Smugi - Agnieszka Janiszewska - ebook
NOWOŚĆ

Smugi ebook

Janiszewska Agnieszka

0,0

34 osoby interesują się tą książką

Opis

Niektóre historie zostawiają ślady, jakich nie potrafi zatrzeć nawet czas

Druga połowa lat pięćdziesiątych XX wieku. Po dwudziestu latach emigracji doktor Andrzej Bogucki wraca do Polski. Na ten krok decyduje się dopiero po październikowej odwilży, gdy w kraju dobiega końca okres stalinowsko-bierutowskiego terroru.

Po przyjeździe do Warszawy podejmuje pracę w szpitalu i spotyka Olgę – dawną znajomą. Ich relacja szybko przeradza się w coś więcej. Wkrótce się pobierają, a na świat przychodzi ich córka, Iga. Wszystko wskazuje na to, że Andrzej wreszcie odnalazł upragnioną równowagę.

Jednak przeszłość nie ma zamiaru odejść w zapomnienie.

Po latach Iga, doktorantka Instytutu Historii Uniwersytetu Warszawskiego, wyjeżdża na stypendium do Leuven. Tam poznaje swoją kuzynkę – córkę przyrodniego brata Andrzeja, z którym ten przed laty zerwał wszelkie kontakty.

To spotkanie uruchamia lawinę pytań. Iga stopniowo zaczyna odkrywać historię, o której w jej domu nigdy się nie mówiło. W ten sposób dociera do dramatu sprzed lat, jaki na zawsze odmienił losy całej rodziny…

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 568

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Rozdział 1

Gdy usły­sza­ła swo­je imię, po­trze­bo­wa­ła do­brych kil­ku­na­stu se­kund, by do­tar­ło do niej, że to na­praw­dę jego głos. I ko­lej­nych kil­ku, by od­wró­ci­ła gło­wę i spoj­rza­ła w kie­run­ku bra­my. Tam wła­śnie stał; sła­be świa­tło ulicz­nej la­tar­ni pa­da­ło wprost na nie­go. Uchy­lił ka­pe­lu­sza i uśmiech­nął się nie­znacz­nie – za­rów­no ten uśmiech, jak i gest roz­po­zna­ła­by za­wsze i wszę­dzie – po czym zro­bił dwa kro­ki w jej kie­run­ku.

– Dzień do­bry – usły­sza­ła.

Mia­ła wra­że­nie, że sło­wa od­bi­ły się echem od ścian i bru­ku po­nu­re­go po­dwó­rza. I może wła­śnie to echo, mrok i po­nu­re oto­cze­nie spra­wi­ły, że w pierw­szej chwi­li go­to­wa była uznać, że do­zna­ła ja­kiejś ilu­zji. Po­dob­nej do snu, jed­ne­go z tych, ja­kie cza­sem ją jesz­cze na­wie­dza­ły, choć już dużo rza­dziej niż kil­ka­na­ście lat temu.

A może zo­ba­czy­ła… zja­wę? Nie­gdyś śmia­ła­by się z ta­kich przy­pusz­czeń, ale od daw­na tego nie ro­bi­ła. Ostat­nie dwa­dzie­ścia lat spra­wi­ło, że i pod tym wzglę­dem się zmie­ni­ła. Cały świat się prze­cież zmie­nił. To, co kie­dyś uwa­ża­ła za rzecz nie do po­my­śle­nia, za buj­dy, za kom­plet­ne bzdu­ry – te­raz już się ta­kim nie wy­da­wa­ło. Zdą­ży­ła się prze­ko­nać, a przy­naj­mniej zro­zu­mieć, że wszyst­ko jest moż­li­we.

– An­drzej… – Tyle zdą­ży­ła wy­szep­tać, za­nim głos od­mó­wił po­słu­szeń­stwa. Po­ru­szy­ła usta­mi, ale w gar­dle czu­ła tyl­ko nie­zno­śny ucisk.

On cze­kał bez sło­wa, nie zro­bił ko­lej­ne­go kro­ku. Ale też nie za­stygł, nie znie­ru­cho­miał. Przy­szło jej do gło­wy, że może chciał, by otrzą­snę­ła się z za­sko­cze­nia. Za­raz od­su­nę­ła tę myśl jako zu­peł­nie nie­do­rzecz­ną. Może po pro­stu jest zmę­czo­ny – uzna­ła. Tak jak ona, a nie­wy­klu­czo­ne, że na­wet bar­dziej. W każ­dym ra­zie spra­wiał ta­kie wra­że­nie.

– Wró­ci­łeś? – spy­ta­ła z nie­do­wie­rza­niem, mimo wszyst­ko wciąż jesz­cze nie­pew­na, czy to, co wi­dzi i sły­szy, nie jest tyl­ko wy­two­rem jej wy­obraź­ni. Snem, z któ­re­go za­raz się obu­dzi.

– Na to wy­cho­dzi.

– Na sta­łe? – Z tru­dem wy­do­by­wa­ła sło­wa z za­ci­śnię­tej krta­ni.

– Tak.

– Od jak daw­na je­steś w kra­ju?

– Od kil­ku mie­się­cy. – Po­now­nie się uśmiech­nął. – Co za przy­pa­dek. Aku­rat wy­cho­dzi­łem z Ka­me­ral­nej, pa­trzę i kogo wi­dzę? Ola Ja­nic­ka we wła­snej oso­bie. W pierw­szej chwi­li nie wie­rzy­łem wła­snym oczom.

– Miesz­kam tu­taj. – Wska­za­ła na ka­mie­ni­cę, gdy jako tako się uspo­ko­iła. – Wła­śnie wra­cam z pra­cy…

Gdy­bym przy­szła tu parę mi­nut póź­niej albo on dłu­żej zo­stał w Ka­me­ral­nej, zno­wu by­śmy się roz­mi­nę­li – po­my­śla­ła na­gle i to spo­strze­że­nie spra­wi­ło, że za­drża­ła. I jak tu nie wie­rzyć w zrzą­dze­nie losu, w cuda, w prze­zna­cze­nie! Jed­no­cze­śnie po­czu­ła, że się ru­mie­ni, i za­ci­snę­ła pal­ce na to­reb­ce. Na li­tość bo­ską, po­win­na nad sobą pa­no­wać. Nie była już pod­lot­kiem. Lata pierw­szej mło­do­ści mia­ła daw­no za sobą. Nie po­win­na też so­bie Bóg wie cze­go wy­obra­żać. To, co ona go­to­wa była uznać za cud, on praw­do­po­dob­nie od­bie­rał zu­peł­nie ina­czej. A na­wet na pew­no od­bie­rał zu­peł­nie ina­czej. Nie wol­no jej za­po­mi­nać, że prze­cież ni­g­dy nie był nią ja­koś szcze­gól­nie za­in­te­re­so­wa­ny. Wpraw­dzie wró­cił po la­tach do kra­ju, lecz… co z tego? Był tu, jak sam wy­znał, od mie­się­cy i przez ten czas wca­le jej nie szu­kał. Naj­pew­niej w ogó­le o niej na­wet nie po­my­ślał. Gdy­by więc wy­szedł z Ka­me­ral­nej kil­ka mi­nut póź­niej albo ona prze­cho­dzi­ła­by tędy wcze­śniej, po pro­stu by się mi­nę­li… i nic by się nie sta­ło. W grun­cie rze­czy za­wsze się prze­cież mi­ja­li. Nic nie mo­gła po­ra­dzić na to, że nie po­tra­fi­ła i nie chcia­ła tak chłod­no kal­ku­lo­wać. Na pew­no nie w tym mo­men­cie, gdy zo­ba­czy­ła go po bli­sko dwu­dzie­stu la­tach.

– Jak mnie roz­po­zna­łeś? – Coś chwy­ci­ło ją za gar­dło. Łzy. Jesz­cze tego bra­ko­wa­ło. – Prze­cież mi­nę­ło tyle cza­su…

– Wca­le się nie zmie­ni­łaś. – Przy­glą­dał jej się życz­li­wie, a na­wet z za­in­te­re­so­wa­niem, co spra­wi­ło, że i ona wresz­cie dała radę od­wza­jem­nić jego uśmiech. Choć jesz­cze bar­dzo nie­śmia­ło i nie­pew­nie.

– Kłam­ca… – Mia­ła na­dzie­ję, że za­brzmia­ło to żar­to­bli­wie. Tyle że ni­g­dy nie po­tra­fi­ła żar­to­wać i tak jak za­wsze wy­pa­dło to sztucz­nie.

– Z nas dwoj­ga tyl­ko ja się ze­sta­rza­łem – stwier­dził, ale ta­kim to­nem, jak­by nie mia­ło to dla nie­go zna­cze­nia.

W pierw­szej chwi­li chcia­ła za­prze­czyć, lecz uzna­ła, że co­kol­wiek by te­raz po­wie­dzia­ła, za­brzmia­ło­by in­fan­tyl­nie. Poza tym… w głę­bi du­cha mu­sia­ła przy­znać, że cho­ciaż roz­po­zna­ła go bez tru­du, to wi­dać po nim było upływ cza­su. Choć aku­rat w jego przy­pad­ku upływ ten oka­zał się jak naj­bar­dziej ła­ska­wy. Uro­cze­go, peł­ne­go ży­cia, ki­pią­ce­go ener­gią chło­pa­ka, ja­kim był kie­dyś, za­stą­pił te­raz doj­rza­ły, przy­stoj­ny męż­czy­zna, bar­dzo wy­wa­żo­ny w ge­stach i sło­wach. Do tego, jak już za­uwa­ży­ła wcze­śniej, naj­wy­raź­niej znu­żo­ny. I chy­ba też… tro­chę smut­ny. Na­wet wię­cej niż tro­chę. Do­pie­ro gdy bli­żej mu się przyj­rza­ła, spo­strze­gła, że jego uśmiech by­naj­mniej nie się­gał oczu. A może to prze­jaw me­lan­cho­lii? Wzru­sze­nia? Od ich ostat­nie­go spo­tka­nia mi­nę­ło dwa­dzie­ścia lat. Dwa­dzie­ścia lat na­zna­czo­nych gro­zą, cier­pie­niem, trud­ny­mi do­świad­cze­nia­mi. Ta­ki­mi, któ­re na wszyst­kich zo­sta­wi­ły ja­kieś śla­dy.

– Co u cie­bie sły­chać, Olga? Jak so­bie ra­dzisz? Uło­ży­łaś so­bie ja­koś ży­cie?

Te py­ta­nia na­tych­miast spro­wa­dzi­ły ją na zie­mię, w pew­nym sen­sie otrzeź­wi­ły. Fakt, że An­drzej naj­wy­raź­niej ucie­szył się z ich nie­spo­dzie­wa­ne­go spo­tka­nia, nie ozna­czał, że zmie­nił swój sto­su­nek do niej. Po raz ko­lej­ny upo­mnia­ła sie­bie samą, że nie po­win­na wpa­dać w eu­fo­rię ani snuć ja­kichś ro­man­tycz­nych mrzo­nek. Ani tym bar­dziej wma­wiać so­bie nie wia­do­mo cze­go. Nie mia­ła już kil­ku­na­stu lat, jak wte­dy, w prze­szło­ści. Pod żad­nym po­zo­rem nie wol­no jej o tym za­po­mi­nać, bo w prze­ciw­nym ra­zie zro­bi z sie­bie jesz­cze więk­szą idiot­kę niż przed laty.

– Nie na­rze­kam, ja­koś so­bie ra­dzę – od­par­ła wy­mi­ja­ją­co. Zer­k­nę­ła przez ra­mię na okna ka­mie­ni­cy. Na pierw­szy rzut oka ni­ko­go w nich nie do­strze­gła, ale to mo­gło być myl­ne wra­że­nie. – Przy­kro mi, ale mu­szę już iść. Spie­szę się, mam dziś jesz­cze spo­ro do zro­bie­nia.

Le­d­wo to po­wie­dzia­ła, a już po­ża­ło­wa­ła. Bo po pierw­sze, czy nie za­brzmia­ło zbyt chłod­no, a przez to tro­chę nie­przy­jem­nie? A po dru­gie, mi­ja­ła się z praw­dą. Ni­g­dzie się nie spie­szy­ła, cze­ka­ło ją dłu­gie, pu­ste po­po­łu­dnie i taki sam dłu­gi, pu­sty wie­czór.

– Oczy­wi­ście. Nie chcę za­bie­rać ci wię­cej cza­su. Bądź zdro­wa. – Ski­nął gło­wą. Ni­kły uśmiech na jego twa­rzy zgasł, jak za zdmuch­nię­ciem świe­cy, przez co znu­że­nie i smu­tek jesz­cze bar­dziej rzu­ca­ły się w oczy. Za­ło­żył ka­pe­lusz i po­wo­li od­wró­cił się w kie­run­ku bra­my.

Pa­trzy­ła, jak od­cho­dził, i wie­dzia­ła, że tym ra­zem już nie­odwo­ła­nie. Wię­cej z pew­no­ścią tu nie przyj­dzie. I nie bę­dzie jej ni­g­dzie in­dziej szu­kał.

I do­brze – po­my­śla­ła. Po­win­na być twar­da. Dum­na. Kon­se­kwent­na.

Tyle że duma, a tym bar­dziej kon­se­kwen­cja, to ra­czej gorz­kie to­wa­rzysz­ki ży­cia. Nie da­wa­ły po­cie­sze­nia, ska­zy­wa­ły na sa­mot­ność. W każ­dym ra­zie w jej przy­pad­ku tak było. Czy na­praw­dę tego wła­śnie chcia­ła? A je­śli to dzi­siej­sze nie­spo­dzie­wa­ne spo­tka­nie nie było przy­pad­kiem, lecz cu­dow­nym zrzą­dze­niem losu? Da­rem, ostat­nią szan­są? Szan­są, od któ­rej się wła­śnie od­wró­ci­ła i któ­ra już się nie po­wtó­rzy?

– Za­cze­kaj – prze­mó­wi­ła na tyle gło­śno, by ją usły­szał, a za­ra­zem na tyle spo­koj­nie, by jej głos nie zwa­bił są­sia­dów do okien. A kie­dy się za­trzy­mał, po krót­kiej chwi­li wa­ha­nia po­de­szła do nie­go. – Na­praw­dę cie­szę się, że cię wi­dzę. Nie spo­dzie­wa­łam się, ale… – Szu­ka­ła ko­lej­nych słów, lecz żad­ne nie przy­cho­dzi­ły jej do gło­wy.

