Wydawca: Videograf Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 491 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Słynne fortuny III RP - Przemysław Słowiński

Przemysław Słowiński przedstawia w swej książce sylwetki 30 najbogatszych Polaków, których fortuny powstały w ciągu ostatnich 20 lat. Opisując ich drogę do pieniędzy, autor pokazuje, jak rodził się kapitalizm w Polsce. Wśród prezentowanych tu życiorysów znaleźć można godne naśladowania przykłady przedsiębiorczości, jednak znaczna większość to opisy brawurowego hochsztaplerstwa. Bohaterów książki łączy jedno: wszyscy zajmowali lub zajmują czołowe miejsca na liście najbogatszych Polaków i wszyscy zdobyli rozgłos medialny. Wielu z nich zawdzięcza ten rozgłos aferom, w które byli zamieszani i które zostały wreszcie ujawnione. Za spektakularnymi karierami niektórych "mistrzów biznesu" stali politycy różnych ugrupowań, współpracownicy służb specjalnych i członkowie grup mafijnych. Oprócz aferzystów i pospolitych przestępców autor przedstawił także uczciwych biznesmenów, którzy latami budowali swój sukces, wykorzystując swoją wiedzę, zdolność do ryzyka, cenne kontakty i sprzyjającą koniunkturę.

Opinie o ebooku Słynne fortuny III RP - Przemysław Słowiński

Fragment ebooka Słynne fortuny III RP - Przemysław Słowiński

Redakcja

Jacek Illg

Projekt okładki

Marek J. Piwko

Redakcja techniczna

Damian Walasek

Skład i łamanie

Ewa Mierzwa

Korekta

Laura Ryndak

Wydanie I, Chorzów 2012

Wydawca: Wydawnictwo Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2012

ISBN 978-83-7835-088-0

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

W państwie rządzonym dobrze wstyd być biednym,

w państwie rządzonym źle – bogatym.

Konfucjusz

WstępPolska droga do wolnego rynku

W całym niemal okresie PRL-u wszystko, co prywatne, było tępione i wyszydzane. Terminy, takie jak „prywaciarz”, „spekulant”, czy „kapitalista” miały wydźwięk jednoznacznie negatywny, a ludzie starający się już wówczas prowadzić działalność na własny rachunek, skazani byli na społeczną i administracyjną banicję. Przez kilkadziesiąt lat w komunistycznej Polsce obowiązywało głoszone przez Karola Marksa hasło: Pieniądz poniża wszystkich bogów człowieka i zamienia ich w towar.

A jednak, jak powiedział inny filozof: Istnieje tylko jedna grupa ludzi, która myśli o pieniądzach więcej niż bogaci, a mianowicie ubodzy. W myśl tej dewizy całe rzesze obywateli wciąż kombinowały, jak by tu zarobić więcej. Pieniądze bowiem być może rzeczywiście nie dają szczęścia, ale pozwalają nam znacznie wygodniej być nieszczęśliwymi.

Pierwsze symptomy gromadzenia prywatnych zasobów ekonomicznych w znaczącej skali zaczęły się pojawiać w PRL-u w połowie lat siedemdziesiątych i wiązały się ze zmianą kierownictwa państwowego oraz nowym stylem rządzenia, jaki wprowadziła w Polsce ekipa Gierka. Ówczesny boom gospodarczy, możliwość wyjazdu na Zachód i pozbycie się sztywnego gorsetu gomółkowskich zasad wychowania społeczeństwa stworzyły między innymi szansę swoistej „prywatyzacji państwa”, podporządkowując je w dużym stopniu interesom kierownictwa i jego bezpośredniego zaplecza politycznego. Był to pierwszy, ale bynajmniej nie ostatni przykład w historii PRL-u przekształcania się klasy panującej w klasę złodziejską.

Jedną ze specyficznych cech tego typu rządzenia była korupcja, która opanowała szczyty władzy i rozprzestrzeniła się w dół. Zdaniem niektórych badaczy, np. Timothy’ego Gartona Asha, stanowiła zasadę sterowania przez Gierka nomenklaturą i aparatem państwa. Jej treścią stało się „kupowanie” poparcia politycznego poprzez liczne, częściowo jawne, przywileje dla elity, na które składały się różne dodatkowe dochody i przydziały, takie jak bezpłatne mieszkania, domki rekreacyjne, samochody służbowe i specjalne sklepy dające preferencyjny dostęp do tak zwanych artykułów deficytowych.

Zaczęły powstawać osiedla prominenckie, wśród elit władzy upowszechniły się dacze i działki w atrakcyjnych miejscach, modne stały się wyjazdy zagraniczne, polowania i inne wyróżniki uprzywilejowanego statusu, odbiegające od lansowanych propagandowo wzorów „socjalistycznego stylu życia”.

Po latach siermiężnej biedy także i zwykłym obywatelom zaczęło się żyć znacznie dostatniej, szczególnie tym na Śląsku i w Zagłębiu. Gierek nie zapomniał o nich na warszawskich salonach i wyrywał dla Śląska i rodzinnego Zagłębia więcej kiełbasy, więcej cementu i więcej talonów na samochody niż dla innych regionów Polski. Przed każdymi świętami Bożego Narodzenia, raz do roku można było nawet kupić pomarańcze. Należało tylko postać parę godzin w kolejce i już człowiek stawał się właścicielem kilograma cytrusów z dalekiej, lecz zaprzyjaźnionej Kuby.

W Gliwicach widziano podobno leżącą na ulicy skórkę od banana. Powstało sporo wędliniarni, w których można było kazać podgrzać zakupioną kiełbasę „zwyczajną”. Dodawali do tego jeszcze bułkę i musztardę. Ech, jakie cudowne to były czasy! Aż łza się w oku kręci. Okres rządów „Ojca Edwarda” skomentował bardzo trafnie Jacek Kuroń: Kiedy do peerelowskiej, powiązanej sznurkami fury, kierowanej przez woźnicę – centralnego planistę, przyczepiono silnik mercedesa, to silnik zaburczał i fura nareszcie drgnęła, a nawet ruszyła z kopyta, ale też natychmiast zaczęła się rozsypywać.

Korzystając z pewnego rozluźnienia – choć trudno sobie wyobrazić, by mogło się to dziać wbrew ówczesnej władzy – niektórzy, co sprytniejsi obywatele zaczęli otwierać własne, prywatne „geszefty”. Pierwszy, raczkujący okres „cudu gospodarczego” połowy lat siedemdziesiątych miał jednakże bardzo ograniczony, lokalny zakres. Rodzimi przedsiębiorcy prowadzili swe interesy głównie w kraju, dorabiając się czasami małych fortun, które przejadali następnie w cichości czterech ścian swych willi, rozpaczliwie usiłując wykombinować wytłumaczenie dla fiskusa, skąd wzięli forsę na ich wybudowanie i zakup dużego fiata.

Ten tak zwany „stary” biznes prywatny, oparty głównie na rzemiośle i usługach, rzadko potrafił jednak zwielokrotnić skalę prowadzonej działalności gospodarczej. Zarządzanie małymi firmami nie przygotowywało większości takich przedsiębiorców kapitałowo ani mentalnie do robienia „dużych interesów” i kierowania szybko rosnącymi firmami w nowych warunkach gospodarczych. Logika rozwoju gospodarki rynkowej spowodowała, że większość „starego” biznesu PRL-u wypadła z gry.

Spośród „bogaczy lat siedemdziesiątych”, w nowej, pokomunistycznej rzeczywistości, pewną rolę odegrały natomiast osoby, które wzbogaciły się wówczas na nielegalnym, choć powszechnie uprawianym handlu walutą, czyli mówiąc potocznie „cinkciarstwie” To właśnie wtedy jeden z bohaterów tej książki, Lech Grobelny zrobił (nie mylić z „zarobił”) pierwszy tysiąc dolarów, a prócz niego wzbogaciły się setki innych „sałaciarzy” W tamtych latach w samej tylko stolicy ich liczbę można było szacować na 3-4 tys.

Kolejnym „słupem milowym” w polskiej drodze do wolnego rynku i wielkich fortun była ustawa z 1982 roku, która umożliwiła działanie tak zwanym „firmom polonijnym”. Jedno z pierwszych tego typu przedsiębiorstw założył inny z bohaterów tego opracowania, Jan Kulczyk.

Bankrutujący system zmuszał władze PRL-u do liberalizowania polityki gospodarczej, ustawa zaś stanowić miała dowód na to, że rządząca w kraju ekipa naprawdę stara się reformować gospodarkę. Jej szczególne znaczenie polegało na tym, że legalizowała możliwości prowadzenia prywatnych interesów na dużą skalę (oczywiście jak na ówczesne uwarunkowania społeczno-gospodarcze i polityczne). Dzięki tej ustawie po raz pierwszy od końca lat czterdziestych możliwe stało się oficjalne istnienie przedsiębiorstwa prywatnego, które było czymś więcej niż małym zakładem rzemieślniczym, produkcyjnym czy usługowym o bardzo ograniczonym zakresie działania i niewielkich obrotach.

Źródłem przewagi konkurencyjnej „spółek polonijnych” były rozmaite przywileje przyznawane zagranicznym inwestorom przez władze PRL-u. Do tych prerogatyw należały m.in. trzyletnie zwolnienia podatkowe, swoboda wykorzystania na cele importu wpływów dewizowych z eksportu, możliwość zatrzymania 50 procent zysków i 10 procent wartości inwestycji, czy prawo bezpośredniego eksportu bez obowiązkowego pośrednictwa państwowych centrali handlu zagranicznego. Wprawdzie utrzymywano wiele ograniczeń administracyjnych (np. legalne zatrudnienie nie mogło przekroczyć 300 osób), ale działanie na rynku zamkniętym dla konkurencji zagranicznej i produkcja lub sprzedaż artykułów dostępnych głównie za dewizy sprawiły, że oferta wielu „spółek polonijnych” była bardzo atrakcyjna. W tym samym czasie kapitalista polski mógł zatrudnić do pięciu osób, musiał zdać egzaminy kierunkowe i uzyskać pozytywną opinię cechów, czyli konkurentów, że nie będzie im przeszkadzał w działalności.

W „spółkach polonijnych” znajdowali się często różni cisi udziałowcy, w tym osoby ze służb specjalnych i kręgów władzy. W wielu wypadkach słowo „polonijna” było w tego rodzaju przedsięwzięciach zupełną fikcją. Bardzo niewiele z nich na dobrą sprawę zakładali ludzie, którzy autentycznie przyjechali z zagranicy i to na ogół bez większego kapitału. W ogromnej większości tych spółek „polonus” był po prostu podstawiony. Sami sobie robiliśmy papiery cudzoziemców i dzięki temu mogliśmy zatrudniać innych i prowadzić działalność na wielką skalę – wyznał szczerze, choć anonimowo, jeden z funkcjonariuszy służb specjalnych w rozmowie z dziennikarzem tygodnika „Wprost”. W rezultacie w przypadku „spółek polonijnych” nierzadko mieliśmy do czynienia z ruchem powrotnym kapitału nielegalnie zdobytego w Polsce i wracającego do kraju pod płaszczykiem wieloletniej pracy na Zachodzie.

Mozolna, trwająca przez niemal całe lata osiemdziesiąte cyrkulacja kapitału wydała w latach dziewięćdziesiątych swój owoc: w dwa lata po proklamowaniu w Polsce kapitalizmu, stu najbogatszych Polaków – w rankingu przygotowywanym regularnie od 1991 roku przez tygodnik „Wprost” – było współwłaścicielami przedsiębiorstw obracających kapitałem wartym tylko kilkadziesiąt razy mniej niż polski produkt krajowy brutto. W ten sposób – niepostrzeżenie, aczkolwiek zgodnie z jej naturą – odrodziła się razem z Rzeczpospolitą jej „piąta władza” – władza kapitału.

Prawdziwy przełom w gospodarce nastąpił jednak dopiero wtedy, gdy zdychający komunizm wykonywał już ostatnie podrygi. Tym przełomem było wejście w życie uchwalonej 23 grudnia 1988 roku ustawy o działalności gospodarczej, opracowanej przez Mieczysława Wilczka, ministra przemysłu w rządzie Mieczysława Rakowskiego. Niemalże jednym ruchem ręki Wilczek zlikwidował w Polsce socjalizm w dziedzinie gospodarki. Od tej pory każdy, bez żadnej kontroli państwowej, mógł produkować i sprzedawać, co chce i jak chce. Z dnia na dzień na polskich ulicach pojawili się rodzimi kapitaliści. W ciągu pierwszych 12 miesięcy obowiązywania nowej ustawy, na jej podstawie powstało 2,5 mln firm. W następnym roku kolejny milion.

Artykuł 1 tego aktu prawnego brzmiał: Podejmowanie i prowadzenie działalności gospodarczej jest wolne i dozwolone każdemu na równych wobec prawa zasadach. Artykuł 4 określał, że podmioty gospodarcze mogą robić wszystko, co nie jest zabronione. Dzięki swojej prostocie i temu, co było napisane dalej, ustawa dokonywała rewolucji gospodarczej. Liczyła łącznie zaledwie 54 artykuły, z czego 20 dotyczyło odniesień do innych ustaw. Z kolei artykuł 53 wyliczał akty prawne, które w związku z wejściem w życie nowej ustawy tracą moc. Była to najdłuższa część dokumentu. („Ojcze nasz” składa się z 50 słów, amerykańska Deklaracja Niepodległości – z 300, a ostatnio ogłoszone rozporządzenie Unii Europejskiej w sprawie cen jarzyn – z 26.911 słów).

„Ustawa Wilczka” pozwoliła Polakom zacząć zmieniać kraj. Pozwoliła zacząć się bogacić. Każdy, kto miał pomysł, komu chciało się pracować, miał taką szansę. To właśnie ona stała się podstawą „cudu gospodarczego” lat dziewięćdziesiątych. Jak bowiem retorycznie zapytywał przed laty Henry Ford: Po co być biednym? No właśnie, po jaką cholerę?

W kraju bez telefonów, dróg, kapitału i banków, w ciągu 6 lat powstało 6 mln miejsc pracy, które zaczęły wytwarzać niemal dwie trzecie polskiego PKB. Wspomniana ustawa została przyjęta w czasie, gdy na terenie Polski stacjonowały obce wojska, gdy aparat urzędniczy był bardziej wrogi przedsiębiorczości niż dziś i gdy władzę dzierżyła niedemokratyczna partia komunistyczna. Wielu ludzi w tych trudnych czasach dzięki ulicznemu handlowi zdołało wyżywić rodzinę. Dla niektórych z nich ten handel stał się odskocznią do większego biznesu, do prawdziwych fortun.

Oczywiście, ustawa Wilczka otworzyła również przed nomenklaturą szerokie możliwości prowadzenia rozmaitych szemranych interesów i uwłaszczania się na potęgę (o czym za chwilę). Zamiast jednak podjęcia kroków związanych z usprawnieniem kontroli i ściganiem przez odpowiednie organy działających nielegalnie i uwłaszczających się niezgodnie z prawem, uznano z czasem, że przepisy gospodarcze są zbyt liberalne. Efekt był taki, że nomenklatura dalej żyła sobie dobrze, prowadziła działalność, a uczciwi przedsiębiorcy byli stopniowo niszczeni przez kolejne ograniczenia, koncesje i zezwolenia.

W roku 1988 reglamentowane były 4 (słownie: cztery) dziedziny gospodarki. W 2004 roku koncesje, licencje i pozwolenia były wymagane już w 240 obszarach, a liczba urzędników wzrosła czterokrotnie. Z czasem polityka państwa w coraz mniejszym stopniu sprzyjała prywatnemu biznesowi. Dotyczyło to przede wszystkim systemu podatkowego, obarczonego dwoma grzechami głównymi: niestabilnością i nadmiernym fiskalizmem. Powstał system fiskalny o rekordowo drenażowym charakterze, nastawiony wyłącznie na napełnienie budżetowej kasy. Kolejne rządy, zamiast poszerzać, zawężały wolność gospodarczą. Wprowadzano coraz to nowe obciążenia podatkowe, rozrastająca się biurokracja skutecznie odstraszała młodych ludzi od zakładania nowych firm. Efektem było to, że w 2001 roku bezrobocie sięgnęło niemal 20 procent i stało się największą bolączką polskiej gospodarki.

Od początku lat dziewięćdziesiątych wśród znaczących źródeł dochodów w Polsce wymienia się również przestępstwa celne i dewizowe (zwłaszcza przemyt elektroniki, alkoholu i wyrobów tytoniowych), pranie brudnych pieniędzy, oszustwa podatkowe, kredytowe i giełdowe (np. ujawnianie poufnych informacji), nadużycia przy prywatyzacji, produkcję, przemyt i dystrybucję narkotyków oraz środków psychotropowych, podrabianie towarów i łamanie praw autorskich, kradzieże oraz przemyt samochodów, nielegalny handel i przemyt metali kolorowych, wyłudzenia zboża, węgla i stali, piramidy finansowe i działalność parabankową, a także stręczycielstwo, prostytucję i handel żywym towarem. Na tej drodze również wyrosło wiele dzisiejszych fortun, a bardziej szczegółowe informacje na ten temat można znaleźć w dalszej części książki.

