Wydawca: Bellona Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 471 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Synonim zła - Ivo Vuco

Synonim zła - to pasjonująca historia emigranta z Polski, który próbuje dorobić się w USA (Nowy Jork). Poznaje tam wielu ludzi ale zaprzyjaźnia się z dwoma braćmi polskiego pochodzenia Pawłem i Piotrem, Afroamerykaninem Mike'iem Winfreyem, Amerykaninem włoskiego pochodzenia Matthew oraz Żydem Chasydem Yocim. W między czasie zakochuje się ze wzajemnością w Portorykance Susanie Morales, córce wpływowego polityka. Yoci wciąga wszystkich w proceder kradzieży samochodów na zlecenie właścicieli, którzy chcący oszukać urząd skarbowy i ubezpieczalnie.

Główny bohater, Bartłomiej Shmidt, opowiada swą historię z celi śmierci, tłumacząc, jak to się stało, że trafił do więzienia z takim wyrokiem. Akcja książki rozgrywa się w Nowym Jorku, Ohio, Texasie, New Yersey i Pensylvanii. Bohater uczestniczy w akcji ratunkowej po ataku 11 września 2001 roku na WTC. Razem z NYPD ścigają złodziei złota federalnego. W jednej z ekskluzywnych nowojorskich knajp, "Blue Note" poznaje Marlona Brando. Siedząc w celi śmierci zaprzyjaźnia się z klawiszem pochodzenia rosyjskiego Stiopą Sirbu.

Pierwsza część książki opowiada o emigracji, ciężkiej pracy, rozpoczęciu działalności przestępczej przez bohaterów oraz przedstawia różne, zabawne historie z tym związane. W dalszej części jest mowa także o atakach na WTC 11.09.01, miłości, przyjaźni i policyjnej inwigilacji bohaterów. Druga część opowiada o tragicznej śmierci większości bohaterów za sprawą gangstera z Polski, Adama Nowickiego i jego świty, zemście, upokorzeniu, procesie sądowym, nowych przyjaźniach i pogodzeniu się z losem. Książkę kończy pisać klawisz więzienia, Stiopa Sirbu.

Opinie o ebooku Synonim zła - Ivo Vuco

Fragment ebooka Synonim zła - Ivo Vuco

Okładka

Strona tytułowa

Ivo Vuco

Synonim Zła

Strona redakcyjna

Dziękuję serdecznie wszystkim tym, którzy przyczynili się w jakimkolwiek stopniu do powstania tej książki lub jej wydania: Gudze, Wielkiemu Czehowi Zamoyskiemu, Megi, Paulowi, Chaimowi, Mattowi, Jamesowi, Marzenie i Mirkowi a także Marii Magdalenie Miłaszewskiej oraz Wydawnictwu Bellona.

Projekt okładki Ela Zelmańska

Redaktor prowadzący Maria Magdalena Miłaszewska

Redakor merytoryczny Marta Tyrtania

Korekta Jolanta Karaś

Redaktor techniczny Agnieszka Matusiak

© Copyright by Ivo Vuco, Warszawa 2012 © Copyright by Bellona Spółka Akcyjna, Warszawa 2012

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment książki nie może być w jakikolwiek sposób powielony albo włączony do jakiejkolwiek bazy odtwarzania elektronicznego oraz mechanicznego bez uzyskania wcześniejszej zgody właściciela praw autorskich.

Nasz adres: Bellona SA ul. Bema 87, 01-233 Warszawa

biuro@bellona.pl

ISBN 9788311125360

Konwersja do formatu EPUB:

CZĘŚĆ I Dobre złego początki

ROZDZIAŁ 1 STĄD DO WIECZNOŚCI, CZYLI OTO MIEJSCE, GDZIE ŚMIERĆ CIESZY SIĘ, ŻE POMAGA ŻYCIU

Głośne zamieszanie na korytarzu przykuło uwagę więźniów osadzonych w celach Rikers Island, więzienia znajdującego się na wyspie należącej do dziewięciomilionowego New York City. To miasto dostarcza tu takich jak my niemal codziennie. Morderców, zboczeńców, psychopatów. Każdy z nas ma na sumieniu zbrodnię, nikt tu nie siedzi za niewinność. Ale tylko nasze zachodnie skrzydło gości skazanych na śmierć. Dwa tygodnie przed egzekucją każdy więzień zostaje stąd przewieziony do miejsca wykonania wyroku. Wyprowadzaniu do transportu zazwyczaj towarzyszy hałas dobiegający nas z więziennego korytarza.

Rikers Island to potężny kompleks, goszczący niemal czternaście tysięcy więźniów, kontrolowanych przez nieco ponad dziesięć tysięcy strażników. Większość osadzonych „mieszka” we wschodnim oraz południowym skrzydle, odsiadując wyroki wieloletniego więzienia lub dożywocie. Skrzydło północne to pomieszczenia biurowe, gospodarcze, kuchnia, kantyna, sala widzeń, karcery w piwnicach i miejsca pracy niektórych skazanych, przeważnie tych z lżejszymi paragrafami. No i oczywiście jest nasze zachodnie skrzydło, czyli „rzeźnia”, jak je czule tu nazywamy, w którym, o ile mi wiadomo, przebywa obecnie siedemnastu skazanych czekających na transport. Nikt z nas nie wychodzi na spacery, chodzimy po celi. Nikt stąd nie wychodzi na stołówkę, stołówka przychodzi do nas. Nikt z nas nigdzie nie pracuje, nie ma widzeń ani paczek przysyłanych z zewnątrz. Przychodzą do nas tylko klawisze, księża i lekarze. A my czekamy na swoją kolej. Jesteśmy przestępcami skazanymi na śmierć. Nasz czas dobiega końca. Chwila strachu, odrobina gniewu, a na deser smutek. A potem już tylko cisza i ciemność, o którą większość z nas, z moim tylko wyjątkiem, nigdy nie prosiła. Ktoś podjął za nas tę decyzję i teraz siedzi sobie w klimatyzowanym domu, przy stole z żoną i dziećmi. Jedzą obiad. Należy im się. Ciężko na niego zapracowali. On przecież wsadził za kraty kilku groźnych przestępców, skazując ich na wyrok śmierci. Nie miał oporów, wydając wyroki, myślał o swoich dzieciach. Będą teraz bezpieczniej żyły w tym niebezpiecznym mieście. Ona z kolei sprzedała kilka drogich obrazów w swojej galerii na Manhattanie, którą kupił jej ojciec, bogaty prokurator stanowy. I jeszcze dzieciaki, dwunastoletnie bliźniaki, które najpierw od rana siedziały w szkole, a potem poszły na lekcje gry na fortepianie. Kiedyś dorosną i pójdą w ślady dziadka i ojca. Będą wsadzać do pierdla złych ludzi.

Na korytarzu zaczyna robić się coraz głośniej. Za niecałą godzinę będzie nas już tylko szesnastu. Wszyscy wiemy, z czyjego powodu to zamieszanie. Każdy z nas dokładnie też wie, który będzie następny. Znamy swoje daty.

Rzeźnia to jeden długi korytarz i dwadzieścia pięć cel po obu stronach. Zamiast drzwi kraty. Ciężkie kraty z grubych prętów, które rzadko się otwierają, ale każdy z nas na to liczy. Klawisze robią apel za każdym razem, gdy trafi a do nas nowy lokator. Od bywa się on przy kratach zamkniętych, ale my musimy stać przy nich niemal na baczność. Klawisz wyczytuje nazwisko nowego, paragraf, za który do nas dołączył, oraz datę. Ta data to rzecz jasna dzień jego śmierci. Ja też mam swoją datę. 24 marzec 2009 roku.

Dzisiaj jest 15 lipca 2007.

Za każdym razem, kiedy odczytują nową datę, mam wrażenie, że ktoś lub coś śmieje się przy tym głośno i szyderczo. Nie jest to śmiech ludzki. To chyba ona się śmieje, jedyna rzecz w życiu człowieka, od której nie ma ucieczki, na którą nie ma lekarstwa, której nie da się uprosić, ubłagać, przekupić. Nie da się jej wyeliminować, zastraszyć, zastrzelić. Ktoś kiedyś powiedział, że pewne są tylko śmierć i podatki. Ja podatków nigdy nie płaciłem i już na pewno nie zapłacę. Ale śmierć jest większa i mocniejsza. Chytra, wredna i nieubłagana, o czym powinni pamiętać też ci, którzy innych na nią skazują. Chodzi niewidzialna po korytarzu, między celami. Jak pies Cerber pilnujący wrót zaświatów. Ona wie, że nikt z nas już jej nie ucieknie. Cierpliwie czeka, zna nasze daty, zna nasze winy. Czuje nasz strach. Im jest większy, tym większa jej radość. Czy znała już nasz koniec w dniu naszych narodzin? Czy wiedziała, jak i kiedy? Przecież gdybym nie przyleciał do Nowego Jorku, tylko został w Polsce, to nie byłoby mnie teraz w tej celi. Siedziałby tu pewnie ktoś inny, z inną datą. Czy moje życie było z góry zaplanowane? A może Los to dobry przyjaciel Śmierci? Może Śmierć i Los są jak pies i jego pan. Pan rzuca piłkę przed siebie, a pies aportuje. Los sprawia, że pojawia się nowe życie, by aportować mogła je Śmierć. Im dalej pan rzuci piłkę, tym później pies ją złapie. A potem odnosi ją do swego pana, a pan wykonuje nowy rzut. Nowe życie. Nowy aport. Nowy pościg Śmierci za życiem.

Ja jeszcze żyję. Wciąż jestem tą lecącą piłką. Ale wiem, kiedy pies zwany Śmiercią mnie złapie. Los zagonił nas siedzących tu do jednej zagrody, jak pasterz zagania owce. A pies pasterza nas pilnuje. Snuje się po korytarzu bezszelestnie. Czeka.

