Star Wars. Rządy Imperium. Maska strachu - Alexander Freed - ebook

Star Wars. Rządy Imperium. Maska strachu ebook

Alexander Freed

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

„DLA ZAPEWNIENIA BEZPIECZEŃSTWA I CIĄGŁEJ STABILNOŚCI REPUBLIKA BĘDZIE PRZEKSZTAŁCONA W PIERWSZE IMPERIUM GALAKTYCZNE! DLA NIEZAGROŻONEGO I BEZPIECZNEGO SPOŁECZEŃSTWA!”

Jednym przemówieniem, które spotkało się z grzmiącymi oklaskami, kanclerz Palpatine zakończył brutalnie erę Republiki. Na jej miejsce przyszło Imperium Galaktyczne. W całej galaktyce wszyscy radowali się z końca wojny i obietnic lepszego jutra. Jednak lepsze jutro okazało się kłamstwem. Galaktyka stała się straszliwym miejscem, w którym rządziło okrucieństwo i strach przed reżimem Imperatora. Mon Mothma, Saw Gerrera i Bail Organa dostrzegają nadchodzący mrok już w pierwszym przerażającym roku tyranii. Kiedyś to dzięki nim powstanie Sojusz Rebeliantów. Jednak najpierw każde z nich musi znaleźć dla siebie cel i kierunek działań w zmieniającym się świecie. I każde z nich ma własne tajemnice, obawy i nadzieje związane z przyszłością, która może nigdy nie nadejść – chyba że sami się o to postarają.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 605

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Star Wars. Reign of the Empire. The Mask of Fear

Pro­jekt gra­ficzny: Eli­za­beth A.D. Eno Redak­cja i korekta: Mag­da­lena Kozłow­ska Kon­sul­ta­cja: Jacek Drew­now­ski

Copy­ri­ght © 2026 Lucas­film Ltd. All rights rese­rved.

ISBN 978-83-8424-512-5

Wydawca: Wydaw­nic­two Ole­sie­juk, an imprint of Dres­sler Dublin sp. z o.o.

Dane do kon­taktu: Wydaw­nic­two Ole­sie­juk ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+48 22) 733 50 00 e-mail: wydaw­nic­two@dres­sler.com.pl www.wydaw­nic­two-ole­sie­juk.pl

Dys­try­bu­cja: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla Laury, która – żeby stało się to moż­liwe –zre­zy­gno­wała z ponie­dział­ków i pew­nej wyprawy.

Chronologia Star Wars

Dawno, dawno temu w odle­głej galak­tyce….

Wprowadzenie

Bunt Jedi uda­rem­niono. Pozo­stali Jedi zostaną wytro­pieni i poko­nani. W zama­chu na moje życie oka­le­czono mnie i oszpe­cono. Ale zapew­niam was – moja wola ni­gdy nie była tak nie­ugięta. Dla zapew­nie­nia bez­pie­czeń­stwa i sta­bi­li­za­cji Repu­blika zosta­nie prze­kształ­cona w pierw­sze Impe­rium Galak­tyczne!

Niech nasze spo­łe­czeń­stwo będzie bez­pieczne i spo­kojne!

Impe­ra­tor Pal­pa­tine

Zatem tak umiera wol­ność – wśród burzy okla­sków.

Padmé Ami­dala

CZĘŚĆ I. BRZASK

CZĘŚĆ I

BRZASK

Rozdział 1. ŚWIĘTE MIASTO

Roz­dział 1

ŚWIĘTE MIA­STO

Święte Mia­sto, wyrzeź­bione w ska­łach na pustyni, odci­nało się od mrocz­nego nieba niczym syl­wetka samot­nego wędrowca na pust­ko­wiu. Płowe mury, pokryte wie­lo­wie­ko­wym kurzem, z daleka wyda­wały się miej­scem bez życia, któ­rego jedyne bło­go­sła­wień­stwo pole­gało na tym, że upar­cie nie pod­da­wało się ero­zji i nie sta­piało w jedno z pia­skiem.

Jed­nak pomimo tego, że na tym księ­życu pano­wała duszna atmos­fera pra­daw­nych tra­dy­cji, a w sła­bych pro­mie­niach dogo­ry­wa­ją­cego słońca bla­kło tutaj wszystko, ulice mia­sta wabiły oko kolo­rami: ramiona odziane w czer­wone płasz­cze potrą­cały sza­fi­rowe nara­mien­niki, zie­lone ręce muskały mie­niące się czułki. Istoty o naj­róż­niej­szym wyglą­dzie tło­czyły się na bruku – szły, peł­zły, masze­ro­wały pod bra­mami, mar­ki­zami skle­pów i wiszą­cymi nie­ru­chomo fla­gami. Stłu­mione szepty potę­go­wały panu­jącą w mie­ście atmos­ferę żałoby, lecz obec­ność tłumu, nie­skoń­czone kroki i sze­lest szat two­rzyły gwar, który zda­wał się zapo­wia­dać burzę.

Od czasu do czasu roz­le­gał się okrzyk:

– Jedi! Nie ma Jedi!

Jakby to było coś zupeł­nie nowego. Jakby znik­nęli ze świą­tyń wła­śnie tego ranka – a nie zostali wymor­do­wani wiele tygo­dni wcze­śniej w pora­ża­ją­cym akcie prze­mocy, zdrady i okrut­nej pychy.

W sza­rej chu­ście piel­grzyma Zte­nor­thy, w butach ze stuk-skóry, Bail Organa – Bail z rodu Pre­sto­rów, mał­żo­nek kró­lo­wej Alde­ra­ana, ojciec następ­czyni tronu, nie­gdyś sena­tor Repu­bliki Galak­tycz­nej, a obec­nie sena­tor Impe­rium Galak­tycz­nego – szedł wśród żałob­ni­ków bez eskorty, nie­roz­po­zna­wany, drżąc w zimo­wym chło­dzie. W tym gęstym tłu­mie czuł się – ku swo­jej uldze – sam i nawet nawie­dza­jące jego pamięć duchy jakby na chwilę go odstą­piły.

Pro­ce­sja, która gęst­niała coraz bar­dziej, skrę­ciła za róg i podą­żyła dalej cia­snym tune­lem. Wąskie strzel­nice zna­czące pro­sty wątek w cegla­nych murach suge­ro­wały, że znaj­do­wali się w ruinach twier­dzy, z któ­rej żoł­nie­rze mogli z ukry­cia celo­wać do oble­ga­ją­cych ich najeźdź­ców. Bail szedł z pochy­loną głową, żeby się nie poty­kać, ale też aby unik­nąć wścib­skich obiek­ty­wów ukry­tych kamer. Tłum nie masze­ro­wał szybko ani nie był wzbu­rzony, ale posu­wał się jed­nak z mocą i bez­wła­dem lodowca, a zatem gdyby ktoś po dro­dze upadł, zostałby zapewne zmiaż­dżony pod napo­rem idą­cych.

Tunel wycho­dził na ogromny plac, nad któ­rym góro­wał kamienny dysk, usta­wiony pio­nowo na wiel­kim postu­men­cie. Zazwy­czaj na placu pełno było żebra­ków, pokrzy­ku­ją­cych prze­kup­niów i samo­zwań­czych pro­ro­ków. W budyn­kach wokół znaj­do­wały się skle­piki z napa­rami zio­ło­wymi i roz­ma­itymi dro­bia­zgami. Jak powie­dziano Bailowi, był to jeden z osiem­dzie­się­ciu ośmiu takich pla­ców w Świę­tym Mie­ście i pomimo swo­jego świę­tego cha­rak­teru niczym się nie wyróż­niał. Tego dnia jed­nak żebracy, uliczni krzy­ka­cze i pro­rocy oraz kupcy ustą­pili miej­sca nie­koń­czą­cej się pro­ce­sji. Spo­śród tysięcy żałob­ni­ków na placu może z setka zdo­łała wci­snąć się na postu­ment. Stło­czeni tam, naparli na dysk i jęli obra­cać go wokół osi. Sta­rzy męż­czyźni pchali go na kola­nach, a ogromny Crag­mo­loid dyszał i stę­kał, napie­ra­jąc nań ramio­nami i wpa­tru­jąc się jed­no­cze­śnie w niebo. W jego oczach malo­wał się głę­boki smu­tek. Po jed­nej czwar­tej obrotu kil­ku­na­stu piel­grzy­mów scho­dziło z pode­stu, a inni szybko zaj­mo­wali ich miej­sce, żeby dysk nie prze­stał się obra­cać.

Zewsząd roz­le­gały się teraz pła­cze i okrzyki żałob­ni­ków, któ­rzy ule­gali nastro­jowi rytu­ału.

– Mistrz Tiin! – zawo­łał ktoś, a ktoś inny krzyk­nął: – Sio­stro!

Trzeci głos roz­po­czął lita­nię:

– Allie! O’ra’ve! Cala­da­sto­rous!

Jed­nak zwy­kle wyda­wano okrzyki bez słów – pły­nące z serca. Baila kusiło, by dołą­czyć do tego chóru, ale prze­cież on nie prze­ży­wał despe­rac­kiej żałoby, żałoby bez­rad­nej, wyzby­tej odpo­wie­dzial­no­ści. Gdyby więc teraz zakrzy­czał z roz­pa­czy, usły­sza­łyby to jego duchy i znów zaczę­łyby go nękać.

Prąd tłumu niósł go nie­ubła­ga­nie ku postu­men­towi. W oddali wzniósł się ledwo sły­szalny krzyk:

– Zdrajcy! Zdrajcy Repu­bliki!

Nikt jed­nak jakby tego nie zauwa­żył.

Bail spraw­dził godzinę i pró­bo­wał opóź­nić swoje wej­ście na postu­ment tak długo, jak mógł, w końcu jed­nak i on zna­lazł się wśród żałob­ni­ków napie­ra­ją­cych na arte­fakt. Oka­zało się, że trudno go poru­szyć – postu­ment i reliefy na dysku były wygła­dzone i śli­skie, a tylko wszech­obecny w Świę­tym Mie­ście kurz zapo­bie­gał pośli­zgnię­ciu. Bail pchał i pomimo zimna spły­wał potem, ale czuł, że dysk rze­czy­wi­ście się obraca. Wyda­wało mu się, jakby jego wysi­łek był bez­sku­teczny, że to więksi i sil­niejsi żałob­nicy wpra­wiali monu­ment w ruch, jed­nak nie usta­wał. Kamień zgrzy­tał o kamień.

Po pra­wej miał Tar­sunta o fio­le­to­wej skó­rze, w kurtce i pod­nisz­czo­nych spodniach robot­nika. Męż­czy­zna był bar­czy­sty, ale niski jak na swój gatu­nek. Odwró­cił wąską twarz do Baila i ski­nął mu głową.

– Powi­nien pan być w domu – powie­dział – z żoną i malutką córką.

„Powi­nie­nem” – pomy­ślał Bail. Trudno było zaprze­czyć. Rzekł więc tylko:

– A pan, admi­rale, powi­nien dowo­dzić flotą. A jed­nak obaj jeste­śmy tutaj.

I znów naparli na dysk. Kamień zazgrzy­tał, zapisz­czał i obró­cił się znów o pół metra, a wtedy admi­rał zapy­tał:

– Dla­czego?

– Dla­czego tu jestem?

– Tak.

Bail zamie­rzał wzru­szyć ramio­nami, ale oka­zało się, że to nie­moż­liwe, kiedy jed­no­cze­śnie napiera się nimi na kamień. Wyda­wało mu się, że jeśli roz­luźni mię­śnie, upad­nie.

– Naj­pierw pan – stęk­nął.

Tar­sun­to­wie nie nale­żeli chyba do szcze­gól­nie sil­nych ras, ale admi­rał spra­wiał wra­że­nie, jakby zupeł­nie się nie męczył. Bail poczuł się przy nim stary i słaby – cóż, wła­ści­wie miał do tego prawo. Bo z pew­no­ścią za mło­dego uwa­żać się już nie mógł.

– Widzia­łem Jedi wal­czą­cych w bar­dzo wielu bitwach – rzekł po chwili admi­rał, pochy­lony pod kamie­niem. – Nie­któ­rych obser­wo­wa­łem z daleka. Z innymi jada­łem kola­cję, ukła­da­łem plany, dzie­li­łem koszary w tere­nie. Wielu lubi­łem, nie­któ­rzy zaczęli mnie z cza­sem iry­to­wać, wszy­scy jed­nak zasłu­żyli sobie na mój sza­cu­nek. Wszy­scy byli dziel­nymi, pra­wymi straż­ni­kami Repu­bliki. Zapewne nie doty­czyło to każ­dego Jedi. Żadna orga­ni­za­cja nie jest wolna od zepsu­cia, a o tym, co knuła pod koniec Naj­wyż­sza Rada, trudno mi się wypo­wia­dać. Ale czyny tych ryce­rzy, któ­rych oso­bi­ście pozna­łem, nie są spla­mione cie­niami ich prze­ło­żo­nych. Ni­gdy nie uwie­rzę, że byli kimś gor­szym, niż się wyda­wali, nie­za­leż­nie od zdra­dziec­kich poczy­nań Rady. – Urwał na chwilę i spoj­rzał na tłum. – I wygląda na to, że nie jestem w tym odosob­niony.

– Nie – wykrztu­sił z tru­dem Bail. – Ale na Coru­scant nie było takiej uro­czy­sto­ści.

– Ani na moim świe­cie – przy­znał admi­rał – ani na pla­ne­cie mojego brata, Alsa­ka­nie. Na Kore­lii, na któ­rej sta­cjo­no­wa­łem pod koniec wojny, w każ­dym mie­ście tłumy paliły wize­runki Jedi. Nie­któ­rzy potę­piali zakon za zdradę, a inni… Inni byli po pro­stu znu­żeni i obwi­niali Jedi za to, że nie zdo­łali zapo­biec woj­nie lub za to, że szyb­ciej jej nie zakoń­czyli. A tu, na Jedzie, jest nas wielu. Może i milion – wszy­scy piel­grzymi, któ­rzy odwie­dzili ten święty świat. Ale gdy wró­cimy na nasze rodzinne pla­nety, roz­rzu­cone po całej galak­tyce, zoba­czymy, że tych, któ­rzy wspo­mi­nają Jedi życz­li­wie, będzie bar­dzo nie­wielu.

W Bailu wez­brała fala gory­czy – wymie­rzona w admi­rała, Impe­ra­tora, który uni­ce­stwił zakon Jedi, a może w tych, któ­rzy uwie­rzyli w jego kłam­stwa. Rów­nie dobrze jej celem mogły być same gwiazdy. Prze­kie­ro­wał swój gniew w siłę ramion i pchnął. Dysk obró­cił się jesz­cze o pół metra. Piel­grzym po lewej stro­nie Baila pośli­zgnął się i upadł. Zro­biło się zamie­sza­nie, gdy w cia­sno­cie pró­bo­wano pomóc mu wstać.