– Może spo­tka­my się i po­roz­ma­wia­my? – za­pro­po­no­wał ła­god­nie. – Tak, wiem, mó­wi­łaś, że je­steś dziś za­ję­ta. Ale może in­ne­go dnia?

– Bar­dzo chęt­nie.

Uspo­kój się, nie daj po so­bie po­znać, że tak ci za­le­ży – upo­mi­na­ła samą sie­bie, ale nada­rem­nie.

– Kie­dy mógł­bym przyjść?

To py­ta­nie ją otrzeź­wi­ło, do­kład­nie tak, jak tam­to kil­ka mi­nut wcze­śniej.

– Nie miesz­kam te­raz sama – rze­kła ci­cho. Prze­kor­nie nie do­da­ła nic wię­cej, cie­ka­wa była, jak An­drzej za­re­agu­je na te sło­wa. Nie dał ni­cze­go po so­bie po­znać.

A cze­go się spo­dzie­wa­łaś? – za­kpi­ła sama z sie­bie w du­chu.

On ski­nął za to gło­wą i uśmiech­nął się.

– A za­tem gdzieś się przej­dzie­my. Po­wiedz tyl­ko, gdzie i kie­dy mo­gli­by­śmy się spo­tkać.

Choć­by i za­raz – chcia­ła od razu od­po­wie­dzieć. Opa­mię­ta­ła się do­słow­nie w ostat­niej se­kun­dzie. Fak­tycz­nie, do­pie­ro co na­po­mknę­ła mu, w do­dat­ku ra­czej nie­przy­ja­znym to­nem, że spie­szy się i jest bar­dzo za­ję­ta. Wo­bec tego nie mo­gła ro­bić z sie­bie idiot­ki i zmie­niać zda­nia. Po­win­na być kon­se­kwent­na, przy­naj­mniej do pew­ne­go stop­nia. Ina­czej An­drzej po­my­śli, że tak jak w prze­szło­ści, tak i te­raz jest go­to­wa na każ­de jego ski­nie­nie, że przy­sta­nie na każ­dy z jego wa­run­ków, ze swo­jej stro­ny nie sta­wia­jąc ani jed­ne­go. Na to nie mo­gła po­zwo­lić, w prze­ciw­nym ra­zie, tak jak kie­dyś, nie bę­dzie się z nią li­czył. Nie bę­dzie jej sza­no­wał.

Duma, sza­cu­nek, fun­ta kła­ków to war­te – zży­ma­ła się w du­chu. Mimo to wzię­ła się w garść i ma­jąc na­dzie­ję, że ma­ska na­da­ją­ca twa­rzy wy­raz spo­ko­ju i ra­czej chłod­nej, zdy­stan­so­wa­nej życz­li­wo­ści do­brze na niej leży, za­pro­po­no­wa­ła spo­tka­nie w czwar­tek, po­ju­trze, o sie­dem­na­stej.

– A za­tem do czwart­ku. – Ski­nął przy­jaź­nie gło­wą. A po­tem, ni z tego, ni z owe­go, na od­chod­nym do­rzu­cił: – Do zo­ba­cze­nia.

– Do zo­ba­cze­nia – od­par­ła i od­pro­wa­dzi­ła go wzro­kiem, aż znik­nął za bra­mą.

W oknach miesz­ka­nia, któ­re dzie­li­ła z ku­zyn­ką, pa­li­ło się świa­tło – znak, że była w domu. Dziś pra­co­wa­ła na noc­ną zmia­nę, prze­waż­nie ich dy­żu­ry nie po­kry­wa­ły się ze sobą, co od­po­wia­da­ło tak jed­nej, jak i dru­giej. Olga co naj­wy­żej ża­ło­wa­ła, że współ­lo­ka­tor­ka wyj­dzie z domu do­pie­ro za dwie go­dzi­ny, jej dy­żur za­czy­nał się o dzie­wią­tej wie­czo­rem. A tak ma­rzy­ła, by po­sie­dzieć te­raz tro­chę sa­mej, upo­rząd­ko­wać my­śli. Uspo­ko­ić emo­cje. Za­sta­no­wić się, co da­lej. W obec­no­ści Bar­ba­ry było to bar­dzo utrud­nio­ne. A może dziś ku­zyn­ka da jej spo­kój, nie bę­dzie stać jej nad gło­wą, za­da­wać py­tań lub dla od­mia­ny – pra­wić swo­ich zwy­kłych far­ma­zo­nów?

Za­le­d­wie we­szła do kuch­ni i włą­czy­ła gaz pod czaj­ni­kiem, Baś­ka nie­mal na­tych­miast po­ja­wi­ła się w pro­gu, jak­by wy­ro­sła spod pod­ło­gi. Mia­ła na so­bie nie­co już zno­szo­ną po­dom­kę i wał­ki na wło­sach, w dło­ni zaś nie­od­łącz­ne­go pa­pie­ro­sa. Po jej twa­rzy błą­kał się iry­tu­ją­cy uśmie­szek.

– Kto to był? Z kim roz­ma­wia­łaś na po­dwó­rzu? – spy­ta­ła.

– Skąd wiesz, że z kimś roz­ma­wia­łam? – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Och, daj spo­kój. Aku­rat wy­glą­da­łam przez okno i was zo­ba­czy­łam.

Oczy­wi­ście. Jak­że­by ina­czej! – Olga prze­wró­ci­ła ocza­mi. Roz­ma­wia­jąc z An­drze­jem, nie za­uwa­ży­ła wpraw­dzie ni­ko­go ani w żad­nym oknie, ani na po­dwó­rzu, ale to nie mu­sia­ło jesz­cze ozna­czać, że nikt ich nie ob­ser­wo­wał. Przez chwi­lę za­sta­na­wia­ła się, czy po pro­stu nie zi­gno­ro­wać py­ta­nia ku­zyn­ki. Albo od­po­wie­dzieć coś nie­zo­bo­wią­zu­ją­ce­go, na przy­kład, że to ja­kiś nie­zna­jo­my py­tał o dro­gę. Tak by­ło­by naj­pro­ściej, za­miast tego zu­peł­nie spon­ta­nicz­nie zde­cy­do­wa­ła się po­wie­dzieć praw­dę. Choć na ra­zie bez wcho­dze­nia w szcze­gó­ły.

– To sta­ry zna­jo­my.

– Sta­ry zna­jo­my? – pod­chwy­ci­ła. Bez wąt­pie­nia była za­in­try­go­wa­na. Za­cią­gnę­ła się pa­pie­ro­sem. – Jak sta­ry?

– Sprzed woj­ny.

– No co ty… I tak krót­ko z nim ga­da­łaś? Nie za­pro­si­łaś go do domu? Gdzie two­je ma­nie­ry? Co by na to po­wie­dzia­ła bab­ka Hor­ten­sja? – za­drwi­ła ku­zyn­ka.

– Bab­ka z pew­no­ścią by mi zmy­ła gło­wę. – Uśmiech­nę­ła się pod no­sem. Za­wsze była ulu­bie­ni­cą bab­ki; Bar­ba­ra na pew­no o tym pa­mię­ta­ła.

– Nie po­wiesz mi, kto to był? Chy­ba ni­g­dy wcze­śniej go nie wi­dzia­łam.

Wła­ści­wie, cze­mu jej nie po­wie­dzieć? Czy to ma jesz­cze ja­kieś zna­cze­nie? – za­sta­na­wia­ła się Ja­nic­ka.

– Chy­ba nie. Nie­wy­klu­czo­ne, że na­wet o nim nie sły­sza­łaś.

Woda się za­go­to­wa­ła, Olga uję­ła czaj­nik i za­la­ła wrząt­kiem esen­cję.

– Da­jesz mi do zro­zu­mie­nia, że mia­łaś przed woj­ną ta­jem­ni­cze­go ad­o­ra­to­ra? – Bar­ba­ra mru­gnę­ła do niej. – A to coś rze­czy­wi­ście nie­by­wa­łe­go. – Za­śmia­ła się. – Wy­bacz, ale… by­łaś taką ci­chą mysz­ką. Taką grzecz­ną dziew­czyn­ką; mat­ka wciąż da­wa­ła mi cie­bie za przy­kład. Ktoś w ogó­le wie­dział o jego ist­nie­niu? Za­kła­dam, że nie, bo w prze­ciw­nym ra­zie, zna­jąc na­szą ro­dzi­nę i zna­jo­mych, wie­ści szyb­ko by się roz­nio­sły… – urwa­ła na­gle i uważ­niej przyj­rza­ła się ku­zyn­ce. – Ze­rwa­li­ście ze sobą i od­na­lazł cię po la­tach? Nie po­dej­rze­wa­łam cię o ta­kie ro­man­tycz­ne przy­go­dy.

Olga za­mie­sza­ła her­ba­tę, upi­ła i skrzy­wi­ła się od wrząt­ku.

– Nic z tych rze­czy – od­par­ła su­cho. – To tyl­ko zna­jo­my, więc nie wy­obra­żaj so­bie Bóg wie cze­go. Cza­sem za­mie­ni­li­śmy parę słów. To wszyst­ko. – Zda­wa­ła so­bie spra­wę, jak mało wia­ry­god­nie, może na­wet ab­sur­dal­nie za­brzmia­ły te sło­wa, ale to je­dy­ne wy­ja­śnie­nie, na ja­kie mia­ła ocho­tę się te­raz zdo­być.

Bar­ba­ra nie spusz­cza­ła z niej wzro­ku. Za­wsze taka była, jak już się upar­ła, to nie od­pusz­cza­ła. I lu­bi­ła dużo wie­dzieć o każ­dym, kogo zna­ła. Roz­gnió­tł­szy nie­do­pa­łek w po­piel­nicz­ce, wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. War­gi jej lek­ko za­drga­ły od naj­wy­raź­niej stłu­mio­ne­go śmie­chu.

– Oczy­wi­ście. To na­wet zro­zu­mia­łe, że daw­ny, zwy­kły zna­jo­my po­sta­no­wił od­wie­dzić cię po mniej wię­cej dwu­dzie­stu la­tach – za­kpi­ła. – Jak on w ogó­le tra­fił na twój ślad? A może na­pi­sa­łaś do nie­go?

– Nie – od­par­ła zim­no Olga.

– A za­tem mu­siał za­dać so­bie spo­ro tru­du… ten twój zna­jo­my, z któ­rym daw­no temu je­dy­nie od cza­su do cza­su za­mie­ni­łaś parę słów.

– Nie nudź. Je­stem zmę­czo­na.

– I roz­ko­ja­rzo­na. Ro­zu­miem, już mnie tu nie ma. Zo­sta­wiam cię samą z two­imi ma­rze­nia­mi, przy­da­dzą się po go­dzi­nach uże­ra­nia się z dok­to­rem Rost­kow­skim i sio­strą od­dzia­ło­wą.

Nie uwie­rzy­ła mi – skrzy­wi­ła się w du­chu Olga. Pa­trząc na bez­list­ne jesz­cze drze­wo za oknem, mi­mo­wol­nie wes­tchnę­ła. Na miej­scu ku­zyn­ki też by nie uwie­rzy­ła po­dob­nym wy­ja­śnie­niom. Nie­mniej… za­sad­ni­czo nie mi­ja­ła się z praw­dą, co naj­wy­żej nie­co ją upro­ści­ła.

An­drzej Bo­guc­ki fak­tycz­nie jej nie ad­o­ro­wał, ni­g­dy nie za­bie­gał o jej wzglę­dy. Za­ra­zem ich zna­jo­mość nie była tak po­wierz­chow­na, jak to przed­sta­wi­ła ku­zyn­ce. Za­mie­ni­li ze sobą znacz­nie wię­cej niż tyl­ko kil­ka nie­wie­le zna­czą­cych słów.

Rozdział 2

Moi ro­dzi­ce po­bra­li się w ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym dzie­wią­tym roku, nie­ca­ły rok po po­wro­cie ojca do kra­ju. Nie byli już wów­czas pierw­szej mło­do­ści. Mat­ka mia­ła trzy­dzie­ści sie­dem lat, oj­ciec – trzy lata wię­cej. Zna­li się jesz­cze przed woj­ną, lecz la­tem trzy­dzie­ste­go dzie­wią­te­go roku prak­tycz­nie stra­ci­li ze sobą kon­takt. Fakt, że bez mała dwa­dzie­ścia lat póź­niej po­now­nie się na sie­bie na­tknę­li, za­kra­wał nie­mal na cud, w każ­dym ra­zie tak to za­wsze przed­sta­wia­ła mat­ka. Jako dziec­ko, a na­wet pod­ra­sta­ją­ca dziew­czy­na, lu­bi­łam słu­chać tej hi­sto­rii; nie raz za­mę­cza­łam mamę, by mi ją po raz ko­lej­ny opo­wie­dzia­ła, a po­nie­waż na­uczy­łam się jej na pa­mięć, by­łam wy­czu­lo­na na naj­mniej­sze na­wet nie­ści­sło­ści. Spra­wia­ło mi to nie lada fraj­dę i w znacz­nej mie­rze re­kom­pen­so­wa­ło pe­wien dys­kom­fort, jaki od­czu­wa­łam, gdy po­rów­ny­wa­łam ro­dzi­ców z ro­dzi­ca­mi ko­le­ża­nek z kla­sy lub ró­wie­śni­ków z po­dwór­ka.

Zdo­by­li co praw­da wyż­sze wy­kształ­ce­nie, a ich spo­sób by­cia, wie­dza, oczy­ta­nie, ma­nie­ry i kul­tu­ra oso­bi­sta wy­róż­nia­ły ich z gro­na na­szych są­sia­dów, lu­dzi ra­czej pro­stych i o nie­wy­szu­ka­nym gu­ście, lecz nie zmie­nia­ło to fak­tu, któ­ry miał dla mnie pierw­szo­rzęd­ne zna­cze­nie – obo­je byli star­si od więk­szo­ści ma­tek i oj­ców mo­ich ko­le­ża­nek i nie po­dej­mo­wa­li żad­nych sta­rań, by choć­by spra­wiać wra­że­nie młod­szych, wręcz prze­ciw­nie. Wy­glą­da­li na­wet znacz­niej po­waż­niej niż więk­szość ich ró­wie­śni­ków, co w du­żej mie­rze było spo­wo­do­wa­ne ich spo­so­bem by­cia, ich za­cho­wa­niem, w opi­nii mo­ich ko­le­ża­nek i ich ma­tek – zde­cy­do­wa­nie zbyt sta­ro­świec­kim. Jak­by obo­je za­trzy­ma­li się w in­nej epo­ce. Tej epo­ce, któ­rą uni­ce­stwi­ła woj­na, tak jak uni­ce­stwi­ła ona wie­lu po­dob­nych do nich lu­dzi. Mu­sia­łam do­ro­snąć, by uznać to za za­le­tę i być z nich dum­na; jed­nak jako dziec­ko i na­sto­lat­ka nie raz czu­łam się za­że­no­wa­na z po­wo­du owej po­wa­gi i „sta­ro­świec­czy­zny” naj­bliż­szych mi prze­cież lu­dzi.

