24,99 zł
„Człowiek ufa tylko drugiemu człowiekowi i prędzej wybaczy błędy jemu niż bezdusznej maszynie”.
Czasy, gdy loty kosmiczne stały się standardem, a ziemskie filmy sci-fi są jedynie oldskulową pasją kapitana statku. Sonnet jest kierownikiem załogi złożonej z mocnych i różnorodnych osobowości. Intrygi są tu na porządku dziennym. Zwyczajne czynności są przerywane przez nietypowe sytuacje, jak konieczność wykonania „fikołka grawitacyjnego”. Życie Sonneta nabiera barw, a zarazem ulega komplikacji, gdy na jego statek dostaje się kapitanka innej jednostki.
Gratka dla miłośników filmów o lotach w kosmos, takich jak „Apollo 13”, „Pasażerowie”, „Marsjanin” czy „Ad Astra”.
Ireneusz Mazurek (ur. 1978) - polski twórca mieszkający na stałe w Wielkiej Brytanii. Autor opowiadań, powieści i scenariuszy takich komiksów jak m.in. „Mariana nieśmiałe przypadki” czy „Czarna gwiazda”. Współtworzone przez niego utwory były publikowane w magazynach Krakers, Znakomiks i zinach komiksowych. Zafascynowany sci-fi, „Sonnet. Obcy w krwiobiegu” jest jego debiutem powieściowym.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 494
Ireneusz Mazurek
Saga
Sonnet. Obcy w krwiobiegu
Zdjęcie na okładce: Shutterstock
Copyright © 2023 Ireneusz Mazurek i SAGA Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727076171
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.
- Zbliżają się na podświetlnej, Sonnet. Wytracają prędkość. Czternaście dni temu odwrócili grawitację. – Amidio Gonzales potarł o rękaw jednoczęściowego kombinezonu trzymaną w dłoni drewnianą fajkę, jakby oczekiwał, że dzięki temu wyskoczy z niej Dżin. Zaokrąglanie każdej prędkości poniżej prędkości światła do miana „podświetlnej”, był jego znakiem rozpoznawalnym, rodzajem lekkiego żartu, choć wygłaszając go, nie zwykł się nawet uśmiechać. Zazwyczaj mówił spokojnie, głosem pozbawionym akcentu, jak wtedy, gdy ograniczał się do przekazywania informacji. Jakakolwiek amplituda mimiczna, a co za tym idzie, emocjonalna, pojawiała się na jego twarzy dopiero wtedy, gdy czuł ekscytację. Miało to miejsce, gdy wyjaśniał coś we własnej opinii genialnego, co mogłoby oświecić i zmienić wizję świata jego rozmówcy. Wówczas mówił szybciej, gestykulując rękami, a w jego głosie czuć było nutkę ziemi hiszpańskiej. Obecna sytuacja do takich nie należała. – Wygląda na to, że ktoś tam popełnił poważny błąd.
- Jezu… - Siedzący w fotelu obok, szarooki szatyn, westchnął. Gonzales uniósł brwi w niemym zapytaniu. – Przypomniał mi się mój pierwszy „fikołek” – wyjaśnił Sonnet, właściciel i kapitan rakiety, odruchowo przykładając pięść do ust. – Niezapowiedziany obrót przy dwóch g. Manewr unikowy. Miałem siedem lat i podróżowałem z ojcem. Porzygałem się jak kotek. – Dwóch techników, o imionach Xavier i Ben, pilnujących swoich systemów przy konsoli ustawionej trzy metry za stanowiskiem nawigacji, wymieniło rozbawione spojrzenia. Gonzales pod ich nieobecność nazywał ich Flipem i Flapem, nawiązując do starej ziemskiej komedii, powstałej, kiedy to ludzie uwięzieni byli jeszcze na tej jednej i jedynej planecie, a podróże kosmiczne raczkowały dopiero w literaturze, nie wspominając o rzeczywistości. Co prawda w filmach z Laurelem i Hardym, jeden był gruby i wysoki, drugi zaś chudy i nie specjalnie grzeszący wzrostem, a w przypadku techników na odwrót, to w poczcie pantoflowej i tak ów przydomki przyjęły się znakomicie. Teraz Flip i Flap nudzili się szukając jakichkolwiek anomalii w pracy rakiety, przeglądając za pomocą tabletów rejestr po rejestrze. Na tym też polegała ich praca. Nie zmieniało to faktu, że data-pady w ich rękach często służyły za konsole do pirackich kopii gier niż rzeczywistej diagnostyki Sonii, a jednak, niczym profesjonalni kierowcy podczas spokojnej jazdy, potrafili na czas dojrzeć piłkę wpadającą na ulicę, aby zapobiec tragedii.
Sonnet mrugnął do nich. Ich przezwiska – Flip i Flap – przypomniały mu o tym, jak bardzo lubił stare ziemskie filmy i seriale, a raczej jak je polubił. Oglądanie ich zaczęło się w jego życiu, gdy jego codzienność, wbrew jego woli wypełniła pustka kosmosu. Był to jakże odmienny widok w porównaniu z jego ojczystymi, morskimi widokami z Aldebarana. Za radą Gonzalesa, „odkurzył” stare, telewizyjne produkcje. Co prawda nie tak stare, jak czarnobiałe, a czasem i nieme perełki z Busterem Keatonem czy Charliem Chaplinem, odnajdywane przez jego astronawigatora, ale wciąż trącające myszką twory z kategorii sci-fi. Najchętniej sięgał po takie, które ukazywały wizję przyszłości, będącej, mniej więcej, jego teraźniejszością. Niezliczone serie Star Trek, Babilon 5, czy Stargate i wiele innych. W podróżach kosmicznych czasu było dużo, więc zawsze oglądał wszystko od początku do końca, nie pomijając spin-offów, czego czasami żałował, a jednak nie wyciągał z tego żadnych wniosków. To za sprawą tych klasyków mostek posiadał jeden, dodatkowy fotel, zupełnie zbędny, a który – w hołdzie wzorcowemu sci-fi – był nietykalny dla wszystkich oprócz niego. Tron komandora, jak czasem z kamienną twarzą żartował Gonzales. Sonnet zasiadał w nim dość rzadko i zwykle po to, by poprawić sobie zszargany humor lub żeby zwyczajnie odciąć się od rzeczywistości i pomarzyć. Nigdy nie zarządzał z niego załogą, bo było to zwyczajnie niepraktyczne, nie wspominając nawet o niepotrzebnym wyobcowywaniu się od załogi. Dlatego też teraz siedział w jednym z trzech foteli dla nawigatorów, ramię w ramię z czarnowłosym Gonzalesem.
Sonnet wpatrywał się w ekran holograficzny, który Gonzales regularnie przesuwał, rozciągał lub oznaczał jakimiś punktami; przy tym przytakiwał, kręcił głową lub nieruchomo akceptował zaobserwowane zmiany. Sonnet musiał przyznać, że rozumie około jednej dziesiątej z tego, co robił jego astronawigator. Czyniło to z niego postać niezbędną na pokładzie Sonii.
- Jasne – powiedział Gonzales odnośnie ostatniej dygresji kapitana. Czasami, gdy męczył się techniczną nowomową, brało go na „merytorykę stosowaną”. – Biały szkwał to przy tym bajka. Na promach turystycznych udało się nieco zminimalizować jego efekty, kosztem dużego poboru energii, ale… - Wzruszył ramionami. – Fikołek to zawsze fikołek. I to jest dziwne – obrócił zręcznie fajką w ręku, po czym ustnikiem wskazał podświetlony na hologramie, zielony obiekt – ten transportowiec jest o trzy lata świetlne od najbliższego układu planetarnego. Powinien z definicji samej śmigać na „równoległej”, tymczasem, pośrodku niczego, nabierają dopiero prędkości. Coś musiało się im pokićkać, że zdecydowali się obrócić grawitację. Pewnie błąd nawigatora. Teraz czeka ich nowe obliczanie „czystości” i ekstrapolacja miejsca docelowego. Musieli stracić przez to co najmniej tydzień. Ktoś tu nie będzie zadowolony.
- Sprawmy, żeby ten ktoś obył się smakiem.
- Myślisz? – Gonzales uniósł gęste, czarne brwi.
***
„Czystość” podobno była pochodną „szerokości”, słowa używanego przez ziemskich kierowców, życzących sobie bezpiecznego przejazdu. W terminach traktujących o podróżach kosmicznych, „czystość” oznaczała unikanie przeszkód, z którymi spotkanie przy prędkościach nadświetlnych mogło skończyć się tylko w jeden sposób: katastrofą i śmiercią. Nikt nie ryzykowałby lotu bez „czystości”, jak żaden kierowca nie skierowałby swojego samochodu w tłum ludzi, z prędkością dwustu kilometrów na godzinę, wierząc, że nikogo nim nie draśnie. Choć analogia ta, pomyślał Sonnet, nie jest do końca właściwa, bo w kosmosie to ów tłum byłby zagrożeniem dla samochodu a nie odwrotnie. I dlatego, podsumował, mam Gonzalesa.
Sonia – statek Sonneta – nie była jednym z tych wymyślnych, luksusowych tworów budowanych dla turystów. Miała kształt dużej rakiety z ostrym dziobem i pękatym korpusem zwieńczonym potężnymi silnikami. Praca ów silników odpowiadała nie tylko za prędkość podróży podświetlnych, ale i za grawitację na pokładzie. Podłogi w rakietach kosmicznych zawsze były skierowane ku silnikom. Przez to, pokłady, co prawda, traciły na przestrzeni, ale zyskiwały na ilości pięter. Był to jedyny znany sposób na stworzenie sztucznej grawitacji. Działał on jedynie w czasie nabierania prędkości od pierwszej do trzeciej kosmicznej. By osiągnąć odpowiednie ciążenie statek startował i przez cały czas przyspieszał. W zależności od wielkości i mocy jednostki, osiąganie w ten sposób „podświetlnej” trwało od kilku do kilkunastu dni. Jeśli taka była potrzeba, w odpowiednim momencie skakała on w „równoległą”, gdzie o grawitacji nie mogło już być już mowy. A „równoległa” z kolei, jak się rzekło, wymagała wspomnianej „czystości”. Jedynie na mniejszych odległościach, w lotach międzyplanetarnych w ramach tego samego układu, rezygnowano z „równoległej” bo nie miała zastosowania. Działo się to z tego powodu, że umowny „pas startowy” do jej osiągnięcia był zwyczajnie za krótki. Podczas rozpędzania się do „podświetlnej”, należałoby nagle zatrzymać się u celu. Dlatego też wystarczało tu jedynie, by w połowie drogi obrócić statek silnikami do celu podróży i wytracać prędkość aż do zatrzymania się ostatecznie u celu. W takim przypadku pasażerowie mogli cieszyć się grawitacją przez cały czas lotu z wyjątkiem samego fikołka, który, w szczególności, gdy doświadczało się go po raz pierwszy, nie należał do miłych przeżyć.
„Równoległa”, była to prędkość nadświetlna, która w bardzo niewielkim stopniu zaburzała przepływ czasu. Wykorzystywała teorię Silni Bliźniąt, Howarda, której praktyczne zastosowanie osiągnięto w dwieście trzydzieści pięć lat po śmierci genialnego fizyka. W skrócie, pozwalała ona na osiągnięcie prędkości nadświetlnej wykorzystującej Paradoks Względności Ruchu. Sonnet rozumiał to tak, że w pewnym momencie prędkość staje się tak wielka, że to przestrzeń zaczyna się przesuwać względem pojazdu, który pozostaje w osiągniętej przez niego prędkości maksymalnej i wymusza na fizyce konwencjonalnej coś, co Howard nazwał „ustępstwami”. Dawało to już tak skrajne możliwości, że warp 10 ze Star Treka był przy tym niczym ślamazarny żółwi spacerek. Takie, optymistyczne założenia działały, rzecz jasna, jedynie w podróżach na wielkie odległości ze ściśle określonymi wytycznymi startu i lądowania. By niejako wskoczyć w „równoległą”, czwarta kosmiczna była wymaganym minimum, a osiągnąwszy ją, fikołek mógł być bezboleśnie wykonany w stanie nieważkości.
