Seria Napoleońska. 1812. Wielki Odwrót - Paul Britten Austin - ebook

Seria Napoleońska. 1812. Wielki Odwrót ebook

Paul Britten Austin

0,0
62,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

„Podczas odwrotu nawyk zwyciężania kosztował nas dro-

żej niż kiedykolwiek. Chwalebny zwyczaj maszerowania

zawsze naprzód – gdy przyszło do wycofywania się – zro-

bił z nas po prostu uczniaków. Nigdy nie słyszałem o go-

rzej zorganizowanym odwrocie”

Caulaincourt

„Skrajna nędza nie wie co to prawa człowieka. Często

podporządkowuje się wszystko instynktowi samozacho-

wawczemu.”

Luiza Fusil nad Berezyną

„Nigdy, do dnia kiedy to piszę, w 1828 roku, nie widzia-

łem relacji z tego odwrotu, którą mógłbym uznać za prze-

sadną. W istocie jestem pewien, że względem tego, co mu-

sieli znosić jego uczestnicy – przesada jest niemożliwa.”

Porucznik Vossler

„Być może, ze względu na honor ludzkości, nie powinie-

nem opisywać wszystkich tych przerażających scen. Zde-

cydowałem się jednak spisać wszystko to, co widziałem.

A jeśli w czasie tej kampanii popełniono czyny haniebne,

to należy pamiętać, że zdarzały się i szlachetne.”

Sierżant Bourgogne

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 1038

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ty­tuł ory­gi­na­łu: Paul Brit­ten Au­stin, 1812. The Gre­at Re­tre­at told by the su­rvi­vors

Tłu­ma­cze­nie: Woj­ciech Chrza­now­ski, Kle­men­ty­na Chrza­now­ska

Re­dak­cja: An­drzej Ryba

Ko­rek­ta: Anie­la Łaj­kow­ska

Zdję­cia: z ory­gi­na­łu

Pro­jekt okład­ki: Ja­ro­sław Wró­bel

Wer­sja pol­ska map: Mi­chał Szwa­gu­liń­ski

Skład kom­pu­te­ro­wy: Woj­ciech Chrza­now­ski

Pol­ska wer­sja in­dek­su: Alek­san­dra Re­roń-Mi­ścic­ka

Ory­gi­nal­na wer­sja ni­niej­szej książ­ki zo­sta­ła wy­da­na przez

Gre­en­hill Bo­oks, Lon­don and Stack­po­le Bo­oks, Pen­n­sy­lva­nia

All ri­ghts re­se­rved.

Co­py­ri­ght © 1996 by Paul Brit­ten Au­stin

Pra­wa mo­ral­ne au­to­rów pa­mięt­ni­ków i wspo­mnień zo­sta­ły uwzględ­nio­ne

Co­py­ri­ght for Po­lish edi­tion © 2005 by „Fin­na”

ISBN 978-83-68435-45-0

Wy­da­nie 1 w ję­zy­ku pol­skim

Gdańsk

Ofi­cy­na wy­daw­ni­cza FIN­NA

80–768 Gdańsk, ul.Dzie­wa­now­skie­go 5/6

tel.:603 892 042

e-mail: fin­na@fin­na.com.pl

www.fin­na.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Tom ten de­dy­ku­ję

dwóm naj­więk­szym znaw­com

dzie­jów epo­ki na­po­le­oń­skiej w świe­cie an­glo­ję­zycz­nym:

Pro­fe­so­ro­wi Da­vi­do­wi Chan­dle­ro­wi, dok­to­ro­wi li­te­ra­tu­ry (Oxford)

oraz

Joh­no­wi R. El­tin­go­wi, eme­ry­to­wa­ne­mu puł­kow­ni­ko­wi Ar­mii Sta­nów

Zjed­no­czo­nych

jako wy­raz wdzięcz­no­ści za ich uprzej­mość i ła­ska­wość

„Pod­czas od­wro­tu na­wyk zwy­cię­ża­nia kosz­to­wał nas dro­żej niż kie­dy­kol­wiek. Chwa­leb­ny zwy­czaj ma­sze­ro­wa­nia za­wsze na­przód – gdy przy­szło do wy­co­fy­wa­nia się – zro­bił z nas po pro­stu ucznia­ków. Nig­dy nie sły­sza­łem o go­rzej zor­ga­ni­zo­wa­nym od­wro­cie”

Cau­la­in­co­urt

„Skraj­na nę­dza nie wie co to pra­wa czło­wie­ka. Czę­sto pod­po­rząd­ko­wu­je się wszyst­ko in­stynk­to­wi sa­mo­za­cho­waw­cze­mu.”