ROZDZIAŁ 2 KANAAN, CZYLI ZA WSZELKĄ CENĘ

Kanaan, czyli ziemia obiecana. Moją ziemią obiecaną miał być Nowy Jork. Miasto znane mi tylko z filmów Martina Scorsese, z kamienicami z czerwonej cegły, ze Statuą Wolności i Mostem Brooklińskim w tle. Całe moje dzieciństwo spędziłem na marzeniach o Wielkim Jabłku. O żółtych taksówkach, Times Square, Yankees i China Town. Śniłem, że zamieszkam w tym mieście i stanę się jego częścią. Aż nastał taki dzień, gdy dopiąłem swego.

Był rok 1997. Nowy Jork przeżywał właśnie swe najlepsze lata pod rządami Rudy’ego Giulianiego, rządzącego miastem twardą ręką. Był to chyba pierwszy i jedyny jak do tej pory burmistrz tego miasta, którego szanowali zarówno biali jak i czarni mieszkańcy, Chińczycy i Portorykańczycy, Żydzi i Arabowie. Młodzi, starzy, ci, co znali się na polityce, i ci, którzy się na niej znać nie chcieli. Miasto z roku na rok rosło w siłę, malała liczba przestępstw, rosły możliwości godnych zarobków, lepszego życia. Było czyste, ładne i spokojne. Przy kładem jest słynny „blackout” północno-wschodniej części USA z 14 sierpnia 2003 roku, kiedy to od godziny mniej więcej dziesiątej rano, na skutek awarii sieci elektrycznej, zabrakło prądu na tych terenach na blisko dwa dni. Sam byłem świadkiem, jak sklepikarze wychodzili przed swoje sklepy i rozdawali latarki za darmo, prosząc o odniesienie ich, jak tylko przywrócą prąd. I ludzie je odnosili, a nowojorska policja w czasie tego sztucznego zaćmienia nie odnotowała ani jednego morderstwa, gwałtu czy włamania. W przeciwieństwie do zaćmienia z roku 1977, zwanego później „New York Blackout of ‘77”, kiedy to mieszkańcy Nowego Jorku splądrowali osiemdziesiąt procent sklepów w mieście, ludzie byli okradani, mordowani, a kobiety gwałcone. W ciągu jednej tylko nocy porwano sześćdziesiąt procent wszystkich porwanych dzieci w tamtym roku! Ale nie tym razem, nie w roku 2003. Ludzie nauczyli się jednoczyć w trudnych chwilach i pomagać sobie wzajemnie. Oczywiście w kilkumilionowym mieście zawsze będą zdarzać się przestępstwa, ale Nowy Jork pod koniec lat dziewięćdziesiątych był jedną z najbezpieczniejszych metropolii świata. Kiedy mieszkańcy chcieli zmian, szli do burmistrza. Nie było wybij ania szyb, palenia samochodów, demolowania miasta. Nie, te czasy minęły wraz z burmistrzem Kochem. Strajki były spokojne, ciche i zazwyczaj przynosiły pozytywne zmiany, a żądania strajkujących przeważnie były spełniane, oczywiście pod warunkiem że nie godziły w dobro miasta i reszty jego mieszkańców. Giuliani wiedział, że jeśli zapewni ludziom to, czego potrzebują, sam też dostanie to, czego będzie od nich wymagał. A jako były prokurator generalny, człowiek prawa i porządku publicznego, chciał spokojnego, bezpiecznego miasta. I takie właśnie miał.

Takie było 4 lutego 1997 roku. Na lotnisku Johna Fitzgeralda Kennedy’ego panował strajk. Pracownicy lotniska domagali się podwyżek oraz zmniejszenia godzin pracy. Ich postulaty zostały spełnione, a jakże, ale burmistrz nigdy nie dawał niczego za darmo. W zamian za spełnienie roszczeń, zażądał podwyższenia kwalifikacji pracowników lotniska JFK. Jednym słowem wysłał ich wszystkich na niekończące się kursy doszkalające. Ale tego strajkowego dnia większość samolotów przekierowywano na lotnisko Newark w New Jersey i okoliczne mniejsze lotniska. Na JFK lądowały tylko nieliczne.

Samolot, którym leciałem, był właśnie jednym z tych nielicznych, któremu zezwolono na lądowanie na JFK. Lotnisko było tak opustoszałe, że aż trudno było uwierzyć, że to Nowy Jork. Ale mnie, mimo tej niebiańskiej sielanki, nie było do śmiechu. Stojąc w kolejce do celnika, miałem wrażenie, że moje serce za chwilę eksploduje. Nie przewoziłem narkotyków ani broni, nie byłem ścigany listem gończym. A jednak miałem coś, co przyprawiało mnie o bliski zawał serca. Fałszywy paszport. Paszport z wizą, kupiony od człowieka, który, jak się wydawało, był do mnie podobny. Mimo że kolor oczu się nie zgadzał, włosy też były inne, a w rubryce znaki szczególne widniało: blizna na lewym policzku. Oczywiście blizny nie posiadałem i dlatego przez cały lot, co najmniej raz na godzinę, drapałem mocno paznokciem po lewym policzku. Moja blizna, choć tymczasowa, po kilku godzinach lotu była gotowa. Kiedy nadeszła moja kolej, podszedłem do drewnianego, oszklonego biurka, gdzie siedziała młoda Afroamerykanka. Obok niej stał równie młody czarnoskóry mężczyzna, który nie przejmując się obecnością kilkudziesięciu ludzi, adorował ją przy całkowitej aprobacie kobiety.

– Next – powiedziała młoda Afroamerykanka.

– Proszę się pośpieszyć, mamy strajk i zaraz zamykamy całe lotnisko na godzinę – wtórował jej wielbiciel.

Podałem kobiecie paszport. Nawet na mnie nie zerknęła. Przybiła pieczątkę, oddała paszport i znów usłyszałem, jak woła: Next!. Nie wierzyłem własnym uszom. Nie wierzyłem własnym oczom. Nie wierzyłem własnemu szczęściu. Znów dopomógł mi los. Ten sam, który rzucał moim życiem jak piłką. Ten sam, który później wtrącił mnie do celi, gdzie jestem dzisiaj. Celi numer D17.

Opuściłem lotnisko JFK i od razu zapaliłem papierosa, porządnie się zaciągając. Stało się. Byłem w New York City!

Dwa tygodnie wcześniej, sfrustrowany drugą odmową otrzymania wizy, kupiłem za dwanaście tysięcy złotych paszport z wbitą już wizą. Była to suma, za jaką można było wtedy kupić malucha, wiecie, tego małego fiata, który dwie dekady wcześniej był marzeniem każdego Polaka. Lecz mnie nie maluch był potrzebny, a paszport. Nie musiałem długo szukać. Z uwagi na wykonywany zawód poznawałem wielu ludzi, w tym takich, którzy bez żadnych przeszkód podróżowali do Stanów. Umówiłem się na piwo z niejakim Mongołem. Obrzydliwie bogatym synem-nierobem obrzydliwie bogatego ojca ginekologa.

– Byłeś w Stanach, tak? – zapytałem bezpardonowo.

– No byłem. Często tam jeżdżę – odparł zaskoczony moim pytaniem Mongoł. – Po co ci to wiedzieć?

– Masz ważny paszport? Wizę? Możesz w każdej chwili wsiąść w samolot i polecieć?

– Kurde. No mogę, przecież mówię, że często jeżdżę.

– Dobra, ile chcesz za paszport?

Mongoł popatrzył na mnie jak na wariata. Ale widziałem, że jego zaskoczenie powoli zmienia się w kalkulację, w nieodpartą chęć zarobienia łatwych pieniędzy. Mongoła nikt nie lubił. Był pazerny na każdy grosz, jak świnia w chlewie, która będzie żreć tak długo, jak długo to żarcie będzie przed nią leżało. Dzięki temu można było zrobić z nim każdy interes. Wiedziałem, że tanio nie będzie. Ale przynajmniej będzie pewnie.

– Jak dla ciebie – podrapał się w swoją łysinę – piętnaście tysiaków.

– Piętnaście tysięcy?

– Piętnaście.

Patrzyłem mu przez chwilę prosto w oczy. Widziałem w nich chęć szybkiego zysku, zachłanność i pogardę.

– Dziesięć – odparłem.

– Dwanaście.

– Stoi. – Podałem mu rękę, wstając od stołu. – Ty płacisz za browary. W końcu jesteś o dwanaście kafli do przodu, nie? Zadzwonię na tygodniu. Nara.

Wyszedłem z baru, zostawiając Mongoła z rachunkiem za piwo i chyba lekko zdziwionego moim nagłym wyjściem. Myślę, że spodziewał się trochę innego obrotu sprawy. Uwielbiał, kiedy się go prosiło i poklepywało po plecach. A w moim mniemaniu Mongoł to denny tandeciarz. Z drugiej strony, jaki był, taki był, ale najważniejsze dla mnie było to, że wreszcie znalazłem sposób na wyjazd. Co prawda nie miałem piętnastu tysięcy złotych, nie posiadałem nawet połowy tej sumy, ale wiedziałem, że nie mogę odpuścić. Byłem zbyt blisko spełnienia swoich marzeń.

