Stanisław Bareja. Purée z dżemem, czyli żywot kultowego reżysera - Maciej Replewicz - ebook + książka

Stanisław Bareja. Purée z dżemem, czyli żywot kultowego reżysera ebook

Maciej Replewicz

0,0

Opis

Bareja chciał tworzyć komedie o zwykłych ludziach i codziennych sytuacjach, a stał się – ze względu na czasy, w których przyszło mu tworzyć – mistrzem ostrej satyry i wnikliwym dokumentalistą życia w PRL. Dziś wiele osób posługuje się tzw. bareizmami, jednak Stanisław Tym, współscenarzysta trzech jego filmów, podkreślał, że Bareja nie dokumentował absurdów, ale cały system, który był jednym wielkim absurdem. Znienawidzony przez władzę i uwielbiany przez widzów – nie pozostał etatowym biernym „chłopcem do bicia”, lecz tworzył karykatury adwersarzy w fabule swoich filmów. Zyskał status twórcy kultowych komedii, które bronią się do dziś i wciąż zaskakują celnością obserwacji.

 

 

 

Najnowsza biografia Barei pióra Macieja Replewicza, cenionego znawcy twórczości kultowego reżysera, przynosi wiele nowych ujęć, zawiera niepublikowane dotąd zdjęcia oraz materiały. Należą do nich m.in. wielogodzinne rozmowy autora z filmowcami, rodziną i znajomymi bohatera, przeprowadzone w latach 2008–2026. Autor ponadto odkrył kilka nieznanych filmowych epizodów Stanisława Barei u innych reżyserów. Odnalazł także osoby, które zainspirowały reżysera i „użyczyły” swoich nazwisk filmowym postaciom.

 

 

 

Ta książka to świetny prezent nie tylko dla wielbicieli reżysera, ale i tych, którzy interesują się kinem i PRL-em, a bareizmów używają na co dzień, choćby nieświadomie.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 512

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Monika Simińska

Korekta: Magdalena Białek

Projekt okładki: Grzegorz Araszewski / garasz.pl

Projekt makiety: Igor Nowaczyk, Magdalena Wójcik-Zienkiewicz

Zdjęcie i ilustracje na okładce: Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej, Magnific

Ilustracje wykorzystane w makiecie: Pixabay, 123RF

Producenci wydawniczy:

Sylwia Reguła, Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz

Wydawca: Marek Jannasz

Lira Publishing Sp. z o.o.

Al. J.Ch. Szucha 11 lok. 30, 00-580 Warszawa

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

ISBN 978-83-68987-10-2

Przedmowa

Stanisław Bareja chciał tworzyć komedie o „zwykłych ludziach” i „codziennych sytuacjach”. Z twórcy muzycznych komedii o przedwojennym rodowodzie na chwilę przeistoczył się w reżysera pierwszego polskiego filmu kryminalnego. Później zmienił konwencję i wyostrzył satyrę, lecz pozostał wnikliwym dokumentalistą życia w PRL. Dziś wiele osób posługuje się zwrotem „barejowski absurd”, jednak współscenarzysta trzech jego filmów, Stanisław Tym, podkreślał, że nie portretował absurdów, ale cały system, który był jednym wielkim absurdem. Gdy niektórzy wielcy polskiego filmu próbowali realizować komedie i ponieśli sromotną klęskę, Bareja stał się dla nich solą w oku. Powtarzał, że komedia jest najtrudniejszym gatunkiem filmowym, i się nie mylił. Zgodnie z przysłowiem: pokaż mi swoich wrogów, a powiem, kim jesteś — przypuścili na niego zmasowany atak dyspozycyjni wobec władzy dziennikarze, okołofilmowe miernoty i krytycy o mentalności hien. Przez dekady paszkwile w formie recenzji produkował dziennikarz, były funkcjonariusz stalinowskiej cenzury. Ataki na filmy Barei często przekraczały granicę konstruktywnej krytyki: były hejtem w najbrudniejszej postaci. Lizusów drażniła prawda zawarta w fabule i bezgraniczna uczciwość wobec własnych zasad i wobec widzów. Koniunkturalnych smutasów bił na głowę intelektem, oczytaniem i niezrównanym poczuciem humoru.

Jako polityczny outsider nie był ulubieńcem ani klientem władzy, jak wielu ze środowiska. Jego były „dobry kolega” w obecności wiceministra kultury złożył publiczny donos, który zaowocował ograniczeniami w przydziale taśmy filmowej na kolejne produkcje. Znienawidzony przez władzę i uwielbiany przez widzów — nie pozostał etatowym biernym „chłopcem do bicia”, lecz portretował adwersarzy i hejterów w fabule swoich komedii. Zaniepokojeni moraliści polskiego kina przyglądali się z pobłażliwą pogardą lub przezornie odwracali wzrok. Oburzali się niektórzy, gdy w Misiu pokazał wszechobecny bezmiar kłamstwa niestrawnego, jak tytułowe purée z dżemem.

Gdy w 1977 roku rodziła się antykomunistyczna, demokratyczna opozycja, niedoszły powstaniec warszawski stał się konspiratorem KOR (Komitet Obrony Robotników). Cywilną odwagą mógłby obdarować tabun „wybitnych twórców”, kunktatorów z tzw. filmowej Warszawki, półgębkiem psioczących na system, lecz chętnie sięgających po oferowane przez niego przywileje przynęty. Jako mistrz ezopowego języka nieraz ogrywał cenzorów w nierównym pojedynku, czasem jednak triumfowali „panowie z Mysiej”. Jak wspominał Stanisław Tym, przebieg kolaudacji Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz przypominał egzekucję.

Szykany znosił z wyjątkową pogodą ducha, bez grama cierpiętnictwa, lecz za upokorzenia płacił własnym zdrowiem: zawałem serca i śmiertelnym wylewem krwi. Nienawistnicy szkalowali go jeszcze po jego przedwczesnej śmierci dwa lata przed końcem PRL. Do ataku za rzekome znieważenie ofiar katastrofy lotniczej w Lesie Kabackim przystąpił dyspozycyjny „ekspert” — reżyser (?), który przez całe życie samodzielnie zrealizował tylko jeden (słownie: jeden) film: zalegający archiwalną półkę krótkometrażowy, propagandowy dokument. Po 1989 roku głosy pozbawionych politycznego wsparcia hejterów niespodziewanie zamilkły. Stanisław Bareja zyskał status twórcy kultowych komedii, które się obroniły i do dziś zaskakują celnością obserwacji. Ukazywał świat w krzywym zwierciadle satyry. Był to obraz prawdziwy, który przetrwał ustrojowe przemiany i próbę czasu.

Podstawą książki są wielogodzinne rozmowy autora z filmowcami, rodziną, znajomymi i przyjaciółmi Stanisława Barei przeprowadzone w latach 2008–2026. Cytaty z tych rozmów zostały zaznaczone kursywą. Fragmenty filmów oraz cytaty z innych publikacji zostały oznaczone i zapisane w cudzysłowach lub wyróżnione graficznie.

Mazowieckie korzenie

W formularzu paszportowym wpisano: wzrost — 170 cm, oczy — niebieskie, znaki szczególne — brak. Imiona: „Stanisław Sylwester”. Nazwisko: „Bareja”. W grudniu 2025 roku nosiło je 1015 osób. Pojawiało się już w spisie w XIX w., głównie na wschodnim Mazowszu i tam do dziś występuje najczęściej. Poza Warszawą jest przede wszystkim spotykane głównie w Siedlcach, Mińsku Mazowieckim, Iganiach, Łukowie oraz w znanym z 10. odcinka serialu Zmiennicy Skórcu, gdzie nosi je co najmniej 70 osób. Nie wszyscy są krewnymi reżysera. Stanisław Bareja miał jednak świadomość, że właśnie liczący ponad 1100 mieszkańców Skórzec jest miejscem, z którego mogli pochodzić jego przodkowie. W latach 70. i 80., gdy realizował swoje najbardziej znane filmy, w Polsce żyło co najmniej pięciu innych Stanisławów Barejów, urodzonych w 1901, 1923, 1924, 1930 i 1950 roku. O jednym z nich, z zawodu pisarzu, będzie jeszcze mowa. Niewykluczone, że ze Skórca lub okolic Siedlec pochodziła rodzina reżysera bądź jego krewni. Jednak z Mazowsza trop wiedzie nad Morze Czarne. Ponad wszelką wątpliwość wiemy, że dziadek reżysera, mistrz wędliniarski Jan Bareja, oraz jego żona Tekla, z domu Stodulska, pod koniec lat 90. XIX w. mieszkali w Odessie, wówczas czwartym co do wielkości mieście carskiej Rosji (obecnie Ukraina). Ówczesna polska społeczność liczyła ponad 17 tys. osób, czyli 4% ludności największego portu nad Morzem Czarnym. 28 listopada 1898 roku w Odessie urodził się Sylwester Kazimierz Bareja, ojciec Króla Polskiej Komedii.

W 1950 roku w życiorysie dla Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi Stanisław Bareja pisał:

„Urodziłem się w Warszawie 5 XII 1929 roku. Ojciec mój miał do tej pory różne zawody: był np. górnikiem we Francji, posługaczem w cyrku, pomocnikiem chłopa w Niemczech”. 17 lipca 1927 roku Sylwester poślubił Stanisławę z domu Chmielarz, jedną z trzech córek Marii z Terleckich (1869–1938).

Po wybuchu rewolucji bolszewickiej w Rosji Barejowie wrócili do odradzającej się Rzeczypospolitej i osiedlili się w Warszawie. W latach 30. Jan Bareja był właścicielem budynku Madalińskiego 49, gdzie mieściła się znana na Mokotowie wędliniarnia, oraz połączonej z nim dwukondygnacyjnej części mieszkalnej oznaczonej adresem Lewicka 19, a także wędliniarni przy ul. Marszałkowskiej 19. Na planie Warszawy z 1936 roku należąca do Barejów nieruchomość figuruje jako „Mokotów-Cecylówka”. Budynki wyburzono w 1973 roku i w jego miejscu zbudowano blok mieszkalny z adresem Madalińskiego 49/51.

Uzyskany w 1930 roku dyplom mistrza wędliniarskiego był dla Sylwestra Barei paszportem do lepszego życia. Z pomocą ojca udało mu się uruchomić warsztat wędliniarski w oficynie przy murowanym, dwukondygnacyjnym domu przy ul. Sieleckiej 47.

Fot.  1. Dom Barejów stał w miejscu, gdzie znajduje się parking przy Sieleckiej (2025), fot. Adrian Frankowski

„Zaświadcza się, że Bareja Stanisław Sylwester urodził się w Warszawie dnia piątego grudnia tysiąc dziewięćset dwudziestego dziewiątego roku, z ojca Sylwestra Kazimierza Barei, z matki Stanisławy Bareja z domu Chmielarz ochrzczony w parafii świętego Bonifacego, 5 stycznia 1930 roku” — czytamy w akcie chrztu reżysera.

Zgodnie z hasłem „Uśmiech naszego dziecka — premią za trud wychowawcy” (Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz), wdzięczny za rodzicielską miłość mały Staszek uśmiechał się często i radośnie, co wyraźnie widać na najstarszym zachowanym jego zdjęciu.

