Podróż ludzi Księgi - Olga Tokarczuk - ebook + audiobook + książka

Podróż ludzi Księgi ebook

Olga Tokarczuk

4,2

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Debiutancka powieść laureatki Międzynarodowej Nagrody Bookera

Przeszło 25 lat po premierze ponownie w księgarniach

Tak swoją literacką podróż zaczynała Olga Tokarczuk

Francja, rok 1685. Król Słońce ustanawia katolicyzm jedynym legalnym wyznaniem. Grupy hugenotów przemierzają kraj, by dotrzeć na północ, gdzie mają nadzieję znaleźć nową ojczyznę.

Z okien karety banitom przygląda się grupa nietypowych podróżnych, zmierzających na południe. Porzucona przez narzeczonego kurtyzana Weronika, Markiz parający się alchemią, twardo stąpający po ziemi bogacz de Berle oraz Gauche — niemy woźnica z nieodstępującym go żółtym psem. Każde z nich opuściło Paryż z innego powodu. Ta podróż, momentami wręcz awanturnicza, może odmienić nie tylko ich losy, ale również dzieje całej ludzkości.

Oto w Pirenejach, ku którym zmierzają, w trudno dostępnym górskim wąwozie, w murach małego klasztoru od wieków ukryta jest Księga. Teraz ma szansę zaważyć na przyszłości świata. Tylko czy świat jest gotowy na to, by Księga została odnaleziona?

Młodzieńcza powieść, napisana 30 lat temu, jest prawdziwą kopalnią motywów, które Olga Tokarczuk rozwijała w swoich kolejnych utworach, zdobywając przy tym międzynarodowe uznanie i uwielbienie czytelników.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 222

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (589 ocen)
296
174
89
23
7
Sortuj według:
ponitka

Nie oderwiesz się od lektury

Porywające tło, złożone osobowości bohaterów. Opowieść o marzeniach, tym co racjonalne i bajkowe z zarazą w tle.
20
deva358

Nie polecam

Kiepska pozycja
10
chojk

Nie oderwiesz się od lektury

Z początku nie sądziłam, że mnie tak poruszy. Wielka literatura.
10
marzenaewa

Nie oderwiesz się od lektury

jak zawsze pani Tokarczuk!! poetyczna ,mądra, wspanialy jezyk! cudown.
10
jerrybordelais

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca lektura.
00

Popularność




Opie­ka re­dak­cyj­na: WAL­DE­MAR PO­PEK
Kon­sul­ta­cja re­dak­cyj­na: GRZE­GORZ ZY­GA­DŁO
Ko­rek­ta: JA­CEK BŁACH, EWE­LI­NA KO­RO­STYŃ­SKA, HEN­RY­KA SA­LA­WA
Pro­jekt okład­ki, ilu­stra­cja: JO­AN­NA CON­CE­JO
Opra­co­wa­nie okład­ki i stron ty­tu­ło­wych: MA­REK PAW­ŁOW­SKI
Re­dak­cja tech­nicz­na: RO­BERT GĘ­BUŚ
© Co­py­ri­ght by Olga To­kar­czuk © Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, 2019 Wy­da­nie przej­rza­ne przez au­tor­kę
Pierw­sze wy­da­nie: War­sza­wa 1993
ISBN 978-83-08-06745-1
Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o. ul. Dłu­ga 1, 31-147 Kra­ków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bez­płat­na li­nia te­le­fo­nicz­na: 800 42 10 40 e-mail: ksie­gar­[email protected]­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl Księ­gar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.

2

Na po­cząt­ku Bóg stwo­rzył świat z prze­ła­ma­nej li­te­ry. Z pęk­nię­te­go sło­wa cia­ło wy­cie­kło jak krew. Cia­ło jest więc nie­do­sko­na­łym sło­wem.

Bóg jest do­sko­na­ły, jest sło­wem i nie ma cia­ła, prze­to stwo­rzył Ada­ma, da­jąc mu cia­ło i sło­wo, by jako do­sko­na­ły i nie­skoń­czo­ny, prze­glą­dać się w nie­do­sko­na­ło­ści i skoń­czo­no­ści Ada­ma.

