Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
54 osoby interesują się tą książką
Pełna emocji, świątecznego klimatu i subtelnej pikanterii opowieść o miłości, stracie oraz drugich szansach. Historia, która przypomina, że najpiękniejsze prezenty pojawiają się czasem wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy.
Noelle Campbell od lat nie przepada za świętami. Odkąd straciła mamę, grudzień przestał kojarzyć jej się z ciepłem rodzinnego domu, śmiechem i zapachem świeżo upieczonych pierników. Stał się jedynie kolejnym miesiącem, który trzeba przetrwać.
Wszystko zaczyna się zmieniać, gdy w jej życiu ponownie pojawia się Finn Harris — mężczyzna, którego pamięta jeszcze z czasów liceum, a dziś właściciel podupadającej kawiarni w samym sercu Nowego Jorku. Mężczyzna za wszelką cenę próbuje ocalić miejsce stworzone z myślą o ukochanej babci. Dla Noelle pomoc w przywróceniu The Cozy Cup dawnego blasku ma być tylko kolejnym zawodowym wyzwaniem.
Jednak pośród migoczących światełek, świątecznych dekoracji i aromatu korzennych przypraw między nimi zaczyna rodzić się uczucie, którego żadne z nich nie potrafi zignorować.
Czy relacja, która zaczęła się od wspólnej pracy, może stać się początkiem czegoś znacznie ważniejszego? I czy Noelle odważy się ponownie otworzyć serce — nie tylko na miłość, lecz także na magię świąt?
Dla czytelników powyżej 18. roku życia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 354
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026 by K.A. Zysk Copyright for this edition © 2026 by Axis Mundi
REDAKTOR PROWADZĄCY: Marta Szelichowska REDAKCJA: Iwona Hardej KOREKTA: Katarzyna Szajowska KOREKTA TECHNICZNA: Basia Borowska
PROJEKT OKŁADKI: Izabela Surdykowska-Jurek ZDJĘCIE AUTORKI: Archiwum prywatne Autorki
ILUSTRACJE NA OKŁADCE: © golero @ iStock, © LokFung @ iStock
WYDANIE I ISBN PRINT: 978-83-8468-060-5 ISBN EBOOK: 978-83-8468-061-2 ISBN ABONAMENT: 978-83-8468-062-9
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część książki nie może być wykorzystana bez zgody wydawcy. Niniejsza powieść stanowi wytwór wyobraźni, a wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych, wydarzeń i miejsc jest całkowicie przypadkowe.
Okładka została częściowo zmodyfikowana za pomocą sztucznej inteligencji.
Plik przygotował Woblink
woblink.com
Dla tych, którzy w święta tęsknią za kimś, kogo już z nami nie ma.
K.A. Zysk
Świąteczna historia Noelle jest dla mnie szczególną książką. Od początku wiedziałam, że będzie inna niż wszystkie napisane przeze mnie do tej pory, ponieważ dotyka tematów, które są mi bardzo bliskie.
Pisanie jej nie zawsze było łatwe. Historia Noelle jest wytworem mojej wyobraźni, ale wiele emocji, które towarzyszą bohaterce po stracie mamy, znam z własnego doświadczenia. Tęsknota, wspomnienia i próba odnalezienia się w rzeczywistości, która po odejściu bliskiej osoby zmienia się na zawsze, były dla mnie podczas tworzenia tej opowieści szczególnie ważne.
Niektóre sceny wymagały ode mnie powrotu do trudnych uczuć i wspomnień, dlatego ta książka zajmuje w moim sercu wyjątkowe miejsce. Stała się dla mnie czymś więcej niż tylko historią o miłości i świętach. W pewien sposób była cichą rozmową z osobą, której już ze mną nie ma, ale która na zawsze pozostanie częścią mojego życia.
Mam nadzieję, że odnajdziecie w tej opowieści nie tylko świąteczną atmosferę i miłość, ale również nadzieję, że nawet po trudnych chwilach można pozwolić sobie na szczęście, nie zapominając o tych, których już z nami nie ma. Że wspomnienia, choć czasami bolesne, mogą być również dowodem na to, jak wiele miłości nosimy w sobie.
Dziękuję, że daliście tej historii szansę. Mam nadzieję, że zostanie z Wami na długo.
Nazwy, miejsca oraz wydarzenia przedstawione w książce zostały stworzone na potrzeby tej historii. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób, miejsc lub sytuacji jest przypadkowe.
Święta. To był od zawsze mój ulubiony czas w roku. Wyczekiwałam ich z radością i niecierpliwością. Z przyjemnością przystrajałam dom, ubierałam choinkę i kupowałam prezenty. Wszyscy zjeżdżaliśmy się wtedy do rodzinnego gniazda, wypełnialiśmy je ciepłym rodzinnym gwarem. Kochałam też chwile spędzane w kuchni, wspólne przygotowywanie potraw i wieczory, podczas których siadaliśmy razem przy stole, by śpiewać kolędy.
Tata zostawił nas, gdy byłam jeszcze dzieckiem. Od lat nie mieliśmy kontaktu, dlatego to mama była sercem naszej rodziny w tym szczególnym okresie.
Jednak teraz, kolejny rok z rzędu, wolałabym, żeby świąt po prostu nie było.
Sześć lat temu, po ciężkiej chorobie, mama zmarła. Zostawiła po sobie pustkę, której nic nie potrafi wypełnić. Najgorsze było to, że odeszła kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Ani ja, ani moje siostry nigdy tak naprawdę się z tym nie pogodziłyśmy. Czas jedynie przytłumił ból i nadal uczy nas żyć z tym, czego nie da się zmienić.
Od tamtej pory grudzień stał się dla mnie najgorszym miesiącem w roku. Mimo to co święta ubieram choinkę, piekę pierniki i gotuję (choć tylko dla siebie), często zalewając się łzami. Wszystko po to, by podtrzymać tradycję wyniesioną z domu. Nie potrafię jednak cieszyć się tym, co kiedyś dawało mi tyle radości. A nawet gdybym umiała, to i tak już nigdy nie będzie tak samo jak wtedy, gdy mama jeszcze żyła.
Dziś jest znów grudzień. Przełamuję się i postanawiam przejść się po Rockefeller Plaza. Wokół panuje nowojorski zgiełk. Ludzie przepychają się, robiąc świąteczne zakupy, a kolędy wyśpiewywane przez ulicznych muzyków mieszają się z hałasem miasta i szelestem papierowych toreb niesionych przez przechodniów.
Staram się pozostać obojętna, lecz czuję mieszankę tęsknoty i czegoś, czego nie umiem nazwać. Karcę się w myślach, zamykam oczy i biorę kilka głębszych oddechów.