Sylwester Bareja pracował ciężko, by zapewnić godne warunki życia powiększającej się rodzinie, bo już w dzień po drugich urodzinach Staszka, 6 grudnia 1931 roku na świat przyszedł Wiesław, 30 marca 1936 roku zaś Anna Teresa, nazywana przez rodzinę Hanią.

Fot.  2. Przyszły reżyser w wieku dwóch lat, ze zbiorów rodziny Barejów

Pod koniec 1937 roku funkcjonał już sklep wędliniarski Sylwestra Barei przy ul. Puławskiej 39 (tel. 4-22-86).

Fot.  3. Wędliniarnia Sylwestra Barei mieściła się na parterze budynku przy Puławskiej 39 (1937), fot. Archiwum Państwowe wWarszawie

Wędliny wyrabiał przy Sieleckiej. Mokotów był wówczas rozbudowującą się dzielnicą z ambicjami, gdzie obok odrapanych czynszówek i parterowych biedadomków powstawały kilkupiętrowe budynki mieszkalne o ekskluzywnym charakterze. Motyw wędlin — od pożądanego, lecz nieosiągalnego w PRL baleronu, przez kabanosy i parówki w baraniej kiszce, aż po „ludową” kaszankę — będzie obecny w większości filmów Barei. W okresie komunizmu, w „gospodarce niedoborów” mięso i wędliny, a raczej ich chroniczny brak na rynku były tematem politycznym i przyczyną społecznego niezadowolenia, protestów i strajków. Można przypuszczać, że postać ojca, solidnego rzemieślnika, uwiecznił reżyser w Misiu jako Jana Kowalskiego, właściciela polskich delikatesów w Londynie. Sam zagrał jowialnego powiernika sekretów (i dewiz), nieco zbyt naiwnie ufającego Ryszardowi Ochódzkiemu. Możemy tylko przypuszczać, że gdyby nie wybuch wojny, okupacja niemiecka, a później komunizm, wędliniarnia przy Puławskiej wyglądałaby jak obficie zaopatrzony sklep „kochanego pana Jana” przy 81 Battersea Rise w Londynie. Czy w wolnej Polsce stałby się właścicielem sieci sklepów lub przemysłowej wytwórni wędlin?

Fot.  4. Na wycieczce z ojcem i bratem Wiesiem, koniec lat 30., ze zbiorów rodziny Barejów

Dzieciństwo przyszłego reżysera było związane z Mokotowem. Po kilka latach przedszkola przy ul. Chocimskiej 1 września 1937 roku Staszek rozpoczął naukę w Szkole Powszechnej nr 124 przy ul. Dolnej 19.

Podczas niemieckiej okupacji kontynuował ją w Szkole Powszechnej 121 przy ul. Różanej 22/24.

Wojna

Zanim 1 września 1939 roku na Warszawę spadły pierwsze niemieckie bomby, Sylwester Bareja przywiózł do Starostwa Grodzkiego Warszawa-Południe półtorej tony słoniny. Jako szeregowiec WP został zmobilizowany, trafił na front, a następnie dostał się do niemieckiej niewoli. Pierwsza wojenna tragedia dotknęła Barejów 1 listopada 1939 roku. Tego dnia trzyletnia Anna Teresa Bareja zmarła na szkarlatynę. „W parę dni po zajęciu Warszawy przez Niemców umarła moja siostra, wskutek braku opieki lekarskiej” — wspominał reżyser w pisanym odręcznie życiorysie. Na początku okupacji, jak tysiące Polaków, Sylwester zajmował się handlem, czyli tzw. szmuglem.

Obecnie słowo to ma negatywną konotację, jednak dla cierpiących głód Warszawiaków szmuglerzy byli cichymi bohaterami. Uliczni śpiewacy w Zakazanych piosenkach (1947) dedykowali im jeden z utworów:

Na dworze jest mrok,

W pociągu jest tłok,

Zaczyna się więc sielanka.

On objął ją wpół,

Ona gruba jak wół,

Bo pod paltem schowana rąbanka.

Spod serca kap, kap,

Słonina i schab,

Do tego dwa balerony.

Gdy on się zachwyca,

Wypada polędwica,

I boczek nieosolony.

Teraz jest wojna,

Kto handluje ten żyje.

Jak sprzedam rąbankę,

Słoninę, kaszankę,

To bimbru się też napiję.

Gdy on się przekona,

Czym handluje ona,

To pociąg na stacji staje.

Żandarmy wsiadają,

I wszystko wygrużają,

Co tylko im się daje.

Ten szuka w kieszeni,

Ten szuka na ziemi,

A inny po paczkach szpera.

Zabrali słoninę,

Rąbankę, kaszankę,

Niech weźmie ich jasna cholera.

W Misiu aktorzy Teatru Dwójkąt śpiewają inną okupacyjną piosenkę: Siekiera, motyka, bimbru szklanka, w nocy nalot, w dzień łapanka. Przez lata utwór był anonimowy. Obecnie wiemy, że jego słowanapisała Anna Jachinia w 1942 roku.

Motyw mięsa oraz wędlin niejednokrotnie pojawiał się w komediach Barei. Koniec wojny nie oznaczał jednak końca problemów z zaopatrzeniem. Mechanizmy reglamentacji i czarnego rynku z lat okupacji funkcjonały do końca PRL. Akceptowanego powszechnie „szmuglera” zastąpił napiętnowany przez komunistyczną propagandę „spekulant”. W Misiu handlarka mięsem opowiada sekretarce w komendzie MO: „Na Centralnym strach jak łapią!”. Jak „za okupacji” również w stanie wojennym mieszkańcy bloku przy Alternatywy 4 byli zaopatrywani w mięso i wędliny przemycone przez Teklę Wagner ze wsi.

W swoim życiorysie Stanisław Bareja tak opisał lata wojny:

„Ojciec zarabiał wtedy na dom przy pomocy drobnego handlu, tzw. szmuglu. Potem handlował przez pewien czas końmi, a na koniec zaczął wyrabiać wędliny w jakiejś wsi pod Sandomierzem. Myśmy z matką mieszkali na Mokotowie Dolnym […]”.

Ciężar utrzymania domu oraz wychowania synów spadł na Stanisławę.

W pobliżu Sieleckiej były miejsca, które Polacy omijali z daleka. Park Łazienkowski zamknięto dla Polaków. Na kratach ogrodzenia zamocowano tabliczki z napisem Eintritt Verboten! Nur für Deutsche („Wstęp wzbroniony! Tylko dla Niemców”). Przedwojenne koszary 1. Dywizjonu Artylerii Konnej na Podchorążych zajęte przez SS pełniły funkcję tymczasowego obozu dla osób schwytanych w łapankach. Większe mieszkania i luksusowe apartamenty w budowanych tuż przed wojną kamienicach zajęli Niemcy i volksdeutsche. Okupant zmienił nazwy pobliskich ulic, które nawiązywały do polskiej historii. Pobliską 29 Listopada przerobiono na Husarenstrasse, aStępińską — na Karpathenstrasse.

W czerwcu 1943 roku Staszek ukończył z wyróżnieniem siedmioklasową Szkołę Powszechną nr 121. Po wybuchu wojny z Sowietami budynek zajęli esesmani, więc z Różanej przeniesiono ją na Polną. Przed wrześniem 1939 roku planowano tam budowę reprezentacyjnej Al. Marszałka Piłsudskiego i tak też Warszawiacy, w tym i wychowany w szacunku do niego Staszek Bareja, ją nazywali. Plan zrealizowano po wojnie, lecz komuniści nadali jej nazwę „Armii Ludowej”. W maju 1950 roku Bareja w swoim życiorysie pisał: „[…] chodziliśmy do szkoły nr. 121 przy ulicy Piłsudskiego”! Niewielu miało wtedy odwagę, by w mrocznych czasach stalinizmu wymieniać nazwisko szanowanego Marszałka, tak znienawidzonego przez komunistów.

Niedoszły powstaniec

We wrześniu 1943 roku przyszły reżyser trafił do „szkoły elektrycznej” przy ul. Śniadeckich 8.

W jednym z kilku życiorysów czytamy „przerobiłem w domu kurs I gimnazjalnej i zdałem jako ekstern do II klasy III Miejskiego Gimnazjum Elektrycznego”.

Bareja, który na szczęście nie został specjalistą od prądu stałego, często wracał z kamerą w miejsca ze swojej młodości. Na planie serialu Alternatywy 4 ul. Śniadeckich stała się miejscem samochodowo-dźwigowego konfliktu pomiędzy Kołkiem a Kotkiem.

Fot.  5. Willa Matulinek w Milanówku (stan sprzed 1939 r.). Stąd bracia Barejowie chcieli przedostać się do walczącej Warszawy, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe (NAC)

Wybuch Powstania Warszawskiego zastał Staszka i Wiesia na koloniach letnich Rady Głównej Opiekuńczej (RGO) prowadzonych przez Zgromadzenie Sióstr Urszulanek w wydzierżawionej willi „Matulinek” przy ul. Mickiewicza 10 w Milanówku. Wówczas był to internat dla kilkudziesięciorga dzieci.

Bracia planowali zdobycie broni i przebicie do walczącego miasta. Wkrótce nadarzyła się okazja. W budynku obok, tuż za ogrodzeniem, kwaterował oddział Węgrów. Autorka opracowania Węgrzy wobec Powstania Warszawskiego, Maria Zima--Mariańska, podaje, że w samym Milanówku, m.in. w gimnazjum przy ul. Dworskiej, Spacerowej oraz w Szkole Powszechnej nr 1 na Grudowie 1,do połowy października stacjonowało blisko 2000 żołnierzy węgierskich. Mniejsze oddziały honwedów kwaterowały w innych miejscach, w tym także w sąsiedztwie „Matulinka”. Wprawdzie pertraktacje dotyczące pełnoskalowej pomocy armii węgierskiej powstańcom się nie powiodły, jednak większość z nich miała przychylny stosunek do Polaków, a co najmniej kilkunastu Niemcy rozstrzelali za pomoc dzieloną polskiemu Podziemiu, m.in. w rejonie Raszyna, Podkowy Leśnej i Grodziska Mazowieckiego. Zdarzało się, że honwedzi wstępowali do polskich oddziałów i ginęli w walce z Niemcami, zarówno w Warszawie, jak i na jej przedmieściach.

W cytowanym przez Katarzynę Bareję pamiętniku reżysera z końca lat 40. czytamy: „W tym czasie przyjechali do Milanówka Węgrzy, którzy zatrzymali się za naszymi internatem. Broń z amunicją stała blisko, więc postanowiliśmy ją gwizdnąć. Ile się strachu najadłem, trudno opisać, ale ściągnąłem jeden karabin […] Karabin przełożona oddała do AK”. W życiorysie dla łódzkiej uczelni filmowej czytamy: „U tych zakonnic skończyłem 3 kl. gimnazjalną”.

