Strzępy pamięci - Vera Frister - ebook
Opis

Od Autorki:

Dziś każdy szczeniak ma już więcej niż siedemdziesiąt lat – powiada mój mąż. A ponieważ właśnie znajduję się w tej kategorii, więc jeśli chcę zdążyć przed kompletną sklerozą, afazją czy innym Alzheimerem, najwyższy czas zabrać się do spisywania strzępów rodzinnej pamięci. Nie będzie to dla mnie łatwym zadaniem, bo jeszcze nigdy nie „opowiedziałam” siebie do końca. Zawsze coś zostawało ukryte, pominięte, uznane jako nieważne etc. Tym razem (bo to już ostatni dzwonek) postaram się napisać z ręką na sercu. Na ile mi się to uda nie wiem, ale zrobię to uczciwie.

My, pokolenie „przedwojenne”, zaczynamy obawiać się, że his­toria, która powstała na naszych oczach zostanie uwieczniona tylko w mało ciekawych szkolnych podręcznikach.

Przez wieki ludzie rodzili się, żenili, płodzili następne pokolenia i umierali – wszystko razem w tej samej parafii. Tam też znajdują się w rodzinnych almanachach zapisane dziesiątki pokoleń wstecz. My, większość Żydów europejskich, nie mamy takiego komfortu. Dzieje naszych przodków spłonęły razem z nimi w Holocauście. Tylko niektórym udało się i przeżyć i odnaleźć w archiwach cząstki swoich korzeni rodzinnych.

Ci, którzy ocaleli, dzielą się dziś na dwie połowy: pierwsza pisze pamiętniki – a druga je czyta. Próbuję się dołączyć do tej pierwszej.

Zdaję sobie też sprawę z tego, że to moje opowiadanie jest jak pyłek w porównaniu z ogromną, tragiczną biblioteką napisaną na temat Holocaustu. To co przedstawiam, to po prostu bardzo osobista relacja przejść i czasów, które przeżyłam wraz z moim pokoleniem w Polsce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 224

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


vera frister

strzępy pamięci

Osobowy: Lwów – Ziemia Obiecana

Wydawnictwo NOwy Świat

© Copyright by Vera Frister, 2015

© Copyright by Wydawnictwo Nowy Świat, 2015

druk ISBN 978-83-7386-578-5

ebook ISBN 978-83-7386-851-9

Wydanie I Warszawa 2015

Wydawnictwo Nowy Świat

ul. Kopernika 30, 00-336 Warszawa

tel. 22 826 25 43, faks 22 826 25 47

podziękowania:

Memu mężowi Edkowi – za miłość, cierpliwość i cenne rady.

Maćkowi Wierzyńskiemu – za wiarę w moje pisanie i poparcie.

Julicie Szpilewskiej – za przyjaźń i ciągły doping w wydaniu książki.

Witkowi Jędrzejewskiemu – za umożliwienie wydania.

I wreszcie moim przyjaciołom – za cierpliwe i życzliwe czytanie.

Zamiast wstępu

„Dziś każdy szczeniak ma już więcej niż siedemdziesiąt lat” – powiada mój mąż.

A ponieważ właśnie znajduję się w tej kategorii, więc jeśli chcę zdążyć przed kompletną sklerozą, afazją czy innym Alzheimerem, najwyższy czas zabrać się do spisywania strzępów rodzinnej pamięci. Nie będzie to dla mnie łatwym zadaniem, bo jeszcze nigdy nie „opowiedziałam” siebie do końca. Zawsze coś zostawało ukryte, pominięte, uznane jako nieważne etc. Tym razem (bo to już ostatni dzwonek) postaram się napisać z ręką na sercu. Na ile mi się to uda nie wiem, ale zrobię to uczciwie.

My, pokolenie „przedwojenne”, zaczynamy obawiać się, że historia, która powstała na naszych oczach zostanie uwieczniona tylko w mało ciekawych szkolnych podręcznikach.

Przez wieki ludzie rodzili się, żenili, płodzili następne pokolenia i umierali – wszystko razem w tej samej parafii. Tam też znajdują się w rodzinnych almanachach zapisane dziesiątki pokoleń wstecz.

