Star Wars. Mace Windu. Szklana czeluść - Steven Barnes - ebook

Star Wars. Mace Windu. Szklana czeluść ebook

Barnes Steven

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

BY WYPEŁNIĆ OSTATNIĄ WOLĘ QUI-GONA, MISTRZ JEDI MACE WINDU WYRUSZA NA NIEBEZPIECZNĄ, ODLEGŁĄ PLANETĘ

Z MISJĄ, KTÓRA STANOWI WYZWANIE NAWET DLA JEGO WALECZNOŚCI.

Jedi próbują się otrząsnąć po nagłej śmierci Qui-Gona Jinna z rąk Sitha. Odczucia mistrza Jedi Mace’a Windu względem Qui-Gona zawsze były ambiwalentne – a śmierć mężczyzny niczego nie ułatwiła. Choć często się spierali, Mace cenił Qui-Gona za wyjątkową perspektywę,

a wspólne oddanie Mocy czyniło z nich sojuszników. Brak Qui-Gona i jego nieortodoksyjnych poglądów sprawia, że Mace czuje się wytrącony z równowagi.

Gdy mistrz zastanawia się nad dziedzictwem utraconego przyjaciela, ku swojemu zdziwieniu otrzymuje od niego wiadomość, nagraną na wypadek śmierci. Ujawnia ona ostatnią wolę zmarłego: prośbę o pomoc planecie Metagos, znajdującej się na Zewnętrznych Rubieżach.

Przed wieloma laty gwałtowny rozbłysk słoneczny zamienił powierzchnię pustynnego świata w promieniotwórczą zeszkloną czapę – równie piękną, co niebezpieczną. Teraz ocalali mieszkańcy w większości żyją pod ziemią, gdzie zwaśnione klany walczą ze sobą o kontrolę nad ograniczonymi zasobami. Jako młody Jedi, Qui-Gon opowiedział się po stronie klanu Sa’adów przeciwko bardziej bezwzględnym frakcjom. Sa’adowie praktykują sztukę Chan-Dree – śnią na jawie, by komunikować się i współistnieć z dzikimi istotami wokół nich. Qui-Gon poprzysiągł, że powróci, jeśli klan będzie potrzebował jego pomocy, ale teraz spełnienie tej obietnicy przypada w udziale Mace’owi. Przywódczyni Sa’adów, KinShan Nightbird, wystosowała błagalną prośbę, by Jedi pomógł wyzwolić Metagos z rąk przywódców gangów, zagrażających tradycjom jej ludu.

Zdeterminowany, by wypełnić ostatnią wolę Qui-Gona, Mace udaje się na Metagos i infiltruje wrogów Sa’adów. Jednak w miarę jak stopniowo rozpracowuje misterną sieć adwersarzy i sojuszników, czuje, że musi działać na granicach kodeksu Jedi, a jego wierzenia i sama więź z Mocą są poddawane próbie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 421

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Chronologia Star Wars

Dawno, dawno temu w odle­głej galak­tyce….

Wprowadzenie

– Jesz­cze raz! Jesz­cze raz! – popro­siło dziecko.

– Już późno – odparła Straż­niczka Sieci, choć wie­działa, że nie ma w tej kwe­stii wiele do powie­dze­nia.

– Pro­ooszę! – zawo­łali jed­no­gło­śnie zgro­ma­dzeni.

Usta Straż­niczki Sieci wygięły się w uda­wa­nym gry­ma­sie, a potem kobieta ski­nęła głową. Ta kon­kretna histo­ria ni­gdy jej nie męczyła, a jeśli życie będzie jej sprzy­jało, ni­gdy tak się nie sta­nie.

– Pew­nego razu w Sieci – zaczęła – ist­niał zra­niony świat, kra­ina kry­sta­licz­nych cudów. Zamiesz­kana przez lud balan­su­jący na skraju kata­strofy.

Dzieci wymie­niały kuk­sańce i szep­tały mię­dzy sobą w ocze­ki­wa­niu. To coś wię­cej niż dobra opo­wieść… Ta była naj­lep­sza.

– Ale Tka­cze nie ule­gali roz­pa­czy – cią­gnęła. – Wie­dzieli, że wszel­kie ist­nie­nie sple­cione jest ze sobą poprzez Sieć. I że pew­nego dnia nadej­dzie wojow­nik, naj­wa­lecz­niej­szy w galak­tyce. Zwią­zany powin­no­ścią, ale i miło­ścią…

Rozdział pierwszy

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

NIE­ZNA­JOMY

Meta­gos

Przy­bysz z kijem w ręku zja­wił się w slum­sach Nowego Xaxxis, sto­licy pla­nety Meta­gos. Pod­ziemne groty, w któ­rych skry­wało się mia­sto, daw­niej zwane były drwiąco Szklaną Cze­lu­ścią ze względu na ogromne krysz­ta­łowe obe­li­ski, pnące się dum­nie ku górze jak sta­lag­mity i zwi­sa­jące ze stropu jak postrzę­pione, poła­mane kły. Całe mia­sto roz­le­wało się na pla­nie koła, prze­dzie­lone dro­gami i kana­łami niczym szpry­chami. Naj­bied­niej­sza dziel­nica, zwana nie­kiedy Labi­ryn­tem Dzieci, tkwiła pośrodku.

Odziany w czerń nie­zna­jomy ludz­kiej rasy był wysoki i zwinny. Jego twarz wyda­wała się nie­mal tak czarna, jak się­ga­jący kostek płaszcz z ban­ciej skóry. Z każ­dym kro­kiem sta­wia­nym na uli­cach slum­sów jego buty sta­wały się coraz bar­dziej prze­peł­nione wil­go­cią, pocho­dzącą z głę­bo­kich, tra­dy­cyj­nych studni.

Z zie­ją­cych na pobli­skich nie­za­bu­do­wa­nych par­ce­lach wul­ka­nicz­nych komi­nów ter­mal­nych buchała para. Zbi­jała się w strzępy chmur, prze­ci­nane przez oso­bi­ste jed­nostki powietrzne, szy­bu­jące ptaki i gady o skó­rza­nych skrzy­dłach.

Przed nie­zna­jo­mym poja­wili się trzej zbrojni: jeden czło­wiek i dwaj Zil­ko­wie, ci ostatni przy­po­mi­na­jący czwo­ro­nożne pan­cerne robale.

– Ale tra­fił się nam brzy­dal! – zawo­łał z recho­tem czło­wiek.

On i jeden z Zil­ków dzier­żyli elek­tro­pałki. Drugi robal miał przy sobie hala­bardę z ostrzem nazna­czo­nym smugą zakrze­płej krwi.

– Wszy­scy ludzie są brzydcy – rzu­cił do ludz­kiego kom­pana hala­bard­nik – ale ten mógłby udzie­lać kor­ków.

Zaśmiali się z tej umiar­ko­wa­nie mądrej uwagi. Przy­bysz zda­wał się ich igno­ro­wać, ale jeśli sądzili, że ich nie zauwa­żył, widać prze­ga­pili gniewny błysk w jego oczach, czarny jak lufa bla­stera.

– Punkt kon­tro­lny, nie­zna­jomy – powie­dział pierw­szy ze zbroj­nych, Zilka z elek­tro­pałką. – Oby­wa­tel czy obcy?

– Obcy. Rubie­żo­wiec. Dopiero co wylą­do­wa­łem.

– Uzbro­jony? – spy­tał zaka­pior.

Przy­bysz przy­tak­nął i ostroż­nie odsu­nął kciu­kiem połę czar­nego płasz­cza, by odsło­nić ręko­jeść bla­stera w kabu­rze. Uzbro­jeni straż­nicy pod groźbą prze­mocy pozba­wili go broni, ale zigno­ro­wali jego dwu­me­trową brą­zową laskę, wystru­ganą z jakie­goś poora­nego, sęka­tego drewna.

– Na broń to tu trzeba mieć kwa­li­fi­ka­cje – rzekł czło­wiek, rosły męż­czy­zna o wiel­kich łap­skach. Łap­skach dusi­ciela.

– Bez broni sobie właź – rzu­cił drugi, na co trzeci się zaśmiał.

– I tak długo nie pożyje – sko­men­to­wał któ­ryś, jakby nowo przy­były nie stał tuż przed nimi.

– Witaj w Nowym Xaxxis – zadrwił trzeci.

Nie­zna­jomy rozej­rzał się po ele­wa­cjach kilku budyn­ków i zauwa­żył obie­cu­jący afisz, rekla­mu­jący krzy­kliwą roz­rywkę parę kro­ków dalej. Męż­czy­zna prze­szedł pół prze­cznicy, igno­ru­jąc naga­by­wa­nia i badaw­cze spoj­rze­nia, aż odna­lazł tabliczkę z napi­sem „Ste­rówka Vin-Vina” i znik­nął za drzwiami. W prze­peł­nio­nym sto­łami wnę­trzu pano­wał hałas, ale przy samym barze sie­działo nie­wiele istot. Męż­czy­zna zajął wolne miej­sce.

BAR­MAN NAZY­WAŁ SIĘ Vin-Vin Sun­fall. Był gadzim Meta­go­sa­ni­nem o rów­nie potęż­nej, bru­tal­nej musku­la­tu­rze, z jakiej sły­nęli podobni Tran­do­sha­nie. Wie­czór oka­zał się pra­co­wity. Bywalcy jedli i pili, słu­chali muzyki kwar­tetu Xaxxis Axis i podzi­wiali towa­rzy­szące kapeli akro­batki („Nie­złe ude­rze­nia! Gorące sztuczki!”). Zauwa­żył jed­nak nie­zna­jo­mego, gdy otwo­rzyły się drzwi. Bo Vin-Vinowi nic nie umy­kało.

Był to jeden z powo­dów, dla któ­rych na­dal pozo­sta­wał przy życiu, choć reszta jego rodziny nakar­miła Sieć.

Nie­zna­jomy bez słowa wska­zał pal­cem szklankę pie­ni­stego, brą­zo­wego gorz­kiego trunku, któ­rym raczył się gór­nik rasy Muun, po czym uniósł ten sam palec na znak prośby. Spra­wiał wra­że­nie osoby, która niczego tak nie pra­gnie, jak spo­koju.

Gdy wkro­czył do środka, poru­szał się, jakby sunął po szy­nach. Roz­glą­dał się brą­zo­wymi oczyma, a jego wzrok wyda­wał się łagodny, choć sku­piony. Nie. Był czło­wie­kiem czynu, szu­ka­ją­cym spo­koju. Nie. To on był w epi­cen­trum spo­koju i zosta­nie w nim, choćby wokół roz­pę­tała się prze­moc. Vin-Vin powiódł pal­cami po Krwa­wym Mło­cie, masyw­nej broni skry­tej pod barem. Miał nadzieję, że nie będzie musiał po nią się­gać, choćby dla­tego, że na myśl o ude­rze­niu nowo przy­by­łego aż skrę­cało go w kisz­kach.

Vin-Vin nalał trunku, podał go i w zamian przy­jął monetę. Nor­mal­nie skie­ro­wałby wzrok gdzie indziej, ale wtedy do szynku wpa­ro­wała dwójka dra­bów, czło­wiek i jeden z tych wku­rza­ją­cych robali Zilka. Capili nie­do­mytą skórą i pre­ten­sjami do świata. Potężne gru­czoły piż­mowe Zilki ostrze­gały, że istota jest nabu­zo­wana adre­na­liną – i nie­bez­pieczna. Vin-Vin uznał, że pró­bują kon­ty­nu­ować roz­mowę, która roz­po­częła się na zewnątrz.

– Wła­zisz tu jak Harch na igieł­kach śmierci – zaczął czło­wiek. – Dla kogo pra­cu­jesz?

Brak odpo­wie­dzi. Zilka, wyż­szy z tej dwójki, pochy­lił się i z ust do drinka nie­zna­jo­mego pocie­kła mu zie­lon­kawa plwo­cina. Następ­nie odstą­pił z szy­der­czym uśmiesz­kiem. Cze­kał na odpo­wiedź.

Nic. Muzycy na­dal grali na per­ku­sji i trąb­kach, a tan­cerki wiły się zręcz­nie. Bywalcy nie prze­ry­wali roz­mów i stu­kali szkłem, jakby nie wyda­rzyło się nic war­tego uwagi. Gdy obcy nie zare­ago­wał, młod­szy z dra­bów dodał:

– Odważny się tra­fił.

Prych­nęli i zaczęli się rado­śnie pokle­py­wać, wycho­dząc z baru.

Dziwne. Uwa­żali, że nie­zna­jomy się ich boi? Czy może wyczuli te same oznaki nie­bez­pie­czeń­stwa, które zanie­po­ko­iły Vin-Vina?