W Milanówku Barejowie doczekali końca wojny. Po wielu latach węgierski wątek pojawi się w Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz. Niewykluczone, że wspomnienie zdobytego przez nieletniego wówczas Bareję na Węgrach karabinu znajdziemy w Zmiennikach, gdy Jacek Żytkiewicz (Mieczysław Hryniewicz) dzieli się z Lesiakiem (Bronisław Pawlik) „intratnym” pomysłem przerabiania plastikowych wanienek na karabiny zabawki dla dzieci.

Warto przypomnieć, że podczas pobytu Stanisławy Barei z synami w Milanówku na Sielcach trwały krwawe walki. Niemiecka artyleria i samoloty Luftwaffe wielokrotnie atakowały pozycje powstańców, masakrując także cywilnych mieszkańców ul. Sieleckiej. W nocy z 26 na 27 sierpnia 1944 roku kompania AK Krawiec z pułku Baszta nacierała na koszary na Podchorążych. Prawdopodobnie wówczas dom Barejów uległ uszkodzeniu.

Bareja należał do pokolenia zbyt młodego, by stanąć na barykadzie, i zbyt dojrzałego, by nie rozumieć wojennej tragedii. Zdarzało się, że jego rówieśnicy miotali butelki z benzyną lub „filipinki” na niemieckie czołgi bądź byli łącznikami. Nie było mu jednak dane walczyć.

Ponad wszelką wątpliwość wiemy, że jego trzej bracia cioteczni służyli w AK. Po 1945 roku komuniści używali czarnej propagandy, by zohydzić Powstanie Warszawskie, żołnierzy AK, rząd londyński, a także II Rzeczpospolitą. Bareja był odporny na ideologiczne pranie mózgu, zarówno jako nastolatek, student, jak i dojrzały filmowiec. Okupacyjne reminiscencje Barei nie są jednak pełne heroicznych czynów. Jacek Fedorowicz pamięta niezrealizowany scenariusz z lat 60.:

Staszek chciał zrobić ze mną komedię gagową opowiadającą o człowieku, który po kapitulacji Powstania Warszawskiego został w mieście. Był już co prawda film Robinson Warszawski z Kurnakowiczem w roli głównej, chyba nie wszedł na ekrany z powodów cenzuralnych, w każdym razie Staszka fascynowało pokazanie samotnego faceta (miałem go grać) w zrujnowanym pustym mieście i tu — znów — chciał wykorzystać coś, co istnieje, mianowicie zachowane w latach 60. jeszcze w zaskakująco dobrym stanie (ale już nieużywane po wojnie) tory tramwajowe biegnące od Placu Trzech Krzyży w dół ul. Książęcej. Chciał zrobić scenę, w której ja przypadkiem powoduję szaleńczy kilkusetmetrowy zjazd wagonu tramwajowego Książęcą, będąc oczywiście w tym tramwaju w środku. Scena była bliska memu sercu, bo trzeba trafu, że Książęcą jeździłem czasem tramwajem numer 2 jako dziecko — przed Powstaniem mieszkałem na Powiślu. Ten tramwaj, co się miał wyrwać spod kontroli, to typowy przykład praktycznego myślenia Staszka o filmie.

W Misiu statyści w mundurach SS potulnie stoją w kolejce po obiad w filmowym bufecie, całkiem niepodobni do autentycznych, butnych hitlerowców. W tym samym filmie, w scenie, w której Ola Kozeł zapowiada „piosenkę żołnierską”, widzimy inny okupacyjny flashback: uzbrojonych Niemców, warszawski tramwaj i łapankę.

Wojennych śladów jest więcej:

Ochódzki: Janek, wiesz, jak było! Była wojna! Pięć lat wojny, pięć lat okupacji…

Hochwander: Dwadzieścia osiem filmów o tym zrobiłem. Robię dwudziesty dziewiąty!

Bareja aż zanadto pamiętał wojenną tragedię, by z niej kpić. Ostrze ironii było skierowane w Porębę, Passendorfera, Petelskiego oraz innych partyjnych reżyserów, dla których wojna stanowiła pretekst dla ideologicznie słusznych filmów, a faktycznie była trampoliną dla własnej kariery.

W jednym z dialogów pomiędzy taksówkarzem Lesiakiem a Michalikiem w Zmiennikach słyszymy:

Lesiak: Niemcy nacierali od Muzeum Narodowego i YMCI. Najpierw wyparli nas z willi Pniewskiego, a potem z poselstwa. Pod wieczór opuściliśmy ZUS. To była największa strata.

Michalik: A czemu to?

Lesiak: Bo tam szpital został. Pod wieczór, jak szedłem na kwaterę na Okrąg, to oberwałem w nogę. I tak się skończyło moje wojowanie.

W realizowanej Symfonii bohaterskiej w dwóch częściach znanej jako Eroica Andrzeja Munka (cz. I Scherzo alla Pollaco) Stanisław Bareja wcielił się w rolę powstańca.

Chłopak w cywilnej koszuli i zdobycznych, esesmańskich spodniach czyta książkę, oparty plecami o rozbity tramwaj barykadę. W pewnej chwili odkłada lekturę, chwyta karabin i mierzy w intruza.

Stój!

Cywil to Dzidziuś Górkiewicz (Edward Dziewoński), który przedziera się do sztabu na Mokotowie z tajną misją. Zaalarmowani koledzy odprowadzają go do kwatery powstańczej żandarmerii. Chłopak zkarabinem i książką… Możemy sobie wyobrazić, że tak wyglądałby w sierpniu 1944 roku Bareja powstaniec.

W ekranizacji powieści Stefana Wiecha Wiecheckiego Café pod Minogą w reżyserii Bronisława Broka (1959) Bareja jako obrońca Starego Miasta z biało-czerwoną opaską AK na ramieniu stoi w kolejce po zupę, wydawaną z kotła „plujkę” z rozgotowanego jęczmienia ze zdobytych magazynów browaru Haberbusch i Schiele.

Na gruzach stolicy

Z cytowanych przez Katarzynę Bareję pamiętników ojca z lat 1946–1949 wynika, że wkroczenie armii sowieckiej, tzw. wyzwolenie, niemal skończyło się dla przyszłego reżysera tragicznie. 16 stycznia 1945 roku został wraz z kolegami wysłany przez urszulanki z „Matulinka” po węgiel do niemieckich składów. „W górze było pełno rosyjskich samolotów i w ogóle zamieszanie jak sto diabłów. Około drugiej po południu Niemców już nie było widać. […] Byliśmy już koło szosy, na której stały spokojnie konie z wozami. Gdy nagle samolot rosyjski przeleciał nad nami i rzucił bombę o pięćset metrów dalej […]. Posypały się strzały karabinowe w naszą stronę”. Godzinę później sowieckie bombowce nurkujące Pe-2 dokonały nalotu na odległy zaledwie o cztery kilometry Grodzisk Mazowiecki. Niemcy opuścili miasto przed bombardowaniem. Z relacji świadków wynika, że sowieccy lotnicy z pokładowych karabinów maszynowych ostrzelali m.in. zatłoczone targowisko. Co najmniej 300 cywilów — mieszkańców Grodziska i przebywających tam uchodźców z Warszawy — zginęło na miejscu. Blisko 100 osób zmarło w wyniku odniesionych ran. Podczas styczniowej ofensywy „wyzwoliciele” atakowali z powietrza także m.in. Niepokalanów, Sieradz i Skarżysko-Kamienną. W nalotach zginęły setki cywili. Niemieckie straty były symboliczne.

Na początku marca 1945 roku wraz z matką i bratem powrócili do Warszawy.

W Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz podczas wizyty Krzakoskiego (Krzysztof Kowalewski) na Węgrzech jego rozmowa z Warszawą zostaje przerwana po uszkodzeniu linii telefonicznej przez kierowcę ciężarówki. Usiłuje się porozumieć z jedną z sekretarek.

Słyszy od niej: „Vihar volt, tuja! Vihar! Az oszlop — ledőlt! Nincsen semmi kapcsolásunk. Warszawa nincsen! Nincsen Varsó!”(Była wichura! Wichura! Słupy uszkodzone. Nie mamy połączenia! Warszawy nie ma! Nie ma Warszawy!)

„Co?! Warszawa zburzona?” — pytał przerażony dyrektor Pol-Pimu, który zrozumiał tylko ostatnie zdanie w języku Petőfiego.

Równie przerażony był przyszły reżyser, gdy wraz z matką i bratem szedł wiosną 1945 roku ulicami zrujnowanego w ponad 80% miasta. Wkrótce do stolicy powrócił Sylwester.

Staszek kontynuował edukację w III Gimnazjum Miejskim im. Hugo Kołłątaja. W roku szkolnym 1944/45 nie otrzymał promocji do następnej klasy. Jak wynika ze świadectwa wystawionego 20 lipca 1945 roku, przyczyną była niedostateczna ocena z języka niemieckiego. Stanisław Bareja opanował ten język w stopniu dobrym i podczas późniejszych pobytów w NRD i RFN komunikował się sprawnie. Wiadomo również, że w latach 1945–1946 uczęszczał do Liceum im. Tadeusza Rejtana, które w wówczas mieściło się przy ul. Rakowieckiej 23, w budynku pofabrycznym. Z ankiety personalnej dla Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi wynika, że Stanisław Bareja miał krótki epizod harcerski: od maja do lipca 1945 roku był zastępowym w ZHP. Znacznie ważniejszy był fakt, że w roku zakończenia wojny po raz pierwszy odwiedził kino — miejsce, które zmieniło całe jego życie. W zrujnowanej Warszawie jako pierwsze uruchomiono Kino Syrena, a 2 kwietnia 1945 roku — Polonia, przy Marszałkowskiej 56. Tam późniejszy reżyser po raz pierwszy oglądał film.

W protokole wojennych zniszczeń sporządzonym przez Biuro Odbudowy Stolicy (BOS) w opisie budynku Sielecka 47 figuruje adnotacja: „budynek murowany, stary, kondygnacje 2, mieszkalny”. Stojącą obok wędliniarnię Barejów opisano jako „oficynę, kondygnacji 1, przemysłowa, stan: spalony”. W raporcie BOS z sierpnia 1945 roku podkreślano, że „wolnostojący komin przy ścianie szczytowej zagraża budynkowi 49”, i zakwalifikowano go do wyburzenia. Jeszcze osiem lat po wojnie mieszkający wówczas w Jeleniej Górze Sylwester Bareja płacił podatek za zrujnowaną nieruchomość. Na mocy dekretu Bieruta działkę przejął Zarząd Miejski. W latach 60. zabudowano ją blokami Spółdzielni „Energetyka”, powstał parking strzeżony. Kilka lat temu na południowej części działki wybudowano apartamentowiec przy ul. Gagarina 26.

Barejowie nie powrócili już na Sielecką, mieszkali przy ul. Lewickiej 19, u ciotki, Czesławy Świętochowskiej. Gdy budynek przeznaczono do rozbiórki, otrzymała niewielkie mieszkanie na parterze kamienicy przy Kwiatowej. Mokotowskie klimaty odnajdziemy w Brunecie wieczorową porą:

Ja widzę, że on cuś pęka, więc ja mu tak: „Pamiętaj, Rysiu, tylko niech cię ktoś ruszy, to cała Kwiatowa i pół Mokotowa pójdzie za tobą!”.