Lu­iza Fu­sil nad Be­re­zy­ną

„Nig­dy, do dnia kie­dy to pi­szę, w 1828 roku, nie wi­dzia­łem re­la­cji z tego od­wro­tu, któ­rą mógł­bym uznać za prze­sad­ną. W isto­cie je­stem pe­wien, że wzglę­dem tego, co mu­sie­li zno­sić jego uczest­ni­cy – prze­sa­da jest nie­moż­li­wa.”

Po­rucz­nik Vos­sler

„Być może, ze wzglę­du na ho­nor ludz­ko­ści, nie po­wi­nie­nem opi­sy­wać wszyst­kich tych prze­ra­ża­ją­cych scen. Zde­cy­do­wa­łem się jed­nak spi­sać wszyst­ko to, co wi­dzia­łem. A je­śli w cza­sie tej kam­pa­nii po­peł­nio­no czy­ny ha­nieb­ne, to na­le­ży pa­mię­tać, że zda­rza­ły się i szla­chet­ne.”

Sier­żant Bo­ur­go­gne

Nie mam wła­ści­wie nic do do­da­nia do przed­mów ja­kie na­pi­sa­łem do dwóch pierw­szych to­mów tego dzie­ła: 1812. Marsz na Mo­skwę i 1812. Na­po­le­on w Mo­skwie, poza tym, że ni­niej­szy wo­lu­men za­my­ka dra­mat, ja­kim była ka­ta­stro­fa w Ro­sji, dra­mat – ja­kie­go do­świad­czy­li sami na­jeźdź­cy – opo­wie­dzia­ny ich wła­sny­mi sło­wa­mi. Uwa­gi do­ty­czą­ce mo­jej tech­ni­ki tłu­ma­cze­nia oraz in­nych me­tod ja­kie sto­so­wa­łem, przed­sta­wia­jąc mój „słow­ny film”, cier­pli­wy czy­tel­nik może zna­leźć w tam­tych przed­mo­wach.

Cała ta hi­sto­ria była już oczy­wi­ście opo­wia­da­na nie­zli­czo­ną ilość razy. Po­mi­ja­jąc nie­śmier­tel­ne dzie­ło sier­żan­ta Bo­ur­go­gne’a, po wszyst­kich wspo­mnie­niach i pa­mięt­ni­kach wi­dać jed­nak, że – praw­do­po­dob­nie z po­wo­du sa­mej ska­li wy­da­rzeń, któ­ra znu­ży­ła au­to­rów bądź ich wy­daw­ców – są one, ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów, w więk­szym lub mniej­szym stop­niu stresz­cze­nia­mi. Jak czy­tel­nik zo­ba­czy, ist­nie­je wie­le re­la­cji na­ocz­nych świad­ków wy­da­rzeń. W rze­czy sa­mej ma­te­riał z któ­re­go czer­pa­łem cy­to­wa­ne tek­sty obej­mu­je świa­dec­twa oko­ło 160 uczest­ni­ków tej woj­ny i oka­zał się nie­mal­że zbyt wiel­ki, a trze­ba pa­mię­tać, że im mniej­sza licz­ba oca­la­łych, tym bar­dziej szcze­gó­ło­we sta­ją się ich opi­sy. Pierw­szym i je­dy­nym ce­lem mo­je­go pro­jek­tu było od­two­rze­nie – w mak­sy­mal­nym zbli­że­niu – frag­men­tu cza­sów mi­nio­nych. Jest to – oczy­wi­ście – ilu­zją. Naj­bar­dziej obiek­tyw­ny i szcze­gó­ło­wy opis i tak skła­da się je­dy­nie na mi­lio­no­wą część rze­czy­wi­sto­ści. Set­ki, może ty­sią­ce in­nych uczest­ni­ków tych wy­da­rzeń pi­sa­ło za­pew­ne dzien­ni­ki, któ­re ra­zem z ich au­to­ra­mi za­gi­nę­ły w śnie­gach. Mój umysł wzdra­ga się na myśl o za­da­niu, ja­kie by mnie cze­ka­ło, gdy­by oca­la­ły. To, co mnie fa­scy­no­wa­ło, to szcze­gó­ły za­cho­wa­nych ma­te­ria­łów. Je­śli są one cza­sa­mi zbyt dra­stycz­ne dla de­li­kat­ne­go czy­tel­ni­ka, to mogę je­dy­nie za­su­ge­ro­wać, aby je po­mi­nął. Nie moż­na już jed­nak po­mi­jać wy­pły­wa­ją­cych z nich wnio­sków, gdyż by­ło­by to in­te­lek­tu­al­nie nie­uczci­we. Bel­lum dul­ce in­e­xper­tis, po­wia­da Erazm z Rot­ter­da­mu – „Woj­na miła jest dla tych, któ­rzy jej nie do­świad­czy­li!”.

