Spotkania przy herbacie - Jolanta Pachowska Kurzewska - ebook

Spotkania przy herbacie ebook

Jolanta Pachowska Kurzewska

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Spotkania przy herbacie to zbiór autentycznych anegdot z życia Jolanty Pachowskiej Kurzewskiej. Wciągające, opisane żywym językiem historie nie wymagały dodatkowego ubarwiania, a każda z nich faktycznie się wydarzyła. Wątki łączą obyczaje spotkania i rozmowy przy herbacie. Wspomnienia z różnych etapów życia rysują barwny życiorys autorki. Jolanta Pachowska-Kurzewska jest architektem wnętrz, plastykiem, absolwentką Wydziału Projektowania i Malarstwa warszawskiej ASP.

Specjalizuje się w projektowaniu wnętrz i tkaninie unikatowej. Projektuje butikowe indywidualne przestrzenie, zarówno dla osób prywatnych, jak i instytucji publicznych w kraju i za granicą. Równolegle prezentuje swoje prace plastyczne na licznych wystawach w Polsce i na świecie.

W swojej pracy kładzie szczególny nacisk na poznanie potrzeb zleceniodawcy. Inspiracją są dla niej podróże i poznawani ludzie. Jak sama pisze, spotkania przy herbacie dostarczają jej ciekawych informacji i doznań. W książce dzieli się wybranymi często wielce zaskakującymi sytuacjami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 108

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Opra­co­wa­nie gra­ficzne i okładka: Jolanta Pachow­ska-Kurzew­ska i Filip For­tu­nat Kurzew­ski Korekta: Kata­rzyna Sza­jow­ska

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Tekst i zdję­cia © Copy­ri­ght by Jolanta Pachow­ska-Kurzew­ska, War­szawa 2026 © Copy­ri­ght for this edi­tion by Melanż, War­szawa 2026

Wszyst­kie prawa zastrze­żone. Żadna część niniej­szej publi­ka­cji nie może być repro­du­ko­wana, prze­cho­wy­wana jako źró­dło danych i prze­ka­zy­wana w jakiej­kol­wiek elek­tro­nicz­nej, mecha­nicz­nej, foto­gra­ficz­nej lub innej for­mie zapisu bez pisem­nej zgody posia­da­cza praw.

ISBN 978-83-67013-31-4

MELANŻ ul. Raj­skich Pta­ków 50, 02-816 War­szawa +48 602 293 363, +48 602 630 508 wydaw­nic­[email protected] www.melanz.com.pl

Ser­decz­nie dzię­kuję wszyst­kim oso­bom, które pomo­gły w wyda­niu tej książki.

Wstęp

Co by było, gdyby wieki temu, jesz­cze przed naszą erą, przy­pad­kiem liść drzewa her­ba­cia­nego nie wpadł cesa­rzowi Chin do gotu­ją­cej się wody, a ten nie doce­nił smaku tego naparu i jego wła­ści­wo­ści lecz­ni­czych, dużo póź­niej zaś Maria Ludwika Gon­zaga, żona Jana II Kazi­mie­rza, nie spro­wa­dziła her­baty do Pol­ski, która stała się tu popu­lar­nym napo­jem…

Gdyby nie to…

To nie byłoby pew­nie w moim życiu tylu nie­by­wa­łych spo­tkań przy her­ba­cie, która jest moim ulu­bio­nym napo­jem i która stała się sym­bo­lem gościn­no­ści, wspól­noty, łącząc ludzi i poko­nu­jąc gra­nice geo­gra­ficzne oraz kul­tu­rowe.

Moje aneg­doty dedy­kuję swo­jemu mężowi Alek­san­drowi, z któ­rym co dzień popi­jamy mocną czarną her­batę.

Herbatki mojej mamy

Czarna her­bata w socja­li­stycz­nych cza­sach mojego dzie­ciń­stwa była mie­szanką róż­nego rodzaju czar­nych her­bat, a raczej ich pyłu, bo trudno było w Pol­sce wów­czas o świet­nej jako­ści liście wysu­szone i sfer­men­to­wane, dające zapach, moc i smak. Może dla­tego odro­bina mleka lub dodana cytryna czy miód uszla­chet­niały napój i wspo­mi­nam te her­baty z roz­rzew­nie­niem.

