Śmierć kolekcjonera - Agnieszka Pietrzyk - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Śmierć kolekcjonera ebook i audiobook

Agnieszka Pietrzyk

4,2

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

KOLEKCJONOWANIE TO GŁÓD, KTÓREGO NIE DA SIĘ NASYCIĆ. 
Podczas prestiżowej aukcji historycznych papierów wartościowych Henrykowi Szymańskiemu udaje się wylicytować najcenniejsze akcje. Następnego dnia pokojówka trafia na jego zwłoki w hotelowym pokoju. Obok niego – ciało recepcjonistki. 
Akcje znikają bez śladu. 
Tego samego dnia w jednym z elbląskich mieszkań zostają odnalezione zwłoki starszego małżeństwa. Wszystko wydaje się wskazywać na samobójstwo...
Prokurator Milena Łempicka-Krol i komisarz Kamil Soroka łączą siły, by rozwiązać zagadki tych śmierci. Trop prowadzi ich do bezwzględnego świata kolekcjonerów – pełnego chciwości, rywalizacji i niebezpiecznych obsesji. Z każdą kolejną godziną sprawa się komplikuje, a lista podejrzanych wydłuża.
Kryminał, który od pierwszej strony podkręca puls i do samego końca trzyma w napięciu.  Pełen fałszywych tropów, mrocznych obsesji i sekretów, które potrafią kosztować życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 357

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 17 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Andrzej Hausner

Oceny
4,2 (42 oceny)
18
18
3
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
agata2015

Nie oderwiesz się od lektury

Na początku trochę mnie nudziła, potem wciągnęła tak że nie mogłam się oderwać. Polecam bardzo tą lekturę.
00
Rylska

Nie polecam

Ale słabe... Nic mnie nie interesowało, ale jako że znam inne książki autorki i są mega, myślałam że w zakończeniu coś pie*dolnie... Niestety. Zakonczenie na zasadzie "nie wiem jak wybrnąć, sprawię, że sprawca się przyzna. Nuda. Nie warto.
00
mivona
(edytowany)

Dobrze spędzony czas

Ciekawie się zaczyna, interesująco rozwija się akcja. Szkoda, że świetnie zapowiadające się poboczne wątki nie mają żadnego zakończenia. Miałam wrażenie , że autorkę goniły terminy i jakoś trzeba było zakończyć historię. Jedynym słowem czuję niedosyt.
00
grazyna2525

Nie oderwiesz się od lektury

Zapowiada się interesująca seria. Audiobook przygotowany profesjonalnie
00
Mbotka_56

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00



Copyright © 2016 by Agnieszka Pietrzyk

Copyright for this edition © 2026 by Nemezis / Grupa Wydawnicza Axis Mundi

redaktor prowadzący: Anastazja Tabor

redakcja: Natalia Szczepkowska

korekta: Magdalena Kusak / panbook.pl Dominika Kamyszek

korekta techniczna: Basia Borowska

projekt okładki: Anna Slotorsz

zdjęcie autorki: Foto Kora

wydanie i nemezis

isbn print: 978-93-8412-922-7

isbn e-book: 978-83-8412-923-4

isbn abonament: 978-83-8412-924-1

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część książki nie może być wykorzystana bez zgody wydawcy.

Niniejsza powieść stanowi wytwór wyobraźni, a wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych, wydarzeń i miejsc jest całkowicie przypadkowe.

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Rozdział I

Padało całą noc. W okna hotelu uderzały niesione wiatrem ciężkie krople deszczu, budząc gości. Rano nad ulicą Kowalską wciąż wisiały ciemne chmury, w każdej chwili znów mogło się rozpadać. Kilka minut po ósmej przed hotel zajechała taksówka. Wysiadł z niej mężczyzna w czarnym płaszczu z elegancką, niewielką torbą podróżną w ręku. Samochód ruszył, a on skierował się do drzwi hotelu „Pod Lwem”.

W holu było ciepło i tak jasno, że na moment musiał przymrużyć oczy. Pod sufitem wisiało kilka żyrandoli bijących mlecznym światłem. Za kontuarem stała dziewczyna w szarym mundurku; przywitała go uśmiechem. Spojrzał na jej identyfikator – Ester Kucharczyk. Co to za imię? Starotestamentowe? Przyjrzał się dziewczynie, szukając semickich rysów i mimowolnie porównując ją ze swoją siostrą. Jego mała Lola, choć była już po pięćdziesiątce i nie widział jej od piętnastu lat, miała żydostwo wypisane na twarzy. Tak zawsze mówił dziadek, ojciec ojca, spluwał przy tym gęstą, żółtawą śliną. Raz się nawet zapomniał i splunął na widok wnuczki na wypastowaną podłogę.

Recepcjonistka miała zwyczajną, słowiańską twarz, wręcz nieznośnie banalną. Mały nos, drobne usta i spuchnięte powieki, pewnie od płaczu. Z tą oznaką smutku kontrastował firmowy uśmiech, szeroki i nieruchomy.

– Witaj, Ester.

Przywitał się jak ze znajomą, czym ją zaskoczył. Uniosła cienkie brwi, jakby pytając: „Skąd pan zna moje imię?”. Wskazał palcem na identyfikator przyczepiony do kieszonki.

– Zapominam, że go noszę – wyjaśniła, zasłaniając plakietkę dłonią. – Ma pan rezerwację?

Położył na kontuarze dowód osobisty. Podniosła go i przeczytała:

– Henryk Szymański. – Przebiegła drobnymi palcami po klawiaturze komputera. – Panie Henryku, mamy dla pana pokój na trzecim piętrze, numer trzydzieści dwa.

– Czy tam jest sejf? – zapytał.

– Tak, w szafie. – Wsunęła mały palec w kółeczko, do którego przyczepiony był klucz, i wyszła zza kontuaru. – Zapraszam do windy.

Miała wąskie biodra i chude nogi. Patrzył na nią zdegustowany. Kobieta powinna mieć wygląd. Wiek jest nieważny, ale łydka, udo, talia – to ma znaczenie.

Gdy rozsunęły się drzwi windy, z przepraszającym uśmiechem podała mu klucz.

– Nie mogę zostawić recepcji, jestem dzisiaj sama, koleżanka choruje.

– Rozumiem, Ester, poradzę sobie.

Pokój był nieduży, a jego przestrzeń skutecznie pomniejszały jeszcze wystające murki, przypominające, że hotel „Pod Lwem” mieścił się w budynku zrekonstruowanym na wzór zabudowy sprzed kilkuset lat. Fioletowe ściany i zasłony, podwójne łóżko z trzema poduszkami haftowanymi w kwiaty, wysoka lampa z mlecznym kloszem, na ścianach czarno-białe fotografie przedstawiające urocze zakątki Elbląga. Poza tym dwa białe foteliki przeznaczone raczej dla dzieci, a nie dorosłego mężczyzny, stolik, no i szafa. Otworzył ją. Sejf znajdował się na wysokości oczu, przytwierdzony do tylnej i bocznej ściany. Zamek szyfrowy… Doskonale. Przez kilkanaście najbliższych godzin sejf miał pozostać pusty, ale wieczorem… Tak, to stanie się już dzisiaj, jeszcze trochę i będzie je miał, a wtedy na czas pobytu w Elblągu schowa je w sejfie.

Z torby wyjął garnitur, uszyty specjalnie na tę okazję. Miał dodać mu pewności siebie, sprawić, że inni zobaczą w nim mężczyznę, któremu trzeba zejść z drogi. Zbroją dzisiejszego człowieka interesu jest garnitur. Im bardziej wytworny, tym pewniejsza wygrana.