Nie­zna­jomy znów spo­koj­nie wska­zał tru­nek pal­cem i uniósł go po raz drugi, a potem poło­żył monetę na barze.

„Cie­kawe” – pomy­ślał Vin-Vin.

Ciemna twarz o moc­nych rysach nie zdra­dzała żad­nych oznak stra­chu czy zło­ści w odpo­wie­dzi na pro­wo­ka­cję. Ba, męż­czy­zna wcale nie zare­ago­wał.

– Co cię tu ssspro­wa­dza, nie­zna­jomy? – spy­tał Vin-Vin z sykiem typo­wym dla jego gatunku.

– Sły­sza­łem, że można tu zna­leźć pracę.

Bar­man zaczął wycie­rać szklankę.

– Dla odpo­wied­niej oss­soby się znaj­dzie. – Zaśmiał się chy­trze. – A może wła­śnie dla nie­od­po­wied­niej, jeśli wiesssz, co mam na myśś­śli.

Vin-Vin puścił oko w wystu­dio­wa­nym geście.

Nie­zna­jomy uniósł brew. Reszta twa­rzy pozo­stała nie­ru­choma. Impo­nu­jące.

– A może takiej, która nie boi się ubru­dzić sobie rąk? – spy­tał.

Maya-12, holo­dro­idka, która zda­wała się mieć na sobie biz­ne­sowy strój, otak­so­wała obcego spoj­rze­niem. Zmie­niła wygląd, by wcie­lić się w dra­pieżną ciem­no­skórą kobietę. Pode­szła do nie­zna­jo­mego. Była tu stałą bywal­czy­nią. Jej „sio­strzane” dro­idki Maya-8 i Maya-14 wystę­po­wały jako akro­batki z zespo­łem Xaxxis Axis.

Maya trak­to­wała Ste­rówkę Vin-Vina jak bazę wypa­dową. Nawią­zy­wała tu kon­takty z klien­tami w każ­dej moż­li­wej spra­wie: od ochrony oso­bi­stej, przez tera­pię, lek­cje języ­ków, masaże, aż po pry­watne docho­dze­nia. Wraz z sio­strami ni­gdy nie naprzy­krzały się Vin-Vinowi, a to było tu naj­waż­niej­sze.

– Jesteś tu nowy, nie­zna­jomy? Szu­kasz wska­zó­wek? Prze­wod­niczki? Mam zna­jo­mo­ści wśród Sa’adów. Chcesz zoba­czyć pają­ko­ro­bala?

Nie­zna­jomy się uśmiech­nął.

– Nie w tej chwili. Ale gdy­bym chciał, udał­bym się z tym do cie­bie. Tutaj, pro­szę. Czego tylko sobie panna życzy.

Poło­żył kolejną monetę na barze.

– Panna…? – zdzi­wiła się dro­idka.

– Tak wyglą­dasz w moich oczach.

Wła­ściwa odpo­wiedź. Dosia­dła się.

– Nazy­wam się Maya-12. Jesteś tu nowy.

– Jestem krze­wem pustyn­nym fasha, szu­ka­ją­cym miej­sca, by na chwilę zapu­ścić gdzieś korze­nie.

Obni­żyła głos.

– Tu nie jest bez­piecz­nie – powie­działa na gra­nicy szeptu. – Nie dla… gen­tle­mana. Będzie lepiej, jak ruszysz w dal­szą drogę.

– Dzię­kuję za poradę.

Dro­idka wło­żyła monetę do kie­szeni, wzru­szyła ramio­nami i spoj­rzała w stronę stołu, do któ­rego wzy­wały ją sio­stry. Muzyka uci­chła – kapela zro­biła sobie prze­rwę. Maya skie­ro­wała się w stronę pozo­sta­łych dwóch dro­idek.

Nie­zna­jomy poło­żył na bla­cie kolejną monetę.

– To sssamo? – upew­nił się bar­man.

– Infor­ma­cje.

Vin-Vin zama­chał pazu­rami i moneta znik­nęła.

– Na jaki temat?

– Topo­gra­fia oko­licy. Co powinna wie­dzieć osoba szu­ka­jąca zatrud­nie­nia?

– Cóż. Infor­ma­cje. Tak, da sssię zro­bić. Nowe Xaxxisss to wąż o dwóch gło­wach. Prę­dzej czy póź­niej ktośśś, kto całuje jedną, zosta­nie ukąss­szony przez tę drugą.

– Z kim jesteś w komi­ty­wie?

– Oj, mnie tam dobrze tu, gdzie jess­stem, przy­ja­cielu.

– To co to za głowy?

– Chu­lok i Sssy­bil. Każdy to wie.

Bar­man zami­go­tał roz­wi­dlo­nym języ­kiem, by zwil­żyć cien­kie gadzie wargi.

– Zatrud­niają?

Bar­man się zaśmiał.

– Sssy­bil rzadko zatrud­nia kogośśś ssspoza wła­snego potomss­stwa. – Zamilkł. Zasta­na­wiał się, czy powi­nien brnąć w to dalej. Uznał, że tak. – Czass­sami to jej potomss­stwo zatrud­nia obcośś­świa­tow­ców.

– To ile ona ma tego potom­stwa?

– Nie­mal codzien­nie rodzi sssię nowe.

– Pra­co­wita z niej babka. A ten cały Chu­lok?

– Oni zatrud­niają. Gdy mają wakat.

– A jak czę­sto to się zda­rza? – Znów uniósł tę swoją jedną brew. Reszta twa­rzy pozo­sta­wała nie­ru­chomą maską. Albo męż­czy­zna miał prze­cięte nerwy pod skórą, albo wybit­nie pano­wał nad mimiką. Vin-Vin uznał, że ktoś taki, choć o cen­ty­me­try niż­szy i o kilo­gramy od niego lżej­szy, jest nie­zwy­kle nie­bez­pieczny. Zadrżały mu pióra na grzbie­cie.

– Ostat­nio nic mi sssię nie obiło o uss­szy. A nawet gdyby rekru­to­wali, muss­siał­byś otrzy­mać pole­ce­nie od kogośśś, komu ufają. Wyka­zy­wać się jaki­miśśś nie­ty­po­wymi zdol­nośś­ściami.

– Hmm…

Coś się wyda­rzyło za tymi jego ciem­nymi oczyma. Z nimi samymi zresztą też. Może to tylko gra świa­tła, ale brą­zowe tęczówki aż poczer­niały. Vin-Vin uznał, że coś zasko­czyło w mózgu nie­zna­jo­mego. Została pod­jęta decy­zja. I to nie jedna z tych przy­jem­nych.

– Jak się zwiesssz, przy­ja­cielu?

Nie­zna­jomy nie odpo­wie­dział.

– Niech będzie. Może to nie­właśś­ściwe pyta­nie. Czym sssię zaj­mu­jessssz?

– Likwi­do­wa­niem pro­ble­mów – oznaj­mił obcy, po czym odstą­pił od baru.

– Dokąd zmie­rzasssz, Likwi­da­to­rze Pro­ble­mów?

– Zli­kwi­do­wać pro­blem.

Vin-Vin odpro­wa­dzał go wzro­kiem. Na barze została wil­gotna kro­pla. Gad starł ją poje­dyn­czą łusko­watą opuszką palca, jakby w ogóle jej tam nie było. Chwilę póź­niej rów­nie osta­tecz­nie usu­nął z pamięci nie­zna­jo­mego.

W Nowym Xaxxis dzień w dzień zja­wiali się kolejni twar­dziele. Więk­szość nie doży­wała śnia­da­nia.

GROTA ZAMIESZ­KANA PRZEZ nie­mal milion nowo­xa­xxiń­skich oby­wa­teli roz­cią­gała się we wszyst­kie strony na całe kilo­me­try. Była tak prze­pastna, że naj­od­le­glej­sze ściany zani­kały we mgle na wid­no­kręgu, po któ­rym latano śmi­ga­czami po sobie tylko zna­nych tra­sach. Nowe Xaxxis powstało we wnę­trzu zdu­mie­wa­jąco wiel­kiej geody. Ze ścian i stropu wysta­wały gigan­tyczne krysz­tały, pod­czas gdy te na dnie prze­kształ­cono w kopal­nie, zrów­nano z zie­mią czy obu­do­wano przez kolejne lata czy nawet epoki, w miarę jak mia­sto przyj­mo­wało kształt mon­stru­al­nego koła. Główne drogi i kanały wio­dły ku cen­tral­nej czę­ści, dzie­ląc mia­sto na kliny.

Po zewnętrz­nej, pół­nocno-zachod­niej stro­nie roz­wi­dla­jąca się ścieżka wio­dła ku mostowi ponad bul­go­czą­cym stru­mie­niem, ucho­dzą­cym do stawu będą­cego zbior­ni­kiem wody. Dostępu do niego bro­niła trójka dry­bla­sów, tych samych, któ­rzy pró­bo­wali spro­wo­ko­wać nie­zna­jo­mego przy wej­ściu do mia­sta: dwaj Zil­ko­wie i czło­wiek, któ­rego nie­zna­jomy nie roz­po­zna­wał.

Gdy obcy pod­cho­dził bli­żej, usły­szał, jak trójka naprzy­krza się srebr­no­szerst­nej Tyn­nance i jej trójce dzieci. Matka miała na sobie białą szatę żałobną. Dzieci pła­kały z powodu tak sta­rych, jak i świe­żych ran. Każde miało przy sobie dzba­nek na wodę z jakie­goś chro­po­wa­tego drewna. Sądząc po tym, że malu­chy nie ugi­nały się pod ich cię­ża­rem, naczy­nia były puste.

– To znów Marzi – rzu­cił jeden z dwóch Zil­ków, macha­jąc elek­tro­pałką. – Mówi­li­śmy: musisz opła­cić myto.

Star­sza kobieta zamru­gała bojaź­li­wymi mlecz­nymi oczyma.

– Po pro­stu szu­kam wody. Bra­kuje nam jej od dwóch dni.

Męż­czy­zna zaśmiał się meta­licz­nym, wyzu­tym ze współ­czu­cia tonem.

– To nasz most. Nie pła­ci­cie? Pójdź­cie inną drogą.

– Doskwiera mi noga. Dzieci potrze­bują wody.

– Trzeba było zakrę­cić się przy lep­szym part­ne­rze. Stary Kas­sis wisiał nam kasę. Co zna­czy, że ty wisisz nam kasę.

Zje­żyła się.

– Zamor­do­wa­li­ście go!

– A mógł zapła­cić. A teraz idź sobie dookoła. Nie powinno ci to zająć dłu­żej niż pół dnia.

Drugi, więk­szy Zilka wycią­gnął przed sie­bie rękę i chwy­cił kobietę pal­cami zakoń­czo­nymi przy­ssaw­kami.

Nie­zna­jomy sko­rzy­stał z tej chwili, by się wtrą­cić.

– Czy to tak męż­czyźni w Nowym Xaxxis trak­tują wdowy i sie­roty? Prze­wod­niki tury­styczne powinny wspo­mi­nać o takich roz­ryw­kach.

Zaka­pior z hala­bardą się zaśmiał.

– O, jest i ten odważny!

– Czego, ner­fo­pa­sie? – spy­tał czło­wiek.

– Co nam się wtrą­casz w inte­resy? – spy­tał drugi Zilka.

Nie­zna­jomy nie­znacz­nie prze­chy­lił głowę, jakby szu­kał innej per­spek­tywy.

– Ona? Nie obcho­dzi mnie zła­ma­nego kriffa. Ale ty wisisz mi za tam­ten tru­nek.

Gapili się na niego jak głupi.

– Stul ten pysk, chyba że uwa­żasz, że to dobry dzień na śmierć.

Nie­zna­jomy oparł się na kiju.

– Nie wyglą­da­cie na braci. Wąt­pię, czy zna­li­ście ojców, ale nie wydaje mi się, by jedna kobieta mogła uro­dzić dwóch tak ohyd­nych typów. Strze­lam, że robi­cie dla Chu­loka?

Wtedy ruszyli z miej­sca.

A o tym, co stało się póź­niej, dys­ku­to­wano przez kolejne lata, bo każdy ze świad­ków zda­rze­nia zapa­mię­tał je ina­czej.

Nie­któ­rzy utrzy­my­wali, że nie­zna­jomy ude­rzył sto­ją­cego za nim Zilkę kijem, sprze­dał kopa czło­wie­kowi, po czym ugo­dził pierw­szego napast­nika bro­nią. Inni zarze­kali się, że nie, nie kijem, tylko przy­bysz pozba­wił jed­nego z zaka­pio­rów hala­bardy, potem kop­nął tego na tyłach, a na koniec trzep­nął czło­wieka pła­zem broni. Nikt jed­nak nie mógł wyja­śnić, jak to moż­liwe, że pierw­szy Zilka pole­ciał z mostu.

