Słowiański horror - praca zbiorowa - ebook

Słowiański horror ebook

zbiorowa praca

3,6

Opis

Panie i Panowie oto „Słowiański horror” – antologia szczególna, która zwiastuje nam narodziny słowiańskiego horroru! Naszą misją jest popularyzacja kultury duchowej dawnych Słowian poprzez literacką grozę, bo to my jesteśmy prawnukami żerców, wołochów, wiedźm, guślarzy, wędrownych dziadów, którzy przed wiekami rozsiewali naszą kulturę po całej słowiańszczyźnie. Gdyby nie nasi przodkowie, świat nigdy nie usłyszałby o utopcach, wąpierzach, upiorach, wilkodłakach, złośliwym lichu, przerażających mamunach czy zwodniczo pięknych rusałkach. Wszystko to jest naszą kulturową spuścizną, dziedzictwem, które wyssaliśmy wraz z mlekiem matki. Dbajmy o nie i krzesajmy wieczny ogień pamięci. Słowiański horror uderza – nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni. Tego możecie być pewni. Będziemy Was straszyć do końca świata i jeden dzień dłużej! Maciej Szymczak.

Stron - 220

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 264

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł:

Słowiański horror

Copyright © Artur Grzelak, Aleksandra Kozioł, Marek Kwietniewski, Adam Loraj, Jacek Pelczar, Franciszek M. Piątkowski, Agata Poważyńska, Aleksandra Rozmus, Tomasz Siwiec, Łukasz Szczygło, Maciej Szymczak, Adrian Turzański, Patrycja Żurek 2019

Okładka:

Dawid „Blodek” Boldys(Shred Perspectives Works)

Redaktor wydania:Maciej Szymczak

Korekta:

Magdalena Szostak

Skład i opracowanie techniczne:Krzysztof Korsarz Biliński

Ilustracje:

Michał Kędzierski

Wydanie IHorror Masakra

Sucha Beskidzka 2019ISBN 978-83-952022-5-4

Wstęp

Słowiański horror to książka wyjątkowa i nie należy jej traktować jako zwykłej antologii opowiadań grozy. Publikacja ta jest pewną formą manifestu, bo oto na twoich oczach, czytelniku drogi, rodzi się zupełnie nowy podgatunek literackiej grozy. Od dawna dokładamy starań, aby słowiański horror stał się świeżym prądem literackim, który będzie inspirował kolejne pokolenia pisarzy, chcących przenieść kawałek tamtego magicznego świata do naszej współczesności. Nic nie jest dane raz na zawsze, a pamięć ludzkość ma krótką, dlatego dopatruję się w tej odnodze fantastyki sposobu na przechowanie bogatej kultury naszych przodków dla przyszłych pokoleń czytelników.

To, co było zapoczątkowane trzy lata wcześniej w pierwszej polskiej antologii słowiańskiej grozy, nabrało teraz realnej mocy i egzystuje samodzielnie jako niezależny prąd literacki, wpisujący się w trwający od paru lat renesans zaintersowań słowiańszczyzną. Choć motywy słowiańskie były już wcześniej wykorzystywane w rodzimej literaturze grozy, to jednak gatunek ten nie został nigdy zdefiniowany. My to zrobiliśmy tworząc Krew Zapomnianych Bogów, zasiewając ziarno, które wydało obfity plon. Słowiańskie Koszmary wytyczyły drogę, którą gatunek winnien podążać, a dzięki muzykom zespołu Percival Schuttenbach byliśmy w stanie przebić się ze swoim pomysłem do szerszego grona Polaków. Licho nie śpi okazało się swoistą wisienką na torcie dla miłośników słowiańskiego horroru. Wraz z tą pozycją uświadomiliśmy sobie, że nowo powstały gatunek ma już swoich fanów, a nasza praca nie poszła na marne.

W tym miejscu warto postawić swoista kropkę nad i. Panie i Panowie oto antologia szczególna, która zwiastuje nam narodziny słowiańskiego horroru! Naszą misją jest popularyzacja kultury duchowej dawnych słowian poprzez literacka grozę. Oto rodzi się nowa historia. Bo my jesteśmy prawnukami żerców, wołchwów, wiedźm, guślarzy, wędrownych dziadów, którzy przed wiekami rozsiewali naszą kulturę po całej słowiańszczyźnie, a plon wyrósł z niej piękny. Gdyby nie nasi przodkowie, świat nigdy nie usłyszałby o utopcach, wapierzach, upirach, wilkodłakach, złośliwym lichu, przerażających mamunach czy zwodniczo pięknych rusałkach.

Wszystko to jest naszą kulturową spuścizną, dziedzictwem, które wyssaliśmy wraz z mlekiem matki. Dbajmy o nie i krzesajmy wieczny ogień pamięci. Słowiański horror uderza, nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni. Tego możecie być pewni. Będziemy was straszyć do końca świata i jeden dzień dłużej! Sława!

Maciej Szymczak

Artur GrzelakPożóg

Gore!!! – Nocną ciszę przerwał pełen trwogi wrzask. – Gore!!! Płomienie szybko trawiły słomiane dachy i drewniane konstrukcje chałup, pochłaniając kolejne budynki. Pożar rozprzestrzeniał się po wiosce, mieszkańcy krzyczeli w przerażeniu i biegali bezładnie, chcąc wyciągnąć ludzi, którzy pozostali w płonących domostwach. Inni próbowali gasić szerzący się ogień wodą ze studni. Dzieci oraz kilka kobiet stały na placu, piszcząc ze strachu, potęgując panujący w siole tumult i chaos.

