Syn Jezusa - Denis Johnson - ebook + książka

Syn Jezusa ebook

Denis Johnson

3,7

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Ameryka zrujnowanych przedmieść, zdezelowanych samochodów, podupadających knajp. Czego szuka młody mężczyzna w heroinie, alkoholu, przygodnych znajomościach? Jedenaście opowiadań układa się w swoistą mikroopowieść. Proza Johnsona jest oszczędna, a zarazem liryczna i pełna obrazów o niezwykłej intensywności.

"Pisał na zupełnie innym poziomie niż my wszyscy. Prawdziwy mistrz". Zadie Smith

"Bóg, w którego mógłbym uwierzyć, miałby jego głos i poczucie humoru". Jonathan Franzen

"Największy poeta wśród autorów opowiadań od czasów Hemingwaya". George Saunders

"Opisywał najdziksze oblicze Stanów. Nie ma drugiego takiego jak on". Philip Roth

"Był i będzie jednym z naszych najmocniejszych pisarzy. Amerykański na wskroś". Don Delillo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 108

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




De­nis John­son

Syn Je­zu­sa

prze­ło­żył Szy­mon Żu­chow­ski

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

Kra­ków 2020

Wy­pa­dek au­to­sto­po­wi­cza

Akwi­zy­tor, któ­ry dzie­lił się ze mną al­ko­ho­lem i ki­mał za kół­kiem… Czi­ro­kez za­im­pre­gno­wa­ny bur­bo­nem… VW – wiel­ka bań­ka ha­szy­szo­we­go dy­mu ste­ro­wa­na przez ja­kie­goś stu­den­ta…

…I pew­na ro­dzi­na z Mar­shal­l­town, któ­ra za­li­czy­ła zde­rze­nie czo­ło­we z fa­ce­tem ja­dą­cym z Be­tha­ny w sta­nie Mis­so­uri na za­chód i kom­plet­nie go za­bi­ła…

…Wsta­łem prze­mo­czo­ny do su­chej nit­ki od spa­nia w ulew­nym desz­czu i nie do koń­ca przy­tom­ny za spra­wą tej trój­ki, któ­rą wy­mie­ni­łem – akwi­zy­to­ra, In­dia­ni­na i stu­den­ta, bo każ­dy z nich dał mi pro­chy. Sta­ną­łem przy wjeź­dzie na au­to­stra­dę, ale na­wet nie li­czy­łem na pod­wóz­kę. Po co w ogó­le by­ło zwi­jać śpi­wór, sko­ro i tak by­łem zbyt mo­kry, że­by kto­kol­wiek wpu­ścił mnie do sa­mo­cho­du? Owi­ną­łem się nim jak pe­le­ry­ną. Ule­wa sma­ga­ła as­falt i bul­go­ta­ła w ko­le­inach. Mia­łem ża­ło­sną go­ni­twę my­śli. Akwi­zy­tor dał mi pi­guł­ki, po któ­rych czu­łem się, jak­by coś prze­żar­ło mi ży­ły. Bo­la­ła mnie szczę­ka.

Każ­dą kro­plę desz­czu zna­łem po imie­niu. Prze­czu­wa­łem wszyst­ko, co mia­ło się zda­rzyć. Je­den ta­ki olds­mo­bi­le jesz­cze nie za­czął zwal­niać, a wie­dzia­łem już, że się przy mnie za­trzy­ma, a gdy usły­sza­łem słod­kie gło­sy ro­dzin­ki w środ­ku, wie­dzia­łem, że pod­czas tej bu­rzy cze­ka nas wy­pa­dek.

Mia­łem to gdzieś. Po­wie­dzie­li, że za­wio­zą mnie aż do ce­lu.

Męż­czy­zna i je­go żo­na po­sa­dzi­li dziew­czyn­kę z przo­du obok sie­bie, a nie­mow­la­ka zo­sta­wi­li z ty­łu ze mną i mo­im ocie­ka­ją­cym po­sła­niem. „Nie licz na to, że dam gaz do de­chy – za­po­wie­dział męż­czy­zna – w koń­cu wio­zę żo­nę i dzie­ci”.

