Bieguni - Olga Tokarczuk - ebook + audiobook

Bieguni ebook i audiobook

Olga Tokarczuk

4,4

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Międzynarodowa Nagroda Bookera 2018!

Uhonorowana Literacką Nagrodą Nike, jedna z najgłośniejszych i najszerzej komentowanych powieści Olgi Tokarczuk.

Co mamy wspólnego z biegunami – prawosławnym odłamem starowierców, ludźmi, którzy zło oswajają ruchem? Ile jest w nas z biegunów?

Od dawnych sułtańskich pałaców przez siedemnastowieczne gabinety osobliwości po współczesne hale odlotów – Olga Tokarczuk zabiera czytelników w niezwykłą podróż przez różne miejsca i czasy. Zaprasza do wspólnego oswajania migotliwej, fragmentarycznej rzeczywistości, do porzucania utartych szlaków. Ta powieść nie ma granic – dzieje się na całym świecie.

„Tokarczuk udało się w sposób niezwykły, inteligentny i wrażliwy przedstawić otaczający nas świat. Fascynująca powieść!”

TV ORF

„Bohaterami tej książki są nomadzi i koczownicy, nieprzywiązani do własnych korzeni. Kobiety wożące w torebkach zapasowe szczoteczki do zębów na wypadek nagłej podróży i mężczyźni umiejący spakować cały swój dobytek w 10 minut, zawsze gotowi do drogi. Proza Olgi Tokarczuk przekonuje, iż poczucie ładu wszechświata dostępne jest każdemu, o ile tylko podróżuje”.

Marta Cuber, „Polityka”

„Oryginalna, pasjonująca i znakomicie napisana”.

„Le Figaro”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 453

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 13 min

Lektor: Olga Tokarczuk

Oceny
4,4 (57 ocen)
38
10
4
4
1
Sortuj według:
pikselinka

Z braku laku…

Przebrnęłam 1.5 rodziału. Nic się nie dzieje, napisane ładną prozą, ale wieje nudami przez które nie da się kontynuować. 2 gwiazki tylko za ciągnący się ładny styl pisania, może łatwo uśpić, polecam jak ktoś ma trudności ze spaniem.
10
Beata_ki

Z braku laku…

Słaba
00
IWONABRU

Nie polecam

Taka literatura nie jest chyba w moim guście. Wiem że to Noblistka ale cóż,:jeszcze się taki nie urodził co by wszystkim dogodził
00
Kaciarynag

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo śmieszna książka! rozluźnia!
00
stasheq

Z braku laku…

Czyta się dość szybko i łatwo ale nie mailem z tego rozrywki ani nowej wiedzy.
00

Popularność




Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 2007
Re­dak­tor se­rii: WAL­DE­MAR PO­PEK
Ze­spół re­dak­cyj­no-ad­iu­sta­cyj­ny: ALI­NA DO­BO­SZEW­SKA, WAL­DE­MAR PO­PEK, MA­RIA WO­LAŃ­CZYK
Ko­rek­ta: BAR­BA­RA BO­ROW­SKA, EWA KO­CHA­NO­WICZ, TE­RE­SA PO­DO­SKA, BAR­BA­RA WOJ­TA­NO­WICZ
Re­dak­tor tech­nicz­ny: RO­BERT GĘ­BUŚ
Pro­jekt okład­ki, ilu­stra­cja: JO­AN­NA CON­CE­JO
Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne okład­ki, stron ty­tu­ło­wych i map: MA­REK PAW­ŁOW­SKI
W książ­ce wy­ko­rzy­sta­no mapy po­cho­dzą­ce z The Agi­le Rab­bit Book of Hi­sto­ri­cal and Cu­rio­us Maps, The Pe­pin Press, Am­ster­dam 2005. Mapa na we­wnętrz­nych stro­nach okład­ki w wer­sji dru­ko­wa­nejEu­ro­pe (ok. 1750);
• 1: Com­pe­ra­ti­ve ove­rview of im­por­tans ri­ves (bez daty);
• 2: De­ta­ils of St. Pe­ters­burg (1850);
• 3: Bo­ufa­rik, Al­ge­ria (1882);
• 4: Chi­ne­se map (1984);
• 5: Parc de Mon­ce­au (1878);
• 6: Chi­ne­se map (1984);
• 7: Nova Ze­mbla, Rus­sia (1855);
• 8: Rus­sian map (bd);
• 9: Plan of Je­ru­sa­lem ba­sed on a ma­nu­script from 1200 (bd);
• 10: New York, USA (bd);
• 11: The wan­de­rings of Odys­seus re­pre­sen­ted on a map re­con­struc­ted from the Od­is­sey (1911).
ISBN 978-83-08-07205-9
Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o. ul. Dłu­ga 1, 31-147 Kra­ków tel. (+48 12) 430 00 96 e-mail: ksie­gar­[email protected]­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl Księ­gar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.
Gło­wa w świe­cie

