Wydawca: E-bookowo Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2012

Skoki narciarskie. Historia lat 2006-2008. Rozważania o małyszomanii, nartach i górach ebook

Cezary Żbikowski

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 200 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Skoki narciarskie. Historia lat 2006-2008. Rozważania o małyszomanii, nartach i górach - Cezary Żbikowski

Książka ta to połączenie historii skoków narciarskich w sezonach 2006/07 i 2007/08 (w tym zwycięzcy pierwszego sezonu Adama Małysza) oraz próby wyjaśnienia mechanizmów rządzących skokami narciarskimi z punktu widzenia kibica. Jest raczej analizą laika niż naukowym spojrzeniem na tą dyscyplinę. Wydarzenia tych ostatnich sezonów stały się też przyczynkiem do powstania opowieści na temat narciarskiej pasji, gór, sportu i kibicowania. Medialny świat sportu miesza się z osobistymi spostrzeżeniami i refleksjami.

Opinie o ebooku Skoki narciarskie. Historia lat 2006-2008. Rozważania o małyszomanii, nartach i górach - Cezary Żbikowski

Fragment ebooka Skoki narciarskie. Historia lat 2006-2008. Rozważania o małyszomanii, nartach i górach - Cezary Żbikowski

Cezary Żbikowski

Skoki narciarskie. Historia lat 2006-2008

Rozważania o małyszomanii, nartach i górach

© Copyright by Cezary Żbikowski & e-bookowo

Zdjęcie na okładce: Cezary Żbikowski

ISBN 978-83-63080-94-5

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Dedykuję książkę Małgosi

i dziękuję jednocześnie za pomoc

w znalezieniu czasu na jej napisanie.

Część I Wprowadzenie 

Zakopane 26.08.2006r. O zimowych nadziejach w letni wieczór.

Zwycięstwa Małysza w pierwszych konkursach letniego Grand Prix 2006 rozbudziły uśpione nadzieje polskich fanów. Ale czy warto było wierzyć w powrót formy po trzech latach przeciętnych występów bez „błysku”? Zdrowy rozsądek mówił, że nie. Jednak prawdziwy kibic wierzy do końca. Dopóki ulubieniec wychodzi na bieżnię, wbiega na boisko czy siada na belce startowej. Zawsze jest wiara, że forma nagle wybuchnie i pozwoli na mistrzowskie wyczyny. Jednak coraz więcej osób trzeźwo ocenia sytuację i nie daje się zwieść nieracjonalnym, płonnym nadziejom. To chyba praktyka i rozum uczy dystansu oraz zimnej kalkulacji. Bo przecież smak porażki jest gorzki, cierpki jak niedojrzały owoc cytryny i zatyka gdzieś w środku, zwłaszcza gdy przegrywa mistrz, w którym pokładało się nadzieje. A poza tym ile można czekać na sukcesy - miesiąc, rok, trzy lata – jaki to ma sens?

Jednak Małysz odcisnął niezwykłe piętno na duszy polskiego kibica. Wielu rodaków nie poddało się, nie skreśliło jeszcze Mistrza z Wisły. I właśnie latem 2006 roku iskierka nadziei zaświeciła jaśniejszym blaskiem. Bo czy nie byłoby to czymś wspaniałym, gdyby po trzech nie najlepszych latach znów objawił się geniusz Mistrza, udowadniając niedowiarkom, że warto walczyć, trenować, wierzyć i czekać na swój czas?

Dobrze, że właśnie wtedy pięćdziesięcioparokilogramowi herosi zaczęli zjeżdżać do Zakopanego. Miejsce to miało wielkie znaczenie dla Małysza - dodawało odwagi, utwierdzało w przekonaniu, że forma będzie rosłą. A może to jakaś magiczna więź z kibicami odmieniała koleje losu?

Tamtego sierpniowego wieczora pod Giewontem kilkunastotysięczny tłum znów zadziwił narciarskie ekipy z wielu krajów swoją wielkością i żywiołowością. Zagraniczni organizatorzy Letniego Grand Prix byli po raz kolejny zaskoczeni, chodzili z uśmiechami pełnymi niedowierzania zwłaszcza, że na poprzednie zawody przybywała garstka kibiców, dająca się zliczyć na palcach jednej ręki.

