Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Świt, który nie nadejdzie ebook

Remigiusz Mróz

3.97183098591549 (71)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 519 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Świt, który nie nadejdzie - Remigiusz Mróz

Były pięściarz, Ernest Wilmański, to człowiek bez przeszłości. Stracił wszystko, co miał do stracenia. W poszukiwaniu nowego życia wyjechał do stolicy, jednak znalazł się w złym czasie i w złym miejscu. Zanim zaczął rozglądać się za pracą, praca znalazła jego i… nie miała nic wspólnego z uczciwym zarobkiem.

Wilmański wbrew swojej woli został wciągnięty w świat Banników, grupy przestępczej, która swą nazwę zawdzięcza temu, że z przeciwnikami rozprawia się tak, jak robił to słowiański demon topiąc ich w baniach.

Ernest wspina się po gangsterskiej drabinie, nie spodziewając się, że jedna kobieta może pokrzyżować wszystkie jego plany. Ani że zjawy z przeszłości dopomną się o uwagę…

Opinie o ebooku Świt, który nie nadejdzie - Remigiusz Mróz

Fragment ebooka Świt, który nie nadejdzie - Remigiusz Mróz

Copyright © Remigiusz Mróz, 2016

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Fotografia na okładce: www.shutterstock.com/Stocksnapper

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2016

eISBN 978-83-7976-537-9

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Blogerom książkowym,

za całą pracę, którą wykonują,

by inni wiedzieli, co warto czytać.

Zjawy stają się coraz bardziej nieprzyjemne.

Ale nie odczuwam na razie żadnego strachu.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Narkotyki

Księga pierwsza

Rozdział pierwszy

Wilmański wysiadł z pociągu na tymczasowym dworcu przy Chmielnej bez żadnego bagażu. Nie zabrał ze sobą nawet własnej przeszłości. Z pugilaresem w kieszeni, w którym zgromadził czterysta złotych, zamierzał zacząć wszystko od początku. Był to czteromiesięczny zarobek przeciętnego robotnika i Ernest Wilmański przypuszczał, że tyle wystarczy mu na rozruch w stolicy.

Obejrzał się na parowóz, głęboko wciągając nosem chłodne, wieczorne powietrze. Zdawało się przesiąknięte smarem, oparami palonego węgla i czymś metalicznym. Mrok w hali przyjazdowej rozganiały ledwo działające lampy, a pasażerów było niewielu. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że bezpieczniej podróżować za dnia. Jemu jednak było wszystko jedno.

Dostrzegł trafik kawałek dalej i przyszło mu na myśl, by kupić kilka papierosów. Szybko jednak uświadomił sobie, że o tej porze kiosk będzie już zamknięty.

Wyszedł na Chmielną i ściągnął poły gabardynowego płaszcza. Było chłodno, nawet jak na listopad, ale Ernest był na to przygotowany – w Warszawie rzekomo zawsze panowały niższe temperatury niż w innych miejscach w kraju.

Wilmański przez moment się zastanawiał, po czym ruszył w kierunku Złotej. Przeciął biegnące nią tory, gdzieś w oddali słysząc dzwonki tramwajów. Mimo późnej pory ruch nadal był wzmożony. W gąszczu domów czynszowych, sklepów, kafejek i podejrzanych wyszynków kłębili się ludzie zajęci własnymi sprawami. Nikt nie zwracał uwagi na wysokiego, postawnego mężczyznę w szarym płaszczu, z twarzą znaczoną głębokimi bliznami. A powinni, pomyślał Ernest. Jako jedyny nie nosił żadnego nakrycia głowy, wyróżniał się z tłumu.

Miał mocno podgolone włosy z tyłu i po bokach, a grzywkę ułożoną na bok dzięki niemałej ilości brylantyny. Zastanawiał się, ile kosztowałby go zwykły, filcowy kapelusz. Przypuszczał, że tutaj mógłby przepłacić, ale na Kercelaku z pewnością udałoby się trochę utargować. Słyszał, że to tam należy pójść, jeśli kupującemu nie zależy na legalnym pochodzeniu towarów.

Potrząsnął głową i poprawił nieodłączne czarne, skórzane rękawiczki. Nadal myślał po swojemu, a obiecał sobie, że tym razem będzie inaczej. Zamierzał zacząć nowe życie w zgodzie z prawem i trzymać się z dala od półświatka. W dłuższej perspektywie planował zatrudnić się w jednej z kas wekslowych, w najgorszym razie jako biuralista. Będzie to spokojna, uczciwa praca, dzięki której utrzyma się bez większych problemów.

Westchnął, a potem powiódł wzrokiem po szeregu budynków na Sosnowej. Iluminowane reklamy zdawały się rzucać więcej światła od ulicznych lamp łukowych. Z mrowia zakładów szewskich, sklepów spożywczych, salonów fryzjerskich, zegarmistrzów, optyków i składów szkła niełatwo było wyłowić sklep z kapeluszami, ale w końcu go dostrzegł.

Minął dwóch tragarzy śpiących przy jednym z budynków, bacznie się rozglądając. Poczucie, że nikt nie zwraca na niego uwagi, mogło być złudne, a nieraz słyszał, że stolica to królestwo kieszonkowców. Tutaj nazywano ich doliniarzami i kształcono tak, jak adeptów każdego innego zawodu. Jeśli wierzyć doniesieniom „Gazety Codziennej”, potrafili obrabować każdego, niezauważenie rozcinając kieszeń, odpinając guzik czy po prostu wyciągając pugilares.

Ernest wiedział, że musi się pilnować bardziej niż inni. Gdyby stracił trzymane przy sobie pieniądze, skończyłby z niczym.

Dotarł do sklepu z kapeluszami, po drodze omijając większe grupy ludzi. Wyszedł z założenia, że im mniej osób wokół niego, tym bezpieczniej. I może był to nie tylko sposób na uniknięcie doliniarzy, ale także filozofia życia.

Powiódł wzrokiem po wystawie, ale nie zdążył nawet przelotnie zastanowić się, jaki kształt główki i ronda by go interesował. Gdzieś niedaleko rozległ się dziewczęcy pisk, który sprawił, że Wilmański natychmiast odwrócił się w tamtym kierunku.

Wydawało mu się, że dochodził z jednej z mniejszych uliczek. Rozejrzał się i odniósł wrażenie, że tylko on zainteresował się hałasem. Życie w Śródmieściu pozostawało niezakłócone, ludzie zajmowali się swoimi sprawami.

Po chwilowym namyśle uznał, że w taki sposób się tu funkcjonuje. Obojętność stanowiła coś więcej niż styl życia. Zrobił krok w kierunku wejścia do sklepu, ale zatrzymał się jak rażony piorunem, gdy dziewczyna znów krzyknęła.

Zaklął pod nosem, a potem odwrócił się i ruszył szybkim krokiem w stronę zaułka. Minął róg budynku i wszedł w wąską, niewybrukowaną uliczkę. Śmierdziało w niej odchodami i wilgocią, a bieda zdawała się namacalna.

Mężczyzna w przekrzywionym kaszkiecie stał nad dwunasto-, może trzynastoletnią dziewczyną. Kawałek dalej ktoś postawił węglarkę, z której wypadło kilka czarnych brykietów. Dziewczyna zawodziła cicho, a mężczyzna uniósł drewnianą pałkę, cedząc coś pod nosem.

Nie tak Wilmański chciał zacząć nowe życie.

– Hej! – krzyknął.

Napastnik zamarł, a potem szybko się odwrócił.

– Naprawdę tego potrzebujesz? – rzucił Ernest.

Mężczyzna spojrzał na trzymane narzędzie.

– Miałem na myśli biedę, której sobie napytasz.

– O czym ty mówisz?

– Zamachnij się tym jeszcze raz, a się dowiesz.

Rozmówca przez chwilę wyglądał na skołowanego. Poprawił kaszkiet, podrapał się kijem po karku i skrzywił, jakby nie bardzo mógł zrozumieć, dlaczego ktokolwiek mu przeszkodził.

– Zaszedłeś w złe miejsce – oznajmił.

Akurat tego Wilmański nie miał zamiaru kwestionować. Pomyślał, że to krótkie zdanie mogłoby spiąć klamrą całe jego dotychczasowe życie.

Uniósł spokojnie otwarte dłonie.

– Nie szukam zaczepki.

– W takim razie znikaj, nic tu po tobie.

– Mam taki zamiar. – Ernest powoli wskazał na dziewczynę. – Ale ona pójdzie ze mną.

Mężczyzna na moment obejrzał się przez ramię i zaśmiał cicho.

– To zasrane dziewuszysko chciało ukraść mi węgiel. Nie puszczę jej ot tak.

– Puścisz.

– Dopiero, jak nauczę ją kilku zasad.

Wilmański opuścił ręce i zacisnął lekko pięści. Rozmówca spojrzał na nie z rezerwą, marszcząc czoło.