Głównym problemem z grawitacją było to, żeby jej nie zwiększać. Z pomocą przyszła tu technologia, ale jak wszystko, co wymyślił do tej pory człowiek, nie była doskonała. Nieliczne rejsy kosmiczne korzystały z tak zwanej „przygłuszonej grawitacji”, nie dość, że kosztowna w energię i śmiesznie drogi, zaawansowany sprzęt, wymagała również wybitnych zdolności nawigacyjnych. Skracała ona czas rozwinięcia podświetlnej o nawet jedną czwartą nie miażdżąc przy tym pasażerów ogromnym ciążeniem. Nie zmieniała zaś kolejnych kroków. „Czystość” musiała być wyliczona sumiennie przed osiągnięciem „równoległej”. Wystarczyło pomylić trajektorię o setną część stopnia, zignorować jakąś przeszkodę wielkości ziarnka piasku, a czas hamowania o kilka sekund, żeby z załogi został jedynie kosmiczny pył bądź płaska, niemal dwuwymiarowa plama – w zależności, co napotkałby na swojej drodze.
Z inercją nie było żartów. Jednak zyski korzystania z „równoległej” były nieocenione. Układ słoneczny można było opuścić w ciągu kilku dni, by w dwa tygodnie dolecieć do Alfa Centauri i cieszyć się wczasami na Aldebaranie. Im większa odległość, tym większa prędkość i krótszy czas dodany. Wtedy, paradoksalnie, podróż stawała się tańsza im dalej znajdował się jej cel. Tylko korzystać.
Jak dotąd, głównym problemem tej technologii był czynnik ludzki, bo człowiek, choć najmniej dokładny, był najbardziej oczekiwanym gwarantem. Turysta, mający o technologii lotów kosmicznych nikłe pojęcie, w podróży nie chciał zdawać się na maszynę, wolał, choćby i miliard razy bardziej zawodnego od niej, drugiego człowieka, który powita go na promie i zapewni, że będzie czuwał nad wszystkim. Kapitan na statku musiał składać się z krwi i kości. Poczucie bezpieczeństwa, paradoksalnie, zapewniało tu najsłabsze ogniwo. Człowiek ufa tylko drugiemu człowiekowi i prędzej wybaczy błędy jemu niż bezdusznej maszynie. Matka Sonneta powiedziała mu kiedyś, że zawodnego człowieka można zastąpić innym, z czystym kontem, ale jak pasażerowie raz zrażą się do jednej maszyny, to zrażą się do wszystkich maszyn, a wtedy straty stają się ogromne, a odzyskanie zaufania bardzo czasochłonne. Tak zwany czynnik ludzki zawsze funkcjonował na taryfie ulgowej, poprzez naszą, ludzką słabość, jaką jest utożsamianie się z winnym. Kto jest niewinny nie pierwszy rzuci kamieniem.
Przygłuszona grawitacja, choć będąca wynalazkiem wiekami oczekiwanym przez ludzkość, nie była bardzo popularną opcją. Stosowano ją w pięciu podróżach na sto. Wysokie koszty jej zastosowania zwykle nie równoważyły oszczędności kilku dni nabierania prędkości podświetlnej. Biznesmeni zaś wychodzili z założenia, że lepiej jest poczekać niż oddawać znaczny procent z zysków z setek ton bezcennego towaru. Gonzales o tym wiedział, dlatego mógł ekstrapolować miejsce spotkania będąc niemal pewnym, że Sonia pojawi się w nim w odpowiednim czasie.
***
- Wolę myśleć o wczorajszej klaczy – powiedział Sonnet, czekając, aż Gonzales zakończy odczytywać dane z hologramu – niż przypominać sobie „takie” pierwsze razy.
Astronawigator włożył fajkę do ust i popykał wyimaginowanym dymem. Postukał bezgłośnie palcami po holograficznym wykresie. Ten ukazywał krzywą trajektorii Sonii, zbliżającej się do drugiej większej, zielono się jarzącej, jednostki.
- Piękna „klacz” – mruknął bez aprobaty. – Bezimienna bogini jakich wiele na tym statku. Dziesięciopiętrowa rakieta z dwiema setkami wyrzutków na pokładzie. Tutaj wszystko jest nad wyraz odjechane…
- Od pewnego czasu wolę, gdy boginie są bezimienne – przyznał Sonnet. Gonzales zaś wiedział, do czego kapitan nawiązywał i nie ciągnął tematu.
Sonnet nie był zaskoczony nastrojem swojego przyjaciela. Gonzales, ustawiając nowe koordynaty zwykł wpadać w mroczny nastrój. Zmiany kursu wiązały się z niezbędnymi korektami. Skutkowały one nieprzyjemnymi przeciążeniami, odczuwanymi jak zwielokrotnione turbulencje ziemskich samolotów. Na te, z kolei, nawet on, stary wyjadacz nie był całkowicie uodporniony. W sumie nikt nie był.
Współpracowali już na tyle długo, żeby wiedzieć, kiedy ten drugi staje się umyślnie złośliwy. Gdyby nie potrafili sobie z tym radzić, ich relacja w puszce kosmicznej szybko uległaby pogorszeniu. Póki co, mogli nazywać się przyjaciółmi bez większego zażenowania. Byli sobie niezbędni i obaj znakomicie zdawali sobie z tego sprawę.
- Wtedy, gdy można poszaleć to szalejemy – powiedział Sonnet z cieniem uśmiechu. – Dlatego właśnie zbieram tu wyrzutki z całego znanego wszechświata. Oni – cokolwiek nie wydarzyło się w ich podłej egzystencji – są w takiej samej sytuacji jak ja – skwasił się zażenowany. – Teraz mów, Gonzales, mów, co mam przekazać reszcie „wyrzutków”.
***
- Nikt nie obiecywał, że zawsze będzie różowo! – Głos Sonneta zawitał do wszystkich kajut i korytarzy Sonii. – Rozpoczynamy akcję i nie mamy chwili do stracenia! Za piętnaście minut zmiana koordynat, a co za tym idzie, fikołek. Następnie przeciążenie bliskie czterem „g” do odwołania! Kto nie zdąży, sam sobie winien! Piętnaście minut lub jak kto woli kwadrans! Powtórzę to tylko jeden raz…
***
Sonia, o średnicy pięćdziesięciu trzech metrów i długości dwustu piętnastu, nie dysponowała wieloma korytarzami. Zwykle przecinały one środek piętra na kształt krzyża dając szybki dostęp do kajut. Na trzech dolnych piętrach, zaś, biegły one po okręgu przy zewnętrznej ścianie oddając przestrzeń większemu, wysokiemu na trzy poziomy, pomieszczeniu jakim była maszynownia. Teraz, podróżnicy w pośpiechu opuszczali wszystkie rodzaje korytarzy, by znaleźć bezpieczne schronienie w swoich kajutach, a tam w fotelach przeciwprzeciążeniowych. Najświeżsi z załogantów, którzy nie mieli jeszcze swoich kajut i zwykli nocować, gdzie popadnie, „zapadali” się w nieliczne, mniej komfortowe fotele zamontowane w korytarzach.
Sonnet miał tę wadę, że rzadko ludziom odmawiał.
***
Na trzecim poziomie, w jednoosobowej kwaterze, doker znany jako „Mały John” nieprzerwanie pieścił ciało drobnej Azjatki. Xianmei, bo tak miała na imię, mechaniczka dbająca o szczelność zaworów i przewodów transportujących wszelakie płyny, mimo początkowej awersji do zarośniętego wielkoluda, dała się zdobyć cierpliwą nieporadnością i konsekwencją nie najmłodszego już mężczyzny. Zaciągnięcie Xianmei do łóżka zajęło Małemu Johnowi ponad trzy tygodnie czasu ziemskiego, dlatego też nie miał zamiaru kończyć spółkowania w połowie, gdy wciąż pozostawało mu do wykorzystania piętnaście minut. Lub jak kto woli, kwadrans.
- Słyszałeś? – Zapytała przygnieciona jego ciałem dziewczyna. – Fikołek!
- Jeszcze… kwadrans… - wydyszał jej do ucha. – Zdążymy… prawda, że zdążymy?
Jego nieporadność w połączeniu z konsekwencją znów ją ujęły.
***
Na najniższym poziomie, pod gładką ścianą maszynowni, siedział na podłodze staruszek Ahmad, jak kazał się nazywać, czarnowłosy i czarnobrody, trzydziestodziewięcioletni hindus. Zyskał swój przydomek za sprawę setki opowieści, którymi zanudzał w mesie resztę załogi. Przy byle okazji, przed chcącymi go słuchać
rozpościerał, epickie historie, których był bohaterem, a które sprawiły, że w końcu, odarty z wszystkiego co posiadał, wylądował na Sonii. W ten sposób też tłumaczył swoje niedbałe ubranie i iście pirackie ubytki w uzębieniu.
Sonnet przyjął go na statek, bo potrzebował złotej rączki od wszystkiego, a takimi umiejętnościami właśnie dysponował Ahmad. Potrafił zadbać o wszystko prócz siebie samego.
Ahmad, usłyszawszy ostrzeżenie kapitana Sonii, dojrzał w tym swoją szansę.
Od kilku tygodni podróże opierały się o gładkie przyspieszenia i 0g w „równoległej”. Tym razem miało być inaczej, a on był już bardzo zmęczony. Ahmad rozejrzał się filozoficznie w obie strony zakrzywionego korytarza myśląc jak bardzo był już zmęczony. Przytakiwał sobie. Od kilku zgoła minut jego głowa kiwała się w górę i w dół. Kiwała się, gdy otwierał plastykową torebeczkę wypełnioną białym proszkiem. Kiwała, gdy apatycznym ruchem nasypał sobie odrobinę proszku na zgrabiały od pracy w maszynowni palec. Zastygła posłusznie w bezruchu, gdy wcierał proszek w białko prawego oka; potem lewego. Znów wróciła do przytakiwania, gdy resztę proszku wysypał sobie na język i – lekko musujący – rozprowadził po podniebieniu. Kiwając głową zamknął oczy.
- No to polatamy… - szepnął do siebie z jakimś dziwnym spokojem, zapadając się w otchłań mieszaniny ognia piekielnego i niebiańskich rozkoszy.
***
Sonia pędząca dotąd wśród odległych zniczy gwiazd ze stałym przyspieszeniem, odpaliła na ćwierć sekundy dwa boczne silniki manewrujące. W chwilę potem wyłączyła główne. Brak ciągu zaowocował we wnętrzu rakiety stanem nieważkości. Wszyscy na pokładzie znali ten stan jako „ciszę przed… cholernym piekłem”.
- A co ze sztuczną grawitacją? – zapytał zawadiacko Sonnet. – Co ze skokami w nadprzestrzeń i zerową inercją z Gwiezdnych Wrót? - Otulony od stóp po głowę poduszkami fotela przeciwprzeciążeniowego, próbował uśmiechnąć się do równie unieruchomionego w swoim fotelu Gonzalesa. Jego głowa jednak nie zdołała poruszyć się w większym zakresie niż pół centymetra. Wysiłek odbił się na twarzy Sonneta czerwonym rumieńcem. Widząc to w odbiciu hologramu, Gonzales omal nie wybuchnął śmiechem, ale – swoim zwyczajem – szybko odzyskał powagę.
- Nie w tym milenium – powiedział, szukając chwil, w których jego spokojny głos będzie miał szansę przebić się między trzaskami poszycia. – Na razie mamy tylko przeciążenia i nieważkość „równoległej”.
Sonnet wrócił wzrokiem do hologramu przed sobą. Wstrząsy przybierały na sile i ilości. Jemu też nie uśmiechały się najbliższe godziny lotu. Żałował, że „równoległej” nie da się osiągnąć bez przekroczenia trzeciej kosmicznej i znacznego zbliżenia się do prędkości światła.
- Fikołki… - westchnął pod nosem.
- Trzy-dwa-jeden – wyrecytował astronawigator, po czym główne silniki zaskoczyły i Sonią szarpnęło niczym od uderzenia pędzącej przez przestrzeń komety wielkości ziemskiego księżyca.
***
Na trzecim poziomie, w jednej z kajut umiejscowionych przy skrajnej ścianie, na końcu korytarza, trzy osoby pełniące na Sonii funkcje kucharzy i/lub kelnerów, siedziały bezpiecznie wtopione w swoje fotele. Jedna z nich kipiała wściekłością niczym kasza na zbyt dużym gazie.
- Kurwa, Tailor… - Blada, atletyczna murzynka ubrana w podkoszulkę ledwie zakrywającą jej małe, lecz krągłe piersi, cedziła pogardliwie słowa do swojego, mahoniowolicego kolegi z pokoju. – Odór twoich wymiocin nie chce się rozejść…
- Wybacz, Loya – powiedział z wysiłkiem. W odróżnieniu od zdrowo lśniącej, brązowej skóry dziewczyny, jego bladości daleko było do naturalnej. Przeciążenie utrudniało mu mówienie. Pozostało mu jedynie podziwianie przyjaciółki, za to, jak dzielnie znosi niewygody. – Skąd miałem wiedzieć, że Sonnet zarządzi akcję, gdy będę na tak straszliwym kacu? Ile to już trwa? Osiem godzin? Pić mi się chce.
- Przestać smędzić. Chlaliśmy to samo i tyle samo. Sonnet ostrzegał, że nie zawsze będzie jak na promie rejsowym.
Trzeci obecny, atletyczny mulat, którego imię Lateef, przewrotnie oznaczało „delikatnego”, pochrapywał w swoim fotelu za nic mając uciążliwe dla reszty jego kompanów przeciążenia i aromaty.
***
Mały John leżał na łóżku obok drobnej Azjatki. Na swoje nieszczęście, ejakulował na sekundy przed upływem zapowiadanego kwadransa. W innym czasie i miejscu byłby dumny z tak długiego aktu płciowego, ale to było jakąś dekadę temu. Teraz, w wyniku swojej opieszałości miał ochotę wyć z bólu.
Gdy, szczęśliwy i spełniony staczał się z ciałka pięknej Xianmei, Sonia wyłączyła silniki i oboje unieśli się w powietrze w braku ciążenia. Zwinna mechaniczka, uchwyciwszy się energicznie ramy łóżka, przylgnęła kurczowo do materaca, a Mały John, nieporadny z zasady, nie zdążył. Konsekwentnie rozpamiętujący szczęśliwe chwile, za późno zorientował się w sytuacji. Ledwie zdążył wciągnąć gacie, gdy okazało się, że lewituje metr nad drobną pięknością. Pomieszczenie obróciło się wokół niego, w wyniku czego łóżko, pozostające za jego plecami, zatrzymało się na wprost przed nim. Umocowane meble pozostały na swoim miejscu, zaś jego spodnie, koszulka i różnokolorowa, koronkowa bielizna dziewczyny, lewitowały niczym leniwe strzępy chmur, których Mały John nigdy w swoim życiu nie widział. Przyglądał im się ogłupiały. I wtedy silniki Sonii odpaliły. Mężczyzną cisnęło o materac, nim zdążył wystawić w ruchu obronnym swoje ręce. Cudem jedynie chybił drobne ciało dziewczyny ciśnięty dziesięć centymetrów od niej. Miękkie łóżko zamortyzowało uderzenia większości jego ciała, ale pech chciał, że jego lewa noga od kolana w dół znalazła się poza krawędzią metalowej ramy. Przeciążenie pociągnęło ją ze straszną siłą pędu i ciążenia sięgającego czterech g w kierunku podłogi, znajdującej się czterdzieści centymetrów poniżej. Staw kolanowy trzasnął, jak udko pieczonego kurczaka. Mały John zawyłby, gdyby jego twarz nie wbiła się w materac.
- Moja… noga… - zaskomlał kilka sekund później.
- Zamknij się… - odpowiedziała piękna Azjatka. – Mogłeś mnie… zabić… Wielki, a głupi…
***
Staruszek Ahmad, jak kazał się nazywać trzydziestodziewięcioletni, hindus, leżał na gładkiej podłodze najniższego poziomu rakiety. Nagłe przeciążenie sprawiło, że głowa, opierająca się dotąd o ścianę, uderzyła o podłogę. Czaszka pękła, a odprysk kości szybko doprowadził do krwotoku wewnętrznego. Staruszek Ahmad leżał z szeroko otwartymi, niewidzącymi oczami i patrzył we wszechświat. Przeżywał najwspanialszy odlot swojego życia.
***
Jedenaście godzin później wróciło normalne ciążenie.
***
Dwa dni później, w czarnej przestrzeni kosmosu, upstrzonej światełkami odległych gwiazd, Sonia zrównała lot z promem handlowym. W nielicznych bulajach jej ścian, nosy ciekawskich załogantów zostawiały na szybach tłuste ślady. Wszyscy byli ciekawi, z czym mają do czynienia.
Czterokilometrowa konstrukcja kontenerowca przypominała budową szkielet ryby. Na głowę składały: szaroniebieski mostek mieszczący zwykle czteroosobową załogę i dwa małe poziomy pod nim z kuchnią i kajutami mieszkalnymi tejże załogi. „Kręgosłup” oblepiony był kontenerami różnego koloru – połyskującymi odbitym, bladym światłem – niczym błyszczącymi łuskami, a ogon stanowiła szarawa maszynownia połączona z czarnymi dyszami silników. Kilkoro „dokerów” musiało zwykle zadowolić się małymi, podłużnymi kajutami w tylnej części nieopodal ogona.
Zarówno mostek, jak i ogon kontenerowca nosiły dumny biały napis: Hrabia Stu Dwóch Planet, plus numer jednostki: H-520. Gonzales przyglądał mu się na ekranie holograficznym.
- Głowa, ogon, a między nimi kontenery pełne wszelakiego dobra – mruczał niczym kot przyglądający się tłuściutkiej rybce.
Sonnet wszedł do pomieszczenia zacierając ręce.
- Świetna robota, astronawigatorze Gonzales!
- Za jakieś siedem godzin przeszliby w „równoległą” i tyle ich widzieli. – poinformował go Gonzales, skupiony na instrumentach. W jego głosie wybrzmiewał ślad ulgi. Mimo wyliczeń, ekstrapolowanie miejsca, gdzie powinien znajdować się obiekt kosmiczny, zawsze może okazać się błędne.
- Bączki w pogotowiu – poinformował Sonnet swoimi nieznacznie nierównymi ustami, które w przypadku takich jak on miast oszpecać, dodawały atrakcyjności. – Może nie będą potrzebne. To typowy handlowiec hrabiego. Szczupak, jak nazywa je pewien pirat, którego z pewnością nie chciałbyś poznać. Nie ważne. Morale na pokładach tych transportowców nie powinno być zbyt wysokie. Jednak na wszelki wypadek włączę alarm zbliżeniowy.
Gonzales pokręcił głową.
- Mnie się on raczej kojarzy z pstrągiem, ale Kudłaty jest dłużej w tym interesie, więc pewnie wie lepiej. – Gonzales po fakcie spostrzegł swoją gafę. Sonnet, mimo własnej dygresji, nie lubił wspominać Kudłatego, gdyż rozstali się w niecodziennych okolicznościach. Byli, chyba, przyjaciółmi, a Sonnet nie wiedział, czy tak zostało. Nie wszystko sobie wyjaśnili i ich relacje pozostały nieco napięte. Astronawigator wskazał fajką podświetloną na holo funkcję, aby przejściem do omawiania obecnej sytuacji oddalić mętny posmak niepotrzebnej dygresji. – Tarcza włączy się, gdy tylko wystrzelą w nas pierwszy pocisk. Sugeruję oszczędzać energię. Co prawda, nie wiemy, gdzie znajdują się najbliższe jednostki KP, ale energia to energia. Jej nigdy dość.
Sonnet usiadł w fotelu kapitańskim. Oparł łokcie na podłokietnikach, a brodę na splecionych palcach. Gonzales zrozumiał, że powinien się zamknąć. Ten fotel był rodzajem bańki, którą samozwańczy kapitan Sonii traktował jako izolatora od otaczających go problemów. Swego czasu czytał tam książki lub stamtąd oglądał na holo stare seriale. Tak, czy inaczej, ten fotel był równoznaczny z hasłem „nie przeszkadzać”.
Sonnet potrzebował chwilowego odreagowania od przywołanych wspomnień, czasu, który spędził w Watasze z Alfą – czyli kapitanem jej głównej jednostki o nazwie – jakżeby inaczej – Wilka. Kudłaty, bo o nim mowa, był dobrym piratem, jeśli w ogóle można było tak powiedzieć. Był to oczywisty oksymoron. Był dobrym w tym, co robił, a co ciężko było nazwać czymś dobrym. Z tą swoją gitarą basową, mieszał ci w głowie historiami o przyjaźni i zbójeckim honorze, a jednocześnie był gotów skręcić kark za krzywe spojrzenie. Nieprzewidywalny sukinsyn, który mimo to jakoś dawał się lubić. Kojarzył się z szefami gangów, którym niedaleko było do skrzywionych księży, oczekujących całkowitego oddania od swojej trzódki wiernych. Nie, to przesada. Był Alfą swojej watahy, musiał być twardy i apodyktyczny. I w ich sprawie stać go było na… zbyt wiele.
Sonnet otrząsnął się z zamyślenia. Ważne było tu i teraz, a teraz to on był „Alfą” na jego „Wilku” – Sonii. Był jej właścicielem. Kupił ją uczciwie. Zaraz po tym jak podjął najważniejszą i najbardziej brzemienną w skutki decyzję swojego życia. Nie był z niej dumny, ale też nie sądził, że miał wtedy inne wyjście. Mógł nic nie zrobić i być nikim we własnym mniemaniu, bądź zrobić co zrobił i całkowicie odmienić swoje życie.
I tak właśnie sam również został piratem. Na Sonii nauczył się czegoś więcej niż biznesu. Miał władzę, która często wisiała mu kamieniem u szyi, ale również czasami dawała wiele radości. Miał ludzi, za których był odpowiedzialny, a którzy z definicji trwali po złej stronie barykady. Życie pirata nie zawsze było złe. Nie, nie tak. Zwykle, ale nie zawsze. Piękne podsumowanie przydługiego marudzenia.
Obrócił się energicznie w fotelu zakręcając wokół własnej osi. Wyraźnie sprawiło mu to szczeniacką radość. Nie umknęło to uwadze Flipa i Flapa stojących z nieodłącznymi tabletami, przy konsoli diagnostycznej. Sonnet wyhamował nogami moment obrotowy, mrugnął do techników, po czym wstał i zajął miejsce przy Gonzalesie.
- Sugestia na temat oszczędzania energii została przemyślana i przyjęta przez aklamację zarządu. Mamy łączność?
- Tak.
- No to daj mi z nimi pogadać.
Astronawigator nawiązał połączenie z jednostką handlową.
