Słowiańskie siedlisko - Monika Rzepiela - ebook + audiobook + książka

Słowiańskie siedlisko ebook i audiobook

Monika Rzepiela

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Rok 966. W osadzie Polana wciąż żyje się według pradawnych pogańskich zwyczajów. Matka puszcza karmi, odziewa i chroni ludzi.Dni oraz pory roku naznaczają ich dolę odwiecznym rytmem pracy i odpoczynku, a bogowie czuwają. Dwie siostry – Rzepka i Dziewanna – zakochują się w Dobromirze, mężnym woju z książęcej drużyny. Jedna z nich zwraca się po pomoc do szeptuchy, ale czy ziołami i magią można zdobyć miłość? Mieszkańcy pogańskiej kniei wiodą proste życie, lecz okrutny los o nich nie zapomina.
Tymczasem Mieszko I, mąż czeskiej księżniczki Dobrawy, przyjmuje chrzest święty. Władca sprzymierza się z chrześcijańskim światem dla dobra i spokoju poddanych. To niesie za sobą dalekosiężne skutki.
Przygoda, miłość, historia i czas wielkiej zmiany – to wszystko w nowej powieści z cyklu Saga Polska. Tym razem autorka zaprasza Czytelników do pogańskiej Polski u progu przyjęcia nowej wiary.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 496

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 37 min

Lektor: Joanna Domańska
Oceny
4,4 (119 ocen)
69
36
7
5
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ZabaWberecie

Z braku laku…

skończyłam na piątym rozdziale, nie umiałam przebrnąć chociaz byly ciekawe momenty opisów.
00
apeszkojablonska

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00
andrzejgrabowski60

Nie oderwiesz się od lektury

TRZYMA W NAPIĘCIU
00

Popularność




Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część ni­niej­szej książ­ki nie może być re­pro­du­ko­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Ilo­na Go­styń­ska-Rym­kie­wicz

Zdję­cia na okład­ce

© kon­rad­bak, Je­vge­ni Iva­nov, De­mian | www.stock.ado­be.com

Re­dak­cja

Ju­sty­na No­sal-Bart­ni­czuk

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, ła­ma­nie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Bar­ba­ra Ka­szu­bow­ska

Wy­da­nie I, Ka­to­wi­ce 2018

Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na s.c.

biu­ro@sza­ra­go­dzi­na.pl

www.sza­ra­go­dzi­na.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji pa­pie­ro­wej: DIC­TUM Sp. z o.o.

ul. Ka­ba­re­to­wa 21, 01-942 War­sza­wa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na s.c., 2018

ISBN 978-83-66201-02-6

Ro­dzi­nie

Dramatis personae

Cha­łu­pa Chwa­ści­cha

Chwa­ścich i Biał­ka – mał­żeń­stwo bed­na­rzy

Do­bro­mir – naj­star­szy syn

Na­łęcz­ka – cór­ka

Le­stek (Bo­ży­dar) – młod­szy syn

Cha­łu­pa Msz­czu­ja

Msz­czuj – ple­cion­karz

Żar­ka – star­sza żona Msz­czu­ja

Dzi­wa – młod­sza żona Msz­czu­ja

Rzep­ka – cór­ka Żar­ki

Dzie­wan­na – cór­ka Dzi­wy

Cha­łu­pa Bu­ha­jów

Bu­haj i Bu­haj­ka – mał­żeń­stwo ła­zieb­ni­ków

Wit­ko – naj­star­szy syn

Ma­cie­rzan­ka – cór­ka

Prze­cław – młod­szy syn

Cha­łu­pa Zby­cha

Chwo­stek – ko­wal

Zbych i Zby­cho­wa – jego ro­dzi­ce

Dwór ksią­żę­cy

Miesz­ko I – ksią­żę Po­lan

Do­bra­wa Prze­my­ślid­ka – chrze­ści­jań­ska żona Miesz­ka, księż­nicz­ka cze­ska

ksiądz Jor­dan – przy­by­ły z Czech du­chow­ny, pierw­szy bi­skup Pol­ski

ksiądz Thiet­mar – spo­wied­nik Do­bra­wy

Ju­dy­ta, Wra­ty­sła­wa i Do­bro­nie­ga – dwor­ki Do­bra­wy

Sko­rup­ka, Ra­dosz, Sła­wo­mir i Grzmo­ci­sław – woje z dru­ży­ny Miesz­ka

Jak­sa – słu­żeb­nik w ksią­żę­cej kuch­ni

Po­zo­sta­łe per­so­ny

Li­bu­sza – zna­chor­ka

Sta­ruch Li­cho­ta – sta­rzec z Po­la­ny

Wierz­bin­ka – sie­ro­ta

Misz­ka gra­jek – jej brat

So­cha – pi­wo­war­ka

Zby­sław – jej syn

Sza­ta­li­cha – bab­ka Zby­sła­wa

Bo­gusz – cie­śla

Do­broch­na – cór­ka cie­śli

Ja­gód­ka – przy­ja­ciół­ka Na­łęcz­ki

Ry­znar – brat Ja­gód­ki

Rut­ka – ich mat­ka

Hen­ning – Nie­miec

Bru­no – mnich, jego wuj

Dziad – wę­dro­wiec

Lud­mi­ła i Bo­ży­woj – są­sie­dzi Biał­ki i Chwa­ści­cha

Nie­lub, Nie­moj, Wy­pier­dek, Ku­las, Do­róg i Sie­mek – otro­ki z osa­dy

Prolog

Nad Ostro­wiem Led­nic­kim, gdzie gnieź­nień­ski gród Le­cho­wa ręka wznio­sła, gę­ste mgły sta­nę­ły. Do­bry był to znak. Po­rze­ka­dło sta­re jak dziad si­wo­wło­sy gło­si­ło, że gdy mgła­wi­ce i po­mro­ki się pod­nio­są, a po­tem tę­cza po desz­czu błę­kit­ne nie­bo po­ma­lu­je, kraj w po­ko­ju i do­bro­by­cie trwać bę­dzie.

Ta­koż i sam ksią­żę Miesz­ko, któ­ry Gnie­zno na swą sie­dzi­bę ob­rał, od pa­cho­lę­cych lat przy­sło­wie to, z dzia­da pra­dzia­da prze­ka­zy­wa­ne, w pa­mię­ci prze­cho­wy­wał. A kie­dy sto­lec1 po przod­kach prze­jął, wie­dział, że ma moc sta­rą wróż­bę w praw­dzi­wy czyn prze­mie­nić. Bo dla ludu wola księ­cia – jako oj­co­we pra­wo dla pa­cho­lę­cia.

1 Sto­lec (dawn.) krze­sło ksią­żę­ce, tron mo­nar­chy albo bi­sku­pa. Od tego wy­ra­zu po­cho­dzi sło­wo „sto­li­ca” utwo­rzo­ne na okre­śle­nie mia­sta, w któ­rym znaj­du­je się sie­dzi­ba kró­lew­ska i/lub rzą­du da­ne­go pań­stwa.

* * *

– Zbu­du­ję kraj, gdzie po­wie­trze zdro­we, rola ży­zna, las mio­do­płyn­ny, wody ryb­ne, ry­ce­rze wo­jow­ni­czy, wie­śnia­cy pra­co­wi­ci, ko­nie wy­trzy­ma­łe, woły chęt­ne do orki, kro­wy mlecz­ne, owce weł­ni­ste.

– W jaki spo­sób tego do­ko­nasz, ksią­żę?

– Ochrzczę się. Przyj­mę wia­rę w jed­ne­go Boga.

– Czy to słusz­ny krok, pa­nie?

– Nie tyl­ko słusz­ny, ale je­dy­ny. Spra­wię, że pusz­cza w lud­ne gro­dy i osa­dy się prze­mie­ni, lu­dzie w po­ko­ju i do­stat­ku żyć będą, a pa­mięć o moim czy­nie ty­siąc lat prze­trwa.

– Wy­bacz, ksią­żę, że wspo­mnę, ale sied­miu żon za­ży­wasz. Jak­że nową wia­rę przyj­miesz i na­stęp­cę wska­żesz?

– Od­pra­wię je. Oże­nię się z cze­ską księż­nicz­ką i w ten spo­sób po­tom­ka się do­cze­kam. Od tego bu­do­wa­nie mego kra­ju za­cznę!

– Niech się dzie­je wola two­ja, pa­nie!2

2 Cy­tat po­cho­dzi z Kro­ni­ki pol­skiej Gal­la Ano­ni­ma.

Rozdział 1. Osada zwana Polaną

Puszcza sta­ła ogrom­na, pra­sta­ra i ta­jem­na. Pro­mie­nie wio­sen­ne­go po­ran­ka z tru­dem prze­dzie­ra­ły się przez głu­che knie­je i tyl­ko ptac­two za­czy­na­ło bu­dzić się do ży­cia w ga­łę­ziach. W po­wie­trzu czuć było woń li­ści i mło­dych traw świe­żo rosą skro­pio­nych.

Tego dnia za­raz o świ­ta­niu Chwa­ścich, Bo­ży­woj i pa­cho­lę Chwa­ści­cho­we uda­li się do pusz­czy z to­po­ra­mi, by wy­ciąć naj­star­sze drze­wa. W miej­scu wy­rę­bu mia­ły po­wstać nowe pola, bo w osa­dzie lu­dzi przy­by­wa­ło i trze­ba było wszyst­kich wy­kar­mić.

– Ot, tro­chę człek ode­tchnie od tej baby ką­śli­wej jak żmi­ja – wes­tchnął Bo­ży­woj, kła­dąc ogrom­ny to­pór na zie­mi. Chłop z nie­go był wiel­ki i zwa­li­sty, pię­ciu lu­dziom dał­by radę, jak­by go w koło oto­czy­li, a ze swo­ją nie­wia­stą nie mógł so­bie po­ra­dzić.

– No tak. – Chwa­ścich po­ki­wał gło­wą. – Two­ja baba ja­zgo­tli­wa jako mało któ­ra. Do­brze, że Biał­ka inna, bo bym w cha­łu­pie nie wy­trzy­mał.

– Ot, ścier­pi człek nie­jed­no, ale gdy­by tak pa­cho­lę ja­kie mi się uro­dzi­ło…

– Tak, tyś bez syna, a mnie ma ką­dziel wnet czwar­te po­wi­je… Do­brą mam babę, nie ma co mó­wić! – przy­znał bed­narz, a od­wra­ca­jąc się do dziec­ka, po­wie­dział: – Idź no, Le­stek, w las. A ku­kuł­czych jaj na­zbie­raj.

Chło­piec po­słusz­nie wziął ko­szyk, któ­ry ze sobą niósł, i od­da­lił się od ojca. Dzie­cię było śmia­łe, od ma­leń­ko­ści cho­wa­ło się w pusz­czy, więc nie bało się ani kniei, ani zwie­rząt w niej ży­ją­cych. Po ko­na­rach po­tra­fi­ło cho­dzić i gło­sy pta­ków na­śla­do­wać.

Słoń­ce sta­ło już wy­so­ko, a oni na­dal drze­wa rą­ba­li.

– Trza dych­nąć – po­wie­dział Bo­ży­woj – bo po­łu­dni­ca3 go­to­wa człe­ka zła­pać.

3 Po­stać z wie­rzeń sło­wiań­skich; de­mon ko­bie­cy nio­są­cy śmier­tel­ne nie­bez­pie­czeń­stwo tym, któ­rzy od­wa­ży­li się pod­czas upal­nych dni pra­co­wać w polu w samo po­łu­dnie.

Chwa­ścich się­gnął do wę­zeł­ka, któ­ry mu Biał­ka do pusz­czy na­szy­ko­wa­ła, rze­mień roz­wią­zał i chleb z se­rem roz­ło­żył.

– Ano zjedz­my coś – mruk­nął, ob­li­zu­jąc war­gi. – A Le­stek gdzie? Jesz­cze go z jaj­ka­mi nie ma? O, to duch nie­spo­koj­ny! Włó­czy się po le­sie i włó­czy!

– Nie broń­cież mu. Chło­pak po­znać musi mat­kę pusz­czę, co go żywi i odzie­wa. A sera to mu zo­sta­wi­my. Mały jest, to i dużo nie zje.

Gdy skoń­czy­li po­si­łek, do ro­bo­ty znów się za­bra­li.

* * *

Na­łęcz­ka sie­dzia­ła w ba­lii po­środ­ku ku­chen­nej izby. Przez ma­leń­kie okien­ko wpa­da­ło nie­wie­le świa­tła, więc we­wnątrz pa­no­wał pół­mrok, któ­ry jed­nak nie prze­szka­dzał ani dziew­czy­nie, ani jej mat­ce.

Tego dnia cór­ka Biał­ki po raz pierw­szy krwa­wi­ła, więc mat­ka do­brych rad jej udzie­la­ła:

– Trze­ba się myć i zmie­niać szmat­ki, któ­re za­wsze mu­sisz wy­prać – mó­wi­ła, pod­trzy­mu­jąc ogrom­ny brzuch. – Dwa­na­ście wio­sen ci mi­nę­ło. Je­steś już pra­wie nie­wia­stą. Ino te­raz chło­pa­ków się wy­strze­gaj.

– A to cze­mu? – za­py­ta­ła Na­łęcz­ka za­cie­ka­wio­na.

– Bo wnet mo­żesz mieć brzuch jak i ja – od­par­ła ro­dzi­ciel­ka. – A do­pó­ki nie pój­dziesz pod mę­żow­ską strze­chę, mowy o tym być nie może.

Na­gle przed cha­tą roz­le­gły się ja­kieś gło­sy. Biał­ka wy­szła, by zo­ba­czyć, co się sta­ło.

To Bo­ży­woj wraz z Lest­kiem Chwa­ści­cha wie­dli, któ­ry ku­lał na jed­ną nogę, a dzie­cia­ki z osa­dy ko­łem ich oto­czy­ły.

– Dadź­bog4, co się sta­ło?! – za­wo­ła­ła Biał­ka.

4 sło­wiań­ski bóg słoń­ca i ognia

– Ano drze­wo wa­sze­go chło­pa przy­du­si­ło – od­parł Bo­ży­woj. – Nogę mu zła­ma­ło. Te­raz Sta­ruch Li­cho­ta bę­dzie mu­siał ją na­sta­wić, a i Li­bu­sza pew­no po­mo­że ziół na­wa­rzyć.

Biał­ka sko­czy­ła tak szyb­ko, jak tyl­ko mo­gła, by cho­re­go chło­pa pod­trzy­mać.

– Do cha­łu­py! – za­rzą­dzi­ła i wpro­wa­dzi­ła Chwa­ści­cha przez drzwi, a że były ni­skie, obo­je po­chy­lić się mu­sie­li. – Na­łęcz­ka! – za­wo­ła­ła do cór­ki, któ­ra już w czy­stą za­pa­skę była ubra­na. – A bie­gnij no po Li­bu­szę i Sta­ru­cha Li­cho­tę. Proś, by do nas przy­szli. Oćca trza ra­to­wać!