Z torby wydobył też teczkę z jasnej skóry. Była tak cienka, że przywodziła na myśl skoroszyt. Prezent dla Anny – nie sama teczka, ale jej zawartość. Wiedział, że sprawi jej przyjemność i przede wszystkim liczył na to, że kierowana wdzięcznością zrobi mu dziś wieczorem dobry PR. Tymi swoimi namiętnymi ustami szepnie do niejednego ucha, że on przyjechał tu po nie jak po swoje i z pustymi rękami nie wyjedzie.

Anna zadzwoniła do niego cztery godziny później z lobby hotelowego. Przygładził ręką włosy, poprawił sweter, wziął teczkę i wyszedł z pokoju. Z windy wysiadły dwie osoby: kobieta w ciemnych włosach i wysoki mężczyzna, krótko ostrzyżony, z odstającymi uszami. Zanim za Henrykiem zamknęły się drzwi kabiny, usłyszał jeszcze głos kobiety mówiącej coś do swojego towarzysza.

Szwedzi? Tak, to na pewno był szwedzki. Czy oni też przyjechali do Elbląga na aukcję? To wielce prawdopodobne, szwedzcy kolekcjonerzy słynęli z tego, że jeździli po Europie Środkowowschodniej i polowali na co ciekawsze okazy. Ponadto znani byli też z obsesji na punkcie własnych zbiorów. Ostatnimi czasy przez kolekcjonerski światek przemknęła wieść, że jakiś mieszkaniec Sztokholmu dosłownie zabrał ze sobą do trumny całą kolekcję. Albo ten lekarz z Malmö, który zabił swoją ciotkę, żeby odziedziczyć jej zbiór. Nie brakuje wariatów.

Anna siedziała na kanapie w rozpiętym płaszczu. Pocałował ją w policzek.

– Zjesz ze mną obiad, skarbie? – zapytał.

Zajrzała do torebki, poprawiła kołnierz. Robiła wrażenie niezadowolonej, nadąsanej. Na początku zawsze chłodna, wyniosła, gdy tylko zaczynał ją adorować, stawała się przymilna, czuła. Oboje odgrywali role, które im odpowiadały. On lubił zdobywać, przeistaczając się w szarmanckiego uwodziciela, a ona uwielbiała być zdobywana, stawać się obiektem pożądania. Żaden z niego Don Juan, po prostu starszy siwy pan z wydętym brzuchem, a ona zwykła urzędniczka w średnim wieku z tłustym tyłkiem.

– Pięknie wyglądasz – powiedział.

– Nie żartuj. – Machnęła lekceważąco ręką.

Postarała się, żeby dzisiaj dobrze się prezentować. Miała świeżo pofarbowane włosy upięte w kok. Jej duży biust opinała biała, koronkowa bluzka.

– Ślicznie pachniesz – wyszeptał, przybliżając twarz do jej szyi.

Zachichotała jak nastolatka.

– Dokąd pójdziemy na obiad? – zapytała nieco życzliwszym tonem.

– Tutaj, do hotelowej restauracji.

Wybrali stolik za kolumną przyozdobioną głową lwa. Anna przewiesiła płaszcz przez oparcie wysokiego krzesła. Henryk dojrzał stojący przy ścianie wieszak. Zerwał się, chyba zbyt gwałtownie, bo aż strzyknęło mu w plecach. Wziął jej płaszcz i odwiesił. Anna przeglądała menu, wodząc palcem po karcie. Henryk zamówił zupę cebulową i sandacza z frytkami. Anna grymasiła, twierdząc, że w przydrożnym barze jadłospis jest ciekawszy. W końcu poprosiła o flaczki wołowe oraz zapiekane ziemniaki z żółtym serem.

– Wybierasz się w tym roku do Oslo? – zapytał.

– Oslo już nieaktualne. – Usłyszał żal w jej głosie. – Mój synek zerwał z tą swoją Ulą, to nawet dobrze. Żebyś ją widział, prawdziwa córa Wikingów, taki rudy wielkolud! Ale skończył nie tylko z nią, rzucił też robotę w ubojni i wrócił do Polski. Nawet się cieszę, bo mam go teraz na oku. Chciałabym tylko, żeby znalazł tu jakąś uczciwą robotę. No i o kolejnym wyjeździe do Oslo mogę zapomnieć, przynajmniej na razie.

– Mam dla ciebie coś, co poprawi ci humor. – Położył przed nią cienką, skórzaną teczkę.

– Czy to jest to, o czym myślę?

Uśmiechnęła się szeroko, odsłaniając duże, żółtawe zęby. Palcem przesunęła po krawędzi teczki, potem ją otworzyła, bardzo wolno, jakby chciała przedłużyć chwilę rozkosznego oczekiwania. Na widok zawartości klasnęła w dłonie. Para siedząca przy oknie zasłoniętym kotarą obróciła się w ich stronę. Wyglądali dość oryginalnie, zwłaszcza ona, chyba jeszcze bardzo młoda, uczesana w dwa warkocze i ubrana w biały frak. Towarzyszył jej mężczyzna w granatowej marynarce, z tym rodzajem łysiny, którą zwykło się nazywać wysokim czołem.

– Henry, jesteś cudowny! – ożywiła się Anna.

Trzymała w dłoni akcję fabryki czekolady z Krakowa A. Piasecki z 1933 roku o nominale stu złotych. Spośród wielu starych papierów wartościowych, jakie Henryk posiadał, wybrał dla Anny właśnie ten. Znał jej kolekcjonerskie upodobania. Zbierała jedynie walory o bardzo bogatej grafice, a te z krakowskiej fabryki czekolady były najlepszym przykładem artystycznego zdobnictwa papierów wartościowych. Wzdłuż krawędzi dokumentu biegła imponująca bordiura z geometryczno-roślinnym motywem, w którą wkomponowany został herb Krakowa i antyczne postacie. U góry akcji widniała winieta z logo firmy przedstawiająca dziewczynę w stroju krakowskim na tle Wawelu. Uroku walorowi dodawała też sinofioletowa kolorystyka i chropowata faktura.

Henryk posiadał w swojej kolekcji jeszcze dwa identyczne papiery. Kilkanaście miesięcy temu kupił je na aukcji internetowej po dziewięćdziesiąt dziewięć złotych za sztukę od jakiegoś nowicjusza. Codziennie przeglądał sieć w poszukiwaniu białych kruków i czasem na nie trafiał, gdy ktoś robił porządek na strychu dziadków i znalezione akcje, obligacje czy listy zastawne usiłował sprzedać w internecie. W ten sposób Henrykowi udało się nabyć w ostatnich tygodniach – za bagatela siedemdziesiąt złotych – imienną akcję poznańskiej spółki Bniński, Chłapowski, Plater z 1862 roku o nominale dwustu talarów. Dzisiaj swoją kolekcję planował uzupełnić o prawdziwy unikat, a mianowicie akcje elbląskich zakładów Schichaua. Kapcie spadły mu z nóg, gdy zobaczył je w katalogu aukcyjnym – pojawiły się na rynku niespodziewanie. Wcześniej wszyscy o nich mówili, ale nikt ich nie widział. Nie było dowodów na to, że się w ogóle zachowały. A tu niejaki Tomasz Adamiak z Rudy Śląskiej ogłasza, że chce sprzedać właśnie akcje zakładów F. Schichaua. Jak wszedł w ich posiadanie – nie wyjaśnił. Pojawiły się pogłoski, że to fałszywki. Stowarzyszenie wysłało je więc do Narodowego Banku Polskiego i tamtejszy ekspert potwierdził ich autentyczność.

