Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
„DLA ZAPEWNIENIA BEZPIECZEŃSTWA I CIĄGŁEJ STABILNOŚCI REPUBLIKA BĘDZIE PRZEKSZTAŁCONA W PIERWSZE IMPERIUM GALAKTYCZNE! DLA NIEZAGROŻONEGO I BEZPIECZNEGO SPOŁECZEŃSTWA!”
Jednym przemówieniem, które spotkało się z grzmiącymi oklaskami, kanclerz Palpatine zakończył brutalnie erę Republiki. Na jej miejsce przyszło Imperium Galaktyczne. W całej galaktyce wszyscy radowali się z końca wojny i obietnic lepszego jutra. Jednak lepsze jutro okazało się kłamstwem. Galaktyka stała się straszliwym miejscem, w którym rządziło okrucieństwo i strach przed reżimem Imperatora. Mon Mothma, Saw Gerrera i Bail Organa dostrzegają nadchodzący mrok już w pierwszym przerażającym roku tyranii. Kiedyś to dzięki nim powstanie Sojusz Rebeliantów. Jednak najpierw każde z nich musi znaleźć dla siebie cel i kierunek działań w zmieniającym się świecie. I każde z nich ma własne tajemnice, obawy i nadzieje związane z przyszłością, która może nigdy nie nadejść – chyba że sami się o to postarają.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 605
Tytuł oryginału: Star Wars. Reign of the Empire. The Mask of Fear
Projekt graficzny: Elizabeth A.D. Eno Redakcja i korekta: Magdalena Kozłowska Konsultacja: Jacek Drewnowski
Copyright © 2026 Lucasfilm Ltd. All rights reserved.
ISBN 978-83-8424-512-5
Wydawca: Wydawnictwo Olesiejuk, an imprint of Dressler Dublin sp. z o.o.
Dane do kontaktu: Wydawnictwo Olesiejuk ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+48 22) 733 50 00 e-mail: wydawnictwo@dressler.com.pl www.wydawnictwo-olesiejuk.pl
Dystrybucja: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Dla Laury, która – żeby stało się to możliwe –zrezygnowała z poniedziałków i pewnej wyprawy.
Dawno, dawno temu w odległej galaktyce….
Bunt Jedi udaremniono. Pozostali Jedi zostaną wytropieni i pokonani. W zamachu na moje życie okaleczono mnie i oszpecono. Ale zapewniam was – moja wola nigdy nie była tak nieugięta. Dla zapewnienia bezpieczeństwa i stabilizacji Republika zostanie przekształcona w pierwsze Imperium Galaktyczne!
Niech nasze społeczeństwo będzie bezpieczne i spokojne!
Imperator Palpatine
Zatem tak umiera wolność – wśród burzy oklasków.
Padmé Amidala
CZĘŚĆ I
BRZASK
Rozdział 1
ŚWIĘTE MIASTO
Święte Miasto, wyrzeźbione w skałach na pustyni, odcinało się od mrocznego nieba niczym sylwetka samotnego wędrowca na pustkowiu. Płowe mury, pokryte wielowiekowym kurzem, z daleka wydawały się miejscem bez życia, którego jedyne błogosławieństwo polegało na tym, że uparcie nie poddawało się erozji i nie stapiało w jedno z piaskiem.
Jednak pomimo tego, że na tym księżycu panowała duszna atmosfera pradawnych tradycji, a w słabych promieniach dogorywającego słońca blakło tutaj wszystko, ulice miasta wabiły oko kolorami: ramiona odziane w czerwone płaszcze potrącały szafirowe naramienniki, zielone ręce muskały mieniące się czułki. Istoty o najróżniejszym wyglądzie tłoczyły się na bruku – szły, pełzły, maszerowały pod bramami, markizami sklepów i wiszącymi nieruchomo flagami. Stłumione szepty potęgowały panującą w mieście atmosferę żałoby, lecz obecność tłumu, nieskończone kroki i szelest szat tworzyły gwar, który zdawał się zapowiadać burzę.
Od czasu do czasu rozlegał się okrzyk:
– Jedi! Nie ma Jedi!
Jakby to było coś zupełnie nowego. Jakby zniknęli ze świątyń właśnie tego ranka – a nie zostali wymordowani wiele tygodni wcześniej w porażającym akcie przemocy, zdrady i okrutnej pychy.
W szarej chuście pielgrzyma Ztenorthy, w butach ze stuk-skóry, Bail Organa – Bail z rodu Prestorów, małżonek królowej Alderaana, ojciec następczyni tronu, niegdyś senator Republiki Galaktycznej, a obecnie senator Imperium Galaktycznego – szedł wśród żałobników bez eskorty, nierozpoznawany, drżąc w zimowym chłodzie. W tym gęstym tłumie czuł się – ku swojej uldze – sam i nawet nawiedzające jego pamięć duchy jakby na chwilę go odstąpiły.
Procesja, która gęstniała coraz bardziej, skręciła za róg i podążyła dalej ciasnym tunelem. Wąskie strzelnice znaczące prosty wątek w ceglanych murach sugerowały, że znajdowali się w ruinach twierdzy, z której żołnierze mogli z ukrycia celować do oblegających ich najeźdźców. Bail szedł z pochyloną głową, żeby się nie potykać, ale też aby uniknąć wścibskich obiektywów ukrytych kamer. Tłum nie maszerował szybko ani nie był wzburzony, ale posuwał się jednak z mocą i bezwładem lodowca, a zatem gdyby ktoś po drodze upadł, zostałby zapewne zmiażdżony pod naporem idących.
Tunel wychodził na ogromny plac, nad którym górował kamienny dysk, ustawiony pionowo na wielkim postumencie. Zazwyczaj na placu pełno było żebraków, pokrzykujących przekupniów i samozwańczych proroków. W budynkach wokół znajdowały się sklepiki z naparami ziołowymi i rozmaitymi drobiazgami. Jak powiedziano Bailowi, był to jeden z osiemdziesięciu ośmiu takich placów w Świętym Mieście i pomimo swojego świętego charakteru niczym się nie wyróżniał. Tego dnia jednak żebracy, uliczni krzykacze i prorocy oraz kupcy ustąpili miejsca niekończącej się procesji. Spośród tysięcy żałobników na placu może z setka zdołała wcisnąć się na postument. Stłoczeni tam, naparli na dysk i jęli obracać go wokół osi. Starzy mężczyźni pchali go na kolanach, a ogromny Cragmoloid dyszał i stękał, napierając nań ramionami i wpatrując się jednocześnie w niebo. W jego oczach malował się głęboki smutek. Po jednej czwartej obrotu kilkunastu pielgrzymów schodziło z podestu, a inni szybko zajmowali ich miejsce, żeby dysk nie przestał się obracać.
Zewsząd rozlegały się teraz płacze i okrzyki żałobników, którzy ulegali nastrojowi rytuału.
– Mistrz Tiin! – zawołał ktoś, a ktoś inny krzyknął: – Siostro!
Trzeci głos rozpoczął litanię:
– Allie! O’ra’ve! Caladastorous!
Jednak zwykle wydawano okrzyki bez słów – płynące z serca. Baila kusiło, by dołączyć do tego chóru, ale przecież on nie przeżywał desperackiej żałoby, żałoby bezradnej, wyzbytej odpowiedzialności. Gdyby więc teraz zakrzyczał z rozpaczy, usłyszałyby to jego duchy i znów zaczęłyby go nękać.
Prąd tłumu niósł go nieubłaganie ku postumentowi. W oddali wzniósł się ledwo słyszalny krzyk:
– Zdrajcy! Zdrajcy Republiki!
Nikt jednak jakby tego nie zauważył.
Bail sprawdził godzinę i próbował opóźnić swoje wejście na postument tak długo, jak mógł, w końcu jednak i on znalazł się wśród żałobników napierających na artefakt. Okazało się, że trudno go poruszyć – postument i reliefy na dysku były wygładzone i śliskie, a tylko wszechobecny w Świętym Mieście kurz zapobiegał poślizgnięciu. Bail pchał i pomimo zimna spływał potem, ale czuł, że dysk rzeczywiście się obraca. Wydawało mu się, jakby jego wysiłek był bezskuteczny, że to więksi i silniejsi żałobnicy wprawiali monument w ruch, jednak nie ustawał. Kamień zgrzytał o kamień.
Po prawej miał Tarsunta o fioletowej skórze, w kurtce i podniszczonych spodniach robotnika. Mężczyzna był barczysty, ale niski jak na swój gatunek. Odwrócił wąską twarz do Baila i skinął mu głową.
– Powinien pan być w domu – powiedział – z żoną i malutką córką.
„Powinienem” – pomyślał Bail. Trudno było zaprzeczyć. Rzekł więc tylko:
– A pan, admirale, powinien dowodzić flotą. A jednak obaj jesteśmy tutaj.
I znów naparli na dysk. Kamień zazgrzytał, zapiszczał i obrócił się znów o pół metra, a wtedy admirał zapytał:
– Dlaczego?
– Dlaczego tu jestem?
– Tak.
Bail zamierzał wzruszyć ramionami, ale okazało się, że to niemożliwe, kiedy jednocześnie napiera się nimi na kamień. Wydawało mu się, że jeśli rozluźni mięśnie, upadnie.
– Najpierw pan – stęknął.
Tarsuntowie nie należeli chyba do szczególnie silnych ras, ale admirał sprawiał wrażenie, jakby zupełnie się nie męczył. Bail poczuł się przy nim stary i słaby – cóż, właściwie miał do tego prawo. Bo z pewnością za młodego uważać się już nie mógł.
– Widziałem Jedi walczących w bardzo wielu bitwach – rzekł po chwili admirał, pochylony pod kamieniem. – Niektórych obserwowałem z daleka. Z innymi jadałem kolację, układałem plany, dzieliłem koszary w terenie. Wielu lubiłem, niektórzy zaczęli mnie z czasem irytować, wszyscy jednak zasłużyli sobie na mój szacunek. Wszyscy byli dzielnymi, prawymi strażnikami Republiki. Zapewne nie dotyczyło to każdego Jedi. Żadna organizacja nie jest wolna od zepsucia, a o tym, co knuła pod koniec Najwyższa Rada, trudno mi się wypowiadać. Ale czyny tych rycerzy, których osobiście poznałem, nie są splamione cieniami ich przełożonych. Nigdy nie uwierzę, że byli kimś gorszym, niż się wydawali, niezależnie od zdradzieckich poczynań Rady. – Urwał na chwilę i spojrzał na tłum. – I wygląda na to, że nie jestem w tym odosobniony.
– Nie – wykrztusił z trudem Bail. – Ale na Coruscant nie było takiej uroczystości.
– Ani na moim świecie – przyznał admirał – ani na planecie mojego brata, Alsakanie. Na Korelii, na której stacjonowałem pod koniec wojny, w każdym mieście tłumy paliły wizerunki Jedi. Niektórzy potępiali zakon za zdradę, a inni… Inni byli po prostu znużeni i obwiniali Jedi za to, że nie zdołali zapobiec wojnie lub za to, że szybciej jej nie zakończyli. A tu, na Jedzie, jest nas wielu. Może i milion – wszyscy pielgrzymi, którzy odwiedzili ten święty świat. Ale gdy wrócimy na nasze rodzinne planety, rozrzucone po całej galaktyce, zobaczymy, że tych, którzy wspominają Jedi życzliwie, będzie bardzo niewielu.