Dziew­ka chy­żo próg prze­sko­czy­ła i za­raz za wę­głem znik­nę­ła.

Słoń­ce już się ku za­cho­do­wi chy­li­ło, gdy zie­lar­ka i zna­chor do Chwa­ści­cho­wej cha­ty we­szli. Sta­ruch za­raz za­brał się za na­sta­wia­nie ku­la­sa, zgar­bio­na gu­ślar­ka zaś mru­cza­ła coś pod no­sem i w po­doł­ku grze­ba­ła.

Na­gle Biał­ka chwy­ci­ła się za brzuch, gło­śno przy tym ję­cząc.

– Przy­szło na mnie! Oooch…

Sta­ruch, jako chłop, za­raz z cha­ty wy­szedł, lecz Chwa­ścich ru­szyć się nie mógł, nie­ludz­ko zmor­do­wa­ny na­sta­wia­niem gna­tów.

– Cóż to?! Nie idzie­cie za Sta­ru­chem Li­cho­tą?! – za­wo­ła­ła Li­bu­sza. – Wa­sza baba zle­gła. Wi­dział kto, żeby chłop w cha­łu­pie sie­dział, gdy po­ło­wi­ca ro­dzi!

– Sta­ra wiedź­mo, nie wi­dzisz, że ru­szyć się nie mogę? Za­tkam uszy i nic nie będę sły­szał.

– Le­stek! – krzyk­nę­ła Li­bu­sza. – A bie­gnij no po Bo­ży­wo­ja! Niech tu ze swo­ją babą przyj­dzie. Po­wiedz, że mat­ka ro­dzić za­czę­ła. Niech wnet będą! – wo­ła­jąc do otro­ka, po­szu­ka­ła po­chod­nię i wznie­ci­ła ogień, w cha­cie cał­kiem ciem­no się bo­wiem zro­bi­ło. Za­raz też nad Biał­ką się po­chy­li­ła. – A ziół wam na­pa­rzę – za­skrze­cza­ła. – Mniej bo­leć bę­dzie. Ale swo­ją dolę każ­dy przejść musi.

– Ja­ry­ło…5 – jęk­nę­ła Biał­ka, krzy­wiąc się.

5 sło­wiań­ski bóg płod­no­ści

Sta­ra ka­za­ła Na­łęcz­ce wody na­go­to­wać i czy­ste gał­ga­ny dać. A kie­dy zio­ła sy­pa­ła, Bo­ży­woj i Lud­mi­ła nad­bie­gli.

– Bierz­cie Chwa­ści­cha – po­na­gli­ła. – Tę noc u was prze­spać może.

– Ano może – po­twier­dzi­ła Lud­mi­ła, roz­glą­da­jąc się cie­ka­wie po wiel­kiej izbie, żeby mieć o czym plot­ko­wać. – I Lest­ka też za­bie­ra­my.

– A za­bie­raj­cie, za­bie­raj­cie…

Po­łoż­ni­ca le­ża­ła na sien­ni­ku po­kry­tym wil­czym fu­trem i okrut­nie ję­cza­ła. Na­łęcz­ka sta­ła obok i z za­ję­ciem mat­ce się przy­glą­da­ła. Od cza­su do cza­su ocie­ra­ła jej pot z czo­ła i po­le­ce­nia Li­bu­szy gor­li­wie wy­ko­ny­wa­ła.

– A patrz, patrz, jaki to los baby – mó­wi­ła sta­ra. – I ty tak kie­dyś skom­lić bę­dziesz, gdy ci chłop brzuch zro­bi.

– Mnie ża­den nie zro­bi, bo ja chło­pa nie chcę – od­rze­kła Na­łęcz­ka, uno­sząc wy­so­ko gło­wę.

– Te­raz tak mó­wisz, ale gdy po­czu­jesz chuć, sama za ja­kimś kmie­ciem oglą­dać się bę­dziesz.

Dziew­czy­na nic nie od­po­wie­dzia­ła, tyl­ko na zy­dlu usia­dła i spraw­dzi­ła, czy woda w sa­ga­nie się go­tu­je. Tym­cza­sem Li­bu­sza spód­ni­cę Biał­ki za­dar­ła i nogi sze­ro­ko jej roz­ło­ży­ła.

– Pięć pal­ców – mruk­nę­ła. – Mało…

Jęki były co­raz gło­śniej­sze. Nie­wia­sta rzu­ca­ła spo­co­ną gło­wą i ocza­mi jak obłą­ka­na wy­wra­ca­ła. Na­łęcz­ka po­de­szła do mat­ki, uklę­kła przy niej i chwy­ciw­szy jej dłoń, wy­cze­ku­ją­co na zna­chor­kę spoj­rza­ła. Ta zaś, po­chy­lo­na mię­dzy uda­mi po­łoż­ni­cy, jeno bez­gło­śnie war­ga­mi po­ru­sza­ła. Dziew­czy­na nie mia­ła po­ję­cia, co sta­ra tam szep­cze. Cho­ciaż była cie­ka­wa, za­py­tać się nie od­wa­ży­ła.

Na­gle ro­dzą­ca, jako wil­czy­ca w pusz­czy, za­wy­ła.

– Roz­war­cie! – za­wo­ła­ła sta­ra skrze­kli­wym gło­sem. – Przyj, babo! Przyj!

Biał­ka wy­da­ła roz­dzie­ra­ją­cy krzyk i po chwi­li w po­wy­krę­ca­nych ze sta­ro­ści ob­ję­ciach Li­bu­szy le­żał no­wo­ro­dek.

– Co się uro­dzi­ło? – za­py­ta­ła mat­ka ci­chym, udrę­czo­nym gło­sem.

– Dziew­ka. Ale ja­kaś mar­na ona…

– Cze­go mar­na?

– Mała. Ona dy­chać nie bę­dzie.

Biał­ka przy­mknę­ła prze­krwio­ne oczy, pod któ­ry­mi ból głę­bo­kie cie­nie wy­ma­lo­wał. Na­łęcz­ka tym­cza­sem pa­trzy­ła, co Li­bu­sza robi. Sta­ra si­na­wą pę­po­wi­nę od­cię­ła, no­wo­rod­ka z krwi oraz ślu­zu ob­my­ła, czy­stą szma­tą go owi­nę­ła, w sta­rej ko­ły­sce na mięk­kim sia­nie uło­ży­ła i jęła spraw­dzać, czy ło­ży­sko się uro­dzi­ło. Po tym wszyst­kim ku drzwiom się od­wró­ci­ła.

– Miej ba­cze­nie na mat­kę – upo­mnia­ła Na­łęcz­kę. – Ja do dom wra­cam. Nie mam tu już cze­go szu­kać.

– Po ciem­ku bę­dzie­cie szli? – zdzi­wi­ła się Na­łęcz­ka.

– A co mi tam noc? Nie mło­dam, żeby się ciem­no­ści lę­kać.

* * *

Biał­ka szyb­ko sta­nę­ła na nogi. Po­kar­mu mia­ła dość, lecz nie­mow­lę jeść nie chcia­ło. Na trze­ci dzień, we­dle słów Li­bu­szy, zmar­ło. Mat­ka nie la­men­to­wa­ła po jego śmier­ci. Nie pierw­sze to dzie­cię, któ­re utra­ci­ła. Wcze­śniej już dwo­je po­cho­wa­ła, któ­rym nie dane było świa­ta uj­rzeć. Chwa­ścich tak­że nie roz­pa­czał. Ta­kie jest ży­cie: sła­bi umie­ra­ją, zdro­wi po świe­cie cho­dzą.

Po­grze­ba­ła dzie­wecz­kę pod roz­ło­ży­stym dę­bem w świę­tym gaju, któ­ry rósł po­środ­ku osa­dy, a któ­re­go lu­dzi­ska ce­lo­wo nie wy­cię­li, gdy pusz­czę trze­bi­li. Wśród zie­le­nią­cych się ga­łę­zi, świer­go­cąc we­so­ło, barw­ne pta­ki wiły gniaz­da. By­wa­ło, że sze­ro­ko­skrzy­dły orzeł po­nad ko­ro­ny drzew się wzbi­jał. Mu­sia­ła za­ko­pać no­wo­rod­ka w zie­mi, by ma­mu­na6 – szpet­na nie­wia­sta ze zwi­sa­ją­cy­mi pier­sia­mi i z psi­mi no­ga­mi – nie po­rwa­ła dzie­cię­cia i nie drę­czy­ła jego du­szy, ję­cząc no­ca­mi w za­ro­ślach nad brze­giem rze­ki. Prze­ję­ta ta­jem­ni­cą oraz po­tę­gą na­tu­ry, Biał­ka po­kło­ni­ła się z czcią miesz­ka­ją­ce­mu w drze­wie bó­stwu, po­ło­ży­ła na mo­gił­ce wia­nu­szek ze sto­kro­tek na­zry­wa­nych przez Na­łęcz­kę, chwi­lę po­du­ma­ła nad ludz­kim lo­sem i do cha­ty wró­ci­ła, by stra­wę uwa­rzyć.

6de­mon z wie­rzeń sło­wiań­skich pod­mie­nia­ją­cy lub po­ry­wa­ją­cy no­wo­rod­ki

Le­d­wie jej sto­pa sta­nę­ła na pro­gu, któ­ry był wy­so­ki i wą­ski, w jesz­cze cia­śniej­szych drzwiach sto­ją­cej na­prze­ciw­ko po­chy­łej cha­łu­py uka­za­ła się po­stać Lud­mi­ły. Nie­wia­sta pod­par­ła się pod boki i na wi­dok Biał­ki tak po­wie­dzia­ła:

– Zmar­ło się wa­szej, co? A toć nie­wiel­ka stra­ta. Nie ma co bia­do­lić. Tro­je masz, to ci star­czy.

– Chcia­łam mieć i to czwar­te. A ty z za­zdro­ści tak ga­dasz. Bo­ży­woj, gdy­by był mą­dry, to wy­gnał­by cię i inną babę so­bie wziął.

– Inną? – za­śmia­ła się są­siad­ka. – Inna by mu nie do­go­dzi­ła tak, jak ja to ro­bię! Ot, cała praw­da.

– Nie mam te­raz cza­su na zwa­dy. Mu­szę stra­wę go­to­wać. Tyś cza­so­wa baba, bo nie masz dla kogo wa­rzyć, ale ja mam.

Lud­mi­ła, wzru­szyw­szy ra­mio­na­mi, mruk­nę­ła coś pod no­sem i od­wró­ci­ła się. Są­siad­ka tym­cza­sem do cha­ty czym prę­dzej we­szła.

Na­łęcz­ka wła­śnie chru­stu do pa­le­ni­ska do­kła­da­ła, gdy mat­ka po­ja­wi­ła się w izbie. Chwa­ścich sie­dział na zy­dlu i łu­skał groch, któ­ry Biał­ka ze­szłe­go roku za okól­ni­kiem na­sia­ła. Le­d­wie zo­ba­czył po­ło­wi­cę, mruk­nął:

– Wi­dział to kto, żeby chłop bab­ską ro­bo­tą się zaj­mo­wał? Do gro­chu mnie za­gna­łaś jak otro­ka.

– Ci­cho tam bądź i rób, co trze­ba. Te­raz, ja­keś po­ła­ma­ny, do bed­nar­skiej ro­bo­ty się nie na­da­jesz, a po próż­ni­cy nie ma co sie­dzieć.

Chwa­ścich po­tarł wąsa i zmil­czał. Biał­ka mie­wa­ła ka­pry­sy, lecz na szczę­ście da­le­ko im było do ję­zy­ka Lud­mi­ły.

* * *

Wie­czo­rem Na­łęcz­ka za­cho­rza­ła. Była roz­pa­lo­na, wy­mio­to­wa­ła i chcia­ła tyl­ko pić. Biał­ka w gło­wę za­cho­dzi­ła, co jej się sta­ło.

– Urok jaki kto rzu­cił czy co? – mruk­nę­ła do sie­bie.

A kie­dy stan cór­ki się nie po­pra­wiał – dziew­czy­na wciąż le­ża­ła na po­sła­niu i ję­cza­ła, że się źle czu­je – mat­ka wy­sła­ła Lest­ka po Li­bu­szę. Za­le­d­wie sta­ra we­szła do cha­łu­py i po­chy­li­ła się nad cho­rą, ro­dzi­ciel­ka w kąt izby się od­da­li­ła, by stam­tąd po­czy­na­nia zna­chor­ki ob­ser­wo­wać. Li­bu­sza mie­sza­ła ja­kieś zio­ła, wą­cha­ła je i za­klę­cia nad nimi od­ma­wia­ła. Gdy gu­sła od­pra­wi­ła, ode­zwa­ła się do Biał­ki:

– Wa­szą cór­kę ja­kiś otrok za­uro­czył. Daj­cie wodę i jaj­ko. Urok od­czy­nię.

Biał­ka czym prę­dzej po­da­ła jej jaj­ko, któ­re Le­stek z pusz­czy przy­niósł, a sta­ra skwa­pli­wie chwy­ci­ła je w swe po­wy­gi­na­ne pal­ce. Roz­bi­ła sko­rup­kę i do na­czy­nia z zio­ła­mi wla­ła za­war­tość, a po­tem pa­trzy­ła, czy żółt­ko czer­nią nie za­cho­dzi.

– Wię­cej to ja wam nie po­mo­gę – mruk­nę­ła zna­chor­ka. – Rano zo­ba­czy­my, czy urok znikł. A wy – wska­za­ła ko­ści­stym pal­cem ma­cierz – pil­nuj­cie cór­ki, boć ład­ną bu­zię ma i co­raz wię­cej wy­rost­ków uro­ki bę­dzie rzu­cać.

– Wiem, co mam ro­bić – od­par­ła Biał­ka, wy­cie­ra­jąc dło­nie w za­pa­skę. – A was Le­stek do cha­łu­py od­pro­wa­dzi, że­by­ście w tej ciem­ni­cy ki­ku­ta nie zła­ma­li.

Rano Na­łęcz­ka obu­dzi­ła się rześ­ka i zdro­wa.

* * *

Dzie­wan­na skoń­czy­ła pięt­na­ście wio­sen i była pięk­na ni­czym ru­sał­ka. Mia­ła oczy ko­lo­ru nie­za­po­mi­na­jek i pło­we wło­sy, któ­re rze­mie­niem opla­ta­ła. Wy­so­ka, ale nie wyż­sza od swej star­szej sio­stry Rzep­ki, fi­gu­rę mia­ła wiot­ką jak trzci­na. A uśmie­chem i za­cho­wa­niem wszę­dzie ra­dość i szczę­ście wpro­wa­dza­ła.

