Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
34 osoby interesują się tą książką
Niektóre historie zostawiają ślady, jakich nie potrafi zatrzeć nawet czas
Druga połowa lat pięćdziesiątych XX wieku. Po dwudziestu latach emigracji doktor Andrzej Bogucki wraca do Polski. Na ten krok decyduje się dopiero po październikowej odwilży, gdy w kraju dobiega końca okres stalinowsko-bierutowskiego terroru.
Po przyjeździe do Warszawy podejmuje pracę w szpitalu i spotyka Olgę – dawną znajomą. Ich relacja szybko przeradza się w coś więcej. Wkrótce się pobierają, a na świat przychodzi ich córka, Iga. Wszystko wskazuje na to, że Andrzej wreszcie odnalazł upragnioną równowagę.
Jednak przeszłość nie ma zamiaru odejść w zapomnienie.
Po latach Iga, doktorantka Instytutu Historii Uniwersytetu Warszawskiego, wyjeżdża na stypendium do Leuven. Tam poznaje swoją kuzynkę – córkę przyrodniego brata Andrzeja, z którym ten przed laty zerwał wszelkie kontakty.
To spotkanie uruchamia lawinę pytań. Iga stopniowo zaczyna odkrywać historię, o której w jej domu nigdy się nie mówiło. W ten sposób dociera do dramatu sprzed lat, jaki na zawsze odmienił losy całej rodziny…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 568
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Gdy usłyszała swoje imię, potrzebowała dobrych kilkunastu sekund, by dotarło do niej, że to naprawdę jego głos. I kolejnych kilku, by odwróciła głowę i spojrzała w kierunku bramy. Tam właśnie stał; słabe światło ulicznej latarni padało wprost na niego. Uchylił kapelusza i uśmiechnął się nieznacznie – zarówno ten uśmiech, jak i gest rozpoznałaby zawsze i wszędzie – po czym zrobił dwa kroki w jej kierunku.
– Dzień dobry – usłyszała.
Miała wrażenie, że słowa odbiły się echem od ścian i bruku ponurego podwórza. I może właśnie to echo, mrok i ponure otoczenie sprawiły, że w pierwszej chwili gotowa była uznać, że doznała jakiejś iluzji. Podobnej do snu, jednego z tych, jakie czasem ją jeszcze nawiedzały, choć już dużo rzadziej niż kilkanaście lat temu.
A może zobaczyła… zjawę? Niegdyś śmiałaby się z takich przypuszczeń, ale od dawna tego nie robiła. Ostatnie dwadzieścia lat sprawiło, że i pod tym względem się zmieniła. Cały świat się przecież zmienił. To, co kiedyś uważała za rzecz nie do pomyślenia, za bujdy, za kompletne bzdury – teraz już się takim nie wydawało. Zdążyła się przekonać, a przynajmniej zrozumieć, że wszystko jest możliwe.
– Andrzej… – Tyle zdążyła wyszeptać, zanim głos odmówił posłuszeństwa. Poruszyła ustami, ale w gardle czuła tylko nieznośny ucisk.
On czekał bez słowa, nie zrobił kolejnego kroku. Ale też nie zastygł, nie znieruchomiał. Przyszło jej do głowy, że może chciał, by otrząsnęła się z zaskoczenia. Zaraz odsunęła tę myśl jako zupełnie niedorzeczną. Może po prostu jest zmęczony – uznała. Tak jak ona, a niewykluczone, że nawet bardziej. W każdym razie sprawiał takie wrażenie.
– Wróciłeś? – spytała z niedowierzaniem, mimo wszystko wciąż jeszcze niepewna, czy to, co widzi i słyszy, nie jest tylko wytworem jej wyobraźni. Snem, z którego zaraz się obudzi.
– Na to wychodzi.
– Na stałe? – Z trudem wydobywała słowa z zaciśniętej krtani.
– Tak.
– Od jak dawna jesteś w kraju?
– Od kilku miesięcy. – Ponownie się uśmiechnął. – Co za przypadek. Akurat wychodziłem z Kameralnej, patrzę i kogo widzę? Ola Janicka we własnej osobie. W pierwszej chwili nie wierzyłem własnym oczom.
– Mieszkam tutaj. – Wskazała na kamienicę, gdy jako tako się uspokoiła. – Właśnie wracam z pracy…
Gdybym przyszła tu parę minut później albo on dłużej został w Kameralnej, znowu byśmy się rozminęli – pomyślała nagle i to spostrzeżenie sprawiło, że zadrżała. I jak tu nie wierzyć w zrządzenie losu, w cuda, w przeznaczenie! Jednocześnie poczuła, że się rumieni, i zacisnęła palce na torebce. Na litość boską, powinna nad sobą panować. Nie była już podlotkiem. Lata pierwszej młodości miała dawno za sobą. Nie powinna też sobie Bóg wie czego wyobrażać. To, co ona gotowa była uznać za cud, on prawdopodobnie odbierał zupełnie inaczej. A nawet na pewno odbierał zupełnie inaczej. Nie wolno jej zapominać, że przecież nigdy nie był nią jakoś szczególnie zainteresowany. Wprawdzie wrócił po latach do kraju, lecz… co z tego? Był tu, jak sam wyznał, od miesięcy i przez ten czas wcale jej nie szukał. Najpewniej w ogóle o niej nawet nie pomyślał. Gdyby więc wyszedł z Kameralnej kilka minut później albo ona przechodziłaby tędy wcześniej, po prostu by się minęli… i nic by się nie stało. W gruncie rzeczy zawsze się przecież mijali. Nic nie mogła poradzić na to, że nie potrafiła i nie chciała tak chłodno kalkulować. Na pewno nie w tym momencie, gdy zobaczyła go po blisko dwudziestu latach.
– Jak mnie rozpoznałeś? – Coś chwyciło ją za gardło. Łzy. Jeszcze tego brakowało. – Przecież minęło tyle czasu…
– Wcale się nie zmieniłaś. – Przyglądał jej się życzliwie, a nawet z zainteresowaniem, co sprawiło, że i ona wreszcie dała radę odwzajemnić jego uśmiech. Choć jeszcze bardzo nieśmiało i niepewnie.
– Kłamca… – Miała nadzieję, że zabrzmiało to żartobliwie. Tyle że nigdy nie potrafiła żartować i tak jak zawsze wypadło to sztucznie.
– Z nas dwojga tylko ja się zestarzałem – stwierdził, ale takim tonem, jakby nie miało to dla niego znaczenia.
W pierwszej chwili chciała zaprzeczyć, lecz uznała, że cokolwiek by teraz powiedziała, zabrzmiałoby infantylnie. Poza tym… w głębi ducha musiała przyznać, że chociaż rozpoznała go bez trudu, to widać po nim było upływ czasu. Choć akurat w jego przypadku upływ ten okazał się jak najbardziej łaskawy. Uroczego, pełnego życia, kipiącego energią chłopaka, jakim był kiedyś, zastąpił teraz dojrzały, przystojny mężczyzna, bardzo wyważony w gestach i słowach. Do tego, jak już zauważyła wcześniej, najwyraźniej znużony. I chyba też… trochę smutny. Nawet więcej niż trochę. Dopiero gdy bliżej mu się przyjrzała, spostrzegła, że jego uśmiech bynajmniej nie sięgał oczu. A może to przejaw melancholii? Wzruszenia? Od ich ostatniego spotkania minęło dwadzieścia lat. Dwadzieścia lat naznaczonych grozą, cierpieniem, trudnymi doświadczeniami. Takimi, które na wszystkich zostawiły jakieś ślady.
– Co u ciebie słychać, Olga? Jak sobie radzisz? Ułożyłaś sobie jakoś życie?
Te pytania natychmiast sprowadziły ją na ziemię, w pewnym sensie otrzeźwiły. Fakt, że Andrzej najwyraźniej ucieszył się z ich niespodziewanego spotkania, nie oznaczał, że zmienił swój stosunek do niej. Po raz kolejny upomniała siebie samą, że nie powinna wpadać w euforię ani snuć jakichś romantycznych mrzonek. Ani tym bardziej wmawiać sobie nie wiadomo czego. Nie miała już kilkunastu lat, jak wtedy, w przeszłości. Pod żadnym pozorem nie wolno jej o tym zapominać, bo w przeciwnym razie zrobi z siebie jeszcze większą idiotkę niż przed laty.
– Nie narzekam, jakoś sobie radzę – odparła wymijająco. Zerknęła przez ramię na okna kamienicy. Na pierwszy rzut oka nikogo w nich nie dostrzegła, ale to mogło być mylne wrażenie. – Przykro mi, ale muszę już iść. Spieszę się, mam dziś jeszcze sporo do zrobienia.
Ledwo to powiedziała, a już pożałowała. Bo po pierwsze, czy nie zabrzmiało zbyt chłodno, a przez to trochę nieprzyjemnie? A po drugie, mijała się z prawdą. Nigdzie się nie spieszyła, czekało ją długie, puste popołudnie i taki sam długi, pusty wieczór.
– Oczywiście. Nie chcę zabierać ci więcej czasu. Bądź zdrowa. – Skinął głową. Nikły uśmiech na jego twarzy zgasł, jak za zdmuchnięciem świecy, przez co znużenie i smutek jeszcze bardziej rzucały się w oczy. Założył kapelusz i powoli odwrócił się w kierunku bramy.
Patrzyła, jak odchodził, i wiedziała, że tym razem już nieodwołanie. Więcej z pewnością tu nie przyjdzie. I nie będzie jej nigdzie indziej szukał.
I dobrze – pomyślała. Powinna być twarda. Dumna. Konsekwentna.
Tyle że duma, a tym bardziej konsekwencja, to raczej gorzkie towarzyszki życia. Nie dawały pocieszenia, skazywały na samotność. W każdym razie w jej przypadku tak było. Czy naprawdę tego właśnie chciała? A jeśli to dzisiejsze niespodziewane spotkanie nie było przypadkiem, lecz cudownym zrządzeniem losu? Darem, ostatnią szansą? Szansą, od której się właśnie odwróciła i która już się nie powtórzy?
