Siła narracji marketingowej - Sebastian Hejnowski, Mirosław Bujko - ebook
Opis

 

To nie jest kolejny poradnik! Marketingowe doświadczenie Sebastiana Hejnowskiego wraz z kunsztem literackim Mirosława Bujko dały niezwykłą opowieść o sile słowa i metodach jego użycia. Autorzy nie zapomnieli też o praktycznych przykładach. Obydwaj mają całkowicie odmienne doświadczenia językowe. Sebastian to komunikator marketingowy. Posługuje się językiem typowym dla komunikacji PR. Jego instrumentalne, sprawcze narracje mają sprzedawać wizerunek i produkty. Mirek to pisarz. Instrumentalność jego narracji ma sprzedawać emocje, przeżycia, zachwyty i lęki, wzruszenia i pragnienia. To całkiem inny produkt. Ale, o dziwo, oba narracyjne światy mają wiele wspólnych obszarów.

Literatura świadoma marketingu lepiej się sprzedaje, marketing świadom literatury lepiej sprzedaje. Marketingowe doświadczenia i technologie narracji da się wykorzystać w narracji powieściowej. I na odwrót – najlepsze narracyjne techniki literatury okazują się świetnie wpływać na skuteczność tekstów w komunikacji marketingowej. Warto więc wymienić doświadczenia. Owocem tak pojętej wymiany interesów jest niniejsza książka, napisana z myślą o „marketerach języka”, którzy przy pomocy językowej pragmatyki muszą wypełnić zadania sprzedażowe, pozyskać wyborców, zmienić wizerunek czy kształtować w pożądany sposób opinię publiczną.

Marketing, PR czy manipulacja, a może wszystko razem? Autorzy pokazują, że odpowiedzią na każdy problem może być słowo – niczym zaklęcie, wypowiadane, by rzeczywistość zmieniła się zgodnie z życzeniem. Chcecie je poznać? Odpowiedzi znajdziecie w książce.

***

Sebastian Hejnowski – wieloletni praktyk public relations i reklamy. Zarządza w regionie Europy Środkowo-Wschodniej MSL – największą europejską agencją public relations. Jest również prezesem agencji kreatywnej Leo Burnett Warsaw. Jest publicystą i jurorem na największych branżowych konkursach. Prywatnie ojciec dwójki dzieci, pasjonat podróży, odwiedził ponad 100 krajów świata.

Mirosław Bujko – trener biznesu, wykładowca akademicki, dziennikarz, krytyk muzyczny, scenarzysta, librecista, trener sztuk walki. Specjalizuje się w narratologii, komunikacji marketingowej i w marketingu języka. Autor kilku powieści wydanych w kraju i tłumaczonych na niemiecki i portugalski oraz scenariuszy filmowych, librett operowych i baletowych. Prowadzi warsztaty językowe, komunikacyjne i audyty komunikacyjne dla wielu firm i korporacji. Fascynuje się kulturą japońską i tradycyjnymi sztukami walki. Jako 4 dan iaido prowadzi własne DOJO, ucząc IAIDO, czyli sztuki władania japońskim mieczem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 283

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Menedżer projektu: Justyna Malatyńska

Konsultacja merytoryczna: dr Aleksandra Jakóbczyk-Gola

Redakcja: Anna Żółcińska

Korekta: Elżbieta Wojtalik-Soroczyńska

Projekt okładki: Michał Duława

Zdjęcia autorów na okładce: archiwum prywatne

Koncepcja graficzna: Wladzimier Michnievič

Skład: Studio Magenta Nadzieja Michnievič

Opracowanie e-wydania:

Copyright © 2018 by MT Biznes Sp. z o.o.

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione. Wykonywanie kopii metodą elektroniczną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym, optycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Niniejsza publikacja została elektronicznie zabezpieczona przed nieautoryzowanym kopiowaniem, dystrybucją i użytkowaniem. Usuwanie, omijanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Warszawa 2019

MT Biznes Sp. z o.o.

www.mtbiznes.pl

[email protected]

ISBN 978-83-8087-848-8 (format epub)

ISBN 978-83-8087-849-5 (format mobi)

Ludzie jak bogowie? Któż o tym nie marzył? W utopiach SF ludzie dorównują bogom dzięki technologiom. Te coraz doskonalsze, bardziej funkcjonalne, uniwersalne i skuteczne wkrótce uczynią nas wszystkich władających nimi równymi bogom. To zarówno droga do rozwoju i wieczności, jak i ścieżka zagłady, śmierci i upadku. Nasz wybór.

Nie dostrzegamy przy tym boskich możliwości, które są nam dane razem z naszą niezwykłą zdolnością tworzenia języka i posługiwania się nim. Ta „technologia” jest częścią naszych umysłów i naszego ciała. Być może jest przekazywana także genetycznie. Z pewnością przekazuje ją kolejnym generacjom kultura, poprzez wzorce narracyjne.

Tak więc wszyscy możemy zaznać boskiej mocy, odpowiednio tworząc, adresując, formatując i wypowiadając słowa – teksty.

Wypowiadamy słowa, a one stają się ciałem, powodując czyny. Zmieniając rzeczywistość, wywołując zmiany. Dokonując przełomów i rewolucji, wywołując wojny lub przywracając pokój. Wreszcie: sprzedając towary i usługi, promując wizerunki firm i ich produkty. Powołując do władzy polityków i strącając ich w przepaść zapomnienia. To boskość marketingowa. Jedna z najpotężniejszych sił na ziemi.

Ale trzeba znać zaklęcia. Magiczne formuły. To one przydają mocy sprawczej tekstom. Gdy użyjemy odpowiedniego zaklęcia – słowo zadziała i rzeczywistość zmieni się zgodnie z naszym życzeniem. Tylko jak poznać owe marketingowe zaklęcia?

Ta książka może być pierwszym krokiem na drodze do ich poznania. Jest owocem wspólnej pracy, przemyśleń i doświadczeń niecodziennego duetu autorów. Obydwaj mają całkowicie odmienne doświadczenia językowe. Sebastian to komunikator marketingowy. Posługuje się językiem typowym dla komunikacji PR. Jego instrumentalne, sprawcze narracje mają sprzedawać wizerunek i produkty. Mirek to pisarz. Instrumentalność jego narracji ma sprzedawać emocje, przeżycia, zachwyty i lęki, wzruszenia i pragnienia. To całkiem inny produkt. Ale, o dziwo, oba narracyjne światy mają wiele wspólnych obszarów. Marketingowe doświadczenia i technologie narracji da się wykorzystać w narracji powieściowej. I na odwrót – najlepsze narracyjne techniki literatury okazują się świetnie wpływać na skuteczność tekstów w komunikacji marketingowej. Literatura świadoma marketingu lepiej się sprzedaje, marketing świadom literatury lepiej sprzedaje. Warto więc wymienić doświadczenia. Owocem tak pojętej wymiany interesów jest ta książka.

Miłej lektury.

Mirosław Bujko i Sebastian Hejnowski

Na początku było Słowo.

Było ono u Boga i było Bogiem.

Od samego początku było razem z Bogiem.

Ono powołało wszystko do istnienia.

I nic, co zostało stworzone, nie zaistniało bez Niego.

(Ewangelia według Świętego Jana)

O Panie Dóbr, zatrzymaj to we mnie!

We mnie niech będzie to usłyszane.

Niech nas przywoła Pan Mowy.

Z usłyszanym obyśmy się połączyli,

niech z usłyszanym się nie rozstają.

(Z hymnu O zachowaniu wiedzy Atharwaweda 1.1)

Paryżanin skłonny jest posądzać swą prasę o wszelkie bezeceństwa, ale się jej boi, londyńczyk drwi ze swej prasy, lecz jej wierzy, berlińczyk niezbyt dowierza swej prasie, ale się jej słucha, warszawiak kpi ze swej prasy niemiłosiernie, ale się z nią liczy.

(Leopold Tyrmand, Zły)

Jest z pewnością wielu takich, którzy nie wierzą w moc słowa. W jego siłę sprawczą. Może nigdy nie uwierzą, dopóki nie doświadczą tej siły. To jedyna droga do tego, by stać się apologetą wiary w słowa.

Przywołajmy przypadek pewnego małżeństwa. Są to ludzie znakomicie wykształceni. Obydwoje mają dyplomy kilku renomowanych uczelni. Są erudytami. Znawcami literatury i smakoszami kultury. Ich światopogląd oparty jest na bardzo wielu bardzo różnorodnych doświadczeniach. Poznali inne niż zachodnia kultury, inne systemy filozoficzne. Są światli, świadomi biegu rzeczy i otwarci. Jakiś czas temu stracili pracę. Obydwoje pracowali dla jednego pracodawcy. Ona zaczęła pomagać sobie alkoholem. Wpadła w nałóg. On zaczął mieć kłopoty z sercem. Zaczęła się ostra depresja. Nie mogli spać. Przestali się porozumiewać. Rozpoczął się czas emocjonalnego letargu. Stracili sens istnienia. Jedyne czym mogli się zająć, co ich znękane świadomości jeszcze tolerowały, to oglądanie filmów z domowej kolekcji kaset wideo. Tytuły wybierali wspólnie. Tu zaczęły się dziać rzeczy zastanawiające. Coś, co w nich siedziało, co powodowało, że byli w tak złym stanie emocjonalnym, że byli nieszczęśliwi i cierpieli, dawało im zgodę na oglądanie jednych produkcji, a zakazywało wkładania do odtwarzacza innych. Wtedy nie zajmowali się ani statystyką, ani naturą tych wyborów. Nie zastanawiali się nad tym, dlaczego tak się dzieje.

Potem, gdy zły czas minął, gdy rozpoczęli nowe, obiecujące projekty, gdy alkohol i agresywne, pełne bolesnych wyrzutów i wzajemnego obwiniania się kłótnie na dobre zniknęły z ich domu, pochylili się przez dobrą chwilę nad swoimi niegdysiejszymi decyzjami i reakcjami. Doszli do wniosku, że bez stresu, psychicznego dyskomfortu, wstrętu i odrazy mogli oglądać w zasadzie jeden tylko rodzaj filmów. Były to… ale nie uprzedzajmy faktów.

