Serny glob - John Scalzi - ebook

Serny glob ebook

John Scalzi

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

W świecie, gdzie wszystko musi mieć naukowe wyjaśnienie, warto czasem mieć pod ręką… krakersy.

Pewnego dnia Księżyc… przestaje być Księżycem.

Nie wybucha. Nie znika. Nie spada na Ziemię. Po prostu zmienia się w coś, czego nikt nie potrafi wyjaśnić - w gigantyczną, organiczną strukturę, która podejrzanie przypomina… ser. NASA unika tego słowa jak ognia, politycy apelują o spokój, a internet robi to, co zawsze.

Nagła zmiana astronomii w nabiał wydaje się kosmicznym żartem i okazją do ogólnoświatowej degustacji. Wydaje się. Ludzkość najwyraźniej nie doczytała aneksu do praw fizyki, bo wraz z serowym księżycem otrzymuje… absolutny chaos. Politycy desperacko próbują utrzymać kontrolę nad narracją.

Miliarderzy widzą w katastrofie kolejną inwestycję.

Hollywood już produkuje blockbustery, a branża wydawnicza bije się o prawa do „serowych” biografii. Każdy dzień przynosi nową perspektywę.

John Scalzi prowadzi nas przez pełny cykl lunarny, oddając głos zwykłym ludziom, studentom, politykom i religijnym przewodnikom.

To opowieść o tym o, jak szukać sensu w świecie, który przestał być poważny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 451

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

SŁOWEM WSTĘPU

DZIEŃ PIERWSZY

DZIEŃ DRUGI

DZIEŃ TRZECI

DZIEŃ CZWARTY

DZIEŃ PIĄTY

DZIEŃ SZÓSTY

DZIEŃ SIÓDMY

DZIEŃ ÓSMY

DZIEŃ DZIEWIĄTY

DZIEŃ DZIESIĄTY

DZIEŃ JEDENASTY

DZIEŃ DWUNASTY

DZIEŃ TRZYNASTY

DZIEŃ CZTERNASTY

DZIEŃ PIĘTNASTY

DZIEŃ SZESNASTY

DZIEŃ SIEDEMNASTY

DZIEŃ OSIEMNASTY

DZIEŃ DZIEWIĘTNASTY

DZIEŃ DWUDZIESTY

DZIEŃ DWUDZIESTY PIERWSZY

DZIEŃ DWUDZIESTY DRUGI

DZIEŃ DWUDZIESTY TRZECI

DZIEŃ DWUDZIESTY CZWARTY

DZIEŃ DWUDZIESTY PIĄTY

DZIEŃ DWUDZIESTY SZÓSTY

DZIEŃ DWUDZIESTY SIÓDMY

DZIEŃ DWUDZIESTY ÓSMY

DZIEŃ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY

DZIEŃ TRZYDZIESTY

DZIEŃ PIĘĆDZIESIĄTY DZIEWIĄTY

DZIEŃ TRZYSTA SZEŚĆDZIESIĄTY PIĄTY

DZIEŃ TRZY TYSIĄCE SZEŚĆSET PIĘĆDZIESIĄTY DRUGI

DZIEŃ TRZYDZIEŚCI SZEŚĆ TYSIĘCY PIĘĆSET DWUDZIESTY CZWARTY

POSŁOWIE I PODZIĘKOWANIA

O AUTORZE

Karta redakcyjna

Tył okładki

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Dedykacja

Wstęp

Meritum publikacji

Prawa autorskie

 

 

 

 

Lynne, Michaelowi i Caitlin Thomas

 

 

Fragmenty (maciupkie i głównie parafrazy, ale jednak) „Romea i Julii” Williama Szekspira i wiersza „Ogień i lód” Roberta Frosta w przekładzie Stanisława Barańczaka.

SŁOWEM WSTĘPU

 

Hej, dzieciaki! Pora poznać kilka faktów na temat Księżyca!

Księżyc jest najbliższym sąsiadem Ziemi w przestrzeni kosmicznej i najjaśniejszym obiektem na nocnym niebie. Poniżej znajdziecie więcej ciekawostek na temat naszego naturalnego satelity. Przekonajmy się, czy wszystkie były wam znane!

Ziemia i Księżyc kumplują się nie od dziś!

Księżyc istnieje od ponad czterech i pół miliarda lat i jest tylko nieco młodszy od Ziemi.

Pytanie: A Ty z kim znasz się najdłużej?

Dramatyczne początki Księżyca

Naukowcy uważają, że Księżyc powstał, kiedy z młodą jeszcze Ziemią zderzyła się inna planeta. Wskutek tej kolizji od naszego globu oderwała się cała masa skał, z których z czasem ukształtował się Księżyc.

Czyli Księżyc to w pewnym sensie wielki kamulec? W zasadzie tak!

Większa część powierzchni Księżyca składa się ze skał. Najpowszechniej występują tam bazalt, który znajdujemy w księżycowych „morzach” (jak astronomowie nazywają ciemniejsze plamy na powierzchni satelity), i anortozyt, który stanowi znaczną część skorupy Księżyca.

Pytanie: A Ty masz ulubioną skałę?

Jak duży jest Księżyc?

Jego średnica wynosi prawie trzy i pół tysiąca kilometrów, czyli tyle, ile trzeba pokonać w drodze z Lizbony do Moskwy lub z Oslo do Nikozji! Powierzchnia Księżyca odpowiada za to z grubsza powierzchni Afryki!

Zawsze widzimy tę samą stronę Księżyca…

Ziemia obraca się wokół własnej osi, ale Księżyc nie! Zawsze pozostaje zwrócony do nas tą samą stroną. Gdybyście znaleźli się na jego drugiej, ciemnej półkuli, nie moglibyście dostrzec Ziemi!

Chyba że nie widzimy go w ogóle!

Księżyc orbituje wokół Ziemi, co znaczy, że ją okrąża. Kiedy to się dzieje, obserwujemy różne jego „fazy”, czyli konkretne obszary oświetlone przez Słońce. Taką fazą jest na przykład pełnia, podczas której widać cały Księżyc. Kiedy znajdzie się on w nowiu, jest praktycznie niewidoczny, a pomiędzy tymi fazami przybiera kształt sierpa.

Pytanie: Masz ulubioną fazę Księżyca? Która to?

Lubisz surfować lub żeglować? Podziękuj Księżycowi!

Wskutek oddziaływania grawitacyjnego Księżyc przyciąga Ziemię, a kiedy nasza planeta się obraca, przyciąganie to wywołuje oceaniczne przypływy! Bez przypływów historia naszego świata z pewnością potoczyłaby się zupełnie inaczej!

Byłaby niezła afera, gdyby Księżyc był z…

Wiemy już, że Księżyc składa się ze skał, ale ludzie lubią fantazjować. Niektórzy żartują na przykład, że nasz satelita jest zrobiony z sera. Żeby zrobić tyle sera, potrzeba by mleka od niewyobrażalnej liczby krów! Była kiedyś piosenka, w której Księżyc w pełni porównano do pizzy, co zgadzałoby się z tą serową teorią, w końcu pizza bez sera to ewenement!

Jeden wielki skok dla młodego człowieka!

Przyciąganie na powierzchni Księżyca jest tylko w jednej szóstej tak silne jak na powierzchni Ziemi. Ktoś, kto waży 50 kilogramów, na Księżycu ważyłby niewiele ponad osiem kilo i mógłby podskakiwać tam sześciokrotnie wyżej niż na naszej planecie!

Pytanie: Jak wysoko umiesz podskoczyć?

Inne planety, inne księżyce

Ziemia nie jest jedyną planetą, która posiada księżyc! Mars, dla przykładu, ma dwa, choć malutkie. Jowisz i Saturn (Saturn jest rekordzistą, ma 274 księżyce!) mają ich dziesiątki, a niektóre z ich satelitów są większe od naszego! Tylko Merkury i Wenus w ogóle nie mają księżyców.