– Po co ci te rękawiczki, człowieku? – burknął. – Kapelusza nie masz, nagusem jesteś, a…

– Nie noszę ich ze względu na modę.

– Ta? A ze względu na co?

Ernest nie miał zamiaru wdawać się w dyskusję. Tracił czas, który mógł przeznaczyć na szukanie tymczasowego lokum. W dodatku wedle wszelkiego prawdopodobieństwa straci też energię, by wyperswadować temu człowiekowi ukaranie dziewczyny.

Ta szybko się uspokoiła, jakby wznoszone przed momentem lamenty były tylko pozorowaniem strachu. Teraz rozglądała się na boki, a w oczach miała opanowanie. Wilmański zrozumiał, że szuka drogi ucieczki.

– Więc jak będzie? – zapytał.

– Chcesz zabrać tę małą mamazelę, musisz się postarać.

Mężczyzna w kaszkiecie zbliżył się do niego. Ernest nabrał głęboko powietrza, unosząc wzrok. Mógł po prostu odejść, zapomnieć, że cokolwiek się wydarzyło. Do takich sytuacji jak ta musiało dochodzić tutaj każdego wieczoru. Dziewczyna dostanie nauczkę, brykiety węgla wrócą na swoje miejsce, a potem wszyscy się rozejdą.

Wilmański cofnął się o krok.

– Słuszna decyzja – powiedział napastnik.

– Nie lubię nierównych pojedynków.

Rozmówca zerknął na pałkę.

– Nie. Znów nie to mam na myśli – sprostował Ernest. – Ty jesteś jeden, a ja biję jak za dwóch.

Przeciwnik ponownie się roześmiał.

– Nie jesteś stąd, prawda?

– Dopiero przyjechałem.

– To widać – odparł mężczyzna i zakręcił kijem w dłoni. – Skąd?

– Z miejsca, do którego nie mam zamiaru wracać.

– A jednak najmądrzej byłoby, gdybyś to zrobił.

Ernest znów się cofnął, a pałkarz ruszył w ślad za nim. Jeszcze kilka kroków, a dziewczyna będzie miała odpowiednio wiele miejsca, by uciekać. Wilmański widział, że zwietrzyła okazję i już się do tego przygotowywała. Wystarczyło, by jeszcze przez moment robił to, co dotychczas. Przy odrobinie szczęścia uda się uniknąć konfrontacji, której wyniku nie mógł być pewien.

Gdyby doszło do starcia na gołe ręce, nie miałby żadnych obaw. Mimo że był już w wieku, kiedy zawodowe pięściarstwo nie wchodziło w grę, wciąż poradziłby sobie bez trudu z niewyszkolonym przeciwnikiem. Obuch zmieniał jednak układ sił. Zanim Wilmański doskoczy do napastnika, ten niechybnie zdąży uderzyć.

Ernest spojrzał w stronę dziewczyny. Porozumiewawczo do niego skinęła.

Nagle miejscowy się obejrzał.

– A cóż to? – spytał, unosząc lekko kącik ust. – Chcesz dać jej okazję, żeby zwiała?

Nie czekając na odpowiedź, zatrzymał się, pokręcił zawiedziony głową, a potem wycofał się na poprzednią pozycję.

– To nie wchodzi w grę – oznajmił z satysfakcją. – Albo załatwimy to, jak trzeba, albo daj sobie spokój i odejdź, póki możesz.

Wilmański namyślał się tylko przez moment. Ściągnął płaszcz, złożył go na pół, a potem umieścił na jednym z parapetów. W mieszkaniu przelotnie dostrzegł przerażoną kobietę, która znikła natychmiast, kiedy tylko ich spojrzenia się spotkały.

Poprawił rękawiczki i kamizelkę. Nigdy nie nosił marynarek, nie znosił ich. Kamizelki były jednak stałym elementem jego ubioru. Odróżniał się na tym tle od tych, którzy hołdowali obecnym trendom, ale nie było to ani pierwsze, ani ostatnie odstępstwo od normy.

– Niech będzie – rzucił mężczyzna.

Ernest machinalnie chciał przyjąć pozycję do ataku, jakby był na deskach ringu, ale w porę się zmitygował. Niemądrze byłoby zawczasu oznajmiać przeciwnikowi, że zna się na rzeczy.

Ten nie dał mu zresztą sposobności. Ruszył na Wilmańskiego, ściskając obuch obiema rękoma. Wziął zamach, a w jego oczach zapalił się zew, który Wilmański dobrze znał. Nie z ringu, a z ulicy. Adwersarz niewątpliwie uczestniczył w niejednym mordobiciu.

Ernest uniósł lewą rękę, przyjmując cios na przedramię. Zawył z bólu, jakby drewno połamało mu kości. Na okamgnienie stracił orientację, ale ciało zadziałało mechanicznie.

Zanim mężczyzna zdążył przygotować kolejny atak, Wilmański wyprowadził krótki, mocny prawy prosty. Trafił w klatkę piersiową i właściwie tyle wystarczyło, by przejął inicjatywę.

Natychmiast poprawił lewym sierpowym, aż coś gruchnęło w szczęce napastnika, a potem uderzył go jeszcze kilkakrotnie. Pałka upadła w kałużę, mężczyzna w kaszkiecie zatoczył się w tył, a Ernest od razu ruszył za nim. Jeden, ostatni cios powalił go na ziemię.

Wilmański spodziewał się, że mała natychmiast ucieknie, ale ta wstała spokojnie, otrzepała zniszczone ubranie i spojrzała z góry na mężczyznę w kaszkiecie. Nieumiejętnie splunęła w jego kierunku, po czym podniosła kilka brykietów i upchnęła je do kieszeni.

Ruszyła w stronę Ernesta.

– Coś ci nie pasuje? – spytała.

Wilmański uniósł brwi.

– Dużo na tym nie zarobisz.

Zatrzymała się i rozmierzwiła czarne, pozlepiane włosy. Popatrzyła na węglarkę, jakby oceniała, czy uniesie tyle kilogramów. W końcu machnęła na to ręką.

Wilmański kontrolnie zlustrował przeciwnika. Z ust i nosa ciekła mu krew, dyszał ciężko i zdawał się na moment przenieść do innego świata. Ostatecznie nic mu nie będzie, może nie licząc niewielkiego uszczerbku na honorze.

– Chodź – odezwała się dziewczyna, ruszając w stronę Sosnowej.

– Hm?

– Im dłużej tu zostaniesz, tym gorzej dla ciebie. Nie widzisz, ilu szpicli wygląda z okien?

Ernest popatrzył po brudnych elewacjach i przekonał się, że nastolatka ma rację. Podobnie jak wcześniej kobieta w jednym z mieszkań, tak i teraz gapie wycofywali się natychmiast, gdy tylko padł na nich jego wzrok.

– Choć może i tak już cię zapamiętali – dodała.

Wilmański zerknął jeszcze na przeciwnika, zabrał płaszcz z okna, a potem ruszył za dziewczyną. Jego pobyt w stolicy nie zapowiadał się najlepiej. Ale czego się spodziewał? Od lat znał tylko jeden sposób rozwiązywania problemów.

– Masz jakieś dulce? – odezwała się mała.

– Co?

– Papierosy?

– Nie mam.

– Kupisz na rogu Twardej i Żelaznej. Opowiem ci, w co żeś się wpakował, a potem się rozejdziemy.

Wilmański słuchał tego z niedowierzaniem. Dziewczyna wyszła za winkiel, a potem rezolutnie rozejrzała się na boki. Skinęła na swojego towarzysza, jakby nie dopuszczała możliwości, że postąpi wbrew niej.

Kupił kilka papierosów po półtora złotego za sztukę i ją poczęstował. Najpierw wypluła nieco tytoniu, a potem nawet się nie zaciągnęła. Chyba paliła po raz pierwszy. Przyjrzała się papierosowi, obracając go w dłoni, po czym głęboko westchnęła, jakby była ciężko doświadczona trudami życia.

– Gdzie znajdę miejsce na nocleg? – zapytał Wilmański.

– A ile masz pieniędzy?

– Wystarczająco, żeby nie spać na ulicy, ale jednocześnie nie tyle, żeby zatrzymać się w Bristolu.

– Więc jednak wiesz coś o Warszawie.

– Tylko tyle, że Paderewski urządza tam polityczne dyskusje.

Dziewczyna rozejrzała się, mrużąc oczy.

– Pójdź na Krochmalną – powiedziała. – Tuż przed koszarami stoi niewielka kamienica, na trzecim piętrze gospodyni da ci pokój w niezłej cenie.

Wilmański popatrzył na młodą z dystansem. Przypuszczał, że skierowała go do jednego z lupanarów, ale właściwie nie robiło mu to różnicy. Chciał jedynie trochę odpocząć, zanim o świcie rozpocznie poszukiwanie punktu zaczepienia dla nowego życia.