Te­raz szła nad rze­kę, trzy­ma­jąc w ręku ple­cio­ny ko­szyk, w któ­rym szma­ty do pra­nia po­ukła­da­ne mia­ła. Rzep­ka była za­ję­ta w cha­cie, więc nie mo­gła jej to­wa­rzy­szyć. Przy­ka­za­ła sio­strze, by pręd­ko z prze­pier­ką się uwi­nę­ła i za­raz do domu wra­ca­ła.

Dzie­wan­na szła nie­spiesz­nie, mru­żąc oczy przed sto­ją­cym wy­so­ko słoń­cem, za­po­mniaw­szy o na­po­mi­na­niach sio­stry. Rzep­ka już taka była: zręcz­na i zwin­na jak ko­nik po­lny, nie­co krzy­kli­wa, ale dba­ją­ca o wszyst­ko i bar­dzo ko­cha­ją­ca bli­skich. Dzie­wan­na w pa­cho­lęc­twie bała się jej tro­chę, lecz gdy pod­ro­sła, ów nie­zro­zu­mia­ły lęk roz­wiał się jak dym z pa­le­ni­ska.

Wresz­cie do­tar­ła nad rze­kę i od­na­la­zł­szy ulu­bio­ne miej­sce, na ma­łej po­lan­ce usia­dła. Stru­ga tu­taj wy­rzeź­bi­ła ła­god­ne za­ko­le, któ­re oto­czo­ne ze­wsząd gę­stą pusz­czą, było do­sko­na­łym miej­scem do du­ma­nia.

Dziew­ka lu­bi­ła sa­mot­ność. Nad rze­ką nie było ni­ko­go, więc szyb­ko wy­pra­ła ła­chy, a po­tem zdję­ła za­pa­skę i naga do kry­sta­licz­nie czy­stej wody we­szła. Za­nu­rzy­ła się aż po szy­ję i do­pie­ro po chwi­li pły­ną­ce­go wę­go­rza za­uwa­ży­ła.

Jak opa­rzo­na wy­sko­czy­ła na brzeg. Czym prę­dzej za­rzu­ci­ła ubra­nie i nie pa­mię­ta­jąc o ko­szy­ku z pra­niem, ucie­kła stam­tąd. Bie­gła aż do okól­ni­ka i do­pie­ro na wi­dok krzą­ta­ją­cej się po obej­ściu Rzep­ki przy­sta­nę­ła, by za­czerp­nąć tchu.

– Coś ty taka zdy­sza­na? – za­py­ta­ła sio­stra. – I gdzie masz pra­nie?

– Pra­nie… – wy­ją­ka­ła Dzie­wan­na. – Za­po­mnia­łam…

– Czy ty w ogó­le my­ślisz?! – zde­ner­wo­wa­ła się Rzep­ka. – Po­sła­łam cię nad rze­kę, byś ła­chy wy­pra­ła, a te­raz ja będę mu­sia­ła po nie iść!

– Och, sio­strzycz­ko, nie roz­sier­dzaj się tak – pro­si­ła Dzie­wan­na. – Zo­ba­czy­łam wod­ni­ka w rze­ce. Prze­stra­szy­łam się i ucie­kłam.

Rzep­ka wzię­ła się pod boki. Chcia­ła coś po­wie­dzieć, lecz w ostat­niej chwi­li zmil­cza­ła i tyl­ko sio­strę ko­sym spoj­rze­niem zmie­rzy­ła. Młod­szą cór­kę Msz­czu­ja byle co mo­gło wy­stra­szyć. Wda­ła się w swo­ją mat­kę Dzi­wę, któ­ra na­wet kota w nocy się bała. Ona, Rzep­ka, była inna: ni­g­dy nie tra­ci­ła zim­nej krwi i nie­wie­le rze­czy mo­gło wy­wo­łać w niej szyb­sze bi­cie ser­ca.

– Chodź do cha­ty – po­wie­dzia­ła już ła­god­niej­szym gło­sem. – Stra­wa go­to­wa.

Dzie­wan­na po­słusz­nie prze­kro­czy­ła próg i w ku­chen­nej izbie na zy­dlu usia­dła. Dzi­wa sie­dzia­ła przy pa­le­ni­sku i za­pa­trzo­na w ogień, bez­zęb­ny­mi dzią­sła­mi cmo­ka­ła. Cór­ka spoj­rza­ła na ro­dzi­ciel­kę: choć mać była młod­sza od Żar­ki, już osi­wia­ła i po­chy­li­ła się. Mat­ka Rzep­ki trzy­ma­ła się pro­sto i wciąż no­si­ła czar­ne wło­sy. Ła­two było wziąć Żar­kę za młod­szą żonę i wie­lu tak wła­śnie czy­ni­ło.

W cha­łu­pie Msz­czu­ja nie­po­dziel­nie rzą­dzi­ła Rzep­ka. Dzi­wa nie mia­ła dość siły, by prze­ciw­sta­wić się dziew­czy­nie, a Żar­ka chęt­nie przed cór­ką ustą­pi­ła. W ten spo­sób nie do­cho­dzi­ło do kłót­ni tak czę­stych po oko­licz­nych do­mo­stwach. Msz­czuj mógł po­wie­dzieć, że jest praw­dzi­wym szczę­ścia­rzem.

Rzep­ka na­la­ła po­lew­ki do misy i po­sta­wi­ła na środ­ku sto­łu, przy któ­rym wszy­scy do­mow­ni­cy za­sie­dli. Po­si­la­li się w mil­cze­niu, bo nie­oby­czaj­nie było przy je­dze­niu roz­ma­wiać. A gdy już się na­je­dli, po­roz­cho­dzi­li się po ką­tach, gdzie każ­dy za­jął się ja­kąś ro­bo­tą.

– No, te­raz pój­dę nad rze­kę i przy­nio­sę pra­nie – po­wie­dzia­ła Rzep­ka ci­cho do Dzie­wan­ny, któ­ra przy ko­ło­wrot­ku sie­dzia­ła. – Mam iść nad Za­cisz­ny Za­ką­tek?

Młod­sza dziew­ka twier­dzą­co gło­wą po­ki­wa­ła. Go­spo­dy­ni jesz­cze tyl­ko war­kocz po­pra­wi­ła i z cha­ty wy­szła. Po­dą­ża­ła nad wodę lek­kim kro­kiem, po­god­na i za­do­wo­lo­na. Już się nie gnie­wa­ła na sio­strę za to, że ko­sza z gał­ga­na­mi nie przy­nio­sła. Dzie­wan­na może była pło­chli­wa i za­po­mi­nal­ska, ale Rzep­ka ko­cha­ła ją i chęt­nie wszyst­kie mniej­sze i więk­sze prze­wi­ny wy­ba­cza­ła.

W Za­cisz­nym Za­kąt­ku usia­dła na tra­wie nad brze­giem, by chwi­lę od­sap­nąć. Od razu za­uwa­ży­ła ple­cion­kę z ła­cha­mi. Kie­dy się po nią schy­li­ła, w przej­rzy­stej ta­fli swo­je od­bi­cie uj­rza­ła. Wi­dzia­ła duże oczy i brwi ni­czym skrzy­dła ja­skół­ki, pro­sty no­sek i ład­nie wy­kro­jo­ne usta. Nie­wie­le my­śląc, roz­plo­tła war­kocz i wnet bu­rza kasz­ta­no­wych lo­ków oto­czy­ła jej twarz kształ­tem do ser­ca po­dob­ną.

Na­gle ze­rwa­ła się na rów­ne nogi, po­nie­waż nad cem­bro­wi­ną po­ja­wił się wy­so­ki chło­pak.

– Sze­dłem za tobą – po­wie­dział, po­gwiz­du­jąc. – Te­raz mi nie uciek­niesz.

Rzep­ka wy­so­ko bro­dę unio­sła.

– Nie zbli­żaj się do mnie! – ostrze­gła. – Bo nie rę­czę za sie­bie.

Ro­ze­śmiał się tyl­ko.

– Już rok krę­cisz na mnie no­sem. Co ci się nie po­do­ba? Ta­kem do­bry, jak i każ­dy.

– Ale ja cię nie chcę – od­par­ła dziew­czy­na, ści­ska­jąc w rę­kach kosz z pra­niem. – In­ne­go mi­łu­ję.

Zmarsz­czył brwi.

– Już ja mu dam! Ale naj­pierw po­ka­żę to­bie, co zna­czy Chwost­ka od­pra­wiać!

Sko­czył ku niej, wy­rwał jej ple­cion­kę i dziew­czy­nę na tra­wę prze­wró­cił. W Rzep­ce na mo­ment ser­ce za­mar­ło, ale szyb­ko się opa­no­wa­ła. Nie sta­wia­ła opo­ru, wie­dzia­ła bo­wiem, że siłą prze­ciw­ko ko­wa­lo­wi nic nie wskó­ra. Gdy się po­chy­lił, z ca­łej mocy w ucho go ugry­zła. Kie­dy na chwi­lę ją oswo­bo­dził, pręd­ko ze­rwa­ła się na nogi, kop­nę­ła go w kro­cze, po­rwa­ła kosz i ucie­kła. Raz tyl­ko obej­rza­ła się, czy aby jej nie goni, lecz na szczę­ście po­zo­stał w tyle.

Kie­dy do­tar­ła do cha­ty, była zdy­sza­na jak wcze­śniej Dzie­wan­na, któ­ra przed wod­ni­kiem umy­ka­ła. Nic ni­ko­mu nie mó­wiąc, go­spo­dy­ni we­szła do ko­mór­ki, któ­rą z sio­strą dzie­li­ła, i jak dłu­ga na sien­nik pa­dła. Dzie­wan­na zdzi­wi­ła się nie­ma­ło, Rzep­ka bo­wiem rzad­ko kie­dy w dzień po­le­gi­wać so­bie po­zwa­la­ła.

– Co się sta­ło? – za­py­ta­ła za­tro­ska­na.

Star­sza dziew­ka unio­sła się na łok­ciu.

– Po­słu­chaj – za­czę­ła sta­now­czym gło­sem. – Obie­caj mi, że bę­dziesz uni­kać Chwost­ka. Do­brze?

– Do­brze – zgo­dzi­ła się Dzie­wan­na. – Wła­ści­wie nie­zbyt go lu­bię, więc nie będę z nim roz­ma­wiać.

– A je­śli tak się zda­rzy, że cię za­cze­pi, na­tych­miast mi o tym po­wiedz – na­ka­za­ła Rzep­ka.

– Po­wiem. – Młod­sza dziew­czy­na po­ki­wa­ła gło­wą.

Go­spo­dy­ni wzię­ła się w garść.

– Trze­ba po­sprzą­tać w cha­łu­pie – zde­cy­do­wa­ła, wsta­jąc. – Znajdź brzo­zo­wych wi­tek i po­za­mia­taj tu­taj, a ja obej­dę okól­nik. Kie­dy skoń­czysz, usią­dzie­my przed cha­tą i aż do za­cho­du słoń­ca bę­dzie­my ko­sze wy­pla­tać. Tyl­ko mi gdzieś nie znik­nij, ro­zu­miesz?

– Ro­zu­miem, ro­zu­miem – po­tak­nę­ła Dzie­wan­na i uśmiech­nę­ła się pro­mien­nie. Lu­bi­ła pra­co­wać w to­wa­rzy­stwie Rzep­ki.

* * *

Po­tęż­ny był ów gnieź­nień­ski gród, któ­ry ksią­żę Miesz­ko za swą sto­li­cę ob­rał. Po­wia­da­li naj­star­si lu­dzie, że jego na­zwa od gniaz­da się wy­wo­dzi, a nadał mu ją pra­dziad Lech, któ­ry wraz z dwo­ma brać­mi daw­no temu opu­ścił ro­dzin­ną zie­mię i na po­szu­ki­wa­nie no­wej oj­czy­zny się udał, po­nie­waż kra­ina, któ­rą do­tąd za­miesz­ki­wa­li, wiel­ce na ob­fi­to­ści po­tra­ci­ła. Oto bo­wiem w sta­rym kra­ju co­raz wię­cej lu­dzi się ro­dzi­ło, aż nad­szedł czas, że dla wszyst­kich już ani je­dze­nia, ani miej­sca do bu­do­wy do­mów nie sta­ło. Umy­śli­li bra­cia za­tem, że w świat pój­dą, by no­wej oj­czy­zny szu­kać. Pierw­szy, Ru­sem zwa­ny, ku wscho­do­wi wy­ru­szył. Dru­gi, Cze­chem mia­no­wa­ny, na po­łu­dnie. Lech ze swy­mi ludź­mi jesz­cze da­lej, bo aż na pół­noc za­wę­dro­wał.

Do­tarł do wiel­kiej pusz­czy we wszel­kie do­bro ob­fi­tu­ją­cej, a kie­dy po­sta­no­wił od­po­cząć, roz­ło­żył się obo­zem pod drze­wem, na któ­rym orzeł swe gnia­do uwił. Kie­dy Lech zo­ba­czył krą­żą­ce­go nad lę­go­wi­skiem sze­ro­ko­skrzy­dłe­go bia­łe­go dra­pież­ni­ka, uznał, że wła­śnie w tym miej­scu swą sto­li­cę po­bu­du­je. Tak po­wsta­ło Gnie­zno.

Z cza­sem do głów­ne­go gro­du, gdzie od­tąd sie­dzi­ba księ­cia sta­ła, do­łą­czo­no ob­wa­ro­wa­ne pod­gro­dzia, a na­wet otwar­tą osa­dę tar­go­wą, po­nie­waż lu­dzie doń cią­gnę­li ni­czym mu­chy do mio­du. Za­iste, god­ną sto­li­cę miał ksią­żę Po­lan!

I tam wła­śnie, na pod­gro­dziu, ko­sza­ry sta­ły, w któ­rych te­raz jako w ulu wrza­ło, boć woje, gra­jąc w ko­ści, je­den przez dru­gie­go prze­krzy­ki­wa­li się niby prze­kup­ki na tar­gu. Do­wód­ca dru­ży­ny raz na sie­dem dni przy­dzie­lał wszyst­kim wol­ne, a sam uda­wał się na dwór księ­cia, by tam przed Miesz­kiem zdać spra­wę, jak się ma ksią­żę­ce woj­sko.

Tyl­ko Do­bro­mir, mło­dy woj z osa­dy zwa­nej Po­la­ną, był w tym to­wa­rzy­stwie za­my­ślo­ny i nie brał udzia­łu w grze. Sie­dział opar­ty o ścia­nę na wo­ło­wej skó­rze, któ­ra słu­ży­ła dru­żyn­ni­kom za okry­cie pod­czas snu, i z uwa­gą oglą­dał swój miecz. Nie byle sztu­ką było po­sia­dać taką broń! Tyl­ko naj­zręcz­niej­szy ko­wal po­tra­fił ją wy­kuć, a su­ro­wiec do tego po­trzeb­ny do ogrom­nie kosz­tow­nych na­le­żał. Biał­ka i Chwa­ścich, bed­na­rze z Po­la­ny, od­da­li do­ro­bek ca­łe­go ży­cia, by ich pier­wo­rod­ny mógł wstą­pić w sze­re­gi dru­ży­ny. Od­szu­ka­li na pod­gro­dziu naj­lep­sze­go płat­ne­rza i jemu wy­kle­pa­nie orę­ża zle­ci­li.