Wte­dy przede wszyst­kim ma­rzy­łam, aby moja mat­ka wy­glą­da­ła i za­cho­wy­wa­ła się tak, jak mat­ki mo­ich ko­le­ża­nek. Aby przy­naj­mniej od cza­su do cza­su za­kła­da­ła ko­lo­ro­we su­kien­ki, choć­by i pstro­ka­te spód­ni­ce i bluz­ki. Aby ro­bi­ła trwa­łą on­du­la­cję, ta­pi­ro­wa­ła wło­sy, tu­szo­wa­ła rzę­sy i ma­lo­wa­ła pa­znok­cie na czer­wo­no. Czy­li tak jak ro­bi­ły mat­ki mo­ich ko­le­ża­nek, za­rów­no te młod­sze, jak i nie­co star­sze – oczy­wi­ście wte­dy, gdy upo­raw­szy się z do­mo­wą ro­bo­tą, wy­cho­dzi­ły do mia­sta, od­pro­wa­dza­ły dzie­ci do szko­ły lub przy­cho­dzi­ły na wy­wia­dów­ki. W po­rów­na­niu z nimi moja mat­ka spra­wia­ła wra­że­nie sza­rej i bez­barw­nej. Czu­łam się z tym nie­kom­for­to­wo, lecz gdy kie­dyś pró­bo­wa­łam na­mó­wić ją na bar­dziej wy­ra­zi­sty ma­ki­jaż i ko­lo­ro­we stro­je, uśmiech­nę­ła się lek­ko i po­pa­trzy­ła na mnie z po­li­to­wa­niem.

– Mam na­dzie­ję, że gdy przy­bę­dzie ci lat, gust ci się po­pra­wi – od­par­ła. I da­lej za­kła­da­ła pro­sto skro­jo­ne, kla­sycz­ne spód­ni­ce i ża­kie­ty, su­kien­ki w pa­ste­lo­wych, nie­rzu­ca­ją­cych się w oczy ko­lo­rach, wło­sy za­cze­sy­wa­ła gład­ko z czo­ła, a zło­ty łań­cu­szek, kol­czy­ki i ze­ga­rek były je­dy­ny­mi ele­men­ta­mi bi­żu­te­rii, na ja­kie so­bie na co dzień po­zwa­la­ła.

Do­pro­wa­dza­ło mnie to do bia­łej go­rącz­ki, ale by­łam bez­rad­na; w tej aku­rat spra­wie nic nie mo­głam zro­bić.

– Je­stem le­ka­rzem, nie mo­del­ką – od­po­wia­da­ła cier­pli­wie. Nie pod­no­si­ła gło­su, nie stro­fo­wa­ła mnie i dla­te­go cza­sem de­cy­do­wa­łam się na ri­po­stę.

– Ale nie je­steś jesz­cze sta­ra – za­pro­te­sto­wa­łam kie­dyś. Pa­mię­tam, że mia­łam wów­czas dwa­na­ście czy może trzy­na­ście lat. – Czy tyl­ko mo­del­ki i ak­tor­ki mogą się stro­ić i po­do­bać in­nym lu­dziom?

W od­po­wie­dzi ro­ze­śmia­ła się.

– Niby komu mia­ła­bym się po­do­bać? Wy­star­czy mi, że po­do­bam się two­je­mu ojcu – od­po­wie­dzia­ła. – A moi pa­cjen­ci nie po­trze­bu­ją, bym po­brzę­ki­wa­ła nad nimi dłu­gi­mi kol­czy­ka­mi i stra­szy­ła wy­ta­pe­to­wa­ną twa­rzą – to oznaj­mia­jąc, dała mi do zro­zu­mie­nia, bym prze­sta­ła jej za­wra­cać gło­wę ma­ru­dze­niem i za­miast tra­cić czas na głu­po­ty, za­ję­ła się na­uką.

– Męż­czyź­ni tak na­praw­dę wca­le nie szu­ka­ją dla sie­bie pu­sto­gło­wych ślicz­no­tek. Uwa­ża­ją je za idiot­ki – stwier­dzi­ła z ko­lei, gdy mia­łam już pięt­na­ście lat.

Nie po­wie­dzia­ła tego do mnie – nie pro­wa­dzi­ły­śmy jesz­cze wte­dy „ta­kich roz­mów” – lecz do swo­jej bra­to­wej. A po­nie­waż nie sły­sza­łam jej wcze­śniej­szych słów, nie mia­łam po­ję­cia i do dziś nie wiem, w ja­kim kon­tek­ście to mó­wi­ła. W każdym ra­zie ciot­ka Ewa od­nio­sła się scep­tycz­nie do tej opi­nii.

– No, nie by­ła­bym tego taka pew­na – mruk­nę­ła. – Bo z mo­ich ob­ser­wa­cji wy­ni­ka co in­ne­go. To zna­czy ow­szem, uwa­ża­ją je za idiot­ki. Ale i tak wolą pu­sto­gło­wą ślicz­not­kę z dłu­gi­mi no­ga­mi, któ­ra ma czym od­dy­chać i na czym usiąść, niż mą­drą sowę, z któ­rą nie bar­dzo wie­dzą, jak po­stę­po­wać. I w re­zul­ta­cie nu­dzą się przy niej jak mop­sy.

– Za­le­ży jacy męż­czyź­ni – od­par­ła mat­ka. – Na nie­któ­rych w ogó­le nie war­to zwra­cać uwa­gi. A już z pew­no­ścią żad­ne­mu za­nad­to nie oka­zy­wać, że nam na nim za­le­ży – rze­kła to­nem uci­na­ją­cym dal­szą dys­ku­sję.

– Mo­żesz mi wie­rzyć albo nie, ale ona na­praw­dę tak po­stę­po­wa­ła – oznaj­mi­ła mi po kil­ku la­tach inna z mo­ich cio­tek, Bar­ba­ra, z któ­rą mat­ka w prze­szło­ści przez pe­wien czas miesz­ka­ła. – Od­kąd pa­mię­tam, mia­ła ta­kie że­la­zne za­sa­dy, choć oczy­wi­ście to i owo mo­gło mi umknąć, bo po­zna­łam ją bli­żej do­pie­ro kil­ka lat po woj­nie, gdy obie lata pierw­szej mło­do­ści mia­ły­śmy już za sobą. Ale na­wet tego dnia, gdy oznaj­mi­ła mi, że po dwu­dzie­stu la­tach nie­spo­dzie­wa­nie na­tknę­ła się na sta­re­go zna­jo­me­go, za­cho­wy­wa­ła się tak, jak­by nie mia­ło to dla niej więk­sze­go zna­cze­nia. Mo­żesz so­bie wy­obra­zić moją zszo­ko­wa­ną gębę, gdy kil­ka ty­go­dni póź­niej za­pro­si­ła mnie na ślub. Wła­śnie z owym daw­nym zna­jo­mym, z któ­rym przed laty po­noć nie łą­czy­ła ich żad­na bliż­sza za­ży­łość. W do­dat­ku oznaj­mi­ła to tym swo­im bez­na­mięt­nym, obo­jęt­nym to­nem. Chry­ste Pa­nie, po­my­śla­łam so­bie wte­dy, czy ona w to­wa­rzy­stwie tego fa­ce­ta też się tak za­cho­wu­je?! Mu­sia­ła mu w ta­kim ra­zie nie­źle za­wró­cić w gło­wie albo, wbrew temu, co twier­dzi­ła, łą­czy­ło ich przed laty coś wię­cej niż nie­wie­le zna­czą­ca zna­jo­mość czy na­wet szkol­ne ko­le­żeń­stwo.

Po­dob­nie jak moja mat­ka róż­ni­ła się od in­nych zna­nych mi ko­biet, tak­że i oj­ciec zwra­cał na sie­bie uwa­gę – tyle że w prze­ci­wień­stwie do niej, zna­ko­mi­cie się pre­zen­to­wał. Był nie tyl­ko bar­dzo przy­stoj­ny, ale tak­że ema­no­wał wi­tal­no­ścią, siłą, co w ze­sta­wie­niu z „przed­wo­jen­ny­mi”, a więc – w po­wszech­nej opi­nii – sta­ro­świec­ki­mi ma­nie­ra­mi w jego aku­rat przy­pad­ku dzia­ła­ło jak naj­bar­dziej na ko­rzyść. I spra­wia­ło, że po­do­bał się ko­bie­tom. Rów­nież dla­te­go, że był dla nich za­gad­ką – z jed­nej stro­ny in­tro­wer­tyk, czę­sto za­my­ślo­ny, jak­by nie­obec­ny du­chem, roz­tar­gnio­ny ni­czym ar­ty­sta, lecz gdy trze­ba było, gdy wy­ma­ga­ły tego oko­licz­no­ści, wy­ka­zy­wał się im­po­nu­ją­cą siłą, zde­cy­do­wa­niem i przed­się­bior­czo­ścią. Wi­dzia­łam, jak ko­bie­ty wo­dzi­ły za nim wzro­kiem, co nie raz mnie nie­po­ko­iło, a na­wet zło­ści­ło, na mat­ce na­to­miast nie ro­bi­ło żad­ne­go wra­że­nia. Co naj­wy­żej kpi­ła so­bie z tego, jak re­ago­wa­łam.

W dniu mo­ich osiem­na­stych uro­dzin, uznaw­szy, że jako do­ro­sła oso­ba mogę po­zwo­lić so­bie na wy­ra­że­nie na głos opi­nii, któ­rych nie wa­ży­łam się wy­po­wie­dzieć wcze­śniej, za­py­ta­łam ją, czy ni­g­dy nie bała się ewen­tu­al­nych ry­wa­lek.

– Ja­kich ry­wa­lek? – spy­ta­ła ta­kim to­nem, jak­by na­praw­dę nie ro­zu­mia­ła, o co mi cho­dzi­ło.

Mam na my­śli ko­bie­ty, któ­re są o nie­bo bar­dziej atrak­cyj­ne od cie­bie. A przy­naj­mniej dba­ją o uro­dę – od­cię­łam się, lecz oczy­wi­ście tyl­ko w my­ślach. Do­my­śla­łam się zresz­tą, że i tak zga­dy­wa­ła, o co mi cho­dzi­ło. I śmia­ła się ze mnie w du­chu. Na­praw­dę była pew­na sie­bie i prze­ko­na­na, że mąż ni­g­dy jej nie za­wie­dzie, że jest wier­ny. W każ­dym ra­zie nic w jej za­cho­wa­niu nie wska­zy­wa­ło, by w to wąt­pi­ła.

I fak­tycz­nie, nic nie prze­ma­wia­ło za tym, by się my­li­ła.

Czy moi ro­dzi­ce da­rzy­li się mi­ło­ścią? Ni­g­dy nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że byli so­bie bar­dzo bli­scy, choć – przy­naj­mniej w obec­no­ści po­stron­nych osób, a tak­że i w mo­jej – po­wstrzy­my­wa­li się od ma­ni­fe­sto­wa­nia uczuć. Pod tym wzglę­dem nie przy­po­mi­na­li bo­ha­te­rów ro­man­so­wych fil­mów i po­wie­ści. Z pew­no­ścią łą­czy­ło ich głę­bo­kie przy­wią­za­nie i wza­jem­ne zro­zu­mie­nie. W ta­kiej też at­mos­fe­rze się wy­cho­wa­łam i do­ra­sta­łam, to za­pew­nia­ło mi po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Wie­dzia­łam, że mam w nich opar­cie, że w ra­zie po­trze­by przy­bę­dą z po­mo­cą. Co nie zna­czy­ło, że na­sze wza­jem­ne re­la­cje za­wsze były pro­ste, ide­al­ne, bez­kon­flik­to­we. Bo prze­cież gdy do­ra­sta­łam, i gdy już do­ro­słam, sta­le z nimi wal­czy­łam o nie­za­leż­ność; byli na­do­pie­kuń­czy, bali się o mnie, nie wie­rzy­li, że dam so­bie bez nich radę. Do­my­śla­łam się, że w du­żej mie­rze było to po­dyk­to­wa­ne fak­tem, że zo­sta­li ro­dzi­ca­mi w doj­rza­łym już wie­ku. Bo choć więk­szość lu­dzi ule­ga po­dob­nej po­ku­sie, by kon­tro­lo­wać swo­je pod­ra­sta­ją­ce i wręcz do­ro­słe już dzie­ci, moi byli pod tym wzglę­dem szcze­gól­nie prze­wraż­li­wie­ni, zwłasz­cza mat­ka. Oj­ciec le­piej mnie ro­zu­miał i go­tów był dać mi tro­chę wię­cej swo­bo­dy, poza tym znacz­ną część jego cza­su po­chła­nia­ła pra­ca w kli­ni­ce. Mat­ka na­to­miast dłu­go nie po­tra­fi­ła i chy­ba nie chcia­ła przy­jąć do wia­do­mo­ści, że z bie­giem lat prze­sta­wa­łam być jej małą có­recz­ką, któ­rą mo­gła się opie­ko­wać do woli; miłą, po­tul­ną dziew­czyn­ką, dla któ­rej była ca­łym świa­tem i punk­tem od­nie­sie­nia. A na­wet gdy w koń­cu go­dzi­ła się z rze­czy­wi­sto­ścią, nie za­mie­rza­ła tra­cić nade mną kon­tro­li. Prze­ko­na­na, że wciąż nie je­stem go­to­wa, by dać so­bie radę w ży­ciu i wła­ści­wie roz­po­znać wszyst­kie nie­bez­pie­czeń­stwa i za­sadz­ki, któ­re czy­ha­ją na dziew­czy­nę, szcze­gól­nie do­ra­sta­ją­cą. Do tego mia­ła dla mnie wię­cej cza­su niż oj­ciec, bo po moim uro­dze­niu zre­zy­gno­wa­ła z ab­sor­bu­ją­cej pra­cy w szpi­ta­lu i za­trud­ni­ła się w „osie­dlo­wej” przy­chod­ni zdro­wia.