To wła­śnie wy – po­my­śla­łem. Zwi­ną­łem śpi­wór, opar­łem o drzwi po le­wej stro­nie i za­sną­łem. Mia­łem gdzieś, czy ży­ję, czy umar­łem. Dziec­ko le­ża­ło na sie­dze­niu obok. Mia­ło z dzie­więć mie­się­cy.

…Ale za­nim do te­go do­szło, w tam­to po­po­łu­dnie wpa­ro­wa­li­śmy z akwi­zy­to­rem je­go bry­ką do Kan­sas Ci­ty. Od­kąd wziął mnie na sto­pa gdzieś w Tek­sa­sie, na­ro­dzi­ło się mię­dzy na­mi groź­ne, cy­nicz­ne bra­ter­stwo. Zjed­li­śmy ca­ły po­jem­ni­czek am­fe­ta­mi­ny, któ­rą miał z so­bą, i co ja­kiś czas zjeż­dża­li­śmy z mię­dzy­sta­no­wej po ko­lej­ne pół li­tra ca­na­dian clu­ba i wo­rek lo­du. Je­go sa­mo­chód miał bia­łą skó­rza­ną ta­pi­cer­kę, a w drzwiach cy­lin­drycz­ne szkla­ne uchwy­ty na kub­ki. Fa­cet po­wie­dział, że da mi prze­no­co­wać u sie­bie w do­mu, ale naj­pierw mu­si się spo­tkać z jed­ną zna­jo­mą.

Sza­re chmu­ry Środ­ko­we­go Za­cho­du przy­po­mi­na­ły gi­gan­tycz­ne mó­zgi. Zje­cha­li­śmy z au­to­stra­dy jak­by nie­sie­ni prą­dem, lecz za­raz ugrzęź­li­śmy w kor­kach na wjeź­dzie do Kan­sas Ci­ty. Gdy tyl­ko zwol­ni­li­śmy, ca­ła ma­gia wspól­nej po­dró­ży pry­sła. Typ bez prze­rwy na­wi­jał o swo­jej dziew­czy­nie.

– Lu­bię ją, chy­ba na­wet ko­cham – ale mam dwój­kę dzie­ci i żo­nę, a to ozna­cza zo­bo­wią­za­nia. A przede wszyst­kim ko­cham swo­ją żo­nę. Otrzy­ma­łem dar mi­ło­ści. Ko­cham swo­je dzie­ci. Ko­cham wszyst­kich swo­ich krew­nych. – Kie­dy tak ga­dał, po­czu­łem się smut­ny i opusz­czo­ny. – Mam nie­wiel­ką łód­kę, pięć me­trów. I dwa sa­mo­cho­dy. A w ogród­ku miej­sce na ba­sen.

Swo­ją dziew­czy­nę za­stał w pra­cy. Pro­wa­dzi­ła sklep z me­bla­mi, i tam go zgu­bi­łem.

Chmu­ry utrzy­ma­ły się aż do no­cy. Po­tem zro­bi­ło się ciem­no i nie wi­dzia­łem, jak zbie­ra się na bu­rzę. Kie­row­ca volks­wa­ge­na, stu­dent, ten, któ­ry upa­lił mnie ha­szy­szem, wy­sa­dził mnie tuż za mia­stem do­kład­nie w chwi­li, kie­dy się roz­pa­da­ło. Mi­mo ca­łe­go spi­du, któ­re­go się na­bra­łem, by­łem zbyt otu­ma­nio­ny, że­by ustać na no­gach. Po­ło­ży­łem się w tra­wie przy zjeź­dzie i obu­dzi­łem w środ­ku ka­łu­ży, któ­ra utwo­rzy­ła się do­oko­ła.