Gdy ponownie rozchylam powieki, w tłumie zauważam mężczyznę. Od razu przyciąga mój wzrok. Stoi przy jednym ze straganów i pomaga starszej kobiecie wybrać świąteczny stroik. Uśmiecha się swobodnie i spokojnie coś jej tłumaczy, co chwilę pokazując kolejne ozdoby. Choć go nie znam, bije od niego taka dobroć, że na sekundę zrzucam maskę i spoglądam na nich z łagodnością.
Nie wiem dlaczego, ale czuję, jak łzy napływają mi do oczu. To piękny widok, jednak dla mnie zbyt bolesny, więc odwracam się i idę dalej.
Podchodzę do jednego ze stoisk na świątecznym jarmarku i kupuję gorącą czekoladę, żeby się rozgrzać. Jest naprawdę zimno i czuję, jak dreszcz przebiega mi po karku. Para unosi się nad tekturowym kubkiem, a ja zaciskam na nim dłonie, jakby mogło to odegnać chłód.
W powietrzu zapach cynamonu i pieczonych migdałów miesza się ze słodką nutą karmelizowanego cukru. Jeszcze kilka lat temu pewnie zatrzymałabym się przy każdym stoisku…
Nie chce mi się wracać do domu, ale wiem, że jeśli dłużej tu zostanę, wspomnienia wrócą ze zdwojoną siłą, a nie chcę rozsypać się wśród tych wszystkich ludzi.
Mijam kolejne stragany ozdobione girlandami i migoczącymi lampkami. Śmiech dzieci i świąteczne piosenki płynące z głośników powinny wywoływać radość, ale mnie tylko przypominają, jak bardzo tęsknię za mamą i dawnymi świętami.
W końcu ruszam w stronę stacji metra i wracam do siebie.
Dopiero co weszłam do mieszkania i jeszcze nie zdążyłam się rozebrać, gdy w mojej torebce rozbrzmiewa telefon. Po melodii rozpoznaję, że to moja najstarsza siostra. Odbieram od razu, inaczej będzie dobijać się do mnie aż do skutku.
– Hej, Ana – rzucam, odwieszając kurtkę do szafy.
Przeokropnie zmarzłam. Oczywiście zapomniałam zabrać rękawiczek i czapki. Jeśli się rozchoruję, będzie to tylko moja wina. Nastawiam czajnik i wrzucam do kubka saszetkę herbaty, dodaję cukier, goździki i kardamon.
– Noelle – mówi siostra. – Jesteś już spakowana? – pyta, na co przewracam oczami.
Jak co roku zaczyna od tego samego pytania. Od kiedy mama odeszła, Ana próbuje przekonać mnie, żebym przyjechała na święta do Freehold, mimo że za każdym razem słyszy tę samą odpowiedź.
Do Bożego Narodzenia zostały ponad trzy tygodnie, a ja wielokrotnie powtarzałam jej, że nie mam zamiaru przyjeżdżać. Wszystkie moje siostry będą na miejscu, lecz ja nie chcę tam jechać. Wciąż nie jestem gotowa, by spędzać ten czas w rodzinnym gronie.
Wiem, że od śmierci mamy za kilka dni minie sześć lat, lecz nadal nie potrafię się z tym pogodzić. Widocznie to jeszcze nie ten moment. Może następnym razem…
– Wybacz, ale nie mogę – odmawiam. – Nie dostałam w pracy wolnego – kłamię i czuję się z tym podle. Jednak nie mam wyjścia.
– Mówisz tak co roku – zauważa Ana oskarżycielsko. – Za każdym razem znajdujesz inną wymówkę. Tak nie można, Noelle. Musisz wreszcie odpuścić. To nie przywróci mamie życia. Dobrze wiesz, że byłoby jej przykro, gdyby wiedziała, że tak się zamknęłaś w sobie i od wszystkich odsunęłaś. Ja, Clara i Elisa martwimy się o ciebie.
To nie tak. Kocham swoje siostry, odwiedzam je, rozmawiam z nimi i wiem, że zawsze mogę na nie liczyć. Ale święta w domu, w którym się wychowałam, to coś, na co wciąż nie jestem gotowa.
Ból przeszywa moją klatkę piersiową, ale nie potrafię się przełamać. Nie mogę udawać szczęśliwej, skoro tak nie jest. Nie potrafię jeszcze przeżyć tych świąt z nimi bez osoby, która przez lata trzymała nas wszystkie razem.
Nie mam pretensji do dziewczyn, że dla nich życie toczy się dalej i mogą normalnie funkcjonować, lecz ja wciąż nie umiem tego zrobić. Dla mnie to nie jest coś, co da się po prostu zaakceptować.
Zawsze mocniej niż inni przeżywałam pewne rzeczy i być może dlatego potrzebuję, żeby nikt na mnie nie naciskał i pozwolił mi przechodzić żałobę po swojemu. Nawet jeśli miałoby to trwać latami.
– Przepraszam, ale naprawdę nie dam rady. – Nie wdaję się z nią w dalszą dyskusję, bo wiem, że tylko byśmy się posprzeczały. – Złóż wszystkim ode mnie najlepsze życzenia. Kocham was, a teraz muszę uciekać. Buziaki.
Może i nie powinnam tak kończyć tej rozmowy, lecz musiałam to szybko uciąć. Ana tym razem nie odpuściłaby, a ja nie mam siły wysłuchiwać tego, że mam się wziąć w garść.
Ta krótka wymiana zdań wyczerpała mnie bardziej, niż chciałabym przyznać. Oczy zachodzą mi łzami, ale natychmiast je odganiam. Nie będę płakać.
Zalewam herbatę i zabieram ją do salonu. Siadam na kanapie, nakrywam się puchatym kocem i włączam jakiś film, pilnując, żeby nie było w nim żadnej sceny świątecznej.
Przez chwilę siedzę bez ruchu, obejmuję kubek dłońmi i tępo wpatruję się w okno, za którym pada śnieg. Czuję ulgę, że rozmowa się skończyła, ale jednocześnie mam lekkie poczucie winy.
Wzdycham cicho i ciaśniej owijam się kocem.
Tydzień później wybieram się do mojej ulubionej kafejki The Cozy Cup, żeby wypić piernikową latte i trochę popracować. W ostatnich miesiącach zrobiło się tam znacznie ciszej. Przychodzi o wiele mniej klientów niż wcześniej, ale mnie to nie przeszkadza. Lubię to miejsce właśnie za tę spokojną atmosferę.
Kiedy przekraczam próg, słyszę Last Christmas zespołu Wham. Na moje nieszczęście wszędzie teraz lecą takie „klimatyczne” piosenki. Ignoruję to, bo nie mam innego wyjścia. Do dokończenia pozostało mi kilka rzeczy, a nie chcę tego robić w domu. Wiem, że nie potrafiłabym się skupić.
