Stowarzyszenie leworęcznych - Håkan Nesser - ebook

Stowarzyszenie leworęcznych ebook

Håkan Nesser

3,9

Opis

Marten Wincekelstroop i Rejmus Fiste to najlepsi przyjaciele. W pierwszej klasie szkoły podstawowej w małym miasteczku Oösterby zakładają Stowarzyszenie leworęcznych. Ponad dwadzieścia lat później płonie doszczętnie stary pensjonat. Giną ludzie. Oba wydarzenia mają ze sobą jakiś związek, jednak nie przeżył nikt, kto mógłby wyjaśnić, co się stało. Prawie nikt.

Minęło już piętnaście lat od ukazania się ostatniej powieści z cyklu, którego bohaterem jest komisarz policji Van Vetereen. Ostatnia powieść z serii o komisarzu Gunnarze Barbarottim ukazała się sześć lat temu. W „Stowarzyszeniu leworęcznych” spotykają się po raz pierwszy. Ale czy ostatni?

Nesser, autor kilkudziesięciu poczytnych powieści, z których część została sfilmowana przez szwedzką telewizję, powraca z kolejną intrygującą zagadką.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 536

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (129 ocen)
48
41
27
10
3

Popularność




CZĘŚĆ PIERWSZA

1

1957–1958, Oosterby i okolice

Marten Winckelstroop dorastał z dwiema ułomnościami. Nie miał ojca i był mańkutem.

To, że nie ma ojca, uświadomił sobie już wcześniej. Najprawdopodobniej w wieku trzech lat czy coś koło tego, bo właśnie wtedy jego matka Louise Henriette Winckelstroop zaczęła wbijać do głowy swojemu jedynakowi podstawowe prawdy życiowe. Na przykład to, że tacy, co to paradują w długich portkach i kapeluszu, a czasem nawet mają brodę i wąsy, bo są zbyt leniwi, żeby się golić, nie mają czego szukać w rodzinie Winckelstroopów.

Tak się sprawy miały.

I nigdy żadnemu z nich nie przyszło do głowy, że ten brak męskiego pierwiastka może być jakąś wadą. Ani przez moment. Osobnicy rodzaju męskiego, i młodzi, i starzy – naturalnie z wyjątkiem Martena – to tylko utrapienie i zbędny balast. Tak to już ten świat jest urządzony. Pewnie czasami przydaliby się do jakichś cięższych robót albo czyszczenia szamba, o innych już czynnościach nie wspominając, ale to wszystko, i nic poza tym.

Marten już od najmłodszych lat czuł, że jego lewa ręka jest o wiele przydatniejsza niż prawa do różnego rodzaju dłubaniny – od smarków począwszy, na innych aktywnościach skończywszy – ale tę naturalną przypadłość w pełni sobie uświadomił dopiero wtedy, kiedy skończył siedem lat i parę miesięcy. Kiedy to pewnego pięknego jesiennego dnia, z lekką bryzą wiejącą od morza, roku Pańskiego 1957 mały Marten wraz z innymi drżącymi ze strachu, gładko przyczesanymi siedmiolatkami z okolicy dostał się pod skrzydła i opiekę panny Bolster, nauczycielki szkoły podstawowej w Oosterby. Chodzi o szkołę sześcioletnią, bo na tej samej dużej działce, ale po drugiej stronie żywopłotu, na terenie rozciągającym się między strażą pożarną a kościołem, była jeszcze jedna szkoła – dla starszych.

Zbudowana była z cegły, to znaczy szkoła dla maluchów. Miała cztery sale, wliczając pracownię techniczną, a na poddaszu pokoje mieszkalne panny Bolster i dyrektora Klitschke. Parę lat wcześniej szkoła świętowała swój siedemdziesiąty piąty jubileusz. Ta dla starszych była dwa lata młodsza. Jednak tego, ile właściwie lat miała panna Bolster, nikt dobrze nie wiedział. Wielu twierdziło, że była tam od zawsze. To wcale nie głupia myśl, że i ona była zrobiona z cegły, z tych, co to zostały po wybudowaniu szkoły.

W każdym razie panna Margarete Bolster była silna i niejedno w życiu widziała. Wychowała nie tylko starsze rodzeństwo tej drżącej ze strachu gromadki, ale też ich rodziców. I jeśli w tym ciągle zmieniającym się świecie było coś stałego i niezmiennego, to z pewnością była to panna Bolster.

I jeszcze jedno – leworęczność była przez nią surowo zabroniona. Definitywnie. I nieodwołalnie.

Podobnie jak nie do zaakceptowania był brak ojca. A wcale niewykluczone, że te dwie rzeczy w jakiś niewytłumaczalny sposób miały ze sobą coś wspólnego. Na sprawy czysto rodzinne panna Bolster nie miała wpływu, ale jeśli mowa o tym, w której ręce należy trzymać pióro, kredę czy igłę do szycia – tu istniały bardzo szczegółowe wytyczne.

I odpowiednie metody, żeby te niewydarzone dzieciaki naprowadzić na właściwą ścieżkę. Szczególnie jedna. To znaczy jedna metoda. W taki oto właśnie sposób, już w drugim dniu szkoły, zresztą równie słonecznym i pięknym jak ten pierwszy, i z taką samą bryzą z północnego zachodu, Marten Winckelstroop zaznajomił się z tak zwaną rękawicą korekcyjną. Była zrobiona ze skóry i pachniała odrobinę kupą, trochę więcej owcą, a najbardziej starym potem, i już przed porannym psalmem ciasno siedziała na lewej ręce Martena. Pod żadnym pozorem nie wolno jej było zdejmować aż do zakończenia lekcji. Właściwie bardziej przypominała torbę niż rękawicę bez palców, wypchaną grubym końskim włosiem. Panna Bolster używała jej przez długie lata i w ten oto sposób leczyła jeszcze dłuższe zastępy domniemanych mańkutów.

W szkole w Oosterby było więcej takich rękawic, więc Marten nie był osamotniony. W tej samej ławce co Marten, najbliżej katedry (żeby mieć ich na oku i w razie potrzeby zdzielić linijką), siedział ciemnowłosy Rejmus Fiste, który oprócz tego, że był mańkutem, miał jeszcze inne braki. Na przykład się jąkał i niezupełnie był godny zaufania, jeśli chodzi o dotarcie na czas do toalety.

Tyle że Rejmus Fiste miał tatę. A ten pracował w mieście jako piekarz i w swoim czasie też był leworęczny. W zasadzie był w dalszym ciągu, dokładniej mówiąc, ponieważ chodził do innej szkoły, która nie podjęła żadnych kroków, żeby go z tego „upośledzenia” wyleczyć. A jednak, w jakiś niewytłumaczalny sposób, i tak piekł dobry chleb.

– Ta Bolster to wstrętna baba – zwierzył się Marten swojemu nowemu bratu w niedoli po jakimś tygodniu od rozpoczęcia roku szkolnego.

– Trzeba by ją ukatrupić.

Stali we dwóch pod rozłożystym kasztanem, obok sali gimnastycznej, i czekali na koniec przerwy śniadaniowej. Rejmus pokiwał tylko głową, ale jak zwykle nie wydobył z siebie ani jednego sensownego słowa. Obaj splunęli w trawę i poboksowali się chwilę swoimi workami wyściełanymi końskim włosiem, a potem zadzwonił dzwonek na lekcję.

Ale było jak było i z pewnymi rzeczami rzeczywiście należało coś zrobić. Jeśli nie dzisiaj, to w przyszłości.

Czas mijał. Dni, tygodnie, miesiące. Pod koniec grudnia przyszło Boże Narodzenie. Przez całą jesień Marten i Rejmus wytrwale walczyli, żeby pisać prawą ręką, ale i tak nikt ich nie mógł odczytać. Nawet oni sami, a w szczególności panna Bolster. Jąkanie Rejmusa też wymagało zreformowania, ale nie wszystko naraz, po kolei – najpierw smarkacz musi opanować pisanie prawą ręką, dopiero potem będzie można zacząć pracować nad mową.

Tak ustalone priorytety zaowocowały naturalnie tym, że Rejmus nie był odpytywany na lekcjach, ponieważ sformułowanie choćby najprostszej odpowiedzi zabierało mu niemiłosiernie dużo czasu. Koledzy z klasy, jak wąż w raju czy Mojżesz przekraczający Morze Czerwone, nieustannie byli katowani – a to tabliczką mnożenia, a to geografią… Ale nie Rejmus. Ten nigdy nie był pytany. Właściwie to nawet się cieszył z takiego porządku rzeczy i zwierzył się Martenowi, że wcale mu nie śpieszno do pozbycia się worka z ręki.

Rękawica wciąż trochę pachniała kupą i owcą, ale z czasem można się było przyzwyczaić – wystarczyło trochę własnego zapachu i obaj przyjaciele, oczywiście w tajemnicy, jednogłośnie doszli do wniosku, że rękawica wcale nie jest taka zła. Świetnie się w niej boksuje i koniec końców założona jest na najlepszą rękę.

W jaki sposób Rejmus komunikował się z kolegą, nikt nie wiedział, ale też nikogo to nie obchodziło. Ot, para cudaczna sama w sobie, dwa dziwaki… A może po prostu Marten miał wystarczająco dużo cierpliwości do kolegi, który w bólach i męczarniach wydukiwał z siebie kolejne słowa.

A może porozumiewali się językiem migowym. Choć jeśli tak, to tylko jedną ręką.

Marten potrafił oczywiście normalnie mówić, jeśli zaś chodzi o ułomności Rejmusa, to ten przynajmniej nie był głuchy.

Jeden fakt nie budził jednak żadnych wątpliwości: obaj byli na ostatnim lub przedostatnim miejscu w klasie.

Styczeń 1958 roku rozpoczął się przejmującym wiatrem z północy – największym, jak sięgnąć pamięcią. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem kanały Gruyder i Birkenberje, jeden po drugim, zamarzały, a kiedy w sobotę i niedzielę podmuchy wiatru trochę osłabły, ludzie jeździli na łyżwach na jeziorze Ooster. Nie była to jakaś szczególnie długa trasa, najwyżej pięć czy sześć kilometrów, ale jadąc pod wiatr, człowiek czuł, jakby się wspinał na jakiś szczyt. Z kolei droga powrotna była o wiele łatwiejsza.

Pierwszaki na łyżwach nie jeździły. Wiatr by ich zdmuchnął.