Ksią­żę był wiel­ce szczo­dry dla swych wo­jów i nie­je­den mógł się przy nim wzbo­ga­cić. I wła­śnie w tym tkwi­ło sed­no rze­czy: wszy­scy Po­la­nie ma­rzy­li o do­stat­ku, ale nie każ­dy miał w so­bie tyle du­cha, by dla ksią­żę­cej spra­wy na­ra­żać się na polu wal­ki. Nic więc dziw­ne­go, że Miesz­ko suto na­gra­dzał tych, któ­rzy ry­zy­ko­wa­li dla nie­go ży­cie. Hoj­ność nie ozna­cza­ła jed­nak po­błaż­li­wo­ści. Wład­ca trzy­mał swe woj­sko że­la­zną ręką, jeno raz na sie­dem dni po­zwa­la­jąc na roz­luź­nie­nie dys­cy­pli­ny. Nie dzi­wi­ło więc, że tego dnia w ko­sza­rach ogrom­ny rwe­tes pa­no­wał. Nie­zro­zu­mia­łe było ra­czej to, że je­den z wo­jów w ogól­nej za­ba­wie udzia­łu nie brał.

Do­bro­mir był tak bar­dzo za­my­ślo­ny, że na­wet nie po­czuł, iż Sko­rup­ka, jego naj­lep­szy kom­pan, w bok go trą­cił.

– Za­ko­cha­ny czy co? – śmiał się ru­do­wło­sy woj. – Tyl­ko mi nie mów, że w naj­młod­szej żo­nie księ­cia. Ład­na jest, ale to za wy­so­kie pro­gi dla nas!

Do­pie­ro te­raz Chwa­ści­cho­wy pier­wo­rod­ny odło­żył swój miecz.

– Nie, aż tak wy­so­ko nie mie­rzę – od­parł z uśmie­chem, któ­ry od­bił się w jego sza­rych, roz­ma­rzo­nych oczach.

Sko­rup­ka po­now­nie w bok go trą­cił.

– Więc ko­góż wspo­mi­nasz?

– Dziew­czy­nę z mo­jej osa­dy. Znam ją od dziec­ka, ale do­pie­ro nie­daw­no spo­strze­głem, jaka jest pięk­na. Nie mogę prze­go­nić my­śli.

– Jest ci przy­chyl­na?

– Mam na­dzie­ję, że bę­dzie – od­parł Do­bro­mir.

Tym ra­zem przy­ja­ciel klep­nął go w ra­mię.

– W ta­kim ra­zie chodź­my się piwa na­pić! Mu­si­my to ob­lać. Na­wet nie chcę sły­szeć, że się sprze­ci­wiasz!

– Do­brze – zgo­dził się Do­bro­mir. – Piwa mogę się na­pić.

A gdy wy­chy­li­li już kil­ka­na­ście ku­fli i le­że­li na swo­ich skó­rach, mło­dzie­niec dłu­go nie mógł za­snąć. Cią­gle wra­cał my­śla­mi do ubie­głe­go lata, gdy ze zdu­mie­niem od­krył, że mała ja­sno­wło­sa dziew­czyn­ka, któ­ra bie­ga­ła boso po osa­dzie, sta­ła się po­wab­ną, pięk­ną pod­wi­ką. I choć w Gnieź­nie wie­le uro­czych nie­wiast wi­dział, nie wy­łą­cza­jąc żon Miesz­ka, mu­siał przy­znać sam przed sobą, że ład­niej­szej od Dzie­wan­ny nie znał. Jej sio­stra Rzep­ka rów­nież wy­ro­sła bar­dzo uro­dzi­wa, ale to do młod­szej cór­ki Msz­czu­ja wy­ry­wa­ło się jego ser­ce. Rzep­ka mia­ła w so­bie coś ta­kie­go, cze­go nie umiał na­zwać, a co spra­wia­ło, że nie po­tra­fił być w jej obec­no­ści do koń­ca sobą. Dzie­wan­na na­to­miast oka­za­ła się pro­sto­dusz­na, czę­sto się uśmie­cha­ła, a w jej nie­bie­skich oczach mą­drość i uf­ność błysz­cza­ły.

Mi­ja­ły już dwa lata, od­kąd zo­stał wo­jem Miesz­ko­wym. Do­brze mu było w dru­ży­nie. Ksią­żę był szczo­dry i spra­wie­dli­wy, lecz te­raz Do­bro­mir tę­sk­nił już za do­mem i bli­ski­mi. Chciał przy­tu­lić Na­łęcz­kę i uści­snąć dłoń Lest­ko­wi, któ­ry po­wo­li z lat pa­cho­lę­cych wy­ra­stał. Nie­dłu­go, kie­dy słoń­ce wy­so­ko na nie­bie bę­dzie sta­ło, a dni prze­mie­nią się w dłu­gie i go­rą­ce, od­bę­dą się po­strzy­ży­ny ro­dzo­ne­go bra­ta, któ­ry nowe, do­ro­słe już imię otrzy­ma. Do­pie­ro wte­dy dru­żyn­nik bę­dzie mógł przy­być na kil­ka dni do osa­dy, żeby naj­bliż­szych od­wie­dzić.

* * *

Wio­sen­ne dni mi­ja­ły szyb­ko. W pusz­czy wy­ci­na­no co­raz wię­cej drzew, a ściół­kę prze­kształ­ca­no w pola. Osa­da roz­ra­sta­ła się, gdyż ro­dzi­ło się co­raz wię­cej dzie­ci, a tak­że ob­cych przy­by­wa­ło, co z da­le­kich stron ku Miesz­ko­wej zie­mi po­dą­ża­li.

Do­bro­mir przy­był do Po­la­ny o świ­cie, kie­dy całe sio­ło jesz­cze we śnie było po­grą­żo­ne. Jako ksią­żę­cy woj po­dró­żo­wał kon­no wraz z ca­łym nie­zbęd­nym upo­sa­że­niem, więc wszę­dzie, gdzie się po­ja­wiał, po­dziw i za­zdrość wzbu­dzał. Te­raz jed­nak nikt go nie wi­tał, bo w Po­la­nie wszy­scy jesz­cze spa­li.

* * *

Tej nocy do Rzep­ki nie przy­był ani zmor­nik, ani inny de­mon czy bóg ko­ły­szą­cy lu­dzi do snu. Prze­wra­ca­ła się z boku na bok na swo­im sien­ni­ku, lecz od­po­czy­nek nie przy­cho­dził. Wsłu­chi­wa­ła się tyl­ko w od­gło­sy nocy i raz po raz na są­sied­nie po­sła­nie zer­ka­ła.

Ostat­ni­mi cza­sy za­czę­ła lę­kać się o sio­strę. Dzie­wan­na z każ­dym dniem sta­wa­ła się co­raz ład­niej­sza i za­pew­ne nie­jed­no mło­dzień­cze ser­ce moc­niej na jej wi­dok biło. Nie mo­gła ni­ko­mu za­bro­nić pod­ko­chi­wać się w dziew­czy­nie, lecz bała się, że ktoś może ją skrzyw­dzić. Dzie­wan­na była na­zbyt ufna i nie­win­na. Jak­że ła­two mo­gła­by zbłą­dzić!

Tuż przed świ­tem Rzep­ka od­rzu­ci­ła przy­kry­cie ze skór. Szyb­ko ob­my­ła twarz zim­ną wodą, ubra­ła się w co­dzien­ną za­pa­skę, zwią­za­ła rze­mie­niem buj­ne kasz­ta­no­we wło­sy i za próg się wy­chy­li­ła. Le­d­wie za­mknę­ła drzwi, sta­nę­ła jak wry­ta.

To był on! Do­strze­gła go mimo pół­mro­ku. Za­wsze i wszę­dzie po­zna­ła­by jego moc­ną, po­staw­ną syl­wet­kę, dłu­gie do ra­mion ja­sne wło­sy oraz przy­stoj­ną twarz. Prze­je­chał kon­no nie­mal pod jej bo­kiem i ku swo­jej cha­łu­pie po­mknął. Na­wet jej nie za­uwa­żył! Ona zaś tak wie­le da­ła­by za to, by choć na chwi­lę od­wró­cił się i w jej stro­nę spoj­rzał.

Wi­dzia­ła, jak zsia­da z wierz­chow­ca, za­pro­wa­dza go w stro­nę spi­chle­rza, a po­tem zni­ka za pro­giem cha­łu­py. Wes­tchnę­ła i sama rów­nież do izby wró­ci­ła.

Usia­dła na zy­dlu i twarz w dło­niach ukry­ła. Tyle razy pró­bo­wa­ła wy­bić go so­bie z gło­wy! Czyż chło­pak, któ­ry zo­stał wo­jem i ob­ra­cał się w Gnieź­nie po­śród in­nych dru­żyn­ni­ków oraz dwo­rzan księ­cia, my­ślał­by o pro­stej dziew­czy­nie? Czyż nie by­ło­by zro­zu­mia­łe, że sta­rał­by się ra­czej o rękę nie­wia­sty z moż­ne­go rodu? Lecz jej ser­ce nie słu­cha­ło gło­su roz­sąd­ku. Pra­gnę­ła pa­trzeć w jego sza­re oczy, za­głę­bić dło­nie w ja­snych wło­sach i czuć uścisk sil­nych ra­mion. Ale on ni­g­dy nie zwra­cał na nią uwa­gi. Głu­pia, jaka głu­pia była, że o nim ma­rzy­ła!

Rozdział 2. Biesiada

Le­d­wie Do­bro­mir prze­kro­czył próg cha­łu­py, Biał­ka ze­rwa­ła się z po­sła­nia i czym prę­dzej go uści­ska­ła.

Mło­dy, po­staw­ny woj odzia­ny w zbro­ję płyt­ko­wą, spod któ­rej wy­sta­wa­ły rę­ka­wy dłu­gie­go pa­sia­ste­go ka­fta­na no­szo­ne­go obo­wiąz­ko­wo przez wszyst­kich dru­żyn­ni­ków Miesz­ka, zdjął z pło­wej gło­wy że­la­zny hełm i po­chy­lił się nad mat­ką.

– Oto je­stem – po­wie­dział z czcią przy­na­leż­ną ro­dzi­ciel­ce. – Ksią­żę udał się do Po­zna­nia, by spraw­dzić stan wału obron­ne­go, któ­rym gród jest oto­czo­ny, i zwol­nił część wo­jów, aby mo­gli od­wie­dzić swo­je ro­dzi­ny. Za­tem przy­by­łem.

– Jak to do­brze, syn­ku! – Biał­ka z uśmie­chem pa­trzy­ła w sza­re oczy Do­bro­mi­ra. – Nie­dłu­go po­strzy­ży­ny Lest­ka, bę­dziesz więc na ce­re­mo­nii! Toć on o ni­czym in­nym nie mówi, jak tyl­ko o tym, by bra­ta zo­ba­czyć!

– I ja się za wami wszyst­ki­mi stę­sk­ni­łem – uśmiech­nął się męż­czy­zna, od­cze­pia­jąc przy­tro­czo­ny do pasa miecz. – W gro­dzie do­brze, ale w oj­co­wej cha­łu­pie naj­le­piej.

– Sia­daj, mój dro­gi, na zy­dlu. Za­raz stra­wę przy­go­tu­ję! Chwa­ścich, Le­stek, Na­łęcz­ka! Wsta­waj­cie! Ileż bę­dzie­cie się wy­le­gi­wać?! Do­bro­mir wró­cił!

Gdy tyl­ko prze­brzmia­ły jej sło­wa, w cha­cie ruch za­pa­no­wał. Ro­dzeń­stwo prze­py­cha­ło się, by ob­jąć bra­ta, a on śmiał się z pa­cho­lę­cych do­ka­zy­wań.

– Ale­ście wy­ro­śli! Po­znać was nie moż­na! – po­wie­dział Do­bro­mir z uzna­niem.

– Tak, jak się ich dłu­go nie wi­dzi, ro­sną jak dęby – wtrą­ci­ła Biał­ka. – Na­łęcz­ka już mnie pra­wie prze­ro­sła, a do­pie­ro dwa­na­ście wio­sen li­czy!

Chwa­ścich, gło­wa ro­dzi­ny, do­stoj­nym ge­stem uści­snął syna.

Po chwi­li Le­stek z wiel­ką cie­ka­wo­ścią miecz oglą­dał, na­to­miast Na­łęcz­ka, jak przy­sta­ło po­słusz­nej cór­ce, mat­ce w go­to­wa­niu po­ma­ga­ła. Nie po­zo­sta­ło więc nic in­ne­go, jak za­siąść przy sto­le. Do­bro­mir uśmiech­nął się do sio­stry, któ­ra usia­dła obok nie­go. Tym­cza­sem Biał­ka już misę ze śnia­da­niem sta­wia­ła.

Kie­dy skoń­czy­li się po­si­lać, pier­wo­rod­ny wstał i po­chy­la­jąc się, boć się­gał gło­wą do po­wa­ły, po­wie­dział:

– Ma­cie dla mnie jaką ro­bo­tę? Sko­ro już je­stem, po­mo­gę przy tym i owym…

– Trze­ba dę­bi­ny na­rą­bać – ode­zwał się Chwa­ścich. – Mnie coś grzbiet boli i noga, choć wy­go­jo­na, rwie i przy ro­bo­cie do­skwie­ra.

– Roz­dzie­ję się tyl­ko i za­bie­ram się do ro­bo­ty – to po­wie­dziaw­szy, Do­bro­mir od­szedł w kąt izby i tam ścią­gnął zbro­ję oraz ka­ftan w żół­to-siwe pasy.

– Zmy­kaj­cie! – Mat­ka po­go­ni­ła po­tom­stwo od sto­łu. – Po­za­mia­tam i po­sła­nia ogar­nę – wtrą­ci­ła. – Baby mają do nas przyjść, żeby len tkać. Gdy się zbie­ra­my w kil­ka, to ro­bo­ta raź­niej idzie. Dziś u nas, a po­tem u Żar­ki. Tak po cha­łu­pach so­bie cho­dzi­my.

Do­bro­mir na­gle stał się tak czuj­ny, jako ów zwierz dzi­ki, na któ­re­go nie­raz w pusz­czy po­lo­wał.

– Mó­wisz, mat­ko, że baby przyj­dą? To może i Rzep­ka z Dzie­wan­ną…

– Rzep­ka na pew­no – od­par­ła Biał­ka. – A czy Dzie­wan­na, to nie wiem. A coś ty na­gle taki cie­ka­wy, hę?

– E, nic ta­kie­go – mruk­nął. – Tak za­py­ta­łem.

– Idź no już rą­bać drew­no! – Go­spo­dy­ni mach­nę­ła ręką. – Dnia szko­da na ga­da­nie.

* * *

Do­bro­mir wła­śnie koń­czył cio­sa­nie dę­bi­ny, gdy ku nim na­de­szły tkacz­ki. Le­d­wie je zo­ba­czył, wy­pro­sto­wał się w ca­łej swej po­sta­ci, po­zdro­wił je ski­nie­niem gło­wy, oparł sie­kie­rę o gru­by pień i spo­glą­dał, jak gę­sie­go prze­kra­cza­ją wy­so­ki, wą­ski próg oj­co­we­go do­mo­stwa. Po­czuł się ogrom­nie za­wie­dzio­ny, że nie było wśród nich Dzie­wan­ny. Tak bar­dzo pra­gnął ją uj­rzeć! Roz­cza­ro­wa­ny, rzu­cił to­pór na stos po­rą­ba­nych drze­win i wło­żyw­szy lnia­ną ko­szu­lę, któ­ra le­ża­ła na ław­ce pod ścia­ną cha­łu­py, pod­szedł do spi­chle­rza, by tam w wia­drze ob­myć twarz z potu. Przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, co po­wi­nien te­raz zro­bić; do cha­łu­py nie chciał wcho­dzić, na po­dwó­rzu nie miał już nic do ro­bo­ty, ojca ni­g­dzie nie wi­dział, więc za­ga­dać nie miał do kogo. Po­sta­no­wił udać się do pusz­czy, tam od­po­cząć i po­du­mać w sa­mot­no­ści.

Tym­cza­sem nie­wia­sty w Chwa­ści­cho­wej cha­łu­pie do ko­ło­wrot­ków za­sia­dły. Rzep­ka, za­słu­cha­na w opo­wieść Dzi­wy, pra­wie się nie od­zy­wa­ła, co nie było do niej po­dob­ne. Cały czas za­sta­na­wia­ła się, czy Do­bro­mir wej­dzie do izby, lecz on nie przy­cho­dził. Żeby za­jąć my­śli czym in­nym, za­czę­ła przy­słu­chi­wać się temu, co nie­wia­sty mó­wi­ły. Dzi­wa już skoń­czy­ła hi­sto­rię, więc roz­ga­da­ły się te­raz jed­na przez dru­gą.

– Tak, wasz Do­bro­mir to chło­pak jak się pa­trzy – przy­zna­ła Żar­ka, wy­mow­nie pa­trząc na cór­kę. – Nie­dłu­go pew­nie bę­dzie chciał się że­nić!

Rzep­ka uda­ła, że nie wi­dzi tego spoj­rze­nia.

– E, jesz­cze czas. – Biał­ka się uśmiech­nę­ła. – Dzie­więt­na­ście lat do­pie­ro mu mi­nę­ło. Choć ja­kąś dziew­kę mógł­by już mieć na oku…

– A pew­nie, pew­nie! – Żar­ka po­ki­wa­ła gło­wą. – Tam w gro­dzie za jaką moż­ną nie­wia­stą się roz­glą­da, sko­ro wo­jem zo­stał. Mam ra­cję?

– Nic mi o tym nie wia­do­mo. – Mat­ka mło­dzień­ca wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Coś prze­cież by po­wie­dział. Nie ukry­wam, że cie­szy­ła­bym się, je­śli ro­do­wa pani od­da­ła­by mu swą rękę, gdyż wart jest tego. Ale kogo mój syn po­ślu­bi, to już jego spra­wa. Ja mu po­ło­wi­cy wy­bie­rać nie będę!

– Ha! Po­wie­dział­by albo i nie – mruk­nę­ła są­siad­ka. – Chłop jak chłop, za ba­ba­mi za­wsze się oglą­da.

– Daj po­kój, mat­ko – wtrą­ci­ła Rzep­ka. – Biał­ka ma ra­cję. Na pew­no by po­wie­dział, gdy­by miał na oku moż­ną pa­nią. Do­bro­mir jest szcze­ry i nie ukry­wał­by tego przed ro­dzi­cie­la­mi.

– A co ty tak za nim ob­sta­jesz? Zmó­wi­li­ście się czy co?

Dziew­czy­na za­ci­snę­ła usta i nic nie po­wie­dzia­ła. Sie­dzia­ła tyl­ko ze spusz­czo­nym wzro­kiem. Nie chcia­ła bo­wiem spoj­rzeć Biał­ce w oczy. Bała się, że mat­ka wy­bran­ka od­kry­je jej ta­jem­ni­cę. A tego na ra­zie pra­gnę­ła unik­nąć.

– Dla mo­jej Dzie­wan­ny on był­by do­bry – ode­zwa­ła się Dzi­wa. – Obo­je pło­wi jako to zbo­że, urod­ni i zdro­wi. Do­brze by im ra­zem było.

– A już od razu on dla Dzie­wan­ny! – za­pe­rzy­ła się Żar­ka. – Rzep­ka też dziew­ka urod­na. Wie­kiem i go­spo­dar­no­ścią mu bliż­sza.

Pan­na spoj­rza­ła su­ro­wo na mat­kę, lecz ro­dzi­ciel­ce usta się nie za­my­ka­ły.

– Ona star­sza, więc jej pierw­szej za mąż iść. A Dzie­wan­na pło­cha jako ja­gnię. Gdzież ona tam dla chło­pa!

– Pło­cha może i jest – ode­zwa­ła się Rzep­ka, prze­ry­wa­jąc mat­ce i bio­rąc w obro­nę sio­strę – ale jak ją wy­sła­łam dziś do pusz­czy, by mio­du z bar­ci przy­nio­sła, to po­szła i ani jęk­nę­ła, że psz­czół się boi.

– Co tam psz­czo­ły! – Żar­ka mach­nę­ła ręką. – Pa­cho­lę się ich nie boi, a co do­pie­ro dzie­wo­ja.

Pan­na gwał­tow­nie pod­nio­sła się z zy­dla.

– Mu­szę już wra­cać do cha­łu­py – po­wie­dzia­ła. – Ja­dło trze­ba uwa­rzyć i Dzie­wan­na wnet wró­ci z mio­dem. Ty, mat­ko, zo­stań jesz­cze z Dzi­wą. Są­siad­ka na pew­no nic nie bę­dzie mia­ła prze­ciw temu.

– Oczy­wi­ście, że nie – od­par­ła Biał­ka, po­chy­la­jąc się nad ko­ło­wrot­kiem.

* * *

Do­bro­mir był już w po­ło­wie dro­gi do pusz­czy, gdy na­raz uj­rzał Dzie­wan­nę. Dziew­czy­na nio­sła dzba­nek i coś so­bie nu­ci­ła, lecz uj­rzaw­szy go, na­tych­miast przy­sta­nę­ła.

Po­wol­nym, lecz pew­nym kro­kiem zbli­żył się do niej.

Byli na ścież­ce sami.

– Wi­taj – po­wie­dział. – Co ro­bi­łaś w pusz­czy?

– Pod­bie­ra­łam psz­czo­łom miód – od­par­ła ci­chut­ko, od­gar­nia­jąc z czo­ła nie­po­słusz­ny ko­smyk.

Ja­każ to pięk­na pan­na! – po­my­ślał mło­dzie­niec, śle­dząc ruch jej dło­ni.

– A nie ba­łaś się żą­deł? – za­py­tał, uno­sząc brew.

– Za­wsze gdy zbie­ram miód, kła­niam się bó­stwom drzew i pta­ków, więc psz­czo­ły mi nie­strasz­ne – wy­ja­śni­ła Dzie­wan­na, od­rzu­ca­jąc pło­wą gło­wę do tyłu.

Ro­ze­śmiał się.

– Od­waż­na je­steś – po­wie­dział z uzna­niem.

– Rzep­ka mówi, żem pło­cha jak ła­nia…

– Nie za­wsze trze­ba wie­rzyć w to, co inni pra­wią.

– Ale ona ni­g­dy nie kła­mie – od­par­ła z peł­nym prze­ko­na­niem. – Ja to je­stem pierz­chli­wa jak moja mat­ka Dzi­wa. Wszy­scy tak twier­dzą.

– E tam, za­raz pierz­chli­wa… Czło­wiek nie­raz cze­goś się boi, choć wca­le nie musi być trwoż­ny.

– A ty się lę­kasz? – za­cie­ka­wi­ła się dziew­czy­na.

– Cza­sa­mi czu­ję strach – przy­znał szcze­rze. – I my­ślę, że nie ma ta­kie­go, któ­ry by się cze­goś nie lę­kał.

Dzie­wan­na po­du­ma­ła chwi­lę, a po­tem w nie­bo spoj­rza­ła. Słoń­ce sta­ło już wy­so­ko.

– O rety! – za­wo­ła­ła. – Już po­łu­dnie! Mu­szę le­cieć, bo Rzep­ka pew­no na mnie cze­ka. – I pu­ści­ła się pę­dem przed sie­bie, z dzban­kiem pod pa­chą, nim Do­bro­mir zdą­żył co­kol­wiek po­wie­dzieć.

Stał jesz­cze przez chwi­lę na ścież­ce i jak za­cza­ro­wa­ny pa­trzył w ślad za wy­bran­ką. Kie­dy już na do­bre znik­nę­ła mu z oczu, opa­mię­tał się wresz­cie i z po­wro­tem ru­szył do osa­dy, gdyż zu­peł­nie ode­chcia­ło mu się za­ży­wać sa­mot­no­ści w pusz­czy.

Jak­że był szczę­śli­wy, że uj­rzał uko­cha­ną i z nią po­roz­ma­wiał!

* * *

Rzep­ka cze­ka­ła na sio­strę przed cha­tą. Sta­ła w lek­kim roz­kro­ku, z dłoń­mi na kształt­nych bio­drach, a dłu­gi ciem­no­kasz­ta­no­wy war­kocz, któ­ry prze­rzu­ci­ła do przo­du, uwy­pu­klał jej peł­ne pier­si.

– Znów za­sie­dzia­łaś się w kniei! – przy­ga­nia­ła z wy­rzu­tem. – Chodź no do środ­ka, bo obiad go­to­wy.

– Spo­tka­łam Do­bro­mi­ra – od­par­ła Dzie­wan­na, od­da­jąc sio­strze dzba­nek z mio­dem.

Rzep­ka na­gle sta­ła się tak czuj­na, jak owa ła­nia pło­chli­wa, co nie­raz za­go­ny w bie­gu prze­ska­ki­wa­ła.

– I co?

– A nic. Mó­wi­li­śmy o tym, że je­stem stra­chli­wa, a on po­wie­dział, że cza­sa­mi też się boi.

– E, nie mie­li­ście o czym roz­ma­wiać? – prze­rwa­ła jej Rzep­ka. – Nie ga­dał, jak dłu­go w Po­la­nie za­go­ści?

– Ani sło­wa. Co cię to tak cie­ka­wi?

– Tyl­ko za­py­ta­łam. Chodź już, bo stra­wa wy­sty­gnie.

We­szły obie do cha­łu­py, gdzie Msz­czuj z żo­na­mi przy sto­le sie­dział. Dzie­wan­na po­słusz­nie za­sia­dła na swo­im miej­scu i już ani sło­wem nie wspo­mi­na­jąc o Do­bro­mi­rze, po­si­la­ła się po­lew­ką uwa­rzo­ną przez sio­strę.

Po po­sił­ku Rzep­ka za­bra­ła ze sto­łu misę i drew­nia­ne łyż­ki, któ­re za­raz wrzu­ci­ła do wia­dra z go­rą­cą wodą.

– Po­umy­wam i pój­dzie­my wy­pla­tać ko­sze – po­wie­dzia­ła do sio­stry i żon ojca. – Mu­si­my uwi­nąć się z ro­bo­tą, bo wnet trze­ba bę­dzie grzy­by zbie­rać.

– Oj, co praw­da, to praw­da – wes­tchnę­ła Żar­ka i ra­zem z Dzi­wą przed cha­łu­pę wy­szły. – Dzie­wan­na, a chodź no tu! – za­wo­ła­ła jesz­cze na dziew­czy­nę. – Ro­bo­tę za­czy­na­my!

Pan­na usia­dła po­słusz­nie na ław­ce obok mat­ki i dru­giej żony swe­go ro­dzi­ca Msz­czu­ja.

– Ty, Dzi­wa, ład­nie ba­jać umiesz – za­ga­iła Żar­ka. – Opo­wiedz coś nam, to szyb­ciej czas zle­ci!

Nie­wia­sta po­ki­wa­ła gło­wą i przez chwi­lę du­ma­ła nad tym, o czym ba­jać. Kie­dy już się na­my­śli­ła, tak po­czę­ła ga­dać:

– A toć o tym, jak drze­wa prze­sta­ły mó­wić, wam opo­wiem. Daw­no, daw­no temu sta­ro­drzew ludz­kim gło­sem pra­wił. Razu pew­ne­go chłop do pusz­czy po­szedł i chciał na­rą­bać drwa na opał, bo zima była siar­czy­sta, a pa­lić nie było czym. Za­bie­ra się si­kie­rą do so­sny, a ona woła: „Nie rą­bej mnie, nie rą­bej, bo mi ser­ce za­bi­jesz i krew po­cie­cze”. Chłop za­brał się prze­to do jo­dły. Już się za­mach­nął, a drze­wo woła: „Oj, nie ści­naj mnie, nie ści­naj, bo mi ser­ce krwa­wi! Nic z tego nie bę­dziesz miał, bo będę wil­got­na z po­so­ki i łez”. No i chłop po­szedł da­lej. Wi­dzi, pięk­na brzo­za stoi. Już się za­mach­nął, a ona pła­cząc, skom­le: „Oj, nie za­bi­jaj mnie, nie za­bi­jaj! Ja mam du­szę! Pro­szę cię, zo­staw mnie żywą”. No i chłop wró­cił z pusz­czy bez drew­na. Dzie­ci w cha­łu­pie pła­czą. Cóż ro­bić? Na­gle dźwie­rze się otwie­ra­ją i wcho­dzi zmar­z­nię­ta baba. Skó­ra jej czar­na, a suk­nia z po­żół­kłych li­ści uple­cio­na. Po­wia­da sta­ra nie­wia­sta: „Czy po­zwo­li­cie mi się u was ogrzać?”. Chłop na to: „Chęt­nie by­śmy pro­si­li, ale my sami mar­z­nie­my. By­łem w pusz­czy po drwa, jed­nak wszyst­kie cho­ja­ry tak mnie pro­si­ły, by ich nie ze­tnąć, że mi tak żal było, żech je zo­sta­wił. Pła­ka­ły i wo­ła­ły, że im ser­ca pę­ka­ją, przez ich krew i łzy po­la­na będą mo­kre i ogień się nie roz­pa­li”.

Ko­bie­ty sie­dzia­ły za­słu­cha­ne. Raz po raz któ­raś wzdy­cha­ła, a Dzi­wa da­lej plo­tła:

– Sta­ra po­szła z nim do pusz­czy i tak za­wo­ła­ła: „Na moje we­zwa­nie wszyst­kie drze­wa od tej chwi­li prze­stań­cie ga­dać ludz­kim gło­sem, a ser­ca i du­sze bie­ra do sie­bie!”. Bo wie­cie, to była sama Mat­ka Zie­mia. Na­ka­za­ła temu chło­pu na­rą­bać drwa i roz­po­lić w pie­cu. Na­sta­ła wiel­ka ra­dość, bo dzie­ci­skom było cie­pło, a i sama bo­gi­ni się ogrza­ła i zro­zu­mia­ła, że drze­wa nie po­win­ny ga­dać, a miast tego win­ne lu­dziom słu­żyć i cie­pła do­star­czać.

– Ład­nie opo­wia­dasz, ma­tuś – po­wie­dzia­ła Dzie­wan­na. – Też bym tak chcia­ła ba­jać.

– Le­piej się ro­bo­ty na­uczyć niż baj­du­rze­nia – wtrą­ci­ła Żar­ka. – Zo­bacz, jaka moja córa za­rad­na, a ty na­wet ko­sza nie umiesz wy­pleść.

– Dzie­wan­na ra­dzi so­bie cał­kiem nie­źle. – Rzep­ka sta­nę­ła w obro­nie sio­stry. – A ro­bo­ty się na­uczy i bę­dzie kie­dyś z niej do­bra go­spo­dy­ni.

Dziew­ka uśmiech­nę­ła się pro­mien­nie. Ko­cha­ła Rzep­kę za to, że za­wsze ją bro­ni­ła. Żar­ka nie była zła. Ga­da­ła, co jej śli­na na ję­zyk przy­nio­sła, a Dzi­wa je­dy­nie ba­jać umia­ła.

– Ro­bo­ta jest waż­na, zga­dzam się – po­wie­dzia­ła jak zwy­kle za­du­ma­na ro­dzi­ciel­ka. – Ale jak kto ład­nie ba­jać umie, to go lu­dzie chcą słu­chać.

– Dość już o tym! – za­rzą­dzi­ła Rzep­ka. – Kończ­cie ro­bo­tę, bo słoń­ce już się chy­li. Ja idę do cha­łu­py, by wie­cze­rza­dło spra­wić.

* * *

Do­bro­mir obu­dził się, kie­dy w cha­łu­pie wszy­scy jesz­cze spa­li. Le­żał na sien­ni­ku z rę­ka­mi pod gło­wą i o Dzie­wan­nie roz­my­ślał. Zu­peł­nie nie wie­dział, w jaki spo­sób wy­ja­wić jej uczu­cia, by przy­chyl­ną mu była. Do tej pory nie­wie­le ze sobą roz­ma­wia­li, gdyż do­pie­ro nie­daw­no spo­strzegł, że prze­mie­ni­ła się w po­wab­ną nie­wia­stę. Zły był na sie­bie, że wcze­śniej więk­sze­go uwa­ża­nia jej nie oka­zy­wał. Gdy­by czę­ściej z nią ga­dał o czym­kol­wiek, te­raz ła­twiej by­ło­by mu wy­znać, co ser­ce jego czu­ło.

W koń­cu nie mógł już wy­le­żeć i gdy tyl­ko pierw­sze pro­mie­nie słoń­ca wpa­dły przez wy­glą­dek na da­chu, od­rzu­cił przy­kry­cie i wstał. Szyb­ko na­ło­żył odzie­nie, zszedł na dół po dra­bi­nie i ob­myw­szy się w zim­nej wo­dzie sto­ją­cej w ce­brzy­ku obok pa­le­ni­ska, wy­szedł z cha­łu­py, by świe­że­go po­wie­trza za­czerp­nąć. Kie­dy po­wró­cił do wiel­kiej izby, Chwa­ścich i Biał­ka byli już na no­gach. Tyl­ko Na­łęcz­ka i Le­stek jesz­cze spa­li.

– Wcze­śnie dziś się po­de­rwa­łeś! – za­gad­nę­ła Biał­ka.

– Lu­bię wsta­wać sko­ro świt. W dru­ży­nie nie wy­le­gu­je­my się po wscho­dzie słoń­ca.

– U oj­ców mógł­byś tro­chę po­spać.

– E tam… Co będę spał? Ja­kąś ro­bo­tą trze­ba się za­jąć.

– Chło­py mają ru­szyć na dzi­ka – ode­zwał się Chwa­ścich. – Pój­dziesz?

Do­bro­mir lek­ko zmarsz­czył brwi.

– Tak? A kto się za­pusz­cza za zwie­rzem?

– Msz­czuj, Bo­ży­woj, Chwo­stek, ja…

– W ta­kim ra­zie pój­dę. Co będę po próż­ni­cy sie­dział w cha­łu­pie? Mój sta­ry łuk jest tu jesz­cze?

– A jak­że! Anim my­ślał wy­rzu­cać. Dla Lest­ka go cho­wam.

– We­zmę na po­lo­wa­nie. Może ustrze­lę lo­chę.

– Dość już tego ga­da­nia – wtrą­ci­ła Biał­ka, sta­wia­jąc na sto­le mi­skę z so­cze­wi­cą. – Stra­wa cze­ka. Na­łęcz­ka! Le­stek! – krzyk­nę­ła. – Wsta­waj­ta! Dzień już!

Gdy po spo­ży­tym śnia­da­niu pod­nie­śli się od sto­łu, mat­ka pod boki się wzię­ła.

– Idź­cie już na te łowy, ale naj­pierw wy­nie­ście mi ba­lię przed cha­łu­pę. Mam dziś wiel­kie pra­nie. Za dużo, by nieść nad rze­kę. Na­łęcz­ka! – za­wo­ła­ła, od­wra­ca­jąc się w stro­nę cór­ki. – Bę­dziesz mi po­ma­gać. Le­stek też.

– A ja nie mógł­bym pójść do pusz­czy? – za­py­ta­ło pa­cho­lę ci­cho.

– Nie – od­par­ła Biał­ka sta­now­czo.

– A może… – za­czął Chwa­ścich.

– Po­wie­dzia­łam! – Mat­ka ani my­śla­ła ustą­pić. – Po­strzy­żyn nie było. Jesz­cze jest pod moją wła­dzą.

– Ha, sko­ro tak mó­wisz… – Mąż po­ki­wał gło­wą.

– Chło­py już pew­nie cze­ka­ją! – po­na­glał pier­wo­rod­ny.

* * *

Słoń­ce sta­ło wy­so­ko na nie­bie, gdy męż­czyź­ni w pusz­czy na ślad dzi­ka na­tra­fi­li. Do­bro­mir za­cza­ił się za dę­bem i z na­pię­tym łu­kiem na ruch lo­chy cze­kał. Kie­dy zwie­rzę ru­szy­ło w jego stro­nę, wy­pu­ścił strza­łę i od­sko­czył, boć zra­nio­ne na oślep rzu­ci­ło się przed sie­bie.

– Za­raz pad­nie! – krzyk­nął Chwo­stek, któ­ry rów­nież za dę­bem się ukry­wał.

Do­bro­mir wy­do­był jesz­cze je­den grot, któ­ry tra­fił dzi­ka w nogę. Lo­cha pa­dła na zie­mię bez ru­chu.

Chło­py do­sko­czy­li do zwie­rza i ko­łem go oto­czy­li. Z uzna­niem ki­wa­li gło­wa­mi, gdyż był ogrom­ny.

– Bę­dzie co upiec, oj, bę­dzie! – cie­szył się Msz­czuj.

Tym­cza­sem łow­ca nad zdo­by­czą się po­chy­lił.

– Już nie­żyw – orzekł. – Trze­ba go prze­nieść do Po­la­ny.

– Damy radę – po­wie­dział Bo­ży­woj. – Bierz­cie go, chło­py, za bie­gi i cią­gnij­cie. Bę­dzie­my się zmie­niać. Ty, Chwa­ścich, daj po­kój. Na ku­la­sa jesz­cze uty­kasz. Ja idę pierw­szy!

Wie­czo­rem tuż obok świę­te­go gaju roz­pa­lo­no wiel­kie ogni­sko, przy któ­rym ze­bra­li się wszy­scy miesz­kań­cy Po­la­ny. Oskó­ro­wa­ny dzik, wy­pa­tro­szo­ny i na­fa­sze­ro­wa­ny ka­szą, na­bi­ty na ro­żen, na ogniu się ob­ra­cał. Wszy­scy się we­se­li­li. Na­wet Msz­czuj z Chwa­ści­chem bez nie­chę­ci roz­ma­wia­li, co Rzep­ka na­tych­miast za­uwa­ży­ła.

Gdy­by tak ociec wresz­cie po­jed­nał się z są­sia­dem – po­my­śla­ła – może nie pa­trzył­by krzy­wo na Do­bro­mi­ra. Przy­po­mnia­ła so­bie, że ro­dzic za mło­du z Biał­ką chciał się że­nić, ale mu ją bed­narz od­bił. Lata mi­ja­ły, dzie­ci ro­sły, a on ura­zę w ser­cu cho­wał, choć od razu dwie żony pod strze­chę wziął.

Do­bro­mir opie­rał się o pień świę­te­go dębu i wiel­ce za­my­ślo­ny, w pło­mie­nie spo­glą­dał. Mło­dzież, śmie­jąc się, plą­sa­ła wo­kół ogni­ska, lecz on nie miał ocho­ty włą­czać się do za­ba­wy. Wo­lał stać na ubo­czu i od cza­su do cza­su – by nie wzbu­dzać po­dej­rzeń – zer­kać na Dzie­wan­nę. Ta zaś po­śród in­nych dzie­wek tań­czy­ła, śpie­wa­jąc we­so­ło, a ja­sne war­ko­cze jej uro­czą twarz opro­mie­nia­ły i mie­dzia­nym bla­skiem się mie­ni­ły. Była tak pięk­na, że pa­trząc na nią, czuł nie­mal ból. Na­gle wy­rwa­ła się z krę­gu i do Rzep­ki przy­pa­dła, któ­ra – po­dob­nie jak Do­bro­mir – nie bra­ła udzia­łu w har­cach, jeno na wprost nie­go po dru­giej stro­nie ogni­ska sie­dzia­ła.

Dzie­wan­na przy­tu­li­ła się do sio­stry i z gło­wą na jej ra­mie­niu nie­win­nym wzro­kiem po twa­rzach bie­siad­ni­ków wo­dzić za­czę­ła. Po­czuł, że chciał­by tak ją przy­gar­nąć. Po­wo­do­wa­ny nie­od­par­tą chę­cią, już, już miał ku niej po­dejść i swą mi­łość wy­znać, lecz na­gle za­trzy­mał się w pół kro­ku, gdyż zu­peł­nie nie wie­dział, jak to uczy­nić.

Zo­ba­czył coś w oczach Rzep­ki. Przez gło­wę mu prze­szło, że do­strzegł to samo uczu­cie, ja­kim on da­rzy jej sio­strę. Nie mógł się po­my­lić! Zmie­sza­ny, szyb­ko się od­wró­cił, nie wie­dząc, czy mu te­raz Dzie­wan­nę za­ga­dać wy­pa­da. Po pro­stu do cha­łu­py uciekł. A gdy już miał prze­kro­czyć próg, na­gle czy­jąś dłoń na ra­mie­niu po­czuł.

Od­wró­cił się gwał­tow­nie i twa­rzą w twarz z Chwost­kiem sta­nął.

– Wie­dzia­łem! – syk­nął na­past­nik. – Wie­dzia­łem, że to do cie­bie, psi synu, ona wzdy­cha!

Do­bro­mir za­wrzał i już miał gruch­nąć prze­ciw­ni­ka, lecz opa­no­wał się z wiel­kim tru­dem.

– O co ci cho­dzi? – za­py­tał. – Nie na­pa­da się spo­koj­nych lu­dzi pod ich do­mem.

– Ty mi tu o lu­dziach nie ga­daj! Wi­dzia­łem, jak na cie­bie pa­trzy! Za­pła­cisz mi za to! – pie­klił się Chwo­stek i nie­wie­le my­śląc, pię­ścią się za­mach­nął.

Do­bro­mir uchy­lił się bły­ska­wicz­nie, by w na­stęp­nej chwi­li cios od­dać. A pięść miał twar­dą jak ołów.

– Wy­star­czy? – za­py­tał le­żą­ce­go u swych stóp wy­rost­ka. – Do­brze ci ra­dzę: nie na­pa­daj lu­dzi pod ich cha­łu­pą, a nie na­bi­jesz so­bie guza. – To rze­kł­szy, wszedł do środ­ka, za­trza­snął za sobą drzwi i wspiąw­szy się po dra­bi­nie na swą gór­kę, z cięż­kim wes­tchnie­niem padł na po­sła­nie.

Rzep­ka na­tych­miast znik­nię­cie Do­bro­mi­ra spo­strze­gła.

– Chodź – po­wie­dzia­ła do sio­stry. – Idzie­my do domu.

Dzie­wan­na spoj­rza­ła na nią zdzi­wio­na.

– Prze­cież jesz­cze nie skoń­czy­ła się bie­sia­da.

– Nie mu­si­my sie­dzieć do koń­ca. Na­sze mat­ki już daw­no po­szły do cha­ty.

– No do­brze… – zgo­dzi­ła się Dzie­wan­na.

Cór­ka Żar­ki po­wsta­ła i nie roz­glą­da­jąc się na boki, wzię­ła sio­strę pod ra­mię. Szły do cha­łu­py nie­spiesz­nym kro­kiem, nic nie mó­wiąc, gdyż obie wła­sny­mi my­śla­mi po­chło­nię­te były. Dzie­wan­na du­ma­ła o tym, jak przy­jem­nie jest plą­sać wo­kół ogni­ska, Rzep­ka na­to­miast o Do­bro­mi­rze za­po­mnieć nie mo­gła. Obie więc ani się spo­strze­gły, gdy przed cha­łu­pą sta­nę­ły. Tam, w wiel­kiej izbie, żony Msz­czu­ja chra­pa­ły w naj­lep­sze.

– I nam czas spać – za­rzą­dzi­ła Rzep­ka zmę­czo­nym gło­sem. – Roz­dzie­waj się. Ju­tro idzie­my na grzy­by.

Dzie­wan­na ziew­nę­ła i we­szła do ko­mór­ki, któ­rą no­ca­mi dzie­li­ły. Szyb­ko zrzu­ci­ła odzie­nie i po chwi­li już na swym sien­ni­ku le­ża­ła.

