Soroczka - Angelika Kuźniak - ebook

Soroczka ebook

Angelika Kuźniak

0,0
29,90 zł

lub
Opis

Misterny, magiczny i literacki reportaż o przychodzeniu, odchodzeniu i życiu

Angelika Kuźniak w poetycki i pełen wrażliwości sposób opisuje spotkanych na swojej drodze ludzi, którzy ze spokojem ducha i godnością oczekują na śmierć.

Ta, która tka.

Ten, który nosi maski.

Ta, która ubiera.

Ludzie starsi, młodsi. Od dawna starannie obmyślają, w czym położą się do trumny, jaka ona będzie, kto przyjdzie ich pożegnać, co dostaną na ostatnią drogę. Wyobrażając sobie własne odchodzenie, tak naprawdę opowiadają o życiu – doświadczeniach, które stały się ich udziałem, relacjach z sąsiadami, żywionych uczuciach, przekonaniach i o tym, w co wierzą.

Historie kolejnych bohaterów autorka przeplata fragmentami Pieśni pustonocnych, przywołującymi na myśl obrzędy dziadów.

Z opowieści Kuźniak wyłania się niezwykły obraz tego, jak na przestrzeni lat zmieniał się stosunek do śmierci. Soroczka to poetycki Zapis socjologiczny – mądre, naturalistyczne i zarazem metafizyczne uchwycenie tego, co umyka w codziennym zgiełku spraw.

Co tu dużo gadać: człowiek rodzi się na śmierć, a umiera na życie.

Ale ten mój sen to nie była zmora. Ja od samiutkiego początku wiedziałam, że ten sen był dla mnie, w sercu czułam. Nie tylko po wierzchu. Wyobraź sobie pani: śniłam ząb ułamany z krwią, wyplułam na rękę. Pani mówi, straszne. Ano straszne. A szczególnie dla tych, co w sny wierzą. A ja wierzę. Wierzę i już.

Zły znak, pomyślałam. Otwarłam oczy. Trzy razy w okno spoglądałam, żeby ten sen mnie odeszedł. Wstałam. Poszłam do studni nabrać wody, oporządziłam zwierzęta. Byle czymś myśli zająć. Nic nie pomogło. Nie mogłam tego snu z siebie zrzucić. Siedział we mnie jak drzazga. Aż do tamtego ranka.

(fragment książki)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 116




Opieka redakcyjna: KATARZYNA KRZYŻAN-PEREK
Redakcja: ANNA MILEWSKA
Korekta: BARBARA GÓRSKA, ANNA RUDNICKA, Pracownia 12A
Opracowanie graficzne: OLGIERD CHMIELEWSKI
Fotografie © by ANNA BEDYŃSKA
Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ
Skład i łamanie: Infomarket
© Copyright by Angelika Kuźniak © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-07185-4
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Żegnam was, królowie, książęta,

Cieszcie się w swem szczęściu, panięta:

Już służyć nie mogę, wybieram się w drogę.

Bije czwarta godzina.

.

TA, KTÓRA ŻAŁUJE

Ma pani zdjęcie. Skąd? Od mojej siostry? Mania była starsza ode mnie o trzy lata. Maszeruje tu, w trzecim rzędzie. Ja obok. Idziemy znad Oki pod Lenino. Miałam wtedy dziewiętnaście lat. Byłam młoda, zahartowana, silna. Chciałam walczyć, nosić polski mundur. Wiem, wyglądam starzej, na wojnie ludzie szybciej się starzeją. Czasem dziewczyny wstydziły się uśmiechać. Pod koniec wojny zęby wypadały nam garściami.

Wojna wypala do cna.

Nie wiem, od czego zacząć. Jak znaleźć słowa, żeby to wszystko wyrazić?

Tamten dzień wraca do mnie nocami. Jestem to tu, to tam. Okropne są te noce. Zimą najgorsze, długie. Potworne. Spać nie mogę. Z nikim nie rozmawiam. Płaczę. A pani pewnie wie, że wobec płaczu każde słowo jest nieme. Czasem rano siadam na ławce przed domem, siedzę nieruchomo i tylko patrzę przed siebie. Do wieczora nawet.

Opowiem. Niech się pani nie martwi. I pokażę. Obiecałam przecież. Jeszcze tylko trochę myśli skaczą mi w głowie.

Mieszkaliśmy z rodzicami na Syberii. Koło Irkucka. Rosjanie przesiedlili nas z Wileńszczyzny w czterdziestym pierwszym. Uznali za „element politycznie niepewny”. Zima w Irkucku trwała długo, od początku października do kwietnia. Mrozy do minus pięćdziesięciu stopni. Zaspy śnieżne tak wysokie, że trudno wyjść z chaty. Śnieg miał miejscami ze dwa metry.

