NERON - Aleksander Krawczuk - ebook + książka

NERON ebook

Aleksander Krawczuk

4,3
37,20 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Nowa edycja cieszącej się dużą poczytnością (kilka wydań, przekłady na języki obce) książki profesora Aleksandra Krawczuka o owianym złą sławą cesarzu Neronie oraz o Imperium Rzymskim za jego panowania. Publikacja łączy walory napisanej przystępnym stylem opowieści oraz popularnonaukowej biografii, wiernie wykorzystującej źródłowy materiał historyczny – wszystkie pojawiające się w niej postaci naprawdę istniały, wszystkie opisywane wydarzenia rzeczywiście miały miejsce.

Nero Claudius Caesar Augustus Germanicus, znany powszechnie jako Neron, żył w latach 37–68 n.e., a od roku 54 aż do samobójczej śmierci władał największą potęgą starożytności – Imperium Rzymskim, rozciągającym się wtedy od ziem dzisiejszej Anglii i Portugalii po Syrię i Egipt. Jak doszło do objęcia panowania przez siedemnastoletniego młodzieńca? Jak wielki wpływ na jego wychowanie i rządy miał jego nauczyciel i doradca, „niemoralny moralista”, wybitny filozof Seneka? W jakich okolicznościach i dlaczego wybuchły wówczas bunty przeciwko rzymskiej hegemonii w odległych prowincjach Imperium – w Brytanii i w Judei? Czy Neron rzeczywiście kazał zamordować własną matkę i podpalić Rzym? Był zwyrodniałym mordercą, czy cynicznym politykiem? Błaznem na tronie, czy całkiem dobrym poetą i aktorem? Uważny czytelnik książki profesora Aleksandra Krawczuka będzie miał możliwość udzielenia sobie odpowiedzi na te i wiele innych pytań dotyczących życia i czasów jednego z najbardziej znanych  władców starożytnego Rzymu.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 365

Rok wydania: 2019

Oceny
4,3 (10 ocen)
6
2
1
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Alek­san­der Kraw­czuk

NERON

Czy­tel­nik

Motto

Jako nestor histo­ry­ków pol­skich ser­decz­nie pozdra­wiam Czy­tel­ni­ków. Dedy­ku­jąc Im po pół wieku nowe wyda­nie Nerona, zachę­cam do reflek­sji nad prze­mi­jal­no­ścią form ustro­jo­wych, żądzą wła­dzy i nie­wy­cią­ga­niem wnio­sków z nauki histo­rii.

Veri­tas sem­per certa est.

Kto prawdy szuka, czyta Kraw­czuka.

Autor

Dru­zylla i Feliks

Choć ona była kró­lową, on zaś – nie tak dawno jesz­cze – nie­wol­ni­kiem, zasta­na­wiano się poważ­nie, które z nich wię­cej zyskuje na tym mał­żeń­stwie.

Oto Dru­zylla: lat pięt­na­ście, uroda olśnie­wa­jąca, ród praw­dzi­wie kró­lew­ski. Jest bowiem pra­wnuczką Heroda Wiel­kiego, króla Judei, sio­strą króla Agryppy II, od roku zaś żoną Azysa, króla Emesy. I to żoną szcze­rze kochaną! Azys, aby móc ją poślu­bić, prze­szedł na juda­izm i pod­dał się wszyst­kim wymo­gom Zakonu.

Nie­spo­dzie­wa­nie Dru­zylla zrywa świetne mał­żeń­stwo – choć według prawa żydow­skiego czy­nić jej tego nie wolno, bo wsz­czy­na­nie kro­ków roz­wo­do­wych jest przy­wi­le­jem wyłącz­nie męż­czyzn. Porzuca Azysa i poślu­bia czło­wieka znacz­nie od sie­bie star­szego, dwu­krot­nie już żona­tego, prze­śla­dowcę Żydów, wyzwo­leńca!

Cóż skło­niło Dru­zyllę do wzgar­dze­nia kró­lew­skim dia­de­mem, god­no­ścią sta­rego rodu, powagą Zakonu?

Lubu­jący się w rze­czach nie­zwy­kłych i tajem­ni­czych opo­wia­dali, że Feliks ujrzał Dru­zyllę po raz pierw­szy w teatrze. Była już wów­czas żoną Azysa. Zachwy­cony jej urodą, zaczął natych­miast ubie­gać się o rękę kró­lo­wej. Oczy­wi­ście nie było to łatwe. Pomógł mu jed­nak pewien astro­log z Cypru. Może prze­ko­nał Dru­zyllę, że gwiazdy już od wie­ków prze­zna­czyły ją Felik­sowi? A może użył cza­rów i lub­czyku, wzbu­dza­jąc w dziew­czy­nie uczu­cie tak gwał­towne, że zapo­mniała o wszyst­kim i bez­wol­nie poszła za gło­sem namięt­no­ści?

Ludzie trzeźwi i zna­jący sprawy tego świata uśmie­chali się pobłaż­li­wie, kiedy słu­chali pięk­nej opo­wie­ści o cypryj­skim magu, o gwiaz­dach i lub­czyku, o wiel­kiej miło­ści od pierw­szego wej­rze­nia. Nie zaprze­czali, że Feliks mógł istot­nie zoba­czyć Dru­zyllę po raz pierw­szy wła­śnie w teatrze. Było też wysoce praw­do­po­dobne, że póź­niej posłu­żył się pośred­nic­twem sław­nego mistrza wie­dzy tajem­nej, bo ten miał łatwy dostęp wszę­dzie, a nie­wia­sty tak chęt­nie radzą się wróż­bi­tów! Ale wła­śnie ludzie trzeźwi skłonni byli uznać krok Dru­zylli, pozor­nie lek­ko­myślny, za posu­nię­cie nader roz­tropne. Choć i Feliks, ich zda­niem, dobrze wybrał.

Powody, dla któ­rych roz­ważni chwa­lili zwią­zek obojga, godne są pozna­nia.

Dru­zylla była kró­lową Emesy? To brzmi dum­nie. Czym jed­nak w isto­cie jest owo wspa­niałe władz­two? Mała mie­ścina w Syrii, nad gór­nym Oron­te­sem. Dolina jest wpraw­dzie uprawna, lecz zaraz na wschód od niej roz­ciąga się pusty­nia nie­zmie­rzona i groźna, zamiesz­kana tylko przez arab­skich koczow­ni­ków. Nie brak ich zresztą i w samej Eme­sie. Daleka stąd droga do boga­tych, tęt­nią­cych życiem miast Syrii, Feni­cji, Pale­styny – do Antio­chii i Berytu, Ceza­rei i Jero­zo­limy! Król Emesy włada tylko z woli Rzy­mian, któ­rym po pro­stu nie opłaca się wpro­wa­dzać wła­snej admi­ni­stra­cji i załóg woj­sko­wych do kra­iny tak ubo­giej i odle­głej. Niech sam się mar­twi, jak utrzy­mać pokój na gra­nicy i odpie­rać koczow­ni­ków! Dla­tego król musi zabie­gać o łaskę namiest­ni­ków i dowód­ców rzym­skich w Syrii i Judei. A więc, jeśli zetrzeć pozłótkę słów i tytu­łów, oka­zuje się, że Dru­zylla była w isto­cie rze­czy nie kró­lową, lecz żoną sługi sług rzym­skiego cesa­rza. Dru­zylla jest sio­strą króla Agryppy? Jesz­cze przed kil­ku­na­stu mie­sią­cami był to król tak samo potężny jak władca Emesy, bo pano­wał nad jed­nym tylko mia­stecz­kiem syryj­skim, Chal­kis. Ostat­nio, dzięki cesar­skiej łaska­wo­ści, otrzy­mał – niby to w zamian za Chal­kis – trzy kra­iny na pogra­ni­czu Syrii i Pale­styny: Basan, Galaad, Tra­chon. Ma rów­nież zwierzch­ność nad świą­ty­nią jero­zo­lim­ską. Wszystko to z tej przy­czyny, że zna dobrze panu­ją­cego obec­nie cesa­rza Klau­diu­sza.

Jed­nakże łaski Rzy­mian ni­gdy nie można być pew­nym. Co będzie, jeśli na dwo­rze cesar­skim doj­dzie do głosu wroga Agryp­pie kote­ria? Może wów­czas stra­cić wszystko. To zresztą dla Dru­zylli jest bez zna­cze­nia, bo i tak w żad­nej sytu­acji nie wolno jej liczyć na życz­li­wość swego kró­lew­skiego brata. Nie jest żadną tajem­nicą, że ma u jego boku śmier­tel­nego wroga – rodzoną sio­strę swoją i Agryppy, Bere­nikę. Powód nie­na­wi­ści jest czy­sto kobiecy. Bere­nika jest o całe dzie­sięć lat star­sza od Dru­zylli i chyba mniej uro­dziwa; jest za to występna i pozba­wiona wszel­kich skru­pu­łów. Była już dwu­krot­nie zamężna, lecz naprawdę kocha tylko jed­nego czło­wieka, i to miło­ścią zdrożną – swego brata Agryppę. Trudno nawet rzec, by się z tym kryła.

Tak więc Dru­zylla jest teraz żoną rzym­skiego wyzwo­leńca. To prawda. Marek Anto­niusz Feliks był nie­wol­ni­kiem. Świad­czy o tym wła­śnie jego piękne imię i nazwi­sko – takie samo jak sław­nego wodza i trium­wira sprzed dwóch poko­leń; tego, który był kochan­kiem Kle­opa­try i zgi­nął, poko­nany, śmier­cią samo­bój­czą przed laty prze­szło osiem­dzie­się­ciu. Otóż Feliks – bo tak po pro­stu zwał się, będąc nie­wol­ni­kiem – nale­żał do córki trium­wira, Anto­nii. Ta pod koniec swego życia, a może dopiero w testa­men­cie, obda­rzyła wol­no­ścią zarówno Feliksa, jak i jego brata Pal­lasa. Obu zali­czała do swych naj­bar­dziej zaufa­nych domow­ni­ków. Było rzym­skim zwy­cza­jem, że wyzwo­le­niec bie­rze imię i rodowe nazwi­sko pana, dotych­cza­sowe zaś imię wła­sne pozo­sta­wia sobie jako przy­do­mek; w ten spo­sób oka­zuje, że jako czło­wiek wolny uro­dził się dopiero dzięki dobro­dziej­stwu patrona i jest jakby człon­kiem jego rodziny. Ponie­waż Feliks i Pal­las nale­żeli do kobiety, po wyzwo­le­niu wzięli imię i nazwi­sko jej ojca. Taką to drogą obaj bra­cia stali się Mar­kami Anto­niuszami. Anto­nia zmarła w maju roku 37, w oko­licz­no­ściach bar­dzo tajem­ni­czych. Prawda, była już sta­ruszką, miała lat sie­dem­dzie­siąt trzy, można by więc sądzić, że to śmierć natu­ralna. Jed­nakże pewne fakty prze­ma­wiały za czym innym.

W tym cza­sie, od trzech mie­sięcy, cesa­rzem był wnuk Anto­nii, Gajusz Cezar, zwany Kali­gulą. Całe Impe­rium powi­tało entu­zja­stycz­nie wstą­pie­nie na tron tego dwu­dzie­sto­pię­cio­let­niego mło­dzieńca. Zda­wał się być zwia­stu­nem jasnego dnia po kosz­mar­nej nocy rzą­dów Tybe­riu­sza.

TYBE­RIUSZ

(cesarz w latach 14–37)

Trzeba przy­znać, że z początku nowy władca wielce umie­jęt­nie pod­trzy­my­wał i nawet umac­niał ową przy­chyl­ność sze­ro­kich mas. Reha­bi­li­to­wał ofiary łama­nia pra­wo­rząd­no­ści za pano­wa­nia Tybe­riu­sza, żywych i zmar­łych. Publicz­nie spa­lił na Forum wszyst­kie pro­to­koły i donosy, doty­czące spraw i pro­ce­sów z lat ubie­głych; zło­żył przy tym przy­sięgę, że nie zna tre­ści owych mate­ria­łów. Poka­zało się póź­niej, że spa­lono tylko jakieś szpar­gały, wła­ściwe doku­menty Kali­gula prze­cho­wy­wał sta­ran­nie. Pole­cił publi­ko­wać rachunki pań­stwowe, za Tybe­riu­sza ści­śle tajne. Nie dopusz­czał do sie­bie dono­si­cieli. Zezwo­lił na posia­da­nie i czy­ta­nie tych dzieł histo­rycz­nych, które – ze względu na kry­tykę cesa­rzy i ustroju – poprzed­nio usu­wano z biblio­tek i nisz­czono. Zapo­wie­dział:

– Naj­bar­dziej zależy mi na tym, aby prze­ka­zać potom­no­ści całą prawdę!

Wśród ogól­nej rado­ści tylko Anto­nia zacho­wała powścią­gli­wość, choć cesarz oka­zy­wał swej babce cześć naj­wyż­szą. Na jego to prze­cież wnio­sek senat przy­znał dostoj­nej pani wiel­kie honory, wśród nich rów­nież i tytuł „Augu­sta”. Ale Anto­nia znała Kali­gulę lepiej niż kto­kol­wiek; wnuk, po tra­gicz­nej śmierci swego ojca, Ger­ma­nika, a potem i matki, wycho­wy­wał się przez wiele lat wła­śnie w jej domu. Przed czuj­nym okiem Anto­nii nie ukryły się tkwiące w chłopcu zarodki zwy­rod­nial­stwa. Ona jedna zda­wała sobie sprawę, ile jest chy­tro­ści, ale i bła­zeń­stwa, w pięk­nych gestach libe­ra­li­zmu nowego władcy. Co wię­cej, Anto­nia miała odwagę kar­cić cesa­rza tak samo surowo i otwar­cie jak nie­gdyś, kiedy był małym, nie­grzecz­nym chłop­cem. Tego Kali­gula nie mógł jej daro­wać.

Róż­nie mówiono o bez­po­śred­nich przy­czy­nach śmierci Anto­nii. Jedni utrzy­my­wali, że zmarła skut­kiem zgry­zoty, bru­tal­nie potrak­to­wana przez wnuka, inni, że popeł­niła samo­bój­stwo, a jesz­cze inni, że sta­ruszkę otruto. Fak­tem było, że cesarz nawet nie wziął udziału w pogrze­bie babki. Z okien jadalni pałacu spo­koj­nie przy­glą­dał się, jak gdzieś daleko pod­nosi się dym stosu pogrze­bo­wego.

Przez całe cztery lata rzą­dów Kali­guli wyzwo­leńcy Anto­nii musieli dbać przede wszyst­kim o to, aby nie nara­zić się nikomu. Bo sie­lanka swo­body i pra­wo­rząd­no­ści skoń­czyła się rychło. W sto­licy znowu zaro­iło się od dono­si­cieli. Znowu na porządku dzien­nym były pro­wo­ka­cje, aresz­to­wa­nia, pro­cesy poli­tyczne, kon­fi­skaty mająt­ków. Dawni domow­nicy Anto­nii trzy­mali się bli­sko jedy­nego jesz­cze żyją­cego syna swej pani; był nim stryj Kali­guli, Klau­diusz. Miesz­kał on zresztą zawsze razem z matką, dla­tego jej ludzie zżyli się z nim ser­decz­nie już od lat.

Co prawda, Klau­diusz nie mógł w tym cza­sie nieść pomocy nikomu. Sam potrze­bo­wał opieki i popar­cia. Kali­gula znę­cał się nad nim per­fid­nie. Nie szczę­dził stry­jowi upo­ko­rzeń, nie­raz gro­ził mu śmier­cią. Pomy­słów cesa­rzowi nie bra­kło. Na przy­kład powo­łał Klau­diusza do kole­gium kapłań­skiego, kazał mu jed­nak wpła­cić za ten zaszczyt osiem­dzie­siąt milio­nów sester­ców do skarbu pań­stwa. Nie­szczę­śnik nie mógł odmó­wić przy­ję­cia god­no­ści, ale z dru­giej strony nie miał tylu pie­nię­dzy. Stał się nędza­rzem i dłuż­ni­kiem fiskusa.

Od śmierci rato­wało Klau­diu­sza to tylko, że ucho­dził za dzi­waka nie­za­rad­nego i zupeł­nie nie­szko­dli­wego. Inte­re­so­wał się histo­rią. Pisał o woj­nach domo­wych i począt­kach cesar­stwa, o Kar­ta­gi­nie i tajem­ni­czym ludzie Etru­sków. Te naukowe prace były naj­lep­szą osłoną dla pięć­dzie­się­cio­let­niego już męż­czy­zny. Pro­wa­dził spo­kojne, oddane stu­diom życie na dwo­rze tar­ga­nym zbrod­ni­czymi intry­gami, zgoła nie przej­mu­jąc się tym, że jest pośmie­wi­skiem byle nie­wol­nika.

Pod koniec stycz­nia roku 41 Kali­gulę zamor­do­wali ofi­ce­ro­wie jego straży przy­bocz­nej. Na Pala­ty­nie odby­wały się wów­czas coroczne wido­wi­ska dla uczcze­nia pamięci cesa­rza Augu­sta. W ostat­nim ich dniu, 24 stycz­nia, Kali­gula od rana przy­glą­dał się przed­sta­wie­niom. Wyszedł z teatru około godziny pierw­szej, aby wyką­pać się i posi­lić w pałacu. Przo­dem szedł Klau­diusz wraz z dwoma dostoj­nymi sena­to­rami: Wale­riu­szem Azja­ty­kiem i Mar­kiem Wini­cju­szem. Ta trójka skie­ro­wała się z dzie­dzińca pała­co­wego wprost do głów­nego gma­chu, cesarz nato­miast w towa­rzy­stwie jed­nego tylko sena­tora nie­spo­dzie­wa­nie zbo­czył ku kry­temu przej­ściu. Stała tam grupa chłop­ców przy­by­łych aż z Azji; mieli oni wystą­pić póź­niej w teatrze. Kali­gula wdał się w roz­mowę z nimi. W tym momen­cie try­bun pre­to­ria­nów Che­rea zadał mu z tyłu cios mie­czem. Rana nie była śmier­telna, bo ostrze ześli­znęło się z oboj­czyka. Kali­gula jęk­nął i prze­biegł kil­ka­na­ście kro­ków. Drogę zastą­pił mu try­bun Sabi­nus, wbi­ja­jąc miecz pro­sto w pierś. Na leżą­cego cesa­rza rzu­ciło się kil­ku­dzie­się­ciu spi­skow­ców. Zadano mu około trzy­dzie­stu ran.

Gdyby Klau­diusz nie wszedł do pałacu, podzie­liłby los bra­tanka. Było bowiem zamia­rem spi­skow­ców wymor­do­wać całą rodzinę panu­ją­cego. Ówcze­sną żonę Kali­guli schwy­tano w chwilę potem, roz­pa­cza­jącą nad skrwa­wio­nym tru­pem. Jeden z ofi­ce­rów wbił jej miecz w szyję, maleńką zaś córeczkę roz­bił o ścianę.

Lecz więk­szość pre­to­ria­nów zgoła nie pra­gnęła powrotu repu­bliki, do czego zda­wali się zmie­rzać nie­któ­rzy ich ofi­ce­ro­wie oraz sena­to­ro­wie. Żoł­nie­rze, pozba­wieni dowód­ców i nie­wie­dzący, co czy­nić, krą­żyli po całym pałacu. Nagle jeden z nich – a było już ciemno – zauwa­żył czy­jeś nogi, wysta­jące zza kotary werandy. Roz­chy­lił zasłonę i ujrzał Klau­diu­sza. Krzyk­nął:

– Witaj, cesa­rzu!

Dzie­wię­ciu tysiącom pre­to­ria­nów nikt w sto­licy nie ośmie­lił się sprze­ci­wić. Klau­diusz, histo­ryk i dzi­wak, został cesa­rzem.

Przez wszyst­kie lata swego pano­wa­nia był przed­mio­tem licz­nych szy­derstw. Istot­nie, pewne cechy zewnętrzne – lekko trzę­sąca się głowa, uty­ka­nie na jedną nogę, wymowa nie­zbyt wyraźna – nie doda­wały Klau­diu­szowi powagi. Wyśmie­wano też różne jego sła­bostki. Jeść lubił dobrze, czę­sto i obfi­cie; opo­wia­dano, że kiedy pew­nego razu, pre­zy­du­jąc posie­dze­niu sądu, poczuł zapach potraw przy­go­to­wy­wa­nych gdzieś w pobliżu, natych­miast opu­ścił try­bu­nał i nie­pro­szony udał się na ową ucztę. Bie­sia­do­wał zwy­kle w licz­nym gro­nie i chciał, aby wszy­scy czuli się swo­bod­nie, jak u sie­bie w domu; dla­tego też – powia­dali zło­śliwcy – zamie­rzał spe­cjal­nym edyk­tem zezwo­lić swym gościom na pusz­cza­nie wia­trów według woli, bo dowie­dział się, że ktoś roz­cho­ro­wał się, trwoż­nie je wstrzy­mu­jąc. Grą w kości pasjo­no­wał się do tego stop­nia, że upra­wiał ją nawet nie­siony w lek­tyce; poświę­cił też temu przed­mio­towi uczone dziełko.

Sta­wiano Klau­diu­szowi, jako władcy i czło­wie­kowi, rów­nież i poważ­niej­sze zarzuty. Kto jed­nak bez­stron­nie obser­wo­wał bieg zasad­ni­czych spraw pań­stwo­wych, musiał przy­znać, że od cza­sów Augu­sta Impe­rium ni­gdy jesz­cze nie było zarzą­dzane tak spraw­nie i rozum­nie jak wła­śnie za Klau­diu­sza, który miał duże talenty orga­ni­za­tor­skie, a swoje obo­wiązki trak­to­wał poważ­nie. Zna­jo­mość zaś histo­rii oka­zała się teraz wielce przy­datna – jak jest przy­datna każ­demu, kto ma zamiar poświę­cić się dzia­łal­no­ści poli­tycz­nej i spo­łecz­nej.

Klau­diusz był przy­wią­zany do pamięci swej matki Anto­nii. Cenił ludzi, z któ­rymi zżył się w jej domu w cza­sach, kiedy był czło­wie­kiem małym i led­wie tole­ro­wa­nym. Tymi ludźmi byli wyzwo­leńcy. Dźwi­gnął ich wszyst­kich wysoko w górę.

Mieli stały i łatwy dostęp do cesa­rza, bo prze­cież byli domow­ni­kami, człon­kami Klau­diu­szo­wej „fami­lii”. Nie pia­sto­wali wpraw­dzie nor­mal­nych, hono­ro­wych urzę­dów pań­stwo­wych, spra­wo­wali jed­nak rze­czy­wi­stą kon­trolę nad wszyst­kimi nićmi zarządu pań­stwem, bo te zbie­gały się w cesar­skim pałacu. Władca nie mógł oso­bi­ście nad­zo­ro­wać cało­ści spraw ogrom­nego Impe­rium. Dawał tylko ogólne dyrek­tywy. Mate­riały przed­kła­dali mu wyzwo­leńcy, oni też prze­ka­zy­wali zarzą­dze­nia w dół. Cesarz wcią­gał ich do współ­pracy z całą świa­do­mo­ścią, bo wyzwo­leńcy byli lojal­niejsi i bar­dziej od niego zależni niż wielcy ary­sto­kraci, sena­to­ro­wie, dostoj­nicy. Pra­co­wali też wydaj­niej i rze­tel­niej niż owi wielcy pano­wie, któ­rzy i tak zepchnę­liby całą robotę na swo­ich z kolei wyzwo­leń­ców lub nawet nie­wol­ni­ków.

Było kil­ku­na­stu naj­zau­fań­szych domow­ni­ków Klau­diu­sza: Poli­biusz i Nar­cyz, Pozy­des i Kal­list, Har­po­kras, Pal­las i Feliks. Ci podzie­lili się agen­dami admi­ni­stra­cji. W ich ręku zna­la­zło się kie­row­nic­two kan­ce­la­rii (a ileż to wpły­wało do niej co dzień spra­woz­dań, pety­cji, wnio­sków, ile wycho­dziło odpo­wie­dzi i zarzą­dzeń!), kon­trola rachun­ko­wo­ści dworu i pań­stwa, nad­zór nad wymia­rem spra­wie­dli­wo­ści.

Rzecz pro­sta, owe „rządy” wyzwo­leń­ców miano cesa­rzowi bar­dzo za złe, bo wpraw­dzie i poprzedni władcy korzy­stali z usług swej domo­wej służby w spra­wach pań­stwo­wych, ale nie w tak sze­ro­kim zakre­sie i nie tak kon­se­kwent­nie. Obecne bia­da­nia ary­sto­kra­tów, że nie­dawni nie­wol­nicy decy­dują o naj­waż­niej­szych kwe­stiach, były zro­zu­miałe, nie to jed­nak sta­no­wiło praw­dziwą groźbę. Nie­po­koić mogło co innego: rywa­li­za­cja wyzwo­leń­ców mię­dzy sobą o wpływy i bogac­twa. Był to ponie­kąd rodzaj wza­jem­nej kon­troli, jakimże jed­nak kosz­tem! Intrygi wciąż wstrzą­sały dwo­rem i splą­ty­wały się z pra­wie każdą poważ­niej­szą sprawą pań­stwową.

Feliks wyko­rzy­stał jedną z takich roz­gry­wek, aby – jako jedyny spo­śród wszyst­kich wyzwo­leń­ców – uzy­skać ważny urząd pań­stwowy; urząd, który miał mu też przy­nieść rękę pięk­nej Dru­zylli – choć tego, oczy­wi­ście, nie mógł wów­czas prze­wi­dzieć.

Był to rok 52, a więc jede­na­sty już rok pano­wa­nia Klau­diu­sza. Przed obli­czem cesa­rza posta­wiono kil­ku­na­stu dostoj­ni­ków żydow­skich, zaku­tych w kaj­dany. Znaj­do­wali się wśród nich zarówno obecny arcy­ka­płan Ana­niasz, jak i poprzedni, Jona­tan. Więź­niów przy­słał do Rzymu namiest­nik sąsied­niej pro­win­cji, Syrii, Ummi­diusz Kwa­dra­tus. Jako wyż­szy rangą spra­wo­wał on nad­zór i nad Judeą, choć w zasa­dzie tą kra­iną zarzą­dzał osobny urzęd­nik, noszący tytuł pro­ku­ra­tora. Jed­nakże ówcze­sny pro­ku­ra­tor Judei, Kuma­nus, nie umiał pora­dzić sobie z groź­nymi zabu­rze­niami, które wybu­chły z winy Żydów lub Sama­ry­tan – roz­strzy­gnąć tego nie było spo­sobu. Na prośbę Sama­ry­tan Ummi­diusz Kwa­dra­tus pod­jął się roz­pa­trze­nia sprawy. Przy­je­chał do Judei, badał rzecz na miej­scu, dwu­krot­nie wydał wyrok – za każ­dym razem inny. Tym­cza­sem zaczęły mno­żyć się donie­sie­nia, że Żydzi przy­go­to­wują powsta­nie. Kwa­dra­tus udał się do Jero­zo­limy. Stwier­dził, że bez­po­śred­niego nie­bez­pie­czeń­stwa nie ma, wolał jed­nak już nie mie­szać się do spraw Judei. Oba­wiał się, że osta­teczny wyrok może oka­zać się iskrą, która wywoła pożar. Lepiej zrzu­cić z sie­bie wszelką odpo­wie­dzial­ność! Niech decy­duje cesarz! Uwię­ził dostoj­ni­ków żydow­skich i wysłał ich do Rzymu wraz z Kuma­nusem oraz Cele­rem, dowódcą wojsk sta­cjo­nu­ją­cych w Judei; kazał też wyje­chać do sto­licy Impe­rium dele­ga­cji Sama­ry­tan.

Sto­jąc przed cesar­skim maje­sta­tem, Żydzi przed­sta­wiali prze­bieg wyda­rzeń nastę­pu­jąco:

Sama­ry­ta­nie zdra­dziecko napa­dli na spo­koj­nych piel­grzy­mów gali­lej­skich, uda­ją­cych się na święta do Jero­zo­limy. Zgi­nęło kilku Gali­lej­czy­ków. Zwró­ci­li­śmy się do pro­ku­ra­tora Kuma­nusa z prośbą o uka­ra­nie win­nych. Ale on dał się prze­ku­pić Sama­ry­ta­nom i odpra­wił naszą dele­ga­cję z niczym. Wia­do­mość o tym wywo­łała ogromne wzbu­rze­nie wśród tłu­mów zgro­ma­dzo­nych w Jero­zo­li­mie dla obchodu świąt. Tysiące mło­dych, pała­jąc żądzą pomsty, natych­miast ruszyło na pół­noc, do Sama­rii. Na nic się zdały nasze prośby i roz­kazy! Zja­wili się w Sama­rii rów­nież i fana­tycy, któ­rych my nazy­wamy Żar­li­wymi. Jest to rodzaj taj­nej sekty reli­gij­nej, nad którą my nie mamy żad­nej wła­dzy; co wię­cej, jest nam ona wroga. Przy­wódcy Żar­li­wych, Ele­azar i Alek­san­der, dotąd ukry­wali się w górach Gali­lei. Teraz razem z mło­dzieżą spa­lili kilka wio­sek sama­ry­tań­skich i wymor­do­wali ich miesz­kań­ców. To prawda, działy się tam rze­czy straszne. Ale Kuma­nus przy pomocy Celera szybko przy­wiódł do Sama­rii rzym­skie kohorty. Wielu Żydów zgi­nęło, wielu poszło do nie­woli. Tak więc rachu­nek krwi został z obu stron wyrów­nany. Zdo­ła­li­śmy wów­czas wpły­nąć na mło­dzież, aby zło­żyła broń i nie ścią­gała jesz­cze więk­szych nie­szczęść na cały kraj. Temu, co się już stało, winien jest przede wszyst­kim Kuma­nus. Gdyby bowiem od razu roz­pa­trzył jak należy sprawę owej zbó­jec­kiej napa­ści na piel­grzy­mów, nasi na pewno nie dopu­ści­liby się samo­wol­nej pomsty. Zresztą i poprzed­nio pro­ku­ra­tor krzyw­dził nas wielce. Kiedy pew­nego razu na dzie­dziń­cach świą­tyni zebrały się ogromne masy wier­nych, aby w spo­koju obcho­dzić święto, jeden z rzym­skich żoł­nie­rzy roze­brał się i obró­cił tyłem. Wywo­łało to powszechne obu­rze­nie. Kuma­nus jed­nak i Celer, zamiast uka­rać win­nego, ścią­gnęli do twier­dzy koło świą­tyni nowe oddziały woj­ska. Na widok zbroj­nych wie­lo­ty­sięczne tłumy rzu­ciły się do ucieczki, wszy­scy bowiem byli prze­ko­nani, że zaraz doj­dzie do masa­kry. Iluż to wów­czas ludzi zgi­nęło, wza­jem się tra­tu­jąc w cia­snych przej­ściach i ulicz­kach!

Mimo tych wywo­dów sprawa Żydów przed sądem cesar­skim wyglą­dała źle. Spo­dzie­wano się powszech­nie, że uwię­zieni dostoj­nicy zapłacą życiem za owe roz­ru­chy. Bo prze­cież sami musieli przy­znać, że w ich kraju doszło do gor­szą­cego występku: lud ośmie­lił się pod­nieść rękę na rzym­ską wła­dzę! Kto był głów­nym wino­wajcą, nie inte­re­so­wało tu nikogo. Rze­czy­wi­stego prze­biegu wypad­ków i tak nie da się odtwo­rzyć. Obo­wiąz­kiem pod­da­nych jest cier­pieć w poko­rze i spo­koj­nie cze­kać na spra­wie­dli­wość. Obcią­żał Żydów i ten oczy­wi­sty fakt, że to wła­śnie oni, a nie Sama­ry­ta­nie i nie Kuma­nus, byli w kaj­da­nach. A więc namiest­nik Syrii, który pierw­szy roz­pa­try­wał sprawę i naj­le­piej znał sytu­ację w Judei, opo­wie­dział się prze­ciwko Żydom. I wresz­cie: było publiczną tajem­nicą, że wielu wyzwo­leń­ców cesa­rza sprzyja wła­śnie Kuma­nusowi i Sama­ry­ta­nom.

Wobec takich prze­wi­dy­wań cesar­ski wyrok był praw­dzi­wym zasko­cze­niem. Klau­diusz orze­kał:

Istot­nymi spraw­cami ostat­nich zabu­rzeń w Judei są Sama­ry­ta­nie. Dla­tego obec­nych w Rzy­mie człon­ków ich dele­ga­cji należy natych­miast aresz­to­wać. Winni oni ponieść karę śmierci.

Pro­ku­ra­tor Kuma­nus zawiódł zaufa­nie. Ponosi czę­ściową odpo­wie­dzial­ność za wypadki w Sama­rii. Będzie zesłany na wygna­nie. Dowódca Celer dopu­ścił się poważ­nych wykro­czeń. Winien jest śmierci wielu tysięcy ludzi. Dla­tego ma być przy­kład­nie uka­rany: będzie włó­czony po uli­cach Jero­zo­limy, a następ­nie ścięty.

Wkrótce po tym wyroku ogło­szono ofi­cjal­nie:

Nowym pro­ku­ra­to­rem Judei mia­nuje się Marka Anto­niu­sza Feliksa. Ze względu na wyjąt­kową sytu­ację w tym kraju pod jego roz­kazy oddaje się rów­nież wszyst­kie jed­nostki wojsk rzym­skich sta­cjo­nu­jące w Judei, choć pro­ku­ra­to­rzy z zasady mają tylko wła­dzę cywilną.

Cesarz nie mógł prze­wi­dzieć, że w rok po obję­ciu urzę­do­wa­nia Feliks otrzyma jesz­cze coś wię­cej, co rów­nież ni­gdy nie tra­fiało się cesar­skim pro­ku­ra­to­rom: rękę pięk­nej kró­lo­wej, Dru­zylli. Ona nato­miast, poślu­bia­jąc pro­ku­ra­tora-wyzwo­leńca, wie­działa, że bie­rze za męża praw­dzi­wego władcę Judei. Cóż teraz zna­czy Bere­nika i jej małost­kowa nie­na­wiść?

Pal­las

W winiar­niach i łaź­niach Rzymu, pod arka­dami cyr­ków i u bal­wie­rzy – sło­wem wszę­dzie, gdzie roz­pra­wiano o poli­tyce i naj­now­szych plot­kach, sprawa sądu nad Żydami wywo­ły­wała przez pewien czas wiele oży­wio­nych spo­rów. Skąd ów nie­spo­dzie­wany obrót rze­czy? Ci, któ­rych sta­wiono w kaj­da­nach, są teraz wolni i trium­fują. Ci, co mieli tylko świad­czyć, ode­szli do cel śmierci. A jak surowe kary dotknęły pro­ku­ra­tora i dowódcę! Któż to wywarł tak silny wpływ na decy­zje cesa­rza?

Na jedno zga­dzali się wszy­scy: jakąś rolę w tym musiał ode­grać król Agryppa. Wła­śnie bawi w Rzy­mie, a wia­domo, że w potrze­bie chęt­nie pomaga swym współ­wy­znaw­com; bo choć myśli po grecku, wię­zów reli­gij­nych z żydo­stwem nie zrywa. Jego słowo wiele zna­czy u Klau­diu­sza. Jed­nakże król Chal­kis nie zdo­łałby prze­ciw­wa­żyć zda­nia cesar­skich wyzwo­leń­ców, gdyby ci dzia­łali zgod­nie. A więc z pew­no­ścią nastą­pił wśród nich jakiś roz­łam. To zresztą nic dziw­nego, bo wyzwo­leńcy bez prze­rwy toczą wza­jem praw­dziwe wojny pod­jaz­dowe. Cie­kawe jest tylko, jak przed­sta­wia się aktu­alny układ sił, kto wal­czy prze­ciw komu. Klu­czem do roz­wią­za­nia zagadki stała się nomi­na­cja Feliksa.

Z tą chwilą tajem­nica wyroku była już jasna. Jeśli zyskuje Feliks, to za tym wszyst­kim stoi rów­nież jego brat Pal­las. Jeśli zaś Pal­las, to i ktoś jesz­cze moż­niej­szy w ostat­nich latach – żona cesa­rza. Nie ucho­dzi ona za życz­liwą Żydom, to prawda. Dla­czego więc uwol­niono ich od winy? Z pew­no­ścią po pro­stu w tym celu, aby uspo­koić lud­ność Judei i uła­twić rządy nowemu pro­ku­ra­to­rowi.

Czy słuszny był pogląd, że Pal­las i żona cesa­rza współ­dzia­łają tak ści­śle? Dla ludzi dobrze zna­ją­cych dwór nie ule­gało to żad­nej wąt­pli­wo­ści. Ich zda­niem swoje zna­cze­nie wyzwo­le­niec zawdzię­czał nie tylko ofi­cjal­nie pia­sto­wa­nemu sta­no­wi­sku. Co prawda, i ono było bar­dzo ważne, a nade wszystko ogrom­nie intratne, Pal­las bowiem był u boku cesa­rza a ratio­ni­bus – „od rachun­ko­wo­ści”. Tytuł skromny, w prak­tyce jed­nak dawał wyzwo­leń­cowi kon­trolę finan­sów zarówno całego Impe­rium, jak i pry­wat­nego majątku władcy. To wszakże samo przez się jesz­cze by nie sta­no­wiło wystar­cza­ją­cej pod­stawy potęgi Pal­lasa, jesz­cze by nie uspra­wie­dli­wiało jego pychy, nad którą zdu­mie­wali się ludzie nawet wiele, wiele lat póź­niej. Dowo­dów tej pychy zło­żył za życia dużo, a posta­rał się też, aby blask swo­jej wiel­ko­ści uka­zać przy­szłym poko­le­niom.

W jakieś pół wieku po opi­sa­nych wypad­kach natknął się na pomnik Pal­la­so­wej zaro­zu­mia­ło­ści sławny wów­czas ary­sto­krata i poli­tyk, a zara­zem dobry pisarz, Pli­niusz Młod­szy.

Pew­nego razu nie­siono go w lek­tyce – tak podró­żo­wali wszy­scy zna­mie­nici – drogą wio­dącą z Rzymu do pobli­skiego mia­steczka Tibur. W tej pięk­nej miej­sco­wo­ści pod­gór­skiej Pli­niusz posia­dał wspa­niałą willę, jedną z wielu. Poczy­na­jąc od gra­nicy Rzymu, po obu stro­nach drogi wzno­siły się rzę­dem wspa­niałe gro­bowce. Tak samo zresztą było przy wszyst­kich innych dro­gach wycho­dzą­cych z mia­sta, bo w owych cza­sach nie zakła­dano osob­nych cmen­ta­rzy. Ci, któ­rzy odbyli już wędrówkę życia, towa­rzy­szyli spie­szą­cym gdzieś podróż­nym. Gro­bowce były oka­załe, kamienne i mar­mu­rowe, zdo­bione rzeź­bami i malo­wi­dłami, nie­kiedy oto­czone ogród­kami. Napisy na pły­tach dokład­nie infor­mo­wały, kto spo­czywa wewnątrz i czego za życia doko­nał; wyczy­tać tam też można było wyrazy bólu rodziny, moralne prze­strogi niby to z ust zmar­łego, a nawet żarty. O miej­sce swego wiecz­nego spo­czynku każdy Rzy­mia­nin dbał zawczasu i bar­dzo pil­nie. Jeśli nie miał gro­bowca rodzin­nego, budo­wał go jesz­cze za swego życia lub zle­cał to w testa­men­cie spad­ko­bier­com. Ludzie ubo­dzy, zwłasz­cza nie­wol­nicy, któ­rych nie stać było na wła­sny grób, zapi­sy­wali się do spe­cjal­nych sto­wa­rzy­szeń, kole­giów; drobne składki zapew­niały człon­kom pogrzeb i pomiesz­cze­nie we wspól­nym gro­bowcu. Nato­miast nowo­bo­gaccy, a zwłasz­cza wyzwo­leńcy, wysi­lali się, aby wspa­nia­ło­ścią swych gro­bo­wych budowli zaim­po­no­wać potom­nym. To par­we­niu­szow­skie pysz­nie­nie się mająt­kiem nawet po śmierci było przed­mio­tem czę­stych szy­derstw ze strony ówcze­snych saty­ry­ków. Pli­niusz, spo­glą­da­jąc na świetne pomniki zga­słych wiel­ko­ści, musiał przy­po­mi­nać sobie pewną scenę z dow­cip­nej powie­ści sprzed pół wieku, a więc z cza­sów Pal­lasa. Auto­rem powie­ści był Petro­niusz. Otóż jedna z wystę­pu­ją­cych tam postaci, wyzwo­le­niec-milio­ner Try­mal­chion, tak mówi do swego przy­ja­ciela:

„Cóż tam, naj­droż­szy przy­ja­cielu, czy budu­jesz mój pomnik, jak ci to pole­ci­łem? Bar­dzo cię pro­szę, byś u stóp mego posągu umie­ścił suczkę i wieńce, i łagiewki z maściami, i wszyst­kie walki [gla­dia­tora] Petra­itesa, bym dzięki tobie mógł żyć po śmierci; nadto, niech ma dłu­go­ści sto stóp, a głę­bo­ko­ści stóp dwie­ście, bo chcę mieć wkoło popio­łów swo­ich wszel­kiego rodzaju owoce i obszerną win­nicę. Jest to bowiem opacz­nie, dbać o zdob­ność domu, póki się żyje, a nie dbać o ten dom, gdzie dłu­żej miesz­kać się będzie. I przeto pra­gnę przede wszyst­kim, by zazna­czono: «Pomnik ten nie prze­cho­dzi na spad­ko­biercę». Zresztą nie omiesz­kam zawa­ro­wać sobie testa­men­tem, by mnie po śmierci nie krzyw­dzono. Prze­zna­czę bowiem jed­nego ze swych wyzwo­leń­ców do strze­że­nia mego grobu, by lud nie zała­twiał potrzeby na moim pomniku. Pro­szę cię też, byś przed­sta­wił na pomniku statki pły­nące peł­nymi żaglami i mnie sie­dzą­cego na try­bu­nie w bia­łej todze z pur­pu­ro­wym brze­giem, z pię­cioma zło­tymi pier­ście­niami, sypią­cego pie­niędzmi z woreczka; bo wiesz, że wyda­łem zabawę publiczną, dwa denary na głowę. Można umie­ścić też, jeśli uznasz, stoły z jadłem i cały lud, jak sobie doga­dza. Po mojej pra­wicy ustaw posąg mej For­tu­naty z gołę­bicą w ręce, i niech pro­wa­dzi suczkę uwią­zaną do prze­pa­ski, i mego chło­paczka, i duże amfory zatkane gip­sem, by wino nie wycie­kło. I możesz wyrzeź­bić jedną urnę roz­bitą i pła­czą­cego nad nią nie­wol­nika. We środku zegar sło­neczny, by każdy, kto spoj­rzy na godzinę, musiał chcąc nie chcąc prze­czy­tać tam me imię. Co do napisu, to roz­waż dokład­nie, czy dosta­tecz­nym wyda ci się nastę­pu­jący: «Gajusz Pom­pe­jusz Try­mal­chion Mece­na­tia­nus tu leży. Przy­znano mu sewi­rat w jego nie­obec­no­ści; mógł mieć dostęp do wszyst­kich deku­ryj rzym­skich, ale nie chciał. Był oddany, dzielny i wierny. Wyrósł z małego. Zosta­wił trzy­dzie­ści milio­nów sester­ców, ni­gdy nie słu­chał filo­zo­fów. Bądź zdrów. – I ty także»”1.

Czy Petro­niusz, wyszy­dza­jąc nowo­bo­gacką pychę Try­mal­chiona, godził w Pal­lasa, któ­rego znał oso­bi­ście, jako współ­cze­sny mu i bli­ski dwo­rowi? To bar­dzo moż­liwe. A w każ­dym razie napis na gro­bie cesar­skiego wyzwo­leńca był co naj­mniej rów­nie pom­pa­tyczny i ocie­ka­jący zaro­zu­mia­ło­ścią, jak ten, który zapro­jek­to­wał dla sie­bie Try­mal­chion. Odkrył ów napis Pli­niusz, kiedy w dro­dze do Tibur z nudów zajął się oglą­da­niem gro­bów. Nie­spo­dzie­wa­nie, jesz­cze przed pierw­szym kamie­niem milo­wym, kazał swoim ludziom przy­sta­nąć. Dokład­nie odczy­tał, a nawet pole­cił prze­pi­sać tablicę, która gło­siła, że tu spo­czy­wają pro­chy Marka Anto­niu­sza Pal­lasa, a ratio­ni­bus cesa­rza Klau­diu­sza, oraz wyli­czała jego zasługi i god­no­ści. Takie pre­zen­to­wa­nie zmar­łego było regułą na napi­sach gro­bo­wych, nie to więc zasta­no­wiło Pli­niu­sza. Zdu­miało go zda­nie koń­cowe, godne Try­mal­chio­no­wej próż­no­ści:

„Senat przy­znał mu, z powodu wier­no­ści i odda­nia dla patro­nów, odzna­cze­nia pre­tor­skie i pięć milio­nów sester­ców; on jed­nak zado­wo­lił się samym zaszczy­tem”.

Wzmianka o tej dziw­nej uchwale senatu mocno zain­try­go­wała Pli­niu­sza. Zadał sobie trud jej odszu­ka­nia w archi­wum pań­stwo­wym. A kiedy tylko zapo­znał się z pełną tre­ścią doku­mentu, zawrzał obu­rze­niem. Wystar­czy przy­to­czyć urywki z listu, który zaraz po tym napi­sał do jed­nego ze swych przy­ja­ciół:

„Uchwała jest tak pełna pochlebstw i wręcz wylewna, że ów pyszny napis gro­bowy wydaje się skromny i pokorny. Mam uwa­żać jej auto­rów za ludzi dow­cip­nych, czy też nie­szczę­snych? Nazwał­bym ich żar­tow­ni­siami, gdyby dow­cip­ko­wa­nie godziło się z powagą senatu. Uznał­bym za god­nych lito­ści – któż jed­nak jest aż tak nie­szczę­sny, by dał się tak poni­żyć? Cóż to więc było? Żądza kariery? Lecz cóż to za sza­le­niec, który pra­gnie robić karierę, hań­biąc sie­bie i spo­łecz­ność! I to w takim pań­stwie, w któ­rym ten był poży­tek z naj­świet­niej­szej god­no­ści: można było pierw­szemu chwa­lić Pal­lasa.

Pomi­jam już to, że nie­wol­ni­kowi Pal­la­sowi przy­znaje się odzna­cze­nia pre­tor­skie, bo przy­znają je nie­wol­nicy. Pomi­jam i to, że auto­rzy uchwały posta­na­wiają: należy Pal­lasa nie tylko zachę­cić, ale nawet zmu­sić do nosze­nia zło­tego pier­ście­nia sena­tor­skiego, godzi­łoby bowiem w maje­stat senatu, gdyby ktoś w stop­niu pre­tora uży­wał pier­ście­nia żela­znego. Wszystko to rze­czy drobne i można przejść nad nimi do porządku. Warto nato­miast zapa­mię­tać co innego: oto w imie­niu Pal­lasa senat czy­nił dzięki cesa­rzowi, bo zaszczyt­nie wspo­mniał on o swym wyzwo­leńcu i dał też sena­towi moż­ność oka­za­nia życz­li­wo­ści ku niemu. Cóż bowiem pięk­niej­szego dla senatu, niż wydać się miłym Pal­la­sowi?

Czy­tamy dalej, że senat chciał wypła­cić Pal­la­sowi ze skarbu pań­stwa pięć milio­nów sester­ców. I czym bar­dziej Pal­las wzdra­gał się przy­jąć te pie­nią­dze, tym usil­niej senat pro­sił ojca nas wszyst­kich, cesa­rza, aby zmu­sił go do ustęp­stwa. Tego jesz­cze bra­ko­wało! Pro­wa­dzić ofi­cjalne roz­mowy z Pal­lasem i bła­gać go, aby raczył wziąć dar senatu! Sam cesarz ma patro­no­wać i adwo­ka­to­wać tej pysz­nej skrom­no­ści wyzwo­leńca! Pal­las wzgar­dził pie­niędzmi. Bar­dziej aro­gancko nie mógł postą­pić. Senat i to chwali – uda­jąc, że się skarży – tymi słowy: ponie­waż władca naj­lep­szy i ojciec nas wszyst­kich uznał za wła­ściwe anu­lo­wać na prośbę Pal­lasa tę część uchwały, która przy­zna­wała Pal­la­sowi pięć milio­nów sester­ców, senat oświad­cza, że i w tym wypadku poszedł za wolą cesa­rza… Wyobraź sobie tę scenę! Pal­las sta­wia veto prze­ciw uchwale senatu, sam ogra­ni­cza swoje honory, odma­wia przy­ję­cia pię­ciu milio­nów, że to niby zbyt wiele, przyj­muje jed­nak odzna­cze­nia pre­tor­skie, jakby to było mniej”2.

Tyle Pli­niusz. A jakaż to była szcze­gólna zasługa Pal­lasa, dla któ­rej senat powziął ową pamiętną uchwałę? Oto wyzwo­le­niec przed­sta­wił pro­jekt nowego prawa:

Kobieta wolna, która wiąże się z nie­wol­ni­kiem, popeł­nia prze­stęp­stwo i musi ponieść karę. Jeśli uczy­niła to bez zgody pana owego nie­wol­nika, sama staje się nie­wol­nicą, jeśli zaś za wie­dzą, ma być trak­to­wana jak wyzwo­le­nica. To samo doty­czy dzieci z takiego związku.

Pro­jekt Pal­lasa senat przy­jął z aplau­zem; nabrał on mocy praw­nej jako spe­cjalna uchwała, bar­dzo szcze­gó­łowa i prze­wi­du­jąca różne wypadki, jakie mogą zda­rzyć się w prak­tyce. A więc na przy­kład: córka czło­wieka wol­nego żyje z nie­wol­ni­kiem za zgodą swego ojca, ale wbrew woli pana nie­wol­nika – lub też odwrot­nie: bez zgody ojca, a za wie­dzą pana; kobieta wiąże się z nie­wol­ni­kiem swego syna; nie­wol­nik, z któ­rym żyje kobieta wolna, ma kilku panów.

Oczy­wi­ście bez porów­na­nia czę­ściej spo­ty­kało się sytu­ację odwrotną: wolny męż­czy­zna współ­żył z nie­wol­nicą. To jed­nak ucho­dziło za rzecz naj­zu­peł­niej nor­malną i w niczym nie nara­żało na szwank pozy­cji spo­łecz­nej i praw­nej owego męż­czy­zny. Co wię­cej, uwa­żano powszech­nie, że lepiej wziąć sobie nie­wol­nicę, niż uwo­dzić panny i mężatki lub krę­po­wać się mał­żeń­stwem. W naj­gor­szym wypadku pan nie­wol­nicy mógł oskar­żyć jej kochanka o naru­sze­nie wła­sno­ści pry­wat­nej; mógł też rościć pre­ten­sje do dziecka z tego związku.

Nie należy uwa­żać posta­no­wień, któ­rych ini­cja­to­rem był Pal­las, za dowód pogor­sze­nia się sytu­acji nie­wol­ni­ków. Wprost prze­ciw­nie. Wła­śnie w tym okre­sie prawo zaczy­nało sta­wać w ich obro­nie. Miało to swoje kon­kretne przy­czyny. Nie pro­wa­dzono już wiel­kich wojen zdo­byw­czych, a więc dopływ nie­wol­ni­ków się skur­czył, ich ceny poszły w górę. W roku 19 wydano ustawę, która nieco ogra­ni­czała swo­bodę dys­po­no­wa­nia życiem nie­wol­ni­ków; odtąd pan mógł wyzna­czać ich do walki z dzi­kimi zwie­rzę­tami na are­nie cyrku tylko za zgodą odpo­wied­niego urzędu. Ustawa z roku 20 zastrze­gła, że nie­wol­nicy podej­rzani o popeł­nie­nie prze­stęp­stwa mają być pod­da­wani takiej samej pro­ce­du­rze sądo­wej, jak i ludzie wolni. Te ustawy uka­zały się jesz­cze za rzą­dów Tybe­riu­sza, nato­miast sam Klau­diusz zarzą­dził, że chory lub kaleki nie­wol­nik porzu­cony przez swego pana uzy­skuje wol­ność; a jeśliby pan zabił takiego nie­wol­nika, będzie pocią­gnięty do odpo­wie­dzial­no­ści jako mor­derca.

Ci nie­wol­nicy, któ­rzy prze­by­wali w mia­stach, cie­szyli się wów­czas znaczną swo­bodą. Nad­miaru wol­nych męż­czyzn w Ita­lii nie było, bo od kraju odry­wały ich, i to nie­raz na dłu­gie lata, służba woj­skowa, inte­resy han­dlowe w pro­win­cjach, kariera urzęd­ni­cza. W tych warun­kach łatwo było nie­wol­ni­kom znaj­do­wać sobie kobiety wolne, zwłasz­cza z warstw uboż­szych. Stało się to zja­wi­skiem na tyle powszech­nym i powo­do­wało tak wiele roz­ma­itych kom­pli­ka­cji życio­wych, że wła­dze uznały za konieczne poło­żyć mu tamę. Stąd wła­śnie owa uchwała, która odtąd obo­wią­zy­wała przez pięć wie­ków. Wielu ojców, rzu­ca­ją­cych gromy na bez­czel­ność nie­wol­ni­ków i bez­wstydną swo­bodę kobiet, powi­tało Pal­la­sowy pro­jekt z praw­dziwą rado­ścią. Owe honory, któ­rymi obsy­pano wnio­sko­dawcę, miały pewne uza­sad­nie­nie w opi­nii publicz­nej. Pal­las wie­dział, że taka będzie reak­cja w sena­cie i spo­łe­czeń­stwie i wła­śnie dla­tego pod­jął się refe­ro­wa­nia sprawy. Miało to jed­nak pewną stronę para­dok­salną, nie­mal zabawną: oto autor uchwały był nie­dawno nie­wol­ni­kiem, jego zaś brat Feliks, rów­nież w prze­szło­ści nie­wol­nik, już był żonaty z księż­niczką mau­re­tań­ską, a dwa lata po wej­ściu uchwały w życie miał poślu­bić kró­lową z Judei. Oczy­wi­ście uchwała for­mal­nie nie doty­czyła wyzwo­leń­ców, lecz bez kąśli­wych uwag i tak się nie obe­szło.

Łatwo było Pli­niu­szowi roz­dzie­rać szaty nad upad­kiem senatu. Łatwo mu było wołać:

– Jak­żeż się cie­szę, że nie żyłem w tam­tych cza­sach!

Gdyby jed­nak uczest­ni­czył w posie­dze­niu, które dzię­ko­wało Pal­la­sowi za zbaw­czy pro­jekt i obmy­ślało dlań zaszczyty, gło­so­wałby zapewne jak wszy­scy. I nie­chyb­nie zna­la­złby póź­niej uspra­wie­dli­wie­nie dla każ­dego swego słowa.

Uchwała przy­zna­jąca Pal­la­sowi odzna­cze­nia pre­tor­skie i owe miliony, z któ­rych łaska­wie zre­zy­gno­wał, zapa­dła 23 stycz­nia roku 52. A więc był to ten sam rok, w któ­rym odbył się sąd cesar­ski nad Żydami; ten sam, w któ­rym Feliks otrzy­mał zarząd Judei. Dobry to był rok dla obu braci wyzwo­leń­ców; jeden został pro­ku­ra­to­rem z nad­zwy­czaj­nymi upraw­nie­niami, drugi człon­kiem senatu w ran­dze pre­tora.

Te łaski i zaszczyty spły­wały na nich nie bez głęb­szej przy­czyny. To, że Pal­las był wów­czas tak butny i wielce wpły­wowy, zawdzię­czał dobremu popro­wa­dze­niu trud­nej gry jesz­cze przed czte­rema laty.

Wtedy to, jesie­nią roku 48, roze­grała się na dwo­rze Klau­diu­sza ponura tra­ge­dia. Wyzwo­le­niec Nar­cyz otwo­rzył cesa­rzowi oczy: żona, Wale­ria Mes­sa­lina, zdra­dza go od lat; ostat­nio jaw­nie świę­ciła gody weselne z Gaju­szem Syliu­szem. Pora­żony bólem i stra­chem władca wró­cił natych­miast z Ostii do Rzymu. Sta­nął w kosza­rach pre­to­ria­nów. Tam ścią­gnięto wszyst­kich kochan­ków wia­ro­łom­nej i bez­zwłocz­nie ścięto. Mes­sa­lina jesz­cze pró­bo­wała dotrzeć do męża i prze­bła­gać go. Ale Nar­cyz czu­wał. Nie dopu­ścił ani jej, ani też naj­star­szej westalki, która pra­gnęła upro­sić cesa­rza, by przy­naj­mniej wysłu­chał żonę. Mimo to sam Klau­diusz wie­czo­rem tegoż dnia pole­cił, aby „nie­szczę­sna” – użył tego wła­śnie okre­śle­nia – sta­wiła się naza­jutrz dla przed­sta­wie­nia swej sprawy. Choć nie­któ­rzy uwa­żali to za dowód wyjąt­ko­wej sła­bo­ści cesa­rza, postę­po­wał on roz­sąd­nie. Sprawa cudzo­łóstw Mes­sa­liny miała swój aspekt poli­tyczny; ist­niały uza­sad­nione obawy, że przy­go­to­wy­wano zamach stanu w celu osa­dze­nia na tro­nie wła­śnie jej „męża” Syliu­sza. Teraz, po roz­gro­mie­niu spi­sku i uśmier­ce­niu win­nych, pozo­stała tylko pry­watna uraza bez­czel­nie zdra­dzanego męża. Tutaj jed­nak Klau­diusz mógł pozwo­lić sobie na wiel­ko­dusz­ność. Prze­cież Mes­sa­lina była matką jego dwojga dzieci: sied­mio­let­niego Bry­tan­nika i tylko nieco star­szej Okta­wii. Mimo wszel­kich win i sza­leństw Mes­sa­liny trudno byłoby zabie­rać ją dzie­ciom.

Nar­cyz prze­wi­dy­wał, jakie są zamiary Klau­diu­sza. Natych­miast po usły­sze­niu tych słów wybiegł do ofi­cera peł­nią­cego służbę i krzyk­nął:

– Wyko­nać bez­zwłocz­nie wyrok na Mes­sa­li­nie!

Dla wszel­kiej pew­no­ści razem z żoł­nie­rzami pchnął jed­nego ze swych wyzwo­leń­ców.

Cesa­rzową zastali w jej wspa­nia­łych ogro­dach, nie­gdyś nale­żą­cych do Lukul­lusa. Leżała na ziemi, to pła­cząc i roz­pa­cza­jąc, to cze­pia­jąc się zwod­nych nadziei, a nawet wybu­cha­jąc gnie­wem. Była przy niej tylko jej matka, Domi­cja Lepida. Nie żyła z córką w zgo­dzie. Teraz jed­nak przy­szła. Mówiła:

– Nie cze­kaj na kata! Twoje życie już minęło. Jedyne, co jesz­cze możesz zro­bić dla sie­bie, to god­nie umrzeć!

Żoł­nie­rze wywa­lili bramę siłą. Try­bun sta­nął, mil­cząc. Za to wyzwo­le­niec nie szczę­dził ohyd­nych wyzwisk. Mes­sa­lina wresz­cie zro­zu­miała, że to już koniec. Wzięła do ręki szty­let, drżącą ręką usi­ło­wała wbić go to w pierś, to w szyję. Ofi­cer, znie­cier­pli­wiony, pchnął ostrze moc­niej. Try­snęła krew.

Wia­do­mość o śmierci żony Klau­diusz przy­jął pozor­nie z cał­ko­witą obo­jęt­no­ścią. To zacho­wa­nie jed­nych dzi­wiło, innych obu­rzało. A prze­cież w obli­czu tej tra­ge­dii udany spo­kój był jedyną maską godną cesa­rza. W głębi serca Klau­diusz nie mógł się pogo­dzić z myślą, że Mes­sa­lina już nie żyje – kobieta piękna, uko­chana i znie­na­wi­dzona, matka jego dzieci. Raz tylko, i to na kró­ciutki moment, roz­darła się zasłona kry­jąca jego naj­głęb­szą tajem­nicę – wciąż żywą pamięć Mes­sa­liny. W jakiś czas po jej śmierci, kiedy poda­wano do stołu, nagle zwró­cił się do służby:

– Czemu pani nie przy­cho­dzi?

Może wła­śnie dla­tego, że Mes­sa­lina była wciąż obecna w jego sercu i myślach, Klau­diusz posta­no­wił znowu się oże­nić. Co prawda, czy­niąc to, łamał uro­czy­ste przy­rze­cze­nie, które zło­żył swoim pre­to­ria­nom zaraz po wykry­ciu zdrady Mes­sa­liny:

– Ponie­waż moje dotych­cza­sowe mał­żeń­stwa nie były dobre, będę żył w celi­ba­cie. Jeśli nie dotrzy­mam tego posta­no­wie­nia, zga­dzam się, aby­ście mnie zabili!

To jed­nak powie­dział w afek­cie. Mał­żeń­stwa istot­nie nie były udane. Dwa pierw­sze zakoń­czyły się roz­wo­dami: z Plau­cją Urgu­la­nillą z powodu jej zbyt swa­wol­nego trybu życia i podej­rze­nia o współ­udział w jakiejś zbrodni; z Elią Petyną z przy­czyny drob­nych, ale uciąż­li­wych nie­po­ro­zu­mień. Trze­cią żoną była Mes­sa­lina.

Któ­rej z pięk­nych pań Rzymu przy­pad­nie teraz zaszczyt wej­ścia do pala­tyń­skiego domu?

Rzecz była wiel­kiej wagi, zwłasz­cza dla wyzwo­leń­ców. Klau­diusz miał już lat pra­wie sześć­dzie­siąt. Dobrym zdro­wiem nie cie­szył się ni­gdy. Nale­żało myśleć o przy­szło­ści; było jasne, że nowa cesa­rzowa prze­żyje męża i będzie miała wiele do powie­dze­nia, kiedy przyj­dzie obsa­dzać tron.

W całej spra­wie Mes­sa­liny Pal­las zacho­wy­wał się z pełną rezerwą. Nie zwal­czał Nar­cyza, bo Mes­sa­lina była wroga wszyst­kim wyzwo­leń­com, ale i nie popie­rał, bo rywa­li­zo­wali od dawna. Obec­nie jed­nak nie miał zamiaru pozo­stać na ubo­czu.

Każdy z wyzwo­leń­ców popie­rał inną kan­dy­da­turę.

Nar­cyz, któ­remu sprawne prze­pro­wa­dze­nie akcji prze­ciwko Mes­sa­li­nie dało wielki auto­ry­tet na dwo­rze, w tej spra­wie popeł­nił pewien błąd – może zresztą z nad­miaru ostroż­no­ści. Wpadł na pomysł, aby Klau­diusz pojął Elię Petynę, która prze­cież już raz była jego żoną! Nar­cyz argu­men­to­wał tak:

Elia jest już dobrze znana cesa­rzowi; wia­domo, jak się zachowa i czego się po niej spo­dzie­wać. Co naj­waż­niej­sze, Klau­diusz ma z nią córkę Anto­nię, naj­star­sze ze swych żyją­cych dzieci; cze­muż by Elia nie miała oto­czyć opieką i sie­rot po Mes­sa­li­nie?

Jed­nakże powtórny oże­nek z tą samą kobietą wydał się czymś nader dzi­wacz­nym. Nie­for­tunny plan rychło upadł i Nar­cyz patrzył ze zgry­zotą, że praw­dziwe szanse mają tylko kan­dy­datki jego dwóch rywali, Kal­li­sta i Pal­lasa.

Kal­list opo­wia­dał się za Lol­lią Pau­liną. Pocho­dziła ze świet­nego rodu. Jej dziad nale­żał do dorad­ców cesa­rza Augu­sta. Co wię­cej, Lol­lia była już – choć bar­dzo krótko – cesa­rzową, poślu­biła bowiem Kali­gulę, poprzed­nika Klau­diu­sza na tro­nie. Prawdę mówiąc, to mał­żeń­stwo było zawarte w spo­sób co naj­mniej nie­zwy­kły. Ktoś wyra­ził się w obec­no­ści Kali­guli, że babka Lol­lii była swego czasu naj­pięk­niej­szą kobietą w Rzy­mie. Sama Lol­lia była wów­czas żoną Mem­miu­sza Regu­lusa, namiest­nika pro­win­cji bał­kań­skich, i tam z nim prze­by­wała. Cesarz roz­ka­zał obojgu natych­miast sta­wić się w Rzy­mie i wziąć roz­wód, a potem sam oże­nił się z Lol­lią. W cza­sie uro­czy­sto­ści ślub­nych nie­ży­ją­cego ojca Lol­lii zastę­po­wał jej nie­dawny mąż. Mał­żeń­stwo było krót­ko­trwałe. Porzu­ca­jąc Lol­lię, cesarz spe­cjal­nym edyk­tem zabro­nił jej nowego zamąż­pój­ścia; kobieta, która była żoną cesa­rza, nie powinna już dzie­lić łoża z nikim.

Lol­lia miała jesz­cze jedną zaletę: bajeczny mają­tek. Jeden ze współ­cze­snych pisze:

„Widzia­łem raz Lol­lię Pau­linę, żonę Kali­guli; nie była to jakaś wielka uro­czy­stość, lecz tylko skromne przy­ję­cie zarę­czy­nowe. Otóż Lol­lia była cała okryta szma­rag­dami i per­łami. Błysz­czały one, uło­żone na prze­mian, na całej gło­wie i we wło­sach, w uszach, na szyi, na pal­cach. Łączną ich war­tość sza­co­wano na czter­dzie­ści milio­nów. A nie był to dar władcy, lecz mają­tek po dziadku, zdo­byty gra­bieżą pro­win­cji”3.

Za Lol­lią wresz­cie, zda­niem Kal­li­sta, prze­ma­wiało i to, że była bez­dzietna; wolno więc było spo­dzie­wać się, że obda­rzy sie­roty uczu­ciem szcze­rym i nie­po­dziel­nym.

Gdy­byż to Lol­lia mogła prze­wi­dzieć, jak drogo zapłaci za ambi­cję poślu­bie­nia dru­giego władcy Rzymu!

A kogo popie­rał Pal­las?

Agryp­pina

Swoją kan­dy­datkę Pal­las przed­sta­wiał tak:

Ta piękna kobieta w sile wieku (ma lat trzy­dzie­ści dwa), pełna tem­pe­ra­mentu i ener­gii, god­nie repre­zen­tuje dosto­jeń­stwo wiel­kich tra­dy­cji. Jest pra­wnuczką cesa­rza Augu­sta, rodzoną sio­strą poprzed­niego cesa­rza, Kali­guli, była żoną jed­nego z naj­świet­niej­szych ary­sto­kra­tów, Gne­ju­sza Domi­cju­sza. Prawda, że jest bra­ta­nicą samego Klau­diu­sza; dla celów matry­mo­nial­nych to pokre­wień­stwo może wydać się zbyt bli­skie. Ale cho­dzi wła­śnie o to, aby kobieta z panu­ją­cej rodziny nie wnio­sła jej bla­sku do zwy­kłego domu. Jest to wska­zane tym bar­dziej, że z mał­żeń­stwa z Domi­cju­szem Agryp­pina ma syna; jest on spad­ko­biercą rodu, który świet­no­ścią nie­wiele ustę­puje cesar­skiemu. Czy nie byłoby celowe jesz­cze sil­niej zwią­zać go z dyna­stią?

Pal­las miał cał­ko­witą słusz­ność, wska­zu­jąc na wiel­kość rodu Domi­cju­szów Ahe­no­bar­bów. Przed wie­kiem Lucjusz Domi­cjusz nale­żał do naj­za­cięt­szych prze­ciw­ni­ków Juliu­sza Cezara, kiedy ten wal­czył z Pom­pe­ju­szem; zgi­nął w bitwie pod Far­sa­los. Jego syn Gne­jusz przy­łą­czył się do zabój­ców Cezara i był śmier­tel­nym wro­giem Okta­wiana, póź­niej­szego cesa­rza Augu­sta. Nato­miast syn Gne­jusza, noszący imię dziadka – Lucjusz, pogo­dził się z nowym ustro­jem. W nagrodę otrzy­mał naj­wyż­sze god­no­ści oraz rękę córki Anto­niu­sza, a zara­zem sio­strze­nicy samego Augu­sta. Ów Lucjusz wsła­wił się trzema rze­czami: świetną umie­jęt­no­ścią powo­że­nia końmi; wypra­wie­niem igrzysk gla­dia­tor­skich tak okrut­nych i krwa­wych, że August roz­ka­zał je prze­rwać; popro­wa­dze­niem wypraw woj­sko­wych w głąb Ger­ma­nii, za Dunaj i Ren. Był pyszny, bez­li­to­sny, lubo­wał się w prze­py­chu.

Zgod­nie z tra­dy­cją Domi­cju­szów syn Lucju­sza znowu otrzy­mał imię Gne­jusz. Pod wzglę­dem cha­rak­teru bar­dzo przy­po­mi­nał ojca. Pew­nego razu na wąskiej dro­dze Appij­skiej (Via Appia) umyśl­nie tak pognał konie, że stra­to­wały idą­cego skra­jem chłopca. Postę­po­wał nie­obli­czal­nie: w pobliżu swego domu przy dro­dze Świę­tej (Via Sacra) wysta­wił wspa­niałe łaź­nie dla ludu, ale nie wie­dzieć z jakiej przy­czyny odmó­wił wypła­ce­nia zwy­cza­jo­wych nagród zwy­cięz­com w wyści­gach rydwa­nów, choć te wyścigi sam urzą­dzał. Bogac­twa i zna­cze­nie rodu zapew­niały mu świetną karierę. Osią­gnął naj­wyż­sze urzędy, a w roku 28, za zgodą panu­ją­cego wów­czas Tybe­riu­sza, otrzy­mał rękę Agryp­piny, przez co sko­li­ga­cił się z domem cesar­skim, bo Agryp­pina była wnuczką Tybe­riu­szo­wego brata.

Wycho­dząc za mąż, dziew­czyna miała zale­d­wie dwa­na­ście lat. Jedyne dziecko z tego mał­żeń­stwa uro­dziło się dopiero po latach dzie­wię­ciu, w poło­wie grud­nia roku 37. Poród był ciężki, bo płód, źle uło­żony w łonie matki, wycho­dził nie główką, lecz nogami. Był to chło­piec. Przy­szedł na świat w Antium, mia­steczku nad­mor­skim, poło­żo­nym trzy­dzie­ści pięć mil na połu­dnie od Rzymu. Lubiano tę miej­sco­wość wypo­czyn­kową, bo dawała moż­ność roz­ko­szo­wa­nia się mor­ską kąpielą i zdro­wym powie­trzem, a nie odry­wała tak od bie­żą­cych spraw i wyda­rzeń w sto­licy, jak wido­kowo pięk­niej­sza, ale też znacz­nie odle­glej­sza Zatoka Neapo­li­tań­ska. Wśród wspa­nia­łych budyn­ków, ota­cza­ją­cych wień­cem zatokę Antium, był zarówno pała­cyk cesar­ski, jak i willa Domi­cju­szów; Agryp­pina prze­by­wała tu chęt­nie i czę­sto.

Syn Gne­ju­sza Domi­cju­sza otrzy­mał, rzecz pro­sta, imię Lucjusz. Jego ojciec nie był pozba­wiony poczu­cia humoru, a zalety swoje i żony znał widać nie­źle. Bo kiedy gra­tu­lo­wano mu potomka, powie­dział:

– Ze mnie i z Agryp­piny nie mogło się zro­dzić nic dobrego!

Wyda­wać by się mogło, że chło­piec roz­po­czyna życie pod szczę­śliwą gwiazdą. Oto na tro­nie cesar­skim zasia­dał wów­czas, już od ośmiu mie­sięcy, brat jego matki, Kali­gula; a więc maleńki Lucjusz Domi­cjusz był sio­strzeń­cem władcy Impe­rium. Co wię­cej, Kali­gula odno­sił się do swych trzech sióstr z nie­zwy­kłą czu­ło­ścią.

Naj­star­szą z nich była wła­śnie Agryp­pina; młod­sza o rok zwała się Dru­zylla; najmłod­sza zaś Liwilla.

Jed­nym z pierw­szych swych dekre­tów cesarz zarzą­dził, że for­muła wszyst­kich ofi­cjal­nych przy­siąg ma koń­czyć się sło­wami: „nie będą mi droż­sze ani moje dzieci, ani ja sam niż Gajusz i jego sio­stry”, for­muła zaś urzę­do­wych spra­woz­dań i roz­po­rzą­dzeń: „co oby było pomyślne, dobre i szczę­sne dla Gaju­sza Cezara i jego sióstr”.

Rychło jed­nak stało się oczy­wi­ste, że Kali­gula jest czło­wie­kiem umy­słowo cho­rym (jego babka Anto­nia podej­rze­wała to od dawna). Swoje sio­stry, zwłasz­cza Dru­zyllę, darzył czymś wię­cej niż bra­ter­skim uczu­ciem. Zabrał ją mężowi i kazał poślu­bić swemu przy­ja­cie­lowi, Emi­liu­szowi Lepi­du­sowi, ale naprawdę trak­to­wał jako wła­sną żonę. Kiedy Dru­zylla zmarła w roku 38, Kali­gula zała­mał się. Stro­nił od ludzi, nie wziął nawet udziału w pogrze­bie. Sie­dział zamknięty w willi nad Jezio­rem Albań­skim i całymi dniami grał w kości. Raz wyrwał się nocą i kazał nieść spiesz­nymi mar­szami aż do Syra­kuz na Sycy­lii; wró­cił szybko, zaro­śnięty i zmi­ze­ro­wany. Naka­zał publiczną żałobę: zawie­szono sądy, zaka­zano wszel­kich uro­czy­sto­ści, nie wolno było śmiać się, kąpać, uczto­wać – nawet w gro­nie rodzin­nym – pod karą śmierci.

Uchwałą senatu zmarła otrzy­mała tytuł „Augu­sta”. Jeden jej złoty posąg sta­nął w sali posie­dzeń, drugi zaś w świą­tyni bogini Wenus, gdzie urzą­dzono osobny ołtarz. Powstało kole­gium kapłań­skie zło­żone z kobiet i męż­czyzn dla odpra­wia­nia nabo­żeństw ku czci Boskiej. Kobiety, skła­da­jąc zezna­nia, miały odtąd przy­się­gać na jej imię. Jako bóstwo nosiła przy­do­mek „Pan­tea” – Wszech­bo­gini.

Sena­tor Gemi­nus oświad­czył pod przy­sięgą:

– Widzia­łem na wła­sne oczy, jak Boska Dru­zylla Augu­sta Pan­tea wstę­po­wała do nieba i roz­ma­wiała z innymi bóstwami. Jeśli mówię nie­prawdę, niech zguba spad­nie na mnie i na moje dzieci!

W nagrodę za praw­do­mów­ność i odwagę cywilną otrzy­mał milion sester­ców.

Wów­czas to wła­śnie w dale­kiej Pale­sty­nie, w kró­lew­skim rodzie Heroda, przy­szła na świat dziew­czynka. Dla uczcze­nia pamięci boskiej sio­stry Kali­guli dano jej imię Dru­zylla; ona to za lat pięt­na­ście miała zostać żoną Feliksa wyzwo­leńca.

Żałoba wresz­cie minęła i sza­le­niec na cesar­skim tro­nie nieco pocie­szył się, poślu­bia­jąc Lol­lię Pau­linę. O Dru­zylli jed­nak nie zapo­mniał. W roku 39 świę­cił rocz­nicę jej uro­dzin wspa­nia­łymi igrzy­skami. W pierw­szym dniu odbyły się wyścigi rydwa­nów i walki zwie­rząt oraz ludzi ze zwie­rzę­tami. Legło na are­nie pięć­set naj­dzik­szych bestii, spro­wa­dzo­nych z pustyń Afryki i puszcz Europy. Tyleż samo zabito w dniu dru­gim. Lud­ność otrzy­mała poczę­stu­nek, sena­to­ro­wie zaś i ich żony bogate dary.

Agryp­pina i Liwilla ni­gdy nie cie­szyły się takimi wzglę­dami brata jak zmarła sio­stra. Dwór jed­nak był prze­ko­nany, że Kali­gula utrzy­muje i z nimi kazi­rod­cze sto­sunki. Temu wła­śnie przy­pi­sy­wano, że w tymże roku 39 daro­wał im życie, kiedy wykryto spi­sek, w który ponoć obie były zamie­szane. Celem spi­sku było zamor­do­wa­nie cesa­rza i wynie­sie­nie na tron Emi­liu­sza Lepi­dusa, ofi­cjal­nego męża zmar­łej Dru­zylli, naj­wier­niej­szego dotąd przy­ja­ciela Kali­guli. A więc zdra­dzali panu­ją­cego jego naj­bliżsi. Wobec postę­pów cho­roby umy­sło­wej Kali­gula sta­wał się nie­bez­pieczny dla wszyst­kich, zwłasz­cza zaś dla swego oto­cze­nia.

KALI­GULA

(cesarz w latach 37–41)

Wykry­cie sprzy­się­że­nia miało miej­sce w cza­sie pobytu cesa­rza i dworu w Galii Zaal­pej­skiej. Lepi­dusa uśmier­cono natych­miast. Agryp­pinę i Liwillę obwi­niono o współ­udział w jego zamia­rach i utrzy­my­wa­nie ze zdrajcą miło­snych sto­sun­ków. Naj­bar­dziej obcią­żona była Agryp­pina, toteż spo­tkała ją kara upo­ka­rza­jąca: musiała odwieźć do Rzymu urnę z pro­chami Lepi­dusa, trzy­ma­jąc ją cały czas na kola­nach.

W ofi­cjal­nym orę­dziu do senatu cesarz oskar­żył sio­stry, że dopu­ściły się czy­nów bez­boż­nych i roz­pust­nych. Kazał zło­żyć w świą­tyni Marsa Mści­ciela trzy mie­cze, sym­bole uka­ra­nej wro­go­ści trzech osób: Lepi­dusa i swych sióstr.

Agryp­pina i Liwilla poszły na wygna­nie. Osa­dzono je na Wyspach Pon­tyj­skich. Są to małe, pra­wie bez­ludne wysepki wul­ka­nicz­nego pocho­dze­nia, poło­żone u zachod­nich wybrzeży Ita­lii, na wyso­ko­ści Neapolu. Cesar­skie sio­stry żyły tam w bie­dzie i opusz­cze­niu. Mogły jed­nak i tak uwa­żać, że potrak­to­wano je wyjąt­kowo łaska­wie. Kali­gula powie­dział im bez osło­nek:

– Mam nie tylko wyspy, ale i mie­cze!

Dwu­letni Lucjusz został pozba­wiony opieki matki, a w kilka mie­sięcy póź­niej stra­cił też ojca. Zmarł on śmier­cią natu­ralną, skut­kiem cho­roby zwa­nej wów­czas puchliną wodną. Trzeba przy­znać, że usi­ło­wał ura­to­wać dla syna przy­naj­mniej tro­chę z for­tuny domu, tak bar­dzo zagro­żo­nego upad­kiem Agryp­piny. Wła­śnie dla­tego w testa­men­cie wyzna­czył syna spad­ko­biercą tylko w jed­nej trze­ciej, resztę zaś zapi­sał cesa­rzowi. Miał nadzieję, że ugłasz­cze to zachłan­nego władcę i pozo­stawi on sie­ro­cie ową trze­cią część rodzin­nego majątku, co zresztą, bio­rąc pod uwagę ogrom bogac­twa Domi­cju­szów, było i tak wielką for­tuną.

Jed­nakże ojciec mylił się. Kali­gula, jak przy­stało na sza­leńca, mar­no­tra­wił miliony. Był wciąż w tara­pa­tach finan­so­wych i bez żad­nych skru­pu­łów zagar­niał pry­watne dobra pod byle pozo­rem. Nie oszczę­dził też przy­pa­da­ją­cej na Lucju­sza czę­ści spadku. Wziął po pro­stu wszystko.

Chło­piec pozo­stał bez rodzi­ców i bez majątku. Zabrała go do sie­bie sio­stra ojca, Domi­cja Lepida. Jak wszy­scy Domi­cju­sze miała uspo­so­bie­nie gwał­towne i nie­okieł­zane. Opieki nad bra­tan­kiem nie trak­to­wała zbyt poważ­nie. Maleńki Lucjusz pętał się po domu zanie­dbany i nikomu nie­po­trzebny. Jako „peda­go­gów” ciotka wyzna­czyła mu dwóch nie­wol­ni­ków; jeden z nich był fry­zje­rem, drugi zaś tan­ce­rzem.

Domi­cję Lepidę odwie­dzała cza­sem jej córka z dru­giego mał­żeń­stwa, Wale­ria Mes­sa­lina. Była ona już żoną Klau­diu­sza od kilku lat, co jed­nak trudno było uwa­żać za naj­lep­szą par­tię dla tej mło­dej, pięk­nej dziew­czyny o gorą­cych zmy­słach. Mąż był znacz­nie star­szy, stale grze­bał w sta­rych księ­gach, z dóbr tego świata naj­wy­żej cenił dobre jedze­nie i wino. Był pośmie­wi­skiem dworu, ostat­nio zaś, w wyniku owej nomi­na­cji na członka kole­gium kapłań­skiego, stra­cił cały mają­tek. Do tego wszyst­kiego Mes­sa­lina była w ciąży po raz drugi. Tak więc młoda kobieta miała zbyt wiele wła­snych kło­po­tów, aby darzyć szcze­gólną uwagą swego małego brata cio­tecz­nego Lucju­sza, uga­nia­ją­cego gdzieś po dzie­dziń­cach. Gdy­byż to mogła prze­wi­dzieć, jak tra­gicz­nie splotą się losy jej dzieci z losami tego opusz­czo­nego przez wszyst­kich chłopca! Na razie Lucjusz i Okta­wia, córeczka Klau­diu­sza i Mes­sa­liny, bawili się zgod­nie; byli prze­cież w jed­nym wieku.

Wyda­rze­nia stycz­nia roku 41 – śmierć Kali­guli i wstą­pie­nie na tron Klau­diu­sza – od razu zmie­niły sytu­ację całej rodziny.

Mes­sa­lina została cesa­rzową, Agryp­pina i Liwilla powró­ciły z Wysp Pon­tyj­skich. Zagar­nięty przez Kali­gulę mają­tek zwró­cono wdo­wie po Domi­cju­szu i jego synowi.

Natych­miast po przy­by­ciu do Rzymu ambitna Agryp­pina roz­wi­nęła oży­wioną dzia­łal­ność. Pra­gnęła powe­to­wać sobie dwa lata trwogi i upo­ko­rzeń. Przede wszyst­kim chciała zdo­być męża, oczy­wi­ście boga­tego i zna­ko­mi­tego, god­nego bra­ta­nicy cesa­rza. Za naj­lep­szego kan­dy­data uznała Sul­pi­cju­sza Galbę. Pocho­dził z dobrego rodu, był zamożny, w sile wieku, wsła­wił się już jako wódz i namiest­nik. Co prawda był żonaty, ale Agryp­pina nie widziała w tym żad­nej istot­nej prze­szkody. Kokie­to­wała Galbę w spo­sób jawny i wyuz­dany. Spo­tkała ją jed­nak przy­kra nie­spo­dzianka. Galba oka­zał się cał­ko­wi­cie nie­czuły, a jego teściowa na jakimś przy­ję­ciu towa­rzy­skim publicz­nie zwy­my­ślała rywalkę córki. Ponoć doszło do ręko­czy­nów mię­dzy dostoj­nymi matro­nami.

Powio­dło się nato­miast Agryp­pi­nie roz­wieść Pasjena Kry­spusa. Był to dwu­krotny kon­sul, ceniony mówca, czę­sty gość na dwo­rach kolej­nych cesa­rzy. Dla Agryp­piny naj­waż­niej­szy był jego ogromny mają­tek, oce­niony na dwie­ście milio­nów sester­ców. Dodat­ko­wym smacz­kiem roz­wodu było to, że dotych­cza­sową żoną Pasjena była Domi­cja, sio­stra zmar­łego męża Agryp­piny Gne­ju­sza oraz Domi­cji Lepidy. Owa Domi­cja była zawrot­nie bogata i można by zapy­tać, czemu to mały Lucjusz nie wycho­wy­wał się w cza­sie wygna­nia matki wła­śnie u tej swo­jej ciotki. Przy­czyna była pro­sta: ojciec Lucju­sza i Domi­cja, choć rodzeń­stwo, nie zno­sili się. Pro­wa­dzili ze sobą pie­niacki pro­ces o jakieś pie­nią­dze, jak­kol­wiek obojgu nie zby­wało na niczym. Nie­chęć do swego brata Domi­cja, jak się zdaje, prze­lała na jego synka. Jakimże więc cio­sem musiało być dla niej, że męża odbiera jej wła­śnie wdowa po bra­cie! Tego upo­ko­rze­nia nie zapo­mniała ni­gdy.

Dla­czego Pasje­nus poślu­bił Agryp­pinę? Na pewno powo­do­wany ambi­cją. Pochle­biało mu, że jego żoną jest bra­ta­nica cesa­rza. Bo łaski wład­ców zawsze cenił sobie wysoko. Aby oka­zać swój sza­cu­nek poprzed­niemu cesa­rzowi, Kali­guli, pie­szo towa­rzy­szył jego lek­tyce w cza­sie podróży – jak zwy­kły nie­wol­nik. A kiedy ów sza­le­niec zapy­tał go kie­dyś, czy utrzy­muje, jak on sam, sto­sunki z sio­strą, odpo­wie­dział pokor­nie, aby nie ura­zić maje­statu, a zara­zem nie minąć się z prawdą:

– Jesz­cze nie!

Z tym wszyst­kim był to czło­wiek sym­pa­tyczny. Jego naj­więk­szą roz­ko­szą było odwie­dza­nie buko­wego lasku na wzgó­rzu koło Tusku­lum. Rosło tam drzewo roz­ło­ży­ste, pra­stare. Pasje­nus kochał je jak czło­wieka, ponoć obej­mo­wał czule i gła­dził. Bo też drzewo dawało mu naj­słod­sze chwile życia. Leżąc w cie­niu gałęzi i wsłu­chu­jąc się w cichy szmer listo­wia, Pasje­nus spę­dzał tam dłu­gie godziny; popi­jał przy tym zimne wino. Śmiano się, że od czasu do czasu odlewa swemu przy­ja­cie­lowi-drzewu nieco boskiego nek­taru.

Mał­żeń­stwo Agryp­piny i Pasjena było bez­dzietne. A ponie­waż nie miał on potom­stwa i z Domi­cją, swymi dzie­dzi­cami uczy­nił po kilku latach żonę i pasierba. Był na tyle nie­ostrożny, że powia­do­mił Agryp­pinę o tre­ści testa­mentu. To przy­pie­czę­to­wało los miło­śnika drzew. Prze­zorna mał­żonka i zapo­bie­gliwa matka, lęka­jąc się, aby zapis nie uległ zmia­nom, otruła męża. Tak przy­naj­mniej, jed­no­gło­śnie i zde­cy­do­wa­nie, twier­dził cały Rzym.

Wła­śnie z powodu suk­cesu, jakim było mał­żeń­stwo z Pasje­nem, Agryp­pina przez dłu­gie lata po powro­cie musiała zacho­wy­wać się bar­dzo ostroż­nie. Stale, każ­dej chwili, gro­ziło jej i synowi śmier­telne nie­bez­pie­czeń­stwo ze strony Mes­sa­liny.

W dwa­dzie­ścia dni po obję­ciu wła­dzy przez Klau­diu­sza, a więc w lutym roku 41, Mes­sa­lina uro­dziła syna. To bar­dzo wzmoc­niło jej pozy­cję oraz wpływ na męża, i bez tego ogromny. Prze­zor­nie i bez­względ­nie odsu­wała od niego wszyst­kie ewen­tu­alne rywalki. Prze­śla­do­wała każ­dego, kto miał nie­szczę­ście nara­zić się jej choćby nie­świa­do­mie. Nie­po­skro­miona ambi­cja, podejrz­li­wość, zawiść, zwy­rod­niały głód sek­su­alny czy­niły z tej pięk­nej skąd­inąd kobiety zło­wiesz­czego potwora.

Cesarz, cał­ko­wi­cie pochło­nięty nad­ludzką pracą uzdra­wia­nia Impe­rium po czte­ro­let­nich rzą­dach sza­leńca, nie miał ani czasu, ani moż­no­ści bada­nia praw­dzi­wo­ści wszyst­kich wysu­wa­nych przez nią oskar­żeń. Widział w swoim życiu wiele spi­sków prze­ciwko panu­ją­cym. Pamię­tał, w jaki spo­sób zgła­dzono Tybe­riu­sza. Był nie­mal świad­kiem zamor­do­wa­nia Kali­guli; sam tylko przy­pad­kowo unik­nął wów­czas śmierci. Żył w sta­łej oba­wie, że i prze­ciwko niemu knuje się sprzy­się­że­nie. Był w ogóle stra­chliwy. Na każ­dym przy­ję­ciu w pałacu stali uzbro­jeni pre­to­ria­nie. Kiedy odwie­dzał cho­rych dostoj­ni­ków, nawet przy­ja­ciół, wpierw prze­trzą­sano pokój, łóżko, mate­rac. Kto sta­wiał się na audien­cję, był dokład­nie prze­szu­ki­wany – bez względu na zaj­mo­wane sta­no­wi­sko, wiek i płeć. Sekre­ta­rzom wcho­dzą­cych dostoj­ni­ków odbie­rano nawet rylce i kała­ma­rze. Tak więc przed Mes­sa­liną otwie­rało się piękne pole dzia­ła­nia. Cze­muż by cesarz nie miał ufać wła­snej żonie, kiedy ostrze­gała go przed pew­nymi oso­bami, nawet naj­bliż­szymi? Nie­dawna prze­szłość pouczała, że naj­groź­niejsi są wła­śnie krewni i wysocy dostoj­nicy.

Jedy­nie wyzwo­leńcy mogliby spa­ra­li­żo­wać poczy­na­nia Mes­sa­liny. Byli jed­nak skłó­ceni. Nie­któ­rzy zresztą począt­kowo sprzy­jali żonie władcy. Inni woleli zacho­wać neu­tral­ność. Był to począ­tek rzą­dów Klau­diu­sza, nowi ludzie jesz­cze nie umoc­nili się na swych sta­no­wi­skach, jesz­cze nie zda­wali sobie sprawy, jak wiele zna­czą.

Agryp­pina miała poważne powody, aby czuć się zagro­żoną. Oto jedną z pierw­szych ofiar Mes­sa­liny stała się Liwilla. Wró­ciła wraz z Agryp­piną z wygna­nia, była jed­nak bar­dzo nie­ostrożna: czę­sto odwie­dzała cesa­rza, swego stryja, a wobec jego żony zacho­wy­wała się z dumną wynio­sło­ścią. Cią­żyła na Liwilli rów­nież wina wiel­kiej urody.

Dono­si­ciele i szpie­dzy rychło dostar­czyli Mes­sa­li­nie dobrego mate­riału: Liwillę łączą podej­rza­nie bli­skie sto­sunki z Lucju­szem Anne­uszem Seneką.

Seneka

Miał wów­czas lat czter­dzie­ści pięć. Pocho­dził z boga­tej rodziny osia­dłej w Hisz­pa­nii, w Kor­do­bie. Jego ojciec sły­nął jako dosko­nały znawca reto­ryki i dobry histo­ryk. Sam Lucjusz Seneka wycho­wy­wał się w Rzy­mie. Karierę zawdzię­czał przede wszyst­kim sio­strze matki. Toteż pisał póź­niej z wdzięcz­no­ścią:

„To prze­cież ona na swych rękach zanio­sła mnie do mia­sta, dzięki jej czu­łej i macie­rzyń­skiej opiece po dłu­giej cho­ro­bie powró­ci­łem do zdro­wia. Ona dla zdo­by­cia dla mnie urzędu kwe­stora sze­roko użyła swych wpły­wów i choć ni­gdy nie chciała się zdo­być na śmia­łość nawią­za­nia roz­mowy lub przy­ję­cie wyra­zów szcze­gól­nego usza­no­wa­nia, to jed­nak dla mojej sprawy jej czuła miłość prze­zwy­cię­żyła wsty­dli­wość. Nie prze­szko­dził jej w niczym odosob­niony rodzaj życia, w niczym jej wiej­ska skrom­ność zacho­wana wśród takiej okrop­nej bez­czel­no­ści nie­wiast, w niczym ciche uspo­so­bie­nie, w niczym spo­kojne i do ustro­nia dosto­so­wane oby­czaje, aby gor­li­wie zabie­gać o zdo­by­cie dla mnie god­no­ści”4.

Swoje wpływy ciotka Seneki zawdzię­czała temu, że za pano­wa­nia Tybe­riu­sza jej mąż przez szes­na­ście lat był pre­fek­tem Egiptu; zmarł w dro­dze powrot­nej do Ita­lii. Urząd kwe­stora otwo­rzył przed Seneką per­spek­tywy dal­szej kariery, bo dał mu prawo zasia­da­nia w sena­cie. Zaszczyt to był wielki, ale ileż to niósł ze sobą trud­nych do prze­wi­dze­nia nie­bez­pie­czeństw! Zda­rzyło się raz za rzą­dów Kali­guli, że Senece wypa­dło zabrać głos w sena­cie w obec­no­ści samego władcy. Mówił wspa­niale. Tym wła­śnie wzbu­dził gniew i zawiść cesa­rza, który pra­gnął ucho­dzić za naj­świet­niej­szego kra­so­mówcę swo­ich cza­sów. Nad Seneką zawi­sła groźba wyroku śmierci. Ura­to­wało zbyt zdol­nego sena­tora tylko wsta­wien­nic­two jed­nej z bli­skich cesa­rzowi kobiet. Zdo­łała ona prze­ko­nać Kali­gulę, że Seneka cierpi na suchoty i umrze natu­ralną śmier­cią lada dzień. Po cóż więc zaj­mo­wać się tym bre­dzą­cym w gorączce Hisz­pa­nem?

Brzmiało to wysoce praw­do­po­dob­nie. Seneka był drobny, szczu­pły, wymi­ze­ro­wany; wyglą­dał, jakby gonił ostat­kiem sił. W mło­do­ści rze­czy­wi­ście dużo cho­ro­wał. Sam tak o tym pisał do przy­ja­ciela:

„Smuci mnie, że tra­pią cię czę­ste katary i ataki gorączki; te ostat­nie są następ­stwem prze­wle­kłych, chro­nicz­nych kata­rów. Smuci mnie to tym bar­dziej, że sam tego doświad­czy­łem. Zlek­ce­wa­ży­łem początki cho­roby, bo wiek jesz­cze mło­dzień­czy mógł ścier­pieć przy­kro­ści i z pogardą trak­to­wać sła­bo­wa­nie. Póź­niej ule­głem. Doszło do tego, że katar wynisz­czył mnie cał­ko­wi­cie. Byłem wychu­dzony do osta­tecz­no­ści. Nie­raz wów­czas zamie­rza­łem skoń­czyć z życiem. Powstrzy­my­wał mnie tylko wzgląd na sta­rość arcy­do­brego ojca. Myśla­łem bowiem nie o tym, jak dziel­nie ja mogę umrzeć, lecz o tym, że mój ojciec nie mógłby tak dziel­nie mnie opła­ki­wać.

Powiem, co wtedy było mi pocie­chą. Wprzód jed­nak muszę stwier­dzić, że wła­śnie to, czemu wie­rzy­łem, miało siłę leku. Uczciwa pocie­cha jest środ­kiem uzdro­wie­nia. A cokol­wiek pod­nosi na duchu, pomaga też ciału. Otóż mnie ura­to­wały moje zain­te­re­so­wa­nia. Jestem winien filo­zo­fii, że wsta­łem z łoża, że wyzdro­wia­łem. Jej zawdzię­czam życie. Wiele też pomo­gli mi przy­ja­ciele, któ­rzy krze­pili mnie pocie­chą, czu­wa­niem, roz­mową.

Z tych to leków i ty korzy­staj. Lekarz pora­dzi ci, jakie powinny być spa­cery, ile gim­na­styki; zabroni pogrą­żyć się w gnu­śno­ści, ku któ­rej skła­nia się osła­biony cho­robą; każe czy­tać na głos i w ten spo­sób ćwi­czyć oddech, któ­rego drogi są zagro­żone; upra­wiać wio­ślar­stwo i łagod­nymi wstrzą­sami roz­ru­szać wnętrz­no­ści; poleci, jakiej masz diety prze­strze­gać, kiedy uży­wać wina dla zacho­wa­nia sił, kiedy zaś odsu­wać ten napój, aby nie draż­nił i nie wywo­ły­wał kaszlu. Ja nato­miast to ci prze­pi­szę, co będzie środ­kiem lecz­ni­czym nie tylko tej cho­roby, lecz i na cały czas życia: gardź śmier­cią!”5.

Cóż to była za filo­zo­fia, która wywarła tak zba­wienny wpływ na mło­dego czło­wieka, jego umysł i zdro­wie? Seneka zetknął się z pew­nym kie­run­kiem filo­zo­fii sto­ic­kiej. Kie­ru­nek ten nie zaj­mo­wał się teo­rią pozna­nia, logiką, meta­fi­zyką. Inte­re­so­wał się wyłącz­nie etyką, i to pojętą bar­dzo prak­tycz­nie, ze sta­ro­rzym­ską suro­wo­ścią. Nawo­ły­wał do bez­względ­nej pra­wo­ści w postę­po­wa­niu, do kształ­ce­nia siły woli i unie­za­leż­nie­nia się od świata zewnętrz­nego. Nagrodą za ten wysi­łek miało być zdo­by­cie cnoty dosko­na­łej, która jest jedy­nym i wystar­cza­ją­cym warun­kiem peł­nego szczę­ścia. Tylko mędrzec jest praw­dzi­wym kró­lem!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Petro­niusz, Saty­ri­con, 71 (tłu­ma­cze­nie L. Staff: Petro­niusz, Uczta Try­mal­chiona, War­szawa 1963). [wróć]

Pli­niusz Młod­szy, Epi­stu­lae, wyjątki z listu VIII 6. [wróć]

Pli­niusz Star­szy, Natu­ra­lis histo­ria, IX 117. [wróć]

Seneka, Ad Helviam de con­so­la­tione, XIX 2 (tłu­ma­cze­nie L. Joachi­mo­wicz: Seneka, Dia­logi, War­szawa 1963). [wróć]

Seneka, Epi­stu­lae, 78 (wyjątki). [wróć]

PRO­JEKT GRA­FICZNY OKŁADKI: Kata­rzyna Konior / www.blu­emango.pl

NA OKŁADCE: głowa posągu Nerona z ok. 64–68 r. (Glyp­to­thek, Mona­chium; fot. domena publiczna)

Wyda­nie I elek­tro­niczne

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela jest zabro­nione.

Spół­dziel­nia Wydaw­ni­cza „Czy­tel­nik” ul. Wiej­ska 12a, 00-490 War­szawawww.czy­tel­nik.pl

© Copy­ri­ght for the text by Alek­san­der Kraw­czuk, 1965, 2019

© Copy­ri­ght for the Polish edi­tion by Spół­dziel­nia Wydaw­ni­cza „Czy­tel­nik”, War­szawa 1965, 2019

ISBN 978-83-07-03447-8