A iżby Adam nie za­po­mniał o sło­wie i sile, dał mu Bóg Księ­gę, w któ­rej za­pi­sał swą do­sko­na­łość, swój bez­po­czą­tek i swo­ją nie­skoń­czo­ność.

Lecz kie­dy Sa­ma­el znisz­czył bo­skie dzie­ło stwo­rze­nia, obie­cu­jąc Ada­mo­wi inne niż bo­skie po­zna­nie, Bóg od­wró­cił się od czło­wie­ka i za­brał mu Księ­gę. Adam bła­gał Boga z zie­mi czer­wo­nej od żaru, aże­by od­dał mu ją. I Bóg uli­to­wał się. Wy­słał anio­ła Ra­fa­ela i ten ją zwró­cił Ada­mo­wi. Adam po­zo­sta­wił Księ­gę Se­to­wi, a po Se­cie odzie­dzi­czył ją Enoch. Enoch po­znał, że Praw­da jest Pi­smem i w Pi­śmie jest Praw­da, prze­to jako pierw­szy spo­śród lu­dzi na­uczył się za­pi­sy­wać Praw­dę i na­ukę tę prze­ka­zał swo­im po­tom­kom.

Lecz czło­wiek do Praw­dy do­cho­dzi z mo­zo­łem i bocz­ny­mi ścież­ka­mi, to­też Bóg w swo­jej nie­skoń­czo­nej do­bro­ci za­brał Eno­cha w po­dróż od pierw­sze­go do siód­me­go nie­ba, by uka­zać mu całe bo­skie stwo­rze­nie. A w siód­mym nie­bie po­ka­zał mu drze­wo wia­do­mo­ści do­bre­go i złe­go oraz drze­wo ży­wo­ta. I był Enoch z anio­ła­mi i z Bo­giem przez sześć ju­bi­le­uszów, a po­ka­za­li mu wszyst­ko, co na zie­mi i w nie­bie. I zo­ba­czył Enoch, że w Świę­tej Księ­dze za­pi­sa­no naj­praw­dziw­szą z prawd: że co na gó­rze, je­st­że i na dole.

I kie­dy Enoch był już sta­ry i zmę­czo­ny ży­ciem, Bóg po raz dru­gi za­brał go do nie­ba i uczy­nił anio­łem. Wte­dy na za­wsze znik­nę­ła Świę­ta Księ­ga. Lecz obie­cał Bóg Eno­cho­wi, że odda ją lu­dziom, gdy przyj­dzie czas.

Ten tekst czy­ta­ny był za­wsze na roz­po­czę­cie i za­koń­cze­nie ry­tu­al­nej czę­ści spo­tkań w Brac­twie. Po­tem pa­no­wie prze­cho­dzi­li do in­nej sali pa­ła­cu pew­ne­go ba­ro­na, gdzie re­gu­lar­nie od­by­wa­ły się ze­bra­nia. Po­mi­mo że Brac­two sta­no­wi­ło gru­pę za­mknię­tą i eli­tar­ną, nie było w nim jed­no­ści. Każ­dy zja­wiał się tu­taj ze swo­imi mniej lub bar­dziej spre­cy­zo­wa­ny­mi ocze­ki­wa­nia­mi. Jed­ni szu­ka­li tu le­kar­stwa na mę­czą­ce roz­dy­go­ta­nie świa­ta, ja­kie­go do­świad­cza­li, inni – to­wa­rzy­stwa, ale byli też i tacy, któ­rzy w ide­ach Brac­twa wi­dzie­li osta­tecz­ne wy­zwo­le­nie i wyj­ście poza swój czas, poza kon­kret­ne miej­sca i wresz­cie – poza sie­bie.

Kie­dy sia­da­li po­tem przy ka­wie w ja­snym świe­tle kan­de­la­brów, wy­da­wa­li się bar­dziej rze­czy­wi­ści i ma­te­rial­ni niż kie­dy­kol­wiek in­dziej. Być może było to tyl­ko wra­że­nie bio­rą­ce się z kon­tra­stu po­mię­dzy jed­ną salą a dru­gą, w któ­rej od­by­wa­ły się mi­ste­ria Księ­gi. A może rze­czy­wi­ście ich cia­ła tra­ci­ły prze­ko­ny­wa­ją­cy wa­lor ist­nie­nia, oto­czo­ne ka­dzi­dla­nym dy­mem i mi­go­tli­wy­mi, nie­spo­koj­ny­mi pło­mie­nia­mi po­chod­ni.

Do ści­słe­go gro­na wta­jem­ni­czo­nych na­le­ża­ło kil­ku­na­stu męż­czyzn. Róż­ni­ły ich nie tyl­ko po­zy­cja, pre­stiż i za­moż­ność, ale tak­że po­glą­dy i styl ży­cia. Był tu le­karz dwor­ski, któ­ry do­ko­nu­jąc dys­sek­cji mar­twych ciał, ba­dał na wła­sną rękę se­kre­ty ży­cia i ma­rzył o zła­pa­niu ser­ca czło­wie­ka na go­rą­cym uczyn­ku, kie­dy jesz­cze bije. Był tak­że pe­wien bo­ga­ty ho­len­der­ski Żyd, na sta­łe miesz­ka­ją­cy w Pa­ry­żu, któ­ry zgłę­biał taj­ni­ki Ka­ba­ły. Był zna­ny i po­pu­lar­ny po­eta, któ­ry być może szu­kał w Brac­twie no­wej pod­nie­ty dla swo­je­go ta­len­tu. Gdy­by po­ku­sić się o zna­le­zie­nie dla tych wszyst­kich osób ja­kie­goś po­wi­no­wac­twa w po­sta­ci jed­no­rod­nej i spój­nej fi­lo­zo­fii, oka­za­ło­by się to da­rem­ne. Każ­da z nich przy­cho­dzi­ła na spo­tka­nia z czymś in­nym, wlo­kąc ze sobą, jak sko­ru­pę, sumę swo­ich do­świad­czeń, wiel­kie dzie­cin­ne ma­rze­nia, a tak­że roz­cza­ro­wa­nia po­wta­rza­ją­cym się co rano re­fre­nem co­dzien­no­ści.

Kie­dy ćwi­cząc cia­ło i wolę, męż­czyź­ni ci pię­li się po ko­lej­nych stop­niach wta­jem­ni­cze­nia i w koń­cu do­wia­dy­wa­li się o Księ­dze, dla każ­de­go z nich zna­czy­ła ona coś in­ne­go. Jed­no ich tyl­ko łą­czy­ło – wszy­scy wie­rzy­li w jej świę­tość i osta­tecz­ną mą­drość. Mo­gła być tak­że roz­wią­za­niem za­gad­ki ży­cia uję­tym w li­te­ry imie­nia Boga czy do­sko­na­le po­etyc­kim opi­sem rze­czy­wi­sto­ści. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by Bóg stwo­rzył lu­dzi w ca­łej ich róż­no­rod­no­ści, żeby udo­wod­nić sa­me­mu so­bie, jak wie­le po­sta­ci przy­bie­ra ludz­kie po­ję­cie jego dzie­ła. Jak­by lu­dzie z krwi i ko­ści byli ko­szy­ka­mi na róż­ne idee, po­glą­dy i sta­no­wi­ska. Kie­dy się pa­trzy­ło na nich z per­spek­ty­wy ludz­kiej – róż­ni­ce były ogrom­ne, lecz gdy pa­trzy­ło się tak, jak­by to Bóg pa­trzył na nich ze swo­jej wy­so­ko­ści – róż­nic nie było wca­le.

Brac­two stra­ci­ło osta­tecz­nie jed­ność, kie­dy de Che­vil­lon, prze­wod­ni­czą­cy spo­tkań i w pew­nym sen­sie du­cho­wy oj­ciec Brac­twa, w ja­kiś spo­sób zdo­był owia­ne ta­jem­ni­cą mapy miej­sca, gdzie znaj­du­je się Księ­ga. Jak się te­raz oka­za­ło, spo­ra część wta­jem­ni­czo­nych w ogó­le nie wie­rzy­ła w re­al­ne jej ist­nie­nie. Dla nich była to tyl­ko wiel­ka idea. Inni, któ­rych moż­na by na­zwać stron­nic­twem ka­ta­stro­fi­stów, uzna­wa­li re­al­ne ist­nie­nie Księ­gi, lecz są­dzi­li, że świat nie jest jesz­cze go­to­wy na jej przy­ję­cie. Być może to z nich wy­ro­śli przy­szli re­wo­lu­cjo­ni­ści. Tyl­ko na­praw­dę nie­wie­lu wie­rzy­ło, że po Księ­gę moż­na i na­wet na­le­ży pójść, i że zmie­ści się ona na grzbie­cie muła. Wie­rzy­li, że Księ­ga jest w sta­nie zmie­nić hi­sto­rię, i nad­sta­wia­li wła­sne ple­cy na przy­ję­cie brze­mie­nia od­po­wie­dzial­no­ści. Do tej gru­py na­le­że­li Mar­kiz, de Che­vil­lon – od­kryw­ca map, bo­ga­ty de Ber­le i ka­wa­ler d’Albi.