- Tu dowódca NRK Sonia! – powiedział Sonnet. – Do transportowca Hrabiego Stu Planet. Poddaj się i oddaj ładunek na rzecz nad wyraz uprzejmych piratów.
- NRK? – zapytał Gonzales wyciszywszy wpierw mikrofon.
- Niezależna Rakieta Kosmiczna. – Sonnet wzruszył ramionami. – Oni lubią takie wersaliki przez nazwami. Traktują je jak dystynkcje generalskie. – Sonnet udał, że żuje tytoń, co miało odnosić się do rozmowy z amerykańskim akcentem. Astronawigator uśmiechnął się porozumiewawczo.
- Pamiętam, że to Ziemia, jako ostatnio zaakceptowała „komercyjny język”, powiedział Gonzales. – Babcia opowiadała mi kiedyś, przy jej fenomenalnym gazpacho, o „Language Gate” i sile ludu – palce Gonzalesa pokazały znak cudzysłowu – wszystkich światów.
***
W znanym wszechświecie jako języka komunikacyjnego, przyjęło się używać angielskiego. Wynikło to ze zwykłej ludzkiej przekorności. Gdy możni starali się o realizacje swoich nierealnych z zasady, acz politycznie poprawnych mrzonek – dla przykładu, Konsorcjum Planetarne było za łaciną, Hrabia Stu Dwóch Planet za esperanto, a Obiekt Służb Tronowych, jako rdzenno-amerykańska organizacja nie zamierzała dostosować się do nikogo i pozostać przy amangielskim – ludzie wybrali sami.
Przez kilka lat, przekornych dążeń trzech najpotężniejszych frakcji do przeciśnięcia swojego – jedynego i słusznego – projektu, większość komunikatów na większości światów i tak tłumaczono z języków urzędowych na angielski. Nawet ci, co znali go słabo, rozumieli z niego znacznie więcej niż z łaciny czy esperanto. Dochodziło nawet do „włoskich strajków rodziców” na światach Hrabiego i Konsorcjum, którzy przestawali wysyłać dzieci do szkoły, gdyż nacisk na naukę, trudnego języka urzędowego był zbyt wielki. „Po co nam języki martwe?”, pytali zgodnie. „Mamy przecież język żywy znany z książek, filmów i muzyki popularnej. Dzieci wszystkich światów chwytają go w locie i używają we wszelkiej maści komunikatorach, a rodzice znają przynajmniej w stopniu komunikatywnym.” Dlatego też, dwie potęgi dały za wygraną i pro publico bono skupiły się na nauczaniu i rozwijaniu angielskiego, jako obowiązkowego w szkole i funkcjonalnego w stosunkach międzynarodowych i międzyplanetarnych. Wyjątkiem był tu militarny Obiekt Służb Tronowych, który zwyczajnie pozostał przy swoim języku. Jakkolwiek w jego przypadku, mowa była o języku amerykańskim, zwanym przez OST amangielskim, to różnice z angielskim, choć niewielkie, szybko zaczęły się zacierać. Stare angielskie słowa przechodziły płynnie do archiwum z anachronizmami, mimo sprzeciwu literatów i kulturoznawców, bo postęp tego wymagał. A nowych słów przybywało w tempie wykładniczym, jak to miało miejsce jeszcze na Ziemi będącej pierwszym ludzkim światem.
***
Sonnet wypluł wyimaginowany tytoń.
Na odpowiedź transportowca nie musieli długo czekać.
- Tu krążownik Hrabiego STU DWÓCH Planet – Usłyszeli niski, apodyktyczny głos, wyraźnie podkreślając różnicę między stoma a stu dwiema. – Jesteśmy uzbrojeni i gotowi z ów uzbrojenia skorzystać, tak więc… Wracajcie do swoich chłopców, cioty!
Gonzales uniósł brwi w geście bezbrzeżnego zdziwienia.
- Próbował nas obrazić używając kolokwialnego określenia homoseksualisty?
- Niektórych uprzedzeń czas nie zaciera – stwierdził filozoficznie Sonnet, po czym dodał: - Ziemia do dzisiaj hołduje dyskryminacji mniejszości…
***
W znanym wszechświecie istniały trzy ludzkie potęgi. Walczyły one o przewagę w drodze do kosmicznej dominacji i żadna pozaziemska cywilizacja nie zdołała wpłynąć na te prymitywne i destruktywne ludzkie przypadłości. A to dlatego, że, jak dotąd, żadna się nie ujawniła, ani też nie została odkryta.
Progres ludzkości zawsze był dyktowany progresem militarnym. Wojna rozwijała technologię i w zasadzie wszystkie gałęzie produkcji. Gdy Ziemia zrobiła się za mała na zbyt rozwiniętą broń, a co za tym idzie, rozwijanie nowych możliwości, ludzie zaczęli ją opuszczać – swoją kolebkę życia – i zaludniać najbliższe, nadające się do tego planety. Szybko zrozumieli, iż nie chcą być od nikogo zależni i ogłaszali się najprzeróżniejszymi niezależnymi frakcjami z niezbędnym słowem „niepodległość” w nazwie. Po kolejnych stu latach kosmicznej partyzantki, wyodrębniły się trzy kosmiczne mocarstwa, które pokojowo lub siłą wchłonęły mniejsze frakcje ze swojego, najbliższego sąsiedztwa. Jak na ironię, każde z nich chciało mieć pod swoim władaniem kolebkę ludzkości – Ziemię.
Wojna niezmiennie rozwijała swoje skrzydła i trwała wszędzie, tylko nie na Ziemi. Ziemia – w niepisanej umowie – stała się nietykalną schedą ludzkości oraz symboliczną siedzibą najpotężniejszej ze stron. Gdy Konsorcjum Planetarne oraz Obiekt Służb Tronowych opuściły Układ Słoneczny, rządy nad wyżej wymienioną dzierżył Hrabia Stu Dwóch Planet. Jego władza sięgała do Alfa Centauri, w tym Aldebarana i około stu planet więcej. Hrabiemu trzeba było oddać honor, że stworzył wspaniałą armię, która dziesiątkowała wroga i terraformowała zdatne do życia planety. Ziemi zaś przywrócił był świetność dostatku i ekologicznego raju. Po kilkudziesięciu latach walki z efektami spustoszenia jej trzewi na rzecz paliw kopalnych wszelkiej maści, udało mu się przywrócić jej jako taką równowagę klimatyczną. A z kolejnymi dziesiątkami lat było już tylko lepiej. Hrabia spisał się wspaniale i zbierał z tego tytułu należne mu honory i tantiemy.
Ziemia znów obradzała.
Urodziła również żona Hrabiego.
Sonnet doskonale pamiętał tę historię. Uczył się o niej w szkole na Północnym Archipelagu Aldebarana, w swoim rodzinnym regionie, nadmorskim Urzie. Rozpamiętywał ją również, gdy trzy lata wstecz przyleciał na Ziemię jako świeży, acz obiecujący biznesmen. Wylądował wtedy swoją lichtugą na wspaniałym kosmodromie pod Kairem, upalną, ogromną metropolią pełną minaretów i sięgających nieba szklanych wieżowców, by po dwóch dniach odpoczynku w luksusowym hotelu, udać się na bal zorganizowany w ateńskim Partenonie. Spraszający interesantów z całego znanego wszechświata, Hrabia Stu Dwóch Planet postanowił wyprawić wielkie przyjęcie swoim najważniejszym kontrahentom w monumentalnym, prehistorycznym miejscu.
Kto bogatemu zabroni?
Sonnet pojawił się na imprezie około godziny dwudziestej czasu lokalnego. Lekki wieczorny wiaterek zapewniał mu w miarę komfortowe samopoczucie. Słońce, wyjątkowo, jak na ten, wczesnojesienny czas chyliło się ku horyzontowi oddalonych o kilometr wysokich dachów najbliższego miasta. Sonnet ubrany był w szyty na miarę, trzyczęściowy, oliwkowy garnitur, który, choć leżał jak ulał, to i tak uwierał go samym tylko faktem, że był garniturem.
Zbliżając się do tej kamiennej stojącej pośrodku piaskowej równiny budowli, w zapadającym zmierzchu widział, jak została oświetlona kilkunastoma reflektorami umieszczonymi wokół niej, a ich światła kierowały się ku sklepieniu, tak, żeby nie oślepiały gości imprezy. Przy zapadającym zmierzchu, trzeba było przyznać, że wcale nieźle się to sprawdzało. Gdy spojrzałeś w górę mogłeś podziwiać ciężką płytę dachu opartą na wielu kolumnach. Wewnątrz zaś – jak się później okazało – było wystarczająco jasno jak na imprezę dla snobów i podstarzałych marud i odpowiednio ciemno dla spragnionej rozrywki, młodszej części przybyłych. Sonnet zwykł zaliczać siebie do tych drugich. Nie przekroczył jeszcze trzydziestki.
Gdy wspiął się na schody wiekopomnej, kolumnowej kamiennej budowli, poczuł się odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu. Być może nie był największym z obecnych tu interesantów, ale oferował coś, czego inni z pewnością nie mieli. Jego prom przywiózł owoce, warzywa, przetwory mięsne i tkaniny z Aldebarana. Jako że jego ojczysta moda znacznie różniła się od tej ziemskiej, przywożenie ubrań mijało się z celem. Za to tkaniny – szczególnie aldilany – od lat cieszyły się wielką popularnością u ziemskich projektantów ubrań z tytułu ich wyjątkowej gładkości i wytrzymałości. Owoce uchodziły za najpyszniejsze w znanym wszechświecie, a duzdy, nieco przypominające w kształcie banany, granatowe o przepysznym sypkim wnętrzu zrobiły prawdziwą furorę nie tylko na Ziemi, ale również Omberze, wodnej planecie Konsorcjum. Owoce morza, były wręcz towarem deficytowym. W sumie, zeroentropijne kontenery statku Sonneta, przywiozły tysiące ton jego ojczystych produktów.
Fakt, że reprezentował biznes rodzinny, zarządzany przez jego matkę, nie przeszkadzał Sonnetowi zupełnie. Wręcz przeciwnie, jako pełen ideałów młodzieniec, był z tego dumny i wierzył, że można stać się kimś wielkim, kontynuując tradycje rodzinne. A Sonnet był nieodrodnym synem swojej matki, choć musiał zejść na złą drogę, a następnie dojrzeć do powrotu na tę dobrą, żeby to wreszcie zrozumieć.
Konferansjer podał jego imię, nazwisko i nazwę firmy, i Sonnet wszedł „na salony” wypełnione setką świetnie ubranych ludzi interesu wraz z osobami towarzyszącymi.
Partenon jako budowlę, ciężko było nazwać „salonami”, gdyż ściany zastępowały tu kolumny dźwigające sklepienie. Należało jednak jakoś wprowadzić czynnik odseparowujący wnętrze od zewnętrza na potrzeby imprezy. Dlatego też, pomiędzy kolumnami ustawiono ozdobne parawany wykonane ze złoconego drewna. Tworzyły one granice umownej sali pełnej skórzanych kanap i małych drewnianych, niezmiennie złoconych stolików. Parawany te, chroniły również przez światłem reflektorów skierowanych na budowlę.