W Bailu wezbrała fala goryczy – wymierzona w admirała, Imperatora, który unicestwił zakon Jedi, a może w tych, którzy uwierzyli w jego kłamstwa. Równie dobrze jej celem mogły być same gwiazdy. Przekierował swój gniew w siłę ramion i pchnął. Dysk obrócił się jeszcze o pół metra. Pielgrzym po lewej stronie Baila poślizgnął się i upadł. Zrobiło się zamieszanie, gdy w ciasnocie próbowano pomóc mu wstać.
– Bail, dlaczego pan tu jest? – zapytał znów admirał. Nie zabrzmiało to życzliwie ani łagodnie, ani też niecierpliwie, jednak ton mężczyzny nie dopuszczał wymijającej odpowiedzi.
Gniew Baila ustąpił tak szybko, jak się pojawił. Co mógł powiedzieć admirałowi? Ufał mu. W przeciwnym razie nigdy nie poprosiłby go o spotkanie. Jednak żadna prosta odpowiedź nie wydawała mu się wystarczająca. Mógłby rzec, że miał wśród Jedi przyjaciół, lecz byłoby to zbyt banalne. Mógłby powiedzieć, że chciał uczcić kobietę, która niezmiernie szanowała Jedi, a która odeszła z tego świata – albo też, że chciał w ten sposób splunąć w twarz nowemu reżimowi. Nie mógł jednak z pewnością otwarcie wyznać straszliwej prawdy, którą znał – tajemnic, przez które opuścił dom, żonę i córkę.
– Za młodu – odezwał się w końcu, zmniejszając napór na dysk, żeby odzyskać siły – poznałem rycerza Jedi. Przebywał u nas w związku z pewnym problemem w naszej rodzinie. Nie poznałem go dobrze – choć myślałem, że tak… wie pan, jakie są dzieci – ale podziwiałem go. Powiedziałem sobie… – Bail wspomniał twarz swojego ojca i jego skomplikowaną relację z dziadkiem, a potem skupił się śpiesznie na tym, co było ważne w tej chwili. – Kodeks Jedi znaczył coś bardziej rzeczywistego, konkretniejszego niż wszelkie zestawy zasad, które wpajali mi nauczyciele. Wychowałem się wśród ludzi, którzy cenili wyniki bardziej niż metody czy ludzi. Powiedziałem sobie, że jeśli sam nie mogę żyć w oparciu o cnoty Jedi, ułożę własny zestaw zasad, z których będę mógł być dumny.
Admirał sprawiał wrażenie, jakby go nie usłyszał. Bail znów naparł na dysk. Jego palce wpijały się w niewiarygodnie stare reliefy, wydrapywały mikroskopijne kawałeczki kryształów kyber wbite w skałę, przywracając chwałę i potęgę wszechświatowi. Kiedy dysk, Kamień Pierwszych Łez, się obracał, duchy umarłych były mielone na pył gwiezdny i z niespokojnych zjaw przemieniały się w energię życia, aby następnie odradzać się w nieskończonych postaciach. Tak głosiła legenda.
Bail w nią nie wierzył, ale w rytuałach zawsze tkwiła pewna siła. Chciałby móc skorzystać z potęgi kamienia i poczuć to, co zdawali się czuć żałobnicy wokół niego – zamiast cierpieć, jęczeć i użalać się nad sobą wraz z całą cholerną galaktyką.
Wreszcie ukończono kolejne ćwierć obrotu i admirał odciągnął Baila od dysku, zaś inni pielgrzymi ruszyli szybko do przodu, by ich zastąpić. Bail znów znalazł się w procesji. Każdy krok stanowił próbę dla jego zmęczonych nóg.
– Czego mógłby pan ode mnie chcieć? – odezwał się cicho admirał. – Ma pan większy dostęp do tajnych informacji.
Bail pokręcił głową i przysunął się bliżej. Pomimo chłodnego dnia było mu gorąco, z pewnością też cuchnął potem, ale nie mogli sobie pozwolić, by ktoś ich teraz podsłuchał.
– Wywiad odmawia jakichkolwiek odpowiedzi. Zgłaszałem pytania publicznie, prosiłem kanałami nieoficjalnymi, ale zamykają uszy. Nowe władze… – „Ostrożnie. Nie wystrasz go. Nie mów niczego, czego i tak już sam nie wie”. – Widział pan oświadczenie Palpatine’a, kiedy ogłosił się Imperatorem. Powiedział, że Jedi byli zepsuci – co do jednego. Oto całe jego wyjaśnienie, dlaczego ich zlikwidowano! Ale taki akt… Unicestwienie całej kultury, pogrzebanie pradawnej, szanowanej religii…
– …wymaga wiarygodnych dowodów – wszedł mu w słowo admirał. – Których Imperator nie przedstawił, pomimo oświadczeń w sprawie tej konkretnej grupy napastników. Zgadzam się. Ale to pan zasiada w Senackiej Komisji Wywiadu. I powtarzam, pański dostęp…
– Mój dostęp powinien być większy niż pański. Ale czasy się zmieniają, przyjacielu. Wywiad być może chętniej porozmawia z admirałem, skoro senatorowi nie chce udzielić żadnej uprzejmej odpowiedzi. Nie spodziewam się cudów po pańskiej interwencji, ale obaj chcielibyśmy zobaczyć pełne dowody przeciwko Jedi, jakimi dysponuje obecna władza. Nawet jeśli Palpatine podpisał już na nich wyrok śmierci.
Admirał odchrząknął i pokiwał głową.
– Podpisał wyrok i go wykonał. – Zastanawiał się przez chwilę. – Obiecuje pan, że dojdzie do pełnego, publicznego ujawnienia danych?
– Jeśli będzie to w mojej mocy.
– Popytam. Kilka osób jest mi winnych przysługę. Skorzystam z tego. Zobaczymy, czy to coś da – nawet ci, którzy współpracowali z Jedi, nie patrzą teraz życzliwie na zakon. Ale niech pan nie prosi już o nic innego i nie wiąże z tym mojego nazwiska. Armia nie może zostać wplątana w sprawy polityczne, zwłaszcza że pokój jest nadal niepewny.
– To zrozumiałe.
Admirał potraktował jego prośbę poważnie – Bail nie spodziewał się aż takiej przychylności. Oby tylko to, co malowało się na jego twarzy, wyrażało wdzięczność, a nie tylko zdziwienie…
Zeszli z podestu Kamienia Pierwszych Łez. Procesja miała iść dalej, jeszcze kilometr, choć Bail widział już, jak odłączają się od niej węższe potoki żałobników, skręcających w boczne ulice – wracano do domu lub udawano się do świątyń i kościołów życzliwych im kultów. Już mu się wydawało, że to koniec rozmowy z admirałem, gdy mężczyzna przysunął się do niego blisko, bliżej, niż było to konieczne w ciasnocie na placu, i znowu się odezwał:
– Chciałbym poznać odpowiedź na jeszcze jedno pytanie. Poznać jeszcze jedną prawdę, którą nowe władze ukrywają.
– Słucham.
Admirał przez chwilę milczał, a kiedy znów przemówił, w jego głosie brzmiała determinacja.
– Dlaczego Najwyższa Rada Jedi to zrobiła? Dlaczego próbowali zabić kanclerza? Niezależnie od tego, czy byli w to zamieszani jacyś inni Jedi, ta sprawa pozostaje nierozwiązana i nie daje mi spokoju. Co chcieli zyskać? Jak osoby słynące z prawości mogły tak upaść i nikt tego nie podejrzewał? Na pana miejscu – ciągnął admirał – to właśnie najbardziej by mnie niepokoiło. Ja mogę tylko słuchać rozkazów moich przełożonych. Ale pan jest senatorem i służy interesowi swoich obywateli.
Czekał chwilę na odpowiedź Baila, ten jednak milczał. W końcu admirał ruszył naprzód, stopniowo oddalając się od senatora, metr po metrze przebijając się przez idący spokojnie tłum. Bail nie przyśpieszył kroku. Lepiej, żeby ich razem nie widziano – a skąd można było mieć pewność, czy ktoś w Świętym Mieście ich nie obserwuje?
Admirał zadał mu inteligentne, przemyślane pytania. Bail znał odpowiedzi – poznał je w dniu, w którym zginęli Jedi. Kanclerz Palpatine – człowiek, który ogłosił się Imperatorem – popełnił wcześniej jeszcze straszliwsze, mroczniejsze zbrodnie i miał bardziej przerażające ambicje, niż ktokolwiek przypuszczał. Jedi dowiedzieli się prawdy i znalazłszy się w sytuacji bez wyjścia, postanowili sami powstrzymać tyrana wszczynającego wojny, mordercę dzieci, potwora. Ponieśli klęskę.
I oznaczało to ich koniec.
Bail wszystko to wiedział. Powiedzieli mu o tym przyjaciele i sojusznicy z zakonu Jedi, a on postawił wszystko na jedną kartę, pomagając im znaleźć bezpieczne schronienie na krańcach galaktyki. Nie miał jednak żadnych dowodów. Mógł jedynie rozstać się z dręczącymi go duchami przeszłości, oczyszczając imiona zamordowanych – i mieć nadzieję na lepsze jutro.
Może wówczas zdoła spojrzeć na żonę oraz córkę i uwierzyć, że spełnił swój obowiązek. Nawet jeśli nie spełnił go wystarczająco.
Nadal szedł – coraz dalej od placu, zagłębiając się w wąskie uliczki, przy których stały rozsypujące się wieże, aż z zadumy wyrwał go grzmot. Rozejrzał się, zdziwiony. Pielgrzymi wokół poruszyli się nerwowo i w oddali rozległy się głośniejsze płacze i rozpaczliwe krzyki. Obejrzał się za siebie – tłum zafalował gwałtownie. Osoby z tyłu pchały tych, którzy stali przed nimi, jakby uciekając przed czymś okropnym.
Wszyscy zaczęli biec.
W jednej chwili rozpętał się chaos. Niektórzy upadali na ziemię. Inni ich deptali. Ludzie nawoływali bliskich, błagali krzykiem o pomoc kogokolwiek, kto ich usłyszy. Baila popychano, szturchano i choć próbował złapać czyjąś rękę wyciągniętą do góry znad bruku, pomóc jakiejś biednej osobie, uciekająca fala porwała go ze sobą i mógł już tylko walczyć o to, by utrzymać się na nogach. Coś – być może łokieć – trafiło go w ucho. Od ciosu zakręciło mu się w głowie. Tłum obrócił Baila do tyłu. Próbował oprzeć się naporowi ciał, osłonić twarz, a w końcu znów patrzył przed siebie, tam, gdzie niosło go to całe zbiorowisko. Wąskie gardło ulicy prowadziło wszystkich w jednym kierunku. Nie było stamtąd ucieczki.
Jak długo to trwało, nie miał pewności. Czuł ból, czuł, jak jego ciało – osłabione po wysiłku, jakim było pchanie dysku – obija się o inne ciała, chitynę lub starożytne ceglane mury. Przez pewien czas obejmował ramieniem starszą kobietę – choć sam nie wiedział, czy jej pomaga, czy też sam się na niej opiera. Próbował zrobić, co tylko mógł – a mógł bardzo niewiele.
Później, gdy siedział już w pyle, w zaułku bez wyjścia, zbyt małym, by można go nazwać uliczką, zaśmiał się ponuro i otarł krew z twarzy. Wysłuchał wiadomości o zamachowcu, który podłożył bombę – o kimś, kto pragnął robić to, co Imperium, i oczyścić galaktykę z Jedi oraz wszystkich ich zwolenników. Próbował nie myśleć o tych, których zadeptano w chaosie paniki. Czuł się brudny, splamiony śmiercią i własną ekscytacją wynikającą z walki o życie. Miał poczucie, że nie jest godny swojej córki – ostatniego daru jeszcze jednej nieżyjącej przyjaciółki. Daru kobiety, która zginęła razem z Jedi i która zaznała miłości jednego z nich.
