Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
14 osób interesuje się tą książką
Agata po burzliwym rozwodzie wraca w rodzinne strony. Lukę w jej sercu zapełnia Paweł, przyjaciel z dzieciństwa i pierwsza miłość. Kiedy zapada decyzja o ślubie, zamiast beztroskiej radości towarzyszy im lawina nieporozumień i… komicznych sytuacji.
Bliscy mają własne pomysły na uszczęśliwienie zakochanych. Dawni partnerzy zawiązują spisek, a struś wymagający interwencji weterynaryjnej, psi złodziej ślubnej biżuterii i samozwańcza szeptucha ciotka Honorata komplikują przygotowania.
Tymczasem między Gabrysią, córką Agaty, a Kaspianem, synem Pawła, aż iskrzy. Ich burzliwa relacja może okazać się największym zagrożeniem dla rodzinnej uroczystości.
Czy w takich warunkach ślub może się odbyć? A jeśli tak, to kto stanie na ślubnym kobiercu?
Ślubna katastrofa to ciepła, zabawna opowieść o miłości, która dojrzewa w chaosie, o rodzinnych więziach i o wyborach, które trzeba podjąć, nawet jeśli nie dają gwarancji szczęścia. Bohaterów książki możemy również spotkać w powieści Romantyczna katastrofa.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 281
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie ani w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.
Projekt okładki i stron tytułowych
Iza Szewczyk
Redakcja
Agnieszka Luberadzka
Redakcja techniczna, skład i łamanie
Grzegorz Bociek
Opracowanie wersji elektronicznej
Karol Bociek
Korekta
Alicja Matyjas
Karina Bednarska-Markot
Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.
Wydawnictwo Szara Godzina s.c.
www.szaragodzina.pl
Tekst © Urszula Gajdowska
© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2025
ISBN 978-83-68674-50-7
Ta opowieść zaczyna się tam, gdzie inne się kończą – po ostatnim pocałunku w deszczu, po wyznaniach, po happy endzie. Bo właśnie wtedy wkracza proza życia.
Przeszłość nie znika tylko dlatego, że postanawiamy zawalczyć o przyszłość. Każdy nasz wybór odbija się echem w życiu tych, których kochamy. Czasem głośniej, niż byśmy chcieli.
Życie Agaty Kotlarek przez lata przypominało perfekcyjnie ułożony plan – na pokaz. Z bliska pękało jak porcelana po zbyt wielu naprawach.
Dom, dzieci, praca, obowiązki, a między tym wszystkim ona sama. Gdzieś na końcu listy, tuż po rachunkach i praniu. Kiedy jej mąż z pasją oddawał się kolejnym „inspiracjom” w przykrótkich spódniczkach, Agata trwała w zawieszeniu. Bo dom musi działać, dzieci muszą mieć spokój, a książki same się nie napiszą.
Momentami docierało do niej, że ta sytuacja nie jest normalna. Namówiła rodzinę na terapię, ale to nie małżeństwo się tam wyleczyło – tylko ona sama przejrzała na oczy.
Zrozumiała, że zdrady Waldka już nie bolą jej jako żonę, a jedynie jako kobietę, która za długo pozwalała się lekceważyć. I że mąż dawno temu przestał być dla niej partnerem.
Do rozwodu brakowało tylko bodźca.
I ten bodziec przyszedł – z najmniej spodziewanej strony.
Jej młodszy brat, wychowywany na dziedzica rodzinnego majątku Niewojnickich, postanowił wstąpić do seminarium. Zanim jednak to zrobił, zdążył doprowadzić dwór i ziemię na skraj bankructwa. Nieruchomości te miały teraz trafić w ręce Agaty.
Z papierami rozwodowymi w ręku i dwojgiem nastolatków u boku Agata wyjechała na lato na wieś, by ratować to, co zostało z rodzinnego gniazda – i z niej samej.