Jako, że konferansjer podawał nazwiska, tytuły i nazwy firm, średnio co półtorej minuty, zgromadzeni goście szybko zapomnieli o Sonnecie. Dzięki temu, mimo charakterystycznej dla Aldebarana zieleni swojego garnituru, łatwo wmieszał się w narastający tłum. Skradł kilka niewieścich spojrzeń, zjadł kilka smakołyków, z długich stołów ustawionych wzdłuż rzędów kolumn. A były one bogate w tradycyjne greckie rarytasy. Ciasteczka migdałowe kourabiedes, czy wilgotne, pomarańczowe melomakarony pobudzały jego kubki smakowe. Nie zabrakło oczywiście orzechowej baklavy, której cienkie ciasto zatopione zostało w słodkim, niebiańskim syropie. Dalej pysznił się ogromny, aromatyczny indyk nadziewany kasztanowym farszem w otoczeniu takich potraw jak szynki wieprzowe, żeberka, kiełbasy czy steki. Wszędzie stały butelki retsiny, wina o domowym smaku, obok mocnego anyżowego Ouzo, czy brązowo mieniącej się Metaxy. Nie zabrakło też zwykłego, taniego piwa w zielonych butelkach, które miało zadziwiająco wielu amatorów. Nie wykluczając jego samego.
Sonnet skradał się, podkradał i błądził, szukając sobie miejsca. Wreszcie, w sali zwanej Naos, której nazwę przeczytał w przewodniku, zobaczył kamienny tron i ozdobne krzesło po jego prawej stronie, oba pokryte miękkimi kocami, stojące przed kamienną figurą przedstawiającego stojącego dumnie człowieka pokrytego umięśnionym pancerzem hoplitów, trzymającego na prawym przedramieniu koryncki hełm. Jednak nie meble interesowały lekko już podchmielonego Sonneta, ani sama rzeźba, a osoby zasiadające na królewskich stolcach. Niewielki mężczyzna i przepiękna kobieta.
Pod kamienną figurą przedstawiającą jego samego jako hoplitę, greckiego żołnierza z dawnych czasów, w lekkim, acz nie pozostawiającym go w zaciemnieniu świetle przydymionej, wiszącej za nim latarni, zasiadał na tronie Hrabia Stu Dwóch Planet. Ubrany w pozbawiony rękawów biały chiton spięty sprzączkami na ramionach i skórzane sandały na korkowym drewnie.
Hrabia, władca stu dwóch planet. Lecz tu pojawiał się zgrzyt historyczny. Ów hrabia, ów władca, nie był tym Hrabią, który zdobył sporą część znanego wszechświata. Nie był tym Hrabią, który uspokoił ekosystem kolebki życia i schedy ludzkości – Ziemi. Niestety. Tamten Hrabia spłodził syna i umarł. Cieszył się dzieckiem jedynie przez sześć miesięcy zanim jego historia dobiegła końca. Otóż ten wielki człowiek zginął wraz z żoną podczas podróży na Aldebarana, gdzie trwały zamieszki antyrządowe. Jako prawdziwy mąż stanu postanowił osobiście zająć się problemem. A, jako że liczył się wtedy czas, to skorzystano z opcji przygłuszonej grawitacji, a następnie nieco zbyt brawurowo wskoczyli w „równoległą”. Przez pośpiech w procedury dotyczące „czystości” wdarł się błąd. Podróż w miała trwać tydzień, a trwała sześć dni. Astronawigator Count Space One nie wziął poprawki na zapowiadane wybuchy na jednym z trzech słońc Alfa Centauri i, niestety jeden z nich usmażył systemy ochronne statku, a nim – dwie dziesiąte sekundy później – włączył się system awaryjny, było już po wszystkim. Prom Hrabiego Stu Dwóch Planet spłonął w drugiej gwieździe – Secundzie, oficjalnie znanej jako Alfa Centauri B. Nikt nie przeżył. Żaden pojazd kosmiczny nie miał szansy w potyczce z gwiazdą. Po tym wydarzeniu zamieszki na Aldebaranie wygasły na rzecz żałoby, a na pamiątkę wielkiej tragedii, gwiazdę przemianowano na Secundę Hrabiego. Nie trzeba wspominać, że wkrótce, oczy znanego wszechświata skupiły się na pierworodnym synu Hrabiego, dziecku o imieniu Henryk.
Wymarzony syn Hrabiego pozostał na Ziemi, by żyć i odziedziczyć jego schedę, w którą wchodziły też imperatorskie, jedynie z nazwy hrabiowskie zobowiązania. Przyjął je jako ciężar ojcowizny oraz swojego przeznaczenia by wiele lat później okazać się być zwykłym chłystkiem. Choć daleko było mu do najsłynniejszego z chłystów.
Odziedziczył imperium ojca z tytułu urodzenia w wieku lat siedmiu, kiedy to miały nastąpić jego tradycyjne postrzyżyny. Młody Henryk jednak tak bardzo przeraził się mężczyzny z nożyczkami, że do medialnego wydarzenia nie doszło. Chłopiec dorastał bez ojcowskiej uwagi i opieki, a nikomu na Ziemi nie zależało na rozwijaniu jego wiedzy. Najwyraźniej możni sądzili, że łatwiej będzie go kontrolować nie zarzucając niezrozumiałymi informacjami i wiedzą; że lepiej mu będzie, gdy nikt mu nie uświadomi, że czeka go życie pełne przerastających go odpowiedzialności i decyzji. Nie mogli byli bardziej się pomylić. Młody Hrabia, który przejął tytuł ojca – i tylko nim kazał się anonsować – w samouwielbieniu rozpieszczonego dziecka wyrósł na narcystycznego egoistę i uznał się za lepszą wersję nigdy nie poznanego rodzica. Zrozumiał, że wszystko najzwyczajniej mu się należy, bo jest wspaniały z tytułu samego, swojego istnienia. W ten sposób wyrósł na zawistnego, zazdrosnego skurwiela, przez wielu określanego mianem wiecznego gówniarza.
- Widział pan taką starą komedię „Wywiad ze słońcem narodu”?
Sonnet, czekający jak wszyscy obecni, by Hrabia wreszcie ruszył tyłek z miękkiego kocyka wyścielonego na siedzisku kamiennego tronu, spojrzał w bok. Stojący obok niego, siwowłosy grubas, skierował swoje słowa niemal wprost do jego ucha, żeby nikt z postronnych gości go nie usłyszał. Sonnet poczuł mdlący zapach fiołków, zionący z oddechu konspiratora.
Skinął głową. Był to jeden z nielicznych starych filmów, którego nie podrzucił mu Gonzales, a to z tej przyczyny, że ich drogi jeszcze się nie skrzyżowały. Sonneta zainteresowały w filmie polityczne konsekwencje jego powstania. Produkcja opowiadała o kłamliwym dyktatorze Korei Północnej, który karmił swój naród fantastycznymi historiami na swój temat, a wiarę tę kontrolował niczym innym jak terrorem. Film ten, choć daleko mu było do arcydzieła, raczej nieskomplikowana komedyjka, jeszcze przed premierą, doprowadził do spięć na linii USA – Korea Północna. Kim Jong-Un, którego postać została skarykaturowana, zlecił swoim programistom atak na serwery dystrybutora filmu, zmuszając go do rezygnacji z wyświetlania go w kinach.
Starszy pan o fiołkowym oddechu i zroszonym potem czole, całkiem słusznie zauważył podobieństwa psychologiczne ów dyktatora z Hrabią. Nawet jeśli sam Hrabia terroru jeszcze nie wprowadził, to poprzestał na narcyzmie, egotyzmie i pewnie również hedonizmie. Dowodu na to ostatnie nie trzeba było daleko szukać.
Sonnet westchnął.
Wystarczyło spojrzeć na postać po prawicy Hrabiego, by zrozumieć zapatrywania dyktatora na ideał kobiety. Cóż, były to zapatrywania zgodne z zapatrywaniami większości heteroseksualnych mężczyzn znanego wszechświata. Hrabina, o której tu mowa, siedząca na ozdobnym krześle, po jego prawicy, była pięknością skończoną. Z jednej strony posągowa postura z gładką skórą o jasnej cerze, poważnej i jednocześnie dziecięcej twarzy. Z drugiej, kształtna i ponętna figura osłaniana przez odpowiednio skromną, jak na egipski klimat, suknię. Suknia ów skrojona była z jednego kawałka materiału o kolorze kości słoniowej, owijającego ciało przez jedno ramię, jedno biodro i wyjątkowo, oba uda. Krój ten pozostawiał wiele wyobraźni, nawiązywał do indyjskiej sari z tym wyjątkiem, że pas materiału nie był szerszy niż trzydzieści centymetrów. W przypadku Sonneta obraz ten rzucał jego wyobraźnie w stronę niespełnionych fantazji i podobnie jak pozostali, obecni mężczyźni, zbierał szczękę z podłogi.
Hrabia i hrabina siedzieli, nie tyle, chłonąc atmosferę wspaniałego przyjęcia, ile prezentując siebie i swoją wspaniałość dla pomniejszego plebsu. Ów plebsem byli petenci w postaci śmietanki najważniejszych międzyplanetarnych biznesmenów. Prywatni producenci wszelakich sprzętów, przybyli z Konsorcjum Planetarnego, reprezentujące takie marki jak Samsung, Tesla czy Ford. Oligarchowie, właściciele planet, wszyscy w mniejszym czy większym stopniu produkujący broń. Handel przełamywał problemy zaprzaństwa wojennego. Podobnie, jak swego czasu, wrogie sobie kraje Japonia i Chiny, handlowały chociażby jedwabiem, tak teraz planety sprzedawały sobie wszystko jak popadnie bez względu na reprezentowaną frakcję. Wojna będzie trwała tak czy inaczej, a większość z obecnych tu biznesmenów wolała nie myśleć, o tym, że kiedyś mogłaby się skończyć. Tak to widział Aldebaranin w zabawnie oliwkowym garniturze.
Chłonąc obraz pięknej kobiety, Sonnet nie mógłby uwierzyć, że hrabina jest pustą i wyniosłą pięknością. Nawet z tej odległości kilkunastu metrów, widział na jej nieoczywistej twarzy wymuszony uśmiech, który, zdawał się jakby przygnieciony troskami, o których nikt nie miał bądź nie chciał mieć pojęcia. Sonnet zaśmiał się do swoich dywagacji. O tak! Hrabina dźwigała ciężar, którego większość z nas nie zdawała sobie sprawy, tak? A niby jaki? Była przecież Hrabiną! Chwyciła Boga za nogi, więc była z zasady najszczęśliwszą kobietą we wszechświecie, prawda? Miała przecież wszystko, czego mogła zapragnąć. Prawda? Czy aby na pewno? Czy mogła być szczęśliwa przy tym karakanie z syndromem wyższości? Jej uśmiech nie był do końca szczery, ale też pozbawiony wyższości. O czym myślała błądząc wzrokiem ponad głowami gości? Czy przebywała tu więcej niż tylko ciałem?
Sonnet żachnął się. Mógł podziwiać co widział, ale ciężko było mu uwierzyć, że ten pustak Hrabia, związałby się z inteligentną kobietą. Abstrahując, że zwykle mężczyźni postępowali w ten sposób, by zrzucić ciężar kierowania rodziną na swoje połowice, to dla takiego egocentryka, jak Hrabia, byłaby to recepta na klęskę. Nie zniósłby świadomości, że jest głupszy. Nie byliby dobraną parą. Zakładając nawet, że u podstaw tego związku leżał płomienny romans, wątpliwym było, że przetrwałby on próbę czasu. Dorosły człowiek o mentalności dziecka i aspirujący by stać się władcą znanego wszechświata z czasem znienawidziłby kobietę, która dowiodłaby mu swojej wyższości. Choć, nie wykluczone, że Sonnet się mylił. Determinacja kobiet nie raz ucierała nosa mężczyznom. Historia zna wiele takich przypadków. Żony, wpływowe kochanki królów, decydentów. Damy, intrygantki. Kobiety-szpiedzy.