Pewne było jedno: nie­zna­jomy zda­wał się poru­szać wolno, a cała reszta tele­pała koń­czy­nami jak w amoku. Jakimś cudem w oka­mgnie­niu cała trójka padła nie­przy­tomna; jeden drab miał spa­ra­li­żo­waną prze­ponę, drugi – guza na gło­wie, a trze­ciego cze­kał mie­sięczny pobyt w szpi­talu.

W oka­mgnie­niu.

Świad­ko­wie gapili się, gdy przy­bysz wyłu­ski­wał bla­ster z drżą­cych pal­ców więk­szego Zilki.

– Nie odpo­wie­dzieli mi – ode­zwał się obcy, pusz­cza­jąc hala­bardę.

Się­gnął po kij, oparty o balu­stradę mostu. Kiedy go tam odsta­wił?

Nikt nie pamię­tał, bo całość roze­grała się tak nagle.

– J-jak brzmiało pana pyta­nie? – spy­tał prze­cho­dzień.

– Dla kogo robią?

– Dla… Chu­loka. Zabójcy Jedi.

Oczy Mace’a Windu zapło­nęły, ale ogień znik­nął za wypra­co­waną maską tak szybko, jak się poja­wił.

– Prze­każ­cie Chu­lo­kowi, by przy­szli tu sobie i spraw­dzili moje kwa­li­fi­ka­cje.

Rozdział drugi

ROZ­DZIAŁ DRUGI

CIA­ŁO­PA­LE­NIE

Naboo, tydzień wcze­śniej…

Mace pogrą­żył się w zadu­mie. „Bujna zie­leń i spo­kój. Qui-Gonowi byłoby to obo­jętne”.

Miej­sce kre­ma­cji, ulo­ko­wane mię­dzy czte­ro­me­tro­wymi posą­gami skrzy­dla­tych straż­ni­ków, było jed­nym z naj­bar­dziej uświę­co­nych punk­tów na kró­lew­skim cmen­ta­rzu na Naboo. Ciało Qui-Gona Jinna spo­czy­wało na drew­nia­nym sto­sie z rękoma zło­żo­nymi na potęż­nej piersi. W pew­nym sen­sie było to ide­alne miej­sce dla zwłok, które miały zostać pochło­nięte przez pło­mie­nie, tutaj, gdzie na „wieczny spo­czy­nek” zło­żono tylu wojow­ni­ków. Cóż, Mocą a prawdą, Mace podej­rze­wał, że ta iro­nia roz­ba­wi­łaby samego Qui-Gona.

Mistrz Jedi zgi­nął z rąk Sitha, gdy poma­gał kró­lo­wej Ami­dali wyzwo­lić pla­netę. Koniec koń­ców śmierć zawsze była sprawą pry­watną, ale śmierć Jedi czę­sto sta­wała się kwe­stią publicz­nej żałoby i ofi­cjal­nego cere­mo­niału. Stosu doglą­dali więc wysoko posta­wieni dygni­ta­rze z Repu­bliki Galak­tycz­nej, przed­sta­wi­ciele zakonu Jedi, a także wybrani oby­wa­tele Naboo.

Mace Windu nie­spe­cjal­nie inte­re­so­wał się natu­ral­nym uro­kiem mia­sta Theed, pięk­nem zie­leni i pły­ną­cej wody, co nie zna­czy, że dawał się mu zwo­dzić. Może i miał spo­kojne obli­cze, ale serce goto­wało się w nim w świa­do­mo­ści fak­tycz­nych impli­ka­cji śmierci Qui-Gona: powrotu Sithów.

Dawny pada­wan Qui-Gona, Obi-Wan Kenobi, odziany w pro­stą cere­mo­nialną szatę Jedi, wspo­mi­nał swo­jego men­tora, Mace jed­nak sły­szał tylko frag­menty jego mowy.

– Był naj­ser­decz­niej­szym przy­ja­cie­lem, jakiego można sobie wyobra­zić, dla każ­dego, kto miał oka­zję go poznać. Men­to­rem, który oca­lił mi życie wię­cej razy, niż chcę pamię­tać, osobą o głę­bo­kiej mądro­ści i cie­płym sercu. Rzadko się uśmie­chał, ale gdy mu się to zda­rzało, miało się wra­że­nie, jakby zza chmury burzo­wej wyła­niało się słońce…

I mówił dalej. Z serca, praw­dzi­wie.

Nic z tego jed­nak nie przy­no­siło uko­je­nia Mace’owi.

Obi-Wan zabił tajem­ni­czego Sitha w poka­zie umie­jęt­no­ści, który spra­wił, że Mace odczu­wał głę­boką dumę. Więc ich prze­ciw­nicy nie byli tymi nie­śmier­tel­nymi potwo­rami, za jakich mieli ich nie­któ­rzy, a isto­tami z krwi i kości. Krew można prze­lać, a kości – skru­szyć…

Myśli dry­fo­wały mu w tę stronę, gdy poczuł deli­katny stro­fu­jący dotyk sto­ją­cego u jego boku mistrza Yody. Wielki Mistrz Jedi był od niego znacz­nie mniej­szy i, o czym Mace był prze­ko­nany, dwu­krot­nie mądrzej­szy. Jeśli w galak­tyce ist­niał ktoś, kto pozo­sta­wał auto­ry­te­tem dla Mace’a, z pew­no­ścią był nim ten mikry zie­lony gigant.

Sub­telny sygnał nie­za­do­wo­le­nia natych­miast przy­wo­łał Mace’a do porządku i męż­czy­zna sku­pił się na cere­mo­nii.

Obi-Wan wła­śnie skoń­czył wychwa­lać mądrość Qui-Gona, jego poświę­ce­nie wobec Mocy i oso­bi­stej wer­sji kodeksu Jedi. Wspól­nie z resztą w ramach gestu sza­cunku Mace dobył ręko­je­ści mie­cza świetl­nego i uru­cho­mił ostrze. Wszy­scy unie­śli klingi w bukie­cie uświę­co­nego ognia, roz­świe­tla­jąc zgro­ma­dze­nie.

Przy bla­sku mie­czy kró­lowa Ami­dala podzie­liła się wła­snymi prze­my­śle­niami. Mace póź­niej przy­po­mniał sobie słowa o powin­no­ści i poświę­ce­niu. Reszta wyle­ciała mu z głowy. Choć monar­chini była mło­dziutka, prze­ma­wiała tonem świad­czą­cym o tym, że poli­tykę ma we krwi. Mace poj­mo­wał tyle, by wie­dzieć, że poli­tycy są konieczni, ale sama poli­tyka była obca jego myślom i emo­cjom. Uwa­żał ją za sztukę pod­stępu i kom­pro­misu, która może poten­cjal­nie – i fak­tycz­nie – sko­rum­po­wać tych kro­czą­cych wyż­szą ścieżką. Zakra­wało na iro­nię, że poli­tycy tak czę­sto drwili z wojow­ni­ków, po czym wyma­gali od nich, by ci wykrwa­wiali się, żeby napra­wić ich błędy.

Nie­któ­rzy wręcz uwa­żali, że to Jedi powinni prze­wo­dzić Sena­towi. Byłaby to kolejna poten­cjalna kata­strofa. Moż­liwe, że wła­dza nie depra­wuje abso­lut­nie, ale jest jak słońce i deszcz – wzmac­nia roz­rost tego, co już czai się w cie­niach duszy. Mistrzo­stwo nad Mocą samo w sobie sta­no­wiło wystar­cza­jącą pokusę.

Poże­gna­nie zakoń­czyło się tra­dy­cyj­nym rytu­ałem Jedi: mistrz Yoda pod­pa­lił stos mie­czem świetl­nym samego Qui-Gona. Gdy wzno­siły się pło­mie­nie, zebrani Jedi odda­wali się wspól­nej medy­ta­cji, sku­pia­jąc ener­gię na podróży towa­rzy­sza w Moc.

I to wresz­cie prze­mó­wiło do Mace’a Windu, zestro­iło go z tym głę­bo­kim poczu­ciem spo­koju w jego głębi, przez nie­któ­rych bra­nym za obo­jęt­ność. Wro­go­wie, któ­rzy mieli ten spo­kój za sła­bość, zapła­cili życiem wię­cej razy, niż Mace chciał o tym pamię­tać, choć wie­dział, że w przy­szło­ści liczba ta tylko się powięk­szy.

Bo nie wąt­pił, że coś nad­ciąga. Powrót Sithów zwia­sto­wał więk­sze kon­flikty. A zakon Jedi wła­śnie utra­cił jed­nego ze swo­ich naj­wy­bit­niej­szych człon­ków.

Gdy doga­sały pło­mie­nie, wspo­ma­gane spe­cjal­nymi pre­pa­ra­tami, któ­rymi nasą­czono drewno i ciało Qui-Gona, nie pozo­stało nic prócz popiołu.

Mace poże­gnał się w duchu ze sta­rym dru­hem i kam­ra­tem. A potem, gdy pozo­stali pogrą­żali się w zadu­mie i roz­ma­wiali, wró­cił na swój sta­tek, kiedy tylko pozwo­liła mu na to przy­zwo­itość.

Wolał uczcić pamięć przy­ja­ciela po swo­jemu.

Rozdział trzeci

ROZ­DZIAŁ TRZECI

OSTAT­NIA WOLA

Coru­scant

Świą­ty­nia Jedi na Coru­scant była gma­chem iko­nicz­nym i histo­rycz­nym, peł­nią­cym rolę ducho­wego i admi­ni­stra­cyj­nego cen­trum zakonu. Więk­szość widziała w niej struk­turę wielką i budzącą zachwyt, odzwier­cie­dla­jącą war­to­ści Jedi.

Dla Mace’a Windu była jedy­nym zna­nym mu domem.

Mie­ściła się na wystaw­nej par­celi w dziel­nicy zwa­nej po pro­stu świą­tynną. Całość kom­pleksu zaj­mo­wała kilo­metr kwa­dra­towy, góru­jąc nad gęstą miej­ską zabu­dową.

Powrót do tego uświę­co­nego miej­sca zawsze go uspo­ka­jał. Archi­tek­tura sta­no­wiła połą­cze­nie sty­lów kla­sycz­nych i współ­cze­snych. Sama przy­po­mi­na­jąca zigu­rat świą­ty­nia się­gała chmur, a każdy poziom aż po wierz­cho­łek sta­wał się mniej­szy i bar­dziej ozdobny. Zewnętrzne mury wznie­siono z bla­dej skały wydo­by­wa­nej z pry­wat­nych coru­scań­skich kamie­nio­ło­mów, nada­ją­cej gma­chowi wyjąt­kowo szla­chetny wygląd. A to, że cecho­wała się taką gęsto­ścią, że ule­gała wyłącz­nie pod napo­rem broni zdol­nej znisz­czyć całą pla­netę, nie było przy­pad­kiem.

Cen­tralna iglica gma­chu zwień­czona była maje­sta­tycz­nym stoż­ko­wym dachem o trans­pa­sta­lo­wych oknach, dzięki któ­rym wewnętrzne sale wypeł­niało natu­ralne świa­tło.

Mace pro­wa­dził sta­tek przez atmos­ferę, spo­glą­da­jąc na tereny kom­pleksu świą­tyn­nego. Roz­liczne cudowne dzie­dzińce i ogrody zapew­niały wiele miejsc zadumy dla Jedi, a część człon­ków zakonu w ramach nauki dys­cy­pliny sadziła rośliny i ich doglą­dała. Miej­sca te ude­ko­ro­wano posą­gami, fon­tan­nami i sze­re­giem klom­bów. Całość two­rzyła har­mo­nijne śro­do­wi­sko na potrzeby medy­ta­cji i roz­my­ślań.

Mace wylą­do­wał na pry­wat­nym lądo­wi­sku, naj­bliż­szym jego kwa­tery. Sześć­dzie­siąt sekund póź­niej uru­cho­mił auto­pi­lota, by wpro­wa­dził jego sta­tek do głów­nego han­garu.

Ścieżka wio­dła go kory­ta­rzami, któ­rych odnogi odcho­dziły ku każ­demu głów­nemu cen­trum ner­wo­wemu Świą­tyni, w tym do sali Naj­wyż­szej Rady Jedi, gdzie zapa­dały decy­zje o losie całej galak­tyki.