– Zaczekaj – przemówiła na tyle głośno, by ją usłyszał, a zarazem na tyle spokojnie, by jej głos nie zwabił sąsiadów do okien. A kiedy się zatrzymał, po krótkiej chwili wahania podeszła do niego. – Naprawdę cieszę się, że cię widzę. Nie spodziewałam się, ale… – Szukała kolejnych słów, lecz żadne nie przychodziły jej do głowy.
– Może spotkamy się i porozmawiamy? – zaproponował łagodnie. – Tak, wiem, mówiłaś, że jesteś dziś zajęta. Ale może innego dnia?
– Bardzo chętnie.
Uspokój się, nie daj po sobie poznać, że tak ci zależy – upominała samą siebie, ale nadaremnie.
– Kiedy mógłbym przyjść?
To pytanie ją otrzeźwiło, dokładnie tak, jak tamto kilka minut wcześniej.
– Nie mieszkam teraz sama – rzekła cicho. Przekornie nie dodała nic więcej, ciekawa była, jak Andrzej zareaguje na te słowa. Nie dał niczego po sobie poznać.
A czego się spodziewałaś? – zakpiła sama z siebie w duchu.
On skinął za to głową i uśmiechnął się.
– A zatem gdzieś się przejdziemy. Powiedz tylko, gdzie i kiedy moglibyśmy się spotkać.
Choćby i zaraz – chciała od razu odpowiedzieć. Opamiętała się dosłownie w ostatniej sekundzie. Faktycznie, dopiero co napomknęła mu, w dodatku raczej nieprzyjaznym tonem, że spieszy się i jest bardzo zajęta. Wobec tego nie mogła robić z siebie idiotki i zmieniać zdania. Powinna być konsekwentna, przynajmniej do pewnego stopnia. Inaczej Andrzej pomyśli, że tak jak w przeszłości, tak i teraz jest gotowa na każde jego skinienie, że przystanie na każdy z jego warunków, ze swojej strony nie stawiając ani jednego. Na to nie mogła pozwolić, w przeciwnym razie, tak jak kiedyś, nie będzie się z nią liczył. Nie będzie jej szanował.
Duma, szacunek, funta kłaków to warte – zżymała się w duchu. Mimo to wzięła się w garść i mając nadzieję, że maska nadająca twarzy wyraz spokoju i raczej chłodnej, zdystansowanej życzliwości dobrze na niej leży, zaproponowała spotkanie w czwartek, pojutrze, o siedemnastej.
– A zatem do czwartku. – Skinął przyjaźnie głową. A potem, ni z tego, ni z owego, na odchodnym dorzucił: – Do zobaczenia.
– Do zobaczenia – odparła i odprowadziła go wzrokiem, aż zniknął za bramą.
W oknach mieszkania, które dzieliła z kuzynką, paliło się światło – znak, że była w domu. Dziś pracowała na nocną zmianę, przeważnie ich dyżury nie pokrywały się ze sobą, co odpowiadało tak jednej, jak i drugiej. Olga co najwyżej żałowała, że współlokatorka wyjdzie z domu dopiero za dwie godziny, jej dyżur zaczynał się o dziewiątej wieczorem. A tak marzyła, by posiedzieć teraz trochę samej, uporządkować myśli. Uspokoić emocje. Zastanowić się, co dalej. W obecności Barbary było to bardzo utrudnione. A może dziś kuzynka da jej spokój, nie będzie stać jej nad głową, zadawać pytań lub dla odmiany – prawić swoich zwykłych farmazonów?
Zaledwie weszła do kuchni i włączyła gaz pod czajnikiem, Baśka niemal natychmiast pojawiła się w progu, jakby wyrosła spod podłogi. Miała na sobie nieco już znoszoną podomkę i wałki na włosach, w dłoni zaś nieodłącznego papierosa. Po jej twarzy błąkał się irytujący uśmieszek.
– Kto to był? Z kim rozmawiałaś na podwórzu? – spytała.
– Skąd wiesz, że z kimś rozmawiałam? – Wzruszyła ramionami.
– Och, daj spokój. Akurat wyglądałam przez okno i was zobaczyłam.
Oczywiście. Jakżeby inaczej! – Olga przewróciła oczami. Rozmawiając z Andrzejem, nie zauważyła wprawdzie nikogo ani w żadnym oknie, ani na podwórzu, ale to nie musiało jeszcze oznaczać, że nikt ich nie obserwował. Przez chwilę zastanawiała się, czy po prostu nie zignorować pytania kuzynki. Albo odpowiedzieć coś niezobowiązującego, na przykład, że to jakiś nieznajomy pytał o drogę. Tak byłoby najprościej, zamiast tego zupełnie spontanicznie zdecydowała się powiedzieć prawdę. Choć na razie bez wchodzenia w szczegóły.
– To stary znajomy.
– Stary znajomy? – podchwyciła. Bez wątpienia była zaintrygowana. Zaciągnęła się papierosem. – Jak stary?
– Sprzed wojny.
– No co ty… I tak krótko z nim gadałaś? Nie zaprosiłaś go do domu? Gdzie twoje maniery? Co by na to powiedziała babka Hortensja? – zadrwiła kuzynka.
– Babka z pewnością by mi zmyła głowę. – Uśmiechnęła się pod nosem. Zawsze była ulubienicą babki; Barbara na pewno o tym pamiętała.
– Nie powiesz mi, kto to był? Chyba nigdy wcześniej go nie widziałam.
Właściwie, czemu jej nie powiedzieć? Czy to ma jeszcze jakieś znaczenie? – zastanawiała się Janicka.
– Chyba nie. Niewykluczone, że nawet o nim nie słyszałaś.
Woda się zagotowała, Olga ujęła czajnik i zalała wrzątkiem esencję.
– Dajesz mi do zrozumienia, że miałaś przed wojną tajemniczego adoratora? – Barbara mrugnęła do niej. – A to coś rzeczywiście niebywałego. – Zaśmiała się. – Wybacz, ale… byłaś taką cichą myszką. Taką grzeczną dziewczynką; matka wciąż dawała mi ciebie za przykład. Ktoś w ogóle wiedział o jego istnieniu? Zakładam, że nie, bo w przeciwnym razie, znając naszą rodzinę i znajomych, wieści szybko by się rozniosły… – urwała nagle i uważniej przyjrzała się kuzynce. – Zerwaliście ze sobą i odnalazł cię po latach? Nie podejrzewałam cię o takie romantyczne przygody.
Olga zamieszała herbatę, upiła i skrzywiła się od wrzątku.
– Nic z tych rzeczy – odparła sucho. – To tylko znajomy, więc nie wyobrażaj sobie Bóg wie czego. Czasem zamieniliśmy parę słów. To wszystko. – Zdawała sobie sprawę, jak mało wiarygodnie, może nawet absurdalnie zabrzmiały te słowa, ale to jedyne wyjaśnienie, na jakie miała ochotę się teraz zdobyć.
Barbara nie spuszczała z niej wzroku. Zawsze taka była, jak już się uparła, to nie odpuszczała. I lubiła dużo wiedzieć o każdym, kogo znała. Rozgniótłszy niedopałek w popielniczce, wzruszyła ramionami. Wargi jej lekko zadrgały od najwyraźniej stłumionego śmiechu.
– Oczywiście. To nawet zrozumiałe, że dawny, zwykły znajomy postanowił odwiedzić cię po mniej więcej dwudziestu latach – zakpiła. – Jak on w ogóle trafił na twój ślad? A może napisałaś do niego?
– Nie – odparła zimno Olga.
– A zatem musiał zadać sobie sporo trudu… ten twój znajomy, z którym dawno temu jedynie od czasu do czasu zamieniłaś parę słów.
– Nie nudź. Jestem zmęczona.
– I rozkojarzona. Rozumiem, już mnie tu nie ma. Zostawiam cię samą z twoimi marzeniami, przydadzą się po godzinach użerania się z doktorem Rostkowskim i siostrą oddziałową.
Nie uwierzyła mi – skrzywiła się w duchu Olga. Patrząc na bezlistne jeszcze drzewo za oknem, mimowolnie westchnęła. Na miejscu kuzynki też by nie uwierzyła podobnym wyjaśnieniom. Niemniej… zasadniczo nie mijała się z prawdą, co najwyżej nieco ją uprościła.
Andrzej Bogucki faktycznie jej nie adorował, nigdy nie zabiegał o jej względy. Zarazem ich znajomość nie była tak powierzchowna, jak to przedstawiła kuzynce. Zamienili ze sobą znacznie więcej niż tylko kilka niewiele znaczących słów.
Moi rodzice pobrali się w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym dziewiątym roku, niecały rok po powrocie ojca do kraju. Nie byli już wówczas pierwszej młodości. Matka miała trzydzieści siedem lat, ojciec – trzy lata więcej. Znali się jeszcze przed wojną, lecz latem trzydziestego dziewiątego roku praktycznie stracili ze sobą kontakt. Fakt, że bez mała dwadzieścia lat później ponownie się na siebie natknęli, zakrawał niemal na cud, w każdym razie tak to zawsze przedstawiała matka. Jako dziecko, a nawet podrastająca dziewczyna, lubiłam słuchać tej historii; nie raz zamęczałam mamę, by mi ją po raz kolejny opowiedziała, a ponieważ nauczyłam się jej na pamięć, byłam wyczulona na najmniejsze nawet nieścisłości. Sprawiało mi to nie lada frajdę i w znacznej mierze rekompensowało pewien dyskomfort, jaki odczuwałam, gdy porównywałam rodziców z rodzicami koleżanek z klasy lub rówieśników z podwórka.