Bail czuł się niegodny Jedi. Jednak spoczywający na nich ciężar stał się również jego ciężarem. Musiało tak być – bo inaczej mógłby spaść na barki Lei. On zaś był jej ojcem, a nie mentorem czy stróżem, i zamierzał uczynić wszystko, by nieść ten ciężar samodzielnie.
Rozdział 2
POWRÓT DO ŻYCIA
Soujena najbardziej zaskoczyło to, jak szybko wojna się zakończyła. A, tak – i jeszcze ta sprawa z Jedi, ale w szerokiej perspektywie Jedi nigdy nie odgrywali ważnej roli.
Oglądał koniec wojny w stanie śnienia. Jego ścieżki neuronowe pod wpływem odpowiednich impulsów wprowadziły go w tak zwany zwolniony sen – a komora, w której się znajdował, przekazywała mu wiadomości holonetowe i przechwycone komunikaty. Śnił o flotach separatystów oblegających światy Republiki, o armiach mechanicznych żołnierzy lądujących na planetach, gdzie przez tysiące lat nie doświadczano konfliktów. Wyobrażał sobie robotników krzyczących z radości w fabrykach droidów i bojowników o wolność w Pasie Rhanipur, trzepoczących entuzjastycznie skrzydłami i świętujących koniec wojny – cieszących się, że straszliwy układ, na który zdecydowała się Konfederacja Niezależnych Systemów, by sprzedać się korporacjom w zamian za szansę na samostanowienie, okazał się trafnym wyborem.
Jednak sny na tym się nie skończyły. Jego umysł zalały wizje ukazujące, jak Republika bezwzględnie morduje militarnych przywódców separatystów. Soujen patrzył, jak po śmierci głównodowodzących załamują się całe armie. W tym spowolnionym śnie nie wiedział, które z tych obrazów były prawdziwe, a które stanowiły tylko jego własne koszmary. Czy miliard – lub więcej – droidów naprawdę jednocześnie przestał działać? Czy członkowie Rady Separatystów poddali się, czy też zostali zabici przez tych mistyków, Jedi?
To ostatnie zresztą nie miało znaczenia, bo Jedi już nie było. Samozwańczy strażnicy Republiki zostali wymordowani, kiedy, korzystając z chaosu, podjęli próbę obalenia własnych władz. Wskutek tych ciosów Republika również przestała istnieć, a z jej popiołów powstało Imperium Galaktyczne. Soujen widział, że wojna rzeczywiście się skończyła i że sprawiedliwości nie stanie się zadość.
Nie dziwiło go, że do tego doszło. Jednak nikt – ani Soujen Vak-Nhalis, ani jego twórcy – nie spodziewał się, że stanie się to tak szybko.
///
Ile upłynęło od końca wojny? Dlaczego nikt go stąd nie zabrał? Mogłyby mu to wyjaśnić jego cybernetyczne implanty, ale w zwolnionym śnie jego ciekawość się zmniejszyła. Soujen w snach i koszmarach znajdował swego rodzaju spokój – zupełnie jakby krążący w jego żyłach gniew utrzymywał go w stanie akceptacji, jeśli nie zadowolenia.
Przez powłokę komory poczuł niejasno ruch w pobliżu, a jednocześnie dostał dreszczy pod wpływem gorączki, połączonych z niemal ekstatycznym wrażeniem wyczerpania. Sprawdził implanty i komputer komory powiadomił go, że cykl powolnego snu ma się ku końcowi. Zaczął też słyszeć dźwięki – prawdziwe dźwięki, docierające do jego układu nerwowego przez uszy, a nie cybernetyczne udoskonalenia, a po chwili je zidentyfikował. Krzyki, zniekształcone przez płynną barierę i ściany komory – znał dobrze te odgłosy. Uśmiechnął się.
I w jednej chwili wrócił do przytomności. Podciągnął się z trudem do pozycji siedzącej. Zadrżał, gdy chemiczna mieszanina spłynęła z jego ramion, przelała się przez brzegi komory i chlusnęła na metalową podłogę. Poczuł zapach mydła i przypomniał sobie, że powinien oddychać. Wyszedł ze zbiornika i odczekał, by stabilizatory przywiercone do skóroosłon kolan przywróciły mu równowagę – żeby się nie przewrócił. Komora zapobiegała zanikowi mięśni, ale jednak chwilę mu zajmie, zanim sobie przypomni, jak się stoi i chodzi. Uprzedzano go o tym.
W sąsiednim pomieszczeniu ktoś krzyczał. Soujen rozejrzał się dookoła, obejmując wzrokiem wszystko – grodzie, pasy, urządzenia kontrolujące temperaturę, brudne ściany i przyćmione światło. Znajdował się w ładowni i choć świat wydawał mu się na wpół snem, nie miał wątpliwości, że jest w miejscu, którego wcześniej nie widział. Nie zaniepokoiło go to, choć drgania podłogi i gryzący zapach dymu, jaki wyczuwał, skłaniały go do uznania, że statek, na którym się obudził, został uszkodzony i dryfował. Może jego komorę zaprogramowano, by otworzyła się w sytuacji, gdy jednostkę czekało nieuchronne zniszczenie?
Skupił wzrok na otwartych drzwiach, za którymi rozbłysk czerwonego światła rozjaśnił korytarz. Rozległy się wystrzały z blasterów i znów krzyki.
W drzwiach stanęła chwiejnie postać. Człowiek – jeden z niezliczonych przedstawicieli tego gatunku w galaktyce. Tę kobietę wyróżniały jednak czerwone, cieknące pęcherze na twarzy. Na widok Soujena zdziwiła się, zakasłała wilgotnym kaszlem, a potem ruszyła ku niemu, potykając się.
Jego umysł nadal pracował flegmatycznie, choć dwoje serc zabiło szybciej, a mięśnie odruchowo się spięły. Bezpośrednie zagrożenie uspokajało go – niebezpieczeństwo mocno zmniejszało zakres decyzji do podjęcia. Nie musiał już zastanawiać się nad tym, gdzie się znajdował. Podejrzewał, że kobieta została zaatakowana bronią biologiczną, może gazem bojowym, niezaraźliwym, o powolnym działaniu. Czego chciała od jego komory, nie miał pojęcia, ale widział już dość osób umierających w cierpieniu, by wiedzieć, że wraz z życiem umykało racjonalne myślenie.
Zabiłby tę kobietę – z litości lub ostrożności, sam nie wiedział – ale uprzedził go ten, kto ją ścigał, strzelając jej w plecy. Soujen instynktownie usunął się z linii ognia, mężczyzna jednak zdążył wejść do ładowni i wycelować w niego, zanim Soujen uskoczył na więcej niż metr.
– Stój! – krzyknął mężczyzna.
Soujen spiął się do skoku, a mężczyzna błyskawicznie wystrzelił z karabinu dwie wiązki. W powietrzu śmignęły błękitne błyski i Soujen poczuł gorąco nad ramieniem, a potem ujrzał kaskadę kodów błędu w swoim polu widzenia. Przez chwilę, kiedy implanty się restartowały, zupełnie nic nie widział.
Zaskoczyło go to, bo do tej pory nikt nie zdołał ich uszkodzić. Gdy wrócił mu wzrok, usłyszał, jak napastnik powtarza:
– Stój.
Mężczyzna trzymał broń – czarny karabinek używany w armii klonów, z podrapaną, zarysowaną metalową powierzchnią – ze swobodą wyszkolonego żołnierza. Zachowywał się ostrożnie, ale nie wyglądał na spiętego.
– Poczułeś to? – odezwał się. – Jonowa moc wyjściowa jest cztery razy większa. Kompletnie zakłóca działanie implantów i części mechanicznych.
Soujen przeniósł wzrok z broni na twarz mówiącego. Był to również człowiek – ciemnowłosy, o ciemnej skórze, pobrużdżonej bliznami tak jak jego karabinek. Pod zewnętrznymi oznakami wskazującymi na kogoś, kto często stosuje przemoc, krył się zapewne względnie młody mężczyzna, ale Soujen nie miał co do tego pewności. Wśród swoich rodaków, w klanach alvadorjiańskich, Soujen mógłby ocenić czyjś wiek po wytarciu płytek na głowie albo plamach na karku i szyi – kolorowych spiralach i kropkach, które rozszerzały się z wiekiem i służyły wyłącznie do ukazywania mądrości swojego właściciela.
– Poczułem – odparł Soujen, bo rozmowa dawała mu więcej czasu. Podłoga znów zadrżała. Nie czuł już odoru chemicznego pożaru, przytłumiły go spalenizna i smród płynów ustrojowych, dobiegający od zwłok kobiety pod komorą.
– Wiesz? – zapytał mężczyzna. – O Imperium?
Soujen przyjrzał się odległości dzielącej go od napastnika. Sześć metrów. Łatwo je będzie pokonać, ale wciąż nie odzyskał pełnego panowania nad swoim ciałem, a implanty nadal dochodziły do siebie po ładunku jonowym, który go trafił, więc ocenił prawdopodobieństwo swojego przeżycia na maksymalnie pięćdziesiąt procent.
Mężczyzna parsknął śmiechem.
– Znam to spojrzenie. Zastanawiasz się, jak mnie zabić.
– Tak. – Soujen nigdy nie umiał kłamać.
– W takim razie przełóżmy dłuższe przemówienia na później. Wiem, kim jesteś. Wiem, skąd się tu wziąłeś i dlaczego piraci cię ze sobą zabrali. – Mężczyzna wskazał jedną ręką na zwłoki, a może na komorę. Jego druga ręka, ta z bronią, ani drgnęła. – Możesz pójść ze mną albo zginąć razem ze statkiem.
Soujen rozważył wszystkie możliwości. Pokładem znów zatrzęsło i gdzieś nad nimi rozległ się zgrzyt rozdzieranego metalu.
– Pójdę z tobą – powiedział.
Mężczyzna zmrużył oczy i uśmiechnął się, jakby chciał powiedzieć: „Wiem, że taki łotr jak ty i tak będzie chciał mnie zabić”. Tak uśmiechał się stryj Soujena, kiedy ten próbował podkradać słodycze.
Wyszli z ładowni razem, w tańcu ostrożnych kroków, tak aby nie spuścić z siebie nawzajem wzroku. W korytarzu kłębił się dym, dochodzący z bocznych przejść. Z paneli serwisowych sypały się skry. Korytarz okazał się szeroki, ale niski. Znajdowały się w nim wyżłobienia i szyny dla bardzo szerokich pojazdów transportowych.
– Załodze starego Krezchaka robota w rękach aż się paliła. Plądrowali wszystkie instalacje separatystów w ośmiu sektorach – mówił konwersacyjnym tonem mężczyzna. – Szkoda, że nie dało się z nim dogadać. Szkoda, że nie chciał oddać statku i ładunku. Ale samego pirata nie szkoda.
Mężczyzna wskazał na zwłoki wyciągnięte na pokładzie. Zapewne starego Krezchaka, uznał Soujen, choć to nazwisko nic mu nie mówiło.
Jego towarzysz tymczasem rozgadał się na dobre.
– W miejscu, w którym cię znalazł, separatyści musieli zostawić naprawdę sporo. Wiózł cię na Kafrene. Mówił, że zamierzał sprzedać łupy na aukcji: blastery, chemię i twoją komorę. Komorę wyceniono na milion kredytów, choć raczej nie zdawał sobie sprawy z tego, co trafiło w jego ręce.
