Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Spotkania przy herbacie to zbiór autentycznych anegdot z życia Jolanty Pachowskiej Kurzewskiej. Wciągające, opisane żywym językiem historie nie wymagały dodatkowego ubarwiania, a każda z nich faktycznie się wydarzyła. Wątki łączą obyczaje spotkania i rozmowy przy herbacie. Wspomnienia z różnych etapów życia rysują barwny życiorys autorki. Jolanta Pachowska-Kurzewska jest architektem wnętrz, plastykiem, absolwentką Wydziału Projektowania i Malarstwa warszawskiej ASP.
Specjalizuje się w projektowaniu wnętrz i tkaninie unikatowej. Projektuje butikowe indywidualne przestrzenie, zarówno dla osób prywatnych, jak i instytucji publicznych w kraju i za granicą. Równolegle prezentuje swoje prace plastyczne na licznych wystawach w Polsce i na świecie.
W swojej pracy kładzie szczególny nacisk na poznanie potrzeb zleceniodawcy. Inspiracją są dla niej podróże i poznawani ludzie. Jak sama pisze, spotkania przy herbacie dostarczają jej ciekawych informacji i doznań. W książce dzieli się wybranymi często wielce zaskakującymi sytuacjami.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 108
Opracowanie graficzne i okładka: Jolanta Pachowska-Kurzewska i Filip Fortunat Kurzewski Korekta: Katarzyna Szajowska
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Tekst i zdjęcia © Copyright by Jolanta Pachowska-Kurzewska, Warszawa 2026 © Copyright for this edition by Melanż, Warszawa 2026
Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek elektronicznej, mechanicznej, fotograficznej lub innej formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.
ISBN 978-83-67013-31-4
MELANŻ ul. Rajskich Ptaków 50, 02-816 Warszawa +48 602 293 363, +48 602 630 508 wydawnic[email protected] www.melanz.com.pl
Serdecznie dziękuję wszystkim osobom, które pomogły w wydaniu tej książki.
Co by było, gdyby wieki temu, jeszcze przed naszą erą, przypadkiem liść drzewa herbacianego nie wpadł cesarzowi Chin do gotującej się wody, a ten nie docenił smaku tego naparu i jego właściwości leczniczych, dużo później zaś Maria Ludwika Gonzaga, żona Jana II Kazimierza, nie sprowadziła herbaty do Polski, która stała się tu popularnym napojem…
Gdyby nie to…
To nie byłoby pewnie w moim życiu tylu niebywałych spotkań przy herbacie, która jest moim ulubionym napojem i która stała się symbolem gościnności, wspólnoty, łącząc ludzi i pokonując granice geograficzne oraz kulturowe.
Moje anegdoty dedykuję swojemu mężowi Aleksandrowi, z którym co dzień popijamy mocną czarną herbatę.
Czarna herbata w socjalistycznych czasach mojego dzieciństwa była mieszanką różnego rodzaju czarnych herbat, a raczej ich pyłu, bo trudno było w Polsce wówczas o świetnej jakości liście wysuszone i sfermentowane, dające zapach, moc i smak. Może dlatego odrobina mleka lub dodana cytryna czy miód uszlachetniały napój i wspominam te herbaty z rozrzewnieniem.
Mama parzyła herbatę w małym czajniczku stawianym na dużym czajniku z gotującą się wodą, aby na parze wydobyć maksimum mocy z tego, co udało się zdobyć. Gotowy napój podany przez nią był po prostu najlepszy.
Jako że moja Mama była osobą gościnną, serwowała herbatę każdemu gościowi i zawsze podawała ją w cienkich filiżankach, gdyż tak smakuje najlepiej. Gości było dużo, a ponieważ nie każdy miał wtedy telefon, to dzwonek lub pukanie do drzwi słychać było z zaskoczenia stale.