Jelenia Góra

Latem 1946 roku na tym samym Mokotowie, kilkaset metrów od ul. Kwiatowej, miało miejsce z pozoru błahe, lecz brzemienne w skutki zdarzenie, które zmieniło los rodziny przyszłego reżysera.

„Solek [Sylwester Bareja — przyp. aut.], idąc kiedyś pijany ulicą Rakowiecką, uderzył w twarz oficera sowieckiego. Naturalnie wzięto go na posterunek i tam okropnie zbito. I znów Czesia [Czesława Świętochowska — przyp. aut.] jakimś cudem zdołała go wydostać, ale bok mu odbito” — wyjaśniła we wspomnieniowej książce Żaby w śmietanie, czyli Stanisław Bareja i bliscy Katarzyna Bareja.

Kilkanaście miesięcy po zakończeniu wojny sowieccy żołnierze — tzw. wyzwoliciele, a faktycznie kolejni okupanci — każdego dnia dopuszczali się licznych przestępstw: rabunków, gwałtów i morderstw na polskiej ludności na całym terytorium Polski Ludowej — od Bugu do Odry. Wbrew obiegowej opinii dotyczyło to nie tylko Śląska czy Pomorza, ale również terenów ziem dawnych, które leżały w polskich granicach zarówno przed 1 września 1939 roku, jak i w tzw. Polsce Ludowej.

„Stosunek do Armii Czerwonej, początkowo całkiem przychylny lub co najmniej neutralny, zmieniał się z dnia na dzień na bardziej niechętny, a nawet wrogi. Coraz powszechniej żołnierzy sowieckich postrzegano jako zdemoralizowanych oraz niebezpiecznych i bano się ich, w nie mniejszym stopniu niż niedawno Niemców” — pisał historyk dr Adam Pleskaczyński z Biura Edukacji Narodowej IPN.

Mistrz wędliniarski został brutalnie poturbowany przez milicjantów, lecz nie trafił do mieszczącego się przy Rakowieckiej mokotowskiego więzienia, w którym każdego dnia UB dokonywało licznych mordów. W dziesiątkach przypadków Polaków przed agresją „wyzwolicieli” bronili żołnierze Wojska Polskiego (WP), a nawet milicjanci.

Za jakikolwiek atak na sowieckiego okupanta groził co najmniej wyrok kilkuletniego więzienia. Niejednokrotnie jednak dochodziło do potyczek ogniowych i regularnych walk. Ci, którzy jak podporucznik Jerzy Przerwa czy kanonier Władysław Łabuza i inni żołnierze WP z bronią w ręku stanęli w obronie kobiety uprowadzonej przez sowieckich żołnierzy w nocy z 27 na 28 maja 1947 roku na dworcu kolejowym w Lesznie, byli skazywani na karę śmierci. Można przypuszczać, że incydent z Rakowieckiej potraktowano jako zwykły wybryk w „stanie wskazującym”, bez pobudek politycznych, i zapewne to ocaliło Sylwestra przed poważnymi konsekwencjami.

Barejowie uznali, że jedynym bezpiecznym rozwiązaniem będzie opuszczenie stolicy i przeprowadzka na ziemie zachodnie. Podobną „zmianę klimatu” wybierało wielu byłych akowców i wiele osób, które komunistyczna władza uznawała za „wrogi element”. Opuszczenie rodzinnego miasta i wyjazd w nieznane nie były łatwą decyzją.

— Aha! Najważniejsza rzecz, bo bym zapomniał… kamyk, o który pan prosi, z Jeleniej Góry przywiozłem!

— Z Jeleniej?

— Z Jasnej Góry oczywiście! Pamiątka. Pan wie, kto po nim stąpał.

Jesieną 1946 roku Barejowie przeprowadzili się nad Bóbr. Zamieszkali w budynku przy Jana Kasprowicza 2 u zbiegu z Chrobrego.

Fot.  6. Dom przy Kasprowicza 2 w Jeleniej Górze (2019). Przyszły reżyser mieszkał w mieszkaniu numer 2 w latach 1946-49, fot. Michał Luch (michalluchart.pl)

Położone malowniczo na skraju Sudetów miasto miało swój specyficzny klimat, np. tramwaje miejskie. Wielu z 30 tys. mieszkańców było związanych zawodowo z licznymi stacjonującymi tam jednostkami Ludowego Wojska Polskiego. Ponadto w mieście znajdowały się zakłady mięsne, gorzelnia Państwowego Monopolu Spirytusowego, a przy ul. Karola Miarki — zakłady włókien sztucznych (od 1951 roku „Celwiskoza”). Sylwester Bareja prowadził prywatny warsztat wędliniarski, jednak po pewnym czasie zatrudnił się w Spółdzielni „Jeleń”, by awansować na kierownika w Państwowych Zakładach Przemysłu Mięsnego przy ul. Wincentego Pola 23. Stanisława Bareja znalazła zatrudnienie jako kasjerka w Spółdzielni „Spólnota”, później jako ekspedientka w sklepie. Wakacje w upalne lato 1947 roku mijały beztrosko. Miejsc do pływania nie brakowało: Bóbr, Kamienna, poniemieckie baseny.

10 sierpnia 1947 roku, w upalną niedzielę, Sylwester Bareja wraz z synami wyruszyli na wycieczkę do oddalonego o 17 km od Jeleniej Góry wodospadu Podgórna. Górska miejscowość Przesieka w latach 1945–1956 nosiła nieoficjalną nazwę Matejkówka: podczas wojny Niemcy przechowywali tam zrabowane obrazy Jana Matejki.

Na łamach „Magazynu Turystyki Górskiej NPM” (6/2017) ekspert Sudetów Tomasz Rzeczycki tak opisał tragiczne wydarzenie:

Fot.  6B. Fragment planu Jeleniej Góry z końca lat 40., zbiory własne autora

Sylwester Bareja, ojciec znanego reżysera, wybrał się tam na letnią wycieczkę ze swoimi synami. Młodszy z nich, Wiesław, zaproponował zrobienie kilku nietypowych zdjęć. Mimo ostrzeżeń wdrapał się na skałkę sterczącą tuż nad wodospadem. Gdy jego brat, Stanisław, szykował aparat fotograficzny, aby mu go podać, skałka obsunęła się wraz z Wiesławem, który wpadł w nurt wody. Ciężko rannego chłopaka wydobyto spod wodospadu i przetransportowano do szpitala w Cieplicach Śląskich-Zdroju. Niestety, kilka godzin po wypadku 16-latek zmarł.

W tekście Rzeczyckiego pojawia się określenie, że zdarzyło się to w „drugiej połowie sierpnia”, lecz z zachowanego aktu zgonu wynika, że chłopiec zmarł w niedzielę, 10 sierpnia 1947 roku. Dawny Szpital Miejski przy ul. Jagiellońskiej 26 w Cieplicach (obecnie w granicach Jeleniej Góry) nie funkcjonuje od kilkunastu lat. Zachowała się relacja zmarłej kilka lat temu emerytowanej pracownicy, pielęgniarki, Marii S. Zapamiętała ona tragiczne wydarzenie wyjątkowo dobrze, bo na początku sierpnia 1947 roku rozpoczynała swoją pracę w cieplickim szpitalu, były to jej pierwsze dni w zawodzie. Opowiadała ona o „chłopcu lat około 15, którego przyniósł zrozpaczony ojciec z wypadku przy wodospadzie. Miał bardzo rozbitą głowę, nie odzyskał przytomności i zmarł wieczorem tego samego dnia, po kilku godzinach”. Czy Maria S. faktycznie była obecna przy łóżku ciężko rannego Wiesia Barei, czy też opisywała śmierć innej osoby? Śmiertelne wypadki przy sudeckich wodospadach zdarzały się wówczas nawet kilka razy w roku i niestety zdarzają się także obecnie. W sierpniu 1947 roku poza tragicznym upadkiem Wiesia nie odnotowano podobnego incydentu, niewykluczone więc, że Maria S. faktycznie była obecna przy śmierci Wiesława Barei. Stanisław Bareja niezwykle mocno przeżył tragiczne wydarzenie. W swoich zapiskach z końca lat 40. wspominał kilkakrotnie, że „śniłmi się Wiecho”.

Licealista kinoman

W Jeleniej Górze przyszły reżyser, zdeklarowany humanista, trafił do klasy matematyczno-fizycznej w Państwowym Liceum Ogólnokształcącym im. Stefana Żeromskiego przy Kochanowskiego 18. Staszek lubił czytać i prowadził dziennik. Zapisywał tam tytuły przeczytanych książek, a czytał ich naprawdę mnóstwo! Wiele tytułów to klasyka światowej literatury, pozycje historyczne oraz trudna w odbiorze proza przełomu wieków XIX i XX. W dzienniku pojawiły się ślady fascynacji, która wkrótce zmieniła jego życie. To wklejone bilety z seansów w kinach Marysieńka i Lot oraz spektakli w teatrach w Jeleniej Górze i Warszawie, do której przyjeżdżał na ferie świąteczne. Obydwa kina zostały uruchomione w 1946 roku. Lotprzetrwał do dziś przy ul. Pocztowej 11,Marysieńkę zamknięto kilka lat temu. Jakie filmy wówczas wyświetlano? W 1947 roku ze 100 wyświetlanych filmów 34 pochodziły z ZSRR, 6 z Wielkiej Brytanii, 12 — z Francji. Dwa lata później zmieniły się proporcje na korzyść 33 obrazów Mosfilmu. 22 wyprodukowano w innych krajach „demokracji ludowej”, 11 we Francji, 3 — w Wielkiej Brytanii i tylko jeden film pochodził z Hollywood. Film Polski sprowadził także kilka tytułów z Danii i Szwecji. Pod koniec dekady wprowadzano obrazy czechosłowackie i węgierskie. Młodzieńcza fascynacja kinem i teatrem odwróciła uwagę nastoletniego Staszka od nauki. Z zachowanych luźnych kartek notatnika dowiadujemy się, że co najmniej kilkadziesiąt razy odwiedzał salę kinową. Przy niektórych tytułach pojawiają się oceny. Podobne zapiski widzimy przy tytułach sztuk teatralnych, które obejrzał w tym czasie. Angielski dramat Siódma zasłona Benneta otrzymał ocenę „4–”. Z kolei obdarzony „szczerością szlachetnej intencji i tendencji społecznej” obraz Jasne łany Cękalskiego Bareja ocenił na „4=”. Podczas ferii świątecznych 1947/1948 wraz z rodzicami wyjechał do Warszawy. Pod datą 2 stycznia 1948 roku znajdujemy lakoniczny zapis: Hamlet. Spektakl o tragicznych losach duńskiego księcia z Marianem Wyrzykowskim w roli głównej otrzymał najwyższą ocenę. Następnego dnia oglądał ocenioną równie wysoko szekspirowską Burzę. W Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz Krzakoski ogląda Otella w budapeszteńskim teatrze. Jego zachwyt sięga zenitu, gdy tytułowy bohater zaciska palce na szyi Desdemony:

— Giń, nierządnico, nic cię nie ocali!