W klasie panna Bolster rozpalała w kominku, aż trzeszczało. Inspektor szkolny z Kaalbringen był na wizytacji przez pół dnia i skonstatował, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, pominąwszy oczywiście fakt, że Rejmus Fiste z pierwszej ławki skorzystał z okazji i nasikał w majtki. Wytłumaczenie było takie, że z powodu swojego jąkania nie mógł, albo też nie zdążył, zapytać, czy może wyjść do toalety, tak więc cała sytuacja w żaden sposób nie obciążała nauczania jako takiego. Dwa siarczyste policzki i sprawę można było uznać za załatwioną.

Tego samego dnia wieczorem Marten i Rejmus spotkali się w domu u tego pierwszego, na Beerenstraat, na strychu, który tak bardzo lubili, choć ta maleńka klitka pod spadzistym dachem z wejściem od szczytowej ściany budynku należała raczej do właściciela domu, pana Flindermanna, niż do lokatorów z najwyższego piętra, czyli panny Winckelstroop i jej jedynaka. Jednak pan Flindermann z czasem zrobił się za ciężki, żeby się wspinać po stromej drabinie, więc jeśli tylko smarkacze nic nie popsuli i nie robili hałasu, patrzył na to przez palce. Dobrze pamiętał, że sześćdziesiąt lat temu, a może i więcej, sam też tam przesiadywał całymi godzinami, żeby zejść z oczu ojcu, kiedy ten wracał z pracy pijany i chciał wygarbować skórę swojej gromadce. Ten dom był w jego rodzinie od trzech generacji. No a Marten i ten jego kolega… jak mu tam… byli jeszcze za młodzi, żeby palić w ukryciu czy popijać trunki.

– Pomyślałem sobie – powiedział Marten, kiedy się rozsiedli oparci o komin, który grzał im plecy. – Że najwyższy czas założyć klub.

– K-k-k-k…? – zapytał Rejmus.

– Właśnie – odpowiedział Marten. – Takie stowarzyszenie.

– S-s-s-s…? – zapytał Rejmus.

– Nieważne, jak to nazwiemy – kontynuował Marten. – Napiszemy statut, będziemy robić zebrania i jeszcze… no, jak to się nazywa…?

– C-c-c…? – dukał Rejmus.

– Co? – zapytał Marten.

– Ce-ce-ce… – próbował Rejmus.

– Centralę? – dopytywał Marten.

– N-n-nie! – odparł Rejmus.

Po kilku minutach wyjaśniło się, że chodzi o słowo „cel”. Marten nie bardzo wiedział, co to znaczy, ale Rejmus miał w głowie dużo więcej słów niż te, które był w stanie z siebie wydusić. Dobre i to.

– Okej – odpowiedział Marten. – Określimy sobie jakiś cel.

Rejmus pokiwał głową.

– I jeszcze karty członkowskie – kontynuował Marten. – Musimy sobie wyrobić karty członkowskie. Z numerem. Ja będę numerem jeden, ty numerem dwa. Ty je zrób, bo rysujesz lepiej niż ja. Papierowe, nie za duże, nie za małe, tak żeby się zmieściły w portfelu. Kapujesz?

Rejmus uniósł kciuk do góry na znak, że rozumie.

– Na razie wystarczy nam dwóch członków. Jak będziemy chcieli kogoś jeszcze, wymyślimy jakiś egzamin.

– Eg-eg-zamin? – wycisnął z siebie Rejmus.

– Ale tylko dla nowych członków. My nie potrzebujemy zdawać żadnego egzaminu, bo to my założyliśmy klub. Choć chyba „stowarzyszenie” brzmi lepiej, jest jakby… dłuższe. Też tak uważasz?

Rejmus znów uniósł kciuk do góry. Zdrapując sobie strup z ramienia, Marten zastanawiał się przez chwilę.

– Na razie olewamy cel – powiedział. – Ale musimy wymyślić nazwę. To ważniejsze. Przecież musi być coś napisane na karcie członkowskiej, poza tym to będzie dobrze wyglądało.

– L-l-l-l… – zaczął Rejmus z zapałem.

– Co? – znów dopytywał Marten.

– L-l-l-l… – powtórzył Rejmus, wymachując lewą ręką Martenowi przed oczami. – L-l-le…

– Super! – wykrzyknął Marten. – Trafiłeś w sedno jak ślepa kura… czy jak to się tam mówi. Stowarzyszenie Leworęcznych! Tak się będziemy nazywać.

Był dwudziesty piąty stycznia 1958 roku. Około siódmej wieczorem. W ich życiu zaczął się właśnie nowy rozdział.

2

Październik 2012, Maardam

– Prawdy z czasem ulegają zmianie.

– Jakie prawdy?

– Tak to już jest – mówił dalej Mahler, przyglądając się swojemu gasnącemu cygaru, jakby w ogóle nie usłyszał pytania. – Wszystko według pewnych wzorów. Człowiek uczy się zauważać nawet najmniejsze ruchy. Nie rozumie ich, ale uczy się je przewidywać. Oczywiście po czasie… Nie wiem, czy się nad tym zastanawiałeś…

– Przewidywać? – zapytał Van Veeteren. – Po czasie?

Mahler nie odpowiedział. Van Veeteren uniósł dłoń, żeby wykonać kolejny ruch, ale opuścił ją i westchnął głęboko.

– Ty podstępny oszuście – powiedział. – Gadasz tak tylko po to, żeby mnie rozproszyć.

Mahler nie spuszczał wzroku z cygara. Nie miał nic do powiedzenia.

– Robisz to już od trzydziestu lat, a ja godzę się na to od dwudziestu dziewięciu. Najbardziej irytujące jest to, że…

– Co w tym irytującego? – zapytał Mahler po dłuższej przerwie.

– Irytujące jest to, że to działa – odpowiedział Van Veeteren.

– Naprawdę? – zdziwił się Mahler.

– Powinieneś być zdyskwalifikowany. Albo przynajmniej stracić pionek… za każdym razem.

Mahler przez chwilę studiował szachownicę.

– Jak widzisz, w tej chwili stać mnie na utratę pionka.

Ściągnął usta w coś, co miało przypominać uśmiech. Czy raczej przypominało w zamierzchłych czasach młodości.

– Naprawdę siedzimy tak już od trzydziestu lat?

– Z małymi przerwami – odpowiedział Van Veeteren. – Powinniśmy powiesić na ścianie tabliczkę z naszymi imionami. Jeśli dobrze policzyć, to chyba nawet… trzydzieści pięć.

– Pewnie czekają z tym, aż umrzemy – odparł Mahler. Włożył cygaro między wargi i z miną lekkiej rezygnacji zaczął badać szachownicę. – No, chyba już gorzej być nie może.

Van Veeteren nie wykonał żadnego ruchu, tylko odchylił się do tyłu. Obrzucił wzrokiem pokój i pomyślał, że to tylko mały, nic nieznaczący epizod. Lokale stowarzyszenia liczyły więcej niż czterysta lat. Po pożarze, pod koniec dziewiętnastego wieku, były odnowione. Więc z historycznego punktu widzenia ich własny czas, jego i Mahlera, nic nie znaczył. Był zaledwie mniej niż dziesiątą częścią całości. Nie była to budująca myśl, zwłaszcza kiedy ból w plecach znów dawał o sobie znać. W części lędźwiowej po lewej stronie. Czasami też po prawej. Taka mocna jedynka w skali od jednego do pięciu, rzadko więcej.

– Nie młodniejemy – powiedział Van Veeteren. – O co chodziło z tymi zmieniającymi się prawdami?

– Nic szczególnego – odpowiedział Mahler.

– Nic szczególnego? – zdziwił się Van Veeteren.

– Takie małe spostrzeżenie. Właściwie to bardziej pasuje w poezji niż w nauce. Przyszło mi do głowy tylko dlatego, że o ile dobrze pamiętam, już kiedyś mieliśmy dokładnie taką samą sytuację.

– Co? – zdziwił się Van Veeteren. – Tak, zdaje się, że to tak zwana…

– Obrona skandynawska – dokończył za niego Mahler. – Nie twierdzę, że cała partia była identyczna, tylko ten jeden ruch. Tracisz tempo po każdej roszadzie i zaczynasz się zastanawiać… dokładnie tak jak wtedy… czy przesunąć skoczka na E3 czy na D6. O ile się nie mylę, to była jesień osiemdziesiątego ósmego albo osiemdziesiątego dziewiątego. To tylko takie skojarzenie… chociaż diabli wiedzą, co to ma wspólnego z prawdą. Jeśli się głębiej zastanowić.

Van Veeteren otworzył usta i po chwili zamknął. Mahler zapalił cygaro. Van Veeteren obserwował go.

– Ile ci stuknęło? W zeszłym roku czy dwa lata temu skończyłeś osiemdziesiąt?

– Dlaczego pytasz?

– Po prostu – odpowiedział Van Veeteren.

– Dwa lata temu – odparł Mahler. – Przynajmniej tak mi się wydaje. Ale ty wciąż jeszcze jesteś młodzieniaszkiem. Siedemdziesiąt pięć za dwa tygodnie… Właściwie to jeszcze nie dojrzałeś do tego, żeby rozumieć zawiłości prawdy.

– Siedemdziesiąt pięć… – Van Veeteren westchnął. – Skaranie boskie.

– Nie dostałem zaproszenia na urodziny – powiedział Mahler, próbując przywołać swój stary dobry uśmiech. – Choć, szczerze mówiąc, wcale na to nie liczyłem.

– A przyszedłbyś?

– Jasne, że nie.

– Ani ty, ani ja nie obchodzimy urodzin – odparł Van Veeteren. – W każdym razie razem. Razem gramy tylko w szachy.

Mahler pokiwał głową w zamyśleniu.

– Zgadza się – rzekł. – Czy to znaczy, że ten dzień minie niezauważalnie dla reszty ludzkości?

– Wyjeżdżamy – odpowiedział Van Veeteren.

– A to coś nowego!

– Daleko jak cholera. Do Nowej Zelandii.

Na czole Mahlera pojawiła się zmarszczka zatroskania.

– Słyszałem, że łatwo o zawał w tak długiej podróży.

– Nawet u takich siedemdziesięciopięcioletnich młodzieniaszków jak ja?

– Nigdy nic nie wiadomo – odpowiedział Mahler. – Ale skąd pomysł z Nową Zelandią?

– Dlaczego nie? Robią tam dobre pinot noir.

Mahler wzruszył ramionami.

– To pomysł Ulrike – wyjaśnił Van Veeteren po krótkiej pauzie. – Ma tam jakichś znajomych.

– Facet?

– Nie, do diabła. Przyjaciółkę ze szkoły, której nie widziała pięćdziesiąt lat.

– Rozumiem – odezwał się Mahler. – Tak, w ciągu pięćdziesięciu lat stare prawdy nie są już tymi samymi prawdami.