– I zostań w tamtych rejonach – dodała dziewczyna. – Tutaj długo nie pożyjesz.

– Na razie radzę sobie nie najgorzej.

– Na razie – odparła i wzruszyła ramionami. – Ale jak się tu kiedykolwiek pokażesz, Bannicy ci nie przepuszczą.

– Kto?

Wyglądała, jakby usłyszała najbardziej niemądre ze wszystkich pytań. Przyjrzała mu się z niedowierzaniem, a potem upuściła papierosa i zagniotła go butem. Szkoda całkiem niezłego tytoniu, pomyślał Ernest.

– Nie słyszałeś o nich?

– Jedyni bannicy, których znam, to demony topiące ludzi.

Wydęła usta, przez moment się zastanawiała i ostatecznie skinęła głową. Najwyraźniej w jakiś sposób trafił w sedno.

– To tutejszy gang – wyjaśniła. – Kontrolują teren od Krochmalnej do Rakowieckiej.

– Mhm.

– Na północ od Krochmalnej rządzą ci z Kercelaka. Tam będziesz bezpieczny, może nawet ktoś uściśnie ci rękę za to, że pobiłeś jednego z Banników. Ale tutaj się nie pokazuj.

Zanim zdążył choćby zastanowić się nad tym, czy podziękować jej za radę, dziewczyna uniosła dłoń i szybkim krokiem oddaliła się w stronę dworca. Wilmański dopiero teraz uświadomił sobie, że nie zapytał nawet, jak ma na imię.

Nie żeby miało to jakiekolwiek znaczenie. Jeśli mówiła prawdę, rzeczywiście nie powinien się tu pojawiać.

Dopalił papierosa, myśląc o tym, że już na samym początku narobił sobie wrogów wśród ludzi, od których należało się trzymać z daleka. Zaczepiwszy jednego z przechodniów, zapytał o Krochmalną, a potem ruszył w jej kierunku. Nie spieszył się, chciał oczyścić nieco umysł. Poszedł naokoło, robiąc rundkę wokół zamkniętych hal targowych na placu Kazimierza Wielkiego.

Przed wejściem do lupanaru uznał, że najroztropniej będzie, jeśli jego noga rzeczywiście nie postanie już w Śródmieściu.

Tylko czy to zda się na cokolwiek? Jeśli ci ludzie trzymali w ryzach samo serce stolicy, należało uznać, że łatwo nie odpuszczą. Bannicy będą go szukać i nie spoczną, dopóki nie wymierzą mu sprawiedliwości.

Z tą myślą zasnął jak dziecko.

Rozdział drugi

Gdyby ktoś jeszcze pół roku temu powiedział Elizie Zarzecznej, że przywdzieje mundur Policji Państwowej, zaśmiałaby się w głos. A jednak stała teraz przed lustrem, po raz pierwszy dopinając ostatni guzik służbowego żakietu.

Nie czuła dumy, bo bycie policjantką nigdy nie było jej marzeniem. Los jednak chciał, że jako jedna z pierwszych znalazła się w nowo utworzonej formacji. Formacji, której większość mężczyzn nie wieszczyła sukcesu.

Innego zdania był jednak komendant główny, który jakiś czas temu w końcu podpisał odpowiedni rozkaz. Eliza wraz z dwudziestoma dziewięcioma innymi dziewczynami rozpoczęła kurs, który kończył się promocją w szeregi policji kobiecej.

Nie był to ani najłatwiejszy, ani najprzyjemniejszy okres w życiu Zarzecznej. Przede wszystkim musiała wyrzec się szeregu rzeczy, które dla wielu innych kobiet stanowiły fundament egzystencji. Na kurs bowiem przyjmowano jedynie, jeśli kandydatka zobowiązała się, że przez dziesięć lat nie weźmie ślubu. Inne wymagania były równie absurdalne – określono minimalny wzrost, długość włosów, wiek, a dodatkowo żądano też świadectwa moralności. Z tym ostatnim żadna z nich nie miała problemu – wystarczyło zwrócić się do jednej z sześćdziesięciu czterech organizacji kobiecych, które mogły wystawić taki papier. Eliza otrzymała go dzięki znajomej, która działała w Narodowej Organizacji Kobiet. Namawiała ją swego czasu do kandydowania do sejmu, ale Zarzeczna wychodziła z założenia, że dziewięć posełkiń to wystarczająca liczba. Nawet połowa z nich obnażyłaby polityczne słabości mężczyzn.

Poza tym jako osoba z robotniczej rodziny, wciąż mieszkająca na Muranowie z rodzicami, nadawałaby się bardziej do PPS-u. Tak czy inaczej nie miała ambicji politycznych – powołania do służby także nie, wybrała tę drogę z rozsądku, by wyrwać się z biedy, która ją otaczała.

Eliza przesunęła dłonią po chropowatym materiale munduru. Przypuszczała, że w oczach płci przeciwnej nie będzie budził ani postrachu, ani nawet szczątkowego respektu. Policja kobieca miała jednak zajmować się głównie przestępstwami związanymi z kobietami – walczyć ze wszechobecną prostytucją i plagą handlu młodymi dziewczynami. Kontakty z mężczyznami miały być ograniczone do minimum.

Pożegnała rodziców, a potem opuściła niewielkie mieszkanie. Przeszła przez dziedziniec budynku, zerkając w kierunku drewnianego wychodka. Przez moment się zastanawiała, po czym uznała, że niektóre rzeczy lepiej załatwić na komendzie.

Szła na piechotę – szkoda jej było pieniędzy na dorożkę, a tym bardziej na tramwaj. Zostawiła sobie zresztą spory zapas czasu, nie było się czym przejmować. Dotarłszy do Alei Jerozolimskich, zrobiła głęboki wdech. Czasem miała wrażenie, że to ostatnie miejsce, gdzie może pooddychać powietrzem nieprzesiąkniętym smrodem zatłoczonego miasta.

Wielu twierdziło, że na północ od alei jest już tylko gorzej – na nierównych ulicach zalegają końskie odchody, domy stoją jeden przy drugim, jakby komuś zależało, by upchnąć jak najwięcej osób na jak najmniejszym terenie. I nie dbać przy tym o zasady budownictwa. Część frontonów odpadała, ściany w większości mieszkań były krzywe, a elewacje oblepione dymem i pyłem z pieców węglowych.

Zarzeczna nie musiała jednak zagłębiać się w tę gęstwinę, jeszcze nie teraz. Skręciła w prawo i Alejami Jerozolimskimi dotarła aż do Nowego Światu. Potem skierowała się w lewo i po dziesięciu minutach znalazła się przed siedzibą Komendy Stołecznej przy Krakowskim Przedmieściu.

Weszła na piętro i udała się do sali, w której miała rozpocząć się odprawa. Prowadziła ją komisarz, którą Eliza dobrze znała. Kobieta wcześniej pracowała w Urzędzie Śledczym, gdzie odpowiadała za pion pilnujący obyczajności i przestrzegania zasad sanitarnych.

Po kilku krótkich, krzepiących formułkach prowadząca przeszła do konkretów. Przydziały nie były dla nikogo niespodzianką, informacje na ich temat krążyły między policjantkami od pewnego czasu.

– Posterunkowa Zarzeczna i posterunkowa Kier, okręg ósmy.

Eliza zawczasu sprawdziła na mapie, jak duży teren patrolowy otrzymały. Rozciągał się od Grzybowskiej na północy do Alei Jerozolimskich na południu. Obejmował bodaj najgęściej zabudowaną część Śródmieścia. Tę, na którą patrzyła dziś rano, idąc do pracy.

Gdyby mogła wybrać sobie rewir, z pewnością postawiłaby na inny. Podobnie rzecz miała się, jeśli chodziło o przydzieloną jej partnerkę. Salomea Kier była niczym niewyróżniającą się cichą myszką, która nijak nie pasowała do przywdzianego przez nią munduru. Podczas całego szkolenia odezwała się do innych policjantek może kilkakrotnie, wzrok zawsze wbijała w ziemię i wydawało się, że niezbyt często zażywa kąpieli. W dodatku była o głowę niższa od większości kandydatek i tylko cudem załapała się na dolny pułap wzrostu. Wszystkie wiedziały, że ktokolwiek zostanie z nią sparowany, będzie miał dodatkowe utrudnienia na ulicy.

Zarzeczna spojrzała na partnerkę, chcąc posłać jej lekki uśmiech, ale Salomea sprawiała wrażenie, jakby była obecna jedynie ciałem. Nawet nie podniosła wzroku, kiedy komisarz wyczytała jej nazwisko.

– Zostańcie po odprawie – dodała.

Eliza uniosła brwi. Przy innych przydziałach prowadząca nie polecała zostawać. Czyżby już na samym początku były jakieś komplikacje? A może powodem był fakt, że Kier stanowiła najsłabsze ogniwo?