Mama parzyła her­batę w małym czaj­niczku sta­wia­nym na dużym czaj­niku z gotu­jącą się wodą, aby na parze wydo­być mak­si­mum mocy z tego, co udało się zdo­być. Gotowy napój podany przez nią był po pro­stu naj­lep­szy.

Jako że moja Mama była osobą gościnną, ser­wo­wała her­batę każ­demu gościowi i zawsze poda­wała ją w cien­kich fili­żan­kach, gdyż tak sma­kuje naj­le­piej. Gości było dużo, a ponie­waż nie każdy miał wtedy tele­fon, to dzwo­nek lub puka­nie do drzwi sły­chać było z zasko­cze­nia stale.

Miesz­ka­li­śmy na Sta­rym Mie­ście w War­sza­wie. Był to i na­dal jest szlak spa­ce­rowy, miej­sce, które każdy chce odwie­dzić, ale też obszar wielu zamie­szek i trud­nych sytu­acji. Tak więc zna­jomi i niezna­jomi chro­nili się cza­sem w naszym miesz­ka­niu przed gazo­wa­niem i pało­wa­niem przez bry­gady ZOMO wysy­łane w celu spa­cy­fi­ko­wa­nia demon­stran­tów. Bru­tal­nie roz­pra­szano gro­ma­dzące się tłumy nie­za­do­wo­lo­nych ludzi, nie­któ­rzy niczemu nie­winni ucie­kali z opre­sji i koili nie­jed­no­krot­nie zde­ner­wo­wa­nie, popi­ja­jąc u nas her­batę.

Pod­czas tego opi­ja­nia się her­batą usły­sza­łam też nie­jedną opo­wieść czy wspo­mnie­nie. Nie wszyst­kie były rado­sne. Moi rodzice za młodu prze­żyli czas wojny, a wojna ni­gdy nie jest czymś dobrym ani miłym.

Tak więc gdy Mama opo­wia­dała mi o sytu­acjach, które prze­żyła, jesz­cze gdy była dziew­czynką, i o tym, jak kil­ka­krot­nie uchro­niła się od śmierci lub cier­pień w obo­zie, to przy­rzą­dzana przez nią ze spo­ko­jem i miło­ścią her­bata nabie­rała innego smaku.

Dopiero gdy jako doro­sła osoba roz­pa­truję rze­czy­wi­stość trud­nego czasu mło­do­ści rodzi­ców, rozu­miem i podzi­wiam ich bar­dziej.

Moja nie­let­nia mama na spa­ce­rze.

A sytu­acje były groźne, jak ta, gdy w cza­sie ostrzału Mama w sze­ro­kim płasz­czyku prze­bie­gała wraz z innymi miesz­kań­cami z pokoju do pokoju, aby się ukryć. Nagle kula roz­biła okno i prze­szyła na wylot jej sze­roki płaszcz. Na szczę­ście tra­fiła w tka­ninę, nie w jej ciało. To wspo­mnie­nie mro­żące krew w żyłach.

Innym razem moja mała jesz­cze Mama z kole­żanką w towa­rzy­stwie jej matki szły ulicą, gdzie oku­pant urzą­dził kolejną łapankę. Ludzi z ulicy zgar­niano do wozów i wywo­żono do obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych na raczej pewną śmierć. Matka kole­żanki pod­jęła ryzyko, chwy­ciła obie dziew­czynki za ręce, wycią­gnęła jakiś papier z torebki i wyma­chi­wała nim, wykrzy­ku­jąc, że ma prze­pustkę, co było nie­prawdą. Bie­gła z dziećmi pod prąd zgar­nia­nych ludzi, a zdez­o­rien­to­wani Niemcy nie zare­ago­wali na to szyb­kie i pewne dzia­ła­nie, prze­pusz­czali je, w ogóle nie spraw­dza­jąc papie­rów w tym całym zamie­sza­niu. W ten spo­sób udało się im unik­nąć wywózki do obozu.

Podob­nych opo­wie­ści było wiele.

Dzielna kobieta ura­to­wała moją nie­let­nią Mamę, dzięki czemu mogłam zostać jej córką i pić z nią her­baty.

Wizyty u Dziadka Michała

Zna­łam tylko jed­nego mojego Dziadka – ojca mojej Mamy. Tego ze strony Taty nie pozna­łam, bo odszedł do wiecz­no­ści, zanim się uro­dzi­łam.