Podchodzę do lady i zerkam na stojącego nieco z boku mężczyznę, który kogoś mi przypomina. Przegląda jakieś dokumenty z menedżerem kawiarni i o czymś z nim dyskutuje. Dyskretnie mu się przypatruję, próbując przypomnieć sobie, skąd go znam. Jego twarz wydaje się znajoma, ale dopiero po chwili go kojarzę. To Finn Harris. Tak, to na pewno on.
W liceum chodziliśmy razem na angielski. Był wysoki, ale miał problemy z nadwagą, zmagał się z trądzikiem i raczej trzymał się na uboczu. Zawsze siadał sam, jak najdalej od rówieśników, chowając się za książkami science fiction, jakby były lepszym towarzystwem niż ludzie wokół.
Teraz… To zupełnie inny człowiek. Ma wystylizowane włosy, gładką cerę z lekkim zarostem i zdecydowanie pozbył się nadprogramowych kilogramów. Jest stylowo ubrany i wygląda tak męsko, aż trudno uwierzyć, że to ta sama osoba. Zdecydowanie wyprzystojniał i naprawdę jest na czym zawiesić oko.
Zastanawiam się, czy się z nim przywitać, ale ostatecznie rezygnuję. Minęło jedenaście lat, a w liceum zamieniliśmy ze sobą tylko kilka słów przy okazji grupowego projektu. Poza tym ja również nie jestem już tą samą osobą co wtedy.
Czyżby pracował w tej kawiarni? Nigdy wcześniej go tu nie widziałam, ale teraz nie mam czasu się nad tym zastanawiać. Ciche chrząknięcie sprawia, że wracam do rzeczywistości. Dylan – barista, którego dobrze znam, uśmiecha się do mnie serdecznie.
– Cześć, co podać? – pyta uprzejmie.
– Poproszę piernikową latte i czekoladową babeczkę – mówię, wyciągając portfel.
– To będzie osiem dolarów i czterdzieści centów – rzuca spokojnym tonem.
Dylan zerka na mnie, czekając na płatność, a ja nagle orientuję się, że trochę za długo na niego patrzę. Czuję, jak policzki zaczynają mi płonąć. To reakcja z młodości, która została mi do dziś. Odchrząkuję i odwracam spojrzenie. Płacę kartą i chowam ją z powrotem do portfela.
Odsuwam się od kontuaru i staję z boku, by poczekać, aż moje zamówienie będzie gotowe. Kątem oka obserwuję Finna, nadal zaskoczona, jak się zmienił. Podejrzewam, że większość osób z naszej klasy by go teraz nie poznała. Nagle on odwraca się, jakby wyczuł moje spojrzenie. Szybko uciekam wzrokiem, zanim zdąża mnie rozpoznać.
Parę minut później siadam przy stoliku, wyciągam laptop i zeszyt z notatkami, a następnie zabieram się do pracy. Pracuję w agencji marketingowo-kreatywnej Virello Media Group i właśnie opracowuję nową kampanię dla lokalnego sklepu z zabawkami. Sezon w pełni, a właściciele oczekują cudów w tym przedświątecznym chaosie. Jak na złość jest to coś, czego staram się unikać jak ognia. Ale takie są realia. Muszę stworzyć grafiki i teksty, które zachęcą potencjalnych klientów do odwiedzenia sklepu. Niestety kompletnie brak mi pomysłów i świeżych inspiracji.
Zamiast skupić się na zadaniu, co chwilę zerkam w stronę lady i obserwuję Finna, który nadal ślęczy nad papierami. Marszczy czoło, jakby nad czymś intensywnie rozmyślał, zaciska usta i wpatruje się z irytacją w tablet. Co chwilę wzdycha i stuka długopisem w leżący przed nim dokument, sprawiając wrażenie, że coś wyraźnie go denerwuje.
Faceci. Wiecznie niezadowoleni.
Wzdycham i wracam do swojej pracy, ponieważ projekt mnie goni, a ja jestem, za przeproszeniem, w czarnej dupie. Mimo że naprawdę chcę to wreszcie skończyć, wciąż nie mogę się skupić. Drażnią mnie te piosenki świąteczne w tle, więc odpuszczam i postanawiam, że jednak spróbuję dokończyć to w domu.
Dopijam kawę, zjadam babeczkę, pakuję swoje rzeczy i wychodzę z kafejki.
Powietrze jest mroźne, więc opatulam się ciaśniej szalikiem i szybkim krokiem wracam do mojego mieszkania. Dobrze, że od The Cozy Cup dzieli mnie tylko jedna przecznica. Mieszkam w starej kamienicy na Upper West Side. Tutaj życie toczy się w zawrotnym tempie, ale mnie to nie przeszkadza.
Po krótkim spacerze docieram do budynku i wchodzę do środka. W mieszkaniu panuje cisza. Zdążyłam do niej przywyknąć, lecz dziś odczuwam ją bardziej niż zwykle.
Odwieszam szalik i kurtkę na wieszak w przedpokoju. Chciałabym zadzwonić do siostry i powiedzieć, że jednak tym razem przyjadę na święta, ale coś mnie blokuje. Niech ten grudzień już minie, bo dopóki trwa, wspomnienia nieustannie do mnie wracają.
Umówiłam się z Vicky na wieczór. Ona wie, kiedy jej potrzebuję, chociaż nigdy nie mówię tego wprost. Nie lubię zaprzątać innym głowy swoimi problemami, bo wiem, że każdy z nas się z jakimiś boryka. Jednak Victoria nie czeka, aż poproszę ją o pomoc. Po prostu się zjawia, okazując mi w ten sposób swoje wsparcie. Jest prawdziwą przyjaciółką i wiem, że zawsze mogę na nią liczyć.
Poznałyśmy się w podstawówce i chodziłyśmy razem do jednej klasy aż do końca liceum. Wybrałyśmy inne kierunki studiów, ale po przyjeździe do Nowego Jorku wynajęłyśmy razem mieszkanie. Teraz Vicky od dwóch lat mieszka z narzeczonym, a ja zostałam sama.
Jestem singielką, bo do tej pory nie spotkałam mężczyzny, przy którym poczułabym, że to właśnie to. Nie szukam jednak nikogo na siłę. Wierzę, że kiedy pojawi się ta właściwa osoba, po prostu będę to wiedziała. Jednakże mając trzydzieści lat, czasem zastanawiam się, czy los w ogóle postawi kogoś takiego na mojej drodze.
Szybko się ogarniam przed przyjściem Victorii i zabieram do salonu butelkę wina, kieliszki i miskę chipsów. Ona miała wykupić jakiś film na Amazonie, choć pewnie i tak nie będziemy go oglądać, bo przegadamy pół wieczoru. Kiedy słyszę pukanie, podchodzę do drzwi, zerkam przez judasz i otwieram.
– Co masz taką smętną minę? – rzuca przyjaciółka zamiast powitania. – Uśmiech to zdrowie, kochaniutka.
