69,90 zł
Najbardziej niesamowita literacka podróż Olgi Tokarczuk
„I co jeśli jedno życie dopełnia drugie albo te życia przenikają się na wiele sposobów, a ludzie o tym nie wiedzą? Lub gdy wiele ludzkich losów splata się w trudne do wyobrażenia figury? I co to wszystko oznacza?”
Po raz pierwszy spotykają się tuż po wojnie, wiosną 1946 roku, w zniszczonej bombardowaniami kamienicy we Wrocławiu. Kim są ludzie, których drogi zeszły się na gruzach twierdzy Breslau? Co zmusiło ich do zebrania się wokół tej dziwnej kosmicznej osi, która jednoczy niebo, ziemię i podziemie? Czy pamięć pozostawionych za sobą domów, upraw, smaków i zapachów odejdzie bezpowrotnie, jak część ich pomordowanych rodzin i przyjaciół? Czy też będzie żyć w nich, pomagając zasiedlić ziemię równie obcą jak nowi sąsiedzi? I czy tajemnice, z którymi przybyli, rany, których doznali, ich często niejasna przeszłość i nowe nazwiska, wody z rzek, nad którymi mieszkali, pozwolą im odbudować tożsamość? A może będą musieli stworzyć zupełnie nową?
„Ta książka jest moim aktem wiary w siłę życia, w moc budowania nowego po katastrofie, w potęgę różnorodności, która zdaje się być ewolucyjną siłą, pomagającą zachować nam odporność na wszelkie zagrożenia. Mam także nadzieję, że przysłuży się lepszemu rozumieniu naszej złożonej zbiorowej tożsamości”. Olga Tokarczuk
Świata jest za dużo to powieść konstelacyjna i panoptykalna. Jest w niej wszystko, co w twórczości Olgi Tokarczuk budzi najwyższy podziw. Dolny Śląsk, zwłaszcza Wrocław i Wałbrzych, stają się w niej sceną jednego z największych w historii Europy eksperymentów społecznych. Autorka, opisując jego istotę, podąża jednak dalej, poza Ziemie Zachodnie. W tej barwnej, napisanej z niespotykanym rozmachem powieści wędrujemy wraz z bohaterami po Lwowie, Drohobyczu i Buenos Aires, wzdłuż Dniestru i Odry, przez góry i niziny, kilkadziesiąt i kilkaset lat temu, i dzisiaj.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 778
Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK
Zespół redakcyjno-korektorski: WOJCIECH ADAMSKI, WALDEMAR POPEK, HENRYKA SALAWA, JOANNA ZABOROWSKA, KRYSTYNA ZALESKA, ANETA TKACZYK
Konsultacja historyczna: TOMASZ PRZERWA
Konsultacje filologiczne: MARCIN GACZKOWSKI, LIDIA TUWALSKA-NAPIÓRKOWSKA, JAN GERMAN, ELŻBIETA ZARYCH
Projekt okładki, opracowanie graficzne: KIRA PIETREK
Na okładce wykorzystano fragment plakatu autorstwa Janusza Marii Brzeskiego sygnowany pseudonimem Oracz, pt. Nad Odrę po ziemię ojców i dobrobyt, Wydawca Wojewódzki Urząd Informacji i Propagandy, Kraków 1945.
Na wyklejce wykorzystano mapę Ducatus Silesiae Tabula Geographica Prima Inferiorem Eius Partem seu Novem Principatus, 1745.
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
© Copyright by Olga Tokarczuk © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2026
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-09416-7
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).
Komisja nazewnicza
Według nas tak mogło to wyglądać.
Na stole stała oranżada w butelkach z zamknięciem typu krachla – gdy zwolniło się druciany kabłąk, ceramiczny korek odskakiwał, wydając charakterystyczny odgłos „pyk”, a w płynie ruszały w górę białe bąbelki.
Prawie wszyscy palili, ciężkie poniemieckie popielniczki z rżniętego szkła szybko zapełniały się niedopałkami. Niektórzy ćmili papierosy w szklanych lufkach – rano jeszcze czyste białe rurki z biegiem godzin zarastały od środka ciemnobrązowym nalotem nikotyny i węgla ze spalonego tytoniu, niczym arterie śmiertelnie chorego człowieka. Posiedzenie się rozpoczęło.
Profesor X, pełniący dziś funkcję przewodniczącego, wyciągnął kajet, w którym zbierał wszelkie pomysły, zapisując je starannie w równych kolumnach. Powiedział:
– Świata nie da się opisać w realistyczny tylko sposób. Musimy na to zważać. Nazwy nie mogą być wyłącznie pragmatyczne i odnoszące się wprost do historii, ukształtowania terenu czy innych cech.
