Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Franek jest zwyczajnym szesnastolatkiem. Do czasu. Pewnego dnia zostaje porwany, budzi się w hotelowym pokoju w egzotycznym kraju, w którym przez połowę dnia ma oglądać przesuwające się po monitorze kolejne twarze. Po co? Kto go obserwuje? Okazuje się, że chłopak ma w sobie ukryty potężny moduł. Jest „Pierwszym” – wybranym fragmentem kodu, a w zasadzie czitu, z pomocą którego zupełnie nieświadomy może decydować o losach świata. Staje się pionkiem w rozgrywce dwóch potężnych korporacji: World Enterprise i Smart Creation. Tymczasem do Ziemi zbliża się kosmiczne zagrożenie – asteroida 2020 QG Elephant. Kluczem do jej pokonania lub przyspieszenia katastrofy ma być spotkanie Franka z „Drugą”. Dynamiczna i pełna napięcia powieść, która wciąga z siłą doskonale zaprojektowanej rozgrywki. To jest książka o Stwórcy i zabawa w pytanie o „prawdziwość” świata, a warstwa filozoficzna przeplata się z samą zagadką, przygodą i intrygą.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 213
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 5 godz. 22 min
Lektor: Kosior FilipFilip Kosior
Paweł BeręsewiczAplikacja
© by Paweł Beręsewicz © by Wydawnictwo Literatura
Okładka: Michalina ManiszewskaRedakcja: Monika ŚlizowskaKorekta: Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska
Wydanie elektroniczne I w Wydawnictwie Literatura, Łódź 2026
ISBN 978-83-8208-747-5
Wydawnictwo Literatura
91-334 Łódź, ul. Srebrna [email protected] tel. (42) 630-23-81www.wydawnictwoliteratura.pl
Plik przygotował Woblink
woblink.com
Główny Programista zasiadł do klawiatury. Rozgrzał palce, chrupnął piątym kręgiem szyjnym i zaczął. Niech będzie coś – zaprogramował. Coś i już więcej nic. Niech to będzie wszystko. Niech się rusza i zmienia. To było i tak dużo jak na pierwszy dzień programowania.
Drugiego pracował nad tym, jak wszystko ma się ruszać i zmieniać. Niech się dzieli i łączy. Niech się przyciąga i odpycha. Niech się ściska i rozpręża. Niech przybiera kształty i niech się rozpada. Męczący to był dzień w pracy, ale i tak spacerek w porównaniu z dniem trzecim.
Trzeciego dnia Główny Programista dopisał: „Niech część wszystkiego ożyje!”. Uff, jakie to było trudne! A dalej wcale nie zrobiło się lżej.
Niech żywe rodzi się i umiera – to było dnia czwartego. Niech chce żyć. Niech z pokolenia na pokolenie przekazuje tajną wiadomość. Niech się wzmacnia i doskonali.
Piątego dnia Główny Programista dopisał najznakomitszy fragment kodu. Niech z wielu prób, błędów i poprawek zrodzi się ktoś taki jak ja – no, prawie taki jak ja. Niech myśli, czuje, mówi. Niech cieszy się tą Aplikacją. Lub niech ją skasuje.
Na szósty dzień zostawił sobie wkłady. Maleńkie programiki dołączane do indywidualnych katalogów wszystkim nowo uruchamianym aplikantom. Każdy inny – miliardy.
Siódmego dnia Główny Programista odchylił się na krześle i przeczytał uważnie cały napisany przez tydzień kod. Kiedy skończył, uśmiechnął się zadowolony i wcisnął: Enter!
Samochód, który kilka metrów dalej zatrzymał się przy krawężniku, nie wyróżniał się niczym szczególnym, a mimo to Franek poczuł, że nie ma w tym przypadku. Nie to, żeby się czegoś obawiał, spodziewał czy na coś liczył – ot, zwykły przebłysk intuicji, który zresztą oczywiście zignorował. Kiedy tylne prawe drzwi otworzyły się, przegradzając znaczną część chodnika, po prostu łagodnym łukiem zboczył z kursu, żeby ominąć przeszkodę.
– No dobra, Oskar, to o której? – rzucił w głąb przytkniętej do ucha komórki.