– Bail, dla­czego pan tu jest? – zapy­tał znów admi­rał. Nie zabrzmiało to życz­li­wie ani łagod­nie, ani też nie­cier­pli­wie, jed­nak ton męż­czy­zny nie dopusz­czał wymi­ja­ją­cej odpo­wie­dzi.

Gniew Baila ustą­pił tak szybko, jak się poja­wił. Co mógł powie­dzieć admi­ra­łowi? Ufał mu. W prze­ciw­nym razie ni­gdy nie popro­siłby go o spo­tka­nie. Jed­nak żadna pro­sta odpo­wiedź nie wyda­wała mu się wystar­cza­jąca. Mógłby rzec, że miał wśród Jedi przy­ja­ciół, lecz byłoby to zbyt banalne. Mógłby powie­dzieć, że chciał uczcić kobietę, która nie­zmier­nie sza­no­wała Jedi, a która ode­szła z tego świata – albo też, że chciał w ten spo­sób splu­nąć w twarz nowemu reżi­mowi. Nie mógł jed­nak z pew­no­ścią otwar­cie wyznać strasz­li­wej prawdy, którą znał – tajem­nic, przez które opu­ścił dom, żonę i córkę.

– Za młodu – ode­zwał się w końcu, zmniej­sza­jąc napór na dysk, żeby odzy­skać siły – pozna­łem ryce­rza Jedi. Prze­by­wał u nas w związku z pew­nym pro­ble­mem w naszej rodzi­nie. Nie pozna­łem go dobrze – choć myśla­łem, że tak… wie pan, jakie są dzieci – ale podzi­wia­łem go. Powie­dzia­łem sobie… – Bail wspo­mniał twarz swo­jego ojca i jego skom­pli­ko­waną rela­cję z dziad­kiem, a potem sku­pił się śpiesz­nie na tym, co było ważne w tej chwili. – Kodeks Jedi zna­czył coś bar­dziej rze­czy­wi­stego, kon­kret­niej­szego niż wszel­kie zestawy zasad, które wpa­jali mi nauczy­ciele. Wycho­wa­łem się wśród ludzi, któ­rzy cenili wyniki bar­dziej niż metody czy ludzi. Powie­dzia­łem sobie, że jeśli sam nie mogę żyć w opar­ciu o cnoty Jedi, ułożę wła­sny zestaw zasad, z któ­rych będę mógł być dumny.

Admi­rał spra­wiał wra­że­nie, jakby go nie usły­szał. Bail znów naparł na dysk. Jego palce wpi­jały się w nie­wia­ry­god­nie stare reliefy, wydra­py­wały mikro­sko­pijne kawa­łeczki krysz­ta­łów kyber wbite w skałę, przy­wra­ca­jąc chwałę i potęgę wszech­świa­towi. Kiedy dysk, Kamień Pierw­szych Łez, się obra­cał, duchy umar­łych były mie­lone na pył gwiezdny i z nie­spo­koj­nych zjaw prze­mie­niały się w ener­gię życia, aby następ­nie odra­dzać się w nie­skoń­czo­nych posta­ciach. Tak gło­siła legenda.

Bail w nią nie wie­rzył, ale w rytu­ałach zawsze tkwiła pewna siła. Chciałby móc sko­rzy­stać z potęgi kamie­nia i poczuć to, co zda­wali się czuć żałob­nicy wokół niego – zamiast cier­pieć, jęczeć i uża­lać się nad sobą wraz z całą cho­lerną galak­tyką.

Wresz­cie ukoń­czono kolejne ćwierć obrotu i admi­rał odcią­gnął Baila od dysku, zaś inni piel­grzymi ruszyli szybko do przodu, by ich zastą­pić. Bail znów zna­lazł się w pro­ce­sji. Każdy krok sta­no­wił próbę dla jego zmę­czo­nych nóg.

– Czego mógłby pan ode mnie chcieć? – ode­zwał się cicho admi­rał. – Ma pan więk­szy dostęp do taj­nych infor­ma­cji.

Bail pokrę­cił głową i przy­su­nął się bli­żej. Pomimo chłod­nego dnia było mu gorąco, z pew­no­ścią też cuch­nął potem, ale nie mogli sobie pozwo­lić, by ktoś ich teraz pod­słu­chał.

– Wywiad odma­wia jakich­kol­wiek odpo­wie­dzi. Zgła­sza­łem pyta­nia publicz­nie, pro­si­łem kana­łami nie­ofi­cjal­nymi, ale zamy­kają uszy. Nowe wła­dze… – „Ostroż­nie. Nie wystrasz go. Nie mów niczego, czego i tak już sam nie wie”. – Widział pan oświad­cze­nie Pal­pa­tine’a, kiedy ogło­sił się Impe­ra­to­rem. Powie­dział, że Jedi byli zepsuci – co do jed­nego. Oto całe jego wyja­śnie­nie, dla­czego ich zli­kwi­do­wano! Ale taki akt… Uni­ce­stwie­nie całej kul­tury, pogrze­ba­nie pra­daw­nej, sza­no­wa­nej reli­gii…

– …wymaga wia­ry­god­nych dowo­dów – wszedł mu w słowo admi­rał. – Któ­rych Impe­ra­tor nie przed­sta­wił, pomimo oświad­czeń w spra­wie tej kon­kret­nej grupy napast­ni­ków. Zga­dzam się. Ale to pan zasiada w Senac­kiej Komi­sji Wywiadu. I powta­rzam, pań­ski dostęp…

– Mój dostęp powi­nien być więk­szy niż pań­ski. Ale czasy się zmie­niają, przy­ja­cielu. Wywiad być może chęt­niej poroz­ma­wia z admi­ra­łem, skoro sena­to­rowi nie chce udzie­lić żad­nej uprzej­mej odpo­wie­dzi. Nie spo­dzie­wam się cudów po pań­skiej inter­wen­cji, ale obaj chcie­li­by­śmy zoba­czyć pełne dowody prze­ciwko Jedi, jakimi dys­po­nuje obecna wła­dza. Nawet jeśli Pal­pa­tine pod­pi­sał już na nich wyrok śmierci.

Admi­rał odchrząk­nął i poki­wał głową.

– Pod­pi­sał wyrok i go wyko­nał. – Zasta­na­wiał się przez chwilę. – Obie­cuje pan, że doj­dzie do peł­nego, publicz­nego ujaw­nie­nia danych?

– Jeśli będzie to w mojej mocy.

– Popy­tam. Kilka osób jest mi win­nych przy­sługę. Sko­rzy­stam z tego. Zoba­czymy, czy to coś da – nawet ci, któ­rzy współ­pra­co­wali z Jedi, nie patrzą teraz życz­li­wie na zakon. Ale niech pan nie prosi już o nic innego i nie wiąże z tym mojego nazwi­ska. Armia nie może zostać wplą­tana w sprawy poli­tyczne, zwłasz­cza że pokój jest na­dal nie­pewny.

– To zro­zu­miałe.

Admi­rał potrak­to­wał jego prośbę poważ­nie – Bail nie spo­dzie­wał się aż takiej przy­chyl­no­ści. Oby tylko to, co malo­wało się na jego twa­rzy, wyra­żało wdzięcz­ność, a nie tylko zdzi­wie­nie…

Zeszli z pode­stu Kamie­nia Pierw­szych Łez. Pro­ce­sja miała iść dalej, jesz­cze kilo­metr, choć Bail widział już, jak odłą­czają się od niej węż­sze potoki żałob­ni­ków, skrę­ca­ją­cych w boczne ulice – wra­cano do domu lub uda­wano się do świą­tyń i kościo­łów życz­li­wych im kul­tów. Już mu się wyda­wało, że to koniec roz­mowy z admi­ra­łem, gdy męż­czy­zna przy­su­nął się do niego bli­sko, bli­żej, niż było to konieczne w cia­sno­cie na placu, i znowu się ode­zwał:

– Chciał­bym poznać odpo­wiedź na jesz­cze jedno pyta­nie. Poznać jesz­cze jedną prawdę, którą nowe wła­dze ukry­wają.

– Słu­cham.

Admi­rał przez chwilę mil­czał, a kiedy znów prze­mó­wił, w jego gło­sie brzmiała deter­mi­na­cja.

– Dla­czego Naj­wyż­sza Rada Jedi to zro­biła? Dla­czego pró­bo­wali zabić kanc­le­rza? Nie­za­leż­nie od tego, czy byli w to zamie­szani jacyś inni Jedi, ta sprawa pozo­staje nie­roz­wią­zana i nie daje mi spo­koju. Co chcieli zyskać? Jak osoby sły­nące z pra­wo­ści mogły tak upaść i nikt tego nie podej­rze­wał? Na pana miej­scu – cią­gnął admi­rał – to wła­śnie naj­bar­dziej by mnie nie­po­ko­iło. Ja mogę tylko słu­chać roz­ka­zów moich prze­ło­żo­nych. Ale pan jest sena­to­rem i służy inte­re­sowi swo­ich oby­wa­teli.

Cze­kał chwilę na odpo­wiedź Baila, ten jed­nak mil­czał. W końcu admi­rał ruszył naprzód, stop­niowo odda­la­jąc się od sena­tora, metr po metrze prze­bi­ja­jąc się przez idący spo­koj­nie tłum. Bail nie przy­śpie­szył kroku. Lepiej, żeby ich razem nie widziano – a skąd można było mieć pew­ność, czy ktoś w Świę­tym Mie­ście ich nie obser­wuje?

Admi­rał zadał mu inte­li­gentne, prze­my­ślane pyta­nia. Bail znał odpo­wie­dzi – poznał je w dniu, w któ­rym zgi­nęli Jedi. Kanc­lerz Pal­pa­tine – czło­wiek, który ogło­sił się Impe­ra­to­rem – popeł­nił wcze­śniej jesz­cze strasz­liw­sze, mrocz­niej­sze zbrod­nie i miał bar­dziej prze­ra­ża­jące ambi­cje, niż kto­kol­wiek przy­pusz­czał. Jedi dowie­dzieli się prawdy i zna­la­zł­szy się w sytu­acji bez wyj­ścia, posta­no­wili sami powstrzy­mać tyrana wsz­czy­na­ją­cego wojny, mor­dercę dzieci, potwora. Ponie­śli klę­skę.

I ozna­czało to ich koniec.

Bail wszystko to wie­dział. Powie­dzieli mu o tym przy­ja­ciele i sojusz­nicy z zakonu Jedi, a on posta­wił wszystko na jedną kartę, poma­ga­jąc im zna­leźć bez­pieczne schro­nie­nie na krań­cach galak­tyki. Nie miał jed­nak żad­nych dowo­dów. Mógł jedy­nie roz­stać się z drę­czą­cymi go duchami prze­szło­ści, oczysz­cza­jąc imiona zamor­do­wa­nych – i mieć nadzieję na lep­sze jutro.

Może wów­czas zdoła spoj­rzeć na żonę oraz córkę i uwie­rzyć, że speł­nił swój obo­wią­zek. Nawet jeśli nie speł­nił go wystar­cza­jąco.

Na­dal szedł – coraz dalej od placu, zagłę­bia­jąc się w wąskie uliczki, przy któ­rych stały roz­sy­pu­jące się wieże, aż z zadumy wyrwał go grzmot. Rozej­rzał się, zdzi­wiony. Piel­grzymi wokół poru­szyli się ner­wowo i w oddali roz­le­gły się gło­śniej­sze pła­cze i roz­pacz­liwe krzyki. Obej­rzał się za sie­bie – tłum zafa­lo­wał gwał­tow­nie. Osoby z tyłu pchały tych, któ­rzy stali przed nimi, jakby ucie­ka­jąc przed czymś okrop­nym.

Wszy­scy zaczęli biec.

W jed­nej chwili roz­pę­tał się chaos. Nie­któ­rzy upa­dali na zie­mię. Inni ich dep­tali. Ludzie nawo­ły­wali bli­skich, bła­gali krzy­kiem o pomoc kogo­kol­wiek, kto ich usły­szy. Baila popy­chano, sztur­chano i choć pró­bo­wał zła­pać czy­jąś rękę wycią­gniętą do góry znad bruku, pomóc jakiejś bied­nej oso­bie, ucie­ka­jąca fala porwała go ze sobą i mógł już tylko wal­czyć o to, by utrzy­mać się na nogach. Coś – być może łokieć – tra­fiło go w ucho. Od ciosu zakrę­ciło mu się w gło­wie. Tłum obró­cił Baila do tyłu. Pró­bo­wał oprzeć się napo­rowi ciał, osło­nić twarz, a w końcu znów patrzył przed sie­bie, tam, gdzie nio­sło go to całe zbio­ro­wi­sko. Wąskie gar­dło ulicy pro­wa­dziło wszyst­kich w jed­nym kie­runku. Nie było stam­tąd ucieczki.

Jak długo to trwało, nie miał pew­no­ści. Czuł ból, czuł, jak jego ciało – osła­bione po wysiłku, jakim było pcha­nie dysku – obija się o inne ciała, chi­tynę lub sta­ro­żytne ceglane mury. Przez pewien czas obej­mo­wał ramie­niem star­szą kobietę – choć sam nie wie­dział, czy jej pomaga, czy też sam się na niej opiera. Pró­bo­wał zro­bić, co tylko mógł – a mógł bar­dzo nie­wiele.

Póź­niej, gdy sie­dział już w pyle, w zaułku bez wyj­ścia, zbyt małym, by można go nazwać uliczką, zaśmiał się ponuro i otarł krew z twa­rzy. Wysłu­chał wia­do­mo­ści o zama­chowcu, który pod­ło­żył bombę – o kimś, kto pra­gnął robić to, co Impe­rium, i oczy­ścić galak­tykę z Jedi oraz wszyst­kich ich zwo­len­ni­ków. Pró­bo­wał nie myśleć o tych, któ­rych zadep­tano w cha­osie paniki. Czuł się brudny, spla­miony śmier­cią i wła­sną eks­cy­ta­cją wyni­ka­jącą z walki o życie. Miał poczu­cie, że nie jest godny swo­jej córki – ostat­niego daru jesz­cze jed­nej nie­ży­ją­cej przy­ja­ciółki. Daru kobiety, która zgi­nęła razem z Jedi i która zaznała miło­ści jed­nego z nich.

Bail czuł się nie­godny Jedi. Jed­nak spo­czy­wa­jący na nich cię­żar stał się rów­nież jego cię­żarem. Musiało tak być – bo ina­czej mógłby spaść na barki Lei. On zaś był jej ojcem, a nie men­to­rem czy stró­żem, i zamie­rzał uczy­nić wszystko, by nieść ten cię­żar samo­dziel­nie.