Van Veeteren wypił łyk piwa i zastanawiał się, co takiego Mahler miał na myśli. Ale nic mu nie przychodziło do głowy. To zmęczenie, pomyślał. Po prostu jestem zmęczony. Stary i zmęczony. I nie jestem w stanie sformułować sensownych pytań. Słowa pojawiają się i znikają… jak przelotny deszcz. A ten tam jest jeszcze starszy. Poza tym kłamię mu w żywe oczy, ale przecież tak uzgodniliśmy z Ulrike.

– A tak na marginesie, to już kawałek czasu, jak nic nie wyprodukowałeś – powiedział Van Veeteren. – Jakieś pięć lat.

– Siedem – poprawił go Mahler. – Trochę czasu minęło.

– Dlaczego tak długo?

– Mój wydawca postanowił iść na emeryturę. A nikt inny mnie nie rozumie.

– Jak on się nazywa?

– Brahms. Eugen G. Brahms. Nie więcej niż siedemdziesiąt osiem lat, ale ma problem z kolanami. W każdym razie tak mówi.

– A co kolana mają wspólnego z poezją?

– Też zadaję sobie to pytanie. Ale ma już kogoś na swoje miejsce, więc zobaczymy, co z tego wyniknie.

Van Veeteren wypił łyk piwa i próbował nadążyć za myślą, która pełzła między jego uszami jak wąż po rozgrzanych kamieniach.

– Nad czym tak dumasz – zapytał Mahler, kiedy minęła minuta albo dwie. – Zasnąłeś? W każdym razie nie wyglądasz, jakbyś zastanawiał się nad kolejnym ruchem. Mam ci przypomnieć, co zrobiłeś w osiemdziesiątym ósmym?

– Będę wdzięczny – odpowiedział Van Veeteren. – Bardzo proszę.

– No to d sześć – odparł Mahler.

– Skoczek?

– Zgadza się.

– A jak się skończyła partia?

– Przegrałeś – powiedział Mahler.

Pół godziny później Van Veeteren był w drodze do domu. Skoczek na E3 też nie pomógł i po około czterdziestu ruchach musiał się poddać. Wieczór przypieczętowali małą szklaneczką dżinu i jak zwykle pożegnali się przed sklepem z winami Bijnerta, na rogu Zwille i Falckstraat. Mahler prawie od czterdziestu lat mieszkał na Deijkstraa. Van Veeteren pamiętał, że w starym, zadymionym mieszkaniu poety postawił swoją nogę zaledwie dwa razy, i prawdopodobnie już tego więcej nie zrobi. On i Mahler nie przyjaźnili się w dosłownym tego słowa znaczeniu, spotykali się raz albo dwa razy w miesiącu na partię szachów. I to wszystko.

Dokładnie mówiąc.

A tak swoją drogą, to Mahlerowi nie zostało już wiele czasu. Na szczęście miał syna, który na pewno zajmie się jego pochówkiem, ale najpierw musi wrócić z Ameryki Południowej. Z Boliwii czy Kolumbii, Van Veeteren nigdy nie mógł zapamiętać skąd.

Kiedy nadejdzie czas.

Ale może się zdarzyć, że to on będzie pierwszy, prawda? Podniósł kołnierz płaszcza, żeby się ochronić przed wiatrem, który nagle pojawił się nad Langgraacht, i pomyślał, że to właściwie nie ma znaczenia. Najważniejsze, żeby pożegnał się z tym światem przed Ulrike. Myśl, że mógłby dokonać żywota w samotności, bardzo mu się nie podobała. Kilka dni temu śniła mu się jego własna śmierć. Że był kawałkiem zapomnianej wątrobianki, którą ktoś zostawił w lodówce na talerzu, kiedy zaś pół roku później ten ktoś otworzył drzwi lodówki – a była to z pewnością młoda, piękna kobieta – Van Veeteren bardzo się zawstydził swojego podgniłego, spleśniałego stanu, tymczasem kobieta, z odrobiną zawodu i oskarżenia w głosie, wykrzyknęła: „Ależ komisarzu, jak panu nie wstyd!”.

Tak, rzeczywiście nazwała go „komisarzem” i zanim z obrzydzeniem zamknęła drzwi lodówki, Van Veeteren uświadomił sobie, że to przecież Ewa Moreno.

Młoda Ewa Moreno, ta sama, która wiele lat temu pojawiła się w Wydziale Kryminalnym komisariatu policji w Maardam, podczas gdy on sam wciąż jeszcze był jak jego piasta i kotwica.

Piasta i kotwica? Czy można być jednym i drugim? Zastanawiał się, skręcając w Kellnerstraat. Czy można być czymś, co się kręci, a zarazem tkwi nieruchomo? Czy raczej czymś, co tkwi nieruchomo, ale próbuje się kręcić? Takie właśnie jest jego życie? A może to tylko słowa, które przez przypadek przyszły mu do głowy?

Kopnął karton od pizzy do kanału i uświadomił sobie, że odkąd ją widział ostatni raz, minęło wiele lat. Sporo czasu upłynęło też od dnia, kiedy spotkał swoich kolegów z pracy. Wprawdzie Münster był u niego w antykwariacie wiosną, jakieś pół roku temu, poza tym któregoś letniego wieczoru na Grote Markt natknął się na Rootha, ale… to by było na tyle.

Münster… Jemu zostały jakeś dwa, trzy lata do końca. Moreno, Rooth i Jung… Jezu Chryste, pomyślał. To były czasy.

Minęło już dziesięć lat, odkąd ostatni raz dołożył swoją małą cegiełkę do kryminalistyki. „Sprawa G.” Nigdy wcześniej nie był tak blisko śmierci jak wtedy. Potem też nie. To cholerne wałkowanie śmierci, akurat dziś wieczorem, skonstatował, i chroniąc się przed wiatrem, skręcił na Moerkerlaan. Po dwudziestu krokach machinalnie podniósł wzrok i między zasłonami zobaczył, że na trzecim piętrze pod numerem czternastym wciąż pali się światło. Najpewniej Ulrike zasnęła z książką. Miała ją odwiedzić dawna przyjaciółka, ale pewnie już wyszła. Było nieco przed północą. Poza tym Ulrike wspominała, że właściwie to wcale nie ma ochoty spotkać się z Agnieszką, czy jak jej tam było. Może się pokłóciły. Van Veeteren, bez wchodzenia w szczegóły, domyślał się, że muszą być między nimi jakieś stare niesnaski.

Siedemdziesiąt pięć, pomyślał, otwierając drzwi. Za dwa tygodnie wejdę w trzecią kwartę życia. A to już bliżej końca niż początku.

I nie zamierzał, do diabła, tego wielkiego dnia spędzić w Nowej Zelandii.

Wymyślili to z Ulrike, na wypadek gdyby jakimś szaleńcom przyszło do głowy celebrować jego urodziny.

Na przykład córce z Paryża czy któremuś z wnuków. „Co chciałbyś na urodziny?” To pytanie i tak padło z Paryża. „Telegram”, odpowiedział, bez bliższej refleksji, czy aby telegramy wciąż jeszcze istnieją w realnym świecie.

Ulrike zdążyła już zgasić lampę, kiedy Van Veeteren próbował cicho wsunąć się do sypialni. Ale znów ją zapaliła.

– I jak ci poszło? – zapytała.

– Co takiego?

– No partyjka szachów, oczywiście.

Nigdy o to nie pytała. Van Veeteren domyślał się, że był to wstęp do czegoś innego.

– Przegrałem – odpowiedział. – Mahler z każdym rokiem jest coraz gorszy. A ty, przyjemnie spędziłaś czas z Agnieszką?

– Z Paulą.

– Myślałem, że ma na imię Agnieszka.

– Agnieszka była dwa tygodnie temu.

– O, przepraszam. I co, było warto?

– Może przez godzinę. Potem zrobiło się poważnie. Wyszła o dziesiątej. I dobrze.

– Rozumiem.

– Ale jest coś jeszcze.

– Co takiego?

– Dzwonił Münster.

– Münster?

– Tak, chciał z tobą rozmawiać. Miał jakąś sprawę.

– To dlaczego dzwonił tutaj?

– Zostawiłeś komórkę w domu. Nie wiem dlaczego, ale odebrałam.

– Ale nie chodziło chyba o te cholerne urodziny? Powiedziałaś mu, że wyjeżdżamy?

Ulrike usiadła na łóżku. Van Veeteren pomyślał, że choć stuknęła jej już siedemdziesiątka, to wygląda na sześćdziesiąt. A nawet na trzydzieści pięć. Czym sobie zasłużył na taką kobietę cud? Zadawał sobie to pytanie trzy razy dziennie i w dalszym ciągu nie znał odpowiedzi.

Czasami… ślepa łaska waży więcej niż cnota.

Dobrze, pomyślał Van Veeteren. Nareszcie jakaś sensowna myśl.

– Nie chodziło o urodziny – odpowiedziała Ulrike. – Miał inną sprawę… ale nie wiem jaką.

– Nie wiesz jaką?

– Nie. Odniosłam wrażenie, że chodzi o… no wiesz…

– O co?

Ulrike uśmiechnęła się ostrożnie.

– O jakąś… jak to powiedzieć… o jakieś stare śledztwo.

Van Veeteren poczuł zgagę. Pomyślał, że nie powinien pić więcej dżinu.

– Co to za sprawa?

– Nie jestem pewna. Powiedział, że wstąpi jutro do antykwariatu. Prosił, żebym ci przekazała… Prosił, żebyś był przygotowany.

– Przygotowany?

– Tak powiedział.

– Do diabła – rzucił Van Veeteren.

3

Wrzesień 1991, Loewingen

Kiedy dziesiątego września, w dzień swoich urodzin, Qvintus Maasenegger stał w łazience i oglądał swoją twarz w lustrze, skonstatował trzy rzeczy.

Miał czterdzieści trzy lata.

Wyglądał na pięćdziesiąt trzy.

A czuł się na sześćdziesiąt trzy.

Powinien zacząć trenować.

Sporo o tym myślał, szczególnie w ostatnich latach, ale nic nigdy z tego nie wychodziło. Zawsze coś stało na przeszkodzie. Takie jest życie, i to nie tylko jeśli chodzi o utrzymanie formy, ale w ogóle. Wszystkie długofalowe plany i strategie brały w łeb, bo przypadek zawsze rzucał jakieś kłody pod nogi. Życie to loteria.