Po pierwszej serii nie było rewelacyjnie, tylko piąte miejsce najlepszego polskiego skoczka. Jednak strata była teoretycznie do odrobienia, bo wszyscy zawodnicy z czołówki skoczyli po 127 metrów. Małysz przegrywał tylko różnicą not za styl.

„Walcz”, Jesteś lepszy”, „Pokaż swoje kopyto”, „W drugiej serii zawsze skaczesz dalej” – takie okrzyki dało się słyszeć w tłumie kibiców. Głos rozchodził się daleko po dolinach.

I wreszcie druga seria. Na rozbiegu staje piąty zawodnik po pierwszej serii Małysz. Do tej pory na prowadzeniu znajdował się młody Schlierenzauer, który skoczył 131 m. Po chwili przygotowań na belce rusza Małysz, wszyscy trzymają mocno kciuki. Najazd, wyjście z progu, lekko falujące narty, nieco zgarbiona sylwetka, walka o każdy metr, poprawny telemark – i 128 metrów. Dobrze. Na razie wystarcza to na pierwsze miejsce. Co na to rywale? Czy będzie podium?

Czwarty Norweg Bardal nie daje rady, skacze 126 m i jest za Małyszem. Słoweniec Damjan 125,5 m, jest również za Bardalem.

Na rozbiegu są jeszcze tylko dwaj Czesi zajmujący ex aequo pierwsze miejsce – Koudelka 125 m i nie liczy się. Pozostaje tylko pytanie co zrobi Janda, zwycięzca Pucharu Świata. Jest już w powietrzu, idealnie płaska sylwetka, wszyscy wstrzymują oddech. Janda leci i leci, jakby nie chciał wylądować, wreszcie dotyka igielitu, ale zmierzona odległość wynosi tylko 124,5 m. Więc Małysz na najwyższym podium pod Tatrami!!!

Najlepszy polski skoczek umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji generalnej. Miał dużą przewagę nad rywalami. A więc ten mały sukces w sezonie letnim (Małysz ostatecznie wygrał Letnie Grand Prix) można było traktować jako zapowiedź lepszego sezonu zimowego. Brawo.

Jak reagowali kibice, którzy dalej śledzili zmagania skoczków? Znów pojawiło się więcej komentarzy na sportowych portalach, media przypomniały sobie o Małyszu, nawet w letnim okresie. Nie brakowało toastów i rosnącej wiary, że Małyszomania wróci jeszcze z większą siłą.

Właśnie wtedy wielu fanów skoków ponownie uwierzyło, że prawdziwy powrót Mistrza jest możliwy, że jest blisko. Ten okrzyk radości pod Giewontem był znamienny. Coś podpowiadało, że wraca kolejny odcinek przygody. Wiele osób zdało sobie sprawę, że ponownie na naszych oczach będzie pisała się prawdziwa sportowa historia, że znów można będzie zachwycać się rywalizacją w konkursach, obserwować i próbować zrozumieć zachowania tłumów, cieszyć się razem z entuzjastami skoków narciarskich.

Część II Sezon 2006 / 2007

Rozdział 1. Kuusamo 24.11.2006r. O początku sezonu i o znaczeniu psychiki w sporcie.

Zima jeszcze nie zagościła na dobre w Europie, a pod koniec listopada w Kuusamo odbyły się pierwsze treningi. Małysz, jako zwycięzca Letniego Grand Prix, jechał z wielką nadzieją na kontynuację dobrych występów również w zimie. Letnie zawody są traktowane z mniejszą powagą, dla niektórych jest to element przygotowań do właściwego sezonu zimowego. W pierwszych skokach w śnieżnej scenerii Małysz potwierdził wysoką formę. W drugim skoku treningowym skoczył najdalej, przekraczając granicę 140 metrów. Kwalifikacje na fińskim obiekcie niestety zostały odwołane ze względu na warunki pogodowe – padający mokry śnieg i wiatr.