Był zwolennikiem wymyślania nazw całkowicie nowych, poetyckich, ładnie brzmiących.
– Musi zadziałać jakiś element zadziwienia nazwą, tylko wtedy będzie nam służyła, będziemy ją kochać i pamiętać.
– A czemuż to szanowny kolega twierdzi, że nie da się świata opisać realistycznie? – odezwał się nagle zaczepnie profesor Y; jego ciemne, prawie czarne włosy, zaczesane do tyłu, odsłaniały wielkie zakola.
– A bo, drogi kolego, świat nie jest tylko sumą faktów, to by było za proste – odrzekł profesor X łagodnie. – Poza faktami są też emocje i powiedziałbym... fantazmaty, równie ważne jak fakty. Widzimy świat nieobiektywnie, życzeniowo, takim, jaki chcielibyśmy, żeby był.
– Ale on taki nie jest – mruknął profesor Z.
– Nie jest – potwierdził profesor X smutno i zgasił papierosa w przepełnionej po brzegi popielniczce. – Pani Krysiu, czy mogłaby pani opróżnić popielniczki?
– Wyobraźnia i fantazja też mają wpływ na rzeczywistość – poparł profesora pan A, bez tytułu, ale z kilkoma książkami na koncie. Był pisarzem, miał więc prawo zajmować się nazewnictwem.
– Oczywiście – ucieszył się z tego wsparcia profesor X. – Oczywiście. Wyobrażenia i związki między zjawiskami można podzielić na te, które widzimy, te, które przeczuwamy, i te, których nie dostrzegamy. Legendy, opowieści, ułomki pamięci, jakieś skojarzenia, wszystko to, czego nie da się... nie da się uchwycić – tu zrobił ręką gest łapania czegoś w powietrzu – co tylko przelatuje, jak owad... Te ostatnie rzeczy możemy nawet sobie roić.
– Co pan powiedział? – ożywił się profesor Y.
– Roić. To ten sposób myślenia, który konfabuluje, łączy, przeczuwa, który wyrasta poza zwykłe porządki języka, stanowiące, że to słowo ma być zawsze koło tego słowa, że jeżeli A, to B. Tak mogłaby myśleć maszyna. Ale istotą człowieka jest rojenie sobie.
– Pan profesor jest poetą – powiedział ze słabo ukrywanym niesmakiem profesor Y. – Tylko czy to miejsce i czas na poezję? My przecież mamy dostarczyć nazw dla miejsc! Żeby ludzie mieli adresy, żeby można je było po prostu od siebie odróżnić, żeby naprawić mapy skażone niemczyzną. To praca porównywalna do produkcji jakiegoś fizycznego dobra, jak w fabryce.
– Ja tylko postuluję, żebyśmy puścili wodze fantazji.
– Szanowny kolega, jako że jest przewodniczącym tej komisji, powinien raczej zwrócić uwagę na konkretne zadania i priorytety. I zasady. Uważam, że warto je przypomnieć. Jak wiemy, wiele z miejscowości na naszym terenie nie ma zwyczajowych polskich, słowiańskich nazw, a przynajmniej nikt ich nie pamięta. Istnieje tutaj spora dowolność, więc może kolega A puścić wodze swojej fantazji – profesor Y zwrócił się do pisarza, żeby już nie atakować przewodniczącego.
– Dziękuję za ten twórczy przywilej – powiedział A, uśmiechając się niewinnie.
– Dziś kończymy literę „S”. „T” mamy już zrobioną, później zajmiemy się „W”. Tak jak postulował profesor Y, przypomnę trzy zasady, którymi powinniśmy się kierować. – Profesor X najwyraźniej próbował zająć na powrót swoją nadszarpniętą pozycję prowadzącego. – Uznaliśmy, że nie potrzebujemy ich zapisywać, prawda? Po pierwsze, nazwy mają mieć związek ze słowiańską historią tych ziem, słowiańskimi mitami i legendami. Po drugie, nie powinny wiązać się z religią. Po trzecie, niech będą trudne do wymówienia dla Niemców, takie, żeby tylko język i gardło słowiańskie poradziły sobie z ich fonetyką. Co to znaczy? Ma być dużo „rz”, „ż”, „ś” i „ć”. I tak dalej. Czy możemy więc zacząć?
Obradujący sięgnęli po kolejne papierosy, co było znakiem gotowości do pracy.
