Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Strumienieto intymny zapis dwóch dekad podróży medytacyjnej autora, ukazujący od środka często bolesny proces rozpuszczania zasłony rozdzielenia na ja i świat, ja i oni. Teksty powstawały w medytacji — poza wolą, celem i intencją — dlatego nawet dziś działają jak słowne mandale, wspierając świadomość medytacyjną Czytelnika.
Marcin Wozich jest nauczycielem medytacji, autorem książki Hydraulika Umysłu — Pokochaj Beton: Kawiarniane rozpuszczanie w Świadomości oraz twórcą metody Saranagati — jogicznej pracy z ciałem, oddechem i energią. Ostatnie dwie dekady spędził głównie w Azji, często w klasztorach i miejscach duchowej energii, praktykując Otwartą Świadomość. W Strumieniach zaprasza Czytelnika do wspólnej podróży przez trudne emocje i splątane myśli — ku zawsze świeżej, radosnej i kochającej przestrzeni odczuwania.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 160
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Strumienie
Poetyckie zapiski z 20 lat duchowej podróży
Marcin Wozich
Intymny zapis dwóch dekad podróży medytacyjnej autora, ukazujący od środka często bolesny proces rozpuszczania zasłony rozdzielenia na ja i świat, ja i oni.
Wydanie I
Poznań, 2025
ISBN e-book: 978-83-973563-5-1
ISBN wydania drukowanego: 978-83-973563-4-4
Copyright © Marcin Wozich, 2025
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana, przechowywana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oraz przy użyciu jakichkolwiek środków elektronicznych, mechanicznych lub innych, w tym poprzez fotokopiowanie, nagrywanie czy wykorzystanie systemów przechowywania i odczytywania informacji, bez uprzedniej pisemnej zgody autora lub wydawcy, z wyjątkiem krótkich cytatów użytych w recenzjach.
Projekt okładki: Marcin WozichRedakcja i korekta: Elwira JeglińskaSkład i łamanie: Marcin WozichIlustracje i grafiki Marcin Wozich
Więcej informacji na stronie: cafesamadhi.com Kontakt: [email protected]
Strumienie to pocztówki z ponad dwudziestoletniej medytacyjnej podróży, podróży podczas której świadomość powoli rozpuszcza zasłonę rozdzielenia na ja i świat, ja i oni. Każdy ze strumieni wyłaniał się w trakcie, czy raczej sam w sobie był medytacją, stąd powstał całkowicie poza wolą, celem czy intencją. Każdy z nich był kotwicą w świadomości, dzięki której uwaga nie dała się wessać w czerń bulgoczących emocji i myśli. Dlatego nawet dziś mogą pełnić funkcję słownych mandali, wspierając medytacyjną świadomość odbiorcy.
Strumienie zebrane zostały mniej więcej chronologicznie, od tych gęstych, topornych i trudnych, w których pędy medytacyjnej świadomości mozolnie przebijają się przez beton uwarunkowanej myśli, do tych łatwiejszych i lżejszych, w których mniej myśli, a więcej prostego czucia. Podzielone zostały na działy: Beton i Pokochaj — w pierwszym więcej buntu i rozpadu dotychczasowego świata, w drugim więcej przestrzeni, medytacji, czucia. Całość otwiera tekst Medytacja z części Pokochaj, a potem wracamy do początku drogi, czyli Betonu.
Strumienie warto czytać powoli — raczej ciałem niż myślą — wybierając te, które rezonują i pomijając te, od których zaczyna boleć głowa.
Pai, grudzień 2017
Najeżony pragnieniami nieustannie szukam szczęścia. Kompas kierunku zatacza błędne koła, prowadząc mnie na ślepo przez uliczki życia. Jestem. Skręcony bólem i strachem. Strachem przed niedocenieniem, strachem przed utratą szansy, strachem przed byciem w złym miejscu.
Dźwięk. Dźwięk rozrastającego się kosmosu odlicza sekundy. Jest jak cienka nić Ariadny prowadząca w stronę… śmierci. Jeszcze jeden krok, jeden krok więcej. Jestem, wciąż jestem. Schematy, jak wzory na tkaninie życia, generują myśli, emocje, odczucia, wyplatając mnie i całą rzeczywistość wokół. Dźwięk ucicha. Umysł wyczekuje nadejścia nowego.