Pewnemu pisarzowi przydarzyła się kiedyś dziwna przypadłość. Otóż na użytek jednej ze swoich powieści, których akcja lokowała się na Dalekim Wschodzie w latach między wojnami światowymi, opisał rzeź Nankinu. To krwawy incydent z przełomu lat 1937 i 1938, podczas którego doszło do potwornej masakry ludności chińskiej w mieście Nankin. Armia japońska wymordowała wtedy w wyjątkowo bestialski sposób – jak twierdzą niektórzy – nawet około 400 tysięcy osób. Ten pisarz, a pewnie czyni tak spora część pisarzy, od czasu do czasu lubi wracać do swoich tekstów. Nie czyta ich oczywiście w całości. Wybiera fragmenty, które w jego ocenie najlepiej mu się udały. Podobnie kompozytorzy, malarze, rzeźbiarze, architekci od czasu do czasu, by sprawić sobie ten szczególny rodzaj przyjemności, stają przed swoimi kreacjami, by się nimi przez chwilę ponapawać. Ten pisarz przyznał kiedyś, co następuje: „Tego jednego jedynego rozdziału ze wszystkich rozdziałów moich książek nie mam odwagi przeczytać. Nigdy do niego nie wróciłem. Nawet jak słucham tekstu w wersji audio – przewijam ten fragment”. „Ależ… – zareplikujemy z niedowierzaniem – przecież to ty go napisałeś!” „Tak – odpowie. – Napisać, owszem, byłem w stanie. Przestudiowałem źródła. Zrobiłem notatki. Obejrzałem zdjęcia. Ale czytać tego nie jestem w stanie. I nie wiem dlaczego”.

Niektórzy ludzie nie chcą lub nie potrafią wracać do określonych wspomnień. Nie chcą przypominać sobie zdarzeń ani stanów, które przeżywali. Psychologia nazywa to „wyparciem”. Ci ludzie wypchnęli z siebie pewne rzeczy, bo zbytnio ich uwierały, przysparzając cierpień. Pisarz, o którym mowa, także chyba wyparł ten rozdział ze swojej świadomości literackich kreacji. Ale ta konstatacja to wciąż nie jest odpowiedź na pytanie o przyczyny.

Przyczyny, które sprawiają, że jednych słów chcemy słuchać, innych nie chcemy lub nie jesteśmy w stanie. Albo nie sprawia nam to żadnej przyjemności. Albo nas to nudzi. Albo denerwuje.

Taki fragment szkoleniowego e-maila dla agentów ubezpieczeniowych:

Masz do czynienia z ojcem dwójki dzieci. Jego zarobki czynią go „średnio zamożnym”. Ten człowiek oświadcza ci, że nie chce dla swoich dzieci „polis posagowych”. Mówi ci, że według niego jego dzieci powinny same na wszystko zapracować. On bowiem od swoich rodziców niczego za darmo nie dostał, a mimo to – dzięki własnej pracy – stał się zamożnym człowiekiem.

Nie przejmuj się kategorycznym tonem tego klienta. Takie argumenty i takie postawy można przełamać na wiele sposobów…

Dalej pięć, sześć, siedem i więcej sposobów na owo przełamanie obiekcji „średnio zamożnego”. Te sposoby to oczywiście określony rodzaj mówienia o pewnych rzeczach. Nie czas, by je tu przytaczać, ale z pewnością któreś słowa tworzące któryś ze sposobów poskutkują i klient wyjdzie ze spotkania z dwiema podpisanymi polisami w teczce. A agent przeliczy swoją prowizję.

Znów „coś” sprawiło, że słowa zamieniły się w określone działania, decyzje, a to spowodowało określone konsekwencje finansowe, prawne, psychiczne i socjalne.

Albo taka historia. Może się zdarzyć każdemu, kto na przykład czekając na spotkanie, spaceruje trochę bez celu po uliczkach willowego przedmieścia wielkiego miasta. Mimowolnie może stać się świadkiem tego, w jaki sposób specjalnie tresowani sprzedawcy tańszej energii elektrycznej, zwani w sprzedażowym żargonie D2D (door to door), otwierają sobie drzwi. Taka sprzedaż od drzwi do drzwi jest bardzo trudna. Trudna dlatego, że trzeba sobie właśnie otworzyć drzwi. W dosłownym tego znaczeniu. To nie telefon, w którego słuchawce można schować własny lęk przed odmową i wstyd porażki, ani bezosobowy mail. To sytuacja przypominająca średniowiecze i warowny zamek. Żeby cię tam wpuścili, żeby opadł zwodzony most i podniosła się ciężka żelazna krata, musiałeś sięgnąć po swój rycerski pozłacany róg z kości słoniowej, po swego olifanta, i zatrąbić co tchu w płucach.

Ci chłopcy z D2D dostali takiego olifanta od swojego pracodawcy. Naciskali dzwonek przy furtce, a gdy z okna wychylała się głowa, trąbili przejmująco:

„Do właścicieeeeeeeeeeeela!”

Miało to działanie magiczne. Niczym zaklęcie czarnoksięskie. Niemal za każdym razem, gdy tylko był ktoś w domu, most zwodzony takiej jednorodzinnej warowni opadał i unosiła się ciężka krata, zza której pojawiał się „właściciel”. Nie wiem, czy za każdym razem po sforsowaniu pierwszej przeszkody udawało im się sprzedać swoją „tańszą” energię, ale ich sprzedażowy olifant działał bezbłędnie.

Dlaczego inwokacja „Do właściciela!” była tak skutecznym wytrychem do otwierania procesu sprzedaży?

W sprawczą moc słowa zdaje się bez zastrzeżeń wierzyć literatura. Przypomnijmy taką scenę z Władcy Pierścieni J.R.R. Tolkiena – tę, w której Drużyna Pierścienia usiłuje otworzyć drzwi do Morii, podziemnego królestwa krasnoludów:

– Co to znaczy: Powiedz przyjacielu i wejdź? – spytał Merry.

– Sens dość jasny – rzekł Gimli. – Jeżeli jesteś przyjacielem, powiedz hasło, a drzwi się otworzą i będziesz mógł wejść.

– Tak – odezwał się Gandalf. – Te drzwi zapewne są posłuszne słowom zaklęcia. Niektóre drzwi kranoludzkich siedzib otwierają się tylko w pewnych określonych porach roku czy dnia albo tylko dla pewnych osób; są i takie, których nie otworzysz nawet o właściwej godzinie i wymawiając właściwe słowa, jeżeli nie masz klucza. Ale do tych drzwi nie potrzeba klucza. Za czasów Durina nie były one tajne. Zazwyczaj stały otworem i pilnowali ich odźwierni. Jeżeli zaś były zamknięte, mógł je otworzyć każdy, kto znał hasło. Tak przynajmniej głosi tradycja[1].

Czyż owo „właściwe słowo” do otwierania drzwi czegoś nie przypomina? Potem, jak pamiętacie, wyjaśniło się, że nie chodziło tu – jak mniemał Gimli – o to, że drzwi wpuszczały tylko przyjaciół, ale o to, by wymówić to słowo w języku elfów. Język chłopców sprzedających energię door to door to właśnie marketingowa odmiana języka elfów.

By nie okazało się, że to jedynie literacki incydent, poszukajmy jeszcze kilku literackich przykładów wiary w sprawczość słowa. W opowiadaniu Stanisława Lema Dwa potwory znajdziemy taki przykład:

Inhiston wyrzekł wówczas do Wielkiego Abstraktora:

– Czyń swą powinność!

Ów zaś odrzekł:

– Słyszę i słucham!

Po czym wypowiedział Słowo, którego wibracje zeszły fugami powietrza w podziemia planetarne; a wtedy pękło jaspisowe niebo i nim jeszcze czoła wież padających dosięgły gruntu, siedemdziesiąt siedem miast agenckich otwarło się siedemdziesięcioma siedmioma białymi kraterami i wśród pękających tarcz kontynentów, miażdżonych ogniem krzaczastym, zginęli Srebrzyści (…)[2]

Tak może zadziałać pojedyncze słowo. Nie ma się z czego śmiać. Nie bez przyczyny Lem napisał je dużą literą.

W pierwszej połowie 2002 roku prezydent George Bush Junior odwiedził Japonię. W jednym ze swoich oficjalnych wystąpień poruszył sprawy związane z bieżącą sytuacją na japońskim rynku finansowym. W przemówieniu zamiast słowa deflacja użył słowa INFLACJA.

Nie wiadomo, czy był to efekt jego niewiedzy, bezmyślności, czy zwykłego przejęzyczenia. Jednak faktem jest, że tuż po jego wystąpieniu światowe giełdy, centra finansowe, banki, rządy i korporacje międzynarodowe zamarły z przerażenia.

Następnie wszyscy wpadli w panikę, a kursy walut zaczęły się mocno wahać. Kurs jena spadał gwałtownie do momentu, kiedy G.B.J. oficjalnie sprostował, że chodziło mu jednak o DEFLACJĘ.

To był dzień, w którym firma Yoshimoto miała sfinalizować kontrakt z malezyjską firmą HoaPao. Z uwagi na niepewność sytuacji rynkowej kontrakt nie został zawarty. Yoshimoto nie wywiązała się z lokalnych zobowiązań i straciła miliardy jenów. Reputacja firmy została nadszarpnięta.

Śmieszne? Przecież chodziło – tak jak u Lema – tylko o jedno słowo.

I jeszcze jeden literacki przykład. To scena z Mistrza i Małgorzaty – scena, w której wybaczono Friedzie, dzieciobójczyni:

– A czy na moje życzenie zostanie to załatwione?

Asasello ironicznie wybałuszył na Małgorzatę pokrytą bielmem źrenicę, ukradkiem pokręcił rudą głową i prychnął.

– Niech pani spróbuje, co za utrapienie – mruknął Woland, pokręcił globus i jął się wpatrywać w jakiś punkt na nim, najwyraźniej w czasie rozmowy z Małgorzatą zajmując się również innymi sprawami.

– No, Frieda… – podpowiedział Korowiow.