– Ciebie też miło widzieć – odpowiadam, wpuszczam ją, po czym zamykam drzwi.
Podaje mi ciężką reklamówkę. Coś czuję, że się dzisiaj ululamy. Całe szczęście, że jutro obie mamy wolne.
– Jestem wykończona. – Vicky pada na kanapę i wygodnie się na niej rozsiada. – Myślałam, że ten dzień nigdy się nie skończy. Morgan dorzucił nam dodatkową robotę i miałam ochotę go ukatrupić.
Victoria pracuje w kancelarii – jest prawniczką specjalizującą się w prawie rodzinnym. Lubi swoją pracę, lecz widzę, że przy niektórych sprawach trudno jej się od niej odciąć. Z jednej strony ją rozumiem, ale z drugiej martwię się, że za bardzo angażuje się emocjonalnie w problemy swoich klientów.
Odkorkowuje butelkę, nalewa wina do kieliszków, podaje mi jeden, a z drugiego bierze solidny łyk.
– Jak ci minął dzień? – pyta, zerkając na mnie.
Tak samo jak zwykle.
– Dobrze. Byłam w kawiarni i chciałam tam popracować, ale nie mogłam się za bardzo skupić i wróciłam do domu – odpowiadam, choć wiem, co zaraz usłyszę.
– Noelle, zdaję sobie sprawę, że to trudne, ale musisz spróbować iść dalej. Wiem, łatwo mówić, bla, bla, bla, ale serio, musisz pozwolić temu odejść. – Wzdycha i przez chwilę szuka odpowiednich słów. – Mamę zawsze będziesz nosiła w sercu. Widzę, jak z roku na rok coraz bardziej cię to przytłacza.
– Zgadałaś się z moją siostrą czy co? – Przewracam oczami i popijam słodkie wino.
Rozumiem, że chcą dla mnie dobrze i jestem im za to przeogromnie wdzięczna. Jednak potrzebuję czasu. Byłam bardzo związana z mamą. Odeszła zbyt nagle. Mimo choroby nikt nie był gotowy na to, że naprawdę ją stracimy. Zawsze tryskała energią, rzadko kiedy coś jej dolegało, a tu nagle to cholerne raczysko ją zabrało.
– Skarbie, wyjdź do ludzi. Idź na imprezę, wyszalej się i żyj, bo ty tylko egzystujesz. – Patrzy na mnie z troską, której nie potrzebuję. – Nie myślałaś o terapii? Może to by ci pomogło? – proponuje.
– Żartujesz? – obruszam się. – Nie chcę żadnych terapeutów. Co mi obca osoba powie? Jak mi pomoże? Psychotropy mi przepisze? – parskam sarkastycznie. – Dziękuję, sama sobie z tym poradzę, bez niczyjej pomocy.
Przyjaciółka mierzy mnie wzrokiem i ze smutkiem kręci głową. Wie, że nie wierzę w terapię i nie mam ochoty nawet jej rozważać.
– Skąd wiesz, że ci nie pomoże, skoro nigdy nawet nie próbowałaś? – Wzrusza ramionami. – Może warto dać temu szansę – nie ustępuje.
– Daj spokój, Vicky. – Spinam się. – Zmieńmy temat. Wiesz, kogo spotkałam dzisiaj w The Cozy Cup?
– Kogo? – Unosi brwi.
– Finna…
Zastanawia się przez chwilę, kogo o tym imieniu znała, lecz wygląda na to, że nie kojarzy.
– Jakiego Finna? – Drapie się po policzku, nadal szukając w pamięci.
– Harrisa, tego co chodził z nami do liceum.
Wpatruje się we mnie, po czym klaszcze i głośno się śmieje.
– Tego pryszczatego nerda z tłustymi włosami i wystającym brzuchem, który wyglądał, jakby bał się własnego cienia? – upewnia się.
Śmieję się z jej doboru słów, ale w głowie mam zupełnie inny obraz Finna. Vicky jest jedną z niewielu osób, przy których potrafię tak szczerze się śmiać, mimo że od dłuższego czasu mam naprawdę kiepski okres. To właśnie ona najczęściej potrafi do mnie dotrzeć i czasami sprowadzić mnie na ziemię (choć nie zawsze jej się to udaje).
– No, muszę ci powiedzieć, że z tego „pryszczatego nerda”, jak go określiłaś, nic nie zostało. Wyprzystojniał, po trądziku nie ma śladu, a sadełko zniknęło. Byłam w szoku, że aż tak się zmienił.
– Gadałaś z nim? Rozpoznał cię? – wypytuje podekscytowana, bo już wietrzy w tym jakąś sensację.
– Nie. – Kręcę głową. – O czym niby miałabym z nim rozmawiać? W szkole przecież prawie z nikim nie gadał. Poza tym minęło jedenaście lat, więc wątpię, żeby mnie pamiętał.
Tak naprawdę podejrzewam, że Finn był bardziej spostrzegawczy, niż większości z nas się wydawało. Nieraz widziałam, jak obserwuje innych, choć skrzętnie udawał, że wcale tego nie robi. Może i uchodził za dziwaka, ale nie za kujona, chociaż dobrze się uczył.
– Eee… A już myślałam, że do niego zagadałaś i trochę poflirtowałaś – żartuje, na co prycham.
– No, mogłam mu od razu zaproponować małżeństwo – rzucam, po czym obie wybuchamy śmiechem.
– Jeszcze chłop by na zawał padł – rechocze. – Pamiętasz, jak Ally do niego podeszła, a on się biedak zaczerwienił i uciekł, gdzie pieprz rośnie? Albo jak Madeline zapytała go, czy „tarmosi bobra”?
Jezu, pamiętam to. Szkoda mi go było, ponieważ wiele osób mu dokuczało i się z niego śmiało. Ja nie brałam w tym udziału. Nawet kilka razy chciałam do niego zagadać, ale unikał mnie jak ognia. Pewnie myślał, że też chcę sobie z niego zażartować.
– To był cios poniżej pasa – mówię, podjadając chipsy.
– Masz rację, ale nigdy się nikomu nie postawił, więc ludzie czuli się bezkarni – stwierdza i muszę jej przyznać rację.
Tym razem to ja rozlewam resztę z pierwszej butelki i otwieram nową. Brakowało mi takich rozmów na luzie. Z Vicky nie spotykamy się tak często, jak byśmy chciały, ani nie wisimy na telefonach, ponieważ mamy swoje obowiązki. Dlatego bardzo cenię nasze spotkania.
Rozmawiamy jeszcze chwilę, po czym decydujemy się obejrzeć film. Włączam Diabeł ubiera się u Prady. Planujemy następnym razem obejrzeć drugą część. Zakopujemy się pod kocem. Gaszę światło i zostawiam tylko LED-y, które delikatnie rozświetlają salon.