De Ber­le, ban­kier i fi­lan­trop, był czło­wie­kiem moc­no stą­pa­ją­cym po zie­mi. Nade wszyst­ko przed­kła­dał do­sta­tek, spo­kój i mi­łość swo­jej mło­dej, nie­zwy­kle płod­nej żony. Był in­te­li­gent­ny i do­cie­kli­wy, choć może trak­to­wał wszyst­ko zbyt do­słow­nie. Prze­cho­dził ko­lej­ne stop­nie wta­jem­ni­cze­nia, wie­rząc, że któ­re­goś dnia w jego re­tor­cie rtęć prze­mie­ni się w zło­to, któ­re­go i tak miał pod do­stat­kiem. Ale jego mo­ty­wem nie była chęć zy­sku. De Ber­le na­le­żał do tego ro­dza­ju lu­dzi, któ­rzy roz­wój świa­ta wi­dzą jako dą­że­nie do co­raz to więk­szej sta­bi­li­za­cji i ja­sno­ści. Ce­lem tego pro­ce­su jest osią­gnię­cie po­rząd­ku ab­so­lut­nie sta­tycz­ne­go, gdzie wszyst­ko do sie­bie pa­su­je, gdzie obo­wią­zu­ją ro­zum­ne pra­wa i ide­al­na rów­no­wa­ga. Wie­rzył, że mą­drość to wie­dza o tym wła­śnie sta­nie rze­czy i o spo­so­bach, jak do nie­go dojść. We­dług nie­go Księ­ga za­wie­ra­ła zbiór ak­sjo­ma­tów, któ­rych po­zna­nie da­ło­by ob­raz do­sko­na­łe­go, sta­tycz­ne­go świa­ta i okre­śli­ło­by raz na za­wsze kon­kret­ne spo­so­by zbu­do­wa­nia ta­kiej rze­czy­wi­sto­ści.

De Ber­le nie miał wąt­pli­wo­ści, ja­kie jest zna­cze­nie skom­pli­ko­wa­nej re­gu­ły Brac­twa. Ma­gicz­ny ry­tu­ał był spo­so­bem zdo­by­cia mocy. Kie­dy się ma moc, moż­na wy­ru­szyć po Księ­gę. Wie­dział tak­że, że na po­dróż po­trzeb­ne są pie­nią­dze, i za­ofia­ro­wał się ją sfi­nan­so­wać. Przy­ło­żył się też bar­dzo do opra­co­wa­nia tra­sy wę­drów­ki, a w koń­cu, w przy­pły­wie ja­kiejś tę­sk­no­ty czy unie­sie­nia, sam zde­cy­do­wał się na uczest­nic­two w tym przed­się­wzię­ciu. Jego żona spo­dzie­wa­ła się wła­śnie ko­lej­ne­go dziec­ka.