— Zabij mnie jutro, oszczędź dziś tylko…

— Chcesz się opierać?

— Tylko pół godziny.

— Po dokonaniu skończy się wahanie.

— Niech się pomodlę tylko.

— Już za późno!

Według węgierskiego przekładu (tłum. Károly Szász, wydanie z 1886 roku, Budapeszt) cytowany powyżej fragment V aktu brzmi:

Otello: Hah szajha! még szemembe siratod?

Desdemona: Oh, férjem űzz el! Oh csak meg ne ölj.

Otello: Meg kell halnod, gyalázatos.

Desdemona: Vagy holnap ölj meg, hagyj élnem ma még!

Otello: Ellenszegülsz?

Desdemona: Egy fél órát csupán!

Otello:Az már lejárt, habozni nincs idő.

Desdemona: Csak addig, míg elmondok egy imát.

Otello: Késő!

Dla dyrektora Pol-Pimu „wariant wenecki” to znakomita alternatywa dla kosztownego procesu rozwodowego. Fascynacja Barei Szekspirem była potężna. W czwartym odcinku Zmienników skacowany Mroczkowski odnajduje zwłoki sąsiadki pływające w wannie niczym hamletowska Ofelia w strumieniu.

Dziś, ponad trzy dekady po śmierci Króla Polskiej Komedii, uderza nas niezwykła zbieżność losów: klasyk ze Stratford był przez wielu współczesnych pogardzany, uważany za artystę dla plebsu. Stanisława Bareję, dziś mistrza gatunku uznawanego w PRL za drugorzędny, na piedestał wyniesiono dopiero pośmiertnie.

Podczas ferii spędzonych w Warszawie oglądał także Rewizora Nikołaja Gogola, operetkę Smetany Sprzedana narzeczona oraz wystawioną w Teatrze Małym sztukę George’a B. Shawa Żołnierz i bohater. Dekadę później pierwszy z wymienionych utworów stanie się kanwą scenariusza dyplomowego filmu Gorejące czapki.

Bareja nie był bezkrytycznym widzem. Przy jednym ze spektakli oglądanych w Jeleniej Górze znajdziemy adnotację „sztuka 4–, wykonanie 3”. Jak wielu rówieśników zapragnął zostać marynarzem. Korespondował z jednym z żeglarskich tytułów. Chciał zamustrować się na statku lub żaglowcu i wypłynąć w daleki rejs. Podczas wakacji 1948 roku odbył nawet miesięczny kurs Pracy Morskiej, zaliczony do Służby Polsce. Po nim szybko „wyleczył się” ze swoich morskich marzeń. Przyszły reżyser trafił do sekcji bokserskiej miejscowego klubu. Na szczęście dla kości nosa (i polskiego filmu!) nie poszedł w ślady uwielbianego Aleksego Antkiewicza, zwanego Bombardierem z Wybrzeża.

Zamiast bokserskiej gruszki wybrał basen, stając się jednym z najlepszych pływaków na roku. Zamiłowanie do pływania pozostało mu do końca życia. Według licznych relacji był znakomitym, wytrwałym pływakiem, dobrze nurkował. W rozmowie przeprowadzonej na początku 2009 roku kolega ze studiów w Łodzi, Janusz Wejchert, mówił: „Staszek pływał jak ryba, chyba najlepiej z całego naszego roku”.

W roku szkolnym 1948/1949 Stanisław Bareja pracował społecznie w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Jeleniej Górze i podobnie jak w przypadku filmów oraz spektakli oceniał także przeczytane lektury. Z zachowanych fragmentów wynika, że w ciągu kilku tygodni na przełomie lat 1947/1948 przeczytał kilkadziesiąt książek! Wśród nich są powieści historyczne: Bolesław Chrobry Gołubiewa i Kostka Napierski Orkana, oraz francuska proza: Germinal Zoli, Fałszerze Gide’a i Bella Girardoux. Na liście lektur znajdziemy książki przygodowe: Pilot gwiaździstego znaku Meissnera, a także Straszny wynalazca Julesa Verne’a. Żelazną pozycją była Księga dżungli Kiplinga. W spisie lektur nie brak i poważniejszych tytułów: Stracone złudzenia Balzaca, Saga rodu Forsythe’ów Galsworthy’ego (ocena 5), Czerwone tarcze Iwaszkiewicza, Głód Hamsuna, Krystyna, córka Lavrana Undseta. Z polskich książek można wymienić Drugie życie doktora Murka Dołęgi-Mostowicza oraz… Zadanie porucznika Kenta Macieja Słomczyńskiego, znanego jako Joe Alex. Trzydzieści dwa lata później porucznik Kent stanie się hrabią Barry Kentem, właścicielem „znikniętej” ostatniej paróweczki.

W jeleniogórskim liceum przyszły reżyser współredagował szkolną gazetkę „Musztarda”, wzbogacając ją tekstami satyrycznymi i rysunkami. W maju 1949 roku stanął przed Państwową Komisją Egzaminacyjną, by zdać egzamin dojrzałości. Z nauki o Polsce i świecie współczesnym otrzymał ocenę bardzo dobrą. Na maturalnym świadectwie widzimy duży rozrzut ocen. Języki polski, niemiecki, chemia, religia oraz przysposobienie wojskowe — dobry. Stan wiedzy o historii, fizyce i biologii komisja oceniła na dostateczny.

Reżyser co najmniej raz jeszcze odwiedził Jelenią Górę po ukończeniu studiów. Na początku 1977 roku wraz z operatorem Andrzejem Ramlauem przyjechał do oddalonych od miasta o kilkanaście kilometrów Pilchowic, by wykonać dokumentację fotograficzną plenerów zapory na rzece Bóbr. Z Jackiem Fedorowiczem planowali realizację komedii wojennej Trójka do bicia. Bareja i Ramlau wykonali serię zdjęć pilchowickiej zapory, jednak scenariusza nie zrealizowano.

Rysownik i fotograf

Nie sposób pominąć talent rysunkowy przyszłego Króla Komedii. Za pomocą kilku, kilkunastu dosłownie kresek potrafił naszkicować niezły satyryczny obrazek, np. zabawną postać. Bez wątpienia posiadał zmysł wyobraźni przestrzennej, widzenia plastycznego. Miało to duży wpływ na jego filmy: dar błyskawicznego i celnego wychwytywania najcharakterystyczniejszych cech postaci, ich syntezy, przetworzenia na prosty zapis rysunkowy godny zawodowych karykaturzystów. Jego rysunki nie były typowymi karykaturami w stylu Edwarda Ałaszewskiego czy Zbigniewa Lengrena. Pochodzące z lat 40. i 50. szkice Barei bliższe były lekkim, pełnym ironii szkicom Mariana Walentynowicza, jednego z twórców przygód Koziołka Matołka. Bareja wyprzedził swoją epokę o kilka dekad, stosując znane w Hollywood, a w Polsce wówczas nieznane, storyboardy — szkicowe scenopisy obrazkowe, proste i czytelne wskazówki dla aktorów, operatorów czy innych osób z filmowej ekipy. Aktorzy wspominają, że potrafił szybko rozrysować daną scenę czy ujęcie, prostym rysunkiem zastąpić setki słów, mentorską tyradę czy powszechną na planie scysję z cyklu „Źle to grasz!”. W wywiadzie („Tygodnik TVP” z 27 maja 2016 roku) żona reżysera Hanna Kotkowska-Bareja wspomina: „Mąż bardzo dobrze rysował. Gdyby zajmował się tym w życiu, też by osiągnął sukces”. Operator Wojciech Jastrzębowski (zm. 2016), który przez kilkanaście lat współpracował z Bareją przy realizacji zdjęć jego późnych filmów i seriali, doceniał rysunkowe umiejętności reżysera: Plastyczny talent nie jest warunkiem koniecznym w pracy reżysera, lecz w przypadku Staszka bardzo mu pomógł. Wielu najlepszych reżyserów świetnie rysowało. To dotyczyło także Staszka, który stale coś szkicował na kartkach lub na zwykłych, stołowych serwetkach. Niektórzy mówili „On ciągle coś bazgroli, ale w tych rysunkach widać było pewną kreskę, znakomite oko. Słowo „storyboard” jest znane u nas po 1989 roku, a Staszek rozrysowywał niektóre ujęcie już wiele lat wcześniej. Choć i tak precyzyjnie, jasno formułował myśli, mówił bardzo konkretnie, jego rysunki były dla nas pomocne. Miał zmysł rysownika, ale też fantastycznie fotografował. Gdy w 1972 roku zaczynałem pracę z nim jako 19-letni fotosista, na planie Poszukiwany, poszukiwana, bardzo mi pomagał, wiele się przy nim nauczyłem nie tylko jako operator, ale także jako fotograf. Najstarsze fotografie autorstwa Stanisława Barei pochodzą z lat 40., z Jeleniej Góry. Wykonywał je prawdopodobnie popularnym wówczas aparatem niemieckiej marki Leica. Fotografów nazywano dość powszechnie „lejkarzami” i to słowo znajdziemy także we wczesnym scenariuszu Misia. O rysunkowym i fotograficznym talencie ojca i niezliczonych historyjkach rysowanych jego ręką pisze Katarzyna Bareja w przywoływanej już znakomitej książce wspomnieniowej Żaby w śmietanie, czyli Stanisław Bareja i bliscy (2022).

Indeks numer 138

Dla wielu osób zaskoczeniem będzie fakt, że początkowo Bareja był zainteresowany pracą operatora filmowego, nie zaś reżysera. W ankiecie dla WSF pisał:

Fot.  7. Budynek Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi w maju 1950 r., zbiory własne autora

Wybieram się do dalszych studiów W.S.F. dlatego, że najbardziej ze wszystkich zawodów podoba mi się praca w filmie. Przekonanie to powziąłem po długiej lekturze czasopism filmowych […]. Z zawodów filmowych najbardziej interesuje mnie operatorka. Kiedy zacząłem chodzić do kina (w roku 1945), najbardziej interesowała mnie technika wykonywania zdjęć trickowych. Zacząłem więc szukać wyjaśnienia zagadki w starych rocznikach „Kina” i nielicznych broszurach o filmie. Później zainteresowałem się samą techniką wykonywania zdjęć: jak travellingiem, zdjęciami panoramicznymi, rozmaitymi planami itp. Dziś zwracam największą uwagę przy oglądaniu filmu na samo piękno zdjęcia, tj. budowę klatki filmowej i oświetlenie. Do tej ewolucji zainteresowań przyczyniły się pisma wydawane przez „Film Polski”: „Film”, „Gazeta Filmowa”, „Kinotechnik”. Poza tym staram się zużytkować nabyte przy czytaniu wiadomości, jestem bowiem zapalonym fotoamatorem. Według mnie operator musi posiadać następujące uzdolnienia: poczucie piękna, zdolności rysunkowe, wrażliwość na kolory […], niepoprzestawanie na dotychczasowych osiągnięciach, a ciągłe szukanie nowych form oraz cierpliwość i szybkość decyzji.