Wchodzę do apartamentu i od razu idę do gabinetu. Włączam komputer i siadam za ciężkim drewnianym biurkiem, żeby przejrzeć e-maile. Jakiś czas temu wróciłem do Nowego Jorku, by zająć się tutejszym biznesem, który zaczyna sprawiać coraz więcej problemów.
Na blacie leżą porozrzucane notatki, które wczoraj zrobiłem podczas rozmowy z Asherem. Przesuwam je palcami, bo raport z nowojorskiego lokalu nie daje mi spokoju. Spadek klientów w ostatnich tygodniach jest większy, niż zakładałem, a atmosfera miejsca, które miało być wizytówką całej sieci, zaczyna się zmieniać.
Odchylam się na krześle i wpatruję się w laptop niewidzącym wzrokiem. Muszę szybko coś wymyślić, zanim mój biznes zacznie się sypać. Nie mogę dopuścić do tego, żeby miejsce, które tyle dla mnie znaczy, przestało istnieć.
Przecieram twarz dłonią i cały czas zastanawiam się, z której strony to ugryźć. Tu chodzi o coś więcej niż tylko utrzymanie się na powierzchni. Kawiarnia przestała być tym, czym miała być. Zbyt sterylne wnętrze, powtarzalne menu, brak atmosfery, która kiedyś przyciągała ludzi.
Klienci przestają wracać, a w opiniach Google coraz częściej powtarza się jedno: że to miejsce straciło swój klimat.
Czasy się zmieniają. Dziś oczekuje się od kawiarni czegoś więcej niż tylko kawy i ciastek. Odwiedzający chcą miejsc, które żyją razem z nimi, zmieniają się wraz z porami roku i oferują coś więcej niż tylko chwilę przy stoliku. I choć rozumiem to doskonale, właśnie to zaczyna być problemem, który muszę rozwiązać. Jestem w Nowym Jorku, żeby to naprawić.
The Cozy Cup jest dla mnie czymś więcej niż tylko kawiarnią. To od niej zaczęła się cała moja droga. Włożyłem w nią wszystko, co miałem – czas, pieniądze i nerwy, mimo że nie miałem pewności, czy w ogóle się uda.
A jednak się udało.
Z czasem The Cozy Cup zaczęła się rozwijać i otworzyłem kolejne lokale w Filadelfii, Bostonie, Newark i Baltimore. A teraz, patrząc na raporty, mam wrażenie, że coś, co budowałem latami, zaczyna wymykać się spod kontroli.
Telefon wibruje na blacie, przerywając ciszę, która zaczynała mnie już irytować.
– Tak? – Odbieram, nie odrywając wzroku od papierów.
– Powiedz, że masz jakiś plan, Finn. – W głosie Ashera słyszę zmęczenie większe niż zwykle.
Chciałbym, ale mam totalną pustkę w głowie. Nie wiem, co zrobić. Nigdy bym nie pomyślał, że coś może zachwiać tym, co stworzyłem.
– Przykro mi – odburkuję, przeczesując włosy palcami. – Szlag mnie trafi, jeśli czegoś nie wymyślę, bo czas nas goni. Tu nie ma miejsca na żadną zwłokę.
– Niedawno dzwonili z piekarni, która dostarcza nam wypieki, że myślą o zerwaniu umowy – mówi. Natychmiast się prostuję i zaciskam dłonie na podłokietnikach fotela. – Stajemy się dla nich nieopłacalni, ponieważ nie składamy już takich zamówień jak kiedyś. Ponoć odezwał się do nich ktoś, kto zaproponował im lepsze warunki. Było też kilka e-maili od innych dostawców z tym samym problemem – dodaje.
– Kurwa mać! – Uderzam pięścią w biurko.
Nie możemy na to pozwolić. Tyle lat jesteśmy ich klientami. Jeżeli z nas zrezygnują, będziemy mieli naprawdę poważny problem.
– Prosiłem ich, by dali nam czas ze względu na lata współpracy, ale nie wiem, co to będzie, Finn. – Asher wzdycha, zrezygnowany. – Wyznaczyli nam termin do końca grudnia. Jeśli nic się nie zmieni, to się pożegnamy.
Jak mam w niecały miesiąc zmienić lokal, ułożyć nowe menu i sprawić, żeby ludzie znowu zaczęli tu wracać? Przecież tak się nie da. To zdecydowanie za krótko.
Przestaję patrzeć w raporty i odchylam się na krześle. Wszystko zaczyna mi się mieszać i czuję, że tracę kontrolę nad sytuacją. Szukam czegokolwiek, co mogłoby to uratować, ale nic nie przychodzi mi do głowy.
Nagle pojawia się myśl, której wcześniej nie brałem pod uwagę. Jak mogłem na to nie wpaść? Być może jest jeszcze jakaś szansa.
– Wynajmę firmę, która pomoże nam opracować plan działania i wprowadzić potrzebne zmiany – oznajmiam, zadowolony z siebie. – Co o tym myślisz?
– Całkiem dobry pomysł, ale musisz już teraz to ogarniać, bo nie wiadomo, czy gdzieś cię wcisną. Mamy grudzień i to teraz szalony czas. Miesiąc to tyle, co nic – przypomina, z czego doskonale zdaję sobie sprawę.
– Ogarnę to – mówię, po czym się rozłączam.
Wpisuję w przeglądarkę hasła związane z agencjami marketingowymi w Nowym Jorku i zaczynam przeglądać wyniki. Jest ich sporo, lecz szybko odrzucam te, które zajmują się wyłącznie pojedynczymi kampaniami. Potrzebuję kogoś, kto spojrzy na The Cozy Cup szerzej.
Dzwonię do każdej z nich, żeby zorientować się w cenach, ale nikt nie jest w stanie podać mi konkretnych stawek. Wszystko zależy od zakresu usług. Dopiero na tej podstawie można przygotować wycenę.
Decyduję się na Virello Media Group. To, co proponują, najbardziej pasuje do sytuacji kawiarni. Nie zajmują się wyłącznie reklamą, ale oferują kompleksowe podejście do marki, od strategii po kreowanie wizerunku.
Umawiam się na jutrzejsze poranne spotkanie z właścicielem. Oby wszystko poszło zgodnie z planem.
Przyjeżdżam na miejsce piętnaście minut przed czasem. Wysiadam z samochodu i od razu zapinam płaszcz. Zimne powietrze uderza mnie w twarz, gdy pewnym krokiem ruszam do środka budynku.
Wczoraj przez cały wieczór szukałem w internecie informacji na temat firmy, którą zamierzam zatrudnić. To nie jest jakaś ogromna agencja marketingowo-kreatywna, ale ma bardzo dobre opinie i często polecają ją osoby, które korzystały z jej usług. Ich strona była dość prosta. Znalazłem tam tylko informacje o działalności i zdjęcie właściciela, ale już żadnych fotografii ani danych osób, które w niej pracują.
