Skandal w stolicy nudy - Paweł Beręsewicz - ebook

Skandal w stolicy nudy ebook

Paweł Beręsewicz

4,0

Opis

Nocny wypadek cysterny z czekoladą burzy spokój w sennych Owczynach. Setki tysięcy złotych płyną po asfalcie z tonami słodkiej masy. W miasteczku huczy od plotek. Czy na pewno winien był pech i trudne warunki na drodze? A może plan „wypadku” zrodził się w czyjejś głowie? Może to, co dla jednych było stratą, innym przyniosło korzyści? Takie pytania spędzają sen z oczu dwunastoletniego Grześka Marchfelda.

Czy klucz do prawdy kryje się w Starym Sierocińcu, fabryce o wdzięcznej nazwie „Owieczka”, tajemniczej fundacji, amatorskim teatrze, zakładzie karnym? A może mózg ciemnej intrygi pracuje jeszcze gdzie indziej?

****

Nie ma co płakać nad rozlaną czekoladą! Nie wszystko stracone, przeciwnie! Pozornie nudne miasteczko staje się sceną efektownych zdarzeń, słodkich tajemnic i gorzkich intryg. A wszystko dzięki Wytwórni Pralin i Czekolad Owieczka. Tak, bo małe Owczyny czekoladą stoją albo płyną… Ponadto dojrzewają tu poważne teatralne plany, sztuka pełna emocji i pierwsze prawdziwe przyjaźnie - niepozbawione wzlotów i upadków. Grzesiek i Oskar doskonale o tym wiedzą. Gdy przygotowania do konkursowego spektaklu nabierają kolorów, czekoladowy dramat uderza z całą mocą w kluczową aktorkę. Nie pozostaje nic innego jak tylko rzucić się w wir słodkiego śledztwa, które zaprowadzi ich w niejeden ślepy zaułek. Znane i cenione osoby pokażą nowe oblicze. A finał zaskoczy jak chili w mlecznej czekoladzie, bo pozory często mylą, a najciemniej bywa pod latarnią…

Dynamiczna akcja, humor, zaskakujące zwroty akcji i plejada nietuzinkowych bohaterów – najlepsza receptura na świetną powieść!

Agnieszka Hałubiec

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 315

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Okładka

Karta tytułowa

Prolog

Kiedy ciężkie żelazne drzwi zatrzasnęły się z hukiem, Roman Gładziński stanął na środku chodnika i rozejrzał się bezradnie. Mógł iść w prawo, w lewo lub prosto. Po dwóch latach spędzonych w miejscu, gdzie o każdym jego kroku decydował strażnik w granatowym mundurze, od tej nagłej wolności zakręciło mu się w głowie. Objął się ramionami – trochę z samotności, a trochę z chłodu. Miał na sobie tylko niebieską koszulę od garnituru. Kiedy przekraczał te drzwi w przeciwnym kierunku, listopad był wyjątkowo ciepły. W tym roku pogoda pogodziła się z kalendarzem i jesienny chłód dawał się mocno we znaki.

Przydałaby się jakaś kurtka – pomyślał Roman Gładziński i to drobne praktyczne zadanie wyrwało go z odrętwienia.

Wysoki mur, ozdobiony na szczycie zwojami kolczastego drutu, ciągnął się w obie strony wzdłuż wąskiej ulicy. Do centrum nie było daleko. Na lewo, kilkadziesiąt metrów od bramy, asfalt przechodził w brukowany deptak wysadzany po bokach kolorowymi wystawami. Roman zajrzał do portfela, który przed chwilą wydano mu z depozytu, i skrzywił się kwaśno na widok zawartości. Na nową kurtkę raczej nie było go stać. Mimo to ruszył w stronę deptaku, żeby chociaż ogrzać się w eleganckich wnętrzach i w cieple przemyśleć następny krok.

W pierwszych dwóch butikach z kurtki mógłby sobie kupić najwyżej guziki. A jednak czas spędzony w środku nie poszedł zupełnie na marne. Okno drugiego ze sklepów wychodziło wprost na fronton przeciwległej kamienicy i zawieszony na nim szyld. „Używana odzież z zachodniej Europy” – przeczytał Roman Gładziński i pomyślał, że to może być coś dla niego.

Sklep z ciuchami mieścił się w podwórzu i zajmował spore blado oświetlone pomieszczenie z oknami na wysokości chodnika. Pachniało tu proszkiem do prania i dawno niewietrzoną szafą. Wzdłuż ścian w różnobarwnych rzędach wisiały na wieszakach wszelkie możliwe części garderoby, niegdyś noszone na ulicach Londynu, Amsterdamu, Turynu lub Hamburga, teraz oczekujące na drugie życie w innej części świata. Roman Gładziński z dość sceptyczną miną wyszukał w gąszczu ubrań skromny stojak z wierzchnią odzieżą męską i zagrzechotał wieszakami. To nie, to nie, to nie – przesuwał kolejne jak koraliki liczydła. To nie, to nie, to… – zatrzymał się na szarej, pikowanej kurtce. Zdjął ją z drążka i obejrzał starannie od góry do dołu – wyglądała na prawie nieużywaną. Żadnych plam, dziur, przetarć.

Wciąż jeszcze bez przekonania wsunął ręce w rękawy i przejrzał się w lustrze. Kurtka była krótka, mniej więcej do połowy pośladków, przedłużona nieco ciemniejszym ściągaczem – pasowała jak ulał. Sugerowała wąskość w pasie i szerokość w ramionach. Jakby lekko podpompowana, ściśnięta siatką przeszyć, stanowiła subtelną aluzję do ukrytej pod nią muskulatury. Z lustra spojrzały na pana Romana poważne, inteligentne, może odrobinę zbyt ostentacyjnie niewinne oczy. Drobne, regularnie wykrojone usta drgnęły z wyraźną satysfakcją.

