Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
BY WYPEŁNIĆ OSTATNIĄ WOLĘ QUI-GONA, MISTRZ JEDI MACE WINDU WYRUSZA NA NIEBEZPIECZNĄ, ODLEGŁĄ PLANETĘ
Z MISJĄ, KTÓRA STANOWI WYZWANIE NAWET DLA JEGO WALECZNOŚCI.
Jedi próbują się otrząsnąć po nagłej śmierci Qui-Gona Jinna z rąk Sitha. Odczucia mistrza Jedi Mace’a Windu względem Qui-Gona zawsze były ambiwalentne – a śmierć mężczyzny niczego nie ułatwiła. Choć często się spierali, Mace cenił Qui-Gona za wyjątkową perspektywę,
a wspólne oddanie Mocy czyniło z nich sojuszników. Brak Qui-Gona i jego nieortodoksyjnych poglądów sprawia, że Mace czuje się wytrącony z równowagi.
Gdy mistrz zastanawia się nad dziedzictwem utraconego przyjaciela, ku swojemu zdziwieniu otrzymuje od niego wiadomość, nagraną na wypadek śmierci. Ujawnia ona ostatnią wolę zmarłego: prośbę o pomoc planecie Metagos, znajdującej się na Zewnętrznych Rubieżach.
Przed wieloma laty gwałtowny rozbłysk słoneczny zamienił powierzchnię pustynnego świata w promieniotwórczą zeszkloną czapę – równie piękną, co niebezpieczną. Teraz ocalali mieszkańcy w większości żyją pod ziemią, gdzie zwaśnione klany walczą ze sobą o kontrolę nad ograniczonymi zasobami. Jako młody Jedi, Qui-Gon opowiedział się po stronie klanu Sa’adów przeciwko bardziej bezwzględnym frakcjom. Sa’adowie praktykują sztukę Chan-Dree – śnią na jawie, by komunikować się i współistnieć z dzikimi istotami wokół nich. Qui-Gon poprzysiągł, że powróci, jeśli klan będzie potrzebował jego pomocy, ale teraz spełnienie tej obietnicy przypada w udziale Mace’owi. Przywódczyni Sa’adów, KinShan Nightbird, wystosowała błagalną prośbę, by Jedi pomógł wyzwolić Metagos z rąk przywódców gangów, zagrażających tradycjom jej ludu.
Zdeterminowany, by wypełnić ostatnią wolę Qui-Gona, Mace udaje się na Metagos i infiltruje wrogów Sa’adów. Jednak w miarę jak stopniowo rozpracowuje misterną sieć adwersarzy i sojuszników, czuje, że musi działać na granicach kodeksu Jedi, a jego wierzenia i sama więź z Mocą są poddawane próbie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 421
Dawno, dawno temu w odległej galaktyce….
– Jeszcze raz! Jeszcze raz! – poprosiło dziecko.
– Już późno – odparła Strażniczka Sieci, choć wiedziała, że nie ma w tej kwestii wiele do powiedzenia.
– Proooszę! – zawołali jednogłośnie zgromadzeni.
Usta Strażniczki Sieci wygięły się w udawanym grymasie, a potem kobieta skinęła głową. Ta konkretna historia nigdy jej nie męczyła, a jeśli życie będzie jej sprzyjało, nigdy tak się nie stanie.
– Pewnego razu w Sieci – zaczęła – istniał zraniony świat, kraina krystalicznych cudów. Zamieszkana przez lud balansujący na skraju katastrofy.
Dzieci wymieniały kuksańce i szeptały między sobą w oczekiwaniu. To coś więcej niż dobra opowieść… Ta była najlepsza.
– Ale Tkacze nie ulegali rozpaczy – ciągnęła. – Wiedzieli, że wszelkie istnienie splecione jest ze sobą poprzez Sieć. I że pewnego dnia nadejdzie wojownik, najwaleczniejszy w galaktyce. Związany powinnością, ale i miłością…
ROZDZIAŁ PIERWSZY
NIEZNAJOMY
Metagos
Przybysz z kijem w ręku zjawił się w slumsach Nowego Xaxxis, stolicy planety Metagos. Podziemne groty, w których skrywało się miasto, dawniej zwane były drwiąco Szklaną Czeluścią ze względu na ogromne kryształowe obeliski, pnące się dumnie ku górze jak stalagmity i zwisające ze stropu jak postrzępione, połamane kły. Całe miasto rozlewało się na planie koła, przedzielone drogami i kanałami niczym szprychami. Najbiedniejsza dzielnica, zwana niekiedy Labiryntem Dzieci, tkwiła pośrodku.
Odziany w czerń nieznajomy ludzkiej rasy był wysoki i zwinny. Jego twarz wydawała się niemal tak czarna, jak sięgający kostek płaszcz z banciej skóry. Z każdym krokiem stawianym na ulicach slumsów jego buty stawały się coraz bardziej przepełnione wilgocią, pochodzącą z głębokich, tradycyjnych studni.
Z ziejących na pobliskich niezabudowanych parcelach wulkanicznych kominów termalnych buchała para. Zbijała się w strzępy chmur, przecinane przez osobiste jednostki powietrzne, szybujące ptaki i gady o skórzanych skrzydłach.
Przed nieznajomym pojawili się trzej zbrojni: jeden człowiek i dwaj Zilkowie, ci ostatni przypominający czworonożne pancerne robale.
– Ale trafił się nam brzydal! – zawołał z rechotem człowiek.
On i jeden z Zilków dzierżyli elektropałki. Drugi robal miał przy sobie halabardę z ostrzem naznaczonym smugą zakrzepłej krwi.
– Wszyscy ludzie są brzydcy – rzucił do ludzkiego kompana halabardnik – ale ten mógłby udzielać korków.
Zaśmiali się z tej umiarkowanie mądrej uwagi. Przybysz zdawał się ich ignorować, ale jeśli sądzili, że ich nie zauważył, widać przegapili gniewny błysk w jego oczach, czarny jak lufa blastera.
– Punkt kontrolny, nieznajomy – powiedział pierwszy ze zbrojnych, Zilka z elektropałką. – Obywatel czy obcy?
– Obcy. Rubieżowiec. Dopiero co wylądowałem.
– Uzbrojony? – spytał zakapior.
Przybysz przytaknął i ostrożnie odsunął kciukiem połę czarnego płaszcza, by odsłonić rękojeść blastera w kaburze. Uzbrojeni strażnicy pod groźbą przemocy pozbawili go broni, ale zignorowali jego dwumetrową brązową laskę, wystruganą z jakiegoś pooranego, sękatego drewna.
– Na broń to tu trzeba mieć kwalifikacje – rzekł człowiek, rosły mężczyzna o wielkich łapskach. Łapskach dusiciela.
– Bez broni sobie właź – rzucił drugi, na co trzeci się zaśmiał.
– I tak długo nie pożyje – skomentował któryś, jakby nowo przybyły nie stał tuż przed nimi.
– Witaj w Nowym Xaxxis – zadrwił trzeci.
Nieznajomy rozejrzał się po elewacjach kilku budynków i zauważył obiecujący afisz, reklamujący krzykliwą rozrywkę parę kroków dalej. Mężczyzna przeszedł pół przecznicy, ignorując nagabywania i badawcze spojrzenia, aż odnalazł tabliczkę z napisem „Sterówka Vin-Vina” i zniknął za drzwiami. W przepełnionym stołami wnętrzu panował hałas, ale przy samym barze siedziało niewiele istot. Mężczyzna zajął wolne miejsce.
BARMAN NAZYWAŁ SIĘ Vin-Vin Sunfall. Był gadzim Metagosaninem o równie potężnej, brutalnej muskulaturze, z jakiej słynęli podobni Trandoshanie. Wieczór okazał się pracowity. Bywalcy jedli i pili, słuchali muzyki kwartetu Xaxxis Axis i podziwiali towarzyszące kapeli akrobatki („Niezłe uderzenia! Gorące sztuczki!”). Zauważył jednak nieznajomego, gdy otworzyły się drzwi. Bo Vin-Vinowi nic nie umykało.
Był to jeden z powodów, dla których nadal pozostawał przy życiu, choć reszta jego rodziny nakarmiła Sieć.
Nieznajomy bez słowa wskazał palcem szklankę pienistego, brązowego gorzkiego trunku, którym raczył się górnik rasy Muun, po czym uniósł ten sam palec na znak prośby. Sprawiał wrażenie osoby, która niczego tak nie pragnie, jak spokoju.
Gdy wkroczył do środka, poruszał się, jakby sunął po szynach. Rozglądał się brązowymi oczyma, a jego wzrok wydawał się łagodny, choć skupiony. Nie. Był człowiekiem czynu, szukającym spokoju. Nie. To on był w epicentrum spokoju i zostanie w nim, choćby wokół rozpętała się przemoc. Vin-Vin powiódł palcami po Krwawym Młocie, masywnej broni skrytej pod barem. Miał nadzieję, że nie będzie musiał po nią sięgać, choćby dlatego, że na myśl o uderzeniu nowo przybyłego aż skręcało go w kiszkach.
Vin-Vin nalał trunku, podał go i w zamian przyjął monetę. Normalnie skierowałby wzrok gdzie indziej, ale wtedy do szynku wparowała dwójka drabów, człowiek i jeden z tych wkurzających robali Zilka. Capili niedomytą skórą i pretensjami do świata. Potężne gruczoły piżmowe Zilki ostrzegały, że istota jest nabuzowana adrenaliną – i niebezpieczna. Vin-Vin uznał, że próbują kontynuować rozmowę, która rozpoczęła się na zewnątrz.
– Włazisz tu jak Harch na igiełkach śmierci – zaczął człowiek. – Dla kogo pracujesz?
Brak odpowiedzi. Zilka, wyższy z tej dwójki, pochylił się i z ust do drinka nieznajomego pociekła mu zielonkawa plwocina. Następnie odstąpił z szyderczym uśmieszkiem. Czekał na odpowiedź.
