Siła serca. Błękitne romanetto - Jerzy Bandrowski - ebook
Opis

Książka opowiada o życiu znakomitego lotnika, pilota majora Zaruty, prawdziwego asa przestworzy, z którym nie mógł się równać żaden inny pilot. Powieść napisana jest niezwykle interesująco i bez wątpienia warto po nią sięgnąć. A oto jej fragment oddający niejako przesłanie autora wypowiedziane słowami genialnego lotnika: „Nigdy nie powinniśmy zastrzegać się przeciwko cudom, my, którzy wiemy, że nawet pod chmurami są aniołowie, mający nas w swojej opiece. Skrzydła daje nam motor, a moi bracia drodzy, czyż motor nie jest naśladownictwem serca ludzkiego? A jakimże niewyczerpanym źródłem cudów jest serce ludzkie! Pamiętajcie dobrze, iż najlepsze motory najdoskonalszych aparatów zawodzą, kiedy zawiedzie serce. Zaś ono to ma do siebie, że iskrami, które wyrzuca z siebie, ożywia serca słabsze i mnoży siłę ich... A tak tworzy się łańcuch motorów niezwyciężonych i potęgą swoją zwalczających wszystko, jak na przykład wy, którzy zwyciężyliście wszystko tylko dlatego, że jesteście dobrzy chłopcy”.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 165

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

 

Jerzy Bandrowski

 

Siła serca

 

Błękitne romanetto

 

 

Armoryka

Sandomierz

 

 

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Autor nieznany, Okładka książki Jerzego Bandrowskiego Siła serca – fragment (1922) 

licencjadomena publiczna, źródło: https://pl.wikisource.org/wiki/Plik:Jerzy_Bandrowski_-_Siła_serca_okładka.jpg

 

Tekst polski według edycji z roku 1930.

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-642-2 

 

 

 

Siła serca

Rozdział I.

 Wysoko nad głowami widzów, w lazurowem przestworzu, duży dwupłaszczyznowiec skręcił się nagle w powietrzu, mignął jak biała iskra, stanął na skrzydle i runął w otchłań.

 Ktoś krzyknął.

 Lecz latawiec, jak gdyby nagle zatrzymał się na jakiejś fali powietrznej, wyprostował się i zatoczywszy lekko a płynnie piękny łuk, zaczął się znów wspinać na wysokości.

 – Niesłychane! Wspaniałe! Coś cudownego! Jak on to bajecznie robi! – rozległy się głosy wśród publiczności. 

 Wszyscy stali z zadartemi do góry głowami, wpatrzeni w ruchomy punkt, wysoko nad niemi świecący w błękitach. Wielki, śmiały ptak leciał śpiewając, tak dźwięcznie, mocno i równo grał jego motor. W miarę im wyżej wznosił się latawiec, ton pieśni podwyższał się i stawał się przenikliwszym. Grały nim drewniane ściany szop na lotnisku, wklęsłości i załamania gruntu i bramy rzadkich tu już, okolonych ogrodami, podmiejskich białych dworków i czerwonych kamienic. Nawet uczący się na przyległem błoniu marsza wojskowego trębacze przerwali swe ćwiczenia i porzuciwszy monotonną melodję, przyglądali się przepięknym ewolucjom na wysokościach.

 Zgromadzona na lotnisku publiczność, składająca się prawie wyłącznie z przedstawicieli świata sportowego, w całem znaczeniu tego słowa zasługiwała na miano wytwornej. Ludzie ci, między którymi było wielu członków różnych aeroklubów – widzieli już w życiu swojem niejedno lotnisko i niejednego lotnika. Byli wśród nich zapaleni zwolennicy lotnictwa, pamiętający prawie że pierwsze wzloty słynnych braci Wrightów w Paryżu, ludzi o duszach ptasich. Byli uczeni teoretycy, lub też zwolennicy sterowców, byli miejscowi i zagraniczni lotnicy, ale żaden z nich nie widział jeszcze nic podobnego. Rekordu żadnego w tych ewolucjach nie było, nie było też nic zasadniczo nowego lub nieznanego. Każdy z lotników miał mniejwięcej taką samą technikę latania. Ale tu było coś nieuchwytnego, jakaś jak gdyby poezja lotu, przedziwne, nieokreślone piękno, harmonja ruchów i zwrotów nadzwyczajna, płynność nieopisana lotu, wdzięk połączony z jakąś niezmierną łatwością, czy też radością.

 – Zaruta jest artystą! – odezwał się naraz przewodniczący miejscowego aeroklubu, wysoki, dystyngowany pan z rasową twarzą i wstążeczką orderu w klapie.

 – Ma świetną technikę! – rzekł po francuzku Yamato, lotnik japoński, mały, żółty, ubrany przez angieskiego krawca, lecz niezgrabny, o powolnych, łamiących się ruchach.

 – Więcej. On ma talent! – rzucił przez zęby Dubois, lotnik francuski, człowiek o energicznej twarzy montera, z wysuniętą naprzód dolną szczęką i lśniącemi, błękitnemi oczami, jakby wchłaniającemi blask niebios.

 – Ten człowiek kocha powietrze! – mruknął Burns, znakomity konstruktor angielski. – Jak Szkot kocha góry a Anglik morze, tak on kocha powietrze.

 – Wszystkie jego ewolucje są ze sobą logicznie związane – stąd ich naturalność i proporcje, ich umiar. Patrzcie na to koło teraz – po „martwej pentli“ było wprost konieczne, znakomicie podkreśla jej patetyczną decyzję a zarazem tym majestatycznym lotem, tą okrągłą krzywizną mówi o opanowaniu aparatu przez lotnika i uspokaja nerwy widza. Zaruta to jedyny człowiek, który umie latać pięknie.

 Tak mówił prezes aeroklubu.

 – Oho! Już kończy! Za chwilę wyląduje! – zawołał monter, stojący niedaleko.

 – Co on mówi? – spytał Japończyk stojącego obok siebie dziennikarza.

 – Że Zaruta za chwilę wyląduje.

 – A poczem on to poznaje?

 – Ten lotnik bardzo kocha swoje miasto. Ile razy lata, zawsze na pożegnanie robi koło nad miastem, na znak czci i hołdu.

 – A-ha, a-ha! – dziwił się Japończyk. – To bardzo ładne.

 Istotnie, dwupłaszczyznowiec skręcił ku miastu, które widać było w kotlinie białe, łyskające ogniście oknami, rozzłoconemi przez popołudniowe słońce. Zieleń drzew starych i wielkich, o koronach gęstych, poważnych, przetykała ostro kanciaste grupy spiczastych dachów czarnych i czerwonych a dyszących dymem i białawą mgłą wyziewów. Spadzistą ulicą, jak szkarłatna kropla krwi, zciekał na czerwono malowany, maleńki tramwaj. Wyniośle sterczały stare wieżyce kościelne i dymiące kominy fabryk. Nad tą mgłą, nad temi ciemnemi konturami starych gmachów i kościołów wysoko w słońcu i szafirze ciepłym pojawił się jasny dwupłaszczyznowiec, do białego gołębia podobny. Ale nie zatoczył koła, lecz piął się wciąż w górę, póki wreszcie z olbrzymiej wysokości nie runął na dół, koziołkując w powietrzu.

 – Szalone! – krzyknął ktoś z publiczności.

 Zawtórował mu cichy, pełen przerażenia krzyk kobiecy.

 Ale lotnik pewną miał rękę. Przebywszy dwie trzecie wysokości, rzucił swój aparat na wznak, odwrócił go i zatoczywszy już nisko nad miastem piękne koło, podążał ku lotnisku.

 – A wiecie państwo, co to znaczy? – spytał prezes aeroklubu. – Zaruta chciał przez to symbolicznie wyrazić uklęknięcie przed miastem na kolano.

 – Na wszystkich placach, wszystkich ulicach i na wszystkich balkonach stoją w tej chwili ludzie i powiewają chustkami lub biją brawo! – mówił dziennikarz. – Kobiety, dziewczęta odrywają kwiaty od staników i chciałyby je rzucić ukochanemu lotnikowi – bo wszyscy wiedzą, że to Zaruta lata nad miastem – ale trudno rzucać kwiaty w niebo a Zaruta z góry patrzy na owacje. Mimo całą swą miłość dla miasta dumny jest i rzadko z ludźmi rozmawia, prawie nigdzie nie bywa. Zato czasami coś mu strzeli do głowy i kręci się koło wież. Jak mucha naprzykrzona lata dokoła czarnej wieży katedry lub też dokoła tej białej, gotyckiej wieżycy tam, na górze. Lata i brzęczy – i ludzie poczciwi mówią, że on rozmawia z wieżami. Taki jest.

 – A bywa też, że pisze na niebie i wówczas rozmawia z miastem.

 – Jakże to pisze na niebie? – spytał Anglik.

 – Lotem litery wypisuje. Całe miasto wówczas staje i czyta z otwartemi ustami.

 – Very interesting! A cóż on pisze?

 – Krótkie słowa. Więc pamiętam, kiedy raz był jasny, promienny, błękitny dzień wiosenny, Zaruta wypisał na niebie słowo „Cud“ i całe miasto roześmiało się uśmiechem szczęścia. A kiedy znów wzburzyli się robotnicy i chcieli porzucić pracę – wyleciał i nakreślił w niebiosach słowo „Zgoda“! i robotnicy doszli z pracodawcami do porozumienia. A zdarza się czasem, jeśli umrze ktoś bardzo zacny...

 – To jest kto? Radca? Nadradca?

 – Nie. Miasto wie, kto jest zacny a kto nie. Więc wtedy czasem pojawia się dwupłaszczyznowiec Zaruty nad orszakiem pogrzebowym i leci nisko, nisko, napełniając ulice niskim, gromowym brzękiem. I ludzie wiedzą, że to Zaruta kłania się umarłemu.

 – An extraordinary clever man! (Nadzwyczaj dzielny człowiek!) dziwił się milczący dotychczas Happy, niski, krępy lotnik amerykański z prostokątną, czerwoną twarzą i szerokiemi szczękami, gryzącemi wciąż gumę do żucia. – Ma zmysł propagandy i reklamy.

 – Nie, on ma serce! – odpowiedział dziennikarz.

 – Pan ma słuszność! – skinął ku niemu głową Francuz.

 Dwupłaszczyznowiec leciał prosto ku lotnisku.

 – Niech pani się nie niepokoi! – mówił monter do młodej damy, stojącej w pierwszym szeregu widzów – Pan Zaruta ląduje miękko, jak nikt. Myślałby kto, że ma czucie w kole.

 – Mnie się zdaje, że on dziś jest jakiś nieswój, źle usposobiony...

 – To on bardzo często tak, przed lataniem – odpowiedział monter. – Czasem to przyjdzie wesoły i żartuje, a czasem to zasumowany, zamyślony, aż czarny i mówić nie chce. Jak mu pod humor trafi. Ale kiedy jest zły – lubi się wylatać. Goni, goni po niebie, a potem – jakby ręką odjął, ino zmęczony trochę i kładzie się w swoim pokoju i chce, żeby mu dać spokój... Niech się panienka nie boi... Pan Zaruta jest w powietrzu jak kaczka na wodzie.

 Młoda dama westchnęła.

 – Łatwo to mówić. A przecie tam – śmierć czyha każdej sekundy. Czy nie myśli pan o tem?

 Powiedziała to poprostu, lecz głos jej zaśpiewał przytem skrzypcową jakąś nutą, śpiewną, tkliwą, bolesną.

 Na dźwięk jej głosu Dubois odwrócił głowę i spojrzał na nią ciekawie. Była drobna, ciemno, lecz wykwintnie ubrana, o bardzo smagłej twarzy, w której teraz, mimo wielkiego panowania nad sobą, malował się wyraz nie tyle niepokoju ile bezradności. Jej podłużne, zielone oczy, okolone długiemi, jedwabistemi rzęsami patrzyły z pod silnie zarysowanych, prawie prostych czarnych brwi, jakby z dąsem i urazą czy też zniecierpliwieniem. Przy całej łagodności, a nawet pewnem rozmarzeniu, w rysach jej twarzy było coś dziwnie energicznego, jakiś nieledwie żelazny upór. Wyglądała bardzo młodo.

 – Kto jest ta młoda dama? – zwrócił się Dubois do jednego z lotników miejscowych.

 – Ta panienka? To siostra pana Zaruty.

 – Oh, elle m’a l’air très interessante! (Oh, ona mi się wydaje bardzo interesującą..) Wie pan? Kiedy tak na nią patrzę, przypomina mi się ta kura, która wychowała kaczęta...

 – Jak pan to rozumie?

 – Mnie się zdaje, że właściwie ona jest – jakby to powiedzieć – duchowym motorem Zaruty. On lata przez nią...

 – Nie rozumiem pana! – z uśmiechem potrząsnął głową lotnik, który istotnie na duchowych motorach się nie znał.

 – Cóż ja wiem? – mruknął Francuz, w dalszym ciągu ciekawie przyglądając się panience.

 Zaś ona oczu nie odrywała od nadlatującego aeroplanu.

 Jeszcze poza obrębem lotniska dwupłaszczyznowiec, zatoczywszy parę kół, zniżył swój lot a potem zesunął się skośną linją tak, że miękko i bez najmniejszego wstrząśnienia dotknął ziemi i potoczywszy się kilkanaście metrów, stanął bez ruchu.

 Natychmiast podskoczyli ku aparatowi monterzy odpinać lotnika, rzemieniami przymocowanego do siodła, zaś wraz z nimi z gratulacjami pobiegli widzowie. Prezes aeroklubu wytwornym, pańskim giestem ofiarował siostrze lotnika przepyszną wiązankę kwiatów.

 Lotnik powoli wysiadł z aparatu.

 Był to człowiek młody, smukły, zgrabny, o pociągłej, ciemnej twarzy, w której dwoje jasnych oczu paliło się pogodnym, modrym blaskiem. Kiedy, odsunąwszy przyłbicę z okularami, zdjął z głowy hełm, zaświeciła czupryna płowa, prawie biała. Ruchy miał zgrabne, ale ni to leniwe ni to zmęczone, bo powolne i jakby obolałe. Z godnością i z jasnym uśmiechem na twarzy kłaniał się otaczającym go znajomym, którzy zasypywali go słowami uznania i pochwały, temu i owemu uścisnął rękę i rzucił jakieś miłe słówko, wzrokiem jednak zdawał się szukać kogoś w tłumie. Szukał siostry, bo skoro ją zobaczył, oczy mu zapłonęły, a ruch, który zrobił w jej kierunku, był tak od serca, żywiołowy i niewstrzymany, że mimowoli usunięto mu się z drogi. Lotnik prześliznął się przez okalające go zwarte koło, podszedł ku siostrze, podał jej rekę, a potem wsunąwszy jej swoje ramię pod ramię i szepcząc jej coś w ucho, nachylony ku niej, skierował się wraz z nią ku jednemu z drewnianych budynków, gdzie miał swój pokój, przeznaczony na odpoczynek po lotach a także na załatwianie różnych spraw zawodowych.

 – Więc mówisz, że było dobrze, Kasieńko?

 – Wszyscy cię podziwiali, – odpowiedziała mu siostra z dumą.

 – Ach, nie w tem rzecz... Tyś widziała – to był lot!

 – Powiedziano o tobie, że jesteś artystą – lotnikiem. – Uśmiechasz się? Widać – zrobiło ci to przyjemność! Wiedziałam o tem, spodziewałam się tego. Co ci to, kochanie? Czy słabo?

 Zaciężył jej bardzo na ręku.

 – Och, istotnie, trochę mi słabo, Kasiu... Puść mnie, prędzej dojdę... Położyć się i... krople...

 – Taki ty zawsze jesteś... Kiedy słabniesz, chcesz być sam, abyś nie zaciężył... Więc nie opieraj się na mnie, ale chodź prędzej... Ja też nie chcę...

 Spojrzała, jak daleko jeszcze mają do celu, a potem obejrzała się, czy ich kto nie obserwuje. Oczywiście, obserwowali ich wszyscy.

 Przyspieszyli kroku. Zauważyła, że brat jej bardzo zbladł. Na czoło wystąpił mu obfity pot, wargi zbielały.

 – Co się z tobą dzieje, Marjanie?

 Nie odpowiadał. Już stał u drzwi. Stanął, ujął ręką za klamkę i przechyliwszy się trochę wstecz, stał tak chwilę nieruchomo. Spojrzawszy nań, zrozumiała, że gdyby klamkę puścił, padłby na wznak. Chciała mu pospieszyć z pomocą – kiwnął przecząco głową. Opanował się ostatnim wysiłkiem, otworzył drzwi i ruchem pełnym naturalnego wdzięku puścił ją naprzód. A potem wszedł, klucz w drzwiach przekręcił za sobą, chwytając się ściany nieledwie że wbiegł do swego pokoiku i padł na otomanę.

Rozdział II.

Bezradna wbiegła za nim.

 – Co ci się stało?

 – Zasuń firanki – szepnął. – Prędzej! A teraz... na biurku stoi kryształowy flakonik... Po prawej ręce... Jest łyżeczka mała... Nalej... pełną łyżeczkę... i daj mi. Nie, sama, bo mnie się ręce trzęsą... Prędzej...

 Kiedy podchodziła do niego z lekarstwem, był już napół omdlały; tyle miał przytomności, że otwarł usta. Jakie to krople zażywał, nie wiedziała, ale po ich zażyciu zamknął oczy i leżał przez jakiś czas bez ruchu, bez słowa.

 Uklękła przy nim, pełna niepokoju wzięła go za rękę, wpatrzyła mu się w twarz.

 – Bój się Boga, Marjanie!

 Ścisnął jej dłoń, dając do zrozumienia, aby milczała.

 Przyglądała mu się zaniepokojona, strwożona, pełna zdumienia. Mężczyzna wielki, rosły, mocny, leżał tu oto bezsilny i wyczerpany zupełnie a twarz jego, twarz męska, pełna woli i charakteru, miała teraz wyraz nieledwie dziecięcy. Takim widziała go, kiedy chorował jako młody chłopiec. I przyszło jej naraz na myśl, że, choć on dziś był już mężczyzną duszę miał po dawnemu dziecięcą.

 – Jakąż on wobec tego musi mieć żelazną siłę woli! – pomyślała. – I co mu daje tę siłę?

 Powoli przychodził do siebie.

 Potarł ręką czoło, westchnął, a ujrzawszy ją klęczącą przy sobie, uśmiechnął się z zakłopotaniem.

 – Przelękłaś się?

 – Na miłość boską, co ci jest?

 – Nic dziecko, to właściwie nerwowe...

 – Nie skarżyłeś mi się nigdy na nerwy.

 Oburzył się. Lotnik musi mieć zdrowe nerwy.

 – Na nerwy ja jestem zdrów.

 – Więc może serce?

 – Serce mam także zdrowe. To omdlenie z powodu wyczerpania. Ja bardzo dużo wkładam w to. Mnie to kosztuje...

 – Więc to są omdlenia? Musiało ci się nie pierwszy raz zdarzyć... Najlepszy dowód ten flakonik.

 – Myśląc, że to chorobliwe, radziłem się naszego klubowego doktora. Powiedział mi, że jestem zdrów... a to tylko skutki wzruszenia... Przepisał te krople... na wypadek...

 – Nic mi o tem nie wspominałeś. A gdyby ci się to wydarzyło w powietrzu? – mówiła, blednąc na samą myśl.

 – W powietrzu? To wykluczone.

 – A pamiętasz Capellego?

 – Ach, Capelli! Capelli nie był lotnikiem, tylko akrobatą włoskim, ekwilibrystą. Latał dlatego, że się nauczył i latał – dla zarobku – póki nie skręcił karku, co go musiało spotkać prędzej czy później. Myślisz, że on wiedział, co to powietrze, co to latanie?

 Oparł się na łokciu i patrząc przed siebie, mówił jakby w zamyśleniu:

 – Mnie w powietrzu nic się stać nie może, bo to mój żywioł.

 – A jednak – omdlewasz!

 – To nic. Są ludzie, którzy na morzu nigdy nie chorują, a po wylądowaniu dostają szumu w uszach, zawrotu, czasem i bólu głowy. Choć to nie tosamo. Powtarzam ci – to omdlenie jest tylko skutkiem wyczerpania, kiedy ląduję... W powietrzu nic mi nie grozi... Ja powietrze znam...

 Wpatrzył się w błękitny pas nieba, widniejący w oknie nad żółtą, słońcem prześwietloną zasłoną.

 – Widzisz, kiedy teraz, z tej otomany, patrzę na niebo, to patrzę na nie tak, jak marynarz na morze. Ty widzisz tylko kryształowe, błękitne przeźrocze, pustkę niebieską, a dla mnie to jest – mój żywioł. W takie dni, jak dzisiejszy, widzę powietrze jako toń spokojną, a kiedyindziej pokazałbym ci, jak fale jego świetliste kłębią się, przewalają i wichrzą... Ja wiem, co znaczą jego jasne drgnienia, jego błyski, i wiem, dlaczego ptak skręca w prawo lub w lewo. Okiem rzuciwszy, wiem, jaka jest gęstość powietrza,.. Znam jego drogi, gościńce i ścieżki, znam jego uśmiechy i groźby i wiem, że ono żyje – jak las, jak woda, jak ziemia... Wiesz, jako chłopak byłem niepojętny, zły uczeń. Przechodziłem z klasy do klasy tylko dzięki stosunkom ojca, uchodziłem za mało inteligentnego. A mimo to, kiedy pierwszy raz w życiu w kinematografie zobaczyłem aeroplan, wszystkiego się domyślilem, wszystko natychmiast odgadłem i wiedziałem, jak się lata... Ja jestem stworzony dla powietrza...

 Wtem na lotnisku zawarczał motor.

 Pilot przerwał i nadsłuchiwał przez chwilę.

 – To jednopłaszczyznowiec Seytona – rzekł. – Ten Anglik dużo umie, ale zanadto sobie ufa i nie potrafi się skupić. Czucia w rękach nie ma. On kiedyś kości sobie połamie przy lądowaniu.

 Warczenie motoru zaczęło się oddalać.

 – Wzlatuje... Tak. Więc wracając do naszej rozmowy: Kiedy latam, jestem zupełnie innym człowiekiem. Tam, na wysokościach czuję się – u siebie. Wszystko ziemskie ze mnie spada, mam wrażenie, jak gdyby powietrze przechodziło przezemnie, przenikało mnie... Staję się lotnym, dusza moja spływa się w jedno z powietrzem, wichrem, światłem i błękitem... Rozumie się, nie można wykluczać nieszczęśliwego przypadku, zepsucia się motoru, złamania się śmigi.. To zawsze może być, bo też i na równej drodze można się potknąć... ale ja – nie zlecę... Czuję to, wiem i dlatego – ufam.

 – Komuż ty ufasz tam, na wysokościach?

 – A widzisz – powiem ci! Jest jakiś uśmiech w tem czystem i jasnem przeźroczu, jest blask dobroci i powaga mądrości, jest – dusza. Wierzaj mi, powietrze jest żywe. Ma ono swoje tajemnice, ale gdyby kiedykolwiek z otchłani błękitnej wypłynęła do mnie istota biała z białemi u ramion piórami – nie zdziwiłbym się. I nie zdziwiłbym się, gdybym pod łukiem różnofarbnej tęczy ujrzał zawieszone w błękitach kwitnące ogrody, lub miasta, ciche i bezpieczne w załomach chmur a wędrujące szczęśliwie przez nieskończoną przestrzeń...

 Roześmiał się.

 – Ale to już są fantazje zgoła niedorzeczne i na które lotnik pozwalać sobie nie powinien... Sądzę, że to te krople tak na mnie działają... Musi w nich być coś podniecającego. Ach, mój Boże! Zmęczony jestem. To morze powietrzne duszę ze mnie wyciąga. Ale co to za roszkosz! Każdy ruch, każdy rzut oka – wszystko tam żyje, jest potrzebne, uzupełnia się, a tu, na ziemi, tyle widzę rzeczy zbytecznych, umarłych, a które mimo to wciąż rodzą się i powtarzają – do znudzenia. A tam, wszystko jest takie, jak tego właściwie chciałem. Tam jestem szczęśliwy, zupełnie szczęśliwy.

 – Wierzę ci bardzo – odpowiedziała półgłosem.

 I jeszcze chwilę coś mówiła, coraz ciszej i ciszej, uśmiechając się dobrym, macierzyńskim uśmiechem, bo wiedziała, że brata usypia.

 Istotnie zasnął. Świadczył o tem jego miarowy oddech.

 Wówczas umilkła, i odwróciwszy głowę, aby brata spojrzeniem nie budzić – znała jego nadmierną wrażliwość, – usiadła na stojącem niedaleko krześle trzcinowem i tak siedziała, milcząc, w małej, cichej, nieco dusznej izdebce, skleconej z desek, ledwo zheblowanych, złotawo-białych.

 Nie pierwszy raz była w tym pokoiku i znała dobrze jego ściany, na których, jak czarne plamy w białem obramowaniu, wisiały fotografje różnych aparatów i ich części składowych – bo Zaruta był niemniej zdolnym i pilnym konstruktorem jak lotnikiem. Z nad biurka uśmiechała się poczciwie z powiększonej fotografji matka, ładna, pełna kobieta w staromodnej sukni, na biurku stała jej własna podobizna. Na jednej ścianie wisiała złamana śmiga, która omal że nie przyprawiła lotnika o utratę życia. A zresztą, oprócz kilku krzesełek, skórzanych kurtek i hełmów, rozwieszonych w kącie, nie było w tym pokoju nic.

 Kasia często jeździła z bratem na lotnisko, zwłaszcza przy wszystkich świątecznych okazjach, kiedy można było zobaczyć najsławniejszych nieraz lotników. Bywało wtenczas szumnie i wesoło, wszędzie trzepotają różnobarwne flagi, wszystko przybrane było zielenią, po szerokiem błoniu przechadzali się panowie z pięknie ubranemi damami, piloci, „ludzie napowietrzni“, ze śmiechem pozdrawiali się swem „tip-top“, a nieraz i muzyka przygrywała na złotych, powyginanych trąbach. Na lotnisku odbywał się festyn, lotnicy latali jakby na żart, a monterzy i robotnicy wyglądali, jak ludzie, którzy przyszli pomagać z własnej ochoty i dla własnej przyjemności.

 To było wesołe.