Rozdział 2. POWRÓT DO ŻYCIA

Roz­dział 2

POWRÓT DO ŻYCIA

Soujena naj­bar­dziej zasko­czyło to, jak szybko wojna się zakoń­czyła. A, tak – i jesz­cze ta sprawa z Jedi, ale w sze­ro­kiej per­spek­ty­wie Jedi ni­gdy nie odgry­wali waż­nej roli.

Oglą­dał koniec wojny w sta­nie śnie­nia. Jego ścieżki neu­ro­nowe pod wpły­wem odpo­wied­nich impul­sów wpro­wa­dziły go w tak zwany zwol­niony sen – a komora, w któ­rej się znaj­do­wał, prze­ka­zy­wała mu wia­do­mo­ści holo­ne­towe i prze­chwy­cone komu­ni­katy. Śnił o flo­tach sepa­ra­ty­stów oble­ga­ją­cych światy Repu­bliki, o armiach mecha­nicz­nych żoł­nie­rzy lądu­ją­cych na pla­ne­tach, gdzie przez tysiące lat nie doświad­czano kon­flik­tów. Wyobra­żał sobie robot­ni­ków krzy­czą­cych z rado­ści w fabry­kach dro­idów i bojow­ni­ków o wol­ność w Pasie Rha­ni­pur, trze­po­czą­cych entu­zja­stycz­nie skrzy­dłami i świę­tu­ją­cych koniec wojny – cie­szą­cych się, że strasz­liwy układ, na który zde­cy­do­wała się Kon­fe­de­ra­cja Nie­za­leż­nych Sys­te­mów, by sprze­dać się kor­po­ra­cjom w zamian za szansę na samo­sta­no­wie­nie, oka­zał się traf­nym wybo­rem.

Jed­nak sny na tym się nie skoń­czyły. Jego umysł zalały wizje uka­zu­jące, jak Repu­blika bez­względ­nie mor­duje mili­tar­nych przy­wód­ców sepa­ra­ty­stów. Soujen patrzył, jak po śmierci głów­no­do­wo­dzą­cych zała­mują się całe armie. W tym spo­wol­nio­nym śnie nie wie­dział, które z tych obra­zów były praw­dziwe, a które sta­no­wiły tylko jego wła­sne kosz­mary. Czy miliard – lub wię­cej – dro­idów naprawdę jed­no­cze­śnie prze­stał dzia­łać? Czy człon­ko­wie Rady Sepa­ra­ty­stów pod­dali się, czy też zostali zabici przez tych misty­ków, Jedi?

To ostat­nie zresztą nie miało zna­cze­nia, bo Jedi już nie było. Samo­zwań­czy straż­nicy Repu­bliki zostali wymor­do­wani, kiedy, korzy­sta­jąc z cha­osu, pod­jęli próbę oba­le­nia wła­snych władz. Wsku­tek tych cio­sów Repu­blika rów­nież prze­stała ist­nieć, a z jej popio­łów powstało Impe­rium Galak­tyczne. Soujen widział, że wojna rze­czy­wi­ście się skoń­czyła i że spra­wie­dli­wo­ści nie sta­nie się zadość.

Nie dzi­wiło go, że do tego doszło. Jed­nak nikt – ani Soujen Vak-Nha­lis, ani jego twórcy – nie spo­dzie­wał się, że sta­nie się to tak szybko.

///

Ile upły­nęło od końca wojny? Dla­czego nikt go stąd nie zabrał? Mogłyby mu to wyja­śnić jego cyber­ne­tyczne implanty, ale w zwol­nio­nym śnie jego cie­ka­wość się zmniej­szyła. Soujen w snach i kosz­ma­rach znaj­do­wał swego rodzaju spo­kój – zupeł­nie jakby krą­żący w jego żyłach gniew utrzy­my­wał go w sta­nie akcep­ta­cji, jeśli nie zado­wo­le­nia.

Przez powłokę komory poczuł nie­ja­sno ruch w pobliżu, a jed­no­cze­śnie dostał dresz­czy pod wpły­wem gorączki, połą­czo­nych z nie­mal eks­ta­tycz­nym wra­że­niem wyczer­pa­nia. Spraw­dził implanty i kom­pu­ter komory powia­do­mił go, że cykl powol­nego snu ma się ku koń­cowi. Zaczął też sły­szeć dźwięki – praw­dziwe dźwięki, docie­ra­jące do jego układu ner­wo­wego przez uszy, a nie cyber­ne­tyczne udo­sko­na­le­nia, a po chwili je ziden­ty­fi­ko­wał. Krzyki, znie­kształ­cone przez płynną barierę i ściany komory – znał dobrze te odgłosy. Uśmiech­nął się.

I w jed­nej chwili wró­cił do przy­tom­no­ści. Pod­cią­gnął się z tru­dem do pozy­cji sie­dzą­cej. Zadrżał, gdy che­miczna mie­sza­nina spły­nęła z jego ramion, prze­lała się przez brzegi komory i chlu­snęła na meta­lową pod­łogę. Poczuł zapach mydła i przy­po­mniał sobie, że powi­nien oddy­chać. Wyszedł ze zbior­nika i odcze­kał, by sta­bi­li­za­tory przy­wier­cone do skó­ro­osłon kolan przywró­ciły mu rów­no­wagę – żeby się nie przewró­cił. Komora zapo­bie­gała zani­kowi mię­śni, ale jed­nak chwilę mu zaj­mie, zanim sobie przy­po­mni, jak się stoi i cho­dzi. Uprze­dzano go o tym.

W sąsied­nim pomiesz­cze­niu ktoś krzy­czał. Soujen rozej­rzał się dookoła, obej­mu­jąc wzro­kiem wszystko – gro­dzie, pasy, urzą­dze­nia kon­tro­lu­jące tem­pe­ra­turę, brudne ściany i przy­ćmione świa­tło. Znaj­do­wał się w ładowni i choć świat wyda­wał mu się na wpół snem, nie miał wąt­pli­wo­ści, że jest w miej­scu, któ­rego wcze­śniej nie widział. Nie zanie­po­ko­iło go to, choć drga­nia pod­łogi i gry­zący zapach dymu, jaki wyczu­wał, skła­niały go do uzna­nia, że sta­tek, na któ­rym się obu­dził, został uszko­dzony i dry­fo­wał. Może jego komorę zapro­gra­mo­wano, by otwo­rzyła się w sytu­acji, gdy jed­nostkę cze­kało nie­uchronne znisz­cze­nie?

Sku­pił wzrok na otwar­tych drzwiach, za któ­rymi roz­błysk czer­wo­nego świa­tła roz­ja­śnił kory­tarz. Roz­le­gły się wystrzały z bla­ste­rów i znów krzyki.

W drzwiach sta­nęła chwiej­nie postać. Czło­wiek – jeden z nie­zli­czo­nych przed­sta­wi­cieli tego gatunku w galak­tyce. Tę kobietę wyróż­niały jed­nak czer­wone, ciek­nące pęche­rze na twa­rzy. Na widok Soujena zdzi­wiła się, zaka­słała wil­got­nym kasz­lem, a potem ruszyła ku niemu, poty­ka­jąc się.

Jego umysł na­dal pra­co­wał fleg­ma­tycz­nie, choć dwoje serc zabiło szyb­ciej, a mię­śnie odru­chowo się spięły. Bez­po­śred­nie zagro­że­nie uspo­ka­jało go – nie­bez­pie­czeń­stwo mocno zmniej­szało zakres decy­zji do pod­ję­cia. Nie musiał już zasta­na­wiać się nad tym, gdzie się znaj­do­wał. Podej­rze­wał, że kobieta została zaata­ko­wana bro­nią bio­lo­giczną, może gazem bojo­wym, nie­za­raź­li­wym, o powol­nym dzia­ła­niu. Czego chciała od jego komory, nie miał poję­cia, ale widział już dość osób umie­ra­ją­cych w cier­pie­niu, by wie­dzieć, że wraz z życiem umy­kało racjo­nalne myśle­nie.

Zabiłby tę kobietę – z lito­ści lub ostroż­no­ści, sam nie wie­dział – ale uprze­dził go ten, kto ją ści­gał, strze­la­jąc jej w plecy. Soujen instynk­tow­nie usu­nął się z linii ognia, męż­czy­zna jed­nak zdą­żył wejść do ładowni i wyce­lo­wać w niego, zanim Soujen usko­czył na wię­cej niż metr.

– Stój! – krzyk­nął męż­czy­zna.

Soujen spiął się do skoku, a męż­czy­zna bły­ska­wicz­nie wystrze­lił z kara­binu dwie wiązki. W powie­trzu śmi­gnęły błę­kitne bły­ski i Soujen poczuł gorąco nad ramie­niem, a potem ujrzał kaskadę kodów błędu w swoim polu widze­nia. Przez chwilę, kiedy implanty się restar­to­wały, zupeł­nie nic nie widział.

Zasko­czyło go to, bo do tej pory nikt nie zdo­łał ich uszko­dzić. Gdy wró­cił mu wzrok, usły­szał, jak napast­nik powta­rza:

– Stój.

Męż­czy­zna trzy­mał broń – czarny kara­bi­nek uży­wany w armii klo­nów, z podra­paną, zary­so­waną meta­lową powierzch­nią – ze swo­bodą wyszko­lo­nego żoł­nie­rza. Zacho­wy­wał się ostroż­nie, ale nie wyglą­dał na spię­tego.

– Poczu­łeś to? – ode­zwał się. – Jonowa moc wyj­ściowa jest cztery razy więk­sza. Kom­plet­nie zakłóca dzia­ła­nie implan­tów i czę­ści mecha­nicz­nych.

Soujen prze­niósł wzrok z broni na twarz mówią­cego. Był to rów­nież czło­wiek – ciem­no­włosy, o ciem­nej skó­rze, pobruż­dżo­nej bli­znami tak jak jego kara­bi­nek. Pod zewnętrz­nymi ozna­kami wska­zu­ją­cymi na kogoś, kto czę­sto sto­suje prze­moc, krył się zapewne względ­nie młody męż­czy­zna, ale Soujen nie miał co do tego pew­no­ści. Wśród swo­ich roda­ków, w kla­nach alva­dor­jiań­skich, Soujen mógłby oce­nić czyjś wiek po wytar­ciu pły­tek na gło­wie albo pla­mach na karku i szyi – kolo­ro­wych spi­ra­lach i krop­kach, które roz­sze­rzały się z wie­kiem i słu­żyły wyłącz­nie do uka­zy­wa­nia mądro­ści swo­jego wła­ści­ciela.

– Poczu­łem – odparł Soujen, bo roz­mowa dawała mu wię­cej czasu. Pod­łoga znów zadrżała. Nie czuł już odoru che­micz­nego pożaru, przy­tłu­miły go spa­le­ni­zna i smród pły­nów ustro­jo­wych, dobie­ga­jący od zwłok kobiety pod komorą.

– Wiesz? – zapy­tał męż­czy­zna. – O Impe­rium?

Soujen przyj­rzał się odle­gło­ści dzie­lą­cej go od napast­nika. Sześć metrów. Łatwo je będzie poko­nać, ale wciąż nie odzy­skał peł­nego pano­wa­nia nad swoim cia­łem, a implanty na­dal docho­dziły do sie­bie po ładunku jono­wym, który go tra­fił, więc oce­nił praw­do­po­do­bień­stwo swo­jego prze­ży­cia na mak­sy­mal­nie pięć­dzie­siąt pro­cent.

Męż­czy­zna par­sk­nął śmie­chem.

– Znam to spoj­rze­nie. Zasta­na­wiasz się, jak mnie zabić.

– Tak. – Soujen ni­gdy nie umiał kła­mać.

– W takim razie prze­łóżmy dłuż­sze prze­mó­wie­nia na póź­niej. Wiem, kim jesteś. Wiem, skąd się tu wzią­łeś i dla­czego piraci cię ze sobą zabrali. – Męż­czy­zna wska­zał jedną ręką na zwłoki, a może na komorę. Jego druga ręka, ta z bro­nią, ani drgnęła. – Możesz pójść ze mną albo zgi­nąć razem ze stat­kiem.

Soujen roz­wa­żył wszyst­kie moż­li­wo­ści. Pokła­dem znów zatrzę­sło i gdzieś nad nimi roz­legł się zgrzyt roz­dzie­ra­nego metalu.

– Pójdę z tobą – powie­dział.

Męż­czy­zna zmru­żył oczy i uśmiech­nął się, jakby chciał powie­dzieć: „Wiem, że taki łotr jak ty i tak będzie chciał mnie zabić”. Tak uśmie­chał się stryj Soujena, kiedy ten pró­bo­wał pod­kra­dać sło­dy­cze.

Wyszli z ładowni razem, w tańcu ostroż­nych kro­ków, tak aby nie spu­ścić z sie­bie nawza­jem wzroku. W kory­ta­rzu kłę­bił się dym, docho­dzący z bocz­nych przejść. Z paneli ser­wi­so­wych sypały się skry. Kory­tarz oka­zał się sze­roki, ale niski. Znaj­do­wały się w nim wyżło­bie­nia i szyny dla bar­dzo sze­rokich pojaz­dów trans­por­to­wych.

– Zało­dze sta­rego Krez­chaka robota w rękach aż się paliła. Plą­dro­wali wszyst­kie insta­la­cje sepa­ra­ty­stów w ośmiu sek­to­rach – mówił kon­wer­sa­cyj­nym tonem męż­czy­zna. – Szkoda, że nie dało się z nim doga­dać. Szkoda, że nie chciał oddać statku i ładunku. Ale samego pirata nie szkoda.

Męż­czy­zna wska­zał na zwłoki wycią­gnięte na pokła­dzie. Zapewne sta­rego Krez­chaka, uznał Soujen, choć to nazwi­sko nic mu nie mówiło.

Jego towa­rzysz tym­cza­sem roz­ga­dał się na dobre.

– W miej­scu, w któ­rym cię zna­lazł, sepa­ra­ty­ści musieli zosta­wić naprawdę sporo. Wiózł cię na Kafrene. Mówił, że zamie­rzał sprze­dać łupy na aukcji: bla­stery, che­mię i twoją komorę. Komorę wyce­niono na milion kre­dy­tów, choć raczej nie zda­wał sobie sprawy z tego, co tra­fiło w jego ręce.

Paso­wało to do tych strzę­pów infor­ma­cji, które Soujen do tej pory zdo­był, i wyja­śniało też, co się stało kobie­cie, pora­żo­nej bro­nią bio­lo­giczną. Upew­nił się, że jego baza danych znów działa, i spraw­dził swoje zapisy – ach, tak, razem z nim prze­cho­wy­wano pra­wie tysiąc litrów sza­rego syn­toxu. Taką ilo­ścią tru­ci­zny można by dopro­wa­dzić do roz­kładu małego księ­życa. Jeśli piraci go zna­leźli i nie zro­zu­mieli, co rabo­wali, gdy prze­no­sili komorę i zbior­niki z syn­to­xem na swój pokład…

„Co za mar­no­traw­stwo – pomy­ślał Soujen. – Co za mar­no­traw­stwo”.