My, większość Żydów europejskich, nie mamy takiego komfortu. Dzieje naszych przodków spłonęły razem z nimi w Holocauście. Tylko niektórym udało się i przeżyć i odnaleźć w archiwach cząstki swoich korzeni rodzinnych.

Ci, którzy ocaleli, dzielą się dziś na dwie połowy: pierwsza pisze pamiętniki – a druga je czyta. Próbuję się dołączyć do tej pierwszej.

To co piszę, to jeszcze jedna mozaika z mozolnie zebranych dokumentów, które wykorzystuję. Podążam jak Tezeusz za kłębkiem Ariadny, coraz to wygrzebuję z archiwów pamięci jeszcze jedno wydarzenie i coraz głębiej się wkopuję we własną historię. Cała zabawa polega na tym, że trzeba wiedzieć, w którym archiwum szukać.

Zdaję sobie też sprawę z tego, że to moje opowiadanie jest jak pyłek w porównaniu z ogromną, tragiczną biblioteką napisaną na temat Holocaustu. Nie mam też ambicji pisać o tym, co przeżyłam, jak w dokumencie. To co przedstawiam, to po prostu bardzo osobista relacja przejść i czasów, które przeżyłam wraz z moim pokoleniem w Polsce.

Innym, może najważniejszym bodźcem, jest chęć przedstawienia czytelnikom, a szczególnie tym młodszym, nie mojego życiorysu, ale faktów, które na moich oczach (i skórze) miały miejsce, tych bardziej, czy mniej, globalnych zmian. Stare chińskie przekleństwo: „Obyś żył w ciekawych czasach”, doskonale pasuje do mnie i do całego mojego pokolenia. Przypuszczam, że przez te okruchy mojej pamięci przeświecać będzie smutna rzeczywistość, przez którą ono przeszło, a jednocześnie nie zostaną zapomniane radosne czy wręcz wesołe momenty w naszym życiu, bo bez śmiechu, bardzo „na poważnie” pisało już setki ludzi przede mną. Nie mam zamiaru pisać komedii, opiszę tylko fakty dotyczące mojego pokolenia, z lekkim dodatkiem aspektu żydowskiego, który gdzieś pod powierzchnią przez cały czas bulgotał. Aż dziwne, że tylu Żydów (a uważano ich za mądrych) uwierzyło w komunistyczną bajeczkę i współpracowało z powojennym rządem. Myśleli, że w komunistycznym państwie nie będzie miejsca na antysemityzm.

Słono za to zapłacili.

Wszystko zaczęło się od przypadku. Moja córka, Alona, świeżo upieczona mężatka, wybrała się w podróż poślubną na Daleki Wschód. A więc Nepal, Indie, Tajlandia etc. Była to prawie roczna eskapada. W związku z tym, że Internet, a raczej e-maile są najwygodniejszym sposobem komunikacji z drugim końcem świata, musiałam w końcu zrozumieć, że komputer nie służy tylko do ścierania kurzu, czyli że musiałam się nauczyć „obsługi instrumentu”. Nie mogę powiedzieć, że nie miałam tremy. Obawy okazały się płonne, przyszło mi to z łatwością nie pasującą do mego wieku. Trzeba tylko trochę zdrowego rozsądku, ale skąd to do mnie?

Kiedy już potrafiłam się posługiwać e-mailami rozpoczęła się między nami ożywiona korespondencja.

Na odległość, może z tęsknoty za córką, zaczęłam przeglądać różne rodzinne fotografie, nawet ściągnęłam z pawlacza kopertę z dokumentami mojej mamy, do której nigdy przedtem nie zaglądałam i zaczęła mi się zarysowywać jakaś myśl o uporządkowaniu tego i spisaniu dla przyszłych pokoleń.

Tyle tylko, że porządkuję te dokumenty, a moja córka wie o wszystkim (no, prawie), co się zdarzyło w naszej rodzinie i aprobuje to pisanie.