To właśnie tam, pośród podlaskich pagórków, gdzie czas płynie leniwie niczym pobliska Biebrza, a plotki rozchodzą się szybciej niż echo po łąkach, los postawił na jej drodze Pawła – dawną miłość, obecnie przystojnego wdowca, weterynarza i właściciela dobrze prosperującej stadniny. Ta dwójka mijała się przez całe dotychczasowe życie. On pokochał ją trochę za wcześnie, ona jego zbyt późno. A nawet w tych momentach, gdy oboje lgnęli do siebie, psotliwy los i babcia Eugenia wtrącili swoje trzy grosze, by ich utrzymać z daleka.
Po latach dostali drugą szansę, ale wszystko wskazywało na to, że jej nie wykorzystają.
Na szczęście do akcji wkroczyły ich dzieci: Gabrysia, córka Agaty, i Kaspian, syn Pawła.
Na początku między nastolatkami iskrzyło tak, że wszystkie łatwopalne materiały należało trzymać z daleka, ale to właśnie oni doprowadzili rodziców do siebie.
Tak zakończyła się pierwsza część tej historii.
A przynajmniej tak się wszystkim wydawało.
Bo pocałunek w deszczu to nie koniec, tylko początek nowego rozdziału.
Rozdziału, który miał być spokojny i pełen miłości.
Miał zakończyć się ślubem.
Ślubem idealnym.
W praktyce los miał zupełnie inne plany. A wraz z nim także babcia Eugenia, ciotka Honorata i kilku nieproszonych, lecz wyjątkowo natarczywych gości.
Mogłoby się wydawać, że Agata dojrzała, że nauczyła się na błędach, że nic już jej nie zaskoczy. Mogłoby… ale nie miejmy złudzeń.
Agata ma w sobie coś, co nieustannie przyciąga kłopoty i nieporozumienia, a jeśli akurat nie pojawiają się same, to ona potrafi je sprowokować.
Gabrysia, jej córka, nie jest wcale lepsza. Wszyscy myśleli, że ją i Kaspiana połączy urocza młodzieńcza relacja. Jednak życie ma to do siebie, że lubi psuć nawet najlepsze plany… Po obiecującej zapowiedzi udanego związku i dwóch semestrach studenckiej wolności doszło do pewnych nieporozumień…
Teraz młodzi wracają na wakacje na wieś, zmuszeni, by ze sobą współpracować.
Do zamieszania dodajmy Lenę, przyjaciółkę Gabrysi, która wpada w oko jej młodszemu bratu Konradowi – do tej pory introwertykowi – i mamy gotowy przepis na rodzinne trzęsienie ziemi.
A to dopiero początek.
W tej historii powróci były mąż Agaty, bo przecież rozwód nie oznacza zerwania kontaktu z dziećmi, pojawi się dawna narzeczona Pawła, a zaginiony senior rodu zechce udowodnić, że z demencją też można nieźle namieszać. Ciotka Honorata, emerytowana nauczycielka i uznana szeptucha, zacznie – za namową babci Eugenii – bawić się w swatkę, co uzmysłowi jej, że można zmienić swoje życie nawet po siedemdziesiątce.
To nie będzie opowieść tylko o miłości. To historia o tym, co dzieje się po „i żyli długo i szczęśliwie” nie tylko z głównymi bohaterami, ale z ich otoczeniem. O tym, że szczęście najczęściej rodzi się w chaosie i nie zawsze wygląda tak, jak się spodziewamy.
A więc, drogi Czytelniku…
Wejdź do środka.
Uważaj tylko, żeby nie potknąć się o pudło ze strusimi piórami, które ktoś właśnie przyniósł z piwnicy. Bo od tego, jak się okaże, zacznie się cała nowa historia.
Słońce leniwie rozlewało się po dachówkach dworu Niewojnickich, a w powietrzu unosił się zapach mięty i drożdżowego ciasta.