Nic. Muzycy nadal grali na perkusji i trąbkach, a tancerki wiły się zręcznie. Bywalcy nie przerywali rozmów i stukali szkłem, jakby nie wydarzyło się nic wartego uwagi. Gdy obcy nie zareagował, młodszy z drabów dodał:
– Odważny się trafił.
Prychnęli i zaczęli się radośnie poklepywać, wychodząc z baru.
Dziwne. Uważali, że nieznajomy się ich boi? Czy może wyczuli te same oznaki niebezpieczeństwa, które zaniepokoiły Vin-Vina?
Nieznajomy znów spokojnie wskazał trunek palcem i uniósł go po raz drugi, a potem położył monetę na barze.
„Ciekawe” – pomyślał Vin-Vin.
Ciemna twarz o mocnych rysach nie zdradzała żadnych oznak strachu czy złości w odpowiedzi na prowokację. Ba, mężczyzna wcale nie zareagował.
– Co cię tu sssprowadza, nieznajomy? – spytał Vin-Vin z sykiem typowym dla jego gatunku.
– Słyszałem, że można tu znaleźć pracę.
Barman zaczął wycierać szklankę.
– Dla odpowiedniej osssoby się znajdzie. – Zaśmiał się chytrze. – A może właśnie dla nieodpowiedniej, jeśli wiesssz, co mam na myśśśli.
Vin-Vin puścił oko w wystudiowanym geście.
Nieznajomy uniósł brew. Reszta twarzy pozostała nieruchoma. Imponujące.
– A może takiej, która nie boi się ubrudzić sobie rąk? – spytał.
Maya-12, holodroidka, która zdawała się mieć na sobie biznesowy strój, otaksowała obcego spojrzeniem. Zmieniła wygląd, by wcielić się w drapieżną ciemnoskórą kobietę. Podeszła do nieznajomego. Była tu stałą bywalczynią. Jej „siostrzane” droidki Maya-8 i Maya-14 występowały jako akrobatki z zespołem Xaxxis Axis.
Maya traktowała Sterówkę Vin-Vina jak bazę wypadową. Nawiązywała tu kontakty z klientami w każdej możliwej sprawie: od ochrony osobistej, przez terapię, lekcje języków, masaże, aż po prywatne dochodzenia. Wraz z siostrami nigdy nie naprzykrzały się Vin-Vinowi, a to było tu najważniejsze.
– Jesteś tu nowy, nieznajomy? Szukasz wskazówek? Przewodniczki? Mam znajomości wśród Sa’adów. Chcesz zobaczyć pająkorobala?
Nieznajomy się uśmiechnął.
– Nie w tej chwili. Ale gdybym chciał, udałbym się z tym do ciebie. Tutaj, proszę. Czego tylko sobie panna życzy.
Położył kolejną monetę na barze.
– Panna…? – zdziwiła się droidka.
– Tak wyglądasz w moich oczach.
Właściwa odpowiedź. Dosiadła się.
– Nazywam się Maya-12. Jesteś tu nowy.
– Jestem krzewem pustynnym fasha, szukającym miejsca, by na chwilę zapuścić gdzieś korzenie.
Obniżyła głos.
– Tu nie jest bezpiecznie – powiedziała na granicy szeptu. – Nie dla… gentlemana. Będzie lepiej, jak ruszysz w dalszą drogę.
– Dziękuję za poradę.
Droidka włożyła monetę do kieszeni, wzruszyła ramionami i spojrzała w stronę stołu, do którego wzywały ją siostry. Muzyka ucichła – kapela zrobiła sobie przerwę. Maya skierowała się w stronę pozostałych dwóch droidek.
Nieznajomy położył na blacie kolejną monetę.
– To sssamo? – upewnił się barman.
– Informacje.
Vin-Vin zamachał pazurami i moneta zniknęła.
– Na jaki temat?
– Topografia okolicy. Co powinna wiedzieć osoba szukająca zatrudnienia?
– Cóż. Informacje. Tak, da sssię zrobić. Nowe Xaxxisss to wąż o dwóch głowach. Prędzej czy później ktośśś, kto całuje jedną, zostanie ukąssszony przez tę drugą.
– Z kim jesteś w komitywie?
– Oj, mnie tam dobrze tu, gdzie jessstem, przyjacielu.
– To co to za głowy?
– Chulok i Sssybil. Każdy to wie.
Barman zamigotał rozwidlonym językiem, by zwilżyć cienkie gadzie wargi.
– Zatrudniają?
Barman się zaśmiał.
– Sssybil rzadko zatrudnia kogośśś ssspoza własnego potomssstwa. – Zamilkł. Zastanawiał się, czy powinien brnąć w to dalej. Uznał, że tak. – Czasssami to jej potomssstwo zatrudnia obcośśświatowców.
– To ile ona ma tego potomstwa?
– Niemal codziennie rodzi sssię nowe.
– Pracowita z niej babka. A ten cały Chulok?
– Oni zatrudniają. Gdy mają wakat.
– A jak często to się zdarza? – Znów uniósł tę swoją jedną brew. Reszta twarzy pozostawała nieruchomą maską. Albo mężczyzna miał przecięte nerwy pod skórą, albo wybitnie panował nad mimiką. Vin-Vin uznał, że ktoś taki, choć o centymetry niższy i o kilogramy od niego lżejszy, jest niezwykle niebezpieczny. Zadrżały mu pióra na grzbiecie.
– Ostatnio nic mi sssię nie obiło o ussszy. A nawet gdyby rekrutowali, musssiałbyś otrzymać polecenie od kogośśś, komu ufają. Wykazywać się jakimiśśś nietypowymi zdolnośśściami.
– Hmm…
Coś się wydarzyło za tymi jego ciemnymi oczyma. Z nimi samymi zresztą też. Może to tylko gra światła, ale brązowe tęczówki aż poczerniały. Vin-Vin uznał, że coś zaskoczyło w mózgu nieznajomego. Została podjęta decyzja. I to nie jedna z tych przyjemnych.
– Jak się zwiesssz, przyjacielu?
Nieznajomy nie odpowiedział.
– Niech będzie. Może to niewłaśśściwe pytanie. Czym sssię zajmujessssz?
– Likwidowaniem problemów – oznajmił obcy, po czym odstąpił od baru.
– Dokąd zmierzasssz, Likwidatorze Problemów?
– Zlikwidować problem.
Vin-Vin odprowadzał go wzrokiem. Na barze została wilgotna kropla. Gad starł ją pojedynczą łuskowatą opuszką palca, jakby w ogóle jej tam nie było. Chwilę później równie ostatecznie usunął z pamięci nieznajomego.
W Nowym Xaxxis dzień w dzień zjawiali się kolejni twardziele. Większość nie dożywała śniadania.
GROTA ZAMIESZKANA PRZEZ niemal milion nowoxaxxińskich obywateli rozciągała się we wszystkie strony na całe kilometry. Była tak przepastna, że najodleglejsze ściany zanikały we mgle na widnokręgu, po którym latano śmigaczami po sobie tylko znanych trasach. Nowe Xaxxis powstało we wnętrzu zdumiewająco wielkiej geody. Ze ścian i stropu wystawały gigantyczne kryształy, podczas gdy te na dnie przekształcono w kopalnie, zrównano z ziemią czy obudowano przez kolejne lata czy nawet epoki, w miarę jak miasto przyjmowało kształt monstrualnego koła. Główne drogi i kanały wiodły ku centralnej części, dzieląc miasto na kliny.
Po zewnętrznej, północno-zachodniej stronie rozwidlająca się ścieżka wiodła ku mostowi ponad bulgoczącym strumieniem, uchodzącym do stawu będącego zbiornikiem wody. Dostępu do niego broniła trójka dryblasów, tych samych, którzy próbowali sprowokować nieznajomego przy wejściu do miasta: dwaj Zilkowie i człowiek, którego nieznajomy nie rozpoznawał.
Gdy obcy podchodził bliżej, usłyszał, jak trójka naprzykrza się srebrnoszerstnej Tynnance i jej trójce dzieci. Matka miała na sobie białą szatę żałobną. Dzieci płakały z powodu tak starych, jak i świeżych ran. Każde miało przy sobie dzbanek na wodę z jakiegoś chropowatego drewna. Sądząc po tym, że maluchy nie uginały się pod ich ciężarem, naczynia były puste.
– To znów Marzi – rzucił jeden z dwóch Zilków, machając elektropałką. – Mówiliśmy: musisz opłacić myto.
Starsza kobieta zamrugała bojaźliwymi mlecznymi oczyma.
– Po prostu szukam wody. Brakuje nam jej od dwóch dni.
Mężczyzna zaśmiał się metalicznym, wyzutym ze współczucia tonem.
– To nasz most. Nie płacicie? Pójdźcie inną drogą.
– Doskwiera mi noga. Dzieci potrzebują wody.
– Trzeba było zakręcić się przy lepszym partnerze. Stary Kassis wisiał nam kasę. Co znaczy, że ty wisisz nam kasę.
Zjeżyła się.
– Zamordowaliście go!
– A mógł zapłacić. A teraz idź sobie dookoła. Nie powinno ci to zająć dłużej niż pół dnia.
Drugi, większy Zilka wyciągnął przed siebie rękę i chwycił kobietę palcami zakończonymi przyssawkami.
Nieznajomy skorzystał z tej chwili, by się wtrącić.
– Czy to tak mężczyźni w Nowym Xaxxis traktują wdowy i sieroty? Przewodniki turystyczne powinny wspominać o takich rozrywkach.
Zakapior z halabardą się zaśmiał.
– O, jest i ten odważny!
– Czego, nerfopasie? – spytał człowiek.
– Co nam się wtrącasz w interesy? – spytał drugi Zilka.
Nieznajomy nieznacznie przechylił głowę, jakby szukał innej perspektywy.
– Ona? Nie obchodzi mnie złamanego kriffa. Ale ty wisisz mi za tamten trunek.
Gapili się na niego jak głupi.
– Stul ten pysk, chyba że uważasz, że to dobry dzień na śmierć.
Nieznajomy oparł się na kiju.