Wybrałem ich między innymi dlatego, że nie są kolejną korporacyjną marką i mam większą szansę, że wcisną mnie do swojego grafiku na już. Jeśli nie znajdę pomocy na czas, The Cozy Cup może nie przetrwać. A wtedy pozostanie mi tylko powrót do Filadelfii.
Podchodzę do recepcji, gdzie za ladą siedzi starsza kobieta. Rozmawia przez telefon i jednocześnie coś klika na klawiaturze komputera. Czekam spokojnie, aż skończy i będzie mogła się mną zająć.
– Dzień dobry, w czym mogę panu pomóc? – odzywa się po dwóch minutach.
– Dzień dobry, nazywam się Finn Harris i mam umówione spotkanie z panem Evanem Blackwellem.
Sprawdza coś w laptopie, po czym uśmiecha się do mnie i wręcza mi identyfikator z napisem „Gość”.
– Proszę wjechać na dwunaste piętro i skręcić w prawo – tłumaczy. – Gabinet pana Blackwella znajduje się na końcu korytarza.
– Bardzo dziękuję. – Kłaniam się i odchodzę, po czym przywołuję windę.
Trochę się stresuję, ale mam nadzieję, że się dogadamy i pomogą mi rozwiązać mój problem. Wyobrażałem sobie, że na górze przyjmie mnie kolejna recepcjonistka, która mnie zaanonsuje i zaprowadzi do sali konferencyjnej, ale muszę sobie radzić sam.
Cóż, nie ma co gdybać. Zbieram się w sobie i pukam do drzwi.
– Proszę wejść – odzywa się władczy głos.
Przekraczam próg, a mężczyzna, na oko po siedemdziesiątce, wstaje od biurka i podchodzi do mnie z wyciągniętą ręką.
– Evan Blackwell.
– Finn Harris – przedstawiam się, ściskając jego dłoń.
Gestem wskazuje mi, żebym usiadł na sofie w rogu gabinetu. Zdejmuję płaszcz i przewieszam go przez oparcie kanapy.
– Napije się pan czegoś? – proponuje.
– Wody, jeśli to nie problem.
Sięga po karafkę stojącą na stoliku kawowym, nalewa wody do szklanki i mi ją podaje. Dziękuję mu, upijam łyk i odstawiam naczynie na podkładkę. Chcę przejść do sedna spotkania. Nie ma sensu tego przeciągać.
– Z wczorajszego telefonu wnioskuję, że potrzebuje pan pomocy jak najszybciej? – dopytuje.
– Zgadza się – potwierdzam, spięty. – W ostatnim czasie jedna z moich kawiarni słabo sobie radzi. Potrzebuję pomysłu, który pomoże mi przyciągnąć klientów i sprawić, że ludzie znowu zaczną ją zauważać. Zależy mi na czasie.
Mężczyzna kiwa głową i drapie się po podbródku. Liczę na to, że nie odeśle mnie z kwitkiem, bo naprawdę potrzebuję kogoś, kto pomoże mi to wszystko poukładać, najlepiej na wczoraj.
– Rozumiem. Jaka dokładnie usługa pana interesuje? Czy ma być to tylko promocja, czy coś więcej? – pyta, zerkając do dużego zeszytu, który okazuje się kalendarzem.
– Tak naprawdę coś więcej. – Wzdycham ciężko. – Nie chodzi mi o samą reklamę, ale też o zmianę wystroju i odświeżenie menu.
– Myślę, że będę w stanie panu pomóc – mówi, a ja oddycham z ulgą, bo dokładnie taką odpowiedź chciałem usłyszeć. – Tyle że osoba, która zajęłaby się tym projektem, jest obecnie zaangażowana przy innym zleceniu i będzie dostępna dopiero za kilka dni. Wtedy przygotuje dla pana pełny zakres prac i kosztorys, żebyśmy mogli ustalić wszystko szczegółowo.
Cholera! A co, jeśli nie zdążą? Każdy dzień zwłoki działa na moją niekorzyść.
– Nie da się tego przyspieszyć? – pytam. – Może byłaby szansa, żeby skrócić termin chociaż o dwa, trzy dni?
– Panie Harris, będę z panem szczery. – Rozkłada ręce. – Jesteśmy zawaleni pracą i powinienem panu odmówić. Widzę jednak, że bardzo panu zależy. Zobaczę, co da się zrobić, choć niczego nie obiecuję – oznajmia i podnosi się z kanapy. – Będziemy w kontakcie. Jak tylko mój pracownik uwinie się z obecnym zleceniem, dam panu znać.
– Dziękuję, panie Blackwell. Ratuje mnie pan z opresji. – Uśmiecham się, żeby rozładować napięcie.
– Podziękuje mi pan, kiedy na nowo przyciągnie klientów do swojej kawiarni. Wtedy będę wiedział, że mój zespół zrobił dobrą robotę – odpowiada.
Żegnamy się, po czym opuszczam jego gabinet. Teraz wszystko zależy od tego, czy zdążą na czas.
Dopiero za kierownicą samochodu pozwalam sobie odetchnąć. Odpalam silnik i upewniam się, że telefon połączył się z samochodowym zestawem Bluetooth, po czym dzwonię do menedżera The Cozy Cup. Kiedy odbiera, rzucam podekscytowany:
– Asher, udało się! Znalazłem firmę i niedługo zaczną działać.
Nie wiem, czy to wystarczy, ale po raz pierwszy, odkąd problemy zaczęły się nawarstwiać, mam konkretny plan działania.
Znowu siedzę w The Cozy Cup i ślęczę nad kampanią reklamową dla sklepu zabawkowego Little Wonders. Evanowi zależy na tym, żebym jak najszybciej skończyła obecny projekt, bo przydzielił mi już kolejne zadanie. Jeszcze nie wiem, czym będę musiała się zająć, ale zamierzam uwinąć się z bieżącym zleceniem i jutro oddać gotowy plik do akceptacji. Realizacją zajmie się kolejny dział.
Odgryzam kawałek czekoladowej babeczki, delektuję się jej smakiem i staram się ułożyć hasła do reklamy. To nie może być nic oklepanego. Potrzebuję czegoś, co od razu przyciągnie uwagę i zainteresuje potencjalnych klientów. Upijam łyk mojej ulubionej latte. Kątem oka dostrzegam otwierające się drzwi. Do środka wpada lodowate powietrze i aż się wzdrygam.
Zerkam przez ramię i widzę Finna. Rozgląda się po lokalu i mina mu lekko rzednie, kiedy widzi, że oprócz mnie siedzą tu jeszcze tylko dwie osoby. Rusza w stronę baru, gdy jego wzrok zatrzymuje się na mnie. Marszczy brwi i przygląda mi się z wyraźnym zaciekawieniem, po chwili potrząsa głową i znika na zapleczu.