Co do dokumentów i wspomnień czuję się jak złodziej kieszonkowy. Czy mam prawo pisać o faktach odkrytych po śmierci mojej mamy? Ona tak starannie zapakowała całe swoje poprzednie życie i wszystko co w nim było, nigdy nie chciała wracać do przeszłości i nie była skłonna odpowiadać na zadawane przeze mnie pytania.

Dołączone dzieje rodziny mego męża i kilkanaście fotografii scaliły te wspomnienia i wyszła z tego prawie pełna książka.

Pisząc obecną historię po polsku, faktycznie zamykam swojej córce dostęp do moich wspomnień i czuję się tak, jakbym ją wydziedziczała. Dlatego też napisałam dla niej hebrajską wersję tych wspomnień. Na pytanie czy będzie się źle czuła z moim pisaniem po polsku powiedziała mi: „Mamo, rób to, co sprawia ci prawdziwą przyjemność. Wiem, że ostatnio zaczęłaś pisać po polsku i widzę, jak cię to cieszy. Ja swoją część dostałam i jestem ci bardzo wdzięczna, że zrobiłaś to dla mnie.” A ja obawiałam się, że robię jej to samo, co mnie tak bolało w kontaktach z moją mamą czyli... absolutne wykluczenie. Przyjaciółki mamy wiedziały o jej losach i problemach o wiele więcej niż ja.

W zamian, o mnie dowiadywała się tylko niezbędnych rzeczy, i to zwykle post factum, a o zasięganiu rady, czy uczuciach nie było między nami mowy. Mama moja skrzętnie chroniła tajemnice swego życia (ponad sześćdziesiąt lat później okazało się, że było co chronić), a ja próbuję zedrzeć z nich wszystkie welony, którymi je otuliła. Teraz dopiero, u schyłku mego życia, zrozumiałam wiele przyczyn, które nią kierowały w rozpościeraniu tej zasłony dymnej.

Jedną po drugiej zrywam te zasłony i brnę jeszcze głębiej, w dziedziny dotyczące mnie, które ja sama też zawsze oddalałam od siebie. Może tym razem przestanę ją rozliczać, i nareszcie, trzydzieści trzy lata po jej odejściu zapanuje między nami pokój. Nie było to łatwym postanowieniem, bo ostatnio dowiedziałam się o jeszcze innych „kawałkach” z jej życiorysu, które mną wstrząsnęły. „Biłam się do krwi” z własnymi myślami. Czy mam prawo ją osądzać? Jak ja bym się zachowała w podobnych sytuacjach? W końcu postanowiłam wybrać wersję początkową, udokumentowaną tym, co znalazłam w kopercie po jej śmierci. Przypuszczam, że będzie to dla mnie prawdziwą nagrodą za włożony wysiłek. Zakończy się też rodzinny cykl tajemnic, kłamstw i niedopowiedzeń, w których ja nie brałam udziału, a które miały wpływ na moje życie.

Tyle tylko, że zrozumieć, nie znaczy wybaczyć.

A ponieważ nie używam pompy i patosu, robię wszystko, aby w tym moim pamiętniku było więcej uśmiechów niż łez. Niestety, te ostatnie po dziś dzień palą jak ogień.

Moja opowieść rodzinna snuje się poprzez zamieszki, rewolucje, wojny, zmiany polityczno-geograficzne, ustroje, a nawet, języki wśród których lawirowała. Wśród dokumentów znalezionych w kopercie pozostałej po mojej matce w Tel Awiwie, do otwarcia której nigdy nie mogłam się zmusić, znalazłam jeden charakterystyczny list pisany wspólnie przez dziadka Grzegorza Wolfmana i babcię Klarę ze Lwowa w listopadzie 1940 roku, do syna Michała (Miszy), który już wtedy był w Palestynie. Dziadek i Babcia pisali po rosyjsku, ich drugi syn Józek po polsku, a Babunia (prababcia) po ukraińsku.

Jedyne ocalałe fotografie rodzinne to te, które wziął ze sobą Misza do Palestyny i te, które mu rodzice wysyłali przed wojną.

Mama nie miała ani jednej rodzinnej fotografii. Nie ocalała też ani jedna fotografia mego ojca. Mogę go sobie tylko wyobrazić, bo stale mówiono mi, że jestem do niego uderzająco podobna.