Mimo tej cią­gle na­ra­sta­ją­cej masy na­ocz­nych re­la­cji (z in­nych nie ko­rzy­sta­łem, ale nowe wspo­mnie­nia cią­gle wy­pły­wa­ją na świa­tło dzien­ne), pró­bo­wa­łem, żeby ca­łość kom­po­no­wa­ła się sama w coś w ro­dza­ju – mam na­dzie­ję – ogrom­nej sym­fo­nii. Jej pierw­sze wspa­nia­łe tak­ty roz­brzmie­wa­ją dźwię­ka­mi trą­bek i bęb­nów Gwar­dii Ce­sar­skiej, przy któ­rych prze­kra­czał ona Nie­men owej nocy świę­to­jań­skiej 1812 roku, zaś ostat­nie – to tony roz­pa­czy i prze­ra­że­nia – ni­czym „za­mar­z­nię­te” dźwię­ki wio­lon­cze­li – gło­sy nie­licz­nych oca­lo­nych z epo­pei.

Na ko­niec po­zwa­lam so­bie na kil­ka­na­ście zdań w to­nie bar­dzo oso­bi­stym. Ukoń­cze­nie ca­łe­go dzie­ła za­ję­ło mi pra­wie 25 lat. Je­śli wy­trwa­łem do tego mo­men­tu – za­ry­zy­ku­ję na­wet stwier­dze­nie: je­śli star­czy­ło mi sił – to nie z po­wo­du ja­kiejś na­ra­sta­ją­cej fa­scy­na­cji hi­sto­rią woj­sko­wo­ści jako taką czy na­wet ob­se­sji na tym punk­cie, ale ze wzglę­du na tak licz­ne oka­zje do wej­rze­nia w ude­rza­ją­ce za­ka­mar­ki na­tu­ry ludz­kiej. Pod ko­niec – cza­sa­mi – cała hi­sto­ria owe­go roku 1812 wy­da­wa­ła mi się tra­gicz­nym pa­ra­dyg­ma­tem ludz­kiej eg­zy­sten­cji. Po­cząt­ko­wy wy­nio­sły, by nie rzec aro­ganc­ki, opty­mizm – chy­bio­ne kal­ku­la­cje – ich prze­ra­ża­ją­ce re­zul­ta­ty – nagi ego­izm prze­trwa­nia – upór jed­nych, a tchó­rzo­stwo i pod­da­nie się lo­so­wi in­nych – bo­ha­ter­stwo i praw­dzi­wa wiel­kość nie­licz­nych – przy­ja­cie­le po­rzu­ca­ni na po­bo­czach dróg… Homo ho­mi­ni lu­pus – lam­part nie zmie­nia swo­je­go DNA, co na­sze „nie­wy­ba­czal­ne stu­le­cie” aż nad­to ja­sno wy­ka­za­ło. Ża­den fi­lo­zof o naj­bar­dziej pe­sy­mi­stycz­nym na­sta­wie­niu nie po­trze­bo­wał­by lep­szych przy­kła­dów tego, co Dr John­son na­zwał „próż­no­ścią ludz­kich pra­gnień”, a co zo­sta­ło tu­taj wy­ka­za­ne nie­omal geo­me­trycz­nie w es­te­ty­ce – po­wie­dział­bym – swo­jej wła­snej hi­sto­rycz­nej lo­gi­ki. Nie mu­sia­łem ni­cze­go upięk­szać.

Wy­ra­zy wdzięcz­no­ści kie­ru­ję do mo­je­go wy­daw­cy, Lio­ne­la Le­ven­tha­la, za jego od­da­nie pro­jek­to­wi, któ­ry w koń­cu roz­rósł się do nie­mal tylu słów, ilu żoł­nie­rzy było w Wiel­kiej Ar­mii. To w jego biu­rze, bar­dzo już daw­no temu, pro­jekt ten się na­ro­dził. Lio­nel oka­zał mu – i mnie – wiel­ką cier­pli­wość, kosz­tu­ją­cą go nie­mal po­ło­wę jego ka­rie­ry za­wo­do­wej. Obaj z ko­lei je­ste­śmy wdzięcz­ni trzem eks­per­tom, któ­rzy kry­tycz­nie spoj­rze­li na tekst ksią­żek. Są to: Phi­lip J. Hay­thorn­th­wa­ite, Dig­by Smith i John R. El­ting – wszy­scy bę­dą­cy wy­bit­ny­mi

Przed­mo­wa au­to­ra­mi dzieł na te­mat hi­sto­rii epo­ki na­po­le­oń­skiej. Ich by­stre oczy i do­głęb­na wie­dza po­zwo­li­ły na wy­eli­mi­no­wa­nie wie­lu więk­szych i mniej­szych błę­dów. Po­wi­nie­nem po­dzię­ko­wać tak­że w spo­sób szcze­gól­ny pro­fe­so­ro­wi Al­gir­da­so­wi Ja­kub­cio­ni­so­wi z Uni­wer­sy­te­tu Wi­leń­skie­go za jego po­moc w za­kre­sie do­bo­ru ilu­stra­cji i za ich do­star­cze­nie. Za po­moc w tym sa­mym za­kre­sie dzię­ku­ję też – ko­lej­ny już raz – Pe­te­ro­wi Har­ring­to­no­wi z Brown Uni­ver­si­ty w Pro­vi­den­ce, Rho­de Is­land, USA.

Paul Brit­ten Au­stin

Daw­lish, S. De­von, 1996

Pier­re Au­vray, ka­pi­tan, 23. Pułk Dra­go­nów

Lo­uis­Be­gos, ka­pi­tan, star­szy ad­iu­tant w 2. Szwaj­car­skim Puł­ku Pie­cho­ty Lek­kiej

Vin­cent Ber­trand, sier­żant ka­ra­bi­nie­rów w 7. Puł­ku Pie­cho­ty Lek­kiej, dy­wi­zja Gérar­da, I Kor­pus

Ho­no­ré Beu­lay, pod­po­rucz­nik, 36. Pułk Pie­cho­ty Li­nio­wej, dy­wi­zja Par­ton­ne­aux, IX Kor­pus

Hu­bert Biot, ka­pi­tan, ad­iu­tant ge­ne­ra­ła Pa­jo­la

Gu­il­lau­me Bon­net, ka­pi­tan w 18. Puł­ku Pie­cho­ty Li­nio­wej, III Kor­pus

Jean-Fra­nço­is Bo­ulart, ma­jor ar­ty­le­rii Gwar­dii

A.-J.-B.-F. Bo­ur­go­gne, sier­żant Puł­ku Fi­zy­lie­rów-Gre­na­die­rów Mło­dej (Śred­niej) Gwar­dii