Kiedy Roman Gładziński znalazł się z powrotem na ulicy, nie czuł się już bezradny i zziębnięty. Szedł dziarskim krokiem w stronę dworca, skąd za pół godziny powinien odjeżdżać autobus do Warszawy. Ze stolicy nocnym pociągiem zamierzał dostać się do Krzystka Kościelnego, a stamtąd do Owczyn było już tylko dwadzieścia parę kilometrów.

Nie, Roman Gładziński nie pochodził z Owczyn. Nigdy nawet nie był w Owczynach i ledwie co o nich słyszał. Jechał tam tylko po toyotę. Krwistoczerwonego SUV-a RAV4 kupił za pieniądze z poprzedniej roboty i nawet nie zdążył się nim nacieszyć, zanim zrobił sobie przerwę w jeżdżeniu czymkolwiek. Od miesiąca samochodu pilnował Artur Opieka, kolega, z którym pan Roman spędził pod jednym dachem prawie półtora roku, a który wyszedł spod tego dachu właśnie ów miesiąc wcześniej.

Dworzec autobusowy w Owczynach nie różnił się wiele od swoich odpowiedników w innych małych miasteczkach. Wyasfaltowany plac, stara wiata z ławeczką i betonowym koszem na śmieci, a w głębi dawna poczekalnia, teraz zamknięta na łańcuch z kłódką. Jedynym elementem niespotykanym gdzie indziej była podłużna niebiesko-granatowa tablica na dworcowym budynku, witająca przyjezdnych radosnym napisem: „Owczyny – miasto czekolady”. Kiedy autobus z Krzystka Kościelnego zatrzymywał się pod wiatą, Artur Opieka czekał już na przystanku. Na widok wysiadającego Romana Gładzińskiego podszedł do przednich drzwi i zawołał:

– No, no, Gładki, dobrze wyglądasz! A jakie stylowe wdzianko!

Pół godziny później obaj koledzy popijali kawę z papierowych kubków przy okrągłym stoliku na stacji benzynowej. Roman Gładziński raz po raz z rozrzewnieniem zerkał przez szybę na piękną toyotę, do której tak się stęsknił. Artur Opieka tymczasem z zapałem opowiadał o swojej nowej pracy. Po powrocie z miejsca, któremu zawdzięczał znajomość ze swoim rozmówcą, zatrudnił się u stryja, właściciela znanej w całym kraju Wytwórni Pralin i Czekolad Owieczka.

– O, jak słodko! – z nutą ironii w głosie skomentował tę wiadomość Gładki.

Artur Opieka, niezrażony lekceważącą reakcją, uśmiechnął się tajemniczo i nachylił do ucha kolegi.

– A gdybym ci powiedział – szepnął – że nasza firma to tak naprawdę dwie oddzielne fabryczki w dwóch różnych miejscowościach?

Roman Gładziński naprężył się czujnie i mruknął:

– No i?

– No i tu wytwarzamy czekoladę, a tam ją rozlewamy do form.

– No i? – powtórzył Gładki, przeciągając głoski, jakby dla zyskania czasu.

– No i kilka razy w tygodniu wozimy cysterną tony płynnego towaru, czujesz?

– No właśnie nie bardzo.

– Tej cysterny nikt nie pilnuje – powiedział Artur Opieka, a widząc wbity w siebie pytający wzrok, dodał: – W takiej cysternie jest dziesięć ton czekolady! Setki tysięcy złotych, Gładki. Nie przelewki. Ktoś z twoim doświadczeniem…

Roman Gładziński zerwał się oburzony i spojrzał na rozmówcę jak jastrząb na ofiarę.

– No wiesz co! – wychrypiał. – Nie chcę tego słuchać! Skończyłem już z przekrętami i nie próbuj mnie z powrotem w to wciągać!

– Ale poczekaj, Gładki…

– Nie, Artur! Dzięki za przechowanie samochodu, miło się gadało, sukcesów w pracy, spadam.

Chwycił leżące na stoliku kluczyki i zdecydowanym krokiem wyszedł z budynku. Na jego widok czerwona toyota RAV4 radośnie zamrugała światłami. Drzwi otworzyły się bezszelestnie. Miękki fotel westchnął pod ciężarem, a zapach wciąż jeszcze nowej tapicerki rozkosznie wypełnił nozdrza. Kluczyk w stacyjce przekręcił się bez oporu, cichutko zagrał silnik. Gładki wrzucił bieg, zwolnił sprzęgło i delikatnie wcisnął pedał gazu. Wyjeżdżając na szosę, przysiągł sobie w duchu, że jego noga więcej w Owczynach nie postanie.

Rozdział 1

Obietnica Oliwki, że firma jej ojca zasponsoruje wyjazd do Wrocławia, spadła Grześkowi i Oskarowi jak z nieba. Już zaczynało wyglądać, że cały pomysł rozbije się o brak pieniędzy.

Ogłoszenie wypatrzył ten pierwszy. Kiedy dzień czy dwa po Zaduszkach, wracając ze szkoły, zboczył z prostej drogi i zahaczył o rynek, jego wzrok przypadkiem prześliznął się po gablocie przy wejściu do starego ratusza. Kilka pomieszczeń tego zabytkowego budynku zajmowała owczyńska biblioteka. „III Przegląd Przedstawień Szkolnych – obwieszczał plakat. – Teatr Fantazja, Wrocław, 16–17 lutego 2019 roku”. Grzesiek Marchfeld, poważny szóstoklasista o skupionych oczach i sceptycznie wygiętych ustach, przegrabił palcami sztywne jasnobrązowe włosy i zadumał się nad tym, co przeczytał. Żeby wziąć udział w konkursie, wystarczyło napisać sztukę, skompletować zespół i wyreżyserować spektakl. To nie wydawało się aż takie trudne.