Wyjście z głowy, wyjście w ocean doświadczeń. W ocean nieustannie zmieniających się dźwięków, w ocean światła, morze doznań w ciele. Owad. Wiatr. Szelest ocierających się liści. Świadomość powoli obejmuje głowę. Wlewa się w środek ciała, przez szyję do torsu. Spokojny oddech odmierza sekundy. Ośmiornica uwagi chwyta mocno dźwięki dookoła. Umysł odpręża się na coraz głębszym poziomie. Odczucia stają się jednakowe, pomimo tego, że pochodzą z różnych zmysłów. Delikatna energia prostuje kręgosłup, wyciąga ciało w górę. Rozluźnienie. Dźwięk przenika ciało, otwierając napięcia. Problemy i smutki stają się coraz bardziej przezroczyste. Dźwięk chwyta umysł za rękę i prowadzi pewnie przez kolejne momenty. Jesteś. Jesteś. Jesteś. Energia umysłu uwolniona z napięć zaczyna równomiernie rozlewać się w ciele. Cały system zaczyna korygować swoją własną strukturę. Jestem. Astronauta unoszący się w kosmosie dźwięków. Oczy przymykają się pod wpływem tych doznań. Kolejny owad dołącza do symfonii ostrych pisków. Pisków świdrujących otwory w myśleniu, przez które się przebija światło świadomości. Oddech. Coraz głębiej kieruje energię w dół ciała. Środek ciężkości przenosi się z poziomu klatki piersiowej i głowy w kierunku bioder i brzucha. Równowaga staje się pewniejsza, poczucie bezpieczeństwa wzrasta. Świat powoli ożywa. Dusze przedmiotów wybudzają się z długiego snu o zwyczajności i nudzie. Każdy otwór w ścianie, każdy palec stopy obdarzony jest swoją własną osobowością, życiem. Krzesło wstydliwie wygląda zza stołu. Lodówka rozpycha się gdzieś w kącie pokoju. Ta osobowość, pomimo że na pozór zróżnicowana, wydaje się być jednocześnie tożsama. Gdzieś z tyłu tego wszystkiego siedzę ja. Patrzący. Świadek tego spektaklu istnienia.
Uwaga kieruje się do środka ciała. Myśl. Zbłąkana myśl na moment wypchnęła mnie z tego wszechświata szczęścia. Zaniepokojenie natychmiast zaczęło wysysać energię życia. Olbrzymi motyl przywitał mnie ciszą, a kwiaty w ogrodzie strzeliły kolorem. Czerwienią i żółcią, głębokim granatem. Już jestem. Dusza Wszechświata nieustannie woła. Nieustannie stara się przyciągnąć uwagę. Do życia, do szczęścia, do pełni znaczenia. Chcenie zamyka to, co jest otwarte. Kieruje kroki w stronę ideału. Odrywa świeże liście wzrostu, mówiąc, że ciągle za małe. Odbiera szczęście bycia, istnienia w momencie. Chcenie jest wynikiem strachu. Strachu przed utratą siebie.
Nie czyń, nie działaj, rozpuść się w Istnieniu. Nie kieruj, nie trzymaj, nie formułuj, nie idź. Bądź. Bądź świadomy swego zagubienia. Smutku, rozdarcia i braku spełnienia. Pozwól rzeczywistości objąć Twoje ciało. Pozwól dźwiękom i światłu rozpuścić je w sobie. Poczuj, jak faluje pod wpływem oddechu. Poczuj, jak zapada się w fotelu doświadczeń. Kochaj. Kochaj życie, kochaj każdy jego przejaw. Otwórz serce i chłoń każdy moment. To wszystko rośnie bez Twojego udziału. To wszystko rosło, zanim Ty tu byłeś. To wszystko dało życie im i Tobie. To wszystko czeka, aż się w końcu zbudzisz. Cały świat czeka na Twoje przebudzenie. Ze snu o troskach i ciągłej walce. Ciągłym oporze stawianym Istnieniu. By być, by trwać, by ciągle przeć do przodu. Świat czeka, aż się cały w nim zatracisz. Aż oddasz to, co jest dla Ciebie tak ważne. Puścisz, rozluźnisz mocny uścisk strachu. Strachu, który stanowi strukturę tego, co nazywasz sobą. Tego, co tak kochasz i nieustannie chronisz.