Zarzeczna czekała z niecierpliwością na koniec spotkania. Wreszcie komisarz dotarła do ostatniej pozycji na liście, zebrała plik kartek, stuknęła nim o blat mównicy i rozkazała się rozejść. Kiedy policjantki zaczęły wymieniać się cichymi uwagami, prowadząca oszczędnie życzyła im powodzenia.

Eliza przypuszczała, że wszystkim dziś się przyda. Szczególnie jej. Nie dość, że otrzymała jeden z najbardziej niebezpiecznych terenów, miała sprawować nad nim pieczę z osobą, która najmniej się do tego nadawała.

Spojrzała na Salomeę. Kier siedziała ze ściągniętymi ramionami, złączonymi nogami i opuszczoną głową. Czekała na to, co miała do powiedzenia komisarz, jak na wyrok.

– Mam coś dla was – odezwała się przełożona. – Wczoraj wieczorem doszło do pewnego… niecodziennego zdarzenia.

– Jakiego? – spytała Eliza.

– Ktoś wszedł na teren Banników i pobił jednego z członków gangu.

Zarzeczna zmarszczyła czoło. Rzadko zdarzało się, by jedni napadali na drugich. W Warszawie panował dość spokojny status quo, tereny zostały podzielone między poszczególne grupy i nikt nie wchodził sobie w paradę.

– Porachunki półświatka? – zapytała.

– Rzecz w tym, że na to nie wygląda.

Eliza skinęła głową, czekając na jakiś ruch ze strony partnerki. Salomea jednak nawet nie drgnęła, zdawała się nie słuchać rozmowy.

– Znani wam są Bannicy? – odezwała się komisarz.

– Oczywiście. To jeden z największych gangów. Obok Żydów z placu Grzybowskiego i ludzi z Kercelaka.

– I kilku innych grup, ale mniejsza z tym – odparła dowódczyni i machnęła ręką. – W każdym razie zdajecie sobie zapewne sprawę z tego, że tacy jak oni nie odpuszczają.

– Oczywiście.

– Ukarzą tego, kto zamachnął się na ich człowieka, nie ma co do tego wątpliwości.

– Do czego pani zmierza?

Szefowa uśmiechnęła się pod nosem.

– Już wyjaśniam – rzuciła. – Otóż byłam tam o poranku, rozmawiałam z pewną kobietą, która twierdziła, że z okna swojego mieszkania widziała całe zajście. Utrzymuje, że ten, który znokautował Bannika, nie był związany z żadną grupą przestępczą. Stanął w obronie jakiejś dziewczyny, prawdopodobnie nieletniej mamazeli lub chustkowej.

Zarzeczna doskonale znała te określenia – wszystkie kandydatki musiały poznać je podczas szkolenia teoretycznego. Hierarchia prostytutek w mieście była jasna i czytelna dla wszystkich, od polityków, przez policjantów, aż po przestępców. Mamazele znajdowały się na samym dole, działały na placach, w pustostanach czy parkach. Chustkowe czekały na klientów pod latarniami, kapeluszowe pod lokalami, a w samych lokalach na mężczyzn polowały najdroższe, grandesy, girlsy i fordanserki.

– I co w związku z tym, pani komisarz? – zapytała Eliza.

– To, że jeśli to prawda, mamy idealne warunki.

– Do czego?

– By zwerbować tego człowieka.

Zarzeczna spojrzała na przełożoną z niedowierzaniem. Doświadczona policjantka zeszła z podestu i zbliżyła się do dwóch posterunkowych. Obróciła jedno z krzeseł stojących przed nimi, po czym usiadła, krzyżując ręce na oparciu.

– Kiedy wypowiedzieliśmy wojnę sutenerstwu, postawiłam sobie za cel, by mieć kogoś w świecie przestępczym – podjęła. – Żadna z kobiet nie wchodzi w grę, bo są zbyt skrupulatnie pilnowane. Mężczyźni mają jednak znacznie większe pole manewru. A w dodatku są podatni na… nasze wdzięki.

– Co pani sugeruje?

– Że w fachu, którym teraz się paracie, trzeba będzie używać wszystkich atutów, jakie mamy.

– Ale…

– A ty masz ich sporo, posterunkowa.

Zarzeczna przełknęła ślinę. Owszem, dbała o siebie na tyle, na ile pozwalały warunki w dzielnicy robotniczej, ale nigdy nie powiedziałaby, że mogłaby uwieść jakiegokolwiek gangstera czy innego przestępcę. Miała wrażenie, że jej twarz jest zbyt pulchna, zbyt owalna. Ciemnobrązowe włosy wciąż się kręciły, a jej figura pozostawiała wiele do życzenia.

– Wierz mi, wiem, co mówię.

Eliza nie miała pojęcia, co odpowiedzieć. Podsumowała w głowie wszystko, co usłyszała, starając się ustalić, jak przełożona zamierza osiągnąć swój cel.

– Przyznam, że nie bardzo rozumiem – odezwała się w końcu. – W jaki sposób ten mężczyzna miałby nam pomóc?

W oczach komisarz pojawił się nagły błysk.

– W bardzo prosty. Jeśli jeszcze żyje, z pewnością uświadomił już sobie, w jak opłakanej sytuacji się znalazł. Bannicy nie spoczną, dopóki go nie utopią, i nieszczęśnik potrzebuje teraz sojuszników. Złożymy mu propozycję.

– My? – spytała z niedowierzaniem. – Jaką?

– Pomożemy mu dostać się do ludzi z Kercelaka lub z placu Grzybowskiego. Choć może raczej do tych pierwszych, bo podobno jest Wołyniakiem, toteż wśród Żydów nie ma czego szukać.

– Jesteśmy tego pewni?

– Świadkini twierdzi, że miał akcent z Wołynia.

Zarzeczna skinęła głową.

– Zapewnimy go, że to jedyny sposób, żeby uszedł z życiem. Musi zyskać protekcję, wejść w strukturę któregoś z konkurencyjnych gangów. A biorąc pod uwagę to, jak rozprawił się z Bannikiem, ma kilka cech, które czynią z niego dobrego kandydata. Wspomożemy go, damy mu wszystkie potrzebne informacje, załatwimy mu lokum w odpowiednim miejscu, a w zamian będzie nas informował o wszystkim, co ma związek z prostytucją i handlem ludźmi. Szczególnie o dostawach nowego… towaru.

– I sądzi pani, że na to przystanie?

Komisarz znów się uśmiechnęła.

– Nie ma innego wyjścia.

– Może próbować zdobyć protekcję na własną rękę.

– Nikt na to nie przystanie. To nieopłacalna inwestycja. My zaś możemy zadbać o to, by było inaczej.

– Nawet jeśli… jak go odnaleźć?

– Przez dziewczynę – odparła przełożona, po czym zreferowała wszystko, czego dowiedziała się od świadka.

Opuszczając budynek komendy, Eliza uznała, że przełożona w istocie ma rację. Wołyniak znalazł się w nieciekawej sytuacji i czy już o tym wiedział, czy nie, potrzebował pomocy. Policja kobieca mogła mu ją zapewnić, szczególnie w sposób, który zaproponowała komisarz.

Jakikolwiek inny nie wchodził w grę. Nawet jeśli mężczyzna był przyjezdnym, z pewnością doskonale zdawał sobie sprawę, jak funkcjonuje Policja Państwowa. Była to formacja utworzona ad hoc po odzyskaniu niepodległości, składająca się z niewykwalifikowanych kadr i zupełnie nieefektywna. Bywało, że pod nosem policjantów dochodziło do przestępstw, oni tymczasem albo to zignorowali, albo tego nie dostrzegali. Zarzeczna nie wiedziała, które z uchybień jest gorsze.

Spojrzała na swoją partnerkę. Na chudej Salomei mundur zdawał się wisieć.

– Co o tym sądzisz? – spytała.

Kier wzruszyła ramionami.

– A zatem chyba się zgadzamy – mruknęła Zarzeczna. – Wątpię, czy w ogóle uda nam się znaleźć tę dziewczynę, co dopiero mówić o Wołyniaku. Ale jeśli tak, to rzeczywiście może się opłacić.

Nie odzywając się, Salomea ruszyła w kierunku ogrodu Saskiego. Od terenu, który miały patrolować, dzielił je najwyżej dziesięciominutowy marsz. Pogoda była ponura, ciemne chmury wisiały nad stolicą i nie zanosiło się na to, by wiatr miał je rozgonić.

Dotarły pod kościół Wszystkich Świętych, a potem weszły między mrowie domów czynszowych. Zarzeczna zastanawiała się, jak w tym miejskim kłębowisku mają odnaleźć jedną dziewczynę.