Paul de Bo­ur­go­ing, po­rucz­nik w 5. Puł­ku Ty­ra­lie­rów, tłu­macz ge­ne­ra­ła De­la­bor­de’a, Mło­da Gwar­dia

Hen­ryk Brandt, ka­pi­tan w 2. Puł­ku Le­gii Nad­wi­ślań­skiej

Jean-Marc Bus­sy, wol­ty­żer, 3. Pułk Szwaj­car­ski, II Kor­pus

Jean Ca­los­so, star­szy sier­żant puł­ku, 24. Pułk Sza­se­rów, bry­ga­da Ca­ste­xa, II Kor­pus V.E.B. Ca­stel­la­ne, ka­pi­tan, ofi­cer do zle­ceń w CKG

Ar­mand de Cau­la­in­co­urt, ge­ne­rał, Wiel­ki Ko­niu­szy, od­po­wie­dzial­ny za cały trans­port Ce­sar­skiej Kwa­te­ry Głów­nej i służ­bę ku­rier­ską

De­zy­de­ry Chła­pow­ski, puł­kow­nik 1. Pol­skie­go Puł­ku Szwo­le­że­rów Gwar­dii, Bry­ga­da Lan­sje­rów Gwar­dii Col­ber­ta

Jean-Ni­cho­las Cu­rély, star­szy sier­żant puł­ku, 20. Pułk Sza­se­rów, bry­ga­da Cor­bi­ne­au, II Kor­pus

De­dem van der Gel­der, ge­ne­rał bry­ga­dy, były dy­plo­ma­ta, przy­dzie­lo­ny do CKG

Fra­nço­is Du­mon­ce­au, ka­pi­tan do­wo­dzą­cy kom­pa­nią 2. Puł­ku Lan­sje­rów Gwar­dii („Czer­wo­ni Lan­sje­rzy”) w Bry­ga­dzie Lan­sje­rów Gwar­dii col­ber­ta

Vic­tor Du­puy, puł­kow­nik w 7. Puł­ku Hu­za­rów, dy­wi­zja Bruy­ère’a, 1. Kor­pus Ka­wa­le­rii

B.T. Du­ver­ger, ka­pi­tan płat­nik w I Kor­pu­sie Da­vo­uta

Hen­ri-Pier­re Everts, ma­jor, 33. Pułk Pie­cho­ty Li­nio­wej, dy­wi­zja Du­fo­ura, I Kor­pus

G. de Fa­ber du Faur, ma­jor do­wo­dzą­cy ar­ty­le­rią re­zer­wo­wą III Kor­pu­su Neya

Ba­ron A.-J.-F. Fain, dru­gi se­kre­tarz Na­po­le­ona

Ray­mond Fau­re, chi­rurg, 3. Kor­pus Ka­wa­le­rii Gro­uchy’ego (je­niec)

Fe­zen­sac, diuk, puł­kow­nik, 4. Pułk Pie­cho­ty Li­nio­wej, dy­wi­zja Ra­zo­uta, III Kor­pus

Char­les Fra­nço­is, „dro­ma­der z Egip­tu”, ka­pi­tan do­wo­dzą­cy kom­pa­nią gre­na­dier­ską 30. Puł­ku Pie­cho­ty Li­nio­wej, dy­wi­zja Mo­ran­da, I Kor­pus

Lo­uise Fu­sil, ak­tor­ka po­dró­żu­ją­ca z CKG

Ga­spard Gou­r­gaud, ba­ron, puł­kow­nik, pierw­szy of­fi­cier d’or­don­nan­ce, CKG

Lu­bin Grio­is, puł­kow­nik ar­ty­le­rii kon­nej, 3. Kor­pus Ka­wa­le­rii

J.L. Henc­kens, pod­ofi­cer, p.o. star­sze­go ad­iu­tan­ta w 6. puł­ku Sza­se­rów, dy­wi­zja Cha­ste­la, 3. Kor­pus Ka­wa­le­rii

Dirk van Ho­gen­dorp, ba­ron, ge­ne­rał, ad­iu­tant Na­po­le­ona, gu­ber­na­tor wo­je­wódz­twa wi­leń­skie­go