A póź­niej, jak już mó­wi­łem, spa­łem na tyl­nym sie­dze­niu, a old­smo­bi­le – tej ro­dzi­ny z Mar­shal­l­town – za­su­wał w desz­czu i roz­chla­py­wał wo­dę. Śni­ło mi się, że pa­trzę na wy­lot przez po­wie­ki, a mój puls od­mie­rza se­kun­dy. W tam­tych cza­sach mię­dzy­sta­no­wa przez za­chod­nie Mis­so­uri by­ła w więk­szo­ści za­le­d­wie dwu­pa­smów­ką. Z prze­ciw­ka nad­je­cha­ła pół­cię­ża­rów­ka. Kie­dy mi­ja­ła nasz sa­mo­chód, ośle­pił nas roz­bryzg wo­dy, któ­re­mu to­wa­rzy­szył wście­kły ha­łas, jak pod­czas prze­jaz­du przez myj­nię au­to­ma­tycz­ną. Wy­cie­racz­ki sta­wa­ły dę­ba i kła­dły się w po­przek szy­by – bez więk­szych re­zul­ta­tów. By­łem wy­czer­pa­ny i po go­dzi­nie za­pa­dłem w jesz­cze głęb­szy sen.

Ca­ły czas wie­dzia­łem, co się wy­da­rzy. I nic nie mo­gły zmie­nić ży­wio­ło­we pro­te­sty, któ­ry­mi obu­dzi­li mnie męż­czy­zna i je­go żo­na:

– O nie!

– NIE!

Ci­snę­ło mną o tył przed­nie­go sie­dze­nia tak moc­no, że fo­tel aż pękł. Za­czę­ło rzu­cać mną po ka­bi­nie. Ciecz, w któ­rej od ra­zu roz­po­zna­łem ludz­ką krew, try­ska­ła wszę­dzie i obry­zga­ła mi twarz. Kie­dy wszyst­ko się skoń­czy­ło, z po­wro­tem zna­la­złem się na tyl­nym sie­dze­niu. Unio­słem się i ro­zej­rza­łem do­oko­ła. Przed­nie świa­tła nie dzia­ła­ły. Chłod­ni­ca wy­da­wa­ła z sie­bie jed­no­staj­ny syk. Oprócz te­go nie sły­sza­łem nic. Na ile mo­głem stwier­dzić, tyl­ko ja by­łem przy­tom­ny. Kie­dy wzrok przy­wykł mi do ciem­no­ści, zo­ba­czy­łem nie­mow­lę, któ­re le­ża­ło na ple­cach obok mnie, jak gdy­by nic się nie sta­ło. Mia­ło otwar­te oczy i ła­pa­ło się rącz­ka­mi za po­licz­ki.

Po mi­nu­cie kie­row­ca, któ­ry le­żał na kół­ku, wy­pro­sto­wał się i spoj­rzał na nas. Miał po­kan­ce­ro­wa­ną twarz, ca­łą we krwi. Na sam wi­dok aż zę­by bo­la­ły – ale kie­dy się ode­zwał, nie brzmia­ło, jak­by je so­bie wy­bił.

– Co się sta­ło?

– Mie­li­śmy wy­pa­dek – od­parł.

– Dziec­ko ma się do­brze – stwier­dzi­łem, choć nie mia­łem po­ję­cia, jak się ma.

Ob­ró­cił się do żo­ny.

– Ja­ni­ce – po­wie­dział. – Ja­ni­ce, Ja­ni­ce!

– Wszyst­ko z nią w po­rząd­ku?

– Ona nie ży­je! – za­wo­łał, szar­piąc ją jak osza­la­ły.

– Ży­je – te­raz dla od­mia­ny ja by­łem go­tów wszyst­kie­mu za­prze­czyć.

Dziew­czyn­ka też ży­ła, ale by­ła ogłu­szo­na. Po­chli­py­wa­ła przez sen. Męż­czy­zna da­lej po­trzą­sał żo­ną.

– Ja­ni­ce! – wrzesz­czał.

Ko­bie­ta jęk­nę­ła.

– Ży­je – po­wtó­rzy­łem, gra­mo­ląc się z sa­mo­cho­du, i ucie­kłem.