– Nie wyglądacie na braci. Wątpię, czy znaliście ojców, ale nie wydaje mi się, by jedna kobieta mogła urodzić dwóch tak ohydnych typów. Strzelam, że robicie dla Chuloka?
Wtedy ruszyli z miejsca.
A o tym, co stało się później, dyskutowano przez kolejne lata, bo każdy ze świadków zdarzenia zapamiętał je inaczej.
Niektórzy utrzymywali, że nieznajomy uderzył stojącego za nim Zilkę kijem, sprzedał kopa człowiekowi, po czym ugodził pierwszego napastnika bronią. Inni zarzekali się, że nie, nie kijem, tylko przybysz pozbawił jednego z zakapiorów halabardy, potem kopnął tego na tyłach, a na koniec trzepnął człowieka płazem broni. Nikt jednak nie mógł wyjaśnić, jak to możliwe, że pierwszy Zilka poleciał z mostu.
Pewne było jedno: nieznajomy zdawał się poruszać wolno, a cała reszta telepała kończynami jak w amoku. Jakimś cudem w okamgnieniu cała trójka padła nieprzytomna; jeden drab miał sparaliżowaną przeponę, drugi – guza na głowie, a trzeciego czekał miesięczny pobyt w szpitalu.
W okamgnieniu.
Świadkowie gapili się, gdy przybysz wyłuskiwał blaster z drżących palców większego Zilki.
– Nie odpowiedzieli mi – odezwał się obcy, puszczając halabardę.
Sięgnął po kij, oparty o balustradę mostu. Kiedy go tam odstawił?
Nikt nie pamiętał, bo całość rozegrała się tak nagle.
– J-jak brzmiało pana pytanie? – spytał przechodzień.
– Dla kogo robią?
– Dla… Chuloka. Zabójcy Jedi.
Oczy Mace’a Windu zapłonęły, ale ogień zniknął za wypracowaną maską tak szybko, jak się pojawił.
– Przekażcie Chulokowi, by przyszli tu sobie i sprawdzili moje kwalifikacje.
ROZDZIAŁ DRUGI
CIAŁOPALENIE
Naboo, tydzień wcześniej…
Mace pogrążył się w zadumie. „Bujna zieleń i spokój. Qui-Gonowi byłoby to obojętne”.
Miejsce kremacji, ulokowane między czterometrowymi posągami skrzydlatych strażników, było jednym z najbardziej uświęconych punktów na królewskim cmentarzu na Naboo. Ciało Qui-Gona Jinna spoczywało na drewnianym stosie z rękoma złożonymi na potężnej piersi. W pewnym sensie było to idealne miejsce dla zwłok, które miały zostać pochłonięte przez płomienie, tutaj, gdzie na „wieczny spoczynek” złożono tylu wojowników. Cóż, Mocą a prawdą, Mace podejrzewał, że ta ironia rozbawiłaby samego Qui-Gona.
Mistrz Jedi zginął z rąk Sitha, gdy pomagał królowej Amidali wyzwolić planetę. Koniec końców śmierć zawsze była sprawą prywatną, ale śmierć Jedi często stawała się kwestią publicznej żałoby i oficjalnego ceremoniału. Stosu doglądali więc wysoko postawieni dygnitarze z Republiki Galaktycznej, przedstawiciele zakonu Jedi, a także wybrani obywatele Naboo.
Mace Windu niespecjalnie interesował się naturalnym urokiem miasta Theed, pięknem zieleni i płynącej wody, co nie znaczy, że dawał się mu zwodzić. Może i miał spokojne oblicze, ale serce gotowało się w nim w świadomości faktycznych implikacji śmierci Qui-Gona: powrotu Sithów.
Dawny padawan Qui-Gona, Obi-Wan Kenobi, odziany w prostą ceremonialną szatę Jedi, wspominał swojego mentora, Mace jednak słyszał tylko fragmenty jego mowy.
– Był najserdeczniejszym przyjacielem, jakiego można sobie wyobrazić, dla każdego, kto miał okazję go poznać. Mentorem, który ocalił mi życie więcej razy, niż chcę pamiętać, osobą o głębokiej mądrości i ciepłym sercu. Rzadko się uśmiechał, ale gdy mu się to zdarzało, miało się wrażenie, jakby zza chmury burzowej wyłaniało się słońce…
I mówił dalej. Z serca, prawdziwie.
Nic z tego jednak nie przynosiło ukojenia Mace’owi.
Obi-Wan zabił tajemniczego Sitha w pokazie umiejętności, który sprawił, że Mace odczuwał głęboką dumę. Więc ich przeciwnicy nie byli tymi nieśmiertelnymi potworami, za jakich mieli ich niektórzy, a istotami z krwi i kości. Krew można przelać, a kości – skruszyć…
Myśli dryfowały mu w tę stronę, gdy poczuł delikatny strofujący dotyk stojącego u jego boku mistrza Yody. Wielki Mistrz Jedi był od niego znacznie mniejszy i, o czym Mace był przekonany, dwukrotnie mądrzejszy. Jeśli w galaktyce istniał ktoś, kto pozostawał autorytetem dla Mace’a, z pewnością był nim ten mikry zielony gigant.
Subtelny sygnał niezadowolenia natychmiast przywołał Mace’a do porządku i mężczyzna skupił się na ceremonii.
Obi-Wan właśnie skończył wychwalać mądrość Qui-Gona, jego poświęcenie wobec Mocy i osobistej wersji kodeksu Jedi. Wspólnie z resztą w ramach gestu szacunku Mace dobył rękojeści miecza świetlnego i uruchomił ostrze. Wszyscy unieśli klingi w bukiecie uświęconego ognia, rozświetlając zgromadzenie.
Przy blasku mieczy królowa Amidala podzieliła się własnymi przemyśleniami. Mace później przypomniał sobie słowa o powinności i poświęceniu. Reszta wyleciała mu z głowy. Choć monarchini była młodziutka, przemawiała tonem świadczącym o tym, że politykę ma we krwi. Mace pojmował tyle, by wiedzieć, że politycy są konieczni, ale sama polityka była obca jego myślom i emocjom. Uważał ją za sztukę podstępu i kompromisu, która może potencjalnie – i faktycznie – skorumpować tych kroczących wyższą ścieżką. Zakrawało na ironię, że politycy tak często drwili z wojowników, po czym wymagali od nich, by ci wykrwawiali się, żeby naprawić ich błędy.
Niektórzy wręcz uważali, że to Jedi powinni przewodzić Senatowi. Byłaby to kolejna potencjalna katastrofa. Możliwe, że władza nie deprawuje absolutnie, ale jest jak słońce i deszcz – wzmacnia rozrost tego, co już czai się w cieniach duszy. Mistrzostwo nad Mocą samo w sobie stanowiło wystarczającą pokusę.
Pożegnanie zakończyło się tradycyjnym rytuałem Jedi: mistrz Yoda podpalił stos mieczem świetlnym samego Qui-Gona. Gdy wznosiły się płomienie, zebrani Jedi oddawali się wspólnej medytacji, skupiając energię na podróży towarzysza w Moc.
I to wreszcie przemówiło do Mace’a Windu, zestroiło go z tym głębokim poczuciem spokoju w jego głębi, przez niektórych branym za obojętność. Wrogowie, którzy mieli ten spokój za słabość, zapłacili życiem więcej razy, niż Mace chciał o tym pamiętać, choć wiedział, że w przyszłości liczba ta tylko się powiększy.
Bo nie wątpił, że coś nadciąga. Powrót Sithów zwiastował większe konflikty. A zakon Jedi właśnie utracił jednego ze swoich najwybitniejszych członków.
Gdy dogasały płomienie, wspomagane specjalnymi preparatami, którymi nasączono drewno i ciało Qui-Gona, nie pozostało nic prócz popiołu.
Mace pożegnał się w duchu ze starym druhem i kamratem. A potem, gdy pozostali pogrążali się w zadumie i rozmawiali, wrócił na swój statek, kiedy tylko pozwoliła mu na to przyzwoitość.
Wolał uczcić pamięć przyjaciela po swojemu.
ROZDZIAŁ TRZECI
OSTATNIA WOLA
Coruscant
Świątynia Jedi na Coruscant była gmachem ikonicznym i historycznym, pełniącym rolę duchowego i administracyjnego centrum zakonu. Większość widziała w niej strukturę wielką i budzącą zachwyt, odzwierciedlającą wartości Jedi.
Dla Mace’a Windu była jedynym znanym mu domem.
Mieściła się na wystawnej parceli w dzielnicy zwanej po prostu świątynną. Całość kompleksu zajmowała kilometr kwadratowy, górując nad gęstą miejską zabudową.
Powrót do tego uświęconego miejsca zawsze go uspokajał. Architektura stanowiła połączenie stylów klasycznych i współczesnych. Sama przypominająca zigurat świątynia sięgała chmur, a każdy poziom aż po wierzchołek stawał się mniejszy i bardziej ozdobny. Zewnętrzne mury wzniesiono z bladej skały wydobywanej z prywatnych coruscańskich kamieniołomów, nadającej gmachowi wyjątkowo szlachetny wygląd. A to, że cechowała się taką gęstością, że ulegała wyłącznie pod naporem broni zdolnej zniszczyć całą planetę, nie było przypadkiem.
Centralna iglica gmachu zwieńczona była majestatycznym stożkowym dachem o transpastalowych oknach, dzięki którym wewnętrzne sale wypełniało naturalne światło.
Mace prowadził statek przez atmosferę, spoglądając na tereny kompleksu świątynnego. Rozliczne cudowne dziedzińce i ogrody zapewniały wiele miejsc zadumy dla Jedi, a część członków zakonu w ramach nauki dyscypliny sadziła rośliny i ich doglądała. Miejsca te udekorowano posągami, fontannami i szeregiem klombów. Całość tworzyła harmonijne środowisko na potrzeby medytacji i rozmyślań.
Mace wylądował na prywatnym lądowisku, najbliższym jego kwatery. Sześćdziesiąt sekund później uruchomił autopilota, by wprowadził jego statek do głównego hangaru.
