Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Ta książka nie posiada jeszcze opisu.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 83-07-01753-X
Książka dostępna w zasobach:
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 268
Rok wydania: 1989
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Aleksander Krawczuk Sprawa Alkibiadesa
Aleksander Krawczuk Sprawa Alkibiadesa
Aleksander Krawczuk Sprawa Alkibiadesa
Spór o legalność rządu w Argos
Uwagi historyka o walkach stronnictw
Alkibiades w Argos
Olimpiada 91
Majątek i rodzina
Wychowawcy
Miłość filozoficzna
Demokraci i wyspa Melos
Miraże i przepowiednie
Hermy i misteria
W Syrakuzach
Andokides — tchórz czy bohater?
Zeznania Andokidesa — kłamstwo czy prawda?
Okręt „Salaminia"
Wielki spisek
— zdrajca czy patriota?
Syrakuzy i Dekeleja
Katastrofy
ilustracji
Spis treści
Aleksander Krawczuk Sprawa Alkibiadesa
Czytelnik • Warszawa 1989
Okładkę i kartę tytu Zbigniew Czarnecki
© Copyright by Aleksander Krawczuk Warszawa 1968
ISBN 83-07-01753-X
projektował
Ateńczycy o Alkibiadesie:
— Powiedzcie najpierw, co myślicie o Alkibiadesie. Bo miasto z trudem na sąd się zdobywa!
— A jakież zdanie ma o nim?
— Jakie? Tęskni, nienawidzi, pragnie mieć go u siebie!
— Ja gardzę obywatelem, który pomóc ojczyźnie nieskory, szkodzić zaś jej chętny. Gdy chodzi o własną korzyść, pomysłów mu nie brak; gdy o dobro państwa, staje bezradny.
— Ja zaś sądzę, że przede wszystkim nie wolno wychowywać lwa w mieście. A skoro już wyrósł tutaj, trzeba mu służyć!
(ARYSTOFANES: Żah\ )
Alkibiades o sobie:
— Właśnie wobec tego jednego jedynego człowieka doznaję uczucia, o które nikt by mnie nie posądził: uczucia wstydu. Tak, wstydzę się tylko Sokratesa. Bo wiem doskonale, że kied\ mnie poucza, jak powinienem postępować, nie potrafię odeprzeć jego argumentów. Ale wiem równie dobrze, że skoro od niego odejdę, to znowu przyjmę chętnie wszystkie godności, którymi lud mnie obdarza. Gdy więc potem spotykam Sokratesa, wstyd mnie ogarnia, bo przecież zgodziłem się z nim, że zbyt wiele we mnie niedostatków, bym mógł się zajmować sprawami państwa.
(PL ATON i aa)
Troja i wyspa Melos
Po zdobyciu Troi zwycięzcy wymordowali wszystkich mężczyzn, kobiety zaś i dzieci pognali w niewolę. Także Andromachę, jeszcze tak niedawno szczęśliwą żonę Hektora, najdzielniejszego z Trojan. On sam widział jasno, że miasto musi kiedyś upaść. Toteż nie ukrywał trwożnych myśli, gdy po raz ostatni rozmawiał z Andromachą.
Spotkał żonę, biegnącą mu naprzeciw, już przy Skajskiej Bramie; bo tędy zamierzał wyjść z Troi na równinę, gdzie bitwa wciąż wrzała. Za panią szła dziewczyna; niosła na ręku dziecko jeszcze maleńkie, ukochanego syna Hektorowego. Sam ojciec zwał go Skamandriosem, ale wszyscy inni dawali mu imię Astyanaksa, czyli Pana Miasta, bo Hektor najmężniej bronił Ilionu. Uśmiechnął się ojciec; słowem nie przemówił, tylko patrzył na synka. Andro-macha płacząc stanęła przy mężu. Za rękę mocno go ujęła i rzekła:
— Najdroższy, zgubi cię twoja odwaga! I nie litujesz się ani nad synkiem maleńkim, ani nade mną nieszczęsną, co wnet będę wdową po tobie! Bo już niedługo zabiją cię Achajowie, kiedy wszyscy razem rzucą się hurmą. A dla mnie lepiej byłoby pod ziemię się zapaść, gdy ciebie nie stanie! Bo wtedy znikąd mi już pociechy, tylko same cierpienia. Nie mam już ani ojca. ani pani matki. Mojego ojca zabił boski Achilles, kiedy zburzył piękne miasto Kilików, Tebę o wysokich wieżach. Zabił Eetiona, ale zbroi z niego nie ściągnął, bo lękał się w swoim sercu to uczynić. Więc spalił go razem z orężem pięknie kowanym, i jeszcze mogiłę mu usypał; a wokół niej nimfy górskie, córki Zeusa, zasadziły wiązy. Siedmiu zaś moich braci, com ich miała w domu, wszyscy w jednym dniu poszli do Hadesu. Zabił ich szybko-nogi, boski Achilles, kiedy byli przy powolnych krowach i białych owcach. A matkę moją, co królowała u stóp lesistego Plakosu, aż tutaj przyprowadził, razem z całą zdobyczą. Uwolnił ją później, kiedy wziął okup ogromny, ale potem w domu swego ojca zginęła ona od strzały Artemidy łuczniczki. Więc ty, Hektorze, jesteś mi teraz i ojcem, i matką, i bratem, tyś moim
nic uc/\nił. a żon\ wdową!