Czy da się polecieć na Księżyc?

Da się! Ponad dziesięć osób już tam nawet było! Pierwszym człowiekiem, który stanął na powierzchni Księżyca, był astronauta Neil Armstrong. Zrobił to w 1969 roku. Ale to było dawno! Obecnie naukowcy i astronauci planują powrót na naszego skalistego satelitę, a kto wie, może pewnego dnia ludzkość zbuduje tam osiedla i Księżyc nie będzie już niezamieszkany!

Pytanie: Chcielibyście zamieszkać na Księżycu?

Z drogi, słoneczko!

Księżyc znajduje się prawie 385 000 kilometrów od Ziemi! Przez to, jak jest daleko, na naszym niebie wydaje się być prawie tej samej wielkości co Słońce! Czasami je też zasłania. Mówimy wtedy o zaćmieniu Słońca, do którego nie dochodzi jednak zbyt często.

Projekt: Zapytajcie nauczycieli, kiedy nastąpi najbliższe zaćmienie i skąd na Ziemi będzie je można obserwować!

DZIEŃ PIERWSZY

Wapakoneta, Ohio | Muzeum Aeronautyki i Kosmonautyki imienia Neila Armstronga

Komórka Virgila Augustine’a rozdzwoniła się, kiedy akurat zdejmował kurtkę z wieszaka, żeby ruszyć z pracy do domu. Dzwonił Bud Roldan, dyrektor do spraw technicznych w muzeum.

– Virgil, jesteś jeszcze w robocie?

– Już prawie nie – odparł Virgil.

Na ten wieczór Virgil i Emily Augustine’owie mieli zaplanowaną cotygodniową randkę, jak zwykli nazywać kilka godzin wolnego od pracy i dzieciaków. Zamierzali zapłacić swojej nastoletniej córce Libby za opiekę nad bliźniakami. Virgil wiedział, że przez zajmowanie się braćmi Libby rozumiała siedzenie w salonie i rozmawianie ze znajomymi na jakimś internetowym komunikatorze, podczas gdy Andy i Hunter grali w gry wideo w suterenie. Ich rodzice chcieli w tym czasie skoczyć najpierw do chińskiej albo meksykańskiej restauracji, a potem do miejskiego kina i obejrzeć tam cokolwiek będzie akurat wyświetlane. W tym tygodniu był to film animowany o przygodach jakichś wodnych ptaków. Kiedy jest się parą w średnim wieku i mieszka się w niedużym mieście w Ohio, ogień w związku podtrzymują właśnie takie rozrywki i Virgil nie zamierzał z tego rezygnować.

– Co się dzieje, Bud?

– Jak by ci to… – Bud urwał, a Virgil czekał, nerwowo przyglądając się drzwiom biura i myśląc wyłącznie o ucieczce. – Chyba powinieneś sam zobaczyć – wydusił w końcu Bud. – Tak będzie łatwiej, bo jak ci powiem, to mi nie uwierzysz. Jesteśmy w Sali Księżycowej, chodź do nas – zakończył dyrektor do spraw technicznych i się rozłączył.

Virgil zmarszczył brwi, wyszedł z biura i znalazł się w przestrzeni ekspozycyjnej niewielkiego, lokalnego muzeum poświęconego życiu i karierze pierwszego człowieka na Księżycu, Neila Armstronga, który przyszedł na świat w Wapakonecie i tu został upamiętniony. Virgil przeszedł pomiędzy gablotami i dotarł do długiego, nastrojowo oświetlonego korytarza wiodącego do Sali Księżycowej, w której zgromadzono eksponaty i informacje związane z misją Apollo 11. Zwolnił nieco, mijając zapasowy skafander kosmiczny Armstronga. Hełm i rękawice leżały na podłodze i choć Virgil widział je już setki razy, zawsze się troszkę wzdrygał, bo eksponat nieodmiennie kojarzył mu się z pozbawionym głowy astronautą.

Za skafandrem trzeba było skręcić w prawo i wejść do niedużego pomieszczenia z mineralną częścią ekspozycji. Bud i Willa King, kuratorka wystawy poświęconej Armstrongowi oraz dyrektorka do spraw komunikacji, stali tam przy najważniejszym z eksponatów w Sali Księżycowej – kawałku skały, który Neil Armstrong przywiózł ze spaceru po powierzchni ziemskiego satelity.

– Co się stało? – spytał Virgil.

– Przyjrzyj się – polecił Bud.

Virgil pochylił się nad eksponatem. Był to niewielki skalny odłamek, który w zależności od kąta obserwacji mógł się wydawać kwadratowy lub trójkątny. Jego powierzchnia była niejednolita i w większości szara. Wyglądała, jakby pokrywał ją drobny żwir, a miejscami widoczne były przerosty połyskliwego, czarnego kamienia, które odbijały światło lamp. Virgil nie musiał czytać tabliczki z informacjami, żeby wiedzieć, że patrzy na skałę uformowaną przed czterema miliardami lat, kiedy uderzenie meteorytu scaliło bazaltowy pył na powierzchni Księżyca. Niezbyt piękny okaz składał się głównie z piroksenów i plagioklazów, co niewiele mówi niegeologom, a gdyby taki niegeolog przypadkiem natknął się nań gdzieś poza muzeum, zapewne uznałby, że ma do czynienia z kawałkiem betonu, o ile w ogóle poświęciłby mu uwagę. Virgil tak już przywykł do widoku księżycowej pamiątki Armstronga, że teraz potrzebował kilku sekund, żeby uświadomić sobie, że eksponat nie wygląda tak, jak powinien.

– To nie ta skała – oznajmił.

– Wiemy – odpowiedział mu Bud.

Virgil ponownie pochylił się nad nieskałą, tym razem niemal dotykając nosem akrylowej gabloty, w której ją umieszczono. Kształt nieskały się zgadzał, była ona jednak nieco większa od oryginalnego kamienia. Umieszczono ją między tą samą podpórką i uchwytem, które przytrzymywały oryginał, ale wymiary nieskały sprawiły, że mocowania się w nią wbiły, jakby ktoś, podmieniwszy obiekty, nie wyregulował rozstawu szczęk ekspozycyjnego imadełka. Nowy eksponat, że pozwolimy sobie na taki skrót myślowy, był przy tym nie szaro-czarny, a białożółty.

Virgil wytężył wzrok, by lepiej mu się przyjrzeć. Nieskała wydawała się dziwnie tłusta.

– Co…? – spytał Virgil niezbyt elokwentnie, zerkając w stronę Buda i Willi.

– Wiemy – rzuciła zdawkowo Willa.

– Czy to jest…?

Bud przerwał mu, unosząc dłoń.

– Nie chcemy zgadywać, Virgil. Jesteś dyrektorem placówki, ty nam powiedz.

Virgil ponownie przyjrzał się nieskale.

– Nie mam pojęcia. Plastik? Modelina?

Bud i Willa głośno odetchnęli. Virgil znowu się do nich odwrócił.

– Też tak myślimy – oznajmił Bud. – Nie chcieliśmy ci niczego sugerować, ale skoro według ciebie też to tak wygląda, to przynajmniej nie jesteśmy sami.

– Powie mi ktoś, co tu się dzieje?

– Nie wiemy – przyznała Willa. – O drugiej oprowadzałam wycieczkę i jeszcze wtedy była tu skała. Potem wróciłam ciut po wpół do szóstej i zamiast niej było już… to coś. – Wskazała dłonią białożółty obiekt wciśnięty między podpórki i uchwyty. – Zdurniałam trochę. Gapiłam się na to przez kilka minut, potem zadzwoniłam do Buda, a on do ciebie i… no i jesteśmy tu we troje.

Virgil sapnął z niezadowoleniem i zrobił krok do tyłu. Gablota, w której przechowywano skałę księżycową, składała się z obudowanego pleksiglasem prostopadłościennego cokołu wykonanego z ciemnej ceramiki inżynierskiej oraz z gabloty właściwej, graniastosłupa o trójkątnej podstawie ustawionego na tym ceramicznym bloku i wykonanego z metalu i szkła akrylowego. Trójkątna gablotka mieściła księżycową próbkę. Cokół stał zaś na nieco szerszym podwyższeniu, którego krawędź otaczała go jak wąska półka i które dodano między innymi po to, żeby zwiedzający nie zostawiali na pleksiglasie zbyt wielu odcisków palców i nosów.

Virgil przyjrzał się uważnie całej ekspozycji, obchodząc powoli cokół gabloty. Bud i Willa zeszli mu z drogi.

– Nie wydaje się, żeby ktoś przy tym majstrował – oznajmił w końcu.

– No nie, też niczego nie zauważyłem – potwierdził Bud. – Gablota jest zamknięta i zabezpieczona.

– Czyli między drugą a piątą trzydzieści ktoś ze zwiedzających zakradł się tutaj, rozmontował gablotę, wyjął kamień Armstronga, w jego miejscu zostawił bryłkę plasteliny, profesjonalnie złożył wszystko z powrotem i wyszedł z eksponatem, a żadne z nas tego nie zauważyło – stwierdził Virgil.

Bud zrobił zrozpaczoną minę, co w zaistniałych okolicznościach świadczyło na jego korzyść.

– To się nie mogło stać, nie ma szans, ale…

– Dlaczego złodziej miałby w miejscu kamienia zostawić plastelinę? – spytała Willa. – Bo samą kradzież to jeszcze bym zrozumiała, w końcu za taki kawałek księżycowej skały można zgarnąć miliony.

– Jakieś trzysta tysięcy dolarów za gram. – Virgil wyczytał taki szacunek kilka lat wcześniej w artykule w „Washington Post”.

– Właśnie. No to mielibyśmy motyw. Ale włamanie i kradzież to jedno, jak już mówiłam. Podmiana skały na to… coś to inna para kaloszy. – Willa pomachała z grubsza w kierunku białożółtej bryły. – Po co to robić?

– I po co nasz hipotetyczny złodziej miałby składać gablotę z powrotem? – dodał Bud.

– To jest zwyczajnie dziwne.

– Kradzież skały jest dziwna sama w sobie – stwierdził Virgil, po czym spojrzał w górę na wschodnią ścianę Sali Księżycowej i wskazał skinieniem głowy kamerę monitoringu. – Na nagranie już patrzyliście?

– Chcieliśmy, żebyś najpierw zobaczył to. – Bud wskazał mu gablotę.

– To już zobaczyłem – odparł Virgil. – Teraz chodźmy sprawdzić, co widziały kamery.

Kamery, jak się okazało, nie widziały niczego. Troje dyrektorów przewinęło nagranie najpierw do godziny drugiej, do wyjścia wycieczki, którą oprowadzała Willa, a potem do przodu. Do 16.45 Salę Księżycową odwiedziła jeszcze garstka zwiedzających, w tym samotni goście, pary i niewielkie grupki. Nikt jednak nie spędził tam jakoś podejrzanie dużo czasu, a na gablotę ze skałą wyłącznie patrzyli, nikt nawet nie dotknął zabezpieczającej cenny kamień pleksy.

Ostatni spośród zwiedzających, samotny mężczyzna w średnim wieku, wszedł do pomieszczenia o 16.52 i przyjrzał się eksponatom upamiętniającym kolejne misje Apollo oraz wykorzystywanemu przez astronautów sprzętowi do pobierania próbek i przeprowadzania analiz. Następnie obszedł gablotę z księżycową skałą, czytając umieszczone na cokole informacje i ciekawostki. Kiedy skończył, popatrzył w telefon i ruszył w stronę sąsiedniego pomieszczenia, Sali Nieskończoności, po drodze na moment zasłaniając ciałem gablotę.

– Zatrzymaj, Bud – polecił Virgil. Bud wcisnął przycisk pauzy. – Cofnij troszkę. Patrzcie na skałę.

Bud przewinął nagranie do tyłu o minutę. Mężczyzna w średnim wieku pochylił się, żeby dokładniej obejrzeć eksponat, po czym odwrócił się tyłem do niego i wydobył komórkę z kieszeni bluzy. Przez chwilę przyglądał się czemuś na ekranie, zasłaniając kamerze widok na gablotę, a kiedy odszedł w stronę Sali Nieskończoności, skała na nagraniu była już odrobinę większa i o wiele jaśniejsza.

– Mamy winowajcę – zasugerował Bud.

– Być może – stwierdził Virgil bez przekonania. Mężczyzna niczego w końcu nie zrobił, stał tylko w miejscu i patrzył w telefon. O ile nie ukrywał z tyłu bluzy jakiegoś superzaawansowanego sprzętu szpiegowskiego zdolnego w kilka sekund roztopić pleksiglas, wyłuskać zza niego eksponat, podmienić go na coś, co wyglądało jak kawał plasteliny, i zastąpić stopioną szybkę nową, nie był raczej złodziejem, a po prostu facetem, który przypadkiem zasłonił gablotę przed monitoringiem.

W takich sytuacjach jednak zawsze lepiej dmuchać na zimne.

– Możemy go jakoś zidentyfikować? – spytał Virgil.

– Jeśli zapłacił za wstęp kartą kredytową, powinniśmy dać radę go wytropić – odparł Bud.

– Musielibyśmy ustalić, kiedy wszedł do środka – zauważyła Willa.

– Tyle możemy zrobić – oznajmił Bud z uśmiechem i wyświetlił na ekranie podgląd z kamery przy wejściu do muzeum.

Przez następnych kilka minut cała trójka oglądała, jak tajemniczy nieznajomy kupuje bilet wstępu o 16.28 i niespiesznie przechadza się pomiędzy eksponatami z wczesnych lat życia Armstronga. Bud nie włączał ponownie nagrania z Sali Księżycowej, za to podejrzał dalsze poczynania gościa muzeum. Ten szybkim krokiem przeszedł przez pozostałe ekspozycje, a jako że zbliżała się godzina zamknięcia placówki, darował sobie oglądanie filmu o pierwszym lądowaniu na Księżycu, a także wystawy poświęcone dalszej karierze Armstronga i programom NASA uruchomionym po zakończeniu misji Apollo. Zaszedł tylko do sklepiku z pamiątkami, gdzie nabył kubek, na którym po wlaniu gorącej wody stopniowo ukazywały się rozmaite fakty dotyczące ziemskiego satelity.

Mężczyzna zapłacił za kubek kartą kredytową i wyszedł z muzeum minutę po piątej jako ostatni ze zwiedzających. Kamery z parkingu pokazały, jak kilka minut później odjechał Mini Cooperem z tablicami rejestracyjnymi ze stanu Ohio.

– Mamy dość informacji, żeby go wytropić – stwierdził Bud.

– Myślałby kto, że geniusz zbrodni będzie odrobinę bardziej ostrożny – zauważył Virgil. – Doświadczony włamywacz chyba raczej nie płaci kartą kredytową i nie jeździ na robotę prywatnym autem.

– Twoim zdaniem to nie jego sprawka? – spytała Willa.

– Serio nie wiem, co myśleć – wyznał Virgil.

– Powinniśmy zadzwonić na policję – zwrócił się Bud do Virgila. – Trzeba by też powiadomić kogoś z zarządu.

Virgil, słysząc tę sugestię, wyraźnie się skrzywił.