Nie doczekał się odpowiedzi. Nagłe uderzenie w łokieć wytrąciło mu telefon. Ostro pachnąca szmata zakryła usta, a czyjeś silne ręce wciągnęły mdlejące ciało do wnętrza samochodu.
– Hej! Co to za hałas? Jesteś tam, Młody? – pytał zaniepokojony głos gdzieś spod podwozia.
Opony potoczyły się po asfalcie, chrupnął miażdżony plastik.
W przeszklonym holu biurowca World Enterprise panował mrok. Niewielki półokrąg światła wygradzał z ciemności marmurowy blat recepcji i pas podłogi tuż przed nią. Dwa obrotowe fotele za ladą stały puste, ale przez uchylone drzwi zaplecza sączyła się cicha muzyka. Sinclair Novitzki, czterdziestopięcioletni pracownik ochrony, któremu tego dnia przypadła nocna służba, siedział na odchylonym krześle, oparłszy nogi o pulpit systemu monitoringu. Rozpięta granatowa kurtka munduru niedyskretnie odsłaniała lekko zaokrąglony brzuszek, a odłożona na bok czapka chwilowo nie strzegła sekretu łysego placka na czubku głowy. Krzesło kołysało się lekko na tylnych nogach w swingującym rytmie melodii nadawanej przez radio w audycji dla nocnych marków. Przed oczami Sinclaira to rósł, to malał wielki ekran podzielony na osiem prostokątów, z których każdy wyświetlał obraz jednej z kamer przemysłowych zainstalowanych na terenie biurowca. Rosły więc i malały nieruchome kadry z opustoszałym parkingiem, bramą wjazdową, klatką schodową, tarasem dla palaczy, bezludnymi korytarzami i oczywiście Drzwiami. Właśnie tak – wielką literą.
W budynku znajdowały się wprawdzie dziesiątki zamykanych pomieszczeń, ale kiedy w World Enterprise padało słowo „Drzwi”, było więcej niż prawdopodobne, że chodziło o TE Drzwi. Białe, lite, z szarą plastikową klamką, nieoznaczone numerem ani tabliczką informacyjną. Nie wyróżniałyby się niczym szczególnym, gdyby nie imponująca kolekcja zabezpieczeń – począwszy od staromodnej sztaby, kłódki i ołowianych pieczęci, a skończywszy na siatce laserowych promieni. Drzwi te, jak głosiła korporacyjna legenda, pozostawały zamknięte od dnia, w którym Główny Programista zakończył pracę nad Aplikacją.
„Zaprogramowane. Niech działa. Nie ruszać!” – miał ponoć powiedzieć, kiedy po siedmiu dniach pracy, blady i z podkrążonymi oczami stanął na progu pokoju.
Zamknął za sobą Drzwi i od tej pory podobno nikt ich już nie otwierał. Sinclair Novitzki był tu po to, żeby nie otwarto ich i tej nocy.
W radiu cicho bzyczał saksofon, wzrok ochroniarza snuł się błędnie po monitorach, a myśli bujały gdzieś daleko, nad rybną rzeką Bianco, w miejscu, gdzie bystry prąd w zakolu poderwał lewy brzeg i korzenie cienistej wierzby sterczały gołe z piaszczystej skarpy. W liściach szeleścił ciepły wietrzyk, a niebieskie ważki przysiadały na spławiku i ledwo zdążały zerwać się do lotu, zanim ten dawał nura wciągnięty pod wodę zębatą paszczą szczupaka lub okonia. W turystycznej lodówce czekały kiełbaski i szaszłyki do upieczenia na grillu, a…
Zawyło przeraźliwie! Sinclair drgnął i omal nie poleciał do tyłu. Tylko rozpaczliwemu wymachowi rąk zawdzięczał, że krzesło spadło na cztery łapy. Przestraszony odepchnął się od pulpitu i skoczył na równe nogi. Czerwona lampka pod sufitem to zapalała się, to gasła. Alarm jazgotał jak oszalały. Jeden z kadrów na monitorze przeniósł się ze swojego zwykłego miejsca na środek ekranu i pulsował jaskrawą obwódką. Nie ten z Drzwiami, na szczęście. Tamten, odsunięty gdzieś w kąt, drzemał nieruchomo i nie dawał powodów do obaw. Niepokojące rzeczy działy się gdzieś indziej. Novitzki zmrużył oczy i przyjrzał się pulsującej ramce.
