Na przykład Małgośka - Paweł Beręsewicz - ebook + książka

Na przykład Małgośka ebook

Paweł Beręsewicz

5,0

Opis

Obóz tenisowy to niezła szkoła życia. Można się dowiedzieć, jak polubić kolegę-snoba. Albo – jak uwolnić białogłowę z objęć wampira. Lub – jak pogadać z dziewczyną tak po prostu, jak z człowiekiem, a nie – obiektem westchnień. Słowem – dwa tygodnie intensywnych treningów – i jesteś o jakieś… 5 lat starszy! Nawet jeśli nie urosłeś ani o milimetr.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 113

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (10 ocen)
10
0
0
0
0

Popularność




– Raz, dwa, trzy, cztery, pięć… o, o, tylko pięć par! – powiedział sam do siebie Robert, pakując do podróżnej torby ostatnie czyste majtki.

Tak naprawdę na półce zostały jeszcze dwie pary, ale były na nich wesołe żółte miśki, a przecież mężczyznom w pewnym wieku niektóre wzory na bieliźnie stanowczo nie przystoją. Robertowi miśki nie pasowały już od ponad dwóch lat, natomiast czarno-białe piłki i czerwone ferrari jeszcze nie przestały pasować. Na tej podstawie możemy w pewnym przybliżeniu określić wiek Roberta na lat dziesięć i pół.

– Wziąłeś dosyć majtek? – doleciał z dołu czujny głos mamy, a tata prawie natychmiast powiedział:

– Daj mu już spokój. Co to, gaci sobie nie umie policzyć?

– Wziąłem, wziąłem! – zapewnił z góry Robert.

Obóz tenisowy miał co prawda trwać dwanaście dni i tak na pierwszy rzut oka majtek mogło być trochę przymało, ale Robert, jako urodzony optymista wierzył, że może jednak jakoś wystarczy.

– To ile masz par? – drążyła niezrażona mama, a tata tym razem tylko mruknął coś pod nosem.

– Starczy! – odkrzyknął Robert.

– To znaczy ile?

– W sam raz!

– Ile?!

– Pięć! – burknął w końcu zrezygnowanym głosem.

– Rany boskie! – zawołała przerażona mama. – Pięć par majtek na cały obóz? Czy ty masz dobrze w głowie? No i co?! – To ostatnie już było do taty. – Widzisz, jak to jest? A ciebie to nic nie obchodzi! Dla ciebie to on by mógł nawet bez majtek pojechać!

– Raz by pojechał bez majtek, to by się nauczył rozumu – mruknął obojętnie tata, co strasznie rozsierdziło mamę.

– Tobie się po prostu nie chce ruszyć i zainteresować! – powiedziała ze złością. – Jak ja czegoś nie dopilnuję, to…

Tu nastąpiła długa gniewna wymiana zdań i ktoś obcy zdziwiłby się pewnie, ile gorących emocji mogą budzić zwykłe skarpetki i majtki. Jednak Robert nie był obcy i w ogóle go to nie dziwiło. Dziś były skarpetki i majtki, wczoraj samochód i nieumyta szklanka, a kiedy indziej najnowsza książka jakiegoś „-skiego” czy „-icza”. Robert nie miał pewności, ale czuł w głębi duszy, że w tych głośnych rozmowach słowa nie miały znaczenia. Gdzieś pod nimi kryły się dziwne smutki i żale, może tęsknota za czymś, co było i zgasło, albo nie zgasło, tylko przygasło i już nie daje tyle ciepła, co kiedyś.

Robert westchnął ciężko i zszedł na dół. Na suszarce w ogródku schły majtki, kolorowe koszulki i cała reszta. Skompletował bieliznę, zdjął ze sznurka skarpetki i wrócił do pokoju. Tam wrzucił wszystko do torby i mocno uklepał.

– Mam skarpetki! – krzyknął.

Rodzice już stygli po rozmowie. Mama w milczeniu prasowała koszule, a tata zmieniał owijkę na rączce rakiety tenisowej syna. Robert z hukiem zbiegł po schodach i oświadczył z podstępną miną:

– Wziąłem dwa razy więcej niż jest dni na obozie!

– Czego? Skarpetek? – zdziwiła się mama. – A po co aż tyle?

– Przecież noszę dwie naraz! – oznajmił triumfalnie, zadowolony, że dali się nabrać.

Oboje rodzice chcąc nie chcąc rozluźnili napięte mięśnie i uśmiechnęli się bezradnie. Ich ręce podniosły się jednocześnie i na chwilę spotkały na ciemnej, krótko przyciętej czuprynie.