– Gore!!! – wydzierał się co sił w płucach Smysław. Ostrzegawcze nawoływanie stawało się coraz bardziej ochrypłe, a kiedy runęła ściana jednej z chat, chłopaka zasłoniły kłęby dymu.

Tworząca strop belka przygniotła Niestankę, kilkuletnią dziewczynkę uciekającą właśnie z walącego się domu. Smysław, krztusząc się i kaszląc, podbiegł do dziecka i próbował je wyswobodzić. Kawał drewna był jednak zbyt ciężki, by dźwignąć go w pojedynkę. Do tego płomienie stawały się coraz większe. Żar boleśnie palił skórę, a dym dostawał się do oczu powodując łzawienie i zawroty głowy.

Nagle chłopaka przewrócił niespodziewany podmuch, a przed oczami ukazał się dziwny kształt. Twór był podobny do człowieka spowitego płomieniami, jednak nie dało się zauważyć budowy ciała ani rysów twarzy. Zdawał się płonąć i unosić w powietrzu, biły od niego żar i pierwotna, nieokiełznana energia. Przedziwne stworzenie krzyknęło rozdzierająco, a z jego ręki wystrzeliła struga ognia. Kolejna ściana budynku runęła, a trawiący domostwo pożar zdawał się przybierać na sile. Stwór spojrzał na gramolącego się z ziemi Smysława, a jego oczy rozgorzały blaskiem. Po chwili widok przysłoniły kłęby dymu, a kiedy wreszcie się rozwiały, niezwykłej istoty już nie było.

Chłopak stał przez chwilę otępiały, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że potwór chciał mu coś przekazać. Ze stuporu wyrwał go rozpaczliwy pisk Niestanki.

– Pomocy!!! – krzyczała dziewczynka, wijąc się pod przygniatającą ją belką.

Smysław podbiegł do dziecka. Tym razem udało mu się unieść już nadpalony i o wiele lżejszy kawał drewna. Uwolniona od ciężaru Niestanka niezgrabnie przeturlała się z dala od płonącego domostwa. Chłopak również odskoczył, gdyż ogień był coraz większy i nadpalił mu koszulę oraz skórę na ręku.

– Jesteś cała? – wysapał Smysław widząc brudną i osmoloną twarz dziewczynki.

Niestanka łkała i z trudem łapała oddech, ale pokiwała głową na znak, że wszystko w porządku. Uspokoiła się dopiero, kiedy podbiegły do niej siostra i matka. Na szczęście wyglądało na to, że oprócz kilku niegroźnych oparzeń i zadrapań nic jej się nie stało.

Smysław wstał i kaszlnął kilka razy. Nawdychał się dymu i miał podrażnione gardło, skóra na lewym ramieniu była okopcona, czuł zawroty głowy i mdłości. Rozejrzał się wokół. Mrok nocy rozjaśniony był palącymi się budynkami, nadal panował chaos spowodowany niespodziewanym pożarem. Krzyki, piski i nawoływania mieszkańców tworzyły męczący uszy harmider.

Wioska płonęła.

***

– Najprawdopodobniej wszystko zaczęło się tutaj. – Sołtys wskazał zgliszcza, jakie zostały po wzniesionej kilka miesięcy temu drewnianej kapliczce. Z krzyża i wizerunku Matki Boskiej pozostała jedynie całkiem pokaźna kupka popiołu. – Nie padało od wielu dni. Wysuszone drewno zajęło się od którejś ze świec.

– Ale jak pożar rozprzestrzenił się na całą wioskę? – spytał Bedgost, jeden z wojów służących w drużynie komesa, Mścibora, pana okolicznych włości.

– Pewnie przez wiatr. Ogień przeniósł się na dach, strzecha się zapaliła, a potem już poszło. Chałupa przy chałupie stała i czerwony kur trawił jedną po drugiej. Chwała Bogu, że cała wioska nie poszła z dymem.

Z ponad dwudziestu domostw, które tworzyły sioło zwane Dębogórą, ocalało jedynie siedem. W płomieniach zginęło pięć osób, w tym goszczący w wiosce wędrowny misjonarz z Gniezna.

– Trzeba posłać kogoś z wiadomością do Ostrowa Lednickiego. – Sołtys zrobił zafrasowaną minę i skrył twarz w dłoniach. – Za jakie grzechy takie nieszczęście na nas spadło?

– To nie był przypadek. – Smysław wystąpił kilka kroków przed siebie i zwrócił się do zebranych w kręgu mieszkańców. – Jeno licho jakieś nas nawiedziło. Widziałem płonącą postać, która ognie z dłoni krzesała. Całą gorejącą i nie pochodzącą z tego świata.

– Bajarz z ciebie, młodziku! – rzekła Ciesława, zwana Modlibogą, z racji swojej gorliwej wiary w nową religię. – Bóg nas chroni przed złem i plugawymi, diabelskimi stworzeniami. Ktoś podpalił kapliczkę, to jacyś niegodziwcy i antychryści byli. To pewnie któryś z tych odszczepieńców w głuszy mieszkających, co bożkom pogańskim cześć oddają.

– Wiem, co widziałem – upierał się przy swoim Smysław, ale zauważył, że słowa kobiety wywarły na mieszkańcach większe wrażenie. Odkąd misjonarze przynieśli chrześcijańską wiarę, miejscowi szybko zapomnieli o rusałkach, leszych i innych stworzeniach, żyjących w sąsiedztwie ludzkich siedlisk.

– Trzeba spalić pogan! – krzyknął Godzimir, którego syn i żona zginęli w pożarze. – Pomścić naszych bliskich!