Byłam za mała, żeby sie­dzieć i dys­ku­to­wać z Dziad­kiem, popi­ja­jąc her­batkę, ale została mi w pamięci her­bata z mle­kiem ser­wo­wana przez Bab­cię – taka, do jakiej przy­zwy­cza­iła mnie moja Mama.

A Dzia­dek zawsze, gdy go odwie­dza­łam w cza­sie waka­cji (a byłam jesz­cze małą dziew­czynką), brał mnie na kolana, ruszał nosem jak kró­lik i z szel­mow­skim bły­skiem w oku pytał mnie, popi­ja­jącą her­batkę z mle­kiem:

– No, jak tam, masz absz­ty­fi­kanta?

– Jakiś pod­pro­go­wiec się kręci?

– Poja­wił się jakiś wzdy­chu­lec?

– Masz amanta?

– Jest już faty­gant?

– Pozna­łaś jakie­goś galo­panta?

– Nad­ska­ki­wa­cze krążą?

W ogóle nie wie­dzia­łam wtedy, o co mu cho­dziło.

Wujek Tadzio japonista

Cie­ka­wym czło­wie­kiem o olbrzy­miej wie­dzy, wielu pasjach i aktyw­no­ściach, obec­nym przez całe moje dzie­ciń­stwo i doro­słość, był Wujek Tadzio. Przez dzie­więć­dzie­siąt lat swo­jego życia był poetą, akto­rem w teatrze lalek, japo­ni­stą, arty­stą ori­gami, mistrzem wyci­na­nek z papieru, któ­rych deli­katne i wyra­fi­no­wane wzory nada­wał wiel­kimi noży­cami. Pra­co­wał też w biblio­tece japo­ni­styki przy Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim.

Jego zain­te­re­so­wa­nie Wscho­dem, zwy­cza­jami i kul­turą tego rejonu, dały mu wie­dzę co do rytu­ałów i wagi cele­bro­wa­nia w przy­go­to­wy­wa­niu her­baty. Od niego można się było uczyć, jak przy­rzą­dzić i doce­nić her­ba­ciany napar.

Wuj pró­bo­wał wielu rze­czy w swoim dłu­gim życiu, na przy­kład wie­lo­dnio­wych gło­dó­wek, bo był prze­ko­nany o ich uzdra­wia­ją­cym dzia­ła­niu. Po wielu dniach nie­je­dze­nia poja­wiał się na progu naszego sta­ro­miej­skiego miesz­ka­nia. Wyglą­dał co naj­mniej strasz­nie, a Mama doda­wała mu do diety skła­da­ją­cej się z samej wody kolejne skład­niki, przy­wra­ca­jąc go do rów­no­wagi i „nor­mal­no­ści” w żywie­niu. Pamię­tam, że pro­sił o dobrze zapa­rzoną her­batę, bo sama woda już sta­wała się dla niego chyba nudna.

Sma­ko­wa­li­śmy razem czę­sto czarną her­batę, mocny, aro­ma­tyczny, gorący wywar. Wspa­niały, kojący i uspo­ka­ja­jący, wypeł­nia­jący nas zado­wo­le­niem. Wtedy her­bata sta­wała się naprawdę lekar­stwem.

Rodzinne her­batki wspo­mi­nam z roz­rzew­nie­niem.

Towar turecki

W Tur­cji pije się ogromne ilo­ści her­baty. Poza świetną kawą spo­ży­cie her­baty jest tam może i naj­więk­sze w świe­cie i wła­śnie tam zasma­ko­wa­łam takiej moc­nej, esen­cjo­nal­nej, ser­wo­wa­nej w małych szkla­necz­kach w kształ­cie tuli­pana. W samej Tur­cji rów­nież upra­wia się her­batę, ale popu­larna jest też wspa­niała her­bata cej­loń­ska, spro­wa­dzana ze Sri Lanki, i ona wła­śnie stała się moją ulu­bioną.

Kiedy cho­dzi­łam jesz­cze do szkoły, odby­łam kilka inte­re­su­ją­cych rodzin­nych podróży do Tur­cji. Egzo­tyka miej­sca, zapach ziół, upały i kolo­ryt wywie­rał na mnie zawsze silne wra­że­nie. Spa­cer po wiel­kim baza­rze w Stam­bule to nie lada frajda i przy­goda.