Gdy się bun­to­wa­łam, sły­sza­łam wciąż tę samą od­po­wiedź: Zro­zu­miesz, gdy bę­dziesz mia­ła wła­sne dzie­ci. Dłu­go nie mo­głam zdo­być się na to, by jej oświad­czyć, że ja zu­peł­nie ina­czej wi­dzia­łam swo­ją przy­szłość. Nie za­mie­rza­łam wy­cho­dzić za mąż i mieć dzie­ci. Nie chcia­łam jej tego mó­wić, bo zna­jąc jej po­glą­dy na ten te­mat, wie­dzia­łam, że by mnie nie zro­zu­mia­ła. Nie mia­łam ocho­ty słu­chać jej ar­gu­men­tów, któ­re prze­cież nie były ta­jem­ni­cą. Mat­ka, po­mi­mo że była wy­kształ­co­ną, wy­ko­nu­ją­cą od­po­wie­dzial­ny za­wód ko­bie­tą, praw­do­po­dob­nie nie po­trak­to­wa­ła­by po­waż­nie ta­kiej de­kla­ra­cji. Pod tym wzglę­dem nie róż­ni­ła się od in­nych zna­nych mi ko­biet, od na­szych są­sia­dek i ma­tek mo­ich ko­le­ża­nek. Było dla niej oczy­wi­ste, że ko­bie­ta, choć­by na­wet i naj­lep­szy fa­cho­wiec w pra­cy, z żad­ne­go za­da­nia nie wy­wią­że się tak do­brze, jak z by­cia żoną i mat­ką; że to jej wła­ści­we po­wo­ła­nie i w ni­czym in­nym nie zre­ali­zu­je się tak do­brze. Nic in­ne­go nie da jej więk­sze­go za­do­wo­le­nia i sa­tys­fak­cji. A fakt, że w jej przy­pad­ku na­stą­pi­ło to tak póź­no, za­wsze tłu­ma­czy­ła za­wi­ro­wa­nia­mi zwią­za­ny­mi z woj­ną.

Wszyst­ko się wte­dy po­plą­ta­ło, ży­cie ca­łej mo­jej ro­dzi­ny sta­nę­ło na gło­wie – ma­wia­ła. Ja jed­nak czu­łam, że cho­dzi­ło o coś wię­cej – prze­cież wo­jen­ne do­świad­cze­nia do­ty­czy­ły ca­łe­go jej po­ko­le­nia, a mimo to lu­dzie za­kła­da­li ro­dzi­ny na­wet w tych kosz­mar­nych cza­sach i wa­run­kach. Może więc… cze­ka­ła na po­wrót mo­je­go ojca? Może ciot­ka Bar­ba­ra mia­ła ra­cję, po­dej­rze­wa­jąc, że mu­sia­ło ich łą­czyć przed woj­ną coś wię­cej niż zwy­kła zna­jo­mość. W każ­dym ra­zie tak mo­gło być w przy­pad­ku mo­jej mat­ki.

Do­my­śla­łam się nie­ja­sno, że w jej ży­ciu mu­sia­ły wy­da­rzyć się spra­wy, o któ­rych mi nie mó­wi­ła,o któ­rych nie opo­wia­da­ła ni­ko­mu (może z wy­jąt­kiem mo­je­go ojca), a któ­re spra­wia­ły, że tak się o mnie lę­ka­ła. Oczy­wi­ście nie była pod tym wzglę­dem wy­jąt­kiem – moje ko­le­żan­ki na­rze­ka­ły, że w ich przy­pad­ku jest po­dob­nie. Tyle że w prze­ci­wień­stwie do nich ja nie za­cho­wy­wa­łam się ry­zy­kow­nie, nie oszu­ki­wa­łam, nie krę­ci­łam, by­łam wzo­ro­wą uczen­ni­cą, po lek­cjach wra­ca­łam do domu. I by­naj­mniej nie za­wra­ca­łam so­bie gło­wy chłop­ca­mi… ani oni mną. Za mną nikt się nie oglą­dał, jak po­dej­rze­wa­łam, nie tyl­ko dla­te­go, że się o to nie sta­ra­łam. Na­wet gdy­bym do­kła­da­ła wszel­kich sta­rań, by się po­do­bać ko­le­gom z kla­sy czy nie­zna­jo­mym na uli­cy, sku­tek był­by pew­nie ten sam.

W mia­rę upły­wu cza­su sta­wa­łam się co­raz bar­dziej po­dob­na do mat­ki, nie do ojca. I tak jak ona uzna­łam, że nie­do­stat­ki uro­dy, wdzię­ku i sek­sa­pi­lu mogę zre­kom­pen­so­wać tyl­ko w je­den spo­sób: zdo­by­wa­jąc so­lid­ną wie­dzę i roz­wi­ja­jąc się in­te­lek­tu­al­nie. A że lu­bi­łam szko­łę, na­uka nie spra­wia­ła mi żad­ne­go pro­ble­mu, za­wsze mia­łam bar­dzo do­bre stop­nie i zdo­by­wa­łam wszel­kie na­gro­dy i wy­róż­nie­nia.

W mia­rę też jak do­ra­sta­łam, za­czy­na­łam ro­zu­mieć moją mat­kę w kwe­stii gu­stu i stro­jów, na­śla­du­jąc ją pod tym wzglę­dem po­cząt­ko­wo zu­peł­nie bez­wied­nie, po­tem co­raz bar­dziej świa­do­mie. Co – ku mo­je­mu za­sko­cze­niu – nie do koń­ca spo­tka­ło się z jej uzna­niem.

– Nie prze­sa­dzaj, Igu­siu, z tą asce­zą – po­wie­dzia­ła kie­dyś, na co ja na­tych­miast przy­po­mnia­łam (nie bez pew­nej nut­ki zło­śli­wo­ści) jej wła­sne sło­wa wy­po­wie­dzia­ne nie­gdyś w re­ak­cji na moją uwa­gę à pro­pos stro­jów i sty­lu by­cia.

– Wspo­mnia­łaś, mamo, że masz na­dzie­ję, że z cza­sem gust mi się po­pra­wi. I tak też się sta­ło. Ży­cze­niu twe­mu sta­ło się za­dość – wy­tknę­łam.

– Pa­mię­tam, co mó­wi­łam – od­par­ła mat­ka. – Zda­nia nie zmie­ni­łam. To ra­czej ty masz ten­den­cję do wpa­da­nia z jed­nej skraj­no­ści w dru­gą. Może to mło­dzień­cza prze­ko­ra?

– Nie je­stem prze­kor­na – ob­ru­szy­łam się, choć w du­chu przy­zna­wa­łam jej tro­chę ra­cji.

– Po pro­stu w każ­dej spra­wie wska­za­ny jest umiar – oznaj­mi­ła, nie od­no­sząc się już do mo­ich słów.

Umiar. Czę­sto się do nie­go od­wo­ły­wa­ła. I to pew­nie spra­wi­ło, że w sto­sun­kach z in­ny­mi ludź­mi, w tym z ró­wie­śni­ka­mi, za­cho­wy­wa­łam dy­stans. Zwłasz­cza wo­bec chłop­ców, a po­tem męż­czyzn. Dy­stans ten nie sta­no­wił dla nich za­chę­ty ani wy­zwa­nia, jak mo­gło­by to mieć miej­sce w przy­pad­ku ład­niej­szej czy też bar­dziej in­te­re­su­ją­cej dziew­czy­ny. Nie po­strze­ga­li mnie w tych ka­te­go­riach i wca­le im się nie dzi­wi­łam. Na do­brą spra­wę zwra­ca­li na mnie uwa­gę tyl­ko wte­dy, gdy po­trze­bo­wa­li prze­pi­sać pra­cę do­mo­wą czy też wy­dę­bić ścią­gę na spraw­dzia­nie. Cza­sem po­pro­si­li, bym wy­tłu­ma­czy­ła ja­kieś za­gad­nie­nie z mat­my, che­mii lub z an­giel­skie­go, by­wa­ło, że i in­nych przed­mio­tów. I po­tem, już na stu­diach, gdy po­trze­bo­wa­li no­ta­tek z wy­kła­du, na któ­ry nie przy­szli z po­wo­du kaca po wczo­raj­szej im­pre­zie. Gdy chcie­li po­ży­czyć pod­ręcz­ni­ki, bo szko­da im było pie­nię­dzy na ich za­kup, albo kie­dyw ogó­le po­trze­bo­wa­li tro­chę gro­sza. Ja ucho­dzi­łam za pan­nę z do­bre­go domu, któ­rej ni­cze­go nie bra­ko­wa­ło. Wia­do­mo, cór­ka le­ka­rzy. Le­ka­rze ni­g­dy nie byli bied­ni, co­kol­wiek by nie twier­dzi­li. Dla ko­le­gów by­łam mą­drą sową, ni­czym wię­cej.

Mat­ka – bo oj­ciec w tych kwe­stiach ra­czej się nie wy­po­wia­dał – uwa­ża­ła, że mam wszel­kie atu­ty, by zwra­cać na sie­bie uwa­gę. Choć nie za­szko­dzi­ło­by, gdy­bym bar­dziej o sie­bie za­dba­ła. Za­ra­zem po­win­nam uwa­żać na zwy­kłych pod­ry­wa­czy, któ­rzy trak­tu­ją dziew­czy­nę jak za­baw­kę. Lub dla od­mia­ny jako do­brą par­tię, co za­pew­ni im wy­mier­ne ko­rzy­ści; tacy nie za­pew­nią jed­nak szczę­ścia. Nie ko­cha­ją, więc nie będą wier­ni.

Obudź się, mamo. Po­rzuć te złu­dze­nia! – chcia­łam wte­dy za­wo­łać. – To tyl­ko moi ko­le­dzy. Ni­ko­go i ni­cze­go przede mną nie uda­ją, je­dy­nie po­ży­cza­ją ode mnie ze­szy­ty i książ­ki. Żad­ne­mu z nich nie przy­szło­by na­wet do gło­wy, żeby mnie za­pro­sić do kina, o te­atrze nie wspo­mi­na­jąc. Nikt nie za­pro­po­no­wał mi choć­by spa­ce­ru ani nie za­pro­sił na kawę. Ża­den nie za­mie­rza też we­drzeć się prze­bo­jem do na­szej ro­dzi­ny.

Po­wstrzy­my­wa­łam się w ostat­niej chwi­li w oba­wie przed ko­lej­nym ka­za­niem.

Nie­za­leż­nie od tego, że cza­sem dą­sa­łam się na ro­dzi­ców, bo nad­mier­na tro­ska mat­ki dzia­ła­ła mi na ner­wy, bar­dzo ich ko­cha­łam. Na­wet wte­dy, gdy się na nich zło­ści­łam i mia­łam pre­ten­sje, nie za­po­mi­na­łam, ile im za­wdzię­czam. Przede wszyst­kim spo­koj­ny dom i szczę­śli­we dzie­ciń­stwo. W ro­dzi­nach mo­ich ko­le­ża­nek by­wa­ło z tym róż­nie – cza­sem to i owo mi opo­wia­da­ły, a słu­cha­jąc ich, tym bar­dziej do­ce­nia­łam to, co sama mia­łam.

Moi ro­dzi­ce nie kłó­ci­li się ni­g­dy; nie sły­sza­łam, by w ja­kiej­kol­wiek spra­wie mie­li od­mien­ne zda­nie. Co zresz­tą nie­kie­dy by­wa­ło po­wo­dem żar­tów czy na­wet kpin ze stro­ny in­nych osób. W tym tak­że dziad­ka Je­re­mie­go, któ­ry uwa­żał, że to nie do koń­ca nor­mal­ne. Że w ta­kim związ­ku bra­ku­je ja­kiejś au­ten­tycz­no­ści, a na­wet szcze­ro­ści. No bo czy to moż­li­we, że w każ­dej, do­kład­nie w każ­dej spra­wie mąż i żona mają ta­kie samo zda­nie? Czy nie ozna­cza to cza­sem, że jed­no po pro­stu śle­po po­dą­ża za dru­gim albo oba­wia się wy­ra­zić od­mien­ną opi­nię w oba­wie przed kon­se­kwen­cja­mi?

Dzia­dek i po­dzie­la­ją­ca jego zda­nie ciot­ka Bar­ba­ra (choć w in­nych spra­wach już tak zgod­ni nie byli) wska­zy­wa­li, że w mał­żeń­stwie mo­ich ro­dzi­ców tą słab­szą stro­ną jest moja mat­ka. I choć nie wy­ra­zi­li wprost, na czym opie­ra­li to prze­ko­na­nie, zga­dy­wa­łam, co mie­li na my­śli. Była zde­cy­do­wa­nie mniej in­te­re­su­ją­ca od ojca, ot zwy­kła sza­ra mysz­ka, któ­rej uda­ło się zła­pać przy­stoj­ne­go i nie­tu­zin­ko­we­go fa­ce­ta, więc te­raz zro­bi wszyst­ko, by mu nie pod­paść i go do sie­bie nie zra­zić. Ja wie­dzia­łam swo­je. Moi ro­dzi­ce na­praw­dę w więk­szo­ści spraw mie­li ta­kie samo zda­nie, a tych nie­licz­nych, co do któ­rych mo­gli się róż­nić, po pro­stu nie wał­ko­wa­li. A mat­ka, wbrew temu, co twier­dził jej oj­ciec i ku­zyn­ka, wca­le nie po­trze­bo­wa­ła za­bie­gać o jego uczu­cia. Zresz­tą, na­wet gdy­by nie byli tak zgod­nym mał­żeń­stwem, z pew­no­ścią nie oba­wia­ła­by się wy­ra­zić swo­je­go zda­nia z oba­wy przed jego re­ak­cją. Była sil­na, sa­mo­dziel­na i przez wie­le lat, za­nim wy­szła za mąż, do­brze da­wa­ła so­bie radę w ży­ciu, więc w ra­zie gdy­by się roz­sta­li, też by so­bie po­ra­dzi­ła. My­ślę, że w grun­cie rze­czy to wła­śnie ona była tą sil­niej­szą stro­ną. To ra­czej oj­ciec był mniej od­por­ny na cio­sy i prze­ciw­no­ści losu. Jak­kol­wiek by te spra­wy nie wy­glą­da­ły, ja w prze­ci­wień­stwie do dziad­ka Je­re­mie­go ni­g­dy so­bie nie żar­to­wa­łam ze zgod­nych, spo­koj­nych re­la­cji, ja­kie pa­no­wa­ły mię­dzy ro­dzi­ca­mi. By­łam z nich bar­dzo za­do­wo­lo­na. Tym bar­dziej że i moje ko­le­żan­ki – zwłasz­cza te, któ­rych ro­dzi­ce to­czy­li ze sobą re­gu­lar­ne woj­ny, a domy nie­jed­no­krot­nie by­wa­ły po­lem bi­twy – nie ukry­wa­ły, że mi za­zdrosz­czą.