Szli przez sta­tek tak szybko, jak tylko pozwa­lała na to ostroż­ność. Wrza­ski i odgłosy strza­łów przy­ci­chły, a huczący ogień nie­mal cał­ko­wi­cie tłu­mił wycie prze­cią­żo­nego reak­tora. Doszli do włazu i towa­rzysz Soujena przy­kuc­nął, żeby go otwo­rzyć. Do środka napły­nęło chłodne powie­trze, w któ­rym uno­sił się zapach potu i nie­zna­nych zwie­rząt – zamiast rzezi i kata­strofy.

– Nie zada­jesz za wiele pytań – powie­dział męż­czy­zna.

– Nie.

– Przy­po­mi­nasz dro­ida sepa­ra­ty­stów.

Soujena to ukłuło, ale nie zapro­te­sto­wał. Obra­żano go w prze­szło­ści o wiele dotkli­wiej.

– Nazy­wasz się jakoś? – zagad­nął męż­czy­zna.

– Jestem Hress – odparł Soujen.

Kłam­stwo było nie­po­trzebne. Ale prze­bu­dził się nie­dawno i jesz­cze do końca do sie­bie nie doszedł, a ten czło­wiek nie zasłu­żył sobie na nic z duszy czy toż­sa­mo­ści Soujena, dziecka klanu Naha­sta, Alva­dor­jia­nina, syna swo­ich ojców, zło­żo­nego w ofie­rze galak­tyce nie­spra­wie­dli­wo­ści. Prawda o Souje­nie musiała trwać w ciszy, bo roz­strzy­gały się sprawy życia i śmierci.

Przy­wi­lej prze­bu­dze­nia tej prawdy nie nale­żał się nie­zna­jo­memu ska­za­nemu na zagładę.

Męż­czy­zna zszedł pierw­szy, wska­ku­jąc do włazu płyn­nym ruchem. Soujen uznał, że to jego szansa, prze­to­czył się i zanur­ko­wał do wej­ścia, żeby wylą­do­wać prze­ciw­ni­kowi na ple­cach. Zamiast tego jego ręce i stopy tra­fiły w pod­łogę. Rzu­cił się naprzód, trzy­ma­jąc się nisko nad pokła­dem, pod­czas gdy oczy przy­zwy­cza­jały mu się do jaśniej­szego świa­tła w czyst­szym, uty­li­tar­nym kory­ta­rzu. Gdyby zła­mał męż­czyź­nie krę­go­słup, wszystko sta­łoby się prost­sze, ale Soujen miał też inne moż­li­wo­ści.

Poczuł się jak głu­piec, gdy ujrzał przy­pięty do ściany obok meta­lowy walec miny jono­wej. Nabrał powie­trza, by zakląć, i przy­śpie­szył, by prze­do­stać się za minę, ale przed jego oczami zabły­sło i zro­zu­miał, że go poko­nano. Jego odczyty zga­sły. Gdy jego mózg powró­cił do stanu hiber­na­cji, usły­szał:

– Nazy­wam się Saw Ger­rera, a twój grób już nie może się cie­bie docze­kać.

Rozdział 3. POLITYKA ZWYCIĘSTWA

Roz­dział 3

POLI­TYKA ZWY­CIĘ­STWA

Z pew­nej per­spek­tywy w ogóle nie było widać znisz­czeń. Pożary dawno wyga­sły, a dym i kurz nie uno­siły się już w powie­trzu. Wyso­ko­ściowce ota­cza­jące ruiny i zawa­li­ska zasła­niały widok z zewnątrz na znisz­czony rejon, chyba że prze­le­ciało się bez­po­śred­nio nad nimi. Z pej­zażu pla­nety nie­wiele też znik­nęło – poje­dyn­cze dra­pa­cze chmur, parę plat­form, ale wszyst­kie ważne budowle wciąż stały. Nie­koń­czący się wiel­ko­miej­ski kra­jo­braz na­dal pokry­wał Coru­scant, jak od nie­pa­mięt­nych cza­sów – tysiące kolej­nych pozio­mów zabu­dowy, spo­czy­wa­ją­cych na ska­li­stej powierzchni, o któ­rej wła­ści­wie nikt żyjący już nie pamię­tał.

Wystar­czyło jed­nak wybrać się pro­mem za bary­kady powietrzne, minąć hotel Nowa Neimo­idia i skrę­cić w lewo przy Muzeum Muzyki Współ­cze­snej (zamknię­tego do odwo­ła­nia), a znisz­cze­nia zaczy­nały razić wzrok. Coru­scant odnio­sło cięż­kie rany i choć pośpiesz­nie wznie­sione kładki i plat­formy gra­wi­ta­cyjne znów łączyły górne poziomy, poni­żej roz­cią­gały się ruiny. Wytrzy­mal­sze gma­chy zostały prze­po­ło­wione przez spa­da­jące odłamki i dało się teraz dostrzec wnę­trza znaj­du­ją­cych się w nich biur, miesz­kań i skle­pów. Bar­dziej pechowe budynki cał­ko­wi­cie zbu­rzono – gdy poci­ski znisz­czyły naj­wyż­sze pię­tra, te zapa­dły się, miaż­dżąc dolne kon­dy­gna­cje. Im niżej ktoś się ważył poje­chać, tym więk­sze oka­zy­wały się znisz­cze­nia. Po trzech tygo­dniach po kata­stro­fie nikt nie usu­nął nawet gru­zów ze zruj­no­wa­nych blo­ków miesz­kal­nych i szpi­tali czte­ry­sta pozio­mów pod naj­wyż­szym.

Mon Mothma widziała wcze­śniej to, co poka­zy­wano w Holo­Ne­cie, jed­nak prze­by­wa­nie wśród tego znisz­cze­nia, w kanio­nie wyry­tym w miej­skim pej­zażu, sta­no­wiło prze­ży­cie prze­ra­ża­jące.

Inni chyba czuli się tak samo.

– Gdzie są okręty? – pytał ktoś. – Myśla­łem, że będą okręty.

Jeden z ich prze­wod­ni­ków z Kor­pusu Inży­nie­ryj­nego odpo­wie­dział, że okręty roz­pa­dły się na czę­ści, lecąc przez atmos­ferę. Na Coru­scant nie znaj­dzie się więc nie­roz­bi­tych kadłu­bów, ale po prze­ko­pa­niu gru­zów można będzie natra­fić na kok­pit myśliwca Repu­bliki albo na skrzy­dła sepa­ra­ty­stycz­nego dro­ida-sępa. Ktoś inny zapy­tał o pozo­sta­ło­ści tor­ped i ostrzał z dział tur­bo­la­se­ro­wych, a rzecz­nik woj­skowy wyja­śnił, że – abs­tra­hu­jąc od teo­rii spi­sko­wych – nie doszło do bez­po­śred­niego bom­bar­do­wa­nia pla­nety. W bitwie o Coru­scant zgi­nęły dzie­siątki tysięcy osób, a miliony stra­ciły dach nad głową, jed­nak atak ten nie miał na celu ster­ro­ry­zo­wa­nia i pod­po­rząd­ko­wa­nia sobie popu­la­cji cywil­nej. Sepa­ra­ty­stom cho­dziło o uni­ce­stwie­nie sie­dziby wła­dzy i schwy­ta­nie kanc­le­rza. Wszyst­kie inne tra­ge­die, wszyst­kie potwor­no­ści, do któ­rych wów­czas doszło, były tylko skut­kami ubocz­nymi.

Mon, która wybrała się tutaj razem z kil­ku­na­stoma innymi sena­to­rami i trzy­krot­nie licz­niej­szą grupą asy­sten­tów, tech­ni­ków, medy­ków, dzien­ni­ka­rzy i spraw­dzo­nych na wylot uchodź­ców, wyj­rzała za poręcz aero­śmi­ga­cza, uno­szą­cego się nad odbu­do­wy­waną strefą. Nie­wi­dzialne czą­steczki zanie­czysz­czeń pie­kły ją w oczy, gdy patrzyła, jak dro­idy budow­lane i ratow­nicy prze­szu­kują ruiny, już bez gorącz­ko­wego pośpie­chu, bez obja­wów znu­że­nia, ale wciąż z wielką sta­ran­no­ścią, choć znać było po nich brak nadziei. Mon tylko poło­wicz­nie słu­chała roz­mów wokół sie­bie, ale dbała o to, by cały czas zacho­wy­wać poważny, pełny współ­czu­cia wyraz twa­rzy. W odpo­wied­nich chwi­lach krę­ciła z nie­do­wie­rza­niem głową. Jej szok na widok tego wszyst­kiego był szczery, jed­nak nauczyła się dawno temu, że to, co się czuło, nie miało wiel­kiego zna­cze­nia w porów­na­niu z tym, co się wyraź­nie i czy­tel­nie wyra­żało. Nie­ustanne pozo­sta­wa­nie w goto­wo­ści na kamery i dzien­ni­ka­rzy z holo­wia­do­mo­ści stało się dawno jej nawy­kiem.

Wysie­dli z aero­śmi­ga­cza na znisz­czo­nym przy­stanku, na któ­rym cze­kał na nich tłum. Mon uśmiech­nęła się (ani nazbyt wesoło, ani nazbyt smutno) i ruszyła naprzód, żeby ści­skać ręce miesz­kań­ców, wysłu­chi­wać ich histo­rii i nie szczę­dzić im słów pocie­sze­nia. Wyko­rzy­sty­wała też każdą oka­zję, żeby powie­dzieć dro­idowi repor­te­rowi, który za nią leciał, o potrze­bie dzia­łań pomo­co­wych na skalę całej galak­tyki. Udało jej się powstrzy­mać śmiech, kiedy zażar­to­wał inspek­tor bez­pie­czeń­stwa o szczu­rzym obli­czu – chyba ni­gdy nie sły­szała rów­nie czar­nego humoru. Zdo­łała też powie­dzieć coś, co, jak miała nadzieję, nie zabrzmiało zbyt banal­nie, do kobiety bła­ga­ją­cej o pomoc w odna­le­zie­niu dziecka.

Wobec tra­ge­dii, do któ­rej tu doszło, pyta­nia dro­ida wyda­wały się wręcz farsą.

– Mam pyta­nie o Dele­ga­cję Dwóch Tysięcy – zaskrze­czał, kiedy ich grupa weszła do pustej sko­rupy dra­pa­cza chmur. – Sena­tor Mothmo, była pani jedną z orga­ni­za­to­rek i głów­nych ini­cja­to­rek Dele­ga­cji. Pod koniec wojny pod­pi­sała pani pety­cję…

„To nie jest pyta­nie” – zgrzyt­nęła w myśli Mon, nie patrząc na dro­ida.

– …pety­cję, która wzy­wała kanc­le­rza do natych­mia­sto­wego zre­zy­gno­wa­nia z upraw­nień nad­zwy­czaj­nych i pod­ję­cia roz­mów poko­jo­wych z sepa­ra­ty­stami. Jak dzi­siaj uza­sadni pani to, że pod­wa­żała pani upraw­nie­nia dowódz­twa woj­sko­wego i doma­gała się ustępstw na rzecz zbrod­nia­rzy wojen­nych w przed­dzień naszego naj­więk­szego zwy­cię­stwa?

Droid był świeżo zapro­gra­mo­wa­nym pra­cow­ni­kiem nowego ser­wisu infor­ma­cyj­nego Impe­rium. Mon spo­dzie­wała się takiego ataku, ale i tak wydał jej się absur­dalny. Zdą­żyła się przy­zwy­czaić do tego, że uka­zy­wano ją jako tchó­rza i zdraj­czy­nię – za to, że pró­bo­wała prze­ciw­dzia­łać przej­mo­wa­niu coraz więk­szej wła­dzy przez kanc­le­rza – i miała na podo­rę­dziu prze­ćwi­czone odpo­wie­dzi.

– Gdyby kanc­lerz w pełni infor­mo­wał Senat o reali­zo­wa­nej przez sie­bie stra­te­gii woj­sko­wej, Dele­ga­cja pode­szłaby do tej sprawy ina­czej. Tak jed­nak nie było, a ja mia­łam obo­wią­zek sto­so­wa­nia się do ślu­bo­wa­nia zło­żo­nego Repu­blice. Dziś z równą gor­li­wo­ścią sto­suję się do przy­sięgi zło­żo­nej Impe­rium. Naprawdę nie potrzeba nam spie­ra­nia się w nie­skoń­czo­ność o prze­szłość – zamiast tego powin­ni­śmy się sku­pić na odbu­do­wie.

Oświad­cze­nie to nie przy­spo­rzy jej zwo­len­ni­ków, ale też żad­nych jej nie pozbawi. W galak­tyce jej popar­cie kształ­to­wało się na niskim pozio­mie, z ten­den­cją spad­kową. Na Chan­drili, tam, gdzie liczyło się to naj­bar­dziej, było prze­ciętne, a od kolej­nych wybo­rów dzie­liło ją jesz­cze kilka lat. Dys­po­no­wała więc dużą swo­bodą i wła­śnie tego potrze­bo­wała.

– Czy to prawda, że roz­wa­żała pani zło­że­nie man­datu?

– Nie – odpo­wie­działa.

– Podobno roz­ma­wiano z panią o przy­ję­ciu sta­no­wi­ska prze­wod­ni­czą­cej Izby Repre­zen­tan­tów Chan­drili…

– Nie.

„To nie­prawda, a gdyby mi je zapro­po­no­wano, nie chcia­ła­bym go przy­jąć”. Znaj­do­wała się pod dużą pre­sją, ale ni­gdy się nie pod­da­wała, kiedy wszystko sprzy­się­gało się prze­ciwko niej. Nie zamie­rzała sku­piać się na lokal­nej poli­tyce plane-tar­nej.

Droid jed­nak nie skoń­czył.

– A co do tego ślu­bo­wa­nia… Została pani aresz­to­wana pod zarzu­tem nie­lo­jal­no­ści wkrótce po tym, jak kanc­lerz Pal­pa­tine stał się Impe­ra­to­rem. Jak opi­nia publiczna ma uwie­rzyć, że pani odda­nie Impe­rium jest szczere?

Tego zarzutu rów­nież mogła się spo­dzie­wać i powinna swo­bod­nie go ode­przeć, wygło­sić obłudne oświad­cze­nie, że Impe­rium to kolejny etap ewo­lu­cji Repu­bliki, pod­kre­ślić, że Impe­ra­tor repre­zen­tuje jej naj­wznio­ślej­sze ide­ały, więc jak lojal­ność samej Mon mogłaby się w tej sytu­acji zmie­nić? Mogłaby przy­cze­pić się do słowa „aresz­to­wana”, wyka­zu­jąc, że ofi­cjal­nie cho­dziło o „zatrzy­ma­nie”, zarzą­dzone przez urzęd­nika śred­niego stop­nia, i że nie przed­sta­wiono jej żad­nych zarzu­tów, jed­nak słowa ugrzę­zły jej w gar­dle. Samo ciało się prze­ciwko temu zbun­to­wało, zupeł­nie jakby Mon znów zna­la­zła się w tej maleń­kiej celi, i choć na jej twa­rzy zastygł uśmiech, nie zdo­łała stłu­mić ukłu­cia irra­cjo­nal­nej paniki.