Cóż dziwnego, że kiedy się ucieka z dzieckiem na ręku, nie ma czasu na zabieranie rodzinnych albumów.

Dlatego też, po wielu latach usiadłam i spisałam po hebrajsku dla mojej dorosłej córki wszystkie okruchy tego, co zostało mi w pamięci. Dla niej, dla jej męża Eyala, małego „następcy tronu” Omriego i dla za chwilę mającego urodzić się jej drugiego synka, a może jeszcze dalej.

Zawsze bolała mnie niechęć młodych Izraelczyków do poznania korzeni, języka, kultury i obyczajów rodziców. Ma ona swoje podłoże. Dla nich nasze opowiadania o przeszłości są tylko ciężarem. Opowiadania o przeszłości nie są zależne od tego kiedy miały miejsce. W Izraelu co kilka lat toczy się wojna, w której giną ich koledzy, więc nasze przeżycia, choć bolesne, są dla nich równe z Odyseją Homera. Oni chcą być wolni od naszych kompleksów. My mamy ich całe tony, a oni mają dosyć swoich problemów, zupełnie innych od naszych. Z drugiej strony, nasze pokolenie nie potrafiłoby funkcjonować w dzisiejszych realiach. Tak więc w imieniu mojego pokolenia – dziękuję, ale nie chciałabym się z nimi zamienić.

Nie będzie w tych moich wspomnieniach ładu, składu ani chronologii. Najlepiej wychodzi mi pisanie, kiedy mogę w każdej chwili zrobić dygresję. A ponieważ jest to moja ulubiona forma, która pozwala mi wtrącać swoje trzy grosze zawsze i wszędzie w związek z postaciami, które właśnie opisuję, czuję się w tym tekście jak w domu. Mam też nadzieję, że bałaganiarstwo nie zasłoni czytelnikowi prawdziwego obrazu wydarzeń. Wiem, że bardzo ciężko będzie mi opowiedzieć każde wydarzenie od początku do końca, nie rozbiegając się na wszystkie strony. Często może to wysadzić puentę w powietrze. Bo ja regularnie morduję każdy dowcip, co nie znaczy, że za następnym razem znów nie próbuję.

Będą też fakty opisywane kilkakrotnie, tyle tylko, że za każdym razem w innej formie i konotacji. Moje osobiste przeżycia zawsze miały wspólny mianownik z aktualiami. Może to moje rozdwajanie włosa będzie uciążliwe dla czytelnika i wyda się mocno przesadzone, ale nie ma rady. Powiedziało się A, trzeba napisać też B.

Oprócz tego pędzi mną przekonanie, że właśnie moje pokolenie zobowiązane jest do pozostawienia każdego, choćby najbłahszego strzępu pamięci po naszych zdziesiątkowanych, czy wprost wyciętych w pień rodzinach.

Dlatego też z góry przepraszam czytelnika, proszę o cierpliwość i wybaczenie.

Chociaż przychodziło mi to z trudem, starałam się, aby wspomnienia te, czasami smutne, czasami wesołe, były pisane „Sine ira et studio” (Tacyt – „Bez gniewu i bez osądzania”).

A więc po kolei znane mi dzieje rodzinne.

Po mieczu

Dziadkowie Jakób i Freide (z domu Dób)

Urodziłam się we Lwowie pod koniec roku 1937, w inteligenckiej, żydowskiej, zasymilowanej rodzinie. Byliśmy typowymi mieszczuchami. Dziś tacy ludzie nazywają się paskudnie po polsku – „wykształciuchami”. Ojciec był adwokatem (doktorem prawa rzymskiego na Uniwersytecie Jana Kazimierza). Podczas jednej z moich częstych wizyt w Polsce w latach 80. i 90. „wyłowiłam” w ŻIH-u (Żydowski Instytut Historyczny) kilka wiadomości o nim. Był to numer telefonu w kancelarii ojca i potwierdzenie wpisu do „Informatora Sądowego” za rok 1939 (str. 320) z siedzibą we Lwowie ul. Hetmańska 22.