Ku uldze zmęczonych nóg, przydługo stojącego już Sonneta, Hrabia wstał ze swojego tronu. Nie dodało mu to wzrostu. Musiał spuścić wiszące, krótki, patyczkowate nogi i niemalże zeskoczyć ze swojego tronu. Poprawił chiton i potoczył spojrzeniem po obecnych. Na jego twarzy widniało kpiarskie samozadowolenie. Zwrócił się do Hrabiny, nachylił i pocałował ją w usta. W geście tym było tak wiele uczucia, że nikt nie mógłby wątpić, że tę dwójkę łączy nie tylko los wielkiej części znanego wszechświata, ale też najprawdziwsza miłość. Gdy się prostował, Hrabina śledziła go jeszcze długo roziskrzonym oczyma. Westchnienie przetoczyło się wśród gości. Słowa aprobaty napływały zewsząd. Kilka dam zemdlało opadając w ramiona swoich partnerów. Sonnet i siwy grubas wymienili znaczące spojrzenia. Czasy się zmieniały, ale teatralne gesty i klakierskie reakcje pozostawały w użyciu w Kolebce Życia.
Hrabia wyprostował się dumnie. Jego sylwetkę można było określić jako kościstą, charakteryzującą suchotnika, gdyby nie wystający, okrągły i lekko zwisający brzuch. Stojąca za nim, połyskująca bielą, kamienna rzeźba, przedstawiająca jego samego, dziwnym trafem, przewyższała go o głowę. I miała płaski brzuch. Ta korelacja nie dodawała wzniosłości oryginałowi, czego szczęśliwie nie zauważył. Splótłszy ręce za plecami, zwrócił do przybyłych:
- Pozwólcie, wspaniali goście, że przywitam was raz jeszcze! – powiedział głośno, choć jego głosowi brakowało niskiego tembru władcy. Dodatkowo, nikt nie pamiętał, kiedy to został powitany po raz pierwszy tego wieczoru. – Bawcie się! – kontynuował na granicy falsetu. – Jedzcie i korzystajcie z przyjemności! Dzisiaj nie martwcie się o koszty! – Tu uśmiechnął się przebiegle. – Ale pilnujcie swoich długopisów – przydadzą się wam jutro!
Odpowiedział mu posłuszny wybuch śmiechu i aplauz. Hrabia spoglądał po zebranych, jakby wchłaniał ich energię. Jego uśmiech miast promieniować, absorbował przestrzeń. Zasysał. Było to dziwnie niepokojące. Coś zawisło w powietrzu. Uśmiech Hrabiego nie był tak beztroski, za jaki miał uchodzić. Ukryte pod krotochwilą drugie dno wypowiedzi, sprawiło, iż w ciągu kolejnych minut impreza zaczęła podupadać. Humory przestawały gościom dopisywać, a rozmowy cichły i stawały się, jakby, bardziej konspiracyjne. Sonnet odniósł wrażenie, że zrobiło się ciemniej. A to wszystko tylko dlatego, że Hrabia postanowił zadworować sobie z gości w wyprawionej dla nich imprezie.
Wieczny gówniarz, pomyślał Sonnet. I słaby aktor.
Pół godziny później zrejterowawszy za kolumnadę, na okalające budowlę podłużne schody, popijał Metaxę ciesząc się chwilami samotności. Pomijając kierunkowe światła reflektorów, było już zupełnie ciemno. Dźwięki zamierającej imprezy, za sprawą drewnianych kotar na szczycie schodów, docierały do niego przygłuszone i jakby z opóźnieniem. Usiadł na najniższym stopniu i zapatrzył w ciemność otaczającą Partenon. Chłód nocnego powietrza sprawiał mu przyjemność. Zastanawiał się, czy nie porzucić gdzieś ciążącej mu marynarki, ale zaduch wnętrza mieszał się z regularnymi powiewami chłodniejszego nocnego powietrza, więc zdołał się nie spocić. Teraz odczuwał ulgę. Powietrze było niemal zimne. Daleko mu było do morskiej, słonej bryzy wiecznie błądzącej między ulicami regionu Urza, ale gdy zamknąć oczy uszłoby. Pozwalał by lekki wiaterek owiewał mu twarz. Nie był tu bardziej samotny niż wśród ludzi wewnątrz, ale na pewno bardziej mu to odpowiadało. Myślał nawet o opuszczeniu imprezy przed jej zakończeniem i udaniu się do hotelu.
Potoczył wzrokiem wzdłuż obiektu. Przy głównym wejściu, wytyczona została ścieżka oświetlona punktowymi lampkami wkopanymi w suchą ziemię w szpalerze po obu stronach wąskiego deptaka. Można nią było trafić do oddalonego o kilkadziesiąt metrów parkingu z czekającymi limuzynami. Sonnet wziął kolejnego łyka Metaxy, która już nie była tak chłodna jak parę chwil temu. Kamień schodka chłódł z każdą chwilą. Sonnet poczuł lekkie swędzenie tyłka. Zirytowało go to bardziej niż tego oczekiwał. Czuł się coraz bardziej nie na miejscu, wprost proporcjonalnie do wyśmienitego nastroju z jakim tu przybył.
- A pan wpadł na imprezę… - Usłyszał za sobą głos podpitej kobiety. – A teraz podpiera… hm… ściany?
Sonnet obejrzał się. Ładna, szczupła, na oko czterdziestolatka, ubrana w błękitną sukienkę bez rękawów, za wszelką cenę próbowała utrzymać fason, a co za tym idzie, równowagę i sympatyczny wyraz twarzy. Niestety, wypity wcześniej alkohol sprawiał, że jej uroda nikła dziwnie powykrzywiana, a pozytywne pierwsze wrażenie mogłaby zrobić jedynie na równie podpitym mężczyźnie.
- Widzisz za mną ścianę, kobieto? – zapytał może nieco zbyt agresywnie.
W odpowiedzi, wyprostowała się niczym struna. Rozdziawiła usta w konsternacji, walcząc o dumną minę i postawę. Nie ustała w tym bezruchu zbyt długo. Znów się zakołysała i próbując ratować honor, zaśmiała teatralnie i bardzo, ale to bardzo nienaturalnie. Najwyraźniej postanowiła potraktować reakcję Sonneta za żart.
- Kolumnę… - powiedziała z trudnością. – Widzę… kolumnę…
- Gratuluję… – Machnął ręką wstając z ostatniego z okalających Partenon schodów. – Idź pooglądać inne. Nie brakuje ich tutaj.
Nie zwracając już na nią uwagi zrobił kilka kroków po chłodnym, nie pamiętającym już dziennego skwaru, żwirze. Szklanka ciążyła mu w ręku. Stracił ochotę na alkohol. Spojrzał w niebo. Teraz, minąwszy światło reflektorów mógł dojrzeć fale blado błękitnych i fioletowych świateł wypełniających nieboskłon. Zorza polarna. Słońce bombardowało coraz mocniej. Efekty można było dojrzeć już niemal z każdego miejsca na Ziemi. Przez te anomalia producenci elektroniki musieli zainwestować w zmiany konstrukcyjne swoich produktów. Każdego dnia bano się, że kolejna eksplozja na słońcu usmaży ziemskie dyski twarde i kości pamięci. Wizja przerażająca konsekwencjami, ale widok - przepiękny.
- Nie podoba się panu bal? – znów usłyszał kobiecy głos za sobą.
Zagryzł zęby niezadowolony. Jak daleko musiał się oddalić, żeby ta pijana baba przestała mu zakłócać chwile rozmyślania? O niebiosa! Kiedyś zorganizuje sobie miejsce nietykalne dla nikogo poza nim, gdzie będzie mógł spędzać czas nie niepokojony przez nikogo. Zrobi to, choćby miał to być zwykły, stary fotel!
- Policzyłaś kolumny? – zapytał, nie oglądając się za siebie.
- Wiele razy – odpowiedział ciepły, rzeczowy i trzeźwy głos. – Zewnętrzna kolumnada składa się czterdziestu sześciu. Wewnętrzna zaś…
Sonnet odwrócił się nerwowo. Światło reflektorów, mimo, iż skierowane ku sklepieniu budowli, ukazało mu w swoistym pianoscuro twarz, którą znał, ale nie mógł uwierzyć, że widzi ją z tak małej odległości. Dzieliły ją od niego niespełna dwa metry! Osłupiał czując, że niezależnie od chłodnego wiatru, zaczyna się pocić.
- Hrabina! – krzyknąłby, gdyby nie zaschło mu w gardle. Tymczasem z jego ust wydostał się jedynie słaby skrzek. Ledwie powstrzymał się od uklęknięcia.
Piękna twarz trzydziestodwuletniej Hrabiny niezmiennie się uśmiechała. Ciepło i przyjaźnie. Hrabina ruszyła lekko przed siebie omijając skołowanego Sonneta.
- Przejdźmy się – zaproponowała, a w jej słowach, choć „ciepłych i przyjaznych”, nie można było nie zauważyć apodyktycznej nuty. – Zorzę lepiej oglądać z tamtego punktu. – Wskazała przed siebie palcem.
Sonnet powiódł za nią wzrokiem.
- Czy tam nie jest… ciemno?
- Och… – Zachichotała. – Nie będą to egipskie ciemności, zapewniam cię. Te panują tylko we wnętrzach piramid, a stamtąd trudno oglądać nieboskłon.
Ruszył za nią. Ni z tego, ni z owego przypomniał sobie historie o tych wszystkich ludziach w piramidach, zakopanych żywcem ze swoimi faraonami. Czy poszli na śmierć dobrowolnie? Jak owieczki? Wątpliwa sprawa. A on się nie zawahał. Nie mógł przecież odmówić kobiecie o takim statusie… piękna. Nie zaoponowałby nawet, gdyby założyła mu obrożę i podpięła smycz. Był zbyt oszołomiony. Wiedział, jaką Hrabina dzierży władzę, a jednocześnie, to właśnie miało w tej chwili najmniejsze znaczenie.
Kolejny powiew chamsinu osuszył jego czoło z potu, orzeźwił i sprawił, że pierwsze silne emocje stopniały. Sonnet powoli zaczął oswajać się z nadzwyczajną sytuacją. Uspokoił oddech i co za tym szło, wariujące serce. Zadziałał profesjonalizm biznesmena.
Reflektor został umocowany na żelbetonowym klocu kilka metrów dalej. Hrabina usiadła na nim i wskazała Sonnetowi miejsce obok siebie.
- Spocznij, proszę, obok mnie – Wskazała miejsce na pozostałej, niebezpiecznie małej części kloca. – Nie gryzę – dodała, widząc jego wahanie.
Wziął głęboki oddech i usiadł, starając się chociażby nie musnąć jej swym niegodnym dotykiem.
Patrzyli oboje na rozświetlony Partenon. Sonnet utkwił wzrok gdzieś w środkowej części dachu, starając się nie spoglądać choćby kątem oka na siedzącą obok niego boginię. Serce znów waliło mu niczym młotem, w gardle miał sucho i raz na jakiś czas musiał sobie przypominać o oddechu. Obcowanie z Hrabiną, nawet w tak niewinny sposób zakrawało na świętokradztwo. On, nawet jeśli dość majętny, reprezentował plebs, ona z kolei… szlachectwo, majestat, wyższość i… I tu coś pękło. Przecież czasy królestw dawno minęły. Władców już nie wybierał Bóg i nikt nie rodził się lepszy w Jego oczach. Bogatszy, bardziej wpływowy – tak, ale nie… boski.
- Zaczynasz rozumieć – powiedziała, jakby czytała w jego myślach. – Rozluźnij się, proszę. Spięty towarzysz to zły towarzysz.
Jak się okazało, przez ten cały czas, gdy patrzył sztywno przed siebie, kobieta obserwowała jego twarz i zmieniającą się mimikę. Wreszcie zauważyła, że mięśnie jego szyi i szczęki rozluźniły się, a jego oddech wyrównał i uspokoił.