Zdobyli co prawda wyższe wykształcenie, a ich sposób bycia, wiedza, oczytanie, maniery i kultura osobista wyróżniały ich z grona naszych sąsiadów, ludzi raczej prostych i o niewyszukanym guście, lecz nie zmieniało to faktu, który miał dla mnie pierwszorzędne znaczenie – oboje byli starsi od większości matek i ojców moich koleżanek i nie podejmowali żadnych starań, by choćby sprawiać wrażenie młodszych, wręcz przeciwnie. Wyglądali nawet znaczniej poważniej niż większość ich rówieśników, co w dużej mierze było spowodowane ich sposobem bycia, ich zachowaniem, w opinii moich koleżanek i ich matek – zdecydowanie zbyt staroświeckim. Jakby oboje zatrzymali się w innej epoce. Tej epoce, którą unicestwiła wojna, tak jak unicestwiła ona wielu podobnych do nich ludzi. Musiałam dorosnąć, by uznać to za zaletę i być z nich dumna; jednak jako dziecko i nastolatka nie raz czułam się zażenowana z powodu owej powagi i „staroświecczyzny” najbliższych mi przecież ludzi.
Wtedy przede wszystkim marzyłam, aby moja matka wyglądała i zachowywała się tak, jak matki moich koleżanek. Aby przynajmniej od czasu do czasu zakładała kolorowe sukienki, choćby i pstrokate spódnice i bluzki. Aby robiła trwałą ondulację, tapirowała włosy, tuszowała rzęsy i malowała paznokcie na czerwono. Czyli tak jak robiły matki moich koleżanek, zarówno te młodsze, jak i nieco starsze – oczywiście wtedy, gdy uporawszy się z domową robotą, wychodziły do miasta, odprowadzały dzieci do szkoły lub przychodziły na wywiadówki. W porównaniu z nimi moja matka sprawiała wrażenie szarej i bezbarwnej. Czułam się z tym niekomfortowo, lecz gdy kiedyś próbowałam namówić ją na bardziej wyrazisty makijaż i kolorowe stroje, uśmiechnęła się lekko i popatrzyła na mnie z politowaniem.
– Mam nadzieję, że gdy przybędzie ci lat, gust ci się poprawi – odparła. I dalej zakładała prosto skrojone, klasyczne spódnice i żakiety, sukienki w pastelowych, nierzucających się w oczy kolorach, włosy zaczesywała gładko z czoła, a złoty łańcuszek, kolczyki i zegarek były jedynymi elementami biżuterii, na jakie sobie na co dzień pozwalała.
Doprowadzało mnie to do białej gorączki, ale byłam bezradna; w tej akurat sprawie nic nie mogłam zrobić.
– Jestem lekarzem, nie modelką – odpowiadała cierpliwie. Nie podnosiła głosu, nie strofowała mnie i dlatego czasem decydowałam się na ripostę.
– Ale nie jesteś jeszcze stara – zaprotestowałam kiedyś. Pamiętam, że miałam wówczas dwanaście czy może trzynaście lat. – Czy tylko modelki i aktorki mogą się stroić i podobać innym ludziom?
W odpowiedzi roześmiała się.
– Niby komu miałabym się podobać? Wystarczy mi, że podobam się twojemu ojcu – odpowiedziała. – A moi pacjenci nie potrzebują, bym pobrzękiwała nad nimi długimi kolczykami i straszyła wytapetowaną twarzą – to oznajmiając, dała mi do zrozumienia, bym przestała jej zawracać głowę marudzeniem i zamiast tracić czas na głupoty, zajęła się nauką.
– Mężczyźni tak naprawdę wcale nie szukają dla siebie pustogłowych ślicznotek. Uważają je za idiotki – stwierdziła z kolei, gdy miałam już piętnaście lat.
Nie powiedziała tego do mnie – nie prowadziłyśmy jeszcze wtedy „takich rozmów” – lecz do swojej bratowej. A ponieważ nie słyszałam jej wcześniejszych słów, nie miałam pojęcia i do dziś nie wiem, w jakim kontekście to mówiła. W każdym razie ciotka Ewa odniosła się sceptycznie do tej opinii.
– No, nie byłabym tego taka pewna – mruknęła. – Bo z moich obserwacji wynika co innego. To znaczy owszem, uważają je za idiotki. Ale i tak wolą pustogłową ślicznotkę z długimi nogami, która ma czym oddychać i na czym usiąść, niż mądrą sowę, z którą nie bardzo wiedzą, jak postępować. I w rezultacie nudzą się przy niej jak mopsy.
– Zależy jacy mężczyźni – odparła matka. – Na niektórych w ogóle nie warto zwracać uwagi. A już z pewnością żadnemu zanadto nie okazywać, że nam na nim zależy – rzekła tonem ucinającym dalszą dyskusję.
– Możesz mi wierzyć albo nie, ale ona naprawdę tak postępowała – oznajmiła mi po kilku latach inna z moich ciotek, Barbara, z którą matka w przeszłości przez pewien czas mieszkała. – Odkąd pamiętam, miała takie żelazne zasady, choć oczywiście to i owo mogło mi umknąć, bo poznałam ją bliżej dopiero kilka lat po wojnie, gdy obie lata pierwszej młodości miałyśmy już za sobą. Ale nawet tego dnia, gdy oznajmiła mi, że po dwudziestu latach niespodziewanie natknęła się na starego znajomego, zachowywała się tak, jakby nie miało to dla niej większego znaczenia. Możesz sobie wyobrazić moją zszokowaną gębę, gdy kilka tygodni później zaprosiła mnie na ślub. Właśnie z owym dawnym znajomym, z którym przed laty ponoć nie łączyła ich żadna bliższa zażyłość. W dodatku oznajmiła to tym swoim beznamiętnym, obojętnym tonem. Chryste Panie, pomyślałam sobie wtedy, czy ona w towarzystwie tego faceta też się tak zachowuje?! Musiała mu w takim razie nieźle zawrócić w głowie albo, wbrew temu, co twierdziła, łączyło ich przed laty coś więcej niż niewiele znacząca znajomość czy nawet szkolne koleżeństwo.
Podobnie jak moja matka różniła się od innych znanych mi kobiet, także i ojciec zwracał na siebie uwagę – tyle że w przeciwieństwie do niej, znakomicie się prezentował. Był nie tylko bardzo przystojny, ale także emanował witalnością, siłą, co w zestawieniu z „przedwojennymi”, a więc – w powszechnej opinii – staroświeckimi manierami w jego akurat przypadku działało jak najbardziej na korzyść. I sprawiało, że podobał się kobietom. Również dlatego, że był dla nich zagadką – z jednej strony introwertyk, często zamyślony, jakby nieobecny duchem, roztargniony niczym artysta, lecz gdy trzeba było, gdy wymagały tego okoliczności, wykazywał się imponującą siłą, zdecydowaniem i przedsiębiorczością. Widziałam, jak kobiety wodziły za nim wzrokiem, co nie raz mnie niepokoiło, a nawet złościło, na matce natomiast nie robiło żadnego wrażenia. Co najwyżej kpiła sobie z tego, jak reagowałam.
W dniu moich osiemnastych urodzin, uznawszy, że jako dorosła osoba mogę pozwolić sobie na wyrażenie na głos opinii, których nie ważyłam się wypowiedzieć wcześniej, zapytałam ją, czy nigdy nie bała się ewentualnych rywalek.
– Jakich rywalek? – spytała takim tonem, jakby naprawdę nie rozumiała, o co mi chodziło.
Mam na myśli kobiety, które są o niebo bardziej atrakcyjne od ciebie. A przynajmniej dbają o urodę – odcięłam się, lecz oczywiście tylko w myślach. Domyślałam się zresztą, że i tak zgadywała, o co mi chodziło. I śmiała się ze mnie w duchu. Naprawdę była pewna siebie i przekonana, że mąż nigdy jej nie zawiedzie, że jest wierny. W każdym razie nic w jej zachowaniu nie wskazywało, by w to wątpiła.
I faktycznie, nic nie przemawiało za tym, by się myliła.
Czy moi rodzice darzyli się miłością? Nigdy nie miałam wątpliwości, że byli sobie bardzo bliscy, choć – przynajmniej w obecności postronnych osób, a także i w mojej – powstrzymywali się od manifestowania uczuć. Pod tym względem nie przypominali bohaterów romansowych filmów i powieści. Z pewnością łączyło ich głębokie przywiązanie i wzajemne zrozumienie. W takiej też atmosferze się wychowałam i dorastałam, to zapewniało mi poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałam, że mam w nich oparcie, że w razie potrzeby przybędą z pomocą. Co nie znaczyło, że nasze wzajemne relacje zawsze były proste, idealne, bezkonfliktowe. Bo przecież gdy dorastałam, i gdy już dorosłam, stale z nimi walczyłam o niezależność; byli nadopiekuńczy, bali się o mnie, nie wierzyli, że dam sobie bez nich radę. Domyślałam się, że w dużej mierze było to podyktowane faktem, że zostali rodzicami w dojrzałym już wieku. Bo choć większość ludzi ulega podobnej pokusie, by kontrolować swoje podrastające i wręcz dorosłe już dzieci, moi byli pod tym względem szczególnie przewrażliwieni, zwłaszcza matka. Ojciec lepiej mnie rozumiał i gotów był dać mi trochę więcej swobody, poza tym znaczną część jego czasu pochłaniała praca w klinice. Matka natomiast długo nie potrafiła i chyba nie chciała przyjąć do wiadomości, że z biegiem lat przestawałam być jej małą córeczką, którą mogła się opiekować do woli; miłą, potulną dziewczynką, dla której była całym światem i punktem odniesienia. A nawet gdy w końcu godziła się z rzeczywistością, nie zamierzała tracić nade mną kontroli. Przekonana, że wciąż nie jestem gotowa, by dać sobie radę w życiu i właściwie rozpoznać wszystkie niebezpieczeństwa i zasadzki, które czyhają na dziewczynę, szczególnie dorastającą. Do tego miała dla mnie więcej czasu niż ojciec, bo po moim urodzeniu zrezygnowała z absorbującej pracy w szpitalu i zatrudniła się w „osiedlowej” przychodni zdrowia.