Kiedy o festiwalu usłyszał serdeczny druh Grześka, Oskar Małosielski, zapalił się natychmiast. Gdyby powodzenie przedsięwzięcia zależało wyłącznie od talentu i natchnienia, można by było w zasadzie od razu szykować półkę na grand prix. Niestety nawet najbardziej uskrzydlonych artystów ściągają często ku ziemi trudności bynajmniej nie artystyczne. Tak było i w tym przypadku. Regulamin wrocławskiego przeglądu na przykład stanowczo wymagał, żeby każdy zgłoszony teatr miał dorosłego opiekuna. Gdyby w szkole nadal pracowała pani Marzanna Kwiecińska, lekko zwariowana artystka, z którą na początku roku przez dwa miesiące mieli lekcje plastyki, pewnie zgodziłaby się natychmiast. Ponieważ jednak parę dni wcześniej z urlopu macierzyńskiego wróciła etatowa plastyczka i z panią Marzanną nie przedłużono umowy, Grzesiek z Oskarem zmuszeni byli łazić od nauczyciela do nauczyciela i błagać o wsparcie. Polonistka, pani Zając, już nawet zaczynała się łamać, ale kiedy usłyszała, że autorem dramatu nie jest Mickiewicz ani Słowacki, tylko spółka M&M, czyli Marchfeld i Małosielski, wykręciła się natłokiem obowiązków. Historyk, pan Żeleźnicki, miał już na głowie akademię trzeciomajową, pani Zbylut, anglistka, trójkę małych dzieci, a pan Dobich od matematyki żałował, ale niestety. Czas mijał, kolejni nauczyciele odprawiali ich z kwitkiem i kiedy nadszedł ostatni dzień wysyłania zgłoszeń, oni wciąż nie mieli na formularzu dorosłego podpisu.

– To może siostra Wilhelmina? – jęknął zdesperowany Oskar.

Siostra Wilhelmina, wiekowa zakonnica, którą co bardziej wyrywni zaczęli przerastać już w czwartej czy piątej klasie, budziła grozę choćby samym imieniem. Jeśli się do tego dodało bladą pomarszczoną twarz, usta ściśnięte w prostą kreskę, lodowate oczy za grubym szkłem okularów i głos jak trzaskanie chrustu, przestawało dziwić, skąd taka karność na lekcjach religii.

Grzesiek pomiędlił ręką brodę i westchnął z rezygnacją:

– No nie wiem. Jeżeli pan Zbyszek się nie zgodzi, to chyba nie będzie wyjścia…

Ale pan Zbyszek Zych na szczęście nie powiedział nie. Ten wesoły młody wuefista, który zawsze powtarzał, że „mistrz to ktoś taki, komu się najmniej nie chce”, podszedł do propozycji życzliwie i zawołał:

– Świetny pomysł, panowie! Widzę tylko jeden mały problem. Wiecie chyba, że Wrocław jest daleko, prawda? Że bilety kosztują? Że noclegi nie są za darmo? A dekoracje? A kostiumy? A wpisowe? Na to potrzeba kasy, panowie.

I właśnie wtedy Oliwka przyniosła wiadomość, że jej tata zgodził się pokryć wszystkie koszty. Pan Zbyszek, pozbawiony argumentu, podniósł ręce w geście kapitulacji i powiedział:

– A, skoro macie sponsora…

Jego podpis na formularzu wyglądał jak znak Zorro.

Spytani, co czuli po tym nieoczekiwanym zrządzeniu losu, Grzesiek z Oskarem mieliby pewnie niewyraźne miny. Skłamaliby, mówiąc, że się nie cieszyli. Bez wsparcia ojca Oliwki nie ruszyliby z miejsca. A jednak było coś, co mąciło ich radość. No bo, czy biorąc pieniądze od sponsora – zastanawiali się – nadal jest się wolnym artystą? Czy nadal można tworzyć, co się chce, czy jednak trzeba mieć na uwadze upodobania sponsora? A może sponsor, pomagając artyście, ma w tym jakiś interes? Albo na przykład córkę, która liczy na coś w zamian?

O tym, czy ich obawy były słuszne, mieli się dopiero przekonać. Na razie zabrali się do pisania. To akurat poszło im jak z płatka. Kiedy tekst sztuki był z grubsza gotowy, fabuła przedstawiała się mniej więcej tak:

Rycerz Holderyk z Nindorfu, którego rolę Grzesiek sam dla siebie wymyślił, pewnego dnia wyruszył w długą i niebezpieczną podróż. Pomny na przepowiednię czarodzieja Rembalda – granego przez Oskara – miał on w maleńkiej wiosce u stóp Gonaadu odnaleźć opuszczoną kuźnię i tam własnoręcznie przekuć na miecz sztabę z wrót do podziemnej krainy Turbogadów. Powstałe w ten sposób ostrze Holderyk zahartował w gorącym źródle Hisznefe strzeżonym przez wiedźmę Zunfildę, a następnie gładką jak zwierciadło taflą stali uchwycił ostatni promień słońca zachodzącego nad lasem Lamerdor. Tak uzbrojony udał się do Ponurej Pieczary i wielce obelżywą przemową sprowokował smoka do walki zakończonej wrażeniem miecza pomiędzy dwie obluzowane łuski. Po tym wyczynie padł bez sił (bądź nawet bez życia – to było jeszcze w sferze ustaleń), a jego wierny druh Milibrand z Hasztagu poszedł po uwięzioną w jaskini królewnę Forsycję, by pomóc jej się spakować.

Do tego szczęśliwego rozwiązania akcji spółce M&M udało się dożeglować po w miarę spokojnych wodach. Od tego momentu jednak nad głowami autorów zaczęły zbierać się czarne chmury, a na horyzoncie zamajaczyły dwie ostre rafy, o które nie tylko ich wspólne przedsięwzięcie, ale wręcz przyjaźń mogły się roztrzaskać. Pierwszą skałę stanowił wygląd Forsycji. Zdaniem Grześka królewna była mniej więcej jego wzrostu, miała niebieskie oczy i bardzo jasne proste włosy z tyłu zebrane w cienki kucyk, a nad czołem po prawej stronie pospiesznie chapsnięte niebieską spinką z motylkiem. Bywała zamyślona, ale myśli, które bujały jej w głowie, najwyraźniej były miłe, bo uśmiechała się łagodnie i wtedy spod górnej wargi nieśmiało wyglądały szerokie białe zęby. Może to przypadek, ale niezwykle wprost przypominała Grześkowi Karolinę Burwiłło. Skoro więc występowało podobieństwo, a na dodatek Karolina była osobą artystycznie uzdolnioną, wydawało mu się naturalne, że to ona wystąpi w roli Forsycji. Oskar miał jednak w tej sprawie inne zdanie. On widział królewnę nieco inaczej. Wyobrażał ją sobie jako drobną brunetkę o ciemnych oczach w eleganckiej oprawie kasztanowych brwi. Jej starannie zaczesane włosy spięte były w węzeł przebity drewnianym gwoździem. Uśmiech miała szeroki, szczery i śmiały. Co ciekawe, opis ten pasował jak ulał do Anki Kostenko i to ona właśnie wydawała mu się jedyną osobą zdolną sprostać ambitnej roli Forsycji.