W cza­sie mojej wcze­snej mło­do­ści pano­wała fobia, że Turcy pory­wają blon­dynki, więc moja Mama pro­wa­dzała mnie pra­wie na sznurku tuż przy sobie i Tacie, pod­czas gdy ja napa­wa­łam się cudami na targu. Były takie inne, nowe dla mnie i cie­kawe.

Zapa­trzona w baweł­niane stroje nie zauwa­ży­łam mło­dzieńca wyba­łu­sza­ją­cego oczy w moim kie­runku. Tym­cza­sem jego wuj, ciemny Turek z buj­nym zaro­stem, już pro­po­no­wał her­batę nam wszyst­kim i roz­ma­wiał z moim ojcem.

Her­bata, gdy tylko ski­nął ręką, natych­miast poja­wiła się na tacy w małych szkla­necz­kach w kształ­cie tuli­pana. Była gorąca, pach­nąca i mocna. Fan­ta­styczna na upalny dzień. Przy her­ba­cie odby­wały się naj­czę­ściej targi o towary, a teraz toczył się han­del o mnie. Wuj mło­dego chłopca nama­wiał mojego Ojca, aby sprze­dał mu mnie na żonę dla mło­dego kuzyna, który abso­lut­nie zako­chał się we mnie od pierw­szego wej­rze­nia.

Tata był zawsze bar­dzo kon­tak­towy, szybko nawią­zy­wał zna­jo­mo­ści, był też dow­cipny. Roz­mowa roz­wi­jała się, bo han­dlo­wa­nie polega na dłuż­szych tar­gach, i gdy pili­śmy kolejną her­batę, cena rosła i mogła się wyda­wać hojna. Star­szy Turek zaofe­ro­wał za mnie rodzi­com tyle kilo­gra­mów złota, ile wtedy waży­łam. Ojciec uda­wał z uśmie­chem, że poważ­nie się zasta­na­wia. Zamy­ślony prze­cią­gał odpo­wiedź, aż rzekł: „Nie, dzię­kuję, nie opłaca mi się, ona jest za chuda”.

Młody pra­wie pła­kał, a stary był mocno roz­cza­ro­wany. W końcu dopi­ja­jąc her­batę, obie­ca­li­śmy, że wyślę chło­pa­kowi z War­szawy wido­kówkę.

I tak zro­bi­łam na pocie­sze­nie, a potem przez kilka kolej­nych lat otrzy­my­wa­łam miło­sne kartki ze Stam­bułu. Wid­niały na nich pary ciem­no­wło­sego męż­czy­zny z blond kobietą na tle stam­bul­skich wido­ków o zacho­dzie słońca. Treść wia­do­mo­ści była zawsze taka sama: „I love You, You marry me, I work on bazar, You be happy”. („Ja cie­bie kocham, ty wyjdź za mnie, ja pra­co­wać na baza­rze, ty być szczę­śliwa.”)

Jaka ja byłam nie­złomna, że nie ule­głam takiej miło­ści…

Herbatki i wspominki Dziadka Stefanka

Jesz­cze zanim poślu­bi­łam swo­jego męża, ale też i po naszym ślu­bie odwie­dza­li­śmy jego Dziadka i Bab­cię.

Dzia­dek był przy­kła­dem nie­zwy­kle zrów­no­wa­żo­nego, dziel­nego i sil­nego męż­czy­zny, choć jego życie pełne było bar­dzo trud­nych sytu­acji. Już w wieku szes­na­stu lat wyje­chał z domu rodzin­nego i zacią­gnął się do armii austriac­kiej. Jego zna­jo­mość nie­miec­kiego z wie­deń­skim akcen­tem w cza­sie wojny rato­wała mu nie raz życie. Ale nie tylko jego umie­jęt­no­ści języ­kowe miały zna­cze­nie. Los rzu­cił go do Czech, gdzie skoń­czył stu­dia medyczne. Był mądrym, dobrym leka­rzem z powo­ła­nia. Rato­wał życie każ­demu czło­wie­kowi, nie­za­leż­nie, kim był.