Gdy by­łam dziec­kiem, nie lu­bi­łam prze­by­wać zbyt dłu­go poza do­mem, z dala od mat­ki i ojca. I prak­tycz­nie się wte­dy z nimi nie roz­sta­wa­łam. Nie wy­jeż­dża­łam na ko­lo­nie i obo­zy ani na­wet na szkol­ne wy­ciecz­ki, je­śli mia­ły trwać dłu­żej niż je­den dzień. Nikt też nie zmu­szał mnie do tych wy­jaz­dów, co spo­ty­ka­ło się z dez­apro­ba­tą nie tyl­ko ze stro­ny na­uczy­cie­li, ale tak­że resz­ty na­szej ro­dzi­ny. I znów za­rów­no dzia­dek Je­re­mi, jak i wuj Bog­dan, brat mo­jej mat­ki, i jego żona, ciot­ka Ewa, o ką­śli­wych uwa­gach ciot­ki Bar­ba­ry już na­wet nie wspo­mi­na­jąc, uwa­ża­li, że w tej aku­rat kwe­stii ro­dzi­ce nie po­win­ni mi ustę­po­wać. Zwłasz­cza dzia­dek Je­re­mi nie gryzł się w ję­zyk. Wy­ro­śnie z niej nie­po­rad­na ży­cio­wo, kom­plet­nie nie­sa­mo­dziel­na mami có­recz­ka – ma­wiał. Wszy­scy byli bez­rad­ni, bo de­cy­zja na­le­ża­ła wy­łącz­nie do mo­ich ro­dzi­ców, a oni nie wi­dzie­li po­wo­du, dla któ­re­go mia­ła­bym prze­ży­wać stres zwią­za­ny z na­wet krót­kim roz­sta­niem.

– Wy­ro­śnie z tego – twier­dził oj­ciec. – Na pew­no szyb­ciej, niż gdy­by była zmu­sza­na do wy­jaz­dów.

I czas po­ka­zał, że miał ra­cję. Bo fak­tycz­nie, w li­ceum za­czę­łam prze­ła­my­wać nie­chęć do kil­ku­dnio­wych wy­cie­czek szkol­nych, a na stu­diach re­gu­lar­nie uczest­ni­czy­łam w spły­wach ka­ja­ko­wych i wy­pra­wach w góry w to­wa­rzy­stwie ko­le­gów i ko­le­ża­nek. Co wy­wo­ły­wa­ło z ko­lei stres u mat­ki, któ­ra nie spa­ła po no­cach w oba­wie o moje bez­pie­czeń­stwo, nie do koń­ca też wie­rzy­ła w mój roz­są­dek. A w jej przy­pad­ku trud­no było ży­wić na­dzie­ję, że z tego wy­ro­śnie.

Nic za­tem dziw­ne­go, że wia­do­mość o przy­zna­nym mi sty­pen­dium za­gra­nicz­nym przy­ję­ła nie tyle z mie­sza­ny­mi uczu­cia­mi, co wręcz z prze­stra­chem i nie­ukry­wa­nym nie­za­do­wo­le­niem.

Rozdział 3

– Uwa­żam, że to po­wód do dumy. Ja w każ­dym ra­zie je­stem dum­ny jak cho­le­ra – oświad­czył bez par­do­nu, za to z jaw­nym wy­zwa­niem w gło­sie Je­re­mi Ja­nic­ki.

Spoj­rze­nie miał wy­zy­wa­ją­ce i twar­de, na­wet wię­cej – pro­wo­ka­cyj­ne, co wy­star­czy­ło, by cór­ka spu­ści­ła wzrok ni­czym skar­co­na dziew­czyn­ka. Lecz jej re­ak­cja nie była dla ni­ko­go za­sko­cze­niem; wszy­scy już zdą­ży­li przy­wyk­nąć, że tak wła­śnie się za­cho­wy­wa­ła w od­po­wie­dzi na uwa­gi ojca. Za­rów­no gdy była jesz­cze dziec­kiem, jak i te­raz, kie­dy prze­kro­czy­ła już sześć­dzie­siąt­kę. Dla­te­go star­szy pan je­dy­nie od nie­chce­nia na nią zer­k­nął; nikt z obec­nych nie miał wąt­pli­wo­ści, że choć za nic by się do tego nie przy­znał, tak na­praw­dę cze­kał tyl­ko na re­ak­cję zię­cia. Nic za­tem dziw­ne­go, że obec­ni przy roz­mo­wie syn i sy­no­wa cie­ka­wie zer­k­nę­li na szwa­gra.

An­drzej Bo­guc­ki nie od razu od­po­wie­dział; pa­trząc na nie­go, przez mo­ment moż­na było od­nieść wra­że­nie, że ba­wi­ła go ta chwi­la ocze­ki­wa­nia na jego sło­wa.

– My tak­że je­ste­śmy dum­ni – od­parł.

– Nie wi­dać tego po was. Prze­ciw­nie, moż­na po­my­śleć, że ode­bra­li­ście to ni­czym cios po­ni­żej pasa – za­uwa­żył zgryź­li­wie sta­ru­szek.

– Dla­cze­go oj­ciec tak uwa­ża? – Głos zię­cia brzmiał chłod­no, ofi­cjal­nie. Ta­kim to­nem zwra­cał się do swo­ich współ­pra­cow­ni­ków i pod­wład­nych, gdy chciał po­znać ich zda­nie w kwe­stii dia­gno­zy.

Sło­wa te star­szy pan po­trak­to­wał ni­czym wy­zwa­nie.

– Bo nie oka­zu­je­cie żad­nej ra­do­ści. Ma­cie miny jak na sty­pie. A na­wet jak na po­grze­bie.

An­drzej Bo­guc­ki jak zwy­kle nie dał się spro­wo­ko­wać, twarz mu na­wet nie drgnę­ła. Za to Olga się wy­raź­nie żach­nę­ła.

– Mógł­by so­bie tata da­ro­wać po­dob­ne uwa­gi – od­par­ła, krzy­wiąc się przy tym tak, jak­by po­łknę­ła cy­try­nę. – Są nie na miej­scu, a poza tym…

– Nie na miej­scu?! – Je­re­mi gniew­nie od­trą­cił dłoń sy­no­wej, ni­we­cząc tym sa­mym jej pró­bę zła­go­dze­nia jego na­stro­ju.

Rad był z tego, że może wy­ra­zić swój po­gląd i „po­trzą­snąć”, jak ma­wiał, tym ra­chi­tycz­nym to­wa­rzy­stwem przy sto­le. Ra­chi­tycz­nym, rzecz ja­sna, w jego ro­zu­mie­niu – sam nie mógł po­jąć, dla­cze­go w jego dzie­ciach jest tak mało ikry, tem­pe­ra­men­tu i ener­gii. Co się z tymi ludź­mi na­wy­ra­bia­ło? Co po­ko­le­nie, to go­rzej. A przy­naj­mniej je­śli cho­dzi o jego dzie­ci i wnu­ki.

– Wy­glą­da­cie, jak­by­ście kij po­łknę­li. Jak­by ta dziew­czy­na za­miast sty­pen­dium na­uko­we­go do­sta­ła co naj­mniej wy­rok ze­sła­nia na bia­łe niedź­wie­dzie. Gdy­by tak któ­reś z was do­sta­ło w mło­do­ści taką szan­sę jak ona, to za­rów­no ja, jak i wa­sza świę­tej pa­mię­ci mat­ka ska­ka­li­by­śmy ze szczę­ścia do sa­me­go nie­ba. Pod­czas gdy wy…

– My w mło­do­ści nie mie­li­śmy na to naj­mniej­szych szans, oj­cze. Na­sza mło­dość upły­nę­ła w zu­peł­nie in­nych re­aliach – upo­mniał go ła­god­nie Bog­dan, czym tyl­ko do­dat­ko­wo roz­gnie­wał sta­rusz­ka.

– Wła­śnie o tym mó­wię! – sap­nął z iry­ta­cją Je­re­mi. – Nie wiem, cze­mu sta­le uwa­ża­cie mnie za star­ca, któ­ry nie ko­ja­rzy już, na ja­kim świe­cie żyje. Nie mie­li­ście szans, bo woj­na i ta­kie tam, to za­pew­ne mia­łeś na my­śli. Za­wsze się tym tłu­ma­czy­li­ście. Choć przy­pusz­czam, że na­wet gdy­by nie te, jak to ują­łeś, re­alia wa­szej mło­do­ści, tak­że nie­wie­le wię­cej by­ście osią­gnę­li po­nad to, co ma­cie. Bo oboj­gu wam brak tego cze­goś, co spra­wia, że czło­wiek od­no­si suk­ce­sy. A może po pro­stu trze­ba się z tym uro­dzić? Sam nie wiem. Ale jed­no wiem na pew­no: Iga to coś po­sia­da. Do­strze­żo­no ją, do­sta­ła szan­sę i po­win­na iść za cio­sem. Nie­ste­ty, ode­bra­ła ta­kie, a nie inne wy­cho­wa­nie, i oba­wiam się, że wi­dząc smu­tek i za­fra­so­wa­nie swo­ich sta­rych, zwłasz­cza mat­ki, go­to­wa dla świę­te­go spo­ko­ju, to zna­czy świę­te­go spo­ko­ju Olgi, zre­zy­gno­wać z tej szan­sy, zre­zy­gno­wać z wy­jaz­du. Sama nie po­sia­da wy­star­cza­ją­co sil­nej woli, by się temu oprzeć. Tym bar­dziej że jest do was przy­wią­za­na ni­czym pies do po­dwór­ko­wej budy. Tak jak ten pies rada by tro­chę po­ha­sać na wol­no­ści, byle nie za dłu­go i nie za da­le­ko.

– Te two­je po­rów­na­nia, tato… Zu­peł­nie nie na miej­scu. – Olga prze­wró­ci­ła ocza­mi, a po­tem wy­mie­ni­ła zna­czą­ce spoj­rze­nia z bra­tem i bra­to­wą.

– Zu­peł­nie na miej­scu, tyl­ko nie­ste­ty do cie­bie nie do­cie­ra­ją. – Je­re­mi wzru­szył ra­mio­na­mi w ge­ście naj­wyż­szej dez­apro­ba­ty. – Uwa­żasz, że sko­ro uda­ło ci się skoń­czyć stu­dia me­dycz­ne i zła­pać byle po­sad­kę w osie­dlo­wej przy­chod­ni, to już ni­cze­go ci wię­cej nie trze­ba. A tym­cza­sem two­ja cór­ka ma oka­zję osią­gnąć coś wię­cej. Wię­cej niż wy wszy­scy ra­zem do kupy wzię­ci.

– Oj­cze! – Bog­dan nie wy­trzy­mał. Tym ra­zem to on strą­cił nie­cier­pli­wie dłoń żony z ra­mie­nia. – Je­steś nie­spra­wie­dli­wy! Na­praw­dę nie mu­si­my tego zno­sić. I pa­mię­taj… – urwał, pod­chwy­ciw­szy ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie sio­stry. Star­szy pan też je za­uwa­żył, wy­dął war­gi.

– No, do­brze, mamy tu je­den chlub­ny wy­ją­tek. – Po twa­rzy prze­mknął mu cień uśmie­chu. – Ty rze­czy­wi­ście do cze­goś do­sze­dłeś. – Wska­zał od nie­chce­nia na zię­cia. – Za­stęp­ca or­dy­na­to­ra to nie w kij dmu­chał. O tym rze­czy­wi­ście po­wi­nie­nem pa­mię­tać.

– Oj­ciec z każ­dym dniem sta­je się co­raz trud­niej­szy do wy­trzy­ma­nia – wes­tchnę­ła Olga, gdy po obie­dzie ra­zem z bra­to­wą zmy­wa­ły na­czy­nia i po­rząd­ko­wa­ły kuch­nię w domu Ja­nic­kich. – Bar­dzo wam współ­czu­ję, że mu­si­cie to zno­sić, i chęt­nie bym wam po­mo­gła, ale nie­ste­ty tata sta­le od­ma­wia prze­pro­wadz­ki do nas, do War­sza­wy.

– Wiem. Wciąż po­wta­rza, że umarł­by już pierw­szej nocy z bra­ku po­wie­trza. – Ewa uśmiech­nę­ła się pół­gęb­kiem.

Była dzie­sięć lat młod­sza od Olgi, a do tego wy­glą­da­ła znacz­nie mło­dziej, niż wska­zy­wa­ła data jej uro­dze­nia. W do­dat­ku była na­praw­dę bar­dzo atrak­cyj­na. Pa­trząc na nią, Bo­guc­ka wciąż nie­zmien­nie za­da­wa­ła so­bie py­ta­nie, ja­kim cu­dem jej młod­szy, lecz pod każ­dym wzglę­dem bar­dzo prze­cięt­ny brat zdo­łał za­wró­cić w gło­wie tak pięk­nej i do tego nie­ba­nal­nej ko­bie­cie. Ewa w mło­do­ści pi­sa­ła wier­sze i pe­rio­dy­ki do cza­so­pism li­te­rac­kich, pra­co­wa­ła też nad po­wie­ścią, któ­rą osta­tecz­nie za­rzu­ci­ła, gdy wy­szła za Bog­da­na, i wkrót­ce po­tem na świat przy­szło po ko­lei ich dwo­je dzie­ci. W re­zul­ta­cie za­miast być może do­brze za­po­wia­da­ją­cej się ka­rie­ry li­te­rac­kiej – po­prze­sta­ła na eta­cie po­lo­nist­ki w nie­wiel­kiej wiej­skiej szko­le w Jast­ko­wie, nie­opo­dal le­śni­czów­ki te­ścia.