Mace wyszedł na tereny tre­nin­gowe, na któ­rych Jedi całymi tysią­cami godzin pra­co­wali nad sobą w pocie czoła. Prze­pastne sale tre­nin­gowe i dojo zapew­niały naj­bar­dziej zaawan­so­wany sprzęt do ćwi­czeń nad cia­łem i umy­słem, w tym nie­sa­mo­wite narzę­dzia do tre­no­wa­nia walki mie­czem świetl­nym, które zachwy­ci­łyby nawet spe­cja­li­stów od broni z Czerki. Tutaj mło­dziki i ryce­rze Jedi zapra­wiali się w boju prze­ciwko celom, dro­idom i sobie nawza­jem – drew­nia­nymi kijami, nie mie­czami świetl­nymi, rzecz jasna. Sys­tem ten był zarówno funk­cjo­nalny, jak i sym­bo­liczny. Pod­kre­ślał dąże­nie do pokoju u Jedi w dro­dze przy­go­to­wań do walki.

To stąd Mace miał jedno z naj­ser­decz­niej­szych wspo­mnień: gdy po raz pierw­szy w mło­do­ści poko­nał jed­nego ze swo­ich nauczy­cieli. Widok zasko­czo­nej, peł­nej szcze­rego sza­cunku miny T’ra Syy był satys­fak­cjo­nu­jący. Ba, cała rodzina Jedi wzięła dosko­na­łość Mace’a za coś dobrego. Nikt mu nie zazdro­ścił. Po pro­stu stwier­dzili: „Witaj, bra­cie”.

Bodaj naj­bar­dziej znana część Świą­tyni, Archiwa Jedi, skry­wała ogromną kolek­cję holo­kro­nów, per­ga­mi­nów i data­kart. Archiwa dzie­liły się na liczne działy poświę­cone róż­nym dzie­dzi­nom wie­dzy, w tym histo­rii, dyplo­ma­cji i arka­nom Mocy.

U szczytu jed­nej z zewnętrz­nych iglic znaj­do­wała się okrą­gła sala, w któ­rej zbie­rała się Naj­wyż­sza Rada Jedi. Cen­tralne wznie­sie­nie oko­lone było przez dwa­na­ście foteli prze­zna­czo­nych dla człon­ków Rady, a każdy został wyko­nany według innego pro­jektu.

W sercu Mace’a Świą­ty­nia Jedi na Coru­scant nie była tylko struk­turą fizyczną; była miej­scem, gdzie człon­ko­wie zakonu szko­lili się, udzie­lali porad i szy­ko­wali się, by stać na straży rów­no­wagi Mocy i zapew­niać dobro­byt miesz­kań­com galak­tyki na kolejne poko­le­nia.

A przede wszyst­kim… była domem.

SYPIAL­NIA MACE’A BYŁA na tyle duża, by mogła pomie­ścić łóżko i matę medy­ta­cyjną. Dla osoby z zewnątrz takie wypo­sa­że­nie wyda­łoby się biedne. Z dru­giej strony Jedi nie żyli tam, gdzie sypiali – żyli w Mocy. Nie ogra­ni­czali się do ciała.

Pomiesz­cze­nie odzwier­cie­dlało sta­tus Mace’a w zako­nie. Świat zewnętrzny nie­wiele wie­dział o takich spra­wach, a Mace’a bawiły co bar­dziej sza­lone i nie­stwo­rzone teo­rie na ten temat. Sypial­nie Jedi zazwy­czaj były skromne i funk­cjo­nalne, co odzwier­cie­dlało nacisk zakonu na dys­cy­plinę. Jego wła­sna sie­dziba nie sta­no­wiła tu wyjątku.

Wci­snął zewnętrzny panel dostę­powy i drzwi się roz­su­nęły. Krótki kory­tarz wiódł do alkowy medy­ta­cyj­nej. Mace wolał taki układ. Po prze­kro­cze­niu progu z lubo­ścią zatrzy­my­wał się, by się wypo­środ­ko­wać i zebrać myśli, nim wej­dzie do prze­strzeni miesz­kal­nej. Dziś zro­bił tak na sto­jąco, ale czę­sto sia­dał ze skrzy­żo­wa­nymi nogami na podusz­kach.

Obró­cił się i ujrzał witrynę z plek­si­stali. To tutaj trzy­mał poprzed­nie ręko­je­ści mie­czy, od tej pierw­szej, pół­ska­lo­wej, którą skon­stru­ował jesz­cze w dzie­ciń­stwie, po kilka modeli, two­rzo­nych przez kolejne lata z wyko­rzy­sta­niem krysz­ta­łów kyber z pla­nety Ilum, które wezwały go po imie­niu. Jego oso­bi­ste pro­jekty ewo­lu­owały zgod­nie z tra­dy­cją zakonu.

Miecz świetlny Jedi sta­no­wił funk­cjo­nalne dzieło sztuki, a fio­le­towa poświata jego wła­snego była zarówno przy­jemna este­tycz­nie, jak i sta­no­wiła ostrze­że­nie dla wszyst­kich, do któ­rych dotarły szepty o jego wyjąt­ko­wym opa­no­wa­niu w Mocy. Nie­je­den wróg zwy­czaj­nie rzu­cał broń w chwili, gdy Mace uru­cha­miał ostrze. Jego kolor był nie­ty­powy jak na Jedi. Poja­wiały się głosy, że Mace jest nie­zdrowo przy­wią­zany do wyjąt­ko­wego odcie­nia mie­cza. Potra­fił zro­zu­mieć ten punkt widze­nia, ale nie przej­mo­wał się loso­wymi opi­niami.

Wszyst­kie jego ostrza słu­żyły mu z hono­rem. Teraz spo­czy­wały w witry­nie, bez­pieczne i łatwo dostępne.

Miał też uko­chane repo­zy­to­rium wypeł­nione holo­dzien­ni­kami. Nośniki danych zawie­rały bogac­two wie­dzy o Mocy, w czym ustę­po­wały tylko Archi­wom. Uwiecz­niały roz­le­głe wpisy z jego prze­my­śle­niami i przy­go­dami, a dzięki indek­sowi wszystko było szybko dostępne. Rygor, z jakim je zor­ga­ni­zo­wał, odzwier­cie­dlał jego maszy­nową pre­cy­zję umy­słu.

W nie­wiel­kiej prze­strzeni tre­nin­go­wej w kącie pomiesz­cze­nia leżała kwa­dra­towa mata, na któ­rej codzien­nie rano i wie­czo­rem przed snem Mace bez­względ­nie wyko­ny­wał po rundce ćwi­czeń roz­cią­ga­ją­cych i siło­wych. Ktoś, kto się na tym nie znał, byłby zadzi­wiony.

Dziś czuł nie­po­kój w sercu i zamie­rzał prze­kuć emo­cje… w ruch.

Gdy ciało błysz­czało już od potu, dobył mie­cza i zaczął ćwi­czyć spon­ta­niczny układ Vaapad. Vaapad był zaawan­so­waną, nie­bez­pieczną formą walki, którą opra­co­wał z Sorą Bulqiem, wie­lo­let­nim dru­hem Jedi.

Formę VII okre­ślano mia­nem „Juyo”. Vaapad był jej odpry­skiem, wysoce agre­sywną i inten­sywną formą, pasu­jącą jak ulał do jego obec­nego nastroju.

Teraz ćwi­czył, zarówno wypro­wa­dza­jąc dłu­gie, potężne ciosy, jak i wyko­nu­jąc szyb­kie, zde­cy­do­wane ruchy, a każdy ude­rzał w łań­cu­chy żalu pęta­jące mu serce. „Prze­kuj ból w siłę” – pora­dził mu raz Qui-Gon.

Mace tęsk­nił za przy­ja­cie­lem.

Gdy dał upust emo­cjom w wystar­cza­ją­cym stop­niu, by znów gładko oddy­chać, Mace wyłą­czył miecz i wzno­wił ćwi­cze­nia z pustymi rękoma, zawę­ża­jąc łuki i spi­rale cio­sów z wymy­ka­jącą się oczom, kru­szącą kości pre­cy­zją. Obró­cił emo­cje w ruch, a ten w przy­go­to­wa­nia do upo­ra­nia się ze wszyst­kim, co było powo­dem jego żalu.

Znany z wyjąt­ko­wych umie­jęt­no­ści walki mie­czem świetl­nym, Mace nie był tylko silny w Mocy. Nawet gdyby nie dys­po­no­wał tą potęgą, byłby jed­nym z naj­więk­szych atle­tów wśród ludzi w galak­tyce, choć ni­gdy się tym nie prze­chwa­lał czy choćby tego nie oka­zy­wał. Z jed­nym wyjąt­kiem, do któ­rego rzadko wra­cał: przy­szedł taki moment, gdy ano­ni­mowo wziął udział w Wiel­kim Sied­mio­boju na Fashy IX. W ogóle nie korzy­sta­jąc z Mocy, zdo­mi­no­wał każdą kate­go­rię, aż wresz­cie celowo ustą­pił pola naj­lep­szym rywa­lom. Chciał grać fair, a wystar­to­wał tylko dla przy­jem­no­ści oraz by okre­ślić poziom ogól­nej spraw­no­ści fizycz­nej.

Ćwi­cząc bez mie­cza, akcen­to­wał układ momen­tami peł­nego furii i prze­mocy sku­pie­nia, aż wresz­cie zakoń­czył sko­kiem z podwój­nym obro­tem, w toku któ­rego chwy­cił ręko­jeść i prze­pro­wa­dził ją przez wszyst­kie główne kąty ataku, nim jego stopy spo­częły na pod­ło­dze. Z satys­fak­cją przy­pa­sał broń.

Tak, kom­nata Mace’a była skromna, zresztą podob­nie jak jego ubiór. Ale w głębi serca… tak, odcień mie­cza spra­wiał mu przy­jem­ność. Był, jak to teraz mówili mło­dzi, „wpo­rzo”.

Tak. Był total­nie wpo­rzo. A to dawało satys­fak­cję i spo­kój sercu wyku­temu na woj­nie.

MIGO­CZĄCE ŚWIA­TŁO i roz­brzmie­wa­jący echem sygnał dźwię­kowy zapo­wie­działy gości. Mace się zatrzy­mał. Przed drzwiami stali Obi-Wan i Kit Fisto, dzielni Jedi i dro­dzy kom­pani.

– Wej­dzie­cie? – spy­tał.

– My tylko na chwilę – odparł Fisto.

Był nauto­lań­skim mistrzem Jedi, zna­nym z wyjąt­ko­wego talentu do walki mie­czem, a także z szel­mow­skiego uśmie­chu. Jego przy­po­mi­na­jące gogle oczy i gło­wo­ogony były cha­rak­te­ry­styczne, ale Mace głów­nie koja­rzył go z aurą peł­nej świa­do­mo­ści. Fisto pozo­sta­wał dla swo­ich towa­rzy­szy ucie­le­śnie­niem lojal­no­ści, a dla wro­gów – zagro­że­nia.

– Pro­szę. – Obi-Wan wycią­gnął przed sie­bie dłoń. Trzy­mał paku­nek w kształ­cie dysku, owi­nięty w jakąś meta­liczną folię. Mace dostrze­gał ciemne pod­kówki pod oczyma Obi-Wana, nie­wąt­pli­wie z powodu bez­sen­nych nocy. Obi-Wan jed­nak zno­sił cię­żar nowych obo­wiąz­ków jako rycerz Jedi z cichą deter­mi­na­cją. – Miecz Qui-Gona spo­czął w Archi­wach, ale mistrz życzył sobie, żebyś otrzy­mał to po jego śmierci. Wiem, że byli­ście przy­ja­ciółmi.

Mace przy­jął poda­rek z rąk dru­giego Jedi z nie­skoń­czoną powagą. Nie­ty­powa sprawa. To jakaś wia­do­mość? On i Qui-Gon fak­tycz­nie pozo­sta­wali sobie bli­scy. Obaj dostrze­gali w sobie odwagę, inte­li­gen­cję i mądrość w walce i pole­gali na nich. Inna rzecz, że po śmierci Jedi nie­wiele zosta­wało do powie­dze­nia. Intu­icja pod­po­wia­dała mu, że to coś wię­cej niż sen­ty­men­talne poże­gna­nie.

– Cóż, wystar­czy prze­grać z kimś w deja­rika naj­wyż­szego poziomu, by zro­bić sobie wroga lub zyskać przy­ja­ciela… aż po grób.

– Ależ to musiała być gra – skwi­to­wał Fisto.

– Dotar­li­śmy do pół­fi­nału w zawo­dach, a potem jesz­cze się zało­ży­li­śmy, by było cie­ka­wiej.

– A o co? – zain­te­re­so­wał się Obi-Wan.

– O przy­sługę.

Fisto wyszcze­rzył sze­roko zęby.

– A jaką?

W odpo­wie­dzi Mace się uśmiech­nął.

– A nie powie­dział. Tyle tylko, że prze­grany będzie dłużny zwy­cięzcy. Wygrał, poświę­ca­jąc savripa, ale nie podał kon­kre­tów. – Pokrę­cił głową. – Jedyny w swoim rodzaju.