Śmierć komunizmu nie zmiotła z polskiej sceny gospodarczej jego ostatnich zarządców. Przeciwnie. Dzieje kapitalizmu w III RP to jednocześnie dzieje powstawania, konsolidowania się i prosperity czegoś, co Piotr Gabryel i Marek Zieleniewski nazwali „Holdingiem Towarzyskim” – potężniejącego z każdym rokiem biznesowego zaplecza formacji powstałej na gruzach PZPR. Do jego narodzin w równym stopniu przyczynił się lęk sierot po Stalinie przed totalną dyskryminacją i izolacją w życiu publicznym oraz gospodarczym, co dalekowzroczna myśl o okopaniu się w gospodarce, reprezentowana przez ostatnich liderów PZPR, młodych, nieźle na ogół wykształconych, a Marksa i Lenina mających w „głębokim poważaniu”, gotowych służyć każdemu, kto da więcej. Wspomniany lęk wyzwolił w tych ludziach wzajemną lojalność, porównywalną chyba tylko z zasadami obowiązującymi w organizacjach mafijnych.

Skala i zasięg tych „związków towarzyskich” to najpotężniejsza dziś struktura „piątej władzy” w Polsce – swoista ilustracja możliwości i wpływów „Holdingu Towarzyskiego”. Przy tym stopniu zespolenia wieloletnich znajomości, interesów i pieniędzy, jeden telefon „z góry” jest w stanie uruchomić bądź przekreślić praktycznie każde, nawet największe przedsięwzięcie gospodarcze. W Polsce po 1989 roku zbudowano ustrój iście hybrydowy. Z jednej strony wprowadzono do gospodarki pewne mechanizmy rynkowe, (o wolnym rynku trudno tu jednak mówić), z drugiej zaś zachowano socjalistyczną zasadę bogacenia się poprzez układy.

Ludzie dawnej nomenklatury zdominowali znaczną część aparatu bankowego, nadzór kontroli finansowej i ubezpieczenia. Ci, którzy byli na szczycie piramidy społecznej przed 1989 rokiem, uwłaszczyli się, pozostając do dziś w tym samym miejscu socjalnej struktury. I choć trochę osób do nich dołączyło, to generalnie dawny „układ” pozostał niezmieniony.

Dołączył chociażby pewien legendarny działacz „Solidarności” z Wrocławia – wczoraj jeszcze biedny, prześladowany za poglądy robotnik, dzisiaj bogaty przedsiębiorca aspirujący do rządzenia państwem. Pierwszy wydzierżawiony przez niego tir dał początek dużej firmie „FF-„Fracht” (spedycja, logistyka, transport). Szkoda, że rzesze innych robotników nie poszły w jego ślady.

Liderzy SLD na czele z Aleksandrem Kwaśniewskim i Leszkiem Millerem kokietowali finansjerę, jak mogli. Pan Prezydent odbył kilkadziesiąt uroczystych spotkań z udziałem szefów największych firm, a zapraszanie licznego grona starannie wyselekcjonowanych przedstawicieli wielkiego biznesu do towarzystwa wojażujących po świecie prezydenta lub premiera, stało się podczas sprawowania przez nich wymienionych urzędów niemalże rytuałem. Ponad wszelką miarę korzystając z „renty władzy” (ulgi, licencje, kontyngenty itp.), rozdzielając przywileje, tworząc z poufnej informacji najdroższy towar na rynku i zarazem formując z ekonomicznego ustroju III RP pokraczny twór o potocznej nazwie „kapitalizm koncesyjny”, koalicja SLD-PSL w znacznej mierze uzależniła ich od siebie. Jednak do czasu. Teraz, ponieważ SLD się „nie sprawdziło”, uzyskując zbyt małe poparcie w wyborach, uwiesili się oni Platformy Obywatelskiej.

Tak czy inaczej, dawni komuniści oraz niektórzy z dawnych opozycjonistów ramię w ramię stworzyli nam bezlitosny, nieludzki, oparty na skrajnym wyzysku XIX-wieczny model kapitalizmu. Żądają elastycznych przepisów dotyczących zatrudnienia. Elastycznych, to znaczy takich, które pozwolą pracodawcy, z godziny na godzinę, wyrzucić na zbity pysk pracownika. Elastyczne przepisy to brak praw dla pracobiorcy i płaca minimalna. Receptą na bezrobocie mają być niczym nieograniczone zarobki pracodawców, co ma się przełożyć na wzrost zatrudnienia. Może jakiś idiota w to uwierzy…

Jedno nie ulega wątpliwości. Kapitalizm koncesyjny autorstwa minionej koalicji SLD-PSL – raj dla średniaków i nieudaczników, którym mur celny gwarantował w miarę stabilną wegetację – pomyślany został również jako wielkie akwarium z mętną wodą dla grubych ryb. I nic dziwnego, że premier Pawlak zaraz na początku swego urzędowania schował głęboko do szuflady odziedziczony po swej poprzedniczce, Hannie Suchockiej, raport rządowej komisji do spraw koncesji – postulujący m.in. likwidację wielu ograniczeń. Bo to właśnie Polskie Stronnictwo Ludowe stało się jednym z głównych beneficjentów kapitalizmu koncesyjnego.

Drogą powstawania wielkich fortun III RP było również wspomniane przed chwilą tak zwane „uwłaszczanie się nomenklatury”, definiowane jako metoda pomnażania bogactwa przez członków dawnych władz komunistycznych, którzy korzystając z instrumentów rządzenia, tworzyli różne mechanizmy, łącznie z uzyskaniem praw własności, umożliwiające przejęcie istniejących przedsiębiorstw państwowych lub tworzenie nowych firm dzięki wykorzystaniu zasobów sektora publicznego.

Znaczenie ekonomiczne takich firm polegało przede wszystkim na tworzeniu mechanizmów zależności, dzięki którym państwowy kapitał pracował na rzecz prywatnych właścicieli. Stąd też część badaczy wyraża pogląd, że firmy o takiej genezie stanowią typowy przykład nowych kierunków patologii gospodarczych, występujących w okresie transformacji systemowej w Polsce. „Stronami transakcji były na ogół te same osoby: wnosząc do spółki państwowo– prywatnej (za zgodą rad pracowniczych) aport, dyrektorzy przedsiębiorstw państwowych reprezentowali Skarb Państwa. Ci sami dyrektorzy byli często jednocześnie udziałowcami spółek już jako osoby prywatne” – napisał nie kto inny jak sam Leszek Balcerowicz.

Firma państwowa wnosiła standardowo pewien majątek (maszyny, budynki, magazyny itp.), zaś partycypujący dyrektorzy wnosili zwykle jedynie swoją d… (i czasami tylko niewielki kapitalik). Dochód „spółki” dzielony był według posiadanych akcji. W praktyce działalność tego rodzaju tworów stanowiła formę legalizacji nieformalnej przedsiębiorczości. Spółki obciążały kosztami swojego funkcjonowania przedsiębiorstwa państwowe i umożliwiały przejmowanie ich majątku po zaniżonej cenie.

Spośród „nomenklaturowych” strategii dojścia do wielkiego biznesu szczególnie znaczące w początkowym okresie transformacji było przejmowanie kontroli nad dużymi przedsiębiorstwami państwowymi przez ich kierownictwa. Na poziomie największych i najbardziej ekspansywnych firm zjawisko to przyjęło postać prywatyzacji central handlu zagranicznego i przedsiębiorstw eksportujących usługi, zwłaszcza budowlane. Tak zrobili chociażby Dariusz Przywieczerski czyWitold Zaraska, których barwne dzieje opisano w tej książce.

Podobnie jak w przypadku liderów biznesu „polonijnego”, przesłanką strategii tej grupy podmiotów był przede wszystkim uprzywilejowany dostęp do rynków zewnętrznych i międzynarodowych kontaktów gospodarczych. Ważną rolę w przypadku tej grupy przedsiębiorstw odgrywało także umocowanie ich kierownictw w sieciach zależności gospodarczych i powiązań politycznych na wysokich szczeblach władzy partyjnej i państwowej.

Już od jesieni 1989 roku potrzebę uwłaszczenia nomenklatury głosiło wielu wpływowych polityków i publicystów. Uzasadniali ją interesem „stabilności politycznej”. W praktyce oznaczało to nieformalną zgodę na rozkradanie mienia publicznego. Zgodnie z logiką tej polityki, jesienią 1989 roku, w przeddzień wielkiej prywatyzacji, rząd zlikwidował Biuro do Walki z Przestępczością Zorganizowaną przy KG MO i wydziały przestępstw gospodarczych (PG) w poszczególnych komendach. Szła za tym polityka tolerancji dla grabieży państwa już nie tylko przez nomenklaturę, ale także polityków wywodzących się z dawnej opozycji.

28 kwietnia 1990 roku ówczesny sejm doprowadził do odrzucenia projektu ustawy nacjonalizującej majątek byłej PZPR. Doprowadzono również do utrzymania przywilejów emerytalnych bezpieki komunistycznej. Pomysł zrównania emerytur jeden z posłów nazwał „zoologicznym antykomunizmem”.