– Jeszcze nie – zdecydował.

– Czemu nie? – Bud wydawał się autentycznie zaskoczony.

– Bud, możesz otworzyć gablotę? – Virgil postanowił na moment odwrócić uwagę dyrektora do spraw technicznych.

– Jasne – potwierdził ten – ale czy powinniśmy to robić?

– To by była ingerencja w materiał dowodowy – uznała Willa.

– Kiedy już z tym pójdziemy na policję i do zarządu, chcę mieć absolutną pewność, że wiemy, z czym mamy do czynienia. Chcę wiedzieć, na co podmieniono naszą księżycową skałę. Muszę się temu przyjrzeć z bliska.

Bud i Willa spojrzeli na niego z niedowierzaniem.

– Dobrze już, dobrze, niech będzie po waszemu – westchnął Virgil. – Zadzwonię do Herba Wopata. Jest komendantem policji i członkiem zarządu muzeum, dwie pieczenie na jednym ogniu. Ściągnę go tutaj. Otworzysz wtedy gablotę?

– Jak Herb powie, że mogę, to jasne.

Herb Wopat nie kazał na siebie długo czekać i przyjechał do muzeum dziesięć minut później. Życie w małym miasteczku miewa zalety. Po kolejnych dziesięciu minutach Bud i Willa z błogosławieństwem komendanta policji Wapakonety rozmontowywali już gablotę, w której do niedawna spoczywał kamień Armstronga. Virgil wykorzystał tę chwilę, żeby zadzwonić do żony.

– Mamy problem, Emily.

– Domyśliłam się. Miałeś być w domu godzinę temu – oznajmiła Emily Augustine. – Nikomu nic się nie stało?

– Na szczęście nie, ale wygląda na to, że nas okradziono. Komendant Wopat przyjechał, razem z Budem i Willą próbują teraz ustalić, co się w zasadzie stało, ale niestety i ja muszę tu zostać, dopóki sprawa się nie wyjaśni.

– Brzmi poważnie.

– Jeśli nie uda nam się rozwiązać zagadki, zarząd może uznać, że muzeum potrzebuje nowego dyrektora – przyznał Virgil.

– Niedobrze. Musiałbyś być moim utrzymankiem, dopóki nie znalazłbyś nowej pracy. – Emily Augustine była lekarką rodzinną w szpitalu Lima Memorial w Wapakonecie i zarabiała więcej od męża. Więcej od niego również pracowała i to stąd wzięła się tradycja cotygodniowych randek. Gdyby nie ona, Augustine’owie zapewne ciągle by się mijali i nie mieliby kiedy spędzić ze sobą nawet chwili.

– Potrafię sobie wyobrazić gorszy los niż bycie twoim utrzymankiem, wolałbym jednak zachować stanowisko.

– Skoro się upierasz. No dobrze, jest w tym jakaś logika – zażartowała Emily. – Tym razem ci wybaczę, że przegapiłeś naszą randkę, ale jak wrócisz do domu, musisz mi wszystko opowiedzieć.

– Oczywiście – obiecał Virgil. – Naprawdę mi przykro.

– Jakoś mi to później wynagrodzisz – pocieszyła go Emily kokieteryjnie. – A tak na serio to wszystko gra. Libby i tak oddelegowałam do opieki nad chłopakami. Siedzę sobie teraz na tarasie, piję wino i oglądam piękny zachód słońca.

Virgil spojrzał w pomalowane czerwienią wieczoru niebo, po którym leniwie przesuwały się żółte i pomarańczowe chmury.

– Faktycznie piękne dziś niebo – potwierdził. – Przynajmniej ten jego skrawek, który stąd widać. Słońce zasłaniają mi akurat knajpy z fast foodem.

– Sporo tracisz. Zresztą nie chodzi tylko o zachód słońca, księżyc też wygląda obłędnie.

– Widzisz księżyc? – Poprzedniej nocy był nów, co oznaczało, że tego wieczoru na niebie powinno się dać zaobserwować w najlepszym razie cienki jak włos srebrzysty sierp, w dodatku najwyżej przez kilka minut tuż po zachodzie słońca. Virgil orientował się w fazach księżyca nie tylko dlatego, że szefował muzeum lotnictwa i kosmonautyki, choć oczywiście z jego posadą wiązało się takie ryzyko zawodowe. Zwykle aż tak nie przejmował się księżycem ani kalendarzem jego faz, tak się jednak złożyło, że za miesiąc miało wystąpić zaćmienie obrączkowe. Mieszkańcy Wschodniego Wybrzeża Stanów mieli obserwować je w pełnej krasie, Ohio miało się zaś załapać tylko na zaćmienie częściowe, ale dla muzeum Armstronga był to i tak wystarczający pretekst do zrealizowania kilku programów edukacyjnych dla młodzieży szkolnej i zapatrzonych w nocne niebo dorosłych.

– Czy go widzę? Nie da się go przegapić – zapewniła Virgila Emily. – Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby jeden dzień po nowiu był tak jasny i tak wyraźny.

Emily i Virgil poznali się w trakcie studiów podczas grupowego oglądania zaćmienia Księżyca. Emily udała się na to wydarzenie z ówczesnym chłopakiem, z którym szybko zerwała, kiedy zrozumiała, że z Virgilem miała o wiele więcej wspólnego. Nie studiowała wprawdzie astronomii, ale się nią interesowała, za co Virgil na zawsze pozostał wdzięczny nocnemu niebu.

– Musisz go zobaczyć – stwierdziła Emily.

– Fast foody mi nie pozwalają – przypomniał żonie Virgil.

– Gdybyś tylko miał nogi! Przejdź się, serio, póki go widać. Kocham cię – powiedziała Emily i się rozłączyła.

Virgil uśmiechnął się i zastosował do zalecenia pani doktor. Uliczką Apollo Drive doszedł do Bellefontaine Street, głównej ulicy w Wapakonecie, ukośnie przecinającej siatkę wiodących z północy na południe i ze wschodu na zachód przecznic. W okolicy muzeum, jak na ironię, niebo przesłaniały billboardy, lokale z fast foodem i pylony cenowe stacji benzynowych, ale po krótkim spacerze Virgil dojrzał chylące się ku zachodowi słońce i jaśniejący obok niego wyjątkowo jaskrawy, srebrzysty sierp.

Emily miała rację, Virgil w życiu nie widział równie jasnego i wyrazistego księżyca między nowiem a pierwszą kwadrą. Choć słońce jeszcze całkiem nie zaszło, cienki, sierpowaty rogalik bardzo wyraźnie odznaczał się na tle wieczornego nieba.

Nawet ujęty między raczej szpetne detale horyzontu w postaci budynków stacji paliw Murphy USA i warsztatu samochodowego O’Reilly’ego widok zapierał dech w piersiach. Virgil Augustine nie przypominał sobie, by miał przyjemność oglądać równie efektowne zjawisko.

„Księżyc nie powinien być aż tak jasny” – podpowiedział Virgilowi mózg.

„Bądź cicho, mózgu” – odparł Virgil.

Komórka ponownie się rozdzwoniła i znowu stał za tym Bud.

– Otworzyliśmy gablotę – obwieścił. – Powinieneś tu wrócić.

– Wszystko gra?

– Wracaj tu, Virgil, serio – powiedział Bud i się rozłączył.

Kilka minut później Virgil był już z powrotem w muzeum. Na progu Sali Księżycowej, mijając pilnującego końca korytarza bezgłowego astronautę, aż zmarszczył nos.

– Czyli ty też to czujesz i nie mamy omamów węchowych. Chociaż tyle dobrego – mruknął Bud. On, Willa i komendant Wopat oddalili się nieco od rozmontowanej gabloty i stali razem, czekając na Virgila.

– Co to za zapach?