Przed Henrykiem stanął talerz z zupą cebulową, Anna mieszała łyżką we flaczkach wołowych. Uśmiechała się do niego.

– Co dzisiaj planujesz kupić? – Jej głos stał się przymilny, pieszczotliwy.

– Przecież wiesz, że przyjechałam po akcje zakładów Schichaua. Oby ktoś mi ich nie sprzątnął sprzed nosa.

Anna pokiwała głową, jakby podzielała jego obawy. To go zaniepokoiło.

– Może słyszałaś, że ktoś planuje je dziś ustrzelić?

– Tak, sędzia Lasocki – odpowiedziała krótko.

Henryk wytarł czoło serwetką, ręka mu drżała. Znał sędziego, to przecież prezes Stowarzyszenia Kolekcjonerów Historycznych Papierów Wartościowych. Dobrze pamiętał tę twarz nieruchomą jak maska, ze ściągniętymi brwiami, przez co sędzia wyglądał na wiecznie niezadowolonego. Bez wątpienia był dobrym kolekcjonerem, miał wiedzę o finansach i historii gospodarczej, czym chwalił się chętnie podczas kolekcjonerskich spotkań, wygłaszał też prelekcje na temat starych papierów wartościowych. Miał znakomite rozeznanie w grafice artystycznej. Podobno studiował nawet przez jakiś czas na Akademii Sztuk Pięknych, ale zrezygnował na rzecz prawa. W środowisku mówiło się o sędzim Lasockim, że jest rasowym kolekcjonerem z żyłką detektywistyczną i wynajduje najciekawsze okazy, bezbłędnie potrafiąc rozpoznać wartość nieznanych wcześniej papierów. Henryk się spodziewał, że Lasocki może mu przeszkodzić w zakupie akcji zakładów F. Schichaua. Przecież był z Elbląga, to normalne, że zależy mu na dokumentach związanych z przemysłową historią miasta. Zapewne planował ozdobić nimi swój gabinet w sądzie.

– Henry, rozchmurz się – poprosiła słodko Anna. – Bo pomyślę, że to ja wpędzam cię w ten ponury nastrój.

Kończyła już jeść flaczki, jemu zostało jeszcze pół talerza zupy.

– Zastanawiałem się, czy czasem nie przyjedzie jakiś szwab, krewny Schichaów, i nie będzie próbował kupić tych akcji.

– Wszystko możliwe – stwierdziła. Chyba zdała sobie sprawę, że jej odpowiedź jest zbyt zdawkowa, jak gdyby miała gdzieś jego obawy, dodała więc szybko: – Tak naprawdę dopiero dzisiaj wieczorem się okaże, ilu jest chętnych na te walory. Może nie będzie tak źle. Będę trzymała kciuki, żeby ci się udało.

Pogłaskał jej lewą dłoń, potem uniósł ją i ucałował.

– Patrzą na nas – syknęła.

Henryk rozejrzał się po restauracji i napotkał wzrok mężczyzny z wysokim czołem, który wpatrywał się w nich w skupieniu. Jego młoda towarzyszka z warkoczami przeciwnie, zajęta była posiłkiem. Dlaczego tak się nam przyglądał? Czy to też jakiś kolekcjoner? To chyba jakaś obsesja, że Henryk wszędzie widział rywali. Niestety, w ostatnim czasie pojawiło się kilku młodych ze sporą kasą, którzy psuli rynek, podbijając niepotrzebnie ceny.

Henryk zwrócił się do Anny:

– Mam nadzieję, że dzisiaj w nocy uczcisz ze mną zakup akcji zakładów Schichaua.

Jej duże usta najpierw rozciągnęły się w uśmiechu, ale zaraz zrobiła naburmuszoną minę.

– Proponuję ci szampana w dużym, hotelowym łóżku – dodał zachęcająco.

– Ja dobrze wiem, co ty mi proponujesz, robaczku. Tylko co ja powiem synowi? Że przenocuję dzisiaj u znajomej? Ale czy on w to uwierzy? Wątpię, jest taki podejrzliwy.

– Powiedz mu prawdę, przecież jest dorosły.

Anna zaśmiała się głośno.

– Prawdę? Chyba żartujesz! Nie wiesz, że synowie bardziej pilnują swoich matek niż mężowie żon? Gdy Łukasz mieszkał w Norwegii, miałam spokój, a teraz znowu mnie terroryzuje, synuś kochany. – Zerknęła na zegarek. – Jest późno, muszę już lecieć, zrobić Łukaszowi obiad.

Podał jej płaszcz. Zapinała się z pośpiechem. Wzięła prezent i wyszli z restauracji. Był w samym swetrze, ale mimo to odprowadził ją na parking. Zanim wsiadła do samochodu, zapytała:

– Kiedy wracasz do Olsztyna?

– Dopiero w sobotę, będziemy mieli prawie trzy dni dla siebie.

Zadowoliła ją ta odpowiedź. Cmoknęła go w policzek i wsiadła do starej Škody.

Gdy wrócił do hotelu, zobaczył Ester stojącą za kontuarem. Obdarzyła go tym samym firmowym uśmiechem co parę godzin wcześniej.

– Chciałbym jutro zabrać gdzieś moją znajomą, do teatru albo na koncert. Co byś mi poleciła, Ester?

– Jutro w teatrze jest koncert Elbląskiej Orkiestry Kameralnej. Myślę, że pani Ania wybierze się z przyjemnością.

– Znasz Annę? – Nie ukrywał zaskoczenia.

Recepcjonistka wyglądała na zakłopotaną.

– Tak… a właściwie nie. Znam jedynie jej syna Łukasza, i to też niezbyt dobrze.

– Czy możesz mi załatwić dwa bilety na ten koncert?

Na jej twarz powrócił firmowy uśmiech.

– Ależ tak, jutro rano będzie pan mógł odebrać je w recepcji.

Henryk wrócił do pokoju. Do aukcji pozostały jeszcze cztery godziny. Nie wiedział, co ma z sobą zrobić, coraz bardziej się denerwował.

Mieć to już za sobą. Kupić te papiery, zamknąć w sejfie i odetchnąć pełną piersią. Właściwie lubił aukcje, tę podniosłą atmosferę jak na mszy, te szepty i westchnienia, to napięcie wzrastające z każdym kolejnym przedmiotem licytacji aż do najcenniejszego waloru. Najbardziej jednak cenił sobie gratulacje na koniec, gdy podchodzili do niego kolekcjonerzy, by uścisnąć mu dłoń, jedni z podziwem i szacunkiem, inni z zazdrością i niechęcią. Wtedy naprawdę był wielki. Dzisiaj ten moment chwały mógł go ominąć, gdyby zaszczytu dostąpił ktoś inny, na przykład sędzia Lasocki. Nie żałowałby mu akcji zakładów Schichaua, lecz właśnie tej chwili triumfu.

Henryk włożył garnitur. Udało mu się nawet znaleźć krawat o identycznym odcieniu grafitu. Śnieżnobiała koszula znakomicie dopełniała całości, no i buty na cienkiej podeszwie nieco ciemniejsze od garnituru też zadawały szyku.

Do aukcji jeszcze godzina, najchętniej położyłby się na moment, bo bolały go plecy. Chyba znowu stan zapalny dawał o sobie znać, ale przede wszystkim zbyt raptownie się zerwał, żeby odwiesić płaszcz Anny. Za szarmanckie porywy płaci się zdrowiem, przynajmniej po sześćdziesiątce, pomyślał. Nie chciało mu się zdejmować garnituru, usiadł więc na brzegu łóżka i czekał. Nie powinien się spóźnić, ale pojawienie się przed czasem też byłoby niekorzystne. Najlepiej przyjść punktualnie i pewnym krokiem wejść na salę, żeby wszyscy mieli okazję go zobaczyć i nabrać przekonania, że ten dystyngowany pan w gustownym garniturze wylicytuje dzisiaj najcenniejsze akcje.