Pasowało to do tych strzępów informacji, które Soujen do tej pory zdobył, i wyjaśniało też, co się stało kobiecie, porażonej bronią biologiczną. Upewnił się, że jego baza danych znów działa, i sprawdził swoje zapisy – ach, tak, razem z nim przechowywano prawie tysiąc litrów szarego syntoxu. Taką ilością trucizny można by doprowadzić do rozkładu małego księżyca. Jeśli piraci go znaleźli i nie zrozumieli, co rabowali, gdy przenosili komorę i zbiorniki z syntoxem na swój pokład…
„Co za marnotrawstwo – pomyślał Soujen. – Co za marnotrawstwo”.
Szli przez statek tak szybko, jak tylko pozwalała na to ostrożność. Wrzaski i odgłosy strzałów przycichły, a huczący ogień niemal całkowicie tłumił wycie przeciążonego reaktora. Doszli do włazu i towarzysz Soujena przykucnął, żeby go otworzyć. Do środka napłynęło chłodne powietrze, w którym unosił się zapach potu i nieznanych zwierząt – zamiast rzezi i katastrofy.
– Nie zadajesz za wiele pytań – powiedział mężczyzna.
– Nie.
– Przypominasz droida separatystów.
Soujena to ukłuło, ale nie zaprotestował. Obrażano go w przeszłości o wiele dotkliwiej.
– Nazywasz się jakoś? – zagadnął mężczyzna.
– Jestem Hress – odparł Soujen.
Kłamstwo było niepotrzebne. Ale przebudził się niedawno i jeszcze do końca do siebie nie doszedł, a ten człowiek nie zasłużył sobie na nic z duszy czy tożsamości Soujena, dziecka klanu Nahasta, Alvadorjianina, syna swoich ojców, złożonego w ofierze galaktyce niesprawiedliwości. Prawda o Soujenie musiała trwać w ciszy, bo rozstrzygały się sprawy życia i śmierci.
Przywilej przebudzenia tej prawdy nie należał się nieznajomemu skazanemu na zagładę.
Mężczyzna zszedł pierwszy, wskakując do włazu płynnym ruchem. Soujen uznał, że to jego szansa, przetoczył się i zanurkował do wejścia, żeby wylądować przeciwnikowi na plecach. Zamiast tego jego ręce i stopy trafiły w podłogę. Rzucił się naprzód, trzymając się nisko nad pokładem, podczas gdy oczy przyzwyczajały mu się do jaśniejszego światła w czystszym, utylitarnym korytarzu. Gdyby złamał mężczyźnie kręgosłup, wszystko stałoby się prostsze, ale Soujen miał też inne możliwości.
Poczuł się jak głupiec, gdy ujrzał przypięty do ściany obok metalowy walec miny jonowej. Nabrał powietrza, by zakląć, i przyśpieszył, by przedostać się za minę, ale przed jego oczami zabłysło i zrozumiał, że go pokonano. Jego odczyty zgasły. Gdy jego mózg powrócił do stanu hibernacji, usłyszał:
– Nazywam się Saw Gerrera, a twój grób już nie może się ciebie doczekać.
Rozdział 3
POLITYKA ZWYCIĘSTWA
Z pewnej perspektywy w ogóle nie było widać zniszczeń. Pożary dawno wygasły, a dym i kurz nie unosiły się już w powietrzu. Wysokościowce otaczające ruiny i zawaliska zasłaniały widok z zewnątrz na zniszczony rejon, chyba że przeleciało się bezpośrednio nad nimi. Z pejzażu planety niewiele też zniknęło – pojedyncze drapacze chmur, parę platform, ale wszystkie ważne budowle wciąż stały. Niekończący się wielkomiejski krajobraz nadal pokrywał Coruscant, jak od niepamiętnych czasów – tysiące kolejnych poziomów zabudowy, spoczywających na skalistej powierzchni, o której właściwie nikt żyjący już nie pamiętał.
Wystarczyło jednak wybrać się promem za barykady powietrzne, minąć hotel Nowa Neimoidia i skręcić w lewo przy Muzeum Muzyki Współczesnej (zamkniętego do odwołania), a zniszczenia zaczynały razić wzrok. Coruscant odniosło ciężkie rany i choć pośpiesznie wzniesione kładki i platformy grawitacyjne znów łączyły górne poziomy, poniżej rozciągały się ruiny. Wytrzymalsze gmachy zostały przepołowione przez spadające odłamki i dało się teraz dostrzec wnętrza znajdujących się w nich biur, mieszkań i sklepów. Bardziej pechowe budynki całkowicie zburzono – gdy pociski zniszczyły najwyższe piętra, te zapadły się, miażdżąc dolne kondygnacje. Im niżej ktoś się ważył pojechać, tym większe okazywały się zniszczenia. Po trzech tygodniach po katastrofie nikt nie usunął nawet gruzów ze zrujnowanych bloków mieszkalnych i szpitali czterysta poziomów pod najwyższym.
Mon Mothma widziała wcześniej to, co pokazywano w HoloNecie, jednak przebywanie wśród tego zniszczenia, w kanionie wyrytym w miejskim pejzażu, stanowiło przeżycie przerażające.
Inni chyba czuli się tak samo.
– Gdzie są okręty? – pytał ktoś. – Myślałem, że będą okręty.
Jeden z ich przewodników z Korpusu Inżynieryjnego odpowiedział, że okręty rozpadły się na części, lecąc przez atmosferę. Na Coruscant nie znajdzie się więc nierozbitych kadłubów, ale po przekopaniu gruzów można będzie natrafić na kokpit myśliwca Republiki albo na skrzydła separatystycznego droida-sępa. Ktoś inny zapytał o pozostałości torped i ostrzał z dział turbolaserowych, a rzecznik wojskowy wyjaśnił, że – abstrahując od teorii spiskowych – nie doszło do bezpośredniego bombardowania planety. W bitwie o Coruscant zginęły dziesiątki tysięcy osób, a miliony straciły dach nad głową, jednak atak ten nie miał na celu sterroryzowania i podporządkowania sobie populacji cywilnej. Separatystom chodziło o unicestwienie siedziby władzy i schwytanie kanclerza. Wszystkie inne tragedie, wszystkie potworności, do których wówczas doszło, były tylko skutkami ubocznymi.
Mon, która wybrała się tutaj razem z kilkunastoma innymi senatorami i trzykrotnie liczniejszą grupą asystentów, techników, medyków, dziennikarzy i sprawdzonych na wylot uchodźców, wyjrzała za poręcz aerośmigacza, unoszącego się nad odbudowywaną strefą. Niewidzialne cząsteczki zanieczyszczeń piekły ją w oczy, gdy patrzyła, jak droidy budowlane i ratownicy przeszukują ruiny, już bez gorączkowego pośpiechu, bez objawów znużenia, ale wciąż z wielką starannością, choć znać było po nich brak nadziei. Mon tylko połowicznie słuchała rozmów wokół siebie, ale dbała o to, by cały czas zachowywać poważny, pełny współczucia wyraz twarzy. W odpowiednich chwilach kręciła z niedowierzaniem głową. Jej szok na widok tego wszystkiego był szczery, jednak nauczyła się dawno temu, że to, co się czuło, nie miało wielkiego znaczenia w porównaniu z tym, co się wyraźnie i czytelnie wyrażało. Nieustanne pozostawanie w gotowości na kamery i dziennikarzy z holowiadomości stało się dawno jej nawykiem.
Wysiedli z aerośmigacza na zniszczonym przystanku, na którym czekał na nich tłum. Mon uśmiechnęła się (ani nazbyt wesoło, ani nazbyt smutno) i ruszyła naprzód, żeby ściskać ręce mieszkańców, wysłuchiwać ich historii i nie szczędzić im słów pocieszenia. Wykorzystywała też każdą okazję, żeby powiedzieć droidowi reporterowi, który za nią leciał, o potrzebie działań pomocowych na skalę całej galaktyki. Udało jej się powstrzymać śmiech, kiedy zażartował inspektor bezpieczeństwa o szczurzym obliczu – chyba nigdy nie słyszała równie czarnego humoru. Zdołała też powiedzieć coś, co, jak miała nadzieję, nie zabrzmiało zbyt banalnie, do kobiety błagającej o pomoc w odnalezieniu dziecka.
Wobec tragedii, do której tu doszło, pytania droida wydawały się wręcz farsą.
– Mam pytanie o Delegację Dwóch Tysięcy – zaskrzeczał, kiedy ich grupa weszła do pustej skorupy drapacza chmur. – Senator Mothmo, była pani jedną z organizatorek i głównych inicjatorek Delegacji. Pod koniec wojny podpisała pani petycję…
„To nie jest pytanie” – zgrzytnęła w myśli Mon, nie patrząc na droida.
– …petycję, która wzywała kanclerza do natychmiastowego zrezygnowania z uprawnień nadzwyczajnych i podjęcia rozmów pokojowych z separatystami. Jak dzisiaj uzasadni pani to, że podważała pani uprawnienia dowództwa wojskowego i domagała się ustępstw na rzecz zbrodniarzy wojennych w przeddzień naszego największego zwycięstwa?
Droid był świeżo zaprogramowanym pracownikiem nowego serwisu informacyjnego Imperium. Mon spodziewała się takiego ataku, ale i tak wydał jej się absurdalny. Zdążyła się przyzwyczaić do tego, że ukazywano ją jako tchórza i zdrajczynię – za to, że próbowała przeciwdziałać przejmowaniu coraz większej władzy przez kanclerza – i miała na podorędziu przećwiczone odpowiedzi.
– Gdyby kanclerz w pełni informował Senat o realizowanej przez siebie strategii wojskowej, Delegacja podeszłaby do tej sprawy inaczej. Tak jednak nie było, a ja miałam obowiązek stosowania się do ślubowania złożonego Republice. Dziś z równą gorliwością stosuję się do przysięgi złożonej Imperium. Naprawdę nie potrzeba nam spierania się w nieskończoność o przeszłość – zamiast tego powinniśmy się skupić na odbudowie.
Oświadczenie to nie przysporzy jej zwolenników, ale też żadnych jej nie pozbawi. W galaktyce jej poparcie kształtowało się na niskim poziomie, z tendencją spadkową. Na Chandrili, tam, gdzie liczyło się to najbardziej, było przeciętne, a od kolejnych wyborów dzieliło ją jeszcze kilka lat. Dysponowała więc dużą swobodą i właśnie tego potrzebowała.
– Czy to prawda, że rozważała pani złożenie mandatu?
– Nie – odpowiedziała.
– Podobno rozmawiano z panią o przyjęciu stanowiska przewodniczącej Izby Reprezentantów Chandrili…
– Nie.
„To nieprawda, a gdyby mi je zaproponowano, nie chciałabym go przyjąć”. Znajdowała się pod dużą presją, ale nigdy się nie poddawała, kiedy wszystko sprzysięgało się przeciwko niej. Nie zamierzała skupiać się na lokalnej polityce plane-tarnej.
Droid jednak nie skończył.
– A co do tego ślubowania… Została pani aresztowana pod zarzutem nielojalności wkrótce po tym, jak kanclerz Palpatine stał się Imperatorem. Jak opinia publiczna ma uwierzyć, że pani oddanie Imperium jest szczere?