Stu­dio­wa­łam psy­cho­lo­gię w du­żym, po­nu­rym ko­mu­ni­stycz­nym mie­ście, mój wy­dział mie­ścił się w bu­dyn­ku, któ­ry w cza­sie woj­ny był sie­dzi­bą od­dzia­łu SS. Tę część mia­sta zbu­do­wa­no na ru­inach get­ta, ła­two moż­na było to do­strzec, gdy się pa­trzy­ło uważ­nie – cała dziel­ni­ca sta­ła ja­kiś metr wy­żej niż resz­ta mia­sta. Metr gru­zów. Ni­g­dy nie czu­łam się tam do­brze; mię­dzy no­wy­mi blo­ka­mi i mi­zer­ny­mi skwe­ra­mi za­wsze wiał wiatr, a mroź­ne po­wie­trze wy­da­wa­ło się szcze­gól­nie do­tkli­we, szczy­pa­ło w twarz. W grun­cie rze­czy na­dal, mimo za­bu­do­wy, było to miej­sce na­le­żą­ce do umar­łych. Bu­dy­nek in­sty­tu­tu śni mi się do dzi­siaj – jego sze­ro­kie, jak­by wy­ku­te w ka­mie­niu ko­ry­ta­rze, wy­śli­zga­ne czy­imiś sto­pa­mi, wy­tar­te kra­wę­dzie scho­dów, wy­po­le­ro­wa­ne dłoń­mi po­rę­cze, śla­dy od­ci­śnię­te w prze­strze­ni. Może dla­te­go na­wie­dza­ły nas du­chy.

Gdy pusz­cza­li­śmy szczu­ry w la­bi­rynt, za­wsze był je­den, któ­re­go za­cho­wa­nie prze­czy­ło teo­rii i któ­ry za nic miał na­sze by­stre hi­po­te­zy. Sta­wał na dwóch łap­kach, wca­le nie za­in­te­re­so­wa­ny na­gro­dą na koń­cu eks­pe­ry­men­tal­nej tra­sy; nie­chęt­ny przy­wi­le­jom od­ru­chu Paw­ło­wa, omia­tał nas wzro­kiem, a po­tem za­wra­cał albo bez po­śpie­chu od­da­wał się ba­da­niu la­bi­ryn­tu. Szu­kał cze­goś w bocz­nych ko­ry­ta­rzach, pró­bo­wał zwró­cić na sie­bie uwa­gę. Pisz­czał zdez­o­rien­to­wa­ny, a wte­dy dziew­czy­ny, wbrew re­gu­łom, wy­cią­ga­ły go z la­bi­ryn­tu i bra­ły na ręce.

Mię­śnie mar­twej, roz­cią­gnię­tej żaby zgi­na­ły się i pro­sto­wa­ły pod dyk­tan­do elek­trycz­nych im­pul­sów, lecz w taki spo­sób, któ­ry nie zo­stał jesz­cze opi­sa­ny w na­szych pod­ręcz­ni­kach – da­wa­ły nam zna­ki, a koń­czy­ny wy­ko­ny­wa­ły oczy­wi­ste ge­sty groź­by i szy­der­stwa, czym prze­czy­ły uświę­co­nej wie­rze w me­cha­nicz­ną nie­win­ność od­ru­chów fi­zjo­lo­gicz­nych.

Uczo­no nas tu­taj, że świat da się opi­sać, a na­wet wy­ja­śnić za po­mo­cą pro­stych od­po­wie­dzi na in­te­li­gent­ne py­ta­nia. Że w swej isto­cie jest bez­wład­ny i mar­twy, że rzą­dzą nim dość pro­ste pra­wa, któ­re na­le­ży wy­ja­śnić i po­dać – naj­le­piej wy­ko­rzy­stu­jąc dia­gram. Do­ma­ga­no się od nas eks­pe­ry­men­tów. For­mu­ło­wa­nia hi­po­tez. We­ry­fi­ko­wa­nia. Wpro­wa­dza­no nas w ta­jem­ni­ce sta­ty­sty­ki, wie­rząc, że za jej po­mo­cą moż­na do­sko­na­le opi­sać wszel­kie pra­wi­dło­wo­ści świa­ta – że 90 pro­cent jest bar­dziej zna­czą­ce niż pięć.