– Go­rą­co dzi­siaj – wes­tchnę­ła. – Chy­ba nie będę się ni­czym przy­kry­wać.

– Jak chcesz – szep­nę­ła Rzep­ka. – Po­sie­dzę przy to­bie, do­pó­ki nie za­śniesz.

– Prze­cież nie je­stem pa­cho­lę­ciem! – mruk­nę­ła Dzie­wan­na sen­nie i na bok się od­wró­ci­ła.

Rzep­ka, sły­sząc jej spo­koj­ny od­dech, wsta­ła z zy­dla i przed cha­tę wy­szła. Nie­bo było roz­gwież­dżo­ne, a księ­życ stał wy­so­ko. W dali wciąż jesz­cze roz­brzmie­wa­ły we­so­łe gło­sy ucztu­ją­cych. Nie chcia­ła, by kto­kol­wiek ją wi­dział, to­też opar­ła się o ścia­nę i cier­pli­wie cze­ka­ła, aż ogni­sko wy­ga­śnie oraz śmiech bie­siad­ni­ków umilk­nie. A kie­dy po pew­nym cza­sie osa­da opu­sto­sza­ła, po­wol­nym, lecz pew­nym kro­kiem ku cha­łu­pie Li­bu­szy ru­szy­ła.

Sta­nąw­szy przed le­pian­ką gu­ślar­ki, za­szu­ra­ła i ci­chut­ko skrzy­pią­ce drzwi uchy­li­ła. W pro­gu mu­sia­ła się po­chy­lić, gdyż wej­ście nie­zwy­kle ni­skie było.

– Li­bu­szo – wy­szep­ta­ła. – Je­steś tu?

W izbie pa­no­wa­ły ta­kie ciem­no­ści, że ni­cze­go zo­ba­czyć nie mo­gła. Za­czę­ła ża­ło­wać, że łu­czy­wa z sobą nie wzię­ła.

– To ty, Rzep­ko?

– Tak – od­par­ła zdzi­wio­na, że sta­ra szep­tu­cha w ciem­ni­cy ją roz­po­zna­ła.

– Po­cze­kaj, za­pa­lę po­chod­nię – za­skrze­cza­ła Li­bu­sza.

W bla­sku pło­mie­nia Rzep­ka uj­rza­ła star­czą, żół­ta­wą twarz i po raz pierw­szy, od­kąd przy­szła do cha­łu­py zie­lar­ki, dresz­cze po­czu­ła. Na­gle prze­stra­szy­ła się tego, o co pro­sić za­mie­rza­ła, i już chcia­ła odejść, ale zna­chor­ka za­py­ta­ła:

– Co cię do mnie spro­wa­dza?

– Przy­szłam… przy­szłam… po zio­ła.

Sta­ra ro­ze­śmia­ła się dziw­nym, skrze­kli­wym gło­sem.

– Zio­ła? Ja­kież?

– Na mi­łość…

– Ha, ha, ha! Nie mam ta­kich. Na mi­ło­wa­nie cza­ry nie po­mo­gą. Chcesz zie­le na uro­dę? Bę­dziesz taka pięk­na, że ża­den ci się nie oprze!

– Pra­gnę tyl­ko jed­ne­go… – szep­nę­ła Rzep­ka. – A uro­da? Cóż uro­da? Po­wia­da­ją, żem ład­na, ale co z tego, sko­ro on nie pa­trzy?

Sta­ru­cha gło­wą po­ki­wa­ła i nad czymś się za­my­śli­ła.

– Sko­ro gład­kość nie wy­star­cza, ser­ce zło­te po­móc musi. Pa­mię­taj o tym: ser­ce zło­te – to mó­wiąc, po­chod­nię zga­si­ła i coś jak­by za­klę­cia nu­cić po­czę­ła.

Rzep­ka zro­zu­mia­ła, że ni­cze­go wię­cej się nie do­wie, i po omac­ku drzwi od­szu­ka­ła.

Le­d­wie zna­la­zła się na ze­wnątrz, pu­ści­ła się pę­dem do Msz­czu­jo­wej cha­łu­py, dud­niąc drew­nia­ka­mi po sta­rych dra­ni­cach7. W wiel­kiej izbie – by nie zbu­dzić do­mow­ni­ków – zrzu­ci­ła cho­da­ki i boso do ko­mór­ki prze­mknę­ła. Tam usia­dła na skra­ju po­sła­nia, po­du­ma­ła chwi­lę nad ta­jem­ni­cą swe­go losu, aż wresz­cie ro­ze­bra­ła się i ci­chut­ko do snu uło­ży­ła, choć dłu­go sen ją nie po­tra­fił zmo­rzyć. My­śli ta­ko­we nią tar­ga­ły i nie­po­kój w du­szy urzą­dza­ły, że dużą część nocy roz­my­śla­ła o swo­jej przy­szło­ści. Jaki bę­dzie mój los? Do kogo się udać po po­ra­dę? Tak się zmę­czy­ła tym my­śle­niem o so­bie, że w koń­cu jed­nak za­snę­ła.

7Od X do XIII wie­ku włącz­nie uli­ce (o sze­ro­ko­ści do czte­rech me­trów), za­uł­ki oraz znacz­na część pla­cy­ków w osa­dach i gro­dach były mosz­czo­ne dę­bo­wy­mi dra­ni­ca­mi (o prze­cięt­nej gru­bo­ści pię­ciu cen­ty­me­trów) ukła­da­ny­mi na trzech rzę­dach bier­wion, to jest le­ga­rów bie­gną­cych wzdłuż dro­gi. Le­ga­ry te były z ko­lei opar­te na dy­lach łu­pa­nych, któ­re pod­kła­da­no w po­przek uli­cy co kil­ka me­trów. Sta­re dra­ni­ce szyb­ko się zu­ży­wa­ły.

Rozdział 3. Leśne tajemnice

Rzep­ka po­czu­ła, że coś ła­sko­cze ją w nos. Ro­ze­spa­na otwo­rzy­ła oczy i ze zdu­mie­niem po­chy­lo­ną nad sobą Dzie­wan­nę uj­rza­ła.

– Mam cię! Dziś ja wcze­śniej wsta­łam!

Go­spo­dy­ni unio­sła się na łok­ciu i po ko­mór­ce się ro­zej­rza­ła.

– Nie­moż­li­we… Za­spa­łam?

– A jak­że! – śmia­ła się sio­stra. – Wi­dzisz, nie tyl­ko ty wcze­śnie wsta­jesz!

Dziew­czy­na wy­sko­czy­ła spod na­kry­cia. W wiel­kiej izbie Msz­czuj, Dzi­wa i Żar­ka rów­nież już nie spa­li. Za­wsty­dzo­na, szyb­ko się ubra­ła i za­krząt­nąw­szy się koło ga­rów, czym prę­dzej misę z wczo­raj­szą po­lew­ką na sto­le po­sta­wi­ła. Tym­cza­sem do­mow­ni­cy się­gnę­li po drew­nia­ne łyż­ki i każ­dy po­si­lać się za­czął.

– Co dziś ro­bi­my? – za­py­ta­ła Żar­ka.

– Idzie­my do pusz­czy na grzy­by – od­par­ła Rzep­ka. – Czas już, by su­szon­ki wie­szać.

– No tak. – Żar­ka po­ki­wa­ła gło­wą, a zwra­ca­jąc się do Dzi­wy, do­da­ła: – Ty le­piej zo­stań w cha­łu­pie. Na grzy­bach się nie znasz. Jesz­cze tru­ją­cych na­zbie­rasz.

– Co mam na­zbie­rać? – ob­ru­szy­ła się Dzi­wa. – Jak mu­cho­mor wy­glą­da, wiem.

– Prze­stań­cie się spie­rać – za­rzą­dzi­ła Rzep­ka. – Każ­da para rąk przy­da się w le­sie. A te­raz kończ­cie je­dze­nie. Wy­cho­dzi­my!

Tym­cza­sem w Chwa­ści­cho­wej cha­łu­pie rów­nież śnia­dać koń­czy­li. Do­bro­mir wstał od sto­łu jako pierw­szy.

– No, Le­stek, idzie­my do pusz­czy – rzekł. – Bę­dziesz się przy­spo­sa­biał do strze­la­nia z łuku.

– Na­uczysz mnie? – za­py­ta­ło pa­cho­lę z uf­no­ścią.

– A jak­że! Wszyst­kie­go, co sam umiem.

– Będę mógł cho­dzić na łowy! – cie­szył się Le­stek.

– Kto wie, może coś dziś upo­lu­je­my. – Do­bro­mir się uśmiech­nął i po­dał rękę bra­tu. – Chodź­my!

Szli nie­spiesz­nie do pusz­czy, je­den wy­so­ki i bar­czy­sty, z łu­kiem na ra­mie­niu, dru­gi – nie­wy­ro­śnię­te jesz­cze pa­cho­lę. Nie­wie­le roz­ma­wia­li. Do­bro­mir był nie­co za­my­ślo­ny, a pod­nie­co­ny wy­pra­wą Le­stek tyl­ko na boki się roz­glą­dał.

– A je­śli spo­tka­my le­sze­go8? – za­nie­po­ko­ił się.

8 po­stać z wie­rzeń sło­wiań­skich, duch lasu

– Je­śli na­wet, krzyw­dy nam nie zro­bi, bo on tyl­ko złych lu­dzi po knie­jach wo­dzi.

– Ociec ga­da­li kie­dyś, jak go le­szy zgu­bił w gę­stwi­nie. – Le­stek spo­glą­dał na bra­ta z sze­ro­ko otwar­ty­mi oczy­ma. – A ociec prze­cież nie jest zły…

Do­bro­mir wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Ano cza­sa­mi tak się zda­rza – wes­tchnął. – Ale tyl­ko utop­ców i wie­czor­nic lę­kać się na­le­ży.

– Lud­mi­ła po­wia­da­li, że jed­nej nocy mało nie po­mar­ła, boć ją zmo­ra du­si­ła.

– Ja bym tam nie wie­rzył we wszyst­ko, co ona gada – od­parł star­szy brat i ręką roz­ło­ży­sty dąb wska­zał. – Tam spo­cznie­my.

Le­stek czym prę­dzej pod drze­wem usiadł. Do­bro­mir tym­cza­sem wy­jął wę­ze­łek przy­go­to­wa­ny przez Biał­kę i krom­kę chle­ba chłop­cu po­dał.

– Mio­du chcesz? – za­py­tał.

Pod­ro­stek z peł­ną bu­zią gło­wą po­ki­wał.

Gdy się po­si­li­li, Do­bro­mir pod­niósł wzrok na roz­ło­ży­ste ga­łę­zie dębu i uj­rzaw­szy dzię­cio­ła, rzekł z uśmie­chem:

– A oto i do­bra wróż­ba. Tu bę­dziesz uczył się strze­lać. Wsta­waj i na­pnij łuk!

Chwi­lę trwa­ło, nim Le­stek upo­rał się z cię­ci­wą i pierw­szą strza­łę wy­pu­ścił.

– Mierz cel­nie – po­uczał Do­bro­mir. – Nie myśl o ni­czym oprócz celu. Jesz­cze raz!

Pa­cho­lę już po raz szó­sty cię­ci­wę na­pi­na­ło, gdy na­gle roz­legł się głu­chy ryk.

– Niedź­wiedź! – krzyk­nął Do­bro­mir i ode­brał bra­tu łuk. Spraw­dził, czy nóż lek­ko wy­cho­dzi z po­chwy, i przez chwi­lę stał nie­ru­cho­mo, roz­glą­da­jąc się czuj­nie.

– Nie sły­chać… może po­szedł w dru­gą stro­nę. Li­cho9 wie.

9 De­mon z wie­rzeń sło­wiań­skich uosa­bia­ny ze złym lo­sem, nie­szczę­ściem lub cho­ro­ba­mi, któ­re­go wy­obra­ża­no so­bie jako prze­raź­li­wie chu­dą ko­bie­tę z jed­nym okiem.

– Pew­nie jaka baba-jaga wy­pło­szy­ła go z nory – wtrą­ciłLe­stek.

– Ci­cho! – huk­nął Do­bro­mir, gdyż na­gle nie­wie­ści wrzask usły­szał. Przy­ło­żył dło­nie do ust i krzyk­nął, ile sił w płu­cach: – Gdzie je­ste­ście? Kto wy?!

– …anna! …iwa!

– Idzie­my! – za­wo­łał męż­ny mło­dzie­niec i nie­wie­le my­śląc, po­wiódł bra­ta w tę stro­nę pusz­czy, skąd krzy­ki do­cho­dzi­ły.

Prze­dzie­ra­li się przez głu­chą knie­ję bez słów, a gdy wresz­cie uj­rze­li niedź­wie­dzia, w Do­bro­mi­rze ser­ce za­mar­ło. Oto bo­wiem zwierz, po­mru­ku­jąc groź­nie, zbli­żał się do Dzie­wan­ny, a ta sta­ła jak wry­ta. Rzep­ka i po­zo­sta­łe nie­wia­sty znaj­do­wa­ły się o kil­ka­dzie­siąt kro­ków od dziew­ki i prze­ra­żo­ne, dło­nie do ust przy­ci­ska­ły. Na­gle Rzep­ka ze­rwa­ła się i ku sio­strze pod­bie­gła, lecz w tym mo­men­cie Do­bro­mir ode­pchnął ją z ca­łej siły i sam po­mię­dzy niedź­wie­dzia i uko­cha­ną sko­czył.

Zwar­li się, zwierz i czło­wiek mo­car­ny jak dąb, aż tyl­ko głu­chy po­mruk i cięż­ki od­dech było sły­chać. Dzie­wan­na, któ­ra sta­ła naj­bli­żej, pa­trzy­ła prze­ra­żo­na, jak jej obroń­ca raz po raz z ol­brzy­mich łap wy­swo­bo­dzić się usi­łu­je, a za­ra­zem na ogrom­nym łbie ra­mię za­ci­ska. Na­gle zwierz, ry­cząc prze­raź­li­wie, w ca­łej swej po­sta­ci na tyl­nych ła­pach sta­nął i po­tęż­nym mach­nię­ciem my­śliw­ski nóż z gar­ści Do­bro­mi­ra wy­trą­cił. Na jed­ną kró­ciut­ką chwi­lę – za­rów­no czło­wiek, jak i niedź­wiedź – w bez­ru­chu za­sty­gli. I wte­dy sta­ła się rzecz nie­ocze­ki­wa­na: ta, któ­ra była naj­bar­dziej pło­chli­wa, bez na­my­słu le­żą­cy u swych stóp nóż chwy­ci­ła, sko­czy­ła po­mię­dzy wal­czą­cych i sama nie wie­dząc kie­dy, w od­sło­nię­tym ser­cu be­stii sta­lo­we ostrze za­to­pi­ła.