Ścieżka wiodła go korytarzami, których odnogi odchodziły ku każdemu głównemu centrum nerwowemu Świątyni, w tym do sali Najwyższej Rady Jedi, gdzie zapadały decyzje o losie całej galaktyki.
Mace wyszedł na tereny treningowe, na których Jedi całymi tysiącami godzin pracowali nad sobą w pocie czoła. Przepastne sale treningowe i dojo zapewniały najbardziej zaawansowany sprzęt do ćwiczeń nad ciałem i umysłem, w tym niesamowite narzędzia do trenowania walki mieczem świetlnym, które zachwyciłyby nawet specjalistów od broni z Czerki. Tutaj młodziki i rycerze Jedi zaprawiali się w boju przeciwko celom, droidom i sobie nawzajem – drewnianymi kijami, nie mieczami świetlnymi, rzecz jasna. System ten był zarówno funkcjonalny, jak i symboliczny. Podkreślał dążenie do pokoju u Jedi w drodze przygotowań do walki.
To stąd Mace miał jedno z najserdeczniejszych wspomnień: gdy po raz pierwszy w młodości pokonał jednego ze swoich nauczycieli. Widok zaskoczonej, pełnej szczerego szacunku miny T’ra Syy był satysfakcjonujący. Ba, cała rodzina Jedi wzięła doskonałość Mace’a za coś dobrego. Nikt mu nie zazdrościł. Po prostu stwierdzili: „Witaj, bracie”.
Bodaj najbardziej znana część Świątyni, Archiwa Jedi, skrywała ogromną kolekcję holokronów, pergaminów i datakart. Archiwa dzieliły się na liczne działy poświęcone różnym dziedzinom wiedzy, w tym historii, dyplomacji i arkanom Mocy.
U szczytu jednej z zewnętrznych iglic znajdowała się okrągła sala, w której zbierała się Najwyższa Rada Jedi. Centralne wzniesienie okolone było przez dwanaście foteli przeznaczonych dla członków Rady, a każdy został wykonany według innego projektu.
W sercu Mace’a Świątynia Jedi na Coruscant nie była tylko strukturą fizyczną; była miejscem, gdzie członkowie zakonu szkolili się, udzielali porad i szykowali się, by stać na straży równowagi Mocy i zapewniać dobrobyt mieszkańcom galaktyki na kolejne pokolenia.
A przede wszystkim… była domem.
SYPIALNIA MACE’A BYŁA na tyle duża, by mogła pomieścić łóżko i matę medytacyjną. Dla osoby z zewnątrz takie wyposażenie wydałoby się biedne. Z drugiej strony Jedi nie żyli tam, gdzie sypiali – żyli w Mocy. Nie ograniczali się do ciała.
Pomieszczenie odzwierciedlało status Mace’a w zakonie. Świat zewnętrzny niewiele wiedział o takich sprawach, a Mace’a bawiły co bardziej szalone i niestworzone teorie na ten temat. Sypialnie Jedi zazwyczaj były skromne i funkcjonalne, co odzwierciedlało nacisk zakonu na dyscyplinę. Jego własna siedziba nie stanowiła tu wyjątku.
Wcisnął zewnętrzny panel dostępowy i drzwi się rozsunęły. Krótki korytarz wiódł do alkowy medytacyjnej. Mace wolał taki układ. Po przekroczeniu progu z lubością zatrzymywał się, by się wypośrodkować i zebrać myśli, nim wejdzie do przestrzeni mieszkalnej. Dziś zrobił tak na stojąco, ale często siadał ze skrzyżowanymi nogami na poduszkach.
Obrócił się i ujrzał witrynę z pleksistali. To tutaj trzymał poprzednie rękojeści mieczy, od tej pierwszej, półskalowej, którą skonstruował jeszcze w dzieciństwie, po kilka modeli, tworzonych przez kolejne lata z wykorzystaniem kryształów kyber z planety Ilum, które wezwały go po imieniu. Jego osobiste projekty ewoluowały zgodnie z tradycją zakonu.
Miecz świetlny Jedi stanowił funkcjonalne dzieło sztuki, a fioletowa poświata jego własnego była zarówno przyjemna estetycznie, jak i stanowiła ostrzeżenie dla wszystkich, do których dotarły szepty o jego wyjątkowym opanowaniu w Mocy. Niejeden wróg zwyczajnie rzucał broń w chwili, gdy Mace uruchamiał ostrze. Jego kolor był nietypowy jak na Jedi. Pojawiały się głosy, że Mace jest niezdrowo przywiązany do wyjątkowego odcienia miecza. Potrafił zrozumieć ten punkt widzenia, ale nie przejmował się losowymi opiniami.
Wszystkie jego ostrza służyły mu z honorem. Teraz spoczywały w witrynie, bezpieczne i łatwo dostępne.
Miał też ukochane repozytorium wypełnione holodziennikami. Nośniki danych zawierały bogactwo wiedzy o Mocy, w czym ustępowały tylko Archiwom. Uwieczniały rozległe wpisy z jego przemyśleniami i przygodami, a dzięki indeksowi wszystko było szybko dostępne. Rygor, z jakim je zorganizował, odzwierciedlał jego maszynową precyzję umysłu.
W niewielkiej przestrzeni treningowej w kącie pomieszczenia leżała kwadratowa mata, na której codziennie rano i wieczorem przed snem Mace bezwzględnie wykonywał po rundce ćwiczeń rozciągających i siłowych. Ktoś, kto się na tym nie znał, byłby zadziwiony.
Dziś czuł niepokój w sercu i zamierzał przekuć emocje… w ruch.
Gdy ciało błyszczało już od potu, dobył miecza i zaczął ćwiczyć spontaniczny układ Vaapad. Vaapad był zaawansowaną, niebezpieczną formą walki, którą opracował z Sorą Bulqiem, wieloletnim druhem Jedi.
Formę VII określano mianem „Juyo”. Vaapad był jej odpryskiem, wysoce agresywną i intensywną formą, pasującą jak ulał do jego obecnego nastroju.
Teraz ćwiczył, zarówno wyprowadzając długie, potężne ciosy, jak i wykonując szybkie, zdecydowane ruchy, a każdy uderzał w łańcuchy żalu pętające mu serce. „Przekuj ból w siłę” – poradził mu raz Qui-Gon.
Mace tęsknił za przyjacielem.
Gdy dał upust emocjom w wystarczającym stopniu, by znów gładko oddychać, Mace wyłączył miecz i wznowił ćwiczenia z pustymi rękoma, zawężając łuki i spirale ciosów z wymykającą się oczom, kruszącą kości precyzją. Obrócił emocje w ruch, a ten w przygotowania do uporania się ze wszystkim, co było powodem jego żalu.
Znany z wyjątkowych umiejętności walki mieczem świetlnym, Mace nie był tylko silny w Mocy. Nawet gdyby nie dysponował tą potęgą, byłby jednym z największych atletów wśród ludzi w galaktyce, choć nigdy się tym nie przechwalał czy choćby tego nie okazywał. Z jednym wyjątkiem, do którego rzadko wracał: przyszedł taki moment, gdy anonimowo wziął udział w Wielkim Siedmioboju na Fashy IX. W ogóle nie korzystając z Mocy, zdominował każdą kategorię, aż wreszcie celowo ustąpił pola najlepszym rywalom. Chciał grać fair, a wystartował tylko dla przyjemności oraz by określić poziom ogólnej sprawności fizycznej.
Ćwicząc bez miecza, akcentował układ momentami pełnego furii i przemocy skupienia, aż wreszcie zakończył skokiem z podwójnym obrotem, w toku którego chwycił rękojeść i przeprowadził ją przez wszystkie główne kąty ataku, nim jego stopy spoczęły na podłodze. Z satysfakcją przypasał broń.
Tak, komnata Mace’a była skromna, zresztą podobnie jak jego ubiór. Ale w głębi serca… tak, odcień miecza sprawiał mu przyjemność. Był, jak to teraz mówili młodzi, „wporzo”.
Tak. Był totalnie wporzo. A to dawało satysfakcję i spokój sercu wykutemu na wojnie.
MIGOCZĄCE ŚWIATŁO i rozbrzmiewający echem sygnał dźwiękowy zapowiedziały gości. Mace się zatrzymał. Przed drzwiami stali Obi-Wan i Kit Fisto, dzielni Jedi i drodzy kompani.
– Wejdziecie? – spytał.
– My tylko na chwilę – odparł Fisto.
Był nautolańskim mistrzem Jedi, znanym z wyjątkowego talentu do walki mieczem, a także z szelmowskiego uśmiechu. Jego przypominające gogle oczy i głowoogony były charakterystyczne, ale Mace głównie kojarzył go z aurą pełnej świadomości. Fisto pozostawał dla swoich towarzyszy ucieleśnieniem lojalności, a dla wrogów – zagrożenia.
– Proszę. – Obi-Wan wyciągnął przed siebie dłoń. Trzymał pakunek w kształcie dysku, owinięty w jakąś metaliczną folię. Mace dostrzegał ciemne podkówki pod oczyma Obi-Wana, niewątpliwie z powodu bezsennych nocy. Obi-Wan jednak znosił ciężar nowych obowiązków jako rycerz Jedi z cichą determinacją. – Miecz Qui-Gona spoczął w Archiwach, ale mistrz życzył sobie, żebyś otrzymał to po jego śmierci. Wiem, że byliście przyjaciółmi.
Mace przyjął podarek z rąk drugiego Jedi z nieskończoną powagą. Nietypowa sprawa. To jakaś wiadomość? On i Qui-Gon faktycznie pozostawali sobie bliscy. Obaj dostrzegali w sobie odwagę, inteligencję i mądrość w walce i polegali na nich. Inna rzecz, że po śmierci Jedi niewiele zostawało do powiedzenia. Intuicja podpowiadała mu, że to coś więcej niż sentymentalne pożegnanie.
– Cóż, wystarczy przegrać z kimś w dejarika najwyższego poziomu, by zrobić sobie wroga lub zyskać przyjaciela… aż po grób.
– Ależ to musiała być gra – skwitował Fisto.