Mieszkaliśmy na Starym Mieście w Warszawie. Był to i nadal jest szlak spacerowy, miejsce, które każdy chce odwiedzić, ale też obszar wielu zamieszek i trudnych sytuacji. Tak więc znajomi i nieznajomi chronili się czasem w naszym mieszkaniu przed gazowaniem i pałowaniem przez brygady ZOMO wysyłane w celu spacyfikowania demonstrantów. Brutalnie rozpraszano gromadzące się tłumy niezadowolonych ludzi, niektórzy niczemu niewinni uciekali z opresji i koili niejednokrotnie zdenerwowanie, popijając u nas herbatę.
Podczas tego opijania się herbatą usłyszałam też niejedną opowieść czy wspomnienie. Nie wszystkie były radosne. Moi rodzice za młodu przeżyli czas wojny, a wojna nigdy nie jest czymś dobrym ani miłym.
Tak więc gdy Mama opowiadała mi o sytuacjach, które przeżyła, jeszcze gdy była dziewczynką, i o tym, jak kilkakrotnie uchroniła się od śmierci lub cierpień w obozie, to przyrządzana przez nią ze spokojem i miłością herbata nabierała innego smaku.
Dopiero gdy jako dorosła osoba rozpatruję rzeczywistość trudnego czasu młodości rodziców, rozumiem i podziwiam ich bardziej.
A sytuacje były groźne, jak ta, gdy w czasie ostrzału Mama w szerokim płaszczyku przebiegała wraz z innymi mieszkańcami z pokoju do pokoju, aby się ukryć. Nagle kula rozbiła okno i przeszyła na wylot jej szeroki płaszcz. Na szczęście trafiła w tkaninę, nie w jej ciało. To wspomnienie mrożące krew w żyłach.
Innym razem moja mała jeszcze Mama z koleżanką w towarzystwie jej matki szły ulicą, gdzie okupant urządził kolejną łapankę. Ludzi z ulicy zgarniano do wozów i wywożono do obozów koncentracyjnych na raczej pewną śmierć. Matka koleżanki podjęła ryzyko, chwyciła obie dziewczynki za ręce, wyciągnęła jakiś papier z torebki i wymachiwała nim, wykrzykując, że ma przepustkę, co było nieprawdą. Biegła z dziećmi pod prąd zgarnianych ludzi, a zdezorientowani Niemcy nie zareagowali na to szybkie i pewne działanie, przepuszczali je, w ogóle nie sprawdzając papierów w tym całym zamieszaniu. W ten sposób udało się im uniknąć wywózki do obozu.
Podobnych opowieści było wiele.
Dzielna kobieta uratowała moją nieletnią Mamę, dzięki czemu mogłam zostać jej córką i pić z nią herbaty.
Znałam tylko jednego mojego Dziadka – ojca mojej Mamy. Tego ze strony Taty nie poznałam, bo odszedł do wieczności, zanim się urodziłam.
Byłam za mała, żeby siedzieć i dyskutować z Dziadkiem, popijając herbatkę, ale została mi w pamięci herbata z mlekiem serwowana przez Babcię – taka, do jakiej przyzwyczaiła mnie moja Mama.
A Dziadek zawsze, gdy go odwiedzałam w czasie wakacji (a byłam jeszcze małą dziewczynką), brał mnie na kolana, ruszał nosem jak królik i z szelmowskim błyskiem w oku pytał mnie, popijającą herbatkę z mlekiem:
– No, jak tam, masz absztyfikanta?
– Jakiś podprogowiec się kręci?
– Pojawił się jakiś wzdychulec?
– Masz amanta?
– Jest już fatygant?
– Poznałaś jakiegoś galopanta?
– Nadskakiwacze krążą?
W ogóle nie wiedziałam wtedy, o co mu chodziło.
Ciekawym człowiekiem o olbrzymiej wiedzy, wielu pasjach i aktywnościach, obecnym przez całe moje dzieciństwo i dorosłość, był Wujek Tadzio. Przez dziewięćdziesiąt lat swojego życia był poetą, aktorem w teatrze lalek, japonistą, artystą origami, mistrzem wycinanek z papieru, których delikatne i wyrafinowane wzory nadawał wielkimi nożycami. Pracował też w bibliotece japonistyki przy Uniwersytecie Warszawskim.