Do roboty chodziłam dwadzieścia kilometrów, a nieraz i więcej. Pracowałam przy wyrębie lasu. Dzienna norma to pięć metrów sześciennych drzewa. Dostawałam za to osiemset gramów chleba. Najlżejsza praca to była ta przy drogach lodowych. Najpierw trzeba odrzucić śnieg na boki. Potem na tę drogę lało się wodę. Przy takim mrozie szybko zamieniała się w lustro. Łatwiej było ściągnąć drewno. Metrowe kłody nosiłam na ramionach. Robiły mi się od tego krwawe ślady. Ręce sobie wtedy poniszczyłam, kręgosłup. Wszystko ładowaliśmy sami do wagonów.

Któregoś dnia w radiu usłyszałam polski głos. Pewnie niedokładnie zapamiętałam: „Halo, tu mówi Moskwa. Rodacy! Mówi do was Związek Patriotów Polskich. Zgłaszajcie się do najbliższego wojenkomatu, aby wspólnie z Armią Czerwoną wziąć udział w walce z okupantem hitlerowskim. Ojczyzna czeka na was!”.

Na koniec puścili polski hymn, Jeszcze Polska nie zginęła. Jak się coś takiego słyszy, to aż się rwie człowiek do walki.

„Mamusiu – krzyknęłam – nie zginęła!”.

Mój ojciec, zanim poszedł na front, był gajowym. W maju czterdziestego trzeciego zgłosił się do dywizji kościuszkowców. Ja wezwanie dostałam po miesiącu. W Sielcach nad Oką zostałam fizylierką w 1 Samodzielnym Batalionie Kobiecym imienia Emilii Plater, platerówką.

Nie chciałam rozstawać się z matką. A ona nie chciała mnie puścić. Stała w progu i krzyczała: „Nigdzie nie pojedziesz! Nie dam! Zabiję, a nie dam!”. Ale wiedziała, że i tak mnie nie zatrzyma. Ręką skreśliła krzyżyk na moim czole, a potem przytuliła. „Ufaj Bogu. I Matce Najświętszej” – powiedziała. Dała różaniec, mam go do dziś. Dała trochę chleba, słoniny. Prosiła, żeby pisać listy. Dopadły mnie złe przeczucia, że już nigdy jej nie zobaczę. Przed wyjazdem ścięła mi moje długie warkocze.

W drodze na pociąg zatrzymała mnie jakaś Rosjanka. „Grażdanka, postoj”. Myślałam, że mnie z kimś pomyliła. Byłam licho ubrana. Na nogach jakieś łapcie, na grzbiecie zniszczona sukienka. Tak wyszłam z domu. Nie miałam nic więcej. Kobieta biegła za mną. Nie wiem, skąd wiedziała, że idę na front. Dała mi kilka ciepłych rękawic i szalików, choć to lato było. „Zimą mogą ci się przydać”. Powiedziałam, że nie jestem Rosjanką, jestem Polką, która idzie do polskiego wojska. Odpowiedziała, że to nieważne, przecież idę bić Germańca.

Nasz pociąg był wypełniony do ostatka, dało się już tylko stać. Ktoś grał na garmoszce, ktoś głośno śpiewał. Bez putiowki, czyli rozkazu wyjazdu, nie można było dostać biletu. Pociągi towarowe woziły wojsko albo zaopatrzenie dla frontu. Nie chciałam umierać. Ale do wojska szłam z radością. Każdy Polak rwał się wtedy do wojny z Niemcami.

Zanim pociąg ruszył, na dworcu podeszła do mnie Cyganka, odciągnęła na bok. Mocno trzymała mnie za rękę. „Odgaduję los... Odkrywam karty, a w kartach jest wszystko: co było, co będzie, czym się dusza zaspokoi i z czym odejdzie. Karty powiedzą”. Wyczytała wielką miłość. Wojna i miłość? Zaśmiałam się głośno. Dziś myślę: głupia byłam. Nie wiedziałam jeszcze, że kiedy wokół tyle śmierci, to człowiek pragnie czegoś pięknego, czystego. Dobrego. Nie miałam czym jej zapłacić. Oddałam parę rękawic.

Na początku sierpnia byłam już w Sielcach. Rozpłakałam się, jak zobaczyłam Orła Białego i napis na bramie: „Witaj, żołnierzu tułaczu”. Pytałyśmy się wszystkie nawzajem w batalionie, jakie to będzie wojsko – czy polskie, prawdziwe, z polskim orzełkiem na rogatywce?