– Nie chce się obu­dzić – do­bie­gły mnie je­go sło­wa.

Sta­łem na ze­wnątrz w środ­ku no­cy, a na rę­kach z ja­kie­goś po­wo­du trzy­ma­łem dziec­ko. Mu­sia­ło na­dal pa­dać, ale nic nie pa­mię­tam, je­śli cho­dzi o po­go­dę. Te­raz za­uwa­ży­łem, że zde­rzy­li­śmy się z dru­gim sa­mo­cho­dem na dwu­pa­smo­wym mo­ście. Wo­da pod na­mi gi­nę­ła w ciem­no­ściach.

Gdy pod­sze­dłem do dru­gie­go sa­mo­cho­du, usły­sza­łem zgrzy­tli­wy me­ta­licz­ny char­kot. Z otwar­tych drzwi pa­sa­że­ra wy­sta­wał ktoś jak­by za­wie­szo­ny za kost­ki na tra­pe­zie. Ude­rze­nie w bok tak bar­dzo zmiaż­dży­ło sa­mo­chód, że w środ­ku nie by­ło miej­sca na­wet dla nóg te­go ko­goś, a co do­pie­ro dla cia­ła kie­row­cy czy in­nych pa­sa­że­rów. Po­sze­dłem da­lej.

Z da­le­ka bły­snę­ły re­flek­to­ry. Ru­szy­łem w stro­nę wjaz­du na most i jed­ną rę­ką ma­cha­łem do zbli­żaj­ce­go się sa­mo­cho­du, a dru­gą przy­ci­ska­łem do sie­bie dziec­ko.

Du­ża pół­cię­ża­rów­ka zgrzy­ta­ła bie­ga­mi, re­du­ku­jąc pręd­kość. Kie­row­ca opu­ścił szy­bę, a ja krzyk­ną­łem:

– Był wy­pa­dek. Jedź po po­moc.

– Nie dam ra­dy tu za­wró­cić – od­po­wie­dział.

Wpu­ścił mnie z dziec­kiem do środ­ka i po pro­stu sie­dzie­li­śmy w ka­bi­nie i pa­trzy­li­śmy na oświe­tlo­ne re­flek­to­ra­mi wra­ki.

– Nikt nie prze­żył?

– Nie mam po­ję­cia, kto prze­żył, a kto nie – przy­zna­łem.

Na­lał so­bie ka­wy z ter­mo­su i wy­łą­czył wszyst­kie świa­tła oprócz po­sto­jo­wych.

– Któ­ra go­dzi­na?

– Hm, ja­kieś pięt­na­ście po trze­ciej – od­rzekł.

Są­dząc po je­go za­cho­wa­niu, naj­wy­raź­niej zga­dzał się co do te­go, że naj­le­piej bę­dzie nic nie ro­bić. Czu­łem ulgę i łzy w oczach. Wcze­śniej my­śla­łem, że mo­że wy­pa­da­ło­by ja­koś za­re­ago­wać, ale wo­la­łem nie wie­dzieć, w ja­ki spo­sób.

Kie­dy nad­je­chał ktoś z na­prze­ciw­ka, stwier­dzi­łem, że po­wi­nie­nem z nim po­ga­dać.

– Po­trzy­masz dziec­ko? – spy­ta­łem kie­row­cę cię­ża­rów­ki.

– Le­piej ty się nim zaj­mij – po­wie­dział. – To chło­pak, nie?

– Chy­ba tak – od­par­łem.

Kie­dy prze­cho­dzi­łem, męż­czy­zna zwi­sa­ją­cy z wra­ku sa­mo­cho­du wciąż żył. Przy­sta­ną­łem, po­oswa­ja­łem się tro­chę z je­go fa­tal­nym sta­nem, i upew­ni­łem, że nic nie mo­gę zro­bić. Char­czał gło­śno i pa­skud­nie. Krew pie­ni­ła mu się na ustach przy każ­dym od­de­chu. A tych nie­wie­le mu zo­sta­ło. Ja o tym wie­dzia­łem, a on nie. I po­ją­łem, jak bez­den­nie ża­ło­sne jest ludz­kie ży­cie na tym świe­cie. Nie cho­dzi mi o to, że wszy­scy umrze­my. Cho­dzi o to, że on nie mógł mi po­wie­dzieć, o czym śni, a ja nie mo­głem mu wy­ja­śnić, co się dzie­je na­praw­dę.