Już prawie rok pracowałem jako kelner w ekskluzywnej restauracji. Jej właścicielem był Pasztet, jeden z członków słynnego w latach siedemdziesiątych boysbandu o durnowatej nazwie VBox. On miał pieniądze. Jego klienci mieli pieniądze. Dlatego swoje pierwsze kroki skierowałem właśnie do Paszteta. Tę ksywę nadali mu kumple z zespołu, z racji jego paskudnego wyrazu twarzy. Na Paszteta miałem już gotowy plan, ale dzień przed wdrożeniem go w życie przyszedł mi do głowy inny pomysł. Była niedziela, a w każdą niedzielę do restauracji przychodziły wyłącznie same szychy. Grube ryby, które Pasztet znał bardzo dobrze i znajomością z którymi chwalił się przy każdej nadarzającej się okazji. Nie było jeszcze południa, więc lokal świecił pustkami. I nagle wszedł on. Gruzin. Był Polakiem, ale całe życie robił interesy z Gruzinami, dlatego tak na niego wołali. Znał mnie bardzo dobrze, kilka razy dorabiałem u niego przy „małych sprawach”. Płacił świetnie, a i na mieście szacun był, że się dla Gruzina robi. Byłem w lokalu jedynym pracownikiem, którego do siebie dopuszczał.

Zanim zaczął uprawiać bandyterkę, jako zawód przynoszący mu spore zyski, był sanitariuszem w miejskim pogotowiu. Brat mojej matki był tam kierowcą karetki. Jeździli razem do wypadków przez niemal cztery lata, znali się dość dobrze, więc chyba stąd miałem ten przywilej. Siadł przy swoim stoliku, zamówił obiad i kazał mi usiąść.

– Powiedz, co cię trapi, małolat. Kręcisz się dzisiaj, jakbyś sraczkę miał. O co chodzi?

– Potrzebuję kasy – wypaliłem prosto z mostu. Wiedziałem, że nie ma co ściemniać. Wóz albo przewóz.

– Ile? – zapytał spokojnie, jedząc tłustą golonkę, którą mu przed chwilą przyniosłem.

– Trzydzieści tysięcy.

– Na kiedy? – znów zapytał spokojnie, jakby chodziło o trzydzieści złotych.

– Na wczoraj.

– Długi?

– Nie, chcę wyjechać do Stanów.

– Za trzydzieści tysięcy? – Uśmiechnął się lekko Gruzin.

– Paszport. Dolary. Mieszkanie jakieś trzeba wynająć, samochód kupić.

– Rozumiem.

Zapadła cisza. Kilkanaście sekund ciszy, które wydawały mi się wiecznością. Gruzin przyciął cygaro. Odpalał je chwilę, przyglądając mi się z uwagą, jakby chciał odczytać moje intencje lub jakby coś kalkulował.

– Dam ci te trzydzieści tysięcy – powiedział po chwili.

Te słowa zabrzmiały jak „Sezamie! Otwórz się!”.

– Dzięki, tylko widzisz, Gruzin, z tym ich oddaniem... to chyba nieprędko będzie. No wiesz, trochę to może potrwać.

– Powiedziałem, że ci dam, a nie pożyczę.

– Jak to, dam?

– Jutro podrzuci ci je Mario. A teraz idź i przynieś mi podwójną whisky.

Mariusz, jeden z przydupasów Gruzina, przywiózł mi pieniądze do pracy następnego dnia. Wszedł, dał mi kopertę i wyszedł. Bez słowa. Taki właśnie był Mario, ponury cwaniaczek, którego bało się całe miasto. Prawa ręka Gruzina, jego oczy i uszy. W kopercie było równo trzydzieści tysięcy złotych. Byłem pewien, że przyjdzie taki dzień, w którym Gruzin upomni się o pieniądze. Przerażała mnie ta myśl. Nie zapytał nawet, do jakiego miasta jadę i gdzie się zatrzymam, kiedy mam zamiar wyjechać i jak będzie się mógł ze mną skontaktować. Nic. „Dam ci te trzydzieści tysięcy”. I dał, ot tak. Wszystkie te myśli co prawda przeleciały mi przez głowę w ułamku sekundy, ale zaraz potem przyszedł czas na radość. Mam pieniądze. Będę miał paszport!

Zadzwoniłem do Mongoła i umówiliśmy się u mnie w pracy. Wparował do restauracji jak wygłodniały pies. Oczy miał wybałuszone i ciężko oddychał. Owładnęła nim żądza zysku. Był obrzydliwie bogaty, a mimo to zrobiłby wszystko, by zgarnąć do kieszeni każdą złotówkę. Sam siebie nazywał „biznesmenem”, ale dla wielu był zwykłym pętakiem.

– Zrobimy tak – zaczął Mongoł, gdy tylko usiedliśmy do stołu. – Ty dajesz mi kasę, a ja tobie paszport. Jak wpadniesz, to ja o niczym nie wiem. Ukradłeś mi go, jakby co. Jasne?

W tym momencie podszedł do nas kierownik restauracji, Sławek. Pedał i furiat.

– Przepraszam uprzejmie. Panowie coś zamawiają? – zapytał z ironią.

– Nie. Dziękujemy – odpowiedział ze szczerym uśmiechem Mongoł.

– Nie ciebie pytam, żmijo! – syknął Sławek, przewracając oczami. – Bartek! Co ty wyprawiasz? – dodał po chwili. – W pracy jesteś! Jak mi w tej chwili nie wrócisz do swoich obowiązków, to naskarżę na ciebie do szefa.

Wstałem, zdjąłem kamizelkę, w której musiałem pracować, i wrzeszcząc Sławusiowi przeraźliwie głośno w twarz, rozdarłem ją na pół jak Hulk Hogan przed walką wrestlingu.

– Szew to na jajach, cioto! A ja się zwalniam! – powiedziałem bardzo wolno, po czym, siadając z powrotem do stolika, dodałem: – I proszę podać nam po piwku.

Sławek stał z rozdziawioną gębą i wybałuszonymi oczami. Wyglądał jak manekin z wystawy sklepowej.

– No! Sławku! Sio, sio, no już! Ej! Piwko przynieś – poganiałem go, pogardliwie machając ręką, jakbym muchę odganiał.

Sławuś zniknął, a my wróciliśmy do tematu.

– Ty wariat jesteś. Wiesz? – zaczął Mongoł.

– Dobra. Dam ci sześć koła teraz i sześć po wylądowaniu. Jak mnie nie złapią, rzecz jasna.

– A jak złapią, to mi nie oddasz, tak? No to ja będę stratny.

– Mongoł, wyluzuj, kurwa. Sześć tysięcy dostaniesz za paszport warty sto złotych. To jak ty zbiedniejesz, co? Poza tym, jak mnie złapią, to tobie zostanie sześć patyków, a mnie co najmniej sześć lat, więc zastanów się, kto tu będzie stratny.

Odliczyłem sześć tysięcy przy Mongole. Tak, żeby widział, że mam całą sumę.

– Masz tu połowę, chłopie. Czy mnie złapią, czy nie, ty masz te sześć patyków. Jak mnie nie złapią, to dostaniesz drugie sześć.

– No dobra. Ale jak cię upierdolą na granicy, to ja nic nie wiem. Ukradłeś mi ten paszport. Tak?

– Tak.

Transakcja dobiegła końca. Miałem w kieszeni dwadzieścia cztery tysiące złotych i paszport do ziemi obiecanej. Bilet na samolot kupiłem w agencji turystycznej i tydzień później byłem już w Warszawie na Okęciu. Swój prawdziwy paszport, który nie wiem po co wziąłem ze sobą, podarłem i wyrzuciłem do śmietnika przy samym lotnisku. Przy zdawaniu bagażu okazało się, że polska służba celna jest dobrze wyszkolona, bo już wtedy jednemu z nich nie spodobał się mój paszport.

– Pan pozwoli ze mną – poprosił celnik.

Jego miejsce zajął inny, a ja zostałem odprowadzony do oddzielnego pomieszczenia. Weszliśmy do pokoju, gdzie siedziało już kilku innych mundurowych. Pot spływał mi po plecach. Czułem puls w nadgarstkach i w skroniach.

– Czyj to paszport? – zwrócił się do mnie „mój” celnik.

– Słucham? – zapytałem, udając zaskoczonego. – Skoro ja go panu dałem, to czyj może być?

– Proszę usiąść. Pana nazwisko?

– Piotr Piasecki.

– Pana adres?

– Piłsudskiego 96, 34-143 Lanckorona – podałem mu adres Mongoła.

– Czym zajmują się pana rodzice?

– Mama nie żyje, a ojciec jest ginekologiem.

– Jak się nazywa pański ojciec?

– Bogdan Piasecki.

– Może pan podać jego numer telefonu?

– Oczywiście, że mogę.

Celnik wziął ode mnie numer, wrócił za biurko i zaczął go wybierać w telefonie. Po krótkiej chwili połączył się. Włączył tryb głośnomówiący i odłożył słuchawkę.

– Dzień dobry, czy mógłbym rozmawiać z panem Bogdanem Piaseckim?

– Przy telefonie. Słucham.

– Moje nazwisko Zarzycki. Starszy szeregowy Tomasz Zarzycki. Służba celna Warszawa-Okęcie. Czy mógłbym panu zadać kilka pytań?

– Już pan zadał dwa, ale słucham – odpowiedział głos w telefonie.

– Ma pan syna?

– Słucham?... Kim pan jest?... Po co pan dzwoni?

– Już panu powiedziałem. Szeregowy Zarzycki. Służba celna...

– Słyszałem, co pan powiedział. O co chodzi?

– Proszę mi powiedzieć, jak się nazywa pański syn?

– Piotr. Piasecki Piotr.

– A gdzie teraz przebywa pana syn?

– O tej porze, to chyba już w samolocie do Nowego Jorku. Coś się stało?

– Nie, nie. Proszę się nie niepokoić. Rutynowa kontrola.

– Rutynowa? Przez telefon? Co to w ogóle za wygłupy jakieś?!

– Wszystko w porządku. Pański syn zaraz wejdzie na pokład i odleci zgodnie z planem. Dziękuję panu. Do widzenia.

– Do widzenia – odpowiedział głos po drugiej stronie. – Palant jakiś! – dorzucił jeszcze, odkładając słuchawkę.

Ułamek sekundy później zadzwonił mój telefon, na ekranie wyświetliło się „Ojciec”. Odebrałem oczywiście.

– Halo, tato... nic się nie martw, wszystko w porządku... tak, wiem... OK, zadzwonię... dobrze, powiem... na razie.

– Pański ojciec dzwonił?

– Tak, mam panu powtórzyć, że jest pan burakiem. – Wzruszyłem ramionami.

„Dobra robota, Mongoł” – pomyślałem. Trenowaliśmy to kilka razy. To i inne rzeczy. Jak choćby podpis Mongoła, który musiałem złożyć jeszcze na odchodne. Celnik oddał mi paszport.

– Jest pan wolny. Przepraszamy za zamieszanie, ale nijak nie jest pan podobny do siebie na tym zdjęciu.

– Niech pan popatrzy na datę wydania paszportu.

Celnik zerknął na datę i pokiwał głową.

– No tak. Proszę wymienić to zdjęcie, jak pan wróci.

– Zdjęcia nie wymienię. Wymienię paszport, jak się skończy. Wtedy zrobię nowe. Tak?

– Mam jeszcze do pana jedną prośbę – zagadnął mnie inny celnik, który do tej pory siedział z boku i wszystkiemu się przyglądał. – Proszę się podpisać tak, jak na paszporcie.

Podpisałem się. Celnik wziął do rąk paszport i podpisaną przeze mnie kartkę papieru. Patrzył raz na paszport, raz na kartkę. Raz na kartkę, raz na paszport...

– Dobrze. Dziękuję panu. Jest pan wolny – powiedział wreszcie, oddając mi paszport i wyrzucając kartkę z moim podpisem do śmietnika.

Byłem wolny. Całe szczęście, że w tamtych czasach nie istniały w Polsce karty kredytowe, a telefony komórkowe były rzadkością, bo myślę, że wtedy ich brak byłby czymś podejrzanym. A tak poszło jak po maśle. Mimo wszystko, powietrze ze mnie nie zeszło. Byłem nabuzowany przez całe dziewięć godzin lotu. Próbowałem zasnąć, ale nie mogłem. Skoro tak mnie przetrzepali w Polsce, to na miejscu może być jeszcze gorzej!

Było lepiej.

Stałem teraz przed lotniskiem JFK i zastanawiałem się, co dalej. Gdzie uderzyć? Brooklyn? Manhattan? Queens? Pod szedłem do postoju taksówek. Byłem już bardzo spokojny. Wiedziałem, że jak przejdę przez odprawę celną w Nowym Jorku, to znaczy, że się udało. Przed wylotem przeczytałem na temat Nowego Jorku wszystko, co tylko wpadło mi w ręce. Wyczytałem między innymi, że policja nie ma prawa pytać o status pobytu. Jedynie Urząd Imigracyjny miał do tego prawo, ale oni nie stali przed lotniskami. Nie wyłapywali nielegalnych wychodzących z tłumu. „Immigration” atakowało fabryki na Queensie, stragany w China Town, budowy pełne Meksyków i Polaków na Brooklynie. Ale nie tu. Nie teraz. Nie mnie.

– Gdzie jedziemy, szefie? – zapytał taksówkarz.

– Jakiś hostel na Brooklynie. Nie za drogi, ale dobry.

– Robi się. Proszę wsiadać, drzwi zamykać. Zapiąć pasy, startujemy – zawołał, śmiejąc się przy tym tak głośno, że aż gołębie zerwały się z chodnika.

Boże, jaki ja byłem wtedy szczęśliwy. Kanaan. To był mój własny, prywatny Kanaan.

ROZDZIAŁ 3 NA PROSTEJ, CZYLI SZCZĘŚCIE PEŁNE TROSK

Znalezienie mieszkania zajęło mi zaledwie dwa dni. Wynająłem całkiem wygodne i niedrogie, jak na Nowy Jork, mieszkanie, mieszczące się w wielkim starym bloku z czerwonej cegły, wybudowanym w latach pięćdziesiątych dla Włochów. Dzisiaj jest to już dzielnica żydowska. Wszędzie widać koszerne sklepy i kawiarnie, koszerne piekarnie i warzywniaki. Dzielnica jest brudna, obskurna i śmierdząca, a do tego strasznie głośna. Taki właśnie jest Borough Park. Ale to wszystko zrobiło na mnie pozytywne wrażenie. Byłem szczęśliwy, że jestem w tym mieście. Szczęśliwy, że spełniłem swoje marzenia. Zamieszkałem przy Fort Hamilton Parkway 5036. Borough Park stał się moim domem.

Kolejną rzeczą było znalezienie pracy. Co prawda, miałem jeszcze trochę gotówki, ale zdawałem sobie sprawę, że na długo jej nie starczy. Nie bardzo wiedziałem, od czego zacząć. Nie miałem tu żadnych znajomych, o rodzinie już nie wspominając. Prawdę mówiąc, człowieka, który jest dla mnie jak brat, mam dopiero teraz. Ironia losu. Będąc wolnym, byłem zagubiony, gdy zostałem skazany, znalazłem spokój. Ileż to godzin przesiedzieliśmy ze Stiopą...

*

Stiopa Sirbu. Klawisz. Nie lubi, kiedy się tak na niego mówi. Złoty człowiek. Zaraz po osadzeniu mnie w Rikers przyszedł do mojej celi.

– Warto było? – zapytał łamaną polszczyzną.

– Co znaczy, czy warto było? Co warto było? Czego chcesz?

– Uspokój się. Chciałem tylko pogadać.

– Nie masz z kim gadać? Co, koledzy cię nie lubią czy może sodomitą jesteś? Lubisz gadać ze skazanymi na śmierć, tak? Takie twoje zboczenie!? Wypierdalaj!!! Nie chce mi się z tobą gadać!!! Nie chce mi się z nikim już gadać!!! WOOOOON!!! – darłem się jak wariat, machając rękoma.

– Zawołaj mnie, jak się uspokoisz – powiedział wolno i wyszedł, zamykając celę.

Dobiegłem szybko do drzwi i zacząłem walić w nie pięściami i głową. Kopałem i krzyczałem wniebogłosy, aż opadłem z sił. Następnych kilka godzin przeleżałem na środku celi, płacząc i zastanawiając się: „Dlaczego?! Dlaczego to wszystko musiało spotkać właśnie mnie? Mam przecież dopiero dwadzieścia cztery lata”. Teraz już wiem, że w podobny sposób reagują niemal wszyscy, którzy trafiają w to miejsce. Wiedzą, że to już koniec i nie mogą sobie z tym poradzić. Otwierają się, wyrzucają z siebie całe życie. Wszystko, co przeżyli. Śmiech i płacz, radość i smutek. Wspomnienia. Takie jest właśnie nasze życie. A raczej jego koniec. Dopiero po dwóch tygodniach zdecydowałem się porozmawiać ze Stiopą. Trochę się bałem tej rozmowy, trochę wstydziłem. Stiopa to mój rówieśnik i nieswojo czułem się w jego obecności. Okazał się jednak bardzo inteligentnym i wyrozumiałym człowiekiem. Pierwsze godziny przegadaliśmy o mnie. O moim przylocie na wariackich papierach, o pierwszych dniach w Nowym Świecie i pierwszej pracy.

*

Moją pierwszą pracę na emigracji znalazłem na budowie. Zatrudnił mnie Żyd, Arie Michell, w swojej małej firmie budowlanej ETE Construction. Codziennie rano musiałem przejść kilka ulic, by najpóźniej o godzinie szóstej czekać w umówionym miejscu, skąd zabierał mnie wraz z innymi chłopakami niejaki Wiesiek. Bardzo wredny typ. Samochodem dostawczym, wyposażonym tylko w cztery siedzenia z przodu, nie licząc kierowcy, wiózł nas w kolejne miejsce, tym razem do greckiej knajpy, gdzie spotykaliśmy się z resztą brygady. Droga z pierwszego punktu zbornego do drugiego nie była długa, lecz do przyjemnych również nie należała. Musieliśmy siedzieć w tym śmierdzącym samochodzie na różnego rodzaju maszynach, skrzynkach z narzędziami lub materiałach budowlanych. Na siedzeniach mogła siedzieć tylko „elita”, czyli półmózgi w większości bez szkoły, a z pochodzenia łomżyniaki lub białostoczanie. Czyli „śledzie” – jak potocznie ich wszyscy nazywali. W greckiej knajpie jedliśmy śniadanie, najlepsze na świecie bułki z jajkiem i boczkiem, a popijaliśmy równie wspaniałą kawą. Kiedy już wszyscy się zjechali, Wiesiek dzwonił do Starego, jak nazywaliśmy Ariego, i rozdysponowywał nami, kto do jakiej roboty ma jechać. Z początku robiłem wszystko, co mi kazali, czyli kopałem doły, przykręcałem śrubki i tak dalej, innymi słowy: przynieś, podaj, pozamiataj. Dopiero po około pół roku wyspecjalizowałem się, a raczej „zostałem wyspecjalizowany”, w elektryce. Do dzisiaj pamiętam mój pierwszy dzień pracy. Jeden z majstrów, który notabene musiał zacząć dzień od dwóch butelek piwa, zapytał mnie, co potrafi ę robić. Chciałem po wiedzieć, że mogę spróbować robić wszystko, co mi każą, a jak czegoś nie będę wiedział, to postaram się nauczyć, ale wyszło inaczej i od pierwszego dnia miałem pozamiatane.

– No, młody. To co potrafisz robić? – zapytał majster.

– Wszystko...

– Wszystko kurwa? – przerwał mi majster. – Jak mówisz, że potrafi sz wszystko, to znaczy, że nie potrafi sz nic, kurwa, i lepiej dla ciebie będzie, jak pójdziesz w pizdu do domu, kurwa...

Jeździł po mnie jak po łysej kobyle i dopiero po kilku miesiącach ciężkiej harówy zdobyłem jego i innych jako takie zaufanie. W końcu polubił mnie za moje „poświęcenie do pracy i umiejętność szybkiego przyswajania wiedzy”, jak sam to określił.

Minęło pół roku. Miałem mieszkanie, miałem pracę. Jednym słowem byłem szczęśliwy. Wszystko szło po mojej myśli. Marzenia się spełniały jedno po drugim.

Kolega z pracy pomógł mi zrobić prawo jazdy i mogłem wreszcie kupić sobie samochód. Zrobienie prawa jazdy w Nowym Jorku drogą legalną bez posiadania Social Security Number nie wchodziło w rachubę. System na to nie pozwalał. Ale od czego są pieniądze? Za sześćset dolarów zrobiłem prawo jazdy w North Carolina, nawet tam nie będąc. Z tym prawem jazdy poszedłem do nowojorskiego urzędu i tam wymieniłem je na nowojorskie. Trwało to raptem trzy tygodnie, a już po wszystkim mogłem wreszcie kupić samochód. Czegóż więcej mi trzeba było? Ale niestety. Były też i niespłacone długi. A ściślej mówiąc, jeden. I to niemały. Sześć tysięcy złotych, które byłem winien Mongołowi, dawno się rozeszło. Nie miałem takiej kwoty. Postanowiłem olać Mongoła. I tak już zarobił na mnie kupę pieniędzy. Biłem się z myślami przez kilka dni. W końcu to dzięki niemu tu jestem. Z drugiej strony, kwota, jakiej zażądał, była dość duża, a zgodziłem się na nią tylko dlatego, że chciałem szybko wyjechać.

„Olać Mongoła” – pomyślałem. Ale olać to nie wszystko. Postanowiłem do niego zadzwonić.

– Cześć Mongoł.

– No, stary, już myślałem, że się wypiąłeś na mnie – przywitał mnie Mongoł.

– No właśnie. Wypiąłem się na ciebie, Mongoł – odpowiedziałem ze spokojem.

– Co?!

– Zarobiłeś na mnie sześć tysięcy. Mało?

– Mało, niemało. Umowa to umowa, nie?

– Daj spokój. Zapomnij o drugiej połowie. Na lotnisku miałem mnóstwo problemów z tym twoim paszportem.

– W dupie to mam! Jesteś mi winien kasę! – krzyczał do słuchawki.

– Gówno ci jestem winien, ty pazerny prostaku! Mało masz?! Mało?!

Mongoł milczał.

– Nic ci nie jestem winien – ciągnąłem już spokojnym tonem. – Zapomnij o mnie i o forsie. A jak będziesz z tego powodu gnój robił, to pociągnę cię za sobą. Jasne?

– Wiedziałem, że mnie wydymasz... – W głosie Mongoła dało się wyczuć pierwsze symptomy rezygnacji.

– Jasne? – powtórzyłem pytanie.

– Niech ci będzie. Ale nigdy już tu nie wracaj. Nigdy!

– No. To dogadaliśmy się. Zdrowia ci Mongoł życzę. – Odłożyłem słuchawkę.

Wreszcie byłem wolny od długów. Teraz już w pełni mogłem rozpocząć nowe życie.

ROZDZIAŁ 4 SUSANA, CZYLI MIŁOŚĆ I ROZKOSZ RODZAJU LUDZKIEGO

Minął prawie rok od mojego przylotu. W pracy miałem już wyrobioną markę, a prywatne grono przyjaciół powiększało się, co mnie cieszyło. W tym czasie poznawałem wielu ludzi. Nie tylko Polaków, Nowy Jork jest w końcu miastem wielonarodowościowym i wielokulturowym.

Był słoneczny, ale mroźny, grudniowy dzień. Miasto pokrywała warstwa grubego puszystego śniegu, padającego już od kilku dni. Obudził mnie dźwięk syreny w pobliskiej synagodze, nawołujący do porannych, sobotnich modłów. Spojrzałem z nostalgią przez okno na zaśnieżone ulice miasta, które było mi tak bliskie. Opuściłem swoje rodzinne strony, by osiąść w tym mieście, nie będąc pewny jutra, bez znajomości. Ale z dnia na dzień moja sytuacja zmieniała się na lepsze, tak w sferze materialnej jak i emocjonalnej. Nie było teraz dnia, żebym nie budził się z uśmiechem na twarzy, ciesząc się z życia i miejsca, w którym się ono toczyło. Aby w to uwierzyć, często zaraz po przebudzeniu wychodziłem na dach budynku podziwiać panoramę miasta. Obserwowałem, jak z rozpędem budziło się do życia, a robiąc to, czułem się spełniony. Wracałem do mieszkania uśmiechnięty, by zrobić sobie kawę i poczytać „New York Timesa”.

Była sobota. Cały weekend przede mną. Zastanawiałem się przy kawie i prasie, cóż ja tego dnia będę robił. Pomysłów mi nie brakowało. Wręcz przeciwnie. Miałem ich tyle, że czasu na nie było mało.

Moje myśli przerwał jednak dzwonek telefonu.

– Wstajemy! Wstajemy! – krzyczał do słuchawki Paweł.

Paweł był jednym z moich najlepszych przyjaciół, należał do ścisłej grupy najbliższych mi ludzi. Wariat był z niego co prawda, ale za to lojalny i szczery. Czasem nawet do bólu. Pracowaliśmy razem. Ja jako elektryk, on jako hydraulik.

– Nie śpię, nie śpię. Nie drzyj się tak.

– Bartek, mamy dzisiaj imprezę, na jakiej jeszcze nie byłeś.

Paweł mieszkał w Nowym Jorku od dwunastu lat. Był małym szczeniakiem, kiedy jego rodzice przybyli na Greenpoint z Łodzi. Skończył nowojorski highschool i na więcej nie miał ochoty. Zamiast się uczyć, wolał się bawić i zawierać szemrane znajomości, aby sobie dorobić. „Ulica jest najlepszą szkołą” – powiadał. Ale kumpel z niego był na glanc.

– No, Pawełku – zaśmiałem się głośno. – Zdaje się, że podjąłeś już za mnie decyzję, jak spędzę ten weekend.

– Co?... no tak... weekend. Dobra... ej, muszę kończyć. Zadzwonię później.

– Jasne, interesy... – powiedziałem już do głuchej słuchawki.

Taki był Paweł. Sto tysięcy różnych spraw na sekundę. Nie mam pojęcia, skąd on brał tyle energii na to wszystko. Spodziewałem się, że sobotnia noc nie będzie należeć do łatwych. Imprezowanie z Pawłem miało zawsze ten sam schemat. Whisky, koka i dziwki. Cały następny tydzień był jednym wielkim kacem. Ale te właśnie imprezy do dzisiaj są legendą na Brooklynie.

Dzień spędziłem na zakupach. Zarabiałem dość dużo, tak mi się przynajmniej wtedy wydawało, więc mogłem sobie pozwolić na sobotnie zakupy nawet na Manhattanie. Każda sobota była przeznaczona na zakupy. Nieraz słyszałem, że chyba powinienem urodzić się kobietą. Sobota bez zakupów była dla mnie stracona. Rytuał był zawsze ten sam. Dojeżdżałem moim Pontiakiem Bonneville na Manhattan i zostawiałem go na jednej z naszych budów, żeby uniknąć płacenia za parking, a i bezpieczniejszy był tam niż na niejednym płatnym parkingu. Potem zapuszczałem się na cały dzień w nowojorską dżunglę sklepów. Wieczorem wracałem do domu z dziesiątkami różnych siatek pełnych ciuchów, butów i innych, często do niczego mi niepotrzebnych, rzeczy. Następnie brałem kąpiel i byłem już gotowy na szaloną noc, której najczęściej przewodził nie kto inny jak Paweł.

Tego wieczoru pojechaliśmy na Ashby Avenue na Queensie, do domu koleżanki Pawła. Dom był wielki jak cholera, a ludzi w nim było co niemiara. Takie imprezy widziałem tylko na filmach.

– No, to będzie coś wielkiego, co? – zapytałem Pawła.

– Nie pytaj nawet. Takiej imprezy jeszcze nie widziałeś.

Tak jak się spodziewałem, była whisky, koka i... tego się nie spodziewałem. Nie było łatwych tanich panienek, które za kreskę koki skłonne były pójść do łóżka z każdym. To było całkiem inne towarzystwo. Inne od tego, które często się na tego typu imprezach spotykało.

– To jest wyższa szkoła jazdy, mój bracie – wypalił Paweł, jakby czytał w moich myślach. – Tu nie ma dziwek. Tu są towary, które czekają, aż je ktoś odnajdzie. I nie są to ani łatwe, ani tanie towary, gringo. Kumasz?

– Czyj to właściwie dom?

– Ha, ha, nie chcesz wiedzieć. Zresztą, czy to ważne? – zaśmiał się Paweł. – Co? Impreza ci się nie podoba?

– No właśnie, że mi się podoba i to bardzo. I wiesz co? W tym właśnie jest problem. My tu chyba nie pasujemy. Ile zarabiają ci wszyscy ludzie? Kim oni są?

– Ej, Bartek. Co cię to obchodzi? Baw się, człowieku, nie narzekaj. To są dzieci bogatych rodziców. Może trochę zarozumiali, ale mają siana w cholerę i dobre balangi potrafi ą robić. Za nic nie płacisz, a dobrze się bawisz.

Nie była to balanga, do jakich przyzwyczaił mnie Paweł, było na niej zbyt bogato i sztywno. Czułem się nieswojo. Dom urządzono z wielkim przepychem, a goście podjeżdżali samochodami, o jakich nawet nigdy nie śmiałbym marzyć.