Przez kil­ka pierw­szych lat mał­żeń­stwa miesz­ka­li zresz­tą ra­zem w owej le­śni­czów­ce, i to w ra­czej spar­tań­skich wa­run­kach, bez bie­żą­cej wody, bez ła­zien­ki w domu, za to ze sła­woj­ką za po­dwó­rzem, co dla wy­cho­wa­nej w mie­ście dziew­czy­ny było nie lada wy­zwa­niem, zwłasz­cza przy ma­łych dzie­ciach. Ni­g­dy się mimo to nie skar­ży­ła. Co nie zmie­nia­ło fak­tu, że wy­pro­wadz­ka z le­śni­czów­ki do wła­sne­go, wy­bu­do­wa­ne­go przy nie lada wy­rze­cze­niach, nie­mniej wy­god­ne­go domu w Jast­ko­wie przy­nio­sło jej ulgę.

Bog­dan tak­że był dum­ny z wła­snych czte­rech ką­tów, choć ozna­cza­ło to pod­ję­cie pra­cy na kil­ka eta­tów. Na szczę­ście zdo­był re­no­mę nie­złe­go sto­la­rza i zło­tej rącz­ki we wszel­kich re­mon­tach i na­pra­wach, stąd ra­dzi­li so­bie cał­kiem do­brze. I od­dy­cha­li peł­ną pier­sią, przy­naj­mniej do­pó­ty, do­pó­ki nie mu­sie­li za­opie­ko­wać się sta­rym oj­cem.

Pan Je­re­mi prze­szedł na eme­ry­tu­rę naj­póź­niej, jak się tyl­ko dało, go­tów pra­co­wać i miesz­kać w le­śni­czów­ce bo­daj do sa­mej śmier­ci. Nie było to moż­li­we ze wzglę­du na po­de­szły wiek, co­raz mniej siły i spo­strze­gaw­czo­ści, by po­do­łać ta­kiej pra­cy. W re­zul­ta­cie nie po­zo­sta­wa­ło mu nic in­ne­go, jak ustą­pić miej­sca młod­sze­mu ko­le­dze, sam zaś prze­niósł się do syna i sy­no­wej. Olga po­dej­rze­wa­ła, że nie był zbyt mi­łym w obej­ściu do­mow­ni­kiem – w prze­szło­ści za­wsze lu­bił sta­wiać na swo­im i kto wie, czy nie za­pro­wa­dził­by w domu iście au­to­ry­tar­nych rzą­dów, gdy­by za­pę­dów tych kon­se­kwent­nie nie po­skra­mia­ła żona, któ­ra nie da­wa­ła so­bie w ka­szę dmu­chać, a była na tyle zde­ter­mi­no­wa­na i ener­gicz­na, że rad nie­rad ustę­po­wał. I choć za nic by się nie przy­znał, to i tak każ­dy we wsi wie­dział, że owi­nę­ła go so­bie do­oko­ła pal­ca i świa­ta poza nią nie wi­dział. Jej śmierć była dla nie­go cio­sem, z któ­re­go ni­g­dy do koń­ca się nie pod­niósł, co mógł po­twier­dzić każ­dy, kto do­brze znał go wcze­śniej. Dla de­li­kat­nej, ła­god­nej Ewy opie­ka nad sta­rze­ją­cym się, nie­mniej wciąż ener­gicz­nym i by­naj­mniej nie znie­do­łęż­nia­łym te­ściem mu­sia­ła być spo­rym wy­zwa­niem, tym bar­dziej że nie zdą­ży­ła po­znać swo­jej te­ścio­wej i na­uczyć się od niej, jak po­skra­miać star­sze­go pana.

Olga, któ­ra tak­że ni­g­dy tej umie­jęt­no­ści nie na­by­ła (choć w prze­ci­wień­stwie do bra­to­wej mia­ła wie­le oka­zji, by ob­ser­wo­wać dzia­ła­nia mat­ki), czu­ła się zu­peł­nie bez­rad­na i roz­dar­ta w tej sy­tu­acji. Oj­ciec nie chciał sły­szeć o wy­pro­wadz­ce do War­sza­wy, do cór­ki i zię­cia. Cho­ciaż na głos nie raz nad tym ubo­le­wa­ła, w du­chu od­czu­wa­ła ulgę. Nie wy­obra­ża­ła so­bie wspól­ne­go prze­by­wa­nia pod jed­nym da­chem. Z wie­kiem sta­wał się co­raz bar­dziej gder­li­wy, a jego apo­dyk­tycz­ne za­pę­dy, nie­gdyś tak sku­tecz­nie tem­pe­ro­wa­ne przez żonę, w mia­rę upły­wu lat i z każ­dym dniem da­wa­ły się in­nym we zna­ki. Przy czym Olga być może ja­koś by temu spro­sta­ła, a przy­naj­mniej za­ci­snę­ła­by zęby, le­piej lub go­rzej zno­sząc hu­mo­ry sta­re­go – osta­tecz­nie był jej oj­cem i wy­ra­sta­ła przy nim – jed­nak pro­ble­mem nie do po­ko­na­nia była z tru­dem utrzy­my­wa­na w ry­zach an­ty­pa­tia mię­dzy Je­re­mim a An­drze­jem. Do­pó­ki nie miesz­ka­li pod jed­nym da­chem, a je­dy­nie spo­ra­dycz­nie przy róż­nych oka­zjach się spo­ty­ka­li, dało się nad tym ja­koś za­pa­no­wać. W co­dzien­nych do­mo­wych re­la­cjach by­ło­by to nie­moż­li­we.

„Cze­go od nie­go chcesz? Co wła­ści­wie ci w nim prze­szka­dza?” – za­py­ta­ła kie­dyś ze zło­ścią ojca. Bo to on pierw­szy oka­zał nie­chęć, a An­drzej po kil­ku nie­uda­nych pró­bach po­zy­ska­nia sym­pa­tii te­ścia po pro­stu pod­jął rę­ka­wi­cę, choć czy­nił to na od­czep­ne­go, gdy już mu­siał ja­koś za­re­ago­wać. W od­po­wie­dzi na py­ta­nia cór­ki star­szy pan wzru­szył ra­mio­na­mi i od­parł, że po pro­stu nie ufa „temu fa­ce­to­wi”. Tak wła­śnie to ujął, a po­tem, zi­ry­to­wa­ny jej gniew­ny­mi ko­men­ta­rza­mi („Po pro­stu nie po­tra­fisz mu ni­cze­go kon­kret­ne­go za­rzu­cić. Te two­je hu­mo­ry za­wsze psu­ły krew ca­łej ro­dzi­nie”), od­parł, że nie musi się jej z ni­cze­go tłu­ma­czyć. I gdy­by to on tak ode­zwał się do swo­je­go ojca, a jej dziad­ka, to z pew­no­ścią przez ty­dzień albo i dwa nie usie­dział­by na wła­snym tył­ku.

Ewa oczy­wi­ście bez­błęd­nie od­ga­dy­wa­ła, w czym rzecz, i dla­te­go w od­po­wie­dzi na sło­wa do­ty­czą­ce opie­ki nad jej co­raz bar­dziej nie­zno­śnym te­ściem – któ­ry to obo­wią­zek spadł głów­nie na syna i sy­no­wą – tyl­ko uśmiech­nę­ła się i mach­nę­ła ręką.

– Nie jest naj­go­rzej, na­praw­dę – od­par­ła. – Miej­sca u nas do­syć, nie wcho­dzi­my so­bie w dro­gę. Oj­ciec więk­szość cza­su, czy to zima, czy to lato, spę­dza na po­wie­trzu, w le­sie. A że, chwa­lić Boga, nie cier­pi na de­men­cję, nie ma oba­wy, że za­błą­dzi. Nie gry­ma­si też przy je­dze­niu. Poza tym miesz­ka­li­śmy kie­dyś ra­zem w le­śni­czów­ce, więc mniej wię­cej wie­my, cze­go się po so­bie na­wza­jem spo­dzie­wać. – Po­now­nie się uśmiech­nę­ła, mru­gnę­ła na­wet we­so­ło. – No i za­wsze ko­chał wnu­ki, te­raz tak­że się cie­szy, gdy przy­jeż­dża­ją w od­wie­dzi­ny. Chęt­nie też bawi się z Mi­chał­kiem.

Mi­cha­łek, trzy­let­ni wnu­czek Ewy i Bog­da­na, był rze­czy­wi­ście be­nia­min­kiem i oczkiem w gło­wie ca­łej ro­dzi­ny, w tym pra­dziad­ka. A ich sy­no­wa po­now­nie spo­dzie­wa­ła się dziec­ka. Olga na samą myśl o tym z tru­dem stłu­mi­ła wes­tchnie­nie. W jej przy­pad­ku nic nie za­po­wia­da­ło, by w bli­żej okre­ślo­nej przy­szło­ści mia­ła zo­stać bab­cią. By kie­dy­kol­wiek mia­ło to na­stą­pić. Iga do tej pory nie po­zna­ła żad­ne­go sen­sow­ne­go chło­pa­ka; ci, któ­rzy się cza­sem przy niej krę­ci­li, mie­li pu­sto w gło­wie, a ich in­ten­cje też nie bu­dzi­ły za­ufa­nia. I jesz­cze to nie­szczę­sne sty­pen­dium. Po­trzeb­ne jak dziu­ra w mo­ście.

– Ko­rzyść z tego żad­na – wy­pa­li­ła, a pod­chwy­ciw­szy zdez­o­rien­to­wa­ne spoj­rze­nie bra­to­wej, uści­śli­ła: – Mam na my­śli ten jej wy­jazd.

– Cho­dzi o Igę?

– Tak, a niby o kogo in­ne­go? – znie­cier­pli­wi­ła się.

– Skąd wiesz, że ko­rzyść z tego żad­na? – ro­ze­śmia­ła się Ewa. – Prze­cież ni­g­dy nie do­świad­czy­łaś tego na wła­snej skó­rze. Och, daj spo­kój, Olga! Taki wy­jazd to ma­rze­nie wie­lu mło­dych, a tyl­ko gar­st­ce uda­je się je zre­ali­zo­wać.

– Zre­ali­zo­wać… w ja­kim celu? – sark­nę­ła. – Aby się stąd wy­rwać na Za­chód?

– Cho­ciaż­by…

– I zo­stać tam na sta­łe? – do­koń­czy­ła z jaw­nym już obu­rze­niem Olga. – Ty to po­chwa­lasz?

Bra­to­wa prze­sta­ła się śmiać, ale jej spoj­rze­nie po­zo­sta­ło po­god­ne.

– Do­brze wiesz, że Iga ni­g­dy by tak nie po­stą­pi­ła – rze­kła ła­god­nie. Po­gła­ska­ła sio­strę męża po ra­mie­niu, lecz ta, po­dob­nie jak wcze­śniej uczy­nił to Je­re­mi, cof­nę­ła się nie­cier­pli­wie. – Jest do was bar­dzo przy­wią­za­na.

– Za bar­dzo? – pod­chwy­ci­ła Olga. – Tak to za­brzmia­ło…

– Och, chy­ba my­lisz mnie ze swo­im oj­cem – od­cię­ła się ko­micz­nie Ewa i za­raz spo­waż­nia­ła. – Co nie zna­czy, że sta­ru­szek nie ma ra­cji. Iga jest już do­ro­słą dziew­czy­ną. Co w tym złe­go, je­śli wy­je­dzie i ro­zej­rzy się tro­chę po świe­cie? A ta­kie do­świad­cze­nie bar­dzo jej po­mo­że w ka­rie­rze.

– Ła­two ci mó­wić, bo two­je dzie­ci miesz­ka­ją bli­sko, w każ­dym ra­zie nie roz­glą­da­ją się, jak to uję­łaś, po świe­cie.

– Pa­weł na do­bre za­pu­ścił ko­rze­nie w Po­zna­niu. A i Łu­ka­sza na co dzień nie wi­du­ję – przy­po­mnia­ła po­god­nie. Tak jak­by Olga fak­tycz­nie o tym nie pa­mię­ta­ła.

– Ale przy­naj­mniej sie­dzą w kra­ju.

Bra­to­wa wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– A my­ślisz, że nie ma­rzą o ży­ciu w in­nym kra­ju? O lep­szej przy­szło­ści? Łu­kasz na­wet tego nie ukry­wa.

– Ży­cie w bo­gat­szym kra­ju nie ozna­cza lep­szej przy­szło­ści. On myli ze sobą te po­ję­cia.

– No i pro­szę! Znów to ro­bisz. – Ewa aż kla­snę­ła w dło­nie z ucie­chy.

– Co niby? – na­dą­sa­ła się Olga. Lu­bi­ła swo­ją bra­to­wą, ale by­wa­ły chwi­le, że czu­ła, jak­by dzie­li­ła je znacz­nie więk­sza róż­ni­ca wie­ku niż dzie­sięć lat.

– Po­wta­rzasz sło­wo w sło­wo opi­nię swe­go taty.

Skrzy­wi­ła się, ale nie bar­dzo mo­gła za­prze­czyć. Cza­sa­mi rze­czy­wi­ście tak było, ale po­sta­no­wi­ła, że nie da się zbić z pan­ta­ły­ku.

– Oczy­wi­ście, że bę­dzie mi jej bra­ko­wa­ło – rze­kła chłod­no.

– To rap­tem kil­ka mie­się­cy. Zle­ci, ani się obej­rzysz. – Ewa po­now­nie po­gła­ska­ła ją po ra­mie­niu i tym ra­zem Olga już się nie od­su­nę­ła. – Na pew­no wró­ci. Też bę­dzie tę­sk­ni­ła. I w prze­ci­wień­stwie do Łu­ka­sza do­brze się tu czu­je. Z wami i resz­tą ro­dzi­ny.

– Nie tyl­ko o to cho­dzi. Są jesz­cze inne kwe­stie. Mó­wi­cie, że dzię­ki temu wy­jaz­do­wi zdo­bę­dzie cen­ne do­świad­cze­nia i tak da­lej. Że to do­bre dla jej ka­rie­ry. Py­ta­nie, na co jej ta ka­rie­ra. Co jej za­pew­ni? Czy nie by­ło­by mą­drzej za­ło­żyć ro­dzi­nę i zna­leźć taką pra­cę, dzię­ki któ­rej ła­twiej uda jej się po­go­dzić spra­wy za­wo­do­we z obo­wiąz­ka­mi do­mo­wy­mi?

– Jak ty i ja?

Gdy­by po­dob­na uwa­ga pa­dła z ust każ­dej in­nej ko­bie­ty, uzna­ła­by ją za nie­co pro­wo­ka­cyj­ną. Ewa być może tak­że ją tro­chę pro­wo­ko­wa­ła, lecz czy­ni­ła to z ta­kim wdzię­kiem i hu­mo­rem, że Olga mi­mo­wol­nie od­wza­jem­ni­ła jej uśmiech. Acz­kol­wiek nie­mra­wo i z wy­raź­nym przy­mu­sem.