– A gdy­byś wygrał? – spy­tał Obi-Wan.

– Nie bra­łem tego pod uwagę. Wie­dzia­łem, że wygra.

– To czemu w ogóle zgo­dzi­łeś się na grę? – zdzi­wił się Fisto.

– Chcia­łem zoba­czyć, jaki łomot mi spu­ści.

GDY SIĘ POŻE­GNALI, Mace usiadł na pod­ło­dze i przyj­rzał się poda­run­kowi. Zawar­tość została opa­ko­wana i zwią­zana z dużą tro­ską. Moż­liwe, że Mace poznałby nadawcę po samym ele­ganc­kim węźle. Otwo­rzył pre­zent i zgod­nie z ocze­ki­wa­niami wyjął ze środka zestaw do deja­rika nale­żący do Qui-Gona, dar od władcy jakie­goś wdzięcz­nego pań­stwa. Mace zasta­na­wiał się, która alkowa nadaje się na hono­rowe miej­sce, gdy nagle holo­gram ożył. Nad plan­szą zawisł wize­ru­nek męż­czy­zny rasy ludz­kiej o przy­pró­szo­nych siwi­zną fali­stych wło­sach i takiej samej bro­dzie. Jego prze­ni­kliwe nie­bie­skie oczy i spo­kojne uspo­so­bie­nie suge­ro­wały oko cyklonu.

Qui-Gon Jinn.

– Pozdra­wiam cię, mistrzu Windu, stary druhu. Skoro to oglą­dasz, nad­szedł dzień, na który szy­ku­jemy się wszy­scy.

– Ow­szem, stary druhu – odparł Mace, bar­dziej do sie­bie niż do holo­gramu.

– A teraz pora, żebym wresz­cie popro­sił o tamtą przy­sługę. Na Zewnętrz­nych Rubie­żach leży pla­neta o nazwie Meta­gos.

„Meta­gos…?” Mace ni­gdy o niej nie sły­szał.

Wyświe­tliła się holo­mapa pla­nety, wiru­ją­cej wokół wła­snej osi. Nagle pla­neta skur­czyła się i poja­wiła się gwiazda na Zewnętrz­nych Rubie­żach, po czym obraz znów się prze­su­nął i oczom Mace’a uka­zał się świat o powierzchni przy­po­mi­na­ją­cej pusty­nię spa­loną na węgiel.

– Po raz pierw­szy zasie­dlono ją przed tysią­cami laty. W ostat­nich wie­kach roz­wi­jała się jako źró­dło hil­liań­skiego jedwa­biu. Tyle że pięć­dzie­siąt lat temu miesz­kań­ców powierzchni spo­tkała kata­strofa, która zmu­siła ich do prze­sie­dle­nia się pod zie­mię. I to w tym burz­li­wym okre­sie wła­dzę prze­jęli kry­mi­na­li­ści. – Holo­gram Qui-Gona uśmiech­nął się ze smut­kiem. – Zaj­mo­wa­łem się tam wła­snymi spra­wami. Tro­pi­łem skry­to­bójcę i prze­myt­nika, szmu­glu­ją­cego broń dla poli­tycz­nych agi­ta­to­rów. O mało nie przy­pła­ci­łem tego śmier­cią. Działa tam istota o imie­niu Chu­lok. Uwa­żaj na nich. Nauczysz się zresztą. Pamię­taj, że mają się za klauna, ale to tylko taka poza, bo Chu­lok są jed­nym z naj­nie­bez­piecz­niej­szych wojow­ni­ków, jakim sta­wiali czoła Jedi. Musisz poło­żyć kres ich potę­dze, a także potę­dze istoty o imie­niu Sybil.

Mace uspo­koił oddech. Misja zaczęła nabie­rać kształ­tów. Nie podo­bało mu się to.

– Będziesz musiał nawią­zać kon­takt z Kin­Shan Night­bird z klanu Tka­czy, czyli Sa’adów. Ona opo­wie ci resztę. Zło­ży­łem jej obiet­nicę, a wezwa­nie z prośbą o pomoc dotarło do mnie w trak­cie innej misji. Jeśli wszystko pój­dzie zgod­nie z pla­nem, wypeł­nię ją, a potem zajmę się tą sprawą. Ale skoro to oglą­dasz, sytu­acja roz­wi­nęła się nie po mojej myśli. Muszę koń­czyć. Los Meta­gosa spo­czywa w two­ich rękach, stary druhu. A o ile naprawdę się nie pomy­li­łem… są to sprawne ręce. Powiem ci wię­cej, o ile będę miał taką moż­li­wość.

Holo­gram znik­nął. A potem znów zami­gał i ożył.

– Jest jesz­cze jedna wia­do­mość, ale pro­szę cię, nie odtwa­rzaj jej, póki nie wypeł­nisz misji. Pamię­taj… wisisz mi.

Mace Windu ponow­nie wysłu­chał pierw­szej wia­do­mo­ści i nauczył się jej na pamięć. Zauwa­żył także, że w pakunku spo­czywa też gra­we­ro­wany krysz­tał wiel­ko­ści kciuka. Z początku uznał go za kamień szla­chetny, ale gdy przyj­rzał się mu bli­żej, oka­zało się, że wyko­nany jest z bar­dziej pospo­li­tego szkla­nego mate­riału. Pod­niósł go do świa­tła i wewnątrz ujrzał cień… cze­goś. Pająka? Robaka?

„Ech”.

Będzie musiał poroz­ma­wiać z Yodą.

Rozdział czwarty

ROZ­DZIAŁ CZWARTY

MŁO­DZIKI

Naza­jutrz Mace odszu­kał przy­ja­ciela i men­tora w sali tre­nin­go­wej mło­dzi­ków. Zastał Yodę, gdy ten nad­zo­ro­wał ćwi­cze­nia trójki kan­dy­da­tów.

Jed­nym z nich było dziecko, które Obi-Wan i Qui-Gon zacią­gnęli do Świą­tyni z Tato­oine, nie­jaki Ana­kin Sky­wal­ker. Mace przy­glą­dał się chłopcu. Był mikry jak na swój wiek, miał ciemne blond włosy, nie­bie­skie oczy i cie­kaw­ską oso­bo­wość. Wyda­wał się zacie­kły. Pełen werwy. Chło­nął każde słowo i sta­rał się bar­dziej, niż tego od niego ocze­ki­wano. Taka deter­mi­na­cja u tak mło­dej osoby była… nie­mal nie­po­ko­jąca.

Mace powi­tał Yodę i podzie­lił się z nim wstęp­nymi prze­my­śle­niami na temat prośby Qui-Gona.

– Mam poczu­cie, że to nie jest zada­nie dla Jedi – przy­znał.

– Opo­wiedz mi o tej misji.

– Cho­dzi o pla­netę o nazwie Meta­gos, zma­ga­jącą się z gang­ste­rami. Qui-Gon chce, żebym wyzwo­lił miesz­kań­ców spod ich kon­troli.

– Meta­gos. O pla­ne­cie takiej sły­sza­łem. Za prze­ra­ża­ją­cym skry­to­bójcą w pogoni Qui-Gon tam się udał. Straszne. Prze­żył led­wie. Nie­po­ko­jące to – powie­dział Yoda, po czym potwier­dził prze­czu­cia Mace’a: – Dla Jedi zada­nie ofi­cjalne to nie jest.

– Nie jest. I mam wra­że­nie, że to… nie­wła­ściwa pora. Mia­łem nie­po­ko­jące sny. Widzę w nich coś prze­ra­ża­ją­cego, zbli­ża­ją­cego się z każ­dym dniem.

– A ty gdzie w tym jesteś?

– Kto wie, czy sam nie zginę na tej misji. Wyczu­wam, że to moż­liwe, ale Qui-Gon nie popro­siłby mnie o pomoc, gdyby nie było to istotne.

– Wszyst­kich śmierć czeka. Nawet Jedi.

Mace przy­tak­nął, choć nie było takiej potrzeby. Dobrze się znali i rozu­mieli tę uświę­coną ścieżkę.

– Popeł­ni­li­śmy błąd, gdy zlek­ce­wa­ży­li­śmy nie­po­koje Qui-Gona w kwe­stii Sithów – przy­znał. – Nie zamie­rzam powta­rzać błę­dów z prze­szło­ści. Może zdo­łam odna­leźć źró­dło tych pro­ble­mów i zdu­sić je w zarodku.

– Cóż. Nie­zrów­nane zdol­no­ści twoje.

– Pochle­biasz mi, mistrzu Yodo. Ale zawsze mogę je roz­wi­nąć.

– Nie­roz­tropny Qui-Gon nie był. By cie­bie wybrać, powody miał. Lecieć musisz. – Zamilkł, po czym dodał zacie­ka­wio­nym tonem: – Jedi mło­dzi… A wy co na to?

Dwaj pozo­stali kan­dy­daci byli Umba­ra­nami w zbli­żo­nym wieku. Choć for­mal­nie nie byli rodzeń­stwem, Frisk i Kiest nie­mal się nie roz­dzie­lali.

– Jedi podą­żają tam, dokąd pro­wa­dzi ich Moc – powie­dział Frisk, ten star­szy.

Stan­dar­dowa, bez­pieczna odpo­wiedź.

– Wpo­rzo – dodał Kiest.

„Nieco zbyt imper­ty­nencki” – uznał Mace.

Mały Ana­kin wbi­jał wzrok w kole­gów, jakby nie pochwa­lał non­sza­lan­cji Kie­sta.

– Jeste­śmy Jedi! Nie ma innej ścieżki.

Wyglą­dał nie­mal absur­dal­nie. Z całej siły pró­bo­wał stać pro­ściej, by dodać sobie parę cen­ty­me­trów. Odszedł i podra­pał się po żebrach.

– Na­dal boli? – spy­tał Mace.

Ana­kin draż­nił miej­sce po nacię­ciu, przez które usu­nięto mu z ciała tra­ker, bole­sne przy­po­mnie­nie o powin­no­ści nie­wol­nika wobec jego wła­ści­ciela na Tato­oine. Nie­któ­rzy sądzili, że bli­zna będzie mu przy­po­mi­nać o nie­spra­wie­dli­wo­ściach w galak­tyce. Mace oba­wiał się, że pozo­sta­nie dla niego wspo­mnie­niem o ogra­ni­cze­niach Jedi. Ura­to­wali Ana­kina, ale nie zdo­łali poło­żyć kresu nagan­nej moral­nie prak­tyce nie­wol­nic­twa poza gra­ni­cami Repu­bliki.

– Zniosę wszystko, jeśli dzięki temu zostanę Jedi – odparł chło­pak. – Jedi muszą igno­ro­wać uczu­cia.

– Cóż za dekla­ra­cja. Twoja wła­sna?

– Tak. – Chło­pak zasta­no­wił się nad tym. – No, Qui-Gon i Obi-Wan cią­gle mówili coś w ten deseń.

– Mam wra­że­nie, że to nie do końca tak – odparł Mace. – Jedi nie igno­rują uczuć. Akcep­tują je. Panują nad nimi. Oba­wiają się, ale nie boją się wła­snych obaw. Złosz­czą się, ale prze­ku­wają tę złość w hono­rowe dzia­ła­nia. Rozu­miesz?

Chło­pak przy­tak­nął, ale Mace wie­dział, że nie rozu­mie – jesz­cze nie teraz. Przyj­dzie na to czas.

– Jesz­cze jedno – dodał Mace. – Mistrzu Yodo… jest druga wia­do­mość, którą mam odtwo­rzyć dopiero po wyko­na­niu misji.

– Dziwne to – sko­men­to­wał z pełną powagą Ana­kin.

Tak poważny. Mace zdu­sił śmiech. Yoda wyda­wał się nie­wzru­szony, ale Mace był cie­kaw, czy może Ana­kin nie żar­tuje sobie kosz­tem mistrza Jedi.

Warto mieć go na oku.

Rozdział piąty

ROZ­DZIAŁ PIĄTY

ZACHŁANNE NIE­ZNANE

Dla Mace’a podróże z pręd­ko­ścią nad­świetlną zawsze były eks­cy­tu­jące i ni­gdy jed­na­kowe. Jego dokładny, mate­ma­tyczny umysł lubił dzi­wacz­ność tej nie­po­ję­tej prze­strzeni. Mace pilo­to­wał smu­kły sta­tek Delta-12 Sky­sprite – znany z manew­ro­wo­ści i pręd­ko­ści, przez co ide­al­nie nada­wał się do nawi­go­wa­nia w nadprze­strzeni.