Po­rphy­re Ja­cqu­emot, po­rucz­nik, 5. kom­pa­nia 5. Puł­ku Ar­ty­le­rii, w wil­nie

Hen­ri de Jo­mi­ni, ba­ron, ge­ne­rał, teo­re­tyk woj­sko­wo­ści, gu­ber­na­tor mia­sta Smo­leń­ska, a tak­że mia­sta Wil­na

von Kalc­kreuth, po­rucz­nik, 2. Pułk Hu­za­rów Pru­skich, bry­ga­da Nie­wiew­skie­go &&&

Bel­lot de Ker­gor­re, ofi­cer ad­mi­ni­stra­cyj­ny od­po­wie­dzial­ny za wóz Skar­bu, ma­sze­ru­ją­cy z CKG

Ka­pi­tan Eu­gène La­bau­me, ze szta­bu IV Kor­pu­su księ­cia Eu­ge­niu­sza, au­tor pierw­szej opu­bli­ko­wa­nej re­la­cji z tej kam­pa­nii (1814)

D.-J. Lar­rey, ba­ron, Na­czel­ny Chi­rurg, CKG

Ce­sa­re de Lau­gier, star­szy ad­iu­tant Gu­ar­dia d’Ono­re Kró­le­stwa Włoch, IV Kor­pus

Tho­mas Le­gler, po­rucz­nik, 1. Pułk Szwaj­car­ski, dy­wi­zja Mer­le’go, II Kor­pus

L.-F. Le­jeu­ne, ba­ron, ge­ne­rał, do cza­su bi­twy pod Bo­ro­di­no je­den z ad­iu­tan­tów Ber­thie­ra, póź­niej szef szta­bu przy Da­vo­ucie

C. F. M. Le Roy, pod­puł­kow­nik, 85. Pułk Pie­cho­ty Li­nio­wej, dy­wi­zja Des­sa­ixa, I Kor­pus

M.-H. de Li­gni­ères, hra­bia, ka­pi­tan w 1. Puł­ku Sza­se­rów Pie­szych Gwar­dii

G. L. de Lo­ren­cez, ge­ne­rał, szef szta­bu przy mar­szał­ku Oudi­no­cie, II Kor­pus

J.-E.-J.-A. Mac­do­nald, mar­sza­łek, diuk Ta­ren­tu, do­wód­ca X Kor­pu­su

A.-A.-A. de­Ma­il­ly-Ne­sle, hra­bia, pod­po­rucz­nik w 2. Puł­ku Ka­ra­bi­nie­rów, ja­dą­cy z CKG

Mar­cel­li­ne Mar­bot, puł­kow­nik 23. Puł­ku Sza­se­rów, bry­ga­da Ca­ste­xa, II Kor­pus

Al­brecht von Mu­raldt, po­rucz­nik, 4. Pułk Szwo­le­że­rów Ba­war­skich, bry­ga­da lek­kiej ka­wa­le­rii Or­na­na przy­dzie­lo­na do IV Kor­pu­su

Amédée de Pa­sto­ret, mar­kiz, ko­mi­sarz woj­sko­wy (ofi­cer za­opa­trze­nia) w Wi­teb­sku

Pier­re Pel­le­port, wi­ceh­ra­bia, puł­kow­nik, 18. Pułk Pie­cho­ty Li­nio­wej, dy­wi­zja Ra­zo­uta, III Kor­pus

Fra­nço­is Pils, „gre­na­dier”, ar­ty­sta, or­dy­nans mar­szał­ka Oudi­no­ta, II Kor­pus

A.-A. Pion des Lo­ches, ma­jor w ar­ty­le­rii pie­szej Gwar­dii

Pla­nat de la Faye, po­rucz­nik, se­kre­tarz ge­ne­ra­ła La­ri­bo­isi­ère’a, sztab ar­ty­le­rii

F.-R. Po­uget, ba­ron, ge­ne­rał, gu­ber­na­tor Wi­teb­ska

D.-G.-F. Du­fo­ur de Pradt, bi­skup, am­ba­sa­dor w War­sza­wie Jean Rapp, ge­ne­rał, ad­iu­tant Na­po­le­ona