Drugą niebezpieczną rafą na kursie autorskiej spółki M&M był tytuł przedstawienia. Grzesiek uważał, że na afiszu znakomicie wyglądać będzie Męstwo Holderyka, podczas gdy Oskar skłaniał się raczej ku Mądrości Rembalda. Początkowo obaj autorzy obchodzili sporne kwestie szerokim łukiem, co najwyżej badając się wzajemnie żartobliwymi wzmiankami, ale oczywiście ostatecznej konfrontacji nie dało się uniknąć.

Nastąpiła któregoś dnia w drodze ze szkoły do domu. Obaj mieli już zszargane nerwy całym tym teatralnym kramem, żaden nie chciał ustąpić i w pewnym momencie zaczęło się robić gorąco.

– Męstwo Holderyka?! – prychnął Oskar, a jego piegowata twarz i odstające uszy zaróżowiły się od emocji. – W życiu nie słyszałem bardziej obciachowego tytułu! A Karolina to się najwyżej nadaje na pokojówkę Forsycji!

Mówiąc to, arystokratycznym gestem zarzucił na plecy koniec swojego słynnego klubowego szalika KS Krzystko Kościelne, którego wszyscy mu zazdrościli. Czwartoligowy KS zasadniczo nie miał klubowych szalików, poza tym jedynym, niepowtarzalnym egzemplarzem zrobionym na drutach przez babcię Oskara.

– Wiesz co? – morderczo odciął się Grzesiek. – Ty to się znasz na teatrze jak krowa na balecie. Księżniczka metr czterdzieści! To trzeba mieć coś z głową! No, chociaż jak ktoś może wpaść na Mądrość Rembalda, to wszystkiego się można po nim spodziewać.

Po tej wymianie ciosów rozstali się w gniewie i przez trzy godziny sprawa występu na Przeglądzie Przedstawień Szkolnych była nieaktualna. Dopiero wieczorem Grzesiek dojrzał do kompromisu. Wyjął z kieszeni telefon i napisał wiadomość: „Twoja Forsycja, mój tytuł – co ty na to?”. Przez pełną napięcia chwilę ściskał w dłoni komórkę, a kiedy piknęła, spojrzał na wyświetlacz. „Nie ma mowy!” – brzmiała stanowcza odpowiedź. „Ewentualnie może być odwrotnie”. Grzesiek pochylił głowę i z ulgą wypuścił powietrze. Już się bał, że po raz pierwszy w życiu Oskar nie będzie się targować. Teraz wystarczyło chwilę odczekać, żeby zbyt ochoczą reakcją nie zdradzić pokerowej zagrywki, a potem odpisać łaskawie: „No dobrze, skoro tak ci zależy, to niech już będzie”.

Porozumienie z Oskarem było oczywiście dyplomatycznym sukcesem, ale bynajmniej nie oznaczało końca problemów. Grzesiek wcale nie miał pewności, czy kandydatka, której załatwił rolę Forsycji, w ogóle będzie chętna. Karolina Burwiłło – poważna, ciągle zajęta, wiecznie mądrze zamyślona – w swoich planach, marzeniach i zainteresowaniach mogła być już dwadzieścia pięter wyżej niż zwykły szkolny teatrzyk. Czy to nie było trochę tak, jakby prezesowi banku proponować parę złotych ekstra za pozamiatanie biura?

Kiedy któregoś dnia po lekcjach Grzesiek zaczaił się na nią przed szkołą i powiedział, że ma sprawę, popatrzyła nerwowo i zapytała:

– Teraz? Trochę się spieszę. Zajęcia mam dzisiaj. Jeszcze muszę coś przygotować.

W pierwszym odruchu odsunął się na bok, żeby ją puścić do ważnych spraw, ale coś mu kazało wytrwać. Zapytał nieśmiało, czy nie zechce go wysłuchać po drodze. Do domu przecież i tak musiała wrócić – piętnaście minut spisane na straty. Przyznała mu słuszność.

Ruszyli razem po mlaszczącym od śnieżnego błota chodniku i przez chwilę szli, nie mówiąc ani słowa. Dopiero kiedy ciszy nie dało się już wytrzymać, Grzesiek zaczął ostrożnie:

– Bo nie wiem, czy wiesz, Karolina, ale jest taki przegląd. Teatralny. We Wrocławiu.

– No, coś słyszałam – ożywiła się. – Oliwka mówiła, że będzie grać.

Grzesiek z trudem powstrzymał się od cierpkiej uwagi, że jak na razie Oliwka nie dostała żadnej propozycji.

– I wyobraź sobie – ciągnął zamiast tego – że napisaliśmy z Oskarem sztukę. Teraz się zastanawiamy nad obsadą.

– Sami napisaliście sztukę? – Karolina popatrzyła na niego z podziwem. – A jaki ma tytuł?

Grzesiek poczuł złość na Oskara za tę Mądrość Rembalda, która komuś takiemu jak Karolina musi się wydać głupia i dziecinna. Skrzywił się więc i bąknął:

– No, akurat tytuł jest taki sobie.

– No jaki?

– Oj, Oskar coś wymyślił i musiałem się zgodzić.

– No powiedz – nalegała.

– Mądrość Rembalda – wydeklamował z przekąsem.

