Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
13 osób interesuje się tą książką
Panorama burzliwej historii Śląska opowiedziana przez silne kobiety
Erika to twardo stąpająca po ziemi katoliczka spod Opola ze smykałką do stolarstwa. Agnes jest dziewczyną z miasta, ambitną córką pastora, która daje się uwieść sztuce. Dzieli je wiele, ale ważniejsze okazuje się to, co je łączy – śląska dusza. To zakorzenienie w śląskości dodaje im sił, gdy przez ich życie przetacza się wojenna zawierucha.
Czerwona spódnica, która staje się sztandarem. Czyniąca cuda figurka Matki Boskiej Sudeckiej ukryta w sarkofagu zwanym żelazną dziewicą. Album Hansa Bellmera z niepokojącymi fotografiami okaleczonych manekinów. Trumna, w której ukrywa się śląski powstaniec. Sanatorium dziecięce zamienione w ośrodek Lebensbornu. Krzak „bonbonowiec” częstujący cukierkami małą Johannę.
Powieść Agnieszki Głębickiej prowadzi nas przez dzieje śląskich rodzin, nierzadko rozdartych między tym, co polskie, a tym, co niemieckie. Śląszczyki tętnią powieściowym życiem. Są wielowarstwową powieścią o ludziach i miejscach, które jak w soczewce skupiają wielką i małą historię. A przede wszystkim o kobietach, które potrafią zawalczyć o swoje.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 265
Data ważności licencji: 7/15/2033
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Projekt okładki Kira Pietrek
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Copyright © by Agnieszka Głębicka, 2026
Opieka redakcyjna Magdalena Budzińska
Redakcja Dariusz Sośnicki
Korekta Sabina Szczerbuk / d2d.pl, Małgorzata Tabaszewska / d2d.pl
Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-353-2
Matka w tym wieku już nie żyła, myśli Eryka, wydzierając wczorajszą kartkę z kalendarza. Na odwrocie przepis na kołocz śląski. Wolałaby na maseczkę odmładzającą, bo jak się piecze ciasto, to ona wie. Mąka, drożdże, twaróg, jajo, wszystko jest, tylko chęci nie ma. Jak ktoś przyjdzie na gyburstag, to powie, że zapomniała. No zdarza się przy tych latach.
Drzwi się otwierają. Wchodzi Janka. Przynosi bukiet piwonii z ogrodu i tabliczkę prawdziwej czekolady, nie powie skąd, bo by się muterka zezłościła. Czterysta mililitrów krwi ją to kosztowało, ale co tam, życie komuś uratuje i muterce radość sprawi. Bo ona czekoladę lubi, a pamięta ją jeszcze sprzed wojny, i to tej pierwszej. Taka muterka stara.
Eryka zanosi piwonie na grób matki. Ty w moim wieku już nie żyłaś, ma za złe rodzicielce. Umarłaś ze wstydu, boś nie chciała powiedzieć lekarzowi, że cię boli tam, na dole. Na szczęście śmierć miałaś krótką. Ledwo furmanka wyjechała ze wsi, a już trzeba było zawracać. Długo się Eryka obwiniała, że nie pozwoliła matce umrzeć we własnym łóżku. Teraz też czuje się winna, bo przegoniła Helene w długości życia. Niechcący, przepraszam, mówi do siebie. Ale się przecież nie zabiję.
Kiedy Eryka wraca z cmentarza, słońce już stoi wysoko. Janka wita ją od progu zapachem kołocza, który zrobiła dla gości, może jednak ktoś przyjdzie. W wyglądzie nienajgorsze, ocenia Eryka, w smaku całkiem dobre. Trzeci kawałek by wzięła, ale coś musi zostać dla gości.
Janka wkłada sukienkę, Eryka przeczesuje włosy. Stół nakryty, siadają. Eryka ukrywa, że na nikogo nie czeka. Janka udaje, że za stołem tłum biesiadników. Żywo opowiada, co tam w świecie. Mówi głośno, dużo, raz nisko, raz wysoko. Robi taki gwar, że tylko oczy zamknąć i oto wielkie przyjęcie.
Eryka zamyka oczy i widzi ich wszystkich. Josefa powstańca, Mathiasa gimnazjalistę, Helene młoduchę z jej ślubnym Sobottą. Z każdym kieliszkiem pigwówki stają się wyraźniejsi. Wracają we wspomnieniach, schodzą z obrazów i zasiadają do stołu. Prawdziwie rodzinny gyburstag. Lepszego fajeru nie mogłaby sobie wymarzyć.
Rano Eryka czuje się źle, coś ją boli tam, na dole. Myśli o swojej matce i wie, że trzeba się w końcu przyznać. Powiedzieć? A może napisać? Co lepsze? Jeśli nie wiesz, co robić, nie rób nic, zawsze tak uważała. I nie robi nic aż do samego zmierzchu, a wtedy ból tak przyciska, że Eryka pragnie już tylko zniknąć bez żadnego słowa. Opuścić to wielkie przyjęcie, jakim było życie. Bez pożegnania. Po francusku, jak mówią Niemcy. Po angielsku, jak mawiają Francuzi.
Janka czujna, widzi, że z matką niedobrze. „Leć po farorza”, w końcu słyszy, ale ona nie z tych, co w cuda wierzą. Po lekarza trzeba, i to najlepszego. Do lasu, bo tam pracuje. Co z tego, że ciemno i że niedobitków Werwolfu więcej tam ponoć niż grzybów. Bierze swój rower po ojcu, jedzie przez wieś, przez tory, a potem znika w borze i przez chwilę wcale jej nie widać.
Trzeba się mocno napedałować, żeby nakarmić lampkę w rowerze, ale kiedy żarówka przepalona, wszystko na nic. Coś przelatuje nad głową, coś szeleści w podszycie, coś tam, gdzieś tam wyje i pohukuje. Oczy już oswojone z ciemnością, ale przez to robi się jeszcze straszniej. Drzewa wyciągają swe koślawe łapska i wołają: chodź do nas, siostro, zostań z nami!
Czy na pewno dobrze jadę? Czy skręciłam w prawo, jak należało? Już dawno powinnam być na miejscu, myśli nerwowo Janka i nagle z wielką siłą uderza w ciało obce. Zawsze była zdania, że Pónbóczek wcale nie jest mściwy, tylko dobrze się zna na fizyce. Janka wali w żelazną bramę, a żelazna brama wali w Jankę, aż łzy napływają dziewczynie do oczu. Złamane żebra, tylko tego brakowało.
Rower też mocno obrywa. Poświęciła pamiątkę po ojcu dla ratowania matki. Ale nie ma czasu na sentymenty, trzeba się szybko zbierać i do celu.
W oknach szpitala ciemno. Albo śpią, albo powyjeżdżali. Drzwi otwarte. Jakieś światło na końcu korytarza. Idzie tam, ściany ze szkła, a za nimi sale. Tak to sobie January wymyślił, każdego ma teraz na widoku. Łóżka puste. Ani jednego chorego. Dobry z niego lekarz, ale żeby tak wszystkich uzdrowić naraz? Nie, tam są!
„Grubasy! Siedzą i jedzą tłuste kiełbasy”.
January przy lampie naftowej czyta małym pacjentom. Janka nie śmie przeszkadzać. Czeka, aż pociąg odjedzie, potem cichutko puka w szklane drzwi.
– Prądu nie ma, pielęgniarka się spóźnia – wyjaśnia lekarz. – Dzieci się boją, chcą spać razem i trzeba im czytać, aż zasną.
January na wieść o Eryce wręcza Jance książkę i pospiesznie wychodzi. Książka szybko się kończy, a dzieci dalej nie śpią. Domagają się nowych opowieści. Jance przychodzi do głowy Raponcka, co mieszkała w wysokiej wieży i do fryzjera miała za daleko. Włosy urosły jej tak długie, że do samego parteru sięgały, i tak mocne, że można się było po nich wspinać jak po linie. Tu nagle Janka przerywa. Ależ się zagalopowała! Co za nietakt! Przecież one wszystkie są łyse, a ona im tu o pięknych fryzurach opowiada!
– Kto was tak opitolił, dzieciaczki?
– Hitlerka!
– Kto?
– Siostra Brygada Pancerna.
– Wredna szwabka. I jeszcze się spóźnia.
– Może ją szlag w końcu trafił.
– Ale czemu to wam zrobiła? Za co?
– Za wszy.
– Każdy miał, tylko nie ona. Bo do nikogo się nie przytula.
O siostrze Brygidzie krążą legendy, że na wojnie walczyła, do wroga strzelała i żadna wesz się przed nią nie ukryje, taki ma dobry wzrok.
Żal się robi Jance opitolonych bajtli. Zmienia więc bieg opowieści. Raponcka w nowej wersji też ma wszy i też musi zgolić głowę. Błąd. Dzieci wybuchają płaczem.
– Biedna Raponcka!
– Nikt jej już nie odwiedzi!
– Sto lat będzie czekała, aż jej włosy odrosną.
– Sto lat będzie sama!
– To okropne!
– To straszne!
– To nieludzkie!
Płaczą wszystkie. Nikt się nie uchyla. Zawodzą z podziałem na głosy, jakby w chórze występowały.
– Oj, biedna, biedna! – lamentują alty.
– Oj, jaka nieszczęśliwa! – szlochają soprany.
– Czekajcie! – woła Janka głosikiem, który trudno zaliczyć do jakiejkolwiek sekcji. – Raponcka znalazła linę! Zaraz ktoś ją odwiedzi.
– To straszne, straszne – buczą tenory.
– Książę do niej przyszedł! Czekajcie!
– Oj, brzydka, brzydka, oj, nie – ryczą barytony.
Co ja narobiłam? Janka bezradnie patrzy na zapłakane dzieci. Próbuje sobie przypomnieć książki ze studiów, czy tam pisali, jak się ucisza dzieciaki? Co się do nich mówi? Czy się głaszcze? A może krzyczy? Dyplomowana nauczycielka, psia kość, nie wytrzymam tego ryku, myśli. Chowa głowę pod poduszkę, weźmie je na przeczekanie, nie mogą przecież tak wyć bez końca. Kiepska ze mnie wychowawczyni, beznadziejna rechtorka, że też mi dyplom dali. Z litości pewnie. Żeby, choć krzywa i kulawa, coś z tego życia miała.
Długo by Janka tak mogła użalać się nad sobą, ale w obliczu nagłej ciszy ostrożnie wygląda spod poduszki. W drzwiach widzi siostrę Brygidę, a przed nią dławiących płacz malców.
– Do łóżek marsz! – mówi Brygida.
Dzieci pokornie rozchodzą się w ciemności do swoich sal.
– Ty też. – Pielęgniarka zwraca się do Janki. – Spać, powiedziałam!
Janka szuka wolnego łóżka, lecz wszystkie pozajmowane. Wymyka się do toalety, a stamtąd przez okno na dziedziniec. Opuszcza teren szpitala w wielkim przerażeniu, że ją Hitlerka wypatrzy i zastrzeli.
Za bramą January w świetle swojej Syrenki naprawia jej koło.
– Żarówkę masz też przepaloną.
– Co z mamą?
– Zawiozłem ją do szpitala, będą operować. Przez całą drogę cię wołała, by ci coś ważnego powiedzieć.
– Co?
– Jedź do niej z samego rana.
Janka wstaje o świcie, wypoczęta. Pierwszy raz spała sama i nikt jej do ucha nie chrapał. Nie obudzono jej nagle, niczego nie kazano. Dobrze tak czasem wstać z własnej woli. Musi co prawda jechać do szpitala, muterkę odwiedzić, ale to później. Teraz nacieszy się ciszą i samotnością, bo to dla niej nowe. Nawet jak muterka gdzieś wyjeżdżała, to tatko zostawał. Mówił, że dosyć się najeździł i już domu więcej nie opuści. Milczący był, ale życzliwy. Siedział sobie w kuchni, fajkę palił i uśmiechał się, gdy na niego patrzyła. Ona o nic go nie pytała, co tam na wojnie na przykład. On też nie był ciekaw, co się z nią działo bez niego. Współistnieli sobie w ciszy i to było dobre.
Jankę znów nachodzi ochota na gotowanie. Wyciąga więc pilnie strzeżony przez Erykę zeszyt z przepisami i zaczyna pichcić, wszystko, co jej się wydaje ciekawe z receptury. Zjawia się u muterki późnym popołudniem, ale nic nie przywozi. Muterka świeżo po operacji i tak by niczego nie zjadła.
– Chyba zapomniałam drzwi zamknąć, jak mnie zabierali.
– Nic się nie stało.
– Na pewno? Bo tu grasują jeszcze te bandy.
– Nie bój się. Nikogo nie przybyło, niczego nie ubyło. Chciałaś mi coś ważnego powiedzieć, muti.
– Tak?
– No.
– Nic. Już zapomniałam.
– Skoro tak, to nie było to ważne.
Podobno pod narkozą nic się nie śni, ale Eryka przysięga, że w czasie operacji miała sen. Przyszedł do niej nieboszczyk mąż i powiedział, że na śmierć za wcześnie i że w ogóle nie warto przenosić się na tamten świat. Tłumy jak w Swinemünde, a do tego strasznie wieje. Koszy plażowych brakuje i dla nowych już tylko parawany. On sam siedzi z dwoma takimi, co ich wcale nie zna, poszedłby krewnych poszukać, ale się boi, że go ktoś podsiądzie. „Nie warto, lepiej się stąd nie ruszaj, a jeśli już musisz, to jedź sobie w góry, do Wartha. Tam odpoczniesz i nabierzesz siły”.
– Wszystko dobrze – powiedział lekarz, kiedy się wybudziła. – Ale dużo nie brakowało, przywieźli panią w ostatniej chwili.
Skinęła tylko głową i znów zamknęła oczy, by dokończyć rozmowę ze zmarłym mężem. „Po pierwsze, coś ci się pomyliło, Józek. Od dawna nie ma Swinemünde ani Wartha. Jest Świnoujście i Bardo. Po drugie, wolę pielgrzymkę do Annaberg, to znaczy na Górę Świętej Anny, bo bliżej. A po tym, co mi tu zrobili, to daleko nie zajdę”.
Józek nie odpowiedział, musiała zgodzić się na Bardo. W sam raz na koronację Matki Boskiej, pomyślała. Przejadę się, a co. Fajer będzie fest, w telewizji pokażą. Tylko ubrać się ładnie muszę. Coś nowego potrzebne, bo w szafie same łachy i sukienka do trumny. Czerwoną spódnicę sobie uszyję, jak dawniej.
Eryka pamięta tamtą kieckę. Mocny cynober, z drugiego końca wsi ją widzieli. Wkładała ją tylko od święta, do kościoła i na zabawę. Wszystkie dziołchy jej zazdrościły, taka w niej była paradna. Aż zjawił się ten, co cudzego nie uszanował, wilgotną jeszcze kieckę ze sznura zabrał. Kto? Tego Eryka do dzisiaj nie wie. Od trzydziestu lat zagadka nierozwiązana.
Gdyby Pónbóczek rzekł teraz do Józefa: „Wstań, idź, powiedz jej”, to by się Józef ani chwili nie zastanawiał. Powiedziałby żonie o wszystkim. Wyśpiewałby jak na spowiedzi, byle tylko znów jej dotknąć swoim zmartwychwstałym ciałem. Nie bałby się, bo tu, gdzie jest, niczego się już nie boi.
To on, Josef Buhl, ściągnął ze sznura spódnicę. Pożyczył, żeby było jasne. Oddałby, i to prędko, ale sprawy potoczyły się, jak się potoczyły, nic nie poradzi. Może to jego wina, a może genów i wychowania, sam nie wie. Nie przygotował się w każdym razie, więc chwycił pierwszą czerwoną szmatę, jaka mu wpadła w oko, i do plecaka spakował. Potem na rower i do miasta. Który to był rok? Miał trzydzieści trzy lata, wyglądał na więcej. Wojna pozbawiła go bujnej rudej czupryny, a to, co wyhodował na brodzie, miał już siwe. Lubił tę swoją twarz, zarośniętą i postarzałą, bo kiedy patrzył w lustro, widział wielkiego człowieka, którego miał nadzieję spotkać kiedyś w zaświatach. (Nadal go szuka).
Wiodło mu się wtedy nieźle. Żonę miał, syna, małe gospodarstwo po teściu i cały etat w fabryce. Ustatkowany człowiek, lecz niespełniony.
Jako internacjonał i socjalista uważał, że źle się dzieje w państwie niemieckim i że trzeba o tym głośno mówić. Wyjść na ulicę i krzyczeć: „Precz z Hitlerem, precz z faszyzmem, niech żyje rewolucja!”. I choć nie znosił tłumów oraz wystąpień publicznych, to tym razem się przemógł, bo strasznie był rozgniewany. Z ulotki dowiedział się, że to faszyści podpalili Reichstag, a potem sami siebie pobili. Komunistów przy tym nie było. Ani jednego! Hańba! Zerwał się Josef i popedałował do miasta. Rower do znajomego, co robił na kolei, i pieszo na miejsce zbiórki. Dużo ich było, a miało być jeszcze więcej. „Precz z Hitlerem! Precz z faszyzmem!”, krzyczeli kamraci, a Josef milczał. „Niech żyje rewolucja!” Machali czerwonymi flagami. A Josef nic, nawet spódnicy żony z plecaka nie wyjął. Stał na chodniku jak słup, a przed oczami płynęła mu czerwona rzeka.
W końcu zostawił tłum gapiów, nie mogąc ścierpieć, że tak mu brakuje odwagi. Taki z ciebie komunista, Josefie. Rewolucjonista od siedmiu boleści. W domu se siądziesz i gazetkę poczytasz. Do kościoła z żoną nie pójdziesz, bo religia to opium dla ludu. Ale jak przychodzi zrobić coś większego, to się najadasz strachu i nie możesz ruszyć. Nieprawda! – otrząsa się Josef. A kto walczył w powstaniu? Kto strzelał do orgeszów? Josef gotów dołączyć do kamratów, ale ich już nie ma. Poszli dalej w miasto, na tchórzów się nie oglądając. Ruszył za nimi biegiem, lecz nigdzie ich nie spotkał. Stanął w końcu, zdyszany, rozejrzał się wokół. Przed nim komin cegielni, wyprostowany, strzelisty. Richtig, pomyślał, lepszego miejsca nie znajdę!
Josef Buhl wspiął się na czubek komina, a wyższego w mieście nie było, spojrzał niepewnie w dół i zobaczył, jak jedni robacy biją drugich robaków. A on tutaj też się bije – ze swoim lękiem wysokości, z lękiem przed żoną i tymi robakami, którzy jak teraz go zobaczą, to zestrzelą, i tyle będzie z jego odwagi. Oj, nie ma czasu na rozterki, trzeba działać! Otworzył plecak i wyciągnął krwistoczerwoną spódnicę.
A żona jego w lesie. Nie poszła do kościoła, bo nie miała w czym. Ktoś jej najlepszą kieckę zabrał ze sznura. Włożyła więc gorszą i przyszła się modlić tutaj, bo Pónbóczek jest wszędzie, nawet w tej leśnej kapliczce, co ją ktoś przy dziecięcym szpitalu postawił, a teraz farorz mszę przy niej dla małych pacjentów odprawiał. Przyłączyła się, nie przegonili. Siostry w szarych habitach patrzyły na nią życzliwie, jak na zgubioną owieczkę. Ona zaś tęsknym wzrokiem wodziła za dzieciaczkami. Gdzieś tam są ich rodzice, gdzieś modlą się o ich zdrowie. Stoją w jakimś kościele i patrzą na cudze dzieci, tęskniąc za swoimi. Ona tak właśnie miała. Jedynak jej ukochany za granicą, aż w Lublińcu, uczy się w polskiej szkole. Żeby być Polakiem, jak chce jego ojciec. Nie wie, czy dobrze zrobiła, dając zgodę. Co mu z tego polskiego? Czy to aby taki przyszłościowy język?
Hoc est enim Corpus meum. Farorz unosi chleb i zamienia go w ciało. Erika tego nie widzi, bo wpatrzona akurat w obraz Maryi. Dobrze Świętej Panience w tym błękicie, ocenia. Też sobie taki sprawię. Hic est enim Calix Sanguinis mei. Farorz unosi kielich z białym winem i zamienia je w czerwoną krew. I tego Erika nie widzi, bo zajęta planowaniem wyprawy do sklepu z tkaninami.
Tymczasem mąż Eriki już unosi czerwone sukno i mocuje na kominowym maszcie. Hoc est vexillum meum. I spódnica zamienia się w sztandar.
Ale robacy walczący w dole tego nie widzą. I dobrze. Zanim zauważą, on zdąży wrócić do domu. Zanim ktoś sztandar spróbuje ściągnąć, on będzie już po obiedzie. Zresztą na marne ich próby, bo Josef pilnik w plecaku nosi. Miał oddać go dziś brygadziście, ale nie znalazł człowieka, podcina więc kilka uchwytów, żeby utrudnić wspinaczkę. „Niech żyje światowy socjalizm! Niech żyje!”
Kiedy spódnica Eriki triumfuje na górze, kamraci Josefa przegrywają w dole. Paru złapano, skuto i poprowadzono do Braunes Haus. Stamtąd już tylko dwie drogi, do Dachau albo od razu na cmentarz. Nic już im nie pomoże, chyba że sam Pónbóczek. Niektórzy jeszcze wierzą, wznoszą oczy do nieba. „Ratuj nas, Panie!” – wołają.
– Co jest, do pioruna?! – pyta znienacka któryś i pokazuje na komin.
– Co za chachor tam wlazł i się nie boł?
– Tośmy jednak wygrali?
– Niech żyje rewolucja!
– Czerwoni górą!
– Co z tego, że nas wywiozą, jak zostaną inni, a przynajmniej jeden, ten, co zawiesił flagę!
Za głośno jednak wołają, za dużo się śmieją i za wysoko głowy unoszą. Sztandar rzuca się w oczy władzy. Ktoś z niej okrutnie zadrwił. Żandarmi wysłani na komin utykają w połowie, wyżej uchwyty spiłowane. Sprytni ci komuniści. Ale policja sprytniejsza. Wzywa straż pożarną, chłopcy migusiem drabinę rozkładają, tyle że ta za krótka. „Może nie patrzcie w górę”, podpowiadają strażacy. Ale dowódca już coś tam ustala ze swoimi, już ich wysyła do kamieniołomu. Zaraz wysadzi ten przeklęty komin, w końcu saperem był w wojsku.
Dwanaście kilo dynamitu mu przywożą, wystarczy. Właściciel cegielni niczym matka u króla Salomona błaga i lamentuje, ale tylko pogarsza sprawę. „Twój komin, to i twoja flaga”, słyszy i posyłają go do Braunes Haus.
Czerwony sztandar leży pod gruzem. Ale dowódcy mało. Już bierze go pod nogi i na niego spluwa, a potem podpala. Spódnica Eriki po cichu płonie, z dala od ludzkich oczu. Erika nigdy się o tym nie dowie, a rano przeczyta w gazecie, że komin w niedzielę wysadzili robotnicy, by nie iść w poniedziałek do pracy.
Josef wrócił z miasta i siedzi w karczmie aż do wieczora, a potem pijaniusieńki idzie do domu. Upiekło mu się, nikt go nie szukał. Dlatego nie do Sachsenhausen ani do Buchenwaldu, tylko do Wehrmachtu trafi wkrótce nasz porządny śląski socjalista internacjonał.
Ma na imię Britta i pochodzi z dalekiego zachodu. Jej mowa różni się od tutejszej godki. Tak ładnej niemczyzny pod Oppeln nikt nie słyszał, nawet w szkole. Siostrzyczki myślą, że ją wezmą na rechtorkę, ale przełożona pokazuje dziewczynie drogę do kuchni. Britta posłusznie gotuje, co jej każą, ale sama do ust tego nie bierze. W ogóle mało je. Mniej niż najbardziej zapłakany bajtel. Czasem jaki podpłomyk skubnie i cebulą zagryzie. Siostrzyczki godoją, że pokutuje za grzechy, swoje albo ojca wojskowego. Za darmo tego generała nie dostał, szepczą między sobą. Znęcał się nad biedną Alzacją i nie wiadomo, co tam jeszcze.
Britta niewiele z tego szemrania rozumie. Sama się nie przyzna, że nie smakuje jej śląska kuchnia. Za mącznie, za tłusto, ona woli tak z francuska, po matce, lekko. I na słodko. Kieszenie ma wypchane bonbonami, które pobrzękują, gdy się porusza. Siostrzyczki myślą, że to paciorki, ale Britta różańców nie uznaje i na palcach się modli. Oprócz kuchni przeszkadza jej śląski klimat. Nie znosi zapachu lasu, nadmiaru wilgoci, niedoboru słońca.
W południe wychodzi na betonowe podwórko, wkłada dłoń do obszernej kieszeni i spośród karmelków wygrzebuje papierosa. Siostrzyczki widzą, ale nic nie mówią, z dobrą kucharką się nie zadziera. Zresztą w Biblii nic o poście od cygaretów nie piszą, widać fajczyć można. Przełożona wie o nałogu Britty i też milczy, gorsze słabości ludzie mają. Dopóki bajtlom jedzenie smakuje, czepiać się nie będzie. Tytoń przynosi jej Thomas, konserwator. Ona częstuje go w zamian podpłomykiem z cebulą. Siostrzyczki patrzą na tę zażyłość z ciekawością. Przełożona widzi i nic nie mówi, wie, że nic z tego nie będzie.
Na niedzielnych mszach w kapliczce Britta się nie pojawia, musi doglądać pieca i tego, co na piecu. W porze komunii ma już wszystko pogotowane. Wychodzi wtedy na papierosa i słyszy, jak dzieciaczki śpiewają.
Zostań, Panie Jezu, z nami,
Świeć nam serca promieniami.
Dziwny ten polski język, raczej się go nie nauczy.
Erika zwraca uwagę na Brittę tej niedzieli, kiedy traci swoją czerwoną kieckę. Panna klasztorna z cygaretą, to ci heca. W życiu czegoś takiego nie widziała. Zerka na pozostałe siostry, ale one zajęte pilnowaniem dzieci lub wersów w modlitewniku, chyba nie wiedzą, co ta kucharka na pauzie wyprawia. Britta czuje, że Ślązaczka na nią patrzy. Pewnie matka któregoś z tych cherlawych, w odwiedziny przyjechała. Dziwne, że nie wołali o dodatkowy talerz. Britta dyskretnie gasi papierosa i składa dłonie do modlitwy, jakby tym gestem chciała zatrzeć niedobre pierwsze wrażenie, które zrobiła na matce Ślązaczce.
Świeć nam słońcem Twej miłości,
Na tej ziemi i w wieczności.
Potem otwiera usta i udaje, że śpiewa. Nie zna pieśni, ocenia Erika, nietutejsza. Britta dalej bezmyślnie porusza wargami i gapi się na strój Eriki. Mogłabym tak chodzić, stwierdza.
Oprócz śląskiej kuchni i leśnego powietrza Brittę uwiera habit. Taki brzydki. Farorz to się jeszcze jakoś ubierze, co niedziela inny ornat. A ona zawsze tak samo, szaro i nijako. Kobieta w stanie zakonnym jest jak samica w świecie zwierząt, niewidzialna. Za to ksiądz jak samiec bażanta, pawia albo lwa. Zgodne to z naturą, lecz jakże krzywdzące dla kobiet.
Z Berlina pewnie ta kucharka, myśli Erika. One tam palą na ulicy i codziennie tańczą. Erika nie wie tego na pewno, ale tak sobie wyobraża. Znów zerka na zakonnicę. Coś jej w wyglądzie siostry nie pasuje. Nawet bez cygarety i z rękami złożonymi do pacierza wcale nie przypomina klasztornej panny. Habit źle na niej leży, jakby to było przebranie. Skończy pracę, zdejmie kostium i odjedzie karocą na bal, pod szarym klajdem na pewno jest złota suknia, a pod czarnym szlajerem włosy jak u Raponcki. Szlachcianka jak nic, co się schroniła wśród mniszek.
Nabożeństwo się kończy, wszyscy opuszczają kapliczkę, Erika zostaje sama. Tyle mszy przebimbała, fantazjując o zakonnicy w przebraniu, to teraz musi odrobić. Po pierwsze Mati, żeby już wrócił z Lublińca, niech się przestanie błąkać po tej jakiejś Polsce, tylko w Oppeln normalną szkołę zrobi. Po drugie Josef, przestałby już z tym socjalizmem! Niech siądzie na dupie i domem się zajmie. Płot niech naprawi, żeby przed złodziejami chronił. I po trzecie – niech Pónbóczek ukarze tego, co jej spódnicę ukradł. To by było na tyle dzisiaj.
Żegna się z Maryją i ze Świętą Trójcą. Wstaje z ławeczki i wtedy znowu widzi palaczkę. Wydała obiady i ma pauzę. Rękawy podwinięte, szary klajd zachlapany, stoi w słońcu i kurzy. Oczy przymknęła, nie widzi Eriki. I Erika nie widzi, co ma pod nogami, tak się zapatrzyła na dziołchę z miasta. Wpada w dziecięcą karuzelę, a ta piszczy, jakby ją obdzierali z farby. „Cichaj, ja z gorszej materii, mnie bardziej boli – szepcze Erika do metalowej machiny, która już ją bierze w obroty. – Puszczaj, ja nie chcę”, dodaje i czuje zawroty w głowie, uszy ją bolą od pisku, spódnica szybuje w tańcu. Jaki wstyd! Pomocy! Cisza. Stop. Czyjaś dłoń zatrzymuje maszynę, ale w Erice wszystko się jeszcze kręci. Jeszcze chwila i poczuje bezruch, a wtedy opadnie ciężko w piach. Otworzy powoli oczy i zobaczy ją. Palaczkę. Zerwie się na równe nogi i ucieknie, obiecując sobie, że już nigdy tutaj nie przyjdzie.
W następną niedzielę Erika ma już nową spódnicę. Niebieską, jak szata Maryi. Równie paradną co tamta czerwona, znów może pokazać się w kościele. Josef jakiś odmieniony, markotny, gazety nie czyta, o walce klas nie rozprawia. Podoba mu się Erika w tym błękicie, nawet bardziej niż w czerwieni. Głośno tego nie powie, to jednak drażliwy temat. Nie chce, żeby Erika znów przeklinała złodziei, bo to jakby złorzeczyła własnemu mężowi. Jeszcze sprowadzi na niego jakieś nieszczęście, a on dość ma już przygód i woli dom od Buchenwaldu, gdzie siedzą jego kamraci. Postanowione, od teraz się nie wychyla. Nie warto. Jeszcze zabierze syna z Lublińca, żeby się z polskością nie obnosić. Możemy sobie być Polakami, ale po cichu, myśli odmieniony.
– A może by tak Mathiasa do domu ściągnąć – odzywa się w końcu do Eriki.
Ta właśnie upina fryzurę, więc gdy to słyszy, włosy z rąk lecą jej na twarz.
– Już się tego polskiego nauczył. Aż za dobrze – odpowiada. – Tak dobrze, że trudno go czasem zrozumieć.
Oboje wybuchają śmiechem, bo to prawda. Z Mathiasa zrobił się ważniak. Wciąż ich poprawia, że łatwo zgubić wątek. Zgoda, po wakacjach pójdzie do gimnazjum w Oppeln. Erice miękko się robi na sercu. Taki Pónbóczek szybki. Odmienia męża, sprowadza do domu syna, może jeszcze ukarze złodzieja. Rozpłakałaby się z radości, taka jest wzruszona, ale nie może, bo za chwilę idzie do ludzi. Josef widzi jej szczęście, wie, że od początku była przeciwna tej Polsce i teraz ma to, czego chciała. Niech tylko nie pyta, skąd nagle zmiana u Josefa. Erika nie pyta, bo wie. Modliła się do leśnego Pónbóczka i on jej wysłuchał. Może tak właśnie trzeba, w lesie z Bogiem rozmawiać. W ciszy, nie przy dźwięku organów. Wypadałoby teraz pójść i podziękować. Erika długo się nie zastanawia, upina włosy i wychodzi.
Idzie przez wieś, baby się za nią oglądają. Gdzie ona znajduje te materiały, skąd bierze te kroje? Nogi jak u Marlene Dietrich, sunie wiejską drogą błękitny anioł. Ale nie do kościoła, w inną stronę. Co się dziwić, mąż komunista, już dawno nie wierzy w Pónbóczka, to i żonę sprowadza na złą drogę.
Dokąd ona lezie taka wesoła i czemu nie do fary? – zastanawiają się baby. A dziwcie się, baby, myśli Erika. Nie wasza sprawa, dokąd idę. Nic wam nie powiem, bo pójdziecie za mną. Idźcie sobie do Pónbóczka kościelnego, który ogłuchł od dźwięku organów i waszych zawodzeń. Dlatego was nie słyszy, choćbyście nie wiem jak prosiły.
Mija ją Bogatzki i zaprasza do bryczki. Erika dziękuje, pójdzie pieszo, dokąd – nie powie nawet jemu. Mężczyzna wodzi za nią wzrokiem, a żona siedzi obok. Dwa razy prawie się Erice oświadczył i zawsze ktoś go ubiegał. Trzeciego razu nie będzie, Bogatzka to wie, więc zachowuje spokój. Patrz sobie, patrz, Bogatzki, jak na wystawy w sklepie. Nie stać cię, biedaczyno.
Erika już przed szpitalem i zaraz przejdzie przez bramę, pewnie, jakby szła do siebie. Dzieci bawią się przed budynkiem. Piszczą głośniej od karuzeli. Ale gdy słyszą dzwonki, milkną. Msza. Ruszają gęsiego do kapliczki. Odbębnią modły i całą niedzielę mają spokój. Erika idzie za nimi, wybiera sobie sosnę do podparcia, ale jakaś siostrzyczka zaprasza ją na ławeczkę. Erika nie śmie odmówić, siada, wokół moszczą się dzieci. Najmłodsze wdrapuje się jej na kolana.
Dawno nikogo nie przytulała, Mathias za duży na matczyne czułości, a z Josefem trzeba ostrożnie, nie chce więcej ciąż. Ból tylko z nich i cierpienie. No prawie, Mathias się jednak udał. Nie tylko żyje, ale jest silny i zdrowy. Erika, rozczulona, głaszcze białe loczki, o nic dziś nie prosi Pónbóczka. Dużo już dostała. Więc tylko dziękuje. Po mszy ta miła siostra, na imię jej Greta, zaprasza na obiad. O nie, Erika nic nie zje od tej palaczki. Wykręca się obowiązkami, lecz w końcu daje się namówić bajtlom.
Z kuchni wychodzi palaczka, przynosi brakujący talerz. Śmierdzi od niej, lecz nie tytoniem, tylko smażenizną. Najpierw zupa, gęsta, smaczna. Potem pieczona kaczka i coś, co szybko znika ze wszystkich talerzy. Erika boi się skosztować.
– Co to? – pyta.
– Fritten – odpowiada wesoło siostra Greta.
Erice nic nazwa nie mówi.
– Smażony ziemniak – dopowiada siostrzyczka.
W niczym to nie przypomina ziemniaka, bardziej paluchy wiedźmy. Erika bierze najmniejszy i ostrożnie wkłada do ust. Chustkę ma w pogotowiu. Powoli rozgryza, w środku ziemniaczana papka. Dobre. Że też ludzie wymyślą coś takiego. Jak na to wpadli kucharze i skąd zna przepis ta tutaj kucharka? – zastanawia się, ale nie zapyta. Nie po tym przecież, jak się wygłupiła na karuzeli. Na samą myśl schowałaby głowę pod stół, ale na stole tyle dobroci, że szkoda.
– Fritten, Fritten – krzyczą dzieci.
– Jeszcze Fritten!
– Teraz mięsko – decyduje Greta. – Potem będzie dokładka.
Dzieci jedzą kaczkę, bo muszą. Erika je, bo w życiu takiej smacznej nie miała w ustach. Umie gotować ta palaczka, może jej nikotyna wyostrza smak.
Britta przez kuchenne okienko patrzy na spódnicę Eriki. Też by taką chciała. Po domu nosić, znaczy po swojej celi. Wkładać, gdy nikt nie widzi, i w tańcu wirować. Z fantazji wyrywa ją swąd. Fritten jej się przypalają, szybko wraca na kuchnię.
– Nie zawsze są Fritten, tylko w niedzielę i kiedy nie ma siostry przełożonej – wyjaśnia Erice Greta.
– Dlaczego tak?
– Ponoć niezdrowe.
– Ziemniaki?
– Tłuszcz.
– Może za drogi?
– Niezdrowy i drogi – potwierdza Greta i z radością wkłada frytkę do ust.
Siostra przełożona często wyjeżdża, więc Erika może jeść Fritten do woli. Do kościoła już nie chodzi, ale o ubiór dba. Szyje nowe stroje i za każdym razem pokazuje się w innym. Co niedzielę odgrywa inną matkę. Wymyśliły to starsze dzieciaki, do których rzadko ktoś przyjeżdża. Erika bawi się z nimi w odwiedziny i za każdym razem odwiedza inne dziecko. Przynosi mu wtedy upominek oraz kołocz dla siostrzyczek, żeby je dobrze traktowały. Te nie wiedzą o zabawie, ale chętnie przyjmują prezent, bo palaczka nie piecze ciast. Mówi, że cukier niezdrowy. Ale co ona tam wie, jak prawie nie je. Za to łapczywie pożera wzrokiem ubrania Eriki. Dawno nie widziała tylu ładnych rzeczy. Wszędzie tylko te habity i obdarte portki. Erika widzi zazdrość w oczach palaczki. Zdjąć w końcu ten szary klajd i pójść na zabawę – to pewnie jej się marzy. Za jakie grzechy sterczy nad tymi garami? Erika chciałaby wiedzieć, lecz przecież nie zapyta, tylko ubierze się jeszcze ładniej, bo lubi, jak patrzy na nią przebrana za mniszkę księżniczka.
Josef nie chodzi do kościoła, nie wie, co żona wyprawia w niedzielę, ale ten kołocz zaczyna go niepokoić. Czemu ona tak z ciastem co tydzień na mszę biega? Kogo nim częstuje? Co to, farorz nie ma gospodyni? A może to nie dla farorza, tylko dla gacha. Zapytać mu głupio, więc jedynie węszy. Raz na rowerze jedzie za nią do fary, ale okrężną drogą, żeby go nikt nie widział. Wchodzi po cichu na chór i obserwuje. Nie widzi Eriki w dole. Jej ławka zajęta przez inne baby. Nagle czuje na plecach czyjąś dłoń. Zlękniony, odwraca się, ale to nie Erika, tylko Bogatzki.
– Uważaj, Josef, bo wypadniesz!
Bogatzki siada ciężko, cały spocony, odwykł od chodzenia, ale żona mu każe, chociaż w niedzielę niech się zmęczy.
– A wy tak na zmianę, widzę – komentuje, gdy już nałapie powietrza. – Jak jedno się z Panem Bogiem przeprasza, to drugie zaczyna kłócić.
Czyli Erika gdzie indziej biega z kołoczami! – odkrywa Josef. Złość mało go nie rozerwie. Chce wyjść, natychmiast, ale msza już się zaczyna, a do drzwi daleko.
Dziwnie mu się ogląda ten spektakl po latach. Patrzy na ludzi w dole. Mali dorośli przepraszają, dziękują i proszą. Josef powtarza gest za gestem, coś tam jeszcze pamięta, ale myśli swoje. Za późno, by znowu uwierzyć, przyjąć tę prawdę za jedyną. Słucha więc farorza, jak w szkole słuchał rechtora. Jednym uchem wlatuje, drugim wylatuje. Farorz patrzy się na Josefa, bo dawno go nie widział, i mówi o przebaczeniu, lecz Josef za nic ma jego słowa. Przebaczyć nie zamierza. Jak tylko zobaczy Erikę z kochankiem, to ją z domu pogoni albo sam pójdzie w diabły. Za granicę wyjedzie, do Czechosłowacji albo jeszcze dalej, i zostawi ją z tym całym bałaganem.
Msza się kończy, a Josef myślami już w Austrii. Wstaje oprzytomniały i wtedy czyjaś ręka ciągnie go znowu na dół. Hilda, żona Bogatzkiego. Pyta, co się stało z czerwoną spódnicą Eriki.
– A co się miało stać?
– Nie chodzi w niej.
– Odwidziało się.
– A może zniszczona?
Hilda świdruje go wzrokiem. Jakby, cholera, wiedziała. Jakby widziała go kradnącego kieckę. A potem stała tam pod największym kominem w mieście i na wszystko z dołu patrzyła. Już po mnie, myśli Josef. Sprzeda mnie policji, heksa.
– W ogień pewnie rzucił – mówi za niego Bogatzki. – Tak samo bym zrobił, jakby mi kobita z combra na noc nie wróciła.
Josef purpurowieje na twarzy. Dość ma słuchania o tym, jak to Erika w zapusty złajdaczyła się z miastowym, co wąsa zgolił i przebrał się za babę. Pospiesznie opuszcza świątynię, wsiada na rower i z powrotem do wsi. Wie, gdzie mogą być Erika i jej kochanek. Stolarnia. Od lat stoi pusta. Mieszają mu się w oczach historie przeszłe i przyszłe. Co się zdarzyło kiedyś i co zobaczy za chwilę. Ta sama dziewczyna, tylko chłopak inny. Czym się zasłużył miastowy bez wąsa? Czy tak jak Josef umierał kiedyś za ojczyznę? Jęczał z bólu, gdy mu zaszywała flaki?
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.
czarne.com.pl
Wydawnictwo Czarne
@wydawnictwoczarne
Sekretariat i dział sprzedaży:
ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
Dział promocji:
al. Jana Pawła II 45A lok. 56
01-008 Warszawa
Opracowanie publikacji: d2d.pl
ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków
tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]
Wołowiec 2026
Wydanie I