W czerwcu 1949 roku świeżo upieczony maturzysta i absolwent jeleniogórskiego liceum pojechał na egzamin wstępny do Wyższej Szkoły Filmowej (obecnie Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa, Telewizyjna i Teatralna im. Leona Schillera w Łodzi). Trwał właśnie nabór na studia na wydziałach operatorskim i reżyserskim.

W 2009 roku Janusz Weychert wspominał pierwsze spotkanie z Bareją:

Czerwcowy dzień. Koło budynku szkoły stoi chłopak. Podszedłem i spytałem, gdzie składa się dokumenty na studia. Sprawiał wrażenie osoby bardzo sympatycznej.

— Jestem Staszek Bareja.

Szybko stał się moim najlepszym przyjacielem.

W pałacu należącym niegdyś do przemysłowca tekstylnego Oskara Kohna studenci WSF żyli jak w koszarach. Na początku mieszkali po 30 osób w sali.

Po kilku miesiącach zbudowano prowizoryczne baraki. Później powstał istniejący do dziś „murowaniec”, namiastka prawdziwego akademika.

Na dole znajdowała się stołówka. Pierwsze i drugie piętro przeznaczono na pokoje.

Weychert: Odliczając krótki sen, cały czas spędzaliśmy razem jak w koszarach. Wykłady. Posiłki. Projekcje filmów. Ponad sto pięćdziesiąt osób w jednym miejscu. Czasem zdarzał się wypad do kawiarni, do centrum.

Warto przypomnieć realia, w jakich przyszło studiować rocznikowi 49’.

Reżyser Wanda Jakubowska określiła priorytety dla rodzimego kina: Obiecujemy, że damy filmy robione z myślą służenia polskiej klasie robotniczej, filmy, które pomogą naszej partii wychować polski naród na budowniczych i bojowników socjalizmu […]. Forma i styl filmu polskiego wynikać musi z nowej, rewolucyjnej treści, podobnie jak to jest w Związku Radzieckim, gdzie sztuka filmowa stoi na najwyższym poziomie, służąc masom ludowym. Jakubowska napiętnowała amerykańską szmirę filmową, zalewającą inne kraje tandetą, deprawującą, tumaniącą i ogłupiającą masy pracujące. W PRL filmowcy mieli stać się „bojownikami na froncie walki ideologicznej”.

Jedynym wzorcem dla polskich filmowców stały się produkcje sowieckiego Mosfilmu.

Studentów poddano silnej indoktrynacji. Stanisław Bareja okazał się jednak na nią wyjątkowo odporny.

Dwutygodnik„Film” (20/1949) informował:„10 października odbyła się uroczysta inauguracja roku akademickiego w Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi. W bieżącym roku akademickim szkoła obejmuje już 4 lata studiów, a liczba słuchaczy wynosi ok. 150 osób”.

Po uroczystości student Bareja odebrał indeks z numerem 138.

Studia na wydziale reżyserii trwały pięć lat. Tok nauki był dwustopniowy: pierwsza część studiów była unitarna, wspólna dla wszystkich. Specjalizacja w kierunku reżyserskim zaczynała się od czwartego roku.

Z rocznika 49’ obok Stanisława Barei wybrało ją 37 studentów, m.in: Tadeusz Chmielewski, Lech Lorentowicz, Jan Łomnicki, Janusz Morgenstern i Andrzej Munk.

Fot.  8. Zaświadczenie o pochodzeniu społecznym skierowane do Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi (1949), fot. autor, ze zbiorów Archiwum Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej iTeatralnej im. L. Schillera wŁodzi

Fot.  9. Podanie do dziekanatu WSF o przyznanie miejsca w akademiku (1949), fot. autor, ze zbiorów Archiwum Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej iTeatralnej im. L. Schillera wŁodzi

Fot.  10. Karta egzaminacyjna z historii sztuki z czerwca 1951 r.,fot. autor, ze zbiorów Archiwum Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej iTeatralnej im. L. Schillera wŁodzi

Fot.  11. Zaświadczenie o odbyciu praktyki studenckiej na stanowisku asystenta reżysera (1952), fot. autor, ze zbiorów Archiwum Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej iTeatralnej im. L. Schillera wŁodzi

Październikowy marszobieg studentów łodzkiej uczelni (1950) był raczej zbiorową manifestacją „właściwej postawy ideologicznej”niż zaprawą kondycyjną. Bareja wystartował bez entuzjazmu. Trasa o długości około sześciu kilometrów wiodła wokół lasu. W połowie dystansu z kolegą odłączyli się od grupy. Wystarczyło porozumiewawcze spojrzenie. Ów student nazywał się Jan Łomnicki i pochodził z Podhajec koło Lwowa. Przebiegli las na skróty i niezauważeni dołączyli do środka grupy. Niegroźny żart nie uszedł uwadze jednego z „kolegów”, który złożył donos. W trybie nadzwyczajnym zwołano zebranie studentów wydziału. Wybryk nagle stał się poważnym występkiem natury politycznej. Student, który unika marszobiegu, to dezerter z frontu ideologicznego! Występek niegodny uczelni!

Z sali rozległy się głosy wzburzonych żądające relegowania Łomnickiego z uczelni. Nawet koledzy Morgenstern i Weychert milczeli, sparaliżowani strachem. Nagle Bareja wstał i przyznał się do współudziału w „przestępstwie”. Zapanowała martwa cisza. W latach stalinowskich denuncjowanie kolegów, znajomych, a nawet członków rodziny nie dziwiło nikogo. Cywilna odwaga niezwykle zdrożała. Każdy, włącznie z aktywistami, mógł popaść w niełaskę i stać się „wrogiem ludu”. Bareja, przyznając się do współudziału w „dezercji”, uratował Łomnickiego z poważnych opresji. Wina dwóch studentów rozłożyła się na każdego z nich po równo. By przypadkiem nie okazało się, że do „spisku” dołączył do nich trzeci, czwarty lub dziesiąty student, co oznaczałoby „masową dezercję”, sprawę… umorzono.

W styczniu 2009 roku Janusz Morgenstern w rozmowie ze mną wspominał: Staszek zaimponował mi ogromną odwagą i spokojem w trudnej, prawie beznadziejnej sytuacji. Nawet na chwilę, nie stracił pogody ducha, choć nikomu nie było wtedy do śmiechu.

„Afera marszobiegowa” zakończyła się naganą. Jednego studenta można było bez trudu usunąć z uczelni. Choćby dla przykładu. Z dwoma było znacznie trudniej. A jeśli mieli utajonych wspólników, którzy biegli po wyznaczonej trasie? Incydent mógł uderzyć w cały wydział i zainteresować śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (UB) ze wszystkimi tego konsekwencjami. W czasach, gdy niepoprawny politycznie dowcip opowiedziany niewłaściwej osobie kończył się kilkuletnim wyrokiem, taki scenariusz wydawał się przerażająco realny. Konsekwencje spowodowane „brakiem czujności ideologicznej” ponosił także aktyw. Po raz pierwszy w życiu Bareja stanął w ostrej kontrze do obowiązującego systemu i narzuconych przez niego zasad. Stanął i… wygrał. Z Łomnickim zostali najlepszymi przyjaciółmi na całe życie. Donosiciel, jak obydwie jego ofiary, stał się znanym i szanowanym powszechnie filmowcem. To była pierwsza próba odwagi. „Dezerterzy” mieli więcej szczęścia od koleżanki ze studiów, Zofii Dwornik.

Podczas spotkania towarzyskiego powiedziała, że ojciec jej zmarł w obozie w Starobielsku, a stryj został zamordowany przez NKWD (radziecki Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych) w Katyniu. Kolega z roku, późniejszy reżyser, Wadim B., który sprowokował ją do wyznań, złożył donos. Miesiąc później do drzwi pokoju w internacie zapukali agenci UB. Jacek Trznadel w Powrocie rozstrzelanej armii opisał tragiczne losy studentki:

Dnia 31 stycznia 1951 r.Sąd Wojewódzki dla m. Łodzi w wydziale IV karnym […] rozpoznawszy dn. 31 stycznia 1951 r. sprawę DWORNIK Zofii, urodz. 23 IX. 1922 r. w Żurawicach pow. Przemyśl, córka Stefana i Marii z d. Rzepeckiej oskarżonej o to że: w dniu 17 września 1950 r. w Łodzi rozpowszechniała fałszywe wiadomości o rzekomym braku ze strony Rządu Polski Ludowej troski o poprawę bytu klasy robotniczej, o zbrodni Katyńskiej i o rzekomej agresji w 1939 r. Związku Radzieckiego na Polskę i z mocy art. 22 dekretu z dnia 13. VI. 1946 r. (Dz. U. R.P. Nr. 30 poz 192) Oskarżoną Zofię Dwornik uznać winną tego, że w 1950 r., w Łodzi rozpowszechniała fałszywe wiadomości o rzekomym braku ze strony Rządu Polski Ludowej troski o poprawę bytu klasy robotniczej, o zbrodni Katyńskiej i o rzekomej agresji w 1939 r. Związku Radzieckiego na Polskę […] skazać ją za to na 1 rok więzienia […].

Siedziałam od października do stycznia w nieopalanej piwnicy. Jedna ściana całą zimę była oblodzona, a od sufitu mżyło światło żarówki palącej się dzień i noc. Wszystkie ciuchy śmierdziały wilgocią […]. W kwietniu 1951 roku przewieziono mnie z więzienia na ulicy Gdańskiej do obozu dla niskowyrokowych w Głazie. Był to rodzaj PGR-u, gdzie pracowały kryminalistki, a więc złodziejki, prostytutki, bajzelmamy. Gdy przywieziono nasz transport i oddziałowy odczytywał listę, nieopatrznie zapytał, czy to ja jestem z wyższej uczelni. W tym środowisku to było coś podejrzanego, prawie jak krwiopijcza burżuazja. Więc kiedy na drugi dzień szukano ochotniczek do rozrzucania gnoju, jedna z proletariuszek wykrzyknęła, że „wyższa uczelnia świetnie się do tego nadaje”. […] Pozwolono mi zrobić absolutorium, o dyplomie nie było jednak mowy — wspominała po latach Dwornikowa.

Janusz Weychert wspominał w 2009 roku: Zosię pozbawiono środków do życia. Była zdolną montażystką. W końcu przygarnęła ją Wanda Jakubowska, która autentycznie wierzyła, że komunizm to zbawienie ludzkości. Potrafiła zbesztać za brak wiary w Stalina i partię. Nie zaszkodziła jednak nikomu. Brzydziła się donosami. Wybroniła Zosię przed filmowymi hienami.

Autor książki Filmowcy w matni bezpieki, Filip Gańczak, ustalił, że równolegle z Wadimem Berestowskim donos na Dwornikową sporządził inny obecny wówczas przy rozmowie student „filmówki” — Jerzy Lipman, późniejszy operator filmowy.

„Z oceny Berestowskiego i Żukowskiego wiem, że jest reakcjonistką, bardzo źle ustosunkowaną do obecnej rzeczywistości. Jest jednak dość sprytna i nie ujawnia na terenie ogólnym swego oblicza”, pisał 14 października 1950 roku o Dwornikowej Lipman, tajny współpracownik UB ps. Jeż.