– Dotarliśmy do półfinału w zawodach, a potem jeszcze się założyliśmy, by było ciekawiej.
– A o co? – zainteresował się Obi-Wan.
– O przysługę.
Fisto wyszczerzył szeroko zęby.
– A jaką?
W odpowiedzi Mace się uśmiechnął.
– A nie powiedział. Tyle tylko, że przegrany będzie dłużny zwycięzcy. Wygrał, poświęcając savripa, ale nie podał konkretów. – Pokręcił głową. – Jedyny w swoim rodzaju.
– A gdybyś wygrał? – spytał Obi-Wan.
– Nie brałem tego pod uwagę. Wiedziałem, że wygra.
– To czemu w ogóle zgodziłeś się na grę? – zdziwił się Fisto.
– Chciałem zobaczyć, jaki łomot mi spuści.
GDY SIĘ POŻEGNALI, Mace usiadł na podłodze i przyjrzał się podarunkowi. Zawartość została opakowana i związana z dużą troską. Możliwe, że Mace poznałby nadawcę po samym eleganckim węźle. Otworzył prezent i zgodnie z oczekiwaniami wyjął ze środka zestaw do dejarika należący do Qui-Gona, dar od władcy jakiegoś wdzięcznego państwa. Mace zastanawiał się, która alkowa nadaje się na honorowe miejsce, gdy nagle hologram ożył. Nad planszą zawisł wizerunek mężczyzny rasy ludzkiej o przyprószonych siwizną falistych włosach i takiej samej brodzie. Jego przenikliwe niebieskie oczy i spokojne usposobienie sugerowały oko cyklonu.
Qui-Gon Jinn.
– Pozdrawiam cię, mistrzu Windu, stary druhu. Skoro to oglądasz, nadszedł dzień, na który szykujemy się wszyscy.
– Owszem, stary druhu – odparł Mace, bardziej do siebie niż do hologramu.
– A teraz pora, żebym wreszcie poprosił o tamtą przysługę. Na Zewnętrznych Rubieżach leży planeta o nazwie Metagos.
„Metagos…?” Mace nigdy o niej nie słyszał.
Wyświetliła się holomapa planety, wirującej wokół własnej osi. Nagle planeta skurczyła się i pojawiła się gwiazda na Zewnętrznych Rubieżach, po czym obraz znów się przesunął i oczom Mace’a ukazał się świat o powierzchni przypominającej pustynię spaloną na węgiel.
– Po raz pierwszy zasiedlono ją przed tysiącami laty. W ostatnich wiekach rozwijała się jako źródło hilliańskiego jedwabiu. Tyle że pięćdziesiąt lat temu mieszkańców powierzchni spotkała katastrofa, która zmusiła ich do przesiedlenia się pod ziemię. I to w tym burzliwym okresie władzę przejęli kryminaliści. – Hologram Qui-Gona uśmiechnął się ze smutkiem. – Zajmowałem się tam własnymi sprawami. Tropiłem skrytobójcę i przemytnika, szmuglującego broń dla politycznych agitatorów. O mało nie przypłaciłem tego śmiercią. Działa tam istota o imieniu Chulok. Uważaj na nich. Nauczysz się zresztą. Pamiętaj, że mają się za klauna, ale to tylko taka poza, bo Chulok są jednym z najniebezpieczniejszych wojowników, jakim stawiali czoła Jedi. Musisz położyć kres ich potędze, a także potędze istoty o imieniu Sybil.
Mace uspokoił oddech. Misja zaczęła nabierać kształtów. Nie podobało mu się to.
– Będziesz musiał nawiązać kontakt z KinShan Nightbird z klanu Tkaczy, czyli Sa’adów. Ona opowie ci resztę. Złożyłem jej obietnicę, a wezwanie z prośbą o pomoc dotarło do mnie w trakcie innej misji. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, wypełnię ją, a potem zajmę się tą sprawą. Ale skoro to oglądasz, sytuacja rozwinęła się nie po mojej myśli. Muszę kończyć. Los Metagosa spoczywa w twoich rękach, stary druhu. A o ile naprawdę się nie pomyliłem… są to sprawne ręce. Powiem ci więcej, o ile będę miał taką możliwość.
Hologram zniknął. A potem znów zamigał i ożył.
– Jest jeszcze jedna wiadomość, ale proszę cię, nie odtwarzaj jej, póki nie wypełnisz misji. Pamiętaj… wisisz mi.
Mace Windu ponownie wysłuchał pierwszej wiadomości i nauczył się jej na pamięć. Zauważył także, że w pakunku spoczywa też grawerowany kryształ wielkości kciuka. Z początku uznał go za kamień szlachetny, ale gdy przyjrzał się mu bliżej, okazało się, że wykonany jest z bardziej pospolitego szklanego materiału. Podniósł go do światła i wewnątrz ujrzał cień… czegoś. Pająka? Robaka?
„Ech”.
Będzie musiał porozmawiać z Yodą.
ROZDZIAŁ CZWARTY
MŁODZIKI
Nazajutrz Mace odszukał przyjaciela i mentora w sali treningowej młodzików. Zastał Yodę, gdy ten nadzorował ćwiczenia trójki kandydatów.
Jednym z nich było dziecko, które Obi-Wan i Qui-Gon zaciągnęli do Świątyni z Tatooine, niejaki Anakin Skywalker. Mace przyglądał się chłopcu. Był mikry jak na swój wiek, miał ciemne blond włosy, niebieskie oczy i ciekawską osobowość. Wydawał się zaciekły. Pełen werwy. Chłonął każde słowo i starał się bardziej, niż tego od niego oczekiwano. Taka determinacja u tak młodej osoby była… niemal niepokojąca.
Mace powitał Yodę i podzielił się z nim wstępnymi przemyśleniami na temat prośby Qui-Gona.
– Mam poczucie, że to nie jest zadanie dla Jedi – przyznał.
– Opowiedz mi o tej misji.
– Chodzi o planetę o nazwie Metagos, zmagającą się z gangsterami. Qui-Gon chce, żebym wyzwolił mieszkańców spod ich kontroli.
– Metagos. O planecie takiej słyszałem. Za przerażającym skrytobójcą w pogoni Qui-Gon tam się udał. Straszne. Przeżył ledwie. Niepokojące to – powiedział Yoda, po czym potwierdził przeczucia Mace’a: – Dla Jedi zadanie oficjalne to nie jest.
– Nie jest. I mam wrażenie, że to… niewłaściwa pora. Miałem niepokojące sny. Widzę w nich coś przerażającego, zbliżającego się z każdym dniem.
– A ty gdzie w tym jesteś?
– Kto wie, czy sam nie zginę na tej misji. Wyczuwam, że to możliwe, ale Qui-Gon nie poprosiłby mnie o pomoc, gdyby nie było to istotne.
– Wszystkich śmierć czeka. Nawet Jedi.
Mace przytaknął, choć nie było takiej potrzeby. Dobrze się znali i rozumieli tę uświęconą ścieżkę.
– Popełniliśmy błąd, gdy zlekceważyliśmy niepokoje Qui-Gona w kwestii Sithów – przyznał. – Nie zamierzam powtarzać błędów z przeszłości. Może zdołam odnaleźć źródło tych problemów i zdusić je w zarodku.
– Cóż. Niezrównane zdolności twoje.
– Pochlebiasz mi, mistrzu Yodo. Ale zawsze mogę je rozwinąć.
– Nieroztropny Qui-Gon nie był. By ciebie wybrać, powody miał. Lecieć musisz. – Zamilkł, po czym dodał zaciekawionym tonem: – Jedi młodzi… A wy co na to?
Dwaj pozostali kandydaci byli Umbaranami w zbliżonym wieku. Choć formalnie nie byli rodzeństwem, Frisk i Kiest niemal się nie rozdzielali.
– Jedi podążają tam, dokąd prowadzi ich Moc – powiedział Frisk, ten starszy.
Standardowa, bezpieczna odpowiedź.
– Wporzo – dodał Kiest.
„Nieco zbyt impertynencki” – uznał Mace.
Mały Anakin wbijał wzrok w kolegów, jakby nie pochwalał nonszalancji Kiesta.
– Jesteśmy Jedi! Nie ma innej ścieżki.
Wyglądał niemal absurdalnie. Z całej siły próbował stać prościej, by dodać sobie parę centymetrów. Odszedł i podrapał się po żebrach.
– Nadal boli? – spytał Mace.
Anakin drażnił miejsce po nacięciu, przez które usunięto mu z ciała traker, bolesne przypomnienie o powinności niewolnika wobec jego właściciela na Tatooine. Niektórzy sądzili, że blizna będzie mu przypominać o niesprawiedliwościach w galaktyce. Mace obawiał się, że pozostanie dla niego wspomnieniem o ograniczeniach Jedi. Uratowali Anakina, ale nie zdołali położyć kresu nagannej moralnie praktyce niewolnictwa poza granicami Republiki.
– Zniosę wszystko, jeśli dzięki temu zostanę Jedi – odparł chłopak. – Jedi muszą ignorować uczucia.
– Cóż za deklaracja. Twoja własna?
– Tak. – Chłopak zastanowił się nad tym. – No, Qui-Gon i Obi-Wan ciągle mówili coś w ten deseń.
– Mam wrażenie, że to nie do końca tak – odparł Mace. – Jedi nie ignorują uczuć. Akceptują je. Panują nad nimi. Obawiają się, ale nie boją się własnych obaw. Złoszczą się, ale przekuwają tę złość w honorowe działania. Rozumiesz?
Chłopak przytaknął, ale Mace wiedział, że nie rozumie – jeszcze nie teraz. Przyjdzie na to czas.
– Jeszcze jedno – dodał Mace. – Mistrzu Yodo… jest druga wiadomość, którą mam odtworzyć dopiero po wykonaniu misji.
– Dziwne to – skomentował z pełną powagą Anakin.
Tak poważny. Mace zdusił śmiech. Yoda wydawał się niewzruszony, ale Mace był ciekaw, czy może Anakin nie żartuje sobie kosztem mistrza Jedi.
Warto mieć go na oku.