– Panowie, Corona? – usłyszeliśmy za plecami.

Odwróciłem się, a przez drzwi do kuchni weszła śliczna jak anioł dziewczyna. Ubrana w długą sukienkę na ramiączkach, sięgającą kostek, uszytą z czarnego materiału w małe czerwone kwiatki, które pięknie podkreślały jasnobrązową karnację jej skóry. Kiedy do nas podeszła, oniemiałem. Byłem pod wielkim wrażeniem jej pięknych zielonych oczu.

– Może być Corona – zawołał z uśmiechem Paweł.

Moje oczy zapaliły się namiętnością. Wydawało mi się, że dziewczyna odczuła to natychmiast. Postawiła dwie butelki Corony na stoliku i powiedziała do nas szybko, błogo się przy tym uśmiechając:

– Tylko mi nie narozrabiajcie tu dzisiaj.

– No co ty, Susana?

– No, no, już ja was znam – odpowiedziała, a na jej twarzy ukazał się znów ten piękny uśmiech.

Odwróciła się i wyszła z kuchni.

– Co to za dziewczyna!? – zapytałem.

Moje pytanie wyrwało Pawła z rozkosznej zadumy i przez chwilę sprawiał wrażenie przebudzonego ze snu.

– Dziewczyna? Aaa, dziewczyna! To Susana – powiedział, spoglądając na mnie oczyma z nieco rozszerzonymi źrenicami.

– Susana – powtórzyłem. – A coś więcej o niej?

– Susana tu mieszka. To jej dom i jej impreza. Dzisiaj obchodzi siedemnaste urodziny.

– Boże, jaka ona ładna... jak to jej dom? Ma siedemnaście lat i jej dom?

– No, przecież normalne, że nie jej, tylko starych. Mają kilka takich wypasionych kwadratów. Queens, Long Island, California i grom wie, gdzie jeszcze.

– Piękna kobieta.

– I bogata – dodał Paweł z durnym uśmiechem na twarzy.

Rzeczywiście. Susana była bogata, a raczej jej rodzice byli bardzo bogaci. Ale nie to w niej było najważniejsze. Jej uroda powalała na kolana. Zapragnąłem jej. Susana owładnęła mną bez reszty. Nie mogłem się na niczym skupić. Zakochałem się. Resztę wieczoru spędziłem, myśląc o Susanie, śledząc jej każdy krok i zastanawiając się, jak ją zdobyć. Ach! Susana. Jak bardzo mi jej teraz brakuje. Gdyby żyła, broniłbym się w sądzie. A może nawet nigdy nie doszłoby do całej tej sytuacji na Times Square i nie byłoby mnie teraz tu, w tej celi. Ale w obecnym położeniu nie mam już nic do stracenia.

Susana była moim życiem. Moim światłem. Bez niej nie mam po co żyć. Kiedy opowiadałem Stiopie o Susanie, czułem się, jakbym był daleko od domu. Domu, w którym ona na mnie czeka, a ja za nią tęsknię, lecz wiem teraz, że już niedługo wrócę i znów się zobaczymy. Może naprawdę wkrótce ją znów zobaczę? Może jednak istnieje jakieś życie po śmierci...

Susana często mnie odwiedza we śnie. Jest wówczas ubrana w taką samą sukienkę jak wtedy, kiedy pierwszy raz ją ujrzałem. Z tymi samymi czerwonymi kwiatkami. Tylko kolor tej sukienki jest inny, biały. Ale reszta bez zmian. Pięknie wygląda. Przychodzi do mnie, głaszcze mnie po głowie i szepcze: Trate de no querida. Todo estera bien. Prometo. Przestaję się wtedy bać. Wiem, że wszystko będzie dobrze. Bo przecież Susana mi to obiecała.

*

– Opowiedz, jak się poznaliście – poprosił pewnego razu Stiopa. Przyniósł mi do celi śniadanie i widząc, że piszę, zapytał: – No i jak idzie?

– Idzie, Stiopa, idzie.

– Tęsknisz za nią, co?

– A ty byś nie tęsknił?

*

Nie musiałem długo czekać, by znów spotkać Susanę. Tydzień później, w niedzielę wieczorem, spotkaliśmy się z chłopakami w polskiej restauracji na Brooklynie. Nawet nie wiedziałem, że taka tam istnieje. Przyszedłem jako ostatni, był tam już Paweł ze swoją poznaną dzień wcześniej dziewczyną, był Mike, czarnoskóry osiemnastolatek, który miał fioła na punkcie szybkich motocykli. Był też Yoci „The Finger”, siedemnastoletni ortodoksyjny Żyd, który swoje przezwisko zawdzięczał pokazywaniu środkowego palca wszędzie i każdemu, oraz masa innych znajomych, z którymi tworzyliśmy zgraną paczkę przyjaciół. I wreszcie była też ona, Susana. Jeszcze piękniejsza niż w dniu, kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Siedziała przy jednym ze stolików, w grupie swoich koleżanek, zawzięcie o czymś dyskutując.

Podszedłem do baru, by zamówić sok pomidorowy z pieprzem – zawsze pomagał mi na kaca, a potrzebowałem go po piątkowym nocnym wypadzie. Płacąc, usłyszałem za plecami:

– Bartek! Kurwa! Bartek!

To Yoci darł się wniebogłosy, starając się przekrzyczeć głośną muzykę.

Wypiłem szybko antidotum na skutki dnia poprzedniego i ruszyłem w stronę stolika, przy którym wszyscy siedzieli. Yoci wciąż wykrzykiwał moje imię, jedną ręką kręcąc pejsa przy uchu, a drugą pokazując mi środkowy palec, śmiejąc się przy tym donośnie i gubiąc myckę.

Mike, kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się tylko, wypowiadając te same słowa na powitanie co zawsze, odkąd się znaliśmy:

– What’s up, white boy?

– Siema, czarnuchu! – odpowiedziałem mu po polsku. Mike wiedział, co znaczą moje słowa, ze śmiechu zaczął się cały trząść. Zawsze chciał, by go uczyć polskich słów i zwrotów. Ale tylko tych wulgarnych i obraźliwych.

Paweł ze swoją nową zabawką zbyt byli zajęci sobą, by się ze mną przywitać. Ale Susana przerwała w pół zdania rozmowę z koleżankami, i nieśmiało, aczkolwiek zalotnie, uśmiechnęła się do mnie. Stanąłem jak kretyn przy stole, nie wiedząc, do kogo się przysiąść. Uratowała mnie Susana.

– OK, dzieciaki. To czego się napijemy? – wykrzyknęła.

– Chyba nam nie sprzedadzą alkoholu. Jest z nami kilku niepełnoletnich – powiedziałem.

Yoci znów wybuchnął histerycznym śmiechem, tym razem pokazując mi środkowe palce u obu rąk. Wreszcie Paweł zauważył moją obecność.

– Ej! Nie wymądrzaj się! – krzyknął głośno, starając się przekrzyczeć muzykę i Yociego, który w tym właśnie momencie spadł z krzesła z wielkim hukiem, ale wciąż się śmiejąc.

– Zamawiam drinki dla każdego – zakomunikowała nam Susana i skierowała się w stronę baru.

– Idę z tobą! – zawołałem i ruszyłem jej śladem.

Stanęliśmy razem przy barze, a ja nie wiedziałem, jak zacząć rozmowę.

– Dwanaście razy mojito – krzyknęła do barmana.

– Robi się – odpowiedział barman niemal od razu.

Susana odwróciła się w moją stronę, a ja poczułem, jak moje policzki nabierają koloru purpury.

– I co? Dalej uważasz, że nam nie sprzedadzą?

– Hmm, pewnie znasz barmana, co?

– Znam właściciela – szepnęła ironicznie.

– Naprawdę?

– Chodzę z jego córką do szkoły. To ta blondynka przy naszym stoliku. Ula.

– I on pozwala jej tu przychodzić ze znajomymi i pić alkohol, tak? – zapytałem powątpiewająco.

– Nooo, i jeszcze nie musimy za to płacić – wybuchnęła śmiechem.

– E tam, jaja sobie robisz.

Ogarnęła mnie konsternacja. Nie byłem pewien, czy sobie ze mnie żartuje, czy mówi poważnie. Może słyszała moją rozmowę z Pawłem na jej urodzinach, kiedy to stwierdził, że nie trzeba na takich balangach za nic płacić. Przez chwilę zdezorientowany patrzyłem na rozbawioną Susanę, po czym przyszedł mi do głowy szatański pomysł.

– Butelkę Johnniego Walkera poproszę – krzyknąłem do barmana.

Barman jakby nigdy nic przyniósł mi czerwonego Walkera.

– Nie tego. Czarnego.

Barman bez słowa wymienił na czarnego.

– Ile płacę? – zapytałem, sięgając po portfel, z pełną świadomością, że nie mam tyle gotówki, by zapłacić.

– Ten młodzieniec jest z wami? – zapytał barman Susanę.

Skinęła głową. Była szczerze rozbawiona tą sytuacją.

– W takim razie nic pan nie płaci – powiedział barman.

Spojrzałem na niego jak na magika, który przed chwilą zaskoczył mnie swoją nową sztuczką.

– W takim razie poproszę jeszcze dziesięć takich butelek – walnąłem do barmana z poważną miną.

– Młodzieńcze, jak dasz radę wydoić jedną i przyjdziesz po drugą o własnych siłach, to ci ją dam, OK? One nigdzie nie uciekną. Spokojnie.

– Wariat jesteś – powiedziała Susana, cały czas się śmiejąc.

– Przepraszam, ale jakoś ciężko mi w to wszystko uwierzyć – powiedziałem, zataczając w górze ręką koło, chcąc dać jej do zrozumienia, co mam na myśli, mówiąc „wszystko”.

– Bartek jestem – przedstawiłem się, wyciągając do niej rękę.

– Wiem – odpowiedziała Susana lekko zawstydzona.

„«Wiem»? Powiedziała «wiem»? To znaczy, że o mnie pytała! Może jej się podobam i jest mną zainteresowana?” – Mój mózg strzelał myślami z prędkością światła.

– Ja mam na imię Susana – dodała po chwili.

– Piękne imię. Naprawdę piękne – powiedziałem i chciałem coś jeszcze dodać, ale przerwał nam barman, chrząkając znacząco.

Zerknąłem w jego stronę, a on wskazał głową na drinki, jednocześnie polerując jakiś kieliszek i głupio się do mnie uśmiechając.

– Drinki gotowe – powiedział.

– Dzięki.

Odwróciłem się w stronę naszego stolika, żeby zawołać kogoś po drinki, ale zdążyłem tylko otworzyć usta, bo w tym samym momencie zobaczyłem przed sobą Mike’a, który wyrósł jak spod ziemi.

– Panicz białas mnie wzywał? – rzekł, kłaniając się do pasa.

Barman, Susana i inni goście siedzący przy barze wybuchnęli śmiechem.

– Możesz zabrać te drinki do stolika?

– Oczywiście, że mogę, a magiczne słowo?

Spojrzałem wkoło na wciąż obserwujących nas, śmiejących się ludzi i na Mike’a.

– OK. Abrakadabra, czarnuchu.

Mike uśmiechnął się, szczerząc swoje śnieżnobiałe zęby.

– Pomóż mi, białasie – zwrócił się do barmana, zabierając jedną tacę z drinkami, a drugą pozostawiając jemu.

„Białas” z „czarnuchem” poszli do stolików. Odprowadzając ich wzrokiem, myślałem jednocześnie nad odpowiednim tematem, by zainteresować rozmową Susanę.

– Długo się znacie? – zapytała, ratując sytuację.

– Co? Z kim? Aa, yyy... nooo, tak... yyy, to znaczy nie... kilka miesięcy... chyba... jakoś tak. Skąd jesteś? – rzuciłem nieskładnie.

– Przecież wiesz, z Queensu.

– No tak, ale jesteś mulatką i mówisz bardzo dobrze po hiszpańsku, więc pomyślałem, że...

– Aha, o to ci chodzi. Urodziłam się tutaj, ale rodzice przyjechali z Puerto Rico, jak moja mama była w ciąży. Tata był konsulem i po jakimś czasie ściągnął nas do siebie, kiedy zdecydował się iść w amerykańską politykę.

– Śliczna jesteś – zmieniłem temat, patrząc jej prosto w oczy.

– Każdej, która ci się podoba, to mówisz? – zapytała i onieśmielona spuściła głowę.

– Każdej. Bez wyjątku. Ale żadna nie może się równać tobie – oświadczyłem, odzyskując jako taką pewność siebie.

– Przestań, proszę cię. Zawstydzasz mnie. A poza tym wcale nie jestem taka ładna.

– OK, przepraszam... żartowałem, jesteś niesamowicie brzydka.

Barman, który nas właśnie mijał, słysząc moje słowa, poklepał mnie po ramieniu.

– To tak się w Polsce dziewczyny podrywa – zarechotał.

Suasana głośno się zaśmiała.

– Zabawny jesteś – powiedziała.

– Staram się, ale prawdę mówiąc, to mam cholerną tremę.

– Lubię cię – powiedziała, patrząc mi prosto w oczy.

Chciałem coś odpowiedzieć, ale położyła mi palec na ustach. Zrobiło mi się gorąco. Susana mrugnęła do mnie i powiedziała:

– Napijmy się czegoś.

– Nasze drinki są na stoliku – odpowiedziałem.

– Już ich tam nie ma – usłyszałem zza pleców głos Yociego.

Odwróciłem się i zobaczyłem, jak Yoci wisi na barze i głupio się uśmiecha, wpatrując się we mnie.

– Nie ma – powtórzył. – Wypiliśmy. Właśnie przyszedłem po następne.

– Zamów tylko dla dziewczyn, dla was jest coś lepszego – powiedziałem, wskazując na butelkę Johnniego Walkera stojącą na barze.

– No to będzie piekło – powiedział Yoci, naśladując ruchy rabina modlącego się w synagodze. – Mazeltov!!! – wrzasnął na odchodne, pokazując oczywiście środkowy palec.

– Co byś powiedziała na to, żebyśmy się spotkali gdzieś sami? Z dala od tych wariatów. Może w przyszły weekend?

– Szybki jesteś... Ale zastanowię się. A teraz powiedz mi coś o sobie. Ledwie cię znam. Słyszałam, że jesteś z Polski, prawda to?

I znów zacząłem opowiadać historię swojego życia. Skąd jestem, jak się tu znalazłem, co tu robię, et cetera, et cetera. Zawsze kiedy poznawałem nowych ludzi, oni pytali o to samo, a ja to samo opowiadałem. Susana słuchała uważnie z zaciekawieniem, zadając sporadyczne pytania. Barman donosił nam drinki, a w rogu, na małej scenie, grała polska kapela z wokalistką śpiewającą stare polskie przeboje.

– Powiedz mi teraz coś o sobie – poprosiłem w pewnej chwili.

Dowiedziałem się wtedy, że niedawno zerwał z nią chłopak, który wyjechał na Florydę, by grać w uniwersyteckiej drużynie futbolowej, że jej ojciec jest znanym nowojorskim politykiem, a mama założycielką największej w USA fundacji pomagającej zgwałconym, bitym i maltretowanym kobietom. Opowiedziała mi, co lubi, czego nie znosi. Jak spędza tydzień w nudnej prywatnej szkole na Manhattanie, o swoich znajomych i marzeniach. Ludzi w barze przybywało z każdą chwilą, a my siedzieliśmy i rozmawialiśmy, popijając mojitos.

– Hej! Sikorki! – krzyknął Mike, podchodząc do nas w objęciach jednej z koleżanek Susany.

– Może byście przestali się migdalić i dołączyli do nas, co? Hej, białas! Zabieraj swoją Latina i do stołu. Czekamy na was!

– Chodź – powiedziała Susana, łapiąc mnie za rękę. – Dołączmy do nich.

Poszliśmy do stolika, gdzie siedziało już towarzystwo w liczbie co najmniej dwudziestu osób. Osiem stolików było złączonych razem w literę „L”, a przy nich moi znajomi i ich znajomi, a nawet znajomi znajomych, których nigdy wcześniej nie widziałem. Większość z nich była już nieźle wstawiona, zresztą ja sam miałem problemy z koordynacją ruchową po tych wszystkich mojitos, które wydudniłem, siedząc przy barze z Susaną. Bawiliśmy się do białego rana, pijąc i tańcząc. Prym wiódł Yoci the Finger i Paweł Czarny, przy akompaniamencie całej reszty uwalonych „dzieciaków”. Świtało już, kiedy impreza dobiegła końca. Wylegliśmy tłumnie na ulicę, wciąż śpiewając i dopijając resztki alkoholu potajemnie wyniesione z klubu.

– Co robimy? – zapytałem Susanę.

– Myślę, że spadamy do domu.

– Możemy iść do mnie, mieszkam kilka ulic stąd.

– No chyba nie myślisz, że chce mi się teraz wracać aż na Queens – zaśmiała się zalotnie Susana. – Jestem zbyt zmęczona, więc chyba wybiorę opcję pójścia do ciebie.

Pożegnaliśmy cały ten rozbawiony tłum, który powoli pakował się do taksówek, i poszliśmy piechotą wzdłuż 13th Avenue. Próbowaliśmy po drodze złapać jakąś taksówkę lub car service, ale nie mieliśmy szczęścia i koniec końców doszliśmy do domu piechotą. Mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów, więc zanim się zorientowaliśmy, byliśmy już na miejscu.

– Ładnie tu u ciebie – oceniła Susana.

– Kwestia gustu, widać mamy podobny. Zjesz coś?

– O nie, o tej porze? Nie ma mowy. Poza tym chyba usnęłabym, jedząc, muszę się położyć.

Żadne z nas nie miało ochoty ani na jakąkolwiek higienę, ani na cokolwiek, co mogłoby wydłużyć w czasie upragnione przytulenie głowy do poduszki. Byliśmy zbyt zmęczeni. Susana położyła się do łóżka, a ja walnąłem się w drugim pokoju na kanapie. Sen przyszedł niemal natychmiast. Kiedy się obudziłem, Susana jeszcze spała. Wyglądała prześlicznie, mimo potarganych włosów i rozmazanego makijażu. Zostawiłem ją w spokoju, a sam poszedłem się wreszcie wykąpać i dopiero pod prysznicem uzmysłowiłem sobie, że jest poniedziałek. Była godzina dwunasta w południe, a ja od pięciu godzin powinienem być w pracy.

– Kurwa mać! – krzyknąłem, wyskakując spod prysznica jak poparzony.

Złapałem za telefon, by sprawdzić, czy ktoś się do mnie nie dobijał. Miałem szesnaście nieodebranych połączeń. Wszystkie od tego samego człowieka. Od Ariego Michella.

– Kurwa mać! – powtórzyłem z wściekłością.

Spodziewałem się, że ostatnia wiadomość będzie podziękowaniem za współpracę, tym bardziej że ostatnio spóźniałem się do pracy dość często, tego dnia nie poszedłem do niej wcale, nie powiadamiając o tym ani o przyczynie nikogo. Nie wiem, jaka była ostania wiadomość. Kiedy odsłuchiwałem drugą, telefon zniknął mi z ręki. Odwróciłem się i zobaczyłem już tylko, jak Susana wyłącza telefon. Stałem przed nią zupełnie nagi i nie wiedziałem, co powiedzieć. Wyglądaliśmy dość komicznie: ja, tak jak mnie natura stworzyła, a ona rozczochrana i z rozmazanym makijażem.

– Idę się kąpać – wymamrotała zaspana, rzucając telefon na fotel i wlokąc nogami niemrawo w stronę łazienki.

Ubrałem się szybko i zaparzyłem kawy. Po około godzinie znów pojawiła się Susana. Świeża, pachnąca, wykąpana i bez makijażu. Wyglądała prześlicznie, siedząc przy stole w moim białym szlafroku.

– Czy ja cię widziałam przed chwilą gołego?

– Śniło ci się – odpowiedziałem lekko speszony.

– Aha, w takim razie za dużo wczoraj wypiłam – stwierdziła, uśmiechając się błogo.

– Bez makijażu jesteś jeszcze piękniejsza – próbowałem jakoś zacząć rozmowę.

Susana podeszła do mnie.

– Ja też cię kocham – powiedziała, patrząc mi w oczy.

Rozwiązałem powoli pasek szlafroka, po czym zsunąłem go z jej ramion. Szlafrok opadł miękko na podłogę, a moim oczom ukazała się bogini w pełnej krasie. Piękne smukłe ciało w kolorze bardzo jasnego brązu. Była bardzo zgrabna i pachnąca. Jedną rękę położyłem na jej biodrze, drugą na piersi. Moje serce biło bardzo szybko. Odwróciłem ją tyłem do siebie, przytulając jednocześnie. Pieściłem jej jędrne piersi, a ona odchylając głowę do tyłu, szybko oddychała z zamkniętymi oczyma. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem do sypialni. Położyłem na łóżku, a sam rozebrałem się szybciej niż kiedykolwiek. Badałem jej ciało delikatnie rękoma, żądny każdego jej centymetra. Była dla mnie nieosiągalnym zjawiskiem, które nagle mogłem zdobyć. Chciałem, by te pierwsze namiętne chwile z Susaną trwały i trwały, bez końca. Nasze miłosne uniesienie trwało blisko dwie godziny, przeplatane cichymi szeptami Susany.

– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – wyszeptałem do jej ucha w pewnej chwili.

– Dziękuję... dziękuję – szeptała Susana, odchylając głowę do tyłu, prężąc swoje jędrne, smukłe ciało.

To był nasz pierwszy raz. To była najpiękniejsza chwila w moim życiu. Jej zmysłowe usta, jej piękne zielone rozmarzone oczy. Naga i piękna. Pachnąca, rozpalona. Susana. Moja Susana.

*

– To był początek pięknej miłości, Bartku, można ci tylko pozazdrościć – stwierdził Stiopa, kiedy skończyłem swoją opowieść.

– Prawdziwa miłość, Stiopa. Prawdziwa.

*

Leżeliśmy w łóżku jeszcze długo. Rozmawialiśmy, czuliśmy się błogo. Nie mieliśmy ochoty się ubierać, a już tym bardziej gdziekolwiek wychodzić z domu.

– Tú eres mi novio – powiedziała w pewnej chwili.

I tak właśnie zaczął się mój związek z Susaną Morales. Najpiękniejszą i najukochańszą kobietą, jaką kiedykolwiek było dane mi spotkać.

ROZDZIAŁ 5 DWA OBLICZA YOCIEGO, CZYLI TWARZ JEST ZWIERCIADŁEM DUSZY

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Była piękna zima, mnóstwo śniegu i wszystkim już zdążyła udzielić się wspaniała przedświąteczna atmosfera. Szczęście mnie nie opuszczało. Wciąż miałem u swego boku wspaniałą dziewczynę. Piękną dziewczynę, którą kochałem ponad wszystko. Susana dzwoniła do mnie kilka razy dziennie, pytając, jak się czuję i czy czegoś mi nie potrzeba. Mimo błogiego nastroju, miałem jednak pewien problem. Otóż byłem bez pracy. Po upojnym dniu i jeszcze bardziej upojnej nocy spędzonej z Susaną nie wróciłem już nigdy do Ariego. Czasem sobie myślę, że może Arie mnie wcale nie skreślił, może dzwonił do mnie tyle razy, bo się martwił. Tak czy owak, nie miałem odwagi, żeby do niego zadzwonić i o to zapytać. Poza tym, w pewnym sensie, było mi to na rękę. Mogłem teraz spędzać więcej czasu z Susaną. Miałem trochę odłożonych pieniędzy, ale to był jednak Nowy Jork. Tu pieniądze topnieją bardzo szybko, nie można sobie pozwolić na nicnierobienie, nawet przez chwilę. To miasto jest na to po prostu zbyt drogie.

Przeglądałem właśnie kolumny z ogłoszeniami „dam pracę” w jednej z polskich gazet, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi. „Susana w szkole, chłopaki w pracy, więc kogo licho może nieść?” – zastanawiałem się. Otworzyłem drzwi i okazało się, że to Yoci. Wydawał się jakiś inny niż zwykle. Nie uśmiechał się głupkowato i nie pokazywał środkowych palców, jak to miał w zwyczaju. Ubrany był w drogi, czarny garnitur, buty miał wypolerowane na błysk, a włosy razem z pejsami zaczesane do tyłu.

– Yoci? – zapytałem zmieszany. – Ja pierdzielę, wyglądasz jak John Gotti. Stało się coś?

– Mogę wejść? – zapytał z pełną powagą.

– Jasne, że możesz. Co się tak głupio pytasz, właź.

Yoci wszedł i usiedliśmy w kuchni przy barku. Chciałem zaproponować mu coś do picia, ale ubiegł mnie, przyciągając z końca blatu butelkę dobrej, drogiej polskiej wódki, którą trzymałem tam bardziej dla ozdoby niż na potrzeby konsumenckie. Sięgnąłem po dwa kieliszki. Yoci polał.

– Słyszałem, że straciłeś pracę – zaczął Yoci, opróżniając swój kieliszek szybkim ruchem ręki.

Cała ta sytuacja była na tyle dziwna, że wywołała u mnie mieszane uczucia. Nie miałem pojęcia, do czego zmierzała rozmowa, nie wiedziałem, jak mam się zachować. Yoci nie był Yocim. Mały Żydek o wyglądzie włoskiego mafiosa mówił szybko i zdecydowanie, jakby doskonale wiedział, jaki będzie finał tej konwersacji.

– No, powiedzmy, że straciłem. A co, masz coś dla mnie?

– Właśnie dlatego tu jestem. Mam dla ciebie propozycję. Ale musisz mi obiecać, że jeśli się nie zgodzisz, to nikt nigdy się nie dowie, co było tematem naszej rozmowy. OK?

– Hej, Yoci. Znasz mnie przecież, nie? Masz moje słowo – powiedziałem, kładąc jednocześnie rękę na sercu, by podnieść wagę przysięgi. – Co to za robota?

– Będziesz kradł samochody – odpowiedział z pełną powagą Yoci, nalewając następną kolejkę.

Patrzyłem na niego przez chwilę, czekając, aż się roześmieje i zacznie zachowywać jak Yoci, takim, jakiego go znałem, zanim tu przyszedł. Nagle to ja wybuchnąłem śmiechem.

– No dobra... będę kradł samochody! Nie ma sprawy Yoci, a ty będziesz mi płacił, tak? A co mi tam, zarejstrujemy firmę i będziemy płacić podatki... a jak ją nazwiemy? Czekaj, czekaj... już wiem! „Koszerny Złodziej”! Dobre, nie?

Yoci patrzył mi prosto w oczy i wcale mu nie było do śmiechu. Po prostu cierpliwie czekał.

Przestałem się śmiać. Spojrzałem zmieszany na śmiertelnie poważnego Yociego.

– Skończyłeś? – zapytał.

Nie odezwałem się. Siedziałem z głupią miną, wpatrzony w mojego rozmówcę. W ustach czułem palący smak wódki.

– Ja ci nie będę płacił – ciągnął Yoci. – Kto inny będzie to robił. Piętnaście procent wartości samochodu.

– Yoci, ty mówisz poważnie? – zapytałem, z przerażeniem wlepiając w niego oczy. – Ja mam być złodziejem samochodów? Kurwa mać, Yoci, ja nie mam o tym zielonego pojęcia! Ja ledwo swoim samochodem jeżdżę, a ty chcesz, żebym się bawił w Grand Theft Auto? Oszalałeś?

– Umiesz jeździć samochodem, prawda? Umiesz...

– Ale jak...

– Kluczyki będziesz miał oryginalne. Nie rozumiesz?

– Nic a nic – powiedziałem, rozkładając ręce w geście zwątpienia.

Yoci wyciągnął kluczyki od swojego samochodu i położył je na stole.

– Dobra, uważaj teraz. Ja jestem bogatym nowojorczykiem. Tak? Bogaty nie znaczy uczciwy, tak? Siedemdziesiąt pięć procent bogatych ludzi w tym mieście dorobiło się na dymaniu w odbyt szarych, biednych, niczego nieświadomych ludzi oraz na waleniu w człona z urzędami państwowymi. Więc dlaczego mieliby być uczciwi właśnie teraz? Tylko dlatego, że już się dorobili? Ci ludzie twierdzą, że dorobili się tak wielkich pieniędzy tylko i wyłącznie dlatego, że nie dali się tym urzędom okradać, a nierówna walka z tymi hienami wciąż trwa, w ich mniemaniu oczywiście. Więc jeśli nadarza się okazja, by oszukać jakikolwiek urząd, to robią to i nieważne, czy będzie to urząd skarbowy, Kościół, pracodawca czy ubezpieczyciel...

– Nic nie rozumiem – przerwałem.

– Nie przerywaj mi – zirytował się Yoci.

Pokiwałem tylko głową, dając do zrozumienia, że już nie będę przerywał, i słuchałem dalej.