– Korytarz na pierwszym piętrze? – mruknął z niedowierzaniem.
Przebiegł w myślach rozkład pomieszczeń w tej części budynku. Sekretariat, salka konferencyjna, toalety, kuchnia – po co komu nocna wizyta w takim miejscu? Pospiesznie zapiął guziki munduru, nasadził na głowę czapkę, wsunął paralizator do pokrowca przy pasie i ściskając w ręce długą masywną latarkę, wyszedł do ciemnego holu. Windą czy schodami? – pomyślał. Wybrał to drugie. Z klatki schodowej słychać dzwonek windy, z windy kroków na schodach nie. Idąc, ma się większe pole manewru.
Na pierwszym piętrze zatrzymał się i spojrzał w głąb korytarza. Blade światło podłużnych lamp w podwieszonym suficie oświetlało wąską, nieruchomą przestrzeń. Sygnał alarmowy z wartowni nie docierał w to miejsce. Najmniejszy szelest nie mącił nocnej ciszy. Sinclair ruszył ostrożnie po szarej wykładzinie. Szedł od drzwi do drzwi, przyglądając się zamkom, klamkom i szparom przy podłodze. Wszystko wyglądało jak zwykle. Ot, biurowy korytarz o trzeciej nad ranem. Ani śladu nieproszonego gościa. Zajrzał do męskiej łazienki, potem z pewnym wahaniem do damskiej – w obu ciemność i cisza. Przeszedł jeszcze dwa kroki i nagle poczuł, jak krew uderza mu do głowy.
Tuż za toaletami mieścił się składzik na mopy i środki czystości. Odkąd pracował w korporacji, Sinclair zaglądał tam dwa, może trzy razy. Nie było potrzeby częściej. Komórka dwa na dwa metry, metalowe regały, zlew, w rogu odkurzacz do prania wykładzin – ostatnie na liście miejsc odwiedzanych przez służby ochrony.
Drzwi do schowka były uchylone. Właściwie nie do końca zamknięte. Dolna krawędź przecinała wzór na wykładzinie ledwie widocznym skosem. Novitzki machinalnie sprawdził ręką pokrowiec przy pasie. Szorstka kolba tasera napawała otuchą. Delikatnie popchnął łokciem drzwi komórki, aż między skrzydłem a framugą pojawiła się szpara. Czarna. Wewnątrz musiało być ciemno. Pchnął śmielej, zajrzał do środka i poświecił latarką. Pomieszczenie wydawało się puste, ale uwagę Sinclaira zwróciło nietypowe ustawienie regału, na którym trzymano zapasy ręczników, papieru toaletowego i mydła. Metalowy mebel stał skosem, wciągnięty o pół metra w głąb komórki, a odsłoniętą w ten sposób ścianę rozcinała pionowa świecąca kreska.
Novitzki kilkoma ostrożnymi kroczkami, modląc się, żeby nie kopnąć w ciemności wiadra albo mopa, podszedł nieco bliżej jasnej pręgi. Stąd już zobaczył dokładnie. Światło sączyło się przez szparę w niedomkniętych suwanych drzwiach prowadzących do pomieszczenia, o którego istnieniu najwyraźniej zapomniano poinformować pracowników ochrony. Za przegrodą cicho, ale wyraźnie stukała klawiatura.
Sinclair wsunął latarkę w uchwyt przy pasku i zwolnioną ręką sięgnął po paralizator. Tak uzbrojony wśliznął się w puste miejsce między regałem a ścianą. Przez chwilę stał, nasłuchując, a potem ostrożnie przytknął oko do szczeliny. W wąskim paseczku widnej przestrzeni zobaczył ciemny zarys czyichś pleców. Ktoś stał tyłem do wejścia, pochylony nad jakimś zajęciem. Sinclair ostrożnie wymacał uchwyt w drzwiach, szarpnął w prawo i wskoczył do środka.
– Stać, nie ruszać się! – wrzasnął.
Postać podskoczyła jak oparzona i odwróciła się gwałtownie. Męska sylwetka, twarz w kominiarce, na biurku komputer, na ekranie rzędy znaczków – jednym rzutem oka zarejestrował Novitzki. Wyciągnął ostrzegawczo rękę z taserem i spytał ostro:
– Co to ma znaczyć?