Lecz dziś wiem jed­no: ten, kto szu­ka po­rząd­ku, niech uni­ka psy­cho­lo­gii. Niech­że się zde­cy­du­je ra­czej na fi­zjo­lo­gię czy teo­lo­gię, bę­dzie miał przy­naj­mniej so­lid­ne opar­cie – albo w ma­te­rii, albo w du­chu; nie po­śliź­nie się na psy­chi­ce. Psy­chi­ka to bar­dzo nie­pew­ny obiekt ba­dań.

Mie­li ra­cję ci, któ­rzy mó­wi­li, że tego kie­run­ku nie wy­bie­ra się z po­wo­du przy­szłej pra­cy, cie­ka­wo­ści czy po­wo­ła­nia do po­mo­cy in­nym, lecz z in­nej bar­dzo pro­stej przy­czy­ny. Po­dej­rze­wam, że wszy­scy mie­li­śmy ja­kiś głę­bo­ko ukry­ty de­fekt, choć za­pew­ne spra­wia­li­śmy wra­że­nie in­te­li­gent­nych, zdro­wych mło­dych lu­dzi – de­fekt był za­ma­sko­wa­ny, spraw­nie za­ka­mu­flo­wa­ny na eg­za­mi­nach wstęp­nych. Kłę­bek emo­cji cia­sno splą­ta­ny, sfil­co­wa­ny jak te dziw­ne guzy, któ­re znaj­du­je się cza­sem w ludz­kim cie­le i któ­re moż­na zo­ba­czyć w każ­dym sza­nu­ją­cym się mu­zeum ana­to­mo­pa­to­lo­gii. Ale i może nasi eg­za­mi­na­to­rzy byli ludź­mi tego sa­me­go ro­dza­ju i w rze­czy­wi­sto­ści wie­dzie­li, co ro­bią? By­li­by­śmy za­tem ich dzie­dzi­ca­mi. Kie­dy na dru­gim roku oma­wia­li­śmy funk­cjo­no­wa­nie me­cha­ni­zmów obron­nych i od­kry­wa­li­śmy z po­dzi­wem po­tę­gę tej czę­ści na­szej psy­chi­ki – za­czy­na­li­śmy ro­zu­mieć, że gdy­by nie ist­nia­ły ra­cjo­na­li­za­cja, sub­li­ma­cja, wy­par­cie, te wszyst­kie sztucz­ki, któ­ry­mi ra­czy­my sa­mych sie­bie, że gdy­by moż­na było spoj­rzeć na świat bez żad­nej ochro­ny, uczci­wie i od­waż­nie – pę­kły­by nam ser­ca.

Do­wie­dzie­li­śmy się na tych stu­diach, że je­ste­śmy zbu­do­wa­ni z obron, z tarcz i zbroi, je­ste­śmy mia­sta­mi, któ­rych ar­chi­tek­tu­ra spro­wa­dza się do mu­rów, baszt i for­ty­fi­ka­cji; pań­stwa­mi bun­krów.

Wszyst­kie te­sty, wy­wia­dy i ba­da­nia prze­pro­wa­dza­li­śmy wza­jem­nie na so­bie i po trze­cim roku stu­diów po­tra­fi­łam już na­zwać, co mi do­le­ga; było to jak od­kry­cie wła­sne­go ta­jem­ne­go imie­nia, któ­rym wzy­wa się do ini­cja­cji.

Nie za­ba­wi­łam dłu­go w wy­uczo­nym za­wo­dzie. W cza­sie jed­ne­go z wy­jaz­dów, kie­dy utknę­łam bez pie­nię­dzy w wiel­kim mie­ście i pra­co­wa­łam jako po­ko­jów­ka, za­czę­łam pi­sać książ­kę. Była to opo­wieść do po­dró­ży, do czy­ta­nia w po­cią­gu, taka, jak­bym ją pi­sa­ła sama dla sie­bie. Książ­ka – tar­tin­ka, do po­łknię­cia od razu, bez gry­zie­nia.

Po­tra­fi­łam się od­po­wied­nio sku­pić i skon­cen­tro­wać, sta­wa­łam się na ja­kiś czas mon­stru­al­nym uchem do słu­cha­nia szme­rów, ech i sze­le­stów; da­le­kich gło­sów do­cho­dzą­cych zza ja­kiejś ścia­ny.

Lecz ni­g­dy nie sta­łam się praw­dzi­wą pi­sar­ką czy – le­piej po­wie­dzieć – pi­sa­rzem, bo w tym ro­dza­ju sło­wo to brzmi po­waż­niej. Mnie ży­cie za­wsze się wy­my­ka­ło. Na­tra­fia­łam tyl­ko na jego śla­dy, ja­kieś mar­ne wy­lin­ki. Gdy na­mie­rza­łam jego po­zy­cje, ono było już gdzie in­dziej. Znaj­do­wa­łam tyl­ko zna­ki, jak te na­pi­sy na ko­rze par­ko­wych drzew: „Tu by­łem”. W moim pi­sa­niu ży­cie za­mie­nia­ło się w nie­kom­plet­ne hi­sto­rie, oni­rycz­ne opo­wiast­ki, nie­ja­sne wąt­ki, uka­zy­wa­ło się z da­le­ka w nie­zwy­kłych po­prze­su­wa­nych per­spek­ty­wach albo w po­przecz­nych prze­kro­jach – i trud­no by­ło­by wy­snuć ja­kieś wnio­ski co do ca­ło­ści.

Każ­dy, kto kie­dy­kol­wiek pró­bo­wał pi­sać po­wie­ści, wie, ja­kie to cięż­kie za­ję­cie, to nie­wąt­pli­wie je­den z naj­gor­szych spo­so­bów sa­mo­za­trud­nie­nia. Trze­ba cały czas po­zo­sta­wać w so­bie, w jed­no­oso­bo­wej celi, w cał­ko­wi­tej sa­mot­no­ści. To kon­tro­lo­wa­na psy­cho­za, pa­ra­no­ja z ob­se­sją za­przę­gnię­te do pra­cy, dla­te­go po­zba­wio­ne piór, tiur­niur i we­nec­kich ma­sek, z któ­rych je zna­my, a prze­bra­ne ra­czej w rzeź­ni­cze far­tu­chy i gu­mia­ki, z no­żem do pa­tro­sze­nia w ręku. Wi­dzi się z tej pi­sar­skiej piw­ni­cy za­le­d­wie nogi prze­chod­niów, sły­szy się stuk ob­ca­sów. Cza­sa­mi ktoś przy­sta­nie, żeby schy­lić się i rzu­cić do wnę­trza okiem, moż­na wte­dy uj­rzeć ludz­ką twarz i za­mie­nić na­wet kil­ka słów. W isto­cie jed­nak umysł za­ję­ty jest swo­ją grą, któ­rą to­czy sam przed sobą w na­szki­co­wa­nym po­spiesz­nie pa­nop­ti­kum, roz­sta­wia­jąc fi­gur­ki na pro­wi­zo­rycz­nej sce­nie – au­tor i bo­ha­ter, nar­ra­tor­ka i czy­tel­nicz­ka, ten, któ­ry opi­su­je, i ta opi­sa­na; sto­py, buty, ob­ca­sy i twa­rze prę­dzej czy póź­niej sta­ną się czę­ścią tej gry.

Nie ża­łu­ję, że upodo­ba­łam so­bie to szcze­gól­ne za­ję­cie – nie nada­wa­ła­bym się na psy­cho­lo­ga. Nie umia­łam wy­ja­śniać, wy­wo­ły­wać z ciem­ni umy­słów zdjęć ro­dzin­nych. Zwie­rze­nia in­nych – te czę­sto mnie nu­dzi­ły, co przy­zna­ję ze smut­kiem. Mó­wiąc szcze­rze, czę­sto by­wa­ło, że wo­la­ła­bym od­wró­cić na­sze re­la­cje i za­cząć opo­wia­dać im o so­bie. Mu­sia­łam pil­no­wać się, żeby nie zła­pać na­gle pa­cjent­ki za rę­kaw i nie prze­rwać jej w pół sło­wa: „Co też pani mówi! A ja to czu­ję zu­peł­nie ina­czej! A mnie co się śni­ło! Pro­szę po­słu­chać...”. Albo: „Co pan wie o bez­sen­no­ści! To ma być atak pa­ni­ki? Niech­że pan nie żar­tu­je. Ten, któ­ry ja mia­łam ostat­nio, to do­pie­ro było...”.