A co, nie? Stał jeszcze chwilę przed lustrem i próbował policzyć, ile miał kobiet, bo to też jeden z ważnych aspektów życia. Ile kobiet miał w sumie i ilu z nich obiecał, że spędzi z nimi resztę życia? Ile z nich mówiło, że jest z niego niezłe ciacho albo coś w tym stylu? Jednak gdy doszedł do dwunastej z kolei, poddał się. Teraz zaczął liczyć, ile miał prac, i to zarówno długo-, jak i krótkoterminowych. Długoterminowych nie było szczególnie wiele, odkąd jako dwudziestotrzylatek rzucił pracę w kamieniołomie w Mindelo – po tym, jak zrobił dziecko córce dyrektora – i zaciągnął się na statek jako marynarz. To była okropna historia; kiedy tylko o niej znów pomyślał, stracił rachubę i przestał liczyć. Dziewczyna miała na imię Marion i należała do tego typu lasek, które się pamięta – czy się tego chce, czy nie. Może powinien był wziąć odpowiedzialność i się z nią ożenić, ale prawda była taka… Tak, prawda była taka, że nie to stanowiło problem. Nietrudno było zauważyć, że tata dyrektor miał inne plany wobec swojej córki. I jakiś cholerny Qvintus Maasenegger, włóczęga, nie mógł zrujnować życia jego córce. Więc kiedy po roku spędzonym na morzu Qvintus wrócił, okazało się, że dziecko nigdy się nie urodziło, a Marion była już dla niego stracona, w ramionach jakiegoś oficera lotnictwa. Ich oprawione w ramkę zdjęcie ślubne stało do ogólnego wglądu na wystawie w zakładzie fotograficznym Wautera na rynku w Mindelo.

Tak czy owak, trochę tych jego prac było, ale szkoda sobie nimi zaprzątać głowę. Teraz Qvintus i tak był bezrobotny.

Qvintus Maasenegger westchnął, kilka razy spłukał twarz zimną wodą i umył zęby. Palcem wskazującym i kciukiem ścisnął na chwilę swoje blade, sflaczałe mięśnie brzucha i postanowił, że musi zacząć ćwiczyć. Pogoda raczej zachęcała do tego typu aktywności – skonstatował, wyglądając najpierw przez okno w łazience, a piętnaście minut później siedząc przy stole w kuchni z pierwszą tego dnia kawą i papierosem w ręku. Niemrawe jesienne słońce żeglowało nad trybunami boiska po czystym, bezchmurnym niebie. Zero wiatru, jakieś piętnaście stopni. Czyli w sam raz na jogging.

Co prawdopodobnie by się ziściło, gdyby nie dochodzący z przedpokoju szelest, który wszystko zmienił. Listonosz przyniósł pocztę, z dużym prawdopodobieństwem rachunki, wezwania do zapłaty i stertę reklam z produktami, których Qvintus nie potrzebował i nigdy nie będzie potrzebował. Nie spodziewał się niczego innego, mimo to zadał sobie trud, by sprawdzić.

Trzy przesyłki, to wszystko. Dwóch z nich się spodziewał – jedna była z banku, druga z firmy ściągającej wierzytelności. Trzecią była jasnoniebieska koperta bez nadawcy i wzmianki o zawartości. Ktoś kanciastymi, czarnymi wersalikami zapisał na niej jego imię i nazwisko. Dwa listy z upomnieniami odłożył na stolik w korytarzu, niebieską kopertę wziął ze sobą i wrócił do kuchni. Z szuflady wyjął nóż, usiadł za stołem i otworzył kopertę.

Do diabła! – pomyślał. Pewnie życzenia urodzinowe od jakiejś laski, która wciąż o nim pamięta i chce go zaprosić na kolację… Dream on, baby. Z drugiej strony, czyż to nie jedyna rozsądna rzecz w tym świecie, która się liczy? Marzyć.

Tekst napisany był na maszynie i zajmował pół strony. Qvintus przeczytał go trzykrotnie, za każdym razem z coraz większym zdziwieniem. Właściwie „zdziwienie” to może złe słowo, bo to, co się w nim obudziło, było czymś zupełnie innym. Był to jakiś niewróżący nic dobrego niepokój, stara przewina, która, jak mu się wydawało, spoczywała dwa metry pod ziemią i z którą nie miał najmniejszej ochoty się skonfrontować.

To ta przeklęta historia, krótko mówiąc.

Drogi Qvintusie Maaseneggerze!

Niniejszym wzywam Cię do stawienia się na nadzwyczajne spotkanie Stowarzyszenia Leworęcznych. Upłynęło już wiele lat, ale jak wiesz, członkostwo w SL jest dożywotnie. Czyny rodzą konsekwencje: dobre uczynki są nagradzane, złe muszą zostać odkupione. Jednak najważniejsza jest przyjemność z ponownego spotkania. Zapewniam Cię, że będziesz żałował, jeśli się nie pojawisz.

Miejsce: Pensjonat U Molly, Oosterby.

Godzina: 17.00, sobota, 28 września.

Cel: smaczne jedzenie, drinki, sensowne rozmowy w przyjemnym towarzystwie starych dobrych przyjaciół. Nocleg z soboty na niedzielę w jednoosobowych pokojach, które są do dyspozycji przez dwadzieścia cztery godziny, od soboty od godz. 14.00.

Serdecznie zapraszamy!

Zarząd

RSVP: 011 – 161718

PS Spal ten list po przeczytaniu. Chyba rozumiesz dlaczego?

Qvintus włożył list do koperty i siedział przez chwilę, podczas gdy myśli szalały mu po głowie. Stowarzyszenie Leworęcznych? Ci cholerni głupcy! Co to wszystko, do diabła, miało znaczyć? W swoim pozbawionym szczególnego sensu życiu Qvintus Maasenegger nie dostawał zbyt wielu prywatnych listów, ale ten, który leżał teraz przed nim na lepkim stole, był niewątpliwie najdziwniejszym, jaki kiedykolwiek dostał.

„Nadzwyczajne spotkanie”?

„Niniejszym wzywam Cię…”?

„Członkostwo jest dożywotnie…”?

Co to, kurwa, za sformułowania?!

„Czyny rodzą konsekwencje”?

„Będziesz żałował, jeśli się nie pojawisz”. I jeszcze „Spal ten list po przeczytaniu. Chyba rozumiesz dlaczego?”.

I nagle to zakopane głęboko wspomnienie wypłynęło na powierzchnię.

Dziewczynka.

Zink.

Bliźniaczki. To, co się wydarzyło. Pieniądze.

Dlaczego, do diabła ciężkiego, ten list spadł na niego jak grom z jasnego nieba właśnie dzisiaj? Po tylu latach. Minęło już chyba ze dwadzieścia – Qvintus próbował policzyć i wyszło mu że chyba nawet dwadzieścia dwa. Tak, to się stało wiosną 1969.

Qvintus Maasenegger podrapał się po głowie i zobaczył, że pod paznokciami został mu tłusty łupież. Ale jak ten bełkot ma się do tego, co się wtedy stało? Qvintus zrobił wysiłek umysłowy i przeniósł się do czasów sprzed prawie ćwierćwiecza. Do młodzieńczych lat w tej zasranej dziurze.

Jak on się nazywał, ten lokal? Ta cała paczka… W każdym razie imiona pamiętał.

Marten jakiś-tam, Rejmus jakiś-tam i Kuno jakiś-tam… No i bliźniaczki. Trudne do rozróżnienia. Ładne jak cholera. Jedna z nich była nawet chętna, ale zdaje się, że już kręciła z jakimś kolesiem. No i Zink…

Zink.

Qvintus Maasenegger aż zadrżał, kiedy o nim pomyślał.

I jeszcze Pensjonat U Molly. Jezu Chryste! Qvintus pokiwał głową i wyszedł z kuchni. Poszedł do pokoju i zaczął chodzić bez celu. Z listem w ręku.

„Spal ten list…” Zapamiętał kilka wieczorów w Pensjonacie U Molly, w tej rozpadającej się ruderze gdzieś na skraju… Jak to się nazywało? Cypel Leroy. Spędził tam noc z jakąś laską.

A może kilka nocy, jeśli miał być szczery. Ale na pewno z jedną laską. Selmą Verhoven, z tym swoim słynnym uśmiechem i czerwonymi warkoczami. Nie było to jakieś udane doświadczenie, jeśli się bliżej zastanowić, ale z drugiej strony miał wtedy nie więcej niż szesnaście, siedemnaście lat. Selma musiała mieć jakieś dwadzieścia lat i wyśmiała go, że wytrysnął za szybko.

Bezsensowne wspomnienie! A wszystko przez ten przeklęty list.

Nie znał jakoś dobrze pozostałych z tej paczki. Wszyscy byli młodsi o rok albo dwa i założyli ten swój klub na długo, zanim on się tam pojawił. Nagle przypomniał sobie, jak się nazywało to ich lokum. Jaskinia! To w tej cholernej szczurzej dziurze… Nie, nie chciał o tym myśleć… Jeśli udało mu się to przez tyle lat, to niech tak zostanie.

I teraz, milion lat później, znów się mają spotkać w Pensjonacie U Molly!

Właściwie po co? Do jasnej cholery, po co?

Poszedł do sypialni i wyciągnął się na łóżku. Leżał i wpatrywał się w odpadający od wilgoci sufit. Myśli międliły mu się w głowie. Zapalił kolejnego papierosa i próbował wrócić myślami do przeszłości. Pojawił się tam pewnej jesieni i nareszcie dostał coś, co można było nazwać dzieciństwem. Augustus Flinders bez przerwy podkreślał, żeby Qvintus przypadkiem nie zapomniał, komu to zawdzięcza.

Żeby był wdzięczny, że ktoś się nad nim zlitował. Żeby był wdzięczny, że mógł zamieszkać w tym dużym gospodarstwie wśród normalnych ludzi, z Augustusem i Elmirą Flindersami i ich dwiema córkami Malviną i Reginą. Żeby był wdzięczny, że wieczorami mógł siedzieć za ich dużym dębowym stołem, słuchać modlitwy taty Augustusa oraz jego pełnych miłości Pańskiej rad i wywodów.

Żeby mógł siedzieć między swoimi młodszymi siostrami – tak, ma się rozumieć, że nie były jego siostrami, i miał to sobie raz na zawsze wbić do głowy. Był raczej parobkiem niż synem, czego Augustus nie omieszkał zaznaczać, bo krew jest gęstsza niż woda, a zwykła miedź nigdy nie będzie złotem.

Zagroda Hoffenhaase nie była tak duża, jak mogło się wydawać ze słów Augustusa Flindersa, ale dostatecznie duża, żeby znalazła się robota dla pary młodych, silnych rąk. Gospodarstwo położone było na skraju Breijvinskirke, rzut kamieniem od morza, a i do szkoły w Oosterby nie było daleko, ze dwadzieścia minut rowerem rano i dwadzieścia pięć z powrotem, bo po południu zawsze jechało się pod wiatr. Zwierzęta i zboże, a jakże! Zanim wszyscy zdążyli zasiąść do wieczornej modlitwy i wieczerzy, on musiał poświęcić jeszcze czas, jakieś dwie czy trzy godziny, na pracę.