Intruz zawahał się, po czym zrobił coś, czego Sinclair najmniej się po nim spodziewał: odwrócił się do komputera i jeszcze kilkakrotnie przebiegł palcami po klawiaturze. Zaskoczony Novitzki na mgnienie oka stracił inicjatywę. To go zgubiło.
Kiedy parę sekund później ponownie zobaczył zamaskowaną twarz, w stronę jego podbródka z przerażającą prędkością pędziła już pięść w czarnej rękawiczce. Czasu na reakcję nie było.
Tak? – spytał niski, głęboki głos w słuchawce.
– Dzień dobry, panie Prezesie. Obawiam się, że mam złe wiadomości. – Carlos Chan, mówiąc to, czuł przykry ucisk w gardle.
Odkąd piętnaście lat temu został komendantem służb ochrony w World Enterprise, ani razu nie musiał niepokoić szefa podobnym meldunkiem.
– Kiedy? – padło zwięzłe pytanie.
Minęło parę sekund, zanim Carlos otrząsnął się z zaskoczenia. W sumie domyślność szefa nie była aż tak niepojęta. Regulamin służby wyraźnie wskazywał katalog przypadków usprawiedliwiających taki telefon. Katalog najkrótszy z możliwych. „Dzwonić TYLKO w razie włamania” napisano i kazano wbić sobie do głowy.
– Pół godziny temu, tylko że… – Komendant nerwowo przełknął ślinę. – Tylko że tu nie chodzi o Drzwi.
– Nie o Drzwi? – prychnął Prezes. – To co mi pan głowę zawraca po nocy? Jak nie o Drzwi, to o co? O kasę?
– O składzik na szczotki.
Po drugiej stronie zapadła wymowna cisza, którą Carlos Chan odebrał jako odwołanie przedwczesnych pretensji.
– Kto wie? – Głos Prezesa był cichy, rzeczowy i pozbawiony emocji.
– Ja i Novitzki. Ma dzisiaj służbę.
– Na pewno nikt więcej?
– Ja oczywiście nikomu nie mówiłem – zapewnił Chan. – Novitzki też twierdzi, że nie.
– To niech tak zostanie. Za dziesięć minut chcę panów widzieć w piątce. Obu.
Sala konferencyjna numer pięć widywała już znacznie liczniejsze zgromadzenia. Wokół podłużnego stołu stało dwadzieścia krzeseł, a kilkanaście dodatkowych czekało w pogotowiu pod oknami i w kątach. Jedną z dwóch krótszych ścian zajmował ekran podwieszonego pod sufitem rzutnika, a po lewej stronie od wejścia w kamionkowej donicy rozrosła się imponujących rozmiarów palma.
Kiedy jednak około trzeciej czterdzieści pięć Carlos Chan i Sinclair Novitzki nieśmiało przeszli przez szklane drzwi, w pomieszczeniu była tylko jedna osoba. Mężczyzna w średnim wieku. Siedział u szczytu stołu i cicho bębnił palcami w blat. Czarny golf opinający tors zdradzał sylwetkę nieprzesadnie umięśnioną, ale prostą, wysportowaną i szczupłą. Twarz mężczyzny była pociągła, optycznie wydłużona przez wąski, ostry nos i głęboką zatokę łysiny sięgającej aż po czubek głowy. Braki na wysokim czole wynagradzał szpakowaty tygodniowy zarost pokrywający policzki i szpiczastą brodę. Zza okrągłych okularów bez ramki patrzyły na świat ciemne, uważne, jakby wiecznie zmrużone oczy.
Prezesa, a zarazem Głównego Programistę World Enterprise, Carlos Chan widział do tej pory dwukrotnie – raz przy okazji odbierania komendanckiej nominacji i potem jeszcze z daleka w czasie jakiejś firmowej uroczystości. Novitzki znał tylko zdjęcie. Tak czy inaczej, dla obu nocne spotkanie twarzą w twarz z legendą było wystarczającym powodem, żeby odczuwać lekkie drżenie nogawek u mundurowych spodni.