Mace pre­fe­ro­wał jed­nostki podobne do fathie­rów, naj­lep­szych wierz­chow­ców w galak­tyce. Syner­gia mię­dzy istotą żywą a maszyną przy­po­mi­nała tę mię­dzy zwie­rzę­ciem a jeźdź­cem, a magia ta była rów­nie ważna, co same sil­niki.

Mace wpro­wa­dził szcze­gó­łowe współ­rzędne do kom­pu­tera nawi­ga­cyj­nego statku. Obli­czył koor­dy­naty w odnie­sie­niu do zna­nych tras nad­prze­strzen­nych, by omi­nąć takie prze­szkody jak stud­nie gra­wi­ta­cyjne, ciała nie­bie­skie i inne zagro­że­nia kosmiczne.

Następ­nie połą­czył myśli­wiec z pier­ście­niem nad­prze­strzen­nym, aby sko­rzy­stać z mocy potęż­nych zewnętrz­nych sil­ni­ków. Wystar­czyło, że wci­snął przy­cisk, a gwiazdy zamie­niły się w smugi, gdy jed­nostka nabrała pręd­ko­ści i sko­czyła w nad­prze­strzeń o postaci zna­jo­mego już tunelu o ścia­nach z nie­bie­skich smug.

Pod­czas lotu Mace prze­glą­dał wewnętrzną bazę danych statku w poszu­ki­wa­niu jakich­kol­wiek infor­ma­cji na temat celu.

Meta­gos daw­niej był pręż­nie roz­wi­ja­ją­cym się świa­tem, tyle że przed pięć­dzie­się­cioma laty zakłó­ce­nia sło­neczne posłały potężne pro­mie­nio­twór­cze fale w atmos­ferę i ugo­to­wały oce­any. Powierzch­nię sma­gały wia­try o pręd­ko­ści trzy­stu kilo­me­trów na godzinę, tak długo, aż ją zeszkliły. Dzie­więć­dzie­siąt pro­cent popu­la­cji zgi­nęło. Miliardy. Miliony jed­nak skryły się pod zie­mią w sie­ciach jaskiń i tuneli.

Następ­nie plik opi­sy­wał główne czę­ści mia­sta i lokalne prze­my­sły. Był na tyle szcze­gó­łowy, by zawie­rać suge­stię miej­sca lądo­wa­nia i moż­li­wej kry­jówki dla statku, znaj­du­ją­cej się na tyle bli­sko wej­ścia do sys­temu jaskiń, by resztę drogi mógł odbyć pie­szo.

STA­TEK WYŁO­NIŁ SIĘ z nad­prze­strzeni wśród sieci nie­wy­raź­nych gwiazd, powoli prze­cho­dzą­cych ze świe­tli­stych smug w świe­tli­ste punkty. Sys­temy nawi­ga­cji na­dal pod­po­wia­dały Mace’owi, gdy ten spro­wa­dzał jed­nostkę na powierzch­nię.

Prze­ci­nał chmury zgod­nie ze wska­zów­kami sieci nawi­ga­cyj­nej. Rzeźba terenu Meta­gosa była beżowa, nie­mal pozba­wiona zie­leni. Nocne cie­nie zna­czyły powierzch­nię, ale brą­zowe kępy w kształ­cie pal­ców suge­ro­wały obec­ność mar­twej roślin­no­ści. Nie­wiele prze­trwało. A to ozna­czało małą popu­la­cję zwie­rząt rośli­no­żer­nych… a zatem i tych mię­so­żer­nych.

Mace prze­le­ciał nad ruinami wiel­kiego mia­sta, kto wie, czy wraz z przed­mie­ściami i osad­nic­twem pod­miej­skim nie miało dzie­się­ciu tysięcy kilo­me­trów kwa­dra­to­wych. Moż­liwe, że daw­niej miesz­kały tu miliony, teraz jed­nak jego świa­tła były nie­mal kom­plet­nie mar­twe. Kilka błysz­czą­cych punk­tów suge­ro­wało, że ktoś – a może coś? – na­dal tam miesz­kał. Biedni uchodźcy czy łupieżcy?

Mace ukrył myśli­wiec w wypo­le­ro­wa­nej krysz­ta­ło­wej szcze­li­nie. Sta­tek nie miał sys­temu masku­ją­cego, ale zmie­ścił się ele­gancko w prze­strzeni mię­dzy dwoma skry­sta­li­zo­wa­nymi drze­wami. Mace przez chwilę roz­wa­żał, czyby nie uru­cho­mić układu samo­znisz­cze­nia myśliwca, ale uznał, że to nie­po­trzebne: o ile trzy­mał na pokła­dzie garść narzę­dzi i sprzętu, nic z tego nie było tajemną tech­no­lo­gią. Mało tego, poza mie­czem świetl­nym nic nie iden­ty­fi­ko­wało go jako agenta Repu­bliki.

Opu­ścił sta­tek i przez kolejne pół godziny wspi­nał się zbo­czem szcze­liny, w któ­rej wylą­do­wał. A potem nie pozo­stało mu nic innego, jak wyru­szyć w nocną podróż przez śmier­telną połać napro­mie­nio­wa­nej ziemi. Mijał zasty­głe, poskrę­cane kopuły i skru­szone pro­sto­kąty porzu­co­nych i znisz­czo­nych budowli. W jed­nym miej­scu zna­lazł ozdobne dzieło sztuki, zło­żone z czło­wieka i kilku nie­zna­nych mu form życia, zamie­nio­nych w szkło przez radio­ak­tywną burzę, jakby byli to miesz­kańcy jakie­goś pra­daw­nego mia­sta, pochło­nię­tego przez lawęi popiół.

Powta­rzał sobie w gło­wie wszyst­kie nowe dane, ukła­da­jąc je we wła­ści­wej kolej­no­ści, by zyskać per­spek­tywę. Była to plan­sza, na któ­rej miała się roze­grać wielka histo­ria – gra w deja­rika, w któ­rej stawką jest cała pla­neta. Mace uznał, że Qui-Gon byłby pod wra­że­niem tej sym­bo­liki.

„Witaj na Meta­go­sie” – pomy­ślał.

Suchy opis z banku danych nie­zbyt przy­go­to­wał go na surowe piękno i nie­po­ko­jącą mar­twotę znisz­czo­nej powierzchni świata. Na tej pla­ne­cie rzeźba terenu została prze­kształ­cona w kra­inę szkla­nych drzew i kry­sta­licz­nych budyn­ków.

Naj­bar­dziej ude­rza­jącą cechą kra­jo­brazu Meta­gosa był krysz­ta­łowy las, który wyda­wał się stwo­rzony z pół­prze­zro­czy­stego szkła, a poszcze­gólne pnie i konary odbi­jały świa­tło potrój­nych księ­ży­ców w osza­ła­mia­ją­cej feerii barw. Nie­które miały gład­kie powierzch­nie, pod­czas gdy inne zostały pokryte mister­nymi wzo­rami i tek­stu­rami, utwo­rzo­nymi przez bez­li­to­sne burze sło­neczne.

Z poły­sku­ją­cej powierzchni wyra­stały inne kry­sta­liczne struk­tury, posągi na cześć daw­nych miesz­kań­ców świata. Mace podej­rze­wał, że zde­spe­ro­wani oby­wa­tele wznie­śli je ze stan­dar­do­wych mate­ria­łów, a te ule­gły kry­sta­li­za­cji pod­czas burz. Miało to wię­cej sensu niż sce­na­riusz alter­na­tywny: mia­no­wi­cie taki, że ktoś wbi­jał krysz­ta­łowe gwoź­dzie w szklane deski.

Wszystko mie­niło się w bla­sku księ­ży­ców.

Wyglą­dało na to, że kilka gatun­ków roślin przy­sto­so­wało się do nowych warun­ków. Nie­wielki pro­cent? A może flora Meta­gosa była gene­tycz­nie zdolna do takich adap­ta­cji? Jak wiele razy ten kosz­mar zacho­dził w prze­szło­ści – czy na tyle czę­sto, by więk­szość roślin wykształ­ciła podwójną eks­pre­sję genów? Szklana flora pora­stała oko­licę, a jej pół­prze­zro­czy­ste liście i płatki łapały świa­tło, co dawało efekt kalej­do­skopu.

Drobna szczu­rza fauna zda­wała się rów­nie osza­ła­mia­jąca. Jej wygląd suge­ro­wał wyjąt­kowe adap­ta­cje, by gry­zo­nie mogły prze­trwać w eks­tre­mal­nych warun­kach, w tym pro­mie­niu­jące, pochła­nia­jące cie­pło egzosz­kie­lety i zdol­ność prze­pro­wa­dza­nia foto­syn­tezy przez prze­zro­czy­stą skórę. Bły­ska­wiczne zmiany!

Jedno z hobby Mace’a pole­gało na spe­ku­lo­wa­niu na temat źró­deł życia na róż­nych pla­ne­tach. Zmiany, któ­rych był świad­kiem tu, na Meta­go­sie, nie mogły zajść tak szybko, chyba że poten­cjał do nich drze­mał w tych isto­tach od dawna.

To suge­ro­wało, że cokol­wiek tu zaszło, musiało wyda­rzyć się już wcze­śniej, przy­pusz­czal­nie nie­zli­czoną ilość razy na prze­strzeni milio­nów lat. Jakie­goś rodzaju powta­rzalny makro­cykl. Kata­strofę prze­ży­wały jedy­nie te istoty, które potra­fiły się zaadap­to­wać.

To, co Mace widział pod­czas lądo­wa­nia i teraz pod­czas pie­szej wędrówki, było otrzeź­wia­jące. Rozumni miesz­kańcy pla­nety wyda­wali się dość zaawan­so­wani, a mimo to nie zdo­łali sta­wić czoła żywio­łowi.

Ich dumna archi­tek­tura teraz stała porzu­cona. Z jed­nym wyjąt­kiem: na hory­zon­cie cią­gnęły się rzędy ogrom­nych paneli sło­necz­nych. Metal, poza tym, że miej­scami zaku­rzony, nie został skry­sta­li­zo­wany, co suge­ro­wało, że panele wznie­siono już po wiel­kiej burzy i zapew­niały ener­gię oca­la­łej popu­la­cji świata.

Wyglą­dało na to, że miesz­kańcy Meta­gosa opra­co­wali zaawan­so­wane tech­no­lo­gie z myślą o wyko­rzy­sta­niu ener­gii solar­nej, by jed­nak czer­pać jakieś korzy­ści z czę­stych burz sło­necz­nych. Panele i sys­temy maga­zy­no­wa­nia ener­gii z pew­no­ścią zostały w pełni zin­te­gro­wane z budyn­kami, co czy­niło nowe osady kom­plet­nie samo­wy­star­czal­nymi.

Teraz Meta­gos stał się świa­tem ostrych kon­tra­stów. Surowe piękno kra­jo­brazu zesta­wione było z czę­stymi, sro­gimi burzami sło­necz­nymi. Gdy nad­cią­gały bar­dziej umiar­ko­wane, czy miesz­kańcy szu­kali schro­nie­nia w zapew­nia­ją­cych im pozorne bez­pie­czeń­stwo kry­sta­licz­nych gma­chach? Kiedy zro­zu­mieli, że to samo pro­mie­nio­wa­nie, które prze­kształ­cało ich metal i drewno w krysz­tał, dla nich samych okaże się zabój­cze?

To, co się tu roze­grało, dalece wybie­gało poza zwy­kłe nie­bez­pie­czeń­stwo. Doszło do zda­rze­nia glo­bal­nego, takiego, które tra­fiało się raz na tysiąc lat, na które żadna cywi­li­za­cja nie mogła się przy­go­to­wać.

Meta­gos świad­czył o zdol­no­ści natury, by kształ­to­wać świat na nie­sa­mo­wite spo­soby. Mace odczu­wał wdzięcz­ność za to, że zie­mia, po któ­rej podró­żo­wał, była pogrą­żona w ciem­no­ści. Za dnia powierzch­nię na­dal pusto­szyły śmier­telne burze. Kto wie, czy nie potrwają jesz­cze całe dekady.

MACE SZEDŁ PRZED sie­bie według men­tal­nej mapy, a buty zapa­dały mu się w powierzchni, która zda­wała się być pokryta nie tyle pia­skiem czy glebą, a sprosz­ko­wa­nym szkłem. Wtem bez jakie­go­kol­wiek ostrze­że­nia wyczuł drgnie­nie w Mocy; tuż na skraju wzroku pery­fe­ryj­nego wyro­sła przed nim poje­dyn­cza opan­ce­rzona istota – wiel­ko­ści czło­wieka, choć czwo­ro­nożna. Kudłata blada sierść i masywne skrę­cone ciosy spra­wiały, że miała prze­ra­ża­jący wygląd. Istota wąchała ślady Mace’a, po czym obni­żyła głowę i gapiła się głę­bo­kimi, oko­lo­nymi łojem brą­zo­wymi oczyma.

Mace zacho­wał spo­kój. Stał nie­ru­chomo, ale zmy­słami badał oto­cze­nie. Ta samotna istota nie sta­no­wiła dużego zagro­że­nia, ale byłoby roz­trop­nie nie roz­pra­szać się nią, tak by inni przed­sta­wi­ciele grupy nie zakra­dli się mu za plecy. Pode­szła nie bli­żej niż na trzy dłu­go­ści swo­jego ciała, a Mace wyczuł, że nie zamie­rza zaata­ko­wać. Była zacie­ka­wiona. Mimo wszystko nie spusz­czał dłoni z ręko­je­ści mie­cza. Ni­gdy nie wia­domo.

Zdrowy roz­są­dek i doświad­cze­nie pod­po­wia­dały mu, że z każ­dym kro­kiem zagłę­bia się w tery­to­rium wroga, jak okre­ślił to Qui-Gon Jinn. Miał nadzieję, że pozy­ska i sojusz­ni­ków, ale obec­nie musiał zakła­dać, iż z każ­dej strony czy­hają na niego nie­bez­pie­czeń­stwa.

Ten świat karał za naj­mniej­sze błędy.

Bar­dziej się zdzi­wił, niż zanie­po­koił, gdy z naprze­ciwka dobiegł go głos:

– Ojej. Ojej. Tyle do wyczysz­cze­nia, tyle zajęć…

Ku wiel­kiemu zdu­mie­niu Mace’a pod­je­chał do niego, wznie­ca­jąc tabuny pyłu, droid sprzą­ta­jący, potur­bo­wany i wybla­kły od słońca, ale na­dal sprawny.

– Ojej – powtó­rzył. Zamiótł kurz na drobną stertę na boku ulicy, po czym prze­su­nął ją w stronę prze­ciwną.

Mace się zatrzy­mał. Był zacie­ka­wiony, ale na­dal nie zanie­po­ko­jony.

A wtedy zro­zu­miał, że nie­szczę­sny droid jest zasi­lany ener­gią sło­neczną. Moż­liwe, że od dekad prze­py­cha ten pył z kupki na kupkę dla wła­ści­cieli, któ­rzy już ni­gdy nie mieli wró­cić.

– Ojej, ojej. – Nagle droid zauwa­żył Mace’a. – Panie! – powie­dział. – Oj, nie. Nie jest pan moim panem. Jestem… Jestem… – zamilkł, jakby sta­rał się potrzą­snąć zardze­wia­łymi obwo­dami. – Ojej, nie pamię­tam, kim jestem. Nie­po­ko­jące. – Wyda­wał się smutny, ale potem nagle się roz­pro­mie­nił. – Zna pan Tap­pana Quezela? Na pewno pan go zna.

Mace był pewien, że ów Tap­pan Quezel nie żyje już od dawna. Jak powi­nien się zacho­wać? Podzie­lić się tym smut­nym fak­tem z dro­idem i ode­brać mu jedyne źró­dło sensu ist­nie­nia? Nie był pewien.

– Nie, nie­stety nie znam – odparł – ale jestem pewien, że będzie zado­wo­lony z two­jej nie­stru­dzo­nej pracy.

– O tak, o tak. Tak, praca. Nie­usta­jąca praca…

Mace się odda­lił. Może wpad­nie na pomysł, jak mu pomóc, w dro­dze powrot­nej.

O ile wróci.

PORU­SZAŁ SIĘ OSTROŻ­NIE, krok po kroku. Musiał wylą­do­wać na tyle daleko, by unik­nąć natych­mia­sto­wego odkry­cia, a to wią­zało się z dłu­gim spa­ce­rem na otwar­tej prze­strzeni.

Gwiazdy na nie­bo­skło­nie świe­ciły upar­cie sta­łym bla­skiem. Trzy księ­życe Meta­gosa rzu­cały na Mace’a dziwne, znie­kształ­cone cie­nie. Był sam, a mimo to miał wra­że­nie, że jest wie­lo­ścią. Coś poja­wiło się na wprost, na tyle daleko, że nie mógł tego wyraź­nie dostrzec – może jakaś wio­ska? Na wid­no­kręgu, na zacho­dzie i połu­dniu, maja­czyły nie­wy­raźne zarysy sze­ścia­nów i kopuł, ale jedy­nym śla­dem życia była odle­gła kolumna dymu. Poza tym na wybra­nej przez sie­bie ścieżce Mace nie dostrze­gał żad­nych świa­teł, nie sły­szał żad­nych dźwię­ków i nie widział żywej duszy.

Łatwo potra­fił sobie wyobra­zić, że to, co go cze­kało, będzie wyjąt­kowo nie­miłe. Gdy tak szedł przed sie­bie, wzmo­gło się w nim odczu­cie, że kie­ruje się ku obsza­rowi wymar­łemu i znisz­czo­nemu.

Nagle zwró­cił głowę w prawo, nim umysł dał mu po temu powód. Mógłby przy­siąc, że dostrzegł ruch – ale tylko kątem oka. Po latach szko­leń i dys­cy­pliny Mace funk­cjo­no­wał w sta­nie pod­wyż­szo­nej świa­do­mo­ści. Jego zmy­sły, połą­czone wię­zią z Żywą Mocą, postrze­gały znacz­nie wię­cej, niż widział oczyma.

Coś było bli­sko. Okaże się jesz­cze, czy wróg, czy przy­ja­ciel.

Przed nim nabie­rało kształ­tów sku­pi­sko kopuł. Wzma­gało też w męż­czyź­nie poczu­cie, że jest obser­wo­wany. Miał wra­że­nie, że zabu­dowa wska­zuje na dawną osadę gór­ni­czą, miej­sce wznie­sione naprędce, sze­reg kopuł, które zostały następ­nie powle­czone jakąś sub­stan­cją, która stward­niała jak skała.

Mace wycią­gnął dłoń i przy­ci­snął ją do jed­nego ze schro­nień, nie­prze­wyż­sza­ją­cego go wyso­ko­ścią. Mate­riał oka­zał się twardy jak beton. Nie poru­szał się, choć popchnął naprawdę mocno, co suge­ro­wało, że fun­da­ment się­gał głę­boko. Kon­struk­cja, choć wznie­siona naprędce, była porządna. Nie ule­gła kry­sta­li­za­cji, więc pew­nie powstała po wiel­kim wypa­le­niu.

Mace’owi przy­szło do głowy, że być może widzi obóz dla uchodź­ców, zbu­do­wany przez zde­spe­ro­wa­nych miesz­kań­ców pło­ną­cego mia­sta. Schy­lił się i wpełzł krót­kim tune­lem do miej­sca, które sko­ja­rzyło mu się z igloo wzno­szo­nymi w kli­ma­tach ark­tycz­nych.

Jego lampa roz­świe­tliła wnę­trze. Na stole leżało jedze­nie – wraz z cia­łem. Nie, dwoma cia­łami. Osoby te ule­gły kry­sta­li­za­cji pod­czas kata­strofy. Więc ich próba wznie­sie­nia schro­nie­nia, które zablo­kuje pro­mie­nie sło­neczne, oka­zała się nie­udana. Złu­pione zapasy nie prze­trwały kolej­nych fal pro­mie­nio­wa­nia. Zarówno same istoty, jak i ich kry­jówka zamie­niły się w krysz­tały jak trolle z dzie­cię­cych opo­wie­ści w kon­tak­cie z pierw­szymi pro­mie­niami wscho­dzą­cego słońca.

Mię­dzy innymi przed tym prze­strzegł go Qui-Gon Jinn. Mace spoj­rzał w oczy jed­nej z uschnię­tych istot sie­dzą­cych przy stole. Jej skóra stała się prze­zro­czy­sta. Prze­zro­czy­ste jak kulki mar­murki oczy spo­glą­dały przez bez­u­ży­teczne prze­zro­czy­ste powieki. Wargi wygięte w zamro­żo­nym krzyku. Moż­liwe, że i te bole­sne dźwięki zostały uwiecz­nione w kry­sta­licz­nym gar­dle. To śmierć. Dla­czego ci ludzie skryli się w tak żało­snym schro­nie­niu? Czemu nie ucie­kli w głę­biny wraz z pozo­sta­łymi?

Zasta­na­wia­jąc się nad tym, Mace wyco­fał się z domu. Było mu nie­do­brze.

Odda­lił się od schro­nie­nia i opu­ścił smutną małą osadę. Widział i więk­sze kopuły, w któ­rych miesz­kańcy gro­ma­dzili się gru­pami, a także mniej­sze domki. A mię­dzy budow­lami zauwa­żył coś nie­spo­dzie­wa­nego: zwie­rzęce tru­chło.

Przy­po­mi­nało tamtą istotę, która przed nim ucie­kła, choć ta była mar­twa i leżała na grzbie­cie. Zwie­rzę miało ostre kry­sta­liczne łuski, cztery krępe nogi i bra­ko­wało jej widocz­nych oczu. Jego żołą­dek został roz­cięty i teraz wydo­sta­wały się z niego wnętrz­no­ści. Na ziemi wokół leżały kawałki na wpół stra­wio­nego mięsa. Ktoś pró­bo­wał zjeść frag­menty zwie­rzę­cia, po czym je zwró­cił. Było tok­syczne? A może zabójcy byli zbyt cho­rzy, by je prze­tra­wić?

Kolejny dźwięk. Nie dostrzegł żad­nego ruchu, ale wło­ski na karku sta­nęły mu dęba. Wró­cił na ulicę. Wzrok pła­tał mu figle. Coś jed­nak fak­tycz­nie cza­iło się po prze­ciw­nej stro­nie. Daw­niej było zwie­rzę­ciem podob­nym do prze­ro­śnię­tego robaka dura­be­to­no­wego, ale coś mu się stało. Teraz jego szklana skóra zro­biła się tak przej­rzy­sta, że Mace widział przez nią mię­śnie i kry­sta­liczne kości. Istota ruszyła w jego stronę. Poja­wiła się druga. I kolejna! Mace uświa­do­mił sobie, że prze­zro­czy­sta, kru­cha powłoka zapew­nia pewien sto­pień kamu­flażu.

Ruchy stwo­rzeń wyda­wały się powolne i bole­sne. Czy to zna­czyło, że to mar­twe było jesz­cze bar­dziej chore i słabe? Mace musiał skoń­czyć to teraz, nim zwie­rzęta się zbliżą.

Dobył mie­cza i uru­cho­mił fio­le­towe ostrze.

– Nie zbli­żaj­cie się – powie­dział. – Nie jestem niczyją ofiarą. Nie zamie­rzam was zabi­jać, ale się nie zawa­ham.

Wąt­pił, czy zwie­rzęta rozu­mieją jego słowa, ale jego ton i postura mówiły za sie­bie.

Istoty zda­wały się go nie sły­szeć, a może były zbyt głodne, by brać to pod uwagę. Grupa na­dal się zbli­żała. Z jej strony dobiegł go dźwięk, wycie przy­po­mi­na­jące wiatr, a trwał tak długo, że już nie był pewien, czy to fak­tycz­nie wiatr, czy dźwięk z gar­deł istot drażni mu skórę.

– Odstąp­cie!

Jedno ze stwo­rzeń zbli­żyło się, wycią­ga­jąc ku niemu pseu­do­ra­miona.

Z rzad­kim ukłu­ciem żalu Mace wypro­wa­dził cios i szklane ciało zaskwier­czało. Istota zawyła, padła na zie­mię i pękła na kawałki, a odłamki tego, co przed chwilą było jej cia­łem, pole­ciały we wszyst­kie strony jak okru­chy szkła. Znów zawyła, a wtedy zawył i wiatr, i zawyły pozo­stałe istoty, po czym wszyst­kie się wyco­fały.

Mace zwró­cił się w ich stronę. Te pyski i mar­twe oczy zdra­dzały ogromny ból. Wie­dział jakoś, że stwo­rze­nia te są nie­wi­dome. Więc jak go odna­la­zły?

A wtedy zro­zu­miał. Usły­szały, jak char­czy. A potem mówi. I usły­szały bucze­nie zapa­lo­nego mie­cza. Mace odstą­pił na kilka kro­ków i się zatrzy­mał.

Demi­gli­sty poru­szały się na ślepo. Jęczały, zwra­ca­jąc się w róż­nych kie­run­kach. Robiły poje­dyn­cze ruchy w jego stronę, ale było jasne, że wiatr masko­wał jego kroki, tak że nie mogły go odna­leźć. Z cza­sem zaczęły tra­cić zain­te­re­so­wa­nie i się odda­liły.