Henryk w końcu się podniósł. Poprawił kanty nogawek, wygładził klapy marynarki, przesunął dłonią po przerzedzonych włosach i wyszedł z pokoju. Aukcja miała odbyć się w sali konferencyjnej na pierwszym piętrze hotelu. Od razu natknął się tam na dobrze mu znane małżeństwo Kruków z Białegostoku, dwoje zapalonych kolekcjonerów – traktowali swój zbiór jak inwestycję, która ma przynieść zysk. Wyszukiwali tanie i ciekawe akcje, trzymali je rok, dwa, a potem sprzedawali drożej. Teraz mieli w swym zbiorze kilkadziesiąt naprawdę interesujących papierów. Kruk wyznał niedawno Henrykowi w wielkiej tajemnicy, że proponowano mu bardzo dobrą cenę za kilka walorów, ale on jej nie przyjął, bo zainteresowany miał podejrzane nazwisko, Goldblum czy jakoś tak.

Czasami uprzedzenia są silniejsze niż chęć zysku. Henryk dobrze o tym wiedział, dlatego nigdy nie wspominał o swoich żydowskich korzeniach. Jako Żyd skupujący polskie walory nie mógłby liczyć na szacunek, jakim się teraz cieszył w środowisku. Poza tym czuł się stuprocentowym Polakiem.

Szli korytarzem, Henryk pośrodku, pani Kruk po jego lewej stronie, a pan Kruk po prawej niczym gwardia przyboczna. Przed wejściem wpisali się na listę uczestników aukcji i odebrali numerki.

Na sali było jasno. Granatowe obicia wysokich krzeseł lśniły nowością. Spośród kilkunastu rzędów połowa była już zajęta, głównie przez mężczyzn, dominujących w tym środowisku, choć przybywało coraz więcej pań. Teraz też kilka spacerowało bądź stało, prezentując kreacje. Uwagę Henryka zwróciły dwie kobiety podziwiające ogromne fotografie znajdujące się na ścianach. Jedną z nich znał, była to Karolina Potocka, młoda i nawet ładna, ale pozbawiona zmysłu kolekcjonerskiego.

Zaczął rozglądać się za innymi znajomymi twarzami. Polskie środowisko zbieraczy papierów wartościowych liczyło tylko trochę ponad czterysta osób, chociaż wciąż dochodzili nowi. Wielu Henryk znał z nazwiska i orientował się w ich upodobaniach, a także zbiorach. Dojrzał Bogdana z Braniewa, który siedział w trzecim rzędzie i przeglądał katalog aukcyjny. Na szczęście Bogdan nie przyjechał do Elbląga po akcje zakładów Schichaua, jego konikiem były wyłącznie walory przedsiębiorstw tramwajowych i kolejowych, głównie te z grafiką przedstawiającą pojazdy szynowe. Ostatnio chwalił się Henrykowi nową zdobyczą, akcją kolei Kijowa z 1907 roku na dwieście pięćdziesiąt rubli w złocie.

Narastał gwar. Kolekcjonerzy wymieniali się informacjami z branży i zwyczajnymi plotkami. Do uszu Henryka docierały urywki zdań. Ktoś się zastanawiał, czy Państwo Polskie wykupi przedwojenne obligacje, skoro nawet Rosja wykupiła carskie papiery dłużne. Ktoś inny wyjawiał, że sędzia dużo czasu poświęca pięknej Karolinie Potockiej, podobno uzupełnia jej wiedzę w zakresie grafiki użytkowej. Tymczasem do sali weszła Anna. Rozglądając się, poprawiała dekolt czarnej, eleganckiej sukienki. Za nią podążał obcięty na jeża chłopak w dżinsach i zwykłej koszulce. Oboje zbliżyli się do Henryka.

– To mój syn Łukasz. – Anna wskazała chłopaka.

– Ma pan zamiar zostać kolekcjonerem papierów wartościowych? – Henryk wyciągnął do niego rękę.

Łukasz niechętnie wyjął dłoń z kieszeni. Na muskularnym przedramieniu miał wytatuowanego orła z koroną.

– Ja już jestem kolekcjonerem, ale nie jakichś tam papierów.

– Tak? A co pan zbiera? – zainteresował się szczerze Henryk. – Anna mi nic nie wspominała.

– Laski kolekcjonuję, laski.

– Laski, to ciekawe. A z jakiej epoki?

Chłopak roześmiał się głośno, drwiąco, aż wszyscy obecni zwrócili w ich stronę głowy.

– Polskie laski, chociaż ostatnio trafiłem dwie norweskie.

Anna lekko szturchnęła syna łokciem.

– Zachowuj się. Obiecałeś mi.

Henryk zbyt późno się zorientował, że chłopak z niego żartuje. Był na siebie zły.

Usiedli we troje w czwartym rzędzie, zaraz za Bogdanem. Ten się odwrócił i uśmiechnął pod sumiastym wąsem.

– Po akcje kolejowe przyjechałem, jak zawsze. Jasne?

– To pan kolejarz? – zapytał Łukasz.

– Nie, nie kolejarz, drwal, i odrąbię ci rękę, jak podniesiesz ją w nieodpowiednim momencie.

– Już lepiej stracić rękę niż głowę.

Syn Anny nie ukrywał, że uważa ich wszystkich za wariatów.

Aukcja powinna zacząć się pięć minut temu. Sędzia Lasocki jeszcze nie przybył. Może coś ważnego go zatrzymało i nie dotrze, pomyślał z nadzieją Henryk.

Do sali weszła dziewczyna z warkoczami, którą widzieli z Anną w restauracji. Już nie miała na sobie białego, efektownego fraku, lecz zwyczajny żakiet i spódnicę. Usiadła w pierwszym rzędzie. Czy to jakaś nowa kolekcjonerka? Oby tylko nie chciała zaczynać swojego zbioru od zakupu akcji zakładów Schichaua. No i żeby nie okazała się przedstawicielką elbląskiego muzeum, które ma w planach poszerzenie działu związanego z historią miasta.

W drzwiach pojawił się mężczyzna z wysokim czołem, towarzysz dziewczyny z warkoczami. Minął wszystkie rzędy i stanął za pulpitem na wprost zgromadzonych. Gwar ucichł i w tej samej chwili do sali wkroczył sędzia Lasocki.

Ten to ma wyczucie, pomyślał z uznaniem Henryk.

Sędzia spóźnił się prawie dziesięć minut, ale mimo to wszedł do sali w najlepszym momencie. Wszyscy uczestnicy już siedzieli, oczekując rozpoczęcia aukcji. Teraz w ciszy patrzyli na Lasockiego, jak sprężystym, zdecydowanym krokiem podchodzi do pierwszego rzędu krzeseł. Jego wysportowana sylwetka, czarny strój, ogolona głowa i surowa twarz robiły wrażenie. Henryk był pewien, że wszyscy w tej chwili uznali wyższość sędziego i nikt nie odważy się podnieść ręki, gdy on zacznie licytować. Henryk sam był już prawie gotów przyznać, że akcje zakładów Schichaua należą się konkurentowi.