Ślady ponurego wydarzenia odnajdziemy w serialu Zmiennicy, w odcinku Obywatel Monte Christo. Nie był to jedyny epizod przyszłych filmowców z bezpieką w tle.

Z monografii Filmówka — opowieść o łódzkiej szkole filmowej dowiemy się, że podczas zajęć z fotografii, gdy studenci, wyruszyli w miasto z aparatami, Andrzej Strzyżowski zobaczył na ulicy wspaniałą limuzynę. Na kliszy fotograficznej chciał utrwalić słoneczne bliki na czarnym lakierze. Z budynku wybiegło kilku mężczyzn. Pobili go brutalnie i zawieźli do siedziby UB na ulicę 19 Stycznia 7 (ob. Anstadta). Tam dowiedział się, że jest amerykańskim szpiegiem. Jego „zbrodnia” polegała na próbie fotografowania samochodu jednego z wysokich oficerów enerdowskiej STASI, który wówczas wizytował Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi. Po sześciu tygodniach odzyskał wolność, tracąc jednak zdrowie i wiarę w ustrój.

Po latach, podczas jubileuszu szkoły były pracownik działu personalnego uczelni, etatowy funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa (UB), przyznał, że jego instytucja rozpięła parasol ochronny nad szkołą, przymykając oko na niektóre wybryki adeptów X Muzy. Janusz Morgenstern wspominał, że jego koledzy z innych uczelni opowiadali mu o panującym u nich reżimie. Na ich tle łódzka uczelnia mogła uchodzić za oazę wolności.

Drugi raz Bareja stanął murem za Łomnickim, gdy ten po jednej z imprez, dalekich w klimacie i nastroju od spotkań abstynentów, wszedł w konflikt z milicjantami z pobliskiego komisariatu. Zaczęło się niewinnie. Według Janusza Morgensterna Łomnicki wyjął kwiaty z wazoników, które stały na stolikach w kawiarni, i wręczył je jednej z obecnych tam dziewcząt. Ktoś zawiadomił milicję, donosząc o „zaborze społecznego mienia”. Ścigany przez patrol student ewakuował się z lokalu i… wtargnął na komisariat Milicji Obywatelskiej (MO), po czym zabarykadował się tam przed prawowitymi użytkownikami obiektu. Według Kazimierza Kutza wydarzenie miało miejsce w restauracji na dworcu Łódź Fabryczna. Łomnicki miał podrywać dziewczynę siedzącą z oficerem Wojska Polskiego, który zawiadomił milicjantów. We wspomnianej już monografii o łódzkiej szkole filmowej czytamy:

Tak jest, też należę do ZMP, rozumiem — i szybko wyszedł na świeże powietrze. Oprzytomniał trochę, wystraszył i zaczął uciekać. Milicjanci za nim, ale jak to w Łodzi bramy pozamykane, wszędzie musi być cieć, klucz itd. W końcu trafił na jedne otwarte drzwi, wpadł i… okazało się, że jest na posterunku MO. Bez chwili zastanowienia zamknął się w celi […]. Sprawa stanęła na Radzie Wydziału. Wdała się w to wszystko partia. Odbyło się decydujące zebranie. Łomnicki siedział skruszony. Oskarżyciel z ramienia partii stwierdził, że z takich ludzi jak Łomnicki rekrutują się amerykańscy szpiedzy. Wtedy wstałem i żeby załagodzić sytuację, powiedziałem, że nie ma prawa tak wyrokować o Łomnickim, bo sam jest większym pijakiem. No i w głosowaniu wylaliśmy Janka z ZMP, ale w szkole pozostał.

Kto za? Wszyscy! No, prawie wszyscy… Stanisław Bareja jako jedyny nie poszedł za tłumem i głosował przeciw.

Kto broni wroga, sam wrogiem się staje…

Outsider broniący własnych poglądów. Na początku lat 50. była to postawa ryzykowna. Oprócz Barei i Jana Łomnickiego w „Kolektywie” byli Janusz Wejchert, Janusz Morgenstern i Lech Lorentowicz. Na drugim roku dołączył do nich pochodzący z ubogiej, kolejarskiej rodziny z Szopienic Kazimierz Kuc, znany od 1957 roku jako używający nazwiska „Kutz”.

Wejchert (rozmowa z 2009 roku): Kazik był „surowym” chłopakiem z biednej kolejarskiej rodziny. Egzaminy zdał słabo. Przyjęto go jednak, ponieważ na roku był zbyt niski odsetek studentów z rodzin robotniczych i chłopskich. Dokonał niezwykłego wysiłku, nadrabiając materiał. Niezwykle ambitny. Lubił skupiać na sobie uwagę. Niedobór wzrostu nadrabiał temperamentem. Do dziś pozostał mu niewyparzony język. Staszek zaprzyjaźnił się z Kazikiem bardzo szybko. Był ufny i otwarty.

Bareja i Łomnicki

Janusz Wejchert wspominał (rozmowa z 2009 roku):

Po ucieczce z marszobiegu Staszek i Janek Łomnicki stali się najlepszymi przyjaciółmi. To ich bardzo zbliżyło, choć tak bardzo różnili się temperamentem. Staszek — zawsze uśmiechnięty, dziś się mówi „wyluzowany”, raczej spokojny, nawet gdy wokół sytuacja była dramatyczna. Janek? No cóż, był moim dobrym kolegą, ale czasem bywał cholerykiem, poza tym wulkan energii, bystry, inteligenty, ale nie zagrzał długo miejsca. Dziś o nadpobudliwych dzieciach mówi się „ma ADHD”, Janek miał coś z takiego nadpobudliwego, trochę niesfornego dziecka. Ale tak w sensie pozytywnym, wszędzie go było pełno. Staszek bardzo dużo czytał, Janek — zwykle wybierał zabawę. No i czasem przy okazji wpadał w tarapaty, z których go wyciągał właśnie Staszek. Pewnie właśnie dlatego tak dobrze się uzupełniali, rozumieli bez słów, wystarczył gest, mrugnięcie okiem i już obydwaj wiedzieli, o co chodzi. Na początku lat 70. miałem okazję pracować z Jankiem przy Poślizgu. Powiem tylko, że bywało nerwowo. Ale dodam też, że było kilku reżyserów, jeszcze bardziej nerwowych od Janka.

O „podziemnej” (także dosłownie) współpracy Tomasza Michalaka z Królem Komedii będzie jeszcze mowa w dalszej części książki. Miał on okazję być na planie Misia Stanisława Barei i serialu Dom Jana Łomnickiego. W sierpniu 2019 roku opowiadał:

Bardzo lubiłem Janka Łomnickiego prywatnie, przy kawie. Wspominam go z wielką sympatią. Wspaniały sympatyczny człowiek z dużym poczuciem humoru, z dystansem. Ale na planie klął jak szewc, spięci byli i aktorzy, i ekipa, z paniami od makijażu włącznie. Kiedyś obsztorcował wózkarza: „Kamera stop! Ten wózek ma się, k…a, toczyć, a nie podskakiwać!”. Albo pretensje: „Z czego się pan śmieje? Przecież to będzie widać w kadrze!”. Ze Staszkiem ogromnie się przyjaźnili, tak bardzo różni od siebie. Staszek na planie był okazem absolutnego spokoju i łagodności. Mówił wyraźnie, ale raczej cicho. Inni bywali głośniejsi. Na planie Misia słychać było głównie Tyma, a nie Bareję! Gdy ktoś z aktorów się spóźniał, Staszek czekał cierpliwie, bywał lekko zirytowany, ale absolutnie nie podnosił głosu, nie klął, a gdy winowajca wreszcie się pojawiał, nie robił awantur czy wyrzutów. Mówił konkretnie, tylko tyle, ile trzeba, by aktor zorientował się, co i jak zagrać. Dawał ekipie dużo swobody. Jeśli na przykład pojawiały się chmury, mówił: „Przerwa! Przeczekamy to, zaraz wyjdzie słońce”. Jeśli mimo tego plan był nadal nieoświetlony, mówił do oświetleniowca: „Niech pan troszeczkę tu doświetli, o tak, teraz dobrze!”. Janek Łomnicki reżyserował „siłowo”, Staszek przeciwnie — u niego rządził spokój. Prywatnie byli najlepszymi przyjaciółmi, nadawali na tej samej fali.

Fot.  12. Jan Łomnicki (ok. 1970), zbiory własne autora

Może to odmienne temperamenty spowodowały, że filmowe ścieżki Barei i Łomnickiego krzyżowały się rzadko. Król Komedii zagrał reżysera w czwartym odcinku serialu Dom. Z kolei pod koniecczerwca 1985 roku Jan Łomnicki wcielił się w rolę naczelnika w ósmym odcinku Zmienników.

Bareja i Morgenstern

Janusz Morgenstern był obok Jana Łomnickiego jednym z najlepszych i niezawodnych przyjaciół Stanisława Barei. Poznali się w 1949 roku i już do końca pozostali w dobrych relacjach.

Fot.  13. Janusz Morgenstern (ok. 1972), zbiory własne autora

W poniedziałkowe przedpołudnie w styczniu 2009 roku zadzwonił telefon. „Pan dyrektor zaprasza na godzinę jedenastą” — mówiła Hanna Bystrowska z sekretariatu Studia Filmowego Perspektywa. Ustaliliśmy, że spotkanie z Januszem Morgensternem, szefem Perspektywy, potrwa tylko 30 minut. Używając dzisiejszych określeń, Morgenstern był producentem Misia, lecz w 1979 roku nie posługiwano się tym „kapitalistycznym” słowem. Janusz Morgenstern opowiadał mi o swojej niezrealizowanej komedii sensacyjnej Złoto z nieba z początku lat 80. Ogłoszono stan wojenny i projekt zawieszono. Jak się okazało — na zawsze. Reżyser z żalem stwierdził, że mógłby być to sukces na miarę komedii o prezesie Ochódzkim. Moje nadzieje, że z archiwum Perspektywy wydobędziemy nieznane, pożółkłe już dokumenty związane z produkcją Misia,okazały się płonne. Ustalone pół godziny minęło i choć kalendarz dyrektora był bardzo napięty, nasza rozmowa nie zakończyła się zgodnie z planem. Morgenstern wspominał lata 80. i 70., cofając się we wspomnieniach powoli aż do okresu studiów. Opowiadał opisany już incydent z marszobiegiem i budzącą podziw, niespotykaną w stalinowskich latach cywilną odwagę Barei. Mimo że czas spotkania minął, a reżyser wciąż przybliżał mi to, co działo się 60 lat wcześniej w Łodzi. W pewnym momencie zauważyłem, że oczy Janusza Morgensterna zawilgotniały. Był wzruszony, gdy mówił:

Jak pewnie pan wie, rodziców straciłem w czasie wojny [Dawid i Estera Morgensternowie zostali zamordowani przez Niemców podczas Holokaustu — przyp. aut.]. Nie miałem właściwie nikogo bliskiego. Był kwiecień, chyba 1950 roku, na pewno tuż przed feriami przed Wielkanocą. Koledzy rozjeżdżali się do domów, ja miałem spędzić święta całkiem sam w internacie. Staszek podszedł do mnie i powiedział: „No, pakuj się, musimy zdążyć na pociąg!”. Na początku nic nie rozumiałem. „Pakuj się, jedziemy do mnie, przecież święta idą!”. Byłem kompletnie zaskoczony, zaszokowany. Nie byłem w stanie nic odpowiedzieć! Tamte święta wielkanocne spędziłem w Jeleniej Górze. Rodzice Staszka przyjęli mnie bardzo serdecznie, jak własnego syna. Nigdy nie doświadczyłem czegoś tak bliskiego, ciepła, ja też czułem się jak w rodzinie, przy rodzinnym stole. Jego rodzice rozumieli, co się wtedy wydarzało, o nic mnie nie pytali, nie mówili o wojnie, o tym, co było dla mnie, ale i dla nich tak bolesne. Byli wspaniałymi ludźmi, a ich syn — wspaniałym kolegą i przyjacielem, który nigdy mnie nie zawiódł.