Ludzie patrzyli na nie z zaciekawieniem. Po raz pierwszy widziano tutaj kobiety w mundurze i reakcje sprowadzały się do skołowania, może nawet dezorientacji. Eliza przypuszczała jednak, że ten stan długo nie potrwa. Kiedy początkowy szok zejdzie na drugi plan, rozbrzmią drwiny, salwy śmiechu i rozpoczną się prowokacje. Żadna z nowo powołanych policjantek nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości.

Przeszły na Sosnową, w okolicach której miało wczoraj dojść do zdarzenia. Ślady krwi w niewielkim zaułku to potwierdzały.

– Ani śladu po dziewczynie.

– Mhm.

– Skoro jednak tu była, to musi być jej rewir.

Salomea nie odpowiedziała, ukradkiem się rozglądając. Wyglądała na przestraszoną, choć Eliza przypuszczała, że jej lęk nie wynika z wejścia na terytorium Banników, a raczej z tego, że znalazły się pośród całego gąszczu ludzi.

– Od jedenastu do trzynastu lat, ciemne, pozlepiane włosy… – powiedziała pod nosem Zarzeczna. – Trochę takich musi tu być.

– Chyba.

– Ale świadkini twierdziła, że to była wyjątkowo bezczelna mała. Może to w jakiś sposób pomoże.

Kier się odwróciła.

– Masz jakiś pomysł? – spytała Eliza.

– Nie.

– W takim razie zostaje nam tradycyjne poszukiwanie. Rozdzielimy się. Ja wezmę Sienną, ty Śliską. Będziemy…

– Lepiej zostać razem.

– Owszem, lepiej. Ale w ten sposób pójdzie szybciej.

– Chyba że będą komplikacje.

Zarzeczna popatrzyła na nią i westchnęła.

– Wtedy pójdzie wolniej – dodała Kier.

Właściwie miała trochę racji. Koniec końców Eliza uznała, że będą trzymać się razem, choć zrobiła to raczej przez wzgląd na partnerkę niż na możliwe problemy. Nie spodziewała się ich teraz, nie na początku pierwszego dnia. Trochę czasu musiało minąć, zanim Bannicy otrzymają wiadomość, że na ich terenie pojawiły się umundurowane, patrolujące okolicę policjantki.

Posterunkowe przeszły po Śliskiej, obserwując bacznie, co dzieje się na ulicach. Po tych nieco szerszych przemykały furmanki i dorożki, tutaj królowali tragarze. Kawałek za kościołem Wszystkich Świętych widok nieco się zmieniał, tam wzdłuż ulic stały przede wszystkim bałaguły, żydowskie wozy, z których sprzedawano każdy produkt, jaki widziało ludzkie oko.

Tutaj wystawiano jednak głównie żywy towar. Kilka dziewczyn na widok mundurów pierzchło do klatek schodowych, ale zdecydowana większość zupełnie zignorowała Zarzeczną i jej towarzyszkę.

Eliza wiedziała, że prędzej czy później będzie trzeba zrobić z nimi porządek. Na tym miała polegać ich służba, choć dzisiaj zadanie było inne. Do walki z prostytucją musiały odpowiednio się przygotować. Sutenerami byli tutaj Bannicy i z pewnością niemądrze byłoby wypowiadać im wojnę już pierwszego dnia, nie mając w odwodzie żadnego wsparcia.

Posterunkowe przeszły Śliską dwukrotnie, zanim uznały, że tutaj dziewczyny nie znajdą. Przeniosły się na kolejną z równoległych ulic i dopiero tam szczęście się do nich uśmiechnęło.

Czarnowłosa nastolatka stała przy jednej z klatek, rozglądając się. Wzrok miała bezpardonowy, wyzywający, jakby starała się oznajmić wszystkim wokół, że szuka zaczepki.

Policjantki zatrzymały się przed nią. Dziewczyna skrzyżowała ręce na piersi i uniosła brodę.

– Bal przebierańców jest w „Adrii” – rzuciła.

Eliza podeszła bliżej i zgromiła małą spojrzeniem.

– Co tu robisz? – zapytała.

– Nic złego.

– W tej chwili być może rzeczywiście nie – przyznała Eliza. – Ale wczoraj było inaczej, prawda?

Mała prychnęła lekceważąco.

– Kradłaś węgiel?

Była wyraźnie zaskoczona. Nie spodziewała się, że mogą spotkać ją jakiekolwiek konsekwencje ze strony stróżów prawa. Gdyby rzeczywiście tak się stało, byłby to bodaj pierwszy raz, kiedy policjanci weszliby w kompetencje lokalnych gangów.

– Skąd wiecie? – zapytała dziewczyna, patrząc niepewnie na Kier. – Przecież…

– Mamy swoje źródła – odparła Zarzeczna. – Ale nie to nas interesuje. A przynajmniej nie będzie interesowało, jeśli powiesz nam, gdzie możemy znaleźć Wołyniaka.

– Kogo?

– Mężczyznę, który wczoraj ci pomógł.

– A czego od niego chcecie?

Tym razem Eliza przyjęła strategię swojej partnerki. Obie milczały, patrząc na dziewczynę ponaglająco.

– Nie zrobił nic złego.

– Zdajemy sobie z tego sprawę. I dlatego chcemy go odnaleźć.

– Ale po co?

– Trzeba go ostrzec.

Mała rozplotła ręce i schowała je do kieszeni znoszonych, luźnych spodni. Zaczęła sprawiać wrażenie nieco przybitej.

– Na to już pewnie za późno – powiedziała. – Do tego czasu dostał już ostrzeżenie.

– Może jeszcze nie.

– Bannicy działają szybko.

– Mimo wszystko…

– Hertz weźmie się za niego, jak tylko dowie się, co się stało.

Zarzecznej nie trzeba było tłumaczyć, kim jest Fryderyk Hertz. Znał go każdy, kto miał jakiekolwiek pojęcie o półświatku. Mimo dystyngowanej aparycji, był to bezwzględny, bezlitosny mężczyzna, który stworzył gang Banników od zera.

– Chcę tego uniknąć – odezwała się Eliza.

– W takim razie masz pecha, bo nie wiem nawet, gdzie jest. Spał na Krochmalnej, tuż przed koszarami. Trzecie piętro.

Zarzeczna wymieniła się znaczącym spojrzeniem z partnerką, po czym skinęły do siebie głowami i szybko ruszyły we wskazanym kierunku. Eliza przypuszczała, że każda minuta może być na wagę złota.

Rozdział trzeci

Do „Mokradła” zapuszczali się jedynie ci, którzy wiedzieli, że są postrzegani jako przyjaciele. W przeciwieństwie do „Oazy” przy Wierzbowej, restauracji Żelichowskiego przy Focha, „Pod Bukietem” przy Marszałkowskiej czy „Gastronomii” i „Astorii” przy Nowym Świecie, tutaj nie przychodziło się ani by jeść, ani by tańczyć. W „Mokradle” załatwiano interesy.

Muzyka zresztą nie nastrajała do tańców. Nigdy nie słyszało się tutaj modnych ostatnio fokstrota, charlestona czy tanga. Z gramofonu nieustannie dobiegały dźwięki Dixielandu, jazzowej kapeli prosto z Nowego Orleanu. Przeważały trąbki, puzony i banjo, i mimo że niektóre kompozycje wydawały się wesołe, w istocie ludziom, którzy przychodzili do „Mokradła”, kojarzyły się raczej z niepokojem.

Fryderyk Hertz wszystkich interesantów przyjmował przy jednym ze stolików. Nigdy nie prowadził nikogo na zaplecze, nigdy nie załatwiał interesów w piwnicy. Zawsze robił to w wyszynku, wychodząc z założenia, że właśnie on jest siedzibą jego organizacji.

Hertz miał włosy ulizane do tyłu, a po bokach i z tyłu zupełnie wygolone. Nosił cienki wąsik, pociągnięty jakby kredką tuż pod nosem. Na stoliku, przy którym siadywał, zawsze leżała czarna fedora, taka w jakiej grywali amerykańscy jazzmani. Fryzura zresztą także wynikała z fascynacji ich środowiskiem.

Fryderyk poprawił poły dwurzędowej marynarki, odłożył papierosa do popielniczki, a potem powoli podniósł wzrok. Kawałek od stolika zatrzymał się jeden z jego ludzi, którego Hertz znał z widzenia, jakkolwiek nie mógł sobie przypomnieć, jak się nazywa.

Trudno było wszystkich spamiętać. Tym bardziej, że trzymał rękę na pulsie całego biznesu, niewiele pozostawiając swoim podwładnym. Pamiętanie imion tych, którzy znajdowali się nisko w hierarchii, było sprawą drugorzędną.

Przez chwilę patrzył na obitą twarz junacza, który międlił w dłoniach wysłużony kaszkiet, a potem przyzwał go ruchem ręki. Chłopak podszedł z wolna, unikając spojrzenia szefa.