– Frieda! – przeraźliwie krzyknęła Małgorzata.

Drzwi otworzyły się na oścież i wbiegła do komnaty naga, potargana, ale zupełnie już trzeźwa kobieta o szalonych oczach. Wyciągnęła ręce do Małgorzaty, a Małgorzata majestatycznie oznajmiła:

– Wybaczono ci. Nie będą ci już więcej przynosić chustki[3].

Magia. Nic wielkiego. A jednak. Czy w słowie może się kryć nieczysta albo – jak kto chce – magiczna siła? Magiczna to znaczy taka, która działa na skutek użycia odpowiedniego zaklęcia… albo nie działa? W internetowym newsie sprzed roku czytamy:

„Magia marki Newsweek nie zadziałała. Koniec europejskiego wydania tygodnika. Nie pomogły znane nazwiska publicystów, ambitne treści skierowane specjalnie do Europejczyków, a także znany na całym świecie szyld o 80-letniej tradycji. Europejskie wydanie Newsweeka kończy zaledwie półtoraroczny żywot na rynku wydawniczym”.

Najwidoczniej ktoś źle wypowiedział magiczne słowo. A ściślej – zaklęcie. Nazwy marek to przecież takie marketingowe zaklęcia. Potrafią działać bardzo silnie. Już Bułhakow to wiedział. W scenie ze skandalicznego seansu czarnej magii w moskiewskim teatrze Variétés mamy następującą sekwencję:

Pannica grasejując odśpiewała słodko, aczkolwiek z chrypką w głosie, coś niezupełnie zrozumiałego, ale sądząc po twarzach kobiet na widowni musiało to być coś nader nęcącego:

– Guerlain, Chanel, Mitsuko, Narcisse Noir, Chanel numer pięć, suknie wieczorowe, sukienki cocktailowe…

Fagot wyginał się, kocur się kłaniał, pannica otwierała przeszklone witryny.

– Proszę! – darł się Fagot. – Bez żadnych ceremonii! Proszę się nie krępować!

Publiczność była podniecona (…)[4]

Dziś, po osiemdziesięciu pięciu latach od skandalicznego seansu opisanego przez Bułhakowa, w tych słowach – markach Guerlain, Chanel, Mitsuko, Narcisse Noir, Chanel numer pięć – kryje się pewnie jeszcze większy ładunek magii zdolnej wywołać rumieniec pożądania na twarzach kobiet. Czysta magia.

Takich markowych zaklęć na współczesnym rynku jest bardzo dużo. Trudno byłoby wybrać najsilniejsze, najsilniej działające. To zależy od bardzo wielu marketingowych zmiennych, czyli od aktualnej siły sprawczej. Dobrym przykładem takiej siły mogą być marki drużyn piłkarskich podczas wielkich imprez. Raz nawet zadziałały tak silnie, że wynikła z tego prawdziwa wojna między Salwadorem a Hondurasem w 1969 roku, którą nazwano potem „futbolową”.

Jak widać, z literackiej wiary w sprawczą moc i siłę słowa nie ma się co śmiać, bo konsekwencje mogą być bardzo poważne.

Ustaliliśmy, że pisarze i poeci wierzą w sprawczą moc słowa. Cóż, gdyby nie mieli tej wiary, może nie chwytaliby za pióra i zarabiali na życie w inny sposób.

Co znaczy słowo „sprawić”?

Słownik etymologiczny w przypadku czasownika „sprawić” naprowadzi nas na przymiotnik „prawy”. Ten w polszczyźnie ma bezlik znaczeń, ale utworzony od niego czasownik „prawić” liczbę znaczeń istotnie zawęża do „mówić”, „opowiadać” i rzadziej „domagać się”, „procesować sądownie”. Słowniki etymologiczne są fascynujące niczym czarodziejskie księgi zaklęć. Powinny być obowiązkową lekturą wszystkich działających przy pomocy języka. Ten, który tu cytujemy, potwierdził to, co już wcześniej można było podejrzewać[5]. „Sprawianie” jest bardzo bliskie „opowiadaniu” i jest w tym także pewien pierwiastek intencji, chęci, domagania się. Czyli żeby było tak, jak chcemy.

A czego chcą pisarze od czytelników? Różnych rzeczy. Żeby dobrze się bawili. Żeby się zasmucili. Żeby się zastanowili. Żeby uwierzyli w to, co im pisarze napisali. Żeby przestali wierzyć w to, w co wierzyli, nim zabrali się do lektury. Żeby się przestraszyli. Żeby nie chcieli się zgodzić z autorem. Żeby się wkurzyli. Generalnie: żeby żaden z czytelników, gdy zamknie przeczytaną książkę, nie był już tym człowiekiem, który ją otwierał. Tylko kimś choć trochę innym. Zmienionym. Chodzi więc o to, żeby od tego literackiego, poetyckiego, teatralnego czy filmowego „prawienia” coś się zmieniło. Jeśli nic się nie zmieni i wszystko zostanie po staremu, to znaczy najprawdopodobniej, że coś zostało nie tak zrobione albo po stronie autora, albo po stronie czytelnika. Zostawmy na razie czytelnika. Jeszcze do niego wrócimy. Zobaczmy, co może spaprać autor.

Wszyscy bywamy od czasu do czasu w towarzystwach i sytuacjach, w których opowiada się dowcipy, kawały, anegdoty, wice, czy jak je tam jeszcze zwać. Nietrudno zauważyć, że jedni opowiadacze robią to genialnie, inni przyzwoicie, lecz w każdym towarzystwie są też tacy, którzy potrafią położyć każdy, nawet najlepszy dowcip. Nazywamy to umiejętnością narracji, czyli umiejętnością opowiadania historii. To najprostsza definicja, choć gdy sięgniemy do naukowych źródeł, uraczymy się szeregiem teoretycznych dywagacji, których naturą jest to, że wszyscy cytują to samo. Wszyscy powołują się więc na Arystotelesa, który istotnie nie „przekombinował” zanadto, mówiąc po prostu:

„Narracja to opowieść posiadająca początek, środek i koniec oraz wiążący je główny wątek”.

Ta definicja sprawdzała się przez stulecia i dalej sprawdza się znakomicie. Choćby w szkole podstawowej, gdy wyjaśnia się dzieciom zasady pisania wypracowań. Jeśli nauczyciel skorzysta z tej oczywistej prostoty i nie namąci zbytnio uczniom w głowach swoim mądrzeniem się, można mieć pewność, że wypracowania będą w porządku.

Można by oczywiście poprzestać na tym i powiedzieć, że narracja to po prostu sposób, w jaki się opowiada historię. Można by, gdyby nie fakt, że mówienie o narracji stało się bardzo modne. Narracja, która była terminem zarezerwowanym dla teorii literatury i poetyki, zaczęła wpychać się bardzo skutecznie do innych dyscyplin. Na ich terenie zaczęła siłą rzeczy obrastać nowymi znaczeniami. Tak się zwykle dzieje. Definiowana na gruncie teorii literatury jako zespół „pozajęzykowych” składników opowiadania, stawiana w opozycji do dyskursu, nagle odmieniła swą naturę. Gdy weszła na teren psycholingwistyki, znów zaczęła być traktowana jako element czy sposób dyskursu. Pewnie po części dlatego, że i w teorii literatury pojawiło się coraz więcej głosów za tym, by sam tekst literacki traktować właśnie w kategoriach dyskursu z czytelnikiem. I że – o zgrozo – w zasadzie tekst bez czytelnika i jego reakcji nań nie istnieje. Nie liczy się. Nie ma go.

Literatura zauważyła psycholingwistykę i zaczęła się nią posługiwać i wykorzystywać ją do swoich literackich celów, a psycholingwistyka – choć niechętnie – przyznała, że literatura to wspaniałe pole badawcze dla psycholingwistyki właśnie. Powoli także i nieśmiało specjaliści od marketingu przestają udawać, że to oni stworzyli storytelling, i godzą się z faktem istnienia tej metody zdobywania klientów od tysięcy lat. Z tego wzajemnego „zauważania się” powstało wreszcie syntetyczne spojrzenie na narrację, respektujące zarówno jej literacką jakość, jak i jej pozaliteracką „zdolność sprawczą”. I tak w prosty sposób dochodzimy do głównego wątku – do narracji instrumentalnej, czyli takiej, która czemuś służy, coś ma na celu. PR-owcom zarzuca się często, że nie mówią wprost, co myślą, tylko manipulują odbiorcami. W tej książce chcemy jednak udowodnić, że nie ma innej narracji, bo każde opowiadanie historii czemuś służy. Spowodowaniu określonych skutków. Nawet ta pozornie bezsensowna, stale ta sama fraza powtarzana setki tysięcy razy monotonnie, do znudzenia, przez pensjonariusza oddziału zamkniętego kliniki psychiatrycznej.

Idźmy jednak dalej. Spośród wielu definicji, w których psycholing­wistyka godzi się z literaturą, ta wydaje się przekonująca dzięki swej prostocie:

„Narracja to rzeczywiste lub wyobrażone wspominanie czegoś, co wydarzyło się wcześniej, i dlatego na ogół wyrażane w czasie przeszłym. Bywa, że zastosowanym czasem jest czas przyszły, gdy dotyczy to wydarzeń hipotetycznych, lub czas teraźniejszy (jako tak zwany praesens historicum). Narracja to najczęściej chronologiczna sekwencja zdarzeń, ale zdarza się, że obejmuje ona tylko jedno zdarzenie, lub też opowieść przeskakuje w czasie. Najczęściej opowieść ta wyrażona jest językowo, ale możliwa jest narracja muzyczna lub wyrażona w obrazach, bądź przez ruch sceniczny. Narracja zawiera informacje sytuujące zdarzenia w czasie i przestrzeni, a także oceny, jak również informacje o następstwie zdarzeń”[6].

Prawda, jakie to proste? I prawie równie oczywiste jak definicja Arystotelesa, która powstała, bagatela, jakieś 2350 lat wcześniej. Zacytowano tu definicję Allysy McCabe, amerykańskiej psycholing­wistki, która w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia zajmowała się badaniami zależności pomiędzy treścią a skutecznością metafory językowej.

Warto przypomnieć, że w zasadzie każda narracja, jaka „zaszła, zachodzi lub zajdzie” na tej planecie, jest narracją sprawczą, instrumentalną. To znaczy taką, w której autor, twórca, narrator zawarł intencję spowodowania tą narracją określonego, zamierzonego przez siebie skutku.

Jeżeli coś tak właśnie działa, musi mieć w sobie jakieś siły, jakąś zdolność do takiego działania. Zobaczmy, co „może” narracja.

Co „może” narracja?

Na początek ten fragment IV Księgi Pana Tadeusza (Dyplomacja i łowy), w której uczestnicy polowania na niedźwiedzia, tuż po tym, jak zwierz omal nie zabił Hrabiego, relacjonują „na gorąco” swoje przeżycia:

„A co? – krzyknął Asesor, kręcąc strzelby rurą –

A co? fuzyjka moja? górą nasi, górą!

A co? fuzyjka moja? niewielka ptaszyna,

A jak się popisała? To jej nie nowina:

Nie puści ona na wiatr żadnego ładunku.

Od książęcia Sanguszki mam ją w podarunku”.

Tu pokazywał strzelbę przedziwnej roboty,

Choć maleńką, i zaczął wyliczać jej cnoty.

„Ja biegłem – przerwał Rejent, otarłszy pot z czoła –

Biegłem tuż za niedźwiedziem; a pan Wojski woła:

»Stój na miejscu!« Jak tam stać? Niedźwiedź w pole wali,

Rwąc z kopyta jak zając coraz daléj, daléj;

Aż mi ducha nie stało, dobiec ni nadziei,

Aż spojrzę w prawo: sadzi, a tu rzadko w kniei,

Jak też wziąłem na oko: postójże, marucha!

Pomyśliłem, i basta: ot, leży bez ducha!

Tęga strzelba, prawdziwa to Sagalasówka (…)”[7]

W jakiej to roli, w jakiej funkcji prowadzi się tu narrację? Nie obejdzie się w tym miejscu bez rzeczy znienawidzonej przez wszystkich uczniów szkół podstawowych, czyli „analizy dzieła”. Czyli śniącego się nam potem wszystkim po nocach w dorosłym życiu słynnego pytania: „Co poeta miał na myśli?”. Wbrew naszym szkolnym doświadczeniom taka analiza może mieć wiele sensu i bywa bardzo przydatna, pod warunkiem wszakże uświadomienia sobie dokładnego jej celu.

Uczestnicy tej sceny – Rejent i Asesor – doświadczyli przed chwilą niezwykle silnych stanów emocjonalnych. Nic dziwnego. Strzelali przecież z dużego dystansu do niedźwiedzia zagrażającego innym. Muszą szybko odnaleźć to, co nazywamy umownie „równowagą” ducha. Uspokoić rozdygotane serca i rozgorączkowane myśliwskimi emocjami głowy. Temu służy specyficzny tok tej narracji. Nadaje ona sens ludzkiemu doświadczeniu. Pozwala uporządkować doświadczenia i przeżycia i dokonać ich strukturalizacji, tak by owe doświadczenia zechciały się wpisać w „obowiązującą” konwencję rzeczywistości i tak byśmy odnaleźli w przebiegu zdarzeń uspokajający porządek rzeczy. Stąd początkowo narracja będzie gorączkowa i niespójna. Stąd będzie się „porządkować” i systematyzować w miarę swego przebiegu. Stąd uczestnicy doświadczeń będą coraz lepiej rozumieć, co się stało.

Odbieramy telefon. Dzwoni bliska nam osoba – przyjaciel, ktoś z rodziny, wspólnik. Mówi, że miała wypadek. Ten ktoś (co wnioskujemy z toku narracji i tonu głosu) nie bardzo w tej początkowej fazie zdaje sobie sprawę z tego, co się wydarzyło. Nie potrafi odtworzyć kolejności wydarzeń, nie pamięta innych uczestników, okoliczności, tempa upływu czasu. Nie potrafi nawet dobrze zrelacjonować swoich działań. Wszystko to wydaje się wielce chaotyczne i niespójne. My, postawieni wobec takiej sytuacji, pragniemy zrozumieć, co się w istocie stało. Chcemy dostać jakiś uładzony, uporządkowany obraz rzeczy, która się wydarzyła. Chcemy, żeby ktoś nam „sprawił” o sprawie. Nie zastanawiamy się przecież, jak mamy to zrobić. Wszyscy reagują tak samo: „Weź głęboki oddech i opowiedz po kolei, co się naprawdę stało”. Widać z tego, że tej pierwszej, spanikowanej i rozgorączkowanej relacji nie przyjmujemy do końca za prawdziwą. Podejrzewamy, że osoba, która do nas dzwoni, na skutek silnego przeżycia coś musiała z pewnością pokręcić, pominąć, przeinaczyć. Coś jej się też być może wydawało, przywidziało, coś konfabuluje, nadinterpretuje. Jedno wydarzenie, a tyle możliwości…

Gdy chwilę porozmawiamy, a jeszcze lepiej – gdy pojedziemy do tej osoby, może z kimś jeszcze, dla niej bliskim, zaczniemy zadawać pytania, zaczniemy wspólnie z uczestnikiem wydarzenia rekonstruować je krok po kroku, sekunda po sekundzie. Nigdy tego tak nie nazywaliśmy, ale właśnie przeprowadzamy „działania narracyjne”. Tak nazywa to psycholingwistyka. Po pewnym, niezbyt długim czasie relacje wypadkowicza zaczną się porządkować i kategoryzować. Będą stawać się coraz bardziej spójne i logiczne. Co ważne, nasze działania narracyjne sprawią, że także dla uczestnika wydarzenia samo to wydarzenie i doświadczenia, które mu towarzyszyły, będą coraz bardziej zrozumiałe i coraz łatwiej będzie mu ułożyć z poszczególnych sekwencji logiczny ciąg wydarzeń. W końcu – już może bez naszych pytań i naszej pomocy – powstanie „oficjalna” wersja narracji opowiadana przy wszystkich stosownych po temu okazjach każdemu, kto będzie nią zainteresowany.

Inna sytuacja. Sięgamy do narracji Roberta Gravesa z jego prześwietnej powieści The Golden Fleege, znanej w USA jako Hercules, My Shipmate, a w polskich przekładach jako Herkules z mojej załogi. Rzecz jest o wyprawie Argo po Złote Runo. W wieczór poprzedzający początek rejsu wypada pobiesiadować w intencji pomyślności przedsięwzięcia. Jeden z Argonautów, Idas, znany ze swojej skłonności do bardzo niewybrednych żartów i – jak powiedzielibyśmy dziś – „niezręcznych” sformułowań, nadużywszy wina, przedrzeźnia swego dowódcę, deklamując nieporadne i „częstochowskie” strofy ułożonego naprędce poematu:

Powiedz Jazonie, synu Ajzona,

Czemu twa mina taka skwaszona?

Co to cię nagle dzisiaj opadło,

Jak nie chcesz szeptem, to powiedz na głos!

Może ci wstyd, że pod twą komendą

Najlepsi w świecie zapaśnicy będą,

A wśród nich Idas, syn Afareusa,

Co dzidę ceni wyżej niż Dzeusa.

Sam Idas z tobą płynie – Idas, młodzieńców szczyt!

Najlepszy to artysta w sztuce ciskania dzid.

Idas z Arene, który nie przegrał żadnej z walk.

Co gardzi mocą bogów, kiedy nadstawia kark,

Co o Apolla nie dba, którego ty tak czcisz!

Apollo raz Marpessę, Marpessę chciał skraść mi

I w prostytutkę zmienić w świątyni swej ją mógł –

Lecz nigdy nic mojego nie zabrał żaden bóg!

Natarłem więc na sługi Apolla dzidą mą (…)[8]

Trzeba dodać, że w tym miejscu narrację pyszałka gwałtownie przerywają trzeźwiejsi towarzysze Idasa, którzy wiedzą, że niebezpiecznie jest drwić z bogów. Dla nas jednak ważniejsze jest pytanie o funkcję Idasowej narracji. Co ona „sprawia”?

Przede wszystkim narrator przedstawia siebie w wielce korzystnym świetle. Wedle tego, co sam o sobie opowiada, jest tak dzielny i odważny, że niczym szczególnym nie była dla niego rozprawa z samym Apollem. To dla Idasa pestka. Lubimy za pomocą narracji stawiać siebie w rolach bohaterskich. Wiedzą o tym specjaliści komunikacyjnego marketingu, proponując klientom budowlano-remontowych sieci typu „dom i ogród” narrację obiecującą, że każdy klient „będzie bohaterem we własnym domu”. Przecież równie ważna jak sam akt bohaterstwa jest możliwość skomponowania „bohaterskiej” narracji. Będzie ją można snuć wielokrotnie, demonstrując domowe inwestycje kolejnym gościom i przyjaciołom. To właśnie określony typ i sposób narracji postawią jej bohatera w jakimś konkretnym świetle, tak by inni dostrzegli jego atrakcyjne, nieujawniane dotąd strony.

Podobny typ narracji może tworzyć nie tylko „bohater”, ale także… nie uprzedzajmy biegu narracji. Tym razem sięgnijmy do dobrej literatury autobiograficznej: do wspomnień ostatniego cesarza Chin, Pu Yi. Jego losy zostały dostatecznie chyba „spopularyzowane” dzięki pamiętnej ekranizacji Bertolucciego z 1987 roku. „Nawrócony” na nową, komunistyczną wiarę Pu Yi cytuje fragment wspomnień któregoś z niegdysiejszych poddanych potraktowanych „specjalnie” przez policję marionetkowego państwa Mandżukuo. Chińczyk ten wspomina:

Moja matka dowiedziała się, że jestem w zakładzie poprawczym, i przyszła pod ogrodzenie, za którym pracowałem, żeby zobaczyć mnie przez druty. Policjanci chwycili ją za włosy, przewrócili i skopali tak, że nie mogła się podnieść. Potem bili mnie do krwi łopatami, póki nie zemdlałem. Leżałem nieprzytomny siedem dni[9].