Ku swojemu zaskoczeniu, Sonnet z każdą chwilą odzyskiwał pewność siebie. Coraz mniej ciążyła mu obecność Hrabiny, jako Hrabiny samej w sobie i znów mógł cieszyć się tak zwykłą rzeczą, jak widok zabytku przed oczyma. Z jego perspektywy, w nocy, atakowany kierunkowymi światłami reflektorów i z zorzą nad nim, Partenon wyglądał monumentalnie.
- Partenon poświęcony był Atenie, bogini mądrości. – Hrabina mówiła lekko nie odrywając wzroku od budowli. – Nikt nie tknął go palcem przez tysiące lat, a teraz ON wyprawił w nim bal… - Dezaprobata niemal kipiała z jej słów; z jej nieruchomej twarzy, na której dojrzał drobne, rozkwitające zmarszczki wokół oczu i kącikach ust. – Pozwolił zadeptać jeden z najstarszych pomników ziemskiej cywilizacji, po to tylko, żeby się wywyższyć. Zasada: zrobiłem, bo mogłem. Ni mniej, ni więcej.
Sonnet nie miał pojęcia jak na to odpowiedzieć. Czuł się skonsternowany i zagubiony. Co innego krytykować możnych tego świata w knajpie, przy piwie z kolegami, a co innego robić to w towarzystwie żony jednego z nich. Hrabia, jako jego kontrahent, był również jego jedynym źródłem dochodu w promieniu parseka. Nie wypadało go krytykować. Szczególnie znając jego snobizm.
- Hrabia… - przerwał wreszcie przeciągającą się ciszę. – Koniec końców jest władcą stu dwóch planet.
Hrabina zwróciła ku niemu piękną twarz. Oceniła z uwagą głupawą minę Sonneta.
- Stu dziewięciu. – Poprawiła go, acz bez reprymendy w głosie. – To wciąż się zmienia. Każdego dnia perymetr może zostać ustalony na nowo. – Uśmiechnęła się spuszczając wzrok i potrząsając głową z rezygnacją. Sprawiło to, że stała się w jego oczach realniejsza. – Doceniam twoją próbę wybrnięcia z nieprzyjemnej sytuacji, ale… on nie jest swoim ojcem, wiesz? Cokolwiek by dla niego zrobiono, on tego nie docenia – nie docenia ludzi.
Sonnet uniósł brwi. Już miał ochotę jej przyklasnąć, podzielić się własnymi wnioskami oraz plotkami zasłyszanymi w salonach, ale ostatecznie ugryzł się w język. Postarał się tylko, by swoim zachowaniem nie zanegować tego co już powiedziała. Wiedział, że gorycz lepiej smakuje w towarzystwie.
- Hrabino. – Ku własnemu zaskoczeniu chwycił jej dłoń. Otworzyła szeroko oczy, lecz nie z oburzenia, tylko z zaskoczenia. Uśmiechnął się tak przyjaźnie, jak tylko mógł, biorąc jej reakcję za dobrą kartę. – Kim jestem, żeby ferować opiniami – powiedział, czując, że zapada się po szyję w bagno, do którego wskoczył z własnej woli. – Wiem tyle, ile przeczytałem w stronniczej prasie – brnął w ten oczywisty idiotyzm. – Przyjechałem tu za chlebem. – Sam mało nie parsknął śmiechem na tę demagogię, a i ona zagryzła zęby na wargach. Ślicznie zagryzła. – Jestem biznesmenem – ratował się, próbując jakoś zakończyć tę kretyńską przemowę – i nie znam… nawet nie chcę znać się na polityce. Ani na tych okrągłych słówkach – dodał szybko i zamilkł. Zrozumiał, że zrobił z siebie idiotę.
Pojedyncza łza wykwitła na powiece Hrabiny. Wbiła wzrok w żwir przed swoimi stopami. Pochyliła głowę. Zaszurała wiązanym czarnymi rzemieniami klapkiem w pyle i zadrżała. Objęła się ramionami. Noc robiła się zimna, szczególnie tutaj, z dala od Partenonu, gdzie sprytnie ukryte dmuchawy dbały o utrzymanie względnie komfortowej temperatury dla gości. Sonnet poczuł chęć objęcia jej, ale nie śmiał tego zrobić. Nie mogąc patrzeć jak Hrabina marznie, zdjął swoją oliwkową marynarkę i nałożył na jej ramiona niczym pelerynę. Hrabina przyjęła ją z wdzięcznością. Teraz to ona unikała jego wzroku. Strzelała oczami to w niebo, ku zorzy, to w okazałą konstrukcję jarzącego się światłem reflektorów Partenonu.
- Obserwowałam cię. Nie dzisiaj, wcześniej. Dziecko Aldebarana. Syn swojej matki, który kosztował ją wiele zmartwień. – Mówiła spokojnie, ostrożnie dobierając słowa. – Wiem, że masz to za sobą. Wyrosłeś, spoważniałeś. Jesteś mężczyzną, bo postępujesz jak na mężczyznę przystało. Jesteś świetnym biznesmenem czerpiącym siłę ze swojego pochodzenia, zamiast się go wstydzić. – Oceniła marynarkę, którą ją otulił, oceniając jej charakterystyczny kolor. – Jesteś samowystarczalnym, atrakcyjnym ciachem. – Uniosła rękę, ucinając sprzeciw Sonneta. Wciąż, lekko drżąc, spojrzała mu w oczy. Nie unikał jej wzroku, już nie musiał. – Nie jesteś trzydziestoletnim gówniarzem bez zrozumienia dla jakichkolwiek wartości. Wierzę, że nigdy nie zbezcześciłbyś tak wspaniałego miejsca, jakim jest Partenon, tylko po to, żeby popisać się przed plebsem.
Sonnet drgnął. Pomijając użycie słowa „plebs”, spójność ich myśli była wprost niesamowita. Nigdy wcześniej nie patrzył na kobietę w ten sposób. Widział mądrość, która wzbudzała w nim pożądanie. Widział naturalność, której daleko było wykreowanego przez jego wyobraźnię, wygładzonego, nieskazitelnego ideału. Zobaczył nieznaczne przebarwienia skóry przy nieregularnych skupiskach zamaskowanych podkładem piegów. Zmarszczki, których obecność stwierdził wcześniej okazały się być jednymi z wielu. Linia szczęki nie była tak równa jakby się wydawało, bo korygowały ją wysokie kości policzkowe. U podstawy jasnych, złocistych włosów zauważył leciutkie, ciemne odrosty. Sonnet zrozumiał, że rzeczywiście miał do czynienia z kobietą, której ideał składał się ze szczegółów, którym daleko było do ideału. Siedząca obok niego kobieta była wspaniała.
- A ja żyję w złotej klatce. Mogę pomarzyć o wolności, gdy każdy mój krok jest oceniany i krytykowany. Nawet nie wiesz, jak wspaniałe jest, że udało mi się tu wymknąć. Mogę odetchnąć. Pierwszy raz od miesięcy mogę spędzić czas w towarzystwie, które sama sobie wybrałam.
- Hrabino, myślę, że… - zawiesił wypowiedź. Wyciągnął swoją dłoń ku jej twarzy i wytarł knykciem palca wskazującego niezaschłą jeszcze łzę z jej policzka. Wchłonęła jego dotyk z wdzięcznością.
- Myślę, że to tobie powinni poświęcić Partenon.
W jednej sekundzie zniknęły podziały. Przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Sonnet i Hrabina wpili się w swoje usta jakby byli dawnymi kochankami i chcieli zrekompensować sobie stracone lata. Pieszczoty na granicy bólu i… coś więcej. Bo to nie był zwykły seks. Sonnet przez kolejną godzinę kochał tę kobietę całym swoim ciałem i duszą. Nie myślał, jak do tego doszło i dlaczego. Nie postała mu w głowie żadna teoria, podejrzenie przyczyn. Nie chciał ich. Chciał tylko tej wyjątkowej kobiety. W swoim niespełna trzydziestoletnim życiu, jego pewność siebie właśnie miała swoje potwierdzenie. Komu, jak nie jemu miało przydarzyć się coś tak wyjątkowego? Był kim był. Był wyjątkowy, a Hrabina musiała to dojrzeć. I powiedziała mu to. Nic więcej. Przyjął to. Wykorzystał okazję. Doświadczył nieoczekiwanego. Dopiero potem, uświadomi sobie, że nigdy już nie przeżył tak intensywnego zbliżenia. Ten krótki czas miał sprawić, że od tej pory każdą kobietę będzie przyrównywał do niezrównanej Hrabiny. Ideału.
Nie chciał pytać o przyczyny.
Potem musieli się rozstać, a kilka godzin później nastąpił kolejny dzień – dzień długopisów.
***
Sonnet czuł radość spełnienia, które nie opuszczało go przez kolejne godziny oczekiwania w jasnym holu przepastnego budynku. Było tu przyjemnie chłodno, a obite skajem ławki były nad wyraz wygodne. Sonnet wciąż żył wczorajszym wieczorem i ciężko mu było zaakceptować fakt, że najpóźniej jutro opuści Ziemię, by, z zarobionymi wielkimi pieniędzmi na rzecz rodzinnej firmy, udać się w drogę do domu. Jego, niespełna trzydziestoletniemu rozumowi, ciężko było pogodzić się ze świadomością, że już nigdy nie spotka Hrabiny, a nawet jeśli, to już zapewne w zupełnie innych okolicznościach. Zdawał sobie sprawę, że wczorajszy poryw, niemal na pewno, nie zostanie powtórzony, a to sprawiało, że czuł się przyćmiony i nieobecny.
Mijali go ludzie, których nie zauważał. Okna krzyczały widokami, których nie widział. Wreszcie, o godzinie dziesiątej miejscowego czasu został zaproszony do biura, w którym miał dokonać aktu sprzedaży i odebrać zapłatę za swoje towary. Wstał, poprawił poły marynarki i strzelił stawami palców. Łososiowy kolor wybranego na dzisiaj garnituru lepiej wtapiał się w tło szarych ubrań reszty obecnych w holu interesantów, lecz wciąż dość dosadnie podkreślał jego aldebarańskie pochodzenie. Gdyby to zależało od niego, założyłby tradycyjny wschodniobrzeżny chałat z jednodziału, z głębokim kapturem, przeciągnięty złotą nicią wzdłuż fastryg. Krystalicznie opalizujący, biało niebieski nieprzewiewny strój, byłby tym, czego oczekiwaliby po nim urzędnicy w Urz, ale tu, na Ziemi, byłby niedopuszczalną ekstrawagancją. Być może chodziło o to, że pod spodem należało nosić jedynie slipki.
Gdy tylko przekroczył próg rozświetlonego dużym oknem przestronnego gabinetu, zaskoczyła go obecność drobnego mężczyzny siedzącego na dwuosobowej ćwiekowanej kanapie przy oknie. Mężczyzna ów, odkładał właśnie na niewielki stolik przed jego nogami pustą szklankę. Postawił ją obok w trzech czwartych pełnej butelki wody gazowanej. Następnie oparł się wygodnie, opierając ręce na nienaturalnie dla jego postury zarysowanym brzuchu. Ubrany był w krótkie spodnie sięgające nogawkami do kolan i bawełnianą podkoszulkę. Był to Hrabia Henryk… - Sonnet ugryzł się w myślach w język – Hrabia Stu Dwóch Planet.