Fryderyk milczał, choć bynajmniej nie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia. Leciał właśnie jego ulubiony kawałek, „Royal Garden Blues” z 1921 roku, w którym swojego głosu w refrenie użyczył Al Bernard. Hertz chciał posłuchać w spokoju.

– Szefie, to nie tak, że…

Fryderyk uniósł dłoń, a chłopak natychmiast urwał. Sprawiał wrażenie, jakby chciał zapaść się pod ziemię. Poczekał do końca numeru, najwyraźniej domyślając się, z czego wynika zwłoka.

Kiedy dźwięki Dixielandu ucichły, Fryderyk wskazał mu krzesło po drugiej stronie niewielkiego stolika. Junacz spojrzał na fedorę, potem na dymiącego się papierosa, a dopiero później zajął miejsce.

– Doszły mnie niepokojące słuchy – odezwał się Hertz.

Chłopak wyglądał, jakby przez moment siłował się ze śliną, która nie chciała przejść mu przez gardło.

– Ktoś zaatakował mojego człowieka – dodał Fryderyk, wskazując na rozmówcę. – To zawsze powód do niepokoju. Świadczy bowiem o tym, że ktoś okazał mi lekceważenie.

W końcu młodemu udało się przełknąć ślinę.

– W dodatku widzę, że oberwałeś dotkliwie.

– To nic takiego, szefie.

– A jednak masz zabandażowany nos.

Chłopak pokiwał głową, zażenowany.

– Powiedz mi, kto cię tak urządził, a zapewniam cię, że nie zostawimy tego bez odpowiedzi – ciągnął Fryderyk. – Ci od Siemiątkowskiego? A może Żydzi?

– Nie, to nikt od nich.

– Więc kto? Biali bracia z Łodzi? Wola?

– Nie, to…

– Prałaci?

Ze wszystkich możliwości ta stanowiłaby dla Hertza największą ujmę. O ile z pozostałymi organizacjami udawało się bez trudu utrzymywać korzystne dla wszystkich zawieszenie broni, o tyle z Prałatami wymagało to wielu ustępstw. Gang, który nosił purpurowe muszki, kontrolował tereny peryferyjne i miał nieustannie rosnące ambicje. Przy tym niestety brakowało mu zasad, składał się bowiem w dużej mierze z obdartusów i prymitywów, których Hertz nigdy nie wpuściłby do swojego lokalu.

– Nie, to nie był członek żadnego gangu.

– Zatem przypadkowy człowiek?

– Tak. Tak przypuszczam…

– Ciekawe. W takim razie jakiś kasiarz?

Fryderyk przypuszczał, że to któryś z nich. Jako jedyni wśród przestępców uważali się za lepszych od innych, zresztą podpuszczali dziennikarzy, by tak przedstawiali ich w gazetach. Jakiś czas temu Hertz czytał, że wszyscy warszawscy włamywacze to elita półświatka, dżentelmeni i osoby, którym pozostali okazują daleko idący szacunek.

Nie zauważył, by tak było. Zresztą nigdy by na to nie pozwolił. Tkwiło jednak ziarno prawdy w tym, że wielu z nich sądziło, iż wolno im więcej niż pozostałym. Tylko kasiarz mógłby być na tyle bezczelny, by atakować jednego z Banników na ich terenie.

– Mów – ponaglił Fryderyk.

– Nie wiem, kim był ten człowiek.

Hertz westchnął. Nie przypuszczał, by napastnik przedstawił się, zanim obił twarz jego podwładnego.

– Doprawdy? – mruknął.

– Miał jakby wołyński akcent, dopiero co przyjechał do Warszawy i…

– Wołyniak. Coś więc już wiemy.

– Niestety to chyba wszystko…

Fryderyk zgasił spokojnie papierosa i popatrzył z powątpiewaniem na rozmówcę. Wiedział, że nie minie godzina, a dowie się znacznie więcej. Choć nie od chłopaka. Kiedy tylko rozeszła się wieść, że jeden z Banników został zaatakowany, Hertz wysłał na Sosnową swojego najbliższego współpracownika, prawą rękę. Kiedy ten wróci z raportem do „Mokradła”, Fryderyk będzie miał wszystkie niezbędne informacje, by wystosować właściwą odpowiedź dla Wołyniaka.

– Dlaczego cię napadł?

Junacz wzruszył ramionami.

– Z pewnością nie stało się to bez powodu. Sprowokowałeś go?

– Nie.

– Wobec tego skąd ten atak?

– Stanął w obronie małej, zasranej złodziejki.

Nieustannie gniotąc kaszkiet, chłopak opowiedział mu o kradzieży węgla i o tym, co się później wydarzyło. Udało mu się nawet zapamiętać kilka sformułowań, których użył Wołyniak, i Hertz musiał przyznać, że brzmiały dość ciekawie. Zupełnie, jakby napastnik był samobójcą.

– Musiał trenować boks – dodał na koniec młody. – Te ciosy były jak… jak z ringu.

– Uprzedzał, że bije się za dwóch.

– Tak, ale…

Fryderyk znów uniósł dłoń.

– Ostatnim, czego od ciebie oczekuję, są wymówki.

– Rozumiem.

– Zresztą nie mam pretensji. Żywię je pod adresem Wołyniaka, który powinien wiedzieć, że nie spluwa się na Banników.

Chłopak pobladł, jakby ta uwaga sprawiła, że zbliżył się o krok do śmierci.

– Tak, powinien…

– Najwyraźniej nikt jednak mu tego nie uświadomił.

– Może na Wołyniu…

– Nie, nie. Mam na myśli Warszawę. To tutaj ktoś powinien go ostrzec, że takie zachowanie nie jest mile widziane.

Niemal niezauważalnie rozmówca odsunął nieco krzesło. Fryderyk właściwie nie dziwił się temu odruchowi – młody musiał doskonale zdawać sobie sprawę, że tym kimś powinien być on sam.

– Skoro jednak tak się nie stało, muszę wyciągnąć konsekwencje.

– Szefie…

– Ale najpierw załatwisz tę sprawę.

– Oczywiście.

– I zrobisz to na oczach tych wszystkich ludzi, którzy widzieli, jak byłeś okładany.

– Z wielką chęcią, potrzebuję tylko…

– Nie dostaniesz rewolweru – uciął Hertz. – Nie zasłużyłeś na przywilej jego noszenia. Ale ufam, że sobie poradzisz.

Podwładny pokiwał gorliwie głową, ale Fryderyk spodziewał się, że na tym się nie skończy i poprosi zaraz o wsparcie. Był jedynie szeregowym, sam nie mógł skrzyknąć ludzi, którzy mogli służyć mu pomocną dłonią… czy może pięścią. O ile Hertz wiedział, chłopak był jednym z lipkarzy, drobnych włamywaczy, których w szeregach Banników było na pęczki.

– Wybornie – skwitował Hertz. – Bo jeśli zawiedziesz mnie jeszcze raz… – Zawiesił głos, a potem wskazał na niewielkie wyszczerbienie na skraju stolika. – Wiesz, co to jest?

– Oczywiście, szefie. Każdy wie.

Fryderyk uznał, że powiedział wszystko, co należało. Zerknął w kierunku baru i tyle wystarczyło, by rozmówca odebrał niezwerbalizowany rozkaz. Czym prędzej się podniósł, ukłonił nieco zbyt nisko, a potem oddalił. O posiłkach nie wspomniał. Być może miał jednak trochę oleju w głowie.

Hertz zamknął na moment oczy i wsłuchał się w kolejny utwór. Barman zmienił płytę gramofonową na jeden z nowszych nabytków. Fryderyk nie mógł sobie przypomnieć, jak nazywała się kapela. Na swoje usprawiedliwienie miał jedynie to, że ona sama miała drugorzędne znaczenie. Liczyło się bowiem to, kto z nią grał – a dźwięki gitary Eddiego Langa poznałby nawet stojąc na środku Kercelaka, osaczony gwarem i pokrzykiwaniami.

Kilka numerów później do „Mokradła” w końcu wrócił współpracownik Hertza, jego najbardziej zaufany człowiek i numer dwa w organizacji Banników, Szymon Trawicki. Ubierał się i czesał podobnie jak szef, dlatego niektórzy twierdzili, że chce wyglądać jak brat bliźniak Fryderyka.

Hertzowi to nie przeszkadzało. Tym bardziej, że Trawicki swego prawdziwego pochodzenia nie mógł ukryć – był postawny, wzrok miał surowy, a niemal kwadratowa szczęka i mocne rysy twarzy dowodziły, że w jego żyłach płynęła krew warszawskich walczaków. Gdyby Fryderyk nie wciągnął go w szeregi Banników, Szymon z pewnością trudniłby się na ulicach miasta najgorszymi, najbardziej ohydnymi przestępstwami.