Nie umia­łam słu­chać. Nie prze­strze­ga­łam gra­nic, po­pa­da­łam w prze­nie­sie­nia. Nie wie­rzy­łam w sta­ty­sty­kę i we­ry­fi­ko­wa­nie teo­rii. Po­stu­lat: jed­na oso­bo­wość – je­den czło­wiek, wy­da­wał mi się za­wsze zbyt mi­ni­ma­li­stycz­ny. Mia­łam skłon­ność do za­ma­zy­wa­nia oczy­wi­sto­ści, po­da­wa­nia w wąt­pli­wość nie­zbi­tych ar­gu­men­tów – to był na­wyk, per­wer­syj­na joga mó­zgu, sub­tel­na przy­jem­ność do­zna­wa­nia we­wnętrz­ne­go ru­chu. Po­dejrz­li­we oglą­da­nie każ­de­go sądu, sma­ko­wa­nie go pod ję­zy­kiem i w koń­cu spo­dzie­wa­ne od­kry­cie, że ża­den nie jest praw­dzi­wy, tyl­ko fał­szy­wy, a jego mar­ka sfa­bry­ko­wa­na. Nie chcia­łam mieć sta­łych po­glą­dów, by­ły­by nie­po­trzeb­nym ba­ga­żem. W dys­ku­sjach sta­wa­łam raz po jed­nej, raz po dru­giej stro­nie – i wiem, że nie lu­bi­li mnie za to moi roz­mów­cy. By­łam świad­kiem dziw­ne­go zja­wi­ska, któ­re za­cho­dzi­ło w mo­jej gło­wie: im wię­cej znaj­do­wa­łam ar­gu­men­tów „za”, tym wię­cej przy­cho­dzi­ło mi do gło­wy tych „prze­ciw”, a im bar­dziej przy­wią­zy­wa­łam się do tych pierw­szych, tym bar­dziej po­nęt­ne sta­wa­ły się te dru­gie.

Jak­że mia­ła­bym ba­dać in­nych, sko­ro sa­mej trud­no mi było roz­wią­zać każ­dy test. Kwe­stio­na­riusz oso­bo­wo­ści, an­kie­ta, ko­lum­ny py­tań i wy­ska­lo­wa­ne od­po­wie­dzi wy­da­wa­ły mi się za trud­ne. Szyb­ko za­uwa­ży­łam to swo­je upo­śle­dze­nie, dla­te­go na stu­diach, gdy ba­da­li­śmy się na­wza­jem w ra­mach prak­ty­ki, da­wa­łam od­po­wie­dzi przy­pad­ko­we, na chy­bił tra­fił. Wy­cho­dzi­ły po­tem z tego dziw­ne pro­fi­le – krzy­we wie­dzio­ne na osi współ­rzęd­nych. „Wie­rzysz, że naj­lep­szą de­cy­zją jest ta, któ­rą naj­ła­twiej zmie­nić?” Czy wie­rzę? Jaką de­cy­zję? Zmie­nić? Kie­dy? Jak naj­ła­twiej? „Czy wcho­dząc do po­ko­ju, zaj­mu­jesz ra­czej miej­sce cen­tral­ne niż pe­ry­fe­ryj­ne?” Do ja­kie­go po­ko­ju? I kie­dy? Czy po­kój jest pu­sty, czy pod jego ścia­na­mi sto­ją czer­wo­ne plu­szo­we ka­na­py? A okna – jaki jest za nimi wi­dok? Py­ta­nie o książ­kę: czy wolę ją czy­tać, za­miast iść na przy­ję­cie, czy też jest to za­leż­ne od tego, jaka to książ­ka i ja­kie to przy­ję­cie?

Co to za me­to­do­lo­gia! Mil­czą­co za­kła­da się, że czło­wiek nie zna sie­bie, lecz gdy mu pod­su­nąć od­po­wied­nie spryt­ne py­ta­nia, sam się ów czło­wiek zlu­stru­je. Sam zada so­bie py­ta­nie i sam na nie od­po­wie. Nie­bacz­nie zdra­dzi przed sobą ta­jem­ni­cę, o któ­rej nic nie wie.

I dru­gie za­ło­że­nie, śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ne – że je­ste­śmy sta­li, a na­sze re­ak­cje są prze­wi­dy­wal­ne.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu peł­nej wer­sji książ­ki