Rząd Mazowieckiego był w znacznej mierze oparty na porozumieniu elit ponad dotychczasowymi podziałami. Nie chodzi tylko o to, że był to rząd koalicyjny, właściwie bez parlamentarnej opozycji. Ważniejsze, że było to wielkie porozumienie liberalnych elit PZPR i liberałów z dawnej opozycji, które pozwoliło na odrzucenie społeczno-gospodarczego programu „Solidarności”. To umożliwiło kontynuację uwłaszczania się nomenklatury, a jej zdobyta w ten sposób pozycja stała się jednym z głównych wyznaczników politycznych wpływów środowisk postkomunistycznych.

Dzięki temu doszło w Polsce do powstania tak zwanego „kapitalizmu politycznego” – zjawiska polegającego na łączeniu układów władzy ze światem biznesu, co w wydatny sposób sprzyja zorganizowanej przestępczości i daje nieograniczone możliwości prowadzenia interesów na wielką skalę. Uprzywilejowana pozycja daje dostęp do preferencyjnych kredytów, koncesji, licencji, tajnych informacji gospodarczych i bankowych. Przedstawiciele kapitalizmu politycznego blokują tworzenie prawa pozbawionego luk, pozwalającego na zwalczanie przestępczości. Tak rodzą się polityczno-kryminalne kolosy finansowe i „szara strefa”, które w znacznym stopniu zdominowały życie gospodarcze naszego kraju.

Wyniki wszystkich badań wykazują wyraźną nadreprezentację byłych członków PZPR w obecnej elicie ekonomicznej. Według rozmaitych danych, ich udział wśród szefów i właścicieli największych polskich firm w pierwszych latach transformacji wynosił od 40 do ponad 60 procent. Pamiętać przy tym trzeba, iż badania kwestionariuszowe opierają się na nieweryfikowanych deklaracjach ankietowanych, tworzonych retrospektywnie. Są one obarczone licznymi błędami, z których jednym z najczęstszych jest błąd pamięci respondentów, nie zawsze wiernie relacjonujących swoją przeszłość. W przypadku cytowanych badań śmiało można przyjąć założenie, że – zwłaszcza na początku lat dziewięćdziesiątych – występowała wśród respondentów raczej tendencja do zaniżania niż podwyższania deklaracji przynależności do PZPR. Dobra pamięć to umieć zapomnieć to, czego lepiej nie pamiętać – powiedział już prawie 200 lat temu cesarz Bonaparte.

Zdecydowanie największy deklarowany udział procentowy członków PZPR w badanej zbiorowości wystąpił w sektorze bankowym. Wśród prezesów zarządu, wiceprezesów i członków zarządu największych polskich banków w 1998 roku dawni członkowie PZPR stanowili 62,6%. Równocześnie na szczególną uwagę zasługuje zjawisko niemające odpowiednika w innych badaniach nad czołówką polskiego biznesu: w tej samej próbie bankowców znalazło się relatywnie sporo dawnych członków ZSL – 18,1%.

Badania losów dawnej nomenklatury i pozycji, jakie zajęła w nowej strukturze społecznej, w znacznym stopniu potwierdziły zatem hipotezę o zamianie kapitału politycznego w ekonomiczny. Droga „od nomenklatury do biznesu” wykorzystywana była przez wszystkie segmenty starej elity, chociaż szanse i możliwości środowisk gospodarczych były w tym zakresie największe. Do prywatnego biznesu trafiali dyrektorzy przedsiębiorstw, jak również działacze partyjni i organizacji masowych (np. młodzieżowych), funkcjonariusze administracji państwowej, a także decydenci ze świata kultury, mediów i nauki.

W sektorze prywatnym zaadoptowały się też osoby nie mające uprzednio oficjalnie bezpośredniego związku z władzą, nie będące „czerwoną nomenklaturą”, ale posiadające w tym środowisku znakomite układy. Ci co „nie należeli”, a nawet ganili zbrodniczy system, oczywiście prywatnie, w czterech ścianach własnego mieszkania, na co dzień flirtowali z władzą i korzystali bez skrępowania z przywilejów. Owszem, rozmazywali to łajno od morza do Tatr, ale odwracali przy tym z odrazą nos.

Coraz bardziej widoczne są w dzisiejszej Polsce elementy systemu oligarchicznego, a demokracja słabnie z dnia na dzień. Formalnie mamy demokrację parlamentarną, ale wielu ludzi uważa, że to tylko parawan, za którym pociągają za sznurki ludzie wpływowi i uprzywilejowani. Prawo jest dostosowywane do potrzeb grup interesu, a państwo stało się instrumentem używanym przez „towarzystwo” w rozgrywkach grupowych oraz środkiem kumulowania i dystrybucji kapitału przez „grupę trzymającą władzę”. Szlachetni inteligenci ciągle jednak ostrzegają, by nie poddawać się spiskowej wersji historii…

Traktowanie historii jedynie jako wyniku mafijnych spisków jest błędem, ale głupotą również jest nieuwzględnianie działania mafii przy rozpamiętywaniu historii.

W Polsce – i w innych krajach bloku radzieckiego, oprócz Rumunii – komuniści oddali władzę w sposób pokojowy. To prawda. Zabezpieczyli jednak wcześniej swoje interesy ekonomiczne i polityczne. Zabezpieczenia te powodują, iż państwo polskie jest sparaliżowane przez liczne, pasożytnicze układy nieformalne – pochodzenia nie tylko krajowego i nie tylko wschodniego. Rdzeniem tych powiązań jest układ postkomunistyczny.

Nie jest on rzecz jasna odpowiedzialny za całe obecne zło, jest jednak rodzajem wirusa, którego istnienie w obrębie organizmu społecznego sprzyja rozprzestrzenianiu się dalszych schorzeń i uniemożliwia skuteczną walkę z nimi. Jego istnienie ułatwia wchodzenie do tkanki społecznej innego rodzaju pasożytów, tym razem pochodzenia solidarnościowego i swoiście kapitalistycznego.

Artyści przekrętuBogusław Bagsik

W jaki sposób młody muzyk, który pod koniec lat osiemdziesiątych był tylko zwykłym, szarym człowiekiem z prowincjonalnej Polski, wdrapał się na szczyt światowej finansjery? W jaki sposób zaskarbił sobie przyjaźń polityków pełniących najważniejsze funkcje w państwie? W jaki sposób niewielka spółka z Cieszyna w ciągu zaledwie półtora roku stała się potężnym holdingiem, kontrolującym kilkaset firm? Przedsiębiorstwem robiącym interesy praktycznie na całym świecie, zajmującym się strategicznymi przedsięwzięciami związanymi z rynkiem paliwowym i handlem bronią, obracającym miliardami dolarów. Przedsięwzięciami, które – jak stwierdził później Urząd Ochrony Państwa – zagroziły bezpieczeństwu kraju.

Kiedy rozpętała się afera „Art B”, wysuwano najrozmaitsze hipotezy: współpraca z mafią, z Mossadem, z KGB. Pojawił się też tak zwany wątek cygański, ale i ta droga – podobnie jak wszystkie inne – wiodła na manowce. Poniższa opowieść z pewnością nie wyjaśni zagadki jednej z największych afer gospodarczych Polski początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, ale przybliży niewątpliwie czytelnikowi jej kulisy, biorące w niej udział postaci i przebieg zdarzeń, a tym samym pozwoli na pełniejsze zrozumienie tego, co tak naprawdę zdarzyło się pewnego dnia w spokojnym miasteczku Cieszyn.

***

Bogusław Bagsik przyszedł na świat 8 kwietnia 1963 roku w Bytomiu, w rodzinie żydowskiej. Adoptowany następnie przez rodzinę protestancką, dzieciństwo spędził w Zabrzu-Rokitnicy, gdzie ukończył szkołę podstawową i średnią (IV LO im. Mikołaja Reja). Równolegle uczęszczał do Państwowej Szkoły Muzycznej im. Stanisława Moniuszki.

Po maturze wyjechał z Zabrza i zamieszkał najpierw w gminie Goleszów, a następnie w Cieszynie. Tam ożenił się z Magdaleną Kamieniarz, z zawodu krawcową, z którą miał czterech dorodnych synów: Beniamina, Samuela, Szymona i Marka. Kształcił się dalej w Studium Nauczycielskim oraz Akademii Muzycznej w Katowicach, jednak studiów wyższych nie ukończył.

Pracę zawodową rozpoczął jako stroiciel fortepianów, następnie zatrudniony był kolejno jako nauczyciel, pomocnik na budowach kościołów i organista w kilku parafiach, by ostatecznie podjąć pracę akwizytora w firmie „Jurgast” w Wiśle, gdzie szybko awansował na pełnomocnika zarządu tej spółki.