Podchodząc do stolika, ściągnął kapelusz, a potem położył go obok fedory szefa. Wyjął tabakę, nasypał trochę na dłoń, pociągnął, po czym otarł nos. Dopiero teraz popatrzył na Hertza.

– Sprawa w toku – oznajmił.

– Czyli dowiedziałeś się wszystkiego?

Trawicki pokiwał głową z obojętnością, jakby było to pytanie retoryczne.

– Wołyniak późnym wieczorem wysiadł z pociągu na Dworcu Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, a potem…

– Mówiłem ci, że ten dworzec już się tak nie nazywa.

Szymon potarł nos.

– Co za różnica?

– Taka, że niepodległy kraj to niepodległe nazewnictwo.

– Mnie tam wszystko jedno.

Fryderyk przez moment patrzył na swojego zastępcę, wykonał ponaglający ruch ręką i sięgnął po papierośnicę. Zapalił, a dym z jego papierosa zmieszał się z kłębami wiszącymi nieustannie pod sufitem. W „Mokradle” był to widok nieodzowny, choć podobnie było we wszystkich innych przybytkach tego typu.

– Sprawa właściwie jest błaha – oświadczył Szymon. – Jakaś smarkula chciała ukraść trochę węgla, jeden z naszych ją przyfilował i chciał czegoś nauczyć, a Wołyniak stanął w jej obronie.

– Co o nim wiadomo?

– Niewiele. Tylko tyle, ile powiedzieli mi ludzie na Sosnowej.

– Czyli?

– Miał czarne rękawiczki, nosił kamizelkę. Chyba były bokser, biorąc pod uwagę blizny i fakt, że umie się bić.

– Załatwiłeś sprawę?

Trawicki potaknął.

– Wszystko jest na swoim miejscu. Potrzeba tylko czasu.

– Świetnie – odparł Fryderyk i zaciągnął się głęboko. – W takim razie przejdźmy do spraw ważniejszych. Co z Niemcami?

– Wszystko jest już ustalone, czekamy na wieści z Gdańska.

Przedsięwzięcie, do którego przygotowywał się Hertz, miało być jego opus magnum. To właśnie je po latach zamierzał wspominać jako przełomowe. Planował wprowadzić Banników na zupełnie nowe terytorium i sprawić, że historia nigdy o nich nie zapomni.

A przy okazji wzbogacić się tak, że jego wnuki będą mogły wyżyć z tego, co zarobi w najbliższych latach.

– Policja nie jest niczego świadoma?

– Nie – zapewnił Trawicki.

– A mimo to chodzą słuchy, że jest jakiś ruch w Urzędzie Śledczym.

– Trzymamy rękę na pulsie.

Fryderyk pokiwał głową. Ufał swojemu człowiekowi, bo ten nigdy nie dał mu powodów, by wątpić w jego umiejętności i oddanie sprawie.

– Co z tym obitym kretynem? – zapytał Szymon.

– Poleciłem mu zająć się Wołyniakiem.

– Rozumiem, że tylko dla pro formy.

– Pro forma. Bez „dla”.

– No tak – potwierdził pod nosem Trawicki. – Mam to wziąć na siebie?

– Jeszcze nie. Chcę dać mu szansę. Jeśli pokaże temu bokserowi, gdzie jego miejsce, usuniesz go po fakcie. Jeśli nie, Wołyniak być może sam się nim zajmie.

– Rozumiem.

– Tak czy inaczej ustal, jak się nazywa ten awanturnik, a potem zrób, co potrzeba.

– Ciało zostawić na widoku?

Fryderyk spojrzał na niego, jakby to on zadał teraz pytanie retoryczne.

Rozdział czwarty

Już po niecałym kwadransie spędzonym w niewielkim pokoju przy Krochmalnej Wilmański wiedział, że tej nocy się nie wyśpi. Jego przypuszczenia okazały się trafne – mała wysłała go do jednego z lupanarów. W dodatku takich, gdzie ceniono sobie odpowiedni wolumen kobiecych krzyków.

W środku nocy miał ochotę wyjść na korytarz i zrobić porządek ze zbyt głośnymi jękami, ale ostatecznie uznał, że tego dnia narobił sobie wystarczająco dużo problemów. Tym bardziej, że ten dom rozpusty z pewnością znajdował się pod protekcją jednej z grup, o których wspominała dziewczyna.

Obracał się z boku na bok na niewygodnej pryczy, bez nadziei na to, że zmruży oko. W końcu jednak stękanie, rzężenie i pojękiwanie na moment ustało. Ernest szybko skorzystał z okazji, ułożył się jak najwygodniej i udało mu się zdążyć przed kolejnym klientem ekspresyjnej bezwstydnicy. Zasnął.

Zbudził się bladym świtem z powodu przemożnego bólu przedramienia. Odkrył kołdrę i spojrzał na spuchnięty, zaczerwieniony ślad po uderzeniu pałką. Pomyślał, że właściwie powinien się spodziewać, że stolica przywita go w taki sposób. Naprawdę łudził się, że dotrze tu z czystą kartą? Że od razu zacznie zupełnie nowe życie?

Dostrzegł karalucha, który przemknął po skraju łóżka. Strzepnął go na podłogę, syknął i dotknął opuchlizny. Nie wyglądała najlepiej, a ból był tak dotkliwy, że Wilmański miał wrażenie, jakby emanował gdzieś spomiędzy kości.

Zwlókł się z łóżka, obmył twarz i przeciągnął ręką po włosach. Uznał, że jest gotowy do wyjścia. Rachunek uregulował z góry, nie miał już tutaj czego szukać. Założył kamizelkę i rękawiczki, przerzucił płaszcz przez ramię, a potem skierował się do wyjścia.

Otworzywszy drzwi, zobaczył w progu przesyłkę niewątpliwie adresowaną właśnie do niego. Natychmiast się rozejrzał, ale na korytarzu nikogo nie było. Schylił się i przyjrzał temu, co leżało na podłodze.

Mimowolnie się wzdrygnął.

Wyłupiaste oko, krótki dziób, długa szyja. Wilmański nie miał wątpliwości, że patrzy na oberżniętą głowę kury. Pokryto ją czarną, oleistą powłoką, być może jakąś ponaftową mazią. Podniósł znalezisko i przyjrzał mu się. Przygotowano je zawczasu, lepik zdążył porządnie się związać.

Ernest ponownie się rozejrzał, ale nic nie wskazywało na to, by ten, kto zostawił głowę zwierzęcia, gdzieś na niego czekał. Nie ulegało jednak wątpliwości, że to wiadomość. W dodatku dość wymowna.

Zszedł na dół, mijając po drodze pierwszych klientów, którzy najwyraźniej zamierzali dobrze rozpocząć dzień. Wyszedł na Krochmalną i zapalił ostatniego papierosa.

Bannicy. Czarna kura.

Coś łączyło jedno z drugim, ale Wilmański nie mógł znaleźć związku. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że jak każdemu słowiańskiemu demonowi, tak i bannikowi składano określone ofiary. W jego przypadku była to właśnie czarna kura, która miała sprawić, że istota na jakiś czas odpuści śmiertelnikom.

Ernest zaciągnął się głęboko, a gdy wypuszczał dym, dostrzegł nadbiegającą od Towarowej dziewczynę. Pędziła wzdłuż torów tramwajowych na złamanie karku. Wilmański nie przypuszczał, że jeszcze kiedykolwiek ją zobaczy, ale najwyraźniej miała mu coś ważnego do powiedzenia.

Dopadła do niego, ale się nie zatrzymała. Złapała go za rękę i pociągnęła za sobą, chcąc biec dalej. Ernest jednak nie ruszył się o krok, a mała niemal się przewróciła.

– Chodź! – krzyknęła.

– Spokojnie. Najpierw powiedz mi, co takiego…

– Zaraz po ciebie przyjdą, są tuż za mną!

Wilmański powiódł wzrokiem w kierunku, z którego przybiegła. Souvenir pod drzwiami pokoju stanowił wystarczająco wymowną wiadomość, właściwie nie potrzebował potwierdzenia, by wiedzieć, że po niego idą.

Zastanawiało go jednak, dlaczego w ogóle zdecydowali się zostawić ostrzeżenie. Jeśli wiedzieli, w którym lokum się zatrzymał, wystarczyło, by weszli do środka i załatwili sprawę, gdy spał.

Być może chodziło o utrzymanie pozorów. Wilmański nieraz przekonał się, jak istotne są dla ludzi pokroju Banników. W całym szaleństwie, które ich otaczało, stanowiły prześwit, przez który patrzyli na rzeczywistość. Bez nich wszystko zdawało się pozbawione sensu.

Dostał ostrzeżenie, następnie zostanie pokazowo osądzony, a ostatecznie posłuży jako przykład tego, czego nie należy robić. Przypuszczał, że do tego wszystko się sprowadzi.