Jak potoczy się sezon 2006/2007? Czy Małysz rzeczywiście wróci do ścisłej czołówki? Czy pozostali Polacy zaczną wreszcie odnosić sukcesy? Jaka będzie forma zwycięscy ubiegłego sezonu Jakuba Jandy? Czy będzie to kolejny udany sezon Janne Ahonena? Optymistyczne dla polskich kibiców były notowania bukmacherów – w kilku firmach najmniej można było zarobić na Małyszu. A więc nie tylko niepoprawne nadzieje wiernych fanów z Polski, także merytoryczne analizy wskazywały na Adama jako na jednego z faworytów.

Pierwsza seria piątkowego konkursu (24 listopad 2006) rozpoczyna się kilkoma dobrymi skokami w granicach 130 metrów mniej znanych zawodników. W czołówce znajdują się tacy skoczkowie jak Guido Landert czy Kalle Keituri, nazwiska które większości kibiców skoków nic nie mówią. Kiedy na rozbiegu pojawiają się przedstawiciele pierwszej piętnastki z poprzedniego sezonu, zamiast większych emocji mamy pogarszające się warunki pogodowe. Odległości są coraz krótsze. Nikt nie rozumie dlaczego konkurs nie zostaje przerwany. Małysz skacze krótko, jak na swoje możliwości (106 m) i ostatecznie zajmuje 34 miejsce. To po raz drugi na przestrzeni kilku lat, kiedy nie zakwalifikuje się do czołowej trzydziestki. Pozostali zawodnicy skaczą jeszcze gorzej, np. Ahonen 90, Janda 95,5, Ljoekelsoey 71 metrów!!! Nie jest to żadnym pocieszeniem. Druga seria jest odwołana i zawody ostatecznie wygrywa prawie nieznany Fin Arttu Lappi skokiem na odległość 141 metrów.

Pozostało tylko pytanie dlaczego nie przerwano konkursu. Tłumaczenia Waltera Hofera, dyrektora FIS, o słabej komunikacji pomiędzy osobami odpowiedzialnymi za zawody niczego nie wyjaśniały. Mówiło się wtedy, że wypaczono sens rywalizacji. W niefortunnym stylu rozpoczęto sezon. Czołowi zawodnicy zajęli odległe miejsca.

Pech dalej prześladował sportowców. Po rozegraniu kwalifikacji w relatywnie dobrych warunkach (Małysz zajął czwarte miejsce), w sobotnich zawodach wiatr znów płatał figle. Nie liczący się zawodnicy z poprzedniego sezonu osiągali wyniki w granicach 140 metrów. Wreszcie kiedy wiatr się nasilił, odwołano zawody.

A więc nie udało się Małyszowi podczas dwóch pierwszych zawodów udowodnić, ze jest w dobrej formie. Właśnie po takich wydarzeniach w myśli zawodników może wkraść się lęk i niepewność, czy kolejne zawody ułożą się dobrze. Brak potwierdzenia dobrym wynikiem świetnej dyspozycji może ją pogorszyć. Gdzieś głęboko w psychice rodzi się „czarny punkt”, nienamacalny rys zakłócający równowagę psychiczną i funkcjonowanie organizmu. To może być przyczyną kolejnych problemów. Szczególnie w skokach psychika jest niezmiernie ważna. Przecież wszystko zależy od kilku ułamków sekundy. Zawodnik musi być maksymalnie skoncentrowany i wykonać perfekcyjnie określone ruchy. Dodatkowo angażuje on maksymalną siłę w niektóre działania przy zachowaniu automatyzmu w innych obszarach ruchowych. Pojawienie się najmniejszej niepewności może zrujnować całą konstrukcję. Presja oddania dobrego skoku może paradoksalnie utrudniać dobry występ.