Gdy się buntowałam, słyszałam wciąż tę samą odpowiedź: Zrozumiesz, gdy będziesz miała własne dzieci. Długo nie mogłam zdobyć się na to, by jej oświadczyć, że ja zupełnie inaczej widziałam swoją przyszłość. Nie zamierzałam wychodzić za mąż i mieć dzieci. Nie chciałam jej tego mówić, bo znając jej poglądy na ten temat, wiedziałam, że by mnie nie zrozumiała. Nie miałam ochoty słuchać jej argumentów, które przecież nie były tajemnicą. Matka, pomimo że była wykształconą, wykonującą odpowiedzialny zawód kobietą, prawdopodobnie nie potraktowałaby poważnie takiej deklaracji. Pod tym względem nie różniła się od innych znanych mi kobiet, od naszych sąsiadek i matek moich koleżanek. Było dla niej oczywiste, że kobieta, choćby nawet i najlepszy fachowiec w pracy, z żadnego zadania nie wywiąże się tak dobrze, jak z bycia żoną i matką; że to jej właściwe powołanie i w niczym innym nie zrealizuje się tak dobrze. Nic innego nie da jej większego zadowolenia i satysfakcji. A fakt, że w jej przypadku nastąpiło to tak późno, zawsze tłumaczyła zawirowaniami związanymi z wojną.
Wszystko się wtedy poplątało, życie całej mojej rodziny stanęło na głowie – mawiała. Ja jednak czułam, że chodziło o coś więcej – przecież wojenne doświadczenia dotyczyły całego jej pokolenia, a mimo to ludzie zakładali rodziny nawet w tych koszmarnych czasach i warunkach. Może więc… czekała na powrót mojego ojca? Może ciotka Barbara miała rację, podejrzewając, że musiało ich łączyć przed wojną coś więcej niż zwykła znajomość. W każdym razie tak mogło być w przypadku mojej matki.
Domyślałam się niejasno, że w jej życiu musiały wydarzyć się sprawy, o których mi nie mówiła,o których nie opowiadała nikomu (może z wyjątkiem mojego ojca), a które sprawiały, że tak się o mnie lękała. Oczywiście nie była pod tym względem wyjątkiem – moje koleżanki narzekały, że w ich przypadku jest podobnie. Tyle że w przeciwieństwie do nich ja nie zachowywałam się ryzykownie, nie oszukiwałam, nie kręciłam, byłam wzorową uczennicą, po lekcjach wracałam do domu. I bynajmniej nie zawracałam sobie głowy chłopcami… ani oni mną. Za mną nikt się nie oglądał, jak podejrzewałam, nie tylko dlatego, że się o to nie starałam. Nawet gdybym dokładała wszelkich starań, by się podobać kolegom z klasy czy nieznajomym na ulicy, skutek byłby pewnie ten sam.
W miarę upływu czasu stawałam się coraz bardziej podobna do matki, nie do ojca. I tak jak ona uznałam, że niedostatki urody, wdzięku i seksapilu mogę zrekompensować tylko w jeden sposób: zdobywając solidną wiedzę i rozwijając się intelektualnie. A że lubiłam szkołę, nauka nie sprawiała mi żadnego problemu, zawsze miałam bardzo dobre stopnie i zdobywałam wszelkie nagrody i wyróżnienia.
W miarę też jak dorastałam, zaczynałam rozumieć moją matkę w kwestii gustu i strojów, naśladując ją pod tym względem początkowo zupełnie bezwiednie, potem coraz bardziej świadomie. Co – ku mojemu zaskoczeniu – nie do końca spotkało się z jej uznaniem.
– Nie przesadzaj, Igusiu, z tą ascezą – powiedziała kiedyś, na co ja natychmiast przypomniałam (nie bez pewnej nutki złośliwości) jej własne słowa wypowiedziane niegdyś w reakcji na moją uwagę à propos strojów i stylu bycia.
– Wspomniałaś, mamo, że masz nadzieję, że z czasem gust mi się poprawi. I tak też się stało. Życzeniu twemu stało się zadość – wytknęłam.
– Pamiętam, co mówiłam – odparła matka. – Zdania nie zmieniłam. To raczej ty masz tendencję do wpadania z jednej skrajności w drugą. Może to młodzieńcza przekora?
– Nie jestem przekorna – obruszyłam się, choć w duchu przyznawałam jej trochę racji.
– Po prostu w każdej sprawie wskazany jest umiar – oznajmiła, nie odnosząc się już do moich słów.
Umiar. Często się do niego odwoływała. I to pewnie sprawiło, że w stosunkach z innymi ludźmi, w tym z rówieśnikami, zachowywałam dystans. Zwłaszcza wobec chłopców, a potem mężczyzn. Dystans ten nie stanowił dla nich zachęty ani wyzwania, jak mogłoby to mieć miejsce w przypadku ładniejszej czy też bardziej interesującej dziewczyny. Nie postrzegali mnie w tych kategoriach i wcale im się nie dziwiłam. Na dobrą sprawę zwracali na mnie uwagę tylko wtedy, gdy potrzebowali przepisać pracę domową czy też wydębić ściągę na sprawdzianie. Czasem poprosili, bym wytłumaczyła jakieś zagadnienie z matmy, chemii lub z angielskiego, bywało, że i innych przedmiotów. I potem, już na studiach, gdy potrzebowali notatek z wykładu, na który nie przyszli z powodu kaca po wczorajszej imprezie. Gdy chcieli pożyczyć podręczniki, bo szkoda im było pieniędzy na ich zakup, albo kiedyw ogóle potrzebowali trochę grosza. Ja uchodziłam za pannę z dobrego domu, której niczego nie brakowało. Wiadomo, córka lekarzy. Lekarze nigdy nie byli biedni, cokolwiek by nie twierdzili. Dla kolegów byłam mądrą sową, niczym więcej.
Matka – bo ojciec w tych kwestiach raczej się nie wypowiadał – uważała, że mam wszelkie atuty, by zwracać na siebie uwagę. Choć nie zaszkodziłoby, gdybym bardziej o siebie zadbała. Zarazem powinnam uważać na zwykłych podrywaczy, którzy traktują dziewczynę jak zabawkę. Lub dla odmiany jako dobrą partię, co zapewni im wymierne korzyści; tacy nie zapewnią jednak szczęścia. Nie kochają, więc nie będą wierni.
Obudź się, mamo. Porzuć te złudzenia! – chciałam wtedy zawołać. – To tylko moi koledzy. Nikogo i niczego przede mną nie udają, jedynie pożyczają ode mnie zeszyty i książki. Żadnemu z nich nie przyszłoby nawet do głowy, żeby mnie zaprosić do kina, o teatrze nie wspominając. Nikt nie zaproponował mi choćby spaceru ani nie zaprosił na kawę. Żaden nie zamierza też wedrzeć się przebojem do naszej rodziny.
Powstrzymywałam się w ostatniej chwili w obawie przed kolejnym kazaniem.
Niezależnie od tego, że czasem dąsałam się na rodziców, bo nadmierna troska matki działała mi na nerwy, bardzo ich kochałam. Nawet wtedy, gdy się na nich złościłam i miałam pretensje, nie zapominałam, ile im zawdzięczam. Przede wszystkim spokojny dom i szczęśliwe dzieciństwo. W rodzinach moich koleżanek bywało z tym różnie – czasem to i owo mi opowiadały, a słuchając ich, tym bardziej doceniałam to, co sama miałam.
Moi rodzice nie kłócili się nigdy; nie słyszałam, by w jakiejkolwiek sprawie mieli odmienne zdanie. Co zresztą niekiedy bywało powodem żartów czy nawet kpin ze strony innych osób. W tym także dziadka Jeremiego, który uważał, że to nie do końca normalne. Że w takim związku brakuje jakiejś autentyczności, a nawet szczerości. No bo czy to możliwe, że w każdej, dokładnie w każdej sprawie mąż i żona mają takie samo zdanie? Czy nie oznacza to czasem, że jedno po prostu ślepo podąża za drugim albo obawia się wyrazić odmienną opinię w obawie przed konsekwencjami?
Dziadek i podzielająca jego zdanie ciotka Barbara (choć w innych sprawach już tak zgodni nie byli) wskazywali, że w małżeństwie moich rodziców tą słabszą stroną jest moja matka. I choć nie wyrazili wprost, na czym opierali to przekonanie, zgadywałam, co mieli na myśli. Była zdecydowanie mniej interesująca od ojca, ot zwykła szara myszka, której udało się złapać przystojnego i nietuzinkowego faceta, więc teraz zrobi wszystko, by mu nie podpaść i go do siebie nie zrazić. Ja wiedziałam swoje. Moi rodzice naprawdę w większości spraw mieli takie samo zdanie, a tych nielicznych, co do których mogli się różnić, po prostu nie wałkowali. A matka, wbrew temu, co twierdził jej ojciec i kuzynka, wcale nie potrzebowała zabiegać o jego uczucia. Zresztą, nawet gdyby nie byli tak zgodnym małżeństwem, z pewnością nie obawiałaby się wyrazić swojego zdania z obawy przed jego reakcją. Była silna, samodzielna i przez wiele lat, zanim wyszła za mąż, dobrze dawała sobie radę w życiu, więc w razie gdyby się rozstali, też by sobie poradziła. Myślę, że w gruncie rzeczy to właśnie ona była tą silniejszą stroną. To raczej ojciec był mniej odporny na ciosy i przeciwności losu. Jakkolwiek by te sprawy nie wyglądały, ja w przeciwieństwie do dziadka Jeremiego nigdy sobie nie żartowałam ze zgodnych, spokojnych relacji, jakie panowały między rodzicami. Byłam z nich bardzo zadowolona. Tym bardziej że i moje koleżanki – zwłaszcza te, których rodzice toczyli ze sobą regularne wojny, a domy niejednokrotnie bywały polem bitwy – nie ukrywały, że mi zazdroszczą.