Nie­dłu­go po obu stro­nach mo­stu utwo­rzy­ły się dwie dłu­gie ko­lum­ny sa­mo­cho­dów, świa­tło re­flek­to­rów wo­kół dy­mią­cych szcząt­ków przy­wo­ły­wa­ło kli­mat noc­ne­go me­czu, a ka­ret­ki i ra­dio­wo­zy prze­ci­ska­ły się mię­dzy au­ta­mi, przez co po­wie­trze pul­so­wa­ło od ko­lo­rów. Z ni­kim nie roz­ma­wia­łem. Oto mój se­kret: w jed­nej chwi­li z prze­wod­ni­czą­ce­go tej tra­ge­dii sta­łem się ano­ni­mo­wym ob­ser­wa­to­rem wra­ków ską­pa­nych we krwi. Ja­kiś po­li­cjant do­wie­dział się, że by­łem jed­nym z pa­sa­że­rów i spi­sał mo­je ze­zna­nie. Pa­mię­tam tyl­ko, że po­le­cił mi: „Pro­szę zga­sić pa­pie­ro­sa”. Prze­rwa­li­śmy roz­mo­wę, że­by po­pa­trzeć, jak ła­du­ją umie­ra­ją­ce­go do ka­ret­ki. Jesz­cze żył i śnił swój nie­cen­zu­ral­ny sen. Krew pły­nę­ła z nie­go stru­ga­mi. Je­go no­ga­mi wstrzą­sa­ły drgaw­ki, a gło­wa ude­rza­ła o pod­ło­że.

Ze mną wszyst­ko by­ło w po­rząd­ku, no i nic przed­tem nie wi­dzia­łem, ale po­li­cjant i tak mu­siał mnie prze­słu­chać i za­brać do szpi­ta­la. Gdy wcho­dzi­li­śmy pod za­da­sze­nie nad wej­ściem na szpi­tal­ny od­dział ra­tun­ko­wy, z je­go krót­ko­fa­lów­ki do­bie­gła wia­do­mość, że tam­ten męż­czy­zna umarł.

Sta­łem na wy­ka­fel­ko­wa­nym ko­ry­ta­rzu, przy­ci­ska­jąc mo­kry śpi­wór do ścia­ny, i roz­ma­wia­łem z fa­ce­tem z miej­sco­we­go za­kła­du po­grze­bo­we­go.

Le­karz pod­szedł i po­ra­dził mi, że­bym zro­bił so­bie rent­gen.

– Nie.

– Te­raz jest naj­lep­szy mo­ment. Je­śli coś wyj­dzie póź­niej…

– Nic mi nie jest.

Ko­ry­ta­rzem na­de­szła żo­na zmar­łe­go. By­ła wspa­nia­ła, pło­mien­na. Nie wie­dzia­ła jesz­cze, że jej mąż nie ży­je. A my­śmy wie­dzie­li. Wła­śnie dla­te­go mia­ła nad na­mi ta­ką wła­dzę. Le­karz za­pro­wa­dził ją do ga­bi­ne­tu na koń­cu ko­ry­ta­rza. Spod za­mknię­tych drzwi pro­mie­nia­ła ta­fla bla­sku, jak gdy­by we­wnątrz – na dro­dze ja­kie­goś zdu­mie­wa­ją­ce­go pro­ce­su – pod­da­wa­no kre­ma­cji dia­men­ty. Co za płu­ca! Krzyk­nę­ła, jak mógł­by krzyk­nąć orzeł. Cu­dow­nie by­ło móc usły­szeć coś ta­kie­go! Od tej po­ry wciąż go­nię za tym uczu­ciem.