Łucja, matka Agaty, w fartuchu ubrudzonym mąką próbowała ocalić kuchnię przed inwazją kociąt, które od świtu urządzały sobie wyścigi po firankach. Jedno wpełzło do koszyka z bułeczkami, drugie zniknęło w kredensie, a trzecie – najbardziej bezczelne – siedziało na parapecie i obserwowało całą tę krzątaninę z wyższością godną swojej matki, Orendy.
– No już, Orenda, zawołaj to swoje potomstwo, zanim zjedzą pół kuchni! – jęknęła Łucja, łapiąc uciekający pączek. Podskoczyła, gdy z hukiem spadła pokrywka.
To Honorata, samozwańcza szeptucha i domowa czarodziejka, po raz kolejny testowała miksturę mającą „chronić dom i jego mieszkańców przed wszelakimi nieszczęściami”. W praktyce, jak zwykle, wywołała eksplozję pary i mały chaos.
– To znak, że energia działa! – oznajmiła z dumą, wachlując się chochlą.
W tym czasie babcia Eugenia, z aparatem słuchowym w jednej dłoni i lupą w drugiej, udawała, że nic nie słyszy, ale jej czujne spojrzenie śledziło każdy ruch w kuchni.
Na zewnątrz przy stajni w majątku obok kręcił się Paweł. Doglądał koni, które czekał intensywny sezon z letnikami. Jedna z klaczy, jakby wyczuwając nadchodzące zamieszanie, parsknęła i odwróciła się tyłem do świata.
Konrad siedział nieopodal w cieniu jabłoni z notesem i gitarą, próbując napisać tekst o dojrzewaniu, miłości i tym, że nikt go nie traktuje poważnie. Choć formalnie uczył się w domu pod czujnym okiem ciotki Honoraty, raz w miesiącu pojawiał się w miejscowej podstawówce – nie na lekcje, ale na próbne egzaminy, konsultacje lub spotkania z nauczycielami. Z czasem zaczął rozpoznawać twarze rówieśników, wymieniać się notatkami, wstąpił do kółka teatralnego i został zaproszony na ognisko klasowe, choć nie był oficjalnie uczniem klasy. Właśnie skreślał wers o „sercu jak stodoła”, gdy usłyszał znajomy dźwięk klaksonu. Odłożył gitarę i popędził w stronę dworu Niewojnickich. Choć nigdy by się do tego nie przyznał, bardzo stęsknił się za starszą siostrą, której nie widział od dwóch miesięcy. Oczywiście nie wypadało okazać tego wprost, więc po drodze narwał naręcze trawy dla królików, których klatki dziwnym trafem znajdowały się pod schodami, którymi do domu miała wchodzić jego siostra.
To Agata miała przywieźć córkę z Warszawy, ale pod dwór podjechał zupełnie inny samochód, z którego wysiadła Gabrysia. Pierwsze, co się rzuciło w oczy Konradowi, to jej nowa fryzura niczym manifest głoszący, że nie jest już tą samą dziewczyną co rok temu. Niegdyś miała długie brązowe włosy, teraz mieniły się jasnymi refleksami i sięgały tylko do ramion.
Zaraz za nią wyskoczyła Lena – promienna, pewna siebie, rudowłosa nimfa z telefonem w ręku i zmarszczonymi brwiami.
– Jest tu jakiś internet? – spytała, unosząc komórkę.
Gabrysia, która w tym czasie zajęła się wyciąganiem walizki z bagażnika, potwierdziła. Ponieważ przyjaciółka nadal szukała sieci, wyjęła z kieszeni swój telefon i wymachując ręką, próbowała złapać zasięg.
W tym momencie rozległ się znajomy głos:
– Z drogi!
Nagle pojawił się rozpędzony Kaspian z pudłem przewiązanym wstążką w jednej i wiadrem wody w drugiej ręce. Ponieważ Gabrysia kręciła się w poszukiwaniu zasięgu na jego trasie, wpadł prosto na nią. Walizka z jej rzeczami uderzyła z trzaskiem o ziemię, po czym się otworzyła, a wkoło rozsypały się kosmetyki i notatki.