Karolina wydęła wargi i z uznaniem pokiwała głową.

– Hm – mruknęła. – Brzmi nawet ciekawie. O czym to?

Grzesiek, zaskoczony, a nawet nieco rozczarowany tym brakiem gustu, ukrył lekki grymas za ścianką kaptura i sumiennie streścił fabułę dramatu. Karolina wysłuchała, westchnęła i zrobiła ruch, jakby chciała coś powiedzieć, ale się rozmyśliła. Przez chwilę patrzył wyczekująco, czy nie powtórzy próby, ale milczała, więc powiedział:

– I…

– A… – zdecydowała się w tym samym momencie.

Zaśmiali się oboje i zaczęli sobie ustępować pierwszeństwa. Stanęło na tym, że panie przodem, więc uśmiechnęła się, jakby z góry przepraszając za śmiałość, i cicho spytała:

– A nie znalazłaby się tam dla mnie jakaś mała rólka?

Ponieważ następny punkt w planie Grześka polegał na przekonywaniu, proszeniu i kuszeniu, ten niespodziewany obrót spraw zupełnie zbił go z pantałyku.

– Yyy… – bąknął, a Karolina czym prędzej zaczęła się wycofywać, jakby chciała na gwałt zapaplać ewentualną odmowę:

– Jak nie, to nie ma sprawy. Ja tak tylko, gdybyście nie mieli chętnych. Nawet nie wiem, czy się nadaję. Po prostu gdyby coś, to oczywiście…

– A wiesz, że nawet mamy taką jedną rolę! – przerwał jej Grzesiek tonem nagłego olśnienia. – Tak mi teraz przyszło do głowy, że byłabyś idealna!

– Naprawdę? – ucieszyła się Karolina. – A co to za rola?

Kiedy jej wyłożył sprawę, przestraszyła się, czy podoła. To w końcu jedna z najważniejszych postaci. Od królewny bardzo wiele zależy.

Rozwiał jej wątpliwości kategorycznym ruchem głowy.

– Moim zdaniem, Karolina – powiedział z powagą – to jest rola dla ciebie. Właśnie kogoś takiego potrzebujemy. O! – zmienił temat. – To wasz samochód?

Byli już prawie u celu. Krwistoczerwona toyota RAV4 zaparkowana przed domem Burwiłłów na chwilę odwróciła jego uwagę od Mądrości Rembalda.

– No co ty! – prychnęła Karolina. – My mamy stuletniego focusa.

Przy skrzynce elektrycznej po drugiej stronie ulicy kręcił się jakiś mężczyzna w szarej kurtce i Grzesiek skomentował, że chyba elektrykom dobrze płacą, skoro jeżdżą takimi furami.

– No to jak będzie z tą rolą? – spytał jeszcze na pożegnanie.

W ten oto sposób królewna Forsycja zyskała ręce i nogi. A także miły łagodny głos, poważną twarz, mądre oczy i pełen wdzięczności uśmiech.

Pokrzepieni tym sukcesem, Grzesiek i Oskar z optymizmem przystąpili do dalszego kompletowania obsady. Role Rembalda i Holderyka z Nindorfu niejako automatycznie przypadły im samym. Milibrandem z Hasztagu natomiast został Maciek Reszel. Tu jednak nie obyło się bez drobnych komplikacji. Maciek zgodził się wprawdzie, ale warunki postawił twarde.

– Mogę zagrać, ale tylko z moim dronem – oświadczył.

Dron, którego od niedawna był posiadaczem, stanowił w jego mniemaniu jedyny przedmiot na świecie naprawdę wart zainteresowania. Nie było w klasie aż tak wielu aktorów, żeby poradzić sobie bez Maćka. Skoro krótki epizod z dronem był jedynym sposobem na zatrzymanie w sztuce Milibranda, trzeba się było zgodzić na ten bolesny kompromis.

Na szczęście o wiele łatwiej poszło ze smokiem. Patryk Bukalski, któremu powierzono tę niezbyt sympatyczną, ale jakże ważną rolę, zgodził się bez wahania. Jego słuszna postura i prawie już gruby głos czyniły go idealnym wprost kandydatem.

Ostatnią męską postać, króla Targoniusza, musiała ze względu na niedobór chłopców w klasie zagrać Natalia Barska, chyba że zdecydowałaby się na zamianę z Kaśką Mosiądz, której przypadła rola królowej Kleopatry. Pozostawała już tylko wiedźma Zunfilda.

Oliwka spodziewała się chyba, że Grzesiek i Oskar będą chcieli z nią rozmawiać, bo kiedy podeszli na przerwie, nawet nie udawała zdziwionej. Uśmiechała się łaskawie i czekała na propozycję. Kiedy ją usłyszała, spurpurowiała.

– Wiedźma?! – wrzasnęła. – Chyba żartujecie!

– No, zasadniczo to bardziej czarodziejka niż wiedźma – Oskar próbował ratować sytuację.

Niewiele wskórał. Oliwka w ogóle go nie słuchała.

– Czy ja wyglądam na wiedźmę? – wycedziła przez zęby.

– No właśnie ani trochę – tłumaczył jej Grzesiek. – Na tym polega aktorstwo. Żeby zagrać kogoś, do kogo jest się zupełnie niepodobnym. To wymaga prawdziwego talentu. Dlatego pomyśleliśmy o tobie.

– To niech Karolina gra wiedźmę, skoro taka utalentowana! – warknęła Oliwka.

Spokojnie i taktownie wyjaśnili jej, czemu to niemożliwe. Karolina nie może zagrać wiedźmy Zunfildy, bo Karolina ma już inną rolę. Karolina jest królewną Forsycją.

– Tak? – odparła Oliwka groźnym tonem córki sponsora. – To się jeszcze okaże!

Rozdział 2

Kto z was nie lubi czekolady? – zapytał pan Rafał.

Sam raczej lubił. Świadczył o tym nieco zaokrąglony brzuch, który w połączeniu z pokaźnym wzrostem, powolnymi ruchami, czerwoną twarzą i nieokiełznaną chmurą żółtych włosów nadawał mu wygląd poczciwego olbrzyma.