– Nic mi nie jest – dzi­wię się, że wy­mó­wi­łem te sło­wa. Ale za­wsze mia­łem skłon­ność do okła­my­wa­nia le­ka­rzy, jak gdy­by dba­nie o zdro­wie spro­wa­dza­ło się do te­go, że­by ich oszu­kać.

Kil­ka lat póź­niej, kie­dy przy­ję­to mnie na od­wyk w Se­at­tle Ge­ne­ral Ho­spi­tal, ob­ra­łem ten sam kurs.

– Czy sły­szy pan nie­zwy­kłe dźwię­ki lub gło­sy? – spy­tał le­karz.

– O Bo­że, po­mo­cy, co za ból! – krzy­cza­ła wa­ta w pu­deł­kach.

– Nie­spe­cjal­nie – od­par­łem.

– Nie­spe­cjal­nie – po­wtó­rzył. – Co ma pan przez to na my­śli?

– Nie je­stem na to wszyst­ko go­to­wy – od­po­wie­dzia­łem. Tuż przed twa­rzą za­trze­po­tał mi żół­ty ptak, a przez mię­śnie prze­biegł skurcz. Rzu­ca­łem się jak ry­ba. Jak tyl­ko za­ci­sną­łem po­wie­ki, z oczo­do­łów try­snę­ły mi łzy. Kie­dy otwo­rzy­łem oczy, le­ża­łem na brzu­chu.

– Ja­kim cu­dem ta sa­la zro­bi­ła się ta­ka bia­ła? – spy­ta­łem.

Mo­jej skó­ry do­ty­ka­ła ślicz­na pie­lę­gniar­ka.

– To wi­ta­mi­ny – oznaj­mi­ła i wbi­ła igłę.

Pa­da­ło. Po­chy­la­ły się ku nam gi­gan­tycz­ne pa­pro­cie. Las dry­fo­wał w dół wzgó­rza. Usły­sza­łem po­tok szem­rzą­cy wśród skał. A wy, śmiesz­ni lu­dzie, ocze­ku­je­cie, że wam po­mo­gę.

Dwóch męż­czyzn

Pierw­sze­go po­zna­łem w dro­dze po­wrot­nej z im­pre­zy w Do­mu We­te­ra­na. Od­pro­wa­dza­ło mnie dwóch przy­ja­ciół. Za­po­mnia­łem, że w ogó­le tam ze mną po­szli, no ale jed­nak. Po raz ko­lej­ny mia­łem ich obu dość. Na­sza trój­ka spik­nę­ła się na ja­kiejś błęd­nej za­sa­dzie, wsku­tek ja­kie­goś za­sad­ni­cze­go nie­po­ro­zu­mie­nia, któ­re jesz­cze się nie wy­ja­śni­ło, więc trzy­ma­li­śmy z so­bą, ga­da­li­śmy i włó­czy­li­śmy się po ba­rach. Ta­kie fał­szy­we ko­ali­cje zwy­kle roz­pa­da­ły się po dniu al­bo pół­to­ra, ale ta prze­trwa­ła po­nad rok. Ja­kiś czas póź­niej je­den z nich zo­stał ran­ny, kie­dy ro­bi­li­śmy włam do ap­te­ki, a my pod­rzu­ci­li­śmy go ca­łe­go we krwi pod drzwi szpi­ta­la. Tra­fił do aresz­tu i na­sza więź pry­sła. Wpraw­dzie po­tem wpła­ci­li­śmy za nie­go kau­cję, a póź­niej wy­co­fa­no wszyst­kie za­rzu­ty, ale sta­ło się – ob­na­ży­li­śmy przed nim na­sze tchórz­li­we ser­ca, a po czymś ta­kim nie mo­że już być mo­wy o przy­jaź­ni.