Jeśli istniało na tym świecie coś, w czym Augustus Flinders i jego pasierb – czy jak to tam się nazywa – byli zgodni, to była to kwestia dotycząca książek, odrabiania lekcji i tym podobnych; obaj uważali, że wszystkie te mądrości można sobie z powodzeniem darować. Że to zdecydowanie przereklamowana sprawa.

Oczywiście oprócz Biblii.

Qvintus Maasenegger zgasił papierosa i poszedł do łazienki, żeby się wysikać. Pochlapał się wodą pod pachami i znów się zamyślił.

Siedem lat.

Kiedy tam się pojawił, skończył dziesięć. Siedemnaście, kiedy stamtąd zwiał.

Malvina miała czternaście. Jeszcze za młoda, jak na tamte czasy, i głupia jak gęś, bo dzień po tym, jak to się stało, poszła i wszystko wygadała matce.

To, że jeszcze tej samej zimy tata Augustus dokonał żywota i że te trzy gęsi musiały sprzedać gospodarstwo, jakoś nie zasmuciło Qvintusa. Jednak po półrocznej włóczędze po Hamburgu i Maardam wrócił na stare śmieci. I tak nie zapuścił nigdzie korzeni, a w przetwórni ryb zawsze potrzebują rąk do pracy.

Stowarzyszenie Leworęcznych. Dwie niczego sobie siostry. Jedną z nich Qvintus przeleciał, jak należy.

Ale która to była…

Wspomnienia się obudziły. Namieszały nieprzyjemnie i znów próbowały popaść w zapomnienie.

Ten szaleniec Zink… Ta dziewczynka… Pieniądze.

Nie, niech to szlag, pomyślał. Różowo nie jest. Usiadł na brzegu łóżka. Spojrzał na brudne prześcieradło i postanowił poczekać z praniem i sprzątaniem na lepszą okazję.

A co z treningiem?

Bzdury. Na zachodzie niebo było błękitne, więc postanowił obejść swoje urodziny butelką pilsnera na promie do Trinde.

Potem się zobaczy. Na wszystko przyjdzie czas. Kto wie, może nawet na tych wariatów U Molly.

Mimo wszystko.

Ale zanim wyszedł z domu, zapisał coś na kartce i schował ją do szuflady w sypialni, tam, gdzie przechowywał ważne dokumenty. Następnie w zlewie w kuchni spalił list.

4

Październik 2012, Maardam

Kiedy wysiadał z tramwaju, padało. Zastanawiał się, ile parasoli zostawił w domu. A ile w antykwariacie. Pewnie z tuzin, ogólnie licząc. Zresztą z przystanku na Koplers Plejn do ulicy Kupinski było nie więcej niż dwieście metrów, poza tym i tak już zdążyła mu zmoknąć głowa. Może to nawet i zdrowo. Właściwie to był już w tym wieku, że przyszedł czas na kapelusz.

Jego przystań wciąż nazywała się Krantze, litery w kolorze matowego złota wymalowane były, w kształcie łuku, na wystawie i na drzwiach wejściowych. Krantze zmarł kilka lat temu, zresztą już wcześniej był wykupiony, ale nie było powodu zmieniać nazwy antykwariatu, który działał od ponad stu lat. On sam zaczął tu spędzać całe dnie pod koniec lat dziewięćdziesiątych, oczywiście nie wszystkie, ale większość. I to już od samego początku. Czasami siedem, osiem godzin, jednak najczęściej ze trzy czy cztery. Podejrzewał, że Ulrike też chętnie się go pozbywała z domu, zwłaszcza odkąd sama przeszła na emeryturę. Zresztą, choć to dość podejrzane, w gruncie rzeczy wyszło im na dobre. Bardzo ją kochał, tak samo jak kochał dobre wino, co wcale nie oznaczało, że musi go pić cztery litry dziennie…

Na drzwiach nie było żadnej informacji o godzinach otwarcia. Jedynie tabliczka, którą odwracał w razie potrzeby. Otwarte – Zamknięte. Przy czym „Zamknięte” wcale nie oznaczało, że go tam nie było. Z każdym rokiem coraz bardziej lubił książki i z każdym rokiem pojawiało się coraz mniej klientów – oczywiście oprócz garstki tych, którzy mieszkali w pobliżu i traktowali antykwariat jak bibliotekę. Wybierali dobrą powieść czy zbiór esejów, po chwili dyskusji płacili dziesięć euro i oddawali z powrotem za tę samą cenę, za jaką kupili. Gentlemen’s agreement.

Pani Martinus, na przykład. Pan Klimke z psem i stary pianista Herkert, któremu stuknęło już pewnie dziewięćdziesiąt, a może nawet sto lat, ale wciąż miał umysł żywy jak potok alpejski. Do tego typu klienteli należała również pewna piękna młoda kobieta. Zaczęła odwiedzać antykwariat w ostatnim roku, gdy tylko zamieszkała w tym samym budynku. Była w głębokiej żałobie po śmierci syna. Po kilku miesiącach Van Veeteren zwierzył się jej, że on też miał syna; że jego syn też zmarł. Przed trzynastoma laty, licząc od teraz, ale mimo wszystko…

Kiedy już sobie wybrała książki na cały tydzień, Van Veeteren zapraszał ją na szklaneczkę porto i za każdym razem zastanawiał się, czy Ulrike byłaby zazdrosna, gdyby się o tym dowiedziała.

Na pewno nie. Dzieliło go od panny Kuijvers jakieś czterdzieści lat, poza tym nie miał wobec niej żadnych zamiarów. Zastanawiał się, skąd mu to przyszło do głowy, ale sam fakt, że mógł tak pomyśleć, nawet jeśli z dystansem, oznaczał, że takie myśli w nim tkwiły, czyż nie?

Otworzył drzwi i wszedł w sterty książek i kurzu. Nie chciało mu się odwracać tabliczki. Jeśli Münster będzie chciał zrealizować swoją groźbę i faktycznie złoży mu wizytę, zadzwoni dzwonkiem. Przecież nie jest idiotą.

Jeśli w sprawie urodzin, to go wyrzucę, pomyślał Van Veeteren, nastawił kawę i usiadł na obrotowym krześle w kanciapie, skąd nie był widoczny z ulicy.

I wyląduje z głową w rynsztoku. Będzie miał za swoje.

Ale jeśli nie w sprawie urodzin, to właściwie po co?

Diabli wiedzą.

Deszcz przestał padać tuż przed jedenastą, a Münster pojawił się kwadrans później. Wyglądał szczuplej, niż go Van Veeteren zapamiętał. Może dlatego, że chętniej pamiętał go z czasów jego aktywności. W latach osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych. Sam Van Veeteren też był wtedy w znacznie lepszej kondycji i spędzali razem pięćdziesiąt godzin w tygodniu. Czasami nawet sto. Uświadomił sobie, że Münster musi być teraz starszy, niż on był wtedy, jeśli takie spostrzeżenie miało w ogóle jakiś sens.

– Dzień dobry – powiedział Münster. – Dobrze wyglądasz.

To nie był najlepszy wstęp. Najwyraźniej Münster też to zrozumiał, bo nerwowo zakasłał. Wyglądał na zakłopotanego. Dokładnie tak samo jak dwadzieścia lat temu, kiedy popełnił jakąś gafę, pomyślał Van Veeteren. Stare nawyki się nie zmieniają.

Münster nie należał do tych, co to ciągle popełniają gafy – byli inni, lepsi w tej kwestii od niego. Wręcz przeciwnie, jeśli był ktoś, komu komisarz ślepo ufał, albo przynajmniej w osiemdziesięciu, dziewięćdziesięciu procentach, to był to właśnie inspektor Münster.

I znów to samo: inspektor Münster, komisarz Van Veeteren. Uświadomił sobie, że tylko tak o nich myśli. Ale… jest jak jest i niektórych rzeczy nie da się zmienić. Psiakrew, kiedy już nadejdzie ten dzień, na pewno napiszą mi na nagrobku „komisarz”.

O ile dobrze pamiętał, to od siedmiu czy ośmiu lat Münster też był komisarzem. Po odejściu Reinharta.

– Hm – odpowiedział Van Veeteren. – Może skończmy z tymi uprzejmościami. Czego chcesz?

– Słyszałem, że na dniach masz urodziny – odparł Münster.

Ciąg dalszy wcale nie lepszy niż wstęp.

– Wejdź i siadaj – rzekł Van Veeteren. – Ale jeśli przyszedłeś, żeby o tym rozmawiać, to równie dobrze możesz już iść. Wyjeżdżamy z Ulrike do Nowej Zelandii. A jeśli komuś przyjdzie do głowy, żeby składać mi życzenia, to po nim.

– Słyszałem – odparł Münster.

– Co? – zapytał Van Veeteren. – Co takiego słyszałeś?

– Ulrike mi powiedziała. Wczoraj z nią rozmawiałem.

– Ach tak – Van Veeteren był zdziwiony.

Minęło kilka pełnych wahania sekund. Münster się wyprostował.

– Ale nie po to tu przyszedłem.

– To świetnie – odpowiedział Van Veeteren. – Możesz dostać kawy albo parę kropli porto. Albo i jedno, i drugie… W sam raz na taką pogodę.

– Jestem na służbie – odrzekł Münster i usiadł na obrotowym krześle. – Kawa wystarczy.

– A więc jesteś tu służbowo? – zdziwił się Van Veeteren i napełnił kawiarkę.

– Tak – odparł Münster. – Niestety…

– Wstrzymaj się z tym, co mi chcesz powiedzieć, aż zrobię kawę – zaproponował Van Veeteren. – Chcę spokojnie usiąść, jeśli to coś ważnego.

Minęła minuta. Münster siedział i trzymał usta na kłódkę. Ręce na kolanach, wzrok wędrujący po półkach z książkami.

Zawsze był w tym dobry, pomyślał Van Veeteren. Dla niektórych cisza jest problemem, ale nie dla Münstera.

Jeszcze uznam, że nauczył się tego ode mnie, pomyślał.

Tak jak wielu innych rzeczy.

– Już – powiedział Van Veeteren, kiedy wrócił z kawą i usiadł na swoim krześle obrotowym. – O co chodzi tym razem?

– Jeśli powiem Oosterby, to wystarczy? – zaczął Münster.

– Oosterby? – powtórzył Van Veeteren.

– Tak, Oosterby – odparł Münster. – Niedaleko Beerenzee i Werdingen. Jesień tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego, żeby być bardziej precyzyjnym.

Van Veeteren zmarszczył czoło i popił łyk kawy.