– Ty nam powiedz. – Willa wskazała eksponat.

Jeden z czterech zewnętrznych akrylowych paneli otaczających cokół został zdjęty, a wewnętrzny pleksiglasowy graniastosłup, którym nakryta była księżycowa próbka, podniesiony i odstawiony na bok. Nieksiężycowa nieskała leżała sobie odkryta na podpórce; ekspozycyjny uchwyt się w nią wrzynał, a ona mocno pachniała.

– Nie dotykaliśmy… obiektu – oznajmił Virgilowi Herb Wopat. – Wyszło nam, że ty powinieneś czynić honory.

– Czy ktoś majstrował przy gablocie? – spytał Virgil.

– Nie, przed nami nikt – odparł Bud. – Była szczelnie zamknięta i zapieczętowana.

Virgil podszedł bliżej do okazu i wziął głęboki wdech. Woń bladożółtej bryły nie przypominała zapachu popiołu z węgla drzewnego, którym według astronautów pachniał Księżyc, ani słodkawego, chemicznego zapachu plasteliny. Nieskała pachniała znajomo. Bardzo znajomo.

Niewiele myśląc, bo gdyby się przez chwilę zastanowił, zapewne by tego nie zrobił, Virgil sięgnął do wnętrza gabloty, przesunął paznokciem po powierzchni niezidentyfikowanego obiektu, co pozostawiło w nim płytką brudzę, po czym włożył palec do ust.

– Virgil, co ty, u licha… – zaczął komendant Wopat.

– To ser – przerwał mu Virgil.

– Co? – wyrwało się Budowi i Willi dokładnie w tym samym momencie.

– To ser – powtórzył Virgil.

Na parę chwil zapadła kompletna cisza. Przerwał ją Bud.

– Ale jaki ser? – spytał.

Virgil puścił pytanie mimo uszu, pogrążywszy się w myślach. Dumał nad wszystkim, co się właśnie działo. Nad serem, którego spróbował, i nad księżycem, który kilka minut wcześniej oglądał na wieczornym niebie. Namyśliwszy się, wytarł palec o spodnie, wyjął z kieszeni telefon i zadzwonił do koleżanki, doktor Julie Doss z Magazynu Próbek w Centrum Lotów Kosmicznych imienia Lyndona B. Johnsona w Houston. W należącym do NASA magazynie próbki księżycowe przechowywano w czystych, suchych pomieszczeniach, w sztucznej atmosferze chemicznie obojętnego azotu.

Doktor Doss odebrała po siódmym sygnale, tuż zanim włączyła się poczta głosowa.

– Virgil – rzuciła zwięźle, w swoim nieco wręcz żołnierskim stylu.

– Jak się dziś mają twoje księżycowe próbki? – spytał Virgil i zamilkł.

Doktor Doss również zamilkła, i to na tak długo, że Virgilowi zaczęło się wydawać, że coś przerwało połączenie. Już miał się rozłączyć i ponownie zadzwonić, kiedy nagle usłyszał głos Julie.

– No dobra… – zaczęła doktor Doss. – Co się, kurwa, dzieje?

 

Z subreddita r/astrofotografia

Sfotografował ktoś dziś księżyc?Był dziś w nocy strasznie jasny. To normalne? Dziś nie było widać księżyca, bo był w nowiu. Musiałeś widzieć coś innego. Coś innego, co wyglądało jak księżyc? No chyba nie. Pierdolisz trochę. Poza tym właśnie dziś jest pierwszy dzień w cyklu faz, kiedy księżyc jest widoczny. Dokształć się, błagam.Obserwowałam go z Aurory w Illinois, zgadzam się, był superjasny, ale nie zrobiłam zdjęcia. Zapatrzyłam się, a jak mnie już naszło, że wypadałoby pstryknąć mu fotkę, zdążył się schować za horyzontem. Ktoś jeszcze to widział?Ja widziałem. Najpierw mi się wydawało, że to Wenus albo Jowisz, ale potem wyrosły mu rogi (w sensie, że nabrał kształtu sierpa). Ewidentnie koniec świata jest już bliski, przygotujcie się. Nie mówisz poważnie? Że go widziałem? Mówię. Czy że to koniec świata? Bo tu akurat mam nadzieję, że tak nie jest.Księżyc przed końcem świata będzie krwistoczerwony, nie biały jak… coś białego. Może to Bóg zapomniał zmienić ustawienia swoich LED-ów.Zgłasza się Dallas. Widziałem go i był wyjątkowo jasny. Tak bardzo, że to wręcz niemożliwe, nie zdarza się taki jasny. Księżyc składa się ze skał, które odbijają światło mniej więcej tak samo dobrze jak asfalt. Jaśnieje na nocnym niebie tylko dlatego, że jest w miarę blisko i odbija dużo promieni słonecznych. Ale zeszłej nocy świecił, jakby go pomalowali na biało. A może po prostu znalazł się bliżej Ziemi? Orbity ciał niebieskich są w końcu eliptyczne.Orbita Księżyca jest prawie kolista. Gdyby nie była i gdyby się zbliżył tak, jak sugerujecie, fale na oceanie miałyby teraz po trzydzieści metrów.Są tu jacyś prawdziwi naukowcy? Istnieje naukowe wyjaśnienie tego, co widzieliśmy? Z tej strony prawdziwy naukowiec. Dziś akurat księżyca nie widziałem, ale serio łatwo jest się pomylić. Masa ludzi bierze rozmaite obiekty za księżyc na niebie. Zdarza się, że balony meteorologiczne i sterowce są uznawane jak nie za księżyc, to za UFO. Powierzchnia takich obiektów często jest odblaskowa. Trafiają się też chmury, które odbijają więcej światła od innych. To dużo częstsze zjawisko, niż ludzie myślą. Zaraz zaczniesz nawijać, że gaz bagienny odbija światło Wenus… Proszę popatrzeć w neuralizator!Z całym szacunkiem, twoje wyjaśnienie może by i miało w tym wypadku sens, gdybyśmy mówili o kilku osobach z tej samej okolicy, które obserwowały księżyc w tym samym czasie, ale nie mówimy. Przecież tu się zgłaszają ludzie z całych Stanów. Nie widzieliśmy wszyscy balonów ani sterowców. Nie wydaje mi się, żeby na świecie w ogóle istniało tyle sterowców.Zgłaszam się z Santa Monica w Kalifornii. Zebrało się nas całkiem sporo na molo, patrzyliśmy w niebo i się kłóciliśmy, czy to w ogóle był księżyc, czy coś innego. Pytam poważnie: co tam się odjebało? Na czym stanęło? Jakie głosy były w przewadze? No nikt nic nie wiedział na pewno. Jeden facet zadzwonił do swojego koleżki, który pracuje w Laboratorium Napędu Odrzutowego NASA, żeby go zapytać, co to było. Ale koleżka powiedział, że niczego nie widział, bo mu góry zasłaniały. Czy ludzie z Laboratorium Napędu Odrzutowego nie mają jakichś, bo ja wiem, przyrządów pomiarowych na Księżycu? Może trzeba było sprawdzić wskazania?Melduje się San Diego. Pierwszy raz w życiu widziałam księżyc tak blisko zachodzącego słońca. Próbowałam go już wcześniej uchwycić, ale nigdy niczego nie zaobserwowałam. A dziś w nocy nie dało się go przegapić. Trzeba by chyba patrzeć w ziemię, żeby go nie zauważyć. Stąd pewnie całe to zamieszanie. Ludzie nie wiedzą, co myśleć. Już bardziej prawdopodobne wydaje się, że to było UFO niż nasz księżyc. Nie było przypadkiem filmu, w którym się okazało, że księżyc to wielki latający talerz? W kulturalnym towarzystwie się o tym filmie nie rozmawia.Tu Oxnard w Kalifornii. Widzieliśmy go. Powiem tylko, że mam szczerą nadzieję, że to nie koniec świata, bo za trzy tygodnie się chajtam. Średnio mi się widzi miesiąc miodowy w trakcie apokalipsy. Wcale chyba o wiele nie proszę…Tu OP. Przeczytałem wszystkie komentarze. No ale tak na poważnie, ludzie, co zaszło wczoraj w nocy? Co to było? Czy ktoś wie coś na pewno?

DZIEŃ DRUGI

Waszyngton, Dystrykt Kolumbii | Pokój dowodzenia w Białym Domu

Szef gabinetu prezydenta i personelu Białego Domu Pat Heffernan siedział u szczytu stołu konferencyjnego i przyglądał się czwórce ekspertów, których zaprosił na naradę i którzy dwójkami usiedli przy dłuższych bokach.

– Bierzmy się do roboty – powiedział. – Mamy… – spojrzał na zegarek – szóstą trzydzieści rano. Za dokładnie pół godziny widzę się z prezydentem, a jak wszyscy wiemy, prezydent nie zwykł czytywać codziennych raportów wywiadowczych. W związku z tym przypadła mi w udziale wątpliwa przyjemność wyjaśnienia mu, co się, u diabła, dzieje. Dlatego wy, szanowni państwo, musicie teraz wyjaśnić to mnie. Proszę mówić prostym językiem, żebym zrozumiał i żebym potem mógł jeszcze uprościć przekaz dla prezydenta. No, niech ktoś zacznie.

Nikt nie chciał zacząć.

– Aha, czyli wiadomości są aż tak dobre – mruknął ironicznie Heffernan.

Wskazał doktor Debrę Dixon z NASA.

– Pani. Proszę zacząć.

– Hm, cóż… – zaczęła doktor Dixon cokolwiek niepewnie – to może tak… Wczoraj po południu, a ściślej mówiąc, około godziny piątej czasu wschodniego NASA zauważyło, że kilka księżycowych retroreflektorów z czasów programu Apollo…

– Już się zgubiłem – przerwał jej Heffernan.

Dixon odkaszlnęła i zaczęła ponownie.

– Mamy na Księżycu parę dużych zwiercia… luster – powiedziała i odczekała chwilę, by się upewnić, czy tym razem została zrozumiana. – W te lustra strzelamy laserami, żeby… W celach naukowych… W każdym razie wczoraj po południu te lustra przestały działać.

– Dlaczego przestały?

– Nie było to od razu jasne. Mieliśmy takie lustra w trzech lokalizacjach na powierzchni Księżyca. Poza naszymi były jeszcze trzy inne zestawy. Dwa radzieckie i jeden zainstalowany w dwa tysiące dwudziestym trzecim podczas indyjskiej misji kosmicznej. Te pozostałe lustra też jednak przestały działać.

– I wiemy to, bo spytaliśmy Rosjan i Hindusów? – dopytywał się Heffernan.

– Nie, ich lustra też ostrzelaliśmy laserem. To znaczy strzeliliśmy tam, gdzie wedle naszej wiedzy powinny się znajdować. Nie potrzebujemy do tego pozwolenia. Lustra to lustra, odbijają światło dla każdego.

– No dobrze. Czyli przepadły nam lustra na Księżycu. Co z tego?

– Po tym, jak straciliśmy kontakt, jedno z naszych stanowisk, które należy do sieci Międzynarodowej Służby Pomiarów Laserowych…

– Do czego?

– To taka organizacja, dzięki której jesteśmy w stanie namierzać w kosmosie satelity i inne obiekty z dokładnością do jednego milimetra – wyjaśnił Alan Glover, przedstawiciel Agencji Bezpieczeństwa Krajowego. – MSPL dostarcza nam również danych na temat położenia Księżyca.

Heffernan chrząknął, a doktor Dixon podjęła:

– Kiedy się okazało, że nie możemy skorzystać z luster, jedna z naszych stacji badawczych użyła nieco starszej metody EME, w ramach której odległość Księżyca od Ziemi mierzy się, odbijając od jego powierzchni fale UKF. Kiedy to zrobiliśmy, odkryliśmy coś jeszcze.

– Mianowicie?

– Jak by to… – Dixon omiotła wzrokiem pozostałych specjalistów. – Odbite fale wróciły do nas dużo wcześniej, niż się tego spodziewaliśmy.

Heffernan zrobił gniewną minę i otwierał już usta, by przypomnieć doktor Dixon, że miała upraszczać przekaz, kiedy pułkownik Glenn Axel z Sił Kosmicznych przybył jej z odsieczą.

– To oznacza – powiedział – że powierzchnia Księżyca jest bliżej, niż była.

Jego słowa wyraźnie zaintrygowały Heffernana.

– Dużo bliżej? – spytał szef personelu.

– Niecałe pięćset kilometrów – oznajmiła Dixon.

– Jakim cudem Księżyc znalazł się z dnia na dzień pięćset kilometrów bliżej Ziemi?

– Nie znalazł się – sprostowała Dixon.

– Ale… – zaczął Heffernan i urwał. – Czy państwo się ze mną bawią w zgadywankę jak ze skeczu Abbotta i Costello? – zapytał, po czym przyjrzał się panelowi ekspertów, którzy patrzyli na niego pytająco, i uświadomił sobie, o ile jest od nich wszystkich starszy. – Mniejsza o to. Proszę mi zatem wytłumaczyć, jak Księżyc może jednocześnie być i nie być pięćset kilometrów bliżej Ziemi. Prostym językiem.

– On… urósł.

Heffernan zamrugał nerwowo.

– Księżyc jest z kamienia. Kamienie nie rosną.

Dixon zamilkła na moment, a Heffernanowi przeszło przez myśl, że w jej głowie zaroiło się od przykładów na to, że kamienie mimo wszystko rosną. Nawet jeśli jednak istotnie o tym właśnie myślała, zachowała te naukowe ciekawostki dla siebie.

– Badamy to w tej chwili, proszę pana. Mówiąc skrótowo, Księżyc nadal znajduje się we właściwym miejscu na swojej orbicie okołoziemskiej, ale jego powierzchnia zbliżyła się o niecałe pięćset kilometrów. Z tego wynika, że jego średnica musiała wzrosnąć o prawie tysiąc kilometrów, a stało się to około piątej po południu. Czasu wschodniego. Wczoraj.

– Jak to w ogóle możliwe? – spytał Heffernan.

– W tym sęk, że to właśnie nie jest możliwe – odparł mu pułkownik Axel. – Nie istnieje żadne logiczne, naukowe wyjaśnienie sposobu, w jaki średnica Księżyca miałaby nagle wzrosnąć o tysiąc kilometrów. To jest dosłownie niemożliwe.

– To niemożliwe – powtórzył za nim Heffernan – ale jednak się stało.

– Tak – potwierdził Axel.

Heffernan potarł czoło.

– Muszę się udać na naradę i powiedzieć prezydentowi, a wiecie państwo, jaki on jest, że w ułamku sekundy na powierzchni Księżyca narosła jakimś cudem pięćsetkilometrowa warstwa nowych skał…

Doktor Dixon ledwie słyszalnie pisnęła.

– Słyszałem to – powiedział Heffernan i ponownie wskazał palcem przedstawicielkę NASA. – Dlaczego pani piszczy? Proszę o wyjaśnienie.

– Wolałabym nie. Szczerze. Nie. Niech mi pan nie każe tego tłumaczyć. – Doktor Dixon odwróciła się do pozostałych ekspertów. – Niech ktoś to weźmie na siebie, błagam.

