia. Rozglądała się wokół, przypatrując ludziom podrygującym w rytm muzyki. Starała się odwrócić uwagę od myśli o Patryku. Bezskutecznie. Im bardziej nie chciała o nim myśleć, tym bardziej o nim myślała. Ktoś stojący za nią uszczypnął ją w ramię. Koleżanka. Zamglony roześmiany wzrok sugerował, że dziewczyna ma już dość alkoholu. Usiłowała wyciągnąć Dorotę na parkiet.

– Za chwilę! – krzyknęła Dorota, starając się przedrzeć głosem przez hałas. Muzyka dudniła nie tylko w uszach, lecz także wdzierała się do trzewi. Całe ciało odbierało niskie i wysokie tony.

– Co dla ciebie? – zwrócił się wreszcie do Doroty barman.

– To co poprzednio. Tequila.

Podał kilka kieliszków ustawionych na drewnianym talerzyku oraz sól i cytrynę. Dorota zapłaciła i zanim odeszła od baru, wypiła zawartość pierwszego kieliszka. Wykrzywiła usta. Chwyciła talerzyk i lawirując między tańczącymi, zaniosła go do stolika. Ktoś właśnie wstał i zaintonował Sto lat na cześć Lucyny, która była inicjatorką tej imprezy. Lucyna nie obchodziła urodzin, ale ta piosenka wybrzmiewała tego wieczoru już kilkakrotnie. Dorota się dołączyła. Zazdrościła Lucynie. Koleżanka ni stąd, ni zowąd podjęła decyzję o rzuceniu pracy w korporacji i wyjeździe w dalekie zakątki świata jako wolontariuszka programu Lekarze bez Granic. Nie była wprawdzie ani lekarzem, ani pielęgniarką, ale zrobiła kurs przygotowawczy i została zakwalifikowana do jednej z grup. Na początek miała jechać na Tahiti. Nie wiedziała, kiedy wróci i czy w ogóle wróci. Znajomym tłumaczyła, że chyba przechodzi jakiś kryzys i po prostu musi coś zrobić, zmienić, wykonać jakiś ruch, by poczuć, że żyje.

Dorota też przechodziła kryzys. Od rozstania z Patrykiem minęło zaledwie kilka dni, a jej uczucia w tym czasie zmieniały się niczym w kalejdoskopie. Od smutku poprzez rozgoryczenie aż do złości, a teraz wściekłości. Nie potrafiła zrozumieć, co takiego się stało, że ten ideał, ten wspaniały, czuły, zakochany w niej facet z dnia na dzień znalazł sobie inną. Z dnia na dzień przestał kochać, z dnia na dzień stracił zainteresowanie, z dnia na dzień po prostu spakował się i wyprowadził.

Wydawało jej się, że w tych pierwszych dniach już wypłakała wszystkie łzy, a jednak teraz, kiedy śpiewała nieśmiertelne Sto lat, słone krople znów cisnęły się do oczu.

– Cholera – szepnęła do przyglądającej się jej z zaciekawieniem koleżanki. – Chyba uczulenie. Za mały tu przewiew. Mam soczewki. – Delikatnie przetarła powieki rąbkiem rękawa. – Rozmazałam się?

– Nie, spoko. Tylko trochę. Napijmy się. Za Lucynę! – Dziewczyna podniosła kieliszek i dała znać reszcie, że pora na kolejny toast. Rozbawione towarzystwo zawtórowało.

Dorota wypiła zdrowie Lucyny, potem kolejne i kolejne. Pozwoliła nalać sobie wódki do kieliszka po tequili i znów wypiła. Znajomi Lucyny byli do niej przyjaźnie nastawieni, ale nie miała ochoty bliżej się z nimi poznawać. Przyszła tu głównie dla Lucyny, z którą pracowała ponad dziesięć lat temu i od tamtej pory utrzymywała w miarę regularny kontakt.

– To jeszcze raz! Zdrowie Lucyny! – krzyknął ktoś. – Za jej odważną decyzję!

– Na parkiet! – wydał komendę ktoś inny.

Dorota dołączyła do roztańczonej grupy. Po chwili zrobiło jej się niedobrze. Poszła do łazienki. Łyk zimnej wody wypitej prosto z kranu podziałał orzeźwiająco. Uchyliła okno, wzięła kilka głębszych oddechów, po czym zamknęła się w kabinie. Opuściła klapę sedesu i usiadła. Nagle poczuła się samotna, opuszczona, przegrana. Alkohol buzował we krwi, powodując, że wszelkie wrażenia odczuwała ze zdwojoną siłą. Kręciło się jej w głowie. Ktoś wszedł do kabiny obok i zaczął gwizdać. Toaleta niby była damska, ale o tej porze mało kto zwracał na to uwagę. Mężczyzna spuścił wodę i radosnym tonem powiedział do siebie kilka niezrozumiałych słów. Coś na kształt „Ale mi ulżyło”. Dorotę naszła myśl, że faceci mają o wiele prościej w życiu. Wystarczy, że się wysikają, i już im dobrze. Tymczasem ona czuła się najbardziej nieszczęśliwą osobą na świecie. I żaden alkohol, żaden taniec, żadne towarzystwo nie byłyby w stanie jej pocieszyć. Chyba że przyjechałby Patryk i czołgał się u jej stóp, przepraszając i płacząc. Nie wybaczyłaby mu, ale przynajmniej odczułaby jako taką satysfakcję.

Znów poczuła, jak wzbiera w niej złość. Myśli o Patryku były tak uporczywe, że nie sposób ich było odgonić. Musiałaby odciąć się od wszystkiego, uciec, zmienić klimat, wyrzucić telefon, zaangażować się w coś tak bardzo, że stare życie stałoby się mglistym wspomnieniem. Tak. Trzeba się odciąć. Tak jak Lucyna. Trzeba wykazać się odwagą. Jak Lucyna. Trzeba być silnym. Jak Lucyna.

– Zdrowie Lucyny! – krzyknęła. Jej głos rozniósł się echem po łazience.

– Zdrowie! – odkrzyknęły jakieś dziewczyny, które najwyraźniej właśnie weszły.

Dorota nie zareagowała. Teraz jej myśli były zupełnie gdzieś indziej. Natchniona nową energią wyjęła z torebki komórkę i nie zważając na późną porę, wystukała numer siostry.

Alicja odebrała dopiero po czterech sygnałach.

– Halo? Dorota? – spytała ochrypłym, zaspanym głosem. – Stało się coś?

– Szzześć – wyszeptała do słuchawki Dorota, zdumiona, że nagle opadła z sił i jej zdolności artykulacyjne nieco się pogorszyły.

– Co sześć?

– Szzześć, Ala.

– Dorota? Dobrze się czujesz? – Alicja trochę się rozbudziła. Teraz jej głos wyrażał zaniepokojenie.

– No wiesz przecież, że hoszej już być nie mosze.

– Gdzie jesteś?

– W klubie. Na Pradze dździeś. Łazimy.

– Z kim?

– A czy to waszne? Ala! Dzwonię do ciebie, bo nie chcę, szebyś się o mnie martwiła!

– Jezu! – Alicja krzyknęła. – Właśnie teraz zaczęłam się martwić! Gdzie ty jesteś? Z kim? Wiesz, która godzina? Druga w nocy!

– Oooooj tam.

– Przyjechać po ciebie?

– A po co? Taksówki som. Ja w innej sprawie dzwonie. Żebyś się nie martwiła. Mam plan.

– Dorota, przyjadę po ciebie, jesteś pijana.

– O ho, ho! Mylisz się! Jestem trzeeeźwa jak świnia! – Dorota z determinacją usiłowała mówić wyraźnie. Nie czuła się pijana, lecz zmęczona i osłabiona.

– No właśnie słyszę – mruknęła Alicja.

– To aparat mowy mi szwankuje, ale głowe mam trzeźwioom, trzeźwiutkom. Ala, zmieniam swoje życie. Totalnie. Wyjeżdżam, będę wolontariuszem, będę pomagać innym.

– Komu?

– Dzieciom w Afryce.

– Na litość boską, Dorota! Jedź do domu, wytrzeźwiej, rano porozmawiamy.