Byłem zaskoczony łzami w oczach znanego reżysera, wspomnieniem tak bardzo prywatnym. Nasze spotkanie z 30 minut przedłużyło się do ponad dwóch godzin.

Janusz Morgenstern zmarł 6 września 2011 roku.

Zgrana paczka

Bareja, Kuc (w latach 50. zmienił pisownię nazwiska na Kutz), Lorentowicz, Łomnicki, Morgenstern i Weychert stworzyli według modnego wówczas słowa tzw. „kolektyw”, który także prywatnie okazał się zgraną paczką kolegów. Już na studiach panowała opinia, że „Wielka szóstka” skupia najzdolniejszych studentów na roku. Otóż mieliśmy taki pamiętnik, gdzie każdy wpisywał swoje pomysły, uwagi, żarty. Sporo było tam moich wpisów. Ja miałem skłonność do humoru absurdalnego — ten rodzaj żartu nazwano bareizmem. Potem grupa się rozpadła — mówił Bareja ćwierć wieku później. Termin „bareizm” miał początkowo pozytywne znaczenie. Zmieniło się to kilkanaście lat później za sprawą Kazimierza Kutza.

Janusz Weychert wyjaśnił, że podczas studiów nikt nie używał słowa „bareizm”: Po prostu mówiliśmy: kolejny żart Staszka.

Koledzy z „Wielkiej szóstki” czytali hurtowe ilości książek, które kursowały na zasadzie „podaj dalej”. Wśród nich prym wiódł Bareja, zdobywając przedwojenne lektury niedostępne w dobie ocenzurowanego do granic możliwości stalinizmu.

Weychert: Oszołomił nas tytułami oraz ilością i jakością lektur. Zorientowałem się, że jesteśmy za nim daleko w tyle.

Bareja był częstym gościem Biblioteki im. L. Waryńskiego. Wyklęte przez nową władzę, przedwojenne „Wiadomości Literackie” z tekstami Tuwima i Słonimskiego były dostępne tylko do celów naukowych. Przy ich lekturze późniejszy twórca Misia zetknął się z niepowtarzalnym poczuciem humoru z pogranicza absurdu.

Poza działalnością samokształceniową „Wielka szóstka” chętnie spędzała czas tam, gdzie powietrze było gęste od dymu z papierosów, a kieliszki nigdy nie wysychały.

Euforia wybuchała, gdy listonosz przynosił długo oczekiwaną paczkę z domu. Po sklepowych ersatzach i wyrobach udających wędlinę kiełbasa i boczek wyrobu Sylwestra Barei nie miały sobie równych. Zawartość przesyłki podzielono na wszystkich mieszkańców pokoju. Bywały głodne dni, gdy w spiżarni zostały tylko ziemniaki i cebula. Potrawę zwaną szumnie „frytami” smażono na łoju z zapasu Kuca i dzielono po równo. Przyszli filmowcy nie wylewali za kołnierz. Niejeden wpadnie w przyszłości w alkoholową otchłań, przegrywając talent i całe życie. Bareja i Weychert komponowali receptury trunków, dopasowując je do skromnych budżetów. W ocenie wydziałowych kiperów produkowany w Poznaniu „Wermut owocowy” zmieszany z wódką nie był szczytem możliwości smakowych. Strzałem w dziesiątkę okazała się mikstura z ćwiartką spirytusu. Subtelny trunek zwany „siekierą” w krótkim czasie powalał każdego. Gdy studenckie kieszenie świeciły dziurawym płótnem, sytuację ratowała sprzedaż pustych butelek po uprzednio spożytych trunkach w punkcie skupu przy skrzyżowaniu Sienkiewicza i Głównej. Poza krótkotrwałym szczęściem z paczek menu studentów było wyjątkowo skromne: marmolada, pasztetowa lub kaszanka, rzadziej jajko, wędlina — zazwyczaj od święta. Poza tym nauka, imprezy, imprezy, nauka, sesja.

Na uczelni

Latem 1952 roku Bareja odbył pierwszą z kilku praktyk. Jego pierwszym miejscem pracy była Wytwórnia Filmów Dokumentalnych w Warszawie. Według pisanego odręcznie sprawozdania przydzielono go do ekipy reżysera Ludwika Perskiego, realizującej pełnometrażowy film dokumentalny Warszawa. Zdjęcia rozpoczęły się w połowie lipca.

„[…] pierwsze dwa tygodnie dyktowałem scenopis maszynistce, obliczałem metraż filmu i.t.p. Zajęcie to dało mi dokładną znajomość scenariusza”.

Do jego obowiązków należało także wyszukiwanie niektórych miejsc do zdjęć, „objeżdżanie obiektów” przed zdjęciami, „pomoc przy ustawianiu planu”, czyli ustawianie statystów i rekwizytów. „W zdjęciach łapanych na gorąco moja rola ograniczała się do pomocy operatorowi. Praktykę zakończyłem 1 sierpnia”.

Warszawa to 71-minutowy czarno-biały film dokumentalny Ludwika Perskiego zrealizowany na taśmie 35 mm. Tematem były wojenne zniszczenia i zbrodnie dokonane przez Niemców w okresie II wojny światowej, a także odbudowa (i rozbudowa) stolicy.

Wspomnianym operatorem był Sergiusz Sprudin. Bareja nie był wymieniony w napisach. Film miał być gotowy w 1953 roku, lecz jeszcze rok później dokręcono ok. 10 minut materiału.

Z zaświadczenia Działu Personalnego PWSF w Łodzi wynika, że kolejna praktyka odbyła się kilka tygodni później. W dokumencie czytamy:

Ob. Bareja Stanisław, student P.W.S.F., reżyser odbył praktykę wakacyjną od 9 IX do 28 IX 1952 r. W czasie odbywania praktyki w.w. pełnił funkcję as. reżysera.

Opinia zakładu pracy

Koleżeński, aktywny, zdolny, wykazał dużo poświęcenia w pracach organizacyjnych masowych planów zdjęciowych

Pod względem moralno politycznym bez zastrzeżeń

Kierownik Działu Personalnego

[podpis]

Nowiński Jerzy

Kolejną praktykę odbywał Bareja u Wandy Jakubowskiej latem 1953 roku. „Stała obecność na planie wzbogaciła moje wiadomości” — podsumował odbytą praktykę student z indeksem o numerze 138.

Wejchert (rozmowa z 2009 roku): Staszek miał naprawdę niezłe wyniki, na pewno wykraczał ponad poziom przeciętnego studenta. Pomagało mu w tym jego oczytanie, ale też wrodzona inteligencja, przenikliwość i dociekliwość. Lubił zdobywać wiedzę na dany temat, niezależnie od tego, czy to była konstrukcja kamery Arriflex, czy tworzenie scenariusza. Chłonął wiedzę.

Jakim studentem był Bareja? Z kart egzaminacyjnych zachowanych w archiwum łódzkiej uczelni wynika, że z większością przedmiotów radził sobie całkiem dobrze lub bardzo dobrze. Po pierwszym roku, w letniej sesji ( maj–czerwiec 1950) dominowały oceny dobre. Taką notę wystawił Antoni Bohdziewicz na egzaminie z analizy filmu. Znacznie słabiej wypadł na egzaminie z wiedzy o materiałach światłoczułych u Stanisława Wohla (ocena 3–), lecz już egzamin z fotografii zdał na ocenę dobrą. Witold Dederko sformułował trzy tematy do rozwinięcia przez studentów:

1. Perspektywa w fotografii

2. Dobór aparatu fotograficznego w zależności od zdjęcia

3. Kompozycja krajobrazu

W czerwcu 1951 roku, podczas sesji po drugim roku, teorię dramatu u prof. Skwarczyńskiej oraz historię sztuki zdał na oceny bardzo dobre. Także prof. Toeplitz przyznał mu najwyższą wówczas ocenę za wiedzę o historii filmu.

8 czerwca 1953 roku egzamin ze scenografii u prof. Anatola Radzinowicza zdał na ocenę dobrą. Dwa tygodnie później trudny egzamin sprawdzający wiedzę o historii sztuki u prof. Krystyny Zwolińskiej zaliczył na ocenę bardzo dobrą.

Gdzieś w połowie drogi między obowiązkiem a przyjemnością były wspólne seanse filmowe. Studenci chłonęli dzieła włoskich neorealistów: Rosselini, De Sica, Visconti, filmy francuskie i całą kinematografię ZSRR z Czapajewem braci Wasiliewów na czele. Ten ostatni film był oglądany ponad trzydzieści razy. Do gwary studentów weszły złote myśli w rodzaju Tisze! Czapajew dumat’ budiet! (Cisza! Czapajew będzie myślał!). W PRL początku lat 50. produkcje z Hollywood były na indeksie. Pierwszy amerykański film pojawił się na ekranach polskich w 1954 roku, po pięcioletniej przerwie. Ulubiony film Barei — amerykańska komedia Hellzapoppin’ Henry’ego Lodmana Pottera (1941) — trafił na ekrany polskich kin dopiero po 21 latach. Studenci opłacali jednak wódką operatorów na sali projekcyjnej, by obejrzeć „zakazane” amerykańskie filmy nocą. Trafiały się również filmowe perły, jak Obywatel Kane Wellesa.

Janusz Weychert: To było jak objawienie. Ze Staszkiem obejrzeliśmy go dwa razy po rząd. Przegadaliśmy całą noc, do czwartej nad ranem.

Drugie sumienie (1953)

Studenci IV roku łódzkiej Wyższej Szkoły Filmowej — WSF (we wczesnych latach 50. Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej — PWSF) — mieli obowiązek realizacji krótkometrażowego filmu, etiudy, dla uzyskania absolutorium. Stanisław Bareja jako literacki pierwowzór swojego debiutanckiego filmu wybrał tekst dramatu Leona Kruczkowskiego Niemcy, a właściwie jego pierwszy akt. Akcja rozgrywa się w nieokreślonej bliżej małej miejscowości, gdzieś w okupowanej przez hitlerowców Polsce.