– Ja spróbuję – przyszła jej w sukurs doktor Miriam Golden z Państwowego Centrum Badań Naukowych. Wszyscy uczestnicy odprawy wbili w nią spojrzenia. – Średnica Księżyca wzrosła wprawdzie o prawie tysiąc kilometrów, ale jego masa, na ile potrafimy to określić, pozostała niezmieniona. Gdyby uległa zmianie, obserwowalibyśmy już tego skutki. Na przykład fale pływowe zrobiłyby się o wiele wyższe. Skoro zatem Księżyc urósł, ale nie zmienił masy, musiała spaść gęstość materiału, z jakiego się składa. Jeszcze wczoraj był to bazalt i inne skały. Wygląda jednak na to, że w tej chwili jest to coś zgoła innego.

– No dobrze, rozumiem. Co to więc za nowa, tajemnicza substancja, z której aktualnie zrobiony jest nasz księżyc? – spytał Heffernan.

Doktor Dixon ponownie cichutko zapiszczała.

– Proszę przestać! – warknął na nią szef personelu Białego Domu, po czym ponownie zwrócił się do doktor Golden. – Pani wie, co to jest?

– Przyglądamy się sprawie – odparła Golden. – Nie możemy jeszcze niczego potwierdzić, ale wczoraj, mniej więcej w tym samym czasie, w którym zniknęły nasze zwierciadła, w magazynie próbek księżycowych Centrum Lotów Kosmicznych w Houston stwierdzono pewien problem. Na samym początku myśleliśmy, że doszło do zuchwałej kradzieży, ale w niedługim czasie z pozostałych placówek badawczych w całych Stanach, gdzie przechowuje się skały księżycowe, spłynęły zawiadomienia o podobnych nieprawidłowościach. We wszystkich przypadkach, które jak dotąd przeanalizowaliśmy, próbki skał zniknęły i zostały zastąpione czymś innym. Inną substancją.

– Jaką? – spytał Heffernan.

Golden spojrzała szefowi gabinetu prezydenta w oczy i odpowiedziała powoli, spokojnie i z najwyższą powagą:

– Serem.

Dixon wyrwał się kolejny pisk.

Heffernan wybuchł zaś śmiechem i długo nie przestawał. Kiedy jednak spostrzegł, że żadna z siedzących przy stole osób nawet się nie uśmiechnęła, w końcu ucichł.

– To jakiś żart – stwierdził. – To musi być żart.

Nikt mu nie odpowiedział.

– Szanowni państwo, za przeproszeniem, jaja sobie, kurwa, robicie? – zwrócił się wreszcie do zebranych w pokoju dowodzenia specjalistów. – Jesteście przedstawicielami społeczności naukowej i wywiadu i mówicie mi, że Księżyc, cały pierdolony Księżyc, zmienił się w, kurwa jego mać, ser?

– Tak jest – potwierdziła Golden, która nie zdążyła odwrócić wzroku i nadal, cokolwiek wbrew sobie, patrzyła szefowi personelu w oczy.

– Bzdury! – warknął ten. – To niemożliwe.

– Zgoda, to niemożliwe – przyznał pułkownik Axel – ale na chwilę obecną to nasze najbardziej prawdopodobne przypuszczenie.

– To ma być najbardziej prawdopodobne? – grzmiał Heffernan.

– Sprawdzaliśmy to – zapewniła go Dixon, podnosząc nieco głos ponad dotychczasowy poziom pisków. – Zbadaliśmy ser, który znaleźliśmy w miejscu naszej księżycowej próbki. Określiliśmy jego masę i gęstość, a uzyskane tak wartości zestawiliśmy ze zmianami, które zaszły w objętości Księżyca. Wszystko się zgadza.

– Co to znaczy „wszystko się zgadza”?

– Nie wiem, jak to inaczej powiedzieć! – wyjęczała Dixon. – Gdyby Księżyc był nie ze skały, a z takiego sera, w jaki najwyraźniej zmieniła się nasza próbka, to przy jednakowej masie jego średnica wzrosłaby o tyle, o ile wygląda na to, że wzrosła. Prawie co do metra. – Naukowczyni oparła łokcie o stół, podparła dłońmi głowę i wbiła spojrzenie w blat.

Heffernan myślał przez jakąś minutę, po czym spytał:

– Jaki to ser?

– Już nawet nie chodzi o to, że to ser! – wybuchła Dixon, podnosząc znów głowę. – To jest ser niezróżnicowany, jednorodny!

– Nie… nie znam się na serach. To jakiś specjalny rodzaj? – dopytywał się Heffernan.

– Pani doktor ma na myśli to, że mamy do czynienia z jednym i tym samym rodzajem sera na powierzchni i pod nią – wyjaśnił Axel. – Ziemia i Księżyc składają się z różnych warstw. Księżyc ma skorupę, płaszcz i jądro. Na zewnątrz jest skalisty, pod warstwą skały stałej znajduje się warstwa skały częściowo stopionej, a w samym środku stałe, gęste, metaliczne jądro. Tylko trzeba by to wszystko zacząć mówić w czasie przeszłym, bo ten nowy Księżyc nie ma żadnych warstw. Da się to ustalić, porównując wyniki pomiarów jego objętości z profilem zgromadzonych na Ziemi próbek skał księżycowych… Znaczy sera. Wygląda na to, że aktualnie Księżyc zrobiony jest z jednego rodzaju na każdej głębokości. Gęstość i konsystencja… nabiału nie ulegają zmianom.

– Jak na razie – wymamrotała Dixon.

– Jak na razie… – Heffernan powtórzył jak echo, które nadaje słowom lekko pytającą intonację.

– Chodzi o to, że bryła sera o średnicy czterech i pół tysiąca kilometrów nie może być zbyt stabilna – wyjaśniła Golden. – Niedługo powinna się zacząć zapadać pod własnym ciężarem.

– Czy to może być niebezpieczne?

– Tego jeszcze nie wiemy – wyznała Golden. – Musimy stworzyć wirtualny model, zasymulować możliwy rozwój wydarzeń. – Przedstawicielka Państwowego Centrum Badań Naukowych spojrzała na doktor Dixon, która wróciła do wpatrywania się stanowczo w blat stołu. – Musimy też zweryfikować, czy Księżyc faktycznie zmienił się w to, w co myślimy. Dostępne dowody zdają się to potwierdzać, ale to mimo wszystko nadal tylko hipoteza. Potrzebujemy więcej danych.

– Kiedy uda nam się je zgromadzić? – spytał Heffernan.

– Już nad tym pracujemy.

– Kto nad tym pracuje?

– My wszyscy. Wszystkie agencje – zapewnił szefa gabinetu prezydenta pułkownik. – W oczywisty sposób ta sytuacja nastręcza potencjalnych trudności. Należy rozważyć kwestie naukowe, ale i kwestie bezpieczeństwa.

Heffernan sam rozważył słowa pułkownika, po czym ponownie spojrzał na doktor Dixon.

– A jak ta zmiana wpłynie na planowane loty na Księżyc?

NASA od dekad obiecywało, że wróci na ziemskiego satelitę, i dopiero co zdążyło zapowiedzieć kolejny lot załogowy i lądowanie. Zaplanowano już nawet loty próbne, nie tylko państwowe, lecz również organizowane przez współpracujące z NASA prywatne podmioty. Za tydzień z placówki przedsiębiorstwa PanGlobal Aerospace w Ekwadorze miał wystartować lot bezzałogowy. Jego celem miało być przetestowanie nowego lądownika księżycowego, którego zaprojektowanie i budowę zleciło agencji NASA.

– Na serze raczej trudno wylądować – zawyrokowała Dixon.

– O ile to faktycznie ser – zwróciła się do niej Golden.

Dixon przytaknęła.

– Cokolwiek to jest, nie zaryzykujemy lądowania, dopóki nie ustalimy, czy to bezpieczne. Ta decyzja nie należy do mnie, ale nie zdziwiłabym się, gdyby lądowanie trzeba było odroczyć na czas nieokreślony.