Umysł Mace’a wypeł­nił się pyta­niami bez odpo­wie­dzi. To mięso stało się nie­ja­dalne czy same istoty stra­ciły zdol­ność tra­wie­nia pokarmu zwie­rzę­cego? A jeśli nie mogły jeść, dla­czego wszyst­kie nie pomarły z głodu? Nie wie­dział. Tyle nie wie­dział o tym miej­scu, ale ta jedna rzecz naprawdę go zanie­po­ko­iła. Nie tak pla­no­wał roz­po­cząć misję.

Drę­czyło go poczu­cie stra­chu, stra­chu przed nie­zna­nym. Coś spra­wiło, że te demi­gli­sty pod­jęły ryzyko i pozo­stały na powierzchni, po tym jak ich mia­sta zostały znisz­czone. Czy daw­niej były rozumne? Czy uczy­niła im to wcze­śniej­sza fala pro­mie­nio­wa­nia sło­necz­nego? Jak dawno temu? Może jesz­cze nie minęło wystar­cza­jąco dużo czasu, by pomarły z głodu. Czy to moż­liwe, że nie potrze­bo­wały pokarmu? A może potrze­bo­wały innego rodzaju strawy, cze­goś nie­zna­nego Mace’owi. Na Moc, prze­cież cał­kiem moż­liwe, że były żywymi ogni­wami sło­necz­nymi. Mace widział już w galak­tyce więk­sze dziwy.

Musiał stąd odejść. To nie było miej­sce dla żywych.

Ostat­nie demi­gli­sty zni­kały za budyn­kami za ple­cami Mace’a. Jedna z nich obró­ciła się i wydała w jego stronę bul­go­czący dźwięk.

Mace ani myślał dać się spro­wo­ko­wać.

– Nie dzi­siaj – mruk­nął.

Istota zgo­dziła się i odpeł­zła.

Rozdział szósty

ROZ­DZIAŁ SZÓ­STY

TUNELE

Meta­gos

Masze­ro­wa­nie ku odle­głym obiek­tom bywało dziw­nym doświad­cze­niem. Cza­sami dana rzecz poja­wiała się jako pyłek na wid­no­kręgu, a potem stop­niowo zwięk­szała roz­miary. Innym razem zda­wała się powoli wzno­sić, jakby wyła­niała się spod ziemi.

Przed Mace’em wyra­stał rząd postrzę­pio­nych gór, które zauwa­żył, gdy pod­cho­dził do lądo­wa­nia. W miarę jak pod­cho­dził bli­żej, środ­kowa góra rosła i pęcz­niała, aż wresz­cie zaczęła wyglą­dać tak, jakby ktoś nad­gryzł skałę, po czym wbił ją do połowy w zie­mię.

Skoro zna­lazł się na tyle bli­sko, by wyraź­nie widzieć cel, dostrze­gali go już też poten­cjalni wro­go­wie. Kto wie, czy i teraz nie wodziły za nim pary oczu, choć nad­cią­gał z kie­runku, który był bez­pieczny według danych pokła­do­wych. Czy widzieli, jak scho­dził z orbity po spi­rali? Jak lądo­wał? Nie potra­fił powie­dzieć, ale wie­dział, że od tej pory musi zakła­dać, iż jest obser­wo­wany.

Z bli­ska wykrył inne ślady stóp w skry­sta­li­zo­wa­nym pyle: tropy roz­ma­itych zwie­rząt wszel­kich roz­mia­rów i wszel­kiej masy.

Daw­niej rów­nina ta była gęsto zalud­niona. Ludzie cią­gnęli ku górze i jej gro­tom. Moż­liwe, że to tędy wio­dła poten­cjalna trasa ku bez­pie­czeń­stwu. Mace wyraź­nie nie był pierw­szą osobą, która szu­kała tu schro­nie­nia, i z pew­no­ścią nie będzie ostat­nią. Po pro­stu stał się kolejną.

W nie­spełna godzinę dotarł do wej­ścia do tunelu wio­dą­cego pod zie­mię. Powoli zanu­rzał się w roz­prze­strze­nia­ją­cej się pod­ziem­nej cywi­li­za­cji Nowego Xaxxis.

Pokła­dowy bank danych zawie­rał instruk­cje doty­czące wła­ści­wej ścieżki. Odnogi zostały ozna­czone napi­sami i gra­we­run­kami na ścia­nach. Dno tuneli było chro­po­wate i nie­równe, nie­wy­star­cza­jąco wygła­dzone przez nacisk nie­zli­czo­nych stóp. Mace podą­żał krętą trasą, scho­dząc pod zie­mię.

Od czasu do czasu natra­fiał na otwory w skal­nych ścia­nach, przez które widział frag­menty róż­nych pozio­mów mia­sta. Pierw­szy przy­po­mi­nał pełne gruzu rumo­wi­sko czy wysy­pi­sko śmieci. Być może słu­żył za barierę odgra­dza­jącą resztę mia­sta od pro­mie­nio­wa­nia z powierzchni.

Na kolej­nym pozio­mie mie­ściły się zaim­pro­wi­zo­wane domo­stwa. Mace zauwa­żył garść osób w opła­ka­nym sta­nie, gotu­ją­cych i pró­bu­ją­cych wią­zać koniec z koń­cem. Wyglą­dały na chore. Mace strze­lał, że to cho­roba popro­mienna. Żyli zbyt bli­sko powierzchni.

Na trze­cim pozio­mie mie­ścił się han­gar, w któ­rym znaj­do­wały się roz­ma­ite śmi­ga­cze i jed­nostki towa­rowe. Tur­bo­windy spro­wa­dzały roz­ma­ite rze­czy i ludzi z dol­nych pozio­mów albo kie­ro­wały się dalej, ku powierzchni.

Choć całość była impo­nu­jąca, bla­dła w porów­na­niu z czwar­tym pozio­mem, zde­cy­do­wa­nie obszer­niej­szym, na któ­rym roz­po­ście­rało się wiel­kie mia­sto, Nowe Xaxxis, następca ruin z wyż­szych pozio­mów.

Mace zro­zu­miał, że Nowe Xaxxis zostało wznie­sione we wnę­trzu zapie­ra­ją­cej dech geody o sze­ro­ko­ści wielu kilo­me­trów. Całe sek­cje mia­sta pod­wie­szono ze stropu groty na ogrom­nych kablach. Zewsząd wyra­stały tyta­niczne krysz­tały, kieł­ku­jąc niczym pędy rośliny kultu wokół apar­ta­men­tów i dep­ta­ków, a dro­idy wspi­nały się na nie i je szli­fo­wały. Na widok cało­ści Mace zro­zu­miał, skąd wzięła się pra­dawna nazwa groty: Szklana Cze­luść.

Podą­żył krętą ścieżką wśród roz­wi­dla­ją­cych się tuneli zgod­nie z mapą w swoim umy­śle i ozna­cze­niami wygra­we­ro­wa­nymi na ścia­nach. Od czasu do czasu uka­zy­wały mu się kolejne widoki na mia­sto. Brnął coraz niżej. Czyżby poko­nał już kolejne trzy poziomy? Scho­dził coraz szyb­ciej, bo i zej­ście zro­biło się bar­dziej strome. Teraz, gdy poja­wiały się otwory w ścia­nach, dostrze­gał nie mia­sto, a poziomy prze­my­słowe. Setki robot­ni­ków, tak bio­lo­gicz­nych, jak i mecha­nicz­nych, pra­co­wały w roz­le­głych fak­to­riach tkac­kich i utwar­dza­ją­cych.

Nie­które tunele powstały natu­ral­nie wsku­tek ero­zji wod­nej i aktyw­no­ści wul­ka­nicz­nej. Inne zostały wydrą­żone przez maszyny gór­ni­cze. Część była powle­czona jakie­goś rodzaju szkli­stą sub­stan­cją. Mace podej­rze­wał, że to jakaś żywa istota prze­żuła skałę i pozo­sta­wiła po sobie odchody. Według pokła­do­wego banku danych Hil­lia­nie byli isto­tami wytwa­rza­ją­cymi jeden z naj­bar­dziej dro­go­cen­nych pro­duk­tów kon­su­menc­kich w galak­tyce: hil­liań­ski jedwab. Podobno osią­gali na tyle duże roz­miary, że do podróży potrze­bo­wali całej sieci tuneli – ale czy to oni ją stwo­rzyli?

Nie­wiele było o nich wia­domo, a część tej „wie­dzy” nie­mal z pew­no­ścią miała swoje źró­dło w domy­słach – co było nie­uchronne w tak wiel­kiej galak­tyce. Nie­któ­rzy nazy­wali te istoty pają­kami, inni – gatun­kiem roba­ków. Pewne było jedno: pro­du­ko­wały jedwabne liny na tyle wytrzy­małe, by zako­twi­czyć czy pod­wie­sić lata­jące mia­sta. Według rapor­tów Hil­lia­nie mieli zmy­sły i uczu­cia, byli wysoce inte­li­gentni, ale tak naprawdę nie nale­żeli do istot rozum­nych.

Mace przy­po­mi­nał sobie, czego jesz­cze dowie­dział się pod­czas podróży. Jak gło­siły plotki, meta­go­sań­skie głę­biny zamiesz­ki­wały istoty o wielu koń­czy­nach i nie­za­spo­ko­jo­nym gło­dzie. Podobno roz­le­głe, nie­opi­sane pod­ziemne jeziora i rzeki skry­wały istoty przy­po­mi­na­jące owady, węgo­rze czy potwory mor­skie sando. W tym kon­tek­ście czę­sto padał zwrot „z pie­kła rodem”, co sta­no­wiło rzadką poetycką frazę w dość suchych opi­sach pokła­do­wego banku danych. Moż­liwe, że nikt, kto bez­po­śred­nio zwie­dził głę­biny, nie prze­żył, by opi­sać to, co zoba­czył.

Cie­kawe. Według bazy danych tylko poziomy od czwar­tego do siód­mego były w pełni bez­pieczne. Mace zało­żył, że trzy naj­wyż­sze są podatne na pro­mie­nio­wa­nie sło­neczne. Ale co z trzema naj­niż­szymi, od ósmego do dzie­sią­tego? Według jego sta­rego druha w głę­bi­nach prze­ży­wali wyłącz­nie kro­czący Ścieżką Sa’adów, czyli człon­ko­wie matriar­chal­nych kla­nów doglą­da­ją­cych pają­ko­ro­bali. Sa’ado­wie miesz­kali pod zie­mią w rów­no­wa­dze z tymi stwo­rze­niami od tysięcy lat. Napływ kolej­nych istot prze­cią­żył i zakłó­cił eko­sys­tem, a zapusz­cza­nie się poza bez­pieczne strefy stało się ryzy­kowne… a przy­naj­mniej tak utrzy­my­wano.

Mace podej­rze­wał, że wkrótce prze­kona się o tym na wła­sną rękę. Już zaczy­nał two­rzyć wewnętrzną mapę świata: dzie­sięć pozio­mów, każdy mniej wię­cej w kształ­cie dysku. Sterta plansz do deja­rika?

Qui-Gon pew­nie by się z nim zgo­dził.

Rozdział siódmy

ROZ­DZIAŁ SIÓDMY

HIL­LIA

Chłodne, wil­gotne powie­trze zwil­żało skórę Mace’a, gdy docie­rał na obrzeża środ­ko­wej wio­ski Sa’adów, nazwa­nej Hil­lią na cześć wytwa­rza­ją­cych jedwab robali.

Hil­lia leżała w sercu roz­le­głego i tajem­ni­czego lasu grzy­bów na pozio­mie siód­mym. Podob­nie jak samo Nowe Xaxxis, mie­ściła się w kolej­nej masyw­nej geo­dzie, ta jed­nak miała może jedną piątą roz­mia­rów poziomu czwar­tego. Zło­ci­sto­skó­rych Sa’adów i ich domo­stwa ota­czały bio­lu­mi­ne­scen­cyjne grzyby, raz niskie jak stołki, raz wyso­kie jak kilka osób sto­ją­cych na swo­ich ramio­nach. Nie­które, domi­nu­jące nad kra­jo­bra­zem, miały ponad dzie­sięć metrów wyso­ko­ści. Te kolo­salne grzyby przy­bie­rały nie­zli­czone kształty i barwy, od maje­sta­tycz­nych iry­zu­ją­cych kape­lu­szy po mięk­kie, skó­rzane, bio­lu­mi­ne­scen­cyjne nici.

Domy w wio­sce albo oka­lały ogromne grzyby, albo były w nie wbu­do­wane. Ich kape­lu­sze słu­żyły jako dachy, zapew­nia­jąc natu­ralną ochronę i kamu­flaż. Struk­tury te zostały połą­czone ze sobą sie­cią drew­nia­nych dep­ta­ków i mostów prze­ci­na­ją­cych las.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki