Mararon - Aleksander Krawczuk - ebook

Mararon ebook

Aleksander Krawczuk

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 ISBN 83-214-0474-X 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 366

Rok wydania: 1986

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Aleksander Krawczuk

MARATON

WIEDZA POWSZECHNA

Z książki Aleksandra Krawczuka

MARATON

A gdyby to Persowie zwyciężyli pod Maratonem? Gdyby opanowali Ateny? Nie, nie stałoby się nic strasznego. Miastu nie groziła zagłada. Bieg dziejów, przynajmniej początkowo, przynajmniej pozornie, nie uległby żadnej zmianie istotnej. Państwem oczywiście władałby tyran, osadzony na Akropolu przez wodzów króla; już się znajdował na pokładzie jednego z okrętów floty i wylądował wraz z najeźdźcami pod Maratonem. Zapewne spalono by dla postrachu kilka świątyń, a najopor-niejsi musieliby kraj opuścić — uciekając zawczasu lub deportowani. Większość wszakże mieszkańców pozostałaby na swych ziemiach i w domach; ci pracowaliby tak samo pilnie, jak dotychczas, i pielęgnowaliby bez przeszkód dawne obyczaje, kulty, tradycje. Ateny rozkwitałyby gospodarczo, korzystając z błogosławieństw pokoju i z ułatwień handlowych, jakie stwarzałby sam ogrom światowego mocarstwa; co by z nawiązką wynagrodziło przymus składania danin królowi i jego satrapom.

maraton

Aleksander Krawczuk

MARATON

Bflisiig|i3ii3|iapbfl

Anakreont, może już w latach swego ateńskiego pobytu, gdy przekraczał sześćdziesiątkę:

się w gorę!

A naśladowcy Anakreonta? Przytoczmy jeden tylko utwór, w poetyckim tłumaczeniu J. Ejsmonda:

iT i]

s

ISBN 83-214-0474-X

MARATON

Simnininirnniriii

Wiedza Powszechna Warszawa 1986

Obwoluta, okładka, karty tytułowe i śródtytułowe JOZEF CZESŁAW BIENIEK

Redaktor ADELA KONIKOWSKA

Redaktor techniczny JANINA HAMMER

Korektor MARIA SIELICKA-SOROKA

PRINTED IN POLAND

ISBN 83-214-0474-X

Pamięci

Tadeusza Frankowskiego, mego ucznia

A gdyby to Persowie zwyciężyli pod Maratonem? Gdyby opanowali Ateny? Nie, nie stałoby się nic strasznego. Miastu nie groziła zagłada. Bieg dziejów, przynajmniej początkowo, przynajmniej pozornie, nie uległby żadnej zmianie istotnej. Państwem oczywiście władałby tyran, osadzony na Akropolu przez wodzów króla; już się znajdował na pokładzie jednego z okrętów floty i wylądował wraz z najeźdźcami pod Maratonem. Zapewne spalono by dla postrachu kilka świątyń, a najoporniejsi musieliby kraj opuścić — uciekając zawczasu lub deportowani. Większość wszakże mieszkańców pozostałaby na swych ziemiach i w domach; ci pracowaliby tak samo pilnie, jak dotychczas, i pielęgnowaliby bez przeszkód dawne obyczaje, kulty, tradycje. Ateny rozkwitałyby gospodarczo, korzystając z błogosławieństw pokoju i z ułatwień handlowych, jakie stwarzałby sam ogrom światowego mocarstwa; co by z nawiązką wynagrodziło przymus składania danin królowi i jego satrapom. Tyrani, jak to zwykle tyrani, wznosiliby wiele monumentalnych budowli i urządzaliby coraz świetniejsze uroczystości. Fasada imponująca. A przecież zabrakłoby czegoś, co najistotniejsze dla prawdziwego bytu narodu i rzeczywistego rozwoju jego kultury. Czegoś, co nieuchwytne i niewymierne, a jednak stanowi o sensie, autentyczności i wadze wszelkich form społecznego życia. Zabrakłoby poczucia własnej godności i odrębności. Wiary w swoje siły. Czystego powietrza pełnej swobody — politycznej, moralnej, intelektualnej.

To właśnie, i to przede wszystkim dał Atenom Maraton. Bez niego nie byłoby zwycięstw następnych, a bez nich cudu ateńskiej kultury, czyli — Europy. W tym sensie dramatyzm tamtych dni i tamtej bitwy musi być bliski każdemu, kto mieni się Europejczykiem; każdemu, kto rozumie, że o aktualności wydarzeń nie stanowi chronologia.

Bitwę stoczono w sytuacji niemal beznadziejnej, gdy wszystko zdawało się stracone. Co zadecydowało w momencie najkrytyczniejszym? Głos, wola, nieustępliwość Miltiadesa. Jemu więc i jego rodowi godzi się poświęcić pierwsze strony.

OLIMPIJCZYK I TYRAN

Trzecie kolejne zwycięstwo tej samej czwórki koni w trzecich z rzędu igrzyskach olimpijskich! W całej dotychczasowej historii olimpiad pamiętano jeszcze tylko jeden taki przypadek chwały potrójnej w wyścigach rydwanów. Tamte konie należały do Lacedemończyka. Obecnie sława, niezwykła sława, przypadła Atenom, bo ich to obywatel Kimon był właścicielem prawdziwie boskich rumaków. Oczywiście to nie on powoził rydwanem, lecz woźnica zawodowy, odziany, jak kazał zwyczaj, w chiton biały, długi po kostki, dobrze ściśnięty w pasie. Zaszczyt wszakże, wieniec i tytuł przypadały temu, kto mienił się panem koni.

Co prawda losy samego Kimona układały się tak burzliwie i dziwnie, że dopiero tym ostatnim, to jest trzecim zwycięstwem mógł radować się w pełni, niepodzielnie i szczerze. W latach bowiem owych igrzysk, które przyniosły pierwszy triumf jego zaprzęgowi, był wygnańcem z ojczyzny; opuścił Ateny, nie mogąc lub nie chcąc pogodzić się z rządami ich pana, Pizystrata. Kiedy zaś podczas igrzysk następnych bogini Nike znowu okazała mu swą przychylność, Kimon ku osłupieniu zarówno sędziów, jak i tysięcy widzów z całej Hellady oświadczył.

spokojnie, że zwycięskie konie naprawdę należą nie do niego, lecz do Pizystrata! Zgodnie z tym rozkazał, by herold obwieścił tłumom zebranym wokół wielkiego stadionu w Olimpii:

— Pierwsza przyszła czwórka Pizystrata, syna Hippokratesa, Ateńczyka!

Nietrudno wyobrazić sobie, ile kosztowało go to wyrzeczenie się błogiego owocu chwały, który już miał w ręku. Przypuszczano później, że właśnie z powodu tej rezygnacji otrzymał przydomek Koale-mos, czyli Głupiec. Lecz on nie był ani głupi, ani nawet naiwny. Pod względem politycznym rzecz dobrze przemyślał. Pizystrat zrozumiał gest — może zresztą uzgodniony już wcześniej? — i należycie go ocenił. Wnet doszło między nim a Kimonem do układów; prowadzili je zaufani pośrednicy, a potwierdziły uroczyste przysięgi. Wygnaniec mógł wreszcie powrócić do ojczyzny, na miłą ziemię półwyspu Attyki. Tam u stóp Akropolu coraz piękniej rozkwitały Ateny. Pizystrat bowiem, znienawidzony przez wielu arystokratów, dbał rzeczywiście o rozwój kraju i miasta; musieli to przyznać, acz niechętnie, nawet najzaciętsi jego wrogowie.

Gdy więc nadeszły trzecie z kolei igrzyska, Kimon stawił się ze swymi końmi w Olimpii już jako pełnoprawny obywatel ateński; zwyciężywszy zaś nikomu nie odstąpił chwały. Toteż, jak się powiedziało, dopiero wtedy ulubieniec bogów mógł radować się otwarcie i całym sercem! A gdy powrócił do swego miasta, otaczał go odtąd blask powszechnego podziwu i korzystał z wszelkich zwyczajowych przywilejów olimpijskiego zwycięzcy. Przysługiwało mu nawet prawo spożywania posiłków w gmachu zwanym prytane jonem; a podejmowano tam tylko honorowych gości państwa i osoby najbardziej zasłużone. Była to niewielka budowla w pobliżu agory, czyli głównego placu miasta; stanowiła oficjalną siedzibę przewodniczącego archontów. Dziewięcioosobowe kolegium archontów formalnie uchodziło za najwyższy organ rządowy w ustroju ateńskim; można by rzec, posługując się terminologią obecną, że był to rodzaj ciała prezydenckiego. Kadencja kolegium trwała tylko rok, od lipca do lipca, i tak też liczył się urzędowy rok ateński. Otrzymywał on nazwę właśnie od archonta przewodniczącego, toteż choćby z tej przyczyny piasto-wańie godności stanowiło zaszczyt niemały. Mówiono: to a to wydarzyło się za archonta tu Solona; Hippoklejdesa; Hegezjasza. Tak też, imionami głównych archontów, datowano dokumenty publiczne i prywatne.

Wszelako w czasach, o których mowa, archonci prawie nie mieli władzy rzeczywistej. Nie mieli, albowiem o wszystkim, co w jakiś sposób znaczyło i ważyło w życiu politycznym, decydowała wola Pizystrata, a gdy ten zmarł, jego synów. Zwano ich tyranami. W naszym odczuciu określenie to brzmi groźnie, wywołuje bowiem obraz despoty okrutnego i bezwzględnego. To prawda, że Pizystrat miał na swe rozkazy zastęp zbrojnych najemników, lecz srogim, krwawym władcą nie był z pewnością. Również jego synowie okazywali, przynajmniej początkowo, dużo powściągliwości; pragnęli rządzić stosując raczej zręczną taktykę niż brutalną przemoc i terror. Sam wyraz „tyran" pierwotnie znaczył mniej więcej tyle co „pan". W tamtej epoce Hellenowie posługiwali się nim dość swobodnie i szeroko. Dawali to miaiio politykom, którzy osiągnęli władzę siłą lub podstępem i dzierżyli ją w sposób nielegalny, łamiąc albo zaledwie tolerując tradycje i zasady ustrojowe swego kraju, nie licząc się z głosami, wolą, postawą jego obywateli.

JAK RZĄDZILI TYRANI?

Niejeden z tyranów, wypada to przyznać, położył duże zasługi dla gospodarki i wojskowości swego kraju. Nic dziwnego; byli to przecież ludzie z reguły bardzo utalentowani i energiczni, choć nie znali żadnych skrupułów w walce z przeciwnikami lub osobami nawet tylko podejrzanymi o opozycję. Mechanizm i metody rządów tyrańskich przedstawił w dwa wieki po czasach Pizystrata i Kimona sławny filozof Arystoteles; żył on, przypomnijmy, w latach 384—322. W swym ważnym i pouczającym do dziś dziele, noszącym tytuł Polityka, zawarł refleksje i wnioski, do jakich doszedł studiując wewnętrzne dzieje różnych miast i państw od wieków zamierzchłych aż po czasy mu współczesne. Są to myśli rzeczowe i chłodne, wyzbyte wszelkiej retoryki, może dlatego tym wymowniejsze w swej prostocie. Oto istotna treść tego, co Arystoteles ma do powiedzenia w sprawie tyranii:

Władca taki musi z konieczności łamać jednostki wybitne, a także poczucie dumy i ambicji. Nie pozwala na powstawanie trwałych związków i ugrupowań towarzyskich, tłumi rozwój wykształcenia ogólnego. Niszczy wszystko, co wyrabia w ludziach takie cechy, jak godność osobista i lojalność. Nie dopuszcza, by powstawały instytucje poświęcone badaniom teoretycznym, a także, by toczyły się swobodne dyskusje. Dokłada natomiast starań, aby obywatele jak najmniej znali się wzajem, albowiem zażyłe znajomości rodzą poczucie zaufania. Ci, co przebywają w stolicy, muszą wciąż się pokazywać u bram jego siedziby, to bowiem utrudnia im rozwijanie działalności potajemnej; a kto ustawicznie służy, staje się wreszcie służalczy.

Przed tyranem nic nie może się ukryć; nic, co ktokolwiek i gdziekolwiek mówi lub czyni. Po to są prowokatorzy (a wśród nich nawet kobiety) i donosiciele; nie brak ich nigdzie, gdzie gromadzą się obywatele. Ponieważ wszyscy o tym wiedzą, nikt nie ośmiela się wyjawiać swych myśli. Tyran zabiega też o to, aby wciąż dochodziło do wzajemnych oszczerstw i konfliktów: pomiędzy przyjaciółmi; pomiędzy ludem a możnymi; pomiędzy bogaczami. Do wypróbowanych metod należy i to, że trzyma się poddanych w ubóstwie; kto bowiem pochłonięty jest tylko tym, by zarobić na chleb codzienny, nie ma ani ochoty, ani czasu na spiski i knowania. Właśnie dlatego, aby zarazem i zubożyć, i zająć czymś ludność, prowadzi się w państwach tyrań-skich wciąż i nieprzerwanie prace budowlane. Takimi były na przykład piramidy w Egipcie lub świątynia Zeusa Olimpijskiego w Atenach. A prócz tego obciąża się mieszkańców nadmiernymi podatkami.

Tyran stale wojuje lub przygotowuje wojny. Chodzi o to, aby obywatele, obawiając się niebezpieczeństwa z zewnątrz, pokornie godzili się na jego przywództwo i uważali rządy twardej ręki za nieuniknioną konieczność. Podporą sprawiedliwego monarchy są przyjaciele i zaufani doradcy; natomiast władzę tyrana umacnia to, że nie ufa absolutnie nikomu. Wie on dobrze, że nienawidzą go wszyscy, najbliżsi zaś są najgroźniejsi, mają bowiem dość sił i sposobów, aby czegoś dokonać. Tak więc otacza się tyran ludźmi podłymi. Tylko tacy potrafią i mu schlebiać, jak to lubi, człowiek bowiem szlachetny i niezależny może być tylko towarzyszem, nigdy nie poniży się do pochlebstw. Poza tym owe kreatury podejmą się każdej zbrodni. Natomiast kto ceni swoją godność, już przez to samo biernie przeciwstawia się tyranii, wyznacza bowiem niejako granicę jej wszechwładzy; toteż poniekąd słusznie można uznać, że podkopuje powagę rządów.

Trzy są cele, do których z musu dąży każdy tyran. Po pierwsze pragnie on wpoić w swych poddanych tchórzostwo, bo tacy nie spiskują. Po drugie zabiega usilnie, aby wzajem odnosili się do siebie podejrzliwie; dlatego to nienawidzi ludzi prawych, bo ci są z zasady lojalni wobec wszystkich i nie donoszą. Po trzecie wreszcie stwarza taką atmosferę, aby panowała powszechna niemożność zorganizowanego działania

Takie były poglądy Arystotelesa, potwierdzone doświadczeniami wielu pokoleń. Sądy te jednak nie w pełni odnoszą się do tyranii Pizystrata; miała ona charakter nieco odmienny, bardziej patriarchalny. Owszem, i ten władca musiał długo zmagać się z przeciwnikami, toczył bitwy, imał się podstępów, prześladował. Lecz gdy naprawdę umocnił się w swej siedzibie na Akropolu, mógł pozwolić sobie na wyrozumiałość, pobłażliwość i piękne gesty.

WIEŚNIAK I TYRAN

Pizystrat władał Atenami od roku 561 do 527, co prawda z dwiema dość długimi przerwami. W każdym razie był to okres lat męskich i starości całego pokolenia ludzi równych lub bliskich wiekiem tak Kimonowi, jak i samemu tyranowi; a także okres wkraczania w czynne życie generacji następnej. W państwie zmieniło się wtedy wiele, i to na korzyść; rozwijała się gospodarka, zwłaszcza rzemiosło, handel, żegluga, dużo budowano. Nic więc dziwnego, że pozostała w społeczeństwie ateńskim trwała pamięć o wybitnym polityku; pozostały też opowieści i anegdoty, rychło uwiecznione w dziełach kronikarzy i historyków. Na tej podstawie w dwa wieki później Arystoteles nakreślił w swym traktacie

0 ustroju politycznym Aten taki obraz jego postaci

1 władania:

„Rządził zaś Pizystrat państwem w sposób umiarkowany i raczej jak dobry obywatel niż jak tyran. Był on bowiem w ogóle ludzki i łagodny. Łatwo przebaczał tym, którzy wobec niego zawinili, a ubogim pożyczał nawet pieniądze na prowadzenie gospodarki, tak że mogli spokojnie uprawiać ziemię. Czynił to z dwóch powodów. Po pierwsze po to, aby ludzie nie trwonili czasu siedząc w mieście, lecz żyli rozproszeni po całym kraju. Po drugie w tym celu, aby nie mieli ani chęci, ani czasu na zajmowanie się polityką, posiadając dość wszystkiego i myśląc tylko o własnych sprawach. Zresztą tym samym wzrastały i jego dochody, ponieważ ziemię uprawiano, a on od plonów ściągał dziesięcinę. Dlatego też ustanowił sędziów gminnych i sam często na wieś wyjeżdżał. Zapoznawał się ze stanem gospodarstw i rozstrzygał spory na miejscu, ażeby ludzie nie musieli udawać się do miasta i nie zaniedbywali swych robót.

Otóż w czasie jednego takiego wyjazdu zdarzyła się, jak mówią, przygoda z chłopem, który uprawiał koło Hymettos kawałek ziemi, nazwany później wolnym polem. Tyran bowiem ujrzawszy człowieka, który przekopywał i obrabiał grunt zupełnie kamienisty, zdumiony kazał niewolnikowi zapytać go, co też na takiej glebie się rodzi. Ten odrzekł:

— Co się rodzi? Wiele bied i udręk, a z tych bied i udręk Pizystrat musi otrzymać dziesięcinę!

Człowiek ów odparł tak nie wiedząc, do kogo mówi. Pizystrat zaś ujęty jego pracowitością i śmiałą wypowiedzią przyznał mu zwolnienie od wszelkich danin.

Lecz i w innych przypadkach podczas swych rządów nie uciskał nazbyt mas ludności. Prowadził politykę pokojową i dbał o utrzymanie ładu w państwie. Toteż powtarzano często, że tyrania Pizystra-ta był to wiek złoty. Później bowiem, gdy przejęli władzę jego synowie, rządy stały się znacznie surowsze. Sławiono zaś Pizystrata przede wszystkim za życzliwość dla ludu i za wyrozumiałość. We wszystkich zarządzeniach starał się postępować zgodnie z prawami i nie pozwalał sobie samemu na żadne nadużycia. Gdy został pewnego razu pozwany przed sąd Areopagu pod zarzutem popełnienia zabójstwa, przyszedł osobiście, ażeby się bronić; oskarżyciel jednak, przerażony, sprawy zaniechał. Dlatego też utrzymywał się przy władzy przez czas długi, a po każdym obaleniu łatwo znowu ją odzyskiwał, miał bowiem wielu zwolenników zarówno wśród możnych, jak i ludu. Pierwszych zjednywał sobie przyjaznym sposobem bycia, drugich zaś przez to, że wspomagał ich sprawy prywatne; z jednymi więc i drugimi utrzymywał dobre stosunki" 2.

Istniały oczywiście głębsze, realne przyczyny, owej „życzliwości" dla ludu. Pizystrat, jak i wielu innych tyranów w świecie greckim, został wyniesiony i był popierany przez uboższe, a może nawet najuboższe warstwy obywateli; w danym przypadku chodziło o chłopstwo z okolic górskich, zwłaszcza

ze stron w pobliżu równiny maratońskiej. A niezależnie od tego Pizystrat okazał się politykiem o szerokich horyzontach i doskonałym zmyśle taktycznym. Potrafił tego dowieść także w stosunku do poszczególnych osób; zarówno wobec chłopa spod Hymettos, jak i bogatego arystokraty, wygnańca i przeciwnika; zabrał mu wprawdzie tytuł drugiego zwycięstwa olimpijskiego, ale pozwolił później rozkoszować się bez przeszkód promieniami trzeciego.

POEZJA I WYŚCIGI RYDWANÓW

Pasmo zwycięstw na olimpijskim stadionie postawiło Kimona na samym szczycie sławy dostępnej śmiertelnym. Ateńczycy, jak się rzekło, witali go entuzjastycznie i otaczali czcią, a imię jego zyskało ogromny rozgłos wśród wszystkich Hellenów; znano je i podziwiano prawdziwie nawet na krańcach ówczesnego świata. Właśnie nam, ludziom drugiej połowy wieku XX, łatwo zrozumieć, jak niezmierną popularnością musiał się cieszyć potrójny bohater wielkich igrzysk! Łatwiej nam to pojąć niż naszym pradziadom i dziadom. Ci pierwsi żyli w czasach, gdy olimpiady nowej ery jeszcze nie zostały wznowione; nastąpiło to, jak wiadomo, dopiero w roku 1896. Drudzy natomiast byli świadkami zaledwie początków owej fali entuzjazmu i namiętności, jaką wzbudzały zawody święcone coraz szerzej, głośniej, wspanialej. Pod tym względem jesteśmy w swych nastawieniach i upodobaniach bardzo bliscy starożytnym Hellenom; bliżsi niż ludziom jakiejkolwiek innej epoki.

Wyobrażamy więc sobie doskonale, z jakim to napięciem tysiące widzów wokół stadionu śledziło ów moment, w którym na dany znak woźnice

.. .równocześnie wszyscy śmignęli nad końmi biczami, Grzbiety trzepnęłi lejcami i ostrym krzykiem pognali W cwał — a one ruszyły co tchu, przemierzając równinę I zostawiając za sobą okręty. Spod brzuchów rumaków Wzniosła się gęsta kurzawa, jak chmura burzą

skłębiona,

Grzywy zaś w pędzie rozwiewał im wiatr. Równocześnie

rydwany

Raz toczyły się gładko po ziemi wszechżywicielce, To znów w górę skakały wysoko. Na przodzie wasągów Stali woźnice, a serce waliło w piersiach każdego Z żądzy zwycięstwa. Krzyczeli na konie i mknęli

w kurzawie.3

Są to wiersze wzięte z XXIII pieśni Iliady. Wyścigi, o których mowa, odbyły się w obozie Achaj ów pod Troją, gdy Achilles składał do mogiły prochy swego przyjaciela Patroklosa; poległ on z ręki Hektora. W istocie jednak poeta opisywał po prostu to, co sam nieraz podziwiał w czasie igrzysk urządzanych z różnych okazji w wielu krajach i miejscowościach helleńskich. Kto wie* może twórca wierszy był świadkiem naocznym właśnie pierwszych zawodów w Olimpii? Zaczęto święcić je regularnie, to jest co cztery lata od pierwszej połowy wieku VIII, ściśle od roku 776. A właśnie wtedy, jak się przyjmuje, układał swe dzieło pieśniarz, zwany przez potomnych Homerem.

Przypuszczają zresztą niektórzy, że pieśń o igrzyskach ku czci Patroklosa powstała nieco później niż zasadniczy trzon Iliady i że włączono ją do epopei dopiero w czasach Pizystrata, czyli mniej więcej w połowie wieku VI. Tyran ateński i jego synowie byli szczerymi wielbicielami Homerowej poezji. Istnieje tradycja, że to właśnie oni polecili utrwalić tekst Iliady i Odysei na piśmie; dotychczas bowiem przekazywano te wielkie poematy tylko drogą ustną. Na pewno zaś wprowadzili zwyczaj recytowania epopei w całości podczas największych uroczystości religijnych w Atenach. Były to tak zwane Panatenaje, święto ku czci Ateny, opiekunki miasta. Obchodzono je co ~oku w pełni lata, wtedy to bowiem (tak opowiadały mity) urodziła się bogini — niegdyś, w pomroce wieków — wychodząc z głowy swego ojca Zeusa. Co cztery wszakże lata, a mianowicie w każdym roku poprzedzającym igrzyska w Olimpii, Panatenaje miały przebieg szczególnie świetny; były to Wielkie Panatenaje. Jak wszyscy władcy typu tyranów i dyktatorów, Pizystrat i jego synowie dbali usilnie, by lud cieszył się rozmachem i barwnością widowiska; by zapomniał o troskach i uciążliwościach dnia codziennego, a nawet o nadziei swobód, oglądając pokazy i zawody, podziwiając korowody taneczne, naocznie stwierdzając, że ojczyzna rozkwita i bogaci się pod ojcowskimi rządami. Trwały więc przez dni kilka popisy i wyścigi. Była nocna procesja z pochodniami i śpiewami. Był wreszcie wielki pochód na Akropol; szli tam przedstawiciele wszystkich stanów, a zwłaszcza najdorodniejsza młodzież, niosąc swej bogini piękne dary w ofierze. Fakt, że właśnie w trakcie owych świąt dostojnych i pogodnych recytowano publicznie epopeje Homera, przyczynił się ogromnie do upowszechnienia ich znajomości wśród ludu ateńskiego; miało to swoje dalsze, doniosłe dla kultury konsekwencje, ze względu na szczególne miejsce, jakie gród ten zajął w Helladzie.

Łatwo odgadnąć, że dla uczestników Panatena-jów opis igrzysk nad grobem Patroklosa brzmiał wyjątkowo żywo, wszystko bowiem, o czym on mówił, właśnie oglądano lub miano ujrzeć na bieżniach i stadionach. Pewne słowa tejże pieśni wydają się wręcz jak gdyby echem rozmów prowadzonych przez widzów na trybunach. Dyskusje bowiem, nawoływania i różnego rodzaju pouczenia pod adresem zawodników to święty przywilej entuzjastów wszelkich zawodów sportowych w każdej epoce! Oto co starzec Nestor radzi swemu synowi Antylochowi, który ośmielił się stanąć do wyścigów rydwanów, choć miał konie gorsze niż konie rywali:

Całą więc swą umiejętność, mój miły, musisz przywołać, Jeśli nie ma ci wymknąć się z rąk nagroda zwycięzcy. Umiejętnością bowiem drwal więcej zdziała niż siłą, Umiejętnością i sternik po rudych morza bezmiarach Śmigłą prowadzi łódź, dmącymi wichrami miotaną; Umiejętnością tak samo woźnica zwycięża woźnicę.

Bywa, że jeden, zbyt zadufany w swe konie i rydwan, Niefrasobliwie ze szlaku wciąż zjeżdża to w lewo, to

w prawo.

Z trasy zbaczają rumaki, a on ich okiełzać nie umie! Ale inny, choć gorsze ma konie, zna sztukę woźnicy. Baczy bez przerwy na słup przy zakręcie, wymija go

z bliska.

I uważa, gdy trzeba już lejc rzemienie naprężyć. Trzyma je krzepko i z oczu nie spuszcza rydwanu

na przedzie.

Właśnie ów słup stanowił zawsze niebezpieczeństwo największe. Toteż Nestor napomina usilnie:

Więc objeżdżając go, musisz się zbliżyć do niego rydwanem. Sam zaś, stojąc na wasągu, plecionym mocno z rzemieni, Pochyl się lekko w lewo i zatnij biczem z okrzykiem Konia prawego, tego od zewnątrz, i cugli mu popuść; Tego atoli z lewej przypieraj w biegu do słupa,

By się niemal otarła o niego piasta tęgiego Koła. Lecz dobrze się strzeż, by na któryś z głazów

nie wjechać,

Nie poranić rumaków i nie zdruzgotać rydwanu!

To by była uciecha dla innych, a hańba dla ciebie!

Bądź więc roztropny, mój miły, i pilnie dawaj baczenie. Jeśli ci bowiem się uda prześcignąć tamtych na skręcie, Nikt cię już zrywem w biegu nie zdoła dopaść i minąć.

Co prawda Antyloch przyszedł do mety dopiero drugi, miejsce pierwsze zajął Diomedes. Lecz i tak wielki to był sukces, albowiem syn Nestora, jak się rzekło, konie miał gorsze; zdołał wyprzedzić innych, w tym samego Menelaosa, tylko dzięki śmiałemu manewrowi na zakręcie. Nie poszły więc na marne ojcowe pouczenia!

MALARSTWO I WYŚCIGI RYDWANÓW

Lecz nie tylko słowa poetyckie pozwalają odtworzyć nastrój, przebieg i popularność owych wyścigów w tamtych czasach. Zachowały się również malarskie ich ujęcia, i to właśnie z wieku VI; można je podziwiać na ateńskich naczyniach ceramicznych. Pierwsze z nich, starsze, dotrwało tylko w części; fragment znajduje się obecnie w Muzeum Narodowym w Atenach. Przedstawia czwórkę koni w pędzie oraz — obraz szczególnie ciekawy i rzadko spotykany na malowidłach! — widzów siedzących na stopniach z pewnością drewnianej trybuny tuż przy stadionie. Ludzie ci są pełni emocji, a gwałtowne gesty rąk i otwarte szeroko usta pokazują, z jakim napięciem śledzą zawody i jak gorąco dopingują swych ulubieńców. Ich odzież jest prosta: krótkie chitony, sięgające zaledwie kolan, czerwone lub czarne. Wszyscy mają włosy faliste, dość długie, oraz krótkie bródki i baczki. Tak ubierali się na co dzień mężczyźni w wieku VI, takie były fryzury, tak wyglądali ci, co oklaskiwali w Olimpii zwycięstwa Kimona. Rzecz to ciekawa, że pod pewnymi względami — chodzi zwłaszcza o włosy i bródki — niewiele się różnili od mężczyzn w Europie naszych czasów! Wróćmy jednak do ułomka wazy. Widnieje na nim napis, że są to igrzyska ku czci Patroklosa, a więc właśnie te, których poetycki opis dał Homer. Drugi napis mówi: „Sofilos mnie malował". Artysta ten, znany jeszcze z trzech innych waz, przez siebie wykonanych i zdobionych, żył i tworzył w Atenach tuż przed czasami Pizystrata, a więc zapewne w latach 570—560.

Natomiast naczynie drugie możemy dziś podziwiać w całości. Cieszy się ono od przeszło wieku zasłużoną sławą, jako jeden z najcenniejszych i najwspanialszych zabytków antycznej sztuki ceramicznej. Mowa o tak zwanej wazie Franęoisa. Imię swoje zawdzięcza człowiekowi, który wydobył ją w roku 1844 z grobowca etruskiego w Italii, w pobliżu miasta Chiusi; wyprodukowane jednak zostało w Atenach, skąd Etruskowie masowo sprowadzali zdobne wazy. Biorąc ściśle nie jest to waza, lecz tak zwany krater, czyli mieszalnik, służący do mieszania wina z wodą; starożytni bowiem zazwyczaj tak pili boski dar Dionizosa. Naczynie jest spore, choć nie tak duże, jak inne tego typu: ma 60 cm wysokości, a lm i 80 cm obwodu. Pokrywają je sceny figuralne, biegnące wokół w pięciu pasach. Obliczono, że łącznie występuje na nich prawie 250 postaci ludzi i zwierząt oraz 128 napisów objaśniających, kto jest kim. Nie bez racji mówi się, że to biblia obrazkowa greckiej mitologii, przygody bowiem bogów i bohaterów stanowią temat wszystkich scen na wazie. Uwiecznili też swe imiona twórcy wspaniałego dzieła. Podpisy ich brzmią w tłumaczeniu: „Wykonał mnie

Ergotimos, a malował Klejtias". Jak wskazuje technika kompozycji, rysunku i malowania, Klejtias był uczniem Sofilosa; działał w Atenach przed i z samym początkiem rządów Pizystrata, czyli około roku 560.

Przypomnijmy przy sposobności rzeczywiście niezwykłe dzieje owego krateru w czasach nowożytnych:

„Kiedy go znaleziono, był pogruchotany na kawałki, jednakże dzięki wytężonej pracy zdołano go zrekonstruować, jakkolwiek tu i ówdzie brakowało niektórych części. Odtąd stał się on przez długie lata przedmiotem tak żywego zainteresowania ze strony świata naukowego, z jakim nie spotkał się dotąd żaden okaz ceramiki greckiej. Sławy tej krater omal nie okupił swym istnieniem. Oto woźny Muzeum Archeologicznego we Florencji, gdzie krater jest umieszczony, zdenerwowany tłumami zwiedzających i podziwiających naczynie, dostał w końcu pomieszania zmysłów i w przystępie szału rzucił na nie stołek, rozbijając krater na 638 kawałków. Zdawało się, że waza przepadła na zawsze, dzięki, jednak cierpliwości i umiejętności restauratora zdołano ją po dwu latach doprowadzić do pierwotnego stanu" 4.

Cóż to za kapitalny, a przy tym w pełni autentyczny wątek psychologicznej opowieści! Prosty człowiek, przymusem związany z dziełem sztuki niezwykłej piękności, dzień w dzień wysłuchuje egzaltowanych okrzyków zachwytu i stereotypowych, banalnych sądów z ust setek i tysięcy osób, z których każda uważa za święty obowiązek wyrazić swój podziw, znawstwo, doznanie artystyczne; człowiek ów przeistacza się stopniowo w śmiertelnego wroga zabytku, który powierzono jego pieczy, aż wreszcie

kiełkuje w nim i dojrzewa myśl, aby raz na zawsze zniszczyć nienawistny przedmiot, stać się znowu ' kimś wolnym, zacząć życie prawdziwe!

Interesująca na5 scena wyścigów, częściowo u-szkodzona, zajmuje połowę dolnego pasa na szyi krateru. Przedstawia pięć rydwanów i pędzące czwórki rumaków. Woźnice odziani są w długie, białe, dobrze przepasane chitony, strój zwyczajowy; o czym była mowa. Pod brzuchami koni stoją symbolicznie dary dla zwycięzców, a więc trójnogi i kratery; stoją też przy Achillesie, który czeka na wynik zawodów jak gdyby na uboczu, obok kolumny.

Wszystko to wskazuje z całą oczywistością, że chodzi właśnie o te igrzyska, które Achilles wyprawił ku czci Patroklosa, opisane i uwiecznione w XXIII księdze epopei. Co prawda imiona woźniców, wypisane na kraterze, różnią się — poza jednym tylko — od tych, jakie podaje Iliada. Malarz więc albo się pomylił, nazbyt zaufawszy swej pamięci (a w owych latach pisanego tekstu wielkiego poematu w Atenach chyba nie było), albo też znał pieśń w wersji odmiennej od tej, jaką my posiadamy.

Można wskazać jeszcze jedno malowidło wazowe o podobnej tematyce. Zdobi ono zewnętrzne ścianki płaskiego kielicha. I to naczynie znaleziono w Italii, w etruskim mieście Tarąuinii; dalszy dowód rozmiłowania się mieszkańców tej krainy w helleńskich wyrobach artystycznych. Pod względem malarskim jest to dzieło wysokiej klasy. Przedstawia w świetnym ujęciu dwa rydwany, każdy po innej stronie kielicha, oba zaprzężone w galopujące czwórki koni. Woźnice, nieco pochyleni do przodu, mocno trzymają wyprężone lejce, a odziani są w strój dobrze nam znany, to jest w długie, białe, ciasno przepasane chitony. Kolumienki pomiędzy rydwanami znaczą

oba krańcowe punkty stadionu, przy których trzeba zawracać. Krótki napis w dolnym pasie kielicha zachęca nas wciąż jeszcze, jak przed wielu wiekami swego właściciela i jego miłych gości: „Chaire kai piei eu!", czyli „Ciesz się i pij dobrze!" Twórca pięknego naczynia nie jest nam znany z imienia. Wiadomo w każdym razie, że pochodzi ono z okresu około połowy wieku VI, a więc z czasów młodości Kimona.

Mógłby jednak ktoś zapytać, po czym rozpoznajemy, że omówione tu naczynia powstały właśnie w VI wieku? W tym, a nie innym dziesięcioleciu? Przecież nie są datowane, nie mają metryk i stempli! Otóż znawcy wiele powiedzą różne szczegóły samego przedmiotu i malowideł; są to jednak zagadnienia techniczne, które trudno byłoby tu przedstawić zwięźle i przystępnie bez dodatkowych, wstępnych wyjaśnień. Istnieje wszakże pewna cecha podstawowa, pozwalająca z grubsza umiejscowić wszystkie te wyroby w bliskich sobie dziesięcioleciach. A mianowicie zostały one wykonane w stylu tak zwanym czarnofigurowym. Ten sposób zdobienia ceramiki władał niepodzielnie w ateńskich warsztatach garncarskich przed Pizystratem i niemal przez wszystkie lata jego rządów, potem zaś dość szybko, choć niecałkowicie, ustąpił miejsca innej, doskonalszej technice, o której jeszcze będzie mowa. Na czym polegał styl czarnofigurowy? Zmarły przed kilkunastu laty znakomity uczony polski, archeolog Kazimierz Bulas, tak rzecz charakteryzuje:

„Malarz umieszcza na czerwonym tle naczynia czarne sylwetki, zupełnie jak gdyby cienie rzucone na ścianę, szczegóły zaś wydobywa za pomocą linii rytych w sylwecie. Umieszczenie czarnej sylwety na tle gliny poprzedzał szkic robiony jakimś tępym

narzędziem, zapewne drewienkiem, dzisiaj jeszcze widoczny na wielu naczyniach przy starannym oglądaniu. Do prowadzenia linii rytych używano ostrego rylca, który zapuszczano dość głęboko, odsłaniając kolor gliny. Monotonię czarnej sylwety ożywiano przez barwne dodatki: purpurowe, fioletowe i białe. Stosowano je dla zaznaczenia włosów, brody, ozdób na szatach i na zbroi, wieńców itp. Przy czym trzeba zauważyć, że dodatki te, z początku bardzo obfite i nadające naczyniu barwny wygląd, stopniowo ulegały ograniczeniu. Najciekawsze jest tutaj stałe używanie farby białej dla zaznaczenia odsłoniętych części ciała kobiecego, a więc rąk, nóg i głowy. Farby te kładziono na pokoście, już po namalowaniu całej sylwety, a ponieważ były mało trwałe, częstokroć odpadały, odsłaniając czarny pokost" 5.

Tak lub bardzo podobnie wyglądały kratery, w których mieszano wino z wodą w czasie uczt wydawanych przez Kimona. Tak lub w sposób zbliżony zdobione były kielichy, z których pił trzykrotny zwycięzca olimpijski, gdy podejmowano go w pry-tanejonie. Jeśli ktoś w Atenach, to właśnie on, posiadacz boskich rumaków, musiał lubować się w scenach przedstawiających wyścigi rydwanów. Zapewne też znał ówczesnych mistrzów pędzla. Miasto przecież było niewielkie, artyści zaś prawdziwie cenieni. Sofilos chyba należał do pokolenia wcześniejszego, lecz Kimon mógł go jeszcze widywać jako chłopiec; Klejtias był tylko nieco starszy, natomiast ów malarz, który zdobił płaski kielich, żył i tworzył niemal współcześnie z nim.

Entuzjazm, jaki budziły igrzyska w wieku VI, dostarczał mistrzom słowa i obrazu tematów wdzięcznych i szeroko podziwianych. Z kolei zaś fakt, że wybitni artyści tak chętnie odtwarzali w swych

dziełach sceny różnych wyścigów, zawodów i zapasów, wzmagał dodatkowo popularność zwycięzców. Toteż wiek ten i następny stanowiły rzeczywiście złotą epokę szlachetnej rywalizacji na stadionach; jeszcze nie mąciła jej pogoń za zyskiem i jeszcze nie wtargnęła na bieżnie brudna struga zawodo-stwa. Kimon żył i zdobył sławę w czasach wiosny helleńskiego świata. Mógł uważać się za wybrańca losu.

SPRAWA KIMONA I HISTORYK

I oto pewnej nocy znaleziono na ulicy zwłoki Kimona! Został skrytobójczo zamordowany w samym sercu miasta, w pobliżu tego prytanejonu, w którym jako olimpijczyk zwykł biesiadować! Może więc śmierć spotkała go wtedy, gdy właśnie opuścił ów budynek po miłej wieczerzy i wracał do domu — samotnie, bo i czegóż miałby się lękać? Ponieważ okoliczności zbrodni były i pozostały niejasne, w mieście zaczęto snuć najdziwaczniejsze przypuszczenia. Jedna wersja znalazła później posłuch najszerszy i utrwaliła się w opinii ogółu na długo; ta mianowicie, że zabójstwa dokonali ludzie potajemnie nasłani przez synów Pizystrata. Bo i komuż innemu — takie pytanie nasuwało się wielu Ateńczykom — mogło bardziej zależeć na pozbyciu się możnego pana, sławnego zwycięzcy, człowieka powszechnie podziwianego?

Pamięć o ponurym wydarzeniu nie zgasła w mieście nawet po kilku pokoleniach. Ba, dawne podejrzenia, domysły i plotki z biegiem lat nabrały patyny powagi; zaczęto je traktować jako twierdzenia w pełni wiarygodne. Stać się tak musiało z dwóch powodów. Po pierwsze, zabójcy nie zostali schwytani;

mniemano więc, że to ówcześni panowie miasta umyślnie prowadzili dochodzenie tak niedbale.

Po drugie, istniały wpływowe ugrupowania, wysoce

*

zainteresowane w szerzeniu i podtrzymywaniu wszelkich opowieści, które przedstawiały synów Pizystra-ta w świetle możliwie niekorzystnym.

Niemal wszystko, co wiemy o Kimonie i jego czasach, zawdzięczamy historykowi Herodotowi. Z jego świadectw korzystać będziemy bardzo często, wypada więc już tu przedstawić osobę dziejopisa. Urodził się on nieco przed rokiem 480 w mieście Halikarnas u zachodnich wybrzeży Azji Mniejszej; Hellenowie mieszkali tam już od wieków. Zmarł po roku 430, prawdopodobnie w Italii południowej, gdzie również kwitnęło wiele kolonii helleńskich. Choć z pochodzenia nie był Ateńczykiem, często przebywał w mieście u stóp Akropolu, miłówał je i miał tam wielu przyjaciół. Przez długie lata pracował nad dziełem o wielkiej wojnie Persów i Hellenów. Toczyła się ona za życia poprzedniego pokolenia; gdy Herodot wchodził w swe lata męskie, Persowie już nie stanowili groźby. Tamte jednak czasy wciąż ^ wydawały się bliskie, pasjonujące, godne upamiętnienia, uczestnicy zaś zmagań, jeszcze żyjący, chodzili w glorii bohaterów. Stosunek więc historyka do owych wojen dokładnie odpowiada obecnej postawie osób czterdziesto—pięćdziesięcioletnich do wydarzeń II wojny światowej: już ich nie pamiętają lub prawie nie pamiętają, już są one dla nich przeszłością, o której trzeba się uczyć, lecz przeszłością bardzo żywą i pasjonującą.

Księgi Herodotowe dotrwały do naszych czasów w całości. Jest to pierwsze w pełni zachowane, wielkie dzieło historyczne w europejskim kręgu kulturowym. Cechuje się walorami świetnego pisarstwa, potoczystą narracją, szczerą chęcią poznania prawdy; przynajmniej w tym sensie i zakresie, że pragnie rzetelnie odpowiedzieć na pytanie, jaki był rzeczywisty przebieg wydarzeń. Pewne naiwności w wyjaśnianiu przyczyn przydają mu tylko uroku; tego uroku, którego całkowicie wyzbyte są liczne płody nowożytnej historiografii, lubujące się w sztucznych konstrukcjach teoretycznych i pozornie głębokich analizach — a istoty sprawy i tak nie dostrzegające. Wdzięczne są również dygresje o najrozmaitszej tematyce. Autor, gawędziarz znakomity, wciąż ubarwia nimi główny tok wywodów. A ma o czym opowiadać! Cofa się w przeszłość krajów, miast i rodów, o których przychodzi mu wspominać. Opisuje zabytki i obyczaje ludów, z którymi zetknął się w swych podróżach. Można Herodota po prostu czytać jak najlepszą powieść. Można też każde jego zdanie studiować, natrafiając co krok na kapitalne informacje o przeróżnych aspektach ówczesnego świata. Wypada wreszcie przypomnieć, że sam wyraz „historia", w znaczeniu: nauka o przeszłości, Hero-dotowi zawdzięcza swą karierę. Pierwotnie w języku greckim wyrazem tym określano po prostu badanie; wszelkie badanie i dochodzenie prawdy. To on właśnie napisał w pierwszym zdaniu swego dzieła słowa: „Herodotu Halikarnesseos histories apodeksis hede". Co się tłumaczy: „Oto przedstawienie badań Herodota Halikarnesyjczyka". Odtąd dopiero przyjęło się rozumieć i używać terminu „historia" w znaczeniu węższym i specjalnym: badanie poświęcone wyjaśnianiu prawdy dziejowej.

Wszystko, co się powiedziało, dowodzi chyba wystarczająco, że Herodot w pełni zasłużył sobie na miano ojca historii, przyznane mu już w starożytności.

Zapytajmy więc obecnie, co powie nam o zabójstwie Kimona? On, piszący mniej więcej w osiemdziesiąt lat po owej zbrodhi tak głośnej, a doskonale zorientowany w sprawach ateńskich! Otóż informacja jest krótka, a przy tym znamienna. Herodot notuje jako fakt niezbity i nie podlegający dyskusji:

„Gdy Kimon zwyciężył tymi samymi końmi w jeszcze jednych igrzyskach olimpijskich, stało się, że zginął z przyczyny synów Pizystrata, bo sam Pizy-strat już nie żył. Zabili go obok prytanejonu, nocą zasadziwszy ludzi" 6.

Skąd ten ton kategoryczny, skąd owa pewność? Czy nie jest to przypadkiem stronniczość? Lecz z jakiejże racji, z jakich pobudek? Do tych pytań jeszcze powrócimy. Na razie zaś zajmijmy się samą sprawą tajemniczej śmierci Kimona. Wypada fakt ten rozważyć, choć jest oczywiste, iż prawdy w takiej kwestii po upływie tylu wieków nikt już nie dojdzie; tym bardziej że brak wszelkich innych świadectw i wskazówek poza słowami Herodota. Mimo to śledztwo należy przeprowadzić. Nawet jeśli z góry wiadomo, że ograniczy się ono tylko do snucia domysłów i stawiania hipotez.

ŚLEDZTWO: DWIE MOŻLIWOŚCI

Pogląd, podzielany najpowszechniej, nie tylko przez ludność starożytnych Aten, ale i przez badaczy nowożytnych, można tak ująć:

Kimon, popularny w swej ojczyźnie jak dotychczas niewielu, prawdziwy ulubieniec bogów, stał się niebezpieczny dla panów miasta. Tym niebezpieczniejszy, że pochodził z rodu Filajdów i należał do najmożniejszych arystokratów attyckich. Posiadał też duży majątek. Było to oczywiście bogactwo względne: niegodne uwagi w oczach orientalnego monarchy, księcia lub nawet kupca, stanowiło przed-1 miot podziwu i zawiści ze strony mieszkańców ubogiej krainy, jaką była cała ówczesna Hellada. Już sam fakt, że Kimon utrzymywał czwórkę koni, i to nawet w latach wygnania, wydawał się czymś olśniewającym; czymś, co kazało przypuszczać, że jego zasoby są wręcz baśniowo niewyczerpalne. Politycznie zaś znacznie ważniejsze od majętności były rodzinne powiązania Kimona. Jego przyrodni brat przed mniej więcej ćwierćwieczem utworzył siłą i podstępem udzielne księstwo na Chersonezie Trackim. Jest to długi, wąski półwysep, zwany dziś Gallipoli, który jak gdyby zwisa nad cieśniną wiodącą ku morzu Marmara, skąd przez Bosfor wiedzie droga do Morza Czarnego; cieśnina zwała się w starożytności Hellespontem, obecnie zaś nosi miano Dardaneli. Otóż ów brat, twórca księstwa, już nie żył. Zmarł bezdzietnie, a włości swoje przekazał starszemu synowi Kimona; ten miał imię Stesagoras. Natomiast syn młodszy, Miltiades, pozostał przy ojcu w Atenach, jako przyszły dziedzic tutejszych posiadłości. Rzecz to oczywista i zrozumiała, że księstwo nad Hellespontem wzmocniło rolę Filajdów, także w samych Atenach. Mogli oni rywalizować z domem tyranów jako chyba jedyny rzeczywiście znaczący ród arystokratyczny w kraju. Przedstawiciele innych rodów albo wyginęli w czasie walk i zamieszek, gdy powstawał nowy porządek polityczny, albo też wyemigrowali — dobrowolnie !ub pod przymusem. Żyjącym na obczyźnie przewodzili Alkmeonidzi.

Sam Pizystrat, władca doświadczony i mający dużą powagę, zapewne nie obawiałby się Filajdów.

2. Wyścigi rydwanów. Fragment malowidła na wazie Franęoisa

3. Wyścigi rydwanów. Malowidło czarnofigurowe na kielichu ateńskim:

połowa wieku VI

4. Wyścigi rydwanów i trybuny dla widzów. Fragment czarnofigurowej

wazy ateńskiej Sofilosa

6. Okręty pod żaglami. Malowidło czarnofigurowe na czarze ateńskiej:

około roku 520

7. Wojownicy na koniach. Malowidło czarnofigurowe na amforze ateńskiej:

około roku 54<)

8. Łucznik tracki. Czerwonofigurowy talerz ateński. Malowidło Kpikteosa:

około roku 520-510

9. Król Krezus na stosie. Malowidło czerwonofigurowe na amforze ateńskiej:

początek wieku V

10. Pojedynek wojowników. Malowidło czerwonofigurowe na wazie ateńskiej:

około roku 490

Ba, to właśnie on pomagał im usadowić się na Cher-sonezie — w nadziei, że zrezygnują z politycznych ambicji w Attyce. Poradziłby więc sobie także z popularnością, jaką dało Kimonowi trzecie zwycięstwo olimpijskie. Lecz stary pan miasta zmarł tuż przed ostatnimi igrzyskami lub wkrótce po nich. Rządy przeszły w ręce jego synów. Dla tych Kimon był groźny. Lękali się jego bogactw, rodu i sławy, zwłaszcza w okresie tuż po śmierci ojca, nim jeszcze umocnili się na dobre. Wynika stąd, że usunięcie wybitnego arystokraty mogło być bardzo na rękę nowym władcom Aten.

Pogląd ten i całe rozumowanie czynią wrażenie wysoce przekonywających. A jednak można przeciwstawić im pytania i argumenty godne rozważenia!

Przede wszystkim więc wydaje się wątpliwe, czy synowie tyrana ośmieliliby się na krok tak ryzykowny, którego dalszych skutków nikt nie był w stanie przewidzieć. Wśród wzburzonej morderstwem ludności mogło dojść do zamieszek; przecież podniesienie ręki na olimpijskiego zwycięzcę, chlubę narodu, równało się w odczuciu ogółu niemal świętokradztwu! Wierzono by i głoszono, że na kraj tak niewdzięczny wobec jednego ze swych najlepszych synów musi spaść pomsta bogów. Oburzenie zaś i rozruchy mogłyby stać się prawdziwie groźne, gdyby z ludem sprzymierzyły się pozostałe w Attyce rodziny arystokratyczne oraz Alkmeonidzi, wciąż knujący zza granicy intrygi przeciw tyranom. Może więc zabójstwa dokonano z powodów czysto osobistych? Może był to zwykły mord rabunkowy? Kto wie, czy polityczni wrogowie tyranów nie wyzyskali zbrodni popełnionej przez kogoś innego, by zohydzić synów Pizystrata w oczach opinii publicznej!

Zarówno starożytna, jak i nowsza historia zna wiele przykładów stosowania podobnie perfidnych metod w rozgrywkach o władzę. Każdy chwyt wydaje się wtedy dozwolony. Ileż to razy wykorzystywano w różnych epokach i krajach przypadkowe zdarzenia, oskarżając swych przeciwników o czyny najha-niebniejsze, choć w danej sytuacji byli oni akurat całkowicie niewinni!

Istnieje wreszcie pewna okoliczność, która chyba także przemawia za przypuszczeniem, że tyrani ateńscy nie mieli nic wspólnego z morderstwem — wbrew podejrzeniom ogółu, wbrew słowom Hero-dota. Nim jednak sprawę tę poruszymy, wypada wpierw zająć się pytaniem: Kiedy to rozgrywały się przedstawione wydarzenia? Kiedy, w którym roku, dokonano zabójstwa? Odpowiedź na nie jest ważna dla ustalenia następstwa w czasie innych wypadków.

DATY

Filozof Arystoteles informuje krótko w cytowanym już traktacie o ustroju politycznym Aten, że Pizystrat zmarł w wieku podeszłym śmiercią naturalną za archontatu Filoneosa, to znaczy w drugiej połowie roku 528 lub pierwszej 527 p.n.e.7; dokładnie ustalić się tego nie da, albowiem urzędowy rok ateński rozpoczynał się, jak pamiętamy, nie jak nasz w styczniu, lecz w lipcu. W każdym razie fakt, że możemy stosunkowo tak ściśle umiejscowić w czasie śmierć tyrana, stanowi ważny punkt oparcia dla dalszych obliczeń.

Wiemy, że starożytne igrzyska olimpijskie odbywały się co cztery lata. Dlatego przecież i my urządzamy je w tych samych odstępach czasu, nawiązując świadomie do dawnej tradycji i konsekwentnie ją podtrzymując. W kronikach i dziełach antycznych pisarzy zachowały się częściowo spisy zwycięzców i wzmianki o wydarzeniach związanych z zawodami; jak na przykład informacja o sukcesach Kimona. Początek stanowiły te igrzyska, które święcono w roku 776 p.n.e. Wychodząc od tego łatwo obliczyć, że tuż przed śmiercią Pizystrata, a mianowicie w roku 528, odbyła się olimpiada 63. Poprzednie, czyli 62 i 61, obchodzono oczywiście w latach 532 i 536. Są to więc te trzy kolejne olimpiady, w których ta sama czwórka Kimonowych koni odniosła zwycięstwa w wyścigach rydwanów: 61, 62, 63.

Rzecz prosta można też przyjąć, że trzecie zwycięstwo rumaków ateńskiego arystokraty przypadło na olimpiadę 64 w roku 524. W takim razie trzeba by przesunąć poprzednie odpowiednio na rok 528 i 532. Choć wielu badaczy przyjmuje właśnie taką chronologię, nie wydaje się ona przekonywająca z różnych przyczyn; o jednej z nich będzie jeszcze mowa. Istoty sprawy to lub tamto ustalenie w niczym nie zmienia. Ważny bowiem jest fakt, że mamy mocny grunt pod nogami, jeśli chodzi o osadzenie w czasie przedstawionych wyżej wydarzeń: wszystkie one rozgrywały się z całą pewnością w drugiej połowie wieku VI p.n.e., a ściślej pomiędzy rokiem najwcześniej 538, najpóźniej 524.

Dzieli nas od nich — co warto sobie uświadomić — pełnych 25 wieków! Przepaść czasu. Zważmy, że okres to dwa i pół razy dłuższy od istnienia naszej państwowości. A skoro owa epoka, w której władał Mieszko, potem zaś królował syn jego Bolesław, wydaje się nam niezmiernie odległa, zagubiona w mroku, trudna do odtworzenia, przypuszczać by można, że jamten wiek, o tyle wcześniejszy, należy już niemal do świata nocy i legend. Lecz odległość w czasie jest rzeczą względną. Wiele zależy od tego, jakimi rozporządzamy źródłami, by oświetlić ten lub inny odcinek dziejów. Toteż przekonamy się wkrótce, że o Atenach Pizystrata i jego następców, a także o kolejach życia Miltiadesa, syna Kimona, potrafimy powiedzieć znacznie więcej niż o rządach i osobach pierwszych Piastów, choć ci chronologicznie o tyle nam bliżsi — gdyby wystarczyło tylko liczyć wieki.

Niektóre fakty i sprawy z historii tamtych Aten zostały już przedstawione. Obecnie więc pora rozszerzyć pole widzenia i pokazać, jak wyglądał ówczesny świat poza granicami Attyki pod względem politycznym. Mówiąc inaczej,zapytujemy, co mógł, co musiał wiedzieć o krajach i ludach nad Morzem Śródziemnym Miltiades, gdy jako głowa rodu obejmował spadek po swym sławnym ojcu.

ŚWIAT OKOŁO ROKU 530

Ateny stanowiły tylko jedno z bardzo wielu państewek, istniejących wówczas na ziemiach Hellady, na lądzie i stałym, i wyspach. Polityczne władztwo Aten w zasadzie ograniczało się do półwyspu zwanego Attyką; Salaminę bowiem, wysepkę leżącą tuż u zachodnich wybrzeży, zajęto stosunkowo niedawno, i to po zaciekłych wojnach z Megarą. Cały obszar państewka wynosił według miar naszych około 2500 km2, cała zaś jego ludność — mężczyźni i kobiety, wolni i niewolnicy — chyba niewiele ponad 100 000 osób. Tę ostatnią liczbę traktować należy oczywiście tylko jako wskazówkę orientacyjną, dokładnych bowiem danych nie posiadamy. Był to więc organizm polityczny, jeśli stosować obecne pojęcia i kryteria, wręcz miniaturowy. A przecież wciąż pamiętano w Attyce, że przed kilku wiekami na tym samym półwyspie współżyło aż 12 odrębnych państewek! Jedno z nich zajmowało równinę Maratonu u wybrzeży wschodnich. Inne miało swój ośrodek w świętym Eleuzis, na żyznych ziemiach naprzeciw Salaminy. Zjednoczenia dokonał król Tezeusz; tak głosiła legenda.

Państwo ateńskie, choć tak niewielkie, wręcz znikome w porównaniu z ogromnymi monarchiami, jakie od wieków wyrastały na Wschodzie, należało i tak do największych i naj ludniej szych w całym świecie helleńskim. Pod względem terytorium i liczby mieszkańców przewyższała je chyba tylko Sparta. Oficjalne określenie tego państwa brzmiało co prawda inaczej: Lakedaimon (przyjęła się u nas forma La-cedemon). Jego ośrodek stanowiła kraina Lakonia, zajmująca dolinę rzeki Eurotas na Peloponezie; Sparta tó tylko nazwa stolicy,' ale posługujemy się nią często, myśląc właśnie o państwie. A więc Lace-demon górował bezspornie nad pozostałymi i obszarem, i ludnością. Natomiast inne państewka liczyły przeciętnie po kilkaset, a niekiedy zaledwie po kilkadziesiąt kilometrów kwadratowych powierzchni i odpowiednio niewiele tysięcy mieszkańców.

Ile było wszystkich państewek w Helladzie właściwej, to jest zarówno na kontynencie, jak i na archipelagu wysp Morza Egejskiego i Jońskiego? Pytanie pozornie proste, lecz odpowiedzieć na nie wcale nie tak łatwo! Rzecz w tym, że niektóre z nich — jak Ateny, Korynt, Megara, Teby — miały wyraźnie oznaczone granice i zaliczały się do prawdziwie niezależnych, wolnych, suwerennych. W pewnych wszakże krainach wytworzyły się jakby federacje, czy też ligi miniaturowych organizmów politycznych, a jeszcze gdzie indziej, na ziemiach zachodnich i północnych, zapóźnionych pod względem rozwoju, przeważały luźne związki szczepowe. W takich przypadkach nie wiadomo, czy liczyć członków z osobna, czy też jednostkę nadrzędną jako całość. W każdym razie takich państewek, które można uznać za w pełni odrębne, istniało z pewnością wiele ponad sto. Wszystkie one były skłócone ze swymi sąsiadami i prowadziły wojny drobne, lecz uciążliwe, bo przewlekłe; od wewnątrz natomiast wstrząsały nimi spory i antagonizmy społeczne. Właśnie owe walki stronnictw ułatwiały energicznym i bezwzględnym politykom przechwytywanie władzy. Zwykle dokonywali tego, jak Pizystrat w Atenach, dzięki poparciu warstw uboższych, swoich zaś głównych przeciwników upatrywali w arystokracji i ją to prześladowali zaciekle. Lecz i stare rody utrzymywały się gdzieniegdzie przy rządach. Co prawda walcząc jednocześnie na dwa fronty: zarówno z chłopstwem, wegetującym w nędzy i ucisku, jak i z ludnością miejską; ta, bogacąc się szybko skutkiem rozwoju rzemiosł, handlu i żeglugi, żądała dla siebie odpowiedniego udziału w życiu politycznym. Królów natomiast nie znano i nie uznawano już prawie nigdzie, choć w wiekach poprzednich owi „pasterze ludów", owi „zrodzeni z Zeusa" — tak tytułowali się sami — mocno dzierżyli berła we wszystkich krajach i mieścinach. Nieco inaczej przedstawiały się sprawy w rejonach pogranicznych, półbarbarzyńskich, zapóźnionych. Spośród państw Hellady właściwej dziwaczny wyjątek stanowił tylko Lacedemon, tam bowiem władało jednocześnie dwóch królów, lecz z dwóch różnych rodów.

1. Kraje nad Morzem Egejskim

Teognis był zapewne rówieśnikiem Kimona. Pochodził z Megary, graniczącej z Attyką, a rodzinę jego zaliczano tam do najznamienitszych. Stało się jednak tak, że skutkiem przewrotów w mieście ojczystym stracił wszystko. Nienawidząc pospólstwa i nowobogackich Teognis dał upust swym namiętnościom, żalom i tęsknotom (oczywiście tęsknotom do dawnych, dobrych czasów) w poemacie, który stanowi najjaskrawszy dokument gwałtowności przemian i ostrości konfliktów w ówczesnej Helladzie. Posłuchajmy więc głosu człowieka, należącego do tej samej warstwy społecznej, co i potrójny zwycięzca olimpijski, lecz walczącego nie na stadionach własnym zaprzęgiem, lecz na agorze i na ulicach — z przeciwnościami losu i ze zwykłym niedostatkiem:

Kirnie! To miasto jak dawniej jest miastem, lecz ludzie są

inni.

Którzy nie znali wpierw praw, ani jak rządzi się gród,

Lecz koźlęcymi skórami na biodrach odziani chodzili Jako jelenie od bram miasta daleko, wśród pól,

Teraz uchodzą za zacnych, a którzy zacnymi wpierw byli, Teraz są podli. I któż widząc to, zniesie ten stan?

Nie ma szczerości wśród ludzi i jeden z drugiego się

śmieje,

Stałych poglądów zaś nikt nie ma ni dobrych, ni złych.

O swojej zaś biedzie mówi tak:

Taka jest moja niedola; nie świta mi jeszcze dzień zemsty, Bym porachować się mógł z tymi, co wzięli przez gwałt

Moją posiadłość, a ja niby pies pływający przez potok W wirze cisnących się fal wszystko straciłem, com miał.

Chciałbym pić krew krzywdzicieli — niech tylko się bóstwo

zlituje

Dobre i sprawom da bieg taki, o jakim ja śnię.

I dalej:

Gdybym obecnie miał tyle pieniędzy, jak dawniej ich

miałem,

Symonidesie, bez skarg w gronie zamożnych bym żył. Teraz przepadło mi wszystko, co miałem, a gardło mi ściska

Nędza, choć lepiej ja wiem niż niezliczony ten tłum Z jakiej przyczyny, spuściwszy w dół żagle srebrzyste

płyniemy

Z morza naszego, gdy noc ciemna otacza nas w krąg. Wody zaś czerpać nikt nie chce, a fala gwałtownie z stron

obu

Łodzi zalewa nam dno, z trudem ktoś wyjdzie stąd

żyw.

Dzisiaj są oni przy sterze, zrzuciwszy sternika zacnego, Który prowadził tę łódź mając wprawioną już dłoń. Grabią przemocą, co mogą, i śladu już nie ma po ładzie, Nawet z podatków, jak wpierw, nasz nie zasila się

skarb.

Władzę dziś mają tragarze, a podli górują nad szlachtą. Lęk mni^ ogarnia, że łódź może zatonąć wśród fal! 8

ŚWIAT OKOŁO ROKU 530: KRAJE DALEKIE

Państwo jest okrętem, a jego władca sternikiem, który umiejętnie prowadzi powierzoną sobie nawę przez fale wzburzonego morza ku bezpiecznej przystani. Wszystkie te porównania i przenośnie wydają się dziś tak łatwe, tak banalne i wytarte, że nie przemawiają w ogóle do wyobraźni; bo też używano ich i nadużywano bez miary w ciągu dwudziestu kilku wieków! Zważmy jednak, że czytelnik — a raczej słuchacz — Teognisa odbierał owe słowa zupełnie inaczej. Obrazy były świeże, żywe, oryginalne. Przecież to dopiero początki posługiwania się nimi w literaturze! Co więcej, zwrócone były do ludzi bezpośrednio związanych z morzem i żeglugą. Każdy z nich znał trud i grozę ustawicznego bytowania wśród fal na kruchej łodzi, wielu zaś nieraz płynęło po burzliwym przestworze w kraje bardzo odległe; płynęło, ponieważ wyganiała ich ze stron ojczystych bieda, ciasnota, przewroty polityczne — albo też prowadziła żądza przygód i zysku. Takim śmiałkom trafiały wprost do serca wiersze:

.. .lepiej ja wiem niż niezliczony ten tłum,

Z jakiej przyczyny, spuściwszy w dół żagle srebrzyste

płyniemy

Z morza naszego, gdy noc ciemna otacza nas w krąg.

Miasta bowiem Hellenów kwitnęły nie tylko wokół Morza Egejskiego. Obsadziły też cieśniny wiodące ku Morzu Czarnemu i różne odcinki jego wybrzeży: u podnóży Kaukazu, na dzisiejszym Krymie, u ujścia wielkich rzek ze stepów scytyjskich, u stóp gór Azji Mniejszej. Na Zachodzie najbujniej rozwijały się kolonie w Italii południowej i na Sycylii oraz u śródziemnomorskich brzegów obecnej Francji i Hiszpanii. W Afryce przybysze z Hellady najgę-ściej zasiedlili nadmorski pas Libii. Natomiast w delcie Nilu mieli tylko jeden punkt handlowy. Można było rozmówić się po grecku w niektórych częściach Cypru, a jeszcze lepiej w miastach u południowych wybrzeży Azji Mniejszej.

Owych kilkadziesiąt ognisk helleńskich, rozrzuconych po tak różnych i odległych od siebie stronach ówczesnego świata, miało jednak pewne cechy wspólne. Przede wszystkim kolonie kurczowo trzymały się morza. Osadnicy nigdy i nigdzie nie ośmielali się zapuszczać w głąb lądu, gdzie mieszkali autochtoni, niekiedy wrodzy, a prawie zawsze prymitywni, podejrzliwi, nieobliczalni w swych odruchach. Morze natomiast pozwalało na połowy i żeglugę oraz zapewniało stałą łączność z macierzą. A choć w zasadzie każda kolonia stanowiła od chwili zało-żenią państewko niezależne, zazwyczaj nie zrywała więzi z metropolią (to jest miastem macierzystym), pielęgnując dawne tradycje i pamięć wspólnej przeszłości. Jednakże Hellenowie, zdani wyłącznie na własne siły i liczebnie słabsi, zdołali dzięki swej odwadze, energii i zaradności prawie wszędzie utrzymać wolność. Tylko losy osiadłych w Azji potoczyły się inaczej, gorzej. Najpierw podporządkowali sobie większość tamtejszych miast królowie Lidii, mający swoją stolicę w Sardes. Potem wszystkie dostały się wraz z samą Lidią i z całą Azją Mniejszą pod panowanie perskie; był to rok 546.