– Już postanowiłam. Wyjadę gdzieś, na koniec świata. Wiesz, jak lubię pomagać. To moja misja. I w dupie z całą resztą. Musze coś zmienić, bo moje szycie jest beznadziejne teraz.

– Dora, nic nie planuj, wytrzeźwiej najpierw. Jutro będzie dobry dzień, na wszystko spojrzysz inaczej. Patryk to nie koniec świata.

– Z roboty mnie przecież wylali – przypomniała Dorota.

– To też nie koniec świata. Znajdziesz nową.

– No pewnie. I faceta też. I znowu będzie to sssaaamo. Jusz nie chce. Chce zmiany. Wyjeżdżam. I dzwonie, żebyś się nie martwiła, bo komórke wywale do Wisły.

– Jezus Maria. Przyjadę po ciebie.

– Komórkę wywale, nie siebie, nie martw się – podkreśliła z mocą Dorota. – Musze to zrobić, rozumiesz? Musze się odciąć od wszystkiego! Jeśli nie dziś, to nigdy się nie odważe. Musze dziś.

– Nic nie musisz! Wyśpij się. Jutro przemyślisz temat.

– Bo ty sawsze taka grzeczna. Nie pouczaj mnie. Zrobie, co będę chciała.

– Dobrze, ale jutro.

– Dzisiaj. Już jest dzisiaj. Pojade do domu, przespie się i z rana wyruszam w podróż mojego życia.

Alicja po drugiej stronie westchnęła.

– Przyjechać po ciebie? – spytała ponownie. – Wezmę samochód Konrada, byłabym za pół godziny, tylko podaj adres.

– Poradze sobie, daj spokój, Ala. Jestem już dużą dziewczynką.

– To obiecaj, że złapiesz taksówkę. Tak? I już nie pij.

– Nie mam zamiaru, rzygać mi się chce. Jade do domu. Odezwe się do ciebie za miesiąc. Albo za dwa. Albo za pół roku. Zależy.

– Zdzwońmy się rano.

– To buźka od Jóźka!

**

Kropiło. Dorota odruchowo przykryła torebką włosy. Przeszła kilka metrów wzdłuż ulicy, rozglądając się za taksówką. Jak na złość nie przejeżdżał żaden samochód. Teraz dopiero olśniło ją, że mogła zamówić taksówkę przez telefon i poczekać na nią w klubie, zamiast moknąć. Zaklęła pod nosem. Wyjęła komórkę. Usiłując wyszukać numer korporacji, klęła coraz głośniej, ponieważ coraz mocniej padało.

– Cholera – warknęła, kiedy charakterystyczny dźwięk telefonu poinformował o wyczerpującej się baterii. Nacisnęła przycisk wybierania, a po drugiej stronie zdążyła zgłosić się dyspozytorka, gdy telefon padł.

Dorota zacisnęła wargi. Nie mogło być gorzej. Nie znosiła spacerów w deszczu. Przez moment się zastanawiała, czy nie wrócić do klubu, ale powrót gdziekolwiek kojarzył jej się jednoznacznie źle. Powroty do tego, co już minęło, nawet jeśli minęło dopiero przed chwilą, nie wchodziły w grę. Nowe życie oznaczało zmiany, a zmiany czasem wymagają poświęceń, wyjścia ze strefy komfortu, choćby na deszcz.

Ruszyła wzdłuż uliczki, w nadziei, że obrała właściwy kierunek i trafi do którejś z głównych ulic, gdzie uda się złapać taksi. Albo chociaż nocny autobus. Byle się dostać do Śródmieścia.

Szumiało jej w głowie, jednak nie czuła się pijana. Chłodne, niemal zimowe powietrze otrzeźwiło ją na tyle, że szła w miarę prosto i myślała w miarę racjonalnie. Dopiero teraz dotarło do niej, jak nierozważnie się zachowała. Zamiast poczekać na resztę towarzystwa, pożegnała się z Lucyną, powiedziawszy, że na dole już czeka taksówka. Skłamała, bo zależało jej, żeby wyjść już, natychmiast, bez zbędnego tłumaczenia się i wyjawiania ukrytych powodów.

Przyspieszyła kroku. Niemal biegła, wciąż trzymając nad głową torebkę. Odgłos obcasów uderzających o chodnik potęgował wrażenie pustki wokół. Ani żywego ducha. W Śródmieściu było to nie do pomyślenia, przecież nieraz wracała po nocy i zawsze napotykała innych ludzi, mniej lub bardziej wymęczonych imprezami.

– O rany! – krzyknęła nagle, zauważywszy wyłaniającą się zza zakrętu ciemną postać.

Sylwetka, która rzucała na budynku długi cień, należała do młodego mężczyzny.

Dorota przystanęła, żeby uspokoić oddech. Wreszcie jakiś człowiek, nie ma się czego bać – westchnęła w myślach. Chłopak wyglądał zwyczajnie. Przez moment się zastanawiała, czy nie zapytać go o drogę, jednak ponieważ na nią nie patrzył, idąc ze wzrokiem wbitym w chodnik, zrezygnowała z tego pomysłu. Dopiero kiedy ją minął, zdecydowała się go zaczepić.

– Przepraszam – powiedziała pewnym tonem, żeby głos nie zdradził przetaczających się przez krew procentów. – Masz moooże… – Zamilkła, kiedy na nią spojrzał. Wyglądał młodo, ale może nie chciał, by zwracać się do niego w tak bezpośredni sposób, może powinna bardziej oficjalnie. – Masz… pan… możeee… – Ciągle wpatrywał się w nią bez słowa, ręce trzymał w kieszeniach, a ramiona miał lekko uniesione, jakby mu było bardzo zimno. – Telefon? Mój padł, a potrzebuję taksi.

– Daj torebkę – odezwał się wreszcie mężczyzna.

– Nnie uruchomisz… Pan… Bateria padła – wytłumaczyła oszołomiona poleceniem Dorota, spontanicznie otwierając torebkę, żeby na dowód wyjąć z niej wyładowany telefon.

– Daj torbę i spadaj. – Nie czekając na to, aż Dorota spełni prośbę, mężczyzna energicznym ruchem wyszarpnął jej z rąk torebkę, odwrócił się i szybkim krokiem poszedł przed siebie.

Dorota stała przez chwilę, wpatrując się w plecy chłopaka, zdruzgotana. Zupełnie nie wiedziała, jak zareagować. Minęło kilka sekund, zanim otrząsnęła się z szoku i wyrwała za złodziejem.

– Ratunku!!!! – krzyknęła z mocą. – Pomocy!!! – Nerwowo rozglądała się po ciemnych oknach. Prawdopodobnie wszyscy spali. A ci, u których ćmiło się światło, zapewne przyzwyczajeni byli w tej okolicy do takich incydentów. – Ratunku! Pali się! – krzyczała, biegnąc. W stresie przypomniała sobie, że ludzie nie reagują na prośby o pomoc, że trzeba zwrócić ich uwagę w jakiś inny sposób. Pożar wydał się najprostszym rozwiązaniem.

– Ciszej tam, bo zaraz wezwę policję, pijaki! – odkrzyknął ktoś zaspanym głosem, po czym okno w jednej z kamienic zamknęło się z hukiem.

– Policja! – zaczęła krzyczeć Dorota.

Kilkanaście metrów przed sobą wciąż widziała złodzieja z torebką. Szedł energicznie, szybko, ale nie biegł. Jakby przewidział, że buty na obcasie, które Dorota miała na stopach, i tak nie pozwolą jej go dogonić. Nagle skręcił w jedną z bocznych uliczek, ale go nie zgubiła. Nie miała siły krzyczeć. Teraz już tylko biegła, nie zważając na to, że jeden z obcasów już dawno się złamał. Nie myślała o tym, co będzie, gdy w końcu dorwie złodzieja, prawdopodobnie by przed nim uciekła. Teraz jednak nie widziała innego rozwiązania. Wystarczało jej poczucie, że coś robi.

Mężczyzna przyspieszył kroku, klucząc między budynkami. Dorota wbiegła za nim do jednej z bram i zdjąwszy buty, przyspieszyła pościg. Wreszcie złodziej znalazł się ledwie pół metra od niej.