Jego zainteresowanie Wschodem, zwyczajami i kulturą tego rejonu, dały mu wiedzę co do rytuałów i wagi celebrowania w przygotowywaniu herbaty. Od niego można się było uczyć, jak przyrządzić i docenić herbaciany napar.
Wuj próbował wielu rzeczy w swoim długim życiu, na przykład wielodniowych głodówek, bo był przekonany o ich uzdrawiającym działaniu. Po wielu dniach niejedzenia pojawiał się na progu naszego staromiejskiego mieszkania. Wyglądał co najmniej strasznie, a Mama dodawała mu do diety składającej się z samej wody kolejne składniki, przywracając go do równowagi i „normalności” w żywieniu. Pamiętam, że prosił o dobrze zaparzoną herbatę, bo sama woda już stawała się dla niego chyba nudna.
Smakowaliśmy razem często czarną herbatę, mocny, aromatyczny, gorący wywar. Wspaniały, kojący i uspokajający, wypełniający nas zadowoleniem. Wtedy herbata stawała się naprawdę lekarstwem.
Rodzinne herbatki wspominam z rozrzewnieniem.
W Turcji pije się ogromne ilości herbaty. Poza świetną kawą spożycie herbaty jest tam może i największe w świecie i właśnie tam zasmakowałam takiej mocnej, esencjonalnej, serwowanej w małych szklaneczkach w kształcie tulipana. W samej Turcji również uprawia się herbatę, ale popularna jest też wspaniała herbata cejlońska, sprowadzana ze Sri Lanki, i ona właśnie stała się moją ulubioną.
Kiedy chodziłam jeszcze do szkoły, odbyłam kilka interesujących rodzinnych podróży do Turcji. Egzotyka miejsca, zapach ziół, upały i koloryt wywierał na mnie zawsze silne wrażenie. Spacer po wielkim bazarze w Stambule to nie lada frajda i przygoda.
W czasie mojej wczesnej młodości panowała fobia, że Turcy porywają blondynki, więc moja Mama prowadzała mnie prawie na sznurku tuż przy sobie i Tacie, podczas gdy ja napawałam się cudami na targu. Były takie inne, nowe dla mnie i ciekawe.
Zapatrzona w bawełniane stroje nie zauważyłam młodzieńca wybałuszającego oczy w moim kierunku. Tymczasem jego wuj, ciemny Turek z bujnym zarostem, już proponował herbatę nam wszystkim i rozmawiał z moim ojcem.
Herbata, gdy tylko skinął ręką, natychmiast pojawiła się na tacy w małych szklaneczkach w kształcie tulipana. Była gorąca, pachnąca i mocna. Fantastyczna na upalny dzień. Przy herbacie odbywały się najczęściej targi o towary, a teraz toczył się handel o mnie. Wuj młodego chłopca namawiał mojego Ojca, aby sprzedał mu mnie na żonę dla młodego kuzyna, który absolutnie zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia.
Tata był zawsze bardzo kontaktowy, szybko nawiązywał znajomości, był też dowcipny. Rozmowa rozwijała się, bo handlowanie polega na dłuższych targach, i gdy piliśmy kolejną herbatę, cena rosła i mogła się wydawać hojna. Starszy Turek zaoferował za mnie rodzicom tyle kilogramów złota, ile wtedy ważyłam. Ojciec udawał z uśmiechem, że poważnie się zastanawia. Zamyślony przeciągał odpowiedź, aż rzekł: „Nie, dziękuję, nie opłaca mi się, ona jest za chuda”.
Młody prawie płakał, a stary był mocno rozczarowany. W końcu dopijając herbatę, obiecaliśmy, że wyślę chłopakowi z Warszawy widokówkę.