Będąc stroicielem fortepianów (zatrudnionym w cieszyńskiej Spółdzielni Pracy Instrumentów Muzycznych „Ton”), zasłynął wystawianiem lewych rachunków, dzięki czemu do jego kieszeni trafiło prawie 93 tys. zł. Brał również instrumenty do sprzedaży komisowej (oficjalnie za pośrednictwem spółdzielni), upłynniał je natomiast całkowicie prywatnie. Efektem tych praktyk był wyrok sądowy z października 1988 roku – rok pozbawienia wolności z zawieszeniem na dwa lata oraz 70 tys. zł grzywny.

Niektórzy dziennikarze lansowali potem uparcie teorię, że działający aktywnie w zielonoświątkowym ruchu misyjnym Bagsik został w całą tę historię wrobiony przez Służbę Bezpieczeństwa. Dostawszy ponoć propozycję donoszenia o tym, co się dzieje w jego zborze, odmówił, narażając się na zemstę. Cóż, niektórym wydaje się, że bajka będzie tym ciekawsza im mniej sensowna. Prawdziwa historia Bogusława Bagsika i jego „Art B” jest jednak dużo bardziej interesująca niż legenda.

Służba Bezpieczeństwa (SB), została utworzona ustawą sejmu z 13 listopada 1956 roku. Zastąpiła skompromitowany w społeczeństwie Urząd Bezpieczeństwa. W istocie SB była tajną policją w systemie totalitarnym, jej zadania sprowadzały się do ochrony władzy komunistycznej poprzez kontrolowanie wszystkich dziedzin życia społecznego, łamanie praworządności i zwalczanie opozycji. Jej funkcjonariusze stosowali na szeroką skalę metody szantażu, prowokacji, a nawet dopuszczali się zbrodni. Szczególnie zaciekle zwalczali Kościół katolicki. W końcowej fazie swojego istnienia, w sierpniu 1989 roku SB zatrudniała 24 300 funkcjonariuszy, którzy kontrolowali 90 000 tajnych współpracowników. Rozwiązana w 1990 roku, zastąpiona została w części działalności przez Urząd Ochrony Państwa.

Spółka z o. o. „Art B” (skrót od Artyści Biznesu) została zarejestrowana 4 maja 1989 roku w Cieszynie, a jej kapitał zakładowy wynosił 100 tys. zł, co stanowiło w opisywanym czasie równowartość 15 dolarów. I tyle można powiedzieć o „Art B” z całkowitą pewnością. Reszta to już gąszcz niedomówień, spekulacji i fantasmagorii prasowych, sprzecznych racji prawników oraz dezinformacji rozpowszechnianych – świadomie lub nie – przez jej właścicieli.

Udziałowcami spółki byli początkowo: Franciszek Juraszek (szef firmy „Jurgast” – były już pracodawca Bagsika, właściciel rzeźni, hotelu i dyskoteki), jego żona – Janina Filak oraz mecenas Jerzy Pagiełło (obrońca Bagsika w wyżej wspomnianym procesie karnym). Potem do grona udziałowców dołączyli Jan Kiwit (były pracownik ministerstwa komunikacji) oraz Marek Doliński – syn wójta Cyganów z Kalisza. Ten muzyczno-cygański kontakt zaowocował wkrótce wymyślonym wspólnie z Piotrem Prońko (bratem Krystyny) festiwalem muzyki romskiej w Gorzowie, który ponoć przyniósł „Art B” pierwsze duże pieniądze. Dopiero na końcu w skład spółki wszedł Andrzej Gąsiorowski, lekarz laryngolog z Wałbrzycha. Z Bagsikiem połączyło ich wspólne muzykowanie i zamiłowanie do jazzu.

Pierwsze interesy „Art B” wpisane były w lokalny koloryt raczkującego w Polsce kapitalizmu. Na każdym kursie po kawę, czekoladę czy cytrusy do Berlina Zachodniego zarabiało się sto procent. Na alkoholu, elektronice, papierosach i samochodach jeszcze więcej. Tajemnicą poliszynela jest, że wiele firm eksportowych w Berlinie i Wiedniu, w których zaopatrywali się Polacy, należało do ludzi związanych ze służbami specjalnymi dawnej PRL.

Berlin Zachodni stawał się powoli polskim miastem. Cały Charlottenburg, w okolicach dworca ZOO i Kudamu zaroił się od polskich pionierów biznesu, którzy kupowali, kupowali i kupowali. To my, Polacy, pracowaliśmy w końcu lat osiemdziesiątych na potęgę dzisiejszej stolicy zjednoczonych Niemiec, likwidując ostatecznie problem tak zwanej nadprodukcji, dając zatrudnienie dziesiątkom tysięcy tubylców i zostawiając w tamtejszych sklepach miliony marek.

Dostałem zamówienie od pewnego przedsiębiorstwa na zakup sprzętu elektronicznego – wspomina początki swej działalności biznesowej sam Bogusław Bagsik. – O 8.00 wszedłem do zakładu i odebrałem zaliczkę, 50 procent wartości zamówienia. Zamieniłem złotówki na dolary. Pojechałem do Warszawy, kupiłem sprzęt za dolary. O połowę taniej niż u nas za złotówki. O 16.00 byłem już z powrotem w zakładzie. Zdałem sprzęt i dostałem drugą połowę. W ciągu jednego dnia zarobiłem 24 tys. dolarów. Potem nauczyłem się, że równie trudno, czy równie łatwo, zarobić tysiąc dolarów, jak milion.

Na pytanie, skąd wziął się kapitał „Art B”, prezes odpowiedział kiedyś:

Ja zaczynałem z tymi 24 tysiącami dolarów. A potem był już snow ball – zasada kuli śnieżnej. Transformacja kapitału z przyszłości do teraźniejszości.

Zasadę tę wyjaśnił później w kilku zdaniach:

To proste, jeśli mam 10 złotych i złożę je do banku na rok na 100 procent, po roku będę miał 20 złotych. Idę do banku i mówię: chciałbym sobie kupić telewizor za 20 złotych. Otwórzcie mi akredytywę na te 20 złotych. – Ależ proszę pana, pan będzie miał te 20 złotych dopiero za rok. Tak, ale za telewizor tez muszę zapłacić dopiero za rok. Jeśli ja nie zapłacę, to zapłaci bank – ale z moich pieniędzy. Jestem z bankiem fair? Jestem. Mam ten telewizor już po miesiącu. Mogę go sprzedać, nawet jeśli nie zarobię na tym 100 procent tylko 50, bo przecież przeniosłem zysk z przyszłości w teraźniejszość. Tego typu operacji można zrobić mnóstwo. Przy 10 złotych mam 20, przy 10 milionach – 20 milionów. A przy miliardach mogę już zacząć prawdziwy interes.

U podstaw pierwszych sukcesów finansowych „Art B” legło rozporządzenie któregoś z ministrów, uniemożliwiające państwowym przedsiębiorstwom zakup dewiz, za które można było nabyć w istniejących sieciach sklepów „Pewex” i „Baltona” poszukiwane na rynku telewizory, magnetowidy oraz inne artykuły w normalnej sprzedaży niedostępne. Za skupione na czarnym rynku dolary Bagsik kupował więc w tych sklepach owe telewizory i magnetowidy, a następnie od podstawionych osób prywatnych z kręgu rodziny i przyjaciół nabywał je jako Spółka „Art B”. (Wiały już inne wiatry, ale ograniczoność większości polityków ciągle była bezgraniczna. Tak zresztą zostało do dziś).

Następnie wystawiał stosowną fakturę i odsprzedawał towar za złotówki jednostkom państwowym, tyle że za cenę dwukrotnie wyższą. Czas już zatarł i niepamięć nazwisko durnia, który zabronił państwowym firmom kupować telewizory taniej, jednak Bogusław Bagsik był mu za tę decyzję głęboko wdzięczny, bo zyski z opisywanej działalności były naprawdę godziwe.

Kolejnym krokiem milowym w rozwoju Spółki stał się pomysł zaopatrywania w wyżej wymieniony sprzęt Państwowych Domów Towarowych, rozsianych wtedy jeszcze gęsto po całym pięknym kraju. Kupiony za dewizy sprzęt był odsprzedawany za złotówki państwowym placówkom z olbrzymią marżą i oczywiście ze względu na niebotyczne ceny (PDT dokładał przecież jeszcze swoje), był zupełnie niesprzedawalny. Każdy klient mógł przecież kupić dolary pod „Pewexem” i nabyć telewizor dużo taniej. Do czasu jednak. Po kilku tygodniach szalejąca inflacja i związany z nią gwałtowny wzrost cen twardej waluty powodowały prawdziwy najazd kupców na stoiska radiowo-telewizyjne „Pedetów” i autentyczne bitwy o możliwość kupna bagsikowego sprzętu, dużo tańszego w tym momencie niż „pewexowski” czy „baltonowski”.