Od po w icd/iał jej na to Hektor o lśniącym hełmie:
— 1 ja troskam się o to wszystko, moja /ono. Ale wstydziłbym się bardzo i Trojan, i Trojanek w długich sukniach, gdybym jak tchórz bitwy unikał. Tego mi serce nie po/woli. bo zawsze dzielnie walczyłem w pierwszym szeregu Trojan: tak bronię wielkiej sławy i ojca, i mojej własnej. Dobrze jednak wiem. w sercu i w duszy, że przyjdzie dzień, w którym zginie święte Ilion. i lud Priama. i sam Priam, włócznik niezrównany! Lecz nie tyle boleję nad Trojanami, nad Hekabą i królem Priamem, i nie nad braćmi, choć wielu ich. i to dzielnych, legnie w kurzawie — ile właśnie nad tobą! Weźmie cię. łzami zalaną, któryś z Achajów w spiż zakutych, i będzie to ostatni dzień twojej wolności. Będziesz żyła gdzieś w Argos, tkając dla swej pani. Wodę będziesz nosiła ze źródła, niechętnie, lecz zmusi cię los twardy. A może powie ktoś wówczas, widząc łzy twoje: oto żona Hektora, co był najwale-czniejszy ze wszystkich Trojan, kiedy o Ilion wojowano! Tak właśnie może ktoś powie. A w tobie ból znowu odży je, że nie masz już męża dzielnego, który z niewoli mógłb\ cię wyrwać. Lecz mnie niech ziemia grobu wpierw przykryje. nim krzyk twój miałbym usłyszeć, kiedy wlec cię będą!
Tak powiedział i ręce wyciągnął do synka. Ale dziecko przytuliło się mocno do piersi piastkunki i zaczęło płakać; przestraszył je widok ojca — spiżo-w\ hełm i kita z końskich włosów, co groźnie się chwiała na szczycie. Roześmiał się miły ojciec i matka. Zaraz więc Hektor zdjął hełm z głowy i położył go na ziemi: ucałował synka i na ręku podrzucił, a potem tak się modlił do Zeusa i bogów:
— Zeusie i bogowie wszyscy, dajcie, by syn mój zyskał jako i ja sławę wśród Trojan. Aby siłą znamienity, stał się możnym władcą miasta! I niechby rzekł ktoś o nim. kiedy z bitwy będzie wracał: o wiele on lepszy od swego ojca! Niech wraca ze skrwawioną zbroją wroga, żeby ucieszyła się matka w sercu swoim!
Rzekł i oddał syna żonie. A ona przez łzy się śmiejąc przytuliła dziecko do piersi. Żałość zd jęła Hektora, gdy to ujrzał, więc ją pogładził i powiedział:
— Najdroższa, nie smuć się tak bardzo w swym sercu! Wbrew przeznaczeniu nikt mnie nie wtrąci do Hadesu! A swego losu nikt z ludzi nie uniknie, skoro już raz się urodził — czy zły to człowiek, czy też dobry. Idź więc do domu i zajmij się swoją pracą, krosnem i kądzielą, dopilnuj też dziewcząt. Bo wojna jest sprawą wszystkich mężczyzn, co urodzili się w Troi, moją zaś przed innymi!
Potem włożył hełm zdobny końską kitą, a miła jego żona poszła w stronę domu. wciąż oglądając się za siebie i łzy gęste roniąc.
Pożegnanie Hektora z Andromachą
Po zdobyciu wyspy Melos Ateńczycy wymordowali wszystkich mężczyzn, kobiety zaś i dzieci sprzedali w niewolę. Stało się to w osiem wieków po upadku Troi, zimą 416—415. Ten akt odrażającego ludobójstwa nie był wynikiem samowoli wodzów ani bestialstwa żołnierzy. Wojsko po prostu wykonało rozkaz, który przyszedł z samych Aten. Podstawą prawną tego rozkazu była uchwała ateńskiego zgromadzenia ludowego. Zadecydowało ono spokojnie i po wszechstronnym rozpatrzeniu sprawy: Melijczyków należy wytępić, a wyspę ich zasiedlić kolonistami z Aten.
Wszyscy ateńscy obywatele, członkowie zgromadzenia ludowego, znali dobrze pieśń Homera o pożegnaniu Hektora z Andromachą. Ci, którzy umieli czytać i pisać, znali ją dlatego, że umiejętności tych uczono się właśnie na Homerowych poematach; one to były elementarzem i pierwszym podręcznikiem wszelkiej wiedzy. Ci zaś — bardzo zresztą nieliczni — którzy pozostali analfabetami, nieraz słyszeli recytacje fragmentów Iliady w czasie uroczystości religijnych. A jedni i drudzy często oglądali malowidła ilustrujące wielką epopeję; umieszczano je nawet na wazach. Na rynku ateńskim znajdowała się wielka hala zwana Stoa Poikile; był w niej malowany na drzewie ogromny obraz pędzla Polignota (malarz ten uchodził za twórcę nowoczesnego stylu w malarstwie); obraz przedstawiał wydarzenia na gruzach zdobytej Troi. a zwłaszcza los nieszczęsnych branek, wleczonych w niewolę przez butnych zwycięzców.
Nade wszystko jednak przypominały o klęsce Troi utwory dramatyczne. Dwukrotnie w ciągu każdego roku, w okresie zimowych i wiosennych świąt Dionizosa, wystawiano w Atenach kilkanaście dramatów różnych autorów o rozmaitej treści, zwykle jednak mitycznej. Chętnie czerpano wątki utworów z cyklu podań o Troi, bo dzięki Homerowi były one bliskie wszystkim. Tragedia grodu Priama stała się symbolem i prawzorem wszelkich nieszczęść wojny. Toteż ze sceny teatru pod urwistymi skałami Akropolu często płynęły ku widowni przejmujące skargi kobiet, którym okrucieństwo zdobywców odebrało ojczyznę, rodziny, wolność.
W kilka miesięcy po zdobyciu wyspy Melos i po eksterminacji jej ludności Eurypides, dramaturg wówczas bardzo podziwiany, przedstawił w dniach wiosennych świąt Dionizosa roku 415 trzy tragedie. Obrazowały one trzy wielkie chwile w dziejach legendarnej Troi. Pierwsza tragedia przypominała młodość Aleksandra, zwanego też Parysem, jego przygody w lasach góry Ida i w samym mieście. Wszystko to działo się jeszcze przed wyprawą Parysa do Sparty, skąd miał on przywieźć piękną Helenę. Tragedia druga rozgrywała się w kilkanaście lat później, w obozie Achajów pod Troją. Przybyli oni, aby pomścić porwanie Heleny przez Parysa. Zwiedzeni podstępem chytrego Odyseusza. skazali na śmierć jednego z najszlachetniejszych swych książąt, Palamedesa. Ale najbardziej wstrząsająca była ostatnia część trylogii. Nosiła tytuł Trojanki. bo chór jej stanowiły trojańskie kobiety, gnane przez Achajów do niewoli. Z całej trylogii tylko ta tragedia zachowała się do naszych czasów.
Była wśród branek również i Andromacha. Jej mąż zginął, jeszcze przed upadkiem miasta, z ręki Achillesa. Na domiar nieszczęścia Andromacha dostała się przy podziale łupów Neoptolemowi; był to syn Achillesa. A więc miała być nałożnicą człowieka, którego ojciec nie tylko zabił jej męża. lecz jeszcze przez wiele dni pastwił się nad zwłokami; przywiązał je za nogi do rydwanu i włóczył w kurzu po ziemi!
Przed Andromachą, przy której dreptał mały Astyanaks. stanął herold Achajów. Choć ona była niewolnicą, on zaś wysłannikiem zwycięzców, wyglądał na zakłopotanego. Zaczął od usprawiedliwień:
— Daruj mi, żono Hektora, najdzielniejszego niegdyś wśród Trojan! Wbrew woli posłuję. A oto. co każe ci powiedzieć wspólna rada...
Zawahał się, więc zaniepokojona kobieta zapytała go sama:
— Cóż takiego? Źle wróżą twoje pierwsze słowa!
Herold zmieszał się jeszcze bardziej:
— Postanowiono, że ten oto chłopiec... Jak by to rzec...
Przewidując, że rozłączą ją z synkiem, Andromacha podpowiedziała:
— Że nie będzie miał tego samego pana, co i ja?
Herold zaprzeczył gwałtownie:
— Nikt z Achajów nie będzie nigdy jego panem!
W oczach Andromachy zabłysł promyk nadziei:
— Więc zostanie tutaj, jako ostatnia latorośl Trojan?
Bezradny herold wyznał wreszcie po prostu:
— Nie wiem, jak o nieszczęściu powiedzieć ci gładko!
Andromacha uśmiechnęła się gorzko:
— Chwalę tę skromność — chyba że jednak kryjesz coś dobrego!
Wreszcie herold zdobył się na odwagę i wyrzucił z siebie jednvm tchem:
— Zabiją twego syna. Wiedzże to najgorsze!
Potem, głuchy już na jęki i zawodzenia matki, recytował:
— Bo na wspólnej naradzie Hellenów zwyciężyło zdanie Odyseusza. który powiedział...
— To straszne, straszne, cierpię ponad miarę!
— który powiedział, że nie należy wychowywać syna tak dzielnego ojca...
— Oby i jego syna kiedyś to spotkało!
— więc zrzucą go z murów Troi. I tak się stanie. A ty panuj nad sobą! Dziecka nie trzymaj tak mocno, to nic nie pomoże. Ból musisz znosić szlachetnie. Jesteś bezbronna, nawet nie myśl o sprzeciwie. Upadło twoje
miasto, zginął twój mąż, jesteś w mocy obcych. Potrafimy uporać się z jedną niewiastą. Nie próbuj więc walczyć, nie czyń niczego, co by hańbiące było i naganne. I radzę także, żebyś nie rzucała klątw na Achajów. Bo jeśli wypowiesz jakieś słowa, które by rozjątrzyły wojsko, ciało twego syna nie zazna pogrzebu. Nie pozwolą ci nawet płakać nad zmarłym. Jeśli jednak zachowasz milczenie i dzielnie będziesz cierpieć, to nie zostawisz jego zwłok nie pochowanych. A i dla ciebie samej życzliwsi będą Achajowie.
Lecz Andromacha myślała już tylko o swoim synku:
— Dziecko moje najdroższe, nade wszystko kochane! Zabiją cię wrogowie. matkę zostawisz w nieszczęściu! To wielkość twego ojca śmiercią cię karze, ta wielkość, która dla innych była zbawieniem. Jego szlachetność tobie szczęścia nie dała! Przeklęte było moje małżeństwo, przeklęte gody. co mnie przywiodły do domu Hektora! Nie po to urodziłam syna, żeby go mieli zabić Achajowie! On miał panować nad bogatą Azją!
Ty płaczesz, synku? Więc rozumiesz, co cię czeka? Dlaczego rączką tak mocno mnie trzymasz, dlaczego uczepiłeś się sukni? Jesteś jak mała ptaszyna, co tuli się pod skrzydłami matki. Ale Hektor nie weźmie swej włóczni i nie wyjdzie z grobu, żeby cię bronić. Nie ma już krewnych ojca. nie ma Troi! Runiesz z wysokiej wieży i tak cię życia pozbawią wrogowie okrutni! Maleńkie moje pieścidełko najdroższe! Jak słodkie jest tchnienie twego ciałka! A więc na próżno, kiedyś był jeszcze maleństwem w powijakach, moja pierś cię karmiła, na próżno tak się trudziłam i zamęczałam trwożnie! Po raz ostatni ucałuj teraz swoją matkę i przytul się do tej, co cię
urodziła! Rączkami obejmij mi szyję i mocno przylgnij do ust usteczkami!
*
Kiedy ateńskie zgromadzenie ludowe obradowało, jak postąpić z mieszkańcami wyspy Melos, strateg Alkibiades był gorącym zwolennikiem — a może nawet i autorem — wniosku, by wszystkich mężczyzn wymordować, kobiety zaś i dzieci sprzedać w niewolę. Z wielu względów ze zdaniem Alkibiadesa bardzo się wówczas liczono, choć należał on do najmłodszego pokolenia polityków; zimą 416—415 miał lat zaledwie trzydzieści kilka.
Gdy tylko kobiety z wyspy Melos wystawiono na sprzedaż, Alkibiades wziął sobie jedną z dziewcząt; wkrótce urodziła mu ona syna. Ale rok lub dwa przedtem dała mu syna również jego ślubna żona.
Krążyło później po Atenach pisemko, które ułożył jakiś nieprzejednany wróg młodego polityka. Była tam mowa również i o dziecku, które Alkibiades spłodził z niewolnicą. Autor pamfletu woła:
— Przyszło ono na świat z rodziców, których dzieli nienawiść śmier-teina, bo jedno z nich skrzywdziło drugie w sposób straszliwy. Alkibia-des ma syna z kobietą, której zabrał wolność, zamordował ojca i krewnych, zniszczył ojczyznę! A przecież, obywatele Aten, takie wydarzenia budzą w was grozę, gdy oglądacie je na scenie teatru. Kiedy jednak coś podobnego dzieje się przed waszymi oczyma, w waszym mieście, nie przejmujecie się tym zupełnie. Tak, to was nie wzrusza, choć nie potraficie stwierdzić, czy teatralne tragedie odtwarzają rzeczywiste wypadki, czy też są tylko tworem swobodnej fantazji poetów. Dobrze natomiast wiecie, że to, na co pozwolił sobie Alkibiades, jest sprzeczne z wszelkimi prawami — i pozostajecie obojętni!
Trzeba jednak zauważyć, że — wbrew słowom pamflecisty — postępek Alkibiadesa nie był złamaniem żadnej z ustaw ateńskich. Można by co najwyżej- mówić o pogwałceniu pewnych zasad ogólnoludzkich, lecz co do tego, czy takie zasady istnieją, zdania były wówczas bardzo podzielone.
Mógłby też odpowiedzieć Alkibiades powołując się na tę samą epopeję Homera, która tak wzruszająco przedstawia pożegnanie Hektora z Andro-machą. Kilkakrotnie bowiem wspomina Iliada o brance Achillesa, najdzielniejszego bohatera greckiego pod Troją. Miała na imię Bryzeida. Achilles zaś zdobył ją w mieście Lirnessos. Ona sama mówiła o tym:
— Widziałam, jak Achilles zabija ostrym spiżem mojego męża pod samymi murami miasta. Zabił także trzech moich ukochanych braci, których ta sama, co i mnie, urodziła matka. Zburzył moje miasto ojczyste.
A jednak Bryzeida kochała swego pana. Odchodziła z płaczem i niechętnie, kiedy na rozkaz króla Agamemnona heroldowie zabierali ją z Achillesowego namiotu. Achilles oddał ją potężniejszemu od siebie królowi, odtąd jednak, rozżalony i rozgniewany, siedział przy swoich okrętach i nie wychodził w pole, by walczyć, choć Trojanie wdzierali się już do obozu.
Ludzie homeryckiego świata uważali, że zdobywca ma święte prawo do kobiet mężczyzny, którego pokonał w walce. Nikt wówczas nie rozumiał, że można z tego powodu czynić komuś zarzuty. W ciągu kilku wieków dokonał się jednak pewien postęp. Dowodzą tego pełne oburzenia słowa pamfletu przeciw Alkibiadesowi:
— Ma syna z kobietą, której zabrał wolność, zamordował ojca i krewnych, zniszczył ojczyznę!
Ale ten postęp w zakresie odczuć i ocen moralnych był bardzo ograniczony, bo dotyczył tylko postępowania jednostki. W sprawie zaś Melos czemuż by winić wyłącznie Alkibiadesa? Gdyby to nawet on był autorem wniosku dotyczącego eksterminacji ludności tej wyspy (co, wbrew twierdzeniom pamflecisty, wydaje się nieco wątpliwe), to przecież zgromadzenie ludowe miało pełną moc przyjęcia, odrzucenia lub zmodyfikowania projektu każdej ustawy i każdego rozporządzenia! Winni więc byli wszy-sc\ głosując\ za uchwałą w sprawie Melos, czyli kilkanaście tysięcy ateńskich ob\wateli. Wielu z nich brało potem czynny udział w wykonywaniu jej postanowień.
Zapewne, w iosną roku 415. w czasie świąt Dionizosa, niejeden z widzów w teatrze u stóp Akropolu ze łzami w oczach słuchał skarg Andromachy, kiedy herold wydzierał dziecko z jej objęć. Tak, ale też niejeden z tych widzów przed kilku zaledwie miesiącami dobijał na wyspie Melos bezbronnych jeńców, w swoim zaś domu miał niewolnicę lub dziecko, które pozbawił rodzin\ i ojczyzny, bo głosował za uchwałą lub mieczem wprowadzał ją w życie.
A p rzecież wszyscy ci ludzie byli wychowani na wielkiej poezji Homera! Wsz\sc\ co roku wzruszali się arcydziełami dramaturgii, które jakżeż przejmująco mówiły o tragizmie człowieczego losu! To wręcz upokarzające: czyżby istotnie nawet najświetniejsza literatura była całkowicie pozbawiona wszelkiego wpływu na kształtowanie ludzkiej psychiki?
A może właśnie mieszkańcy Melos zawinili tak bardzo, że wygasły do szczętu uczucia wyrozumienia w sercach ateńskiego ludu?
Arogancja przemocy
Jedyną, ale wystarczającą i niewybaczalną winą mieszkańców Melos było to, że po prostu chcieli żyć w spokoju. Pragnęli zachować całkowitą neutralność w krwawej wojnie, która od roku 431 toczyła się pomiędzy dwoma mocarstwami, Atenami i Lacedemonem, i w swój rwący nurt wciągnęła wszystkie państwa Hellady. Wszystkie musiały się opowiedzieć po jednej lub drugiej stronie.
Istniały godne uwagi powody, dla których Melijczycy nie byli skorzy iść za przykładem innych. Owszem, w głębi serc na pewno sympatyzowali z Lacedemonem, bo z ludnością tego kraju łączyły ich związki krwi. Stara tradycja powiadała, że pierwsi osadnicy przybyli na wyspę właśnie z Lace-demonu. Rzeczywiście, w obu krajach mówiono tym samym dialektem greczyzny. Jednakże Melijczycy bardzo roztropnie odsunęli na bok poczucie pokrewieństwa i argumenty historyczne. Przymierza z Lacedemonem nie zawarli. Byli przecież państewkiem wyspiarskim, a na morzu niepodzielnie panowały Ateny; rozporządzały one potężną flotą, zarówno swoją, jak i Związku Morskiego, któremu od lat przewodziły coraz surowiej.
Wyspa Melos, jedna z archipelagu Sporad, jest niewielka. Wynurzyła się z morza przed tysiącleciami jako wulkan zionący ogniem i lawą. Po wielu wiekach północna krawędź krateru runęła i morze wdarło się do środka. W ten sposób powstała głęboka zatoka, jeden z najlepszych portów naturalnych w całej Helladzie. Swoje miasto zbudowali Melijczycy nad zatoką. Umocnili je murami, aby mieć osłonę w razie niespodziewanego napadu. Ale w latach pokoju ludność zamieszkiwała przeważnie w małych osiedlach rozsianych po wyspie. Ziemia, choć dość skalista, była raczej urodzajna i plon dawała szybko, bo gdzieś z głębin wciąż jeszcze szło ciepło. Była też grota, gdzie tryskało gorące źródło, w wielu zaś miejscach dobywano sól, siarkę i ałun.
Melijczycy więc żyli dostatnio, ale bogaci nie byli. Toteż nie jakaś żądza skarbów sprawiła, że już w piątym roku wojny, latem 426, Ateny wysła-ł\ na Mel os swoje wojska: 60 okrętów wojennych i 2000 hoplitów pod wo-dzą stratega Nikiasa. Atcńczykom' chodziło przede wszystkim o to, by różinmi środkami perswazji przekonać Melijczyków. że przynależność do Związku byłaby dla nich wysoce korzystna. Członkami Związku były prawie wsz>stkie wyspy — rzekomo dobrowolnie, ale każdą próbę wystąpienia z tej organizacji oraz jakiekolwiek przejawy nieposłuszeństwa karali Ateń-czyc> z całą bezwzględnością. Fakt więc, że Melos pozostaje wciąż poza Związkiem, wydawał się Atcńczykom wręcz gorszący; a mógł też mieć groźne konsekwencje polityczne, pokazywał bowiem innym wyspiarzom, że można żyć spokojnie i bezpiecznie, nic sobie nie robiąc ze Związku i z jego prz\ wódcy!
Kiedy eskadra przybiła do wybrzeży wyspy, jej mieszkańcy natychmiast zamknęli się w murach miasta. Przystąpienia do Związku odmówili stanowczo. równocześnie jednak oświadczyli uroczyście, że wrogami Aten nie są i nie będą. Żołnierze spustoszyli całą wyspę, wycięli sady oliwne i winnice. miasta jednak oblegać nie mogli; to wymagałoby sporo czasu, a tymczasem korpus Nikiasa miał inne jeszcze zadania. Okręty więc odpłynęły, wyspa pozostała wolna.
Mylili się jednak Melijczycy, jeśli sądzili, że wielkie mocarstwo zapomni o tej upokarzającej porażce i pozostawi ich w spokoju. Co prawda działania wojenne na różnych frontach nie pozwalały Atcńczykom szybko podjąć nowej wyprawy przeciw krnąbrnemu państewku, odkładali więc ekspedycję z roku na rok, zaznaczyli jednak bardzo wyraźnie, że o sprawie Melos pamiętają. W ogłaszanych corocznie spisach członków Związku pomieszczali odtąd tę wyspę — wbrew jej woli, wbrew laktom! —a nawet określili, jaką ma ona wpłacać daninę do wspólnego skarbca. Była to danina szczególnie wysoka, bo wynosiła aż 15 talentów.
Wreszcie, po dziesięciu latach, wiosną roku 416, wyruszyła na Melos druga wyprawa ateńska: 38 okrętów i 2000 hoplitów pod wodzą dwóch strategów. Tym razem dowódcy otrzymali wyraźny rozkaz doprowadzenia sprawy do końca. Najpierw spróbowali układów i zastraszenia. Zaraz po wylądowaniu i po rozbiciu obozu wysłali do miasta kilku posłów. Władze nie dopuściły ich jednak przed ogólne zebranie obywateli i rozmowy prowadzono w szczupłym gronie.
*
Delegacja ateńska stwierdziła z całą otwartością:
— Nic mamy zamiaru wygłaszać tutaj długich przemówień. Nie będziemy też posługiwać się pięknymi słowami. To wszystko i tak by was nie
Wyścigi rydwanów
przekonało. Po cóż uzasadniać, że stanowisko przewodnie słusznie nam się należy, bo to my właśnie odparliśmy Persów? I po cóż rozwodzić się nad tym. że musieliśmy obecnie podjąć kroki stanowcze, ponieważ zachowujecie się wobec nas wyzywająco? To wszystko więc pomijamy. Ale zarazem życzymy sobie, byście i wy ze swej strony nie powoływali się na takie na przykład argumenty: Nasi przodkowie przyszli tu z Lacedemonu, więc nie możemy teraz wspólnie z wami występować przeciw Lacedemonowi! Albo też: Nigdy nie postępowaliśmy wrogo wobec Aten!
A więc odsuwamy na bok wszelkie wywody tego rodzaju. Starajmy się natomiast obopólnie osiągnąć to, co jest możliwe do osiągnięcia w granicach zdrowego rozsądku. Powiedzmy sobie jasno to, o czym dobrze wiemy zarówno my, jak i wy sami: w stosunkach międzyludzkich sprawiedliwość tylko wówczas dochodzi do głosu, jeśli siły obu stron są równe. W praktyce bowiem silniejszy zawsze dopnie swego, słabszy zaś musi ustąpić!
Melijczycy odparli:
— Dobrze więc. rozprawiajmy nie o tym, co sprawiedliwe, lecz o tym tylko, co korzystne. Musimy zgodzić się na to, skoro założyliście już z góry, że zagadnienie, jakie rozwiązanie byłoby tu sprawiedliwe, nie może być w ogóle przedmiotem debaty. My jednak uważamy właśnie za korzystne, żebyście nie lekceważyli sobie tego, co można określić jako ,,wspólne dobro''. Chodzi o to:
Kto znajdzie się w groźnym położeniu, powinien mieć prawo odwoływania się do pewnych ogólnych zasad słuszności. I nawet jeśli nie będzie w stanie bronić swej sprawy przy pomocy wszystkich argumentów, to odniesie pewną przynajmniej korzyść, przedstawiając stronie przeciwnej swój punkt widzenia. Ostatecznie i dla was przyjęcie takiej zasady może mieć kiedyś jakieś znaczenie: gdyby się bowiem zdarzyło, że poniesiecie klęskę, czeka was straszliwa kara — innym ku przestrodze...
Rzecz dziwna, ta ostatnia uwaga nie uraziła Ateńczyków tak bardzo, jak można by się tego spodziewać. Odpowiedzieli spokojnie:
— Możliwe, że kiedyś załamie się potęga naszego państwa. Tym jednak nie przejmujemy się zbytnio. Jeśli nawet upadniemy, to prawdziwie groźne będzie dla nas nie jakieś mocarstwo, które samo przewodzi innym państwom, jak na przykład Lacedemon (a skoro o tym już mowa, chcielibyśmy zauważyć, że obecnie nie jesteśmy w stanie wojny z Lacedemonem!). Nie, rzeczywiście najbardziej obawiać się musimy własnych poddanych, a więc tych państw, które należą do naszego Związku. Te, gdyby przeciw nam się zwróciły i odniosły zwycięstwo, istotnie mogłyby nie okazać nam żadnej litości. Pozwólcie jednak, że to my sami weźmiemy na siebie ryzyko takiego niebezpieczeństwa! Obecnie zaś chcemy jasno postawić sprawę: jesteśmy tutaj, bo mamy na oku przede wszystkim własną korzyść, prowadzimy zaś te rokowania, bo jednak życzymy sobie, aby wasze państwo ocalało. Po prostu: naszym celem jest zawładnięcie wami możliwie bez v\\-siłku. ale równocześnie uważamy za korzystne dla obu stron, abyście utrz\-mali swój byt państwowy.
Przedstawiciele Melijczyków zapytali ironicznie:
W jakiż to sposób korzyść będzie obustronna, skoro my mam\ służyć, wy zaś panować?
Ateńczycy wyjaśnili:
— Korzyść polegałaby na tym: na was nie spadną najgorsze nieszczęścia, będziecie tylko naszymi poddanymi; my zaś trochę zyskamy, jeśli was nie zniszczymy.
Melijczycy wysunęli inną propozycję:
— A czy nie byłoby słuszne takie rozwiązanie: my będziemy żyć w pokoju, nie jako wasi wrogowie, lecz jako przyjaciele, choć nie związani przymierzem z żadną ze stron wojujących?
Ateńczycy odpowiedzieli pogardliwie:
— Wasza nienawiść nie przynosi nam tyle szkody, ile przynieść by mogła przyjaźń. Podległe nam państwa wnet by uznały, że tolerujemy wa szą neutralną przyjaźń z konieczności, bo nie możemy złamać was siłą. Wiadomo przecież, że tylko te państwa zachowują niezależność, których nikt nie chce zaczepiać!
Mimo brutalnej szczerości Ateńczyków Melijczycy nie rezygnowali w dalszym toku rozmowy z prób ich przekonania. Wywodzili więc:
— Czy jednak właśnie pozostawienie nas w spokoju w gruncie rzecz\ nie sprzyjałoby waszemu bezpieczeństwu? Przecież są jeszcze w Helladzie państwa neutralne! Kiedy ujrzą, jak z nami postępujecie, z pewnością dojdą do wniosku, że i one staną się później ofiarą agresji. Jakżeż więc postąpią? Przechylą się na stronę waszych nieprzyjaciół. Powiększą ich liczbę, i to właściwie wbrew swej woli, wbrew temu, że obecnie takich zamiarów nie mają!
Lecz i ten argument potraktowali Ateńczycy bardzo lekceważąco. Stwierdzili, że nie obawiają się neutralnych państw na lądzie stałym. Muszą natomiast pilnie baczyć na wyspiarzy — zarówno na jeszcze niezależnych, a więc na Melos, jak i na tych, którzy weszli w skład Związku, ale znoszą to bardzo niechętnie.
Melijczycy starali się uprzytomnić swoim rozmówcom, że właściwie nie mają wyboru i muszą się bronić:
— Wy gotowi jesteście ważyć się na wszystko — byle utrzymać swoje mocarstwowe stanowisko. Państwa waszego Związku również — byle zrzucić waszą władzę. My jeszcze jesteśmy wolni. Byłoby więc chyba przejawem haniebnego tchórzostwa z naszej strony, gdybyśmy nie walczyli o tę niepodległość — również bez względu na wszystko!
Ateńczycy wydrwili te słowa jako sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem:
— Przecież to nie są zawody o sławę dzielności pomiędzy partnerami o równych siłach! O jakąż hańbę tu chodzi? Trzeba wam myśleć o tym tylko, jak się uratować, czyli po prostu o tym, by nie przeciwstawiać się potędze znacznie od was możniejszej!
Jednakże Melijczycy byli zdania, że poddać się, to znaczy z góry rezygnować z wszystkiego, walka natomiast daje jeszcze jakąś nadzieję ratunku. Pokładali przy tym ufność zarówno w bogu —jako że walczyć będą w obronie słusznej sprawy przeciw napastnikowi —jak i w Lacedemonie.
Ateńczycy oświadczyli na to, że i oni pokładają nadzieję w boskiej opiece. Bo przecież jest przyrodzonym prawem bogów i ludzi, że silniejsi rządzą słabszymi! Usiłowali też rozwiać złudzenia Melijczyków, że Lacede-mon przyjdzie im z pomocą. Mówili:
— Tym państwem zawsze powoduje ciasny egoizm, a na morzu nie może ono równać się z nami!
*
Rozmowy nie dały żadnych wyników, co zresztą było z góry do przewidzenia. Cóż to bowiem za dialog — słabego z silnym? Jedyną korzyścią dla słabego bywa niekiedy zysk na czasie, ceną jednak jest zawsze upokorzenie.
Tak więc wiosną roku 416 rozpoczęło się oblężenie miasta na wyspie Melos. Ateńskie przewidywania spełniły się całkowicie. Choć Melijczycy bronili się prawie rok, do zimy 416—415, Lacedemon nie pospieszył im z pomocą. A przecież wyspa leżała niezbyt daleko od wschodnich wybrzeży Peloponezu. Przy dobrej woli znalazłoby się sporo okrętów transportowych i wojennych, jakkolwiek potęgą morską Lacedemon istotnie nie był. Pomóc Melijczykom było tym łatwiej, że zaraz po zbudowaniu fortyfikacji wokół miasta Ateńczycy wycofali część swych okrętów i żołnierzy. Na wyspie pozostawili tylko tyle wojsk, żeby uniemożliwić obleganym zaopatrywanie się w żywność. O tym bowiem, by zdobywać mury szturmem, Ateńczycy nawet nie myśleli, jako że takie walki pochłonęłyby wiele ofiar w ludziach.
Sami Melijczycy nie siedzieli bezczynnie i dobrze wyzyskiwali wszystkie sposobności. Dwukrotnie dokonali śmiałych i udanych wypadów na straże ateńskie. Wyspiarze walczyli bohatersko, ale ich położenie z każdym miesiącem stawało się gorsze, wręcz beznadziejne. Odsiecz, tak wyczekiwana, nie nadchodziła. Srożył się głód. Mnożyły się wypadki zdrady. Potem, już jesienią roku 416, przybyły nowe wojska ateńskie. Miasto musiało skapitulować. Zdało się na łaskę i niełaskę ateńskiego ludu, ale ten wobec słabych był zawsze niełaskawy; toteż i tym razem wydał wyrok śmierci.
Strateg Alkibiades nie brał w ogóle udziału w operacjach wojskowych przeciw wyspie. Miał wówczas inne zadania do spełnienia, może i ważniejsze. Było więc bardzo znamienne, że w czasie obrad zgromadzenia ludowego nad losami ludności Melos Alkibiades zajął się tą sprawą z taką namiętnością i tak mściwie. Nie, osobiście nie żywił on do Melijczyków żadnej nienawiści, nigdy nie uczynili mu nic złego. Młody strateg miał jednak swoje powody, by domagać się przykładnego ukarania opornych.
Po wykonaniu wyroku, to jest po wymordowaniu mężczyzn oraz po wywiezieniu dzieci i kobiet, Ateńczycy wysłali na Melos około pięciuset rodzin swoich obywateli. Chodziło nie tyle o to, żeby wyspa nie stała się całkowitą pustynią, ile raczej o utrzymanie w tym dogodnym punkcie zawsze wiernej straży.
W ten sposób na przykładzie wyspy Melos objawiło się raz jeszcze działanie owego prawa, które wysłannicy ateńscy przypomnieli w czasie rozmów przed oblężeniem:
— Jest przyrodzonym prawem boskim i ludzkim, że silniejsi mają rządzić słabymi!
Ci, którzy wobec Melijczyków tak sformułowali to prawo, powtórzyli tylko pogląd szeroko wówczas głoszony w samych Atenach.
Filozofowie i prawo siły
Kallikles jest postacią zagadkową. Czy istotnie żył w Atenach, w czasach wojny z Lacedemonem. człowiek tego imienia — czy też jest to postać całkowicie fikcyjna, wymyślona przez Platona? Występuje bowiem tylko w jednym jedynym dialogu tego filozofa, w Gorgiaszu. Poza tym nie wspomina o nim żadne współczesne źródło. Za to jakże wyraźnie i barwnie rysuje się ów Platonowy Kallikles! Z jaką swadą przemawia! Jest zresztą w dialogu wiele szczegółowych danych o jego osobie: do której należał gminy, jakich miał przyjaciół, w kim się kochał. Przedmiotem westchnień Kalliklesa był młody chłopiec imieniem Demos, czyli Lud; ów Demos spowinowacił się później z rodziną Platona.
Może więc Platon uwiecznił w swym dialogu człowieka, którego rzeczywiście znał — lub o którym słyszał — w latach swej wczesnej młodości? Jest to tym bardziej prawdopodobne, że raczej unikał wprowadzania do swych utworów postaci zrodzonych w wyobraźni.
Jeśli jednak wypadnie się zgodzić, że istniał człowiek imieniem Kallikles, to jeszcze nie wynika stąd, by miał on głosić takie poglądy, jakie reprezentuje w dialogu Gorgiasz. Są podejrzenia, że Kallikles to tylko maska. Platon, być może, włożył mu w usta słowa, które w rzeczywistości wyrzec by powinien ktoś inny.
W Platonowym dialogu Sokrates mówi w pewnym momencie do Ka 11 iklesa :
— My dwaj mamy po dwa przedmioty miłości: ja Alkibiadesa i filozofię, ty zaś demos i Demosa!
Był więc Kai li k 1 es demokratą i zabiegał o względy ateńskiego ludu tak samo. jak o łaski młodego chłopca. W innym miejscu tego samego dialogu Sokrates ostrzega Kalliklesa:
— Jeśli nie będziesz miał się na baczności, lud tego miasta zwróci się kiedyś przeciw tobie, a także przeciw Alkibiadesowi — choćbyście nawet naprawdę nie byli winni nieszczęść, które przyjdą, lecz tylko współwinni!
Z jakiejże to jednak racji można było w ogóle mówić o ewentualności współwiny? Chyba tylko ze względu na podobieństwo poglądów i działalności politycznej obu młodych ludzi.
W rozmowie z Sokratesem Kallikles wyłożył swoje teorie w sposób może niezbyt gładki, bo uporczywie powtarzał wciąż te same słowa, myśli i określenia, ale za to jasno i szczerze:
— Ja sądzę, że ci, co ustanawiają prawa, to ludzie słabi. A więc tacy, jakich jest mnóstwo. Oni to wprowadzają ustawy i określają, za co należy się pochwała, a za co nagana, siebie samych tylko mając na oku i własną korzyść. Czego zaś obawiają się przede wszystkim? Tego oczywiście, żeby ludzie mocni i zaradni nie posiedli więcej, niż mają oni sami. Dlatego to utrzymują, że zachłanność to coś wstrętnego i niesprawiedliwego. I że krzywdzenie na tym właśnie polega, że ktoś chce mieć więcej od innych. Bo oni sami. jak sądzę, są całkowicie zadowoleni, kiedy posiadają tyle tylko, co inni. Nic dziwnego, skoro są tacy niezaradni!