Ustawiono nas czwórkami i poprowadzono do łaźni. Dostałyśmy mundury. Dawali, jak leciało. Ja dostałam drelichowe spodnie. Za wielkie. Płaszcz-pelerynę, przykrótką bluzę i beret. Musiałyśmy się wymieniać. To chyba wtedy powstała pierwsza zwrotka naszej piosenki: „Nasz mundurek jest zielony, tylko trochę źle skrojony”.

Czasem mundury suszyłyśmy własnym ciałem pod prześcieradłem. Dbałyśmy o siebie. Choć brakowało wszystkiego. Leków, środków higienicznych. Jak któraś z nas miała okres, a wiele podczas wojny nie miało, to się kładło między nogi kawałek szmatki albo kłębek siana. I tak chodziłyśmy. Długo dziewczyny musiały nosić męską bieliznę. Pantalony. Ja miałam szczęście, dostałam od razu damską. Jeden komplet na wiele miesięcy. Wstydziłyśmy się suszyć gacie przed namiotami, bo w tym samym obozie byli też mężczyźni.

Przysięgę składałyśmy w mundurach wyjściowych. Te mundury widać na zdjęciu. Rogatywka, bluza, spódnica, pończochy bawełniane. Spódnice krój miały fatalny. Wyglądały jak pumpy. Złożyłyśmy przysięgę „ziemi polskiej broczącej we krwi, narodowi polskiemu umęczonemu w niemieckim jarzmie”. Powtarzałyśmy za dowódcą, że nie skalamy imienia Polaka, że wiernie będziemy służyć ojczyźnie. I że przysięgamy dochować wierności sojuszniczej Związkowi Radzieckiemu. Tak nam dopomóż Bóg.

W czerwcu tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego roku uruchomiono pocztę polową. Przychodziły listy z domu, trójkątne. Nie było kopert, więc się je tak składało. Na początku czekałam na dobre wiadomości. Później na jakiekolwiek. Z listu dowiedziałam się, że matka nie żyje. Tylko tyle. Żadnych zbędnych słów. Sąsiadka ze wsi napisała. Płakała Mania – dołączyła do batalionu jesienią – płakałam ja, płakał cały batalion. Bardzo byłyśmy zżyte.

Jak wyglądał dzień? Rano i wieczorem zbiórka. Śpiewaliśmy Rotę. Gimnastyka, mycie. Ustawione w dwuszeregu, z ręcznikami na ramieniu, biegłyśmy nad rzekę. Potem szkolenie. Z powodu tych czystych mundurów – zimą prałyśmy je w śniegu – szef sztabu często sugerował, że skoro nie ma potu na plecach i wytartych kolan na spodniach, to znaczy, że szkolenie jest słabe. Wtedy nas dopiero gonili. Dostawałyśmy niezłe wciry.

Pierwszy raz zobaczyłam go na strzelnicy. Od razu zwrócił moją uwagę. Wysoki, postawny, kręcone włosy. Zbyszek. Uczył mnie strzelać z cekaemu. I jak przetrwać, jeśli nie ma się żadnej broni oprócz noża i saperki. Nie okazywał niepokoju. Mówił, że kiedy to wszystko się skończy, a my będziemy wciąż żyć, zbudujemy dom. W wolnej Polsce. Odpowiadałam: „Latem świat na oścież otwarty, sady, łąki, pola, las. Po co nam dom? Wystarczy niebo nad głową”. Bardzo się wtedy śmiał. Liczyliśmy wspólne wschody i zachody słońca. Obiecał, że po wojnie zatańczy ze mną walca. Czasem czekałam na niego albo on na mnie. Służba była najważniejsza. Pięć minut, dziesięć, pół godziny. Jest wreszcie. Mówi pani, że opowiadam tak, jakbym go widziała? Bo widzę. Nieraz, jak śpię, czuję jego dłoń na włosach.

To trwało prawie dwa lata. Spotykaliśmy się zazwyczaj wieczorem. Dziwiło mnie milczenie lasu. Żadnego pohukiwania puszczyków, żadnych dzięciołów, wróbli. Nic. Jakby wszystkie ptaki wymarły. Cisza. Niepojęta zupełnie. Zniknęły lisy, sarny, zające. Najmarniejszego wróbla nie spotkałam. Przed wojną wszędzie aż trzęsło się w drzewach. Ptaki śpiewały, ćwierkały, kukały, krakały. A teraz cisza. Upiorna.

Dzięki Zbyszkowi bałam się mniej.