Ka­wa­ler d’Albi, może dla­te­go że był naj­młod­szym człon­kiem Brac­twa, cie­szył się szcze­gól­ną sym­pa­tią wszyst­kich. Po­cho­dził z do­brej ro­dzi­ny (jego oj­ciec peł­nił na dwo­rze kró­lew­skim od­po­wie­dzial­ną funk­cję), nie bra­ko­wa­ło mu pie­nię­dzy i świet­nie się pre­zen­to­wał. Wy­so­ki, szczu­pły, sprę­ży­sty, wy­glą­dał, jak­by zdję­to go z jed­ne­go z do­stoj­nych por­tre­tów. Ni­g­dy nie wkła­dał pe­ru­ki, szczy­cił się pięk­ny­mi, na­tu­ral­ny­mi lo­ka­mi. Miał oprócz tego szla­chet­nie wy­skle­pio­ny orli nos i żywe, in­te­li­gent­ne oczy. Wszyst­ko, co ro­bił, było gwał­tow­ne i peł­ne uczu­cia. Jego roz­le­głe sto­sun­ki przy­da­wa­ły się Brac­twu, któ­re jako nie­le­gal­ne i nie cał­kiem zgod­ne z na­uką Ko­ścio­ła, na­ra­ża­ło się na brze­mien­ny w skut­kach za­rzut he­re­zji.

Ka­wa­ler wie­rzył w Księ­gę bar­dzo żar­li­wie. Była dla nie­go mi­go­tli­wą, mało kon­kret­ną obiet­ni­cą zmia­ny, przy­go­dy, ob­ja­wie­nia wzię­te­go wprost z ka­te­dral­nych fre­sków. Była dla nie­go Gra­alem, Zło­tym Ru­nem, Wodą Ży­cia, a on sam sta­wał się dla niej za­ku­tym w srebr­ną zbro­ję ry­ce­rzem. Cho­ciaż ob­dzie­lał wszyst­kich na­oko­ło swo­im za­pa­łem, nie przy­cho­dził na waż­ne spo­tka­nia.

O ta­kich oso­bach jak ka­wa­ler d’Albi ma­wia się, że są nie­prze­wi­dy­wal­ne. Kie­ru­ją się bo­wiem czy­stą in­tu­icją, co może cza­sem wy­glą­dać na zwy­kły ka­prys. In­tu­icja może być prze­czu­ciem ogól­ne­go po­rząd­ku, ale jako dro­ga po­zna­nia szcze­gól­nie na­ra­żo­na jest na nie­do­sko­na­ło­ści. Wy­bu­cha i za­raz zni­ka. Pod­da­je się we­wnętrz­nym na­stro­jom i ze­wnętrz­nym wpły­wom. Mie­sza się z uprze­dze­nia­mi i zwy­kłym ludz­kim lę­kiem. Roz­pa­la się i ga­śnie. In­tu­icja ma na­tu­rę ognia.

Oto lu­dzie, któ­rzy mie­li wy­ru­szyć po Księ­gę. A sama Księ­ga? Jej ziem­ska hi­sto­ria jest nie­zwy­kle ta­jem­ni­cza i po­wi­kła­na. Gi­nie w mro­ku pre­hi­sto­rii, kie­dy lu­dzie nie umie­li do­ce­nić jej wagi, po­tem, w sta­ro­żyt­no­ści, nic o niej nie sły­chać. Po­ja­wia się zno­wu w 1378 roku, znaj­du­je się wów­czas w po­sia­da­niu Ara­bów. W tym wła­śnie roku pe­wien mło­dy Ho­len­der, po­bie­ra­ją­cy w Da­masz­ku na­uki fi­lo­zo­ficz­ne i ma­gicz­ne, wy­kradł ją, lub może do­stał od arab­skie­go na­uczy­cie­la. Ta pierw­sza ewen­tu­al­ność jest oczy­wi­ście bar­dziej praw­do­po­dob­na. Któż bo­wiem przy zdro­wych zmy­słach od­dał­by naj­waż­niej­szą Księ­gę świa­ta mło­ko­so­wi z wro­giej i peł­nej kon­flik­tów Eu­ro­py? Chy­ba że ta­kie były bo­skie pla­ny. Może Bóg od­wró­cił swój utrzy­mu­ją­cy wszel­kie ist­nie­nie wzrok od wiel­kich cy­wi­li­za­cji Wscho­du i spoj­rzał na Eu­ro­pę. Może w pla­stycz­nej in­te­li­gen­cji za­miesz­ku­ją­cych ją nie­spo­koj­nych lu­dzi do­strzegł nową szan­sę dla świa­ta – szan­sę za­przę­gnię­cia me­ta­fi­zy­ki i fi­lo­zo­fii do bu­do­wa­nia ma­te­rial­ne­go bytu, po­łą­cze­nia du­cha i ma­te­rii w nową ca­łość.