– Nie wiem, czy dobrze, że się zgodziłem na ten cały obóz – powiedział Robert trochę wesoło, a trochę poważnie. – Jeszcze nigdy nie zostawaliście tak długo sami. A co będzie, jak się dokumentnie pokłócicie?

Przez chwilę wydało mu się, że tata trochę się zaczerwienił, a mama nerwowo przygładziła włosy. Popatrzyli na siebie niepewnie, a potem tata wziął ich oboje za ręce i pociągnął w stronę kanapy. Z impetem wpadli w miękkie poduchy, aż na krótką chwilę wyleciało w powietrze sześć nóg o różnej długości.

– Synu! – uroczyście rozpoczął tata, kiedy się już umościli i znieruchomieli. – Nie umiesz jeszcze liczyć majtek, ale poza tym jesteś już całkiem dużym chłopem. Musimy poważnie porozmawiać.

– Trudno – zgodził się Robert.

– Jak zauważyłeś, zdarza nam się z mamą trochę posprzeczać – mówił dalej tata, a Robert prychnął złośliwie:

– Trochę!

– Nie przerywaj, kiedy ojciec mówi! – burknął tata, ale nie zabrzmiało to szczególnie groźnie. – Otóż czasami się z mamą sprzeczamy – ciągnął. – Czasem różne rzeczy nas denerwują. Czasami nie możemy się dogadać. Nie wszystko nam się udało, tak jak kiedyś planowaliśmy, ale jest jedna rzecz, która wyszła nam całkiem, całkiem.

– Jaka? – zapytał Robert, robiąc przy tym rozkosznie głupiutką minkę.

Doskonale wiedział, co to za rzecz, i czekał na odpowiedź jak kot na drapanie za uchem.

– Synek nam się całkiem udał. Prawda, kochanie? – tata uśmiechnął się do mamy.

– Prawda – powiedziała mama. – Synek jest nie najgorszy.

Nad głową Roberta, który siedział pośrodku, coś cicho cmoknęło, a on sam został na chwilę przyjemnie ściśnięty.

– Myślę, synu, że możesz jechać – dodał tata. – Jakoś sobie z mamą poradzimy. W ostateczności mamy numer twojej komórki.

Potem zaczęły się żarty i wesołe przepychanki. Przyjemnie było być całkiem udanym malutkim syneczkiem mamy i taty. Robert pomyślał, że mógłby tak sobie siedzieć do końca życia, zamiast jechać na jakiś głupi obóz, gdzie trzeba być przez cały czas dorosłym, bez szans na odpoczynek w krainie bezradnych bobasków… To była smutna myśl i coś się od niej działo z oczami.

– Tylko pamiętaj, żeby się porządnie myć – podejrzanie cicho powiedziała mama.

Jakaś wstrętna niewidzialna ręka ścisnęła Roberta za gardło.

Następny dzień wstał roześmiany i rozświergotany. Słońce nie zaczęło jeszcze prażyć i tylko puszczało wesołe świetlne zajączki kropelkami porannej rosy. Był właśnie ten cudowny moment między pierwszym a drugim miesiącem wakacji, kiedy nawet ciężko pracujący dorośli czują się lepiej niż zwykle, choć o letnim nieróbstwie mogą najwyżej pomarzyć.

Jednak w domu Roberta jakoś nie czuło się tej spokojnej radości. Nic dziwnego. Robercik – dziecko jedyne, syn ukochany, który dopiero co nauczył się siedzieć, zrobił pierwszy kroczek, stracił mleczny ząbek, poznał alfabet i zdał do czwartej klasy – opuszczał rodzinne gniazdo na całe dwa tygodnie.

Mama wstała bardzo wcześnie i gotowała jajka na twardo.

– Chcesz mu dać jajka? – marudził tata, a mama tłumaczyła, że jak się jest cały dzień w podróży, to przecież trzeba coś zjeść.

– Zasmrodzi cały autokar i wszystkim podpadnie, jeszcze zanim zdąży się zaprzyjaźnić – upierał się tata i zaczynało być trochę nerwowo.

Nagle z góry dobiegło bezradne wołanie o pomoc:

– Mama, majtek nie mam ani skarpetek!

Cienki głos trząsł się i łamał, bo też trzeba uczciwie przyznać, że nie jest to wesoła sytuacja, kiedy się odkrywa coś takiego godzinę przed wyjazdem na swój pierwszy w życiu obóz.

– Jak to nie masz? – przeraziła się mama. – A co się z nimi stało?

– Kazałaś zapakować!

– A w czym zamierzałeś jechać? – ostro spytał tata.

– Mama kazała zapakować!

Tata westchnął ciężko, wziął kluczyki z koszyka na blacie i wyszedł do samochodu, w którym bagaże Roberta spędziły ostatnią noc przed wyjazdem. Wrócił z majtkami i parą skarpetek.

– Oj, synek, synek! – powiedział, rzucając na górę te kluczowe części garderoby. – Ubieraj się i chodź na śniadanie.

Przy śniadaniu wszyscy bardzo się starali. Robert oświadczył, że już dawno nie jadł takich pysznych bułeczek, mama powiedziała, że zapakowała mu na drogę kanapki, paczkę chipsów i picie, a tata stwierdził:

– No, chłopie, trochę ci zazdroszczę, że jedziesz na ten obóz. Na obozach to można fajne dziewczyny poznać.

Robertowi aż ręce opadły.

– Tato! – jęknął. – Ja tam jadę trenować, a nie tracić czas na jakieś głupoty.

Dla podkreślenia swych słów wgryzł się z impetem w kanapkę z szynką, jakby to ona była autorką kiepskiego dowcipu.

– Nie no, oczywiście, oczywiście! – czym prędzej zgodził się tata. – Trening to podstawa! Ale ja też, jak jechałem na obóz, to nie planowałem, że poznam mamę.

– Już wcześniej mnie znałeś – mruknęła mama do kubka z kawą, który trzymała w obu dłoniach.

Tata lekceważąco machnął ręką.

– Wcześniej to tylko ledwo, ledwo – powiedział. – Tak naprawdę wszystko zaczęło się na obozie.

Robert w pół gryza przerwał żucie. Zmarszczył z niepokojem brwi i przyjrzał się badawczo obojgu rodzicom.

– Tylko pamiętaj, że myśmy wtedy mieli po siedemnaście lat – trzeźwo przypomniała mama, na co tata znów machnął ręką i stwierdził, że w dzisiejszych czasach dzieci dorastają szybciej niż kiedyś.

– Co się zaczęło na obozie? – przestraszył się Robert.

– Nic takiego – powiedział tata. – Po prostu zobaczyłem, jaka z mamy fajna dziewczyna i tak trochęśmy się… jak by to powiedzieć… zaprzyjaźnili.

Robert poczuł, że skóra mu cierpnie na karku.

– I co było potem? – zapytał słabym głosem.

– To zależy, jak długo potem – powiedziała mama. – Zaraz potem były spacery po parku i wysiadywanie godzinami na ławeczce.

– Godzinami na ławeczce? – Oczy Roberta zrobiły się prawie okrągłe. – Ale po co?

Oboje rodzice niewinne spuścili wzrok i mama zaczęła dość mętnie tłumaczyć:

– No wiesz, siedziało się… gadało się… patrzyło się na siebie i… takie tam rzeczy.

– No właśnie, takie tam rzeczy – potwierdził tata i można było odnieść wrażenie, że dobrze te rzeczy wspomina.

Przez chwilę oboje wyglądali, jakby przenieśli się w tamte odległe czasy, kiedy nic ich jeszcze w sobie nie denerwowało. Mama jednak szybko się pozbierała i dokończyła rzeczowo:

– Trochę „bardziej potem” wzięliśmy ślub. A jeszcze „bardziej potem” pojawił się pewien młody obywatel, który właśnie po raz pierwszy wyrusza w świat.

Teraz to Robert przeraził się już nie na żarty. Kiedy na wiosnę dostał propozycję wyjazdu na obóz, długo rozważał wszystkie za i przeciw. Uwielbiał grać w tenisa i nieźle mu to wychodziło. Perspektywa dwóch tygodni na korcie była na tyle kusząca, że w bezpośrednim starciu pokonała obawy i lęki. Wtedy jednak nie przyszło mu do głowy, że obóz może mieć aż takie konsekwencje.

– Czy… to był obóz… tenisowy? – wykrztusił.

Na szczęście okazało się, że nie był to obóz tenisowy, tylko taki zwykły obóz, a to całkowicie zmieniało postać rzeczy. Rodzice nie mieli treningów dwa razy dziennie, basenu i boiska pod ręką, ani gameboyów i empetrójek w plecakach. Musiało być raczej nudno, a z nudów ludziom przychodzą do głowy najprzeróżniejsze pomysły.

– No dobra! Dosyć tych pogaduszek! – rozkazała mama, kończąc rodzinne wspominki. – Jedzmy to śniadanie, bo jeszcze pojadą bez niego.

Robert zastanowił się chwilę i wcale nie był pewien, czy aż tak bardzo by się tym zmartwił.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Paweł Beręsewicz

Na przykład Małgośka

© by Paweł Beręsewicz

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka:

Olga Reszelska

Wydanie V

ISBN 978-83-8208-951-6

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

[email protected]

tel. (42) 630 23 81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Aneta Pudzisz