– Siadajcie, panowie – przyjaźnie, choć bez uśmiechu polecił Prezes.
Kiedy usiedli, otaksował ich wzrokiem i cicho zapytał:
– Pamiętają panowie Główną Zasadę?
Chan i Novitzki mimowolnie wymienili spojrzenia.
– Oczywiście. – W głosie komendanta zagrała nutka urażonej dumy. – „Zaprogramowane. Niech działa. Nie ruszać”.
– Otóż to! – Tym razem Prezes trochę się uśmiechnął. – Że niby tak powiedziałem zaraz po odpaleniu Aplikacji, co? Tak naprawdę to nie było zaraz, tylko następnego dnia. I nie powiedziałem: „Zaprogramowane. Niech działa. Nie ruszać”, tylko: „No to hula. I ma być bez czitów”. Ale na jedno wychodzi. Ważne, że zamknąłem Drzwi i mają pozostać zamknięte. Jasne?
Pokiwali głowami. Komu jak komu, ale akurat im nie trzeba było tłumaczyć, jak wielką wagę przywiązuje się w Korporacji do Drzwi. Za to, że naprawdę nikt ich nigdy nie otwierał, ręczyli honorem.
– Ale nie wyobrażam sobie, żeby nigdy do panów nie dotarły korytarzowe ploteczki, co? – Mrugnął figlarnie Główny Programista.
Po tym zaskakującym pytaniu zapadła kłopotliwa cisza. Co mieli powiedzieć? A bo to raz w stołówce, w windzie czy przy dystrybutorze wody słyszeli różne niestworzone historie? „Stary czituje!” – twierdzili wszystkowiedzący mądrale. „Hakuje własną apkę i poprawia babole”.
„Niby jak?” – z wyższością prychali na takie bzdury pracownicy ochrony. „Przecież Drzwi są pod stałym nadzorem”.
Dobrze poinformowanym zupełnie to nie przeszkadzało. Rozkładali ręce, uśmiechali się tajemniczo i dalej brnęli w swoje wymysły. „Oprócz Drzwi jest jeszcze Furtka” – szeptali na przykład. „Tajny dostęp na boku. Jak w Aplikacji narozrabiają, to im Stary coś w kodzie zmienia”. Ot, typowy biurowy magiel. Jeśli rzecz bezpośrednio nie dotyczyła Drzwi, ani Chan, ani Novitzki nie zawracali sobie tym głowy.
– Kto by tam słuchał głupot? – bąknął w końcu komendant ochrony.
Główny Programista skrzywił się lekko, jakby ta odpowiedź nie bardzo przypadła mu do gustu, i westchnął zagadkowo:
– Może by czasem nie zaszkodziło. Jak powiadają, w każdej plotce kryje się ziarnko prawdy.
To powiedziawszy, energicznie klepnął dłońmi w stół, dając do zrozumienia, że dość pogaduszek i czas przejść do sedna. Przybrał chłodną, rzeczową minę i przemówił oficjalnym tonem:
– Panowie, zmuszony jestem wprowadzić panów w pewne szczegóły, które w normalnych warunkach nie wymagałyby panów uwagi. Bardzo proszę, żeby nic z tego, co panowie za chwilę usłyszą, nie wyszło poza te cztery ściany. Czy dobrze się rozumiemy?
– Oczywiście, panie Prezesie. – Chan z Novitzkim wyprężyli się służbiście.
– Otóż, jak panowie wiedzą, w przypadku naszej Aplikacji przyjęliśmy zasadę ścisłej autonomii. Oznacza to całkowite odcięcie od zewnętrznej sieci i brak jakiejkolwiek ingerencji w kod programu. Bezpośredniego dostępu do serwera bronią strzeżone przez panów z takim oddaniem Drzwi. – Chan i Novitzki uśmiechnęli się skromnie. – Niestety od pewnego czasu zaczęły do mnie docierać niepokojące sygnały pozwalające przypuszczać, że zasada autonomii bywa łamana. Krótko mówiąc, podejrzewałem istnienie nielegalnego dostępu do Aplikacji. Tak zwanej Furtki. Od dzisiaj, dzięki godnej podziwu postawie pana Novitzkiego – pochwalony poczuł na karku przyjemny dreszczyk – nie tylko mamy pewność, że rzeczywiście zostawiono Furtkę, ale nawet wiemy gdzie.
– W tym skła…? – Podniesiona dłoń Programisty ucięła pytanie Sinclaira, po czym znacząco dotknęła warg.
Novitzki skulił się i poczerwieniał.
– Ale jak to możliwe? – spytał Carlos Chan. – Przecież wszystkie połączenia zostały odcięte.
Szef World Enterprise rozłożył ręce i odpowiedział z namysłem:
– No właśnie też tak sądziłem. Zaraz po Wielkim Enterze poleciłem, żeby wszystkim współpracującym programistom bezwarunkowo i ostatecznie odebrać dostęp do kodu Aplikacji. Tymczasem wygląda na to, że dziwnym trafem jakieś połączenie jednak się ostało.
Przekąs, który zabrzmiał w ostatnim zdaniu, nie pozostawiał wątpliwości, że w żaden „traf” ani trochę nie wierzy. Wyraźnie sugerował czyjeś złe zamiary i Chan z Novitzkim domyślali się nawet czyje.
O wielkim skandalu, który przed laty wstrząsnął World Enterprise i już na zawsze odcisnął piętno na losach korporacji, różnie opowiadano w firmie. W wersji, którą podczas przyjmowania do służby słyszał każdy agent ochrony, historia ta przedstawiała się mniej więcej tak:
W zamierzchłych czasach, przed Wielkim Enterem, w całym biurowcu od piwnic aż po dach nie było ani jednej kamery, ani jednego alarmu i ani jednego stróża. Wiadome Drzwi były wtedy zwykłymi drzwiami, przez które wchodziło się i wychodziło, i nikomu nie przyszłoby do głowy ich pilnować. Za nimi – jak wiadomo ze wspomnień tych, którzy zdążyli tam zajrzeć przed ostatecznym zamknięciem – mieścił się pokój Głównego Programisty. Wyglądał jak wiele innych w biurowcu. Ani mniejszy, ani większy. Stało w nim biurko z komputerem, na którym Główny Programista głównie programował, kosz na śmieci, do którego celował z daleka ogryzkami i trafiał pięć na dziesięć razy, rowerek stacjonarny, na którym spalał kalorie i stresy, oraz wiele innych przedmiotów tak zwyczajnych, że nie warto o nich wspominać.
Pewnego dnia Główny Programista przytaszczył do pokoju trzy ciężkie kartony. Były w nich czipsy, cukierki, batoniki, żelki, czekoladki, orzeszki, galaretki, ciastka i picie – zapas na tydzień z okładem. Zanim zamknął się w środku, wystawił głowę przez drzwi na korytarz i zapowiedział:
– Teraz będę zajęty. Wyjdę za siedem dni.
– A co będziesz robić? – spytano.
W tych czasach jeszcze, jak Korporacja długa i szeroka, wszyscy mówili do siebie na ty.
– A – mruknął od niechcenia Główny Programista – taką tam apkę.
Drzwi się zamknęły, a przez cały następny tydzień o tym, że praca wre, świadczyły tylko maile ze zleceniami słane o różnych porach dnia i nocy do współpracujących programistów.
Kiedy po siedmiu dniach drzwi wreszcie znowu się otworzyły, przed pokojem czekało pół Korporacji. Czuło się, że chwila jest ważna. Rozległy się oklaski, a potem padła słynna kwestia:
– Zaprogramowane. Niech działa. Nie ruszać!
Na te słowa korytarzem poniósł się szmer, po czym zapadła niezręczna cisza.
– Ale… – bąknął w końcu zdezorientowany szef marketingu. – Ale jak to nie ruszać?
– Po prostu – uśmiechnął się Główny Programista. – Zaprogramowane, niech działa.
– A błędy? Jak poprawimy błędy?
Złowrogi błysk w przemęczonych oczach i cierpki grymas w miejscu niedawnego uśmiechu świadczyły, jak niestosowne było to pytanie. Szef marketingu szybko się zreflektował i roztropnie porzuciwszy śliski temat błędów, przystąpił do ofensywy.
– Poza tym musisz wiedzieć, że przygotowaliśmy pewien projekt – powiedział przymilnie. – Dzięki nowej aplikacji można by…
– My, czyli kto? – Ton, jakim zadano pytanie, sprawił, że wygadanemu zazwyczaj szefowi marketingu zatrząsł się głos.