Gdy byłam dzieckiem, nie lubiłam przebywać zbyt długo poza domem, z dala od matki i ojca. I praktycznie się wtedy z nimi nie rozstawałam. Nie wyjeżdżałam na kolonie i obozy ani nawet na szkolne wycieczki, jeśli miały trwać dłużej niż jeden dzień. Nikt też nie zmuszał mnie do tych wyjazdów, co spotykało się z dezaprobatą nie tylko ze strony nauczycieli, ale także reszty naszej rodziny. I znów zarówno dziadek Jeremi, jak i wuj Bogdan, brat mojej matki, i jego żona, ciotka Ewa, o kąśliwych uwagach ciotki Barbary już nawet nie wspominając, uważali, że w tej akurat kwestii rodzice nie powinni mi ustępować. Zwłaszcza dziadek Jeremi nie gryzł się w język. Wyrośnie z niej nieporadna życiowo, kompletnie niesamodzielna mami córeczka – mawiał. Wszyscy byli bezradni, bo decyzja należała wyłącznie do moich rodziców, a oni nie widzieli powodu, dla którego miałabym przeżywać stres związany z nawet krótkim rozstaniem.
– Wyrośnie z tego – twierdził ojciec. – Na pewno szybciej, niż gdyby była zmuszana do wyjazdów.
I czas pokazał, że miał rację. Bo faktycznie, w liceum zaczęłam przełamywać niechęć do kilkudniowych wycieczek szkolnych, a na studiach regularnie uczestniczyłam w spływach kajakowych i wyprawach w góry w towarzystwie kolegów i koleżanek. Co wywoływało z kolei stres u matki, która nie spała po nocach w obawie o moje bezpieczeństwo, nie do końca też wierzyła w mój rozsądek. A w jej przypadku trudno było żywić nadzieję, że z tego wyrośnie.
Nic zatem dziwnego, że wiadomość o przyznanym mi stypendium zagranicznym przyjęła nie tyle z mieszanymi uczuciami, co wręcz z przestrachem i nieukrywanym niezadowoleniem.
– Uważam, że to powód do dumy. Ja w każdym razie jestem dumny jak cholera – oświadczył bez pardonu, za to z jawnym wyzwaniem w głosie Jeremi Janicki.
Spojrzenie miał wyzywające i twarde, nawet więcej – prowokacyjne, co wystarczyło, by córka spuściła wzrok niczym skarcona dziewczynka. Lecz jej reakcja nie była dla nikogo zaskoczeniem; wszyscy już zdążyli przywyknąć, że tak właśnie się zachowywała w odpowiedzi na uwagi ojca. Zarówno gdy była jeszcze dzieckiem, jak i teraz, kiedy przekroczyła już sześćdziesiątkę. Dlatego starszy pan jedynie od niechcenia na nią zerknął; nikt z obecnych nie miał wątpliwości, że choć za nic by się do tego nie przyznał, tak naprawdę czekał tylko na reakcję zięcia. Nic zatem dziwnego, że obecni przy rozmowie syn i synowa ciekawie zerknęli na szwagra.
Andrzej Bogucki nie od razu odpowiedział; patrząc na niego, przez moment można było odnieść wrażenie, że bawiła go ta chwila oczekiwania na jego słowa.
– My także jesteśmy dumni – odparł.
– Nie widać tego po was. Przeciwnie, można pomyśleć, że odebraliście to niczym cios poniżej pasa – zauważył zgryźliwie staruszek.
– Dlaczego ojciec tak uważa? – Głos zięcia brzmiał chłodno, oficjalnie. Takim tonem zwracał się do swoich współpracowników i podwładnych, gdy chciał poznać ich zdanie w kwestii diagnozy.
Słowa te starszy pan potraktował niczym wyzwanie.
– Bo nie okazujecie żadnej radości. Macie miny jak na stypie. A nawet jak na pogrzebie.
Andrzej Bogucki jak zwykle nie dał się sprowokować, twarz mu nawet nie drgnęła. Za to Olga się wyraźnie żachnęła.
– Mógłby sobie tata darować podobne uwagi – odparła, krzywiąc się przy tym tak, jakby połknęła cytrynę. – Są nie na miejscu, a poza tym…
– Nie na miejscu?! – Jeremi gniewnie odtrącił dłoń synowej, niwecząc tym samym jej próbę złagodzenia jego nastroju.
Rad był z tego, że może wyrazić swój pogląd i „potrząsnąć”, jak mawiał, tym rachitycznym towarzystwem przy stole. Rachitycznym, rzecz jasna, w jego rozumieniu – sam nie mógł pojąć, dlaczego w jego dzieciach jest tak mało ikry, temperamentu i energii. Co się z tymi ludźmi nawyrabiało? Co pokolenie, to gorzej. A przynajmniej jeśli chodzi o jego dzieci i wnuki.
– Wyglądacie, jakbyście kij połknęli. Jakby ta dziewczyna zamiast stypendium naukowego dostała co najmniej wyrok zesłania na białe niedźwiedzie. Gdyby tak któreś z was dostało w młodości taką szansę jak ona, to zarówno ja, jak i wasza świętej pamięci matka skakalibyśmy ze szczęścia do samego nieba. Podczas gdy wy…
– My w młodości nie mieliśmy na to najmniejszych szans, ojcze. Nasza młodość upłynęła w zupełnie innych realiach – upomniał go łagodnie Bogdan, czym tylko dodatkowo rozgniewał staruszka.
– Właśnie o tym mówię! – sapnął z irytacją Jeremi. – Nie wiem, czemu stale uważacie mnie za starca, który nie kojarzy już, na jakim świecie żyje. Nie mieliście szans, bo wojna i takie tam, to zapewne miałeś na myśli. Zawsze się tym tłumaczyliście. Choć przypuszczam, że nawet gdyby nie te, jak to ująłeś, realia waszej młodości, także niewiele więcej byście osiągnęli ponad to, co macie. Bo obojgu wam brak tego czegoś, co sprawia, że człowiek odnosi sukcesy. A może po prostu trzeba się z tym urodzić? Sam nie wiem. Ale jedno wiem na pewno: Iga to coś posiada. Dostrzeżono ją, dostała szansę i powinna iść za ciosem. Niestety, odebrała takie, a nie inne wychowanie, i obawiam się, że widząc smutek i zafrasowanie swoich starych, zwłaszcza matki, gotowa dla świętego spokoju, to znaczy świętego spokoju Olgi, zrezygnować z tej szansy, zrezygnować z wyjazdu. Sama nie posiada wystarczająco silnej woli, by się temu oprzeć. Tym bardziej że jest do was przywiązana niczym pies do podwórkowej budy. Tak jak ten pies rada by trochę pohasać na wolności, byle nie za długo i nie za daleko.
– Te twoje porównania, tato… Zupełnie nie na miejscu. – Olga przewróciła oczami, a potem wymieniła znaczące spojrzenia z bratem i bratową.
– Zupełnie na miejscu, tylko niestety do ciebie nie docierają. – Jeremi wzruszył ramionami w geście najwyższej dezaprobaty. – Uważasz, że skoro udało ci się skończyć studia medyczne i złapać byle posadkę w osiedlowej przychodni, to już niczego ci więcej nie trzeba. A tymczasem twoja córka ma okazję osiągnąć coś więcej. Więcej niż wy wszyscy razem do kupy wzięci.
– Ojcze! – Bogdan nie wytrzymał. Tym razem to on strącił niecierpliwie dłoń żony z ramienia. – Jesteś niesprawiedliwy! Naprawdę nie musimy tego znosić. I pamiętaj… – urwał, podchwyciwszy ostrzegawcze spojrzenie siostry. Starszy pan też je zauważył, wydął wargi.
– No, dobrze, mamy tu jeden chlubny wyjątek. – Po twarzy przemknął mu cień uśmiechu. – Ty rzeczywiście do czegoś doszedłeś. – Wskazał od niechcenia na zięcia. – Zastępca ordynatora to nie w kij dmuchał. O tym rzeczywiście powinienem pamiętać.
– Ojciec z każdym dniem staje się coraz trudniejszy do wytrzymania – westchnęła Olga, gdy po obiedzie razem z bratową zmywały naczynia i porządkowały kuchnię w domu Janickich. – Bardzo wam współczuję, że musicie to znosić, i chętnie bym wam pomogła, ale niestety tata stale odmawia przeprowadzki do nas, do Warszawy.
– Wiem. Wciąż powtarza, że umarłby już pierwszej nocy z braku powietrza. – Ewa uśmiechnęła się półgębkiem.
Była dziesięć lat młodsza od Olgi, a do tego wyglądała znacznie młodziej, niż wskazywała data jej urodzenia. W dodatku była naprawdę bardzo atrakcyjna. Patrząc na nią, Bogucka wciąż niezmiennie zadawała sobie pytanie, jakim cudem jej młodszy, lecz pod każdym względem bardzo przeciętny brat zdołał zawrócić w głowie tak pięknej i do tego niebanalnej kobiecie. Ewa w młodości pisała wiersze i periodyki do czasopism literackich, pracowała też nad powieścią, którą ostatecznie zarzuciła, gdy wyszła za Bogdana, i wkrótce potem na świat przyszło po kolei ich dwoje dzieci. W rezultacie zamiast być może dobrze zapowiadającej się kariery literackiej – poprzestała na etacie polonistki w niewielkiej wiejskiej szkole w Jastkowie, nieopodal leśniczówki teścia.