Dlatego to uznaje się powszechnie, że kto chce mieć więcej niż inni, postępuje niesprawiedliwie i haniebnie. Nazywa się to krzywdzeniem bliźnich. A tymczasem, moim zdaniem, sama przyroda wskazuje, że właśnie sprawiedliwie byłoby, żeby jednostki lepsze miały więcej niż marne, silniejsze zaś więcej niż słabe. Objawia to przyroda w bardzo wielu dziedzinach. Tak przecież jest wśród zwierząt. A jeśli chodzi o ludzi, to właśnie na tej zasadzie układają się stosunki pomiędzy całymi państwami i szczepami. Wszędzie tam uważa się za sprawiedliwe, żeby silniejszy panował nad słabym. Bo i na jakąż to sprawiedliwość powoływał się Kserkses. kiedy zbrojnie szedł na Helladę? Albo ojciec jego. Dariusz, kiedy wyprawiał się na Scytów? Można by przytoczyć niezliczoną ilość podobnych przykładów. Moim zdaniem tacy ludzie postępują zgodnie z samą istotą spraw iedliwości. Na Zeusa, postępują zgodnie z prawem! Oczywiście, nie z tym. które my ustanawiamy, lecz z prawem natury. A co natomiast mv czynimy? Kształtujemy według tego naszego prawa jednostki najlepsze i najenergiczniejsze. Bierzemy je już za młodu, jak lwiątka. Poddajemy je urokowi zamawiań i czarów. Wychowujemy je na niewolników. Bo wmawiamy im, że należy posiadać tyle tylko, ile mają inni, i że to właśnie jest rzeczą piękną i sprawiedliwą! Zdarza się jednak czasem człowiek, który ma odpowiedni charakter. Ten wszystko strząsa z siebie i wszystko rozrywa. Z pogardą depce te nasze formuły, sztuczki, zamawiania, wszystkie te prawa przeciwne naturze! Wstaje oto i jako pan nasz się objawia — on. co był dotąd niewolnikiem! Wtedy dopiero może zajaśnieć owa sprawiedliwość zgodna z naturą!
W toku dalszej d\sput\ Kalliklcs ra/jes/c/e obszernie przedstawił swoje pogląd\:
— Jak może b\ć szczęśliwy człowiek. który służy czemukolwiek? Ja wciąż ei wska/uję. i to z eałą szczerości;}, na czym polega piękno i sprawiedliwość zgodne z naturą; kto clice żyć szczęśliwie, musi pozwolić swoim pragnieniom. żeb\ rozwijały się jak najbujnicj. Tłumić ich nie wolno! A kiedy już będą ogromne, trzeba umieć je zaspokoić przy pomocy męstwa i rozumu. Trzeba też umieć napełnić się do syta wszystkim, ku czemu tylko zwróci się pragnienie. A właśnie tego, moim zdaniem, większość ludzi nie potrali. Dlatego to owa większość gani tych. co potrafią. Gani wstydem powodowana. bo w ten sposób maskuje swoją własną niezaradność. Powiada się więc. że brzydka to rzecz nie panować nad swymi pragnieniami; tej niewolniczej moralności uczy się nawet takich ludzi, którzy mają lepsze właściwości w rodzone. O tym już mówiłem. Ci. którzy sami nie potrafią zaspokoić swych pragnień, wychwalają powściągliwość i sprawiedliwość. Czynią tak właśnie dlatego, że brak im odwagi. Weźmy jednak synów królewskich! Albo ludzi, którzy sami zdobyli władzę tyrańską lub weszli w skład tyrań-skiego rządu! Prawdę mówiąc, cóż mogłoby być dla nich haniebniejszego i gorszego od powodowania się powściągliwością i sprawiedliwością? Po cóż mieliby sami ograniczać się prawem, rozumowaniem i naganami, które obowiązują większość ludzi? Przecież właśnie to uczyniłoby ich nieszczęśliwymi! Choćby dlatego, że nie mogliby dać swoim przyjaciołom więcej niż w rogom —i to samowładnie rządząc całym państwem. Prawda, której ty, Sokratesie. rzekomo poszukujesz, brzmi po prostu tak: rozkoszne życie, nieskrępowanie się niczym, pełna wolność — jeśli tylko istnieją po temu podstawy — to jest właśnie cnota i szczęście! A wszystko inne to tylko piękne słówka, to sprzeczne z ludzką naturą konwenanse, to głupie gadanie i bzdura!
Kalliklcs urodził się w Atenach i był obywatelem ateńskim. Natomiast Trazymach pochodził z daleka, bo aż z Chalcedonu; było to bogate miasto, położone naprzeciw Bizantion i razem z nim strzegące wejścia do Morza Czarnego. Chalcedon należał do Związku Morskiego, był więc z Atenami sprzymierzony, a raczej, mówiąc ściśle, był im tak samo poddany, jak wszystkie inne miasta Związku. Ponieważ Trazymach nie posiadał obywatelstwa ateńskiego, można by się spodziewać, że potrafi on zrozumieć położenie słabych; można by oczekiwać, że będzie występował w obronie sprawiedliwości i pokrzywdzonych. Jednakże większą część swego życia Trazymach spędził właśnie w Atenach, toteż przynajmniej z ducha czuł się pełnoprawnym obywatelem tego miasta. Dla słabych miał tylko pogardę.
Jego poglądy właściwie nic/y m się nie różniły od Kalli kłosowych, jeśli wolno wierzyć Platonowi. Na pewno znał on Trazymacha osobiście, w pierwszej zaś księdze Rzeczypospolitej włożył mu w usta takie słowa:
