Co tam u Ciumków? - Paweł Beręsewicz - ebook
lub
Opis

Na ulicy Cichej mieszkają Ci... Ciumkowie. Jeżeli jakiś przechodzień przypadkiem zajrzałby przez okno do Ciumkowego domu, nie zobaczyłby pewnie nic niezwykłego... Chyba że tata byłby akurat dorodną gruszą, Grzesiek obmyślałby zegarowy przytrzymywacz do psów, Kasia walczyłaby ze strasznym Wszystkożerem, Burek próbował się porozumieć z kotami, a cała rodzina nękałaby biednego pajączka z chorą nóżką. Ale tak poza tym to całkiem miła i spokojna rodzinka, którą naprawdę warto odwiedzić. A jak już będziecie ich gośćmi, to może znajdziecie „skarp-Etki” i dostaniecie kawałek urodzinowego tortu. Dowiecie się, dlaczego pomidory są ble i co to jest OTMS. Uważajcie tylko na okrutną prababcię i nie używajcie słów zakazanych (bo zaraz zapłacicie 20 groszy!).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 101


© Copyright by Księgarnia Wydawnictwo Skrzat Stanisław Porębski, Kraków2005, 2008, 2011, 2014
Wydanie elektroniczne 2014
Zespół redakcyjno-korektorski:
Kamila Zimnicka-Warchoł
Skład:
Aleksandra Kowal
Ilustracje:
Suren Vardanian
ISBN 978-83-7915-119-6
Księgarnia Wydawnictwo Skrzat Stanisław Porębski 31-­202 Kraków, ul. Prądnicka 77 tel. (12) 414 28 [email protected]ź naszą księgarnię internetową:www.skrzat.com.pl

Poznajmy Ciumków

W miejscu, gdzie cichej Cichej kończył się asfalt i zaczynała szara kostka, stała nie stara jeszcze, ale już nadżarta rdzą brama, za którą w małych ogródkach przysiadły białe domki. Niektóre, mniej towarzyskie, trzymały się osobno, inne przycupnęły w parach czule przytulone garażami, a jeszcze inne, spragnione towarzystwa, skupiły się ciasno w niedługich szeregach. Gościnna brama, stale otwarta na oścież, zapraszała do skorzystania z błotnistej drogi dojazdowej, na której od czasu do czasu samochody robiły sobie krzywdę, a dzieci przemaczały skarpetki, za co spotykała je niezasłużona kara. Jednak każdego, kto niezrażony początkowymi trudnościami przeszedł tę próbę, czekała miła niespodzianka. Za pierwszym rogiem miejsce ­wertepów zajmowały utwardzone uliczki, od których odchodziły wybrukowane podjazdy do poszczególnych domków. Na jednym z takich właś­nie podjazdów stało dość duże granatowe kombi noszące wyraźne ślady błotnych kąpieli. Przez szybę na tylnym siedzeniu widać było dwa foteliki, co mogło oznaczać, że właściciele auta mieli bezpośredni kontakt z dziećmi. To przypuszczenie zdawał się potwierdzać mały zielony rowerek wsparty o słupek daszku nad wejściem do domu i dwie pary zabłoconych bucików na wycieraczce. Na drewnianych drzwiach wisiała mosiężna tabliczka, oznajmiając wszem i wobec, że mieszkańcami domu są:

Wystawione buciki w tak oczywisty sposób prosiły o jakiś dowcip, że trudno było się powstrzymać. Aż palce świerzbiły, żeby wrzucić do środka jakiegoś ślimaka lub żabę. Mimo że okazja była wyborna, rozsądek podpowiadał, by na wszelki wypadek najpierw dyskretnie zerknąć przez uchylone­ okno parteru. A nuż ci Ciumkowie nie byli ludźmi na poziomie?! A nuż nie znali się na takich przezabawnych żarcikach?!

Przez okno widać było duży, prosto urządzony pokój. Z lewej strony stała granatowa kanapka, a z prawej­ regał obstawiony książkami i przedszkolnym rękodziełem. Pomiędzy kanapą a regałem z okiennej ściany wystawały długie nogi, których właściciel najwyraźniej siedział tuż pod parapetem. Nogi biegły daleko w głąb salonu i kończyły się olbrzymimi futrza­ny­mi bam­boszami, których czubki rytmicznie o siebie stukały. Za bamboszami stał duży rozkładany stół, a jeszcze dalej jaśniały balkonowe drzwi prowadzące do maleńkiego ogródka.

— Tato, zrób nam gruszki! — rozległ się nagle piskliwy duet znudzonych głosów dobiegających chyba gdzieś z piętra. Spod parapetu odezwało się niechętne stęknięcie. Futrzane bambosze podjechały bliżej i tuż za oknem powoli wyrosła czyjaś głowa, szyja, ramiona, plecy i ręce. Wszystkie te części ciała należały do pana Jana Ciumko — znanego również jako tata. Wyglądał na jakieś trzydzieści parę lat. Był dość wysoki i szczupły, choć o tę ostatnią zaletę chyba się trochę obawiał, bo ręką bezwiednie gładził się po brzuchu. Swoje gęste, brązowe włosy najwyraźniej często przeczesywał palcami, bo ułożyły się w fantazyjne i dość przypadkowe fale. Na twarzy miał okulary i wyraz całkowitego braku entuzjazmu wobec pomysłu robienia gruszek.

— No dobra, chodźcie! — mruknął, a gdzieś po lewej stronie, na schodach, zabrzmiał narastający tętent małych nóżek.

— Nie pchaj się, Grzesiek! — dobiegł na dół czyjś oburzony głosik, a zaraz potem sam Grzesiek.

Był to drobny jak na swoje siedem lat, ruchliwy chłopiec z dużymi, brązowymi oczami i głową obrośniętą ciemnym sterczącym jeżem.

— Szybciej, Kaśka, zaraz będą gruszki! — zawołał w stronę, z której powinna wyłonić się wspomniana Kaśka.

Po chwili zgramoliła się stamtąd mniej więcej pięcioletnia, pyzata blondyneczka ze śladami kitek na głowie. Reszta włosów wymknęła się spod kolorowych gumek i cieszyła się teraz niczym nieskrępowaną swobodą.

— Gruchy, gruchy! — wrzasnęła i podbiegła do taty.

Tata ustawił dzieci po obu swoich bokach, kucnął, otoczył każde ramieniem na wysokości ud tuż pod pupą, nadął się, stęknął i wstał.

— Gotowi? — sapnął.

Dzieci z piskiem objęły tatę za szyję, tata opuścił ręce i dwie dojrzałe gruszki zadyndały na drzewie.

— Jesień się zbliża, dni są coraz krótsze, gruszki spadają z drzew — powiedział tata, ale gruszki dzielnie trzymały się gałęzi i wcale nie miały zamiaru spadać.

— Szszszszszsz, wiatr wygina gałęzie, szsz­szszszsz! — zaszumiał tata, kołysząc całym ciałem. Gruszki zrobiły się czerwone, ale nadal wisiały na drzewie.

— Nagle zerwała się straszliwa burza! — zagrzmiał tata i zaczął podrygiwać, wykręcać się i skakać.

W końcu mniejsza gruszka puściła gałąź, ale zsuwając się, złapała za nogę większą i obie spadły na ziemię.

— To nie fair! — wrzasnęła większa gruszka. — Kaśka mnie złapała za nogę!

— Ale ja jestem mniejsza! — pisnęła mniejsza gruszka.

— Oj, gruszki, gruszki! — powiedziała grusza. — Takie są prawa natury. Na jesieni każda gruszka prędzej czy później musi spaść. Prawda, Basiu?

Oba owoce spojrzały w kierunku kuchni. W drzwiach stała niezbyt wysoka, ale zgrabna, krótko ostrzyżona brunetka o groźnym wyglądzie dyrektora banku, którym miała wszelkie szanse kiedyś w przyszłości zostać. Była to mama Ciumko, w dowodzie — Barbara.

— O co chodzi? — spytała.

— Gruszki się kłócą, kto wygrał — poinformował tata.

Mama popatrzyła surowo na oba leżące owoce. Podeszła do mniejszego, podniosła go z ziemi i… CHAPS! — ugryzła w bok.

— Mniam, mniam, ta jest pyszna! — powiedziała. — A ta druga?

— Nie! — rozległ się niby przerażony wrzask. Obie gruszki z piskiem pognały na górę, a za nimi, kłapiąc zębami i głaszcząc się po brzuchu, pogalopowała mama.

Na dole znowu zapadła cisza. Tata podszedł do okna, sapnął i zniknął pod parapetem. Kosmate bambosze z powrotem odjechały w głąb pokoju.

Wyglądało na to, że Ciumkowie są chyba dość fajni. Najwyraźniej na żartach się znali. Można było spokojnie ulec pokusie i wpuścić dżdżownicę do butów przed drzwiami.