Blok
Poznań, 2005
Stoję. Wokół mnie pole, nade mną kłębią się wieczorne chmury, pod stopami trzeszczy świeżo zmrożony śnieg. Słucham wiatru, odgłosu samochodów pędzących A‑czwórką. Słucham swojego oddechu, swoich wspomnień, pragnień, obaw, zazdrości i chciwości. W oddali widzę Dorotę i Dawida. Stoją w miejscu, w którym zaczyna się las. Są mali, odlegli. W głowie pulsuje mi krew, czuję zmęczenie po biegu, czuję mroźne powietrze wdychane przez nos i usta. Widzę cudowne światło, światło wychodzące zza chmur, przebijające się przez nie, światło odbijające się od śniegu. Światło zachodzącego słońca, światło miasta, które żyje za lasem, światło lamp i latarni pobliskiej drogi i wioski. Wszystkie kolory, delikatny odcień różu, żółć świateł, delikatny błękit śniegu, szarość drzew, ziemia wychodząca spod śniegu, wszystkie kolory przenikają moje oczy, wpadają we mnie z każdym mroźnym oddechem. Jestem nimi, jestem społecznością, która żyje w tym mieście, jestem nie tyle ukształtowany, co tworzą mnie ich słowa, spojrzenia, gesty. Tworzą mnie oddalone budynki, drzewa i śnieg. Patrzę na nie i wiem, że stanowią mnie, stanowią o mnie.
W głowie pulsują obrazy: ojciec, mama, Dawid, Dorota, Ania, Gosia... Jestem nimi wszystkimi. Jestem kierunkiem, jestem jednym z nieskończenie wielu kierunków. Jestem niepowtarzalny w szczególe i taki sam w strukturze. Oddziałuję na nich tak samo jak oni na mnie. Teraz czuję chłód, lekki dreszcz przemęczenia. Delikatną obawę w gardle, wilgoć w nosie. Czuję niepokój.
Nie jestem w stanie tego opisać, nie jestem w stanie opisać głębi, wielowymiarowości percepcji, przebłysku zrozumienia prawd oczywistych. Nie wiem, jak, w jaki sposób wskazać na fakt, który leży poza słowem, który nie jest symbolem. Który jest percepcją, czystym odbiorem — czuję obawę przed czystym.
Nad ranem, w ostatnich snach, czuję ból, niepokój, złość, bezsilność. Wiem, że za chwilę to przejdzie, ale teraz mnie to budzi. Dusi mnie, nie potrafię sobie z tym poradzić. Teraz nie ma tego we mnie, mogę o tym myśleć, ale nie stanowi to problemu. Problem pojawia się jedynie rano.
Blok. Blok przed moim blokiem. Światła zapalają się i gasną. W najmniej spodziewanych momentach. Kolory — niebieski, czerwony, żółty, zielony — wszystkie ich odcienie. Żyją wszyscy, tacy jak ja, z tym samym bólem. Oderwani, zagubieni, z wypranymi umysłami, w szczęściu, strachu, niepokoju, obojętności, złości, zazdrości, wściekłości, okrucieństwie. Siedzą, chodzą, jedzą, czasami się kochają. Taka jest ich relacja. Podłączeni do siebie nawzajem, uzależnieni od swoich westchnień i skinień. Takich samych, nijakich. Pulsują. Czuję ich oddech, ich tętno.
Z niepokojem patrzę w ich oczy. Szukam siebie, a raczej mojego marzenia o mnie samym. Marzenia rozmytego, fragmentarycznego, niejasnego. Chcę być w nich. W ich umysłach. Kiedy siebie tam nie znajduję, cierpię. Kiedy mnie odrzucają, cierpię. Nie ma mnie poza nimi. Nie istnieję w oderwaniu od ich umysłów. Oni są mną. Ja ich tworzę, a zaraz potem tworzę siebie. Tworzę lustro, w którym szukam siebie samego. Nie ma mnie bez lustra. Nie istnieję bez nich. Oni są wytworem mojego umysłu, ja jestem odbiciem w nich.
I cierpię. Walczę.
Kocham tych, którzy mnie kochają. Kocham, sącząc w ich uszy truciznę. Truciznę, która jak narkotyk ubezwłasnowolnia ich, uzależnia ode mnie. I piję, piję to, co oni wlewają w mój umysł. Odurzeni cierpimy, mając nadzieję, że to nam da szczęście i wolność.
Szczerość
Perth, 2005
Szczerość, brak kłamstwa, brak kłamstwa na każdym z poziomów, brak wycofania, brak tłumienia. Doskonała szczerość przekazu. Bez strachu o własną osobę, o własne cele. Szczerość stanowi najważniejszy punkt naszej egzystencji. Szczerość zaczyna się w nas samych, kiedy nagle zdziwieni dostrzegamy kłamstwo w swoich najprostszych działaniach i nie możemy uwierzyć, że trwaliśmy w nim tak długo.
Kłamstwo jest siecią, którą zarzucamy na innych. Kłamstwo jest glinianymi nogami kolosa, który stanowi relacje z otaczającymi nas ludźmi. Kłamstwo jest nami samymi, naszą osobowością, naszym snem, naszym marzeniem. Kłamstwo wiąże rodziny, przyjaciół, społeczności, narody... Kłamstwo stało się najważniejszym punktem naszej cywilizacyjnej egzystencji… Kłamstwo wiąże nas samych, jest spoiwem naszych rozdartych osobowości, naszych myśli uczuć... Kłamstwo jest oczywiste, jasne, śmieszne i smutne...
Szczerość jest śmiercią nas samych, trzonu naszej osobowości. Nawet kiedy to piszę, czuję niepokój w sobie samym, czuję obawę, że wyjdę poza nie, poza kłamstwo, że stanę nagi przed sobą i światem. Że wypuszczę z napiętych dłoni z trudem trzymane sieci. Że pozwolę odpłynąć Wam, im, światu. Że zostanę z niczym... Sam, nijaki, szary. Że nagle wessie mnie w siebie ogrom świata, ludzkości, historii. Kłamstwo stanowi o mojej tożsamości, urojonej odrębności, kłamstwo daje mi pozycję, wartość...
Strach rodzi kłamstwo... Być może na początku kłamstwo stanowiło jedynie brak sprostowania, brak rozjaśnienia punktu widzenia innych. I wtedy ta przypadkowa ocena świata zewnętrznego w jakiś sposób stała się dla nas wartościowa. Więc uznaliśmy ją za cechę nas samych. Za nasz wewnętrzny walor. I stała się ona dla nas tak ważna, że zaczęliśmy poświęcać coraz więcej energii na utrzymanie tej opinii. Opinii, która nie była opisem nas. Posiadanie wiąże się ze strachem. Strachem utraty...
Czas, przestrzeń, szczerość…
Perth, 2005
Dzisiaj rano obudziłem się z niesamowicie jasnym zrozumieniem czy też świadomością znaczenia teorii względności, czy też natury czasoprzestrzeni. Ta jasność widzenia pozostawała ze mną przez jakąś godzinę do ponownego zaśnięcia. Jednak nawet teraz w mojej pamięci jej wirujące strzępy nadal napawają mnie sporym zdumieniem...
Czasoprzestrzeń, wszechświat, rzeczywistość jako nieustannie zmieniająca się energia, przybierająca nieskończenie zmienne formy trwające w teraz i znajdujące odbicie w postaci swoich konsekwencji w kolejnych teraz... Żyjemy na krawędzi tworzącego się czasu i tworzącej się przestrzeni. Jesteśmy tą przestrzenią i tym czasem. Na dobrą sprawę czas, którego — jak nam się wydaje — doświadczamy, jaki znamy, nie ma żadnej racjonalnej podstawy. Jest nielogiczny. To samo z przestrzenią. Nie ma przestrzeni i czasu. Są to twory, którymi obarczona jest nasza wyobraźnia, jednak logika wyklucza ich istnienie. Przestrzeń jest wynikiem oddzielenia nas samych od reszty wszechświata. Jednak my jesteśmy wszechświatem w takim samym stopniu, w jakim jest nim doświadczana przez nas droga. Mówiąc, że przemieszczamy się w przestrzeni, widzimy stałe otoczenie i zmiennych nas zmierzających z punktu a do b. Jednak ten obraz jest fałszywy. Nie ma stałego punktu a i stałego punktu b. Przemieszczając się, zapoczątkowujemy czy też wykorzystujemy, a raczej stajemy się częścią, świadomą częścią, splotu wydarzeń, przyczyn i skutków, które doprowadzają nas czy raczej przebudowują doświadczaną przez nas rzeczywistość tak, że stajemy się świadomi procesu, którego aproksymacje nazwaliśmy punktem b. Z tym, że nie ma tu ruchu w przestrzeni i czasie. W każdym ułamku czasu i przebywanej drogi to rzeczywistość tworzy się, powstaje, rodzi. I nie tworzy się na nowo, lecz ewoluuje, nie pozostawiając za sobą żadnej przeszłości.
Pewne ciągi wydarzeń, pewne procesy umykają naszym ograniczonym i zorientowanym na realizację przetrwaniowych zadań świadomościom. Stąd też to niezrozumienie i nazwanie ich obiektami. Jednak wszystko, co nas otacza, włącznie z nami samymi, to jeden olbrzymi proces. My sami jesteśmy procesem, w którym, z naszego punktu widzenia, zmiany zachodzą dość szybko, są zauważalne. Przykładem jest przemieszczanie się, ruch. Ale nie dajmy się zwieść pozorom czy też przyzwyczajeniom. Ruch — ten, którego my doświadczamy — nie istnieje. Ruch zakłada istnienie przestrzeni i czasu, a one nie istnieją. To, co nazywamy ruchem, jest ciągłą ewolucją wszechświata, na którego krawędzi my się znajdujemy (wraz z całą jego resztą). Nie wiem, jak to wytłumaczyć; sprawa jest z pozoru niesamowicie skomplikowana, ale wynika to jedynie z naszego biologicznego i zwierzęcego uwarunkowania... To, co nazywamy przestrzenią, to liczba wydarzeń, ich zbiór, liczba procesów, a raczej ich bieżących czubów, których jesteśmy świadomi; to co nazywamy czasem to długość procesu czy raczej liczba przemian, które jesteśmy w stanie zaobserwować i które w naszym rozumieniu dzielą nas od bezpośredniego doświadczenia innego procesu.
Jaka dynamika! Jak to niesamowicie szybko się rozwija. Z prędkością światła. Z prędkością 300.000 kilometrów na sekundę. Nic szybciej, nic wolniej. Zmian wszechświata w ciągu naszej sekundy jest tyle, ile przestrzeni zmieści się na odcinku 300 000 kilometrów. Tyle, ile węzłów, ile spinów zawiera ta długość. Tak szybko — z naszego czasowego punktu widzenia — zmieniają się stany wszechświata! Tyle wszechświatów bezpowrotnie umiera i tyle ich się rodzi. Tak rozwija się przestrzeń i tak rodzi się czas…
Czas i przestrzeń, pojęcia te są niewątpliwie atrybutem tych wszechświatów, w których istnieje człowiecza świadomość. Nie było ich wiele, ledwie sekunda w 24 godzinach narodzin i śmierci. Nie — pewnie nawet mniej. Ze względu na naszą pamięć i wyobraźnię to, co nazywamy czasem, rozciągnęliśmy poza realną rzeczywistość, w sferę przeszłości (wyobrażeń na temat przyczyn i skutków, których procesów wynikiem jest nasza świadomość teraz) oraz przyszłości (wyobrażeń skutków teraz, które kształtują naszą świadomość w przyszłości). Jednak przeszłość i przyszłość są jedynie wyobrażeniami. Nie istnieją realnie. Z tej samej przyczyny nie istnieje przestrzeń. Istnieje jedynie ograniczona świadomość procesu. Procesu, który nieustannie się zmienia. Nawet nazwa proces nie do końca oddaje to, co chcę przekazać. Proces zakłada istnienie czasu, w którym zachodzi. Jednak dla tego procesu, którym jest rzeczywistość, wszechświat — czas nie istnieje. Ten proces zawiera czas sam w sobie i jest liczony jako liczba podstawowych zdarzeń oddzielających inne zdarzenia od siebie. Jednak pamiętajmy, że na każdym z poziomów tego procesu, istnieje tylko on sam. Każdy z poziomów to teraźniejszość i nie ma na nim poziomu przyszłego lub poprzedniego. Choć poprzedni stanowi przyczynę następnego i w ten sposób się w nim odbija. Ruch, ruch, czas i przestrzeń, są wynikiem pamięci. Pamięci, która również istnieje jedynie w teraźniejszości. I jest jedynie wyobrażeniem, uwarunkowaniem.
Światło. Światło stanowi krawędź rzeczywistości.
Światło... Światło warunkuje minimalną liczbę wszechświatów, jaka dzieli proces a od procesu b. Światło stanowi krawędź czasu i przestrzeni, krawędź wszechświata. Każdy proces, każde zdarzenie zbliżają się do siebie z prędkością światła, każdy proces nieuniknienie zostanie związany z innym procesem. Jednak to, co ostatecznie wejdzie z sobą w kontakt, to nie będzie trwający w czasie obiekt, będzie to jedno z teraz warunkowane przez teraz je poprzedzające...