Dzieci z wycieczki popatrzyły po sobie, ciekawe, czy w ich szeregach nie kryje się podejrzany odmieniec. Ręki nie podniosło ani jedno. Niektóre lewą przytrzymywały prawą albo obie chowały za plecami, żeby wyglądały na jeszcze bardziej opuszczone niż zwykle.

– A kto lubi? – padło kolejne pytanie.

Rąk w górze było dwa razy więcej niż dzieci.

– Oj, to nie wiem, czy mi starczy – pan Rafał udał zmartwionego.

Wyjął z kartonu tabliczkę czekolady owieczka i przyjrzał jej się niepewnie. Na granatowo-niebieskim papierku puszysty baranek ufnie spoglądał w oczy umięśnionemu pasterzowi. Dzieci najwyraźniej poważnie potraktowały obawy, czy dla każdego wystarczy, bo poczęstowane przystąpiły do szturmu.

– Wstyd! – krótka sycząca sylaba przecięła powietrze jak trzaśnięcie z bicza.

Dzieci cofnęły rączki, wcisnęły szyjki w ramiona i zaniepokojone spojrzały w dwie grube szybki, za którymi połyskiwały lodem oczy siostry Wilhelminy. Pan Rafał wyszczerzył się porozumiewawczo do skarconej gromadki na znak, że boi się razem z nimi. Tylko częściowo żartował. O twardym charakterze tej drobnej zakonnicy krążyły po Owczynach legendy. Swoje robiła też posępna aura instytucji, którą zarządzała.

Dom dziecka sióstr hieronimek nie kojarzył się ludziom najlepiej. Mieścił się w ponad stuletnim gmachu otoczonym równie starym parkiem, dosłownie kilkaset metrów od ratusza i rynku. Budynek ufundowała pod koniec XIX wieku jakaś bogata wdowa z przeznaczeniem na przytułek dla sierot z okolicznych wiosek. Siostry hieronimki przejęły go wraz z obowiązkami tuż po pierwszej wojnie światowej. Opowieści o nędzy i nieszczęściu powojennych lat obrośnięte dziesiątkami ponurych plotek przylgnęły do tego miejsca i zapewniły mu dyskretną mroczną sławę, którą cieszyło się do dzisiaj. Budynek znany był w mieście jako „stary sierociniec”.

Choć na światło dzienne co rano wychodziły z niego ładnie ubrane, dobrze wykarmione i zwykle uśmiechnięte dzieci, mijając go, ludzie często czuli na plecach dziwny chłodek. Siostra Wilhelmina od ponad dwudziestu lat żelazną ręką kierowała domem dziecka, a że pracowała również jako katechetka w szkole podstawowej, była w Owczynach osobą znaną. Powszechnie uważano, że lepiej nie wchodzić jej w drogę.

– Moi państwo – wycedziła powoli. – Co to za rzucanie się na słodycze? Jeszcze pan sobie pomyśli, że was z siostrami głodzimy.

Pan Rafał uśmiechem dał znać, że nawet mu to nie przeszło przez myśl. Do dzieci zaś powiedział wesoło:

– Żartowałem. Dla wszystkich starczy. Jesteśmy przecież w wytwórni czekolady. Czekolady mamy tu tyle, że przez całe życie nie zdołalibyście jej zjeść.

Dzieci z wrażenia pootwierały buzie, a dalsze częstowanie przebiegło karnie i bez zakłóceń.

– Smakowało? – spytał pan Rafał.

Odpowiedziało mu gromkie: „Taaaaaak!”.

– To bardzo się cieszę. Witajcie w progach Wytwórni Pralin i Czekolad Owieczka. Za chwilę oprowadzę was po naszym zakładzie i pokażę, jak powstaje to, co właśnie mieliście w buziach. Owieczka to duma naszego miasta. Zapytajcie kogoś w Polsce, czy słyszał kiedyś o Owczynach. „Owczyny? – zastanowi się chwilę. – Już wiem! To tam, gdzie robią owieczkę!”. Nasz zakład jest jednym z niewielu, które same wytwarzają czekoladę od początku do końca. Od ziarna kakaowca do tabliczki w granatowo-niebieskim papierku. Większość producentów kupuje gotową płynną masę w wielkiej fabryce i tylko wlewa ją do foremek. My nie. Nasza czekolada jest naprawdę nasza. Zaraz zobaczycie, jak powstaje. Chodźcie za mną. Tylko się nie zgubcie.

Z eleganckiej recepcji wycieczka przeszła do hali produkcyjnej i zaczęło się zwiedzanie. Pierwszym etapem był magazyn ziarna kakaowego. Usypane kupy brązowych podłużnych pestek leżały podzielone na gatunki o różnych właściwościach. Pan Rafał twierdził, że z nich właśnie powstaje czekolada. Dzieci nie chciały wierzyć. Pan Rafał przysięgał. Dzieci kręciły głowami. Pan Rafał tłukł się w mostek, że jak bum-cyk-cyk to prawda.

– To niech pan da spróbować – rzucił wyzwanie Franek.

Jako jeden z nielicznych uczestników wycieczki nie był „dzieckiem siostry Wilhelminy”. Załapał się przy okazji razem z garstką innych uczniów ze szkolnej świetlicy. Ze względu na wiek (był już w trzeciej klasie) reszta grupy patrzyła na niego z respektem.

– Nie będzie ci smakować – ostrzegł go pan Rafał.

– A jednak chcę spróbować.

– Ale na własną odpowiedzialność.

– Na własną odpowiedzialność – uroczyście oświadczył Franek.

Kilkanaście par szeroko otwartych oczu obserwowało, jak bierze z kupki brązowe ziarenko, wkłada do ust, rozgryza i tfu! – wypluwa na otwartą dłoń.

– To wcale nie smakuje jak czekolada! – W jego głosie słychać było pretensję.