Jeżeli ktoś jeszcze nie zrozumiał, to wyjaśniam na przykładzie. Telewizor kosztował powiedzmy 300 dolarów, a dolar 1 000 złotych. Kupno telewizora kosztowało więc 300 000 zł. Boguś sprzedawał ten telewizor dajmy na to PDT w Kutnie za 600 000 zł, za które nabywał natychmiast 600 dolarów. (Zysk – 300$, oczywiście minus rozmaite koszta). Telewizor wystawiano na półkę powiedzmy za 750 000. Za miesiąc dolar kosztował już 3 000 zł, czyli, że za telewizor trzeba było wybulić 900 000 zł. W zaopatrywanych przez niego sklepach kosztował 750 000…

Nieobytym z ekonomicznym słownictwem wyjaśniam również, że inflacja jest wtedy, kiedy byle co ma większą wartość niż pieniądz. W opisywanym czasie inflacja była tak duża, że w celu uniknięcia jej skutków, co bardziej zapobiegliwe żony wydawały pensje swych mężów zaraz w pierwszych dniach miesiąca.

Do końca 1989 roku „Art B” osiągnęła zysk niewiele powyżej 12 mln zł. Jesienią 1990 roku deponowała w PKO BP wkład terminowy w wysokości (sic!) 400 mld złotych. Jak widać na załączonym przykładzie, posługując się wyżej opisanym schematem, do zarobienia tak wielkich pieniędzy wcale nie był potrzebny udział służb specjalnych ani Rosji, ani Izraela. Tym niemniej Jarosław Kaczyński twierdził w listopadzie 1992 roku, powołując się na rzekomą informację otrzymaną od Andrzeja Milczanowskiego, ówczesnego szefa UOP, że Bagsik i Gąsiorowski mieli etaty w KGB. „Gazeta Polska” dla odmiany donosiła zaś o bliskiej współpracy Bagsika i Gąsiorowskiego z pułkownikiem Mossadu, Meirem Braundweinem.

Mossad (Ha-Mossad le-Modiin u-le-Tafkidim Mejuchadim) – Instytut Wywiadu i Zadań Specjalnych – izraelska agencja wywiadowcza odpowiedzialna m.in. za gromadzenie politycznych, technicznych, gospodarczych danych wywiadowczych poza granicami kraju, formalnie utworzona 1 kwietnia 1951 roku jako Instytut Koordynacji; obecną nazwę nadano w roku 1963.

Jedną z ciekawszych hipotez na temat pochodzenia majątku „Art B” przedstawił na łamach „Polityki” socjolog i dziennikarz Jerzy Diatłowiecki. Według jego wiedzy „Art B” współpracowało z rządem Izraela przy wynajęciu od zachodnich firm lotniczych odrzutowców, którymi po 1990 roku z warszawskiego Okęcia docierały do Tel Awiwu dziesiątki tysięcy rosyjskich Żydów.

Nowy rok 1990 Bogusław Bagsik wraz z przyjaciółmi witał w gościńcu „Femina” w Wiśle. Wśród zaproszonych gości było kilku wysoko postawionych gości z MSW, bawił się także dyrektor gabinetu ministra Jacka Ambroziaka. W czerwcu tego roku ustalił się ostateczny skład udziałowców „Art B” (odeszli Doliński, Kiwit, Juraszek i Filak).

Duże pieniądze rodziły nowe przyzwyczajenia. Szybkie samochody i dobre hotele stały się codziennością szefów „Art B” Na swoje bazy upatrzyli motel „Orbis” w Cieszynie i warszawski „Holliday Inn”. Faceci w dżinsach z kieszeniami wypchanymi forsą, w T-shirtach i czarnych skórach, ze złotymi łańcuchami na szyi i takimiż „Rolexami” na przegubach nie bardzo pasowali do kapiących luksusem wnętrz. Bagsik jeździł cadillakiem za 150 tys. dolarów wykonanym na prywatne zamówienie, nowiutkim BMW 750 kupionym za tę samą sumę oraz mercedesem 600 SE za 200 tys. USD. Przyzwyczajenie się do takich szosowych rakiet opłacił uprzednim rozbiciem chevroleta corvette i renault alpine, dzięki czemu zyskał sobie przydomek „Prędki Bags”.

W roku 1991 „Art B” uchodziła już za największą prywatną grupę kapitałową w Polsce. Do nieformalnego holdingu dysponującego siecią około 30 tak zwanych departamentów branżowych i funkcjonalnych należało ponad 200 spółek krajowych, zatrudniających łącznie 15 tys. osób, i 50 zagranicznych. „Art B” miała udziały w kilkuset domach towarowych oraz sklepach, własny samolot, helikopter i bogatą kolekcję dzieł sztuki.

Ważnymi postaciami w interesach Spółki byli od początku Ireneusz Sekuła – wicepremier w rządzie Mieczysława Rakowskiego, a za rządów SLD prezes Głównego Urzędu Ceł, Andrzej Kolikowski, pseudonim „Pershing” – szef gangu pruszkowskiego, oraz Wiesław Peciak – jeden z egzekutorów długów „Art B” Pierwszy dysponował wpływami w świecie polityki, pozostali – pieniędzmi.

Bogusław Bagsik zasiadł w fotelu radnego miasta Cieszyna pierwszej kadencji, niewiele głosów zabrakło mu, aby znalazł się w Senacie. W roku 1991 został laureatem Nagrody Kisiela, wręczonej mu osobiście przez czcigodnego fundatora. W tym samym roku znalazł się na 8 miejscu rankingu 100 najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost”.

Nagroda Kisiela zostata ustanowiona przez Stefana Kisielewskiego pod patronatem tygodnika „Wprost”. Przyznawana byta przez niego samego od roku 1990, a po jego śmierci przez Kapitułę Nagrody Kisiela, składającą się z wszystkich dotychczasowych laureatów, Jerzego Kisielewskiego (syna twórcy nagrody) oraz Marka Króla (byłego redaktora naczelnego tygodnika „Wprost”). Nagroda Kisiela przyznawana jest w trzech kategoriach – polityk, publicysta i przedsiębiorca. Wyróżniane są osoby, które w mijającym roku osiągnęły szczególnie wiele i których działalność jest zgodna z duchem twórczości Kisiela.

Dzięki współpracy nawiązanej z koreańskim „Goldstarem”, w wałbrzyskim „Elektrochemie” i ząbkowickim „Elsinie” w 1990 roku zmontowanych zostało 15 tys. telewizorów, które trafiły na polski rynek pod nazwą „Art B” Jednocześnie w całym kraju powstało 20 serwisów, które świadczyły usługi związane ze sprzętem „Goldstara”. Zakłady zatrudniały 1500 osób, w tym 300 inwalidów.

Nie byłoby tego interesu bez Glorii Ritt. To właśnie ona, a nie obce wywiady, jak sądzono po wyjeździe szefów „Art B” z Polski, była ich „oknem na świat”. To ona nauczyła ich, jak mają się ubierać, jak rozmawiać o biznesie, jak załatwiać interesy. Gloria Ritt, przyjaciółka Gąsiorowskich, przedstawicielka Kościoła zielonoświątkowego i menedżer jednej z dużych amerykańskich firm, wprowadziła Bagsika i Gąsiorowskiego do gabinetów ludzi, dzięki którym zrealizowali pierwsze wielkie operacje finansowe.

W szybkim tempie teren kraju pokryła sieć dwustu sklepów „Art B” ze sprzętem elektronicznym, odzieżą i artykułami spożywczymi. Dalsze plany przewidywały otwarcie podobnej sieci na terenie Czechosłowacji, gdzie od pewnego czasu spółka miała swoje udziały w firmie „Tesla-Art”, montującej w Trzyńcu telewizory „Goldstara”. Korporacja podjęła ponadto produkcję aparatury medycznej, w tym elektrokardiogramów i aparatury do kruszenia kamieni w nerkach.

Następną inwestycją była rozbudowa wykupionych Zakładów Mleczarskich w Sempólnie Krajeńskim. Kupiono też olejarnię w województwie zielonogórskim, przejęto 70 procent udziałów w spółce „Laktopol” zajmującej się przetwórstwem rolno-spożywczym i 51 procent udziałów „Agrotechniki”. Właściciele spółki nawiązali kontakty z amerykańską firmą „Fred Cody of Chrysler International” w sprawie uruchomienia montowni samochodów w Polsce. Przymierzali się do eksportu „Autosanów” i rozpoczęli negocjacje trójstronnego porozumienia „Art B” – FSM – koncern Formosa (Tajwan), na otwarcie linii produkcyjnej małego fiata w Chinach. Podpisali listy intencyjne w sprawie wykupienia udziałów w przedsiębiorstwach komunalnych Cieszyna: „Termika” – urządzenia grzewcze i „Cespa” – urządzenia spawalnicze.

Zlokalizowana w Warszawie spółka „Print AB”, wykorzystując komputerową sieć składu (nowość w owych czasach), szykowała do druku tygodniki „Monitor” i „Wyższe sfery”. Rozbudowywało się założone we Wrocławiu studio nagrań „Art B-Sound” i poznańskie wydawnictwo „Art Press”. Korporacja zarządzała też wspólnie z „Hartwigiem” przejściem granicznym dla TIR-ów w Pawłowicach Śląskich, a w planach poczesne miejsce zajmowała budowa czterech nowoczesnych kontenerowców dla Belgii.

W Wielkiej Brytanii spółka posiadała wytwórnię video-clipów i materiałów promocyjnych „Fifty-five”, przygotowywano uruchomienie telewizji kablowej w Cieszynie, będącej dopełnieniem kupionych wcześniej sześćdziesięciu procent udziałów w Telewizji Ryga, z którą utworzono joint venture. Linie „Art B Air” z siedzibą na lotnisku Pyrzowice koło Katowic utworzono w maju 1991 roku. Stan posiadania obejmował 6 samolotów turbośmigłowych i jeden „Candair-Challanger”. 6 lipca w swój pierwszy lot przez Atlantyk wystartował należący do „Art B” „Turbolet”.

Mnogość interesów Bagsika i Gąsiorowskiego nie przesłoniła im tego, o czym zawsze marzyli – wielkich interesów w show-biznesie. Zorganizowali w katowickim „Spodku” festiwal muzyki gospel, ze znaną w świecie firmą „Tribute” podpisali kontrakt na organizację w Sewilli widowiska „Legendy Gitary”, współuczestniczyli w organizacji koncertu Placido Domingo na Placu

Czerwonym w Moskwie. Wszystkich dziedzin aktywności „Artystów Biznesu” wymienić tu nie sposób, bo potrzebna byłaby do tego osobna książka.

Szczególną sławę Spółka zyskała w marcu 1991 roku, kiedy to – jak doniosła prasa – na pniu wykupiła całoroczną, trudno zbywalną produkcję Zakładów Mechanicznych „Ursus”.

Obok obrotu walutą i alkoholem, największe pieniądze przynosił w tamtych latach międzynarodowy handel bronią. Wielomilionowe kontrakty organizowali głównie ludzie powiązani z wywiadem, największymi zaś wpływami na światowym rynku zbrojeniowym cieszyli się radzieccy agenci. Możliwość zarobienia wielkiej forsy na tym interesie skusiła i „Art B” Dotychczasowa, oparta na koleżeńskich układach i politycznych sympatiach, skostniała branża, podbita została wolnorynkową doktryną niskiej ceny i wysokiej jakości oferowanego sprzętu. Tym samym Bogusław Bagsik i Andrzej Gąsiorowski odebrali zlecenia biznesmenom powiązanym ze światem polityki oraz oficerami służb specjalnych.

„Art B” była pierwszym prywatnym podmiotem, który otrzymał w III RP koncesję na handel bronią. Koronnym argumentem decydującym o jej przyznaniu pozostawały wpływy spółki w rządzie Kostaryki i u prezydenta tegoż kraju, za którymi iść miał kontrakt na sprzedaż 30 tys. karabinów KBK AK. Drugim odbiorcą broni miała być Malezja. Polskie władze zaoferowały Bagsikowi upłynnienie sprzętu wojskowego zalegającego w magazynach Ministerstwa Obrony Narodowej, w tym 200 czołgów, 67 samolotów MIG-21 oraz 3 okrętów desantowych. Spółka pośredniczyła też w zakupie przez Polskę nowoczesnego izraelskiego wyposażenia, m.in. elektronicznych systemów wykrywania, silników samolotowych i systemów termowizyjnych dla statków i samolotów. Usługami holdingu zainteresowana była policja, zwłaszcza importem z Ziemi Świętej broni, sprzętu antyterrorystycznego i samochodów. Sprowadzono próbne partie pistoletów i kamizelek kuloodpornych.

Wkrótce „Art B” przejęła długi fabryki w Łabędach. Współpraca objęła także inne ośrodki produkcyjne, co umożliwiło samodzielne i tanie wytwarzanie różnego rodzaju broni oraz jej hurtową sprzedaż do Syrii. Kolejnym celem stał się kontrakt pakistański. Realizację tego projektu przeprowadziła już jednak powiązana z Urzędem Ochrony Państwa spółka NAT, konkurująca wcześniej z „Art B” o dostawy zaopatrzenia dla polskiej armii. Podczas niezwykle spektakularnej akcji, na polecenie Urzędu Ochrony Państwa i prokuratury, komandosi elitarnej jednostki GROM spacyfikowali biura holdingu, a za Bagsikiem i Gąsiorowskim rozesłano listy gończe. Pod kontrowersyjnymi zarzutami oszustw bankowych doprowadzono do rozbicia największego polskiego przedsiębiorstwa pierwszych lat III RP. Kontrakty zbrojeniowe „Art B” zostały przejęte przez podmioty powiązane ze służbami specjalnymi…

Pod kontrowersyjnymi zarzutami oszustw bankowych… No właśnie. Zastosowany przez „Art B” oscylator, zwany także oscylacyjną akceleracją kapitału, nie był niczym nowym. Na Zachodzie znano go już od dawna pod nazwą floating, czyli po prostu przepływ gotówki. Przepływ korzystny dla firm, ale nie dla banków. W wielu krajach jest zabroniony. W innych system bankowy broni się przed jego stosowaniem, używając superszybkich sieci komputerowych. Już w kilka sekund po dokonaniu operacji we wszystkich podłączonych do niej bankach wiadomo, że została wykonana. W Polsce informacja o wypłaceniu pieniędzy potrafiła wędrować z banku do banku przez kilkanaście dni i nikt się tym nie przejmował.

Cała afera nie zaczęła się bynajmniej z chęci zysku – to przyszło dopiero później. Na początku była wściekłość i bezsilność.

Powiedzmy, że wpłaciło się 100 tys. zł w banku w Szczecinie – tłumaczy to wszystko Bogusław Bagsik. – Dwa dni później chciało się odzyskać swoją gotówkę w Rzeszowie i zapłacić nią za towar. Można było sobie chcieć… Żeby z powrotem dostać swoje pieniądze trzeba było czekać tydzień albo i dłużej. Co w tym czasie działo się z gotówką? Kto był jej faktycznym właścicielem? Kto korzystał na tej zwłoce? Oczywiście banki. I jeszcze ściągały za to wysokie prowizje.

Oburzony takimi praktykami Bagsik postanowił więc odpłacić łobuzom pięknym za nadobne. „Operacja oscylator” polegała na lokowaniu pieniędzy na bankowych kontach, a następnie pobieraniu czeków potwierdzonych (tj. gwarantowanych przez bank) na ulokowane kwoty i - w dalszej kolejności – realizowaniu tych czeków w innym banku, gdzie zakładana była kolejna lokata, pobierany kolejny czek gwarantowany itd. W warunkach panującej wówczas hiperinflacji i jednoczesnej niedrożności systemu przepływu informacji międzybankowej informacja o tym, że czek został zrealizowany w innym banku, docierała nierzadko po kilku dniach lub po tygodniu, a do tego czasu lokata stworzona z tych samych pieniędzy była oprocentowana w kilku bankach równocześnie.

W całej operacji, jak w starej piosence Izy Trojanowskiej, liczył się przede wszystkim czas. Bagsik podróżował helikopterem pomiędzy bankami, odwiedzając dziennie po kilka odległych instytucji finansowych. Sprawnie działający oscylator w ciągu niespełna dwóch lat przyniósł jego twórcom 150 mld zł czystego zysku.

W świetle obowiązującego w Polsce prawa obracanie czekami w systemie oscylatora było jak najbardziej legalne, jeżeli tylko firma stosująca floating zaksięgowała zyski z niego płynące i zapłaciła stosowne podatki, a „Art B” tak właśnie postąpiło. W całej aferze nie dałoby się więc znaleźć niczego nagannego – z wyjątkiem kulawych przepisów bankowych. Problem w tym – co wyszło na rozprawie sądowej kilka lat później – że spółka zdobyła również potwierdzenie przez PKO BP wkładów bankowych, których nigdy nie miała – na 300, 600, a nawet więcej miliardów złotych…

Główny Inspektorat Nadzoru Bankowego bił na alarm już w grudniu 1990 roku, lecz prokuratura wszczęła śledztwo w tej sprawie dopiero pół roku później. W nocy z 31 lipca na 1 sierpnia 1991, dwie godziny przed zamknięciem dla nich granic, ostrzeżeni przed aresztowaniem dwaj szefowie „Art B”, Bagsik i Gąsiorowski wyjechali z kraju.

Obserwowaliśmy ich, wiedzieliśmy, że wyjeżdżają za granicę, a walizki wypełnione kilkudziesięcioma milionami dolarów czekają na Okęciu. Ale baliśmy się ich zatrzymać bez nakazu prokuratorskiego – tak okoliczności wyjazdu z Polski Bogusława Bagsika i Andrzeja Gąsiorowskiego opisuje oficer UOP, który prowadził wtedy dochodzenie. – Chcieliśmy ich zatrzymać w ostatniej chwili, więc poprosiliśmy prokuratora Kazimierza Radomskiego, by był gotów do wystawienia nakazu zatrzymania. Kiedy nadszedł odpowiedni moment od prokuratora usłyszeliśmy, że nie ma czasu, bo właśnie idzie na urlop.

Wkrótce okazało się, że panowie Boguś i Andrzej są w Izraelu, gdzie szybko uzyskali obywatelstwo, co uchroniło ich przed wysłanym za nimi międzynarodowym listem gończym. Izrael zawsze i niezmiennie odmawia deportacji własnych obywateli do innych krajów. (Trzeciego ze wspólników, Jerzego Jagiełły, właściwie nikt nie ścigał, jako że swoją rangą w Spółce niewiele tylko przewyższał kosz na śmieci).

Po ucieczce z Polski obaj szefowie „Art B” często spędzali wolne chwile, grając w duecie przy wielkim fortepianie na tarasie luksusowej willi Bagsika w Tel Awiwie. Nie mogli tylko jednego: przekroczyć granic Izraela, państwa wielkości mniej więcej połączonych ówczesnych województw białostockiego i suwalskiego. „Duszę się, wegetacja” – określał swój stan ducha Bogusław Bagsik nim w czerwcu 1994 roku wybrał się w zgubną podróż do Zurychu. W Szwajcarii jurysdykcja Izraela już go nie chroniła…

Został zatrzymany i osadzony w areszcie. Po trwającej prawie dwa lata procedurze ekstradycyjnej w lutym 1996 roku wydano go Polsce. Tu zarzucono mu m.in. zagarnięcie ponad 400 mln zł metodą oscylatora (doliczono się 620 wielokrotnie oprocentowanych czeków), przekupstwo urzędników bankowych i działanie na szkodę spółki. W lutym 1998 roku rozpoczął się proces, a w październiku – po wpłaceniu przez Klub Kapitału Polskiego 2 mln zł kaucji – Bagsik znalazł się na wolności.

Po wyjściu z aresztu został prezesem Zakładów Futrzarskich „Knurów SA” i podpisał kontrakt z armią polską na dostawę skórzanych kurtek dla pilotów. W 1999 roku wydał płytę „2B in Art.”, składającą się z utworów instrumentalnych, które napisał razem ze znajomymi muzykami (m.in. Mirosławem Stępniem i Marcinem Nowakowskim).

20 października 2000 skazano go na 9 lat więzienia (zaliczając na poczet kary 4 i pół roku pobytu w areszcie), 5 tys. zł grzywny oraz 5-letni zakaz pełnienia stanowisk w spółkach. Obrońcy wnieśli apelację, ale wyrok został utrzymany w mocy. 2 sierpnia zgłosił się ze szczoteczką do zębów w areszcie na warszawskim Służewcu. Do odsiedzenia pozostało mu wówczas niespełna 4 lata. Opuścił więzienną celę w maju 2004 na mocy warunkowego przedterminowego zwolnienia za dobre sprawowanie, a okres próby, któremu zgodnie z prawem podlegał, minął 24 lutego 2007 roku.

W innym procesie w sprawie Art. B, zakończonym w 1995 roku, czterech urzędników bankowych skazano na kary więzienia od 2,5 do 4 lat. Wszystkim zarzucano karalną niegospodarność, a jednemu dodatkowo wzięcie łapówki. Uniewinniono natomiast Grzegorza Wójtowicza, byłego prezesa NBP.

Odzyskawszy wolność, Bagsik związał się z przeprowadzającą z nim wywiad dziennikarką telewizyjnych „Wiadomości” Martą Grzywacz. Byli ze sobą dwa lata, potem musieli podzielić się majątkiem oraz owocem tego związku w postaci córki o imieniu Sonia.

Największa gwiazda polskiego biznesu początku lat dziewięćdziesiątych powróciła do gry w roku 2007, tym razem jako promotor polskiego mistrza pięści, Tomasza Adamka. Skończyło się na kolejnej aferze, opóźnieniach w wypłacie pieniędzy dla bokserów i innych uczestników bokserskiej gali oraz wyrolowaniu na kilkaset tysięcy dolarów samego Dona Kinga, znanego amerykańskiego promotora pięściarstwa, słynącego dotychczas z rolowania innych.

Nadal nie wyjaśniono wielu wątków politycznych towarzyszących sprawie „Art B” Spółka powstała w okresie przejściowym, między jednym a drugim systemem ustrojowym. Bagsik i Gąsiorowski dobrze orientowali się w ówczesnych układach. W firmie zatrudniali byłych wysokich działaczy PZPR, ale utrzymywali też kontakty z ludźmi nowej władzy. Do grona ich bliskich współpracowników należeli m.in. Jerzy Dziewulski (wtedy szef ochrony spółki, potem poseł SLD) i Marek Siwiec (wtedy redaktor naczelny tygodnika wydawanego przez „Art B”, potem szef prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego). Krążyła wersja, że Bagsik i Gąsiorowski uciekli z Polski dzięki Maciejowi Zalewskiemu, ówczesnemu szefowi BBN, współpracownikowi prezydenta Lecha Wałęsy. Sam Bagsik potwierdzał później tę informację. Sąd uniewinnił jednak Zalewskiego od zarzutów.

Miejsce na liście najbogatszych Polaków wg tygodnika „Wprost”

 • 1991 r. – miejsce 8 – majątek: brak danych

Marzenia przekute w rzeczywistośćGrzegorz Bierecki

Wprawdzie sam bohater poniższej opowieści nie znajduje się na liście najbogatszych, ale stoi za to na czele jednej z największych instytucji finansowych w Polsce. Ze spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych korzystają prawie dwa miliony ludzi. Z siecią 1500 placówek i aktywami w wysokości ponad 4 mld zł, stworzone przez niego SKOK-i biją na głowę wszystkie banki.

***

Grzegorz Bierecki urodził się 28 września 1963 roku w Gdyni. W szkole podstawowej i średniej udzielał się aktywnie w harcerstwie, był instruktorem i drużynowym ZHP. Początkowo zapowiadał się na poetę, a nie bankiera. W roku 1980 został laureatem konkursu poetyckiego organizowanego przez Uniwersytet Gdański, co zadecydowało, że po skończeniu szkoły średniej wybrał studia polonistyczne na tejże uczelni.

Już wtedy był opozycjonistą. Jako 18-letni licealista z Brzeźna stanął na czele Niezależnej Federacji Młodzieży Szkolnej Trójmiasta, działającej pod patronatem „Solidarności”. Z opozycją związał się dwa lata wcześniej. Był współpracownikiem KSS „KOR” i SKS oraz współzałożycielem Niezależnego Wydawnictwa Młodzieżowego „Wprost”, a także redaktorem miesięcznika NWM.

Kiedy w grudniu 1981 roku czołgi Jaruzelskiego rozjeżdżały „Solidarność”, a komunizm wydawał się być silniejszy niż kiedykolwiek, Grzegorz wstąpił do podziemia. W latach 1982-1984 organizował podziemne struktury „Solidarności Młodych”, jako kontynuacji NFMS, wydawał niezależne pismo i tworzył letnie obozy samokształceniowe.

26 kwietnia 1984 roku został aresztowany przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Nie posiedział długo, gdyż dokładnie trzy miesiące później skorzystał z ogłoszonej przez władze amnestii. Wrogiej działalności, zmierzającej do obalenia ustroju (i podważającej międzynarodowe sojusze) nie zaniechał jednak. Zaczął działać w Duszpasterstwie Akademickim, organizując m.in. kursy przygotowawcze na wyższe uczelnie Trójmiasta (tak zwany „Harward”), w których udział wzięło ponad 3 tys. ludzi. W latach 1986-1988 uczestniczył w działalności Duszpasterstwa Ludzi Pracy przy kościele pw. św. Bartłomieja w Gdańsku, gdzie organizował kolonie letnie dla dzieci represjonowanych działaczy „S”.

W 1986 roku zaangażował się (wraz z Andrzejem Sosnowskim i Przemysławem Gosiewskim) w reaktywowanie NZS na Uniwersytecie Gdańskim, współorganizował również Międzyuczelnianą Komisję Koordynacyjną NZS w Gdańsku i przewodniczył dwóm tajnym zjazdom krajowym NZS. Był przewodniczącym Krajowej Komisji Rewizyjnej NZS oraz redaktorem niezależnych pism tego związku: „Impuls” i „Biuletyn Informacyjny”.