– Serio? – prychnęła, otrzepując się z wody. – Zawsze musisz robić takie wejście?
– To ty weszłaś mi pod nogi, ale nie będę się czepiał. – Kaspian z udawaną obojętnością odstawił wiadro, odłożył pudło i zgarnął jej notatki, unosząc przy tym brew. – Chociaż… – Zerknął na tytuł jednego z zeszytów. – Patofizjologia koni? No proszę, czyli jednak nie zrezygnowałaś ze wszystkiego, na czym ci podobno zależało.
Babcia Eugenia, która podeszła do okna, by lepiej się przyjrzeć sytuacji, przesunęła laską swoją córkę, zerknęła niezbyt subtelnie zza firanki i poprawiła okulary.
– A ty nadal czytasz cudze rzeczy bez pytania?! – syknęła Gabrysia, zabierając Kaspianowi zeszyt i zadziornie unosząc podbródek. – Miło widzieć, że twoje maniery nie ewoluowały.
– A twoje dramaty wciąż mają premierę co tydzień?
Eugenia trąciła córkę łokciem i uśmiechnęła się pod nosem.
– Czy oni przypadkiem nie mieli się ku sobie?
– Mieli – odparła Honorata.
– To najwyraźniej sytuacja się zmieniła. Jakoś mnie to nie dziwi – mruknęła. – Pewnie Gabrysia poznała się na tym dzikusie.
– To nie dzikus i może się tylko posprzeczali. Wiadomo, młodzi są, porywczy. Co pięć minut zmiana.
Eugenia poprawiła okulary i wskazała na waleczną postawę prawnuczki.
– Nie wydaje mi się. Zresztą posłuchaj. – Uchyliła mocniej okno.
– Przynajmniej moje życie nie kręci się wokół stajni i własnego ego – piekliła się nadal Gabrysia, poprawiając włosy, choć nie było takiej potrzeby. – Ale skoro już tu jesteś, może chociaż przeprosisz za to, że zalałeś mi notatki?
– Przepraszam, że nie przewidziałem twojego lądowania dokładnie w tym miejscu, gdzie zwykle parkuję wiadra – rzucił półgębkiem z tym swoim charakterystycznym półuśmiechem, który kiedyś ją rozbrajał, a teraz tylko irytował. – Następnym razem rozłożę ci czerwony dywan.
– Nie musisz. Wystarczy, że nie będziesz się zachowywał, jak byłbyś jedynym bohaterem tej wsi.
– A nie jestem? – powiedział już łagodniejszym tonem. Po chwili dodał: – Pomóc ci?
Gabrysia nie odpowiedziała od razu. Podniosła tusz do rzęs, który wylądował w trawie, i spojrzała na chłopaka spod nowej grzywki.
– Poradzę sobie. Zawsze sobie radzę – odparła chłodno.
Kaspian przykucnął obok i podał jej zeszyt, który wpadł pod ławkę.
– Wiem. Ale to nie znaczy, że nie możesz czasem pozwolić komuś pomóc.
Na ułamek sekundy przypomniały jej się tamten namiot i noc, która miała być początkiem czegoś wielkiego. Szybko odepchnęła wspomnienie.
– A ty teraz jesteś tym „kimś”? – spytała z nutą ironii. – Po trzech miesiącach milczenia?
– Nie chciałem się narzucać. Myślałem, że potrzebujesz przestrzeni.
– Przestrzeni? – prychnęła. – Nieodpowiadanie na wiadomości to przestrzeń?
Kaspian spuścił wzrok, ale nie odszedł.
– Nie wiedziałem, co powiedzieć. Bałem się, że każde słowo pogorszy sprawę.
– A więc wybrałeś ciszę. Świetna strategia. Taka dojrzała.
– Gabrysiu… – zaczął, ale ona już wstała, otrzepując ubranie.
– Nie mów do mnie tak. Ten zwrot zarezerwowany jest dla przyjaciół – dodała dobitnie.
– Dobrze, że to sobie wyjaśniliśmy – podsumował chłodno, patrząc na jej walizkę, z której wystawały różowe kapcie w kształcie królików.
Nie skomentował ich, ale ona potrafiła rozpoznać jego myśli po wyrazie twarzy.
– To są terapeutyczne kapcie – rzuciła z godnością. – I nie każdy musi podążać za najnowszą modą, żeby czuć się pewnie.
– Nie każdy musi też uciekać, żeby poczuć się wolny – stwierdził cicho, ale wystarczająco głośno, by Lena spojrzała na nich z zaciekawieniem.
Gabrysia zamilkła na moment, jakby coś w niej drgnęło, ale zaraz wzruszyła ramionami.
– Nie mam czasu na filozofię. Muszę się rozpakować. I znaleźć coś suchego.
– Nie krępuj się. – Wskazał ręką na dwór. – Wszystko tu jak dawniej. Tylko my się trochę popsuliśmy.
– Nie „my”. Ale ty – rzuciła.
W tym momencie Konrad, który jedną ręką starał się pomagać siostrze, jednocześnie zapatrzony w Lenę jak w obrazek, nie zauważył kociąt przebiegających mu pod nogami i wywrócił się spektakularnie, lądując na ziemi tuż obok nich. Ciotka Honorata, spoglądając na nich przez kuchenne okno, przeżegnała się, a Agata, która nadal siedziała obok kierowcy, wymieniając z nim ostatnie uwagi, zerknęła na scenę jak z farsy: Gabrysia i Kaspian stojący naprzeciwko siebie z błyskiem w oczach, Konrad na ziemi, a Lena pochylona nad nim, roześmiana i pełna troski zarazem.
Sięgnęła do klamki i już miała otworzyć drzwi auta, gdy przez uchyloną szybę do jej nozdrzy dotarł swąd przypalanych ziół. Pewnie Honorata znów warzyła jakąś miksturę i zapomniała pomieszać w rondlu.
Paweł, który zdążył przyjść skrótem przez dzielącą ich majątki łąkę, rzucił się ratować sytuację. Najpierw połapał kocięta, potem pobiegł do domu, by uspokoić babcię i odsunąć rondel Honoraty od zasłon. Konrad, zawstydzony, starał się bohatersko podnieść i pomóc siostrze, ale tylko wymieszał jej rzeczy z trawą.
Gabrysia spojrzała jeszcze raz na Kaspiana.
– Nie wiem, co tu robisz, ale nie licz na powtórkę z zeszłego lata.
– Nie liczę – odparł. – Jednak nie zamierzam też udawać, że nic się nie wydarzyło.
– A ja właśnie to zamierzam.
Agata wreszcie otworzyła drzwi auta i wyszła do dzieci.
To, co zastała, zupełnie jej nie zaskoczyło. Wychodziło na to, że w tym domu chaos był jak powietrze – zawsze obecny, zawsze niezbędny do życia. Ruszyła, żeby złapać kota, który ponownie wybiegł na zewnątrz, najwyraźniej uznawszy, że to świetna zabawa. Paweł zaś zakończył akcję ratowniczą w kuchni i również przybiegł z powrotem.
– Daj – powiedział krótko z tym swoim spokojem, który działał na nią jak zimny prysznic w upalny dzień. Wziął od Agaty walizkę i przygarnął kota, który chciał wdrapać się na jej spódnicę.
Agata poczuła napływ czułości. Wspięła się na palce i bez zastanowienia musnęła Pawła w policzek.
– Ty to zawsze wiesz, jak ogarnąć ten cyrk – wyszeptała.
Mężczyzna uśmiechnął się krótko, ale zanim zdążył odpowiedzieć, z jego kieszeni zabrzmiał dźwięk telefonu. Zerknął na ekran, zawahał się, a potem odebrał. Włączył głośnik, bo obie ręce miał zajęte kotem i walizką Gabrysi.