Mężczyzna stojący za pulpitem odchrząknął i zaczął mówić:

– Witam państwa bardzo serdecznie. Nazywam się Rafał Lipiec i jestem dyrektorem tego hotelu. Cieszę się, że Stowarzyszenie Kolekcjonerów Historycznych Papierów Wartościowych wybrało hotel „Pod Lwem” na miejsce aukcji. Życzę państwu owocnych licytacji i oddaję już głos panu Adamowi, który poprowadzi dzisiejsze spotkanie.

Gdzieniegdzie rozległy się brawa. Dyrektor usiadł obok dziewczyny z warkoczami, a za pulpitem stanął młody, wysoki mężczyzna w garniturze, z drewnianym młotkiem w dłoni. Henrykowi zdawało się, że już go kiedyś widział. Pamiętał tę nietypową fryzurę, trochę dziewczęcą. Rysy też były znajome. Usiłował sobie przypomnieć, skąd go zna, ale niestety… Zdenerwowała go własna niepamięć. Szare komórki jak sito, a przecież jeszcze nie jest taki stary.

Anna nachyliła się do jego ucha i szepnęła:

– To aktor z mojego ulubionego serialu.

No i sprawa się wyjaśniła. Choć żadnego serialu nie oglądał, to na pewno miał okazję zobaczyć gościa w telewizji.

Z ust licytatora w stronę zgromadzonych popłynął profesjonalnie modulowany głos. Po słowach powitania kolekcjonerzy mieli okazję usłyszeć trzy żarty, które jednak niewielu rozśmieszyły. W końcu pan Adam zaprosił do licytowania.

Po sali przebiegł szmer. Henryk odruchowo zatarł ręce. Wreszcie dojdzie do rywalizacji, nie jakiegoś tam zwyczajnego sprzedawania i kupowania, lecz prawdziwej bitwy. Trzeba będzie się wykazać opanowaniem i przebiegłością. On swoje starcie będzie miał na samym końcu, w finałowej scenie dzisiejszej aukcji.

Na ekranie pojawiło się zdjęcie pierwszego waloru, a licytator przemówił:

– Drodzy kolekcjonerzy, oto ciekawe świadectwo historii przemysłu naftowego w Polsce, akcja Kopalni Ropy Naftowej w Borysławiu. Akcja została wystawiona w Antwerpii w tysiąc dziewięćset szóstym roku, w siedzibie zarządu spółki eksploatującej złoża. Wymiary dwadzieścia cztery i pół centymetra na trzydzieści, walor wyceniony na sto franków. Cena wywoławcza: pięćdziesiąt złotych. Kto da więcej?

Henryk miał w swej kolekcji pięć takich akcji. Wiedział, że więcej jak pięćdziesiąt złotych nie jest warta ze względu na dużą liczbę zachowanych walorów. Spółka wypuściła trzydzieści tysięcy akcji, z czego obecnie w obrocie było jakieś pięć tysięcy. Za jego plecami podniosła się ręka z numerkiem, potem kolejna, młotek zastukał trzykrotnie i akcja została sprzedana za sześćdziesiąt złotych.

Kolejny walor, akcja Fabryki Stali Hrabia L. Broel-Plater w Bliżnie z 1898 roku o nominale stu dwudziestu pięciu rubli, poszedł za sto dziesięć złotych.

Henryk pogrążył się w rozmyślaniach. Na kolekcjonowanie papierów stać było właściwie każdego. Byle gimnazjalista za kieszonkowe od rodziców mógł sobie kupić ciekawe okazy. Oczywiście, że drogich papierów nie brakowało, ale w stosunku do innych dzieł sztuki należało uznać je za śmiesznie tanie. Wpadł mu kiedyś w ręce katalog domu aukcyjnego wystawiającego obrazy, Beksiński za siedemdziesiąt pięć tysięcy złotych, dwa płótna i już jest kawalerka, ale to jeszcze nic w porównaniu z holenderską martwą naturą, jedno dzieło za kilka milionów euro. Dopóki japońscy przedsiębiorcy nie wpadną na pomysł, żeby traktować stare papiery jako inwestycję, te będą tanie. Czasami Henryk marzył, że w kolekcjonerskim świecie historycznych papierów wartościowych dochodzi do swego rodzaju gorączki tulipanowej i ceny poszczególnych walorów zaczynają szybować w górę. Jeden walor równa się dom na Mazurach, drugi jest w cenie Mercedesa – a on miał ich kilkaset, byłby milionerem.

W tej chwili licytator prezentował akcję Banku Młynarzy Zachodnich Ziem Polskich wydaną w Poznaniu w 1921 roku o nominale tysiąca marek. Po niej na ekranie pojawił się walor Banku Naftowego we Lwowie z 1927 roku, nominał pięćdziesiąt złotych, a następnie akcja Cukrowni we Wrześni z 1936 roku o nominale pięciuset złotych, wszystkie w zachęcających cenach wywoławczych. Licytacja przebiegała sprawnie, młotek stukał raz za razem.

Teraz na ekranie ukazał się walor kolejowy. Mężczyzna za pulpitem przystąpił do prezentacji:

– Drodzy kolekcjonerzy, oto obligacja najstarszej polskiej linii kolejowej, czyli Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej. Ta kolej została częściowo otwarta już w tysiąc osiemset czterdziestym piątym roku i była jedną z największych inwestycji tego typu w zaborze rosyjskim w dziewiętnastym wieku.

Bogdan wiercił się niecierpliwie, aż krzesło pod nim skrzypiało. Tymczasem licytator mówił coraz szybciej:

– Obligacja dwustronna w trzech językach, po polsku, niemiecku i francusku, wyemitowana w tysiąc osiemset sześćdziesiątym roku, wymiary trzydzieści dziewięć na trzydzieści i pół centymetra, nominał sto dwadzieścia pięć rubli srebrem, co stanowi równowartość pięciuset franków. Na odwrocie tabela wypłat odsetek na lata od tysiąc osiemset sześćdziesiąt dwa do tysiąc dziewięćset trzydzieści dwa. Podpisy rady zarządzającej, hrabiego Przeździeckiego oraz głównego kasjera Vittmana. Cena wywoławcza: sto złotych, kto da więcej?

Łukasz zwrócił się do Anny:

– Mamo, weź kup ten papier, podoba mi się herb. – Wskazywał na herb Królestwa Kongresowego przedstawiający orła polskiego na piersiach rosyjskiego orła dwugłowego. – No, mamo, kup ten papier.

Anna siedziała niewzruszona, za to Bogdan podnosił co chwilę rękę z numerkiem. W licytacji brał też udział Kruk. Jego żona trzymała kciuki nie za to, aby mąż wygrał, lecz za to, aby nie przepłacił. Gdy Bogdan podbił cenę do stu siedemdziesięciu złotych, pani Kruk szturchnęła męża w bok. Ten podniósł niepewnie numerek, podając kwotę wyższą o pięć złotych. Bogdan w odpowiedzi zaproponował dwie setki. Henryk się uśmiechnął, widząc, jak pani Kruk łapie męża za rękę, nie pozwalając mu jej podnieść. Młotek licytatora trzykrotnie uderzył o pulpit i Bogdan stał się właścicielem obligacji Drogi Żelaznej Warszawa–Wiedeń. Teraz licytator zapowiedział akcję, na którą czekała Anna, walor Banku Dyskontowego Warszawskiego z interesującą grafiką, motywy kwiatowe w rogach, liczba sto wpleciona w boczną bordiurę oraz wizerunek siedzącej kobiety i dziecka opierającego się o jej kolana. Była to akcja na okaziciela z 1926 roku o nominale stu złotych. Anna od razu podniosła numerek. Razem z nią licytowały jeszcze trzy osoby, wszyscy podbijali cenę o pięć złotych. Sto pięć, sto dziesięć, sto piętnaście, w końcu ktoś w tylnych rzędach zaproponował sto osiemdziesiąt złotych. Anna nachyliła się do ucha Henryka i szepnęła:

– Poczekam na lepszą okazję.

Henryk trochę aukcji w swoim życiu już widział i bez trudu zaobserwował, że ten, kto jako pierwszy wysoko podbijał cenę licytowanego obiektu, zwykle wygrywał. Niekiedy wystarczyło tylko raz podnieść rękę i podwyższyć sumę znaczniej niż inni. Tak stało się również teraz. Gdy cena skoczyła ze stu piętnastu złotych na sto osiemdziesiąt, Anna i inni licytujący zdeprymowani odstąpili od dalszego licytowania, choć sto osiemdziesiąt złotych to wcale nie było zbyt dużo za ten walor.

Licytator ogłosił dwudziestominutową przerwę. Ludzie zaczęli powoli wstawać. Na korytarzu przygotowano bufet z winem, kawą i ciastkami. Henryk szedł za Anną, wpatrując się w jej obfite pośladki. Nagle poczuł dłoń na swoim ramieniu, to sędzia Lasocki go zatrzymywał.

– No co, szanowny kolego, licytujemy dzisiaj akcje zakładów Schichaua?

Henryk aż się skurczył w sobie, nawet nowy garnitur nie pomagał w podniesieniu poczucia własnej wartości. Gdy patrzył na wyprostowaną, muskularną sylwetkę sędziego, całą w czerni, czuł, że on sam stoi zgarbiony, a marynarka za bardzo opina brzuch. Próbował się wyprężyć, podnieść głowę, ale jego starania nie przynosiły efektu.

Sędzia poklepał go po ramieniu niczym chłopca i się oddalił, nie czekając na odpowiedź. Henryk patrzył za nim z podziwem i nienawiścią.

– Zobaczymy, kto dzisiaj wygra – wymamrotał pod nosem, ale coraz bardziej czuł, że będzie musiał oddać pola prezesowi Lasockiemu.

Zbliżyła się do niego Anna z dwiema lampkami wina. Łukasza nigdzie nie było widać.

– Gdzie twój syn?

– Zszedł do recepcji. Pracuje tam jakaś jego koleżanka, poszedł pogadać. Lepiej niech tu już nie wraca, tylko wstydu narobił.

– Daj spokój, może to my jesteśmy za mało spontaniczni.

Henryk dostrzegł drobnego, niskiego mężczyznę w za dużej niebieskiej marynarce. Zwracał na siebie uwagę, bo cały czas nerwowo kręcił głową. Nigdy go wcześniej nie widział, był to prawdopodobnie jakiś początkujący kolekcjoner. Mężczyzna zauważył, że jest obserwowany, i podszedł do nich z wyciągniętą ręką.

– Karol Milewicz jestem – przedstawił się. Ściskając dłoń Anny, oznajmił: – To ja, no tego, wylicytowałem ten bank, jakiś tam warszawski. Pani nie ma żalu?

– Nie. Gratuluje panu, to wyjątkowy walor, z piękną grafiką.

– No właśnie, ta grafika, jak pani mówi, ładne ramki się zrobi i będzie dobrze na ścianie wyglądać, chyba. Bo mnie te papiery, to tego, w ogóle nie interesują, ale córka w internecie wyczytała, że teraz biura się papierami ozdabia. Bo wiecie państwo, ja otwieram biuro rachunkowe, tu niedaleko na Wodnej, bo córka, no tego, studia skończyła i to dla niej, a ja jestem hydraulikiem.

Henryk nie lubił zbieraczy, którzy traktowali historyczne papiery wartościowe wyłącznie jako ozdobę. Stare papiery powinno się kolekcjonować dla ich urody i jako pamiątkę minionych dziejów, a nie czynić z nich obrazki na ścianę. Owszem, on też w swoim mieszkaniu w Olsztynie powiesił kilka walorów, ale przecież nie tylko w tym celu je nabył.

Uczestnicy aukcji zaczęli ponownie wypełniać salę konferencyjną. Henryk i Anna wrócili na swoje miejsca. Po chwili pojawił się także Łukasz.

– Ale ta Ester zrobiła się drętwa… – mruknął.

Licytator przystąpił do prezentowania kolejnych walorów. Akcję Fabryki Porcelany i Wyrobów Ceramicznych w Ćmielowie z 1920 roku oraz akcję Galicyjskiej Fabryki Obuwia z 1912 roku nabył Karol Milewicz. W sumie hydraulik wszedł w posiadanie trzech papierów z interesującą szatą graficzną, będzie czym ozdabiać biuro rachunkowe córki.

W końcu nadszedł ten moment, kiedy na ekranie pojawił się walor zakładów Schichaua, a właściwie trzy walory, pierwszy z niebieską szatą graficzną na pięćset marek niemieckich, drugi o rdzawej barwie na tysiąc marek i trzeci utrzymany w zielonej kolorystyce o nominale pięciu tysięcy marek. Wszystkie zostały wyemitowane w 1943 w Berlinie. Właściciel sprzedawał je łącznie jako jeden przedmiot, dzięki czemu podnosił ich wartość. Być może za jakiś czas któryś z antykwariuszy wystawi na aukcji kolejne akcje zakładów Schichaua, ale w tej chwili te były jedynymi.

Henryk ściskał nerwowo numerek i wsłuchiwał się w głos licytatora, który właśnie przedstawiał historię zakładów Schichaua.

– Drodzy kolekcjonerzy z Elbląga, zapewne wielu z was wie, kim był Ferdinand Schichau. No, ale nie wszyscy mają zaszczyt mieszkać w tym pięknym mieście i znać jego przemysłową historię, dlatego teraz pokrótce ją przybliżę. Ferdinand Gottlob Schichau to niemiecki przedsiębiorca oraz konstruktor maszyn parowych i okrętów. W tysiąc osiemset trzydziestym siódmym roku otworzył w Elblągu warsztat budowy maszyn, a następnie w ciągu kilkudziesięciu lat przekształcił to miasto w potęgę przemysłową, tworząc tu zakłady mechaniczne i stocznię. W zakładach produkowano części kolejowe i kompletne lokomotywy, a w stoczni statki handlowe, pasażerskie i wojenne w tym torpedowce i U-boty dla Kriegsmarine. W tysiąc dziewięćset dwudziestym dziewiątym roku zakłady Schichaua zostały przekształcone w spółkę akcyjną i znalazły się pod zarządem Rzeszy Niemieckiej. Dziś w miejscu zakładów Schichaua działa firma Alstom-Power. – Licytator zrobił krótką pauzę i dodał tonem, jak gdyby wyjawiał wielką tajemnicę: – Podczas przerwy dowiedziałem się, że jest wśród nas przedstawiciel Alstom-Power.

Henryk zamarł. Miał wrażenie, że jego krawat zamienił się w pętlę i dusi go niczym skazańca. To już koniec. Pojawił się kolejny, bardzo poważny gracz, którego trudno będzie przelicytować. Nic dziwnego, że obecny zakład chce podkreślić swój symboliczny związek z poprzednikiem, kupując jego papiery wartościowe. Henryk powinien przewidzieć pojawienie się tego typu nabywcy, nie byłby teraz taki zaskoczony. Nerwowo poluźnił krawat. Lasocki jako prezes stowarzyszenia, a także organizator aukcji oczywiście wiedział o udziale Alstom-Power i na pewno teraz nie straci głowy.

Gdy licytator podał cenę wywoławczą, sześćset złotych za trzy walory, sędzia zalicytował sześćset pięćdziesiąt. Siedząca w drugim rzędzie kobieta w czarnej marynarce zgłosiła siedemset złotych. Henryk widział jej profil i rękę, gdy podnosiła ją z numerkiem. To zapewne ona była przedstawicielem Alstom-Power. Odetchnął parę razy głęboko. Spokojnie, nie jest źle. Przecież firmy biorące udział w licytacjach mają z góry ustaloną kwotę, jaką planują wydać. Nie dają się ponieść aukcyjnemu współzawodnictwu, a więc ta kobieta wkrótce przestanie licytować. Oby jak najszybciej.

Henryk podniósł numerek i zaproponował osiemset pięćdziesiąt złotych. Wreszcie wszedł do gry. Znowu poczuł to znajome podniecenie, dreszczyk emocji rosnący wraz z ceną licytowanego waloru. Niezwykła chwila, ta cisza z sali, ani jednego szmeru, ani jednego szeptu, napięcie unoszące się w powietrzu i zmieniony głos licytatora, który miał świadomość, że to jest najważniejszy moment wieczoru. Gdy akcje zakładów Schichaua osiągnęły tysiąc sto złotych, Henryk zgłosił tysiąc pięćset. Chciał być tym pierwszym, który wysoko podbije cenę. Udało się, dobrze wyczuł moment. Sędzia zaproponował tysiąc pięćset jeden złotych. Henryk zaśmiał się w duchu, bo jego przeciwnik postanowił zagrać jak hrabia Zamoyski. Hrabia kupił Zakopane, licytując jak wytrawny gracz. Raz dawał o jeden cent więcej, potem o tysiąc guldenów, jak gdyby w ogóle na pieniądzach mu nie zależało, a potem znów podwyższał cenę o jeden cent. Tej taktyki nie wytrzymali zaprawieni w bojach żydowscy przedsiębiorcy oraz bankierzy i odstąpili od licytacji. Następnego dnia gazeciarze wykrzykiwali, że Zamoyski kupił miasto za jednego centa.

Kobieta w czarnej marynarce siedziała nieruchomo. Prawdopodobnie tysiąc pięćset złotych to była kwota, poza którą nie miała prawa wyjść. Henryk zaoferował tysiąc sześćset. Sędzia w odpowiedzi tysiąc sześćset jeden.

No dobrze, możemy dodawać po złotówce, pomyślał Henryk i zgłosił tysiąc sześćset dwa, sędzia tysiąc sześćset trzy złote i tak doszli do tysiąca sześciuset dziesięciu złotych. Wtedy w uroczystą ciszę sali wkradł się krótki, ordynarny śmiech Łukasza:

– Ale jazda! Formuła jeden dla starców. Na pewno narobiliście już w pampersy. Co nie? – powiedział pogardliwie i na tyle głośno, że usłyszała go cała sala.

Ktoś w tylnych rzędach się zaśmiał, ale zaraz ucichł. Podniosła atmosfera prysła i zrobiło się nieprzyjemnie, jak gdyby przyłapano ich na wstydliwych zabawach. Henryk poczuł, że się czerwieni. Chciał, żeby ktoś, nieważne kto, podniósł numerek i zalicytował, pokazując wszystkim, że słowa Łukasza nic nie znaczą. Zgromadzeni trwali jednak w bezruchu i ciszy.

– Tysiąc sześćset dziesięć po raz drugi. – Licytator stuknął młotkiem w pulpit.

Sędzia milczał. Kolejne uderzenie młotka i Henryk stał się właścicielem akcji zakładów Schichaua. Zwycięstwo nie dało mu spodziewanej satysfakcji. To przez syna Anny. Prostak, cham, głupiec – wszystko zepsuł. Licytator złożył mu gratulacje, ale jakoś tak zdawkowo. Anna uścisnęła mu dłoń, bez czułości, ukradkiem. Gdzieniegdzie rozległy się krótkie oklaski. Parę osób wstało i zaczęło kierować się do wyjścia. Zatrzymał ich głos licytatora:

– Drodzy kolekcjonerzy, to nie koniec, został nam jeszcze jeden przedmiot.

Henryk i Anna spojrzeli na siebie zaskoczeni. Bogdan wymownie wzruszył ramionami.

Licytator kontynuował:

– Ten walor został zgłoszony na aukcję w ostatniej chwili, dlatego nie ma go w drukowanym katalogu. Drodzy państwo, oto wisienka na torcie.

W tym momencie na ekranie pojawił się skan zapowiadanego papieru. Przez salę przebiegł szmer podnieconych głosów. Henryk poczuł pulsowanie krwi za uszami. Z niedowierzaniem patrzył na akcję Pierwszej Fabryki Lokomotyw w Polsce S.A. z 1923 roku o nominale pięciuset marek polskich. O tej akcji marzyli nie tylko kolekcjonerzy historycznych papierów wartościowych, ale również miłośnicy sztuki graficznej, albowiem zaprojektował ją sam Józef Mehoffer. Pędząca lokomotywa, a za nią lecący anioł, za aniołem orzeł – ta grafika robiła wrażenie. Bogdan aż gwizdnął z zachwytu. Henryk był na siebie zły. Nie brał pod uwagę, że na aukcji może pojawić się coś ciekawszego od walorów zakładów Schichaua. Wydał już tysiąc sześćset złotych i zanosiło się na podwojenie, a może nawet potrojenie tej kwoty, bo nie zamierzał odpuścić waloru Pierwszej Fabryki Lokomotyw w Polsce. Niestety, chętnych na tę akcję było kilku.

Gdy tylko licytator podał cenę wywoławczą, osiemset złotych, Bogdan podniósł numerek, dając o sto złotych więcej. Był poważnym przeciwnikiem. Wprawdzie jego możliwości finansowe były ograniczone, bo ile mógł zarabiać jako pracownik leśny, ale za to wykazywał ogromną pasję w kolekcjonowaniu kolejowych walorów. Teraz miał okazję wzbogacić swój zbiór o walor Pierwszej Fabryki Lokomotyw w Polsce. Kiedyś wyjawił Henrykowi, że czeka właśnie na ten papier, że podpytuje innych kolekcjonerów, próbując ustalić, kto go ma, skontaktował się nawet z kilkoma antykwariuszami.

Sędzia Lasocki jako drugi podniósł rękę z numerkiem i podbił cenę wysoko, do dwóch tysięcy złotych. Bogdan jęknął. Sędzia właśnie dał wszystkim do zrozumienia, że to on bierze dzisiaj ten walor. Musiało mu na nim zależeć, przecież miał wielkie ambicje. Posiadanie najlepszej kolekcji w kraju to był jego cel. Tego wieczoru już jedne akcje sobie odpuścił. Walory zakładów Schichaua nie poszerzą jego zbiorów. Na wypuszczenie z rąk akcji Pierwszej Fabryki Lokomotyw nie mógł sobie pozwolić.

Henryk zgłosił dwa tysiące sto złotych. Czuł, że o zwycięstwo w tej licytacji będzie bardzo trudno, ale nie zamierzał się poddawać. Tymczasem do gry włączyła się kolejna osoba, dziewczyna z warkoczami zgłosiła dwa i pół tysiąca złotych.

Kim ona, do licha, jest? Początkującą kolekcjonerką? Raczej nie. Przecież nie zaczyna się kolekcjonowania od kupna tak drogiego waloru. A może licytuje w czyimś imieniu, kogoś bardzo ważnego? To może być nawet Ministerstwo Kultury. Nie bez powodu dyrektor hotelu towarzyszył jej podczas obiadu, rozmyślał Henryk.

Podbił zaraz po niej na dwa tysiące sześćset. Sędzia dorzucił kolejne sto złotych i wtedy rękę do góry podniósł Bogdan, proponując trzy tysiące. Henryk patrzył zaskoczony na jego szerokie ramiona. Myślał, że leśnik wypadł z tej rywalizacji w chwili, gdy cena przekroczyła dwa tysiące.

Co robić? Licytować dalej czy zrezygnować? Miał już akcje zakładów Schichaua, po nie tutaj przyjechał. Cel został osiągnięty. Niezupełnie, bo celem było ustrzelenie najwartościowszego waloru, a takim jest akcja Pierwszej Fabryki Lokomotyw w Polsce. Jeśli uda mu się nabyć ten papier, okryje się wielką sławą. W środowisku kolekcjonerskim będzie się o nim mówić przez wiele tygodni, a może nawet miesięcy. Na najbliższym zjeździe stowarzyszenia wszyscy będą go poklepywać po plecach i składać gratulacje.

Henryk zaproponował trzy tysiące sto złotych. Bogdan dał pięćdziesiąt złotych więcej, a dziewczyna z warkoczami trzy i pół tysiąca, sędzia trzy osiemset. Henryk jeszcze bardziej rozluźnił krawat, podniósł rękę do góry i zgłosił cztery tysiące.

Ani złotówki więcej, powtarzał sobie w myślach. Ten walor nie jest więcej wart, cztery tysiące to i tak dużo.

Anna wstrzymała oddech, Bogdan złapał się za głowę. Dziewczyna z warkoczami zwlekała z podniesieniem ręki, sędzia również. Henryk na moment przymknął oczy. Jedno uderzenie młotka, drugie, trzecie, sprzedane. Udało mu się! Wygrał. Rozległy się gromkie brawa. Licytator składał mu entuzjastyczne gratulacje. Łukasz milczał. Tym razem nie odważył się na pogardliwy komentarz. Anna pocałowała Henryka w policzek. Pani Kruk zamachała do niego, a jej mąż uniósł rękę, układając dwa palce w znak zwycięstwa. Na korytarzu przy bufecie, gdy stał z kieliszkiem wina, otoczyli go kolekcjonerzy z gratulacjami. Na tę chwilę czekał, kosztowała go cztery tysiące złotych, ale było warto. Ktoś złapał go za ramię. Odwrócił się i zobaczył drobnego mężczyznę w za dużej niebieskiej marynarce. Hydraulik stuknął kieliszkiem w jego szkło, po czym nachylił się mu do ucha i poprosił:

– Kolego, no tego, powiedz, ile kasy już wydałeś na te stare papiery.

Henryk nie wyjawił sumy, ale palcami pokazał na jakieś pięć centymetrów.

– Tyle, właśnie tyle wydałem.

Pół godziny później był już w swoim pokoju i chował akcje do sejfu. Anna zeszła do restauracji po szampana. Łukasza wysłała do domu, powiedziawszy mu, że też niedługo wróci. Henryk zdjął krawat i marynarkę. Chodząc po pokoju, rozkoszował się swoim sukcesem.

A czy sędzia Lasocki mu pogratulował? Na pewno nie, tej nieprzeniknionej twarzy ze ściągniętymi brwiami nie było pośród osób, które go okrążyły po aukcji. To niepodobne do sędziego, jako prezes stowarzyszenia zawsze składał gratulacje kolekcjonerowi, który zgarnął najwartościowszy walor. Przegrana bardzo musiała mu dopiec. Bogdan też nie podał mu ręki po licytacji. Stał przy bufecie i pił wino, jeden kieliszek za drugim i patrzył na niego ze złością. Henryk podszedł do niego, chciał mu powiedzieć, że tak bywa, że innym razem to Bogdanowi uda się wylicytować najlepszy walor, ale ten nie chciał słuchać. Odepchnął go i odszedł z głową wciśniętą między szerokie ramiona.

Henryk z dreszczykiem podniecenia przywoływał moment, kiedy stanęła przed nim dziewczyna z warkoczami. Znajdowała się tak blisko, że czuł jej słodki, ciepły zapach. Otarła się o niego biustem. Była ładna i nie taka młoda, jak mu się wydawało z początku. To te dwa dziewczęce warkocze ją odmładzały, a w rzeczywistości była już prawdopodobnie po trzydziestce. Patrząc mu prosto w oczy, powiedziała coś po niemiecku. Uśmiechnęła się, widząc jego zaskoczoną minę. Nie mógł oderwać oczu od jej zgrabnej sylwetki w fioletowej spódnicy i czarnym, obcisłym żakiecie. Oddalała się powoli, jakby czuła, że odprowadza ją pełnym podziwu spojrzeniem.

Do pokoju weszła Anna z butelką szampana i dwoma kieliszkami. Henryk zaczął rozpinać koszulę.

– Kochanie, pozwolisz, że najpierw wezmę prysznic? – zwrócił się do niej.

Zachichotała.

– Tak, idź do łazienki, a ja zadzwonię do Łukasza i powiem mu, że dzisiaj będę nocowała u znajomej, bo biedaczka potrzebuje wsparcia po powrocie ze szpitala.

Kołysząc biodrami, zsunęła pantofle na wysokim obcasie. Potem z komórką w ręku rzuciła się na szerokie, hotelowe łóżko. Już nie była podstarzałą urzędniczką z nadwagą i problemami urologicznymi. Teraz wcieliła się w rolę pięknej i zmysłowej kochanki.

Łazienka była mała. Henryk, stojąc między zlewem a muszlą, próbował zdjąć spodnie. Nie pozbył się całego ubrania w pokoju, bo zdawał sobie sprawę, że jego chude nogi w połączeniu z wydętym brzuchem prezentują się fatalnie. A tak wyjdzie z łazienki owinięty obszernym ręcznikiem i będzie mógł dalej odgrywać rolę czarującego amanta. Stojąc już pod strumieniem gorącej wody, zaczął energicznie namydlać brzuch i pachy. Podśpiewywał sobie pod nosem, był zadowolony. Drzwi do łazienki się otworzyły i zaraz zamknęły. Przez mleczne szkło widać było postać. Czyżby Anna wpadła na pomysł wspólnej kąpieli? Ale przecież w kabinie jest za mało miejsca, nie wciśnie się tu ze swoim wielkim tyłkiem. Postać powoli otworzyła drzwi prysznica. Henryk zaskoczony i przestraszony cofnął się o pół kroku, opierając plecami o kafelki. Odruchowo zasłonił krocze dłońmi. To nie była Anna. W kłębach pary zobaczył kobietę z warkoczami, była naga.

Co tu się dzieje? Gdzie jest Anna? Jakim cudem ta młoda Niemka znalazła się w mojej łazience? Chyba przez jakąś koszmarną pomyłkę. Ale dlaczego tu jeszcze stoi i patrzy na niego? Powinna się już zorientować, że nie jest u siebie, i wyjść.

Kobieta z warkoczami się uśmiechnęła i powiedziała coś po niemiecku. Henryk miał ochotę zniknąć. Wstydził się swojej starości, chudych nóg i wydętego brzucha. A ona weszła do kabiny i zamknęła drzwi. Henrykowi przez chwilę tchu zabrakło. Takie rzeczy dzieją się w fantazjach erotycznych, ale nigdy w rzeczywistości. Niemka obróciła się pod strumieniem wody tyłem do niego i pokazała palcem na swoje plecy. Zrozumiał, czego od niego oczekuje. Nie zastanawiał się już, co robi Anna i jakim cudem ta obca kobieta weszła do jego łazienki. Całkowicie oddał się namydlaniu młodego, jędrnego ciała.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Rozdział I

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Meritum publikacji