Przez kilka pierwszych lat małżeństwa mieszkali zresztą razem w owej leśniczówce, i to w raczej spartańskich warunkach, bez bieżącej wody, bez łazienki w domu, za to ze sławojką za podwórzem, co dla wychowanej w mieście dziewczyny było nie lada wyzwaniem, zwłaszcza przy małych dzieciach. Nigdy się mimo to nie skarżyła. Co nie zmieniało faktu, że wyprowadzka z leśniczówki do własnego, wybudowanego przy nie lada wyrzeczeniach, niemniej wygodnego domu w Jastkowie przyniosło jej ulgę.
Bogdan także był dumny z własnych czterech kątów, choć oznaczało to podjęcie pracy na kilka etatów. Na szczęście zdobył renomę niezłego stolarza i złotej rączki we wszelkich remontach i naprawach, stąd radzili sobie całkiem dobrze. I oddychali pełną piersią, przynajmniej dopóty, dopóki nie musieli zaopiekować się starym ojcem.
Pan Jeremi przeszedł na emeryturę najpóźniej, jak się tylko dało, gotów pracować i mieszkać w leśniczówce bodaj do samej śmierci. Nie było to możliwe ze względu na podeszły wiek, coraz mniej siły i spostrzegawczości, by podołać takiej pracy. W rezultacie nie pozostawało mu nic innego, jak ustąpić miejsca młodszemu koledze, sam zaś przeniósł się do syna i synowej. Olga podejrzewała, że nie był zbyt miłym w obejściu domownikiem – w przeszłości zawsze lubił stawiać na swoim i kto wie, czy nie zaprowadziłby w domu iście autorytarnych rządów, gdyby zapędów tych konsekwentnie nie poskramiała żona, która nie dawała sobie w kaszę dmuchać, a była na tyle zdeterminowana i energiczna, że rad nierad ustępował. I choć za nic by się nie przyznał, to i tak każdy we wsi wiedział, że owinęła go sobie dookoła palca i świata poza nią nie widział. Jej śmierć była dla niego ciosem, z którego nigdy do końca się nie podniósł, co mógł potwierdzić każdy, kto dobrze znał go wcześniej. Dla delikatnej, łagodnej Ewy opieka nad starzejącym się, niemniej wciąż energicznym i bynajmniej nie zniedołężniałym teściem musiała być sporym wyzwaniem, tym bardziej że nie zdążyła poznać swojej teściowej i nauczyć się od niej, jak poskramiać starszego pana.
Olga, która także nigdy tej umiejętności nie nabyła (choć w przeciwieństwie do bratowej miała wiele okazji, by obserwować działania matki), czuła się zupełnie bezradna i rozdarta w tej sytuacji. Ojciec nie chciał słyszeć o wyprowadzce do Warszawy, do córki i zięcia. Chociaż na głos nie raz nad tym ubolewała, w duchu odczuwała ulgę. Nie wyobrażała sobie wspólnego przebywania pod jednym dachem. Z wiekiem stawał się coraz bardziej gderliwy, a jego apodyktyczne zapędy, niegdyś tak skutecznie temperowane przez żonę, w miarę upływu lat i z każdym dniem dawały się innym we znaki. Przy czym Olga być może jakoś by temu sprostała, a przynajmniej zacisnęłaby zęby, lepiej lub gorzej znosząc humory starego – ostatecznie był jej ojcem i wyrastała przy nim – jednak problemem nie do pokonania była z trudem utrzymywana w ryzach antypatia między Jeremim a Andrzejem. Dopóki nie mieszkali pod jednym dachem, a jedynie sporadycznie przy różnych okazjach się spotykali, dało się nad tym jakoś zapanować. W codziennych domowych relacjach byłoby to niemożliwe.
„Czego od niego chcesz? Co właściwie ci w nim przeszkadza?” – zapytała kiedyś ze złością ojca. Bo to on pierwszy okazał niechęć, a Andrzej po kilku nieudanych próbach pozyskania sympatii teścia po prostu podjął rękawicę, choć czynił to na odczepnego, gdy już musiał jakoś zareagować. W odpowiedzi na pytania córki starszy pan wzruszył ramionami i odparł, że po prostu nie ufa „temu facetowi”. Tak właśnie to ujął, a potem, zirytowany jej gniewnymi komentarzami („Po prostu nie potrafisz mu niczego konkretnego zarzucić. Te twoje humory zawsze psuły krew całej rodzinie”), odparł, że nie musi się jej z niczego tłumaczyć. I gdyby to on tak odezwał się do swojego ojca, a jej dziadka, to z pewnością przez tydzień albo i dwa nie usiedziałby na własnym tyłku.
Ewa oczywiście bezbłędnie odgadywała, w czym rzecz, i dlatego w odpowiedzi na słowa dotyczące opieki nad jej coraz bardziej nieznośnym teściem – który to obowiązek spadł głównie na syna i synową – tylko uśmiechnęła się i machnęła ręką.
– Nie jest najgorzej, naprawdę – odparła. – Miejsca u nas dosyć, nie wchodzimy sobie w drogę. Ojciec większość czasu, czy to zima, czy to lato, spędza na powietrzu, w lesie. A że, chwalić Boga, nie cierpi na demencję, nie ma obawy, że zabłądzi. Nie grymasi też przy jedzeniu. Poza tym mieszkaliśmy kiedyś razem w leśniczówce, więc mniej więcej wiemy, czego się po sobie nawzajem spodziewać. – Ponownie się uśmiechnęła, mrugnęła nawet wesoło. – No i zawsze kochał wnuki, teraz także się cieszy, gdy przyjeżdżają w odwiedziny. Chętnie też bawi się z Michałkiem.
Michałek, trzyletni wnuczek Ewy i Bogdana, był rzeczywiście beniaminkiem i oczkiem w głowie całej rodziny, w tym pradziadka. A ich synowa ponownie spodziewała się dziecka. Olga na samą myśl o tym z trudem stłumiła westchnienie. W jej przypadku nic nie zapowiadało, by w bliżej określonej przyszłości miała zostać babcią. By kiedykolwiek miało to nastąpić. Iga do tej pory nie poznała żadnego sensownego chłopaka; ci, którzy się czasem przy niej kręcili, mieli pusto w głowie, a ich intencje też nie budziły zaufania. I jeszcze to nieszczęsne stypendium. Potrzebne jak dziura w moście.
– Korzyść z tego żadna – wypaliła, a podchwyciwszy zdezorientowane spojrzenie bratowej, uściśliła: – Mam na myśli ten jej wyjazd.
– Chodzi o Igę?
– Tak, a niby o kogo innego? – zniecierpliwiła się.
– Skąd wiesz, że korzyść z tego żadna? – roześmiała się Ewa. – Przecież nigdy nie doświadczyłaś tego na własnej skórze. Och, daj spokój, Olga! Taki wyjazd to marzenie wielu młodych, a tylko garstce udaje się je zrealizować.
– Zrealizować… w jakim celu? – sarknęła. – Aby się stąd wyrwać na Zachód?
– Chociażby…
– I zostać tam na stałe? – dokończyła z jawnym już oburzeniem Olga. – Ty to pochwalasz?
Bratowa przestała się śmiać, ale jej spojrzenie pozostało pogodne.
– Dobrze wiesz, że Iga nigdy by tak nie postąpiła – rzekła łagodnie. Pogłaskała siostrę męża po ramieniu, lecz ta, podobnie jak wcześniej uczynił to Jeremi, cofnęła się niecierpliwie. – Jest do was bardzo przywiązana.
– Za bardzo? – podchwyciła Olga. – Tak to zabrzmiało…
– Och, chyba mylisz mnie ze swoim ojcem – odcięła się komicznie Ewa i zaraz spoważniała. – Co nie znaczy, że staruszek nie ma racji. Iga jest już dorosłą dziewczyną. Co w tym złego, jeśli wyjedzie i rozejrzy się trochę po świecie? A takie doświadczenie bardzo jej pomoże w karierze.
– Łatwo ci mówić, bo twoje dzieci mieszkają blisko, w każdym razie nie rozglądają się, jak to ujęłaś, po świecie.
– Paweł na dobre zapuścił korzenie w Poznaniu. A i Łukasza na co dzień nie widuję – przypomniała pogodnie. Tak jakby Olga faktycznie o tym nie pamiętała.
– Ale przynajmniej siedzą w kraju.
Bratowa wzruszyła ramionami.
– A myślisz, że nie marzą o życiu w innym kraju? O lepszej przyszłości? Łukasz nawet tego nie ukrywa.
– Życie w bogatszym kraju nie oznacza lepszej przyszłości. On myli ze sobą te pojęcia.
– No i proszę! Znów to robisz. – Ewa aż klasnęła w dłonie z uciechy.
– Co niby? – nadąsała się Olga. Lubiła swoją bratową, ale bywały chwile, że czuła, jakby dzieliła je znacznie większa różnica wieku niż dziesięć lat.
– Powtarzasz słowo w słowo opinię swego taty.
Skrzywiła się, ale nie bardzo mogła zaprzeczyć. Czasami rzeczywiście tak było, ale postanowiła, że nie da się zbić z pantałyku.
– Oczywiście, że będzie mi jej brakowało – rzekła chłodno.
– To raptem kilka miesięcy. Zleci, ani się obejrzysz. – Ewa ponownie pogłaskała ją po ramieniu i tym razem Olga już się nie odsunęła. – Na pewno wróci. Też będzie tęskniła. I w przeciwieństwie do Łukasza dobrze się tu czuje. Z wami i resztą rodziny.
– Nie tylko o to chodzi. Są jeszcze inne kwestie. Mówicie, że dzięki temu wyjazdowi zdobędzie cenne doświadczenia i tak dalej. Że to dobre dla jej kariery. Pytanie, na co jej ta kariera. Co jej zapewni? Czy nie byłoby mądrzej założyć rodzinę i znaleźć taką pracę, dzięki której łatwiej uda jej się pogodzić sprawy zawodowe z obowiązkami domowymi?
– Jak ty i ja?