Nie wiem, ile już tu siedzę, ale zaczyna okropnie boleć mnie głowa. Mięśnie mam spięte od kilkugodzinnego pochylania się nad stolikiem. Jestem zmęczona, lecz nie wyjdę stąd, dopóki tego nie ogarnę. Nawet gdybym miała tu zostać do zamknięcia.
Przeciągam się i zauważam, że zostałam w kawiarni sama. Decyduję, że tym razem mam ochotę na gorącą czekoladę, więc podchodzę do lady i ją zamawiam. Ledwo siadam z powrotem przy stoliku, gdy obok przechodzi Finn. Uśmiecha się do mnie i posyła ledwo zauważalne skinienie.
Kiedy pojawia się w pobliżu, napięcie, które towarzyszyło mi, odkąd tu siedzę, nieco opada. Rozluźniam się i od razu łatwiej mi zebrać myśli. Nie wiem, dlaczego tak na mnie działa jego obecność. Trochę to dziwne, nieprawdaż?
Popijam gorący napój i pozwalam, by ciepło rozlało się po moim ciele. Zbieram się w sobie i wracam do obowiązków. Po trzydziestu minutach przecieram poirytowana oczy, bo nadal nie mogę wymyślić żadnych sensownych haseł. Mam ochotę rzucić to w cholerę, ale wiem, że mogłabym sobie tym tylko zaszkodzić.
Niedaleko stolika, przy którym siedzę, Finn wyciera blaty i co jakiś czas zerka w moją stronę. Waha się, po czym do mnie podchodzi.
– Potrzebujesz pomocy? – Wskazuje na mój otwarty laptop i rozrzucone kartki.
– Skąd taka myśl? – dopytuję, unosząc brwi.
– Bo wyglądasz, jakbyś trochę utknęła – mówi z rozbawieniem, a ja czuję się zawstydzona. – A tak poza tym, jestem Finn.
– Noelle – odpowiadam mimochodem.
Po usłyszeniu mojego imienia spogląda na mnie uważniej, po czym się prostuje.
– Czy my się przypadkiem nie znamy? – rzuca i zaciska usta w wąską kreskę, ale zaraz je rozluźnia.
– Zastanawiałam się, czy mnie rozpoznasz – przyznaję. – Chodziliśmy razem do liceum we Freehold. Byliśmy w grupie, która robiła wspólny projekt na angielski.
– Wiedziałem, że skądś cię kojarzę – odpowiada, bawiąc się palcami.
Jest spięty, ale powoli się odpręża. Przysiada się do mnie. Muszę przyznać, że z bliska jest jeszcze przystojniejszy.
– Przykro mi, że w szkole ci dokuczali – mówię, choć nie do końca wiem, dlaczego to robię. – Nie zasługiwałeś na to.
– Było, minęło. – Ucina od razu, jakby nie chciał do tego wracać.
W sumie się nie dziwię. W końcu minęło jedenaście lat. Nie ma sensu grzebać w przeszłości.
– Mieszkasz w Nowym Jorku? – pyta, podtrzymując rozmowę.
– Tak, przeniosłam się tu na studia i już zostałam. – Lekko się uśmiecham. – A ty?
– Nie, ale przez jakiś czas będę w Wielkim Jabłku – oznajmia, zaciskając dłonie.
Brzmi to tak, jakby kryło w sobie coś więcej, ale nie zamierzam go wypytywać.
– Pracujesz w tej kawiarni? – Nadal mnie zastanawia, co tu robi.
– Jestem jej właścicielem. Mam też kilka innych lokali, ale nie tutaj – wyjaśnia i przeczesuje palcami włosy.
No proszę. Tego naprawdę się nie spodziewałam.
– Och, rozumiem.
Unoszę brwi, próbując ukryć zaskoczenie. Cichy chłopak, który kiedyś trzymał się na uboczu, teraz prowadzi własny biznes. To spora zmiana.
Uwielbiam The Cozy Cup. Kiedy ją znalazłam, od razu wiedziałam, że będę tu często wracać. Stała się moją małą oazą spokoju. Jest blisko mieszkania i z atmosferą, która pozwalała mi zapomnieć o wszystkim. Ostatnio klientów jest coraz mniej, ale mnie to nie przeszkadza. Dzięki temu mogę spokojnie pracować i nic mnie nie rozprasza.
– Noelle… – Głos Finna wyrywa mnie z zamyślenia.
– Przepraszam, trochę odpłynęłam. – Uśmiecham się z zakłopotaniem. – O coś pytałeś?
– Nad czym pracujesz i czy potrzebujesz pomocy? – powtarza.
Nie zaszkodziłoby skorzystać. Co dwie głowy, to nie jedna. Może spojrzy na to świeżym okiem.
– Dobra, potrzebuję świątecznych haseł do nowego sklepu z zabawkami – mówię, obracając długopis między palcami.
– Hmm…
Zastanawia się przez moment, podnosi się i podchodzi do lady po kawę. Chwilę później wraca z kubkiem w dłoni.
– Mamy okres przedświąteczny, więc powinnaś mieć głowę pełną pomysłów – zauważa z rozbawieniem. – To podobno cudowny czas, który naprawdę pobudza wyobraźnię.
Może dla niego. Dla mnie niekoniecznie. Jeszcze kilka lat temu pewnie bym tak nie myślała. Teraz święta są tylko przypomnieniem tego, czego już nie ma.
– Oczywiście. Przecież wszyscy uwielbiają Boże Narodzenie – rzucam z sarkazmem.
– Nie lubisz świąt? – pyta z wyraźnym zaskoczeniem.
– Nie i nie chcę o tym gadać – ucinam krótko. – To jakie masz pomysły na slogany promocyjne?
– Mam jeden warunek.
Czemu mnie to nie dziwi?
– Zamieniam się w słuch – mówię, patrząc na niego wyczekująco.
– Za dwie godziny zamykamy. Dasz się zaprosić na spacer? – Zaskakuje mnie tym pytaniem i patrzy na mnie z powagą.
Nie mogę powstrzymać uśmiechu. Spodziewałam się raczej moralizowania i namawiania, żebym polubiła święta.
– Niech będzie – zgadzam się. – Muszę jednak przyznać, że trochę mnie zaskoczyłeś.
Tak naprawdę nigdy nie byliśmy znajomymi. Trzymałam się z ludźmi, którzy często się z niego naśmiewali, choć sama nigdy nie brałam w tym udziału. Tym bardziej dziwi mnie, że Finn nagle ma ochotę ze mną rozmawiać poza kawiarnią.
– Siebie też. – Wzrusza ramionami, lekko przechylając głowę. – Ale czemu nie? To tylko spacer.