– Moje odda­nie jest nie­zmien­nie takie samo – rze­kła ostrym, zbyt ostrym tonem.

– Zwa­żyw­szy na pani sym­pa­tię dla sprawy sepa­ra­ty­stów, czego może się spo­dzie­wać opi­nia publiczna, skoro repre­zen­tanci pla­net sepa­ra­ty­stycz­nych mają wejść do Senatu Impe­rial­nego? Wielu oby­wa­teli Coru­scant żywi słuszne obawy przed prze­ka­zy­wa­niem wła­dzy w ręce agen­tów wroga, który zale­d­wie kilka tygo­dni temu nisz­czył tę pla­netę…

Czy na­dal się uśmie­chała? Twarz jej stę­żała, a słowa dro­ida docie­rały do jej uszu jak przez mgłę. Otwo­rzyła usta, żeby coś powie­dzieć – cokol­wiek, na pewno zaraz coś wymy­śli – gdy ode­zwał się ktoś inny.

– Sądzę, że w tych oko­licz­no­ściach to nie­sto­sowne pyta­nie. Ofiary bitwy o Coru­scant zasłu­gują na to, byśmy się tutaj sku­pili wyłącz­nie na nich. O poli­tyce możemy poroz­ma­wiać po powro­cie do Senatu.

Mówią­cemu udało się odwró­cić uwagę dro­ida i w Mon wez­brał gniew zmie­szany ze wsty­dem i ogromną ulgą. Została ura­to­wana – stał się cud. Ale to, że potrze­bo­wała tego ratunku – co za upo­ko­rze­nie…

Jej wybawca, który wymie­niał wła­śnie uprzej­mo­ści z dro­idem i jed­no­cze­śnie zręcz­nie pro­wa­dził go do grupy inży­nie­rów, nazy­wał się Lud Mar­roi i w Sena­cie od lat repre­zen­to­wał układ Cer­be­ron. Był ciem­no­wło­sym męż­czy­zną o sze­ro­kiej twa­rzy i szla­chet­nej pre­zen­cji, który spra­wiał wra­że­nie dostoj­nego, star­szego męża stanu – choć miał dwa lata mniej niż Mon. Patrząc teraz na niego, z roz­my­słem roz­luź­niła ramiona i pró­bo­wała ochło­nąć. Po chwili pode­szła do niej robot­nica budow­lana, więc uśmiech­nęła się znów z powagą, odwra­ca­jąc się do kobiety – i spy­cha­jąc na dno pamięci wspo­mnie­nie o aresz­to­wa­niu, celi przy­po­mi­na­ją­cej trumnę i tor­tu­rach, żeby sku­pić się na cudzych pro­ble­mach.

///

Jak zwy­kle ich roz­mowa roz­po­częła się od sportu. Bo to wła­śnie dzięki niemu zaprzy­jaź­nili się ponad dzie­sięć lat wcze­śniej – nego­cjo­wa­nie zmiany sta­wek cel­nych wyczer­pało ich do gra­nic i wymknęli się z Senatu do baru sma­sh­bal­lo­wego. Oglą­dali przez wiele godzin holo­tran­smi­sje z meczów mało zna­nych dru­żyn z Obszaru Eks­pan­sji w Tur­nieju Pier­ście­nio­wym. Sączyli wino, potem prze­szli na brandy i nauczyli się śmiać z sie­bie nawza­jem.

Do tam­tego dnia Mon nie zno­siła Luda Mar­roia. Otwar­cie gar­dziła jego afek­to­wa­nym, mora­li­zu­ją­cym spo­so­bem wysła­wia­nia się i jego hipo­kry­tycz­nym pro­tek­cjo­ni­zmem (wszystko dla jego pla­nety, nic dla reszty Repu­bliki). Naj­bar­dziej zaś iry­tu­jąca była jego goto­wość wdzię­cze­nia się do wybor­ców o poglą­dach w naj­lep­szym razie izo­la­cjo­ni­stycz­nych, a w naj­gor­szym kse­no­fo­bicz­nych. Jed­nak stop­niowo zaczęła darzyć go sym­pa­tią. Z cza­sem oka­zało się, iż cie­szy się na myśl o tym, że będzie z nim współ­pra­co­wać w komi­sjach i że będzie mogła z nim poroz­ma­wiać o sma­sh­ballu i cera­mice. Z pew­nym opo­rem uświa­do­miła sobie, że stali się przy­ja­ciółmi.

Kie­dyś zapy­tała go o wsteczne ele­menty jego poli­tyki. Spo­waż­niał natych­miast i rzekł:

– Pla­nety w ukła­dzie Cer­be­ron orbi­tują wokół czar­nej dziury, która pew­nego dnia nas pożre. Ile­kroć moi wyborcy patrzą w niebo, przy­po­mina im się śmier­tel­ność naszej cywi­li­za­cji. Lubię być sena­to­rem. Lubię mówić, lubię znaj­do­wać się w cen­trum uwagi, tak jak ty. Ale trak­tuję mój naród poważ­nie i nie winię ich za gniew czy despe­ra­cję. Repre­zen­tuję ich – a oni zasłu­gują na to, by usły­szano ich głos.

Nie prze­ko­nało to Mon, ale jed­nak zaczęła dostrze­gać drugi filar ich przy­jaźni: w Sena­cie peł­nym osób mia­no­wa­nych przez przy­wód­ców swo­ich pla­net, takich, które odzie­dzi­czyły funk­cję, bo uro­dziły się w takiej, a nie innej rodzi­nie albo takich, które prze­szły wszel­kie moż­liwe próby w karie­rze poza demo­kra­tycz­nymi wybo­rami, Mon i Lud rozu­mieli, co ozna­czało pro­wa­dze­nie kam­pa­nii wybor­czej, zawie­ra­nie kom­pro­mi­sów, cze­ka­nie na decy­zję oby­wa­teli. Rozu­mieli, w czyim imie­niu prze­ma­wiali, i czuli cię­żar tej odpo­wie­dzial­no­ści.

Wizja lokalna znisz­czo­nego obszaru wresz­cie się zakoń­czyła. Wymknęli się pra­sie i asy­sten­tom i schro­nili się w restau­ra­cji obsłu­gi­wa­nej przez dro­idy na pozio­mie 4643, gdzie nikt raczej nie mógł ich roz­po­znać, a gdyby nawet, to nikogo by ich obec­ność nie obe­szła.

– Nie nadą­żam za tym wszyst­kim – powie­działa Mon, kiedy zja­dła już tro­chę jajek orop­taka ze sko­rup­kami. Ich gorycz rów­no­wa­żyła słodki smak płyn­nych żół­tek. – Codzien­nie wielki wezyr wydaje kolejny edykt, powo­łu­jąc się na Impe­ra­tora, codzien­nie nomi­nuje się nowych sędziów, powstał zupeł­nie nowy plan doty­czący tych guber­na­to­rów sek­to­rów… Roz­myśl­nie przy­sy­pują nas całą lawiną zmian.

– Prze­ce­niasz ich. – Lud mach­nął prze­cząco kieł­ba­ską, a potem odgryzł jej koniec. – Są jak nasto­latki, które nagle zostały na parę dni same w domu. Wymy­ślają zasady w biegu. Kiedy doro­śli się za nich wezmą, wszystko się uspo­koi i połowa tych edyk­tów wylą­duje w… – Zmarsz­czył czoło i jego krza­cza­ste brwi zbie­gły się w trój­kąt. Kiedy tak robił, wyglą­dał uro­czo, choć Mon wolała mu tego nie mówić. – Prawo doty­czące doku­men­ta­cji jest tak absur­dal­nie archa­iczne, że nie da się go egze­kwo­wać.

– Na Chan­drili przy­by­sze z innych pla­net są w zasa­dzie intru­zami, jeśli wejdą na teren publiczny bez wizy. – Unio­sła rękę na znak, że zamie­rza mówić dalej, i znów wło­żyła sobie do ust tro­chę sko­ru­pek. – Nie powiesz mi, że ci to nie prze­szka­dza. Zapo­mnijmy o tym całym Impe­rium Galak­tycz­nym. Zmiana nazwy to tylko sym­bol – przed­sta­wie­nie. Jest absur­dalna i skan­da­liczna, a bez prze­pi­sów, które to uza­sad­nią, nie ma żad­nej mocy praw­nej. Ale te sta­ra­nia, to zastra­sza­nie sena­to­rów i zagar­nia­nie wła­dzy dla orga­nów wyko­naw­czych… Nawet ty, Lud, prze­cież widzisz…

– Tak, tak, nawet ja! Dzię­kuję. – Pokrę­cił głową. – Sły­szę, co mówisz, Mon, naprawdę. Z two­jego punktu widze­nia – i z mojego też – patrzymy na biu­ro­kra­cję, która wyko­rzy­stuje zwy­cię­stwo, żeby zarzu­cić sieć na każdy poziom wła­dzy. Ale czy była­byś w poło­wie tak obu­rzona, gdy­byś się zga­dzała z poli­tyką Pal­pa­tine’a?

– Którą? Klep­to­kra­tyczną poli­tyką gospo­dar­czą czy popu­li­stycz­nym sia­niem stra­chu?

Lud chrząk­nął. Rzadko tak otwar­cie go pod­pusz­czała, ale dziś miała taki wła­śnie nastrój.

– W takim razie na chwilę zapo­mnij o pracy – powie­dział. – Zapo­mnij o swo­jej obse­sji na temat funk­cjo­no­wa­nia wła­dzy i spę­dzaj dni z ludźmi, któ­rzy jej nie podzie­lają. Kiedy jedziesz do biura albo… albo sie­dzisz w restau­ra­cji i jesz coś, co ewi­dent­nie zostało roz­mro­żone chwilę temu… Powiedz mi, czy życie nie wydaje się nor­mal­niej­sze niż od wie­ków? Powiedz mi, czy nie łapiesz teraz odde­chu – bo wresz­cie skoń­czyła się wojna?

Miał rację – cza­sem rze­czy­wi­ście ją miał. Przez trzy lata żyli w egzy­sten­cjal­nym stra­chu. Teraz Pal­pa­tine zasia­dał na tro­nie Impe­ra­tora, galak­tyka się zmie­niała i wszystko zro­biło się takie… zwy­czajne. Poza tymi spra­wami, które takie nie były.

Czy powinna zapro­te­sto­wać? Mogłaby powie­dzieć na przy­kład coś takiego: to, że Pal­pa­tine pra­gnął posze­rzyć swoją wła­dzę, nie wyda­wało się niczym nowym, nie ozna­czało, że nie sta­nowi to ogrom­nego zagro­że­nia. Lud odparłby, że upraw­nie­nia wła­dzy wyko­naw­czej w Repu­blice zawsze się na zmianę powięk­szały i zmniej­szały. Ona zwróci uwagę, że Ustawa o upraw­nie­niach nad­zwy­czaj­nych była aktem bez­pre­ce­den­so­wym. On wskaże, że cie­szyła się dużym popar­ciem i obo­wią­zy­wała przez całą wojnę, a mimo to Senat zupeł­nie dobrze funk­cjo­no­wał. Ona powie, że obec­nie sytu­acja wygląda ina­czej, że w trak­cie wojny walka o wła­dzę sta­nowiła sprawę dru­go­rzędną w porów­na­niu z przy­wró­ce­niem pokoju, ale teraz…

Ale teraz mieli rze­czy­wi­ście pokój. I wszystko spro­wa­dzało się tylko do tego.

– Istot­nie czuję się tak, jak­bym łapała wresz­cie oddech – rze­kła w końcu. – Ale tylko po to, żebym znów mogła rzu­cić się do biegu.

– Wojna zmie­niła nas wszyst­kich – odparł Lud. – I przez to trudno jest komuś zaufać.

W jego tonie nie było nic żar­to­bli­wego.

Przez chwilę jedli w mil­cze­niu, a potem Mon zapy­tała, czy Lud widział naj­now­sze ogło­sze­nie wiel­kiego wezyra. Jej towa­rzysz sub­tel­nie zmie­nił temat, Mon zro­zu­miała nie­wy­po­wie­dzianą suge­stię i porzu­ciła roz­mowę o obec­nej wła­dzy, żeby mogli pody­sku­to­wać o tren­dach w neo­ar­chi­tek­tu­rze neo­hi­sto­ry­zu­ją­cej i innych bzdu­rach, o któ­rych żadne z nich zbyt wiele nie wie­działo. Skoń­czyli jeść, podzie­lili się rachun­kiem i przez chwilę zasta­na­wiali się, czy wziąć jedną tak­sówkę, ale osta­tecz­nie uznali, że nie, lepiej nie – media i tak już raz przy­ła­pały ich dzi­siaj razem. Raz to jesz­cze w porządku, raz to oka­zy­wa­nie bez­stron­no­ści poli­tycz­nej, ale dwa razy to już oznaka braku prze­ko­nań i chęci bra­ta­nia się z wro­gami. Poli­tyka była dziwną grą, oboje jed­nak dobrze znali jej zasady.

Stali pod mar­kizą restau­ra­cji i patrzyli, jak na bul­war spa­dają pierw­sze wiel­kie kro­ple desz­czu, gdy Lud – cicho i nie­mal obo­jęt­nie – rzu­cił:

– Wywiad. Moni­to­rują nas. Wypa­trują oznak braku lojal­no­ści.

Deszcz cuch­nął ole­jem. Kro­ple padały wokół ukła­da­ją­cych się w labi­rynt gma­chów wyso­ko­ściow­ców i plat­form, zasła­nia­ją­cych chmury.

– Moni­to­rują… Jak?

– Po pro­stu moni­to­rują. Coś wię­cej niż obser­wo­wa­nie nagłów­ków, mniej niż cho­dze­nie za każ­dym pra­cow­ni­kiem Senatu czy pod­słu­chi­wa­nie każ­dej roz­mowy. Nie wiem, jak bar­dzo poważ­nie do tego pod­cho­dzą ani jak wie­loma sena­to­rami rze­czy­wi­ście się inte­re­sują, ani co robią ze zbie­ra­nymi infor­ma­cjami. Nie wiem, kto się tym zaj­muje, Impe­rialne Biuro Bez­pie­czeń­stwa czy Wywiad Impe­rialny. Nie wiem nawet, co okre­ślają jako nie­lo­jal­ność. Ale zwa­żyw­szy na twój udział w Dele­ga­cji Dwóch Tysięcy i…

„Aresz­to­wa­nie” – dokoń­czyła w myślach.