ROZDZIAŁ PIĄTY
ZACHŁANNE NIEZNANE
Dla Mace’a podróże z prędkością nadświetlną zawsze były ekscytujące i nigdy jednakowe. Jego dokładny, matematyczny umysł lubił dziwaczność tej niepojętej przestrzeni. Mace pilotował smukły statek Delta-12 Skysprite – znany z manewrowości i prędkości, przez co idealnie nadawał się do nawigowania w nadprzestrzeni.
Mace preferował jednostki podobne do fathierów, najlepszych wierzchowców w galaktyce. Synergia między istotą żywą a maszyną przypominała tę między zwierzęciem a jeźdźcem, a magia ta była równie ważna, co same silniki.
Mace wprowadził szczegółowe współrzędne do komputera nawigacyjnego statku. Obliczył koordynaty w odniesieniu do znanych tras nadprzestrzennych, by ominąć takie przeszkody jak studnie grawitacyjne, ciała niebieskie i inne zagrożenia kosmiczne.
Następnie połączył myśliwiec z pierścieniem nadprzestrzennym, aby skorzystać z mocy potężnych zewnętrznych silników. Wystarczyło, że wcisnął przycisk, a gwiazdy zamieniły się w smugi, gdy jednostka nabrała prędkości i skoczyła w nadprzestrzeń o postaci znajomego już tunelu o ścianach z niebieskich smug.
Podczas lotu Mace przeglądał wewnętrzną bazę danych statku w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji na temat celu.
Metagos dawniej był prężnie rozwijającym się światem, tyle że przed pięćdziesięcioma laty zakłócenia słoneczne posłały potężne promieniotwórcze fale w atmosferę i ugotowały oceany. Powierzchnię smagały wiatry o prędkości trzystu kilometrów na godzinę, tak długo, aż ją zeszkliły. Dziewięćdziesiąt procent populacji zginęło. Miliardy. Miliony jednak skryły się pod ziemią w sieciach jaskiń i tuneli.
Następnie plik opisywał główne części miasta i lokalne przemysły. Był na tyle szczegółowy, by zawierać sugestię miejsca lądowania i możliwej kryjówki dla statku, znajdującej się na tyle blisko wejścia do systemu jaskiń, by resztę drogi mógł odbyć pieszo.
STATEK WYŁONIŁ SIĘ z nadprzestrzeni wśród sieci niewyraźnych gwiazd, powoli przechodzących ze świetlistych smug w świetliste punkty. Systemy nawigacji nadal podpowiadały Mace’owi, gdy ten sprowadzał jednostkę na powierzchnię.
Przecinał chmury zgodnie ze wskazówkami sieci nawigacyjnej. Rzeźba terenu Metagosa była beżowa, niemal pozbawiona zieleni. Nocne cienie znaczyły powierzchnię, ale brązowe kępy w kształcie palców sugerowały obecność martwej roślinności. Niewiele przetrwało. A to oznaczało małą populację zwierząt roślinożernych… a zatem i tych mięsożernych.
Mace przeleciał nad ruinami wielkiego miasta, kto wie, czy wraz z przedmieściami i osadnictwem podmiejskim nie miało dziesięciu tysięcy kilometrów kwadratowych. Możliwe, że dawniej mieszkały tu miliony, teraz jednak jego światła były niemal kompletnie martwe. Kilka błyszczących punktów sugerowało, że ktoś – a może coś? – nadal tam mieszkał. Biedni uchodźcy czy łupieżcy?
Mace ukrył myśliwiec w wypolerowanej kryształowej szczelinie. Statek nie miał systemu maskującego, ale zmieścił się elegancko w przestrzeni między dwoma skrystalizowanymi drzewami. Mace przez chwilę rozważał, czyby nie uruchomić układu samozniszczenia myśliwca, ale uznał, że to niepotrzebne: o ile trzymał na pokładzie garść narzędzi i sprzętu, nic z tego nie było tajemną technologią. Mało tego, poza mieczem świetlnym nic nie identyfikowało go jako agenta Republiki.
Opuścił statek i przez kolejne pół godziny wspinał się zboczem szczeliny, w której wylądował. A potem nie pozostało mu nic innego, jak wyruszyć w nocną podróż przez śmiertelną połać napromieniowanej ziemi. Mijał zastygłe, poskręcane kopuły i skruszone prostokąty porzuconych i zniszczonych budowli. W jednym miejscu znalazł ozdobne dzieło sztuki, złożone z człowieka i kilku nieznanych mu form życia, zamienionych w szkło przez radioaktywną burzę, jakby byli to mieszkańcy jakiegoś pradawnego miasta, pochłoniętego przez lawęi popiół.
Powtarzał sobie w głowie wszystkie nowe dane, układając je we właściwej kolejności, by zyskać perspektywę. Była to plansza, na której miała się rozegrać wielka historia – gra w dejarika, w której stawką jest cała planeta. Mace uznał, że Qui-Gon byłby pod wrażeniem tej symboliki.
„Witaj na Metagosie” – pomyślał.
Suchy opis z banku danych niezbyt przygotował go na surowe piękno i niepokojącą martwotę zniszczonej powierzchni świata. Na tej planecie rzeźba terenu została przekształcona w krainę szklanych drzew i krystalicznych budynków.
Najbardziej uderzającą cechą krajobrazu Metagosa był kryształowy las, który wydawał się stworzony z półprzezroczystego szkła, a poszczególne pnie i konary odbijały światło potrójnych księżyców w oszałamiającej feerii barw. Niektóre miały gładkie powierzchnie, podczas gdy inne zostały pokryte misternymi wzorami i teksturami, utworzonymi przez bezlitosne burze słoneczne.
Z połyskującej powierzchni wyrastały inne krystaliczne struktury, posągi na cześć dawnych mieszkańców świata. Mace podejrzewał, że zdesperowani obywatele wznieśli je ze standardowych materiałów, a te uległy krystalizacji podczas burz. Miało to więcej sensu niż scenariusz alternatywny: mianowicie taki, że ktoś wbijał kryształowe gwoździe w szklane deski.
Wszystko mieniło się w blasku księżyców.
Wyglądało na to, że kilka gatunków roślin przystosowało się do nowych warunków. Niewielki procent? A może flora Metagosa była genetycznie zdolna do takich adaptacji? Jak wiele razy ten koszmar zachodził w przeszłości – czy na tyle często, by większość roślin wykształciła podwójną ekspresję genów? Szklana flora porastała okolicę, a jej półprzezroczyste liście i płatki łapały światło, co dawało efekt kalejdoskopu.
Drobna szczurza fauna zdawała się równie oszałamiająca. Jej wygląd sugerował wyjątkowe adaptacje, by gryzonie mogły przetrwać w ekstremalnych warunkach, w tym promieniujące, pochłaniające ciepło egzoszkielety i zdolność przeprowadzania fotosyntezy przez przezroczystą skórę. Błyskawiczne zmiany!
Jedno z hobby Mace’a polegało na spekulowaniu na temat źródeł życia na różnych planetach. Zmiany, których był świadkiem tu, na Metagosie, nie mogły zajść tak szybko, chyba że potencjał do nich drzemał w tych istotach od dawna.
To sugerowało, że cokolwiek tu zaszło, musiało wydarzyć się już wcześniej, przypuszczalnie niezliczoną ilość razy na przestrzeni milionów lat. Jakiegoś rodzaju powtarzalny makrocykl. Katastrofę przeżywały jedynie te istoty, które potrafiły się zaadaptować.
To, co Mace widział podczas lądowania i teraz podczas pieszej wędrówki, było otrzeźwiające. Rozumni mieszkańcy planety wydawali się dość zaawansowani, a mimo to nie zdołali stawić czoła żywiołowi.
Ich dumna architektura teraz stała porzucona. Z jednym wyjątkiem: na horyzoncie ciągnęły się rzędy ogromnych paneli słonecznych. Metal, poza tym, że miejscami zakurzony, nie został skrystalizowany, co sugerowało, że panele wzniesiono już po wielkiej burzy i zapewniały energię ocalałej populacji świata.
Wyglądało na to, że mieszkańcy Metagosa opracowali zaawansowane technologie z myślą o wykorzystaniu energii solarnej, by jednak czerpać jakieś korzyści z częstych burz słonecznych. Panele i systemy magazynowania energii z pewnością zostały w pełni zintegrowane z budynkami, co czyniło nowe osady kompletnie samowystarczalnymi.
Teraz Metagos stał się światem ostrych kontrastów. Surowe piękno krajobrazu zestawione było z częstymi, srogimi burzami słonecznymi. Gdy nadciągały bardziej umiarkowane, czy mieszkańcy szukali schronienia w zapewniających im pozorne bezpieczeństwo krystalicznych gmachach? Kiedy zrozumieli, że to samo promieniowanie, które przekształcało ich metal i drewno w kryształ, dla nich samych okaże się zabójcze?
To, co się tu rozegrało, dalece wybiegało poza zwykłe niebezpieczeństwo. Doszło do zdarzenia globalnego, takiego, które trafiało się raz na tysiąc lat, na które żadna cywilizacja nie mogła się przygotować.
Metagos świadczył o zdolności natury, by kształtować świat na niesamowite sposoby. Mace odczuwał wdzięczność za to, że ziemia, po której podróżował, była pogrążona w ciemności. Za dnia powierzchnię nadal pustoszyły śmiertelne burze. Kto wie, czy nie potrwają jeszcze całe dekady.
MACE SZEDŁ PRZED siebie według mentalnej mapy, a buty zapadały mu się w powierzchni, która zdawała się być pokryta nie tyle piaskiem czy glebą, a sproszkowanym szkłem. Wtem bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wyczuł drgnienie w Mocy; tuż na skraju wzroku peryferyjnego wyrosła przed nim pojedyncza opancerzona istota – wielkości człowieka, choć czworonożna. Kudłata blada sierść i masywne skręcone ciosy sprawiały, że miała przerażający wygląd. Istota wąchała ślady Mace’a, po czym obniżyła głowę i gapiła się głębokimi, okolonymi łojem brązowymi oczyma.