Tu – odwrotnie niż u Gravesa – narracja nie czyni narratora bohaterem i niezwyciężonym herosem, lecz ofiarą. A z podobną funkcją – oczywiście przy zachowaniu wszelkich proporcji – mamy do czynienia w kampaniach, w których „ofiary innych, mniej doskonałych produktów” skarżą się na swój los. Ich narracja brzmi zwykle w sposób następujący: „Bardzo długo szukałam dezodorantu, który byłby skuteczny, a jednocześnie nie zostawiał na moich ubraniach… itd.”. Gdy słucham takiej narracji z ust dezodorantowej „ofiary”, wyobrażam sobie, jakie katusze przechodziła aż do momentu, w którym wreszcie natrafiła na reklamowany produkt X.

Narracja, oczywiście odpowiednio ukształtowana, ma także inne niezwykłe moce sprawcze. Może mianowicie „sprawiać”, że niegdysiejsze wydarzenia stają nam przed oczami „jak żywe”, że stają się w pewnym sensie „aktualne”. Tak jakby dzięki temu, że się je opowiada, przemieściły się w czasie z przeszłości do chwili obecnej. Dla dowodu przywołajmy narracyjną relację uczestnika niesławnej dla 7 Pułku Kawalerii Stanów Zjednoczonych ostatnią fazę bitwy pod Little Big Horn. Fragment pochodzi ze świetnej prozy Thomasa Bergera, powieści Mały wielki człowiek:

Wciąż nie atakowali. Wreszcie zostały mi w rewolwerze dwa lub trzy naboje i myślę, że reszta miała tyle samo albo i  mniej, i w ogóle przestaliśmy strzelać. Chciałem rozejrzeć się po raz ostatni, żeby zobaczyć w jakim towarzystwie przyjdzie mi umrzeć, ale bezwład od ramienia przeniknął mi już całe ciało, złożyłem więc głowę na brzuchu mojego konia, z którego uszło już całe ciepło, i z coltem w ręku czekałem. Czekałem. Czekałem… Wkrótce całe pole bitwy o powierzchni może mili kwadratowej umilkło, zapadła taka cisza, że słyszałem brzęczenie muchy przy mojej ranie na twarzy i wtedy ruszyłem policzkiem, na którym krew zaschła jak pasek lakierowanej skóry, i usłyszałem trzask, kiedy to pękło. Można było pomyśleć, że wszyscy poszli sobie do domu[10].

Klęskę generała Custera w bitwie ze Zjednoczonymi Plemionami od narracji Bergera dzieli 88 lat, bo powieść ukazała się po raz pierwszy drukiem w 1964 roku. I dziś, kiedy upłynęły kolejne 53 lata, narracja Thomasa Bergera sprawia jednak, że to, co dla większości z nas było rodzajem historycznej abstrakcji, staje się całkiem konkretnym wydarzeniem. Niemal czujemy zapach spalonego prochu i świeżo przelanej krwi.

Wreszcie najistotniejsza dla tej fazy rozważań zdolność narracji. Zacznijmy od przykładu z literatury; oto fragment Przygód dobrego wojaka Szwejka – arcypowieści Jaroslava Haška:

…do kancelarii wszedł sierżant rachuby Vaniek. Szwejk siedział na krześle i podsycał ogień w żelaznym piecyku i to w taki sposób, że kawałki węgla wrzucał przez otwarte drzwiczki do wnętrza. Piecyk dymił i śmierdział, a Szwejk dorzucał węgla dalej, nie zwracając uwagi na Vańka, który przez chwilę przyglądał się Szwejkowi, ale w końcu zamk­nął drzwiczki kopnięciem i wezwał Szwejka, żeby sobie poszedł.

– Panie rechnungsfeldfebel – rzekł z dostojeństwem Szwejk – pozwalam sobie powiedzieć panu, że rozkazu pańskiego usłuchać nie mogę, chociaż poszedłbym sobie jak najchętniej nie tylko stąd, ale i z całego obozu, a nie mogę usłuchać pana dlatego, że ja podlegam władzy wyższej.

– Mianowicie jestem tutaj ordynansem kompanii. Pan oberst Schröder przydzielił mnie do 11 kompanii marszowej do pana oberlejtnanta, u którego byłem dawniej pucybutem. Za wrodzoną roztropność dostałem awans na ordynansa kompanii. Z panem oberlejtnantem znam się już od bardzo dawna. A czym pan jest w cywilu, panie rechnungsfeldfebel?

Feldfebel rachuby Vaniek tak był zaskoczony tym poufałym sąsiedzkim tonem dobrego wojaka Szwejka, że zapomniawszy o własnej godności, odpowiedział, jakby był podwładnym Szwejka.

– Ja jestem drogista Vaniek z Kralup[11].

Warto przypomnieć, że Przygody dobrego wojaka Szwejka to wciąż jedna z najczęściej wydawanych powieści. Haškowa narracja powieściowa opowiada o przygodach czeskiego piechura, który powołany przypadkowo do cesarsko-królewskiej armii austro-węgierskiej monarchii wplątał się w pierwszowojenną światową awanturę. Ale w przeciwieństwie do milionów ofiar wojennej zawieruchy wyszedł z tej ciężkiej próby bez szwanku. Warto także przypomnieć, czym była c. i k. austro-węgierska armia. Była rodzajem zbiurokratyzowanej, skostniałej, podporządkowanej politykom wielonarodowej „korporacji”.

Dobry wojak Szwejk zajmował w tej militarnej „organizacji” miejsce bardzo skromne. Właściwie jedno z najniższych. Nie miał nic do powiedzenia, nie uczestniczył w procesie podejmowania decyzji i nie miał najmniejszego wpływu na decyzje przełożonych. A jednak Szwejka powinny obawiać się wszystkie armie świata, wszystkie skostniałe, źle zarządzane, zbiurokratyzowane organizacje, szafujące ludzkimi zasobami i marnotrawiące je bezmyślnie. Czy zrobił to intuicyjnie, czy świadomie? Czy można się tego od niego nauczyć? Jeśli można, to w jaki sposób i co jest do tego potrzebne?

Wróćmy na chwilę do świata opisanego w Przygodach dobrego wojaka Szwejka. To, co rozgrywa się pomiędzy uczestnikami scenki, to oczywiś­cie pewien proces komunikacyjny. Czyli wymiana informacji i sygnałów pomiędzy stronami. Na początku, w chwili, w której sierżant rachuby Vaniek wkracza do kancelarii, sygnały te jednoznacznie określają kiepską jakość relacji pomiędzy dramatis personae. Potem Szwejk opowiada swoją historyjkę, a Vaniek, zaskoczony, zupełnie zmienia front. Na początku z założenia źle nastawiony do Szwejka i pragnący wyrzucić go z kancelarii, zmienia swoje nastawienie jedynie wskutek Szwejkowej narracji. To ona to sprawia. Interpersonalne relacje początkowe z bardzo złych i agresywnych zmieniają się w całkiem miłe i przyjacielskie.

Wniosek jest oczywisty: narracja potrafi budować, poprawiać i wzmacniać relacje międzyludzkie. Niektórzy psycholingwiści wzorem Allysy McCabe popierają śmiałą tezę, głoszącą, że w istocie wskaźnikiem dobrych relacji z innymi ludźmi, owej międzyludzkiej „zażyłości”, jest liczba i struktura opowieści zasłyszanych o ich życiu i sprawach[12].

Taka sytuacja: Jedziemy samochodem. Przekroczyliśmy prędkość w terenie zabudowanym o marne 30 kilometrów na godzinę. Zza węgła wyskakuje policjant i zaprasza nas na pobocze. Zwykle to 250 złotych mandatu i sześć punktów karnych. Relacje pomiędzy nami a policjantem mają na razie charakter oficjalny i służbowy.

„Czy kierowca wie, co jest powodem zatrzymania?”

Wiemy doskonale, ale w pierwszym odruchu możemy zareagować agresywnie i swarliwie. Taka też będzie nasza narracja: Pomiar niedokładny. Nie widziałem znaku. A w ogóle to nie ma powodu, żeby tu było ograniczenie do 50. Przecież droga szeroka i równa. Przede mną jeden jechał chyba ze stówę, ale go nie zatrzymaliście… itd., itp.

Po takim dictum, po takiej narracji relacje ze „służbowych” zmienią się z pewnością we „wrogie”. Mandat murowany, punkty też.

Ale przecież narracja ma niezwykłą sprawczą moc zmiany. Więc może tak: Z pewnością jest tak, jak pan mówi, panie sierżancie. Takie atestowane urządzenia się przecież nie mylą. Znak tam rzeczywiście był. Zamyśliłem się na chwilę… Pracuję nad nową kampanią reklamową i tylko to mam w głowie…

Nie zdarzyło się jak dotąd, by po zarzuceniu takiej przynęty pan policjant – a są to ludzie ciekawi świata – nie połknął haczyka: A to pan pracuje w reklamie? To może mi pan wytłumaczy coś, bo wczoraj w telewizji pokazywali…

Jeśli poprowadzimy dalej narrację umiejętnie, prawdopodobnie odjedziemy z pięćdziesięciozłotowym mandatem dla pieszych za przejście przez ulicę w niedozwolonym miejscu. Ciekawy świata sierżant nie uszczupli nam także naszego konta punktowego.

Teraz już nikt chyba nie zaprzeczy temu, że narracja ma moc sprawczą i potrafi powodować zmiany. Nawet w nieprzekupnych duszach sierżantów policji. Jeśli rzeczywiście w narracji instrumentalnej tkwi taki potencjał, warto po pierwsze nauczyć się tego, jak taką skuteczną narrację tworzyć i co taką instrumentalną skuteczność narracji warunkuje. Nie trzeba chyba dodawać, że najbardziej interesujący będzie dla nas obszar, w którym narracja instrumentalna służy komunikacji marketingowej.

Trzeba znaleźć odpowiedzi na owe dwa podstawowe pytania i jeszcze kilkanaście innych. W tych poszukiwaniach Wielkim Przewodnikiem będzie literatura i poezja. Któż bowiem lepiej i skuteczniej od pisarzy i poetów potrafi zmieniać ludzi opowiadaniem historii?