– Idziesz czy nie? – syknęła młoda, ciągnąc go z całej siły.

Czy był sens uciekać? Prawdopodobnie nie, jeśli ci ludzie byli tak groźni, jak sugerowała dziewczyna. Jedyna nadzieja tkwiła w zbliżeniu się do innej, konkurencyjnej grupy. Jeśli panowała między nimi jako taka zgoda, była to nadzieja zgoła płonna. Nikt nie będzie ryzykował wybuchu konfliktu dla jednego byłego boksera. Mógłby wprawdzie przydać się do pilnowania porządku tu i ówdzie, ale czy była to wystarczająco mocna karta przetargowa?

– Mówię ci, że nie masz dużo czasu!

– Uspokój się.

– Spokój w niczym nie pomoże!

– Zazwyczaj pomaga.

Szarpnęła z furią, jakby od tego, czy z nią pójdzie, zależało znacznie więcej niż jego życie. Wilmański zerknął jeszcze raz w stronę nadjeżdżającego od Śródmieścia tramwaju, usłyszał charakterystyczny dzwonek, a potem nabrał tchu.

Odwlec nieuniknione. Choć tyle mógł zrobić.

Ruszył za dziewczyną, choć znacznie ją spowolnił. Ostatnim, czego chciał, było przykuwanie uwagi wszystkich wokół.

– Nie zapytałem wczoraj, jak się nazywasz.

Spojrzała na niego jak na chorego na umyśle.

– Teraz chcesz to wiedzieć?

– Moment dobry jak każdy inny.

– Anastazja. Ale wszyscy mówią Ana.

– Nazwiska nie masz?

– Chyba nie.

– Chyba?

– Rodzice zostawili mnie na ulicy, skąd mam wiedzieć?

Wilmański pokiwał głową. Było coś pociągającego w tym scenariuszu. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że chodzi o perspektywę zupełnej nieznajomości własnej przeszłości.

– Dużo jest takich jak ty?

– Za dużo, żebyśmy wszystkie się pomieściły na ulicach. Chodź.

– Idę przecież.

– Za wolno! Zaraz tu będą!

Czytał w którejś gazecie, że Warszawa swego czasu cierpiała na plagę porzuconych dzieci. Zostawiano je na ulicach, część umierała, a część spotykał jeszcze gorszy los. Młode dziewczyny trafiały pod skrzydła sutenerów, którzy wychodzili z założenia, że nigdy nie jest za wcześnie, by zacząć zaspokajać męskie żądze.

Czy Ana była jedną z nich? Prawdopodobnie tak. Ernestowi trudno było wyobrazić sobie inny sposób, dzięki któremu przeżyłaby na ulicy tak długo.

Przecięli tory tramwajowe biegnące wzdłuż Wolskiej i Chłodnej, po czym dziewczyna zaciągnęła go za róg szpitala. Nieforemny budynek otoczony był licznymi dużymi krzewami i niewysokimi drzewami. Być może przez samą bryłę, a być może z uwagi na wyróżniające się wykusze, przywodził na myśl raczej letnią rezydencję magistratu niż miejsce, w którym masowo chorowano i umierano.

Refleksja ta pociągnęła za sobą kolejną. Wilmański uświadomił sobie, że przeciętny człowiek stwierdziłby raczej, że masowo tu leczono.

Odsunął tę myśl i spojrzał na zasapaną Anastazję.

– Skąd wiesz, że po mnie idą?

– Bo mnie znaleźli.

Otaksował nieco uważniej jej twarz, ale nie dostrzegł żadnych obrażeń.

– Bannicy cię znaleźli i nic ci nie…

– Nie Bannicy. Policja.

Ernest uniósł brwi.

– Czego mieliby ode mnie chcieć policjanci?

– Nie policjanci, a policjantki.

O tym jeszcze nie słyszał. Najwyraźniej trafił do dziwniejszego miejsca, niż przypuszczał. Wprawdzie nie widział nic złego w tym, by kobiety także nosiły mundury, ale nie sądził, by władze publiczne były podobnego zdania. Tolerowano taką sytuację, o ile w grę wchodziły formacje działające samodzielnie, kontynuujące tradycje konspiracyjnych ruchów przed Wielką Wojną czy samoorganizowania się podczas konfliktu.

Ale być może ten stan rzeczy w końcu musiał się zmienić. Od kiedy w 1918 roku kobiety uzyskały prawa wyborcze na mocy dekretu Piłsudskiego, ich sytuacja zaczynała przybierać doprawdy dziwny kształt.

– Dlaczego mnie szukano?

– Nie wiem. Ale nie spodziewałabym się na twoim miejscu niczego dobrego.

– I powiedziałaś im, gdzie mnie znaleźć?

– Nie miałam wyjścia. One prędzej czy później wrócą.

Wilmański uznał, że dziewczyna postąpiła słusznie. Policjantki pójdą na Krochmalną, potwierdzą, że Ana powiedziała im prawdę, i młoda będzie kryta. A jednocześnie sama popędziła tu, jakby się paliło, by go ostrzec. I wilk syty, i owca cała. Jedyną poszkodowaną w całej tej sprawie była kura. Przynajmniej na razie.

Ernest wyjął z kieszeni otrzymaną przesyłkę i pokazał ją dziewczynie. Spojrzała na nią bez emocji.

– Wiadomość od Banników – powiedziała, a potem się zamyśliła. – Ale nie takiej się spodziewałam.

– Co konkretnie oznacza?

– Że musisz złożyć ofiarę.

– Czyli?

Anastazja wzruszyła ramionami.

– Aż tak się nie znam na ich sprawach. Trzeba popytać.

– Więc to nie zapowiedź zbliżającej się kary?

Dziewczyna oparła się o ścianę budynku i skrzyżowała ręce na piersi. Popatrzyła na niego, jakby to on był dzieckiem, a ona dorosłą.

– Wejście na ich teren to już zapowiedź kary – powiedziała. – Mówiłam ci przecież, że nie odpuszczą.

– Ale skoro zostawili ten łeb, dają mi szansę.

– Może… sama nie wiem.

Równie dobrze mogli zdecydować się na prosty, jakkolwiek skuteczny fortel. Miałoby to sens, biorąc pod uwagę, że Krochmalna znajdowała się na terenie kontrolowanym przez ich konkurentów. Może gangsterski kodeks nie pozwalał ot tak zabijać ludzi na nie swoim terytorium. Może należało poczekać, aż ofiara znajdzie się na ulicach należących do Banników.

Wilmański obrócił głowę zwierzęcia w dłoni.

– Gdzie mogę z tym pójść?

– Jak najdalej stąd.

– Miałem na myśli złożenie wizyty komuś, z kim będę mógł o tym porozmawiać.

– To nie jest dobry pomysł.

– Lepszy niż ucieczka i szukanie ochrony wśród innych szemranych ludzi.

Wciąż wyglądała, jakby miała do czynienia z niesfornym, lekkomyślnym dzieciakiem. Właściwie Ernest nie mógł się dziwić – z jej punktu widzenia wyjście było tylko jedno. On jednak przemyślał sprawę dogłębnie i uznał, że nawet jeśli inna grupa nie wyda go od razu, z pewnością dojdzie do tego później. Wystarczy, że jego rzekomi wybawiciele będą chcieli przehandlować coś z Bannikami. On wystąpi wówczas w roli cennej waluty.

– Mają jakąś siedzibę? – spytał.

– Tak.

– Gdzie?

Zacisnęła usta tak mocno, że trudno było o wymowniejszą odpowiedź.

– Albo dowiem się od ciebie, albo od pierwszego lepszego przechodnia w Śródmieściu. Ale w takim wypadku mogą mnie dopaść szeregowe rzezimieszki, zanim trafię do tego, który podejmuje decyzje.

Przez chwilę się zastanawiała, pocierając tłuste włosy.

– „Mokradło” – oznajmiła.

– Brzmi adekwatnie.

– To wyszynk przy skrzyżowaniu Wielkiej i Siennej. Na rogu, nie przegapisz, bo jest duża reklama. Ale mało kto tam wchodzi, a już na pewno nikt, kto nie jest zaproszony.

Wilmański uniósł czarny łeb.

– Ja jestem.

– Chyba na ucztę w piekle.

– Akurat tam się nie wybieram.

– Na niebo bym nie liczyła – odparła Ana i rozplotła ręce. – Nie wyglądasz mi na takiego, co nie ma nic za uszami.

– Taka z ciebie znawczyni?

Westchnęła głęboko, jakby pytanie nie zasługiwało na inną odpowiedź. Właściwie coś w tym było. By przeżyć w gąszczu przemocy i zbrodni, musiała znać się na ludziach. Przynajmniej na określonej grupie. Z pewnością nie poradziłaby sobie na salonach, ale bez trudu mogła rozeznać się pośród osób moralnie wątpliwych.