– Cisza! – zagrzmiał sołtys. – Trzeba się brać za pochowanie zmarłych i odbudowę tych budynków, które jeszcze nie wyglądają jak kupy popiołów. Bedgost, pojedziesz do Ostrowa, trzeba zawiadomić komesa Mścibora o tym, co się u nas wydarzyło. Wyruszy z tobą Smysław, przejażdżka wywieje mu z głowy licha i inne widziadła.

Chłopak żachnął się, słysząc te słowa. Przełknął ślinę i zapytał:

– Kiedy wyruszamy?

– Jutro z samego rana. Dzisiaj będę was potrzebował, żeby uprzątnąć wszystko w wiosce.

***

W lesie słuchać było jedynie pohukiwanie sowy i daleki skowyt wilka. Smysław przestąpił z nogi na nogę i rozglądał się wokół, przyświecając pochodnią. Gdzie ona jest, pomyślał. Mam nadzieję, że nic się nie stało.

Nagle usłyszał jakiś hałas. Kroki i trzask łamanych gałęzi. Skierował się w stronę źródła dźwięku.

– Witaj – powiedziała dziewczyna, wychodząc na polanę. Była wysoka, ciemnowłosa, o wielkich brązowych oczach i lekko wystających kościach policzkowych.

– Mira. – Chłopak rozpromienił się na jej widok. – Już myślałem, że nie przyjdziesz.

– Musiałam poczekać, aż matula zaśnie. A i w lesie ostatnio niebezpiecznie, trzeba być ostrożnym.

– Coś dziwnego dzieje się w okolicy. Wczoraj w nocy omal cała nasza osada nie spłonęła. Sam ledwo z życiem uszedłem. – Smysław podciągnął rękaw i pokazał przypaloną skórę na lewym przedramieniu. Białogłowa podeszła bliżej i delikatnie dotknęła rany.

– Boli?

– Już nie. – Chłopak przytulił Mirę, pachniała miętą i szałwią. Zakręciło mu się w głowie. Poczuł podniecenie spowodowane bliskością i ciepłem ciała dziewczyny. Kiedy po kilku chwilach oderwali od siebie usta, chłopak wyznał:

– W czasie pożaru widziałem coś niesamowitego. Jakaś płonąca postać, demon czy diabeł, sam nie wiem, co to było. Sądzę, że to on podpalił wioskę.

– Jak wyglądał? – Oczy Miry rozbłysły z zaciekawienia.

Smysław pokrótce opisał widzianego wczorajszej nocy stwora i stwierdził ze smutkiem w głosie:

– Sołtys i inni podejrzewają, że zrobił to ktoś z twojej wioski. Jako pierwsza spłonęła kapliczka, więc siłą rzeczy oskarżenia padły na okolicznych pogan. Jak myślisz? Kto mógł to zrobić?

Mira zastanowiła się chwilę i odpowiedziała:

– Wątpię, żeby to ktoś od nas. Mamy swoje problemy, w pobliżu wioski grasuje wataha wilków, do tego w okolicy widziano ponoć borowego. Nie w głowie starszyźnie teraz zatargi z chrześcijanami. Zresztą podpytam jeszcze.

– To jeszcze nie wszystko. Muszę wyruszyć do Ostrowa Lednickiego, do Mścibora z wiadomością o spaleniu wioski.

– Kiedy jedziesz? – spytała Mira.

– Jutro. Z samego rana.

– Długo cię nie będzie?

– Nie wiem. – Chłopak wzruszył ramionami i przysunął dziewczynę do siebie. – Pewnie kilka dni.

– Już za tobą tęsknię.

Kochali się zachłannie, jak to młodzi. Ani się obejrzeli, kiedy zastał ich świt.

***

– Coś taki niewyspany? – Bedgost spojrzał na idącego obok Smysława. Chłopak miał podkrążone oczy i ziewał co chwilę. Człapał leniwie obok gniadego wierzchowca dosiadanego przez woja.

– Jakoś nie mogłem usnąć. To chyba z nerwów. W grodzisku byłem ostatni raz jako dziecko podczas chrztu.

Bedgost uśmiechnął się pod obfitym wąsem i popędził konia, zmuszając jednocześnie towarzysza do przyspieszenia kroku.

Podróż trwała już kilka godzin, obecnie wędrowali traktem, kilkukrotnie mijając kupców, a raz niewielką zbrojną drużynę zmierzającą do jednego z warownych grodów na zachodzie. Według słów Bedgosta, na granicy z Królestwem Niemieckim było niespokojnie i na rozkaz księcia Bolesława każdy władyka musiał wysłać swoje wojska do obrony przed ewentualnym najazdem.

Do Ostrowa Lednickiego dotarli późnym popołudniem, ale słońce ciągle jasno świeciło i przyjemnie przygrzewało. Gród nie należał do największych, jednak był dobrze ufortyfikowany i bardzo malowniczo położony. Wybudowano go na wyspie, w południowej jej części. Otoczony został drewniano-ziemnym wałem wysokości trzech rosłych mężczyzn. Z lądem łączyło go kilka mostów, a największa z bram była wzmocniona metalowymi okuciami. Na zewnątrz grodziska wznosiło się kilkadziesiąt drewnianych chałup zamieszkałych przez rzemieślników i chłopów.

W okolicy grodu roiło się od kupców, chłopów, wędrowców, a także zbrojnych wojów. Największą uwagę Smysława, przykuła grupa wysokich, umięśnionych brodatych mężczyzn posługujących się dziwną, nieznaną mową.

– To Normanowie – wyjaśnił Bedgost, widząc zainteresowanie chłopaka. – Najemnicy z dalekiej, mroźnej północy. Wielcy to wojownicy, a w czasie bitki lepiej mieć ich po swojej stronie.

Kiedy przechodzili obok mężczyzn, jeden z nich spojrzał na Smysława i uśmiechnął się drapieżnie. Na skórze jego twarzy wymalowane były przedziwne wzory, a włosy wygolone na bokach, zaplątał z tyłu w długi warkocz.

Chłopak szybko odwrócił wzrok i pognał za Bedgostem, który rozmawiał właśnie ze strażnikami pilnującymi wejścia na most. Po krótkiej wymianie zdań pozwolili wędrowcom przejść.

Na podgrodziu panował nieopisany hałas. Z umieszczonych tu warsztatów dochodziły przeróżne odgłosy. Przy niewielkim kramie niski, chudy chłop oprawiał świeżo wyłowione z jeziora ryby, tuż obok mężczyzna garbował niedźwiedzią skórę. Pokaźnych rozmiarów kobieta goniła uciekającą kurę, wzbudzając uciechę wśród wojów i strażników. Smysław rozglądał się zaciekawiony, po raz pierwszy widząc takie mrowie ludzi.

Zaniemówił jednak dopiero, kiedy weszli przez bramę do grodu. Nigdy w życiu chłopak nie widział tak dużych budowli. Tuż przy bramie znajdował się wzniesiony z kamiennych otoczaków kościół.

Największe wrażenie wywarł jednak na Smysławie połączony z kaplicą pałac. Chłopak nie mógł uwierzyć, że ludzkie ręce są w stanie wznieść tak ogromny gmach. Do tego wejście było zdobione łukowymi arkadami, a nad wszystkim górowała kamienna wieża.

Bedgost porozmawiał z kolejnym strażnikiem, tym razem pilnującym bramy do pałacu, i po chwili przybysze zostali wpuszczeni do środka. Poprowadzono ich wzdłuż wzmocnionej filarami nawy, a następnie ku schodom wiodącym na piętro. Tam znajdowała się reprezentacyjna aula, w której urzędował Mścibor.

Komes Ostrowa okazał się wysokim, starszym lecz wciąż postawnym mężczyzną. Jego broda i włosy upstrzone były pasmami siwizny, jednak oczy błyszczały jak u młodzika.

– Cóż to za niecierpiąca zwłoki sprawa? – spytał witającego się z nim Bedgosta.

– Dwa dni temu w Dębogórze doszło do pożaru. Spłonęło wiele chałup, zginęło również kilka osób. Podejrzewamy, że to sprawka pogan, jednego ze szczepów Goplan, przybyłego jakiś czas temu ze wschodu. Zamieszkują puszczę i pewnie nie spodobało się im chrześcijańskie sąsiedztwo. W płomieniach zginął również misjonarz z Gniezna, podróżujący w stronę Mazowsza.

– Brat Herman gościł w pałacu kilka dni temu. – Mścibor pokiwał głową i spojrzał na woja. – Misjonarz nie nawracał jeno słowem, z tego, co słyszałem, zdarzało mu się szerzyć wiarę również ogniem, wypalając w poganach stare wierzenia. Jak doszło do pożaru? Ustaliliście coś?

– Jako pierwsza zapaliła się kapliczka i krzyż stojący na skraju wioski. Kto inny chciałby się pozbyć symbolu naszej świętej wiary? – obruszył się Bedgost. – Tylko ci, odmawiający przyjęcia chrztu odszczepieńcy.

– To nie poganie spalili wioskę… – Smysław odchrząknął i, unikając ganiącego spojrzenia towarzysza, kontynuował: – Widziałem dziwnego stwora, jakby zbudowanego z płomieni. Myślę, że to jego sprawka, panie.

– Głupoty gada. – Woj lekceważąco machnął ręką. – Młody jest i mu się w płomieniach coś przywidziało. Nawet, jeśli jakieś siły nieczyste maczały w tym palce, to najpewniej przybyły na wezwanie tego ludu bałwochwalczego.

– Bedgoście, nie bluźnij przeciw religii, którą wyznawali nasi dziadowie. Wielu mieszkańców okolicznych ziem składa jeszcze ofiary i modli się do Peruna, Welesa czy Swaroga. Minie wiele lat, zanim chrześcijaństwo zakorzeni się w umysłach ludzi.

Mścibor zawiesił na chwilę głos i zamyślił się. Dopiero po chwili ponownie spojrzał na stojących przed nim mężczyzn.

– Chłopak ma rację – powiedział komes. – Dębogóra nie spłonęła jako pierwsza. W ciągu ostatnich kilku miesięcy podobne pożary wydarzyły się w innych wioskach. Świadkowie twierdzą, że widzieli stwora utkanego z płomieni. Poczyniłem już nawet pewne kroki w celu rozwiązanie tego, że się tak wyrażę, palącego problemu.

– Wiadomo… – Smysław zebrał się na odwagę i spytał: – Wiadomo, co to za istota?

– Nie, ale jest ktoś, kto może mieć pewne informacje.

– Któż to? – spytał Bedgost.

– Niedaleko stąd, w Rzęślowych Moczarach, mieszka wołchw. Niewielu już takich widunów, jak on, na świecie zostało. Miałem sam się do niego udać, ale książę Bolesław wzywa mnie do Gniezna. Przy baptysterium znajdziecie Jaropełka, jednego z moich drużynników. Pojedziecie z nim do guślarza i wywiecie się wszystkiego. Załatwcie sprawę jak najszybciej. Niech Dębogóra będzie ostatnią wioską, która spłonęła.

***

Nie mieli czasu odpocząć ani się posilić. Jaropełk czekał na nich gotowy do drogi z osiodłanymi końmi oraz wypełnionymi jukami. Był to niski, lecz krępy mężczyzna o okrągłej, wzbudzającej zaufanie twarzy i bystrych, znamionujących spryt oczach.

Późnym popołudniem zostawili za plecami umocnienia Ostrowa Lednickiego.

W wyprawie towarzyszył im mrukliwy Norman, o potężnym karku i równie masywnej klatce piersiowej, wygolonej głowie i fantazyjnej, ciemnej brodzie. Przybysz z północy nosił imię Kjell, nie znał słowiańskiej mowy, więc głównie przyglądał się wszystkiemu spod przymrużonych powiek i odburkiwał coś w swoim charkotliwym, niezrozumiałym języku.

Za to Jaropełk był nad wyraz gadatliwy. Głównym tematem rozmowy została oczywiście obecność w drużynie milczącego Normana.

– To najwięksi wojowie, jakich nosiła ta ziemia. Ponoć lękają się ich nawet w dalekiej Anglii, a także we Frankonii. Ich kunsztem wojennym zachwycony jest sam książę Bolesław i utrzymuje w Gnieźnie kilkusetosobowy oddział. Osobiście byłem świadkiem, jak jeden z nich mierzył się z niedźwiedziem. Bez broni ani zbroi.

– Jakże to? – Smysław był zafascynowany opowieściami o walecznych i szaleńczo odważnych Normanach. Co jakiś czas zerkał z zaciekawieniem na jadącego obok Kjella. – Przeżył?

– Nie tylko przeżył, ale niedźwiedzia ubił. Udusił go gołymi rękami, a futro i łeb zostawił sobie jako trofeum.

– Dziki i bezbożny naród, chrześcijańskiej wiary nie wyznający – mruknął Bedgost. – Pośpieszmy konie. Zaraz będzie zmierzchać, trzeba znaleźć miejsce na obozowisko.

Zewsząd otaczały ich przysadziste, sosnowe lasy, stopniowo przechodzące w podmokłe rozlewiska Rzęślowych Moczarów. Przez godzinę kluczyli, szukając osłoniętej polany, dogodnej do popasu. Odpowiednie miejsce znaleźli na skraju olchowej kniei, z dala od traktu. Nakarmili konie, a następnie rozpalili ognisko i zajęli się przygotowywaniem wieczornej strawy.

Jedli suszoną wołowinę, przepijając piwem i słuchali ględzenia Jaropełka:

– Niektórzy z Normanów – kontynuował temat woj – podczas bitwy wpadają w szał. Wydają się być wtedy niewrażliwi na ból, a zabijają z precyzją i siłą, jakiej nie osiąga zwykły człowiek.

– Bajanie. – Bedgost był sceptycznie nastawiony do przybysza z północy. Spojrzał na Normana, który wydawał się być bez reszty zaabsorbowany ostrzeniem topora. Osełka raz po raz prześlizgiwała się po ostrzu wydając charakterystyczny, drażniący uszy zgrzyt.

– Prawda najprawdziwsza – zarzekał się Jaropełk. – Nie dalej, jak kilka niedziel temu, wyprawialiśmy się na Pyrzyczan. Doszło do zasadzki w lesie, poganie musieli spodziewać się naszego przybycia. Normanie jednak się nie wystraszyli mimo strat, jakie ponieśliśmy na początku starcia. Sam widziałem, jak obecny tu Kjell zabił kilkunastu wrogów, w tym wodza plemienia.

Smysław po raz kolejny zerknął na siedzącego przy ognisku cudzoziemca. Przewyższał wzrostem i muskulaturą większość mężczyzn znanych chłopakowi. Do tego jego twarz, surowa i drapieżna, wzbudzała strach i szacunek.

Norman musiał domyślić się, że rozmawiają na jego temat. Burknął coś w swoim języku, splunął na metal i kontynuował ostrzenie.

– Późno już. – Jaropełk wstał i przeszedł kilka kroków w stronę lasu. – Idźcie spać, ja pierwszy będę trzymał wartę. A przy okazji muszę iść na chwilę na stronę. Piwo szuka ujścia.

***

Gospodarstwo wołchwa położone było pośród podmokłego rozlewiska, z rzadka porośniętego jesionami, topolami i karłowatymi modrzewiami. Chałupa postawiona została na palach, a tuż obok wznosiła się całkiem pokaźnych rozmiarów stodoła. Dochodziło z niej gdakanie kur, beczenie kóz oraz rżenie konia.

Jeźdźcy ostrożnie wjechali na teren gospodarstwa, rozglądając się bacznie, jednak nigdzie nie widzieli mieszkającego tu szamana.

– Jest tu kto? – zakrzyknął Jaropełk. – Wołchwie? Przybywamy w ważnej sprawie!

Na dźwięk głosu mężczyzny ze stodoły rozległo się jeszcze głośniejsze zawodzenie zamkniętych tam zwierząt. Jeden z kogutów piał donośnie, choć poranek minął już parę godzin temu.

– Hej! Pokaż się, wołchwie! Jesteśmy wojami komesa Mścibora! – dołączył do nawoływań Bedgost. Kjell okrążał powoli podwórzec, obserwując teren spod przymrużonych powiek. Dłoń trzymał na stylisku topora.

– Któż to się tak wydziera? – Zza chałupy wyszedł wysoki, szczupły mężczyzna o ogolonej na łyso głowie i sumiastych, siwych wąsach. Ubrany był jedynie w skórzane spodnie, a ręce i klatkę piersiową miał ubabrane krwią. W prawej dłoni trzymał zakrzywiony sztylet, również czerwony od posoki. Najdziwniejsze były jednak jego oczy, jakby żółtego koloru, lśniły i wydawały się emanować hipnotyzującym blaskiem. – Wybaczcie mój strój, ale właśnie próbuję udoskonalić swoją metodę wróżenia z wnętrzności. Co was sprowadza?

– Przybywamy w imieniu komesa Mścibora. – Jaropełk zsiadł z konia i podszedł do wołchwa. – Potrzebuje twojej pomocy. Jego ziemie nawiedza jakaś przeklęta istota, utkana z ognia.

Mężczyzna zmył z dłoni krew, a następnie oblał się wodą z wiadra. Następnie wytarł się i założył lnianą koszulę wiszącą na jednej ze sztachet. Odłożył sztylet do stojącego przy drzwiach chałupy kufra i dopiero odpowiedział:

– A co ja mam na to poradzić?

– Może będziesz wiedział cóż to za stwór? – Jaropełk odwrócił się ku towarzyszom zaskoczonych dziwnym zachowaniem wołchwa. – I jak go przepędzić?

– Wejdźmy do środka. Musicie mi wszystko opowiedzieć. – Szaman odwrócił się i zniknął w chacie.

***

– To pożóg. – powiedział wołchw kilkanaście minut później, po wysłuchaniu relacji Jaropełka i Smysława.

– Cóż to takiego? – spytał Bedgost.

– Demon. Duch spalonej ofiary szukający zemsty.

– Wiesz, jak go przepędzić?

– Pożoga można przekupić jeno inną ofiarą. Żertwą złożoną w miejscu, w którym sam spłonął. Najlepiej z pogańskiej krwi, jeśli sam był poganinem, aby była pewność, że demon nie wróci.

– Jak znaleźć to miejsce? Nie wiemy, kim jest przemieniony w demona nieszczęśnik!

– Należy odprawić rytuał, powróżyć z wnętrzności. Kogut powinien wystarczyć. – Głos wołchwa był równie hipnotyzujący co jego oczy. – Mogę to zrobić, choćby zaraz.

– Czego chcesz w zamian za pomoc? – spytał podejrzliwie Bedgost.

– Niczego. – Mężczyzna przeciągnął się, aż zatrzeszczały kości. – Jednak udam się z wami na miejsce spoczynku pożoga. Nie przypuszczałem, że dane mi będzie kiedyś spotkać to mityczne stworzenie. Nie mogę przepuścić takiej okazji.

– Co o tym myślicie? – zwrócił się do towarzyszy Bedgost. Smysław wpatrywał się w szamana jak zauroczony i zdawało się, że nawet nie usłyszał słów woja. Kjell stał w kącie chaty, cały czas z ręką na stylisku topora, gotowy w każdej chwili sięgnąć po broń.

– Moim zdaniem wie, co mówi – odezwał się w końcu Jaropełk. – Wołchw zna się na takich rzeczach. Niech odprawi rytuał, znajdziemy jakiegoś poganina na ofiarę i szybko załatwimy sprawę.

Bedgost w milczeniu pokiwał głową.

***

Wołchw nakazał im wyjść z chaty i rozpalić ognisko. Sam przyniósł kociołek pełen wody, powrzucał do niego przeróżnych ziół, od zapachu których Smysławowi zakręciło się w głowie. Następnie rozpoczął przygotowywać aromatyczny napar, by po jakimś czasie bulgotał nad ogniem.

Kiedy ziołowy napitek był gotowy, kazał zdjąć go znad płomieni. Nie czekając aż wystygnie, sięgnął po drewnianą warząchew i wypił kilka łyków. Jego twarz zrobiła się czerwona i zrosił ją pot.

– Zostańcie tutaj. – Głos wołchwa brzmiał inaczej niż wcześniej. Zdawał się drgać i drażnić uszy. – I pod żadnym pozorem nie wchodźcie do chaty.

Nie czekając na reakcję lub odpowiedź, poszedł do stodoły. Po chwili wrócił niosąc w rękach próbującego się wyrywać i gdakającego przeraźliwie koguta. Szepcząc do zwierzaka jakieś nie dające się rozpoznać słowa zniknął we wnętrzu chałupy.

– Zaczynam mieć wątpliwości, czy to był dobry pomysł. – Bedgost pokręcił głową i podszedł kilka kroków w stronę domostwa. – Od obcowania z pogańską magią poprzestawiało mu się w głowie. Ten człek jest szalony. Musimy to przerwać, inaczej spadnie na nas kara boska.

– Stój – zatrzymał go Jaropełk. – Kazał nie wchodzić, to nie wchodź. Może i jest szalony, ale jeśli ma nam pomóc przegnać pożoga, to musimy przymknąć na to oko. Komes wiedział co robi wysyłając nas tutaj. A o rozgrzeszenie się nie bój, wyspowiadasz się po powrocie do Ostrowa.

– Skąd pewność, że to się uda. – Woj nadal nie był przekonany, ale cofnął się do ogniska i westchnął głośno.

– Próbować trzeba – rzekł Smysław. – Żeby się nie powtórzyła tragedia jak w Dębogórze.

– Prawdę chłopak mówi – zawtórował mu Jaropełk. – Zobaczym, co wołch powie. Może faktycznie pomoże.

Kjell nadal milczał. Wydawał się skupiony, cały czas wodził wzrokiem po gospodarstwie. Nagle zakrzyknął coś w swoim języku i pokazał towarzyszącym mu mężczyznom, że coś jest nie w porządku.

– O co mu chodzi? – spytał Smysław.

– Nie wiem. Słyszycie coś?

– Właśnie o to mu chodzi. – Jaropełk gestem nakazał towarzyszom umilknąć. – Nic nie słychać.

Faktycznie, cisza aż dzwoniła w uszach. Ze stodoły, wcześniej pełnej dźwięków, nie dobiegał najmniejszy szmer. Podobnie z lasu. Nie słychać było treli lub nawoływań ptactwa, stukania dzięciołów, zdawało się, że nawet drzewa nie szumią na wietrze.

Nagle z wnętrza chaty dobiegł ich śpiew odprawiającego rytuał wołchwa. W jednej chwili zamknięte w stodole zwierzęta zaczęły hałasować. Gdakanie kur, meczenie kóz i rżenie konia zmieszało się z dobiegającym z lasu wyciem wilków i wabiącymi głosami ptactwa. Ta kakofonia trwała kilka minut, by zamilknąć jak ucięta nożem. Drzwi chaty się otworzyły i stanął w nich wołchw. Jego ręce, klatka piersiowa i twarz ponownie były całe we krwi, a oczy gorzały dziwnym blaskiem.

– Wiem, dokąd musimy się udać – powiedział i zemdlał.

***

Opuścili Rzęślowe Moczary i wyruszyli na południe mało uczęszczanym traktem prowadzącym na Ostrów Lednicki. Droga wiodła przez gęste, bukowe lasy oraz porośnięte krzakami czeremchy, turzycami i dziurawcem łąki.

Wołchw dość szybko doszedł do siebie i opowiedział, co ujrzał w wizji. Otóż kilka miesięcy wcześniej brat Herman, niosący misję nawracania pogan wśród okolicznej ludności, wraz z kilkoma wojami z garnizonu komesa Mścibora trafili do pewnego gospodarstwa. Mieszkał w nim starzec, który nadal oddawał cześć starym bogom, a nawet rzeźbił niewielkie figurki ku czci Jarowita, Peruna czy Trygława.

Poganin nie chciał przyjąć chrztu ani wyrzec się dotychczasowej wiary, dlatego też brat Herman nakazał podpalenie gospodarstwa wraz z mężczyzną. Starzec spłonął z modlitwą na ustach i w ten sposób po kilku dniach z popiołów zrodził się pożóg.

Według słów wołchwa, pragnął on zemścić się na swoich prześladowcach, dlatego też jedną z ofiar był przebywający w Dębogórze brat Herman. Aby odegnać demona należało złożyć ludzką ofiarę w miejscu jego kaźni.

Błąkali się po lasach okalających Ostrów Lednicki przez prawie dwa dni, lecz w końcu udało im się odnaleźć spalone gospodarstwo. Wyglądało na to, że na ten teren nie zapuszczały się żadne zwierzęta. Wypalona ziemia była jałowa, nie rosły na niej rośliny, nawet pleniące się wszędzie indziej chwasty.

– Co zrobimy, jak pożóg pojawi się zanim, złożymy żertwę? – spytał Smysław, wodząc zaniepokojonym wzrokiem po opuszczonym gospodarstwie.

– Wtedy pewnie zginiemy – powiedział beznamiętnym głosem wołchw.

– Nie strasz chłopaka. – Jaropełk zsiadł z konia i przywiązał go do jednej z ocalałych żerdzi ogrodzenia. – Sam ledwo w spodnie nie narobię.

– Teraz należy znaleźć ofiarę. – Bedgost machnął ręką za siebie. – Niedaleko rzeki parę staj stąd było kiedyś kilka pogańskich chałup, może tam kogoś znajdziemy.

– Weź ze sobą Kjella – rzekł Jaropełk. – My tymczasem wszystko tu przygotujemy.

– Wiadomo kim ma być żertwa? Czy pożogowi to za jedno?

– Najlepiej ktoś młody, w sile wieku i mocy witalnych. Taka ofiara powinna spodobać się demonowi.

– W porządku. – Bedgost kiwnął głową. – Normanie ruszaj za mną.

Kjell ciągle milczał, jednak podążył za oddalającym się wojem.

***

Przygotowanie stosu ofiarnego zajęło im parę godzin. Smysław wraz z Jaropełkiem wykonywali polecenia wołchwa, instruującego ich, jak konstrukcja ma wyglądać. Na koniec szaman poukładał wśród drewna pęki ziół oraz wyrysował magiczne znaki, mające ułatwić pożogowi opuszczenie tego świata.

Teraz siedzieli przy ognisku i pogryzali przywiezione w sakwach jadło. Smysław rozprawiał się właśnie z pajdą czerstwego chleba, maczając ją w piwie i żując powoli.

– Słyszałem, że wołchowie potrafią również w innych rzeczach pomagać. – Jaropełk zbliżył się do ognia. – Prawda to?

– Prawda.

– Bo widzicie, człowiek cały czas u komesa na służbie. Wyprawy, patrole, warty, nie ma kiedy do dziewki zagadać. W grodzie już wszystkie mężate, zbyt młode lub za stare. Nie macie jakiegoś dekoktu, co by kobietę pomógł zdobyć?

– Nie jest to prosta sprawa. – Wołchw wpatrywał się w płomienie, jego oczy gorzały. – Ale może coś zaradzić zdołam. Przyjdź do mnie, kiedy już tu skończymy. Posiadam napar, który sprawi, że będziesz mógł dziewkom dogodzić jak nikt inny i same będą o ciebie zabiegać.

– Świetnie. – Ucieszył się Jaropełk. – A macie coś na inne dolegliwości? Bo od kilku dni coś mi strasznie po bebechach jeździ… Smysław słuchał ględzenia woja i czuł narastającą senność.