I tak zrobiłam na pocieszenie, a potem przez kilka kolejnych lat otrzymywałam miłosne kartki ze Stambułu. Widniały na nich pary ciemnowłosego mężczyzny z blond kobietą na tle stambulskich widoków o zachodzie słońca. Treść wiadomości była zawsze taka sama: „I love You, You marry me, I work on bazar, You be happy”. („Ja ciebie kocham, ty wyjdź za mnie, ja pracować na bazarze, ty być szczęśliwa.”)
Jaka ja byłam niezłomna, że nie uległam takiej miłości…
Jeszcze zanim poślubiłam swojego męża, ale też i po naszym ślubie odwiedzaliśmy jego Dziadka i Babcię.
Dziadek był przykładem niezwykle zrównoważonego, dzielnego i silnego mężczyzny, choć jego życie pełne było bardzo trudnych sytuacji. Już w wieku szesnastu lat wyjechał z domu rodzinnego i zaciągnął się do armii austriackiej. Jego znajomość niemieckiego z wiedeńskim akcentem w czasie wojny ratowała mu nie raz życie. Ale nie tylko jego umiejętności językowe miały znaczenie. Los rzucił go do Czech, gdzie skończył studia medyczne. Był mądrym, dobrym lekarzem z powołania. Ratował życie każdemu człowiekowi, niezależnie, kim był.
W czasie wojny operował rannego Niemca w ten sposób ratując mu życie. To był dla niego przede wszystkim człowiek potrzebujący pomocy, nie wróg. Niemiec, fachowo wyleczony przez Dziadka, rozpoznał go później w grupie osób z łapanki ulicznej, przeznaczonej na wywiezienie do obozu śmierci i wyciągną go z transportu. Życie za życie. Było to honorowe zachowanie, o którym Dziadek ze spokojem nieśpiesznie opowiadał, szykując nam herbatę w czajniczku na parze, tak samo jak robiła to moja Mama.
Jego herbaty były bardzo mocne, miały piękny kolor i smakowały niezwykle. Ich przygotowywanie było celebracją wprawiającą nas w stan spokoju i równowagi. Łączyły się zawsze z wieloma niesamowitymi wspomnieniami Dziadka. A my z otwartymi szeroko oczami słuchaliśmy jego niezwykłych opowieści.
To pokolenie wiele przeżyło i wycierpiało, a jednak ci jego przedstawiciele, którzy przetrwali, byli zahartowani, mądrzy, spokojni i cenili spokój, który wywalczyli. Herbata parzona bez pośpiechu, z szacunkiem dla napoju, dla wspólnej chwili, była naprawdę wspaniała.
Wraz z moimi rodzicami spędzaliśmy wiele wakacji letnich nad morzem w Jugosławii, zanim ten kraj rozpadł się na siedem mniejszych państw. Co roku rozbijaliśmy swój namiot w innym miejscu. Gdy dotarliśmy na Półwysep Istria, okazało się, że pole namiotowe nawiedzają silne burze, często bezdeszczowe, ale z bardzo silnym wiatrem. Polecano więc rozbicie namiotu w części kempingu bez drzew, bo zdarzało się, że wichura przewracała nawet duże drzewa, powodując niebezpieczne wypadki.
Nasz skromny namiot stanął wśród wielkich pięknych namiotów osób z państw zachodnich. Ogromny podziw budziły wtedy te konstrukcje z podwieszanymi kilkoma sypialniami, przedsionkiem i baldachimem. Zachwycaliśmy się, jakie to „domy” i wyposażenie ludzie wozili ze sobą na kempingi. Nasz namiot był klasyczny, zwykły prosty, ale wystarczający.
Niebo było błękitne i bezchmurne. Temperatura wysoka, więc właściwie lepiej byłoby rozbić namiot pod drzewami i mieć trochę cienia, ale zgodnie z sugestią obsługi staliśmy w pełnym słońcu.
Nagle lokalni mieszkańcy zaczęli się nerwowo zwijać i zabierać rzeczy do samochodów. Na horyzoncie pojawił się mały biały obłoczek. Kto by przypuszczał, że to był znak nadchodzącej wietrznej burzy?
Padało niewiele, ale huragan był potężny. Ojciec biegał wkoło i dobijał śledzie trzymające namiot, a wiatr wyrywał je z ogromną siłą. My przytrzymywaliśmy namiot od środka. Walka trwała kilka godzin. Udało się przetrwać bez strat, ale namiot sąsiadów wiatr przerwał na pół, a w części kempingu, na której rosły drzewa faktycznie kilka z nich zwaliło się na samochody i namioty i poważnie je uszkodziło.
Nasze stanowisko sąsiadowało z wielkim nowoczesnym namiotem Austriaków. Matka z dziećmi schowała się do samochodu na czas burzy, a ojciec zwisał z konstrukcji namiotu, obciążając go własnym ciałem, aby nie pofrunął w dal.
Deszcz kompletnie przemoczył mężczyznę, a wiatr wychłodził i mój tata postanowił ratować sąsiada przed przeziębieniem. Zaprosił całą austriacką rodzinę do naszego stolika kempingowego na gorącą herbatę z sokiem i sprezentował im butelkę polskiej wódki. Zasugerował, żeby sąsiad wypił ją z pieprzem i położył się spać pod przykryciem, to może nie zachoruje, bo już go rozkładało i kichał.
Trochę się Tacie pomyliło, bo wódka z pieprzem pomaga przy problemach żołądkowych, nie przy przeziębieniu, ale alkohol faktycznie rozgrzewa.
Następnego ranka zachwycony Austriak przyszedł do nas uśmiechnięty i wdzięczny. Powiedział, że wypił całą wódkę z pieprzem, choć nie było to dobre, a potem żona wymasowała go tą butelką i czuje się naprawdę zdrowy.
– Wy, Polacy, macie takie wspaniałe naturalne metody leczenia – wychwalał.
Podróżowaliśmy po Europie z namiotem w czasach, gdy pola kempingowe nie były tak świetnie zorganizowane jak dziś i nie było ich wiele. Zdarzało się nam nocować „na dziko”, gdy zapadał zmrok i przychodziło zmęczenie długą jazdą.
W Salonikach w Grecji próbowaliśmy trafić na kemping, ale nie mogliśmy go odnaleźć. Nie istniał wówczas GPS, nie było nawigacji, a nawet telefonów komórkowych, ale i tak udało nam się zwiedzić całą niemal Europę – korzystając z map i pytając ludzi o drogę. Wtedy w Salonikach chcieliśmy przenocować tylko jedną noc i jechać dalej, a tu pojawiły się trudności z dotarciem do kempingu.
W końcu wjechaliśmy na jakieś wzgórze, było ciemno, mnóstwo drzew, jakby na uboczu miasta, choć wciąż w jego granicach. Wydawało się że to dobry punkt zalesiony, żeby postawić część namiotu, szybko zasnąć i odpocząć do poranka. Tata chodził z latarką, szukając odpowiedniego miejsca na rozstawienie, rozglądał się i przymierzał, gdzie będzie najlepiej, a tu nagle pojawił się jakiś Grek, który machał rękoma, że nie, nie, tu nie, tu hu, hu, hu… Straszył nas.
Mama zinterpretowała jego ostrzeżenie tak, że tam są zapewne niedźwiedzie albo inne zwierzęta i będzie niebezpiecznie. A starszy mężczyzna na migi zaprosił nas, abyśmy postawili namiot na podwórku jego domu nieopodal. I dzięki temu udało nam się bezpiecznie przenocować. Rano żona Greka przyniosła nam świeże figi z ogródka i z uśmiechem nas nimi częstowała. Mama właśnie gotowała na kocherze wodę na herbatę, ale zaproszono nas na śniadanie i herbatę wypiliśmy wspólnie. Przyjazne nastawienie nie wymagało znajomości języka, wystarczyły gesty i szczery uśmiech. Gdy zrobiło się jasno, okazało się że to straszne miejsce, gdzie miały być niedźwiedzie czy inne bestie, to był cmentarz. „Hu, hu, hu” to raczej duchy, wśród których chcieliśmy nocować.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