– Ja i tak nie zro­bi­ła­bym ka­rie­ry na­uko­wej i nie zo­sta­ła­bym or­dy­na­to­rem kli­ni­ki, ale ty fak­tycz­nie mia­łaś za­dat­ki, by two­rzyć dzie­ła li­te­rac­kie – od­par­ła, ma­jąc na­dzie­ję, że bra­to­wa nie do­pa­trzy się w tych sło­wach żad­nej dwu­znacz­no­ści. Uwa­ga była bo­wiem jak naj­bar­dziej szcze­ra.

– Och, daj­że spo­kój. – Ewa żach­nę­ła się i mach­nę­ła nie­dba­le dło­nią. – Ni­cze­go bym nie osią­gnę­ła. A pi­sa­nie po­wie­ści do szu­fla­dy jest do­bre dla na­sto­lat­ki, nie dla do­ro­słej baby.

– No nie by­ła­bym tego taka pew­na. To zna­czy… tego, że ni­cze­go byś nie osią­gnę­ła.

Po­nie­waż Ewa już nie sko­men­to­wa­ła tej uwa­gi, Olga wzru­szy­ła lek­ko ra­mio­na­mi.

– A co się mnie ty­czy, to od po­cząt­ku po­lu­bi­łam przy­chod­nię. Sta­łe go­dzi­ny pra­cy, prze­wi­dy­wal­ność, wol­ne nie­dzie­le i świę­ta, bez noc­nych dy­żu­rów i oba­wy, że w każ­dej chwi­li mogą za­dzwo­nić ze szpi­ta­la z po­wo­du ja­kiejś ka­ta­stro­fy lub na­głej ope­ra­cji. I do tego sieć ukła­dów i ukła­dzi­ków, rej­wach jak w ulu. Mo­żesz mi wie­rzyć lub nie, ale by­łam tym cho­ler­nie zmę­czo­na. Za­wsze naj­bar­dziej pra­gnę­łam pro­wa­dzić spo­koj­ne ży­cie, mieć ro­dzi­nę i przy­tul­ny dom.

– To tak jak i ja – po­twier­dzi­ła Ewa. – Poza tym, tak jak ty po­lu­bi­łaś pra­cę w przy­chod­ni, tak ja pra­cę w szko­le.

– I Jast­ko­wo? – Olga uśmiech­nę­ła się sze­rzej.

– I Jast­ko­wo.

– No tak… Ty, dziew­czy­na z du­że­go mia­sta, po­lu­bi­łaś Jast­ko­wo… – Po­mi­mo że te­atral­nie prze­wró­ci­ła ocza­mi, nie mia­ła wąt­pli­wo­ści, że i tym ra­zem Ewa była szcze­ra. W grun­cie rze­czy prze­cież za­wsze była szcze­ra.

– Po­tra­fię jed­nak zro­zu­mieć, że aspi­ra­cje na­szych dzie­ci mogą być już inne. Two­ja Iga do­sta­ła taką szan­sę, a po­nie­waż my­śli o ka­rie­rze na­uko­wej…

– I co jej z tego przyj­dzie! – ob­ru­szy­ła się. – Za­rzu­ca­cie mi, że trzy­mam ją pod klo­szem i nie daję jej się usa­mo­dziel­nić, ale za­po­mi­na­cie, że za te gro­sze, któ­re za­ro­bi na uczel­ni, z pew­no­ścią ni­g­dy nie sta­nie na wła­snych no­gach. Chy­ba że… ze­chce zo­stać za gra­ni­cą – do­koń­czy­ła z go­ry­czą.

Ewa uści­snę­ła jej dłoń i rze­kła ła­god­nie:

– Sama w to nie wie­rzysz.

Olga po­trzą­snę­ła gło­wą.

– Sama już nie wiem – od­par­ła ci­cho. – A je­śli jej się tam spodo­ba do tego stop­nia, że znaj­dzie spo­sób, by zo­stać? Nie­je­den się za­rze­kał, że nie umiał­by żyć z da­le­ka od wła­sne­go kra­ju i ro­dzi­ny, po czym, zna­la­zł­szy się za że­la­zną kur­ty­ną, zmie­niał zda­nie.

– Ale nie twój An­drzej. – Ewa nie­mal we­szła jej w sło­wo. – On prze­cież wró­cił do Pol­ski. Gdy tyl­ko oka­za­ło się to moż­li­we, choć mu­siał na to cze­kać tyle lat.

Olga nie od­po­wie­dzia­ła. W jej oczach na mo­ment za­pa­li­ło się ni­kłe świa­teł­ko, a po­tem od­wró­ci­ła wzrok.

***

– Na two­im miej­scu z pew­no­ścią bym nie wra­cał.

Opi­nia ku­zy­na nie za­sko­czy­ła Igi. Ni­g­dy jej nie ukry­wał.

– Jesz­cze na­wet nie za­czę­łam przy­go­to­wań do wy­jaz­du, nie skom­ple­to­wa­łam do­ku­men­tów, nie ode­bra­łam pasz­por­tu, a ty już na­ma­wiasz mnie do zła­ma­nia za­sad ko­rzy­sta­nia ze sty­pen­dium. – Mru­gnę­ła do nie­go.

Wzru­szył ra­mio­na­mi i mach­nął lek­ce­wa­żą­co ręką.

– O kant dupy po­tłuc te za­sa­dy! Nie by­ła­byś pierw­sza, któ­ra by tak zro­bi­ła. Po­wta­rzam: ja na two­im miej­scu…

– Łu­kasz… – prze­rwa­ła. – Nie je­steś na moim miej­scu.

Na mo­ment za­pa­dła ci­sza, po czym mło­dy męż­czy­zna po­ki­wał smęt­nie gło­wą.

– Ja­sne, wra­cam do sze­re­gu. Ale zda­nia nie zmie­niam.

– Prze­pra­szam – stro­pi­ła się. – Nie chcia­łam, aby tak to za­brzmia­ło. Ale daj­my już temu spo­kój.

– Do­bra, jak so­bie ży­czysz. – Pod­niósł do góry dło­nie. – Ro­zu­miem, w czym rzecz… No cóż, two­ja spra­wa.

My­śli, że cho­dzi o mo­ich ro­dzi­ców – prze­mknę­ło jej przez gło­wę. – Że będę pła­kać za mamą i tatą, tak jak kie­dyś, gdy sta­ra­no się mnie na­mó­wić na ko­lo­nie. I że oni będą pła­kać za mną. Wszy­scy tak my­ślą…

W głę­bi du­szy wie­dzia­ła, że po­dej­rze­nia te nie były tak zu­peł­nie po­zba­wio­ne ra­cji, jed­nak­że nie za­mie­rza­ła o tym roz­ma­wiać. Poza tym inne wzglę­dy były nie­mniej waż­ne, o ile nie­waż­niej­sze.

– To by­ło­by nie w po­rząd­ku wo­bec tych wszyst­kich, któ­rzy dali mi taką szan­sę. Wo­bec uczel­ni i pro­mo­to­ra – rze­kła i aż się wzdry­gnę­ła, usły­szaw­szy swój urzę­do­wy, a na­wet men­tor­ski ton.

Łu­kasz też się lek­ko skrzy­wił.

– O rany, po­czu­łem się jak czło­nek eg­ze­ku­ty­wy na ze­bra­niu par­tyj­nym.

– Mo­żesz so­bie kpić, co nie zmie­nia fak­tu, że by­ło­by to nie­uczci­we z mo­jej stro­ny i być może na­ro­bi­ło­by pro­ble­mów życz­li­wym lu­dziom. Tym, któ­rzy mi za­ufa­li. I nie mów, że inni nie mie­li­by na moim miej­scu skru­pu­łów. Ja to nie inni.

– Ja­sne, ja­sne…

– A poza tym… – za­czer­wie­ni­ła się lek­ko – …ja na­praw­dę do­brze się czu­ję w Pol­sce. Nie za­akli­ma­ty­zo­wa­ła­bym się gdzie in­dziej, nie chcia­ła­bym tam za­czy­nać od zera. Tak, nie ukry­wam, tę­sk­ni­ła­bym jak pies. Nie tyl­ko za ro­dzi­ca­mi, ale i za tobą. Za całą ro­dzi­ną. Za tu­tej­szym kra­jo­bra­zem, kli­ma­tem, po­ra­mi roku. Ty uwa­żasz, że głu­pio ro­bię. – Uśmiech­nę­ła się pół­gęb­kiem. – Ale mój oj­ciec my­ślał tak samo jak ja. Bo wró­cił.

– Okej, wró­cił. Kie­dyś nie mo­głem tego po­jąć, ale po­tem uzna­łem, że wi­docz­nie miał swo­je po­wo­dy, z któ­rych oczy­wi­ście nie mu­siał mi się zwie­rzać. Na pew­no cho­dzi­ło o coś gru­be­go, w in­nym wy­pad­ku nie wra­cał­by po tylu la­tach, zwłasz­cza że już tam do cze­goś do­szedł. Ale do­bra, nie moja rzecz. Tu też coś osią­gnął. Sta­no­wi­sko za­stęp­cy or­dy­na­to­ra to, jak by nie pa­trzeć, nie w kij dmu­chał. Ale ty… – za­wa­hał się, naj­wy­raź­niej nie był pe­wien jej re­ak­cji, mimo to za­ry­zy­ko­wał: – Co cię tu cze­ka? Roi ci się ka­rie­ra na­uko­wa i po­sad­ka na uczel­ni, ale… po kie­go grzy­ba? Bę­dziesz kle­pać bidę i tak jak ja przez całe lata nie sta­niesz na wła­snych no­gach, o wła­snym miesz­ka­niu już na­wet nie wspo­mi­na­jąc. O ile kie­dy­kol­wiek ci się to uda. Chy­ba że ci to nie prze­szka­dza. Przy­naj­mniej do­pó­ki nie za­ło­żysz wła­snej ro­dzi­ny.

Na­wet on – po­my­śla­ła ze znu­że­niem. Na­wet Łu­kasz, z któ­rym za­wsze cał­kiem nie­źle się do­ga­dy­wa­ła, nie brał pod uwa­gę pro­ste­go fak­tu, że nie my­śla­ła o za­ło­że­niu ro­dzi­ny. Ta ro­dzi­na, w któ­rej już funk­cjo­no­wa­ła, w zu­peł­no­ści jej wy­star­czy­ła do szczę­ścia. Być może było to prze­ja­wem pew­nej nie­doj­rza­ło­ści – sa­mej sie­bie nie mu­sia­ła prze­cież oszu­ki­wać – nie­mniej… Na li­tość bo­ską, mia­ła rap­tem dwa­dzie­ścia pięć lat! Ow­szem, kie­dyś uwa­ża­no, że taki wiek to pierw­szy za­kręt w ży­ciu ko­bie­ty, nie­za­męż­ne na­zy­wa­no już sta­ry­mi pan­na­mi. Zresz­tą, w nie­któ­rych śro­do­wi­skach na­dal pa­no­wa­ło ta­kie prze­ko­na­nie, lecz prze­cież, na mi­łość bo­ską, nie w War­sza­wie. Co praw­da więk­szość jej ko­le­ża­nek (w tym te z uczel­ni) zmie­ni­ła już stan cy­wil­ny. Nie­któ­re zro­bi­ły to jesz­cze w cza­sie stu­diów – bo dziec­ko już w dro­dze, bo tak były za­ko­cha­ne, że nie chcia­ły dłu­żej cze­kać na wspól­ne ży­cie z umi­ło­wa­nym. Wszyst­kie w dal­szym cią­gu miesz­ka­ły wraz z mę­żem i dzieć­mi z ro­dzi­ca­mi lub dla od­mia­ny z te­ścia­mi czy na­wet ze swo­imi dziad­ka­mi. W tych wa­run­kach kon­ty­nu­owa­nie stu­diów oka­zy­wa­ło się nie lada wy­zwa­niem, o ko­rzy­sta­niu z in­nych uro­ków ży­cia stu­denc­kie­go, to­wa­rzy­skie­go na­wet nie wspo­mi­na­jąc. Nie­rzad­ko mło­de mat­ki mu­sia­ły sko­rzy­stać z urlo­pów dzie­kań­skich, w nie­któ­rych przy­pad­kach po­wrót na uczel­nię oka­zał się już nie­moż­li­wy. Na­wet na prze­czy­ta­nie książ­ki, i to by­naj­mniej nie na­uko­wej, nie star­cza­ło im cza­su, a co do­pie­ro mó­wić o wyj­ściu do kina lub do te­atru; zresz­tą na po­dob­ne przy­jem­no­ści bra­ko­wa­ło nie tyl­ko cza­su, ale i pie­nię­dzy. Wiel­ka, jak by się wy­da­wa­ło wcze­śniej, mi­łość nie­kie­dy nie wy­trzy­my­wa­ła zde­rze­nia z rze­czy­wi­sto­ścią. W nie­któ­rych przy­pad­kach nie­wie­le bra­ko­wa­ło, by do­szło do roz­wo­du, a nie do­szło do nie­go wy­łącz­nie dla­te­go, że roz­pad mał­żeń­stwa spo­wo­do­wał­by wię­cej per­tur­ba­cji ro­dzin­nych i kło­po­tów ma­te­rial­nych niż kon­ty­nu­owa­nie związ­ku.