Ów Ho­len­der, zna­ny tyl­ko z ini­cja­łów H.R.C., wra­cał do Eu­ro­py przez zie­mie na­le­żą­ce wów­czas do Ara­bów – przez pół­noc­ną Afry­kę i Kró­le­stwo Gra­na­dy. Okrą­żał Mo­rze Śród­ziem­ne z wiel­ką ta­jem­ni­cą ukry­tą pod ma­te­rią przy­bru­dzo­ne­go płasz­cza, a kie­dy do­tarł do Pi­re­ne­jów, jego od­wa­ga za­ła­ma­ła się. Po­my­ślał o tych wszyst­kich, któ­rym Księ­ga da nie­skoń­czo­ną wła­dzę. Po­my­ślał o woj­nach, nie­zgo­dzie, sto­sach i ludz­kiej py­sze. Po­my­ślał w koń­cu o zwąt­pie­niu i nie­wie­rze, któ­re jak mur wy­ra­sta­ją wszę­dzie tam, gdzie czło­wiek spo­ty­ka się z nie­na­zwa­nym. Po­my­ślał o Ko­ście­le, któ­ry chce mieć mo­no­pol na praw­dę, o pa­pie­żach i bi­sku­pach, o za­bor­czych wład­cach i spor­nych te­re­nach po­gra­ni­cza, o róż­nych ję­zy­kach lu­dzi. I wte­dy wła­śnie opu­ści­ła go od­wa­ga. Ukrył Księ­gę w miej­scu, któ­re wy­da­wa­ło mu się do tego stwo­rzo­ne: w wą­wo­zie gór­skim, gdzie po­szu­ku­ją­cy od­osob­nie­nia mni­si zbu­do­wa­li so­bie nie­wiel­ki klasz­tor. Im to po­wie­rzył Księ­gę, a so­bie obie­cał, że wró­ci po nią, gdy tyl­ko przy­go­tu­je lu­dzi na jej przy­ję­cie. Wró­cił więc do domu z pu­sty­mi rę­ko­ma, ale też z po­czu­ciem po­słan­nic­twa. Wy­brał sied­miu mą­drych i god­nych męż­czyzn i wraz z nimi za­ło­żył Brac­two, któ­re mia­ło się za­jąć re­for­mo­wa­niem świa­ta i przy­go­to­wa­niem go do ma­ją­cej na­dejść zmia­ny. Lecz w szczyt­ne pla­ny H.R.C. wmie­sza­ła się, jak to zwy­kle bywa, hi­sto­ria. Dwie woj­ny prze­to­czy­ły się jed­na po dru­giej, po­ja­wi­li się inni re­for­ma­to­rzy, dla któ­rych naj­waż­niej­szy był spór o Mat­kę Bo­ską i Trój­cę Świę­tą, a przede wszyst­kim o wła­dzę. Za­czę­ły się krwa­we re­pre­sje, za­pło­nę­ły sto­sy. Lu­dzie, ob­ser­wu­jąc gwiaz­dy i ba­da­jąc wła­ści­wo­ści ma­te­rii, zbli­ża­li się cza­sem o krok do praw­dy, ale po­tem od­wo­ły­wa­li wszyst­ko w ob­li­czu no­wych izb tor­tur. H.R.C. zmarł w Ha­ar­le­mie z twa­rzą zwa­rzo­ną zmarszcz­ka­mi go­ry­czy jak mro­zem. Przed śmier­cią drżą­cą ręką spo­rzą­dził na ka­wał­ku pa­pie­ru mapę gór, wśród któ­rych ukrył Księ­gę, ufa­jąc po dzie­cin­ne­mu, że wkrót­ce uspo­koi się wzbu­rzo­ne mo­rze dzie­jów i lu­dzie zaj­mą się w koń­cu tym, co naj­waż­niej­sze.

Umie­ra­jąc, po­czuł przez chwi­lę ogar­nia­ją­ce go ze wszech stron cie­pło i wiel­ką ja­sność. Pod­niósł wzrok i zo­ba­czył wpa­trzo­ne w sie­bie ogrom­ne, nie­ludz­kie oczy Boga.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu peł­nej wer­sji książ­ki