Zbrodnia bez kary - praca zbiorowa - ebook
NOWOŚĆ

Zbrodnia bez kary ebook

zbiorowa praca

4,9

Opis

Dziennikarskie śledztwo w sprawie nieukaranych zbrodniarzy wojennych.

Zobojętnieliśmy już chyba wobec milionów ofiar nazistowskiej machiny zagłady. Zobojętnieliśmy wobec kolejnych relacji z obozów koncentracyjnych. Czy można napisać na ten temat jeszcze coś, co nami wstrząśnie?

Oto dwadzieścia sześć historii, dzięki którym ofiary zyskują rysy konkretnych osób, a zbrodniarze zostają wyciągnięci z ukrycia. Już same statystyki są porażające. W ciągu sześciu lat wojny stworzono system, który uśmiercił trzynaście milionów osób. Za tym systemem stały rzesze konkretnych ludzi, którzy podejmowali decyzje, dokonywali selekcji, wydawali wyroki, zabijali lub w inny sposób brali udział w zbrodniach. Zaledwie 182 osoby usłyszały wyroki dożywocia, łącznie 7 tysięcy osób poniosło jakąkolwiek odpowiedzialność.

Dziennikarze Deutsche Welle, Interii i Wirtualnej Polski ruszyli tropem nieukaranych zbrodniarzy II wojny światowej. Jakie były ich losy? Jak wyjaśniali swój udział w zbrodniach? Co wiedzą o nich ich rodziny i sąsiedzi? Jak im się udało uniknąć odpowiedzialności?

Owocem dziennikarskiego śledztwa jest ponad dwadzieścia reportaży i wywiadów, w których nie tylko zbrodniarze tracą anonimowość, ale również ofiary stają przed nami jako konkretne osoby, które zostały wyrwane ze swojej codzienności, spokojnego życia wśród kochających najbliższych. Brutalnie mordowane i odzierane z godności – nawet po śmierci, kiedy ich ciała porzucano, palono lub ćwiartowano, by korzystnie sprzedać.

Poruszające historie, którym towarzyszą nieraz wstrząsające fotografie, tworzą opowieść, jakiej jeszcze nie znaliśmy. Dzięki reporterom zyskujemy nie tylko wiedzę o wydarzeniach i ludziach, ale przede wszystkim wgląd w świat, który wydaje się przerażająco nierealny. Patrzymy na zdjęcia ludzi, którzy wiedzą, że za chwilę zginą; na rozpacz tych, którzy właśnie zobaczyli śmierć najbliższych; na ślady po tych, których dzisiaj nikt nie może rozpoznać. A obok: roześmiane twarze ich oprawców, urokliwe widoki okolic, w których zamieszkiwali po wojnie; garnitury, okulary, odznaczenia…

Do niedawna myśleliśmy, że to się nigdy więcej nie może wydarzyć. Czy na pewno?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 445

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,9 (7 ocen)
6
1
0
0
0
Sortuj według:
TBekierek

Nie oderwiesz się od lektury

Doskonała praca dziennikarzy, historie nieznane i zajmujące, ciekawe wywiady. Polecam, też ku przestrodze.
00

Popularność




WSTĘP

„Obergruppenführer SS Wilhelm Koppe, wyższy dowódca SS i policji w Generalnym Gubernatorstwie. Odpowiedzialny za terror, masowe morderstwa, rozstrzeliwania, Holokaust. Nigdy nieukarany!!!”.

Co jakiś czas – ale zawsze 1 listopada – tabliczka z tym napisem pojawia się na grobie Wilhelma Koppego w Bonn. Pracownik cmentarza cierpliwie usuwa kolejne tabliczki, ale anonimowy twórca osiągnął swój cel – zwrócił uwagę na zapomniany temat.

Pojawiająca się regularnie na zadbanym grobie laminowana kartka sprowokowała nas, dziennikarki i dziennikarzy Deutsche Welle, Interii i Wirtualnej Polski, do działania. Bo Koppe przez wielu został zapamiętany jako dyrektor fabryki czekolady. Nie jako zbrodniarz. Nawet jego wnuczki, które udało się odnaleźć, jeszcze dwadzieścia lat temu nie zdawały sobie sprawy z tego, że ich dziadek był odpowiedzialny za współudział w setkach tysięcy morderstw.

Kolorowa tabliczka, za sprawą której ktoś cierpliwie przypominał światu, że za zbrodnią powinna iść kara, stała się zalążkiem dziennikarskiej akcji: odkrywania historii zbrodniarzy i poszukiwania rodzin ich ofiar. Łączyło nas przekonanie, że tylko prawda i rzetelne rozliczenie z przeszłością mogą być podstawą do kształtowania przyszłości.

Pierwsze pytanie, jakie sobie zadaliśmy, brzmiało: jak to możliwe, że ludzie tacy jak Wilhelm Koppe czy Heinz Reinefarth, odpowiedzialni za monstrualne zbrodnie, nie tylko uniknęli kary, ale i robili kariery w powojennych Niemczech? Drugie pytanie jest dopełnieniem pierwszego: jaka była skala tego zjawiska? I trzecie: jak na hipotekę winy ojców i dziadków zareagowali ich potomkowie?

Odpowiedzi znajdą Państwo właśnie na kartach tej książki. Jest ona zbiorem najciekawszych reportaży, wywiadów i artykułów multimedialnego cyklu „Zbrodnia bez kary”, który powstał we współpracy trzech redakcji: Deutsche Welle, Interii i Wirtualnej Polski.

Jako pomysłodawcy i redaktorzy cyklu stanęliśmy już na samym początku przed koniecznością trudnego wyboru. Zdając sobie sprawę, że nie jesteśmy w stanie opisać wszystkich przypadków, musieliśmy przyjąć czytelne zasady doboru opisywanych postaci. Wybraliśmy trzy kryteria: musiały one działać na terenie okupowanej Polski, powinny reprezentować możliwie różne grupy społeczne i zawodowe, a ich historie nie są powszechnie znane.

Zajmując się zbrodniarzami i zbrodniarkami, postanowiliśmy poświęcić też możliwie wiele miejsca ich ofiarom, oddać im głos, podkreślić w ten sposób ich niezbywalną godność i przywrócić pamięć o nich. W większości przypadków historie te zmuszeni byliśmy odtwarzać na podstawie zachowanych dokumentów, wspomnień, rodzinnych archiwów. Dzięki nieocenionej pomocy i zaangażowaniu krewnych ofiar udało się to zrobić.

Prace nad tekstami prowadzone były z reguły przez duety autorek i autorów – jedna osoba działała w Niemczech, druga w Polsce. Dzięki tej unikalnej współpracy możliwe było dotarcie do osób i dokumentów po obu stronach granicy i połączenie zebranego materiału w całość. W akcji uczestniczyło ponad trzydzieści osób, a nad spójnością wszystkich materiałów w ramach wielowątkowego cyklu czuwały doświadczone zespoły redakcyjne. Była to pierwsza taka trójstronna i ponadgraniczna współpraca.

 

Zbrodnię należy nazywać zbrodnią, a winnych winnymi. Nawet jeśli unikną oni odpowiedzialności prawnej, będą musieli zmierzyć się z osądem kolejnych pokoleń. Wierzymy, że opisując ich czyny, dajemy choć odrobinę zadośćuczynienia ofiarom.

Bartosz Dudek

Katarzyna Domagała-Pereira

Ewelina Karpińska-Morek

Krzysztof Fijałek

Michał Gostkiewicz

Marcin Ręczmin

(...) Organizatorom akcji Koppe wynajął podległe mu „kommando Lange”, a na koniec zażądał zapłaty dziesięciu marek za każdego zamordowanego jako zwrot kosztów za wynajęcie.

Wilhelm Koppe

Jak „Mały Himmler” po wojnie został dyrektorem fabryki czekolady

Katarzyna Domagała-Pereira, Agnieszka Waś-Turecka

Na cmentarzu w Bonn Wilhelm Koppe nie zaznaje spokoju. Na jego grobie regularnie pojawia się tabliczka z napisem „Nigdy nieukarany!!!”. Ktoś umieszcza tekst na żółtym lub czerwonym tle i laminuje kartkę. Nie jest duża, ale rzuca się w oczy na zadbanym grobie, który były wyższy dowódca SS i policji w Kraju Warty, a potem w Generalnym Gubernatorstwie, dzieli z żoną Käthe i synem Manfredem.

Grób Wilhelma Koppego w Bonn©A. Rycicka (DW).

Pracownik cmentarza cierpliwie usuwa tabliczki.

Wnuczki Koppego, które płacą za utrzymanie rodzinnej kwatery, nie wiedzą o rytuale z kolorową kartką. Kiedy dowiadują się od nas, są zaskoczone i trochę przejęte. W tym miejscu spoczywają też babcia i wujek. To z nimi są związane. Dziadek nie jest dla nich kimś bliskim.

Alexandra von Rotberg i Beatrix Hofmann są po pięćdziesiątce. Wiedzą o zbrodniach, za które dziadek odpowiada. W młodości w domu rodzinnym słyszą wprawdzie, że był nazistą i generałem SS, ale szczegółów nikt im nie wyjaśnia. Dwadzieścia lat temu zaczynają dowiadywać się same, najpierw z internetu. Trudno im uwierzyć w to, co czytają. – To szokujące odkrycie, ale takie są fakty – mówią.

Chcą rozmawiać o dziadku, zbrodni bez kary i zmowie milczenia w rodzinie. Zależy im na tym. Na spotkanie przyjeżdżają z oddalonych o sześćset i dwieście kilometrów miast.

Kiedy Wilhelm Koppe umiera w roku 1975, mają trzynaście i jedenaście lat. Zapamiętają go jako autorytarnego, wymagającego, trochę tyrana, ale dla wnuków hojnego i miłego.

„Dziki Koppe” 

W akcie zgonu odnotowano, że był „generałem policji”, ani słowem nie wspominając o SS. 

Do Schutzstaffel (SS) Wilhelm Koppe – kupiec i drobny hurtownik handlujący w Hamburgu słodyczami, wyrobami tytoniowymi i kawą – wstępuje już w 1931 roku, dwa lata przed dojściem Hitlera do władzy1. Od roku jest już członkiem NSDAP i paramilitarnej SA. Do partii Hitlera – jak zezna później – dołącza z „czystego idealizmu” i „z uwagi na sytuację polityczną”. Obawia się, że fala komunizmu zaleje Niemcy2. W listopadzie 1933 roku były handlarz zasiada w Reichstagu. Posłem pozostanie do końca wojny.

Wilhelm Koppe na Wawelu podczas spotkania z członkami służby pracy (1944) ©Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Kilkanaście lat później, w 1943 roku, Hitler uzna jego zasługi, przyznając mu najwyższe odznaczenie – złotą odznakę partyjną.

W okupowanej Polsce Wilhelm Koppe ma funkcję ważniejszą od poselskiej: stoi na czele niemieckiego aparatu policyjnego. Szerzy krwawy terror. Jest współodpowiedzialny za niemal każdą zbrodnię na terenach, które ma pod swoim zarządem.

W październiku 1939 roku zostaje wyższym dowódcą SS i policji w Kraju Warty. Jest pośrednikiem między Reichsführerem SS i szefem niemieckiej policji Heinrichem Himmlerem a namiestnikiem Berlina w Kraju Warty, odpowiedzialnym za administrację cywilną, Arthurem Greiserem.

W Poznaniu rezyduje cztery lata. Potem trafia do Krakowa. Tam też jest wyższym dowódcą SS i policji, tym razem w Generalnym Gubernatorstwie. Obejmuje ponadto stanowisko sekretarza stanu do spraw bezpieczeństwa w tzw. rządzie GG. Staje się podwładnym generalnego gubernatora, Hansa Franka, który zawiaduje administracją cywilną.

Przez cały ten czas jest także pełnomocnikiem komisarza Rzeszy do spraw umocnienia niemczyzny.

Jest ambitny, dużo pracuje, choć na sprawach bezpieczeństwa się nie zna. Współpracownicy będą o nim mówić „Dziki Koppe”, bo szorstkim tonem nadrabia brak fachowej wiedzy3. Inni powiedzą, że przywłaszcza sobie cudze kompetencje i miesza się w sprawy, które go nie dotyczą. W jego aktach osobowych czytamy, że jest znany z „nadzwyczaj gorączkowego”, „nadmiernie niespokojnego” i „spontanicznie agresywnego stylu zarządzania”.

Ale Himmler go ceni. Za szczególnie brutalne działania w zagładzie Żydów i przesiedleniu Polaków. Koppe powtórzy za nim, że Wschodu nie można kolonizować po staremu – wpływać na ludzi, by przyswajali sobie język i prawo kolonizatora. Potrzeba eksterminacji żywiołu polskiego i „zwycięstwa żywiołu niemieckiego”4.

Nacisk chce położyć na germanizację ziemi, wysiedlanie tych, których nie uważa się za Niemców, i osiedlanie na ich miejsce Niemców etnicznych.

„Mały Himmler”

Wilhelm Koppe kieruje potężnym aparatem bezpieczeństwa. – „Małemu Himmlerowi”, bo tak nazywani bywają wyżsi dowódcy SS i policji, podlegają dowódcy SS i policji w dystryktach, dowódca policji bezpieczeństwa i policji porządkowej, a im z kolei komendanci policji i służb bezpieczeństwa w dystryktach – wyjaśnia dr Marcin Przegiętka, historyk z Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie.

Uroczystości NSDAP na pl. Szczepańskim w Krakowie z okazji rocznicy dojścia Adolfa Hitlera do władzy (1944) ©Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Pajęczyna instytucji podległych Koppemu jest ogromna. Policja bezpieczeństwa obejmuje Gestapo (policję polityczną), Kripo (policję kryminalną) i Służbę Bezpieczeństwa Reichsführera SS, która była elitarną formacją o charakterze wywiadu zagranicznego i wewnętrznego.

Policja porządkowa to z kolei żandarmeria na terenach wiejskich, policja ochronna w miastach, bataliony policyjne używane w większych akcjach i inne służby policyjne.

W środku tej machiny ludobójstwa i tortur jest Koppe. To on wydaje rozkazy, przygotowuje plany, uczestniczy w naradach. Najpierw w Kraju Warty, potem w Generalnym Gubernatorstwie.

W Kraju Warty organizuje cały policyjny aparat okupacyjny. Nadzoruje wszystko, co łączy się z polityką narodowościową i represyjną. Podlega mu całość spraw związanych z polityką wysiedleńczą, a potem eksterminacją Żydów.

To z jego polecenia utworzony zostaje obóz w Chełmnie nad Nerem – jeden z pierwszych obozów zagłady i poligon doświadczalny dla akcji ludobójczej na skalę europejską. To tam od grudnia 1941 do kwietnia 1943 roku wymordowano co najmniej 330 tysięcy osób5.

Powiesić na rozkaz Koppego

Innych służby podległe Koppemu mordują w publicznych egzekucjach.

Jak w tej w Tuchorzy w Wielkopolsce 9 lipca 1942 roku, kiedy wczesnym rankiem przed domem sołtysa zgromadzono ludzi z okolicznych wsi. Odczytano listę obecnych i kazano im iść we wskazanym kierunku. W lesie stała już szubienica z piętnastoma pętlami – wspomina świadek Władysław Kaźmierczak6.

Z przybyłych prawie dwustu osób sołtysi wybierają trzydzieści dwie. Rozdzielają zadania – jedni mają zakładać pętle, inni wyciągać kozły spod nóg skazańców, jeszcze inni przenosić zwłoki.

Piętnastu skazanych Polaków przywożą autem. Są z Warszawy i Poznania. Wszyscy mają związane z tyłu ręce. Jeden z gestapowców wygłasza krótkie przemówienie do zebranych. Mówi, że egzekucja to odwet za śmierć Niemca, policjanta Markwitza. Mają być świadkami dla odstraszenia od podobnych zajść w przyszłości. Ostrzega, że w wypadku niewykrycia sprawcy za rok podobna egzekucja może się powtórzyć. Za jednego Niemca zginie wtedy pięćdziesięciu lub stu Polaków.

Mówi jeszcze: „W imię narodu niemieckiego” i na komendę „Achtung!” piętnastu mężczyzn zawisa na szubienicy. Mieszkańcy pakują zwłoki na samochód, który odjeżdża w nieznanym kierunku7.

Zabici ze śmiercią Markwitza nie mieli nic wspólnego. Na aktach zgonu ich rodziny przeczytają adnotację: „Powiesić na rozkaz wyższego dowódcy SS i policji, Poznań”8.

Czyli na rozkaz Wilhelma Koppego.

Gubernator Hans Frank dokonuje przeglądu kompanii honorowych na dziedzińcu Wawelu z okazji piątej rocznicy utworzenia Generalnego Gubernatorstwa, Wilhelm Koppe drugi z lewej (1944) ©Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Pięćdziesięciu za jednego

„Dziki Koppe” sieje terror również w Generalnym Gubernatorstwie.

Jest bardziej radykalny od poprzednika i nie ma skrupułów. Pod koniec czerwca 1944 roku wydaje rozkaz, w którym zarządza „mordowanie najbliższych krewnych członka ruchu oporu, który by dokonał zamachu na Niemca albo też szczególnie dotkliwie odczuwanego przez okupanta aktu sabotażu”9.

To odpowiedź Koppego na działania Polskiego Państwa Podziemnego, które coraz bardziej się uaktywnia. Niemcy czują zagrożenie. Na własnej skórze odczuwa je i Koppe. W lipcu 1944 roku warszawski oddział „Parasol” próbuje go zabić w Krakowie. Niemiec ma szczęście, przeżywa dzięki sprawnemu kierowcy.

Kilka miesięcy wcześniej władze GG mszczą się za zamach na Hansa Franka. 2 lutego 1944 roku w Podłężu pod Krakowem zabijają pięćdziesięciu Polaków. Tym razem egzekucji nie przygląda się tłum. Polacy wywlekani z ciężarówek mają zasłonięte oczy i zakneblowane usta. Są związani drutem kolczastym, po dziesięciu10.

Niemcy ustawiają ich dziesiątkami koło torów kolejowych, twarzami do nasypu. Za plecami skazańców staje pluton egzekucyjny – dziesięciu esesmanów.

Gdy przy nasypie leży pięćdziesiąt ciał, Niemcy zatrzymują kilku okolicznych mieszkańców i każą im załadować trupy na ciężarówki. Zakazują patrzenia na twarze ofiar. Przerażeni mężczyźni rozpoznają jednak kilka osób. To mieszkańcy pobliskich wiosek. Jeszcze trzy miesiące wcześniej tworzyli lokalne oddziały polskiego ruchu oporu.

Pod tymi wyrokami śmierci widnieje podpis dowódcy SS i policji w dystrykcie krakowskim Juliana Schernera. Koppe był jego bezpośrednim zwierzchnikiem i członkiem rządu Generalnego Gubernatorstwa, który obradował nad formą odwetu.

Na jednym z ostatnich posiedzeń rządu GG, 9 grudnia 1944 roku, Koppe jest orędownikiem odpowiedzialności rodowej. Chce masowego rozstrzeliwania ujętych członków ruchu oporu. Karze mają podlegać mężczyźni w wieku od szesnastu do sześćdziesięciu lat.

Oświadcza ponadto, że „na ulicach Krakowa należy rozstrzeliwać codziennie 50 Polaków, którym w 60 procentach udowodniono popełnienie jakiegokolwiek zbrodniczego czynu”11.

Manifestacja przedwyborcza gdańskiej NSDAP, SS-Brigadeführer Koppe pierwszy z prawej (1938/1939)©Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Dzieciństwo w Polsce

Kiedy Koppe kieruje aparatem policyjnym w Kraju Warty, jego żona Käthe i dzieci mieszkają już w Poznaniu. Przyjeżdżają pod koniec 1939 roku. Ursula ma trzynaście lat, a Manfred niecałe dziewięć. W Polsce spędzą prawie sześć lat życia.

Käthe jest bardzo zżyta z dziećmi, inaczej niż Wilhelm, którego ciągle nie ma.

Prowadzą dostatnie życie, w okazałej willi, przed którą pozują na pamiątkowych zdjęciach. Kiedy Wilhelm Koppe obejmie urząd w Krakowie, żona i dzieci pozostaną w Poznaniu.

Dzisiaj Alexandra i Beatrix, córki Ursuli, zastanawiają się, ile ich matka wiedziała o zbrodniach w Polsce. Czy miała świadomość tego, co się wokół niej dzieje? Czy dokonywało się to na jej oczach?

A babcia Käthe, żona Wilhelma? – Do końca życia pozostała pogodną i kochaną osobą. Nie sprawiała wrażenia, że nosi w sobie jakiś balast – mówi Beatrix, która dopiero od nas dowiaduje się o krakowskim zamachu na dziadka.

Nikt z rodziny nie opowiada Beatrix i Alexandrze o latach spędzonych w Poznaniu. Nikt nie reaguje na ich pytania o przeszłość. Ta miała odejść w zapomnienie. 

Drugie życie

Nowe życie Koppowie rozpoczną jeszcze przed kapitulacją Niemiec. Już w kwietniu 1945 roku Wilhelm Koppe zabiega o nową tożsamość dla siebie i swojej rodziny. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych Rzeszy załatwia papiery na panieńskie nazwisko żony – Lohmann. Ze zmienioną datą i miejscem urodzenia. Nie tylko Wilhelma, także jego syna. 

Käthe podaje inne nazwisko panieńskie – Jünemann. Później deklaruje zaginięcie męża.

Dowód osobisty W. Koppego wydany na nazwisko Lohmann ©Landesarchiv NRW.

Rodzina rozpoczyna grę w ukrywanie się. Po wojnie zamieszkuje pod Hanowerem, w rodzinnych stronach Wilhelma. Żona z dziećmi zajmują wiejskie gospodarstwo w Hüpede, Wilhelm – 15 kilometrów dalej, w Hotteln. Udają, że nic ich nie łączy.

Wilhelm wraca do handlu. Najpierw w Hanowerze i Stuttgarcie, potem w Bonn. Kiedy zaczynają czuć się pewniej, przeprowadzają się do ówczesnej stolicy Niemiec. Käthe melduje się najpierw bez męża.

Jest rok 1952. Koppe-Lohmann zaczyna pracować w fabryce czekolady Trumpf w Akwizgranie. Jest przedstawicielem handlowym. Powoli pnie się po szczeblach kariery. Osiem lat później jest już dyrektorem fabryki.

Wnuczki Koppego wspominają, że ich wuj Manfred był zaprzyjaźniony z późniejszym dyrektorem zakładu, Berndem Monheimem.

Koppe zezna jakiś czas potem, że o jego karierze w SS nie wiedział po wojnie żaden z pracodawców ani współpracowników12. Unikał – jak powie – rozpoznania go jako byłego dowódcy SS.

Może dlatego nie jest tak wylewny w kontaktach z sąsiadami. Podczas gdy jego żona chwali się naokoło, że do kręgu jej znajomych należy bardzo dużo arystokratów, Wilhelm jest w oczach sąsiadów „bardzo ostrożny” i „powściągliwy”. Przez cały tydzień jest w podróży i wraca w soboty, by w poniedziałek znowu wyjechać. Niedziele spędza przeważnie w swoim mieszkaniu13.

W kręgi arystokracji wejdą dzięki córce Ursuli – sekretarce w Ministerstwie Obrony, która poślubia barona, oficera Bundeswehry. Ich zaślubiny w małym ewangelickim kościele w Bonn są wielkim wydarzeniem. To pierwszy ślub w RFN z honorami wojskowymi14.

Kilka lat później kończy się spokojne życie Wilhelma Lohmanna. Niemiecka policja wpada na trop byłego wyższego dowódcy SS i policji. Aresztuje go w styczniu 1960 roku. Nawet wtedy Koppe próbuje udawać kogoś innego, a w drodze na komisariat złości się, że nie wyemigrował w porę.

Prawie dwa lata i trzy miesiące Koppe spędza w areszcie śledczym.

W kwietniu 1962 roku wychodzi za kaucją. Pięćdziesiąt tysięcy marek zapłaci jeden z banków.

Winny mordowania

Kiedy dziadek siedzi w areszcie, na świat przychodzi jego pierwsza wnuczka. Dziś Beatrix nie wie, jak rodzina usprawiedliwiała długą nieobecność Wilhelma, bo nawet po latach sprawa była przemilczana.

Jej i Alexandry pytania pozostają bez odpowiedzi. A przecież babcia, matka i wujek muszą wiedzieć o zarzutach pod adresem Koppego.

Syn Manfred, adwokat, zna każde pismo. Po aresztowaniu ojca zajmuje się jego obroną i gromadzi dowody niewinności. Dociera nawet do obrońców przebywającego w izraelskim areszcie Adolfa Eichmanna. Chce się dowiedzieć, czy Koppe jest odpowiedzialny za obóz zagłady Kulmhof w Chełmnie nad Nerem. Obrońcy Eichmanna odpowiadają, że nie wynika to z zebranego materiału.

Heinz Reinefarth, który w Kraju Warty objął stanowisko po Koppem, napisze oświadczenie, że wyższy dowódca SS i policji „pełnił tylko funkcje reprezentacyjne”15. 

We wrześniu 1964 roku prokuratura w Bonn ma już zeznania 205 świadków i gotowy akt oskarżenia. Na 348 stronach oskarża Koppego o współudział w mordowaniu i podżeganie do zabójstwa.

Przypisuje mu między innymi współudział w morderstwie 1558 chorych w KL Soldau w Działdowie w 1940 roku. Organizatorom akcji Koppe wynajął podległe mu „kommando Lange”, a na koniec zażądał zapłaty dziesięciu marek za każdego zamordowanego jako zwrot kosztów za wynajęcie.

W latach 1940–1943 uczestniczył w morderstwie 145 tysięcy osób w obozie zagłady Kulmhof – czytamy w akcie oskarżenia. W czasie służby w Krakowie w 1944 roku podżegał do mordowania Polaków i chciał odpowiedzialności zbiorowej.

W akcie oskarżenia brakuje Tuchorzy. Śledczym nie udaje się zebrać wystarczających dowodów, by przypisać rozkaz egzekucji Koppemu16.

Nieosądzony

Do rozprawy jednak nigdy nie dojdzie. Koppe nie odpowie za zbrodnie popełnione w Polsce. Jest zbyt chory – zaświadczają lekarze. Choć jeszcze w połowie 1961 roku twierdzili co innego.

Różni eksperci poświadczają, że w ciągu kilku lat stan oskarżonego się pogorszył i nie ma on zdolności procesowej. Koppe miał cierpieć na miażdżycę, nadciśnienie, niewydolność serca i przez większość dnia być przykuty do łóżka17.

Widok, który roztaczał się za domem W. Koppego ©K. Domagała-Pereira (DW).

25 sierpnia 1966 roku prokuratura w Bonn zawiesza postępowanie. Unieważnia nakaz aresztowania i decyzję o pozbawieniu wolności. Nie otwiera procesu.

Ostatnie lata swojego życia Koppe spędza w mieszkaniu nad Renem. Upaja się widokiem Siedmiogórza z ruinami średniowiecznego zamku. Były generał SS i policji umiera 2 lipca 1975 roku. Ma wtedy siedemdziesiąt dziewięć lat.

Jego wnuczki pamiętają te ostatnie lata. Bywały w Bonn, w skromnym mieszkaniu nieopodal Renu. Przypominają sobie dziadka siedzącego w fotelu. Miał kłopoty z chodzeniem, podpierał się laską.

Przyrodni brat Alexandry i Beatrix, starszy od nich o kilka lat Bernhard, zapamięta Koppego jako „sympatycznego człowieka”, „lubianego w rodzinie”. I on, „przyszywany wnuk”, miał z nim dobre relacje. Dziś mówi, że to typowe dla wielu nazistowskich zbrodniarzy, którzy byli troskliwymi rodzicami, ale w czasie wojny czynili zło.

Kiedy od swoich sióstr dowiaduje się o przeszłości Wilhelma, jest zszokowany. Mówi, że to trudna do zniesienia prawda i „najgorszy rozdział w historii tej rodziny”. I on w młodości nie zadał żadnych pytań. Z niewiedzy.

Niezadane pytania

Czterdzieści dziewięć pytań do byłego generała SS i policji ma jednak Krzysztof Kąkolewski (patrz s. 121-135). Polski reporter pracuje nad książką Co u pana słychać? Chce spotkać człowieka, który „całą wojnę spędził w Polsce, poświęcając każdą chwilę jej zniszczeniu”18. W Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce Koppe ma jeden z najdłuższych rejestrów. Kąkolewski przyjeżdża jednak za późno. Od Manfreda dowiaduje się o śmierci ojca.

Próbuje porozmawiać z synem. Przez telefon dopytuje go o zmianę naz­wiska i obronę Koppego. Manfred kłamie. Mówi, że zmienił nazwisko, żeby nie mieć nic wspólnego z ojcem. Tłumaczy, że bronił go tylko jako syn, a od chwili, gdy umarł, nie chce mieć z nim nic wspólnego.

Spoczywają jednak w tym samym grobie. Wnuczki tłumaczą, że mogła to być decyzja ich matki. I ona pod koniec życia często wspomina o rodzinnej kwaterze.

Koppe i jego syn nie mieli najlepszych relacji, ale nie byli też wrogami – dopowiadają wnuczki. – Nie na tyle, by nie bywać u siebie na urodzinach.

Kąkolewski nie wie wtedy, że Manfred Lohmann należy do prawników, którzy w latach sześćdziesiątych aktywnie lobbowali na rzecz amnestii dla nazistowskich oprawców. To dzięki nim udaje się w podstępny sposób uchwalić przepisy, na mocy których dokonane w czasie wojny czyny określone jako pomocnictwo w morderstwie uległy przedawnieniu w maju 1968 roku.

Alexandra i Beatrix dobrze pamiętają wujka: znany prawnik, przystojny, miły, z poczuciem humoru i powodzeniem u kobiet. Żeni się jednak późno, a małżeństwo się rozpada. Jest człowiekiem sukcesu, dyrektorem Niemieckiej Agencji Rozwoju.

Z czasem Manfred staje się „trudny”. Rozwijają się u niego zaburzenia psychiczne. W wieku pięćdziesięciu sześciu lat umiera w szpitalu psychiatrycznym, a okoliczności jego śmierci nie zostają do końca wyjaśnione. Dużo przesłanek wskazuje jednak na to, że odebrał sobie życie, zażywając tabletki.

Czy jego śmierć miała związek z obroną ojca?

Ucieczka w zapomnienie

Wiele z tego, co mówią Alexandra i Beatrix, to przypuszczenia, hipotezy i rozmyte wspomnienia. W rodzinie nie było rozmów o przeszłości. Ich pytania pozostały bez odpowiedzi, a sytuacje, które mogły prowadzić do wyjaśnień, kończyły się w ślepej uliczce. Jak ta, kiedy matka pokazała im artykuł w jakimś ilustrowanym czasopiśmie. Obszerna relacja ze zdjęciami, a na nich rodzina przy długim stole, chyba wesele Ursuli z baronem. Tytuł wskazuje na dziadka – „kata z Poznania”, „krwawego rzeźnika”. – Mama zareagowała wtedy bardzo emocjonalnie, nie można z nią było dalej rozmawiać – mówi Beatrix Hofmann.

Alexandra przypomina sobie odwiedziny u matki w Monachium kilkanaście lat temu. – Wróciłam wieczorem do domu, a ona płakała przed telewizorem. Oglądała film o Holokauście. I płakała nie dlatego, że był to smutny film, ale było w tym coś więcej. Próbowałam z nią rozmawiać, ona jednak ciągle powtarzała: „jakie to było straszne” – opowiada Alexandra.

Córka nie wie wtedy, że to jedna z ostatnich okazji do rozmowy z mamą. Niebawem Ursula zapadnie na demencję, a Alexandra i Beatrix zaczną się zastanawiać, czy jej choroba ma związek z przeszłością. Czy jest ucieczką w zapomnienie?

Córkom trudno sobie wyobrazić wewnętrzny konflikt, jaki musiała przeżywać ich matka, jeśli dopuszczała do siebie myśl o zbrodniach popełnionych przez własnego ojca. Swojemu zięciowi zwierzyła się kiedyś, że o wielu rzeczach po prostu nie wiedziała. – Szukała bardziej usprawiedliwienia – uważa Alexandra. 

Ma też żal do ojca, że milczał. Nazistowska przeszłość teścia kładła się cieniem na jego karierze. W innych warunkach mógł szybciej zostać generałem Bundeswehry i zyskać drugi stopień generalski. – Z uwag, że dziadek też jest generałem, się wyśmiewał – przypomina sobie Alexandra. Czy rozmawiał z teściem o wojnie, aresztowaniu i śledztwie? Raczej nie chciał otwierać beczki z prochem.

Alexandra i Beatrix tę beczkę otwierają. Pomaga im w tym mąż Beatrix, zainteresowany historią. Rozmawiają ze swoimi dziećmi o trudnym dziedzictwie. Burzą mur milczenia, który postawili rodzice.

Ursula zmarła w 2017 roku. Alexandra i Beatrix zlikwidowały jej mieszkanie, spakowały rodzinne pamiątki. Zaczęły porządkować te rzeczy. Tak jak rodzinną historię.

Głowy […] ofiar wrzucano do koszy,

jak gdyby buraki lub brukiew,

i wożono na III piętro do macerowni.

Tutaj zostały one spreparowane,

a później zużyto je w tutejszym

Zakładzie Anatomii, gdzie się niektóre

do tego czasu znajdują, lub też wysłano je

do różnych uniwersytetów w Niemczech.

HERMANN VOSS

„Czaszki Polaków i Żydów oferuję po umówionej cenie”

Aneta Wawrzyńczak

Pamiątka po ojcu

Połowa sierpnia 2017 roku. Marei Drassdo, nauczycielka literatury i działaczka organizacji na rzecz przywracania pamięci jeńców z obozu w Leonbergu, wiezie do Poznania w bagażniku dwie zapakowane w kartonowe pudło czaszki. Wcześniej przez ponad rok korespondowała z Jarosławem Burchardtem, poznańskim historykiem i dziennikarzem.

Burchardt: – Gdy wybuchła wojna, tata Marei został powołany do Wehrmachtu, a ponieważ miał już na koncie rok czy dwa medycyny, został skierowany do Poznania, żeby skończył medycynę wojskową. Był tu przez półtora roku.

Jak ojciec Drassdo wszedł w posiadanie czaszek? Mógł je kupić lub wygrać, prof. Voss organizował konkursy wiedzy dla studentów, w jednym z nich, jak sam odnotował, trafiła się „wyjątkowo ładna czaszka”.

Marei wie właściwie tylko tyle, że czaszki były u niej od zawsze, razem z nimi przeprowadzali się do kolejnych domów, stały między książkami, na honorowym miejscu. Przyzwyczaiła się do nich, traktowała je najpierw, będąc dzieckiem, jak normalny element wystroju, później, po śmierci ojca, jako pamiątkę. Ale w końcu Jarosław Burchardt pisze wprost: „Sama zajmujesz się obozami jeńców wojennych w swojej miejscowości, pomagasz szukać rodzin, przekazywać szczątki i pamiątki. To jest taka sama sytuacja, ktoś z rodzin tych ludzi może żyje i do dzisiaj nie wie, co się stało, czy jest gdzieś pogrzebany. Może to są właśnie takie szczątki?”.

To próbują ustalić eksperci z Pracowni Antropologii i Odontologii Zakładu Medycyny Sądowej w Poznaniu, przede wszystkim doktor nauk biologicznych Dorota Lorkiewicz-Muszyńska. Zanim się spotkamy, wita mnie tablica z łacińską sentencją: Hic mors gaudet succurrere vitae et iustitiae („Tutaj śmierć cieszy się, że może pomóc życiu i sprawiedliwości”).

Gdy rozmawiamy, dr Lorkiewicz-Muszyńska wyciąga z szafy w przedsionku gabinetu duże kartonowe pudło, otwiera je na biurku, wprawnym ruchem odgarnia warstwy gazet. Wyjmuje dwie czaszki – mają powpinane zapięcia i haczyki, żuchwę na sprężynach. Przygotowano je tak, by studenci anatomii mogli się czegoś nauczyć.

Udało się ustalić, że ofiarami byli mężczyźni, młodszy w wieku dwudziestu-dwudziestu trzech lat, starszy – trzydziestu-trzydziestu pięciu.

– Czaszki mają swoje wyraziste cechy w zakresie proporcji, kształtu twarzy, poszczególnych elementów morfologicznych, czyli są w jakiś sposób charakterystyczne. Być może to ułatwi ich identyfikację – mówi biolożka. – Wtedy ktoś będzie mógł odnaleźć swojego krewnego, który zamiast spoczywać w grobie, był eksponatem albo służył do nauki studentom – dodaje Jarosław Burchardt.

Marei Drassdo, chociaż również na to czeka, woli nie rozmawiać.

„Obawiam się, że nie mam nic do powiedzenia na temat Hermanna Vossa. Gdybym wiedziała cokolwiek, już bym o tym wspomniała w wywiadzie dla Radia Poznań” – odpisuje, gdy proszę o kontakt. Wyjaśnia tylko, że nie wie, skąd ojciec wziął czaszki, nigdy go nie zapytała o ich pochodzenie.

„Czaszki Polaków i Żydów oferuję po umówionej cenie”

16 listopada 1945 roku, Poznań. Główna Komisja Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce. Zeznaje Michał Woroch, laborant w Zakładzie Medycyny Sądowej z Poznaniu:

„Zawołano nas do piwnicy, gdzie – przed piecem – [komisarz] Lange oznajmił nam, że będziemy zatrudnieni obecnie przy paleniu zwłok, dostarczonych przez Gestapo. Zobowiązano nas do przestrzegania bezwzględnej tajemnicy, grożąc – jeśli piśniemy słowo o tym, co tu robimy – spaleniem w tymże piecu.

Od tego czasu przywożono zwłoki Polaków, początkowo pojedyncze, później coraz więcej. Były to z początku zwłoki rozstrzelanych, później ściętych w więzieniu przy ul. Młyńskiej mocą wyroku sądowego. Widać było pośpiech czy niedbałość w ścinaniu, gdyż cięto niekiedy w poprzek głowy czy nawet na ukos przez pierś”19.

Czaszki przywiezione do Zakładu Medycyny Sądowej w Poznaniu ©A. Wawrzyńczak (WP).

Józef Jedynkiewicz, pracownik Instytutu Anatomii Opisowej w Poznaniu, tego samego dnia napisze o zwłokach bez głów:

„Głowy […] ofiar wrzucano do koszy, jak gdyby buraki lub brukiew, i wożono na III piętro do macerowni. Tutaj zostały one spreparowane, a później zużyto je w tutejszym Zakładzie Anatomii, gdzie się niektóre do tego czasu znajdują, lub też wysłano je do różnych uniwersytetów w Niemczech.

Przez cały czas okupacji niemieckiej używano tutaj do celów naukowych zwłok skazańców polskich, a działo się to za zgodą i na zarządzenie ówczesnego kierownika Zakładu Anatomii prof. Hermanna Vossa”20.

Taki nazista, że do rany przyłóż

Bardzo porządny człowiek, ciekawy świata, kulturalny, rodzinny – tak pewnie mówili o Hermannie Vossie, profesorze anatomii i histologii, blis­cy, znajomi, sąsiedzi. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że był ciekawą osobą. Dużo czytał, interesował się malarstwem, grał w palanta, szachy i na fortepianie (szczególnie chętnie Bacha). Do języków też go ciągnęło, jak sam to ujął, ich „podbój zawsze sprawia dużo przyjemności”. Samodzielnie uczył się rosyjskiego i łaciny. Z nastoletnim synem studiował z kolei grekę i sanskryt.

Taki wyłania się Voss z pamiętnika, który prowadził w latach 1932–1942. Zeszytów było z pewnością więcej, ale tylko ten jeden się zachował. Odnalazł go w szufladzie biurka inny anatom, prof. Stefan Różycki, gdy został szefem Zakładu Anatomii „w pierwszych dniach odbudowy Uniwersytetu Poznańskiego w lutym 1945 r.”21.

Hermann Voss na zdjęciu z 1952 r.©Archiv Friedrich Schiller – Universität Jena.

O Vossie wiemy, że urodził się 13 października 1894 roku w Berlinie, jako syn dzierżawcy majątku. Studiuje medycynę w Monachium, Heidelbergu i Rostocku (doktorat w 1919, habilitacja w 1923). Półtora roku I wojny światowej spędza w lazarecie na froncie zachodnim, służy jako lekarz polowy, później dostaje pracę na Uniwersytecie w Lipsku.

Żonaty z Evą, bardzo rodzinny. Szczególną czułość wzbudza w nim córka Sabine (ur. 1933). W pamiętniku się rozpływa: „jest słodka”, „bardzo żywa i ruchliwa”, „ze swoimi jasnymi blond, prawie białymi włosami i niebieskimi oczami wygląda po prostu wspaniale”22. Woła na nią „Bindi”, przywozi jej kasztany z wycieczek rowerowych i poleruje bursztyny, z których robi dla niej naszyjnik. O żonę też dba. Kupuje jej pod choinkę srebrną cukiernicę i dzbanek na śmietankę. Gdy Eva rodzi Bindi, mąż przynosi jej bukiet goździków i odrobinę słodkości. Zupełnie bez okazji obdarowuje ją rowerem marki Adler. Nie miga się od obowiązków domowych: codziennie z rana pastuje trzy pokoje i czyści buty, a po południu spędza z córką sam na sam godzinę, „żeby żona mogła odpocząć”.

W pracy ambitny. Uważa, że „ciało przemija, ale dzieła człowieka – nawet jeśli nieznaczące – pozostają”. Prowadzi wykłady, zajęcia ze studentami z preparacji i własne badania nad mięśniami ludzkimi, pisze prace naukowe, eksperymentuje.

11 czerwca 1934 roku każe wstrzyknąć nieżywemu kotu chloramin.

„To nowy środek dezynfekujący, który chcę wypróbować do konserwowania zwłok” – notuje nazajutrz. „Musimy teraz jeszcze odczekać, aby zobaczyć, czy konserwuje także na dłużej. Dopiero potem wypróbujemy go na ludzkim organie”.

Czasem wychodzi z niego malkontent. Zimą narzeka na zimno, śnieg i katar, latem na upały, utyskuje na niedobór studentów i biurokrację, a w czasie wojny – na siedzenie w piwnicy (podczas bombardowań Lipska) albo koszmarne warty w lazarecie.

No i z miesiąca na miesiąc coraz mocniej wierzy w nazizm.

„Mama”, „tata”, „Heil Hitler!”

23 czerwca 1935 roku Voss notuje: „Nasza córka rozwija się teraz fizycznie i duchowo. Przedwczoraj rano przyszła do mnie do łóżka. Dorwała leżącą na stoliku nocnym jej mamy książkę o papieżach i ją kartkowała. Widząc jeden z obrazków, na którym przedstawiony był papież z uniesioną ręką, powiedziała: »Heil Hitler!«”.

Oprócz pozdrowienia dla wodza Trzeciej Rzeszy dwuletnia Sabine potrafi też powiedzieć: „mama”, „tata”, „nie”, „piłka”.

Jej ojciec jest zachwycony Führerem, szczególnie jego przemówieniem w Berlinie 10 lutego 1933 roku. 18 sierpnia 1938 roku sam pisze o wojnie, że jest „straszna i przerażająca”, ale i ma w sobie dużo błogosławieństwa. Choć to, że kobiety i dzieci w niej giną, błogosławieństwem nie jest. Gdy natomiast wojna wybucha, wiwatuje. 8 września 1939 roku przeżywa drugie za swojego życia zdobycie Warszawy przez wojska niemieckie. Finis Poloniae – notuje 17 września.

Nie wie wtedy jeszcze, że kilka lat swojego życia spędzi właśnie w okupowanej Polsce, jako rektor Katedry Anatomii Zwyczajnej w Poznaniu. Propozycję pracy przyjmuje skwapliwie, dokładnie wyliczył, jak się dzięki niej wzbogaci. Osiem marek rekompensaty za każdy dzień rozłąki z rodziną w zupełności wystarczy na bieżące potrzeby, honorarium z tytułu pracy właściwie nie musi ruszać. Cieszy się z tego, bo jest bardzo oszczędny, skrupulatnie podlicza na przykład, ile oszczędza na rzucaniu palenia czy dojazdach do pracy rowerem zamiast tramwajem.

Cieszy się też nowym miejscem pracy i zamieszkania, miasto mu się podoba, a jedzenie jest nawet „o wiele lepsze niż w starej Rzeszy”. Poznań właściwie ma jedną, acz istotną skazę.

„Tylko Polaków nie powinno tu być. Wtedy byłoby bardzo pięknie”.

To nie tylko jego marzenie. Sposób na pozbycie się Polaków Niemcy znajdują szybko.

Zmartwienie preparatora: piec krematoryjny się rozpada

W piwnicach poznańskiego Instytutu Anatomii jest piec krematoryjny. Wcześniej służył do „spalania części ciała pozostałych z ćwiczeń z preparowania”, w tamtym czasie jednak spopiela się już właściwie wyłącznie zwłoki pomordowanych przez tajną policję Polaków. Voss ogląda go zaciekawiony. Nad popiołami czterech straconych przebiega mu przez głowę myśl: „Jak niewiele zostaje z człowieka, gdy spalone zostaną organy”. Odnotowuje też, że „spojrzenie na taki piec ma w sobie coś bardzo uspokajającego”. Tym bardziej że „obecnie Polacy stali się bardzo złośliwi i na skutek tego nasz piec ma wiele pracy”. Tylko tego samego dnia, jak relacjonuje, stracono ich pięciu, byli oskarżeni o „wspólne dokonanie mordu”.

Voss pisze dalej: „Gdyby można było obrócić w popiół całe polskie społeczeństwo! Polski naród musi zostać wypleniony, inaczej na Wschodzie nie będzie spokoju”. Zauważa przy tym: „Przy takiej masowej pracy nasz piec z pewnością niebawem zastrajkuje, ponieważ już jest nieco kruchy”.

Zamawia więc nowy. Z czerwonej cegły, opasany dwukrotnie żelaznymi obręczami.

Ponad trzy lata później, w listopadzie 1945 roku, oględzin pieca dokonują prokurator Jonasik, obywatel Szymański i mgr Kaczmarek w ramach prac Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce. Ustalają, że ciała palono w nim „za pomocą 2 palników gazowych, umieszczanych u góry paleniska”, w palenisku zaś można było ułożyć „do 7 zwłok”. Z kolei „obok pieca, w ścianie po lewej stronie, znajduje się skrytka, opatrzona żelaznymi drzwiami, przeznaczona na popiół ze spalonych zwłok”, którą „wypróżniano dwukrotnie, wywożąc za każdym razem po trzy platformy popiołu ze spalonych wówczas około 6 tysięcy zwłok pomordowanych przez Niemców ofiar polskich i żydowskich”23.

Krematorium ogląda też Feliks Jankowiak, pracownik poznańskich wodociągów, który do Instytutu zostaje wezwany po raz pierwszy jesienią 1944 roku, gdy laborant Vossa traci przytomność po wypiciu wody z kranu. O swojej wizycie opowiada tak:

„Przy wejściu uderzył mnie mdły, trudny do zniesienia zapach. Rozglądałem się po makabrycznym otoczeniu. Pod ścianami stały duże stalowe kadzie, podgrzewane od spodu palnikami gazowymi. Bulgotała w nich jakaś ciemna ciecz. Obsługa, ubrana w gumowe buty, fartuchy i rękawice mieszała w nich długimi mieszadłami. Tu i tam wystawały na[d] powierzchnię kadzi ręce, nogi i głowy ludzkie”24.

Jankowiak na miejscu jest również w lutym 1945 roku, gdy Vossa już nie ma:

„Znalazłem się w pomieszczeniu, gdzie stała gilotyna i przemyślne urządzenie do zbiorowego wieszania ludzi. W otwartej dużej skrzyni leżały jeszcze na mrozie nagie ciała ostatnio powieszonych mężczyzn, których nie zdążono dostarczyć do Anatomicum” – zeznaje przed komisją. Przyznaje też, że pomyślał wtedy, iż Voss nie dostanie tych „preparatów” do swojego naukowego zakładu. „Pewnie byłby tym zmartwiony”25.

Od końca października 1941 roku bowiem, na mocy zawartej trzy miesiące wcześniej umowy z Gestapo, do krematorium Instytutu Anatomii Reichsuniversität Posen mają trafiać ciała wszystkich straconych w Poznaniu i okolicach celem poddania ich sekcji i maceracji. 31 października Voss odnotowuje: „Jutro odbędzie się egzekucja 11 Polaków, z których ja dostanę 5, a pozostałych się spali”.

Odtąd zwłoki przyjeżdżają regularnie, głównie z kazamatów przy Młyńskiej 1 (większość z około 1400 przetrzymywanych tam więźniów kończy życie na gilotynie), ciała dostarczane są również z Fortu VII, czyli KL Posen, i obozu karno-śledczego w Żabikowie.

Po obróbce dokonywanej przez Vossa i jego asystentów zostają z nich prochy, a jedynie z niektórych – kości. W tych ostatnich oszczędny Voss dostrzega szansę na dodatkowy zarobek.

Czaszki z Wiednia

12 lutego 1998 roku do attaché kulturalnego Ambasady RP w Austrii przychodzi list. Pisze dr Maria Teschler-Nicola, kierownik Wydziału Biologii Archeologicznej i Antropologii Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu:

„Zwróciliśmy uwagę na to, że w naszych zbiorach pod numerami inwentaryzacyjnymi 20.562–20.576 znajdują się czaszki Polaków, które zakupione zostały od Uniwersytetu Rzeszy w Poznaniu. Nie chodzi tutaj o zwłoki anatomiczne, lecz o pozostałości szkieletów straconych polskich działaczy ruchu oporu”26.

Z zachowanych dokumentów wynika, że jako pierwszy z ofertą współpracy wystąpił dr Josef Wastl, dyrektor działu antropologicznego wiedeńskiego muzeum. Jak uzasadniał: „Ponieważ brakuje nam różnych typów polskich, posiadanie takich czaszek byłoby bardzo cenne dla naszej wystawy”. Wastl potrzebował ich sporo, „im więcej, tym lepiej”. Zapewniał: „Zapłacimy zaproponowaną przez Państwa cenę i pokryjemy również koszty przesyłki. Heil Hitler”27.

W imieniu Instytutu Anatomii kontakt z nim nawiązuje dr Gustav von Hirschheydt, naczelny preparator Vossa. Kontraktu nie doprowadza do końca. Umiera na tyfus, archiwa podają, że najprawdopodobniej zaraził się przy pracy nad zwłokami pozabijanych Żydów. Negocjacje przejmuje więc osobiście Voss. I jak to on, jest w tym bardzo skrupulatny. W korespondencji z Wastlem dopytuje chociażby, czy muzeum życzy sobie czaszki „z przymocowaną dolną szczęką, czy luzem?”28.

Czaszki Voss wycenia na dwadzieścia pięć reichsmarek za sztukę.

To tyle, ile w 1938 roku zarabiał na wynajęciu garażu w swoim domu. Prawie dwa razy więcej, niż wydał na leki na zapalenie ucha córki i początki gruźlicy u żony. I niemal dwa razy mniej, niż zapłacił za jedenastotygodniowego szorstkowłosego teriera dla córki.

W ramach umowy wiedeńskie muzeum otrzymuje: dwadzieścia dziewięć czaszek żydowskich, dwadzieścia pięć masek pośmiertnych, cztery popiersia gipsowe, piętnaście czaszek polskich. Voss z kolei – zapewnienie, że „towary zostaną wystawione w specjalnej ekspozycji ze wskazaniem producenta”.

Według ustaleń historyków szczątki Polaków i Żydów, którymi handlował Voss, mogą do dzisiaj zalegać w magazynach uniwersytetów, muzeów i różnych instytutów w Królewcu, Wrocławiu, Hamburgu i Lipsku. W tych miastach Voss miał kontrahentów. Kilkanaście czaszek odnalazło się zresztą w Wiedniu w 1999 roku. Wróciły do Polski, bo „zostały zakupione w roku 1942 przez ówczesnego kierownika wydziału antropologicznego w okolicznościach godnych ubolewania”29.

Krzysztof Koleda z poznańskiego IPN mówi, że czytał setki zeznań więźniów obozów koncentracyjnych i świadków masowych egzekucji, widział setki zdjęć, kilka filmów – i pierwszy raz ma do czynienia „z taką sprawą”: „Kiedy po pięćdziesięciu latach okazuje się, że gdzieś w innej części Europy zachowały się szczątki osób, o których do tej pory myśleliśmy, że ich zwłoki zostały po prostu spalone, to jest właśnie nietypowa sprawa”30.

„Głos Wielkopolski” podaje, że zamówione od Vossa w latach czterdziestych czaszki „miały wzbogacić zbiory antropologiczne muzeum i stanowić materiał do badań nad rasą »podludzi«”. I że „w wyniku śledztwa przeprowadzonego przez Główną Komisję Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu sporządzono listę 38 nazwisk osób, wśród których znajdują się prawdopodobnie te, których czaszki przehandlowano do Wiednia”.

Zanim spoczęły w masowym grobie na poznańskim Cmentarzu Bohaterów Polskich na stokach Cytadeli, czaszki trafiły do Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. dra Jana Sehna w Krakowie. Pracował nad nimi prof. Kaczanowski, asystował mu Andrzej Czubak, antropolog sądowy. Na wspomnienie tamtej sprawy i obsesji Vossa na punkcie pieniędzy, Czubak cedzi: – No proszę, jaki wspaniały przedsiębiorca.

Swoją pracę nad „czaszkami od preparatora” Andrzej Czubak podsumowuje tak: – Zrobiłem superprojekcję [identyfikację zwłok na podstawie czaszki – przyp. red.], zgłaszali się ludzie, których bliscy zginęli w więzieniu przy Młyńskiej, wysyłali ich zdjęcia z przeszłości. Ale nie było żadnego dopasowania. Te ofiary pozostały bezimienne.

Za obrazę volksdeutschów na gilotynę

We wpisie z 17 kwietnia 1941 roku Voss ubolewa: „Nie rozumiem, dlaczego nie są podejmowane surowsze kroki w związku z obecną kumulacją polskich ataków na życie i majątek Niemców. Dlaczego nie zabija się za jednego zamordowanego Niemca stu lub jak dla mnie jeszcze więcej Polaków?”.

W Zielone Świątki pisze: „Uważam, że kwestię Polski należy rozpatrywać bez emocji, pod kątem czysto biologicznym. Musimy ich zniszczyć, bo inaczej oni zniszczą nas. Dlatego cieszę się z każdego Polaka, który już nie żyje”.

Nie ma albo nie zachowały się imienne listy straconych skazanych, „podludzi”, jak nazywał ich w swoim pamiętniku Voss. Wiadomo natomiast, że pod jego zarządem, między 1941 a 1944 rokiem, przez Instytut przeszło około pięciu tysięcy ciał, a „wyroki kary śmierci także za drobne przewinienia oraz przestępstwa polityczne doprowadziły w czasach narodowego socjalizmu do wzrostu liczby egzekucji, które z dzisiejszego punktu widzenia postrzegane są jako niesprawiedliwe”31.

Z rozmów z krewnymi prawdopodobnych ofiar i z zachowanych przez nich szczątkowych dokumentów wyłania się lista kolejnych zbrodni, za które Niemcy karali śmiercią. Ktoś został ścięty albo powieszony, bo „słuchał regularnie od września 1939 do sierpnia 1941 zagranicznych podburzających wiadomości” i dzielił się nimi z agentem, który rozpowszechniał je dalej. Ktoś inny „obraził ciężko trzech volksdeutschów, zarzucając im, że są winni wybuchu wojny, oraz groził im śmiercią”. Jedna z ofiar rzekomo „wspólnie ze straconym w międzyczasie mężem zaatakowała od tyłu niemiecką sekretarkę […], bijąc ją pięściami w plecy”. Inna została skazana „jako wróg ludu Rzeszy Niemieckiej”, zbrodnią było „fałszowanie dokumentów, które pomagały w nieprawnym przekroczeniu granicy Rzeszy”.

Stanisław Wojciechowski ustalił na przykład tyle, że jego „ojca głowa miała być wywieziona z Młyńskiej po zgilotynowaniu. Ale gość, który miał tę głowę wywieźć za bramę, dowiedział się o tym, że ta głowa została wywieziona do medycyny sądowej celem poddania pod badania”32.

Ryszard Banaszak, syn straconego w lutym 1942 roku nauczyciela: „To jest aż nie do wiary, żeby za czaszki jeszcze po ścięciu robić interes… Tak się posługiwali tymi czaszkami, jak, za przeproszeniem, sztuką mięsa czy czymś”33.

Wspomnienia Józefa Jedynkiewicza z 1945 roku: „Pierwszą ściętą kobietą, którą nam przywieziono, była niejaka Góralczykowa, lat około 30, a ścięto ją za to, że zastawiła się ręką przed razami, gdy ją w Urzędzie Pracy pewna Niemka obiła. Czyn ten wzięto jako podniesienie ręki na ową Niemkę, a za to przewidywana była tylko kara śmierci, którą też w tym samym dniu wykonano”34.

Z dala od domu Voss poświęca się pracy, ale życie rodzinne mu się nie układa. Jego syn Hermann Junior od małego jest słabowity. Umiera w maju 1939 roku. Ukochana Sabine również nie dożywa pełnoletności. W roku 1946 zabija ją gruźlica układu nerwowego.

Voss nie pozostawił więc nikogo, kto mógłby go dzisiaj wziąć w obronę. Albo przeciwnie: wytknąć go palcem, odwrócić się, wyrzec. Albo chociaż odziedziczyć jego dorobek. A ten jest spory, bo po wojnie na nazistowskiego preparatora czekała piękna, długa kariera wybitnego eksperta w swoim fachu. Stał się szanowanym naukowcem. I nawet po tym, jak mroczna strona jego działalności w Poznaniu wyszła na jaw, nigdy nie poniósł za to żadnej odpowiedzialności.

„Nie ważcie się z niego uczyć”

W styczniu 1945 roku preparator ucieka z Poznania do Borny. Przez ponad rok pracuje tam jako lekarz wolontariusz w miejskim szpitalu. I wspólnie z Robertem Herlingerem pisze dzieło życia.

Podręcznik anatomii, z którego uczą się kolejne pokolenia Niemców, Polaków i Hiszpanów, doczekał się siedemnastu wydań.

– Natychmiast po straceniu, nawet w chwili tracenia polskiej ofiary, pobierano krew, która była potem przedmiotem szczególnych badań – wyjaśnił w 1999 roku prof. Karol Marian Pospieszalski. – I na podstawie tych badań, które były prowadzone nad zwłokami polskimi, wydali podręcznik dla studentów. […] Nikt nie wiedział jeszcze wówczas, na jakich badaniach Hermann Voss swoje wyniki oparł.

Z podręcznika Vossa anatomii uczył się między innymi dr hab. Czesław Żaba, kierownik Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej w Poznaniu. Raczej ukradkiem, bo jego prodziekan, prof. Witold Woźniak, ostrzegał wyraźnie: niech nikt nie waży się tej książki przynosić.

– Mam ten podręcznik do dzisiaj, bo pomijając wszystko inne, to jest naprawdę dobra książka do anatomii, Voss był rzeczywiście skrupulatny – wyjaśnia dr hab. Żaba. – Ale prof. Woźniak powtarzał, że Voss eksperymentował na żywych ludziach, robił wiwisekcje, badał funkcjonowanie układu nerwowego na naszych patriotach.

Zdaniem dr. hab. Żaby preparowanie czaszek i szkieletów jeszcze można by jakoś wytłumaczyć, nikt wtedy nawet nie myślał o zgodach na oddawanie ciała do celów naukowych, po śmierci człowiek stawał się dobrem wspólnym, można z nim było zrobić, co się chciało. No i jak inaczej mieli się kształcić przyszli lekarze?

– Dzisiaj uczą się ze zdjęć, filmów i tego, co zostało z przeszłości, ale wtedy nie było innego wyjścia – mówi kierownik ZMS w Poznaniu. Dlatego podkreśla: – W zarzu­tach wobec Vossa chodzi nie tyle o preparowanie, ile o eksperymenty na żywych, które miał prowadzić.

– Ale na to nie ma żadnych dowodów, przynajmniej ja nie znalazłam – mówię.

– To proszę zauważyć, że nieetyczne, niegodne naukowca, jest też to, że on te szkielety i czaszki sprzedawał – odpowiada dr hab. Żaba.

O eksperymentach na żywych mówi także Jarosław Burchardt. – Prawdopodobnie w miejscach kaźni pozyskiwano ofiary do prac eksperymentalnych. Może już zastrzelone, powieszone, zgilotynowane, może jeszcze żywe – stwierdza historyk. – Voss był zatrudniony przez specjalne agendy Wehrmachtu i Luftwaffe, które w Poznaniu dokonywały eksperymentów, opracowywały na przykład specjalne kombinezony dla pilotów lotów wysokościowych, więźniów poddawano hipotermii w specjalnych basenach i komorach niskich ciśnień – wyjaśnia dalej. I dodaje: – To są informacje zasłyszane od prof. Woźniaka. I od starszych ludzi, którzy pracowali w Collegium Anatomicum.

Doktor hab. Żaba ma jednak wątpliwości, czy kiedykolwiek znalazłyby się na to twarde dowody: – Pytanie, czy są źródła, które to potwierdzą. Bo nie sądzę, żeby Voss się do tego kiedykolwiek przyznał.

Tylko cisza i spokój

Voss w istocie nie przyznaje się do tego „epizodu” swojej kariery w Theatrum anatomicum meum, krótkiej autobiografii, którą pisze w 1952 roku. Pracuje wtedy w Halle jako wykładowca i naczelny preparator. Opowiada swoje życie sucho, drobiazgowo, konkretnie, bez emocji. O „podludziach” tym razem nie wspomina.

Z Halle przenosi się do Jeny, przez dziesięć lat kieruje tam Instytutem Anatomii, później, w 1962 roku, przechodzi na emeryturę (dorabia sobie jeszcze na Uniwersytecie w Greifswaldzie). Jego wojenna przeszłość zaczyna budzić zainteresowanie dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych.

Ciemne rysy na życiorysie Vossa ujawnia niemiecki historyk i dziennikarz Götz Aly. Głos zabierają wówczas wszyscy, ale sam preparator ani nie potwierdza, ani nie zaprzecza autentyczności swojego pamiętnika.

O spotkanie z Vossem przez wiele lat zabiega dr hab. Teresa Wróblewska z Instytutu Pedagogiki Akademii Pomorskiej w Słupsku. Bada nazistowskie placówki akademickie na podbitych przez Trzecią Rzeszę terenach. „Nie życzył sobie spotkania ze mną, uciekał po prostu – inaczej mówiąc, obawiał się – ale nie wiem czego?” – zapisuje.

Próby nawiązania kontaktu z preparatorem przynoszą jej więcej szkody niż pożytku. W liście do kolegi wyznawała: „Po powrocie do kraju miewałam kłopoty, otóż byłam przesłuchiwana przez władze miasta, SB i pytano mnie: dlaczego tak uparcie poszukuję prof. Vossa, czy zależy mi na poróżnieniu NRD z Polską? Itp.”35.

Tylko raz dr Wróblewskiej udaje się nawiązać kontakt z preparatorem. W poznańskim Instytucie Zachodnim zachował się oryginał listu z lipca 1978 roku:

„Szanowna Pani Dr Wróblewska!

W odpowiedzi na Pani list z 27 czerwca informuję Panią, że nie mam »wspomnień« z Poznania. Aby przekonać Panią, że nie wszyscy profesorowie »Reichsuniversität« byli wrogo nastawieni do Polski, przesyłam świadectwo mojego byłego preparatora Piotra MIKLEJEWSKIEGO.

Mam 83 lata i nie potrzebuję nic oprócz ciszy i spokoju.

Z najlepszymi pozdrowieniami,

Prof. Dr H. Voss”36.

Rok później preparator z wojennego Poznania kończy karierę naukową i przeprowadza się do Hamburga. Tam 19 stycznia 1987 roku umiera w wieku dziewięćdziesięciu trzech lat.

Trzask bladych polskich kości

Andrzej Czubak z Instytutu im. prof. dra Sehna w Krakowie, podsumowując działalność preparacyjną Vossa, najpierw mówi krótko: – Powinno się go było powiesić. I dodaje: – Ci ludzie byli zabijani za drobne przewinienia, a czasami nawet nic nie zrobili, po prostu zawijało się człowieka w czasie łapanki i zostawał stracony. Może celowo wybierano tych, którzy mieli „ciekawą” twarz? Tego się już nigdy nie dowiemy.

Dr Karol Górski, germanista z Poznania, najpierw zastrzega, że – pozornie – w kategorii zła wyrządzonego przez niemieckich nazistów Voss nie był w pierwszej lidze. – Ale o wszystkim decydują jego prawdziwe intencje: czy on się z tym identyfikował, robił to z afirmacji nazizmu, czy też uważał, że został uwikłany i chcąc nie chcąc musiał, jako humanista i człowiek oddany nauce, biedzić się z tymi ofiarami, wobec których odczuwał empatię, a czaszki i szkielety zachowywał dla dobra nauki. Jeśli to wynikało z uwiedzenia nazizmem, to absolutnie zasługuje na ostateczne potępienie.

Już po naszym spotkaniu dr Górski pisze: „Wpisy Hermanna Vossa do dziennika są haniebne i nic nie jest w stanie wytłumaczyć jego działań, [prowadzonych] jakoby dla dobra nauki”.

Usprawiedliwienia dla Vossa nie znalazł też prof. Karol Marian Pospieszalski: „Hermann Voss jako członek niemieckiego społeczeństwa był, można by powiedzieć, jednostką pozytywną, był dobrym ojcem rodziny, dobrym mężem, był dobrym naukowcem. A z drugiej strony trzeba stwierdzić, że był człowiekiem pozbawionym wyższych uczuć”37.

Z pamiętnika Vossa z nocy sylwestrowej 1941 roku: „Dzisiaj po obiedzie siedziałem przez godzinę, wystawiając się na zimowe słońce. Na prawo i lewo ode mnie suszyły się blade polskie kości, które od czasu do czasu wydawały suchy, lekki trzask”.

...Honiok, wleczony z samochodu

pod budynek radiostacji,

sprawiał wrażenie zamroczonego, ale żył.

Nie krwawił.

Tymczasem później leżał w kałuży krwi.

Alfred Naujocks

Pierwsza zbrodnia II wojny. Alfred Naujocks i prowokacja gliwicka

Elżbieta Stasik

– Zakola miał takie jak dziadek – pani Maria uważnie przygląda się zdjęciu. Nic bardziej osobistego o Franciszku już nie powie. Jakby nie było potrzeby. Jakby po długiej nieobecności wrócił do rodziny, z której wyrwano go osiemdziesiąt lat wcześniej.

Porwanie

W porze obiadowej 30 sierpnia 1939 roku pod gospodę Jarzombek w Łubiu (wtedy Hohenlieben) zajechał samochód. Wysiadło z niego dwóch mężczyzn w cywilu. Byli to gestapowcy Karl Nowak i nieznany z nazwiska „inspektor”. „W towarzystwie okręgowego łowczego M. weszli do lokalu i zamówili u naszej kelnerki Heleny dwa piwa”38 – wspominała później szefowa gospody. „W międzyczasie byłam gotowa z obiadem i kazałam Helenie przyprowadzić naszego wtedy osiemnastoletniego syna Friedhelma. Kiedy Helena wróciła, powiedziała, że łowczy wysłał go po Honioka. Byłam najpierw zła, że M. wysłał syna, nawet mnie nie pytając”.

Franciszek Honiok niedługo przed śmiercią(Wikimedia Commons).

Friedhelm poszedł do Honioków, ale nie tych, co trzeba. „Inspektor” sam więc udał się po Franza Honioka. „Po mniej więcej dziesięciu minutach inspektor wrócił z niewysokim mężczyzną, między trzydziestką a czterdziestką, w prostym, szarym ubraniu. Z jego zachowania wnioskuję, że był zaskoczony, robił wrażenie kompletnie osłupiałego”39 – zeznawał po wojnie Nowak.

* * *

Osiemdziesiąt lat później siedzimy w ogrodzie w Koszęcinie, niedaleko Łubia – rodzinnej miejscowości Franciszka: Maria, wdowa po Pawle Honioku, bratanku Franciszka (Franza), i jej wnuk Damian Piskoń z partnerką Moniką Żurawską.

Damian jest stryjecznym prawnukiem Franciszka Honioka, rocznik 1899, zamordowanego wieczorem 31 sierpnia 1939 roku na potrzeby prowokacji gliwickiej. Jego śmierć miała być „dowodem polskiej agresji” na Trzecią Rzeszę, podobnie jak śmierć sześciu niemieckich antyfaszystów, więźniów KL Sachsenhausen. To ta szóstka, ubrana w polskie mundury, miała kilka godzin później „napaść” na niemieckie placówki graniczne w Stodołach (wówczas Hochlinden) i Byczynie (Pitschen). Nazistowscy sprawcy cynicznie nazywali zamordowanych „konserwami”.

Rodzina Franciszka Honioka ©E. Stasik (DW).

Cyngiel

Akcją w gliwickiej radiostacji dowodzi SS-Sturmbannführer Alfred Naujocks z Kilonii. Rocznik 1911, z wykształcenia technik ortopeda, z dotychczasowych osiągnięć – bezwzględny, brutalny bojówkarz, który w szeregach SS bije się na ulicach z komunistami, oraz morderca. W 1934 roku dzięki protekcji znajomego, Wernera Göttscha, zostaje w Berlinie kierowcą w formowanej przez Reinharda Heydricha SD40.

Zza kierownicy Naujocks szybko awansuje na speca od brudnej roboty. W 1935 roku w Pradze morduje razem z Göttschem Rudolfa Formisa, niemieckiego inżyniera, nadającego dywersyjne audycje radiowe. Ciało oblewają chemikaliami, żeby zatrzeć ślady.

Zacieranie śladów to specjalność Naujocksa.

Pierwsza ofiara wojny

Rodzina nie wie o losach Franciszka prawie nic. – Mąż opowiadał, że gdy rodzice coś o nim mówili, to szeptem i zawsze kazali dzieciom wyjść. Bali się – wspomina pani Maria. Najpierw było Gestapo, potem Sowieci, UB, SB.

„Wiem, że mój ojciec, brat Franciszka, był zawsze z niego dumny. Ale w domu tak naprawdę nigdy się nie mówiło, co się wówczas stało z nim albo z jego ciałem” – wspominał w 2009 roku Paweł Honiok41. Do rodziny zapukali wówczas brytyjscy dziennikarze, pierwsi po siedemdziesięciu latach, którzy chcieli dowiedzieć się czegoś o Franciszku. Polskich dziennikarzy nigdy nie było. Po wizycie Brytyjczyków w „The Telegraph” ukazuje się artykuł World War II’s First Victim ze zdjęciem Honioka, jedynym, jakie istnieje.

Na tę fotografię patrzy pani Maria. Franciszek spogląda poważnie w kamerę. Takie zdjęcia się wtedy robiło. Wyraźnie widać zaawansowane zakola.

Monika i Damian o prowokacji gliwickiej w szkole dowiedzieli się niewiele. Sami pojechali więc do muzeum, żeby przynajmniej zobaczyć, gdzie został zamordowany ich stryjeczny pradziadek. To jedyny ślad – nie ma ciała, nie ma grobu.

„Krążyły plotki, że ciało Franciszka zostało zakopane w górach. Ale nigdzie nie ma żadnego nagrobka, jakby Polska się wstydziła […] Nigdy nawet nie zaakceptowali, że był pierwszą ofiarą wojny, bo został zamordowany wieczorem 31 sierpnia, a oficjalnie wojna rozpoczęła się 1 września. Dopiero teraz ludzie to akceptują” – cytował „The Telegraph” Pawła Honioka. – Długo to był temat tabu. Jakby każdy się bał otworzyć puszkę Pandory – mówi Damian i uśmiecha się smutno.

Dzisiaj Damian z Moniką starają się odnaleźć jakiekolwiek ślady. Paweł Honiok już im nie pomoże – zmarł w 2014 roku. Dokumentów nie ma, wszystko zniszczyła wojna. Pomaga metryka urodzenia z Archiwum Państwowego w Berlinie. Dzięki niej korygujemy datę urodzenia Franza Honioka – nie 4 kwietnia 1898 roku, jak podaje większość źródeł, tylko 28 marca 1899 roku 4 kwietnia tego roku ojciec „Johann Honiok, zamieszkały w Łubiu, katolickiej religii” zgłosił w urzędzie w Kopienicy urodzonego wcześniej „syna Franza z matki Constantiny”.

Metryka urodzenia Franciszka Honioka©Ancestry und Landesarchiv Berlin.

„Dlaczego akurat Honiok? Dlaczego akurat on? Ale czy nie jest tak zawsze? Historia znajduje sobie ofiary wśród niewinnych” – napisał w powieści Träumer und Sünder niemiecki prozaik Matthias Göritz42.

Według Göritza Honiok „uchodził za inteligentnego, był niewysoki, ale przystojny; mówiono, że jest charyzmatyczny; pochodził z prostej rodziny, miał bardzo elegancki charakter pisma, jak uważano nawet w urzędach, ale stał się tylko akwizytorem maszyn rolniczych. Może dlatego, że w 1921 roku uczestniczył w powstaniu Polaków?”43.

Trochę fikcji, trochę faktów. Honiok rzeczywiście sprzedawał maszyny rolnicze, rzeczywiście brał udział w III powstaniu śląskim, najprawdopodobniej uczestniczył też w Kongresie Polaków w Berlinie w marcu 1938 roku, słynnej manifestacji Polaków w Niemczech. I nigdy nie ukrywał swoich sympatii do Polski. Musiał być na celowniku Gestapo. I dobrze nadawał się do odegrania roli poległego w akcji polskiego dywersanta.

Po aresztowaniu Honiok najpierw trafia na policję do Bytomia. Po czterech godzinach z rozkazu „inspektora” („odpowiada pan za niego głową”) Nowak przewozi więźnia do siedziby Gestapo w Opolu. Docierają tam około północy 30 sierpnia. „Dostałem rozkaz, żeby go zamknąć w archiwum, nie w więzieniu. Nie było tam okna, tylko zakratowane drzwi na korytarz. Stała tam ławka, na której mógł przenocować. Poza tym przyniosłem od dozorcy parę koców”44 – zeznaje później.

Kościół w Łubiu, prawdopodobne miejsce chrztu F. Honioka©K. Kruszyński.

31 sierpnia przed południem Nowak otrzymuje kolejny rozkaz. Ma przewieźć Honioka do policyjnego więzienia w Gliwicach, ale w ścisłej tajemnicy. Pojmany ma trafić do izolatki.

„O tym, co pan dzisiaj widzi, nie wolno panu nikomu mówić, ani dzisiaj, ani za sto lat” – przestrzega wiceszef Gestapo w Opolu, SS-Obersturmbannführer Joachim Deumling.

Wszystkie elementy układanych od wielu tygodni puzzli są już na miejscu.

„Od 5.45 odpowiadamy ogniem”

Mózgiem operacji, która ma przekonać świat, że to Polska zaczęła wojnę, jest Reinhard Heydrich. „Führer potrzebuje powodu do rozpoczęcia wojny”45 – tłumaczy 10 sierpnia dowódcom SS swój pobyt na niemiecko-polskim pograniczu.

31 sierpnia jednym z cyngli szefa SD na miejscu akcji, w Gliwicach, jest Alfred Naujocks.

Około godziny 16.00 do hotelu „Haus Oberschlesien” dzwoni Heydrich. Naujocks, czekający ze swoimi ludźmi na rozkazy, ma natychmiast oddzwonić. Połączony przez adiutanta z szefem, słyszy tylko: „Babcia umarła”. „Wszystko było jasne” – wspomina ponad dwa dziesięciolecia później46. Hasło „Babcia umarła” jest sygnałem do rozpoczęcia hitlerowskich akcji dywersyjnych przeciwko II Rzeczypospolitej.

O godzinie 20.00 ekipa Naujocksa wchodzi do radiostacji. Cała akcja trwa dwadzieścia minut i kończy się dla Niemców fiaskiem. Nie wiedzieli, że gliwicka radiostacja nie nadaje własnego programu, lecz jedynie retransmituje program stacji Breslau. Jedyny mikrofon służy do ostrzegania przed lokalnymi burzami. Słynne: „Uwaga! Tu Gliwice. Radiostacja znajduje się w polskich rękach” jest odbierane tylko w promieniu paru kilometrów, i to z szumami. W Berlinie Heydrich nie słyszy w eterze nic. Szaleje z wściekłości. Opinia publiczna dowiaduje się o incydencie dopiero z tekstów w niemieckich gazetach – oczywiście odpowiednio zredagowanych przez hitlerowską propagandę47.

Radiostacja w Gliwicach ©K. Kruszyński.

„Dzisiaj w nocy Polska, w tym regularne siły zbrojne, po raz pierwszy otworzyła ogień na naszym terytorium. Od godziny 5.45 rano odpowiadamy ogniem!”48 – obwieszcza posłom Reichstagu 1 września 1939 roku Adolf Hitler.

W rzeczywistości ostrzał Westerplatte ma miejsce o 4.45. Hitler myli się o godzinę49. Mówi też o rzekomo sprowokowanych przez Polaków na granicy „dwudziestu jeden incydentach podczas jednej, jedynej nocy” i „czternastu dzisiejszej nocy”, w tym „trzech bardzo poważnych”. Ma na myśli Stodoły, Byczynę i Gliwice. „Dlatego będę rozmawiał z Polską tym samym językiem, jakiego już od miesięcy używa wobec nas Polska”50 – dodaje „wódz” Trzeciej Rzeszy.

– Kontekst prowokacji gliwickiej, wola nazistowskiej władzy do siania kłamstw, jest oszałamiający. I rodzi się pytanie: dlaczego reżim nie oparł się na swojej sile militarnej, tylko próbował stworzyć pozory, że działa moralnie? Dlaczego naginał rzeczywistość, by niemiecką wojnę ofensywną usprawiedliwić jako wojnę obronną? – mówi niemiecki historyk Florian Altenhöner, autor książki o Alfredzie Naujocksie, Człowiek, który rozpętał II wojnę światową. Alfred Naujocks – fałszerz, morderca, terrorysta, wydanej po polsku u progu osiemdziesiątej rocznicy wybuchu II wojny51.

O tym, że to Polacy dokonali napaści w Gliwicach, świadczyć ma – w planach nazistowskiej propagandy – porzucone na miejscu wydarzeń ciało Franciszka Honioka. Co się z nim działo od popołudnia 31 sierpnia aż do odkrycia ciała? Jak zginął? Od śmiertelnego zastrzyku czy od kuli? I najważniejsze – kto go zabił? Czy lekarz SS Horst Straßburger, czy kierujący akcją Naujocks, dawny chuligan z Kilonii, technik ortopeda przedzierzgnięty w mordercę? Podjęta przez miejscową policję próba śledztwa zostaje natychmiast storpedowana przez Berlin. Z późniejszych zeznań naocznego świadka wynika jedynie, że Honiok, wleczony z samochodu pod budynek radiostacji, sprawiał wrażenie zamroczonego, ale żył. Nie krwawił. Tymczasem później leżał w kałuży krwi.

Jedno jest pewne – jego ciało znalezione w gliwickiej radiostacji na dziesięciolecia pozostaje bezimienną ofiarą.

Banalność zła

Hannah Arendt ukuwa to pojęcie, obserwując proces Adolfa Eichmanna w Jerozolimie. Opinia publiczna spodziewa się potwora, widzi biurokratę skwapliwie wykonującego rozkazy. Równie banalną figurą jest Naujocks. W przeciwieństwie do biurokraty Eichmanna ma jednak w zwyczaju wykonywać brudną robotę własnymi rękami.

Po prowokacji gliwickiej awansuje. Z chwilą utworzenia jesienią 1939 roku nowego urzędu SS – RSHA52 zostaje szefem grupy departamentu wywiadu zagranicznego. W hierarchii jest tylko szczebel niżej niż sam Heydrich.

Alfred Naujocks(Wikimedia Commons).

W Holandii i Skandynawii Naujocks i jego ludzie przeprowadzają szereg zamachów w odwecie za akcje ruchu oporu – zawsze pod pozorem działań partyzantów. Kolejne akcje to między innymi próba zdestabilizowania brytyjskiej gospodarki poprzez największe w historii fałszowanie pieniędzy (operacja „Bernhard”) czy porwanie brytyjskich agentów – „incydent w Venlo”, podczas którego od kul ginie Dirk Klop z holenderskiego wywiadu. Także to wydarzenie posłuży Hitlerowi jako pretekst do zaatakowania sąsiedniego kraju – Holandii.

– Czyny Naujocksa są w gruncie rzeczy banalnymi morderstwami. To nie jest ludobójstwo. Tu działa i zabija pojedynczy sprawca – mówi Florian Altenhöner. – Nie był on przy tym żadnym potworem – zauważa historyk.

Banalność zła?

Trzy lata odsiadki

Jesienią 1944 roku, w obliczu nadchodzącej klęski Trzeciej Rzeszy, Naujocks przechodzi na stronę aliantów. Później zostaje jednak aresztowany. W tzw. małym procesie zbrodniarzy wojennych w Kopenhadze za działalność w okupowanej Danii zostaje skazany w styczniu 1949 roku na piętnaście lat więzienia. Sąd apelacyjny zmniejsza karę do czterech lat. Niemiec odsiaduje tylko trzy. Był to jedyny proces, w którym wykonawca prowokacji gliwickiej został za cokolwiek skazany.

Sama prowokacja gliwicka pojawia się w procesie norymberskim. Akt oskarżenia dotyczy zbrodni przeciwko pokojowi – sprowokowanych przez Gestapo i SD tzw. incydentów granicznych. „Oskarżenie przedstawiło jednak tylko jeden incydent graniczny z udziałem Służby Bezpieczeństwa SS – SD. Chodzi o rzekomy zamach na radiostację w Gliwicach” – mówi jeden z adwokatów w czasie procesu53.

Naujocks zeznaje pod przysięgą, prezentując swoją wersję losów Franciszka Honioka. Nie podaje nazwiska, być może nawet go nie zna. Utrzymuje, że więzień żył: „Heydrich powiedział: proszę się zameldować u Müllera w sprawie tych »konserw«. Zrobiłem to i kazałem Müllerowi dostarczyć tego mężczyznę w pobliże radiostacji. Dostałem go i kazałem położyć przy wejściu do budynku. Żył, ale był nieprzytomny. Próbowałem otworzyć jego oczy. Po oczach nie mogłem stwierdzić, czy żył, tylko po oddechu. Żadnych ran postrzałowych nie widziałem, tylko mnóstwo krwi na twarzy. Był w cywilnym ubraniu”54.

Trybunał uznał SD za organizację przestępczą55. Naujocks zeznawał jako świadek i odszedł wolny.

Esesmana życie po życiu

Po wojnie człowiek Heydricha do zadań specjalnych osiada w Hamburgu, gdzie prowadzi interesy. Żeni się – po raz czwarty. Podejmowane później przez lata próby dotarcia przez organy ścigania do jego krewnych ponoszą fiasko.

Za to Naujocks chętnie opowiada o swoich „przygodach”. W opartej na rozmowach z nim, wydanej w 1960 roku książce The Man Who Started the War56, austriackiego dziennikarza i historyka Güntera Peisa, stylizuje się na „arcyszpiega”. Także ilustrowane tygodniki „Stern” i „Quick” drukują sensacyjne wspomnienia „zawiadiaki” i „kobieciarza” Naujocksa, uwiedzionego mentalnie przez „diabelskiego” Heydricha.

W 1961 roku ukazuje się nakręcony przez enerdowską wytwórnię DEFA film Tu Radio Gliwice, bazujący głównie na zeznaniu Naujocksa w Norymberdze. Prapremiera odbywa się w ramach otwarcia Miejsca Pamięci i Muzeum Sachsenhausen.

W RFN obraz pojawia się tylko w klubach filmowych. W 1963 roku ma być pokazywany w szkole handlowej w Hamburgu, a o wydarzeniach w Gliwicach ma rozmawiać z publicznością sam Naujocks. W ostatniej chwili zapobiega temu hamburskie kuratorium oświaty, które nie życzy sobie jego obecności w szkole. Po procesie Eichmanna w 1961 roku nastawienie do nazistowskiej przeszłości w RFN powoli zaczyna się zmieniać. Dwa lata później rusza we Frankfurcie nad Menem drugi proces oświęcimski. W tym samym czasie pod naciskiem opinii publicznej z kariery politycznej zrezygnować musi między innymi kat powstania warszawskiego – Heinz Reinefarth.

Film i awantura wokół pokazu wywołują niezamierzony efekt – hamburska prokuratura wszczyna postępowanie przeciwko Naujocksowi. To już piąta próba pociągnięcia dawnego esesmana do odpowiedzialności. Żadna nie kończy się sprawą sądową. W 1964 roku sąd w Hamburgu nakazuje umieszczenie go w zakładzie psychiatrycznym. Naujocks opuszcza go na krótko przed śmiercią. Umiera w 1966 roku na atak serca.

Sprawę przejmuje prokuratura w Düsseldorfie, gdzie mieszka były kierowca Naujocksa. Z braku dowodów w 1969 roku postępowanie zostaje umorzone, ale przynosi jeden ważny rezultat. W jego trakcie udaje się ustalić imię i nazwisko zamordowanego w Gliwicach. Bezimienna ofiara odzyskuje twarz Franciszka Honioka.

* * *

Honiok jeszcze żyje, gdy w południe 31 sierpnia 1939 roku Hitler wydaje rozkaz zaatakowania Polski następnego dnia o świcie. „Zaczyna się” – informuje Joachima Ribbentropa w Kancelarii Rzeszy. „Życzę dużo szczęścia” – odpowiada Ribbentrop57.

Alfred Naujocks za morderstwo czy nawet za współudział w morderstwie na Franciszku Honioku nigdy nie odpowiedział. Nikt nigdy nie zdołał mu tego udowodnić. Nikt nie poniósł kary.

Przypisy

1 Zeznania W. Koppego, BArch, B 162/3243, k. 138–139.

2Ibidem, k. 139.

3 Archiwum Kraju Związkowego Nadrenii Północnej-Westfalii, Gerichte Rep. 195, nr 78.

4 Z artykułu W. Koppego, Front narodowościowy w Okręgu Warty, cyt. za: BArch, B 162/3251. Tu i dalej – jeśli nie podano inaczej, tłumaczenie własne.

5 S. Datner, Wilhelm Koppe. Nieukarany zbrodniarz hitlerowski, tłum. M. Łatyński, Warszawa–Poznań 1963, s. 29.

6 IPN GK 196/29.

7 Na podstawie zeznań świadków, akta IPN Proces Arthura Greisera, IPN GK 196/29, t. 3.

8 BArch, B 162/40163, k. 26.

9 S. Datner, op. cit., s. 53.

10 Akta śledztwa Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Krakowie, S 81.2016.ZN, t. 1, 2.

11 BArch, B 162/3259, k. 10–11.

12Ibidem, k. 136.

13 BArch, B 162/3258, k. 50.

14Arnold Freiherr von Rotberg, „Der Spiegel” 1956, nr 4, s. 40.

15 Archiwum Kraju Związkowego Nadrenii Północnej-Westfalii, Gerichte Rep. 195, nr 78.

16Ibidem, nr 243, t. 152–153.

17 BArch, B 162/3251, k. 192–193.

18 K. Kąkolewski, Co u Pana słychać?, Warszawa 1981, s. 174.

19 Protokół przesłuchania świadka Worocha, IPN GK 178.45C, k. 8.

20 IPN GK 178.45C, k. 12.

21 K.M. Pospieszalski, Z pamiętnika profesora Reichsuniversität Posen, „Przegląd Zachodni” 1955, nr 1/2, s. 275.

22 Wszystkie cytaty z pamiętnika Vossa pochodzą z akt Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Poznaniu, S1/01/2n.

23 Protokół oględzin pieca-krematorium w Zakładzie Medycyny Sądowej w Poznaniu, IPN GK 178.45C.

24 F. Jankowiak, W hitlerowskim zakładzie „naukowym”, „Kronika Miasta Poznania” R. 44, 1976, 10(12), nr 4, s. 49–53.

25Ibidem.

26 Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Poznaniu, S1/01/2n.

27Ibidem.

28Ibidem.

29Ibidem.

30 TVP, Eksponaty wiedeńskiego muzeum, 1999, AIPN, BU 1300/63/CD/2.

31 S. Hildebrant, Ch. Redies, Anatomie im Nationalsozialismus, „Deutsches Ärzteblatt” 2012, nr 109(48), s. A 2413. Tłum. własne.

32 TVP, op. cit.

33Ibidem.

34 IPN GK 178.45C, k. 12.

35 Instytut Zachodni w Poznaniu, I.Z. Dok. V-412.

36Ibidem.

37 TVP, op. cit.

38Unternehmen Tannenberg. August 1939. Wie der SD den Überfall auf Polen vorbereitete (III), „Der Spiegel” 1979, nr 34, s. 68–78. Seria artykułów w „Der Spiegel” na podstawie książki A. Spießa, H. Lichtensteina, Das Unternehmen Tannenberg, München 1979. Tu i dalej – jeśli nie podano inaczej, tłumaczenie własne.

39Ibidem.

40 SD było wywiadem, kontrwywiadem i Służbą Bezpieczeństwa SS: Sicherheitsdienst des Reichsführers SS (Służba Bezpieczeństwa Reichsführera SS).

41 B. Graham, World War II’s First Victim, „The Telegraph” 2009, 29.08., s. 1.

42 M. Göritz, Träumer und Sünder, München 2013, s. 156.

43Ibidem.

44 Zeznania Karla Nowaka, cyt. za: Unternehmen Tannenberg…, s. 68–78.

45 F. Altenhöner, Człowiek, który rozpętał II wojnę światową. Alfred Naujocks – fałszerz, morderca, terrorysta, tłum. M. Jabłońska, Poznań 2019, s. 89.

46Unternehmen Tannenberg…, s. 70.

47 „Atak Polaków na radiostację Rzeszy w Gliwicach/Bandy polskich rebeliantów wtargnęły na niemieckie terytorium – gwałtowne starcia z niemiecką policją” – alarmował 1 września w nadzwyczajnym doniesieniu organ prasowy NSDAP „Völkischer Beo­bachter”. „Radiostacja w Gliwicach zaatakowana” – doniósł berliński „Das 12 Uhr Blatt”. A na stronie tytułowej wielkimi czcionkami: „Wezwanie Hitlera do Wehrmachtu – Przemoc przeciwko przemocy”.

48 Wystąpienie Adolfa Hitlera na trzecim posiedzeniu Reichstagu, 1.09.1939, Reichstags­protokolle, 1939/42,1, s. 47, http://www.reichstagsprotokolle.de/Blatt2_n4_bsb00000613_00046.html (dostęp: 6.06.2021). Stenogram tego wystąpienia [w:] MDZ Münchener DigitalisierungsZentrum Digitale Bibliothek, https://www.1000dokumente.de/index.html?c=dokument_de&dokument=0209_pol&object=translation&l=de (dostęp: 6.06.2021).

49 Godzina ataku znajduje się [w:] Dyrektywa nr 1 naczelnego dowódcy Wehrmachtu Adolfa Hitlera ws. ataku na Polskę z 31.08.39; dzień ataku: 1.09.39, godzina ataku: 4.45.

Wersja oryginalna: Weisung des Obersten Befehlshaber der Wehrmacht Adolf Hitler für den Angriff auf Polen. („Fall Weiß”), Berlin, den. 31.8.39; Angriffstag: 1.9.39, Angriffszeit: 4.45, http://www.documentarchiv.de/ns/1939/weisung-nr01_weiss.html (dostęp: 30.05.2021).

50 Wystąpienie Adolfa Hitlera…

51 F. Altenhöner, op. cit.

52 Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy (Reichssicherheitshauptamt, RSHA).

53 Procesy norymberskie, 27.08.1946, http://www.zeno.org/nid/20002763605 (dostęp: 30.05.2021).

54 Złożone 20 grudnia 1945 roku pod przysięgą zeznanie świadka Alfreda Naujocksa przedstawione w procesie norymberskim, http://www.zeno.org/nid/20002758253 (dostęp: 6.06.2021).

55 Procesy norymberskie, załącznik B, http://www.zeno.org/nid/20002755173 (dostęp: 30.05.2021).

56 G. Peis, The Man Who Started the War, London 1960.

57Unternehmen Tannenberg…, s. 70.

Redakcja:

Katarzyna Domagała-Pereira,

Bartosz Dudek,

Michał Gostkiewicz

Ewelina Karpińska-Morek

 

Adiustacja: Barbara Sikora, Marta Wielek

Projekt okładki: Anna Slotorsz

 

© Copyright by Wydawnictwo M Kraków 2022

 

Wydawnictwo dołożyło wszelkich starań,

aby odnaleźć posiadaczy praw autorskich

do wszystkich fotografii zamieszczonych w publikacji.

Pozostałe osoby prosimy o kontakt z Wydawnictwem.

 

 

 

ISBN 978-83-8043-892-7

 

Wydawnictwo M

31-159 Kraków, Al. Słowackiego 1/6

tel. 12-259-00-03

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwom.pl

 

Dział handlowy: tel. 601-954-951

e-mail: [email protected]

 

Księgarnia wysyłkowa: tel. 12-259-00-03; 721-521-521

e-mail: [email protected]

www.klubpdp.pl

 

 

Przygotowanie wersji elektronicznejEpubeum