Jed­nak on powie­dział tylko:

– …incy­dent po inau­gu­ra­cji rzą­dów Impe­ra­tora… Sądzę, że wylą­do­wa­łaś wysoko na czy­jejś liście.

– To sza­leń­stwo – rze­kła cicho. – Kto ci to powie­dział?

– Zna­jomy w admi­ni­stra­cji. Nie jest z tym bez­po­śred­nio zwią­zany, a gdyby znał szcze­góły, nie powie­działby mi, ale ufam, że ma dobre źró­dła, i nie podam ci jego nazwi­ska. Chcę tylko, żebyś uwa­żała na to, co mówisz i gdzie. Żad­nych żar­tów o dusze­niu Pal­pa­tine’a albo że chcia­ła­byś, aby…

– Co oni sobie wyobra­żają? – rze­kła, marsz­cząc brwi. Lud utrzy­my­wał kon­takty z przy­dat­nymi oso­bami i ni­gdy nie sze­rzył plo­tek. Mon nie miała powodu, by wąt­pić w jego słowa. Jed­nak wszystko to wyda­wało się jej obrzy­dliwe i jed­no­cze­śnie dziwne. – Czy wielki wezyr oba­wia się rewolty w Sena­cie? Kto tam w ogóle wszyst­kim zarzą­dza?

– Nie jestem pewien, czy nawet oni to wie­dzą. Każdy chce zostać sze­fem służb wywia­dow­czych i dla­tego to jest pew­nie nie­prze­my­ślana ini­cja­tywa jakie­goś ambit­nego karie­ro­wi­cza. Naprawdę nie wie­rzę, że coś ci grozi, Mon. Ale też nie chcę, żeby to się zmie­niło.

– Pal­pa­tine chce być dyk­ta­to­rem. Chce być dyk­ta­to­rem, a wszy­scy inni pra­gną dowieść swo­jej lojal­no­ści, na wypa­dek gdyby jego życze­nie miało się speł­nić.

Mon nie mówiła tego wła­ści­wie do Luda, po pro­stu musiała to z sie­bie wyrzu­cić.

– Uspo­koją się – rzekł Lud. – To dzie­ciaki, które nagle zostały same w domu. Po pro­stu prze­cze­kaj to.

Kiedy już szła szybko ulicą, zasła­nia­jąc sobie rękami głowę, jakby mogło ją to uchro­nić przed ulewą, przy­po­mniało jej się, że powinna mu była podzię­ko­wać. Ni­gdy nie wyja­wiła Ludowi, co się stało, kiedy ją aresz­to­wano.

///

Reszta dnia upły­nęła jej na wywia­dach, zdal­nych kon­fe­ren­cjach i wyko­ny­wa­niu „obo­wiąz­ków wobec wybor­ców” – w ramach tej sze­ro­kiej kate­go­rii demo­ra­li­zu­ją­cych zadań Mon prze­glą­dała wnio­ski o pomoc od oby­wa­teli, dar­czyń­ców oraz małych i śred­nich przed­się­biorstw z Chan­drili i pró­bo­wała wyko­rzy­sty­wać ogra­ni­czone wpływy, które jej zostały, by pomóc im w poru­sza­niu się po roz­ra­sta­ją­cej się gwał­tow­nie biu­ro­kra­cji impe­rial­nej. Szef biura Mon gdzieś prze­padł – podej­rze­wała, że szu­kał pra­co­dawcy o lepiej roku­ją­cych per­spek­ty­wach – a jej oso­bi­sta asy­stentka, Zhuna, prze­by­wała na cho­ro­bo­wym, dziel­nie i nie­sku­tecz­nie pró­bu­jąc wyko­ny­wać swoje obo­wiązki za pośred­nic­twem dro­idów i kurie­rów. W związku z tym Mon miała nie­wiele czasu na zasta­na­wia­nie się nad ostrze­że­niem Luda, póki nie wró­ciła wie­czo­rem do miesz­ka­nia.

Na dywa­nie w salo­nie, tam, gdzie prze­cie­kał sufit, wid­niała mokra plama. Sys­tem kon­troli pogody na Coru­scant nie dzia­łał zbyt dobrze od ataku sepa­ra­ty­stów, a jak więk­szość gma­chów tej eku­me­no­po­lis, rów­nież i jej budy­nek nie miał zabez­pie­czeń przed dłu­go­trwa­łymi opa­dami. Wypo­wie­działa gło­śno imię męża, ale Per­rina nie było – może gdzieś pił, a może grał. Cza­sem ją to nie­po­ko­iło, ale w końcu ona i Per­rin mieli pewien układ… Wysłała zle­ce­nie do służb kon­ser­wa­tor­skich budynku i pod­dała się sile przy­cią­ga­nia swo­jego gabi­netu, w któ­rym cze­kały na nią obję­cia fotela kupio­nego u rze­mieśl­nika rasy Nikto. Meble zawsze docho­wy­wały wier­no­ści.

Spoj­rzała w mrok mia­sta, na miliony świa­teł w milio­nach okien, gra­ją­cych rolę duble­rów gwiazd spo­wi­tych w chmury. Zapewne w dowol­nym z tych okien mógł stać agent służb bez­pie­czeń­stwa i obser­wo­wać ją przez makro­skop, który pozwa­lał zaj­rzeć za jej cywilne osłony. Pod wpły­wem nagłego impulsu uśmiech­nęła się sze­roko, zama­chała i zawo­łała:

– A patrz­cie sobie, wy dra­nie, ale i tak ni­gdy nie zoba­czy­cie, jak zbliża się wasz koniec!

Cóż, z pew­no­ścią wyko­ny­wali tylko swoją pracę. Tak jak ona. Ale i tak poczuła się lepiej.

Odblo­ko­wała zabez­pie­cze­nie szu­flady i wyjęła data­pad. Prze­su­nęła wzrok po liście. Wśród naj­now­szych wpi­sów znaj­do­wały się nastę­pu­jące:

Prze­mó­wie­nie wiel­kiego wezyra Ameddy o „praw­dzi­wych oby­wa­te­lach Impe­rium”

Powstrzy­ma­nie dostaw pomocy huma­ni­tar­nej na Cato Neimo­idię

Wymiana kre­dy­tów Repu­bliki na kre­dyty impe­rialne (obec­nie z nie­okre­ślo­nymi „zabez­pie­cze­niami”)

Zmiana nazwy Par­na­ro­sis 3

Naczelny dyrek­tor wydziału spra­wie­dli­wo­ści zwol­niony po ośmiu dniach od mia­no­wa­nia

Wojna się zakoń­czyła. Miesz­kańcy galak­tyki nie umie­rali już codzien­nie milio­nami, nade­szła sta­bi­li­za­cja – i z pew­no­ścią cena, którą przy­szło za to zapła­cić, była dość niska. Bo jakie miało zna­cze­nie, że zruj­no­wa­nym regio­nom Cato Neimo­idii odmó­wiono dostaw wody i leków, gdyż jeden z rywali Pal­pa­tine’a publicz­nie zadrwił z nowych rzą­dów? Jakie miało zna­cze­nie, że pamięć o zmar­łym mistrzu Jedi Par­na­ro­si­sie wyma­zano z galak­tyki, zastę­pu­jąc jego imię rów­nie nie­ży­wym watażką? Czy Mon mogłaby szcze­rze powie­dzieć, że ni­gdy nie gło­so­wała za czymś gor­szym?

A więk­szość tych rze­czy – jak się domy­ślała – nie była nawet sprawką Pal­pa­tine’a. Roz­wi­jali w ten spo­sób skrzy­dła jego prze­klęci zwo­len­nicy, impe­ria­li­styczni żar­liwi wyznawcy i żądni wła­dzy pochlebcy. Kto wie, czego Pal­pa­tine naprawdę chciał – poza lojal­no­ścią i kon­trolą – kiedy spu­ścił ze smy­czy swoje bestie?

Prze­stała prze­wi­jać listę i dopi­sała w doku­men­cie:

Szpie­go­wa­nie wro­gów poli­tycz­nych

Koniec wojny nad­szedł nagle, jak cud, ale cena pokoju nie­ustan­nie rosła. Impe­rium ist­niało od nie­spełna mie­siąca. Jak długo będą musieli za to pła­cić?

Rozdział 4. ŚMIAŁYM SZCZĘŚCIE SPRZYJA

Roz­dział 4

ŚMIA­ŁYM SZCZĘ­ŚCIE SPRZYJA

Z tych oraz pozo­sta­łych przy­czyn żądam wsz­czę­cia grun­tow­nego śledz­twa w spra­wie oko­licz­no­ści doty­czą­cych zama­chu na ówcze­snego naj­wyż­szego kanc­le­rza Pal­pa­tine’a, dyrek­tywy uzna­ją­cej zakon Jedi za wrogi pod­miot, tak­tycz­nych pro­to­ko­łów armii klo­nów doty­czą­cych walki z Jedi będą­cymi człon­kami armii oraz trak­to­wa­nia nie­peł­no­let­nich Jedi, rów­nież będą­cych człon­kami armii, przez nasze siły zbrojne. Śledz­two to powinno być prze­pro­wa­dzone przez nie­za­leżną grupę praw­ni­ków woj­sko­wych i cywil­nych, w prze­ciw­nym razie będzie zmu­szony się tym zająć Senat.

Bail pra­wie nie sły­szał tego, co mówił. Stał na kładce mene­dżera nad halą fabryczną Euri­vos Holo­Dy­na­mics – jed­nego z ostat­nich zakła­dów prze­my­sło­wych wciąż dzia­ła­ją­cych na wyż­szych pozio­mach Coru­scant. Miej­sce to ide­al­nie nada­wało się na prze­mó­wie­nie poświę­cone rewi­ta­li­za­cji prze­my­sło­wej – zapo­wie­dział, że o tym wła­śnie dziś będzie mówić. Nie­wielka publicz­ność poru­szyła się nie­spo­koj­nie pod arku­szami lśnią­cych luster i pry­zma­tów, z któ­rych miały zostać wycięte lase­rami czę­ści holo­pro­jek­to­rów. Nie­któ­rzy z obec­nych byli pra­cow­ni­kami fabryki, któ­rym kazano tu przyjść – głów­nie z ras innych niż ludzka – robot­ni­kami bez przy­na­leż­no­ści poli­tycz­nej. Przy­szli też eks­paci z Alde­ra­ana, któ­rzy chcieli zoba­czyć swo­jego sena­tora, z patrio­ty­zmu lub cie­ka­wo­ści. Część była zaś gor­li­wymi zwo­len­ni­kami Impe­rium, wie­rzą­cymi w Nowy Ład Pal­pa­tine’a, któ­rzy z zapa­łem doku­men­to­wali wszystko, co robili poli­tycy uznani przez nich za prze­ciw­ni­ków obec­nej wła­dzy.

Nie zja­wili się przed­sta­wi­ciele mediów, ale w powie­trzu uno­siło się bez entu­zja­zmu kilka kam­dro­idów.

Taki odbiór jego prze­mó­wie­nia wzbu­dzał w Bailu fru­stra­cję, iry­ta­cję i gorycz – ale nie zaska­ki­wało go to. Mówił dalej, sta­ra­jąc się zacho­wać poważny i prze­ko­nu­jący ton.

– Nie można spo­dzie­wać się bez­błęd­nych dzia­łań w ćmią­cym zamie­sza­niu wojny. Sądzę, że w ostat­nich cha­otycz­nych dniach kon­fliktu nasze wła­dze zde­cy­do­wa­nie sta­nęły na wyso­ko­ści zada­nia. – Kła­mał nie­chęt­nie, ale miał świa­do­mość, że nie może odstą­pić w tych prze­mó­wie­niach od pew­nych zasad. – Ważne jest jed­nak, żeby stało się jasne, co i kiedy nasi przy­wódcy wie­dzieli, i żeby­śmy pamię­tali, że pono­szą oni za to odpo­wie­dzial­ność. Armia wciąż ściga wszyst­kich zbie­głych Jedi, musimy więc uzbroić się w infor­ma­cje, by oce­nić, które dzia­ła­nia są roz­sądne, a które – ekran uno­szący się przed nim pod­po­wie­dział mu słowo „nie­od­po­wied­nie” – bru­talne i okrutne. Poko­na­li­śmy kogoś takiego jak gene­rał Grie­vous. Nie naśla­dujmy więc naszych wro­gów po odnie­sie­niu zwy­cię­stwa.

Zakoń­czył nie­kon­tro­wer­syj­nymi for­muł­kami, przy­po­mi­na­jąc o potrze­bie polep­sze­nia pomocy medycz­nej dla klo­nów-wete­ra­nów, i podzię­ko­wał Euri­vos Holo­Dy­na­mics za zor­ga­ni­zo­wa­nie tego spo­tka­nia. Widzo­wie powoli się roz­cho­dzili. Kie­row­nik hali zaczął zapę­dzać pra­cow­ni­ków na sta­no­wi­ska, jesz­cze zanim Bail zdą­żył dojść do drzwi.

Prze­mó­wie­nie w tym lub podob­nym kształ­cie wygło­sił już kil­ka­na­ście razy od zakoń­cze­nia wojny i intro­ni­za­cji Pal­pa­tine’a. Za pierw­szym razem spo­tkał się ze względ­nym zain­te­re­so­wa­niem czę­ści mediów i opi­nii publicz­nej, zacie­ka­wio­nej pro­wo­ka­cyj­nymi opi­niami Alde­ra­ana o zmie­nia­ją­cej się sytu­acji w galak­tyce. Zauwa­żył nawet w tłu­mie sta­ży­stę z gabi­netu wiel­kiego wezyra. Ale w kolej­nych tygo­dniach reago­wano coraz obo­jęt­niej. Jedi prze­stali być tema­tem inte­re­su­ją­cym opi­nię publiczną i stało się jasne, że Bail był na­dal tym, za co uwa­żano go w ciągu ostat­niej dekady – iry­tu­ją­cym, ale nie­groź­nym bucze­niem w uszach wła­dzy. Dziś prze­ma­wiał publicz­nie po raz pierw­szy od powrotu z Jedhy i żadne z wcze­śniej­szych jego wystą­pień aż tak go nie przy­gnę­biło.

W oto­cze­niu pra­cow­ni­ków ruszył do cze­ka­ją­cego na nich śmi­ga­cza. Ktoś podał mu kom­link i Bail zało­żył słu­chawkę. Gdy usły­szał głos Brehy, natych­miast się roz­luź­nił, stał się bar­dziej świa­domy swo­jego odde­chu, sta­wia­nych kro­ków, całego ciała. Jego żona jak zwy­kle była jego zba­wie­niem.

– I jak poszło? – zapy­tała. – Twój szef biura mówi, że odsze­dłeś od tek­stu.