Gdyby podobna uwaga padła z ust każdej innej kobiety, uznałaby ją za nieco prowokacyjną. Ewa być może także ją trochę prowokowała, lecz czyniła to z takim wdziękiem i humorem, że Olga mimowolnie odwzajemniła jej uśmiech. Aczkolwiek niemrawo i z wyraźnym przymusem.
– Ja i tak nie zrobiłabym kariery naukowej i nie zostałabym ordynatorem kliniki, ale ty faktycznie miałaś zadatki, by tworzyć dzieła literackie – odparła, mając nadzieję, że bratowa nie dopatrzy się w tych słowach żadnej dwuznaczności. Uwaga była bowiem jak najbardziej szczera.
– Och, dajże spokój. – Ewa żachnęła się i machnęła niedbale dłonią. – Niczego bym nie osiągnęła. A pisanie powieści do szuflady jest dobre dla nastolatki, nie dla dorosłej baby.
– No nie byłabym tego taka pewna. To znaczy… tego, że niczego byś nie osiągnęła.
Ponieważ Ewa już nie skomentowała tej uwagi, Olga wzruszyła lekko ramionami.
– A co się mnie tyczy, to od początku polubiłam przychodnię. Stałe godziny pracy, przewidywalność, wolne niedziele i święta, bez nocnych dyżurów i obawy, że w każdej chwili mogą zadzwonić ze szpitala z powodu jakiejś katastrofy lub nagłej operacji. I do tego sieć układów i układzików, rejwach jak w ulu. Możesz mi wierzyć lub nie, ale byłam tym cholernie zmęczona. Zawsze najbardziej pragnęłam prowadzić spokojne życie, mieć rodzinę i przytulny dom.
– To tak jak i ja – potwierdziła Ewa. – Poza tym, tak jak ty polubiłaś pracę w przychodni, tak ja pracę w szkole.
– I Jastkowo? – Olga uśmiechnęła się szerzej.
– I Jastkowo.
– No tak… Ty, dziewczyna z dużego miasta, polubiłaś Jastkowo… – Pomimo że teatralnie przewróciła oczami, nie miała wątpliwości, że i tym razem Ewa była szczera. W gruncie rzeczy przecież zawsze była szczera.
– Potrafię jednak zrozumieć, że aspiracje naszych dzieci mogą być już inne. Twoja Iga dostała taką szansę, a ponieważ myśli o karierze naukowej…
– I co jej z tego przyjdzie! – obruszyła się. – Zarzucacie mi, że trzymam ją pod kloszem i nie daję jej się usamodzielnić, ale zapominacie, że za te grosze, które zarobi na uczelni, z pewnością nigdy nie stanie na własnych nogach. Chyba że… zechce zostać za granicą – dokończyła z goryczą.
Ewa uścisnęła jej dłoń i rzekła łagodnie:
– Sama w to nie wierzysz.
Olga potrząsnęła głową.
– Sama już nie wiem – odparła cicho. – A jeśli jej się tam spodoba do tego stopnia, że znajdzie sposób, by zostać? Niejeden się zarzekał, że nie umiałby żyć z daleka od własnego kraju i rodziny, po czym, znalazłszy się za żelazną kurtyną, zmieniał zdanie.
– Ale nie twój Andrzej. – Ewa niemal weszła jej w słowo. – On przecież wrócił do Polski. Gdy tylko okazało się to możliwe, choć musiał na to czekać tyle lat.
Olga nie odpowiedziała. W jej oczach na moment zapaliło się nikłe światełko, a potem odwróciła wzrok.
***
– Na twoim miejscu z pewnością bym nie wracał.
Opinia kuzyna nie zaskoczyła Igi. Nigdy jej nie ukrywał.
– Jeszcze nawet nie zaczęłam przygotowań do wyjazdu, nie skompletowałam dokumentów, nie odebrałam paszportu, a ty już namawiasz mnie do złamania zasad korzystania ze stypendium. – Mrugnęła do niego.
Wzruszył ramionami i machnął lekceważąco ręką.
– O kant dupy potłuc te zasady! Nie byłabyś pierwsza, która by tak zrobiła. Powtarzam: ja na twoim miejscu…
– Łukasz… – przerwała. – Nie jesteś na moim miejscu.
Na moment zapadła cisza, po czym młody mężczyzna pokiwał smętnie głową.
– Jasne, wracam do szeregu. Ale zdania nie zmieniam.
– Przepraszam – stropiła się. – Nie chciałam, aby tak to zabrzmiało. Ale dajmy już temu spokój.
– Dobra, jak sobie życzysz. – Podniósł do góry dłonie. – Rozumiem, w czym rzecz… No cóż, twoja sprawa.
Myśli, że chodzi o moich rodziców – przemknęło jej przez głowę. – Że będę płakać za mamą i tatą, tak jak kiedyś, gdy starano się mnie namówić na kolonie. I że oni będą płakać za mną. Wszyscy tak myślą…
W głębi duszy wiedziała, że podejrzenia te nie były tak zupełnie pozbawione racji, jednakże nie zamierzała o tym rozmawiać. Poza tym inne względy były niemniej ważne, o ile nieważniejsze.
– To byłoby nie w porządku wobec tych wszystkich, którzy dali mi taką szansę. Wobec uczelni i promotora – rzekła i aż się wzdrygnęła, usłyszawszy swój urzędowy, a nawet mentorski ton.
Łukasz też się lekko skrzywił.
– O rany, poczułem się jak członek egzekutywy na zebraniu partyjnym.
– Możesz sobie kpić, co nie zmienia faktu, że byłoby to nieuczciwe z mojej strony i być może narobiłoby problemów życzliwym ludziom. Tym, którzy mi zaufali. I nie mów, że inni nie mieliby na moim miejscu skrupułów. Ja to nie inni.
– Jasne, jasne…
– A poza tym… – zaczerwieniła się lekko – …ja naprawdę dobrze się czuję w Polsce. Nie zaaklimatyzowałabym się gdzie indziej, nie chciałabym tam zaczynać od zera. Tak, nie ukrywam, tęskniłabym jak pies. Nie tylko za rodzicami, ale i za tobą. Za całą rodziną. Za tutejszym krajobrazem, klimatem, porami roku. Ty uważasz, że głupio robię. – Uśmiechnęła się półgębkiem. – Ale mój ojciec myślał tak samo jak ja. Bo wrócił.
– Okej, wrócił. Kiedyś nie mogłem tego pojąć, ale potem uznałem, że widocznie miał swoje powody, z których oczywiście nie musiał mi się zwierzać. Na pewno chodziło o coś grubego, w innym wypadku nie wracałby po tylu latach, zwłaszcza że już tam do czegoś doszedł. Ale dobra, nie moja rzecz. Tu też coś osiągnął. Stanowisko zastępcy ordynatora to, jak by nie patrzeć, nie w kij dmuchał. Ale ty… – zawahał się, najwyraźniej nie był pewien jej reakcji, mimo to zaryzykował: – Co cię tu czeka? Roi ci się kariera naukowa i posadka na uczelni, ale… po kiego grzyba? Będziesz klepać bidę i tak jak ja przez całe lata nie staniesz na własnych nogach, o własnym mieszkaniu już nawet nie wspominając. O ile kiedykolwiek ci się to uda. Chyba że ci to nie przeszkadza. Przynajmniej dopóki nie założysz własnej rodziny.
Nawet on – pomyślała ze znużeniem. Nawet Łukasz, z którym zawsze całkiem nieźle się dogadywała, nie brał pod uwagę prostego faktu, że nie myślała o założeniu rodziny. Ta rodzina, w której już funkcjonowała, w zupełności jej wystarczyła do szczęścia. Być może było to przejawem pewnej niedojrzałości – samej siebie nie musiała przecież oszukiwać – niemniej… Na litość boską, miała raptem dwadzieścia pięć lat! Owszem, kiedyś uważano, że taki wiek to pierwszy zakręt w życiu kobiety, niezamężne nazywano już starymi pannami. Zresztą, w niektórych środowiskach nadal panowało takie przekonanie, lecz przecież, na miłość boską, nie w Warszawie. Co prawda większość jej koleżanek (w tym te z uczelni) zmieniła już stan cywilny. Niektóre zrobiły to jeszcze w czasie studiów – bo dziecko już w drodze, bo tak były zakochane, że nie chciały dłużej czekać na wspólne życie z umiłowanym. Wszystkie w dalszym ciągu mieszkały wraz z mężem i dziećmi z rodzicami lub dla odmiany z teściami czy nawet ze swoimi dziadkami. W tych warunkach kontynuowanie studiów okazywało się nie lada wyzwaniem, o korzystaniu z innych uroków życia studenckiego, towarzyskiego nawet nie wspominając. Nierzadko młode matki musiały skorzystać z urlopów dziekańskich, w niektórych przypadkach powrót na uczelnię okazał się już niemożliwy. Nawet na przeczytanie książki, i to bynajmniej nie naukowej, nie starczało im czasu, a co dopiero mówić o wyjściu do kina lub do teatru; zresztą na podobne przyjemności brakowało nie tylko czasu, ale i pieniędzy. Wielka, jak by się wydawało wcześniej, miłość niekiedy nie wytrzymywała zderzenia z rzeczywistością. W niektórych przypadkach niewiele brakowało, by doszło do rozwodu, a nie doszło do niego wyłącznie dlatego, że rozpad małżeństwa spowodowałby więcej perturbacji rodzinnych i kłopotów materialnych niż kontynuowanie związku.