Łu­kasz, star­szy od Igi o kil­ka lat, tak­że oże­nił się, gdy jesz­cze stu­dio­wał. Iwo­na, jego ko­le­żan­ka z roku, a za­ra­zem wiel­ka mi­łość, spo­dzie­wa­ła się dziec­ka – pod tym wzglę­dem ich do­świad­cze­nia były toż­sa­me z do­świad­cze­nia­mi wie­lu in­nych mło­dych lu­dzi. Za­miesz­ka­li z jej ro­dzi­ca­mi w trzy­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu na war­szaw­skim Be­mo­wie. Ich obec­nie trzy­let­ni sy­nek Mi­cha­łek oka­zał się uro­czym brzdą­cem, oczkiem w gło­wie ca­łej ro­dzi­ny. Za pięć mie­się­cy mia­ło przyjść na świat ko­lej­ne dziec­ko. Łu­kasz, mło­dy ar­chi­tekt, nie za­ra­biał naj­go­rzej, nie­mniej o wła­snym miesz­ka­niu mo­gli z Iwo­ną tyl­ko po­ma­rzyć. Jego ro­dzi­ce pro­po­no­wa­li mło­dym za­miesz­ka­nie z nimi w Jast­ko­wie – dom był na tyle ob­szer­ny, że mo­gły się tam zmie­ścić dwie ro­dzi­ny (a tak­że dzia­dek Je­re­mi), ale pro­ble­mem by­ły­by co­dzien­ne, dość uciąż­li­we i po­chła­nia­ją­ce spo­ro cza­su do­jaz­dy do pra­cy w sto­li­cy. Poza tym Łu­kasz nie chciał wra­cać na wieś. Za­rów­no on, jak i jego brat Pa­weł za­wsze ma­rzy­li, by wy­rwać się do wiel­kie­go mia­sta. I obaj do­pię­li celu – by­naj­mniej nie po to, by się wy­co­fy­wać. Co in­ne­go wpaść do ro­dzi­ców z wi­zy­tą, choć­by i kil­ku­dnio­wą, a co in­ne­go po­now­nie na sta­łe za­miesz­kać wśród pól i la­sów, z da­le­ka od kina i te­atrów, i wszel­kiej in­fra­struk­tu­ry, jaką za­pew­nia mia­sto. W do­dat­ku spo­ty­ka­jąc każ­de­go dnia, a na­wet o tej sa­mej sta­łej po­rze, tych sa­mych lu­dzi, któ­rych się zna­ło od dziec­ka.

W Jast­ko­wie wszy­scy wszyst­ko o so­bie wie­dzie­li. War­sza­wa czy też, jak w przy­pad­ku Paw­ła, Po­znań – za­pew­nia­ły ano­ni­mo­wość, któ­ra dużo bar­dziej im od­po­wia­da­ła; pod tym wzglę­dem róż­ni­li się od wła­snych ro­dzi­ców i dziad­ka. Szczę­śli­wie każ­dy z nich żył w uda­nym mał­żeń­stwie. W ich aku­rat przy­pad­ku trud­ne wa­run­ki, z ja­ki­mi bo­ry­ka­ła się więk­szość mło­dych ro­dzin, nie rzu­to­wa­ły na wza­jem­ne, peł­ne mi­ło­ści re­la­cje. Co nie zmie­nia­ło fak­tu, że obaj ma­rzy­li o lep­szym ży­ciu, zwłasz­cza Łu­kasz, we­dług któ­re­go moż­na było to zre­ali­zo­wać je­dy­nie na Za­cho­dzie, o czym wspo­mi­nał, gdy tyl­ko roz­mo­wa scho­dzi­ła na ten te­mat. Resz­ta ro­dzi­ny przyj­mo­wa­ła jego sło­wa z przy­mru­że­niem oka – wia­do­mo było bo­wiem, że na ga­da­niu się skoń­czy – nie­kie­dy z iry­ta­cją, co mia­ło miej­sce naj­czę­ściej w przy­pad­ku dziad­ka.

Zda­niem star­sze­go pana po­glą­dy wnu­ka do­wo­dzi­ły, że mło­dym obec­nie się do resz­ty we łbach po­przew­ra­ca­ło. Do żad­nej od­po­wie­dzial­no­ści się nie po­czu­wa­ją. Ani za ro­dzi­nę, ani za wła­sny kraj. W do­dat­ku są przy tym tak na­iw­ni i wy­ka­zu­ją taką igno­ran­cję w te­ma­cie owe­go Za­cho­du, że aż strach. Iga w głę­bi du­cha przy­zna­wa­ła mu ra­cję. Jed­no­cze­śnie nie mia­ła ocho­ty na po­now­ne wał­ko­wa­nie tej kwe­stii z ku­zy­nem, rów­nie do­brze mo­gła­by prze­ma­wiać do so­sny w le­sie. Nie przy­po­mnia­ła mu na­wet, że jego wła­sna żona tak­że by­naj­mniej nie ma­rzy­ła o opusz­cze­niu kra­ju i ro­dzi­ny. Z pew­no­ścią pa­mię­tał – nie wy­obra­ża­ła so­bie, by mo­gło być ina­czej – sło­wa Iwo­ny, że z dwój­ką ma­łych dzie­ci za nic nie prze­nio­sła­by się do in­ne­go kra­ju, mię­dzy ob­cych lu­dzi. Na­wet naj­lep­sze wa­run­ki ma­te­rial­ne (przy za­ło­że­niu, że ta­ko­we w ogó­le sta­ły­by się ich udzia­łem) nie za­stą­pi­ły­by im tego, co daje wspar­cie krew­nych i wie­lo­let­nich przy­ja­ciół. Bez wąt­pie­nia to za­pa­mię­tał, bo nie­śmia­ła na ogół Iwo­na rzad­ko kie­dy wy­po­wia­da­ła się tak sta­now­czo, jak wte­dy. A bez niej i bez dzie­ci Łu­kasz prze­cież by nie wy­je­chał, na­wet gdy­by tra­fi­ła mu się taka oka­zja.

Iga po­pa­trzy­ła na nie­go ze smut­kiem. Nie mo­gła oprzeć się nie­we­so­łej re­flek­sji, że cza­sy, gdy obo­je jako dzie­ci spę­dza­li bez­tro­skie wa­ka­cje w le­śni­czów­ce dziad­ka, na­le­ża­ły do bar­dzo od­le­głej prze­szło­ści. Jak­by mia­ły miej­sce przed wie­ka­mi.

– Nie na­ma­wiaj mnie, abym zo­sta­ła na Za­cho­dzie – rze­kła z po­wa­gą. – Po pro­stu nie mów­my już o tym, do­brze?

Wzru­szył ra­mio­na­mi, ale nic nie od­po­wie­dział.

Rozdział 4

Tak jak za­nu­dza­łam kie­dyś mat­kę, by raz za ra­zem opo­wia­da­ła mi o tym, jak po nie­mal dwu­dzie­stu la­tach spo­tka­ła przy­pad­kiem mo­je­go ojca, tak jako dziec­ko nie­jed­no­krot­nie py­ta­łam i jego, dla­cze­go w ogó­le zde­cy­do­wał się wró­cić do kra­ju. Wy­tłu­ma­czył mi wte­dy, że po pro­stu tę­sk­nił za oj­czy­zną. Woj­na – jak mó­wił – wy­rzu­ci­ła go z Pol­ski. Czy też do­kład­niej rzecz uj­mu­jąc, unie­moż­li­wi­ła mu po­wrót – od czerw­ca trzy­dzie­ste­go dzie­wią­te­go roku prze­by­wał z oj­cem, ma­co­chą i młod­szym przy­rod­nim bra­tem za gra­ni­cą, we Fran­cji.

Mój dzia­dek dzię­ki róż­nym ko­li­ga­cjom i ukła­dom ko­le­żeń­sko-to­wa­rzy­skim do­stał tam po­sa­dę urzęd­ni­ka w pol­skim kon­su­la­cie w Pa­ry­żu. Jego młod­szy syn To­masz do­pie­ro co ukoń­czył gim­na­zjum i zdał małą ma­tu­rę. Star­szy, An­drzej, stu­dio­wał już na wy­dzia­le me­dycz­nym. Po­nie­waż bar­dziej niż do in­ten­syw­nej na­uki przy­kła­dał się do ży­cia to­wa­rzy­skie­go, w re­zul­ta­cie ob­ciął się na dwóch eg­za­mi­nach. Dzia­dek uznał wów­czas, że nie zo­sta­wi go w War­sza­wie pod okiem swo­jej sio­stry, któ­ra z pew­no­ścią nie da­ła­by rady okieł­znać ta­kie­go ga­gat­ka, i po­sta­no­wił za­brać go z resz­tą ro­dzi­ny do Fran­cji. Z cze­go mój oj­ciec był, przy­naj­mniej po­cząt­ko­wo, bar­dzo nie­za­do­wo­lo­ny. Dzia­dek nie uwie­rzył w jego za­pew­nie­nia, że tym ra­zem weź­mie się so­lid­nie do na­uki, nie przy­nie­sie mu wsty­du i ge­ne­ral­nie rzecz uj­mu­jąc, bę­dzie się już spra­wo­wał bez za­rzu­tu. Tak więc na kil­ka mie­się­cy przed wy­bu­chem woj­ny wszy­scy zna­leź­li się w Pa­ry­żu.

Z pe­spek­ty­wy cza­su oj­ciec był go­tów zro­zu­mieć swo­je­go tatę. „Na jego miej­scu też bym nie za­ufał ta­kie­mu an­cy­mo­no­wi, ja­kim wów­czas by­łem” – przy­znał. Lecz wte­dy, jako mło­dy chło­pak, czuł przede wszyst­kim złość, bun­to­wał się i oka­zy­wał wszyst­kim swe nie­za­do­wo­le­nie – od lat bo­wiem ma­rzył, by wresz­cie od­se­pa­ro­wać się od ro­dzi­ny, i po­now­nie nic z tego nie wy­szło.

Był ra­czej skry­tym i za­mknię­tym w so­bie czło­wie­kiem. Nie lu­bił o so­bie opo­wia­dać, zwie­rzać się ani tym bar­dziej snuć oso­bi­stych wspo­mnień. Jak sam kie­dyś stwier­dził, ta­kie nu­rza­nie się w prze­szło­ści, roz­pa­mię­ty­wa­nie nie ma na ogół sen­su i od­bie­ra czło­wie­ko­wi ener­gię, by za­jąć się swo­ją przy­szło­ścią – mimo to dzię­ki mo­jej de­ter­mi­na­cji uda­ło mi się to i owo z nie­go wy­do­być. Przy­znał więc, że fak­tycz­nie nie prze­pa­dał za swo­ją ma­co­chą, choć z punk­tu wi­dze­nia ze­wnętrz­ne­go ob­ser­wa­to­ra trud­no by­ło­by jej co­kol­wiek za­rzu­cić.

Mia­ła nie­na­gan­ne ma­nie­ry, po­tra­fi­ła utrzy­mać w ry­zach służ­bę, dzię­ki cze­mu dom lśnił czy­sto­ścią. Obiad za­wsze po­da­wa­no na czas, a go­ście po­zo­sta­wa­li pod wra­że­niem wy­da­wa­nych przez nią przy­jęć. Dba­ła przy tym o od­po­wied­ni, jak pod­kre­śla­ła, do­bór to­wa­rzy­stwa. Za­nim jesz­cze po­ślu­bi­ła mo­je­go dziad­ka, już była do­brze usto­sun­ko­wa­na, ob­ra­ca­ła się w krę­gach lu­dzi wpły­wo­wych i za­moż­nych, co bez wąt­pie­nia nie po­zo­sta­wa­ło bez wpły­wu na ka­rie­rę za­wo­do­wą jej męża. Dba­ła tak­że o dzie­ci, i to – jak za­uwa­ża­li z uzna­niem bliż­si i dal­si zna­jo­mi – nie tyl­ko o swo­je­go syna, lecz tak­że o pa­sier­ba. Wszyst­kie te kosz­mar­ne opo­wie­ści o nie­go­dzi­wych i okrut­nych ma­co­chach, któ­re drę­czy­ły pa­sier­bów, jej z pew­no­ścią nie do­ty­czy­ły. Wręcz prze­ciw­nie, wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że oby­dwu chłop­ców trak­to­wa­ła tak samo, do­pil­no­wa­ła, by do­sta­li się do do­brych szkół, roz­wi­ja­li swo­je ta­len­ty (da­jąc przy tym nie raz do zro­zu­mie­nia, że le­piej roz­po­zna­je ich za­in­te­re­so­wa­nia i uzdol­nie­nia niż kto­kol­wiek inny, włącz­nie z nimi sa­my­mi), upar­ła się, by na­uczy­li się grać na for­te­pia­nie i jeź­dzi­li kon­no.

„Jako sy­no­wie urzęd­ni­ka pra­cu­ją­ce­go w dy­plo­ma­cji mu­si­cie na­być wszyst­kie przy­dat­ne w do­brym to­wa­rzy­stwie umie­jęt­no­ści, by umieć za­cho­wać się w sa­lo­nach wy­so­ko po­sta­wio­nych lu­dzi, za­rów­no w kra­ju, jak i za gra­ni­cą” – pe­ro­ro­wa­ła.

Sama od­zwier­cie­dla­ła wszyst­kie te ce­chy, ja­kie przy­naj­mniej jej zda­niem win­ny zna­mio­no­wać żonę dy­plo­ma­ty. Na swój spo­sób była bez wąt­pie­nia wy­jąt­ko­wo bły­sko­tli­wa, a do tego bar­dzo kon­se­kwent­na w do­cho­dze­niu do celu. Ener­gicz­na, peł­na ży­cia, ele­ganc­ka, o nie­na­gan­nych ma­nie­rach wiel­kiej damy, wszę­dzie przy­cią­ga­ła spoj­rze­nia i zwra­ca­ła na sie­bie więk­szą uwa­gę niż nie­jed­na znacz­nie od niej ład­niej­sza ko­bie­ta.

Jej syn, To­mek, bez szem­ra­nia pod­po­rząd­ko­wał się wszyst­kim za­le­ce­niom mat­ki, sta­ra­jąc się spro­stać wy­ma­ga­niom. Pa­sierb czy­nił to jed­nak z ocią­ga­niem, a po zda­niu ma­tu­ry za­czął cho­dzić swo­imi dro­ga­mi, igno­ru­jąc uwa­gi i pre­ten­sje ma­co­chy.

Już jako dziec­ko zdał so­bie spra­wę, że jej nie lubi, że draż­ni­ła go w naj­wyż­szym stop­niu. Nie pa­mię­tał wła­snej mat­ki, a nikt, na­wet oj­ciec, mu o niej nie opo­wia­dał, mimo to stwo­rzył so­bie w wy­obraź­ni jej ob­raz. Do­brej, czu­łej, ko­cha­ją­cej – ta­kiej, jaką we­dług nie­go po­win­na być mat­ka. I ja­kie mie­li nie­któ­rzy ze szkol­nych ko­le­gów, choć aku­rat nie ci, któ­rzy mo­gli spro­stać wy­so­kim wy­ma­ga­niom spo­łecz­nym i to­wa­rzy­skim jego ma­co­chy. Na­uczył się igno­ro­wać jej na­ka­zy, za­ka­zy i po­le­ce­nia, w re­zul­ta­cie do­bie­rał so­bie ta­kich przy­ja­ciół, jacy nie byli mile wi­dzia­ni w domu Bo­guc­kich na Wierz­bo­wej.