Ojciec mój nazywał się Dawid Hefter, urodził się w miejscowości Kuropatniki (dziś Ukraina) 17 maja 1902 r. Oto dane pochodzące z Księgi Urodzeń Dawnego Izraelickiego Urzędu Metrykalnego dotyczące obrzezania mego ojca: w miejscowości Bursztyn, dawny powiat Rohatyń, dawne województwo stanisławowskie pod numerem 68 za rok 1902. [Księga ta została przekazana do Archiwum Akt Dawnych w Warszawie].

Dziadek był dzierżawcą dóbr. Okazuje się, że zajęcie to było dosyć powszechne wśród galicyjskich Żydów o średnim wykształceniu.

Tu muszę wtrącić swoją uwagę: po rosyjsku dub, to po polsku dąb. Dąb po hebrajsku to alon. A moja córka ma na imię Alona. To przypadek, bo imię to bardzo się nam podobało.

Dla mnie to jakby zamknięcie nieznanego zaczarowanego koła.

Ojciec mój wcześnie wyjechał do gimnazjum we Lwowie. Tam też ukończył studia adwokackie na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Aplikanturę zrobił w jednej z największych kancelarii adwokackich dr. Parnasa (parnas w hebrajskim to utrzymujący, żywiciel). Po wejściu Niemców w czasie II Wojny Światowej do Lwowa ustanowili oni Judenrat (Radę Starszych) W zarządzie Judenratu zasiedli znani i szacowani obywatele Lwowa, kwiat żydowskiej inteligencji. Jednym z radnych miał być dr Parnas. Powołani do Judenratu na ogół bardzo niechętnie zgadzali się na wyznaczone stanowisko. Dr Parnas wręcz odmówił, został aresztowany i zamordowany w więzieniu.

Terror szalał we Lwowie. Niemcy nie poprzestali na ulicznych łapankach. Wyciągali z domów starców, kobiety i dzieci. Wszystkich tych złapanych przewozili do obozu przy ulicy Janowskiej. Tam byli oni trzymani przez kilka dni bez jedzenia, picia i elementarnych środków sanitarnych. Ci którzy przeżyli ten obóz, byli ładowani na ciężarówki po czym dosłownie upychani do bydlęcych wagonów jadących do Bełżca, na szlaku komunikacyjnym Lublin-Lwów. A może zostali wprost zamordowani na lwowskich Piaskach? Po przyjeździe kazano im się bezzwłocznie rozebrać i wpychano ich do komór gazowych. Trupy zakopywano. w wielkich wspólnych rowach. Na przełomie lat 1941/42 z powodu braku miejsca na zbiorowe groby, obóz zlikwidowano. Jeszcze długo po tym, wożono do Bełżca młodych, silnych Żydów aby palili rozkładające się zwłoki. Silny zapach trzymał się w okolicy przez jeszcze bardzo długi czas.

Już w Izraelu dowiedziałam się, że we lwowskich kanałach dochodzących do rzeki Pełtew ukrywała się garstka Żydów. Oczywiście, nie ukrywali się sami – to było nie do przeżycia. Ukrywali ich polscy pracownicy kanałów Leopold Socha, Stefan Wróblewski i Jerzy Kowalow. Przynosili im chleb, karbid i świece. Mimo tej opieki dręczyły ich choroby, na które nie mogli dostać leków, więc nie wszyscy przeżyli do lipca 1944, kiedy Lwów został „wyzwolony” przez Armię Czerwoną. W 2011 r. Agnieszka Holland nakręciła film „W ciemności”, opowiadający historię Sochy.

Wiele lat później, kiedy zabierałam się do opisywania rodzinnych dziejów, powzięłam ambitne postanowienie: wydębić od Ukraińców przynajmniej kopię dyplomu ojca, a jak dobrze pójdzie to też i fotografię. Już sobie wyobrażałam jak oczami siedemdziesięciolatki spojrzę na fotografię dwudziestolatka. Niestety lwowski Uniwersytet Jana Kazimierza w ramach doszczętego zmazywania wszystkiego co polskie, został przemianowany na Uniwersytet Iwana Franko. Na dodatek na swojej stronie internetowej podaje rok założenia 1661! Tak, jakby Ukraińcy mieli swój kraj wtedy, czy wiele, wiele lat później. Drobny fakt, że tenże Iwan Franko urodził się w roku 1856 nie przeszkodził. Niby poważna wszechnica, a takiego drobiazgu nie zbadała. W ramach socjalistycznego twierdzenia, że jeśli fakty nie zgadzają się z prawdą, biada faktom.

Listy do archiwum, nawet polecone, czy e-maile zostają bez odpowiedzi.

Wśród moich polskich przyjaciół rozpuściłam wieść, że ktokolwiek pojedzie do Lwowa, proszony jest przeze mnie aby się zwrócić do archiwum Wydziału Prawa i wyciągnął od nich ten upragniony dokument. Kolega polecił mnie jednemu z byłych profesorów lwowskiego Uniwersytetu. A ten z kolei polecił mnie doktorantowi z uniwersytetu w Lublinie. Trafiłam w dziesiątkę. Pan Adam R., który właśnie kończył pisanie tezy na temat Wydziału Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza w międzywojennym dwudziestoleciu, podjął się szperania w archiwum dokumentów w moim imieniu. Przekazałam mu znane mi namiary, które powinny być wystarczające. Znów zacierałam ręce i byłam już pewna, że tym razem już z pewnością dostanę upragnione dokumenty. Wkrótce dostałam wiadomość od pana Adama. Powiedziano mu, że archiwum jest w pierwszym stadium porządkowania, więc zamknięte dla publiczności. Od siebie dodał pan Adam, że tak jak zna ukraińskie porządki, archiwum nigdy nie będzie uporządkowane, czyli dostępne dla wszystkich zainteresowanych. Tak spełzły na niczym moje marzenia o znalezieniu jakichkolwiek nowych śladów po ojcu. Muszę się zadowolić tymi kartkami z przedwojennej lwowskiej książki telefonicznej i ksero z Ksiąg urodzin.

To miejsce szczególnie nadaje się na dygresję. W późnych latach 50., kiedy miałam już sporą grupę znajomych w Tel Awiwie zdarzyło mi się coś, czego nie zapomnę do końca moich dni.

Pewnego wieczoru, jak zwykle, siedzieliśmy w naszej dzielnicowej kawiarence, grupy nie dzieliły się ani na wiek, ani na wykształcenie, tylko na wolne miejsce przy stoliku. Dyskusje przy wszystkich stołach były mniej więcej na ten sam temat: kto, kiedy jak się urządził i dostał pracę.

W pewnej chwili podszedł ktoś od tyłu do naszego stolika, obszedł mnie naokoło i powiedział: „Przepraszam, Pani m u s i być córką dr. Heftera ze Lwowa”. Jasne, że o mało nie spadłam z krzesła. Jakim cudem człowiek ten mógł się domyślić?. Na moje pytanie odpowiedział, że obserwował mnie z tyłu i z moich gestów i głosu doszedł do wniosku, że podobieństwo jest absolutne. Choć od czasu jego wspólnych studiów z moim ojcem minęło prawie dwadzieścia pięć lat, nie zapomniał swego kolegi. Oczywiście też nie miał pojęcia, że ojciec się ożenił i miał córkę, a jeśli tak, czy przyjechaliśmy razem do Izraela. Opowiedziałam mu o losach ojca. Tym razem on był wstrząśnięty. Szybkim krokiem odszedł i zanim się zorientowałam znikł mi z oczu. Nawet nie zdążyłam spytać go o nazwisko. Więcej tego człowieka nie spotkałam.

Wielokrotnie prosiłam mamę, żeby mi opowiedziała coś o ojcu. Zawsze zbywała mnie powiedzonkiem: „Twój ojciec był bardzo porządnym człowiekiem” i nic więcej. Dziś rozumiem, że temat był dla niej po prostu zbyt trudny, nie potrafiła się z nim zmierzyć. Od chwili kiedy Niemcy go zamordowali, jej życie już nigdy nie było łatwe.