– Pensjonat U Molly – powiedział Münster.

– Stowarzyszenie Leworęcznych? – zapytał Van Veeteren.

– Zgadza się.

– Dwadzieścia lat temu.

– Dwadzieścia jeden.

– Ale to przecież nie był jakiś skomplikowany przypadek, prawda?

– No nie.

– Może trochę na początku, ale potem już nie. I co się stało?

Münster milczał przez chwilę i wyglądał, jakby czuł się winien. Jakby chciał zaraz przeprosić.

– Znaleźli Qvintusa Maaseneggera.

– Maaseneggera? – chciał się upewnić Van Veeteren. – Czy to nie był ten, co…

– Niestety – odpowiedział Münster. – I w tym tkwi problem. Pomyślałem, że może będziesz chciał wiedzieć…

Jak na zamówienie byłemu komisarzowi coś strzyknęło w lędźwiach. Przełknął przekleństwo i pomyślał, że naprawdę niczym sobie na to nie zasłużył.

5

1960–1961, Oosterby i okolice

Tata Kuna Blavatskyego był producentem filmowym.

Miał dziko rosnące, kruczoczarne włosy i głęboko osadzone brązowe oczy o wilgotnych źrenicach, w których zakochiwały się wszystkie kobiety. Przynajmniej tak twierdził w gronie najbliższych przyjaciół – że to przez te jego oczy – ale przyjaciele, stukając się z nim kieliszkiem, protestowali i zapewniali go, że inne jego cechy też są równie ważne. Jak chociażby umięśniona klatka piersiowa, słusznej wielkości penis, no i niczego sobie fortunka.

I to te walory powodowały, że wokół Isidora Blavatskyego zawsze kręciło się stadko osobniczek płci pięknej. Ciągnęły jak muchy do miodu. Jego przyjaciele – tak samo dobrze sytuowani i ulepieni z tej samej gliny co on, może tylko odrobinę niżej stojący w społecznej hierarchii – gustowali w podobnych porównaniach. Ma się rozumieć, pod nieobecność owych dam.

Zresztą muchy były obecne tylko wtedy, kiedy kręcono romantyczne komedie w wiejskich pejzażach. Były bardzo pożądane, aby podczas wojny postawić na duchu rekrutów, ale w 1945 roku zrezygnowano z tego wiejskiego gatunku, który w świecie filmu tkwił gdzieś na rubieżach kultury. Jednakże to wszystko nie miało nic wspólnego ze sprawą.

Kobiety lgnęły do niego jak muchy do miodu – takie były fakty.

Mama Kuna była jedną z tych aktorek, które pod koniec lat czterdziestych grywały rozbierane, ale wymagające rólki w filmach taty Isidora, przez niego zresztą reżyserowanych. A ponieważ szybko zaszła w ciążę i nie podjęto w tej kwestii odpowiednich kroków, zorganizowano ślub. Kiedy Kuno się urodził, jego tata miał czterdzieści trzy lata, a mama dwadzieścia trzy. Był rok 1949.

Rodzina osiedliła się w domu z kamienia na Armastenstraat w Maardam, nad kanałem, kilka ulic od zbudowanego po wojnie w ekspresowym tempie studia filmowego o wdzięcznie brzmiącej nazwie Fabryka Filmowa Futurum, na co dzień nazywanego w skrócie FFF.

Małżeństwo trwało cztery lata. Mimo iż do rozkładu pożycia doszło z winy taty Isidora, to on – zgodnie ze zdrowym rozsądkiem i z ogólnie panującymi normami – dostał opiekę nad chłopcem. Z kolei mama chłopca (miała na imię Blanche, pseudonim artystyczny Blasie), kiedy sprawy się dokonały, wzięła swój los we własne ręce. Po otrzymaniu pokaźnej sumy jako plastra na zranioną duszę wsiadła na statek i przez Atlantyk udała się do Hollywood w poszukiwaniu lukratywnej posady.

Nikt już więcej o niej nie usłyszał. Ani jej nie zobaczył na białym płótnie ekranu, w każdym razie nie w kinach starej Europy. Ale może wyszła korzystnie za mąż, kto wie?

Kuno widział swoją mamę ostatni raz, kiedy miał cztery lata i już wtedy był dobrze odżywionym chłopcem o flegmatycznym usposobieniu i w grubych okularach. Najbardziej interesowało go przeglądanie książek z obrazkami i jedzenie słodyczy. W szczególności lukrecji.

Z innych cech charakterystycznych warto wymienić tę, że moczył się w nocy i był leworęczny.

Następna kobieta, która zaciągnęła Isidora do ołtarza, nazywała się Disabelle Lemoncourt. Zagrała syrenę w filmie Marynarz i miłość. Pobrali się w kościele Keymerk w grudniu 1956 roku, a dwa lata później wyprowadzili się z Maardam i zamieszkali na wybrzeżu. Kupili starą willę po właścicielu fabryki na przedmieściach Oosterby, na Szykownym Wzgórzu z widokiem na przystań, morze i wysepki Kleppener i Buygen. Kupili też duży jacht. A ponieważ tego samego roku Isidor kończył pięćdziesiąt lat, zaczął sobie uświadamiać, że jego bujne-chmurne lata powoli się kończą. Kuno poszedł do szkoły, Disabelle zrezygnowała ze sceny, a Isidor z bezpiecznej odległości zajął się głównie nadzorowaniem swoich inwestycji w projekty filmowe. Pieniędzy im nie brakowało. A nowe wciąż napływały. Znakiem firmowym FFF były śmiech i łzy, tak teraz, jak i przedtem. Z przewagą łez, tak szczerze mówiąc.

Żeglowanie stało się największą pasją i słabością Isidora Blavatskyego już od końca lat pięćdziesiątych i pozostało nią przez resztę jego życia. Disabelle okazała się najlepszym majtkiem, więc każdego lata robili długie wyprawy przez Bałtyk, Kanał Kiloński i wokół Wysp Brytyjskich. A niekiedy nawet wzdłuż Zatoki Biskajskiej i Półwyspu Iberyjskiego.

Kuno był równie niezdarny na morzu co na lądzie, ale po krótkim czasie nauczył się panować nad chorobą morską i utrzymywać równowagę na pokładzie. Jednak większość czasu spędzał w kajucie, gdzie leżał pod kocem, jadł lukrecję i czytał gazetki, podczas gdy morze bujało go swymi rytmicznymi ruchami, i tymi nierytmicznymi też. Jego tata i macocha zgodni byli co do tego, że najlepiej będzie zostawić go w spokoju.

Lato 1960 roku było niezwykle piękne, szczególnie pod koniec, z tego też powodu Isidor i Disabelle postanowili, że nie będą się śpieszyć z powrotem do domu.

Pływali więc wokół brytyjskich wysepek Guernsey, Jersey i Sark kilka tygodni dłużej i to tam poznali mnóstwo żeglujących przyjaciół. Do przystani w Oosterby zawinęli dopiero pod koniec września. Kuno skończył wtedy jedenaście lat i w normalnej sytuacji zaczynałby czwartą klasę, czyli swój pierwszy rok w szkole dla starszych uczniów pod ciężką, ale sprawiedliwą ręką magistra Pommerstena.

Jednak tak się nie stało. Chłopak ledwo sobie poradził z wymaganiami trzeciej klasy, więc kiedy pojawił się w szkole spóźniony ponad trzy tygodnie, panna Bolster i magister Pommersten po długich naradach jednomyślnie doszli do wniosku, że dość tego. Kuno Blavatsky zostanie jeszcze jeden rok w trzeciej klasie. Niektórym młodym ludziom nauka idzie jak po grudzie i Kuno najwyraźniej zaliczał się do tej kategorii. Niezaprzeczalnym i smutnym dowodem na to był fakt, że po trzech latach ćwiczeń wciąż pisał lewą ręką.

Nie dziwiło więc, że stosunkowo szybko zyskał nowych przyjaciół w postaci Martena Winckelstroopa i Rejmusa Fiste. Swój ciągnie do swego. Tak ciężko myślących jak to trio panna Bolster nie pamiętała w swojej wieloletniej pedagogicznej karierze.

I nie miała pojęcia, że Stowarzyszenie Leworęcznych zyskało nowego członka w osobie Kuna Blavatskyego. Też dobrze.

– W porządku – powiedział Marten Winckelstroop. – I pamiętaj, że to tajemnica. Jeśli puścisz parę z ust, nie żyjesz.

– Nie ży-ży… nie żyjesz – dodał Rejmus Fiste.

– Nic nie powiem – zapewnił Kuno Blavatsky. – A zresztą komu? Przecież nie mam żadnych kumpli.

Jak zwykle siedzieli na strychu u Martena. Dla Kuna to nie była zwyczajna rzecz, bo to był jego pierwszy raz. Tymczasem obaj jego nowi kumple w tej ciasnej, ale miłej dziurze spędzili już setki godzin. Żeby nie powiedzieć tysiące.

– Dobrze – powiedział Marten. – Czyli morda w kubeł. Ten, kto należy do Stowarzyszenia Leworęcznych, musi… musi… No jak to się nazywa?

– U-u-u… – spróbował Rejmus.

– Właśnie – odrzekł Marten. – Musi umieć trzymać język za zębami i być silnym.

– Taki właśnie jestem – odparł Kuno. – Umiem trzymać język za zębami i jestem silny. Posiłujemy się na ręce, to zobaczycie.

Kuno Blavatsky rzeczywiście był wyrośnięty jak na swój wiek i to, że był o rok starszy od swoich nowych kompanów, wcale nie było takie złe. I Marten, i Rejmus czuli, że ich stowarzyszenie potrzebuje takiego zastrzyku świeżej energii. Wiosną i latem jakoś kiepsko im szło z zebraniami i działalnością, a już z całą pewnością żaden z nich nie pamiętał, co się stało z zasadami i celem stowarzyszenia.

Ale od jesieni 1960 roku sprawy przybrały inny bieg. Rejmus zrobił nowe legitymacje członkowskie, bo stare gdzieś przepadły, krwią ślubowali sobie wierność aż do śmierci i jako dowód na to, że zarówno stowarzyszenie, jak i jego członkowie dojrzeli, zapoczątkowali zebrania, na których potajemnie palili papierosy, z niezawodną przebiegłością podkradane przez Kuna z barku rodziców w ich dużym domu na Szykownym Wzgórzu.

Powstał nowy regulamin, napisany lewą ręką. Będą się witać poprzez porządny uścisk lewej ręki, a jeśli któryś ją złamie (nawet we dwóch razem Rejmus i Marten nie byli w stanie pokonać tego wypchanego lukrecją Kuna), to zawsze w zanadrzu była prawa dłoń schowana za plecami.