Heffernan skrzywił się, słysząc to rokowanie. Wszyscy Amerykanie wiedzieli, że prezydent jako chłopiec marzył o byciu astronautą i że bardzo zależało mu na tym, żeby do kolejnego lądowania doszło za jego kadencji. Byłby to wielki sukces jego administracji i jakiekolwiek opóźnienia bardzo by go rozgniewały. Szef personelu Białego Domu postanowił o tym chwilowo nie myśleć i zwrócił się do Alana Glovera z Agencji Bezpieczeństwa Krajowego.

– Kto o tym wie?

– W sensie, że coś dziwnego dzieje się z Księżycem? – upewnił się Glover. – Wszyscy. Wszyscy mieszkańcy planety Ziemia. Księżyc widać na niebie nawet za dnia, świeci niedaleko słońca. Z czegokolwiek jest teraz zrobiony, czy to ser, czy nie, stał się o wiele jaśniejszy niż dotychczas. Słońce już wzeszło, możemy wyjść na zewnątrz i sami zobaczyć.

– Rozumiem, że monitorujecie łączność… Czy z przechwyconych przekazów wynika, że ktoś poza nami wie o tej… nabiałowej sytuacji? – spytał Heffernan.

– Mamy niewiele konkretów. To znaczy pojawiły się informacje i z jawnych, i z zabezpieczonych kanałów, ale to było do przewidzenia. Naukowcy poruszają temat otwarcie w mediach społecznościowych. Choć nie mają próbek – stwierdził Glover i skinął głową doktor Dixon – to raczej już rozgryźli problem średnicy, masy i gęstości. Do tego nie trzeba laboratorium, to czysta matematyka.

– No a co z tymi próbkami? – zapytał Heffernan. – Kto poza nami ma skały księżycowe?

– Masa ludzi – odpowiedziała mu Dixon. – Po lądowaniu sprezentowaliśmy księżycowe kamienie każdemu krajowi na świecie. Przez lata wiele próbek zaginęło lub zostało skradzionych, ale dostatecznie dużo spośród nich jest nadal na widoku. Czy to w muzeach, czy w innych placówkach.

– I wszystkie zmieniły się w ser…

– Nikt się do nas jeszcze w tej sprawie nie zgłosił, ale wciąż jest wcześnie.

Heffernan odwrócił się do Glovera.

– Pańska agencja się na coś natknęła, jeśli chodzi o te próbki?

– Jeszcze nie, ale powtórzę, to wyłącznie kwestia czasu – zapewnił Glover. – O ile dobrze pamiętam, to rzeczone próbki są dość małe – kontynuował, a Dixon mu przytaknęła – i jeszcze przez przynajmniej kilka godzin wszystkie agencje i placówki, które znajdą w miejscu swoich księżycowych skał ser, uznają, że musiało dojść do kradzieży, tak jak i my z początku założyliśmy. Wydaje mi się, że na razie nie należy wyprowadzać ich z błędu.

– Nikt nie ogłosił w mediach, że ukradł Księżyc? Żadne państwo zbójeckie ani grupa terrorystyczna nie chwali się sukcesem? – spytał Heffernan.

– Nie, na razie nie – odparł Glover. – Ale ktoś sobie niedługo przypisze zasługi. Ktoś do tego skory zawsze się znajdzie.

– A dla jasności, i sam nie wierzę, że państwa o to pytam, nie jest możliwe, żeby ktoś spośród naszych wrogów dysponował technologią konieczną do zrobienia czegoś takiego?

– Nie, proszę pana – oznajmił Glover z pełną powagą. – Wiemy w zasadzie wszystko na temat aktualnych możliwości naszych wrogów i sojuszników. Nie przechwyciliśmy żadnych transmisji, które poruszałyby choćby zbliżony temat. Zresztą naprawdę nikt na świecie nie posiada zaplecza technologicznego, które umożliwiłoby usunięcie Księżyca z orbity i zastąpienie go ogromną bryłą… prawdopodobnie sera.

– My też nie?

– Jego pan spyta. – Glover wskazał Heffernanowi pułkownika Axela z Sił Kosmicznych.

– Nie, proszę pana, my też nie – powiedział Axel. – A nawet gdybyśmy byli w stanie zrobić coś takiego, to nie miałoby sensu. Pozbycie się Księżyca i podłożenie w jego miejsce planetoidy zrobionej z sera, jeśli to faktycznie jest ser, nie wydaje się służyć żadnemu militarnemu celowi. To by nie miało najmniejszego sensu.

Heffernan spojrzał na zegarek.

– Muszę już iść – oznajmił – pozwolę sobie więc podsumować to, do czego dziś doszliśmy. Wczoraj pod wieczór Księżyc został zastąpiony bryłą sera o takiej samej wadze…

– Masie – poprawili go jednocześnie Dixon, Golden i Axel.

– O takiej samej, kurwa, masie – westchnął Heffernan wyraźnie poirytowany – a my nie mamy pojęcia, jak to się stało ani dlaczego. Jedyne, co możemy w tej chwili powiedzieć z pewnością, to że nie stoimy za tym ani my, ani żadne państwo czy grupa spośród tych, które monitorujemy, a wiemy, a raczej domyślamy się, że Księżyc zmienił się w ser, bo wszystkie skały księżycowe na Ziemi zmieniły się w ser w tym samym czasie. Niczego nie pominąłem?

– Mamy dość ogólne pojęcie o całej sprawie, ale takie wydaje się jej sedno – potwierdził Axel.

– I każde z państwa jest się gotowe pod tym stekiem bzdur podpisać?

– Nie mamy w tej chwili lepszej hipotezy na wyjaśnienie tego, co zaszło – stwierdziła Golden.

– Na samą myśl robi mi się niedobrze, ale żadne inne wytłumaczenie nie przychodzi mi do głowy – dodała Dixon.

Heffernan przytaknął.

– Ostatnie pytanie – oznajmił. – Ile nam przyjdzie czekać, aż ten serowy Księżyc zniknie i na jego miejsce wróci poprzedni, kamienny?

Siedzący przy stole konferencyjnym eksperci spojrzeli po sobie.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

O AUTORZE

John Scalzi należy do najpopularniejszych autorów science fiction swojego pokolenia. Jego powieści, w tym ciesząca się od lat niesłabnącą popularnością seria „Wojna starego człowieka”, przyniosły mu wiele prestiżowych wyróżnień, w tym nagrody Hugo i Locus.

Mieszka w Ohio, ale pomieszkuje też w Internecie pod adresem scalzi.com.

COPYRIGHT © by John Scalzi, 2025COPYRIGHT © by Fabryka Słów sp. z o.o., 2026

Tytuł oryginału: When the Moon Hits Your Eye

WYDANIE I

ISBN 978-83-8375-117-7

Kod produktu: 4000654

Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

REDAKTORKA PROWADZĄCAJoanna Orłowska

TŁUMACZENIEJakub Bartoszewicz

REDAKCJAMałgorzata Kłosowicz

KOREKTAAgnieszka Pawlikowska

GRAFIKA NA OKŁADCE ORAZ PROJEKTSzymon Wójciak

ILUSTRACJERobert Łakuta

SKŁAD WERSJI [email protected]

PRODUCENTFabryka Słów sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów [email protected]

DANE DO KONTAKTUFabryka Słów sp. z o.o.ul. Chmielna 28B/400-020 Warszawawww.fabrykaslow.com.plbiuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/

WYDAWCARobert Łakuta

DYREKTORKA WYDAWNICZAIzabela Milanowska

MARKETINGAleksandra KowalskaLuiza Kwiatkowska Urszula Słonecka

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWEDressler Dublin sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32www.dressler.com.pl [email protected]