– Mój szef biura powi­nien poskar­żyć się mnie, zamiast wcią­gać w to cie­bie. Tak, popeł­ni­łem błąd. Ale mówi­łem ci o Jedzie. Pal­pa­tine tak pod­krę­cił nastroje u swo­ich zwo­len­ni­ków, że drę­czą nas tylko za to, że śmiemy opła­ki­wać tych, któ­rych stra­ci­li­śmy.

– Poplecz­nicy Impe­rium wciąż cię pro­wo­kują?

– Dziś nikt nawet nie krzy­czał.

– I poczu­łeś się ura­żony…

– Oczy­wi­ście, że nie. No, może. – Wes­tchnął. – Nie pró­buję naro­bić sobie wro­gów, naprawdę. Nie potrze­buję wię­cej wro­gów. Po pro­stu…

Urwał. Breha odcze­kała chwilę, a potem zapy­tała:

– Po pro­stu co? Twój instynkt każe ci wal­czyć, ale ja chcę, żebyś powie­dział jak! Opo­wiedz mi o stra­te­gii. Albo powiedz, że jesteś pewien i że powin­nam ci zaufać. Jedno albo dru­gie – wszystko mi jedno.

Bail odchrząk­nął. Oczy­wi­ście słusz­nie mu zarzu­cała, że działa zbyt spon­ta­nicz­nie. Do tej pory instynkt dobrze pro­wa­dził go w życiu, ale kiedy pró­bo­wał go ana­li­zo­wać, roz­kła­dać na czyn­niki pierw­sze plan, który spre­pa­ro­wała jego pod­świa­do­mość, odno­sił wra­że­nie, jakby wąt­pił w samego sie­bie. Mimo to spró­bo­wał – dla niej.

– Tak, po czę­ści wynika to z mojego uporu, przy­znaję. – „Ale tylko tobie, nikomu innemu”. – Jed­nak po czę­ści… Nie możemy pozwo­lić, by opi­nia publiczna zapo­mniała o Jedi, a nikt inny o nich nie mówi. Musimy… Ja muszę o nich przy­po­mi­nać. Ale tutaj cho­dzi… – Nie wie­dział, jak zakoń­czy to zda­nie, bo ukła­dał myśli w całość wła­śnie teraz, w locie. – …Cho­dzi o tych, któ­rych nie ma na spo­tka­niach. Pal­pa­tine nasta­wił prze­ciwko Jedi bar­dzo wielu i zro­bił z zakonu orga­ni­za­cję zło­czyń­ców, ale przy­się­gam ci, że nie wszy­scy w to wie­rzą. Bo są ludzie, któ­rzy boją się powie­dzieć coś gło­śno, któ­rzy nie chcą być ogło­szeni przez sąsia­dów sym­pa­ty­kami sepa­ra­ty­stów i któ­rych nie stać na bilet na Jedhę – albo któ­rzy po pro­stu nie chcą się rzu­cać w oczy. I ja muszę prze­mó­wić w ich imie­niu. Mam dostęp do mediów, a służby nic mi nie zro­bią. To mój obo­wią­zek.

Breha mil­czała. Bail ści­szył głos, tak żeby nawet jego pra­cow­nicy nie mogli nic usły­szeć.

– Poza tym wszy­scy znów będą się tym przej­mo­wać, kiedy prawda wyj­dzie na jaw, kiedy poja­wią się kon­krety, które doda­dzą im odwagi. Do tego czasu nie mogę ustą­pić.

– A nie wydaje ci się – rze­kła Breha – że prze­ce­niasz liczbę osób, które mil­czą, bo się boją? Nie wszy­scy kochali Jedi tak jak ty – w opi­nii więk­szo­ści zawsze trzy­mali się na dystans – a Pal­pa­tine cie­szy się wiel­kim popar­ciem.

– Nie. Są tacy, Breho. Naprawdę.

Nie wie­rzyła mu. Wie­dział to i mógł z tym żyć, a w każ­dym razie nie zamie­rzał się sprze­czać. Poże­gnali się, obie­cali sobie, że nie­długo zoba­czą się w domu, i Bail wsiadł do śmi­ga­cza razem ze swo­imi pra­cow­ni­kami. Pole­cieli na kolejne spo­tka­nie, mityng, zbiórkę czy co tam było w kalen­da­rzu. W dro­dze myślał o tym, do jakiego stop­nia nic mu nie gro­ziło, skąd wie­dział, że służby Pal­pa­tine’a się za niego nie zabiorą – jesz­cze nie teraz.

Już raz go aresz­to­wano, razem z Mon Mothmą i kil­ku­na­stoma innymi sena­to­rami, wkrótce po pro­kla­ma­cji Impe­rium. Więk­szość z zatrzy­ma­nych nosiła znane nazwi­ska i pod­pi­sała Pety­cję 2000 – jesz­cze przed likwi­da­cją Repu­bliki Dele­ga­cja pod­jęła w ten spo­sób próbę ode­bra­nia Pal­pa­tine’owi upraw­nień nad­zwy­czaj­nych i zostało to uznane za zdradę. Funk­cjo­na­riu­sze służby bez­pie­czeń­stwa zamknęli Baila w wygod­nej celi, dali mu dostęp do kana­łów infor­ma­cyj­nych, data­pa­dów i więk­szo­ści tego, o co popro­sił. Żeby odzy­skać wol­ność, musiał tylko zło­żyć przy­sięgę lojal­no­ści wobec nowego reżimu – potrak­to­wać całą sprawę jak kwe­stię poli­tyczną, a nie jak potwor­ność, którą była, i zapew­nić wszyst­kich, że prze­ję­cie wła­dzy przez Impe­ra­tora jest w pełni zgodne z pra­wem. Zaak­cep­to­wał to – dla swo­jego dobra, dla dobra swo­jej rodziny, dla dobra galak­tyki – i od tam­tej pory trzy­mał się gra­nic języka poli­tyki. W prze­mó­wie­niach nie uży­wał słów takich jak „tyran” czy „rzeź”, nawet jeśli to, co mówił, je suge­ro­wały.

Impe­ra­tor był potwo­rem. Ale Bail miał pew­ność, że te zatrzy­ma­nia sta­no­wiły blef, próbę zastra­sze­nia Senatu, zmu­sze­nia go do posłu­szeń­stwa, ponie­waż Pal­pa­tine na­dal go potrze­bo­wał i nie oba­wiał się sena­to­rów, w odróż­nie­niu od Jedi. Pal­pa­tine nie będzie chciał roz­pra­wić się z Bailem, póki ten wyraź­nie nie pokaże, że sta­nowi praw­dziwe zagro­że­nie dla jego wła­dzy.

Ozna­czało to, że Impe­ra­tor nie zda­wał sobie sprawy z tego, że Bail znał prawdę, choć sena­tor dosko­nale wie­dział, jak tam­ten prze­jął wła­dzę – i przez to sta­no­wił dla niego rze­czy­wi­ste zagro­że­nie.

Był zatem bez­pieczny – na razie. Z każ­dym sło­wem, które w przy­szło­ści wypo­wie, z każ­dym odze­wem opi­nii publicz­nej, który wzbu­dzi, Impe­ra­tor zacznie nabie­rać coraz więk­szych podej­rzeń. Roz­po­częło się odli­cza­nie, a Bail nie miał jak go spo­wol­nić. Mógł tylko przy­śpie­szyć chwilę, w któ­rej zwróci na sie­bie uwagę. A to ozna­czało, że musiał dzia­łać szybko.

Rozdział 5. MISJA ZEMSTY

Roz­dział 5

MISJA ZEMSTY

Soujen prze­bu­dził się, czu­jąc zapach skał i ziemi. Miał wil­gotne, obo­lałe ciało. Leżał na łóżku polo­wym. Ziden­ty­fi­ko­wał miej­sce, w któ­rym się znaj­do­wał – cela, dla pustel­nika lub więź­nia – i otwo­rzył oczy z nie­śpiesz­nym zain­te­re­so­wa­niem. Czą­steczki kurzu wiro­wały w sła­bym świe­tle pada­ją­cym z góry, zama­zu­jąc detale wnęki, w któ­rej się znaj­do­wał, wycię­tej lase­rem w natu­ral­nej jaskini. Otwór w skale – wyj­ście? – pro­wa­dził na kory­tarz. Drzwi nie było, a Soujen nie został skrę­po­wany.

Jeśli trzy­mano go tu jako więź­nia, to jego łań­cu­chy były nie­wi­dzialne.

Przy­po­mniał sobie star­cie na pirac­kim statku, spo­tka­nie z męż­czy­zną o imie­niu Saw i swoje nie­dbal­stwo, kiedy dał się pora­zić ładun­kiem jono­wym. Stłu­mił poczu­cie upo­ko­rze­nia i uru­cho­mił dia­gno­stykę implan­tów. Wzro­kiem skon­tro­lo­wał spek­tra, poczuł ze sztuczną pre­cy­zją na języku smak kurzu i bak­te­rii. Na jego siat­kówce poja­wiły się powia­do­mie­nia – jego uzbro­je­nie i ampli­fi­ka­cje mię­śniowe prze­słały potwier­dze­nie, że są w pełni sprawne. Jego źró­dło zasi­la­nia – ogniwo z dia­tium i bara­dium, któ­rego cię­żar czuł w dol­nej czę­ści brzu­cha – nie było uszko­dzone. I pew­nie wystar­czy mu jesz­cze na kil­ka­na­ście lat, choć ani Soujen, ani jego twórcy ni­gdy nie sądzili, że pożyje tak długo.

Upew­nił się, że mecha­nizm uru­cha­mia­jący pro­ces samo­znisz­cze­nia rów­nież był nie­tknięty, i nagle ude­rzyła go nor­mal­ność tej całej sytu­acji. Rze­czy­wi­ście dobrze się przy­sto­so­wał do implan­tów. Pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, jak nie­zręcz­nie się czuł po pierw­szej ope­ra­cji, ale te wspo­mnie­nia były zbyt mgli­ste. Przy­po­mi­nały dziury w jego bazie danych – pustkę, którą się trąca myślą, jak spraw­dza się języ­kiem bra­ku­jący ząb, ale zupeł­nie nie­szko­dliwą. Jego twórcy ukryli przed nim opro­gra­mo­wa­nie i nie dali mu dostępu do pew­nych pli­ków, ale jaki żoł­nierz znał wszyst­kie zamiary dowód­ców?

Wstał i ponow­nie doko­nał inspek­cji pomiesz­cze­nia, w któ­rym się znaj­do­wał, na wpół spo­dzie­wa­jąc się, że zauważy kamerę lub lase­rowy pro­mień-pułapkę. Niczego nie zna­lazł, więc wyszedł z celi. Nie widział powodu, by nie zmie­rzyć się od razu z tym, co zapla­no­wali jego pory­wa­cze.

Zba­dał kory­tarz i odcho­dzące od niego tunele, zwra­ca­jąc uwagę na przej­ścia z taśmami oświe­tle­nio­wymi i te, które wyglą­dały na nie­uży­wane. Może powi­nien zna­leźć i unie­ru­cho­mić gene­ra­tor, żeby móc sko­rzy­stać z ciem­no­ści, która zapa­nuje wów­czas w tej bazie, ale nie gro­ziło mu bez­po­śred­nie nie­bez­pie­czeń­stwo, więc posta­no­wił, że na razie poprze­sta­nie na reko­ne­san­sie. Soujen dys­po­no­wał dużymi pokła­dami agre­sji – jego funk­cja tego wyma­gała – ale nie odzna­czał się okru­cień­stwem ani żądzą krwi. Poza tym zde­cy­do­wa­nie nie był bez­bronny.

W końcu usły­szał głosy i poszedł w ich stronę do natu­ral­nej jaskini, w któ­rej zwi­sały ze stropu spi­ralne sta­lak­tyty z pla­mami kal­cytu i jade­itu. Sznu­rowa dra­binka przy­mo­co­wana do szczytu urwi­ska pro­wa­dziła do pry­mi­tyw­nej sto­łówki, gdzie na kamie­niach lub skrzy­niach sie­działo kil­ka­na­ście osób. Więk­szość z nich jadła racje żyw­no­ściowe, a kil­koro roz­ma­wiało. Sie­dział wśród nich Saw. Nie wyglą­dało na to, jakby zaj­mo­wał jakieś szcze­gól­nie ważne miej­sce.

Jak Saw, tak i więk­szość tych osób nale­żała do rasy ludz­kiej lub podob­nej. Brudni, pokryci bli­znami, zbu­do­wani jak żoł­nie­rze, mieli przy sobie bla­stery, w kabu­rach albo odło­żone obok. Młoda kobieta prze­pa­sała sobie tułów pasem z nożami, tak jak robili to najem­nicy z sek­tora Prim­tara. Inna miała masywną broń, chyba działko sto­so­wane do tłu­mie­nia zamie­szek w Sek­to­rze Wspól­nym.

– Powie­dzia­łeś, że się ode­gramy – mówiła kobieta z nożami, patrząc na Sawa. – Rabo­wa­nie kon­wo­jów zaopa­trze­nio­wych to nie jest odgry­wa­nie się. Ukła­da­nie kabli w jaski­niach to nie jest odgry­wa­nie się!

– No to powiedz mi – powie­dział Saw – co byś zro­biła na moim miej­scu?

Kobieta wzru­szyła ramio­nami.

– Roz­wa­li­ła­bym jakiś poste­ru­nek. Postrze­la­ła­bym do klo­nów.

– Klony są jak dro­idy bojowe. Nie są wro­gami. Sta­no­wią broń wroga, a wróg może zawsze wypro­du­ko­wać ich wię­cej. – Saw prze­cze­sał włosy dło­nią w ręka­wicy, jakby w zasta­no­wie­niu. Dziwny, bo nie­spon­ta­niczny gest, który Souje­nowi wydał się wręcz wyra­cho­wany. – Na razie możemy tylko posta­rać się, by nie opła­cało im się nas ści­gać.

– „Na razie” – powtó­rzyła kobieta z dział­kiem. Star­sza niż nożow­niczka, miała rude włosy i meta­lowe zęby, które zalśniły w przy­ćmio­nym świe­tle. – A jak zamie­rzasz posze­rzyć nasze dzia­ła­nia?

– A ty w kółko to samo, Karama! – Mał­po­kształtny męż­czy­zna o wydłu­żo­nym pysku i futrze w kolo­rze ciem­nego blondu par­sk­nął ury­wa­nym śmie­chem. – Uzgod­ni­li­śmy, że będziemy go słu­chać.

– Ale ja nie zgo­dzi­łam się nie zada­wać pytań – odpa­ro­wała Karama.