Mace zachował spokój. Stał nieruchomo, ale zmysłami badał otoczenie. Ta samotna istota nie stanowiła dużego zagrożenia, ale byłoby roztropnie nie rozpraszać się nią, tak by inni przedstawiciele grupy nie zakradli się mu za plecy. Podeszła nie bliżej niż na trzy długości swojego ciała, a Mace wyczuł, że nie zamierza zaatakować. Była zaciekawiona. Mimo wszystko nie spuszczał dłoni z rękojeści miecza. Nigdy nie wiadomo.
Zdrowy rozsądek i doświadczenie podpowiadały mu, że z każdym krokiem zagłębia się w terytorium wroga, jak określił to Qui-Gon Jinn. Miał nadzieję, że pozyska i sojuszników, ale obecnie musiał zakładać, iż z każdej strony czyhają na niego niebezpieczeństwa.
Ten świat karał za najmniejsze błędy.
Bardziej się zdziwił, niż zaniepokoił, gdy z naprzeciwka dobiegł go głos:
– Ojej. Ojej. Tyle do wyczyszczenia, tyle zajęć…
Ku wielkiemu zdumieniu Mace’a podjechał do niego, wzniecając tabuny pyłu, droid sprzątający, poturbowany i wyblakły od słońca, ale nadal sprawny.
– Ojej – powtórzył. Zamiótł kurz na drobną stertę na boku ulicy, po czym przesunął ją w stronę przeciwną.
Mace się zatrzymał. Był zaciekawiony, ale nadal nie zaniepokojony.
A wtedy zrozumiał, że nieszczęsny droid jest zasilany energią słoneczną. Możliwe, że od dekad przepycha ten pył z kupki na kupkę dla właścicieli, którzy już nigdy nie mieli wrócić.
– Ojej, ojej. – Nagle droid zauważył Mace’a. – Panie! – powiedział. – Oj, nie. Nie jest pan moim panem. Jestem… Jestem… – zamilkł, jakby starał się potrząsnąć zardzewiałymi obwodami. – Ojej, nie pamiętam, kim jestem. Niepokojące. – Wydawał się smutny, ale potem nagle się rozpromienił. – Zna pan Tappana Quezela? Na pewno pan go zna.
Mace był pewien, że ów Tappan Quezel nie żyje już od dawna. Jak powinien się zachować? Podzielić się tym smutnym faktem z droidem i odebrać mu jedyne źródło sensu istnienia? Nie był pewien.
– Nie, niestety nie znam – odparł – ale jestem pewien, że będzie zadowolony z twojej niestrudzonej pracy.
– O tak, o tak. Tak, praca. Nieustająca praca…
Mace się oddalił. Może wpadnie na pomysł, jak mu pomóc, w drodze powrotnej.
O ile wróci.
PORUSZAŁ SIĘ OSTROŻNIE, krok po kroku. Musiał wylądować na tyle daleko, by uniknąć natychmiastowego odkrycia, a to wiązało się z długim spacerem na otwartej przestrzeni.
Gwiazdy na nieboskłonie świeciły uparcie stałym blaskiem. Trzy księżyce Metagosa rzucały na Mace’a dziwne, zniekształcone cienie. Był sam, a mimo to miał wrażenie, że jest wielością. Coś pojawiło się na wprost, na tyle daleko, że nie mógł tego wyraźnie dostrzec – może jakaś wioska? Na widnokręgu, na zachodzie i południu, majaczyły niewyraźne zarysy sześcianów i kopuł, ale jedynym śladem życia była odległa kolumna dymu. Poza tym na wybranej przez siebie ścieżce Mace nie dostrzegał żadnych świateł, nie słyszał żadnych dźwięków i nie widział żywej duszy.
Łatwo potrafił sobie wyobrazić, że to, co go czekało, będzie wyjątkowo niemiłe. Gdy tak szedł przed siebie, wzmogło się w nim odczucie, że kieruje się ku obszarowi wymarłemu i zniszczonemu.
Nagle zwrócił głowę w prawo, nim umysł dał mu po temu powód. Mógłby przysiąc, że dostrzegł ruch – ale tylko kątem oka. Po latach szkoleń i dyscypliny Mace funkcjonował w stanie podwyższonej świadomości. Jego zmysły, połączone więzią z Żywą Mocą, postrzegały znacznie więcej, niż widział oczyma.
Coś było blisko. Okaże się jeszcze, czy wróg, czy przyjaciel.
Przed nim nabierało kształtów skupisko kopuł. Wzmagało też w mężczyźnie poczucie, że jest obserwowany. Miał wrażenie, że zabudowa wskazuje na dawną osadę górniczą, miejsce wzniesione naprędce, szereg kopuł, które zostały następnie powleczone jakąś substancją, która stwardniała jak skała.
Mace wyciągnął dłoń i przycisnął ją do jednego ze schronień, nieprzewyższającego go wysokością. Materiał okazał się twardy jak beton. Nie poruszał się, choć popchnął naprawdę mocno, co sugerowało, że fundament sięgał głęboko. Konstrukcja, choć wzniesiona naprędce, była porządna. Nie uległa krystalizacji, więc pewnie powstała po wielkim wypaleniu.
Mace’owi przyszło do głowy, że być może widzi obóz dla uchodźców, zbudowany przez zdesperowanych mieszkańców płonącego miasta. Schylił się i wpełzł krótkim tunelem do miejsca, które skojarzyło mu się z igloo wznoszonymi w klimatach arktycznych.
Jego lampa rozświetliła wnętrze. Na stole leżało jedzenie – wraz z ciałem. Nie, dwoma ciałami. Osoby te uległy krystalizacji podczas katastrofy. Więc ich próba wzniesienia schronienia, które zablokuje promienie słoneczne, okazała się nieudana. Złupione zapasy nie przetrwały kolejnych fal promieniowania. Zarówno same istoty, jak i ich kryjówka zamieniły się w kryształy jak trolle z dziecięcych opowieści w kontakcie z pierwszymi promieniami wschodzącego słońca.
Między innymi przed tym przestrzegł go Qui-Gon Jinn. Mace spojrzał w oczy jednej z uschniętych istot siedzących przy stole. Jej skóra stała się przezroczysta. Przezroczyste jak kulki marmurki oczy spoglądały przez bezużyteczne przezroczyste powieki. Wargi wygięte w zamrożonym krzyku. Możliwe, że i te bolesne dźwięki zostały uwiecznione w krystalicznym gardle. To śmierć. Dlaczego ci ludzie skryli się w tak żałosnym schronieniu? Czemu nie uciekli w głębiny wraz z pozostałymi?
Zastanawiając się nad tym, Mace wycofał się z domu. Było mu niedobrze.
Oddalił się od schronienia i opuścił smutną małą osadę. Widział i większe kopuły, w których mieszkańcy gromadzili się grupami, a także mniejsze domki. A między budowlami zauważył coś niespodziewanego: zwierzęce truchło.
Przypominało tamtą istotę, która przed nim uciekła, choć ta była martwa i leżała na grzbiecie. Zwierzę miało ostre krystaliczne łuski, cztery krępe nogi i brakowało jej widocznych oczu. Jego żołądek został rozcięty i teraz wydostawały się z niego wnętrzności. Na ziemi wokół leżały kawałki na wpół strawionego mięsa. Ktoś próbował zjeść fragmenty zwierzęcia, po czym je zwrócił. Było toksyczne? A może zabójcy byli zbyt chorzy, by je przetrawić?
Kolejny dźwięk. Nie dostrzegł żadnego ruchu, ale włoski na karku stanęły mu dęba. Wrócił na ulicę. Wzrok płatał mu figle. Coś jednak faktycznie czaiło się po przeciwnej stronie. Dawniej było zwierzęciem podobnym do przerośniętego robaka durabetonowego, ale coś mu się stało. Teraz jego szklana skóra zrobiła się tak przejrzysta, że Mace widział przez nią mięśnie i krystaliczne kości. Istota ruszyła w jego stronę. Pojawiła się druga. I kolejna! Mace uświadomił sobie, że przezroczysta, krucha powłoka zapewnia pewien stopień kamuflażu.
Ruchy stworzeń wydawały się powolne i bolesne. Czy to znaczyło, że to martwe było jeszcze bardziej chore i słabe? Mace musiał skończyć to teraz, nim zwierzęta się zbliżą.
Dobył miecza i uruchomił fioletowe ostrze.
– Nie zbliżajcie się – powiedział. – Nie jestem niczyją ofiarą. Nie zamierzam was zabijać, ale się nie zawaham.
Wątpił, czy zwierzęta rozumieją jego słowa, ale jego ton i postura mówiły za siebie.
Istoty zdawały się go nie słyszeć, a może były zbyt głodne, by brać to pod uwagę. Grupa nadal się zbliżała. Z jej strony dobiegł go dźwięk, wycie przypominające wiatr, a trwał tak długo, że już nie był pewien, czy to faktycznie wiatr, czy dźwięk z gardeł istot drażni mu skórę.
– Odstąpcie!
Jedno ze stworzeń zbliżyło się, wyciągając ku niemu pseudoramiona.
Z rzadkim ukłuciem żalu Mace wyprowadził cios i szklane ciało zaskwierczało. Istota zawyła, padła na ziemię i pękła na kawałki, a odłamki tego, co przed chwilą było jej ciałem, poleciały we wszystkie strony jak okruchy szkła. Znów zawyła, a wtedy zawył i wiatr, i zawyły pozostałe istoty, po czym wszystkie się wycofały.
Mace zwrócił się w ich stronę. Te pyski i martwe oczy zdradzały ogromny ból. Wiedział jakoś, że stworzenia te są niewidome. Więc jak go odnalazły?
A wtedy zrozumiał. Usłyszały, jak charczy. A potem mówi. I usłyszały buczenie zapalonego miecza. Mace odstąpił na kilka kroków i się zatrzymał.
Demiglisty poruszały się na ślepo. Jęczały, zwracając się w różnych kierunkach. Robiły pojedyncze ruchy w jego stronę, ale było jasne, że wiatr maskował jego kroki, tak że nie mogły go odnaleźć. Z czasem zaczęły tracić zainteresowanie i się oddaliły.