Od tej chwili, muszę panią uprzedzić, każde moje wspomnienie się rwie.

Noc. Nalot. Mgła i ogień, huk, masa samolotów. Tak przez całą noc, aż do świtu.

Rankiem to zobaczyłam. Tylu rannych, umierających, nieżywych nie widziałam jeszcze nigdy. Niektórzy leżeli po dwóch, po trzech na kupie. Niektórzy – wydawało się, że posnęli tylko, zmęczeni wojną. Wozy pełne trupów. Ktoś to musiał posprzątać.

To ten dzień zmienił moje życie.

Zbyszka przynieśli wieczorem. Na płaszczu jakiegoś oficera. Cały był posiekany od kul. Płuca na wylot przestrzelone. Odłamki granatów powbijały mu się w głowę. Krew zalała całą twarz, szyję i piersi. Nawet włosy miał pozlepiane krwią. Szybko schła. Tyle jej było, że czułam metal w ustach. Ubranie i bielizna sztywne od zakrzepłego błota i krwi. Ale żył jeszcze. Mówiłam do niego. Całowałam powieki, które już przymykał. Patrzył na mnie, ale nie byłam pewna, czy mnie widzi. Przykryłam go sobą. Ten obraz już na zawsze będę miała przed oczami. Przerażenie i męka. Całowałam to, co z niego zostało.

Widzi pani to siwe pasmo włosów na tym drugim zdjęciu? To wtedy. Posiwiałam w jeden dzień.

Pochowaliśmy go bez trumny, w gołej ziemi. Bez butów, mogły przydać się komuś innemu. Wyglądało to tak, jakby buty sam zzuł, żeby nogi mu trochę odpoczęły. Tylko rogatywkę położyliśmy mu na piersiach. Na krzyż chłopcy ścięli kawał brzozy, obwiązali drutem. Żadnej tabliczki z imieniem i nazwiskiem. Żadnego śladu, nic. Po wojnie pojechałam szukać tego miejsca, ale nie znalazłam. Mieszkaliśmy wtedy w Przemyślu. Akurat mijało pięć lat.

Następne dni to tylko fragmenty. Urywki. Ścinki. Wszystko odpływa. Żyłam jak we śnie.

Niech pani mi powie, skąd człowiek bierze tyle siły, żeby znieść taki ból? Niech pani mi powie, jak długo można tęsknić za człowiekiem, o którym wiesz, że już nigdy do ciebie nie wróci?

Modliłam się o to, żebyśmy umarli razem. Powinno się razem umierać. Bo jak się potem odnajdziemy? No i miałby to człowiek od dawna za sobą, nie musiałby się tak szarpać latami samotnie ze wszystkim. Niektórzy nawet to sobie wymodlą, ale mnie Pan Bóg śmierci nie dał. Żyję. Tylko jego zdjęcie do dziś noszę w portfelu.

Nie mogłam znieść tego bólu. W lesie drzew dużo. Raz wzięłam linkę, wieszałyśmy na niej mundury po praniu. To było jakieś dwa miesiące po jego śmierci. Włożyłam pętlę na szyję. Chciałam umrzeć. Pętla się zacisnęła, ale ktoś ją zerwał... Zdążył... Koleżanka. „Hela! Musisz żyć! – krzyknęła. – Ty musisz żyć!”. I wie pani, ja chyba – dziś tak myślę – nawet chciałam żyć, ale wtedy myśli same za siebie myślały. Jeszcze nie wiedziałam, że noszę jego dziecko. Jurek urodził się sześć miesięcy później. Tylko on mi po Zbyszku został.

Wojna ciągle była. Jeszcze przed śmiercią Zbyszka Mania została ranna. W bitwie pod Lenino. Wyszła z tego, ale bardzo cierpiała. Czy ja już mówiłam, że w Batalionie Kościuszkowskim służyła Ryszarda Hanin, ta aktorka? Pod Lenino grała koncert w szpitalu. Opowiadała potem, że była przekonana, że jej sztuka jest potrzebna. Aż do dnia, kiedy zobaczyła tylu rannych i umierających. Miała do siebie pretensje, że kostiumy robiła z gazy. „Gaza powinna być do opatrunków – mówiła – do tamowania krwi”. Ale ludzie chcieli, żeby śpiewała. Siadała czasem przy łóżku i nuciła żołnierzom. Sama słuchałam. To dawało nadzieję.