– Pawełku kochany! – rozległ się wesoły, trochę zbyt poufały kobiecy głos. – Gdzie ty znowu się ukrywasz? Przecież obiecałeś, że się spotkamy, tak jak dawniej…
Czas jakby się zatrzymał – nawet kot przestał się wyrywać, a wszystkie spojrzenia skupiły się na Pawle.
Agata zmrużyła oczy, Lena aż uniosła brwi, a Gabrysia, zadziornie obserwując całą scenę, wypuściła krótkie „aha”.
– Pawełku?! – rozbrzmiewał głos w komórce. – Nic nie słyszę. Odebrałeś przesyłeczkę? Takie niewielkie pudełko, specjalnie dla ciebie.
Paweł spoważniał, próbując coś wyjaśnić, ale zamiast tego pogorszył sytuację:
– Adela, to nie jest dobry moment…
Nie było sensu robić dobrej miny do złej gry. Honorata wychylona przez parapet zmarszczyła brwi, babcia Eugenia teatralnie jęknęła, a Agata poczuła, jak coś w jej żołądku nieprzyjemnie się ściska. Nie wiedziała jeszcze, czy to gniew, czy lęk – wiedziała tylko, że grunt pod jej stopami, od pewnego czasu stabilny, zaczyna niebezpiecznie się chwiać. Spokój, którym dotąd emanował Paweł, nagle wydał się jej teraz kruchy niczym cienkie szkło. A ona, która przez ostatni rok nauczyła się ufać tej ciszy, temu poczuciu bezpieczeństwa, poczuła, jak w jednym zdaniu wszystko może się zburzyć. I choć wokół znów panował rozgardiasz – kocięta biegały, Honorata coś mamrotała pod nosem, a Gabrysia rzucała spojrzenia jak granaty – Agata stała nieruchomo, z sercem, które biło nieco szybciej, niż powinno, z bolesną świadomością, że wszystko to słyszy Waldemar siedzący za kierownicą auta. To on odwiózł byłą żonę, córkę i jej koleżankę do Niewojnickich po tym, jak auto Agaty zaprowadził do mechanika.
Paweł rzucił tylko szybkie wyjaśnienie, którego nie zrozumiała, i pobiegł z kotem i walizką w stronę kuchni, skąd dochodziły niepokojące odgłosy.
W tym momencie z samochodu wyszedł Waldemar.
– Zapomniałaś komórki – zwrócił się do Agaty.
Ustalili, że nie będzie wchodził do domu. Jego stosunki z rodziną byłej żony uległy diametralnemu pogorszeniu, odkąd wypadł z łask babci Eugenii i ciotki Honoraty, choć od tamtego czasu nieco się zrehabilitował.
– Och, dzięki – rzuciła pod nosem, pomagając pozbierać resztę rzeczy córki. Miała nadzieję, że Waldemar nie rzuci jakiejś kąśliwej uwagi na temat Pawła.
– Skoro już tu jestem, to może zabiorę Konrada na przejażdżkę? – zaproponował.
Agata spojrzała na syna. Nie sprzeciwiał się.
– Jasne, tylko niech się przebierze.
Konrad kiwnął głową i poszedł w kierunku dworu. Za nim podążyły Gabrysia i Lena. Kaspian też się w międzyczasie ulotnił.
– Nie chcę się wtrącać – zaczął Waldemar, nadal trzymając telefon Agaty w dłoni – ale to nie wróży zbyt dobrze. Wiem, co mówię – dodał, choć bez krzty samokrytyki. – Powinnaś postawić sprawę jasno, jeśli nie chcesz się nim z kimś dzielić.
– Paweł to nie ty – przypomniała.
– Jesteś pewna?
– Owszem. Ufam mu – oznajmiła, starając się, by nie wyczuł w jej głosie żadnych wątpliwości.