Umysł Mace’a wypełnił się pytaniami bez odpowiedzi. To mięso stało się niejadalne czy same istoty straciły zdolność trawienia pokarmu zwierzęcego? A jeśli nie mogły jeść, dlaczego wszystkie nie pomarły z głodu? Nie wiedział. Tyle nie wiedział o tym miejscu, ale ta jedna rzecz naprawdę go zaniepokoiła. Nie tak planował rozpocząć misję.
Dręczyło go poczucie strachu, strachu przed nieznanym. Coś sprawiło, że te demiglisty podjęły ryzyko i pozostały na powierzchni, po tym jak ich miasta zostały zniszczone. Czy dawniej były rozumne? Czy uczyniła im to wcześniejsza fala promieniowania słonecznego? Jak dawno temu? Może jeszcze nie minęło wystarczająco dużo czasu, by pomarły z głodu. Czy to możliwe, że nie potrzebowały pokarmu? A może potrzebowały innego rodzaju strawy, czegoś nieznanego Mace’owi. Na Moc, przecież całkiem możliwe, że były żywymi ogniwami słonecznymi. Mace widział już w galaktyce większe dziwy.
Musiał stąd odejść. To nie było miejsce dla żywych.
Ostatnie demiglisty znikały za budynkami za plecami Mace’a. Jedna z nich obróciła się i wydała w jego stronę bulgoczący dźwięk.
Mace ani myślał dać się sprowokować.
– Nie dzisiaj – mruknął.
Istota zgodziła się i odpełzła.
ROZDZIAŁ SZÓSTY
TUNELE
Metagos
Maszerowanie ku odległym obiektom bywało dziwnym doświadczeniem. Czasami dana rzecz pojawiała się jako pyłek na widnokręgu, a potem stopniowo zwiększała rozmiary. Innym razem zdawała się powoli wznosić, jakby wyłaniała się spod ziemi.
Przed Mace’em wyrastał rząd postrzępionych gór, które zauważył, gdy podchodził do lądowania. W miarę jak podchodził bliżej, środkowa góra rosła i pęczniała, aż wreszcie zaczęła wyglądać tak, jakby ktoś nadgryzł skałę, po czym wbił ją do połowy w ziemię.
Skoro znalazł się na tyle blisko, by wyraźnie widzieć cel, dostrzegali go już też potencjalni wrogowie. Kto wie, czy i teraz nie wodziły za nim pary oczu, choć nadciągał z kierunku, który był bezpieczny według danych pokładowych. Czy widzieli, jak schodził z orbity po spirali? Jak lądował? Nie potrafił powiedzieć, ale wiedział, że od tej pory musi zakładać, iż jest obserwowany.
Z bliska wykrył inne ślady stóp w skrystalizowanym pyle: tropy rozmaitych zwierząt wszelkich rozmiarów i wszelkiej masy.
Dawniej równina ta była gęsto zaludniona. Ludzie ciągnęli ku górze i jej grotom. Możliwe, że to tędy wiodła potencjalna trasa ku bezpieczeństwu. Mace wyraźnie nie był pierwszą osobą, która szukała tu schronienia, i z pewnością nie będzie ostatnią. Po prostu stał się kolejną.
W niespełna godzinę dotarł do wejścia do tunelu wiodącego pod ziemię. Powoli zanurzał się w rozprzestrzeniającej się podziemnej cywilizacji Nowego Xaxxis.
Pokładowy bank danych zawierał instrukcje dotyczące właściwej ścieżki. Odnogi zostały oznaczone napisami i grawerunkami na ścianach. Dno tuneli było chropowate i nierówne, niewystarczająco wygładzone przez nacisk niezliczonych stóp. Mace podążał krętą trasą, schodząc pod ziemię.
Od czasu do czasu natrafiał na otwory w skalnych ścianach, przez które widział fragmenty różnych poziomów miasta. Pierwszy przypominał pełne gruzu rumowisko czy wysypisko śmieci. Być może służył za barierę odgradzającą resztę miasta od promieniowania z powierzchni.
Na kolejnym poziomie mieściły się zaimprowizowane domostwa. Mace zauważył garść osób w opłakanym stanie, gotujących i próbujących wiązać koniec z końcem. Wyglądały na chore. Mace strzelał, że to choroba popromienna. Żyli zbyt blisko powierzchni.
Na trzecim poziomie mieścił się hangar, w którym znajdowały się rozmaite śmigacze i jednostki towarowe. Turbowindy sprowadzały rozmaite rzeczy i ludzi z dolnych poziomów albo kierowały się dalej, ku powierzchni.
Choć całość była imponująca, bladła w porównaniu z czwartym poziomem, zdecydowanie obszerniejszym, na którym rozpościerało się wielkie miasto, Nowe Xaxxis, następca ruin z wyższych poziomów.
Mace zrozumiał, że Nowe Xaxxis zostało wzniesione we wnętrzu zapierającej dech geody o szerokości wielu kilometrów. Całe sekcje miasta podwieszono ze stropu groty na ogromnych kablach. Zewsząd wyrastały tytaniczne kryształy, kiełkując niczym pędy rośliny kultu wokół apartamentów i deptaków, a droidy wspinały się na nie i je szlifowały. Na widok całości Mace zrozumiał, skąd wzięła się pradawna nazwa groty: Szklana Czeluść.
Podążył krętą ścieżką wśród rozwidlających się tuneli zgodnie z mapą w swoim umyśle i oznaczeniami wygrawerowanymi na ścianach. Od czasu do czasu ukazywały mu się kolejne widoki na miasto. Brnął coraz niżej. Czyżby pokonał już kolejne trzy poziomy? Schodził coraz szybciej, bo i zejście zrobiło się bardziej strome. Teraz, gdy pojawiały się otwory w ścianach, dostrzegał nie miasto, a poziomy przemysłowe. Setki robotników, tak biologicznych, jak i mechanicznych, pracowały w rozległych faktoriach tkackich i utwardzających.
Niektóre tunele powstały naturalnie wskutek erozji wodnej i aktywności wulkanicznej. Inne zostały wydrążone przez maszyny górnicze. Część była powleczona jakiegoś rodzaju szklistą substancją. Mace podejrzewał, że to jakaś żywa istota przeżuła skałę i pozostawiła po sobie odchody. Według pokładowego banku danych Hillianie byli istotami wytwarzającymi jeden z najbardziej drogocennych produktów konsumenckich w galaktyce: hilliański jedwab. Podobno osiągali na tyle duże rozmiary, że do podróży potrzebowali całej sieci tuneli – ale czy to oni ją stworzyli?
Niewiele było o nich wiadomo, a część tej „wiedzy” niemal z pewnością miała swoje źródło w domysłach – co było nieuchronne w tak wielkiej galaktyce. Niektórzy nazywali te istoty pająkami, inni – gatunkiem robaków. Pewne było jedno: produkowały jedwabne liny na tyle wytrzymałe, by zakotwiczyć czy podwiesić latające miasta. Według raportów Hillianie mieli zmysły i uczucia, byli wysoce inteligentni, ale tak naprawdę nie należeli do istot rozumnych.
Mace przypominał sobie, czego jeszcze dowiedział się podczas podróży. Jak głosiły plotki, metagosańskie głębiny zamieszkiwały istoty o wielu kończynach i niezaspokojonym głodzie. Podobno rozległe, nieopisane podziemne jeziora i rzeki skrywały istoty przypominające owady, węgorze czy potwory morskie sando. W tym kontekście często padał zwrot „z piekła rodem”, co stanowiło rzadką poetycką frazę w dość suchych opisach pokładowego banku danych. Możliwe, że nikt, kto bezpośrednio zwiedził głębiny, nie przeżył, by opisać to, co zobaczył.
Ciekawe. Według bazy danych tylko poziomy od czwartego do siódmego były w pełni bezpieczne. Mace założył, że trzy najwyższe są podatne na promieniowanie słoneczne. Ale co z trzema najniższymi, od ósmego do dziesiątego? Według jego starego druha w głębinach przeżywali wyłącznie kroczący Ścieżką Sa’adów, czyli członkowie matriarchalnych klanów doglądających pająkorobali. Sa’adowie mieszkali pod ziemią w równowadze z tymi stworzeniami od tysięcy lat. Napływ kolejnych istot przeciążył i zakłócił ekosystem, a zapuszczanie się poza bezpieczne strefy stało się ryzykowne… a przynajmniej tak utrzymywano.
Mace podejrzewał, że wkrótce przekona się o tym na własną rękę. Już zaczynał tworzyć wewnętrzną mapę świata: dziesięć poziomów, każdy mniej więcej w kształcie dysku. Sterta plansz do dejarika?
Qui-Gon pewnie by się z nim zgodził.
ROZDZIAŁ SIÓDMY
HILLIA
Chłodne, wilgotne powietrze zwilżało skórę Mace’a, gdy docierał na obrzeża środkowej wioski Sa’adów, nazwanej Hillią na cześć wytwarzających jedwab robali.
Hillia leżała w sercu rozległego i tajemniczego lasu grzybów na poziomie siódmym. Podobnie jak samo Nowe Xaxxis, mieściła się w kolejnej masywnej geodzie, ta jednak miała może jedną piątą rozmiarów poziomu czwartego. Złocistoskórych Sa’adów i ich domostwa otaczały bioluminescencyjne grzyby, raz niskie jak stołki, raz wysokie jak kilka osób stojących na swoich ramionach. Niektóre, dominujące nad krajobrazem, miały ponad dziesięć metrów wysokości. Te kolosalne grzyby przybierały niezliczone kształty i barwy, od majestatycznych iryzujących kapeluszy po miękkie, skórzane, bioluminescencyjne nici.
Domy w wiosce albo okalały ogromne grzyby, albo były w nie wbudowane. Ich kapelusze służyły jako dachy, zapewniając naturalną ochronę i kamuflaż. Struktury te zostały połączone ze sobą siecią drewnianych deptaków i mostów przecinających las.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