Pod koniec maja następnego roku na kilka tygodni przed rozpoczęciem wakacji zmarła panna Bolster. Niektórzy twierdzili, że stało się to w bardzo dziwnych okolicznościach, jednak większość, na przykład policja, uważała, że to po prostu wypadek z tragicznym finałem. Panna Bolster najzwyczajniej w świecie spadła ze schodów i złamała kark, kiedy ze swojego pokoiku na poddaszu schodziła do szkoły.

Zdarzyło się to w nocy z czwartku na piątek. Znalazł ją magister Klitschke, kiedy o ósmej rano schodził z góry, żeby zadzwonić dzwonkiem na pierwszą lekcję, i natychmiast skonstatował, że panna Bolster jest sztywna jak pień.

Flaga zawisła w połowie masztu i przez półtora dnia w szkole dla młodszych uczniów w Oosterby nie odbywały się lekcje. Przez drugą połowę soboty życie toczyło się już normalnym trybem.

Jaki interes miała panna Bolster, żeby w środku nocy schodzić na dół do szkoły? Policja zadawała to pytanie nie tylko sobie, ale i innym (przy pomocy termometru i obducenta Bluma można było stwierdzić, że zgon nastąpił około pierwszej w nocy). Padały hipotezy, że musiała czegoś zapomnieć z klasy, może dziennika, niepoprawionych sprawdzianów albo jakiegoś innego przedmiotu natury dydaktycznej. Jednak wkrótce jednomyślnie stwierdzono, że prawdopodobnie leżała w łóżku i poprawiała sprawdziany z geografii, z rzek i jezior, i być może chciała coś sprawdzić na mapie. Zostawiła zapaloną lampkę nocną, ale żeby nie obudzić magistra Klitschke, który spał w sąsiednim pokoju, nie zapaliła światła na korytarzu. Gdy schodziła, załamał się pod nią stopień, a wraz z nim stara, stuletnia już balustrada. Tak, z całą pewnością był to nieszczęśliwy wypadek.

Albo przeznaczenie, jak ktoś zauważył. A że magistra Klitschke nie obudził huk i łomot, które najpewniej towarzyszyły pannie Bolster w jej ostatniej drodze, to niezbity dowód na to, że miał zdrowy, mocny sen. To zaś z kolei jak ulał pasowało do innych cech jego charakteru i do wyznawanych przez niego zasad.

W każdym razie panna Bolster zmarła na służbie, czego nie omieszkał zaznaczyć pastor Zimmermann w czasie ceremonii pogrzebowej, która odbyła się dziesięć dni później w wypełnionym po brzegi kościele w Oosterby.

Fakt, że do zdarzenia doszło w środku nocy, stanowi niezbity dowód na to, że panna Bolster do ostatniej chwili zajęta była wychowywaniem młodego pokolenia. Tak jak zawsze.

Na strychu u Martena Winckelstroopa odbywała się skromna uroczystość. Mus jabłkowy, suchary cynamonowe i trzy papierosy marki Camorra, czyli bez żadnych zbytków. Śmierć nie wymaga wystawności. Przeciwnie: żąda szacunku i powściągliwości.

Jako że wakacje stały u progu, kiedy panna Bolster opuszczała życie doczesne, jej następczynię znaleziono dopiero przed rozpoczęciem kolejnego roku szkolnego. Nazywała się Felicia Fromm, miała trzydzieści lat i zamiast zamieszkać w tym pechowym lokum nauczycielskim, wybrała mieszkanie w miasteczku. Tuż przy rynku, a dokładniej mówiąc: dwa piętra nad kinem Rex.

Miała blond włosy związane w koński ogon i sporo ludzi mawiało, że reprezentuje nowe czasy. Był rok 1961, a ona już była w posiadaniu gramofonu, kiedy zaś spacerowała po klasie, wokół unosił się dyskretny, acz bardzo wyraźny zapach perfum.

Mawiano, że francuskich.

Tej samej jesieni w szkole w Oosterby czwartą klasę zaczęły bliźniaczki Behrens.

6

Październik 2012, Maardam/Kolmar

– Zaczyna padać – powiedziała Ulrike Fremdli. – Nie mówiąc już o wietrze.

– Nad morzem będzie jeszcze gorzej – odparł Van Veeteren.

– Nie mam nic przeciwko spacerom w wietrze.

– Z każdym krokiem stajemy się młodsi – odrzekł Van Veeteren.

Siedzieli w samochodzie. Minęli Klagenburg. Prowadziła Ulrike. Van Veeteren siedział na miejscu pasażera, na kolanach trzymając teczkę. Było kilka minut po jedenastej, a oni mieli przed sobą jeszcze trzy, cztery godziny jazdy.

– Szczerze mówiąc, czuję się trochę jak jakiś przestępca – odezwała się Ulrike, kiedy zjeżdżali z ronda. – Albo uciekinier.

– Nie masz powodu – odpowiedział Van Veeteren. – To był mój pomyśl i ja biorę za niego całą odpowiedzialność, jeśli sprawa wyjdzie na jaw.

Ulrike się uśmiechnęła.

– Choć z drugiej strony nie mam nic przeciwko temu, żeby się poczuć jak przestępca. Wręcz przeciwnie. W naszym wieku potrzeba trochę odmiany, a to się wydaje ekscytujące.

– A może nawet trochę romantyczne… – dodał Van Veeteren.

– Absolutnie – odparła Ulrike i położyła dłoń na jego udzie. – Dwa tygodnie incognito, w częściowo zamkniętym starym pensjonacie. Wygląda na to, że nie będzie tam zbyt wielu gości. No i wszyscy myślą, że jesteśmy w Nowej Zelandii. Rzeczywiście zabrałeś dwanaście butelek wina?

– Nie wiem, jakie tam panują zwyczaje – odpowiedział Van Veeteren.

– W końcu siedemdziesiąt pięć lat obchodzi się tylko raz w życiu.

– Albo wcale. To też jakieś wyjście.

– Kocham cię – powiedziała Ulrike. – Mówię tak na wszelki wypadek, gdybyś nie wiedział.

– Dziękuję. I z wzajemnością. Nie wiem, co ja bym bez ciebie zrobił.

– Dyskusyjna sprawa. Ale zmieniając temat… Powiedz mi lepiej, o czym Münster chciał z tobą rozmawiać.

Van Veeteren siedział w milczeniu.

– Co za sprawę miał do ciebie? – powtórzyła Ulrike.

– A już miałem nadzieję, że nie zapytasz – odrzekł Van Veeteren.

Ulrike zabrała rękę i popatrzyła na niego.

– Ale zapytałam.

– Może włączymy jakąś muzykę – powiedział Van Veeteren. – Brahmsa? Albo Villa-Lobosa?

– Nie – zaprotestowała Ulrike Fremdli. – Choć niedługo skończysz tyle lat, ile skończysz, to jeszcze musisz się nauczyć tego i owego.

– Czego na przykład?

– Na przykład tego, że nie opłaca się wymigiwać od odpowiedzi.

– Hm – Zastanawiał się. Rzucił okiem na szare niebo i spróbował: – Pewnie będzie padać, tak jak zapowiadali.

– Nie zmieniaj tematu – powiedziała Ulrike.

– All right, all right – odparł. – Pozwól mi najpierw zebrać myśli.

– Masz pięć minut – ostrzegła go Ulrike.

Van Veeteren potrzebował tylko trzech.

– Właściwie to nic szczególnego.

Ulrike obrzuciła go podejrzliwym spojrzeniem.

– Czysto policyjna sprawa. Nietrudna do rozwiązania, nawet jeśli cała historia była bardzo dziwna. A raczej niezwykła. Przez wszystkie te lata miało się do czynienia z niezwykłymi przypadkami. Właściwie to można powiedzieć, że niezwykłe przypadki to norma… Tak, to nawet niegłupia uwaga. Nie uważasz?

– Chcę usłyszeć, co to za sprawa. Niepotrzebne mi twoje filozofowanie.

– A więc w ten sposób? – rzekł Van Veeteren. – No dobrze, Münster chciał ze mną porozmawiać, bo pojawiły się nowe okoliczności zdarzenia, które miało miejsce ponad dwadzieścia lat temu. Okoliczności, które… jak to się mówi… postawiły… nie, raczej powinienem powiedzieć stawiają sprawy nieco na głowie. Chodzi o stare śledztwo… Hm…

– Nie mówi się „nieco na głowie” – odparła Ulrike. – Albo coś stoi na głowie, albo nie.

– Niech ci będzie – zgodził się Van Veeteren. – Ale jeśli będziesz mi cały czas przerywać, to nigdy się nie dowiesz, co to takiego. Może jednak Brahms, mimo wszystko? Koncert na wiolonczelę świetnie by pasował w taki dzień. Albo Elgar?

Ulrike Fremdli uśmiechnęła się, ale nie odpowiedziała. Van Veeteren westchnął i wyjął z torby cienką teczkę.

– Zabrałem część papierów. Przyniósł mi je do antykwariatu… To znaczy Münster.

Ulrike czekała cierpliwie. Van Veeteren odkaszlnął i poprawił się na siedzeniu.

– A więc tak… – zaczął. – Był rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty pierwszy. Miejsce nazywało się… chociaż pewnie w dalszym ciągu się nazywa… Oosterby. Tak się składa, że leży nie więcej niż dwadzieścia pięć, może trzydzieści kilometrów od naszego pensjonatu. Wiem, że wygląda to trochę tak, jakbyśmy właśnie tam jechali, ale takie zbiegi okoliczności przestały mnie już dziwić.

– Dalej – poganiała go Ulrike.

– Kiedyś we wszystkim doszukiwałem się schematów i pochłaniało to mnóstwo energii. Ale to było kiedyś. Lubimy schematy, dlatego wydaje nam się, że je znajdujemy, podczas gdy…

– No, no, robi się coraz ciekawiej… Co dalej?

– Podczas gdy to my sami je sobie konstruujemy. Po prostu tak pracuje nasz umysł. Porządek w chaosie za wszelką cenę… Ale przecież filozofia nie bardzo cię dzisiaj interesuje, o ile dobrze zrozumiałem… Druga zasada termodynamiki? Prawo entropii?

– Niespecjalnie interesujące, szczególnie dzisiaj – odpowiedziała Ulrike, kiedy wjeżdżali na autostradę do Aarlach. – Okej?

Van Veeteren zastanawiał się przez chwilę.

– Cztery ciała – skonstatował.

– Cztery ciała?

– Tak. I od samego początku było jasne, że zostali zamordowani. Pierwszy na miejscu zbrodni pojawił się szef policji Wilkerson, a on nie był głupi. Miał na tyle rozumu, żeby natychmiast wezwać posiłki. Dlatego ja i Münster tam pojechaliśmy. Było to mniej więcej o tej samej porze roku co teraz… może kilka tygodni różnicy… dwadzieścia jeden lat temu… I też w pensjonacie… Miejmy tylko nadzieję, że historia się nie powtórzy…

Van Veeteren czekał na replikę ze strony Ulrike, ale ona milczała.

No tak, pomyślał. Już to przerabiała.

– To był Pensjonat U Molly – kontynuował. – I to ona zidentyfikowała ciała. A raczej próbowała je zidentyfikować. Nieszczęsna kobieta, prowadziła to miejsce przez całe swoje życie, jeśli mnie pamięć nie myli. Pamiętam zdjęcia tych osób… Niewiele z nich zostało…

– Dlaczego? – zapytała Ulrike.

– Spłonęli żywcem. A dokładniej mówiąc, został z nich węgiel. Zidentyfikowanie, kto jest kto, zajęło trochę czasu. Molly nie była na sto procent pewna wszystkich nazwisk, mimo iż wynajęli u niej pokoje.

– A powinna?

– Tak by się mogło wydawać. Twierdziła, że wszyscy się wpisali do księgi hotelowej, tyle że księga też spłonęła. Wkrótce potem wyjaśniło się, że to… Tak, tak chyba było.

– Podpalenie?

– Tak, do takich wniosków doszliśmy.

– I co, złapaliście podpalacza?

Zanim odpowiedział, Van Veeteren zadudnił palcami w teczkę. Ulrike siedziała w milczeniu i czekała.

– I tak, i nie.

– I tak, i nie?! A co to za odpowiedź? Złapaliście go czy nie?

Van Veeteren wyjął z kieszeni koszuli wykałaczkę i zaczął się jej przyglądać.

– Zidentyfikowaliśmy przestępcę, ale go nie ujęliśmy. Pojechaliśmy z Münsterem na miejsce zbrodni kilka dni po pożarze i jeśli dobrze pamiętam, spędziliśmy z miejscowymi policjantami tydzień. Jak już mówiłem, wszyscy byliśmy dość zgodni. Nie było tam nic szczególnego, no może oprócz tego, że nam przepadł.

– Przestępca?

– Tak.

– I do tej pory jest na wolności? Powiedziałeś… dwadzieścia lat?

– Dwadzieścia jeden – poprawił ją Van Veeteren. – Ale nie powiedziałbym, że jest na wolności. I w tym cały problem… To dlatego Münster chciał ze mną rozmawiać.

– Nie bardzo rozumiem.

– Ja też nie.

Van Veeteren zaczął przeglądać papiery, ale Ulrike mu przerwała:

– Czy szanowny pan komisarz mógłby wyrażać się jaśniej? Wydaje mi się, że zapaliła ci się w głowie lampka… Pewnie sporo o tym pisali… Dość spektakularna sprawa, co?

– Zgadza się – przyznał Van Veeteren. – Z pewnością było to spektakularne. To musiało być kilka lat wcześniej, nim cię poznałem. I tak, oczywiście dużo się o tym pisało. Na pewno czytałaś.

– Mów dalej… Co się wydarzyło? Co to byli za ludzie?

– I w tym tkwi cały problem – odparł Van Veeteren, przełamał wykałaczkę i włożył ją z powrotem do kieszeni. – To była grupa starych znajomych. Wszyscy w tym samym wieku, około czterdziestki, znali się jeszcze z czasów szkolnych… a można nawet powiedzieć, że od dziecka. No właśnie… w tym sęk, bo jak mówię, że byli starymi znajomymi, to wcale nie znaczy, że wciąż mieli ze sobą kontakt. Po prostu przyjaźnili się przedtem… czyli… no tak, to musiało być jakoś w latach sześćdziesiątych.

– Kiedy byli dziećmi, innymi słowy – doprecyzowała Ulrike.

– Kiedy byli dziećmi i trochę później, już jako nastolatkowie. Tamten wieczór spędzali w pensjonacie U Molly, bo mieli jakiś zjazd czy coś, żeby… No właśnie… Po co, u diabła? Po co ludzie spotykają się w taki sposób? Pewnie żeby powspominać dawne czasy. Może dawne krzywdy? I co? I się pokłócić? Mówię ci to dlatego, że do takich wniosków wtedy doszliśmy, i musimy mieć jasność…

– My? – przerwała mu Ulrike. – Jeśli o mnie chodzi, to nie mam żadnej jasności. Może więc byś zaczął jeszcze raz od początku, co?

– Od początku? – mruknął Van Veeteren. – Przecież ci mówię. Poza tym kto wie, gdzie tu jest początek, a gdzie koniec? Myślę, że źródło sprawy tkwi w latach sześćdziesiątych albo jeszcze wcześniej… i dlatego, tak jak powiedział Münster, jeszcze raz musimy zrewidować to, do czego doszliśmy dwadzieścia czy dwadzieścia jeden lat temu.

– Na przykład co? – zaciekawiła się Ulrike.

– Na przykład naszego wytypowanego przestępcę.

– Tego, co wam uciekł? – dopytywała Ulrike.

– On wcale nie uciekł – odpowiedział Van Veeteren z głębokim westchnieniem. – On też zginął.

– Co? – zdziwiła się Ulrike.

– Tak jak powiedziałem: on też zginął.

– Dziękuję, słyszałam. Ale nie znaleźliście ciała. To dlatego, że było doszczętnie spalone?

– Nie było spalone. Zostało zakopane w lesie, niedaleko pensjonatu. I bardzo możliwe, że leżało tam od tamtej pory.

– Co takiego?

– To dlatego Münster się do mnie odezwał.

– Rozumiem. Ale przecież nie mógł podpalić swoich przyjaciół, a potem sam się pogrzebać?

– Oceniam to jako raczej nieprawdopodobne – zgodził się z nią Van Veeteren.

Ulrike siedziała przez chwilę w milczeniu.

– To był na pewno on? – zapytała po chwili. – Ten nowy trup… jest… był tamtym przestępcą? Bo jeśli tak, to rzeczywiście macie problem.

– Też tak mi się wydaje – odparł Van Veeteren. – I pomyśleć, że tak łatwo mnie w to znów wciągnął ten cholerny Münster.

– A wolałbyś, żeby tego nie zrobił? – zapytała Ulrike z ostrożnością w głosie.

– Oczywiście, że nie – żachnął się Van Veeteren. – Za kogo ty mnie masz?

– Ale to naprawdę dziwne, że wybraliśmy akurat ten pensjonat… tak blisko… Ile mówiłeś? Trzydzieści kilometrów?

– W każdym razie nie więcej niż trzydzieści pięć – odpowiedział Van Veeteren i odłożył teczkę. – Myślisz, że jest już za późno na szukanie biletów do Nowej Zelandii?

Godzinę później, po zatankowaniu, siedzieli z kawą przy stole piknikowym w przydrożnym barze w pobliżu Kolmaru. Deszcz, wbrew przewidywaniom, przestał padać, a ponieważ siedzieli osłonięci od wiatru, Ulrike powiedziała, że pogoda zasługuje na miano „dojrzałego lata”.

– Jeśli już, to jego ostatnich podrygów – zasugerował Van Veeteren.

Potem oboje milczeli. Van Veeteren przeżuwał kanapkę z serem, Ulrike bagietkę z salami, jednak przede wszystkim przeżuwali opowieść, którą on powoli i z unikami właśnie z siebie wyrzucił.

Pożar pensjonatu U Molly pod Oosterby dwudziestego ósmego września 1991 roku (a konkretnie w nocy z dwudziestego ósmego na dwudziestego dziewiątego), w którym życie straciły cztery osoby (a właściwie pięć).

Ulrike aż trudno było w to uwierzyć. Brzmiało to tak nieprawdopodobnie… ale może faktycznie jest tak, jak kiedyś mawiał Van Veeteren, i „to, co najbardziej prawdopodobne, często okazuje się nieprawdopodobne”. Co to jednak miałoby znaczyć w tym przypadku? Dawniej Van Veeteren lubił rzucać takimi dwuznacznościami, z wiekiem coraz rzadziej, choć jednak nie całkiem.

„Każda prawda dźwiga swoje przeciwieństwo”.

„Wszystko jest względne, tak samo jak prawda i fałsz”.

Chociaż to ostatnie to chyba cytat z Mahlera, starego poety, z którym Van Veeteren grywa w szachy.

W każdym razie, zastanawiała się Ulrike Fremdli, pożar pensjonatu U Molly to robota diabła. Zdaje się, że i to jest cytat z Van Veeterena.

7

Wrzesień 1991, Oosterby

Birgitte Behrens nie mogła zasnąć.

Może dlatego, że w oknie nie było zasłon, a może był inny powód.

Na przykład taki, że po kolacji wypiła duży kubek kawy. Namówił ją miły kelner, a ona nie potrafiła odmówić.

Nawet czegoś tak trywialnego jak kawa po jedzeniu. Pomyślała, że zawsze tak było. Wrodzona uprzejmość to w siedmiu na dziesięć przypadków zaleta w sytuacjach społecznych, w pozostałych – to katastrofa. A jeśli nawet nie katastrofa, to w każdym razie porażka. Kopniak, który trafiał w nią samą i powodował, że ludzie tracili do niej szacunek. Prawda, że tak było? Rozmawiała o tym ze swoimi terapeutami, zwłaszcza z ostatnim, z którym spotkała się sześć razy po rozwodzie, a którego teraz odłożyła na półkę. „Chcesz, żeby wszyscy czuli się dobrze?”, zapytał, a raczej stwierdził. „Próbujesz brać odpowiedzialność za ludzi wokół siebie? Ratować siebie i innych z konfliktów? Popraw mnie, jeśli się mylę”.

Nie poprawiła go. To też było typowe. Nawet jeśli niezupełnie trafił w dziesiątkę, nawet jeśli były rzeczy, o których nie miał pojęcia, to jednak nie chciała pozbawiać go poczucia, że dokonał właściwej analizy. Właściwego opisu jej rzekomego życia duchowego i motywów działania. Przecież o to chodzi – żeby czuć złość i rozczarowanie swoim terapeutą, i mówić o tym głośno. Ale nie w przypadku Birgitte Behrens. Ona swoje rozczarowanie słodziła uprzejmością, a kiedy stamtąd wychodziła, rzadko miała poczucie, że wyniosła z terapii coś pożytecznego.

A już na pewno nie wtedy, kiedy w samotności płakała z tęsknoty za Carlosem. Kiedy czuła brak sensu w swoim życiu. Terapia była dla niej sposobem na zabicie czasu. I jeśli nawet czasami czuła wściekłość, to zawsze po czasie i zawsze kierowała ją przeciwko sobie samej.