Najpierw podróż, potem praca przy układaniu stosu dały mu w kość. Cieszył się, że dane mu było uczestniczyć w takiej przygodzie, miał również nadzieję, że uda się przepędzić pożoga. Pomyślał również o Mirze. O ciepłym dotyku, chętnym ciele i wilgotnych ustach. Mając przed oczami jej widok, zasnął.

***

Obudził go hałas. Była już noc, rozświetlana nikłym blaskiem księżyca, przebijającym się przez korony drzew oraz płomieniami dogasającego ogniska. Smysław przetarł oczy i zobaczył ruch przy stosie ofiarnym. Dojrzał Kjella prowadzącego jakąś osobę. Norman przywiązał ręce żertwy do belki, a Jaropełk zbliżył się z pochodnią.

Wołchw inkantował pieśń, kiwając się i podrygując rytmicznie w przedziwnej parodii tańca.

– Co się dzieje? – Chłopak wstał i podszedł do stojącego przy koniach Bedgosta.

– Schwytaliśmy pogankę. Błądziliśmy po lasach, aż w końcu sama na nas wyskoczyła. Szkoda jej, bo całkiem ładna, przez drogę spróbowaliśmy z Normanem jej wdzięków. – Woj zaśmiał się i poklepał Smysława po plecach. – Zaraz będzie po wszystkim i wrócimy do domu.

Jaropełk rzucił pochodnię i stos zapłonął. Dziewczyna dopiero teraz zaczęła krzyczeć, jakby dotychczas nie docierała do niej groza sytuacji. Miotała się, próbowała uwolnić z więzów, jednak na nic się to nie zdało.

Smysław podszedł bliżej, w głowie miał niepokojące wrażenie, że głos uwięzionej dziewki brzmi znajomo. Starał się dojrzeć jej twarz przez płomienie i coraz większe kłęby dymu.

– Mira!!! – krzyknął przerażony, rozpoznając w końcu, kim jest schwytana poganka. – Mira!!!

– Czemu się wydzierasz? – Jaropełk patrzył z satysfakcją na płonący stos.

Smysław rzucił się, próbując ratować ukochaną. Kjell zdołał go pochwycić, jednak chłopak wywinął się i wpadł w płomienie. Na początku nie czuł bólu, dopiero po chwili dotarło do niego, że płonie. I zaczął krzyczeć.

– Czy on zwariował? – wydzierał się Bedgost. – Musimy go stamtąd wyciągnąć!

– Jak tam wejdziesz? – W oczach Jaropełka pojawiły się łzy. Kjell starał się wyciągnąć palącego się wraz z dziewczyną Smysława, jednak płomienie skutecznie go od tego odwiodły. Prawą dłoń miał poparzoną i wykwitały na niej ogromne purchle.

Krzyki palonych ustały już jakiś czas temu, ze stosu dochodził swąd palonego drewna i ludzkiego mięsa. Płomienie dalej buchały wysoko w górę, skwierczenie polan mieszało się z monotonnym zawodzeniem wołchwa, który jakby nie zdawał sobie sprawy z rozgrywającego się tuż obok dramatu.

Nagle w ogniu dogasającego stosu zaczął tworzyć się kształt. Pożóg przez chwilę unosił się nad paleniskiem, a tworzące go płomienie zdawały się blednąć i przygasać. Demon wydał z siebie drażniący uszy skowyt i zniknął w nagłym rozbłysku. Ustała również pieśń wołchwa, który upadł na ziemię.

W jednej chwili spadł deszcz, dogaszając płonące resztki. Z ciał Smysława i Miry pozostały jedynie spopielone szczątki.

– Chyba się udało – powiedział Bedgost, podchodząc do zwęglonych ciał. – Pożóg odszedł.

– Co też strzeliło mu do łba? – Jaropełk nie mógł uwierzyć w to co się stało. – Znał ją czy jak?

– Nie mam pojęcia. Ale na to wygląda.

– Nawet nie ma jak zabrać szczątków. Musimy coś wymyślić, przecież nie powiemy, że chłopak sam rzucił się w płomienie.

– Może powinniśmy ich pogrzebać? – Jaropełk był roztrzęsiony. Drżały mu ręce, a oczy były załzawione.

– Z poganką się zadawał – obruszył się Bedgost. – Nie dla niego chrześcijański pochówek. A tym bardziej dla tej bałwochwalczej dziewki.

Pomogli wołchwowi wstać i wsadzili go na konia. Wyglądał na wycieńczonego i z trudem docierały do niego słowa towarzyszy.

– Nie możemy opowiedzieć nikomu o tym, co tu się stało – stwierdził Bedgost. – Przepędziliśmy pożoga, a chłopak zginął w jakiejś potyczce z poganami lub rozszarpał go niedźwiedź. Zgadzacie się?

Jaropełk pokiwał głową. Kjell jak zwykle milczał.

Nie odwracając się za siebie, ruszyli w drogę powrotną.

***

Młody lis powoli zbliżył się do wyjałowionej ziemi okalającej spalone gospodarstwo. Wyczuwał zapach pozostawiony przez ludzi i konie oraz przedziwną, trudną do określenia woń, od której sierść jeżyła mu się na grzbiecie.

Bał się, jednak głód zmuszał go do stawiania kolejnych kroków.

Nagle ziemi zaczęła drżeć, w powietrze wystrzelił słup ognia, a widok przesłonił gęsty dym. Lis wystraszył się i rzucił do ucieczki w stronę zbawczej ściany lasu.

Nie zobaczył jak z płomieni wyłaniają się dwie płonące, człekokształtne sylwetki. Usłyszał jednak ich złowieszczy skowyt.

Niósł w sobie obietnicę zemsty.