Przygotowanie psychiczne jest ważną cegiełką w całej konstrukcji dobrej, sportowej dyspozycji. Wiele już napisano na temat poprawnych wyników naszych skoczków podczas treningów. Zazwyczaj nie potrafią oni jednak powtórzyć dobrych rezultatów w zawodach. Rodzi się pytanie, czy stoi za tym słabe przygotowanie, czy może raczej mentalność polskiego sportowca, „typowa” psychika przeciętnego Polaka? Czy nie zjada nas trema w najważniejszych momentach? Szczególnie objawia się to w sportach, gdzie o wyniku decydują dziesiętne sekundy, gdzie trzeba zebrać całą koncentrację na jeden najważniejszy moment. Nie tylko skoki - także strzelanie, rzuty, biegi sprinterskie, nawet jazda figurowa na lodzie są tego przykładem. Świadomość, że zbliża się moment, w którym trzeba poprawić swój wynik, kiedy trzeba osiągnąć więcej niż rywale, zamiast dopingować polskiego zawodnika, czasami związuje mu ręce i nogi. To chyba głęboko zakorzeniony mechanizm hamujący nasze możliwości w stresowych momentach. Adrenalina zamiast pobudzać jedynie rozstraja możliwości ruchowe sporej części polskich sportowców. Kto nie słyszał o nogach z waty polskich piłkarzy, kiedy przeciwnik wychodzi na prowadzenie pod koniec spotkania? O ile gorsza jest wtedy gra. Jak często nic się nie układa, nie stwarzane są podbramkowe sytuacje. Zawodnicy niestety nie pędzą do przodu, nie „gryzą” trawy. Ich zaangażowanie spada w zastraszającym tempie. Psychiczne niedoskonałości są obnażone. Trudno nie zwrócić uwagi na przykład na występy niemieckich piłkarzy, którzy niejednokrotnie wznosili się na wyżyny swoich umiejętności w sytuacji niekorzystnego wyniku pod koniec meczu. Złość przeradza się w większe zaangażowanie, adrenalina pozwala przekraczać granice umiejętności. Psychika nie godzi się na przegraną. Pcha do walki i większego poświęcenia oraz wysiłku. Przy takim nastawieniu wynik często zmienia się na korzystny, bramki padają nawet w ostatnich sekundach spotkania.

Pomimo nadzwyczajnie silnej psychiki Małysza, duża ilość pechowych wydarzeń mogła pokrzyżować plany naszego Mistrza. Złe warunki pogodowe, zmieniający się wiatr, niedobrze dobrane smary, przerwy w konkursie potrafią stanąć na drodze zawodnika i uniemożliwić mu osiągnięcie spodziewanego wyniku. Wytrzymałość psychiczna polskiego skoczka na początku tego sezonu została poddana próbie.

Rozdział 2. Lillehammer 02 i 03.12.2006r. O Małyszomanii.

Małysz przystępuje do konkursu z nadzieją na podium po złych doświadczeniach w Kuusamo. Znów bardzo dobre skoki w treningach i drugie miejsce w kwalifikacjach. Wreszcie I seria: niezła prędkość na progu, dobry lot, lądowanie – wszystko w jak najlepszym wydaniu - i niestety utrata równowagi, walka o utrzymanie się na nartach i wywrotka. Sędziowie odejmują dużą ilość punktów i Małysz zajmuje miejsce pod koniec trzeciej dziesiątki. Najbardziej prawdopodobną przyczyną upadku była nierówna powierzchnia na zeskoku. Na szczęście Małysz nie jest mocno poobijany i staje na rozbiegu w II serii i wreszcie oddaje skok na miarę jego dyspozycji – 136 m. To oczywiście skutkuje dużym awansem, ale ostatecznie zawodnik zajmuje 15 miejsce, co jest dla niego dużym rozczarowaniem. Zawody wygrywa Ammann i obejmuje prowadzenie w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.

Pech nie opuszczał naszego Mistrza. Kolejna próba charakteru i umiejętności radzenia sobie z przeciwnościami była przed nim. Punkty gromadzili konkurenci i żeby liczyć się w walce o Kryształową Kulę, trzeba było wreszcie stanąć na podium. Na szczęście Małysz miał ogromne doświadczenie. Ponad 10 sezonów oddawania skoków nauczyło go cierpliwości i „robienia swojego”. Przecież trzy ostatnie sezony to były ciągłe zmagania o powrót na najwyższe szczyty. Nieustanna walka ze słabościami i przeciwnościami losu. Będąc w doskonałej dyspozycji, Małysz wiedział, że dobre wyniki muszą nadejść. Nie mógł tylko pozwolić na to, aby wkradła się niecierpliwość i chaotyczne próby udowodniania jego formy.

Małysz znakomicie dochodzi do siebie po upadku i rozpoczyna kwalifikacje mocnym akcentem. Zajmuje w nich pierwsze miejsce fantastycznym rezultatem 142 metry i z nadzieją na zwycięstwo staje do pucharowego konkursu. W drugim konkursie w Lillehammer prezentuje się świetnie i po skoku na odległość 137,5 metra nasz Adam jest wreszcie liderem! Tuż za nim są: Jacobsen, Schlierenzauer i Ammann. Reszta się nie liczy. Druga seria rozgrywana jest po obniżeniu rozbiegu, przez co odległości są krótsze.

Na rozbiegu zostaje już tylko, licząca się w walce o podium, najlepsza czwórka. Ammann leci na odległość 127. metrów, to będzie chyba za mało na wygraną. Schlierenzauer osiąga 137 metrów, co wydaje się być doskonałym wynikiem w tych warunkach. Tym samym obejmuje prowadzenie. Jacobsen po pierwszej serii ma prawie 4 punkty przewagi nad młodym Austriakiem , jednak skacze 131,5 metra, co klasyfikuje go na drugim miejscu.

No i wreszcie pojawia się Orzeł z Wisły. Jest Szansa na podium, szansa na pierwsze miejsce. Oddaje swój skok i ... Jest to skok, o którym można powiedzieć, iż jest tylko poprawny. Odległość 127,5 metra daje Małyszowi trzecią pozycję.

Czy był to sukces czy porażka? Biorąc pod uwagę ostatnie konkursy i 34 oraz 15 miejsce, na pewno uznać to należy za ogromny postęp, dający powody do zadowolenia. Jednak z drugiej strony, pamiętając o dobrej kondycji na treningach oraz o pierwszym miejscu po I serii, można było czuć rozczarowanie. Zapewne tak to odebrał Małysz, bo do zwycięstwa zabrakło niewiele. Rzadko kiedy Adam nie wykorzystywał takich okazji. To musiało znów zaboleć. Jednak miało to też takie pozytywne znaczenie, że znalazł się na podium, pokazał się w czołówce i zebrał 60 punktów – przecież jego główny cel to liczyć się w klasyfikacji końcowej PŚ.

Tymczasem na ucieszoną wyglądała grupa polskich kibiców. To już reguła, że niezależnie od miejsca rozgrywania zawodów, powiewają biało-czerwone flagi. „Małyszomania” trwa nieprzerwanie od kilku ładnych lat. Przyczyną powstania tego fenomenu był oczywiście wyrazisty i niespotykany sukces Małysza, któremu w wielkim stylu udało się wygrywać w Pucharze Świata, w Turnieju Czterech Skoczni czy na Mistrzostwach Świata. Polakom brakowało spektakularnych efektów w popularnej dyscyplinie sportu, brakowało zawodnika, który powtarzałby sukcesy w sposób niepodważalny, który zdominowałby rywalizację i potwierdzał klasę w wielu kolejnych zawodach. Osiągając mistrzostwo Małysz dalej był bardzo skromnym człowiekiem, z dystansem podchodził do swoich sukcesów oraz z dużym respektem wypowiadał się o rywalach. Jego wypowiedzi były proste i zrozumiałe. Podkreślał i głosił znane prawdy rządzące światem skoków narciarskich, czym zyskiwał sobie jeszcze większą sympatię. Był rozumiany przez kibiców i trafiał w ich oczekiwania. Przykładem tego niech będzie chociażby słynne powiedzenie, że jego „ strategią jest oddanie dwóch dobrych, równych skoków”, niezależnie od konkursu, niezależnie od zajmowanego miejsca po pierwszej serii, niezależnie od tego, co robią konkurenci i od zajmowanej lokaty w klasyfikacji generalnej. Ten brak nadmiernego kombinowania przypadł do gustu Polakom.