– Gdyby smakowało, jadłoby się czekoladę prosto z krzaka – uśmiechnął się pan Rafał. – A tak, potrzebne są takie fabryki jak nasza. To ziarno, które tu widzicie, prażymy w tym oto piecu. – Oczy wycieczki poszły za jego ręką. – W wysokiej temperaturze prawdziwy smak czekolady wychodzi z ukrycia. Wyprażone ziarna są następnie kruszone i specjalna dmuchawa odwiewa oddzielone skorupki. Jest ktoś, kto się odważy nacisnąć ten guzik?

W grupie siostry Wilhelminy były same zuchy, ale ostatecznie zaszczytu dostąpiła najmniejsza dziewczynka. Nie bez trudności wdusiła czerwony przycisk i wszyscy aż podskoczyli od niespodziewanego hałasu. Olbrzymi lej nasadzony na blaszaną szafę zakasłał gniewnie, zawył i dopiero po chwili ustatkował się w jednostajnym warkocie. Pan Rafał pociągnął jakąś dźwignię i do wnętrza kielicha sypnęła się spod sufitu pokaźna porcja brązowych drobin.

– To jest młyn! – usiłował przekrzyczeć maszynę. – Tu wrzucamy oczyszczone z łupinek ziarna i robimy z nich miazgę!

Z otworu w dolnej części maszyny wylała się, a może raczej wypełzła brązowa błyszcząca pasta. Pachniała czekoladowo i wyglądała czekoladowo. Kilkanaście paluszków zaświerzbiło, żeby w niej pogmerać, a następnie powędrować do buzi i dać się oblizać – koniecznie z głośnym cmoknięciem. Pan Rafał jednak przestrzegł przed takim postępkiem.

– To jeszcze nie jest czekolada – powiedział. – To dopiero miazga kakaowa. Wygląda obiecująco, ale jest kwaśna i grudkowata.

– A kto to jest? – zapytał nagle któryś z wychowanków siostry Wilhelminy.

Wszyscy spojrzeli w górę, gdzie na galeryjce przebiegającej wzdłuż ścian hali produkcyjnej stał młody mężczyzna w obcisłych dżinsach i krótkiej szarej kurtce. Patrzył na grupkę dzieci przejętych narodzinami czekolady i nic nie wskazywało na to, żeby rozczulał go ten widok.

– A! – niechętnie mruknął pan Rafał. – To pan Gładki. Chodźcie, pokażę wam, jak miazga kakaowa staje się czekoladą.

– A czemu tak patrzy? – nie dawał za wygraną chłopiec.

Tymczasem pan Gładki, przyłapany na patrzeniu, odwrócił się i poszedł w swoją stronę.

– Widzisz? Już nie patrzy. Miazgę kakaową przenosi się do…

– A czemu patrzył? – Najwyraźniej dla niektórych istniały ciekawsze tematy niż miazga kakaowa.

– Taką ma pracę – sucho wyjaśnił pan Rafał.

– Żeby patrzeć?

– Patrzeć i pilnować.

– Czego pilnować?

Dopiero interwencja siostry Wilhelminy wybawiła pana Rafała od dalszych pytań. Teraz można już było bez przeszkód opowiedzieć o konszach, czyli wielkich kadziach, w których do miazgi kakaowej dodaje się cukier i miesza tak długo, aż powstanie jednolita gładka masa. Na tym etapie nadawałaby się już do zjedzenia i dlatego szare oczy siostry Wilhelminy zwęziły się czujnie. Jej głowa w czarno-białym welonie wykonywała teraz drobne raptowne ruchy drapieżnego ptaka wypatrującego zdobyczy.

Po konszowaniu płynna czekolada wędrowała blaszaną rynną do urządzenia, które pan Rafał ku uciesze wycieczki nazwał temperówką.

– Nie. Nie służy do temperowania ołówków – odpowiedział co poniektórym dowcipnisiom. – Tu się czekoladę odpowiednio podgrzewa i studzi, żeby nabrała blasku i właściwej konsystencji. Żeby łamała się z trzaskiem i żeby wam się ją miło gryzło. Po temperowaniu wystarczy już rozlać masę do foremek i kiedy zastygnie w tabliczki, zapakować w papierki. Czy są jakieś pytania?

– A gdzie te foremki? – zapytał Franek i tu pan Rafał musiał go rozczarować.

– Foremek, niestety, nie mogę wam pokazać. Rozlewnię i pakowalnię mamy w naszym drugim zakładzie w Sosnówce.

– Przecież to bez sensu – ocenił Franek, na co pan Rafał mógł tylko bezradnie rozłożyć ręce.

Rozdzielenie produkcji na dwa zakłady, i to jeszcze oddalone o prawie czterdzieści kilometrów, zawsze wydawało mu się dziwnym pomysłem. Oczywiście miało to pewne uzasadnienie. Wytwórnia Pralin i Czekolad Owieczka – „Wpic”, jak powszechnie mówiono w Owczynach – składała się z dwóch osobnych zakładów nie z powodu podziału, ale wręcz przeciwnie. Powstała dzięki połączeniu dwóch fabryczek, które jeszcze nie tak dawno działały na własną rękę, zaopatrując w słodycze lokalnych łakomczuchów.

Piętnaście lat temu pan Walerian Opieka, właściciel zakładu w Owczynach, wykupił konkurenta z Sosnówki i stworzył firmę o zasięgu znacznie wykraczającym poza okoliczne tereny. Czekolady Owieczki rozjechały się po całej Polsce i można je było odtąd znaleźć na półkach sklepowych w tak odległych miastach jak Poznań, Gdańsk czy Białystok. Każda z fabryczek była zbyt mała, żeby pomieścić magazyny surowców, wszystkie niezbędne maszyny, biura i centrum dystrybucji gotowych produktów. Od pewnego czasu właściciel Owieczki myślał o budowie dużego nowoczesnego zakładu z całkowicie zautomatyzowaną taśmą produkcyjną. Na razie jednak musiał zadowolić się tym, co miał, i dzielić proces technologiczny na dwa etapy, z których każdy odbywał się w innym miejscu.