W cza­sie wojny ope­ro­wał ran­nego Niemca w ten spo­sób ratu­jąc mu życie. To był dla niego przede wszyst­kim czło­wiek potrze­bu­jący pomocy, nie wróg. Nie­miec, fachowo wyle­czony przez Dziadka, roz­po­znał go póź­niej w gru­pie osób z łapanki ulicz­nej, prze­zna­czo­nej na wywie­zie­nie do obozu śmierci i wycią­gną go z trans­portu. Życie za życie. Było to hono­rowe zacho­wa­nie, o któ­rym Dzia­dek ze spo­ko­jem nie­śpiesz­nie opo­wia­dał, szy­ku­jąc nam her­batę w czaj­niczku na parze, tak samo jak robiła to moja Mama.

Jego her­baty były bar­dzo mocne, miały piękny kolor i sma­ko­wały nie­zwy­kle. Ich przy­go­to­wy­wa­nie było cele­bra­cją wpra­wia­jącą nas w stan spo­koju i rów­no­wagi. Łączyły się zawsze z wie­loma nie­sa­mo­wi­tymi wspo­mnie­niami Dziadka. A my z otwar­tymi sze­roko oczami słu­cha­li­śmy jego nie­zwy­kłych opo­wie­ści.

To poko­le­nie wiele prze­żyło i wycier­piało, a jed­nak ci jego przed­sta­wi­ciele, któ­rzy prze­trwali, byli zahar­to­wani, mądrzy, spo­kojni i cenili spo­kój, który wywal­czyli. Her­bata parzona bez pośpie­chu, z sza­cun­kiem dla napoju, dla wspól­nej chwili, była naprawdę wspa­niała.

Był taki kraj – Jugosławia

Wraz z moimi rodzi­cami spę­dza­li­śmy wiele waka­cji let­nich nad morzem w Jugo­sła­wii, zanim ten kraj roz­padł się na sie­dem mniej­szych państw. Co roku roz­bi­ja­li­śmy swój namiot w innym miej­scu. Gdy dotar­li­śmy na Pół­wy­sep Istria, oka­zało się, że pole namio­towe nawie­dzają silne burze, czę­sto bez­desz­czowe, ale z bar­dzo sil­nym wia­trem. Pole­cano więc roz­bi­cie namiotu w czę­ści kem­pingu bez drzew, bo zda­rzało się, że wichura prze­wra­cała nawet duże drzewa, powo­du­jąc nie­bez­pieczne wypadki.

Nasz skromny namiot sta­nął wśród wiel­kich pięk­nych namio­tów osób z państw zachod­nich. Ogromny podziw budziły wtedy te kon­struk­cje z pod­wie­sza­nymi kil­koma sypial­niami, przed­sion­kiem i bal­da­chi­mem. Zachwy­ca­li­śmy się, jakie to „domy” i wypo­sa­że­nie ludzie wozili ze sobą na kem­pingi. Nasz namiot był kla­syczny, zwy­kły pro­sty, ale wystar­cza­jący.

Niebo było błę­kitne i bez­chmurne. Tem­pe­ra­tura wysoka, więc wła­ści­wie lepiej byłoby roz­bić namiot pod drze­wami i mieć tro­chę cie­nia, ale zgod­nie z suge­stią obsługi sta­li­śmy w peł­nym słońcu.

Nagle lokalni miesz­kańcy zaczęli się ner­wowo zwi­jać i zabie­rać rze­czy do samo­cho­dów. Na hory­zon­cie poja­wił się mały biały obło­czek. Kto by przy­pusz­czał, że to był znak nad­cho­dzą­cej wietrz­nej burzy?

Padało nie­wiele, ale hura­gan był potężny. Ojciec bie­gał wkoło i dobi­jał śle­dzie trzy­ma­jące namiot, a wiatr wyry­wał je z ogromną siłą. My przy­trzy­my­wa­li­śmy namiot od środka. Walka trwała kilka godzin. Udało się prze­trwać bez strat, ale namiot sąsia­dów wiatr prze­rwał na pół, a w czę­ści kem­pingu, na któ­rej rosły drzewa fak­tycz­nie kilka z nich zwa­liło się na samo­chody i namioty i poważ­nie je uszko­dziło.

Nasze sta­no­wi­sko sąsia­do­wało z wiel­kim nowo­cze­snym namio­tem Austria­ków. Matka z dziećmi scho­wała się do samo­chodu na czas burzy, a ojciec zwi­sał z kon­struk­cji namiotu, obcią­ża­jąc go wła­snym cia­łem, aby nie pofru­nął w dal.