Małysz nie nazywał rzeczy innymi niż były. Nie zostałby może dzięki temu świetnym politykiem, chociaż nawet i w takiej roli widziałoby go wielu. Czy to na serio czy żartem, fakt pozostaje faktem: powiewały transparenty z napisem „Małysz na prezydenta”. I zapewne wielu oddałoby na niego głos.

Małysz stał się dla rodaków synonimem sukcesu. Polskie społeczeństwo w dużym stopniu zmęczone przemianami ustrojowymi, borykało się z materialnymi kłopotami czy wręcz czasami z biedą. Mało było powodów do wielkiej radości i dumy. Sukcesy Małysza padły na podatny grunt i jego popularność wybuchła niemal w każdym zakątku kraju. Interesowały się nim osoby, które nie miały dotąd do czynienia ze sportem w ogóle, a które dały się ponieść masowej euforii. Irytowało to niektórych fanów skoków, ale myślę, że trzeba na to spojrzeć bardziej jako na ciekawostkę i zrozumieć, że dobre kibicowanie jest możliwe na wielu różnych poziomach, że ta różnorodność w przeżywaniu zawodów sportowych bywa piękna i ciekawa.

W wielu domach nie wyobrażano sobie zimowego weekendu bez relacji telewizyjnej z pucharowych zawodów towarzyszących domownikom podczas jedzenia obiadu czy nawet sprzątania. Zdarzało się ponoć, że pierwszym wypowiadanym przez małe pociechy słowem, było nie „mama”, lecz „Adam” lub „Małys”. Prawdziwe szaleństwo ogarnęło miliony. Najczęstszy temat dyskusji podczas imienin i urodzin stanowiły skoki. Nawet opowiadane dowcipy też dotyczyły tego zagadnienia. (Nie mogę w tym miejscu nie zacytować choćby jednego kawału: „Dlaczego Małysz zaraz po ślubie zabrał swoją żonę na skocznię? Bo starym zwyczajem chciał przenieść ją przez próg.”). Całe zjawisko to prawdziwa frajda dla socjologów i psychologów.

Jednocześnie ilość polskich kibiców obecnych na zawodach poza granicami kraju wciąż rosła. Nawet w najdalszych zakątkach świata, nie tylko w Europie, ale także w Japonii czy Stanach Zjednoczonych. Natomiast prawdziwym testem dla fanów okazały się lata 2003-2006, kiedy to Małysz spuścił z tonu i nie wygrywał już tak często. Jednak jego popularność nie ucierpiała. I to był fenomen, to było uznanie zasług Mistrza z Wisły. W dalszym ciągu zdobycie biletu na zawody w Zakopanem uchodziło za sztukę. Niezliczone tłumy ciągnęły pod Wielką Krokiew i gorąco dodawały otuchy naszemu najlepszemu skoczkowi. Tak odwdzięczali się kibice za dostarczenie im wielkich przeżyć. To musiało podtrzymywać wiarę Małysza w sens dalszego trenowania.

Co sprawia, że rodzi się bohater tłumów? Czy rację miał Umberto Eco pisząc o Supermanie, że masowy bohater musi przejść kryzysy i sprzeczności, aby w końcu dzięki swojej odwadze, inteligencji, a przede wszystkim sprawności, z sukcesem zakończyć misję? Czyż historia Małysza nie pasuje idealnie do scenariusza, który opisał Eco? Jest jednak istotna różnica: podczas gdy supermani byli wytworami wyobraźni autorów, to dzieje Małysza napisało samo życie, no i on sam. Nie dziwi więc, że kibice czekali wiernie na kolejny odcinek z Mistrzem w roli głównej, tak jak miliony kinomanów oczekuje na kolejny odcinek Jamesa Bonda.