Tam­te­go wie­czo­ru w Do­mu We­te­ra­na przy­par­łem w tań­cu pew­ną ko­bie­tę do wiel­kie­go kli­ma­ty­za­to­ra, po­ca­ło­wa­łem ją, roz­pią­łem jej spodnie i wsu­ną­łem w nie dłoń. Wcze­śniej by­ła żo­ną mo­je­go przy­ja­cie­la, ale to się skoń­czy­ło ja­kiś rok te­mu. Za­wsze li­czy­łem, że coś mię­dzy na­mi bę­dzie, ale jej fa­cet, wred­ny, chu­dy, in­te­li­gent­ny typ, któ­ry bu­dził we mnie kom­plek­sy, wy­lazł zza te­go urzą­dze­nia, spoj­rzał na nas krzy­wo, po czym ka­zał jej iść do sa­mo­cho­du. Ba­łem się, że ko­leś tak te­go nie zo­sta­wi, ale znik­nął tuż za nią. Przez resz­tę im­pre­zy, przez każ­dą po­zo­sta­łą se­kun­dę, za­sta­na­wia­łem się, czy nie wró­ci z kum­pla­mi, a dla mnie skoń­czy się to czymś bo­le­snym i po­ni­ża­ją­cym. Mia­łem przy so­bie pi­sto­let, ale tak na­praw­dę ni­g­dy go nie uży­łem. Był tak ta­ni, że gdy­bym po­cią­gnął za cyn­giel, na pew­no wy­bu­chł­by mi w rę­kach, a to jesz­cze gor­sze upo­ko­rze­nie. Lu­dzie, w mo­im wy­obra­że­niu fa­ce­ci roz­ma­wia­ją­cy z ko­bie­ta­mi, ga­da­li­by po­tem: „Miał gna­ta, ale w ogó­le go nie wy­cią­gnął”. Pi­łem ile wle­zie, aż w koń­cu ka­pe­la co­un­try prze­sta­ła grać i zga­sły świa­tła.

Wsie­dli­śmy w trój­kę do mo­je­go ma­łe­go zie­lo­ne­go volks­wa­ge­na. Na tyl­nym sie­dze­niu zo­ba­czy­li­śmy męż­czy­znę, o któ­rym już mó­wi­łem, te­go pierw­sze­go. Spał głę­bo­ko.

– Kto to jest? – spy­ta­łem swo­ich dwóch przy­ja­ciół. Ale oni też ni­g­dy przed­tem go nie wi­dzie­li.

Do­bu­dzi­li­śmy go, usiadł pro­sto. Ka­wał chło­pa, nie był aż tak wy­so­ki, że­by wy­rżnąć gło­wą o su­fit, ale za to bar­dzo sze­ro­ki, miał twarz bez wy­ra­zu i wło­sy na je­ża. Nie chciał wy­siąść z sa­mo­cho­du.

Po­ka­zał na swo­je uszy i usta – mia­ło to zna­czyć, że nie sły­szy ani nie mó­wi.

– Co się ro­bi w ta­kiej sy­tu­acji? – spy­ta­łem.

– Ja wsia­dam. Suń się – po­wie­dział Tom do nie­zna­jo­me­go i usiadł obok nie­go z ty­łu.

Ri­chard i ja usie­dli­śmy z przo­du. Wszy­scy trzej ob­ró­ci­li­śmy się do na­sze­go no­we­go to­wa­rzy­sza.

Mach­nął rę­ką przed sie­bie i przy­ło­żył po­li­czek do złą­czo­nych dło­ni, zna­czy się: po­ra spać.

– Pew­nie chce, że­by go pod­wieźć do do­mu – do­my­śli­łem się.

– No i? – po­wie­dział Tom. – To go za­wieź. – Tom miał tak ostre ry­sy, że za­wsze wy­glą­dał na bar­dziej wku­rzo­ne­go, niż był w rze­czy­wi­sto­ści.

Nasz pa­sa­żer tłu­ma­czył mi dro­gę na mi­gi. Tom prze­ka­zy­wał mi te wska­zów­ki, bo nie mia­łem jak zo­ba­czyć ich zza kie­row­ni­cy. „Skręć w pra­wo – te­raz w le­wo – chce, że­byś zwol­nił – pa­trzy, czy to tu­taj”, i tak da­lej.