Soujen przy­cup­nął w cie­niu nad urwi­skiem i zasta­no­wił się nad tym, co widział i sły­szał. Grupa Sawa miała kiep­skie wypo­sa­że­nie i nie posia­dała umun­du­ro­wa­nia. Podej­rzane typy, zde­cy­do­wa­nie, ale czy byli najem­ni­kami? Prze­stęp­cami? Nie zwra­cali się z sza­cun­kiem do tego, kto tu dowo­dził, czyli hie­rar­chia nie­zbyt się dla nich liczyła. A jed­nak mówili jak wyznawcy ide­olo­gii, pod­dani indok­try­na­cji zwo­len­nicy sprawy, z którą jesz­cze nie do końca się pogo­dzili. W ich nie­pew­nej żar­li­wo­ści Soujen wyczu­wał jakby coś zna­jo­mego – sko­ja­rzyło mu się nagle z jego star­szym bra­tem, od dawna nie­ży­ją­cym – przez alko­hol i wście­kłość, dla któ­rej nie zna­lazł ujścia.

Ale teraz Soujen potrze­bo­wał uży­tecz­nych infor­ma­cji o tym, gdzie się znaj­do­wał i jak mógł to miej­sce opu­ścić. Cze­kały go misja i cel, nad któ­rymi nie miał czasu się zasta­no­wić, odkąd się prze­bu­dził. Nawet powód, dla któ­rego zacho­wano go przy życiu, był dla niego zde­cy­do­wa­nie mniej istotny.

– Pyta­nia mi nie prze­szka­dzają. – Saw mówił tonem neu­tral­nym, choć nie przy­ja­znym. – Karama zde­cy­do­wa­nie zasłu­żyła sobie na prawo do ich zada­wa­nia. Zna­leź­li­śmy ją w obo­zie jeniec­kim sepa­ra­ty­stów po tym, jak zde­zer­te­ro­wała z Repu­bliki. Spła­ciła dług już dawno temu. Vor­go­rath – wska­zał na mał­po­kształt­nego bojow­nika – ma tyle medali i odzna­czeń, że mógłby zawsty­dzić nas wszyst­kich, ale zna­czą one tak nie­wiele, jak twoje zbrod­nie. – Spoj­rzał, uno­sząc brwi, na dziew­czynę z nożami. – I jest też Hress – dodał. Prze­niósł wzrok z dziew­czyny na Soujena. – Chce odpo­wie­dzi, ale zamiast się grzecz­nie przed­sta­wić, szpie­guje nas. To agent sepa­ra­ty­stów, wyzbyty nawet śla­dów sumie­nia. To on stoi za zama­chami na Duro i Nacro­ni­sie, za wybu­chem w kosza­rach rekru­tów na Cari­dzie… A jed­nak nakar­mię go i przy­odzieję, a nawet odpo­wiem na jego pyta­nia, jeśli okaże się uży­teczny.

Teraz patrzyli na niego wszy­scy. Lista zarzu­tów Sawa była nie­praw­dziwa – Soujen pod­ło­żył kil­ka­na­ście bomb, które zabiły we śnie wal­czą­cych po stro­nie Repu­bliki, ale ani jed­nej na Cari­dzie. Nie czuł jed­nak potrzeby spro­sto­wa­nia tego oskar­że­nia. Mógłby rzu­cić się do ucieczki, ale nic by na tym nie zyskał. Dla­tego zsu­nął się po dra­bince i pod­szedł do bojow­ni­ków.

Saw nie ruszył się z miej­sca. Jego towa­rzy­sze też nie wstali, choć kil­koro poło­żyło ręce na broni.

– Hress. – Saw wypo­wie­dział imię podane mu przez Soujena z wykrzy­wio­nymi w gry­ma­sie ustami. – Powi­nie­neś poznać Nan­kry. To ta tutaj. Była w par­ty­zantce na fron­cie w ukła­dzie Peri­thal… Zero wspar­cia, zero koor­dy­na­cji z innymi, ale i tak udało jej się pode­rżnąć gar­dło sepa­ra­ty­stycz­nego guber­na­tora jej kolo­nii. Pro­wa­dziła coś w rodzaju jed­no­oso­bo­wej wojny.

Soujen obrzu­cił wzro­kiem Nan­kry, która prze­su­wała wła­śnie dłoń po pasie z nożami. Była żyla­sta i ner­wowa. Podej­rze­wał, że rów­nież szybka – ale nie­dbała.

– Jeśli zamie­rzasz wypró­bo­wać jej umie­jęt­no­ści – rzekł – znajdź kogoś innego.

„Nie jestem twoim poka­zo­wym zwie­rza­kiem i nie dam się spro­wo­ko­wać”.

Saw zmru­żył oczy. Soujen wszedł mię­dzy jego pod­wład­nych i się­gnął po rację żyw­no­ściową. Po jego lewej stro­nie zgrzyt­nął o skałę metal – ktoś pod­niósł bla­ster.

Saw par­sk­nął suchym śmie­chem.

– Jedz – powie­dział. – Mia­łeś długą podróż.

Soujen roze­rwał opa­ko­wa­nie. Zasy­czało i opa­ko­wa­nie zaczęło się wzdy­mać. W środku powięk­szało się coś pach­ną­cego droż­dżami i syn­te­tycz­nym mię­sem. Pod­niósł rację do ust i zaczął prze­ły­kać gorzką maź.

Saw znów się ode­zwał.

– Czy twoi pano­wie kie­dy­kol­wiek o mnie wspo­mi­nali? O Sawie Ger­re­rze z Onde­rona?

Soujen nie odpo­wie­dział i Saw uznał chyba, że odpo­wiedź brzmiała „Nie”.

– Moja pla­neta usi­ło­wała nie opo­wia­dać się po żad­nej stro­nie wojny – cią­gnął – ale sepa­ra­ty­ści wyre­ży­se­ro­wali zamach stanu pod pozo­rem „uza­sad­nio­nych dzia­łań poli­tycz­nych”. Żeby odzy­skać wol­ność, pod­ję­li­śmy współ­pracę z Repu­bliką.

Nan­kry odchrząk­nęła i odsu­nęła się. Soujen pochło­nął połowę racji i z tru­dem zwol­nił tempo jedze­nia. Nie zda­wał sobie sprawy, jak bar­dzo był głodny. Przy­pusz­czał, że implanty stłu­miły jego poczu­cie głodu, ale w końcu był zwie­rzę­ciem, istotą z krwi i kości, a odkąd obu­dził się w komo­rze, nie miał oka­zji niczego jeść ani pić.

Saw mówił dalej, a jego ton wzno­sił się i opa­dał w nie­mal żar­to­bliwy spo­sób – tak mówił czło­wiek zbyt świa­domy sie­bie, by silić się na wznio­słość. Soujen zmu­sił się do więk­szego sku­pie­nia, na wypa­dek gdyby usły­szał coś, co mogłoby mu się przy­dać.

– Układ był dobry – powie­dział Saw – i Repu­blika dała nam wspar­cie, któ­rego potrze­bo­wa­li­śmy. Nie to, czego pra­gnę­li­śmy – sami nie chcieli sobie bru­dzić rąk – ale szko­lili nas i zbro­ili, więc oba­li­li­śmy mario­net­kowy rząd sepa­ra­ty­stów i wal­czy­li­śmy dalej. Sęk w tym, że Onde­ron ni­gdy nie zawarł umowy z żad­nym Impe­rium. A kiedy się już widziało, jak ktoś uzur­puje sobie wła­dzę, jak ktoś narzuca nam tyrana, który prze­śla­duje wszyst­kich swo­ich poten­cjal­nych wro­gów, łatwo roz­po­znać oznaki tego samego. Pal­pa­tine niczym się nie różni od króla Rasha, któ­rego sepa­ra­ty­ści posa­dzili nam na tro­nie.

Soujen obli­zał zęby i prze­łknął mazio­watą rację.

– Przy­zwy­cza­ili­ście się do walki, więc zwró­ci­li­ście się prze­ciwko swoim nowym panom, kiedy tylko dosta­li­ście pre­tekst.

Nie była to wyra­cho­wana pro­wo­ka­cja z jego strony – oce­nił sytu­ację chłodno, bez ogró­dek. Wie­dział już, z kim miał do czy­nie­nia. Ale Saw umilkł i Soujen poczuł zmianę nastroju w gru­pie – pod­władni Sawa już pra­wie się roz­luź­nili, ale teraz znów spięli się jak do star­cia.

– Myśl sobie, co chcesz – odparł w końcu Saw. – Ja powiem ci tyle: nowy Impe­ra­tor Repu­bliki już zwró­cił wzrok na Onde­ron. Zamie­rza nas roz­broić, spi­sać i kon­tro­lo­wać, uczy­nić z nas posłuszne try­biki w swo­jej wiel­kiej maszy­nie. Zamor­do­wał Jedi, któ­rzy ośmie­lili się nam pomóc. W zamian domaga się naszej wier­no­ści i chce uka­rać tych, któ­rzy odmó­wią. Nie­wielu to widzi już teraz, ale w końcu to dostrzegą. Impe­rium strze­liło pierw­sze – to nie my chcie­li­śmy tej wojny. To Impe­rium na nas ruszyło, choć my po pro­stu pró­bo­wa­li­śmy prze­żyć.

Soujen słu­chał już tylko czę­ściowo, bo jakie miały dla niego zna­cze­nie te wymówki zdraj­ców Repu­bliki? I wła­śnie dzięki temu zauwa­żył, że za jego ple­cami coś się dzieje – lekki sze­lest, drże­nie powie­trza… Kiedy go zaata­ko­wano, w pra­wej ręce na­dal trzy­mał opa­ko­wa­nie z racją. Się­gnął do tyłu drugą ręką i zła­pał czyjś nad­gar­stek. Ostrze ześli­zgnęło się po jego przed­ra­mie­niu, płytko prze­ci­na­jąc skórę – nie zro­biło mu nic poważ­nego. Płyn­nie ukląkł i pocią­gnął napast­nika do przodu, prze­rzu­ca­jąc go sobie przez głowę i oba­la­jąc na zie­mię.

Była to Nan­kry – oczy­wi­ście. Miała teraz zwich­nięty, a może i zła­many nad­gar­stek, na­dal jed­nak trzy­mała dwa noże. Dru­giego się nie spo­dzie­wał i ledwo zdą­żył odsko­czyć, kiedy wolną ręką zadała mu cios w udo. Nie puścił jej jed­nak i napi­na­jąc mię­śnie przed­ra­mie­nia, uru­cho­mił para­li­za­tor w lewej dłoni. Kiedy poczuł spazm mię­śni, wbił paznok­cie w skórę Nan­kry. Kobieta wrza­snęła – pora­ził ją prąd prze­pły­wa­jący z jego ciała. Zaśmier­działo przy­pa­lo­nym mię­sem.

Mimo to na­dal się nie pod­da­wała. Pode­rwała się gwał­tow­nie i dziko zamach­nęła nożem. Soujen puścił ją i kop­nął w brzuch. Zato­czyła się na skały. Jej towa­rzy­sze oto­czyli ich – Saw rów­nież wstał, choć usta­wił się dalej – i Soujen posta­no­wił zakoń­czyć walkę. Pod­biegł i uniósł nogę, żeby wgnieść głowę kobiety w zie­mię. Wystar­czyłby jeden silny kop­niak, by zmiaż­dżyć jej czaszkę lub zła­mać kark. Zamie­rzała go zabić – nie miał powodu, by się jej nie odpła­cić tym samym.

Nan­kry była zbyt oszo­ło­miona, by zro­bić unik, a mimo to Soujen nie zdo­łał jej zabić. Jego noga opa­dła ciężko na zie­mię – Vor­go­rath jed­nym szarp­nię­ciem odcią­gnął jego nie­do­szłą ofiarę. Pozo­stali wymie­rzyli w niego broń, nikt jed­nak nie strze­lał – słusz­nie, bo gdyby chy­bili, mogliby tra­fić w sie­bie.

Soujen natych­miast oce­nił zagro­że­nie. Jego instynkt i implanty poin­for­mo­wały go bły­ska­wicz­nie o tym, gdzie się znaj­dują i jaki poziom zagro­że­nia sta­no­wią wszy­scy zbrojni wokół niego. Jak przez mgłę usły­szał okrzyk Sawa:

– Dosyć! Dosyć!

Zbrojni się cof­nęli. Parę osób zajęło się Nan­kry, inni celo­wali do Soujena.

Saw ruszył naprzód. Po dro­dze prze­su­nął na dół lufę kara­binu innego ze swo­ich ludzi.

– Ura­to­wa­łem ci życie – rzekł. – Przy­wio­złem cię tu jako gościa. Nie­ład­nie byś się zacho­wał, gdy­byś teraz mi kogoś zabił.

– Pró­bo­wała mnie zabić, a ty jej na to pozwo­li­łeś – zgrzyt­nął Soujen.

– Musia­łem zoba­czyć, co z cie­bie za typ. – Saw mach­nął ręką. – Poza tym zasłu­żyła sobie na to, żeby ktoś ją usa­dził. Nic ci nie gro­ziło.

Przy­sta­nął trzy metry od niego. Soujen mógłby go zabić, gdyby chciał – tam­ten miał z pew­no­ścią czym się bro­nić, ale nie znał peł­nych moż­li­wo­ści Soujena. Wymknię­cie się jego ban­dzie byłoby pro­ble­ma­tyczne, ale do zro­bie­nia. Jed­nak Soujen na­dal chciał poznać odpo­wie­dzi na kilka pytań.

– Następ­nym razem zgi­niesz – powie­dział.

„Kiedy jesz­cze raz mnie wyko­rzy­stasz. Kiedy jesz­cze raz mnie okła­miesz”.

– Uczci­wie sta­wiasz sprawę. – Uśmiech na twa­rzy Sawa nie się­gał jego oczu. – Może poga­damy na osob­no­ści?

///

Poszli razem kory­ta­rzem. Po nie­dłu­gim cza­sie dotarli do miej­sca, w któ­rym nie było już oświe­tle­nia, i dalej musieli iść w ciem­no­ści. Saw chyba wyczu­wał drogę instynk­tow­nie. Poru­szał się, pra­wie szu­ra­jąc nogami, dzięki czemu omi­jał kamie­nie na spągu i bez trudu poko­ny­wał wąskie przej­ścia. Soujen wyre­gu­lo­wał widzialne dla sie­bie pasmo, prze­twa­rzane przez implanty. Jaski­nia zda­wała się świe­cić szma­rag­do­wym bla­skiem, a Saw lśnił jak boja orien­ta­cyjna.

Kiedy w ciszy i ciem­no­ści prze­mie­rzyli pół kilo­me­tra, Saw wyjął latarkę i przy­świe­ca­jąc nią sobie, ruszył szyb­ciej. Może nie zda­wał sobie sprawy z tego, że mrok Souje­nowi nie prze­szka­dzał. Może chciał mieć pew­ność, że jego nowy zna­jomy nie zdoła sam wró­cić do ich bazy. A może miał innych wro­gów i nie chciał, by ktoś go wyśle­dził.