Tego zarzutu również mogła się spodziewać i powinna swobodnie go odeprzeć, wygłosić obłudne oświadczenie, że Imperium to kolejny etap ewolucji Republiki, podkreślić, że Imperator reprezentuje jej najwznioślejsze ideały, więc jak lojalność samej Mon mogłaby się w tej sytuacji zmienić? Mogłaby przyczepić się do słowa „aresztowana”, wykazując, że oficjalnie chodziło o „zatrzymanie”, zarządzone przez urzędnika średniego stopnia, i że nie przedstawiono jej żadnych zarzutów, jednak słowa ugrzęzły jej w gardle. Samo ciało się przeciwko temu zbuntowało, zupełnie jakby Mon znów znalazła się w tej maleńkiej celi, i choć na jej twarzy zastygł uśmiech, nie zdołała stłumić ukłucia irracjonalnej paniki.
– Moje oddanie jest niezmiennie takie samo – rzekła ostrym, zbyt ostrym tonem.
– Zważywszy na pani sympatię dla sprawy separatystów, czego może się spodziewać opinia publiczna, skoro reprezentanci planet separatystycznych mają wejść do Senatu Imperialnego? Wielu obywateli Coruscant żywi słuszne obawy przed przekazywaniem władzy w ręce agentów wroga, który zaledwie kilka tygodni temu niszczył tę planetę…
Czy nadal się uśmiechała? Twarz jej stężała, a słowa droida docierały do jej uszu jak przez mgłę. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć – cokolwiek, na pewno zaraz coś wymyśli – gdy odezwał się ktoś inny.
– Sądzę, że w tych okolicznościach to niestosowne pytanie. Ofiary bitwy o Coruscant zasługują na to, byśmy się tutaj skupili wyłącznie na nich. O polityce możemy porozmawiać po powrocie do Senatu.
Mówiącemu udało się odwrócić uwagę droida i w Mon wezbrał gniew zmieszany ze wstydem i ogromną ulgą. Została uratowana – stał się cud. Ale to, że potrzebowała tego ratunku – co za upokorzenie…
Jej wybawca, który wymieniał właśnie uprzejmości z droidem i jednocześnie zręcznie prowadził go do grupy inżynierów, nazywał się Lud Marroi i w Senacie od lat reprezentował układ Cerberon. Był ciemnowłosym mężczyzną o szerokiej twarzy i szlachetnej prezencji, który sprawiał wrażenie dostojnego, starszego męża stanu – choć miał dwa lata mniej niż Mon. Patrząc teraz na niego, z rozmysłem rozluźniła ramiona i próbowała ochłonąć. Po chwili podeszła do niej robotnica budowlana, więc uśmiechnęła się znów z powagą, odwracając się do kobiety – i spychając na dno pamięci wspomnienie o aresztowaniu, celi przypominającej trumnę i torturach, żeby skupić się na cudzych problemach.
///
Jak zwykle ich rozmowa rozpoczęła się od sportu. Bo to właśnie dzięki niemu zaprzyjaźnili się ponad dziesięć lat wcześniej – negocjowanie zmiany stawek celnych wyczerpało ich do granic i wymknęli się z Senatu do baru smashballowego. Oglądali przez wiele godzin holotransmisje z meczów mało znanych drużyn z Obszaru Ekspansji w Turnieju Pierścieniowym. Sączyli wino, potem przeszli na brandy i nauczyli się śmiać z siebie nawzajem.
Do tamtego dnia Mon nie znosiła Luda Marroia. Otwarcie gardziła jego afektowanym, moralizującym sposobem wysławiania się i jego hipokrytycznym protekcjonizmem (wszystko dla jego planety, nic dla reszty Republiki). Najbardziej zaś irytująca była jego gotowość wdzięczenia się do wyborców o poglądach w najlepszym razie izolacjonistycznych, a w najgorszym ksenofobicznych. Jednak stopniowo zaczęła darzyć go sympatią. Z czasem okazało się, iż cieszy się na myśl o tym, że będzie z nim współpracować w komisjach i że będzie mogła z nim porozmawiać o smashballu i ceramice. Z pewnym oporem uświadomiła sobie, że stali się przyjaciółmi.
Kiedyś zapytała go o wsteczne elementy jego polityki. Spoważniał natychmiast i rzekł:
– Planety w układzie Cerberon orbitują wokół czarnej dziury, która pewnego dnia nas pożre. Ilekroć moi wyborcy patrzą w niebo, przypomina im się śmiertelność naszej cywilizacji. Lubię być senatorem. Lubię mówić, lubię znajdować się w centrum uwagi, tak jak ty. Ale traktuję mój naród poważnie i nie winię ich za gniew czy desperację. Reprezentuję ich – a oni zasługują na to, by usłyszano ich głos.
Nie przekonało to Mon, ale jednak zaczęła dostrzegać drugi filar ich przyjaźni: w Senacie pełnym osób mianowanych przez przywódców swoich planet, takich, które odziedziczyły funkcję, bo urodziły się w takiej, a nie innej rodzinie albo takich, które przeszły wszelkie możliwe próby w karierze poza demokratycznymi wyborami, Mon i Lud rozumieli, co oznaczało prowadzenie kampanii wyborczej, zawieranie kompromisów, czekanie na decyzję obywateli. Rozumieli, w czyim imieniu przemawiali, i czuli ciężar tej odpowiedzialności.
Wizja lokalna zniszczonego obszaru wreszcie się zakończyła. Wymknęli się prasie i asystentom i schronili się w restauracji obsługiwanej przez droidy na poziomie 4643, gdzie nikt raczej nie mógł ich rozpoznać, a gdyby nawet, to nikogo by ich obecność nie obeszła.
– Nie nadążam za tym wszystkim – powiedziała Mon, kiedy zjadła już trochę jajek oroptaka ze skorupkami. Ich gorycz równoważyła słodki smak płynnych żółtek. – Codziennie wielki wezyr wydaje kolejny edykt, powołując się na Imperatora, codziennie nominuje się nowych sędziów, powstał zupełnie nowy plan dotyczący tych gubernatorów sektorów… Rozmyślnie przysypują nas całą lawiną zmian.
– Przeceniasz ich. – Lud machnął przecząco kiełbaską, a potem odgryzł jej koniec. – Są jak nastolatki, które nagle zostały na parę dni same w domu. Wymyślają zasady w biegu. Kiedy dorośli się za nich wezmą, wszystko się uspokoi i połowa tych edyktów wyląduje w… – Zmarszczył czoło i jego krzaczaste brwi zbiegły się w trójkąt. Kiedy tak robił, wyglądał uroczo, choć Mon wolała mu tego nie mówić. – Prawo dotyczące dokumentacji jest tak absurdalnie archaiczne, że nie da się go egzekwować.
– Na Chandrili przybysze z innych planet są w zasadzie intruzami, jeśli wejdą na teren publiczny bez wizy. – Uniosła rękę na znak, że zamierza mówić dalej, i znów włożyła sobie do ust trochę skorupek. – Nie powiesz mi, że ci to nie przeszkadza. Zapomnijmy o tym całym Imperium Galaktycznym. Zmiana nazwy to tylko symbol – przedstawienie. Jest absurdalna i skandaliczna, a bez przepisów, które to uzasadnią, nie ma żadnej mocy prawnej. Ale te starania, to zastraszanie senatorów i zagarnianie władzy dla organów wykonawczych… Nawet ty, Lud, przecież widzisz…
– Tak, tak, nawet ja! Dziękuję. – Pokręcił głową. – Słyszę, co mówisz, Mon, naprawdę. Z twojego punktu widzenia – i z mojego też – patrzymy na biurokrację, która wykorzystuje zwycięstwo, żeby zarzucić sieć na każdy poziom władzy. Ale czy byłabyś w połowie tak oburzona, gdybyś się zgadzała z polityką Palpatine’a?
– Którą? Kleptokratyczną polityką gospodarczą czy populistycznym sianiem strachu?
Lud chrząknął. Rzadko tak otwarcie go podpuszczała, ale dziś miała taki właśnie nastrój.
– W takim razie na chwilę zapomnij o pracy – powiedział. – Zapomnij o swojej obsesji na temat funkcjonowania władzy i spędzaj dni z ludźmi, którzy jej nie podzielają. Kiedy jedziesz do biura albo… albo siedzisz w restauracji i jesz coś, co ewidentnie zostało rozmrożone chwilę temu… Powiedz mi, czy życie nie wydaje się normalniejsze niż od wieków? Powiedz mi, czy nie łapiesz teraz oddechu – bo wreszcie skończyła się wojna?
Miał rację – czasem rzeczywiście ją miał. Przez trzy lata żyli w egzystencjalnym strachu. Teraz Palpatine zasiadał na tronie Imperatora, galaktyka się zmieniała i wszystko zrobiło się takie… zwyczajne. Poza tymi sprawami, które takie nie były.
Czy powinna zaprotestować? Mogłaby powiedzieć na przykład coś takiego: to, że Palpatine pragnął poszerzyć swoją władzę, nie wydawało się niczym nowym, nie oznaczało, że nie stanowi to ogromnego zagrożenia. Lud odparłby, że uprawnienia władzy wykonawczej w Republice zawsze się na zmianę powiększały i zmniejszały. Ona zwróci uwagę, że Ustawa o uprawnieniach nadzwyczajnych była aktem bezprecedensowym. On wskaże, że cieszyła się dużym poparciem i obowiązywała przez całą wojnę, a mimo to Senat zupełnie dobrze funkcjonował. Ona powie, że obecnie sytuacja wygląda inaczej, że w trakcie wojny walka o władzę stanowiła sprawę drugorzędną w porównaniu z przywróceniem pokoju, ale teraz…
Ale teraz mieli rzeczywiście pokój. I wszystko sprowadzało się tylko do tego.
– Istotnie czuję się tak, jakbym łapała wreszcie oddech – rzekła w końcu. – Ale tylko po to, żebym znów mogła rzucić się do biegu.
– Wojna zmieniła nas wszystkich – odparł Lud. – I przez to trudno jest komuś zaufać.
W jego tonie nie było nic żartobliwego.
Przez chwilę jedli w milczeniu, a potem Mon zapytała, czy Lud widział najnowsze ogłoszenie wielkiego wezyra. Jej towarzysz subtelnie zmienił temat, Mon zrozumiała niewypowiedzianą sugestię i porzuciła rozmowę o obecnej władzy, żeby mogli podyskutować o trendach w neoarchitekturze neohistoryzującej i innych bzdurach, o których żadne z nich zbyt wiele nie wiedziało. Skończyli jeść, podzielili się rachunkiem i przez chwilę zastanawiali się, czy wziąć jedną taksówkę, ale ostatecznie uznali, że nie, lepiej nie – media i tak już raz przyłapały ich dzisiaj razem. Raz to jeszcze w porządku, raz to okazywanie bezstronności politycznej, ale dwa razy to już oznaka braku przekonań i chęci bratania się z wrogami. Polityka była dziwną grą, oboje jednak dobrze znali jej zasady.
Stali pod markizą restauracji i patrzyli, jak na bulwar spadają pierwsze wielkie krople deszczu, gdy Lud – cicho i niemal obojętnie – rzucił:
– Wywiad. Monitorują nas. Wypatrują oznak braku lojalności.
Deszcz cuchnął olejem. Krople padały wokół układających się w labirynt gmachów wysokościowców i platform, zasłaniających chmury.
– Monitorują… Jak?
– Po prostu monitorują. Coś więcej niż obserwowanie nagłówków, mniej niż chodzenie za każdym pracownikiem Senatu czy podsłuchiwanie każdej rozmowy. Nie wiem, jak bardzo poważnie do tego podchodzą ani jak wieloma senatorami rzeczywiście się interesują, ani co robią ze zbieranymi informacjami. Nie wiem, kto się tym zajmuje, Imperialne Biuro Bezpieczeństwa czy Wywiad Imperialny. Nie wiem nawet, co określają jako nielojalność. Ale zważywszy na twój udział w Delegacji Dwóch Tysięcy i…
„Aresztowanie” – dokończyła w myślach.