Ma rację. Przecież nic takiego się nie dzieje. Pogadamy i tyle.
– Dobra, żeby dłużej nie przeciągać… wymyślaj hasła, Harris.
Przez kilkanaście minut rzuca kolejne pomysły, ale żaden nie wydaje się właściwy. Jedne są zbyt wymyślne, inne za proste, a jeszcze inne kompletnie pozbawione emocji. Zapisuję kilka na kartce, jednak wciąż mam wrażenie, że czegoś brakuje.
– A może zamiast „Podaruj radość w te święta” dać: „Podaruj swojemu dziecku radość w te święta”?
Tak, brzmi zdecydowanie lepiej.
– Podoba mi się – przyznaje z zadowoleniem. – Co powiesz na „Magia świąt w każdej zabawce”? Albo: „Mikołaj robi tu zakupy”?
Przeglądam jego propozycje w notatkach i od razu widzę, które brzmią jak coś, co faktycznie mogłoby przejść dalej, a które wymagają dopracowania.
– Całkiem niezłe – stwierdzam i zapisuję je w pliku w komputerze. – Mam jeszcze coś: „Graj. Baw się. Odkrywaj święta”.
Zatrzymuję palce nad klawiaturą. To akurat jest naprawdę dobre.
– Brzmi zachęcająco. A co powiesz na: „Każda zabawka kryje historię”? – proponuje. – To też może się sprawdzić.
Kiwam głową z aprobatą, zapisując to hasło.
Kolejne pół godziny spędzamy na wymyślaniu następnych propozycji i w końcu wybieramy dziesięć najbardziej chwytliwych.
Teraz tylko muszę dopracować grafiki. To pestka, bo podstawowe wersje już mam gotowe. Wystarczy nałożyć tekst, dopieścić całość i wysłać do szefa do akceptacji. Potem kampania może ruszyć: social media, prasa i billboardy cyfrowe w centrum miasta. Klient zainwestował w ten projekt sporo pieniędzy, więc zależy mi, żeby był w pełni zadowolony.
– Skoro to wspólnie ogarnęliśmy, wracam do swoich zajęć. Mam kilka dokumentów do podpisania, a ty dokończ jeszcze to, co musisz – mówi, wstając z krzesła. – Za niecałe czterdzieści minut zabieram cię na najpyszniejsze prażone kasztany w całym Nowym Jorku.
Zostawia mnie i znika na zapleczu, gdzie pewnie ma biuro.
Nie wiem, czy to dobry pomysł, żebyśmy gdzieś razem szli, ale z drugiej strony… czemu nie. To dobra okazja, żeby lepiej się poznać. Finn wydaje się naprawdę w porządku. Nie jesteśmy już dzieciakami, które muszą przejmować się tym, co pomyślą inni.
Przechadzamy się po Rockefeller Center, a mnie dopadają wspomnienia. To właśnie tutaj mama zabierała mnie i moje siostry w każde święta. Kiedy byłyśmy małe, co roku przyjeżdżałyśmy z Freehold do Nowego Jorku, żeby oglądać choinkę na Rockefeller Plaza, odwiedzać świąteczne jarmarki, jeździć na łyżwach, objadać się piernikami i pić gorącą czekoladę. Wtedy grudzień wydawał mi się naprawdę magicznym czasem.
– Wiesz, to kiedyś było moje ulubione miejsce – rzucam, podjadając kasztany, które naprawdę dobrze smakują.
– Tak? – Finn odwraca się do mnie i przez chwilę idzie tyłem. – A teraz już nie jest?
– Mhm – odpowiadam. Czuję, jak coś ściska mnie w gardle, ale szybko nad sobą zapanowuję. – Uwielbiałam tu spacerować i chłonąć świąteczną atmosferę.
Wciąż pamiętam wszystko, jakby to było wczoraj. Przymykam powieki i niemal czuję smak pierników oraz gorącej czekolady z piankami i bitą śmietaną. Chciałabym choć na jeden dzień cofnąć się w czasie i przeżyć to jeszcze raz.
– Czy coś się stało? – pyta. Podrzuca kasztana i łapie go w usta, a po chwili dodaje: – Wiesz, że Noelle po francusku znaczy Boże Narodzenie? To trochę tak, jakbyś nosiła w sobie świąteczną cząstkę, nawet jeśli czasem trudno ją poczuć.
– Oczywiście, że wiem – odpowiadam ze smutkiem, który od razu zauważa. Mama celowo dała mi to imię, chcąc zostawić we mnie coś z tej atmosfery.
Finn na moment się zamyśla, po czym pyta wprost:
– Noelle, dlaczego nie lubisz świąt?
Zamykam oczy i ciężko przełykam ślinę. To trudny temat i nie lubię go poruszać. Jednak przy Finnie czuję, że mogę powiedzieć więcej. Sama nie wiem, skąd bierze się to poczucie. Przecież gdyby nie przypadek, pewnie nawet bym o Finnie nie pamiętała. A mimo to mam wrażenie, że mnie nie oceni.
Biorę głęboki oddech i zaczynam opowiadać.
– Sześć lat temu, kilka dni przed świętami, zmarła moja mama. Była ciężko chora i odeszła. W szpitalu, nocą… Sama, bez nikogo. Chciałyśmy z siostrami być przy niej, ale nie zdążyłyśmy. Do dziś boli mnie to, że nie mogłyśmy się z nią pożegnać. – Łzy zaczynają spływać mi po policzkach. – Z mamą kochałyśmy święta… wszystkie przygotowania i ten czas razem. Po jej śmierci nic już nie jest takie samo. Straciłam tę radość i nie potrafię jej odzyskać. Chciałabym to zmienić dla niej… Ale nie umiem, Finn. Już nie.
Zatrzymuje się i mocno mnie przytula, co całkowicie mnie zaskakuje. Pochyla się nade mną i szepcze tuż przy moim uchu:
– W porządku. Wszystko będzie dobrze.
Pozwala mi się wypłakać na swoim ramieniu, mimo że jesteśmy sobie obcy. Kiedy w końcu się uspokajam, delikatnie odsuwa się ode mnie, a potem składa krótki pocałunek na moim czole.
– Sprawię, że odzyskasz spokój i na nowo poczujesz święta, Noelle – zapewnia mnie.
Nie wiem, co odpowiedzieć. Ta obietnica brzmi tak, jakby dzisiejszy spacer miał być dopiero początkiem, a nie naszym jedynym spotkaniem. To wydaje się nierealne, ale chcę wierzyć Finnowi. Po latach pustki czuję, jakby coś bardzo powoli zaczynało do mnie wracać.
Może właśnie tego potrzebowałam. Kogoś, kto nie będzie próbował mnie naprawiać ani przekonywać, że już czas ruszyć dalej.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Od Autorki
1. Noelle
2. Noelle
3. Finn
4. Noelle
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