– A jak się ta czekolada dostaje do Sosnówki? – dopytywał Franek, który najwyraźniej odziedziczył dociekliwość po ojcu, prokuratorze okręgowym w powiatowym Krzystku Kościelnym.

– Wożę ją cysterną – zdradził pan Rafał.

Tym wyraźnie zyskał u wycieczki kilka dodatkowych punktów. Zaskoczona publiczność starannie zmierzyła go wzrokiem, a któryś z młodszych chłopców z niedowierzaniem zapytał:

– Pan?

– No.

– I tak sam pan jeździ? – Z twarzy Franka zniknął już przemądrzały uśmieszek.

– A z kim miałbym jeździć?

– No nie wiem. Tyle czekolady! Taki skarb! Nie boi się pan? W nocy pan jeździ czy w dzień?

– A co? Szykujesz jakiś skok? – zaśmiał się przewodnik.

Franek gwałtownie zatrzepotał rękami. Nic nie szykował, skądże! Tak po prostu pytał. Ciekawy był i tyle.

– A pokaże pan cysternę? – poprosił ktoś z wycieczki.

Pan Rafał skrzywił się niechętnie i mruknął:

– Po co? Cysterna jak cysterna.

– Prosimy! – Teraz już cały chór jęczał błagalnie.

– Ale kiedy tam nie ma nic do oglądania.

– Ale prosimy!

Cóż było robić, pan Rafał westchnął ciężko i powiódł podekscytowaną gromadkę na parking przed wytwórnią. Pod wiatą przylegającą do hali produkcyjnej stał przedpotopowy star z blaszaną bańką, w jakiej kiedyś zwożono mleko do spółdzielni mleczarskiej. Na zbiorniku dużymi niebieskimi literami wymalowany był napis: „WPiC Owieczka”. Pojazd i tak prezentował się lepiej niż przed niedawnym remontem. W warsztacie przynajmniej pomalowali cysternę, usunęli rdzawe zacieki, naprawili klapy przy wlewach, odblokowali zawór spustowy w dnie i wymienili warstwę izolacji wewnątrz pojemnika. „Lepiej niż przed remontem” jednak bynajmniej nie oznaczało, że dobrze.

– I to ma być to? – spytał Franek, nie kryjąc rozczarowania.

Na domiar złego siostra Wilhelmina właśnie w tym momencie wpadła na pomysł grupowego zdjęcia. Chyba przez pięć minut ustawiała wiercące się dzieciaki na tle nieszczęsnej ciężarówki. Potem, ku rozpaczy pana Rafała, pstrykała i pstrykała, jakby się uparła, żeby ten wstyd Owieczki jak najdokładniej sfotografować.

Kiedy wycieczka z powrotem znalazła się w części biurowej, z gabinetu wyszedł do dzieci sam prezes Walerian Opieka. Był to wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, w połowie drogi między czterdziestką a pięćdziesiątką, z profesjonalnym uśmiechem oprawionym w wąską ramkę minimalistycznego zarostu. Zbliżając się do recepcji, kończył wkładać granatową marynarkę, którą widocznie zdejmował na czas pracy za biurkiem. Ukłonił się z szacunkiem siostrze Wilhelminie, wyraził radość z wizyty jakże miłych gości, na pamiątkę wręczył każdemu tabliczkę czekolady Owieczka i podkreślił, że uśmiech dziecka jest dla każdego pracownika firmy największą nagrodą.

– I jak, Rafał? – zagadnął przyjaźnie, kiedy szklane drzwi zamknęły się za wycieczką. – Dałeś radę?

– A czemu miałem nie dać? – mruknął tamten dość oschle.

Choć znali się jeszcze z czasów szkolnych i, o ile to możliwe w przypadku prezesa i zwykłego pracownika, prawie się kolegowali, ostatnio trochę powiało między nimi chłodem. To znaczy powiało głównie w jedną stronę. Poszło o podwyżkę. Ten poprosił, tamten odmówił i zrobiło się nieprzyjemnie. Pan Rafał – którego nerwy i tak były już nadszarpnięte przedłużającym się remontem w domu – odczuł to jako osobistą przykrość i od tej pory zachowywał pełen godności dystans. Prezes Opieka natomiast przyjął strategię „na przeczekanie”. Zachowywał się tak, jakby żaden chłód do niego nie dolatywał.

– No, nie wiem – powiedział żartobliwie. – Ja to się boję tej całej siostry dyrektor. Jak na mnie patrzy, to się zastanawiam, co takiego nabroiłem.

– E, to to nie – mruknął pan Rafał. – Ale znowu musiałem świecić oczami za tę naszą cysternę. Wstyd, szefie, żeby taka firma takim złomem woziła czekoladę. Może by wreszcie kupić coś porządnego. Widziałem w katalogu…

Prezes Opieka machnął ręką i powiedział pogodnie:

– Spokojnie, wybudujemy większy zakład i żadna cysterna nie będzie nam potrzebna.

Pan Rafał pokręcił głową i westchnął bezsilnie. Nie pierwszy już raz słyszał tę śpiewkę. Większy zakład większym zakładem, ale zanim uda się go zbudować, czekoladę czymś trzeba wozić. Wożenie tym, co mieli, było proszeniem się o nieszczęście.

– Tylko w razie czego niech szef nie mówi, że nie ostrzegałem – mruknął rozżalony.

Rozdział 3

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 4

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 5

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 6

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 7

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 8

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 9

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 10

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 11

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 12

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 13

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 14

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 15

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 16

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 17

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 18

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 19

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 20

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 21

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 22

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 23

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 24

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 25

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 26

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 27

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 28

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 29

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 30

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 31

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 32

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 33

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 34

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 35

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 36

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 37

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 38

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 39

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 40

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 41

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 42

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Karta redakcyjna

Paweł Beręsewicz

Skandal w stolicy nudy

© by Paweł Beręsewicz

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka: Monika Pollak

Korekta: Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie I

ISBN 978-83-8208-894-6

Wydawnictwo Literatura

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

[email protected]

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Angelika Duchnik