Jednak on powiedział tylko:
– …incydent po inauguracji rządów Imperatora… Sądzę, że wylądowałaś wysoko na czyjejś liście.
– To szaleństwo – rzekła cicho. – Kto ci to powiedział?
– Znajomy w administracji. Nie jest z tym bezpośrednio związany, a gdyby znał szczegóły, nie powiedziałby mi, ale ufam, że ma dobre źródła, i nie podam ci jego nazwiska. Chcę tylko, żebyś uważała na to, co mówisz i gdzie. Żadnych żartów o duszeniu Palpatine’a albo że chciałabyś, aby…
– Co oni sobie wyobrażają? – rzekła, marszcząc brwi. Lud utrzymywał kontakty z przydatnymi osobami i nigdy nie szerzył plotek. Mon nie miała powodu, by wątpić w jego słowa. Jednak wszystko to wydawało się jej obrzydliwe i jednocześnie dziwne. – Czy wielki wezyr obawia się rewolty w Senacie? Kto tam w ogóle wszystkim zarządza?
– Nie jestem pewien, czy nawet oni to wiedzą. Każdy chce zostać szefem służb wywiadowczych i dlatego to jest pewnie nieprzemyślana inicjatywa jakiegoś ambitnego karierowicza. Naprawdę nie wierzę, że coś ci grozi, Mon. Ale też nie chcę, żeby to się zmieniło.
– Palpatine chce być dyktatorem. Chce być dyktatorem, a wszyscy inni pragną dowieść swojej lojalności, na wypadek gdyby jego życzenie miało się spełnić.
Mon nie mówiła tego właściwie do Luda, po prostu musiała to z siebie wyrzucić.
– Uspokoją się – rzekł Lud. – To dzieciaki, które nagle zostały same w domu. Po prostu przeczekaj to.
Kiedy już szła szybko ulicą, zasłaniając sobie rękami głowę, jakby mogło ją to uchronić przed ulewą, przypomniało jej się, że powinna mu była podziękować. Nigdy nie wyjawiła Ludowi, co się stało, kiedy ją aresztowano.
///
Reszta dnia upłynęła jej na wywiadach, zdalnych konferencjach i wykonywaniu „obowiązków wobec wyborców” – w ramach tej szerokiej kategorii demoralizujących zadań Mon przeglądała wnioski o pomoc od obywateli, darczyńców oraz małych i średnich przedsiębiorstw z Chandrili i próbowała wykorzystywać ograniczone wpływy, które jej zostały, by pomóc im w poruszaniu się po rozrastającej się gwałtownie biurokracji imperialnej. Szef biura Mon gdzieś przepadł – podejrzewała, że szukał pracodawcy o lepiej rokujących perspektywach – a jej osobista asystentka, Zhuna, przebywała na chorobowym, dzielnie i nieskutecznie próbując wykonywać swoje obowiązki za pośrednictwem droidów i kurierów. W związku z tym Mon miała niewiele czasu na zastanawianie się nad ostrzeżeniem Luda, póki nie wróciła wieczorem do mieszkania.
Na dywanie w salonie, tam, gdzie przeciekał sufit, widniała mokra plama. System kontroli pogody na Coruscant nie działał zbyt dobrze od ataku separatystów, a jak większość gmachów tej ekumenopolis, również i jej budynek nie miał zabezpieczeń przed długotrwałymi opadami. Wypowiedziała głośno imię męża, ale Perrina nie było – może gdzieś pił, a może grał. Czasem ją to niepokoiło, ale w końcu ona i Perrin mieli pewien układ… Wysłała zlecenie do służb konserwatorskich budynku i poddała się sile przyciągania swojego gabinetu, w którym czekały na nią objęcia fotela kupionego u rzemieślnika rasy Nikto. Meble zawsze dochowywały wierności.
Spojrzała w mrok miasta, na miliony świateł w milionach okien, grających rolę dublerów gwiazd spowitych w chmury. Zapewne w dowolnym z tych okien mógł stać agent służb bezpieczeństwa i obserwować ją przez makroskop, który pozwalał zajrzeć za jej cywilne osłony. Pod wpływem nagłego impulsu uśmiechnęła się szeroko, zamachała i zawołała:
– A patrzcie sobie, wy dranie, ale i tak nigdy nie zobaczycie, jak zbliża się wasz koniec!
Cóż, z pewnością wykonywali tylko swoją pracę. Tak jak ona. Ale i tak poczuła się lepiej.
Odblokowała zabezpieczenie szuflady i wyjęła datapad. Przesunęła wzrok po liście. Wśród najnowszych wpisów znajdowały się następujące:
Przemówienie wielkiego wezyra Ameddy o „prawdziwych obywatelach Imperium”
Powstrzymanie dostaw pomocy humanitarnej na Cato Neimoidię
Wymiana kredytów Republiki na kredyty imperialne (obecnie z nieokreślonymi „zabezpieczeniami”)
Zmiana nazwy Parnarosis 3
Naczelny dyrektor wydziału sprawiedliwości zwolniony po ośmiu dniach od mianowania
Wojna się zakończyła. Mieszkańcy galaktyki nie umierali już codziennie milionami, nadeszła stabilizacja – i z pewnością cena, którą przyszło za to zapłacić, była dość niska. Bo jakie miało znaczenie, że zrujnowanym regionom Cato Neimoidii odmówiono dostaw wody i leków, gdyż jeden z rywali Palpatine’a publicznie zadrwił z nowych rządów? Jakie miało znaczenie, że pamięć o zmarłym mistrzu Jedi Parnarosisie wymazano z galaktyki, zastępując jego imię równie nieżywym watażką? Czy Mon mogłaby szczerze powiedzieć, że nigdy nie głosowała za czymś gorszym?
A większość tych rzeczy – jak się domyślała – nie była nawet sprawką Palpatine’a. Rozwijali w ten sposób skrzydła jego przeklęci zwolennicy, imperialistyczni żarliwi wyznawcy i żądni władzy pochlebcy. Kto wie, czego Palpatine naprawdę chciał – poza lojalnością i kontrolą – kiedy spuścił ze smyczy swoje bestie?
Przestała przewijać listę i dopisała w dokumencie:
Szpiegowanie wrogów politycznych
Koniec wojny nadszedł nagle, jak cud, ale cena pokoju nieustannie rosła. Imperium istniało od niespełna miesiąca. Jak długo będą musieli za to płacić?
Rozdział 4
ŚMIAŁYM SZCZĘŚCIE SPRZYJA
Z tych oraz pozostałych przyczyn żądam wszczęcia gruntownego śledztwa w sprawie okoliczności dotyczących zamachu na ówczesnego najwyższego kanclerza Palpatine’a, dyrektywy uznającej zakon Jedi za wrogi podmiot, taktycznych protokołów armii klonów dotyczących walki z Jedi będącymi członkami armii oraz traktowania niepełnoletnich Jedi, również będących członkami armii, przez nasze siły zbrojne. Śledztwo to powinno być przeprowadzone przez niezależną grupę prawników wojskowych i cywilnych, w przeciwnym razie będzie zmuszony się tym zająć Senat.
Bail prawie nie słyszał tego, co mówił. Stał na kładce menedżera nad halą fabryczną Eurivos HoloDynamics – jednego z ostatnich zakładów przemysłowych wciąż działających na wyższych poziomach Coruscant. Miejsce to idealnie nadawało się na przemówienie poświęcone rewitalizacji przemysłowej – zapowiedział, że o tym właśnie dziś będzie mówić. Niewielka publiczność poruszyła się niespokojnie pod arkuszami lśniących luster i pryzmatów, z których miały zostać wycięte laserami części holoprojektorów. Niektórzy z obecnych byli pracownikami fabryki, którym kazano tu przyjść – głównie z ras innych niż ludzka – robotnikami bez przynależności politycznej. Przyszli też ekspaci z Alderaana, którzy chcieli zobaczyć swojego senatora, z patriotyzmu lub ciekawości. Część była zaś gorliwymi zwolennikami Imperium, wierzącymi w Nowy Ład Palpatine’a, którzy z zapałem dokumentowali wszystko, co robili politycy uznani przez nich za przeciwników obecnej władzy.
Nie zjawili się przedstawiciele mediów, ale w powietrzu unosiło się bez entuzjazmu kilka kamdroidów.
Taki odbiór jego przemówienia wzbudzał w Bailu frustrację, irytację i gorycz – ale nie zaskakiwało go to. Mówił dalej, starając się zachować poważny i przekonujący ton.
– Nie można spodziewać się bezbłędnych działań w ćmiącym zamieszaniu wojny. Sądzę, że w ostatnich chaotycznych dniach konfliktu nasze władze zdecydowanie stanęły na wysokości zadania. – Kłamał niechętnie, ale miał świadomość, że nie może odstąpić w tych przemówieniach od pewnych zasad. – Ważne jest jednak, żeby stało się jasne, co i kiedy nasi przywódcy wiedzieli, i żebyśmy pamiętali, że ponoszą oni za to odpowiedzialność. Armia wciąż ściga wszystkich zbiegłych Jedi, musimy więc uzbroić się w informacje, by ocenić, które działania są rozsądne, a które – ekran unoszący się przed nim podpowiedział mu słowo „nieodpowiednie” – brutalne i okrutne. Pokonaliśmy kogoś takiego jak generał Grievous. Nie naśladujmy więc naszych wrogów po odniesieniu zwycięstwa.
Zakończył niekontrowersyjnymi formułkami, przypominając o potrzebie polepszenia pomocy medycznej dla klonów-weteranów, i podziękował Eurivos HoloDynamics za zorganizowanie tego spotkania. Widzowie powoli się rozchodzili. Kierownik hali zaczął zapędzać pracowników na stanowiska, jeszcze zanim Bail zdążył dojść do drzwi.
Przemówienie w tym lub podobnym kształcie wygłosił już kilkanaście razy od zakończenia wojny i intronizacji Palpatine’a. Za pierwszym razem spotkał się ze względnym zainteresowaniem części mediów i opinii publicznej, zaciekawionej prowokacyjnymi opiniami Alderaana o zmieniającej się sytuacji w galaktyce. Zauważył nawet w tłumie stażystę z gabinetu wielkiego wezyra. Ale w kolejnych tygodniach reagowano coraz obojętniej. Jedi przestali być tematem interesującym opinię publiczną i stało się jasne, że Bail był nadal tym, za co uważano go w ciągu ostatniej dekady – irytującym, ale niegroźnym buczeniem w uszach władzy. Dziś przemawiał publicznie po raz pierwszy od powrotu z Jedhy i żadne z wcześniejszych jego wystąpień aż tak go nie przygnębiło.
W otoczeniu pracowników ruszył do czekającego na nich śmigacza. Ktoś podał mu komlink i Bail założył słuchawkę. Gdy usłyszał głos Brehy, natychmiast się rozluźnił, stał się bardziej świadomy swojego oddechu, stawianych kroków, całego ciała. Jego żona jak zwykle była jego zbawieniem.
– I jak poszło? – zapytała. – Twój szef biura mówi, że odszedłeś od tekstu.
– Mój szef biura powinien poskarżyć się mnie, zamiast wciągać w to ciebie. Tak, popełniłem błąd. Ale mówiłem ci o Jedzie. Palpatine tak podkręcił nastroje u swoich zwolenników, że dręczą nas tylko za to, że śmiemy opłakiwać tych, których straciliśmy.