– J-ja i paru kolegów. P-pokażcie się.
W tłumku na korytarzu podniosło się kilka nieśmiałych rąk. Główny Programista zliczył je wszystkie w myślach i mruknął niechętnie:
– Słucham.
– Pomysł jest moim zdaniem znakomity. Naprawdę warto…
– Pozwól, że sam ocenię – niecierpliwie przerwał mu Prezes. – Co za pomysł?
– Turystyka aplikacyjna.
Zapadła taka cisza, że, jak podają źródła, „słychać było muchę uwięzioną w obudowie lampy”. Główny Programista zamrugał oczami, wysunął głowę i wykrztusił:
– Słucham?
Szef marketingu błyskawicznie przeszedł w tryb profesjonalnego entuzjazmu.
– Chodzi o możliwość wprogramowania się do Aplikacji – zaszczebiotał. – Dla wszystkich chętnych. Rewelacja. Przemyślane w najdrobniejszych szczegółach. Techniczne możliwości są. Koledzy nawet zaprogramowali specjalną nakładkę. Robiliśmy badania. Sądzimy, że zainteresowanie może być ogromne.
– Po co?
Zwięzłość tego pytania wybiła go z rytmu.
– No… – bąknął. – Klienci lubią podróże i niecodzienne przeżycia.
– A bezpieczeństwo Aplikacji?
– Nasz projekt jest całkowicie bezpieczny!
– Zakłóci równowagę. – Głos Głównego Programisty, mimo że wciąż jeszcze opanowany, zdradzał rosnące wzburzenie.
– Nic z tych rzeczy! – zaklinał się szef marketingu. – Klient przenosiłby się do Aplikacji na normalnych zasadach, które tam obowiązują. Bez możliwości kontaktu, bez prawa wycofania się, bez dodatkowych mocy. Do dawnego życia wracałby po prostu po wygaśnięciu.
– Czyli mógłby próbować celowo się wygasić – zauważył Główny Programista. – To całkowicie sprzeczne z zasadami Aplikacji.
Szef marketingu zgarbił się i zapadł w sobie od zniecierpliwionej irytacji.
– Litości! – powiedział płaczliwie. – Skoro już jest produkt, to miejmy z niego jakąś korzyść!
Główny Programista, który już od pewnego czasu oddychał wolniej i głębiej niż zwykle, wycedził przez zęby:
– Aplikacja to nie jest produkt. Aplikacja to dzieło.
Tego już było za wiele dla szefa marketingu. Nie będąc w stanie dalej hamować złości, poczerwieniał na twarzy, zamachał rękami i wrzasnął:
– To jest bez sensu! Zwyczajne marnotrawstwo! Po co nam takie dzieło?
Po tym zdumiewającym wybuchu głos Głównego Programisty zabrzmiał wręcz lodowato:
– Nie musi być po coś. Wystarczy, że jest piękne! Jeżeli idea tworzenia dla samego tworzenia nie mieści się w pańskim ciasnym umyśle, to proszę bardzo, droga wolna!
Obrażony szef marketingu trzasnął za sobą drzwiami i tyle go widziano w biurowcu World Enterprise. W ślad za nim, już z trochę mniejszym hukiem, odeszło jeszcze kilku innych pracowników zaangażowanych w projekt turystycznej nakładki.
Jakiś czas później rozeszła się wiadomość o powstaniu nowej korporacji. Nosiła nazwę Smart Creation. „Smart”, dlatego że sprytna – w odróżnieniu od niektórych. Przedstawiciele firmy oficjalnie twierdzili, że pracują nad własną aplikacją. W biurowcu World Enterprise panowało jednak przekonanie, że jedynym celem Sprytnych – bo tak ich zaczęto nazywać – jest zemsta i bezinteresowny wandalizm. Tworzenie bez celu to według nich głupota – mówiono z przekąsem – za to psucie bez celu, o, to dopiero szczyt sprytu!
To wtedy zamontowano na Drzwiach pierwsze zabezpieczenia.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Prolog
Rozdział pierwszy
Rozdział drugi
Rozdział trzeci
Rozdział czwarty
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