By ukryć swoje zaskoczenie i konsternację, Sonnet rozejrzał się. Pastelowe ściany małego pomieszczenia wypełnione były kopiami znanych obrazów. Dwóch, nieruchomych i wtapiających się w tło księgowych przy rustykalnym bogato zdobionym biurku już było zwykłym porządkiem spraw. Gdy blask przedpołudniowego słońca przestał kłuć go w oczy, Sonnet, na horyzoncie, za oknem, dojrzał szare, monumentalne piramidy. W głowie postała mu dziwna myśl: grobowce - tam, a Hrabia Stu Dwóch Planet – tu. Faraonowie zabierający swoje sługi w wieczną drogę. Hrabia, nagradzający wyjątkowe jednostki swoją obecnością. A może na odwrót. Sonnetowi rozbłysło przed oczami wspomnienie gładkiego ramienia Hrabiny oświetlone odbitym promieniem reflektorów. Jej gorąca namiętność rozganiająca nocny chłód. Pamiętał, jak bardzo chciał wgryźć się w to ramię, powodowany rozkoszą i jak wiele go kosztowało, żeby tego nie robić.
Sonnet zamrugał oczami. Czyżby się zaczerwienił? A może jego twarz manifestowała poczuciem winy z powodu uwiedzenia żonatej kobiety; zaślubionej, nieograniczonej władzy. Oczywiście, jak bardzo by sobie nie pochlebiał, prawdą było, że to został uwiedziony, a nie odwrotnie. Ciekawym było, czy siedzący pod oknem Hrabia również dojrzałby tę nieznaczną, symboliczną względem skutków, różnicę. Sonnet nie miał zamiaru pytać.
Hrabia siedział ubrany jak na spacer po ogródku. Być może, podobnie jak Sonnet, nie podzielał sympatii do garniturów trzyczęściowych z obowiązkowym krawatem. Jeśli nawet, to Sonnet, wbrew własnemu komfortowi, miał taki na sobie, a Hrabia nie. Ten, niewielki z rozmiarów człowiek, zaszczycał go swoją obecnością i uwagą, choć, jak dotąd, pozbawioną werbalizacji. Sonnet wziął to z początku za dobrą monetę, ale w oczach dyktatora dojrzał w końcu drugie dno – skrywany sarkazm. Przypomniał sobie, jak ten zepsuł wczorajszą imprezę, niewinnym z założenia żartem, którego niedopowiedziana puenta wprowadziła mroczną nutę w nastrój biesiadników.
- Dzień dobry – powiedział wreszcie Sonnet, czym wzbudził u niego tylko cień uśmiechu. – Mamy naprawdę piękny dzień.
Hrabia wskazał mu ręką krzesło, więc usiadł przy biurku pierwszego księgowego. Pucułowaty mężczyzna około sześćdziesiątki, którego marynarka nie dopinała się, bez chwili zwłoki podał mu kwit z podsumowaniem przywiezionych przez niego towarów, ich cen oraz ostatecznej sumy, jaką za nie otrzyma. Sonnet uprzejmie odebrał dokument. Pobieżnie przebiegł po nim wzrokiem. Potem zrobił to po raz drugi, dokładniej, by ostatecznie wczytać się w niego dokładnie. Zmartwiał. Cyfry sprawiły, że pociemniało mu oczach. Mrugnął. Wzrok zawęził się do miejsca z kwotą przedstawioną tłustym drukiem. Tłusty był tu jedynie druk. I skurwiel, który mu go podał.
- Czy wszystko w porządku? – zapytał Hrabia uprzejmie mu się przyglądając.
- Ależ… - Sonnet trząsł się z oburzenia. – Ledwie wyjdę na swoje! – Gniew wybuchł w nim nagle. Z trudem przypomniał sobie o samokontroli. – Sam pluton to trzydzieści procent przedsięwzięcia.
Pucułowaty księgowy, który go obsłużył, kaszlnął znacząco.
- Unoszenie głosu w obecności Hrabiego Stu Dwóch Planet jest uznawane za straszliwy nietakt – upomniał wysokim, miękkim głosem.
W Sonnecie zagotowało się jeszcze bardziej. Adrenalina wyprodukowana przez jego żołądek zażądała ujścia w gardle grożąc straszliwą zgagą. Nie chcąc pozwolić na niekontrolowane ujście swojej furii, Sonnet milczał, dusząc w sobie gniew. Zadziałał jego instynkt samozachowawczy. Wiedział, że gdyby dyktator uznał, że został znieważony, mógłby go… po prawdzie, wszystko mógłby z nim zrobić. Jeden niezadowolony biznesmen na trzystu, raczej nie zepsułby jego dobrej opinii handlowca. A gdyby jeszcze udowodniono takiemu zamach stanu… Cóż, życie pozostaje najwyższą wartością jedynie dla jego właściciela.
- Domyślam się, że nie opłaci ci się wybierać w podróż do innego odbiorcy. – Hrabia nawet nie silił się na ton grzecznościowy. Odnosząc się do niego per ty, dowiódł, że w tym, co się działo, nie było mowy o żadnej improwizacji. Świetnie wiedział, co robi. – Ziemia to był dla ciebie najdalszy punkt na mapie znanego wszechświata. Zaryzykowałeś i, no cóż, dałeś ciała, jak mawia plebs.
Sonnet zacisnął zęby. Czyżby Hrabia wiedział o jego nocy z Hrabiną? Czyżby się mścił? Czy pobudki mogły być tak niskie? Tak, oczywiście, że tak. Upokorzona męska duma to coś strasznego. Upokorzona męska duma Hrabiego Stu Dwóch Planet, to coś sto dwa razy straszniejszego. Sonnet uświadomił sobie, że nic nie wskóra. Powinien się cieszyć, że uchodzi z życiem. Spreparowanie dowodów przeciw niemu w najbardziej kuriozalnych oskarżeniach byłoby dla Hrabiego dziecinnie łatwe. Ale Hrabia nie chciał nagłośnienia. Był mężczyzną, więc nie chciałby w znanym wszechświecie uchodzić za rogacza. Cicha zemsta, pozbawiona werbalizacji sprawdzi się lepiej. Może tak, może nie. Być może wcale nie chodziło o Hrabinę, a Hrabia wcale nie był świadomy jej zdrady. Sonnet wolał tego nie sprawdzać. Bezpieczniej było założyć, że nie spodobał mu się z twarzy. Może dotarły do niego niepochlebne opinie Sonneta na jego temat, choć przecież nie wygłaszał ich na prawo i lewo. Kto wie, może ten siwy grubas z fiołkowym wyziewem z imprezy był wtyką. Ale nawet jeśli, to Sonnet jedynie przytaknął krytycznej opinii nieznajomego, a pośród panującego na miejscu tumultu mógł go źle zrozumieć. Mógł mu wręcz przytaknąć z dobrego wychowania. Ale… Teraz tego nie rozwikła. Nic nie zrobi.
Walcząc ze skamieniałością swojego ciała, Sonnet sięgnął po kwit. Pucułowaty księgowy podał mu pióro. Sonnet chwycił je i – słysząc w uszach echo buzującej krwi – wbrew sobie przyznał, że… wspaniale leżało mu w dłoni. Pięknie wyważony inkrustowany złotem instrument do podpisywania cyrografu. Oznaczył dokument swoim autografem i oddał pióro zadowolonemu urzędnikowi.
- Przelew miał miejsce w chwili, gdy przekroczył pan próg biura. – Oznajmił uprzejmie księgowy, wbijając ostatni gwóźdź do trumny interesanta. – Obecny tu, Hrabia Stu Dwóch Planet, był pewny pozytywnego sfinalizowania transakcji.
- Stu dziewięciu – powiedział Sonnet ku zaskoczeniu Hrabiego – Czyż to się stale nie zmienia? – Wymusił kontakt wzrokowy. Próbował zawrzeć jak najwięcej dumy w swoich słowach. – Nawet wczoraj mógł pan zyskać bądź… - umyślnie przeciągnął pauzę – utracić jedno z ciał. – Zdobył się na promienisty uśmiech, niczym kot z Cheshire. – Mam na myśli ciała niebieskie, gwoli wyjaśnienia – Wstał, odwrócił się na pięcie i dbając o zachowanie fasonu skierował ku drzwiom. Dwa metry dzielącej go od nich odległości, jawiło się niczym rok świetlny. Przypomniała mu się pijana kobieta z wczorajszego wieczoru. Teraz rozumiał, jak to jest, walczyć o godność, by ciało zachowało pion, gdy te, najchętniej odmówiłoby jakiejkolwiek współpracy.
- Tak – odpowiedział nagle Hrabia do chwytającego za klamkę biznesmena. – To się często zmienia.
Sonnet szybko opuścił biuro.
Wyszedł na jasny, przepastny, pełny biznesmenów korytarz i opadł na jedną z ławek. Krew buzowała mu w uszach, oddech darł się. Zapadał się w sobie, karlał, oczekując implozji. Jego umysł krzyczał. Miał ochotę wstać i potrząsać ludźmi. Uważajcie na tego małego skurwiela! Okradnie was, jak okradł mnie! Nikt nie zwracał na niego uwagi. Garnitury i garsonki mijały go obojętnie, zajęte własnymi problemami. A on nie widział ich wyraźnie. Byli dla niego niczym duchy, efemeryczne postacie umykające jego stępionej uwadze.
Sonnet próbował uspokoić mętlik w głowie. Co to, kurwa, było?, zastanowił się, przypominając sobie słowa Hrabiego. „To się często zmienia”? Przypadek? Spisek? Może, zwyczajna, często powtarzana fraza Hrabiego, z której wczoraj zakpiła Hrabina. Nie wiedział. Nie chciał wiedzieć. Chciał… wiedzieć…
Spojrzał na zegarek, ale nie po to, żeby odczytać z niego godzinę, lecz żeby się uspokoić. Potrzebował do tego sekundnika. Chwile zajęło, nim cienka wskazówka zwarła się w jego oczach w pojedynczy kształt. Wbrew sobie wciągnął powietrze i przez pięć sekund je wypuszczał. Oddech drżał i świszczał. Sonnet walczył o posłuszeństwo własnego ciała. Udało się. Dalej, pięć sekund wciągał powietrze, pięć wypuszczał. I jeszcze raz. I jeszcze. Po minucie jego mózg zaczął się uspokajać, wzrok odzyskiwać ostrość. Umysł, jak samoistny mechanizm zaczął wstępnie kombinować, jak wybrnąć z tej paskudnej sytuacji. Wybrnąć? Przecież klamka zapadła, młotek stuknął, gilotyna opadła, a śmieszna suma już była na jego koncie. Czy aby na pewno? Takie były słowa grubego księgowego. Hrabia ich nie potwierdził. Tylko się naigrywał. Wieczny gówniarz. Sonnet wyciągnął z kieszeni małego data pada i odblokował go. Okazało się, że Hrabia, a raczej jego księgowy, nie kłamał. Miał pieniądze na paliwo, które go zabierze z powrotem do domu. Wróci na Aldebarana, do rodzinnego Urz w hańbie, z niewielkim kieszonkowym, które litościwie otrzymał na drogę. Towary praktycznie oddał za darmo. Pokręcił głową, zrezygnowany. Starczy je tylko rozładować.
Jak spojrzy matce w oczy?
Chyba, że nie spojrzy, bo nie rozładuje towarów. No bo, zaraz, wciąż je miał za zamkniętymi grodziami statku, a statek wciąż był na orbicie okołoziemskiej.
I co z tego? On był na Ziemi, a towar w kosmosie. Cokolwiek by planował, nie uda się. Nie w pojedynkę. Co on sobie wyobrażał? Nie był jakimś rebeliantem. Nie był piratem. Nie był złodziejem. Czas wzruszyć ramionami, spuścić głowę i z poczuciem wyrządzonej niesprawiedliwości wrócić pod skrzydła wyrozumiałej rodzicielki.
I wtedy, na końcu szerokiego korytarza, zobaczył Hrabinę.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