– Poplecznicy Imperium wciąż cię prowokują?
– Dziś nikt nawet nie krzyczał.
– I poczułeś się urażony…
– Oczywiście, że nie. No, może. – Westchnął. – Nie próbuję narobić sobie wrogów, naprawdę. Nie potrzebuję więcej wrogów. Po prostu…
Urwał. Breha odczekała chwilę, a potem zapytała:
– Po prostu co? Twój instynkt każe ci walczyć, ale ja chcę, żebyś powiedział jak! Opowiedz mi o strategii. Albo powiedz, że jesteś pewien i że powinnam ci zaufać. Jedno albo drugie – wszystko mi jedno.
Bail odchrząknął. Oczywiście słusznie mu zarzucała, że działa zbyt spontanicznie. Do tej pory instynkt dobrze prowadził go w życiu, ale kiedy próbował go analizować, rozkładać na czynniki pierwsze plan, który spreparowała jego podświadomość, odnosił wrażenie, jakby wątpił w samego siebie. Mimo to spróbował – dla niej.
– Tak, po części wynika to z mojego uporu, przyznaję. – „Ale tylko tobie, nikomu innemu”. – Jednak po części… Nie możemy pozwolić, by opinia publiczna zapomniała o Jedi, a nikt inny o nich nie mówi. Musimy… Ja muszę o nich przypominać. Ale tutaj chodzi… – Nie wiedział, jak zakończy to zdanie, bo układał myśli w całość właśnie teraz, w locie. – …Chodzi o tych, których nie ma na spotkaniach. Palpatine nastawił przeciwko Jedi bardzo wielu i zrobił z zakonu organizację złoczyńców, ale przysięgam ci, że nie wszyscy w to wierzą. Bo są ludzie, którzy boją się powiedzieć coś głośno, którzy nie chcą być ogłoszeni przez sąsiadów sympatykami separatystów i których nie stać na bilet na Jedhę – albo którzy po prostu nie chcą się rzucać w oczy. I ja muszę przemówić w ich imieniu. Mam dostęp do mediów, a służby nic mi nie zrobią. To mój obowiązek.
Breha milczała. Bail ściszył głos, tak żeby nawet jego pracownicy nie mogli nic usłyszeć.
– Poza tym wszyscy znów będą się tym przejmować, kiedy prawda wyjdzie na jaw, kiedy pojawią się konkrety, które dodadzą im odwagi. Do tego czasu nie mogę ustąpić.
– A nie wydaje ci się – rzekła Breha – że przeceniasz liczbę osób, które milczą, bo się boją? Nie wszyscy kochali Jedi tak jak ty – w opinii większości zawsze trzymali się na dystans – a Palpatine cieszy się wielkim poparciem.
– Nie. Są tacy, Breho. Naprawdę.
Nie wierzyła mu. Wiedział to i mógł z tym żyć, a w każdym razie nie zamierzał się sprzeczać. Pożegnali się, obiecali sobie, że niedługo zobaczą się w domu, i Bail wsiadł do śmigacza razem ze swoimi pracownikami. Polecieli na kolejne spotkanie, mityng, zbiórkę czy co tam było w kalendarzu. W drodze myślał o tym, do jakiego stopnia nic mu nie groziło, skąd wiedział, że służby Palpatine’a się za niego nie zabiorą – jeszcze nie teraz.
Już raz go aresztowano, razem z Mon Mothmą i kilkunastoma innymi senatorami, wkrótce po proklamacji Imperium. Większość z zatrzymanych nosiła znane nazwiska i podpisała Petycję 2000 – jeszcze przed likwidacją Republiki Delegacja podjęła w ten sposób próbę odebrania Palpatine’owi uprawnień nadzwyczajnych i zostało to uznane za zdradę. Funkcjonariusze służby bezpieczeństwa zamknęli Baila w wygodnej celi, dali mu dostęp do kanałów informacyjnych, datapadów i większości tego, o co poprosił. Żeby odzyskać wolność, musiał tylko złożyć przysięgę lojalności wobec nowego reżimu – potraktować całą sprawę jak kwestię polityczną, a nie jak potworność, którą była, i zapewnić wszystkich, że przejęcie władzy przez Imperatora jest w pełni zgodne z prawem. Zaakceptował to – dla swojego dobra, dla dobra swojej rodziny, dla dobra galaktyki – i od tamtej pory trzymał się granic języka polityki. W przemówieniach nie używał słów takich jak „tyran” czy „rzeź”, nawet jeśli to, co mówił, je sugerowały.
Imperator był potworem. Ale Bail miał pewność, że te zatrzymania stanowiły blef, próbę zastraszenia Senatu, zmuszenia go do posłuszeństwa, ponieważ Palpatine nadal go potrzebował i nie obawiał się senatorów, w odróżnieniu od Jedi. Palpatine nie będzie chciał rozprawić się z Bailem, póki ten wyraźnie nie pokaże, że stanowi prawdziwe zagrożenie dla jego władzy.
Oznaczało to, że Imperator nie zdawał sobie sprawy z tego, że Bail znał prawdę, choć senator doskonale wiedział, jak tamten przejął władzę – i przez to stanowił dla niego rzeczywiste zagrożenie.
Był zatem bezpieczny – na razie. Z każdym słowem, które w przyszłości wypowie, z każdym odzewem opinii publicznej, który wzbudzi, Imperator zacznie nabierać coraz większych podejrzeń. Rozpoczęło się odliczanie, a Bail nie miał jak go spowolnić. Mógł tylko przyśpieszyć chwilę, w której zwróci na siebie uwagę. A to oznaczało, że musiał działać szybko.
Rozdział 5
MISJA ZEMSTY
Soujen przebudził się, czując zapach skał i ziemi. Miał wilgotne, obolałe ciało. Leżał na łóżku polowym. Zidentyfikował miejsce, w którym się znajdował – cela, dla pustelnika lub więźnia – i otworzył oczy z nieśpiesznym zainteresowaniem. Cząsteczki kurzu wirowały w słabym świetle padającym z góry, zamazując detale wnęki, w której się znajdował, wyciętej laserem w naturalnej jaskini. Otwór w skale – wyjście? – prowadził na korytarz. Drzwi nie było, a Soujen nie został skrępowany.
Jeśli trzymano go tu jako więźnia, to jego łańcuchy były niewidzialne.
Przypomniał sobie starcie na pirackim statku, spotkanie z mężczyzną o imieniu Saw i swoje niedbalstwo, kiedy dał się porazić ładunkiem jonowym. Stłumił poczucie upokorzenia i uruchomił diagnostykę implantów. Wzrokiem skontrolował spektra, poczuł ze sztuczną precyzją na języku smak kurzu i bakterii. Na jego siatkówce pojawiły się powiadomienia – jego uzbrojenie i amplifikacje mięśniowe przesłały potwierdzenie, że są w pełni sprawne. Jego źródło zasilania – ogniwo z diatium i baradium, którego ciężar czuł w dolnej części brzucha – nie było uszkodzone. I pewnie wystarczy mu jeszcze na kilkanaście lat, choć ani Soujen, ani jego twórcy nigdy nie sądzili, że pożyje tak długo.
Upewnił się, że mechanizm uruchamiający proces samozniszczenia również był nietknięty, i nagle uderzyła go normalność tej całej sytuacji. Rzeczywiście dobrze się przystosował do implantów. Próbował sobie przypomnieć, jak niezręcznie się czuł po pierwszej operacji, ale te wspomnienia były zbyt mgliste. Przypominały dziury w jego bazie danych – pustkę, którą się trąca myślą, jak sprawdza się językiem brakujący ząb, ale zupełnie nieszkodliwą. Jego twórcy ukryli przed nim oprogramowanie i nie dali mu dostępu do pewnych plików, ale jaki żołnierz znał wszystkie zamiary dowódców?
Wstał i ponownie dokonał inspekcji pomieszczenia, w którym się znajdował, na wpół spodziewając się, że zauważy kamerę lub laserowy promień-pułapkę. Niczego nie znalazł, więc wyszedł z celi. Nie widział powodu, by nie zmierzyć się od razu z tym, co zaplanowali jego porywacze.
Zbadał korytarz i odchodzące od niego tunele, zwracając uwagę na przejścia z taśmami oświetleniowymi i te, które wyglądały na nieużywane. Może powinien znaleźć i unieruchomić generator, żeby móc skorzystać z ciemności, która zapanuje wówczas w tej bazie, ale nie groziło mu bezpośrednie niebezpieczeństwo, więc postanowił, że na razie poprzestanie na rekonesansie. Soujen dysponował dużymi pokładami agresji – jego funkcja tego wymagała – ale nie odznaczał się okrucieństwem ani żądzą krwi. Poza tym zdecydowanie nie był bezbronny.
W końcu usłyszał głosy i poszedł w ich stronę do naturalnej jaskini, w której zwisały ze stropu spiralne stalaktyty z plamami kalcytu i jadeitu. Sznurowa drabinka przymocowana do szczytu urwiska prowadziła do prymitywnej stołówki, gdzie na kamieniach lub skrzyniach siedziało kilkanaście osób. Większość z nich jadła racje żywnościowe, a kilkoro rozmawiało. Siedział wśród nich Saw. Nie wyglądało na to, jakby zajmował jakieś szczególnie ważne miejsce.
Jak Saw, tak i większość tych osób należała do rasy ludzkiej lub podobnej. Brudni, pokryci bliznami, zbudowani jak żołnierze, mieli przy sobie blastery, w kaburach albo odłożone obok. Młoda kobieta przepasała sobie tułów pasem z nożami, tak jak robili to najemnicy z sektora Primtara. Inna miała masywną broń, chyba działko stosowane do tłumienia zamieszek w Sektorze Wspólnym.
– Powiedziałeś, że się odegramy – mówiła kobieta z nożami, patrząc na Sawa. – Rabowanie konwojów zaopatrzeniowych to nie jest odgrywanie się. Układanie kabli w jaskiniach to nie jest odgrywanie się!
– No to powiedz mi – powiedział Saw – co byś zrobiła na moim miejscu?
Kobieta wzruszyła ramionami.
– Rozwaliłabym jakiś posterunek. Postrzelałabym do klonów.
– Klony są jak droidy bojowe. Nie są wrogami. Stanowią broń wroga, a wróg może zawsze wyprodukować ich więcej. – Saw przeczesał włosy dłonią w rękawicy, jakby w zastanowieniu. Dziwny, bo niespontaniczny gest, który Soujenowi wydał się wręcz wyrachowany. – Na razie możemy tylko postarać się, by nie opłacało im się nas ścigać.
– „Na razie” – powtórzyła kobieta z działkiem. Starsza niż nożowniczka, miała rude włosy i metalowe zęby, które zalśniły w przyćmionym świetle. – A jak zamierzasz poszerzyć nasze działania?
– A ty w kółko to samo, Karama! – Małpokształtny mężczyzna o wydłużonym pysku i futrze w kolorze ciemnego blondu parsknął urywanym śmiechem. – Uzgodniliśmy, że będziemy go słuchać.
– Ale ja nie zgodziłam się nie zadawać pytań – odparowała Karama.
Soujen przycupnął w cieniu nad urwiskiem i zastanowił się nad tym, co widział i słyszał. Grupa Sawa miała kiepskie wyposażenie i nie posiadała umundurowania. Podejrzane typy, zdecydowanie, ale czy byli najemnikami? Przestępcami? Nie zwracali się z szacunkiem do tego, kto tu dowodził, czyli hierarchia niezbyt się dla nich liczyła. A jednak mówili jak wyznawcy ideologii, poddani indoktrynacji zwolennicy sprawy, z którą jeszcze nie do końca się pogodzili. W ich niepewnej żarliwości Soujen wyczuwał jakby coś znajomego – skojarzyło mu się nagle z jego starszym bratem, od dawna nieżyjącym – przez alkohol i wściekłość, dla której nie znalazł ujścia.
Ale teraz Soujen potrzebował użytecznych informacji o tym, gdzie się znajdował i jak mógł to miejsce opuścić. Czekały go misja i cel, nad którymi nie miał czasu się zastanowić, odkąd się przebudził. Nawet powód, dla którego zachowano go przy życiu, był dla niego zdecydowanie mniej istotny.
– Pytania mi nie przeszkadzają. – Saw mówił tonem neutralnym, choć nie przyjaznym. – Karama zdecydowanie zasłużyła sobie na prawo do ich zadawania. Znaleźliśmy ją w obozie jenieckim separatystów po tym, jak zdezerterowała z Republiki. Spłaciła dług już dawno temu. Vorgorath – wskazał na małpokształtnego bojownika – ma tyle medali i odznaczeń, że mógłby zawstydzić nas wszystkich, ale znaczą one tak niewiele, jak twoje zbrodnie. – Spojrzał, unosząc brwi, na dziewczynę z nożami. – I jest też Hress – dodał. Przeniósł wzrok z dziewczyny na Soujena. – Chce odpowiedzi, ale zamiast się grzecznie przedstawić, szpieguje nas. To agent separatystów, wyzbyty nawet śladów sumienia. To on stoi za zamachami na Duro i Nacronisie, za wybuchem w koszarach rekrutów na Caridzie… A jednak nakarmię go i przyodzieję, a nawet odpowiem na jego pytania, jeśli okaże się użyteczny.
Teraz patrzyli na niego wszyscy. Lista zarzutów Sawa była nieprawdziwa – Soujen podłożył kilkanaście bomb, które zabiły we śnie walczących po stronie Republiki, ale ani jednej na Caridzie. Nie czuł jednak potrzeby sprostowania tego oskarżenia. Mógłby rzucić się do ucieczki, ale nic by na tym nie zyskał. Dlatego zsunął się po drabince i podszedł do bojowników.
Saw nie ruszył się z miejsca. Jego towarzysze też nie wstali, choć kilkoro położyło ręce na broni.
– Hress. – Saw wypowiedział imię podane mu przez Soujena z wykrzywionymi w grymasie ustami. – Powinieneś poznać Nankry. To ta tutaj. Była w partyzantce na froncie w układzie Perithal… Zero wsparcia, zero koordynacji z innymi, ale i tak udało jej się poderżnąć gardło separatystycznego gubernatora jej kolonii. Prowadziła coś w rodzaju jednoosobowej wojny.
Soujen obrzucił wzrokiem Nankry, która przesuwała właśnie dłoń po pasie z nożami. Była żylasta i nerwowa. Podejrzewał, że również szybka – ale niedbała.
– Jeśli zamierzasz wypróbować jej umiejętności – rzekł – znajdź kogoś innego.
„Nie jestem twoim pokazowym zwierzakiem i nie dam się sprowokować”.
Saw zmrużył oczy. Soujen wszedł między jego podwładnych i sięgnął po rację żywnościową. Po jego lewej stronie zgrzytnął o skałę metal – ktoś podniósł blaster.
Saw parsknął suchym śmiechem.
– Jedz – powiedział. – Miałeś długą podróż.
Soujen rozerwał opakowanie. Zasyczało i opakowanie zaczęło się wzdymać. W środku powiększało się coś pachnącego drożdżami i syntetycznym mięsem. Podniósł rację do ust i zaczął przełykać gorzką maź.
Saw znów się odezwał.
– Czy twoi panowie kiedykolwiek o mnie wspominali? O Sawie Gerrerze z Onderona?
Soujen nie odpowiedział i Saw uznał chyba, że odpowiedź brzmiała „Nie”.
– Moja planeta usiłowała nie opowiadać się po żadnej stronie wojny – ciągnął – ale separatyści wyreżyserowali zamach stanu pod pozorem „uzasadnionych działań politycznych”. Żeby odzyskać wolność, podjęliśmy współpracę z Republiką.
Nankry odchrząknęła i odsunęła się. Soujen pochłonął połowę racji i z trudem zwolnił tempo jedzenia. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo był głodny. Przypuszczał, że implanty stłumiły jego poczucie głodu, ale w końcu był zwierzęciem, istotą z krwi i kości, a odkąd obudził się w komorze, nie miał okazji niczego jeść ani pić.
Saw mówił dalej, a jego ton wznosił się i opadał w niemal żartobliwy sposób – tak mówił człowiek zbyt świadomy siebie, by silić się na wzniosłość. Soujen zmusił się do większego skupienia, na wypadek gdyby usłyszał coś, co mogłoby mu się przydać.
– Układ był dobry – powiedział Saw – i Republika dała nam wsparcie, którego potrzebowaliśmy. Nie to, czego pragnęliśmy – sami nie chcieli sobie brudzić rąk – ale szkolili nas i zbroili, więc obaliliśmy marionetkowy rząd separatystów i walczyliśmy dalej. Sęk w tym, że Onderon nigdy nie zawarł umowy z żadnym Imperium. A kiedy się już widziało, jak ktoś uzurpuje sobie władzę, jak ktoś narzuca nam tyrana, który prześladuje wszystkich swoich potencjalnych wrogów, łatwo rozpoznać oznaki tego samego. Palpatine niczym się nie różni od króla Rasha, którego separatyści posadzili nam na tronie.
Soujen oblizał zęby i przełknął maziowatą rację.
– Przyzwyczailiście się do walki, więc zwróciliście się przeciwko swoim nowym panom, kiedy tylko dostaliście pretekst.
Nie była to wyrachowana prowokacja z jego strony – ocenił sytuację chłodno, bez ogródek. Wiedział już, z kim miał do czynienia. Ale Saw umilkł i Soujen poczuł zmianę nastroju w grupie – podwładni Sawa już prawie się rozluźnili, ale teraz znów spięli się jak do starcia.
– Myśl sobie, co chcesz – odparł w końcu Saw. – Ja powiem ci tyle: nowy Imperator Republiki już zwrócił wzrok na Onderon. Zamierza nas rozbroić, spisać i kontrolować, uczynić z nas posłuszne trybiki w swojej wielkiej maszynie. Zamordował Jedi, którzy ośmielili się nam pomóc. W zamian domaga się naszej wierności i chce ukarać tych, którzy odmówią. Niewielu to widzi już teraz, ale w końcu to dostrzegą. Imperium strzeliło pierwsze – to nie my chcieliśmy tej wojny. To Imperium na nas ruszyło, choć my po prostu próbowaliśmy przeżyć.
Soujen słuchał już tylko częściowo, bo jakie miały dla niego znaczenie te wymówki zdrajców Republiki? I właśnie dzięki temu zauważył, że za jego plecami coś się dzieje – lekki szelest, drżenie powietrza… Kiedy go zaatakowano, w prawej ręce nadal trzymał opakowanie z racją. Sięgnął do tyłu drugą ręką i złapał czyjś nadgarstek. Ostrze ześlizgnęło się po jego przedramieniu, płytko przecinając skórę – nie zrobiło mu nic poważnego. Płynnie ukląkł i pociągnął napastnika do przodu, przerzucając go sobie przez głowę i obalając na ziemię.
Była to Nankry – oczywiście. Miała teraz zwichnięty, a może i złamany nadgarstek, nadal jednak trzymała dwa noże. Drugiego się nie spodziewał i ledwo zdążył odskoczyć, kiedy wolną ręką zadała mu cios w udo. Nie puścił jej jednak i napinając mięśnie przedramienia, uruchomił paralizator w lewej dłoni. Kiedy poczuł spazm mięśni, wbił paznokcie w skórę Nankry. Kobieta wrzasnęła – poraził ją prąd przepływający z jego ciała. Zaśmierdziało przypalonym mięsem.
Mimo to nadal się nie poddawała. Poderwała się gwałtownie i dziko zamachnęła nożem. Soujen puścił ją i kopnął w brzuch. Zatoczyła się na skały. Jej towarzysze otoczyli ich – Saw również wstał, choć ustawił się dalej – i Soujen postanowił zakończyć walkę. Podbiegł i uniósł nogę, żeby wgnieść głowę kobiety w ziemię. Wystarczyłby jeden silny kopniak, by zmiażdżyć jej czaszkę lub złamać kark. Zamierzała go zabić – nie miał powodu, by się jej nie odpłacić tym samym.
Nankry była zbyt oszołomiona, by zrobić unik, a mimo to Soujen nie zdołał jej zabić. Jego noga opadła ciężko na ziemię – Vorgorath jednym szarpnięciem odciągnął jego niedoszłą ofiarę. Pozostali wymierzyli w niego broń, nikt jednak nie strzelał – słusznie, bo gdyby chybili, mogliby trafić w siebie.
Soujen natychmiast ocenił zagrożenie. Jego instynkt i implanty poinformowały go błyskawicznie o tym, gdzie się znajdują i jaki poziom zagrożenia stanowią wszyscy zbrojni wokół niego. Jak przez mgłę usłyszał okrzyk Sawa:
– Dosyć! Dosyć!
Zbrojni się cofnęli. Parę osób zajęło się Nankry, inni celowali do Soujena.
Saw ruszył naprzód. Po drodze przesunął na dół lufę karabinu innego ze swoich ludzi.
– Uratowałem ci życie – rzekł. – Przywiozłem cię tu jako gościa. Nieładnie byś się zachował, gdybyś teraz mi kogoś zabił.
– Próbowała mnie zabić, a ty jej na to pozwoliłeś – zgrzytnął Soujen.
– Musiałem zobaczyć, co z ciebie za typ. – Saw machnął ręką. – Poza tym zasłużyła sobie na to, żeby ktoś ją usadził. Nic ci nie groziło.
Przystanął trzy metry od niego. Soujen mógłby go zabić, gdyby chciał – tamten miał z pewnością czym się bronić, ale nie znał pełnych możliwości Soujena. Wymknięcie się jego bandzie byłoby problematyczne, ale do zrobienia. Jednak Soujen nadal chciał poznać odpowiedzi na kilka pytań.
– Następnym razem zginiesz – powiedział.
„Kiedy jeszcze raz mnie wykorzystasz. Kiedy jeszcze raz mnie okłamiesz”.
– Uczciwie stawiasz sprawę. – Uśmiech na twarzy Sawa nie sięgał jego oczu. – Może pogadamy na osobności?
///
Poszli razem korytarzem. Po niedługim czasie dotarli do miejsca, w którym nie było już oświetlenia, i dalej musieli iść w ciemności. Saw chyba wyczuwał drogę instynktownie. Poruszał się, prawie szurając nogami, dzięki czemu omijał kamienie na spągu i bez trudu pokonywał wąskie przejścia. Soujen wyregulował widzialne dla siebie pasmo, przetwarzane przez implanty. Jaskinia zdawała się świecić szmaragdowym blaskiem, a Saw lśnił jak boja orientacyjna.
Kiedy w ciszy i ciemności przemierzyli pół kilometra, Saw wyjął latarkę i przyświecając nią sobie, ruszył szybciej. Może nie zdawał sobie sprawy z tego, że mrok Soujenowi nie przeszkadzał. Może chciał mieć pewność, że jego nowy znajomy nie zdoła sam wrócić do ich bazy. A może miał innych wrogów i nie chciał, by ktoś go wyśledził.