Dzie­wan­na dy­go­ta­ła na ca­łym cie­le, pa­trząc, jak od­dy­cha­ją­cy z tru­dem Do­bro­mir swą po­tęż­ną po­stać roz­pro­sto­wu­je. Ubra­nie miał po­dar­te i po­pla­mio­ne krwią, któ­ra z głę­bo­kich ran wy­cie­ka­ła.

– A to mo­car­na be­stia była! – mruk­nął i za­raz się ro­zej­rzał. Zo­ba­czył wpa­trzo­ne w sie­bie nie­wia­sty i Lest­ka, któ­rzy wciąż jesz­cze sta­li z prze­ra­żo­ny­mi oczy­ma, jak­by nie mo­gli uwie­rzyć, że niedź­wiedź po­wa­lo­ny leży.

Pierw­sza opa­mię­ta­ła się Rzep­ka. Już, już mia­ła po­dejść do Do­bro­mi­ra, kie­dy na­gle Dzie­wan­na z nóg się osu­nę­ła. Sko­czy­li ku niej oby­dwo­je, lecz to dziew­ka nad ze­mdlo­ną się po­chy­li­ła.

– Sio­stro, sły­szysz mnie? – za­py­ta­ła, do­ty­ka­jąc jej czo­ła. – Po­wiedz coś…

– Ona krwa­wi… – za­uwa­żył męż­czy­zna, przy­klę­ka­jąc.

Dziew­czy­na do­pie­ro te­raz do­strze­gła głę­bo­ką ranę na ra­mie­niu sio­stry.

– Od pa­zu­rów! Po­dra­pał ją!

Nie zdą­ży­ła po­wie­dzieć nic wię­cej, bo w tej chwi­li i Dzi­wa do cór­ki przy­pa­dła.

– To ten niedź­wiedź, be­stia jed­na, za­uro­czył ją… – la­men­to­wa­ła. – Te­raz jej du­sza w niedź­wie­dzi­cę się prze­mie­ni! O, co my zro­bi­my?!

– Ci­cho bądź! – ofuk­nę­ła ją Rzep­ka. – Tu trze­ba dzia­łać, nie bia­do­lić. Nie wi­dzisz, że za­nie­mo­gła od rany? Le­piej po­zbie­raj­cie grzy­by, co­śmy po­gu­bi­ły ze stra­chu, i wra­caj­my do domu. Li­bu­sza już bę­dzie wie­dzia­ła, co ro­bić.

Do­bro­mir bez sło­wa wziął Dzie­wan­nę w swe moc­ne ra­mio­na i ru­szył w stro­nę ścież­ki, któ­rą ludz­kie sto­py wy­dep­ta­ły w pusz­czy, nie wie­dzieć jak daw­no temu. Le­stek dziel­nie do­trzy­my­wał mu kro­ku, a Rzep­ka rów­nież w tyle nie zo­sta­wa­ła. Tyl­ko Żar­ka z Dzi­wą, ob­cią­żo­ne ko­sza­mi i za­sa­pa­ne jak ko­wal­skie mie­chy, za mło­dy­mi nie na­dą­ża­ły.

– Ot, przy­szło mi na sta­re lata po pusz­czy go­nić jak młód­ce – na­rze­ka­ła Żar­ka.

– Daj spo­kój, mat­ko. Jesz­cześ nie taka wie­ko­wa – ode­zwa­ła się Rzep­ka. – To dla zdro­wia do­brze po­cho­dzić so­bie. Spo­czy­wać bę­dziesz, jak doj­dziesz do wie­ku Li­bu­szy.

– O, ta to ma chy­ba ze sto lat. Bies ją wie. Sta­ru­cha… Do baby-jagi ja­kiej po­dob­na.

– Sta­ru­cha, ale na zio­łach się zna – wtrą­ci­ła Dzi­wa. – I uro­ki od­czy­niać umie.

– A, uro­ki! – Żar­ka splu­nę­ła. – Oby ją jaki de­mon za­uro­czył.

– Ci­cho bądź­cie! – ofuk­nę­ła Rzep­ka obie nie­wia­sty. – Słoń­ce za­czy­na się chy­lić. Znak, że po­łu­dnie już mi­nę­ło. Wy ga­da­cie, a Dzie­wan­nę trze­ba ra­to­wać i w cha­łu­pie huk ro­bo­ty cze­ka!

– A jak tam, nie wi­dać koń­ca ścież­ki? – za­py­ta­ła Dzi­wa.

– Jesz­cze nie – od­parł Do­bro­mir. – Ale drze­wa już się prze­rze­dza­ją. Wnet doj­dzie­my do osa­dy.

Nie uszli da­le­ko, a oczom ich uka­za­ła się po­la­na, za któ­rą już ludz­kie sie­dzi­by sta­ły. Do­bro­mir znacz­nie przy­spie­szył kro­ku, bo­wiem Dzie­wan­na po­ję­ki­wać za­czę­ła, a Rzep­ka – sły­sząc za­wo­dze­nia sio­stry – bie­giem się pu­ści­ła, by Li­bu­szę czym prę­dzej do cha­łu­py przy­wo­łać.

Kie­dy wresz­cie mło­dzie­niec otwo­rzył drzwi i z dziew­ką w ra­mio­nach do środ­ka wszedł, Rzep­ka dla ran­nej po­sła­nie za­ście­li­ła, sta­ra zna­chor­ka zaś trzę­są­cy­mi się rę­ka­mi wę­ze­łek z zio­ła­mi roz­wią­zy­wa­ła.

– Po­łóż ją tu­taj – na­ka­za­ła star­sza cór­ka Msz­czu­ja. – Wier­ci się. Może wnet przy­tom­ność od­zy­ska.

Zro­bił, jak po­wie­dzia­ła, i sam cięż­ko na zy­del opadł.

Rzep­ka do­pie­ro te­raz i o nim po­my­śla­ła.

– Tyś też ran­ny… Niedź­wiedź cię po­ha­ra­tał.

– E, to nic ta­kie­go. – Mach­nął ręką. – Za­goi się.

– Ta­kich ran lek­ce so­bie wa­żyć nie wol­no. Zo­stań u nas, to i cie­bie Li­bu­sza opa­trzy.

Skrzy­wił się, lecz rady po­słu­chał. Rzep­ka tym­cza­sem po izbie krzą­tać się po­czę­ła. Wodę w garn­cu nad pa­le­ni­skiem po­sta­wi­ła, ze sto­łu okru­szy­ny chle­ba zgar­nę­ła i do misy po­lew­ki na­la­ła.

– Po­sil się, bo cię niedź­wiedź sił po­zba­wił – po­wie­dzia­ła życz­li­wie, a do zie­lar­ki za­wo­ła­ła: – A jak tam Dzie­wan­na?

Mil­czą­ca do­tąd sta­ru­cha swą siwą gło­wę unio­sła i rze­kła:

– Psim sa­dłem ranę po­sma­ro­wa­łam. Za­goi się, tyl­ko ma­ja­czeć dziew­ka może.

– To te­raz zaj­mij się na­szym wy­baw­cą i go­ściem. Pój­dę przed cha­łu­pę. Chru­stu do ognia przy­nio­sę.

Kie­dy z su­szem na ra­mie­niu wró­ci­ła, Li­bu­sza Do­bro­mi­ro­we rany sma­ro­wać koń­czy­ła.

– Ot, mło­dy je­steś, to i szyb­ko się wy­li­żesz. Ani śla­du nie bę­dzie.

Do­bro­mir chciał coś od­po­wie­dzieć, lecz w tym mo­men­cie Żar­ka z Dzi­wą, zdy­sza­ne, do cha­ty wpa­dły. Dzi­wa czym prę­dzej kosz z grzy­ba­mi do kąta od­sta­wi­ła i do po­sła­nia cór­ki przy­pa­dła.

– Wy­zdro­wie­je, nie mar­tw­cie się – mruk­nę­ła zna­chor­ka. – Zro­bi­łam, co trze­ba.

– Niech ci bogi wy­na­gro­dzą, Li­bu­szo – po­wie­dzia­ła Rzep­ka, jako że Dzi­wa, lę­ka­jąc się o cór­kę, za­po­mnia­ła wdzięcz­ność oka­zać. – Będę pil­no­wać Dzie­wan­ny, a gdy­by ma­ja­czyć za­czę­ła, to znów cię spro­wa­dzę.

– Ja rów­nież dzię­ku­ję. – Do­bro­mir wstał z zy­dla. – Czas już, bym do domu wró­cił. Po­zo­stań­cie w zdro­wiu – to mó­wiąc, opu­ścił cha­tę.

W ślad za nim wy­szła Li­bu­sza.

* * *

Kie­dy woj Miesz­ka wszedł do cha­łu­py oj­ców, w wiel­kiej izbie obok swo­ich zo­ba­czył też Lud­mi­łę.

– A jak tam? – za­gad­nę­ła plot­kar­ka. – Sły­sza­łam, żeś się z niedź­wie­dziem za bary wziął! Le­stek wszyst­ko nam opo­wie­dział.

– To do­brze – mruk­nął Do­bro­mir. – Ja nie będę mu­siał.

– A coś taki za­pe­rza­ły? – Są­siad­ka się skrzy­wi­ła. – Mo­car­ny je­steś, toś i zwie­rza po­wa­lił.

– Nie ja, tyl­ko Dzie­wan­na – spro­sto­wał.

Lud­mi­ła wiel­kie oczy zro­bi­ła.

– Ona? Jak to? Toż to chu­chro!

– Nie wiem jak, ale gdy mi be­stia wy­trą­ci­ła nóż z gar­ści, to dziew­ka sko­czy­ła, chwy­ci­ła broń i na zwie­rza po­szła.

Lud­mi­ła dłu­go się dzi­wo­wa­ła.

– Sły­szał kto ta­kie rze­czy? To ci do­pie­ro!

– A jak­że, róż­ne dzi­wy na świe­cie się dzie­ją – wtrą­ci­ła mil­czą­ca do­tąd Biał­ka. A zwra­ca­jąc się do syna, do­da­ła: – Sia­daj do sto­łu. Głod­ny je­steś!

– Dzię­ku­ję, mat­ko, ale już ja­dłem. Rzep­ka mnie czę­sto­wa­ła.

– A, Rzep­ka… – mruk­nę­ła Biał­ka.

– To ty może do Rzep­ki w kon­ku­ry pój­dziesz, co? – za­cie­ka­wi­ła się Lud­mi­ła.

Do­bro­mir spoj­rzał na nią zdzi­wio­ny.

– A niby cze­mu miał­bym iść?

– No jak cze­mu? Urod­na, go­spo­dar­na… Trza ją brać!

– Jesz­cze mi czas – wy­krę­cał się. – Wo­jem księ­cia je­stem. Trze­ba mi do dru­ży­ny wra­cać.

– Toć i woje się że­nią. A mło­de piw­ko czop wy­sa­dza, każ­dyj to wie!

Do­bro­mir nic nie od­po­wie­dział, jeno do ojca pod­szedł, któ­ry w ką­cie na swej ła­wie le­żał.

– Trze­ba by tego niedź­wie­dzia z pusz­czy przy­tar­gać – rzekł. – Chło­pów zwo­łam, żeby po­mo­gli.

Chwa­ścich, stę­ka­jąc gło­śno, pod­niósł się z po­sła­nia. Opie­ra­jąc się na kiju, wstał.

– Roz­po­wiem. Przy­nie­sie­my ja­koś tego zwie­rza.

A kie­dy drzwi się za nimi za­mknę­ły, Biał­ka za­wo­ła­ła do Na­łęcz­ki, któ­ra za za­sło­ną w dru­giej czę­ści izby sie­dzia­ła:

– A chodź no tu do nas! Co tak sama tam tkwisz?

– Nie chce mi się – od­par­ła dziew­ka.

– Pół dnia już tam próż­nu­jesz. Jak od­lu­dek jaki…

– Po­wie­dzia­łam, że nie pój­dę – upie­ra­ła się Na­łęcz­ka.

Lud­mi­ła, sły­sząc to, dło­nie za­plo­tła.

– Ty to cór­kę le­piej ho­do­wać mu­sisz – zwró­ci­ła się do Biał­ki. – Toć krnąbr­na ona jak mało któ­ra.

– A to­bie skąd to wia­do­mo? – ob­ru­szy­ła się mat­ka. – Jak ho­do­wać, to ja wiem, a ty nie ga­daj, bo sama nie masz i nie wiesz, jak z dzieć­mi bywa.

– Mieć to nie mam, alem się na­pa­trzy­ła na in­nych i wi­dzia­łam, co z nich po­wy­ra­sta­ło.

– Ty, Lud­mi­ła, to le­piej idź już do cha­łu­py swo­je­mu chło­pu stra­wę go­to­wać – za­pie­ni­ła się Biał­ka, z ner­wów czer­wo­na na twa­rzy.

– Wy­ga­niasz mnie? – za­pe­rzy­ła się są­siad­ka. – Go­ścia wy­ga­niasz?

– Już dłu­go tu sie­dzisz, a pew­nie masz ro­bo­tę w obej­ściu.

Lud­mi­ła po­de­rwa­ła się z zy­dla i do drzwi się skie­ro­wa­ła.

– A po­cze­kaj ty jesz­cze, babo ję­dzo­wa­ta, zo­ba­czysz, co to zna­czy lu­dzi prze­ga­niać! – za­wo­ła­ła na od­chod­nym, a Biał­ka w od­po­wie­dzi gło­wę do góry od­rzu­ci­ła.

Do­pie­ro gdy cha­tę znów wy­peł­ni­ła ci­sza, Na­łęcz­ka unio­sła się na po­sła­niu i pod­ku­liw­szy ko­la­na, twarz w dło­niach ukry­ła. Mat­ka, wi­dząc to, czym prę­dzej ręce w za­pa­skę wy­tar­ła i ku cór­ce się na­chy­li­ła.

– No co się sta­ło? – za­py­ta­ła ci­cho. – Cho­raś czy co?

Na­łęcz­ka unio­sła twarz ku mat­ce, pew­na, że ta od razu spo­strze­że, co jej do­le­ga, lecz Biał­ka do­brą chwi­lę na nią spo­glą­da­ła, nim za­puch­nię­te oko cór­ki wy­pa­trzy­ła.

– Masz jęcz­mień na po­wie­ce – po­wie­dzia­ła. – Nic to… Nie trze­ba bia­do­lić, tyl­ko czar­ną dra­twę na środ­ko­wy pa­lec za­wią­zać i po wszyst­kim. To dla­te­go nie chcia­łaś się przy Lud­mi­le po­ka­zać?

– Nie chcia­łam – przy­zna­ła Na­łęcz­ka – bo ona za­raz by po lu­dziach roz­po­wie­dzia­ła, że po­dob­nam do ro­pu­chy.

– Oj, do ro­pu­chy! – za­śmiał się Le­stek.

– Ci­cho! – ofuk­nę­ła go sio­stra.