Wielu dziennikarzy podkreśla, że skoki narciarskie są popularne w kilku krajach, a znane zaledwie w kilkunastu. To prawda, że nie jest to dyscyplina ogólnoświatowa, globalna, jak piłka nożna czy pływanie. Jednak pełne trybuny, kilkadziesiąt tysięcy kibiców na zawodach, nie tylko w Polsce, ale też w Niemczech, w Austrii czy w krajach skandynawskich, świadczą o magii tego sportu. Na pewno popularność tej dyscypliny w krajach bogatszych będzie warunkowała jej rozwój. Pieniądze stacji telewizyjnych oraz sponsorów mogą ją albo upowszechnić albo zepchnąć na margines. Nikt nie wątpi, że kluczową rolę w tym względzie odgrywają Niemcy. W związku z tym może martwić fakt, że w ostatnim okresie tamtejsi zawodnicy mniej liczą się w rywalizacji. Potrzeba nam zatem więcej takich „Schmittów” i „Hannawaldów”, demonstrujących formę ze swych najlepszych okresów.

Różne formy Małyszomanii.

Rozdział 3. Engelberg 16.12.2006r. - po dwutygodniowej przerwie. O znaczeniu warunków pogodowych.

Niestety, górę wzięła łagodna zima i brak śniegu. W związku z tym nie doszły do skutku zawody nr 5 i 6 w Czechach. Pod znakiem zapytania stanęły też skoki w Engelbergu, jednak ostatecznie udało się zapewnić podstawowe warunki do przeprowadzenia konkursów. W rywalizacji zaczęli dominować młodzi skoczkowie: Jacobsen i Schlierenzauer, których okrzyknięto mianem „młodych wilczków”. Po pierwszej serii prowadził Jacobsen z rezultatem 137. metrów. Małysz wypadł nieco słabiej i oddał skok o długości 128 metra, przez co zajął dopiero dziesiątą pozycję. Druga seria odbywała się w nieco stabilniejszych warunkach pogodowych i od razu odległości zwiększyły się.

Małysz pozbierał się po pierwszej serii i oddaje bardzo dobry skok na odległość 134 m, jak się okazało drugi najlepszy w tej serii. Jedynie Schlierenzauer leci znacznie dalej i dzięki wynikowi 140,5 m wygrywa konkurs. Małysz zajmuje trzecie miejsce i ponownie w tym sezonie staje na podium. Wyprzedza go jeszcze Jacobsen, który osiągnął co prawda tylko 129 m, ale przewaga z pierwszej serii nad Adamem okazała się wystarczająca. Sytuacja Małysza zaczyna się stabilizować. Znajduje się w ścisłej czołówce. Póki co jeszcze nie wygrywa, ale jest blisko, a jego skoki nie odstają mocno od najlepszych. W rywalizacji zaczynają dominować „młode wilczki”: dwaj Szwajcarzy Ammann i Kuettel, no a między nimi pojawia się nasz znakomity skoczek z Wisły. Dobre rezultaty osiągają też Morgenstern, Janda, Ahonen i Koch.

Sceneria rozgrywanych zawodów jest raczej jesienna. Brak śniegu doskwiera wszystkim. Odwołane konkursy w Harrachovie w Czechach skomplikowały cykl przygotowań wielu skoczkom i wywołały nerwowość. Zawodnicy oddali zbyt mało skoków na śniegu, jak na tą część sezonu. Trenerzy poszukiwali sposobów na zrekompensowanie tych braków. Część z nich zaczynała planować wyjazdy w te rejony naszego kontynentu, gdzie zima już dotarła i gdzie można byłoby przygotowywać się w prawdziwie zimowych warunkach. No i wreszcie widowiskowość konkursów. O ile gorzej obserwuje się skoki, gdy wokół szare łąki i leżące suche liście. Nie ma klimatu, nie ma podniosłej, zimowej atmosfery. Biel potrzebna jest tak samo skoczkom jak i kibicom. Jest gruntem - zarówno do przeżywania emocji, jak i do dobrej zabawy. Dzięki białemu puchowi otoczenie wydaje się inne, jakby czekało na święto z nartami. Powietrze staje się bardziej czyste, przeźroczyste, a kształty nabierają ostrości. Nastrój jest bajkowy, zyskuje niecodzienny wymiar. Natura zaprasza do zabawy, do beztroskiego spędzania czasu. Śnieg łagodzi napięcia, przypomina dorosłym dziecięce klimaty. Wbrew pozom i logice rozgrzewa, dodaje energii i pobudza do życia.

Prognozy