Deszcz kom­plet­nie prze­mo­czył męż­czy­znę, a wiatr wychło­dził i mój tata posta­no­wił rato­wać sąsiada przed prze­zię­bie­niem. Zapro­sił całą austriacką rodzinę do naszego sto­lika kem­pin­go­wego na gorącą her­batę z sokiem i spre­zen­to­wał im butelkę pol­skiej wódki. Zasu­ge­ro­wał, żeby sąsiad wypił ją z pie­przem i poło­żył się spać pod przy­kry­ciem, to może nie zacho­ruje, bo już go roz­kła­dało i kichał.

Tro­chę się Tacie pomy­liło, bo wódka z pie­przem pomaga przy pro­ble­mach żołąd­ko­wych, nie przy prze­zię­bie­niu, ale alko­hol fak­tycz­nie roz­grzewa.

Następ­nego ranka zachwy­cony Austriak przy­szedł do nas uśmiech­nięty i wdzięczny. Powie­dział, że wypił całą wódkę z pie­przem, choć nie było to dobre, a potem żona wyma­so­wała go tą butelką i czuje się naprawdę zdrowy.

– Wy, Polacy, macie takie wspa­niałe natu­ralne metody lecze­nia – wychwa­lał.

Na kem­pingu.

Co straszyło w Grecji

Podró­żo­wa­li­śmy po Euro­pie z namio­tem w cza­sach, gdy pola kem­pin­gowe nie były tak świet­nie zor­ga­ni­zo­wane jak dziś i nie było ich wiele. Zda­rzało się nam noco­wać „na dziko”, gdy zapa­dał zmrok i przy­cho­dziło zmę­cze­nie długą jazdą.

W Salo­ni­kach w Gre­cji pró­bo­wa­li­śmy tra­fić na kem­ping, ale nie mogli­śmy go odna­leźć. Nie ist­niał wów­czas GPS, nie było nawi­ga­cji, a nawet tele­fo­nów komór­ko­wych, ale i tak udało nam się zwie­dzić całą nie­mal Europę – korzy­sta­jąc z map i pyta­jąc ludzi o drogę. Wtedy w Salo­ni­kach chcie­li­śmy prze­no­co­wać tylko jedną noc i jechać dalej, a tu poja­wiły się trud­no­ści z dotar­ciem do kem­pingu.

W końcu wje­cha­li­śmy na jakieś wzgó­rze, było ciemno, mnó­stwo drzew, jakby na ubo­czu mia­sta, choć wciąż w jego gra­ni­cach. Wyda­wało się że to dobry punkt zale­siony, żeby posta­wić część namiotu, szybko zasnąć i odpo­cząć do poranka. Tata cho­dził z latarką, szu­ka­jąc odpo­wied­niego miej­sca na roz­sta­wie­nie, roz­glą­dał się i przy­mie­rzał, gdzie będzie naj­le­piej, a tu nagle poja­wił się jakiś Grek, który machał rękoma, że nie, nie, tu nie, tu hu, hu, hu… Stra­szył nas.

Mama zin­ter­pre­to­wała jego ostrze­że­nie tak, że tam są zapewne niedź­wie­dzie albo inne zwie­rzęta i będzie nie­bez­piecz­nie. A star­szy męż­czy­zna na migi zapro­sił nas, aby­śmy posta­wili namiot na podwórku jego domu nie­opo­dal. I dzięki temu udało nam się bez­piecz­nie prze­no­co­wać. Rano żona Greka przy­nio­sła nam świeże figi z ogródka i z uśmie­chem nas nimi czę­sto­wała. Mama wła­śnie goto­wała na koche­rze wodę na her­batę, ale zapro­szono nas na śnia­da­nie i her­batę wypi­li­śmy wspól­nie. Przy­ja­zne nasta­wie­nie nie wyma­gało zna­jo­mo­ści języka, wystar­czyły gesty i szczery uśmiech. Gdy zro­biło się jasno, oka­zało się że to straszne miej­sce, gdzie miały być niedź­wie­dzie czy inne bestie, to był cmen­tarz. „Hu, hu, hu” to raczej duchy, wśród któ­rych chcie­li­śmy noco­wać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki