Pilot św. Teresy. Bohaterskie dzieje Ojca Bourjade - Jerzy Bandrowski - ebook
Opis

Léon Bourjade, właściwie Jean-Pierre Léon Bourjade (ur. 25 maja 1889 w Montauban - zm. 22 października 1924) - francuski pilot, jeden z czołowych francuskich asów myśliwskich okresu I wojny światowej. Autor 28 zwycięstw powietrznych. Należący do ścisłego grona Balloon Busters - pilotów mających więcej niż pięć zestrzeleń balonów obserwacyjnych. Od najmłodszych lat jego marzeniem było zostanie misjonarzem. W 1908 roku rozpoczął nowicjat w Issoudin w Hiszpanii. W 1914 roku przeniósł się do Szwajcarii na studia teologiczne. Po wybuchu wojny powrócił do Francji i wstąpił do armii. Przez trzy lata służył w artylerii. W 1917 roku został przeniesiony do lotnictwa. W dniu 17 czerwca uzyskał dyplom pilota i został skierowany na zaawansowany kurs pilotażu do Pau. Po ukończeniu kursu został przydzielony do 152 eskadry, w której służył do końca wojny. Początkowo latał na samolotach Nieuport, a następnie po wyekwipowaniu eskadry w nowe samoloty w marcu 1918 roku na SPAD S.XIII. Pierwsze zwycięstwo odniósł 27 marca zestrzeliwując niemiecki balon obserwacyjny. Do końca wojny zestrzelił łącznie 27 balonów i jeden samolot Fokker D.VII. Dzięki temu zajmuje drugie miejsce na liście "Balloon Busters" po belgijskim asie Willim Coppensie. Po zakończeniu wojny powrócił na studia teologiczne i 26 czerwca 1921 roku uzyskał święcenia kapłańskie. W listopadzie wyruszył statkiem do Wysp Gilberta. Aby przez Nową Gwineę dotrzeć do Nowej Gwinei Brytyjskiej na misję. Po kilku miesiącach pracując z trędowatymi zmarł w wieku 35 lat. (http://pl.wikipedia.org/wiki/Léon_Bourjade)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 77

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Jerzy Bandrowski

Pilot św. Teresy

Bohaterskie dzieje Ojca Bourjade

Armoryka Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak 

Na okładce: Léon Bourjade:

Grafika na podstawie fotografii z epoki

Tekst na podstawie edycji : Jerzy BandrowskiPilot św. Teresy. Bohaterskie dzieje Ojca Bourjade Księgarnia św. Wojciecha Poznań-Warszawa-Wilno-Lublin 1934 . Zachowano oryginalną pisownię.

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:[email protected]

http://www.armoryka.pl/

Pilot św. Teresy. Bohaterskie dzieje Ojca Bourjade

Hołd maluczkiemu

Dnia 30 lipca 1925 r. do przystani Port Leon na wyspie Yule, jednej z niezliczonych wysp Oceanji w okręgu brytyjskiej Nowej Gwinei, zawinął piękny wojenny statek francuski „Aldebaran”, stacjonowany na oceanie Spokojnym, a teraz wracający do Francji. Statek spuścił szalupy, do których wsiedli oficerowie w białych płóciennych garniturach i podzwrotnikowych hełmach korkowych, oraz marynarze w koszulach w błękitne paski i w białych spodniach. Na tyle statku powiewała, jak w dni wielkich uroczystości, trójkolorowa chorągiew Francji.

Szalupy skierowały się ku wybrzeżu wyspy, zamieszkałej przez jakich dwadzieścia do dwudziestu pięciu tysięcy napół dzikich Papuasów i przez garść misjonarzy katolickich Najśw. Serca Jezusowego, Francuzów, Szkotów, Australijczyków, zebranych ze wszystkich stron świata bojowników i pracowników Bożych. Są to ludzie cisi i pokornego serca, dalecy od próżności i ambicyj ludzkich, lecz wysoko trzymający sztandar Legji Chrystusowej. Widok szalup, płynących z wojennego statku, zadziwił ich.

Marynarze po wylądowaniu stają w ordynku wojskowym. Maszerują w stronę misji, a gdy tam już dotarli, kapitan statku Benoist pyta:

- Gdzie jest grób ojca Bourjade'a?

Ojca Bourjade'a? Mój Boże! Był to jeden z najpokorniejszych ojców, cichy, niezmordowany misjonarz, daleki od wszystkiego, co światowe, i pracujący z całem oddaniem nad urabianiem dusz papuaskich wśród febrycznych, podzwrotnikowych bagnisk. Czegóż ten pełen godności i wojskowej wyniosłości kapitan wojennego statku, otoczony świtą oficerów w niepokalanej bieli, może chcieć od biednego zmarłego misjonarza? Jakimże znowu zgiełkiem świata chce wraz z oddziałem marynarzy napełnić cmentarz, na którym odpoczywa utrudzony wielce pracownik Boży?

Zaniepokojeni trochę ojcowie wiodą kapitana z jego oddziałem na grób o. Bourjade'a. Kwitną na nim lilje czerwone, które zasadził jeden z braci szkockich. Oddział marynarzy ustawia się po obu stronach grobu. Widać morze, lasy, dalekie góry, niezbadane dotychczas i pełne tajemnic. Jest cisza.

A nagle rozlega się komenda:

- Garde à vous! Baczność!

I komendant Benoist przemawia:

- Ojcze Bourjade! My, marynarze floty francuskiej, przyszliśmy oddać ci cześć.

Jesteśmy głęboko wzruszeni.

Za spełniony przez ciebie obowiązek Francja cię wynagrodziła, ale ty porzuciłeś wszystko i przybyłeś do tego kraju, aby się poświęcić pracy pokoju. Padłeś na tem nowem polu chwały.

W imieniu Francji, armji, mych oficerów i marynarzy wyrażam ci podziw i oddaję ci cześć. „Aldebaranowi” zależało na tem, aby złożyć ci hołd.

Peyriller, biograf o. Bourjade'a, dodaje:

„W kilka godzin później „Aldebaran” odpłynął na zachód ku dalekiej Francji. Biały statek, na którym lśniły barwy Francji, zagłębił się w morzu, ciemniejącem pod wieczór. W krótkim czasie na jaśniejszym nieco skraju horyzontu nie było już widać nic, prócz słupa dymu, przypominającego słup dymu, jaki się unosił z miejsca, w którem spadł zapalony przez francuskiego pilota obserwacyjny balon niemiecki.”

Cóż wspólnego ma pokorny misjonarz z wysp Oceanji z tem wojennem wspomnieniem?

Bardzo wiele. Albowiem ten cichy pracownik Boży był jednym z najlepszych bojowych pilotów francuskich, był światowej sławy pilotem-myśliwcem i specjalistą w niszczeniu obserwacyjnych balonów niemieckich podczas wielkiej wojny. Był kawalerem oficerskiego krzyża Legji Honorowej. Miał sławę i, gdyby chciał, wielką karjerę przed sobą. A został misjonarzem na jednej z wysp Oceanji i tam umarł. Z wycieńczenia i febry, zdala od świata, wśród Papuasów.

O tym to dziwnym, świętym człowieku, przezwanym spowodu jego kultu dla św. Teresy „Pilotem św. Teresy”, opowiada niniejsza książeczka.

Kraj rodzinny Bourjade'a

Leniwemi falami pną się po stoku wzgórza domy o białych ścianach a dachach ze starej, czerwonej, lecz już poczerniałej dachówki. Domy te są bardzo stare i pamiętają niemniej dawne a niespokojne czasy. Obecnie w rozpalonej do białości godzinie południa milczą, a wnętrza ich wypełnia miły chłód, który możnaby porównać z orzeźwiającym smakiem świeżo zerwanej oliwki. (Koło domów pełno w sadach drzew oliwnych.) Jednakowoż bywały czasy, gdy ciche te domy rozbrzmiewały hukiem arkebuz i szczękiem szpad, albowiem w tym kraju oddawna walczono o skarb największy, a mianowicie o religję i wolność sumienia.

Jest to Cos, miasteczko, w którem stoi dom rodzicielski Bourjade'a.

W oparach południowego słońca kraj ten jest szary, bo skały są w nim białe, twarde zaś listowie południowej roślinności ma kolor tak ciemnozielony, iż zdaje się być czarnym, a mieszając się w blaskach słonecznych z jaskrawą bielą skał i ścian domów, staje się popielatym. Poniżej, przez pola, zdawałoby się bezbarwne, płynie połyskliwa rzeka Aveyron. Nad tem wszystkiem ciemno-szafirowe niebo południowej Francji, sięgającej podnóży Pirenejów.

Jest to kraj stary, gdzie każde miasteczko i każdy dom ma swą historję. Pierwsze wrażenie, jakie odnosi podróżny z jego widoku, jest pogodne, aczkolwiek do pewnego stopnia zabarwione smętkiem kontemplacji zbyt silnego słońca. Ale to tylko wrażenie powierzchowne, bo oto choćby tylko ta rzeka Aveyron, tak leniwo płynąca i niby apatyczna, ma chwile gwałtownych wybuchów i buntu. Do mieszkańców tego kraju jakże trafnie stosuje się nasze przysłowie o „cichej wodzie, która brzegi rwie”.

Ta skrytość, połączona z nagłemi wybuchami lub raczej z nieoczekiwanemi, lecz niezłomnemi postanowieniami, to również rys charakterystyczny Bourjade'a. Dowodzi to bardzo silnej i głębokiej uczuciowości. „Pilot św. Teresy”, jak później nazywano Bourjade'a, nie pisywał wierszy, ale śmiało mógłby się podpisać pod wierszem Alberta Flory'ego:

Jestem synem tych rycerzy,

co gardząc niskiemi sprawami,

walczyli o to, w co się wierzy,

katolicy z protestantami.

W wojnach rządzili się jedną potrzebą:

zdobyć niebo.

Nie sądzimy jednak, aby ci ludzie, którzy zawsze gotowi byli bronić swych przekonań z orężem w ręku, nie szanowali i nie kochali się wzajemnie. Tak to już jest na świecie, że ludzie z charakterem za swoje przekonania dają życie. To jednak nie wyklucza, aby sobie w razie potrzeby nie pomagali wzajemnie, i z tego nie wynika, aby się prześladowali jadowitą złośliwością.

Toteż nie dziw, że w rodzinie Bourjade'ów, od czasów albigensów słynącej z niezmiennych wierzeń katolickich, zdarzył się fakt, iż w czasie wielkiej rewolucji pewien protestant wpływami swemi wśród jakobinów ocalił jednego z pradziadków „Pilota św. Teresy” od szafotu, na który skazał go teror.

Znak

Jest rzeczą doprawdy dziwną i wzruszającą, że prawie wszyscy ludzie wybitniejsi czy też przeznaczeni do wielkich rzeczy w świecie ducha, jawnie są jakgdyby piętnowani i naznaczani na to w dzieciństwie zapomocą jakiegoś cudu. Znany jest nam, Polakom, cud z Mickiewiczem, który też zawsze żywił w duszy kult dla Matki Boskiej Ostrobramskiej. Polski apostoł Japonji Wojciech Męciński, również cudownie przez Matkę Boską ocalony, jako Sodalis Marianus służył jej całe życie. Ten sam cud powtarza się znowu z Leonem Bourjadem. Jako mały a bardzo żywy chłopaczek, przez nikogo niepilnowany, przełaził przez jakiś ganek - na czwartem piętrze - gdy nagle stracił równowagę i zawisł na balustradzie. Na krzyk malca, który miał wówczas cztery lata wszystkiego, zbiegli się ludzie i uratowali go. Nie mamy powodu dziwić się, że chłopaczek w swej nieświadomości próbował urządzić wycieczkę w przestrzeń błękitną. Niebo było jego żywiołem, czego też później dowiódł jako pilot. Narazie jednak uratowano go, a drżąca z trwogi matka, tuląc go do łona, wykrzyknęła:

- Bóg postanowił cię zachować, abyś dokonał czegoś wielkiego!

Wiadomo, że istnieją w Kościele katolickim komisje, badające tak zwane „cuda”, bo nie wszystko, co się wydaje cudownem, jest cudem. My, którzy notujemy tu poprostu fakty, nie możemy oczywiście z całą stanowczością twierdzić, że uratowanie małego Leona było istotnie cudem. Na małe dzieci zawsze wszędzie się uważa, choćby zdaleka. Często się zdarza, że dziecko wejdzie np. na okno, przestraszy się, zacznie krzyczeć, a ktoś wtedy przybiegnie i uratuje je, bo zawsze jest ktoś starszy wpobliżu. Z tego punktu widzenia rzecz biorąc, nie byłby to oczywiście żaden cud, lecz zwykły zbieg okoliczności. Jednakowoż, jeśli taki wypadek zdarzy się chłopaczkowi o sercu bardzo wrażliwem i czekającem na ideę, która właściwie nie jest niczem innem, jak tylko objawieniem, a dalej, jeśli chłopaczek, nawiedzony niem już w czwartym roku życia, odkryje w sobie powołanie, za którem iść będzie przez całe życie, to czyż to nie jest cudem?

Starodawna