Fala i punkt, punkt i fala... Wszechświat… Wszechświat to olbrzymi organizm, życie, piękno, trwające w bezczasowości. Wszechświatów jest nieskończenie wiele, tyle i zdarzeń tworzy nieskończenie długi czasowy proces. Jednak każdy ze wszechświatów cechuje odrębne indywidualne pozaczasowe istnienie... Nic nie może poruszać się szybciej niż światło, wszechświat nie może przekroczyć swojej własnej granicy, granicy, jaką jest światło. Jeżeli ją przekracza, umiera, i daje życie nowemu...
Brak szczęścia wynika z powtarzalności zdarzeń, powtarzalność wynika z braku świadomości, brak świadomości jest wynikiem braku wglądu: wglądu w oczywistą naturę rzeczywistości, braku wglądu w oczywisty fakt, że wszystko w każdej sekundzie istnienia podlega nieustannej przemianie i nic nie powtórzy się, nic nie skopiuje. Każda z myśli, którą wypowiadam, którą zapisuję, mimo że jest nacechowana myślami innych umysłów, jest doskonale nowa i oryginalna. Oryginalna ze względu na język, jakim się posługuję, oryginalna ze względu na część świata, w jakiej ją zapisuję, ze względu na błędy językowe, błędy logiczne, ograniczone słownictwo i — co ważniejsze — inną interpretację słów, wyrażeń, związaną z doskonale oryginalną konstytucją mojego umysłu... Każda myśl, każde słowo, każda emocja odczuwana przez kogokolwiek ma taki sam charakter, jest doskonale oryginalna! W każdym momencie, w każdym teraz jesteśmy rodzącym się wszechświatem, który ma zapisaną przeszłość w swojej złożoności, a raczej... nie, w swojej strukturze. Nie wiem, czy strukturę tę cechuje większa złożoność czy też nie. Bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że struktura poddawana jest fluktuacjom, falom. Falom rozchodzącym się w materii, w energii stanowiącej esencję wszechświata. Jednak wysokość i częstotliwość fali nie stanowi o jego pięknie lub braku. Wszechświat jest nieskończenie piękny ze względu na samo swoje istnienie, na nieskończoność możliwych stanów, w jakich może się znaleźć (mówiąc „może się znaleźć” przyjąłem, że istnieje w czasie, a tak nie jest, wszechświat nie istnieje w czasie!) wszechświat i życie są jak ocean, nigdy nie znajdą się w takiej samej konfiguracji!
Uogólnienie to największy grzech, w którym znajdują swój początek wszystkie inne złe czyny. Uogólnienie rodzi nieskończony smutek powtarzalności. Uogólnienie rodzi ból i przywiązanie. Przywiązanie rodzi strach przed utratą. Strach przed utratą rodzi potrzebę zabezpieczenia się i potrzebę kontroli.
Dojrzałość, dojrzewanie jest procesem wychodzenia ze stereotypów. Jest procesem zrywania mentalnych sieci. Jest uświadamianiem sobie tego, że nie istnieje nic trwałego, że nie istnieje nic, co możemy zatrzymać, co możemy uchronić przed przemianą. Prawdziwa dojrzałość to uświadomienie sobie, że nawet my, z naszymi osobowościami, przyzwyczajeniami, strachami pragnieniami, podlegamy ciągłej przemianie, ciągłej nieustannej zmianie. Że to, co było kilka minut temu, już umarło, już nie istnieje, już nigdy nie pojawi się na nowo. Jednak to wymaga głębokiego wglądu, głębokiej wrażliwości, pełnej, doskonałej szczerości. Szczerość, prawda nie przymykają oczu na coś, co nie pasuje do obrazu, jaki nosimy w głowach, jaki nosimy w sercach, jakiego pragniemy doświadczyć. Szczerość umożliwia nieograniczony wzrost, nieuwarunkowany przeszłością, szczerość umożliwia pełne doświadczanie, szczerość to jedyna droga do szczęścia...
2006
Poczekalnia
Poznań, 2006
Ciągła walka i szamotanina. Czy jest inna forma życia, inny sposób czy raczej inne życie polegające na niezabijaniu czasu, na chłonięciu każdej sekundy, rozkoszowaniu się jej smakiem, bez oczekiwania, bez wyraźnego kierunku? Bez przeczucia, że to jedynie preludium, że teraz piszę, bo mam kilka chwil wolnych, ale zaraz będę gdzie indziej, w lepszym czasie i rzeczywistości. Że to, co teraz robię, jest jedynie środkiem, że każda chwila stanowi jeden ze schodów. Jak działam, jeżeli odbieram życie w ten sposób? Poszukuję wrażeń, czy raczej poduchy, która w najlepszy sposób stłumi to nieustające uczucie...