– I maaam cię, gnoju! – krzyknęła bojowo, zdumiona własną odwagą. W innej sytuacji zapewne by odpuściła, ale teraz czuła tak wielką satysfakcję, że wszystko inne przestało się liczyć. Gdyby wyjął nóż i ją ugodził, pewnie nikt by nawet nie usłyszał krzyku.

Mężczyzna ani się nie obejrzał. Skręcił w lewo i wszedł do klatki schodowej. Dorota za nim.

– Dawaj! Oddawaj! – warknęła gniewnie, łapiąc za torebkę. Ale nie puścił. Energicznie pchnął za to Dorotę, która osunęła się na drzwi od piwnicy. Te z kolei pod jej ciężarem ustąpiły, a Dorota, straciwszy równowagę, runęła po schodach.

I nagle zrobiło się ciemno.

**

Kiedy się ocknęła, leżała na wersalce, a pod głową miała poduszkę. W głowie wirowało, a gdy spróbowała się podnieść, zawirowało jeszcze mocniej, więc opadła z powrotem.

– Boże, co się stało? – jęknęła, nie bardzo rozumiejąc, gdzie jest i jak się tam znalazła.

– Spadłaś ze schodów. – Męski głos, który dochodził gdzieś z prawej strony, był niski i nieco ochrypły. – Obejrzałem cię. Nic ci nie będzie. Masz grzybki?

Dorota z trudem obróciła twarz w stronę głosu. Zmrużyła oczy. Dopiero teraz sylwetka mężczyzny stała się wyraźna. Był szczupły i niewysoki. Skąpa koszulka na ramiączkach odsłaniała wytatuowane ramiona. Jego twarz okalały blond dredy, tak posklejane, jakby do ich splecenia użył kilograma miodu.

Dorota patrzyła na niego nierozumiejącym wzrokiem.

– Jakie grzybki? – spytała wreszcie.

– Te, które zamówiłem. Odpocznij, chyba jeszcze nie doszłaś do siebie. Chcesz wody?

– Chętnie.

Wyszedł, a ona w tym czasie ponownie spróbowała się podnieść. Wciąż wszystko ją bolało. Na szczęście rzeczywiście chyba nie doznała większego urazu, ponieważ mogła ruszać wszystkimi kończynami, a znikąd nie ciekła krew. Westchnęła z ulgą. Nie pamiętała samego upadku. Jak przez mgłę przypomniała sobie pościg za złodziejem. Usiadła na wersalce i dotknęła głowy. Z tyłu wyczuła guza. Musiała naprawdę mocno się uderzyć.

Rozejrzała się po pomieszczeniu. Była to piwnica przerobiona na coś w rodzaju pracowni. Przy przeciwległej ścianie stało biurko potężnych rozmiarów, nad którym zawieszono trzy drewniane półki. Kiedy wytężyła wzrok, dostrzegła przedmioty wskazujące dość jednoznacznie, czym zajmuje się lokator z dredami.

– To laleczki voodoo? – spytała, kiedy wrócił ze szklanką wody.

Mruknął potakująco.

– O matko. A to? – skinęła brodą, wskazując na szklany słój, w którym zaimpregnowane były jakieś kości.

– Z tego robię… – Zamilkł nagle i spojrzał na nią uważnie. – A ty nie masz grzybków dla mnie – stwierdził bardziej, niż zapytał.

– Jakich grzybków? – Dorota pochyliła się do przodu. Wypiła duszkiem szklankę wody.

– Halucynogennych. Zamawiałem. Kurier miał być nad ranem.

– Niby ja miałabym być tym kurierem? – Roześmiała się chrapliwie. W głowie wciąż łupało. Nie czuła się zbyt dobrze. – Wyglądam na kuriera, który rozwozi grzyby po nocy?

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– W tej branży nikt nie wygląda. A ja się nie przyglądam. Mnie interesuje towar. To masz czy nie?

– Nie mam. Pomyłka. Zostałam napadnięta. Jakiś gnój wyrwał mi torebkę. O Boże… – westchnęła, ponownie opierając głowę o oparcie kanapy. Przeanalizowała sytuację. W torebce nie było cennych rzeczy. Wychodząc do klubów, nigdy nie brała ze sobą nic wartościowego w obawie przed kradzieżą. Dokumenty zostawiała w domu, podobnie jak karty kredytowe. Dwieście złotych w gotówce nie było więc wielką stratą. Telefon. Na szczęście wyładowany, złodziej nie nabije jej kosmicznego rachunku. A sam aparat nie był dużo wart, i tak miała go wkrótce wymienić na nowy. Klucze. Zostawiła, jak zwykle, w skrytce pod drzwiami. Mieszkanie było więc bezpieczne.

– Nie jest źle – mruknęła półgłosem. – Niech się udławi tym telefonem.

– Na pewno nie masz grzybów? – upewnił się mężczyzna, wpatrując się w Dorotę z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.

– Że też zawsze trafiam na facetów, dla których jestem rozczarowaniem. – Pokręciła głową. – Nie, jeszcze raz tłumaczę, że nic nie wiem o grzybach. Przykro mi. Tak w ogóle jestem Dorota – przedstawiła się, odsłaniając zęby w słabym uśmiechu. – Dziękuję, że się mną zająłeś.

– Myślałem, że masz grzyby.

Nie chciała go drażnić, ale spontanicznie wywróciła oczami, usłyszawszy znów tekst o grzybach. Czyli co – przebiegło jej przez myśl – nie pomógłby, gdyby nie myślał, że jestem kurierem?

Był dziwny, ale nie czuła się zagrożona. Wyraźnie dawał jej odczuć, że nie jest zainteresowany rozmową. Odwrócony plecami, grzebał przy czymś leżącym na biurku.

– Masz jakieś imię? – spytała.

– Zen.

– Zenek? Zenobiusz.

– Zen. Jak filozofia Zen. Ze-en – wypowiedział przeciągle.

– Zen. Okej. Zrozumiałam.

Na górze rozległo się pukanie. Mężczyzna drgnął i spojrzał w kierunku schodów. Pukanie się nasilało.

– Kurier. Czekaj tu – nakazał Dorocie, a sam poderwał się i poszedł do drzwi.

– Nigdzie się nie wybieram – powiedziała do siebie cicho. Nie miała ochoty oglądać nocnego kuriera dostarczającego zakazane zapewne substancje. W ogóle wolała nie wiedzieć, co właściwie się tu produkuje, wyrabia albo czym się handluje.

Ponownie rozmasowała głowę. Bolało ciut mniej – albo ona już przyzwyczaiła się do bólu. Wstała i rozejrzała się po wnętrzu, szukając toalety. Dostrzegła drzwi pomalowane na czarny kolor. Były nieopisane, ale w piwnicy nie było innych. Nie czekając na powrót Zena, nacisnęła klamkę. Za drzwiami był niewielki korytarz, oświetlony jedynie słabą żarówką wiszącą na krótkim kablu. Na końcu korytarza też były drzwi, tym razem białe. Rzeczywiście, prowadziły do maleńkiej toalety. Pomieszczenie pachniało wilgocią i było w nim ciemno. Włącznik światła nie działał. Dorota westchnęła. Ze zdumieniem zauważyła, że sedes jest podświetlany. Dookoła niego ułożone były fosforyzujące kamienie. Przynajmniej to – pomyślała, ciesząc się, że nie będzie musiała trafiać do kibelka zupełnie po ciemku.

Kiedy wyszła, poczuła się lepiej. Ze zdumieniem odkryła, że głowa coraz mniej ją boli. Wyprostowała się i pewniejszym już krokiem ruszyła do czarnych drzwi. Po lewej stronie, niedaleko żarówki, zauważyła ciemnoszarą kotarę. Najpierw przeszła obok niej, ale po sekundzie zawróciła. Miejsce, w którym się znalazła, zbyt ją intrygowało, żeby nie rozejrzeć się dokładniej. Z góry dochodziły przytłumione głosy, Zen najwyraźniej wciąż rozmawiał z dostawcą grzybów. Oceniła więc, że ma jeszcze kilka minut, zanim gospodarz zejdzie.

Kotara była ciężka, Dorota z trudem odchyliła kawałek, żeby zajrzeć, co kryje się dalej. W tym pomieszczeniu także panował mrok, jednak włącznik znajdujący się po prawej stronie tym razem zadziałał. Kiedy Dorota go wcisnęła, pokój został rozświetlony kilkoma małymi kinkietami dającymi słabe światło, zamocowanymi na każdej ze ścian.

– O rany – szepnęła, zauważywszy, że na podłodze stoi mnóstwo wypalonych świec, a stół, który umieszczono pośrodku, aż lepi się od zalegającego na nim wosku.

Zaciekawiona weszła dalej i dopiero wtedy zauważyła drewniane podesty ustawione przy każdej ze ścian. Na jednym z nich ktoś leżał…

– Przepraszam – powiedziała odruchowo. – Już gaszę światło, nie chciałam przeszkadzać.

Cofnęła się o krok, ręką szukając wyłącznika, ale nie potrafiła odwrócić głowy od nieruchomego ciała. Wydawało jej się, że mężczyzna nie oddycha.

– O Boże… – jęknęła, przełknąwszy ślinę. Serce zaczęło jej bić mocniej, a w głowie powróciło bolesne łupanie. – Tylko spokojnie… – powiedziała do siebie szeptem. – Tylko spokojnie…

Brak telefonu nagle okazał się bolesny. Nie mogła wezwać pomocy, z nikim się skontaktować. Jeśli Zen jest mordercą, nie będzie miała nawet gdzie się ukryć. A może ten facet tylko śpi – pocieszyła się w myślach. Chrząknęła głośno, sprawdzając jego reakcję. Nie wykazał żadnej.

– Czego mi tu łazisz?

Dorota krzyknęła i podskoczyła. Dopiero po chwili dotarło do niej, że Zen stoi tuż za nią.

– Przepraszam! Nic nie widziałam!

Mężczyzna na podeście wciąż się nie ruszał, niewzruszony podniesionymi głosami.

– Cholera… – jęknął tym razem Zen. – Świece zgasły.

Z kieszeni wyjął pudełko zapałek, wyminął oszołomioną Dorotę, podszedł do podestu, uklęknął i zapalił trzy stojące tam świeczki. Następnie sięgnął do drewnianego naczynia stojącego obok i wyjął z niego kilka kadzidełek. Podpalił je od świeczki i wstał. Energicznym krokiem przeszedł po pokoju.

– Przesuń się – powiedział do Doroty. – Muszę okadzić. Dorota, zamiast uciec z piwnicy, stała niczym przyrośnięta do podłogi. Nie była w stanie się ruszyć. Wciąż wpatrywała się w nieruchomego mężczyznę leżącego na podeście. Dopiero teraz go rozpoznała.

– Czy to… – zaczęła, usiłując przypomnieć sobie nazwisko znanego aktora.

– Tak – potwierdził Zen, nie czekając, aż Dorota wyartykułuje resztę pytania.

– Nie żyje?

Zen ostentacyjnie wywrócił oczami, dając wyraz swojej irytacji.

– Lepiej już sobie idź – powiedział, wciąż wymachując kadzidłami.

– Śpi? – dopytywała niezrażona jego niechęcią Dorota.

– Coś pomiędzy. Idź już sobie. Przeszkadzasz.

– Ale…

Zamilkła, ponieważ spojrzał na nią takim wzrokiem, że nie chciała go drażnić. Jego spojrzenie wyrażało irytację, jednak nie było w nim agresji, którą mogłaby odczytać jako atak na siebie. Nie czuła się zagrożona w towarzystwie Zena. Posłusznie wycofała się za kotarę. Nie opuściła jednak piwnicy. Zaciekawiona i pobudzona usiadła na wersalce. Jej myśli biegły w kierunku aktora. Przypomniała sobie jego role, pamiętała, że niedawno odebrał ważną nagrodę. Nadal nie mogła przypomnieć sobie nazwiska, ale jego twarz była aż nadto jej znana.

– Wciąż tu jesteś? – Zen pokręcił głową z dezaprobatą i usiadł przy biurku, odwróciwszy się od Doroty.

– Zostałam okradziona, nie mam pieniędzy na taksówkę, a nie będę przecież wracać nocą na piechotę. Mieszkam po drugiej stronie Wisły. A może pożyczysz mi pięć dych? Jutro oddam.

– Jeszcze czego.

– To pożycz telefon, zadzwonię do siostry, przyjedzie po mnie.

– No pewnie, całą rodzinę tu zwołaj. To nie klub, nie chcę tu gości.

– W takim razie będę siedzieć do rana.

– Rób, co chcesz, byle cicho. Zajęty jestem.

– Nocny marek? – Dorota, mimo nakazu zachowania ciszy, nie mogła się powstrzymać. – Słuchaj… O co chodzi z tym aktorem? Jak on się nazywa, bo zapomniałam…

Zen nagle obrócił się razem z krzesłem, aż kółka lekko zapiszczały. Nachylił się ku Dorocie i syknął:

– Ani się waż mówić komukolwiek, co tu widziałaś. Jeśli cokolwiek piśniesz, dorwę cię, a wiedz, że mam sposoby na to, żeby cię znaleźć.

Dorota zamilkła. Uwierzyła. Mimo że Zen nie znał przecież jej adresu, to wyposażenie jego biurka świadczyło o tym, że wcale nie musi go znać, by zrobić jej krzywdę na odległość, gdziekolwiek by była.

– Nikomu nie powiem – powiedziała cicho. – Tak tylko zapytałam, z ciekawości…

Nie skomentował. Znów odwrócił się i teraz widziała tylko jego plecy. Głowę pochylił nad biurkiem i zaczął oglądać grzyby przywiezione przez kuriera. Dorota wywnioskowała, że nie każdy mu się podoba, ponieważ niektóre rozgniatał, a inne przesuwał dłonią na bok. Jej wzrok znowu padł na laleczki zawieszone nad biurkiem. Wyglądało na to, że są nowe i tylko czekają na to, aż ktoś z nich skorzysta. Nagle naszła ją myśl, że jedną z tych osób mogłaby być ona. Patrykowi przydałby się wycisk. Porządna kara za zdradę.

Dorota odchrząknęła.

– Po ile te laleczki? – spytała, starając się, żeby jej głos brzmiał w miarę lekko.

Zen znieruchomiał.

– Mam cię stąd wyprowadzić siłą? Nie widzisz, że pracuję?

– Ja właśnie w sprawie twojej pracy… – podjęła nieśmiało. – Nie chcę przeszkadzać, ale pomyślałam, że skoro tu już jestem… Po ile te laleczki?

– To nie zabawki.

– No wiem. Nie chcę się nimi bawić. Potrzebuję jednej. Mam pieniądze. To znaczy nie przy sobie, ale zapłacę.

– Nie mam ochoty gadać z durną laską, która po pijaku daje się okraść byle łachudrze i jeszcze spada ze schodów, omal nie łamiąc sobie karku. Siedź cicho, a gdy tylko zacznie świtać, pójdziesz stąd, zrozumiałaś?

– Zrozumiałam. – Dorota przełknęła przytyk, nie zamierzała się tłumaczyć i bronić. – Jednak interesuje mnie taka laleczka. Nie chcesz zarobić?

– Nie.

– Bo pewnie to nie działa…

Zen stężał. Wyprostował plecy, podniósł głowę. Znów zaskrzypiały kółeczka od krzesła. Odwrócił się.

– To nie zabawka, rozumiesz?

– Wiem, do czego służą laleczki voodoo, i zapewniam cię, że mam powód, by z takiej laleczki skorzystać.

– Nie masz takiego powodu.

– Co ty możesz wiedzieć? – prychnęła Dorota.

– Bo naprawdę rzadko ktoś może mieć powód, by użyć tej broni.

– Ja mam.

– Nie masz. Jesteś młodą, atrakcyjną kobietą, która prawdopodobnie została zraniona przez jakiegoś gacha i teraz chce się zemścić.

– Skąd wiesz? – Dorota wybałuszyła oczy.

– Bo osiemdziesiąt procent kobiet, które szukają mnie w darknecie, pała zemstą właśnie z tego powodu. Zawsze im odmawiam.

– Dlaczego?

– Bo to nie powód do zemsty.

– Co ty tam wiesz.

– Pamiętaj, że zło, którego się dopuszczasz, wraca.

– Oczywiście! – krzyknęła Dorota. – Do mojego byłego faceta w ten sposób wróci zło, które mi wyrządził. Tylko muszę mieć taką laleczkę.

– I co mu zrobisz? Wbijesz igłę w piersi, połamiesz nogi? Dorota się zastanowiła.

– No nie… Ale trochę mogę go obtłuc. Tak niegroźnie… Tyle, żeby poczuł.

– I co ci to da?

– Da mi!

– Co? Chwilową ulgę? Satysfakcję? A facet i tak nie będzie twój. Za jakiś czas emocje miną i o nim zapomnisz, ale niechcący możesz mu zrobić nieodwracalną fizyczną krzywdę, tego chcesz?

– To po co te laleczki?

– Na pewno nie do takich działań. Zapomnij.

– A ten aktor? – Postanowiła wykorzystać to, że Zen z nią rozmawia. – Co mu jest? Zrobiłeś mu jakąś krzywdę?

– Ja nie robię krzywdy, jeśli nie zdążyłaś jeszcze zauważyć. Moje drugie imię to Spokój. Pomagam ludziom. A oni to doceniają. I wynagradzają mnie.

– Ale on wygląda, jakby nie żył…

– To inny stopień świadomości. Coś pomiędzy jawą a snem. On teraz znajduje się gdzieś indziej.

– Gdzie?!

– Aktualnie w Krakowie. Jest kustoszem… A dokładniej, w kustoszu.

– Że co?

– Przygotowuje się do roli.

– Nic a nic nie rozumiem.

– Nie musisz. Pytałaś, to odpowiadam. Ale rozumieć nie musisz.

– Ale chciałabym zrozumieć, to naprawdę fascynujące!

– Posłuchaj… Ci, którzy się interesują moją działalnością, zawsze do mnie trafią i nie zadają durnych pytań. Przypadkowe osoby, takie jak ty, nie muszą nic rozumieć, a ja nie mam ochoty tłumaczyć. Powtarzam po raz kolejny: mam robotę, wolałbym, żebyś sobie poszła.

– Ale…

– To, że na drugie mi Spokój, nie znaczy, że nie mam granic.

– Okeeeej, nie unoś się – zastrzegła szybko Dorota. – Ale weź pod uwagę też to, że ja na razie jestem może i przypadkowym gościem tu, u ciebie, ale nie wiesz, czy nie stałabym się stałym. Gdybym zrozumiała, czym się zajmujesz.

– Nie stać cię.

– Aha. Czyli dochodzimy do sedna. Pieniądze.

– Nie sądzisz chyba, że pracuję charytatywnie.

– Twoja piwnica nie wygląda na pałac. Myślę, że mnie stać. Po ile laleczki?

– Nie stać cię – powtórzył Zen. – To, że mieszkam skromnie i niewiele potrzebuję do codziennej egzystencji, nie znaczy, że nie wyceniam swoich usług wysoko. Pieniądze, które zarabiam, przekazuję dalej. Płyną tam, gdzie są potrzebne.

– Czyli gdzie?

– Co się tak wypytujesz? Przypominam, że nie umawiałaś się ze mną. Wpadłaś tu, a właściwie spadłaś tu. W dodatku czuć było od ciebie alkohol.

– Bo jest sobota. Byłam na imprezie. Ale jestem już trzeźwa i gotowa do działania. Tak, mam złamane serce. – Dorota spojrzała Zenowi prosto w oczy i zdobyła się na szczerość. – Nie pierwszy raz. I nie wiem, czy się kiedykolwiek zasklepi. Bo zrobił to nagle. Po prostu poszłam w odstawkę, znalazł sobie inną, wyższą, szczuplejszą, młodszą, ładniejszą. Tak po prostu mnie zamienił, rozumiesz? Dziwisz się, że interesują mnie laleczki voodoo? Nie chcę wbijać mu igły w serce, mam ochotę wyrwać mu włosy, niech zacznie łysieć, mam ochotę smerać go piórkiem, żeby go ciągle swędziało. Mam ochotę… – wymieniała bez opamiętania. – Wszystko mu zrobić, byleby sprawić, żeby to on teraz został porzucony, żeby z dnia na dzień przestał się jej podobać, żeby zobaczył, jak to jest.

– Myślisz, że zobaczyłby? – mówił znudzonym tonem Zen. Wyraz jego twarzy też nie wyrażał emocji.

– Nie wiem. Ja na pewno odczułabym ulgę.

– A tak naprawdę czego chcesz?

Dorota zamilkła. Zacisnęła usta i pomasowała sobie skronie. Głowa już aż tak bardzo nie bolała od upadku, jednak teraz zaczęła boleć od myślenia o Patryku.

– Tak naprawdę. Czego chcesz? – ponowił pytanie Zen. Dorota pociągnęła nosem.

– Tak naprawdę… Chciałabym, żeby do mnie wrócił – załkała nagle, ale szybko przywołała się do porządku. – Tak naprawdę chciałabym zrobić krzywdę tej lasce, to jej powinnam wyrwać włosy i rozszarpać twarz. Gdyby nie ona, Patryk na pewno byłby wciąż ze mną, było nam tak dobrze…

– Przestań myśleć o czyjejś krzywdzie. O rozszarpywaniu twarzy, wyrywaniu włosów, nie tędy droga.

– Naprawdę jesteś dziwny. Chyba nigdy nie kochałeś.

– Kochałem – odpowiedział enigmatycznie Zen. – Kochałem… I dlatego uważam, że miłość jest dobra, nie niszczy, nie pozostawia po sobie zgliszczy.

– Co ty tam wiesz… – parsknęła Dorota. – Ile właściwie masz lat? – zainteresowała się, przyglądając się Zenowi. Z jego twarzy trudno było wyczytać wiek. Miał jasną karnację i głęboko osadzone oczy, wokół których widniało kilka dość głębokich, ale wyraźnie mimicznych zmarszczek. Mógł mieć równie dobrze trzydzieści co czterdzieści lat.

– Obecnie dwadzieścia – odpowiedział, wzruszywszy z lekka ramionami.

– Obecnie?

– W tym życiu.

Dorota potrząsnęła głową.

– Było jakieś poprzednie? – spytała, nie ukrywając sarkazmu.

– W tamtym miałem trzydzieści cztery.

– To ciekawe. Dwa życia… hmmm… – Uśmiechnęła się lekceważąco. – To razem… Pięćdziesiąt cztery? – spytała z powątpiewaniem. Na tyle na pewno nie wyglądał. – Dobrze obliczyłam?

– Ja tego nie sumuję.

– Co to znaczy poprzednie życie? Reinkarnacja czy co? – zadrwiła.

– W tamtym życiu byłem ornitologiem, podróżnikiem. W tamtym życiu miałem kobietę, którą kochałem, a która nie podzielała mojej pasji. Wybrała kogoś innego. W tym życiu jestem sobą.

– Szamanem?

Tym razem to Zen się uśmiechnął.

– Szamanem nie. I nigdy nim nie zostanę. Niestety, moje korzenie nie pozwalają na taki awans. Ale jestem uczniem. I wypełniam swoją misję najlepiej, jak umiem.

– W Polsce są takie kursy?

Zen niemal parsknął śmiechem.

– Dla naiwniaków może i są. Ja pobierałem nauki daleko, w dżungli amazońskiej. W tamtym życiu niewiele wiedziałem o świecie. Gdyby nie przypadek, prawdopodobnie dalej opisywałbym życie godowe flamingów.

– A co się stało? – Dorota nie mogła się powstrzymać od zadawania pytań. Tym bardziej że Zen coraz więcej i chętniej o sobie mówił. Miała nadzieję, że dzięki temu podpowie jej rozwiązanie, które mogłaby wykorzystać jako zemstę na Patryku. Wtedy nie musiałaby nawet nigdzie wyjeżdżać. Zostałaby w Polsce i ze spokojem czekała, aż Patryk przypełznie do jej stóp. Napawałaby się tym przez jakieś dwa miesiące i wtedy go rzuciła. Tak po prostu, bez słowa. Taki miałaby kaprys. To dopiero byłaby prawdziwa zemsta porzuconej kochanki. Uśmiechnęła się na samą myśl. Zen włożył słomkę do pojemnika, który przypominał orzech kokosowy, ale nim nie był.

– Yerba mate. Chcesz? – spytał, podając napój Dorocie. Przyjęła i upiła łyczek. Smakowało nieźle.

– Co się stało, że przestałeś być ornitologiem? – ponowiła pytanie.

– Ukąsił mnie wąż. Prowadziłem wtedy obserwacje w dżungli amazońskiej na zlecenie wydziału botaniki uniwersytetu, pisałem doktorat. W mojej ekipie były w sumie trzy osoby, w tym fotograf, ale akurat wtedy wyszedłem sam. Był świt, miałem ochotę zaszyć się w upatrzonym wcześniej miejscu… Z pomocą przyszli mi tubylcy. Zanieśli do wioski, opatrzyli, wyleczyli.

– Dobrze trafiłeś.

– Obserwowali nas od wielu dni. Byliśmy obcy, dla nich byliśmy wrogami. Gdybyśmy przeszli granicę, o której istnieniu nie wiedzieliśmy, i gdybyśmy naruszyli ich teren, żaden z nas nie wróciłby do Warszawy żywy. Ale tak się nie stało. Ukąsił mnie wąż, a oni uratowali mnie tylko z powodu przekonania, że potrafię porozumiewać się z ptakami. Wierzyli, że dusze ich przodków zamieniają się w ptaki. Zależało im na tym, żeby ptaków w wiosce było jak najwięcej, żeby ich strzegły. Oprócz trucizny wytwarzanej przez siebie ci ludzie nie mają żadnej broni. Kusze, strzały – to wszystko, czym dysponują w razie ataku z zewnątrz. Nie mają szans z bronią palną, którą dysponują „najeźdźcy z innego świata”, jak ich nazywają. A najeźdźcy nie mają sentymentów. Dla pieniędzy są w stanie zrobić wszystko. Wycinają drzewa, niszczą rośliny, łupią napotkane wsie.

– I naprawdę sprawiłeś, że ptaki przyleciały?

– Oczywiście. Wystarczyło stworzyć im odpowiednie warunki lęgowe, przywabić. Wbrew pozorom nie jest to takie trudne. Przekazałem tę wiedzę szefowi wioski. On w zamian nauczył mnie tych wszystkich rzeczy, z których dziś korzystam i które pozwalają nam zarabiać. Same ptaki nie uchronią plemienia w razie ataku. To tylko naiwna wiara. Potrzebne nam pieniądze, bo tylko dzięki nim można wybudować odpowiednie zasieki, obronę przed najeźdźcami.

– Rany, to brzmi, jakbyś opowiadał bajkę o średniowieczu.

– Może trudno w to uwierzyć, ale są na tym świecie ludzie, którzy nie wiedzą, co to prąd. Ich cywilizacja nie rozwinęła się technicznie, jednak mają wiedzę, której brakuje nam, ludziom Zachodu skoncentrowanym na postępie.

– A ten aktor? – nawiązała Dorota.

– Powiem ci. Nie dlatego, że ci ufam, ale dlatego, że ci nie ufam.

Dorota spojrzała na Zena pytającym wzrokiem.

– Nie chcę kłopotów. Nie potrafię ocenić, co zrobisz jutro, kiedy stąd wyjdziesz. Może pójdziesz prosto na policję? A przecież nie mam zamiaru cię tu trzymać pod kluczem.

– Nie zamierzałam iść na policję… – powiedziała Dorota, ale w jej głosie zabrzmiała fałszywa nuta. Też ją usłyszała. – Owszem, miałam taką myśl – podjęła, pragnąc się wytłumaczyć – bo naprawdę się przestraszyłam, ale skoro mówisz, że on żyje…

– Jestem w Polsce jedynym, który świadczy tego typu usługi – oświadczył z dumą Zen. – Prawdopodobnie w całej Europie nie ma takiego drugiego. I mało kogo stać na moje usługi, ale jak widać, zawsze znajdzie się chętny.

– Powiedziałeś, że jest teraz kustoszem…

– W kustoszu – poprawił Zen. – Jego świadomość została przeniesiona. Teraz funkcjonuje w ciele kustosza z Krakowa.

– Czyli jego dusza wyszła z ciała i weszła do innego ciała? – Dorota nachyliła się bliżej Zena, zmrużyła oczy, ściągnęła brwi. Próbowała to pojąć.

– Niezupełnie. Dusza to coś szerszego, to coś więcej. Ale jest coś takiego jak światło, energia, każdy człowiek ją ma. Ta energia jest częścią duszy, ale o ile dusza mogłaby wędrować samoistnie, co oczywiście wiązałoby się z ryzykiem, że do ciała nie wróci, o tyle energia może być skierowana tylko do człowieka, może funkcjonować jedynie w połączeniu z mózgiem, z umysłem, jest czymś w rodzaju świadomości. I na tej właśnie świadomości się koncentrujemy. Mężczyzna, o którym rozmawiamy, jest aktorem. Wybitnym. Dlaczego? Bo od pewnego czasu korzysta z moich usług. Przygotowuje się do ról, poznając osobę, którą będzie grał, niejako „od środka”, nie tylko jej specyficzne gesty, mimikę, ale przede wszystkim odbierając jej wrażenia, obserwując reakcje, zachowania.

– On będzie grał tego kustosza?

– Nie tego konkretnego, ale tak. Przygotowuje się do roli, w której będzie kustoszem wielkiego muzeum. Dzięki zabiegowi przeniesienia świadomości pozna ten fach, można powiedzieć, z pierwszej ręki. To zupełnie inny wymiar i inny rodzaj zdobywania wiedzy niż poprzez naukę, rozmowę. On teraz jest tym kustoszem. I kiedy jego świadomość wróci do jego ciała, on dalej tym kustoszem będzie, rozumiesz?

Dorota odruchowo przytaknęła. Była oszołomiona. Teraz dopiero skojarzyła, że rzeczywiście aktor, którego nazwiska wciąż nie mogła sobie przypomnieć, od jakiegoś czasu zdobywał najważniejsze nagrody, wciąż było o nim głośno. Mimo że grał mało, to każda rola określana była jako wybitna.

– Ja pierdzielę – mruknęła.

– To dziedzina, w której dopiero eksperymentuję – dodał Zen. – Za pierwszym razem nie wyszło. Facet wybudził się po sześciu dniach i nic nie pamiętał. Za drugim razem było nieco lepiej. Teraz już idzie nam z górki. Ale to wymaga obopólnej pracy. Niemniej uważam, że mój mistrz mógłby być ze mnie dumny. – Uśmiechnął się.

– Raaany. Kto by pomyślał, że takie coś jest w ogóle możliwe… – Dorota pokręciła z niedowierzaniem głową.

– Nasza kultura się tym nie zajmuje, ale tam, gdzie byłem, poznałem rzeczy…

– To dlaczego wróciłeś do Polski? – Dorota weszła Zenowi w słowo.

– Nie chciałem. Było mi tam dobrze. To tak, jakbym odnalazł własne miejsce na ziemi. Nie obserwowałem już ptaków, tylko pobierałem nauki. Ale mój mistrz zdecydował, że jestem już gotów, by odejść.

– Tak po prostu?

– Takie tam panują zasady. Kiedy posiądziesz wiedzę, musisz odejść. I potem spłacasz dług. Dzięki temu mają pieniądze. I dlatego wciąż jeszcze istnieją.

– Niesamowite.

– Najpierw chciałem pojechać do Stanów – ciągnął w zamyśleniu Zen. Rozgadał się tak, jakby Dorota była pierwszą od dawna osobą, z którą miał okazję porozmawiać. – Nie zamierzałem wracać do Polski. Ale zadecydowała prozaiczna rzecz. Przez ten czas, kiedy byłem przysposobionym członkiem plemienia, skończyła mi się wiza. Upłynął też termin ważności paszportu. Nie miałem wyjścia.

– Myślałam, że wróciłeś ze względu na rodzinę albo…

– W tym życiu nie mam rodziny.

– Mieszkasz tu?

Potwierdził skinięciem głowy.

– Nie trzeba mi wiele – dodał. – Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak niewiele trzeba do życia. Czasem wystarczy, by mieć spokój. Plemię, w którym żyłem, nie nosiło ubrań, nie miało dostępu do elektryczności, nie potrafiło pisać. Ale było szczęśliwe. Dopóki nie zostało zaatakowane. Ktoś zburzył ich spokój i od tamtej pory żyją w niepewności. Bo co? Bo komuś zachciało się drzew. Bo z drzew są pieniądze. Bo pieniądze dają komuś co? Szczęście? Ten ktoś nie wie, czym jest szczęście. – Zen pozornie się rozkręcał, ponieważ mówił coraz więcej i coraz szybciej, jednak ton jego głosu się nie zmienił, wciąż był spokojny. – Szczęście to stan, w którym czujesz, że jesteś we właściwym miejscu i nie chcesz znajdować się nigdzie indziej. Szczęście to stan, w którym kładziesz się spać z radością i wstajesz z radością. Masz wokół siebie bliskich, nie jesteś głodny i nie odczuwasz lęku. Tym jest szczęście.

– Łatwo się mówi – prychnęła cicho Dorota.

Zen mówił coś jeszcze, ale go nie słyszała. Zaczęła zastanawiać się nad własnym szczęściem. Nigdy nie doświadczyła głodu. Rzadko też odczuwała prawdziwy lęk. Nie czuła się jednak szczęśliwa. Pomyślała o tych chwilach, kiedy naprawdę zasypiała i wstawała z uśmiechem. Tak czuła się przy Patryku.

Jej szczęście miało na imię Patryk.

Wzdrygnęła się, bo w sercu poczuła niemiłe ukłucie.

– Słuchaj… – ocknęła się z zamyślenia, przerywając monotonny wywód Zena. – Ja też tak chcę.

– Jak?

– No… Tak jak ten. – Brodą wskazała na pomieszczenie za kotarą. – No wiesz, żebyś przeniósł moją świadomość. Ile to kosztuje?

Zen zamknął oczy i pokręcił głową.

– Lepiej już idź – powtórzył, nie patrząc na Dorotę. – Porozmawialiśmy, wyjaśniłem, że facet nie jest martwy, więc rozstańmy się w zgodzie, nie chcę kłopotów z policją.

– Ale ja naprawdę chcę, żebyś mnie przeniósł. Wierzę w to, co mówisz. Słuchaj. Jestem na zakręcie. Miałam dziś wyjechać w nieznane, nie wiem, co robić z własnym życiem, ale wierzę w znaki. Nic nie dzieje się przez przypadek. Widocznie podróż wcale by mnie nie uleczyła. Tylko dzięki zemście jestem w stanie odzyskać spokój.

– Błąd. Nawet tak nie myśl.

– Okej. Okej. Może zemsta to zbyt wielkie słowo. Nie myśl, że jestem złym człowiekiem. Po prostu muszę coś zrobić, żeby poczuć się lepiej, nie rozumiesz? Lepiej sama ze sobą. Byłeś kiedyś odrzucony? Wiesz, jak się człowiek wtedy czuje? Jak nic niewart, jakby był nikim. A szczególnie kobieta, rozumiesz? – zadawała pytania, lecz nie czekała na odpowiedzi. – Tyle razy zostałam porzucona, że kolejnego nie zniosę. Czuję się brzydka, głupia. Naprawdę, lepiej się poczuję, kiedy dam mu w kość. Kiedy to on zostanie porzucony.

– Jak to sobie wyobrażasz? – Zen wreszcie przebił się przez potok słów Doroty.

– Zwyczajnie. – Wzruszyła ramionami. – Przeniesiesz moją świadomość do Patryka, to znaczy do mojego eksfaceta. I ja już mu będę tłukła w głowie, że… No, po prostu wmówię mu, że mnie kocha, że jestem najlepsza, najwspanialsza. I on do mnie wróci. A wtedy ja go pogonię.

Albo i nie – dodała już w myśli.

– To tak nie działa, zrobisz mu krzywdę.

– Dlaczego?

– Wyobrażasz sobie, jak poczuje się facet, który zacznie słyszeć w swojej głowie twój głos? Pomyśli, że oszalał, pójdzie do psychiatry, zacznie brać leki i naprawdę zachoruje. Nie można tak. Główną zasadą tego przejścia jest milczenie. To warunek. Takie przejście nie jest dla ludzi żądnych zemsty. To dla ludzi twardych, silnych, zdyscyplinowanych. Dla ludzi, którzy szukają rozwoju.

– Gadanie! – prychnęła Dorota. – Nie wierzę, że wszyscy twoi klienci są aktorami, którzy szykują się do roli.

– Aktualnie mam tylko jednego klienta na tę usługę. I jest aktorem.

– Nieważne. Przecież w tym całym plemieniu nie ma aktorów, po coś innego potrzebne im te przejścia.

– Owszem, ale to akurat zupełnie inna sprawa.

– Płacę i wymagam – powiedziała buńczucznie Dorota. – Ile to kosztuje?

– Dużo.

– Ile?

– Pierwszy raz jest darmowy, przyjąłem zasadę, że sprawdzam, czy dana osoba jest podatna. Różnie może się skończyć.

– Różnie, czyli jak?

– Może nie wyjść. Nie u każdego świadomość jest na tyle elastyczna, by móc ją przenieść.

– Okej. A jeśli wyjdzie, to ile?

– Piętnaście tysięcy.

– Fiu, fiu. – Dorota gwizdnęła. – Za jak długo? W sensie czasu.

– To też nie jest doprecyzowane. Nie da się z góry określić. Czasem wracasz po kilku dniach, a czasem siedzisz w kimś aż miesiąc. Dopóki nie nauczysz się panować nad własną świadomością, nie da się tego zaplanować.

– Rozumiem…

– Dlatego z takiej usługi mogą korzystać ludzie, których na to stać zarówno finansowo, jak i czasowo. Nie każdy może sobie pozwolić na to, żeby zniknąć z życia na miesiąc…

– Ja mogę. Nie mam teraz pracy, a rodzina myśli, że wyjechałam w nieznane.

– Jednak odradzam. Nawet jeśli cię stać, to nie jest dobry pomysł.

– Ale jeśli się uda, to zdobędziesz stałą klientkę. – Dorota mrugnęła. Oczyma wyobraźni zobaczyła siebie jako właścicielkę prężnie działającej agencji reklamowej. Raz na jakiś czas przenosiłaby świadomość do umysłu klienta i dzięki temu poznałaby jego najbardziej skryte oczekiwania. Konkurencja mogłaby się schować.

– Brzmi kusząco. Byłbym głupcem, gdybym nie chciał zarobić, jednak zbyt słabo się znamy. Może wrócimy do tematu za jakiś czas… – zaproponował Zen.

– Teraz albo nigdy. – Dorota była przekonana. – Niby na co czekać? Ja jestem zdecydowana.

– Naprawdę chcesz doprowadzić swojego faceta do granicy obłędu?

Dorota się zamyśliła.

– Masz rację – powiedziała po chwili. Na jej twarzy rysował się przebiegły uśmieszek. – Nie jego.

– Nie jego? – Zen uniósł brwi.

– Jego nową laskę.

– Aha….

– Tak mu da do wiwatu, że w tydzień się z nią rozstanie i zatęskni za mną, zobaczysz.

– To nie jest dobry pomysł.

– Najlepszy!

– Zrobisz jej krzywdę.

– Co się martwisz? Ty, który zajmujesz się wykonywaniem laleczek voodoo, dbasz o komfort jakiejś obcej baby? Która zresztą podrywa nie swoich facetów? Należy jej się kara.

– Ale chyba nie aż taka.

– Nie twoja rzecz. Poza tym nie martw się, nie jestem aż tak okrutna. – Mrugnęła. – Będę milczeć, jak każesz. Wystarczy, że zacznę gwizdać, kiedy będą się kochać. Za każdym razem będzie słyszała wtedy moje gwizdy. Jak sądzisz, po którym razie odechce jej się seksu z Patrykiem?

Zen, mimo stoickiego spokoju, lekko drgnął, tłumiąc śmiech.

– Jednak może porozmawiamy kiedy indziej. Myślisz chyba, że to zabawa.

– Co z ciebie za nudziarz? W jaki sposób chcesz zarabiać kasę dla tej swojej wsi w głębokiej dżungli, skoro nie zależy ci na klientach?

– Etyka zawodowa.

– Bo co? Bo nie byłam z tobą umówiona? Bo znalazłam się tu przez przypadek? Mówiłam ci już, przypadki nie istnieją. To przeznaczenie. Ja mam szansę odzyskać Partyka, a potem zostać twoją klientką i dzięki temu zbudować wielkie reklamowe imperium. Krótko mówiąc, moje życie zmieni się na lepsze, a ty masz okazję zarobić krocie, bo jako stała klientka będę wracać co najmniej kilka razy w roku. O ile oczywiście nauczę się panować nad świadomością i wystarczy mi kilka dni w czyimś ciele, żeby go poznać. Ale o to się nie martwię. Szybko się uczę. Aha, i nie martw się, jestem dyskretna. To też mój interes, żeby nikt nie dowiedział się o naszej tajemnicy. Mogę być nawet twoją jedyną klientką, zarobisz na mnie wystarczająco, by móc nie przyjmować innych. A ten twój wódz, mistrz, czy jak go tam zwiesz, za jakiś czas przyśle nam podziękowania.

Zen westchnął. Z jego miny trudno było cokolwiek wywnioskować.

– To co – ponagliła Dorota. – Robimy to? Szkoda czasu. Ja jestem gotowa.

– Masz coś, co należy do tej dziewczyny? Włos, zdjęcie, cokolwiek.

– Ups. – Dorota skrzywiła usta. – A nie wystarczy adres? Wiem, gdzie mieszka. Wysyłałam tam rzeczy Patryka.

– Mógłby wystarczyć, ale jeśli nie ma jej tam, to będzie problem. Tak samo zrobi się problem, jeśli nie mieszka tam sama. Twoja świadomość może nie trafić do odpowiedniej osoby.

– Mieszka z nim. – Dorota spojrzała na Zena wyzywająco. – Ale wiem, że dziś jest w mieszkaniu sama. Patryk pojechał do Krakowa na wieczór kawalerski. Za tydzień jego kumpel bierze ślub cywilny, nic wielkiego, formalność, ale mieliśmy na to wesele iść razem… – prychnęła.

– To może jego dziewczyna jest na panieńskim.

– Na pewno nie. Na wieczór panieński zaprasza się koleżanki, a panna młoda nawet jej nie zna, to pewne.

– Jak chcesz. Sama bierzesz za siebie odpowiedzialność.

– Oczywiście. – Dorota skwapliwie przytaknęła, zadowolona, że Zen wreszcie się zgodził.

– To chodź. – Wstał i skinął głową.

Podniosła się z kanapy i odetchnęła głęboko. Przygoda życia. A właściwie początek. Jeśli z Beatą się uda, będzie z górki. Nagle, kiedy weszła już za kotarę i ponownie zobaczyła leżącego na podeście mężczyznę, oświetlonego słabym światłem świec, naszły ją wątpliwości.

– Są jakieś przeciwwskazania? – spytała, patrząc na Zena. – Albo czy mogą się zdarzyć jakieś komplikacje?

– To nie operacja – wyjaśnił. – Ale owszem. Coś może pójść nie tak. Mówiłem, że dla mnie to też wyzwanie.

– A jeśli coś się ze mną zacznie dziać. Jeśli się okaże, że mam… nie wiem, uczulenie na te kadzidła, które tu rozpylasz?

Zen wzruszył ramionami.

– Raczej nie umrzesz…

– Raczej?

– Możesz się wycofać.

– Nie. Chciałam się tylko dowiedzieć, jakby coś się zaczęło dziać nie tak, coś nieprzewidzianego.

– Zawsze obserwuję klienta. Sprawdzam ruch gałek ocznych, mierzę puls. Jakby coś poszło źle, na pewno bym zauważył.

– I co, wybudziłbyś mnie?

– Nie miałem jeszcze takiego przypadku.

– Ja pierdzielę.

– To co? Wycofujesz się?

– O nie. – Dorota energicznie zaprzeczyła. – Skoro się tu znalazłam, to po coś. Nie przegapię takiej szansy.

Zen wyjął z drewnianej skrzyni koc i rozłożył go na podeście, który znajdował się po prawej stronie pomieszczenia, dokładnie naprzeciw podestu, na którym leżał aktor.

– Połóż się tu i postaraj odprężyć – polecił. – Przyniosę więcej świec i kadzidła.

– Ale co mam dokładnie robić?

– Nic. Przymknij oczy, oddychaj równomiernie, o niczym nie myśl.

– Dostanę jakąś poduszkę?

– Nie.

Zen, nie czekając, aż Dorota znów o coś zapyta, uniósł kotarę i wyszedł. Kiedy wrócił, dziewczyna leżała na wznak, z rękoma ułożonymi wzdłuż ciała. Oczy miała otwarte, rozbiegane.

– Jednak się trochę denerwuję – przyznała.

– Rozstawię świece. Masz jeszcze czas, żeby zrezygnować.

– Po prostu dziwnie się czuję. Jakbym leżała na sarkofagu – podniosła głos.

– Ciszej. Nie jesteś tu sama – przypomniał.

Zapalił świece i kadzidła. Powietrze, już wcześniej przesiąknięte duszącym zapachem, teraz było od niego niemal gęste.

– Podaj adres – polecił Zen.

– Swój?

– Po co mi twój? Tej dziewczyny. Rozumiem, że mieszka w Warszawie?

– Tak. Cholera – jęknęła Dorota. – Czekaj. Zaraz sobie przypomnę.

– Mówiłaś, że go znasz. Musi być dokładny.

– Znam, wysyłałam tam rzeczy Patryka. Znam adres bardzo dobrze, tylko… uciekł mi z pamięci… czekaj… – Dorota przygryzła wargi. Adres, podobnie jak nazwisko leżącego naprzeciw aktora, zupełnie wyleciał jej z głowy.

– Nie ma adresu, nie będzie przeniesienia.

– Daj mi się skupić – warknęła Dorota. – Miałam się relaksować, a mnie denerwujesz. Zaraz sobie przypomnę. Znasz jakiś sposób na przypominanie sobie takich rzeczy?

– Żadnego – mruknął Zen, zapalając kolejną świecę i ustawiając ją przy podeście.

– Czekaj, czekaj. – Dorota powtarzała, usiłując sobie przypomnieć. – Idzikowskiego! – niemal krzyknęła. – To ulica Idzikowskiego dwa. Na pewno. – Odetchnęła z ulgą, podając Zenowi dokładny adres. – Co teraz?

– Teraz naprawdę się odpręż. Postaraj się o niczym nie myśleć i nic nie mówić. Słuchaj moich poleceń. Za chwilę twoje powieki staną się ciężkie i zaśniesz. Po prostu skup się na moim głosie. Teraz. Wdech, wydech. Poczuj, jak w twoje nozdrza wnika aromat drzewa sandałowego. Wdech, wydech. – Zen mówił coraz ciszej i wolniej. – Teraz poczuj ciężkość swoich stóp. Ciężkość łydek. Twoje ciało przylega do drewnianego podestu, ale koc jest miękki. Jest ci dobrze i ciepło. Wdech, wydech… Twoje plecy są ciężkie, coraz cięższe. Twoja głowa jest ciężka, a powieki opadają. Twój umysł zostanie oczyszczony i świadomość będzie mogła przenieść się w miejsce, do którego pragniesz się dostać. Dokładnie do mieszkania na ulicy Idźkowskiego dwa, mieszkania…