– Na przykład mamy tutaj rozciągniętą wieś leżącą w dolinie, górną, średnią i dolną. Steine.
– Kamień?
– Banalne. Może po prostu Dolina?
– No i jak to będzie brzmieć: Dolina Górna, Dolina Średnia i Dolina Dolna. Bo to są trzy osobne osady. Śmieszne.
– Ścianowce?
– Brzydko i bez sensu: jaka ściana, tam jest płasko, proszę spojrzeć na mapę.
Pisarz A zajrzał do swojego kajeciku i powiedział:
– Stokrotnik.
– Nie ma ani „ż”, ani „szcz”, ani „ś” – burknął profesor Y.
– Może Kołyska? Tak to wygląda na mapie, jak kołyska.
– Miejscowi ludzie sami wynaleźli tutaj nazwę i mówią: Skałeczno. Może zostawmy tak?
– Albo Ściegi, wygląda, jakby ktoś szył, jest „ś”.
Padły jeszcze inne propozycje, na przykład Młyny (bo na rzece było ich kilka). Tutaj profesor X dodał natychmiast: „Boże”, i przez chwilę delektował się możliwą nazwą tej sudeckiej wsi: Młyny Boże Górne, Młyny Boże Dolne i Młyny Boże Średnie. Ale oczywiście miało być bez bogów. Potem padły kolejne: Strumieniowa Dolna, Górna i Średnia. Albo Średnik. Średnik Dolny, Średnik Górny, Średnik Średni.
Profesor Y popatrzył na zgromadzonych znad okularów w taki sposób, że nie można było wątpić: z X się nie lubią.
Panie wniosły kolejną kawę w szklankach ustawionych na szklanych spodeczkach, na każdej szklance leżała aluminiowa łyżeczka. Opróżniły znowu popielniczki i teraz miło było zapalić kolejnego papierosa.
– Ścinawa – powiedział nieśmiało profesor Z.
– To już gdzieś było... Tak, jest już Ścinawa.
– To może po prostu zdrobnijmy: Ścinawka – zaproponował Z.
Profesor Y rozejrzał się po zgromadzonych, a oni, zajęci słodzeniem kawy, pokiwali zgodnie głowami. Nawet kolega A, pisarz, wzruszył na znak zgody ramionami, po czym wsypał do szklanki kilka łyżeczek cukru.
– Niech będzie. Idźmy dalej! Kolego, proszę zaprotokołować.
Profesor Z nie krył zadowolenia, sięgnął po kawę i rozmącił łyżeczką jej piękny kożuch. Po chwili przerwy, kiedy sekretarz wpisywał nową nazwę do sprawozdań i rozporządzenia, wzięli się za Waldenburg.
– Waldenburg brzmi niedopuszczalnie, zbyt teutońsko. Jakie są propozycje?
– Leśny Dwór? – zapytał ośmielony niedawnym sukcesem profesor Z.
– Jak schronisko na szlaku – rzucił ktoś i zapił kawą.
– Ano są dowody, że w trzynastym wieku nasi słowiańscy przodkowie nazywali to miejsce Lasogrodem, więc postulowałbym tę nazwę.
– Lasogród, Leśniowa, Leśno, Lesień, Leszczyna, Wądroże, Borzymir, Darz Bór, Drzewiesno, Leśny Dżdż – produkował propozycje pisarz A.
– Słucham? – ożywił się profesor Y.
– Od mokrej mgły, od dżdżu...
– Proszę pamiętać, że zawsze w trudnych sytuacjach możemy się posiłkować imionami słowiańskimi.
– Pomścibor, Borzymir, Borzysław, Borzywoj, Borzebor... – wymyślał pisarz.
– Niepotrzebne byłyby te elementy religijne.
– Ale to od boru, nie od Boga.
– A może od wallen, pielgrzymować?
– Pielgrzymowice.
Wszyscy skrzywili się jak na komendę.
– A może od właścicieli: Czetryc.
– Albo od Bolka Świdnickiego: Bolków.
– Ale mamy już Bolków gdzie indziej. A poza tym to szlachta.
– A może z czeszczyzny?
– A jak by to było?
– Wałbrzich, są takie zapisy.
– Wałbrzych po polsku – powiedział profesor X cicho, jakby próbował smak tego słowa.
Zamyślili się wszyscy i znowu zapalili po papierosie, choć większość dopiero co skończyła poprzedniego. I sekretarz wpisał tę nową nazwę do swoich rubryk.
Profesor X pomyślał, że jeszcze żadne miasto nie nazywało się tak brzydko.
– Wałbrzych – powiedział do siebie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