– Sądzisz, że to taki ideał? Niemal święty.
– Może nie święty, ale też nie pies na baby.
– Tak? A nie ciekawiło cię, co robił od śmierci żony?
Agata przełknęła ślinę. Nie zadawała nigdy Pawłowi szczegółowych pytań o to, jak sobie radził jako wdowiec przez ostatnie lata. Pytanie byłego męża uświadomiło jej, że może nie dlatego, że nie chciała być wścibska, ale dlatego, że bała się usłyszeć odpowiedzi.
– Sądzisz, że jesteś pierwszą, którą wpuścił do swojego łóżka? – kontynuował Waldek.
– Pewnie nie, ale teraz tylko ja w nim goszczę – odparła z przytykiem, patrząc Waldkowi prosto w oczy.
– No zobacz. A naszego małżeńskiego unikałaś jak diabeł święconej wody – odgryzł się.
– Dziwisz się?
– Nie – odpowiedział już innym tonem. – Zwyczajnie uświadamiam cię, żebyś się nie rozczarowała. Bądź co bądź byliśmy małżeństwem przez prawie dwadzieścia lat. – Podsunął telefon w jej kierunku.
Podeszła, by go odebrać, a wtedy Waldek niespodziewanie uśmiechnął się łagodnie.
– Nie chciałbym, żebyś cierpiała. Ani ty, ani dzieciaki – dodał, po czym zbliżył się o krok i ją uściskał.
Zaskoczona nie oponowała.
– Przeżyliśmy razem szmat czasu. Może bywało gorzej, ale pamiętam też dobre momenty i życzę ci jak najlepiej. W razie czego pomogę, jak dziś z samochodem – przypomniał. – Jak będzie gotowy, zadzwonię i się dogadamy, co z nim dalej. – Poklepał ją po ramieniu i się odsunął.
Agata nie była pewna, czy Waldemar naprawdę chciał pomóc, czy po prostu szukał pretekstu, by znów zaistnieć w jej życiu.
– Dobrze. Dziękuję – wymamrotała.
Kiedy uniosła wzrok, zauważyła smutne spojrzenie Pawła stojącego u szczytu schodów. Domyśliła się, że Waldemar zrobił to na pokaz.
Paweł nie powiedział nic. Ale jego spojrzenie, krótkie i wymowne, utkwiło w niej na długo. Nie był zazdrosny. Był zraniony. A to bolało bardziej.
Ruszyła w jego stronę, ale właśnie wtedy znów zadzwonił jego telefon i Paweł odszedł na bok, by odebrać.
W tym momencie zjawił się Konrad z entuzjazmem nastawiony na kilka godzin z ojcem, a zaraz za nim z domu wybiegł Trampek z butem Leny w pysku. Agata pognała za psem. Kiedy wróciła, Pawła już nie było.
*
Po obiedzie wszyscy domownicy zajęci byli własnymi sprawami. Agata nie potrafiła skupić się na tekście podesłanym do weryfikacji po korekcie. Próbowała dodzwonić się do Pawła, ale nie odebrał i nie oddzwonił. Zupełnie zapomniała o telefonie niejakiej Adeli, natomiast cały czas przed oczami miała jego smutne spojrzenie, kiedy spoglądał na nią i Waldemara. Choć Agata nie zrobiła absolutnie niczego niestosownego, czuła się winna. Oczywiście skonsultowała to ze znajomym terapeutą, z którym utrzymywała całkiem regularny kontakt od czasu prowadzonej przez niego jej nieudanej terapii małżeńskiej, i dowiedziała się, że poczucie to wynika z jej własnych kompleksów i podświadomego wieloletniego oskarżania siebie za zdrady byłego męża. Mimo to nie czuła się komfortowo z myślą, że Paweł był świadkiem jej pożegnania z Waldkiem. Próbowała sklecić jakąś wiadomość do niego, lecz nic, co wychodziło spod jej palców, nie oddawało tego, co chciała mu przekazać.