Kapitalne znaczenie ma także to, w jaki sposób powstają narracje. Dalej zostanie to omówione bardziej szczegółowo. Na tym etapie ważne jest to, by uświadomić sobie, że znaczenia narracji są efektem specyficznej „współpracy” tego, który opowiada, i tego, który słucha. Obydwie strony procesu komunikacyjnego okazują się więc współautorami. Do tej prostej zasady lingwistyka i teoria literatury zachowywały przez minione dziesięciolecia dziwny dystans aż do chwili, gdy na naukowej arenie pojawił się Umberto Eco, lokując rzeczy oczywiste w oczywistych miejscach i przyznając czytelnikom tekstów prawo do kompletującej ich znaczenia interpretacji.

Tylko przez chwilę zawahamy się nad tym, od czego zacząć poszukiwania. Tylko przez chwilę, bo w ułamku sekundy nasz zaprogramowany w ten sposób mózg podpowie nam coś najbardziej oczywistego. ON robi tak niemal zawsze. Jest wygodnicki i leniwy. Sięga po to, co jest najbardziej „pod ręką”. Działa zupełnie tak, jak internetowa przeglądarka podsuwająca nam przed oczy najczęściej odwiedzane strony. Podpowie więc nam, byśmy zaczęli „od pieca”. Jeśli równie ważny jak „opowiadacz” jest słuchacz, trzeba sprawdzić, co iskrzy w powietrzu pomiędzy nimi. Jednym słowem, trzeba zobaczyć, na czym polega biologia narracji.

W jaki sposób, tworząc ten obszar, uniknąć zawiłych wywodów, od których zwykle zaczynają się podręczniki psycholingwistyki? Najczęściej więc prace takie rozpoczynają się od przywołania w historycznym porządku najważniejszych kroków nauki na polu poznawania procesów rozumienia, tworzenia, przyswajania i używania języka. Zwykle też czytelnik niebędący specjalistą już po kilku akapitach grzęźnie razem z autorami psycholingwistycznych teorematów w gąszczu sporów terminologicznych, metodologicznych, ontologicznych, poznawczych i aksjologicznych. Podejrzewać można, że sporą częścią winy za ten stan rzeczy obarczyć należy wydziały filologiczne wyższych uczelni, które miast uczyć studentów skutecznego i pięknego posługiwania się językiem, usiłują wbić im przede wszystkim do skołatanych głów nadmiar teoretycznej wiedzy o poglądach na możliwości, które język przed nami otwiera. Cóż przyjdzie z takiej wiedzy przyszłemu copywriterowi lub specjaliście PR? Cóż przyjdzie z takiej wiedzy przyszłemu pisarzowi, poecie czy dziennikarzowi?

Tak więc może trzeba ograniczyć do minimum wiedzę o historycznych modelach i systemach i przywołać jedynie to, co rzeczywiście nieuniknione i niezbędne dla dalszego wywodu?

Warto zdać sobie sprawę z faktu, że tylko niektórzy spośród nas mają świadomość mechanizmów używania języka. Większość po prostu go używa. Posługuje się nim na co dzień w sprawach zawodowych, osobistych, rodzinnych, twórczych, instrumentalnych. Odsetek ludzi dysponujących choćby podstawową wiedzą lingwistyczną jest zapewne niewielki. Ale gdyby zastanowić się nad hierarchią czynności i funkcji człowieka we współczesnej zbiorowości, trzeba przyznać, że używanie języka – we wszelkich jego odmianach: mówionej, pisanej, migowej, pantomimicznej, jako ruchomego obrazu, jako kodu – jest, obok oddychania, najważniejszą czynnością. Przecież obok telepatii – ale ta wciąż jest umiejętnością na poły magiczną i, jak pokazuje netfliksowski serial Sense 8, też bez języka się nie obejdzie – język to najważniejsze narzędzie, za pomocą którego możemy przekazywać myśli. Język jest także jednym z naszych narzędzi do poznawania świata. Używamy go, by przekazać i nazwać to, co poznajemy i postrzegamy. Służy nam do porządkowania wrażeń, przeżyć i doświadczeń. Pozwala wyrazić emocje i stany. Wreszcie jest niezastąpionym narzędziem wszystkich, którzy jak Sherlock Holmes badają nieznany do końca kształt rzeczywistości przy pomocy spekulacji.

Byśmy wzorem teoretyków nie ugrzęźli przy pierwszych próbach przejechania przez gąszcz modeli, naukowych „podejść” i teorii, podzielmy cały obszar wiedzy o języku na dwie fazy; pierwsza rozegrała się przed umowną datą 1951, druga po tej dacie.

Dlaczego tak? Do 1951 roku mieliśmy językoznawstwo i lingwistykę. Te dwie dyscypliny w różnych wariacjach poczęte kiedyś w starożytności służyły jako podstawowe narzędzia pogłębiania wiedzy o języku. Byliśmy dumni z faktu, że w odróżnieniu od zwierząt mówimy i piszemy w językach. Starszym pokoleniom językoznawstwo, inaczej lingwistyka, kojarzy się zapewne głównie z teorią. Tym, co studiowali językoznawstwo, na zawsze zapadły w pamięć tajemnicze i niepokojące nazwy obszarów nigdy do końca niezbadanych i niepojętych: fonetyka, fonologia, morfologia, pragmatyka, semantyka, składnia, słownictwo, słowotwórstwo. Czyż to nie brzmi jak zaklęcie mające wydobyć z zagmatwanej substancji języka esencję, jedyny prawdziwy algorytm jego działania? Mieliśmy niby lingwistykę teoretyczną i stosowaną, z czego można wnioskować, że do uprawiania obu tych dziedzin potrzebne były jakieś specjalne, odrębne umiejętności, a teoretyk nie wiedziałby często, co w danej realnej sytuacji wypada powiedzieć. Językoznawstwo w swoim klasycznym wydaniu jest chyba najczęstszym tematem kpin z naukowych usiłowań znalezienia kamienia filozoficznego. Badania dotyczące lingwistyki prowadzone były przez specjalistów z tak różnych dziedzin i reprezentujących tak odmienne poglądy, że jak to określił amerykański pisarz i dziennikarz Russ Rymer, autor demaskującej różne oblicza nauki książki Genie, a Scientific Tragedy (Harper Collins, 1993): „Lingwistyka jest prawdopodobnie tą dziedziną, wokół której w królestwie akademików trwają największe spory. Jest przesiąknięta krwią poetów, teologów, filozofów i  filologów”.

Pokolenia studentów wydziałów filologicznych opuszczały swoje Alma Mater z głowami nabitymi terminologią i teoretycznymi modelami, ale nikt nigdy nie mówił im, co decyduje o tym, że czytając jedne teksty, śmieją się, a gdy czytają inne, silnie się wzruszają lub ronią łzy. Tym, którzy nawet przez wiele lat zajmowali się narracją instrumentalną, czyli komunikacją marketingową, tekstami reklamowymi, tekstami public relations, hasełkami, najróżniejszymi rodzajami „copy”, najprawdopodobniej językoznawstwo nigdy do niczego się nie przydało. Owszem, znane są przypadki, w których agencje reklamowe sięgały po pomoc najświetniejszych językoznawców luminarzy na przykład po to, żeby „zbadać” siłę sloganu, ale nigdy nie prowadziło to do konkretnych, znaczących, a więc dających się mierzyć narzędziami lingwistycznymi rezultatów. Jeśli nawet, to wyniki takich ekspertyz z reguły nie pokrywały się z wynikami badań mierzących skuteczność danej kampanii.

Aż do pamiętnego roku 1951 w myśleniu o języku i językoznawstwie niewiele się zmieniło.

W roku 1951 po raz pierwszy chyba na łamach fachowych czasopism pojawił się nowy termin: „psycholingwistyka”. Był to także czas, w którym różne dyscypliny wiedzy przestały się na siebie boczyć i poświęcać energię na zaciekłe spory i spróbowały przestawić się na współpracę. To, co dziś jest oczywiste, czyli przydatność i płodność metod interdyscyplinarnych, wówczas było objawieniem. Wraz z psycholingwistyką cały wielki legion uczonych prowadzących badania językoznawcze skoncentrował swoją uwagę na zagadnieniach przyswajania języka przez człowieka, w czym pomocna okazała się psychologia rozwojowa, a także na tym, w jaki sposób posługujemy się językiem, do czego z kolei przydała się psychologia ogólna.

Jeśli spojrzeć na ten przełom z pozycji laika, przeciętnego użytkownika języka – miał on (przełom, nie użytkownik) znaczenie kardynalne. Bo celem psycholingwistyki nie jest opisywanie systemu językowego i jego możliwości samokomplikowania się, ale badanie i opisywanie tego, co się dzieje w psychice człowieka podczas uczenia się języka i wtedy, kiedy go używamy. Takie podejście to co innego. Może okazać się wielce użyteczne dla kogoś, komu język służy za narzędzie pracy.

Psycholingwistyka rozwijała się szybko. Najpierw próbowano zaprząc do rydwanu nowych idei teorię informacji i przy jej pomocy badać nasze „zachowania” językowe. Nie do końca się to sprawdziło, głównie z tego powodu, że my, inaczej niż to zostało wykoncypowane w informatycznych modelach teoretycznych, używamy do komunikowania się także emocji. Oczywiście podejmowano i podejmuje się wiele prób wtłoczenia ludzkiej emocjonalnej nieprzewidywalności w teoretyczne karby modeli dających się zmierzyć, ale niewiele z tego wynikło.

Potem nadciągnął Noam Chomsky ze swoją ideą gramatyki uniwersalnej. Założył i chciał udowodnić, co nie do końca mu się udało, że mamy jako rasa ludzka zaprogramowaną tylko dla nas specyficzną „umiejętność językową” – rodzaj danego przez naturę, ewolucję czy, jak kto woli, przez Boga „zmysłu” w postaci fundamentalnego systemu gramatycznego. To według Chomsky’ego tłumaczy fenomenalne zdolności dzieci do uczenia się dowolnego języka „z otoczenia”, mimo że te dzieci nigdy nie studiowały podręczników gramatyki. Faktycznie. Nauce o języku znanych jest wiele przypadków, w których małe dzieci z rodzin, w których jedno z rodziców mówi w innym języku niż drugie, równie sprawnie i szybko opanowywały obydwa. Według Chomsky’ego takie lingwistyczne, poliglotyczne cuda dzieją się „same”. Słynne jest jego twierdzenie mówiące, że „Przyswajanie języka matki to nie coś, co dziec­ko robi w sposób świadomy. To jest coś, co się samo dzieje dziecku”. Na tym jednak nie koniec rewolucji w myśleniu o języku. Chomsky postawił to myślenie na głowie. Przed jego nadejściem sądziliśmy, że na większość pytań o język da się odpowiedzieć, wykorzystując nowe, potężne narzędzie psychologii – behawioryzm. Przypomnijmy dla porządku: zgodnie z podejściem behawiorystów język jest niczym innym, jak zbiorem nawyków, które naśladujemy i rozwijamy, wzorując się na zachowaniach językowych naszych rodziców i naszego otoczenia. To się Chomsky’emu niezbyt podobało, ponieważ – w dużym uproszczeniu – mogło wyjaśnić jedynie, jak się uczymy zachowań językowych, ale nie wyjaśniało, czym w istocie jest język.

Jak każdy rewolucjonista, Chomsky zaczął od podważenia świętych pewników i oświadczył zdumionym lingwistom: „Błędem jest twierdzenie, że język to system komunikacji. Służy on bowiem do wyrażania myśli, a to coś całkiem odmiennego. Oczywiście, można go używać do komunikacji, podobnie jak komunikowaniu się mogą służyć wszelkie inne ludzkie czynności, na przykład sposób chodzenia, ubiór lub fryzura. Komunikacja jednak – w każdym przydatnym znaczeniu tego okreś­lenia – nie jest właściwą funkcją języka”.

Jak to rozumieć? I do czego nam takie rozumienie może się przydać?

Oczywiście to stwierdzenie obarczone jest błędem, bowiem to, że język jest zjawiskiem mentalnym, że służy do wyrażania naszych myśli, że jest ich przekaźnikiem, nie przeczy przecież temu, że jednocześnie służy do naszej wewnętrznej i zewnętrznej komunikacji. Istotą rewolucji Chomsky’ego było więc owo dostrzeżenie i docenienie bezpośredniego związku pomiędzy myśleniem a wszelkimi przejawami językowymi w naszym istnieniu. Co to zmienia? Bardzo wiele. Na przykład nasze podejście do nauki języka. Jeśli język jest tak silnie związany z myśleniem, to trzeba go uczyć w ten sposób, by to myślenie „chciało się” go uczyć, i co więcej, by ten proces sprawiał nam przyjemność. Jednym słowem, byśmy byli do „akwizycji” językowej dobrze i właściwie zmotywowani. Uczymy się więc języka tym chętniej i efektywniej, im więcej czerpiemy z tego uczenia się satysfakcji. Ta satysfakcja to oczywiście nasza nagroda. Jeśli nasz umysł zareaguje pozytywnie na jakiś bodziec, nastąpi jego swoiste wzmocnienie pozytywne. To termin użyty przez harwardzkiego psycholingwistę Burrhusa Frederica Skinnera. Wzmocnienie pozytywne w przyswajaniu języka to każdy pozytywny efekt będący wynikiem reakcji organizmu, który powoduje, że dana reakcja będzie występować w przyszłości częściej niż do tej pory.

Czy pamiętacie, jak uczono was języka obcego? Jak wiele zależało od metody, którą wobec was zastosowano? Jest wielu ludzi, których na zawsze i skutecznie zniechęcono do nauki języków obcych, ucząc ich w taki sposób, w jaki w średniowieczu uczono łaciny, czyli poprzez deklamowanie reguł gramatycznych i wkuwanie słówek. To prosty przykład wzmocnienia negatywnego, spowalniającego lub wręcz blokującego wszelkie postępy. Metoda oparta na przekonaniu, że nauka języków obcych jest w zasadzie mało twórczym procesem mechanicznego formowania przyzwyczajenia, jest jednak stosowana i dzisiaj. Szczególnie w krajach Dalekiego Wschodu, gdzie do dziś stosuje się w metodyce nauczanie indukcyjne – polegające na powtarzaniu struktury tak wielką liczbę razy, by uczeń sam się przekonał, jak działa reguła gramatyczna, i powtarzaniu nowego słownictwa w nieskończoność.

Podejście behawioralne posunęło psychologię – może szerzej: wiedzę o człowieku – znacząco do przodu. Ale behawioryzm – jak wszystkie modele – nie jest doskonały. Zakłada, że możemy nauczyć się wszystkiego i wykonać wszystko, pod warunkiem, że da się to wtłoczyć w sekwencje bodźców i reakcji na nie. W tym świetle każdy w zasadzie „nawyk” językowy może stać się w końcu częścią języka.

Chomsky chciał – jak sam to formułował – „patrzeć głębiej”, bowiem podejrzewał, że język stanowi integralną część świadomości, i to taką w dodatku, która stanowi o naszym człowieczeństwie. Język byłby więc nie tylko działaniem czy funkcją świadomości, ale także „instynktu”, czyli także podświadomości. To jest właśnie ten głębszy poziom Chomsky’ego, a koncept ten spodobał się innym badaczom. A także zwykłym użytkownikom języka. Bowiem sporo użytecznych i nie tylko „uczonych” funkcji z niego wynika. Tym obiecującym tropem poszedł w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku Steven Pinker. W Language Instinct z 1994 roku przekonywał, że język to coś wrodzonego, rodzaj instynktu biologicznego. Tezę tę udało mu się „podeprzeć” i częściowo udowodnić. Analizował bowiem angielskie czasowniki nieregularne, szukając w nich odzwierciedlenia ludzkiej natury. Nie ma się z czego śmiać! Przecież tę naszą „ludzką naturę” wyrażamy w dużej mierze poprzez słowa, a nie tylko czyny. Pinker, którego prac coraz więcej wydaje się także w Polsce, rozumie język jako unikatową zdolność ludzkiego gatunku, którą ewolucja wypracowała dla nas specjalnie po to, byśmy rozwiązywali konkretne „gatunkowe” problemy. Te problemy zaczęły się silnie ujawniać wtedy, gdy stworzyliśmy społeczności łowców-zbieraczy i trzeba się było zacząć lepiej komunikować. Chrząkania, pohukiwania, mowa gestów i mimika przestały wystarczać, bo zaczęliśmy być specjalistami. Specjalistom dla rozwiązywania konkretnych problemów potrzebny jest wyspecjalizowany język. Podobnie jak innym wyspecjalizowanym gatunkom – na przykład pająkom – łowcom potrzebne są specjalne umiejętności w postaci tkania sieci, a potem ich efektywnego i precyzyjnego monitorowania. Podobnie jak orkom czy delfinom potrzebny jest sonar i podwodna komunikacja sonarowa dla efektywnego porozumienia stadnego i dobrej współpracy przy zespołowym polowaniu.

Tyle tylko, że – jak przyznaje sam Pinker – „umysł służy nam do rozważań nad światem, ale nie potrafi zajrzeć do własnego wnętrza czy innych naszych zdolności, żeby zobaczyć, na jakiej zasadzie działają”[13]. Jednocześnie jednak ten autor i badacz, który swoimi wywodami zafas­cynował tak wielu, pociesza nas, że umysł jest produktem „inżynieryjnym”, zaprojektowanym przez ewolucję do rozwiązywania konkretnych zadań. To rzeczywiście pocieszające, że nie jesteśmy niemymi golemami, którym dopiero położona na ustach karteczka z imieniem boga (musi być oczywiście prawdziwe) uruchamia zdolny do komunikowania język.

Gdy zastanowić się nad komunikacyjnymi potrzebami łowiecko-zbierackich plemion mozolących się nad uruchomieniem własnych języków, głównie oczywiście po to, by zagonić biednego mamuta na skraj przepaści, skąd już nie ma odwrotu, nasuwa się pewna inna myśl: czy czasami współczesne „plemiona” marketingowych zaganiaczy także nie pracują nad swoim komunikacyjnym instynktem głównie po to, by zagonić klienta w swoje handlowe sieci? Jednocześnie zrobić to tak, by wydawało mu się, że sam tego chce? Oczywiście w tym, że nad tym pracują, nie ma niczego złego. Nas bowiem bardziej interesują metody owej pracy, które pozwalają słowom „sprawić”, zadziałać w określony sposób. Ułożyć się w narrację zdolną to uczynić. A więc być w pewnym sensie tą karteczką z prawdziwym imieniem marketingowego boga.

Przyznajmy więc, a mówiąc „przyznajmy”, dzielimy się przynajmniej częścią odpowiedzialności za stwierdzenie, że zdolność posługiwania się językiem i uczenia się języka jest rodzajem instynktu. Owszem, to, że potrafimy pisać albo przerabiać żużlowate rudy metali na zegarki marki Constantin & Vacheron, jest zasługą wytworzonej przez nasze umysły i zespołowe działanie kultury i cywilizacji. Ale choć nie wszystkie nauczyły się wytwarzać skomplikowane przedmioty i zdołały opanować kosmiczne technologie, to przecież wszystkie bez wyjątku kultury posiadły instynkt językowy. A choćby dzieci. Potrafią całkiem spontanicznie wytworzyć swoją własną, w pełni spójną i zrozumiałą w umownym kręgu mowę. Podobnie powstał język kreolski i handlowa, niesformalizowana nigdy mieszanina pidgin english, stanowiąca nieodmiennie przedmiot dialogowych dowcipów filmowych scenarzystów.

Takie patrzenie na „fizjologię” komunikacji międzyludzkiej ma już konkretny praktyczny wymiar i w przeciwieństwie do podręczników z gramatycznymi regułami zbliża nas nieco do sensownego objaśnienia językowych predyspozycji ludzi. O ile bowiem trudno zrozumieć większość zawiłych reguł gramatyki – weźmy choćby czasowniki nieregularne, zawiłości deklinacyjne i inne gramatyczne aberracje – o tyle ludzka psychika da się ogarnąć, a każdy z nas – jako jeden z jej użytkowników – jest w pewnym sensie psychologiem. Większość z nas (choć nie mamy stosownych dyplomów) rozumie ludzką psychikę znacznie lepiej od występujących w telewizji ekspertów psychologii. Jeśli język i tworzona przy jego udziale narracja jest projekcją psychiki, to wszyscy jesteśmy w tej materii znakomitymi ekspertami.

Psycholingwistyka może się więc okazać świetnym narzędziem. Pod warunkiem, że nie będziemy zbyt głęboko wsadzać głowy do szafy opatrzonej taką „naukową” etykietką, lecz zatrzymamy się na poziomie oczywistym i zrozumiałym dla przeciętnego umysłu. Po pierwsze więc, psycholingwistyka stara się wytłumaczyć, w jaki sposób rozumiemy to, co się do nas mówi, i to, co się do nas pisze. Po drugie, psycholingwistyka stara się dociec, w jaki sposób w przestrzeni naszych umysłów powstają znaczenia słów. Po trzecie, w jaki sposób analizujemy wypowiedzi własne i do nas skierowane i co z tego wynika. Czyli, na przykład, w jaki sposób i w jakim celu tworzymy większe całości wypowiedzi, czyli również interesujące nas najbardziej narracje instrumentalne.

Osobnym przedmiotem zainteresowania psycholingwistyki jest także dyskurs. Szeroko rozumiany. Również jako dyskurs autora z czytelnikami. Także w takiej swojej odmianie, w której „brzmi” jedynie głos autora, a kwestie czytelników „rozbrzmiewają” jedynie w ich umysłach i w tym sensie nie są nigdy „zewnętrznie” wypowiedziane ani do autora nie docierają.

Rozumienie nie jest jedynym obszarem zainteresowania psycholing­wistów. Chcieliby oni wiedzieć, w jaki sposób produkujemy nasze komunikaty i jakie procesy i procedury psychiczne temu towarzyszą.

Niestety, tak jak w przypadku wielu innych metodologii badawczych, psycholingwiści zaczęli standardowo od wykorzystania badań opisujących, czego mózg nie może zrobić, gdy ulegnie uszkodzeniu lub coś jest z nim nie tak. Przypomina to diagnozowanie w medycynie metodą wyciągania aż nazbyt oczywistych wniosków na podstawie tego, co już się stało: tramwaj obciął pacjentowi nogi, więc prawdopodobnie pacjent nie będzie chodzić. Podobnie pionierzy psycholingwistyki: zaczęli od archeo­logicznego opisu urazów czaszki. Wiadomo: jeśli damy komuś dostatecznie mocno po głowie, zaczną się z nim dziać różne dziwne rzeczy. Najdawniejsze źródła po wielokroć zaświadczają o przypadkach utraty zdolności mowy na skutek urazów głowy. Dość szybko uczeni doszli do wniosku, że ludzie tracą mowę nie wskutek tego, że zdrętwiał im język, ale że coś dziwnego dzieje się w ich głowach, i to na dodatek w określonych jej częściach. Zaczęto lokalizować urazy i okazało się, że za mowę odpowiada lewa strona mózgu i płat czołowy. Aż do XIX wieku badacze wydawali się ukontentowani swoimi odkryciami. Historia notuje wiele dziwnych eksperymentów polegających na uciskaniu odpowiednich partii czaszki i obserwacji skutków komunikacyjnych takich niebezpiecznych eksperymentów. Korzystano także coraz częściej z wyników sekcji mózgów. Gdzieś pod koniec XIX wieku udało się wreszcie ustalić to, co dobitnie sformułował francuski chirurg Pierre Paul Broca: „Nous parlons avec l’hémisphère gauche” – mówimy lewą półkulą.

Wciąż jednak diagnozowano na podstawie lokalizacji uszkodzonych miejsc, tworząc systematykę zaburzeń mowy. Wszystkie te pojawiające się w najprzeróżniejszych odmianach afazje Broki i Wernickiego, żargonafazje i demencje. Uczonych i badaczy musiał jednak niepokoić fakt, iż wyciągają wnioski jedynie na podstawie tego, co zepsute i uszkodzone, nie bardzo posuwając się w wiedzy na temat tego, jak działa to, co zdrowe i całe. Na pocieszenie warto dodać, że gdy pojawiła się technologia tomografii komputerowej, większość wniosków co do lokalizacji przyczyn zaburzeń zarówno mowy, jak i jej rozumienia potwierdziło się. Przy okazji, gdy poddawano badaniom tomograficznym uszkodzone części mózgu, zaczęto także przyglądać się tym nieuszkodzonym. Pozwoliło to na znaczne powiększenie zasobów wiedzy na temat tego, jak funkcjonuje układ nerwowy człowieka, którego nikt jeszcze w głowę nie uderzył. Doprowadziło to także do wykrystalizowania poglądów i wiedzy na temat tego, które struktury neuroanatomiczne odpowiedzialne są za nasze mówienie i rozumienie i – co ważniejsze – w jaki sposób trybiki mówienia i rozumienia kręcą się w naszych czaszkach. I znów pojawi się słowo „niestety”. W uczonych rozważaniach wciąż nazbyt często powtarza się naukowy wykręt w postaci sformułowania jednego z psycholingwistycznych luminarzy: „Ta złożona struktura (mowa o zwojach podstawy mózgu) nie tylko odgrywa ważną rolę w kontroli ruchów, ale również zdaje się mieć udział w funkcjonowaniu poznawczym”.

Pięknie to brzmi – „zdaje się mieć udział”. W badaniach neuroling­wistycznych wciąż jednak w znacznej mierze poruszamy się na takim właśnie poziomie. Wiemy, która część, który układ i który poziom odpowiada za dane czynności komunikacyjne człowieka, ale nie do końca wiemy, jak to w istocie działa. Wiemy jedno: że jest to proces zadziwiający i niezwykły, który z pewnością będzie nam trudno wymodelować w przyszłości w naszych prognozowanych przez filmy i literaturę SF „surogatach” i „syntetykach”, czyli robotach perfekcyjnie naśladujących ludzkie możliwości komunikacyjne. Okazuje się bowiem, że gdy mówimy w przeciętnym tempie, wydając około piętnastu różnych dźwięków na sekundę (oczywiście w sekwencji, na przykład wymawiając słowo „kotek”), nasz mózg musi w tym czasie wygenerować aż 150 tysięcy tak zwanych „zdarzeń” neuromięśniowych. Dużo. W dodatku trzeba dyspozycje tych zdarzeń wysłać do około stu mięśni biorących w tym udział. Neurolingwistyka potrafi dziś precyzyjnie wskazać, który nerw czym zawiaduje i jaką drogą przemieszcza się nasze „sterowanie” mową i słuchaniem mowy innych. Ale wciąż pole widzenia jest zbytnio skoncentrowane na neuropatologii języka i różnorakich afazjach i demencjach, a za mało na próbach poznania i zrozumienia funkcjonowania mózgu jako „rozrządu i nastawni” mowy. Metody pomiaru elektrycznej aktywności mózgu w czasie realizacji zadań i procesów językowych „rzucają pewne światło” na to, w jaki sposób nasz wewnątrzczaszkowy myśliciel realizuje zadania syntaktyczne – czyli mówiąc po ludzku: gramatyczne – a w jaki semantyczne, czyli związane ze znaczeniem. Podobnie przydatne okazują się badania nad przepływem krwi przez system naczyń krwionośnych mózgu. Wciąż zbyt dużo tu sugestii i przypuszczeń. Najnowocześniejsza metoda pozytonowej tomografii emisyjnej (w skrócie PET) udowodniła, że gdy czytamy, starając się jak najlepiej zrozumieć to, co czytamy, silnie aktywuje się tylna część mózgu. Ta, która łączona jest z postrzeganiem wizualnym. Natomiast samo słuchanie tekstów pobudza silnie oba płaty skroniowe.

Ale cóż nam, pasjonującym się dociekaniem, jak działa narracja instrumentalna, przyjdzie z informacji mówiącej o tym, że interpretacja znaczeń dokonuje się w przedniej dolnej części kory czołowej lewej półkuli? To wbrew pozorom może być jednak przydatne. Zastosowano bowiem PET do stosunkowo oczywistego i prostego doświadczenia, każąc badanym tworzyć regularne i nieregularne formy czasu przeszłego. Po angielsku oczywiście, w którym to języku koniugacje pełne są najróżniejszych aberracji. I co się okazało? Badając aktywność mózgu, stwierdzono, że tworzenie regularnych konstrukcji przychodzi nam łatwiej i szybciej, zaś w przypadku nieregularności nasz mózg musi się bardziej wysilić. Mało tego. Zupełnie inaczej magazynujemy to, co regularne: zapamiętując zasadę, a inaczej to, co nieregularne, bo w formie pojedynczych słów. Co oczywiście zajmuje odpowiednio więcej „pamięci” i angażuje większą energię „procesora”. Gdy to sobie uświadomimy, z pewnością lepiej zrozumiemy sens znienawidzonych przez wszystkich uczących się angielskiego tabelek z czasownikami nieregularnymi.

Zresztą takich nieregularności pełno jest także w innych językach. Popatrzcie na czasowniki niemieckie czy na polskie, w których dodatkowo do odmiany wtrącają się rodzaje gramatyczne: „poszłam, ale poszedłem”. Wynika z tego niezbicie, że lubimy to, co się fajnie układa. Według zrozumiałych zasad. Także to – co również udowodnił eksperyment – że tak nam dobrze idzie. Czyli wtedy, gdy przez powtarzanie nabieramy wprawy, nasz mózg się cieszy, że jest taki zdolny, i w nagrodę zmniejsza sobie aktywność, ale za to przyspiesza reakcje i poprawia precyzję. Jak mawiał pewien zabawny Holender z powieści Lemoine’a Kochane maleństwa, demonstrując zadziwiającą wprawę przy obieraniu ziemniaków (cytuję z pamięci): „Magzimalna widajnoszcz, przy minimalnym wysziłku. Broszę zkonzdandować jak czenga jest łubka”[14].