Łukasz, starszy od Igi o kilka lat, także ożenił się, gdy jeszcze studiował. Iwona, jego koleżanka z roku, a zarazem wielka miłość, spodziewała się dziecka – pod tym względem ich doświadczenia były tożsame z doświadczeniami wielu innych młodych ludzi. Zamieszkali z jej rodzicami w trzypokojowym mieszkaniu na warszawskim Bemowie. Ich obecnie trzyletni synek Michałek okazał się uroczym brzdącem, oczkiem w głowie całej rodziny. Za pięć miesięcy miało przyjść na świat kolejne dziecko. Łukasz, młody architekt, nie zarabiał najgorzej, niemniej o własnym mieszkaniu mogli z Iwoną tylko pomarzyć. Jego rodzice proponowali młodym zamieszkanie z nimi w Jastkowie – dom był na tyle obszerny, że mogły się tam zmieścić dwie rodziny (a także dziadek Jeremi), ale problemem byłyby codzienne, dość uciążliwe i pochłaniające sporo czasu dojazdy do pracy w stolicy. Poza tym Łukasz nie chciał wracać na wieś. Zarówno on, jak i jego brat Paweł zawsze marzyli, by wyrwać się do wielkiego miasta. I obaj dopięli celu – bynajmniej nie po to, by się wycofywać. Co innego wpaść do rodziców z wizytą, choćby i kilkudniową, a co innego ponownie na stałe zamieszkać wśród pól i lasów, z daleka od kina i teatrów, i wszelkiej infrastruktury, jaką zapewnia miasto. W dodatku spotykając każdego dnia, a nawet o tej samej stałej porze, tych samych ludzi, których się znało od dziecka.
W Jastkowie wszyscy wszystko o sobie wiedzieli. Warszawa czy też, jak w przypadku Pawła, Poznań – zapewniały anonimowość, która dużo bardziej im odpowiadała; pod tym względem różnili się od własnych rodziców i dziadka. Szczęśliwie każdy z nich żył w udanym małżeństwie. W ich akurat przypadku trudne warunki, z jakimi borykała się większość młodych rodzin, nie rzutowały na wzajemne, pełne miłości relacje. Co nie zmieniało faktu, że obaj marzyli o lepszym życiu, zwłaszcza Łukasz, według którego można było to zrealizować jedynie na Zachodzie, o czym wspominał, gdy tylko rozmowa schodziła na ten temat. Reszta rodziny przyjmowała jego słowa z przymrużeniem oka – wiadomo było bowiem, że na gadaniu się skończy – niekiedy z irytacją, co miało miejsce najczęściej w przypadku dziadka.
Zdaniem starszego pana poglądy wnuka dowodziły, że młodym obecnie się do reszty we łbach poprzewracało. Do żadnej odpowiedzialności się nie poczuwają. Ani za rodzinę, ani za własny kraj. W dodatku są przy tym tak naiwni i wykazują taką ignorancję w temacie owego Zachodu, że aż strach. Iga w głębi ducha przyznawała mu rację. Jednocześnie nie miała ochoty na ponowne wałkowanie tej kwestii z kuzynem, równie dobrze mogłaby przemawiać do sosny w lesie. Nie przypomniała mu nawet, że jego własna żona także bynajmniej nie marzyła o opuszczeniu kraju i rodziny. Z pewnością pamiętał – nie wyobrażała sobie, by mogło być inaczej – słowa Iwony, że z dwójką małych dzieci za nic nie przeniosłaby się do innego kraju, między obcych ludzi. Nawet najlepsze warunki materialne (przy założeniu, że takowe w ogóle stałyby się ich udziałem) nie zastąpiłyby im tego, co daje wsparcie krewnych i wieloletnich przyjaciół. Bez wątpienia to zapamiętał, bo nieśmiała na ogół Iwona rzadko kiedy wypowiadała się tak stanowczo, jak wtedy. A bez niej i bez dzieci Łukasz przecież by nie wyjechał, nawet gdyby trafiła mu się taka okazja.
Iga popatrzyła na niego ze smutkiem. Nie mogła oprzeć się niewesołej refleksji, że czasy, gdy oboje jako dzieci spędzali beztroskie wakacje w leśniczówce dziadka, należały do bardzo odległej przeszłości. Jakby miały miejsce przed wiekami.
– Nie namawiaj mnie, abym została na Zachodzie – rzekła z powagą. – Po prostu nie mówmy już o tym, dobrze?
Wzruszył ramionami, ale nic nie odpowiedział.
Tak jak zanudzałam kiedyś matkę, by raz za razem opowiadała mi o tym, jak po niemal dwudziestu latach spotkała przypadkiem mojego ojca, tak jako dziecko niejednokrotnie pytałam i jego, dlaczego w ogóle zdecydował się wrócić do kraju. Wytłumaczył mi wtedy, że po prostu tęsknił za ojczyzną. Wojna – jak mówił – wyrzuciła go z Polski. Czy też dokładniej rzecz ujmując, uniemożliwiła mu powrót – od czerwca trzydziestego dziewiątego roku przebywał z ojcem, macochą i młodszym przyrodnim bratem za granicą, we Francji.
Mój dziadek dzięki różnym koligacjom i układom koleżeńsko-towarzyskim dostał tam posadę urzędnika w polskim konsulacie w Paryżu. Jego młodszy syn Tomasz dopiero co ukończył gimnazjum i zdał małą maturę. Starszy, Andrzej, studiował już na wydziale medycznym. Ponieważ bardziej niż do intensywnej nauki przykładał się do życia towarzyskiego, w rezultacie obciął się na dwóch egzaminach. Dziadek uznał wówczas, że nie zostawi go w Warszawie pod okiem swojej siostry, która z pewnością nie dałaby rady okiełznać takiego gagatka, i postanowił zabrać go z resztą rodziny do Francji. Z czego mój ojciec był, przynajmniej początkowo, bardzo niezadowolony. Dziadek nie uwierzył w jego zapewnienia, że tym razem weźmie się solidnie do nauki, nie przyniesie mu wstydu i generalnie rzecz ujmując, będzie się już sprawował bez zarzutu. Tak więc na kilka miesięcy przed wybuchem wojny wszyscy znaleźli się w Paryżu.
Z pespektywy czasu ojciec był gotów zrozumieć swojego tatę. „Na jego miejscu też bym nie zaufał takiemu ancymonowi, jakim wówczas byłem” – przyznał. Lecz wtedy, jako młody chłopak, czuł przede wszystkim złość, buntował się i okazywał wszystkim swe niezadowolenie – od lat bowiem marzył, by wreszcie odseparować się od rodziny, i ponownie nic z tego nie wyszło.
Był raczej skrytym i zamkniętym w sobie człowiekiem. Nie lubił o sobie opowiadać, zwierzać się ani tym bardziej snuć osobistych wspomnień. Jak sam kiedyś stwierdził, takie nurzanie się w przeszłości, rozpamiętywanie nie ma na ogół sensu i odbiera człowiekowi energię, by zająć się swoją przyszłością – mimo to dzięki mojej determinacji udało mi się to i owo z niego wydobyć. Przyznał więc, że faktycznie nie przepadał za swoją macochą, choć z punktu widzenia zewnętrznego obserwatora trudno byłoby jej cokolwiek zarzucić.
Miała nienaganne maniery, potrafiła utrzymać w ryzach służbę, dzięki czemu dom lśnił czystością. Obiad zawsze podawano na czas, a goście pozostawali pod wrażeniem wydawanych przez nią przyjęć. Dbała przy tym o odpowiedni, jak podkreślała, dobór towarzystwa. Zanim jeszcze poślubiła mojego dziadka, już była dobrze ustosunkowana, obracała się w kręgach ludzi wpływowych i zamożnych, co bez wątpienia nie pozostawało bez wpływu na karierę zawodową jej męża. Dbała także o dzieci, i to – jak zauważali z uznaniem bliżsi i dalsi znajomi – nie tylko o swojego syna, lecz także o pasierba. Wszystkie te koszmarne opowieści o niegodziwych i okrutnych macochach, które dręczyły pasierbów, jej z pewnością nie dotyczyły. Wręcz przeciwnie, wszystko wskazywało na to, że obydwu chłopców traktowała tak samo, dopilnowała, by dostali się do dobrych szkół, rozwijali swoje talenty (dając przy tym nie raz do zrozumienia, że lepiej rozpoznaje ich zainteresowania i uzdolnienia niż ktokolwiek inny, włącznie z nimi samymi), uparła się, by nauczyli się grać na fortepianie i jeździli konno.
„Jako synowie urzędnika pracującego w dyplomacji musicie nabyć wszystkie przydatne w dobrym towarzystwie umiejętności, by umieć zachować się w salonach wysoko postawionych ludzi, zarówno w kraju, jak i za granicą” – perorowała.
Sama odzwierciedlała wszystkie te cechy, jakie przynajmniej jej zdaniem winny znamionować żonę dyplomaty. Na swój sposób była bez wątpienia wyjątkowo błyskotliwa, a do tego bardzo konsekwentna w dochodzeniu do celu. Energiczna, pełna życia, elegancka, o nienagannych manierach wielkiej damy, wszędzie przyciągała spojrzenia i zwracała na siebie większą uwagę niż niejedna znacznie od niej ładniejsza kobieta.
Jej syn, Tomek, bez szemrania podporządkował się wszystkim zaleceniom matki, starając się sprostać wymaganiom. Pasierb czynił to jednak z ociąganiem, a po zdaniu matury zaczął chodzić swoimi drogami, ignorując uwagi i pretensje macochy.
Już jako dziecko zdał sobie sprawę, że jej nie lubi, że drażniła go w najwyższym stopniu. Nie pamiętał własnej matki, a nikt, nawet ojciec, mu o niej nie opowiadał, mimo to stworzył sobie w wyobraźni jej obraz. Dobrej, czułej, kochającej – takiej, jaką według niego powinna być matka. I jakie mieli niektórzy ze szkolnych kolegów, choć akurat nie ci, którzy mogli sprostać wysokim wymaganiom społecznym i towarzyskim jego macochy. Nauczył się ignorować jej nakazy, zakazy i polecenia, w rezultacie dobierał sobie takich przyjaciół, jacy nie byli mile widziani w domu Boguckich na Wierzbowej.