Po wojnie ktoś napisał w gazecie, że byłyśmy – przepraszam za słowo – żołnierskimi kurwami. Że to burdel był. Nikt nie walczył. Tylko romansowano. Dziewczyny – ciągle mówię o nas dziewczyny – które przeżyły, płakały. Spotykaliśmy się co najmniej raz do roku na zjazdach zbowidowskich[2]. Płakali mężczyźni. Też płakałam. Potem były przeprosiny. Ale pani wie, słowa potrafią nieraz gorzej niż kule dziurawić.

Po co nam była wojna? Po co zginął? Po nic. Po strach, po tułaczkę, po śmierć. Przed wojną człowiek bał się śmierci. Po wojnie bał się życia.

Z czasem przestałam prosić Zbyszka gdzieś tam: „A teraz powiedz mi, jak ja będę żyła. Czuję, że muszę, ale jak to zrobić? Jak to zrobić?”. Stałam się jakaś harda. Już nie płakałam po kątach. Od tamtego dnia jestem wdową. Choć nigdy ślubu nie było.

Po wojnie zamieszkałam z Jurkiem w Przemyślu, później przeniosłam się na zachód Polski. Pracowałam w wytwórni skrzynek. Wyszłam za mąż. Nie kochałam męża, bo kochać już nikogo po Zbyszku nie umiałam. Urodziłam jeszcze troje dzieci, ale – nie wiem, może nie powinna tego pani pisać – Jurka kocham najbardziej.

Dziś chciałabym już umrzeć. Tak bardzo się boję, że zapomnę tę miłość. Już mi się szczegóły zacierają. A mówi się, że w godzinie śmierci wszystko się człowiekowi z całego życia przypomina.

Jest coś, co chcę wziąć ze sobą do trumny. Bo to chciała pani wiedzieć. Niech pani zamknie drzwi. Bo jeszcze kto wejdzie. Druga szafka po prawej, paczka w szarym papierze. Nożyczki są tam. Może pani otworzyć. Ostrożnie. Tylko niech pani nie wyciąga z woreczka. Nie rozpoznaje pani? To jego mundur, strzęp właściwie. Na nim grudki zakrzepłej krwi i resztki mózgu. Rękami zbierałam jego mózg. Nigdy tego nie prałam. Wiem, że ciągle pachnie machorką. Bo dużo palił. Nikomu jeszcze tego nie pokazywałam.

To koniec. Ile przemilczałam, nie wypowiem. Nic więcej, nie mam nic więcej ważnego do powiedzenia.

Może zjemy obiad? Dobre, ciepłe, musi pani coś zjeść.

Przepraszam, że tak w pośpiechu przełykam, to nawyk jeszcze z wojny. Raz do menażki nalała mi kucharka sporo gęstej gorącej zupy. W wieczku menażki dymiło mięso z kartoflami. Już dawno nie jadłam tak smacznej zupy. Jadłam powoli, zagryzałam chlebem, bo lubię. Nagle nalot. Łzy stanęły mi w oczach. Mięso gryzłam, biegnąc w szeregu. Chleb schowałam do kieszeni. Resztę zupy i kartofle musiałam wyrzucić po drodze.

Tamten dzień leżał na dnie. I będzie leżeć do końca mych dni. Nikomu o tym już nie powiem. Są noce, że wyję, tak jakbym go dopiero wczoraj pochowała.

Do kościoła nie chodzę. Nie wierzę w Boga, jak wielu po wojnie. Minęło tyle lat. A ja ciągle chcę wiedzieć, czy Bóg na to patrzył. I co wtedy myślał. Bóg mi niczego nie dał. Kocham las, kwiaty. Przyrodę. Do przyrody mogłabym się modlić, do Boga nie. Własne modlitwy, zwyczajne słowa. Wie pani, czego tam, na wojnie, się dowiedziałam? Że dobro nigdy nie zwycięża. Zła w świecie jest więcej. Człowiek jest straszny. A przyroda okrutna, ale piękna. I sprawiedliwa. Nigdy nie zabierze więcej, niż się jej zabrało. Są chwile, które mnie cieszą. Jak widzę Jurka w mundurze, został żołnierzem. Jak przyjeżdża i trzyma mnie za rękę. „Mamusiu – mówi – jesteś dla mnie najważniejsza”.

Chciałabym, żeby pochowali mnie w mundurze. Tego wojennego już nie mam. Ale jest zbowidowski. Medale? E, to nie. Wnuki bawią się nimi w piaskownicy. Machnęłam ręką, o co będę się kłócić. Przypilnuje pani, żeby ten skrawek z munduru Zbyszka też ze mną do ziemi poszedł?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRZYPISY

[2] ZBoWiD – Związek Bojowników o Wolność i Demokrację.