„Nie wiem, co widziałeś, ale to nie było to, co myślisz”.
Skasowała wiadomość i spróbowała raz jeszcze.
„Waldemar to przeszłość. Ty jesteś teraźniejszością”.
To bez sensu, uznała i zaczęła od początku.
„Przepraszam, że nie zdążyłam ci tego powiedzieć”.
Usunęła wszystko.
Do tej pory trudno jej było uwierzyć, że po tylu latach odnalazła szczęście i spokój u boku mężczyzny, z którym powinna była dzielić życie od dawna, który ją kochał, szanował i słuchał tego, co ma do powiedzenia. Niestety ciągle z tyłu głowy majaczyła jej myśl, że to nie może trwać wiecznie. Zbyt wiele razy zawiodła się na kimś i na sobie, zbyt wiele razy życie dało jej pstryczka w nos, by mogła pozwolić sobie na luksus niezamartwiania się o przyszłość. A przecież miała wiele. Rodzinę, cudowne dzieci, bezpieczny dom, pracę, którą kochała. Tak wiele osób chciałoby być na jej miejscu. Spełniła swoje ciche marzenie z dzieciństwa i została pisarką. To Pawłowi pokazywała swoje pierwsze nieudolne młodzieńcze rękopisy i teraz to jemu odważyła się pokazać tekst kryminału, zanim trafił do wydawnictwa. Nigdy wcześniej nikomu nie udostępniała w całości swoich nieoszlifowanych prac. To redaktorka była jej pierwszą czytelniczką. Pawłowi jednak zaufała, wiedząc, że czytał jej wszystkie książki i miał pojęcie o życiu. W zasadzie kiedy dłużej nad tym myślała, zdała sobie sprawę, że z ich dwojga to on doświadczył więcej. Pomijając jej pechowe relacje damsko-męskie sprzed ślubu, potem tkwiła w małżeństwie, które raz było mniej udane, raz bardziej, pracowała, wychowywała dzieci, dbała o dom, właściwie nie wyściubiała nosa spoza własnego osiedla, bo udawało jej się znajdywać pracę w pobliżu, a kiedy już zajęła się pisaniem książek, nie musiała nawet wychodzić z domu.
Paweł po ślubie z Kaśką trochę podróżował, a potem wrócił na wieś, w której się wychowywał, i założył niewielką stadninę, jednocześnie pracując jako weterynarz. Po śmierci żony nie zamknął się w czterech ścianach. Zabrał syna w dwuletnią wyprawę po świecie i dbał o to, by ten uczył się zdalnie. Dopiero w ostatnich latach osiadł na wsi, rozwinął stadninę i założył pensjonat na wzór miejsc, które zwiedził.
Dla odstresowania włączyła odtwarzacz, ale słowa piosenki Rękawiczki Joanny Zagdańskiej tylko pogorszyły jej stan, bo jakże pasowały do jej sytuacji:
To on ma w oczach jasne światła wszystkich wielkich miast,
Zna nocnych stolic lepki gwar,
Na brukach świata buty starł
I przed nim drogi gną się uniżenie w pas.
Ja przez pelargonie w oknie widzę ulic zbieg
I tego świata tyle znam,
Co topografię czterech ścian.
Siny horyzont zawsze budził we mnie lęk.
Orzeł z reszką, plecy o plecy,
Nierozłączni jak światem świat.
Ja on, on ja.
Nie podzielisz na dwa, no bo jak.
To ja, tramwaj zarzucił na mnie pętlę, no i znów
Trzeba wydukać parę zdań
I kołek z drewna włazi w krtań,
W cesarskich cięciach rodzę każde z prostych słów.
Agata westchnęła. Sięgnęła po telefon i wystukała prostą wiadomość: „Przypominam, że kolacja u nas o 18.00”.
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Prolog
1. Nowe fryzury, stare emocje
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