Roch-Go­dart, ba­ron, ge­ne­rał, gu­ber­na­tor mia­sta Wil­na

L.-V.-L. Ro­che­cho­uart, emi­grant, hra­bia, słu­żą­cy pod ge­ne­ra­łem Lan­ge­ro­nem w ar­mii Czi­cza­go­wa

Franz Ro­eder, ka­pi­tan, He­ska Gwar­dia Pie­sza

Fra­nço­is Ro­gu­et, ba­ron, ge­ne­rał, do­wód­ca 2. Dy­wi­zji Gwar­dii He­in­rich von Roos, chi­rurg w 3. Puł­ku Sza­se­rów Wir­tem­ber­skich Abra­ham Ros­se­let, ka­pi­tan, 3. Pułk Szwaj­car­ski, dy­wi­zja Mer­le’a, II Kor­pus

M.-J.-T. Ro­set­ti, puł­kow­nik, ad­iu­tant Mu­ra­ta N. T. Sau­va­ge, po­rucz­nik w ta­bo­rach, VIII Kor­pus

Phi­lip­pe de Ségur, hra­bia, ge­ne­rał, za­stęp­ca pre­fek­ta pa­ła­cu, od­po­wie­dzial­ny za muły CKG

T.-J.-J. Séru­zier, ba­ron, puł­kow­nik ar­ty­le­rii kon­nej, 2. Kor­pus Ka­wa­le­rii

Ro­man Soł­tyk, hra­bia, ka­pi­tan, przy­dzie­lo­ny do Wy­dzia­łu To­po­gra­ficz­ne­go CKG

Karl von Suc­kow, ka­pi­tan, ka­wa­le­ria Wir­tem­ber­ska, III Kor­pus Mau­ri­ce Ta­scher, po­rucz­nik sza­se­rów

F.-A. Te­ste, ba­ron, ge­ne­rał, gu­ber­na­tor Wiaź­my

Au­gu­ste Thi­rion, star­szy sier­żant puł­ku w 2. Puł­ku Ki­ra­sje­rów, dy­wi­zja Sa­int-Ger­ma­ina, 1. Kor­pus Ka­wa­le­rii

L.-J. Vion­net, ma­jor, Pułk Fi­zy­lie­rów-Gre­na­die­rów, Mło­da (Śred­nia) Gwar­dia

H. A. Vos­sler, po­rucz­nik, Pułk Hu­za­rów Księ­cia Lu­dwi­ka Pru­skie­go

Ja­kob Wal­ter, sze­re­go­wiec w Puł­ku Pie­cho­ty Wir­tem­ber­skiej

R. War­chot, &&& ka­pi­tan, 8. Pułk Pol­skich Lan­sje­rów

C.-A.-W. We­del, hra­bia, ge­ne­rał, VI Kor­pus

Sir Ro­bert Wil­son, ge­ne­rał, bry­tyj­ski ofi­cer łącz­ni­ko­wy w kwa­te­rze głów­nej Ku­tu­zo­wa

J.-H. Za­łu­ski, ka­pi­tan w 1. Puł­ku Szwo­le­że­rów Gwar­dii (pol­skim)

Po szcze­gó­ły bi­blio­gra­ficz­ne tych i in­nych źró­deł od­sy­łam czy­tel­ni­ka do ob­szer­nych bi­blio­gra­fii w 1812 – Marsz na Mo­skwę i 1812 – Na­po­le­on w Mo­skwie. Do­dat­ko­we źró­dła są po­da­ne w Przy­pi­sach.

Pierw­sze wy­mie­nie­nie na­ocz­ne­go świad­ka, któ­re­go re­la­cja skła­da się na ni­niej­szy „film do­ku­men­tal­ny” o od­wro­cie Na­po­le­ona z Ro­sji, jest za­zna­czo­ne przez wy­róż­nie­nie jego na­zwi­ska kur­sy­wą.

W dniu prze­si­le­nia let­nie­go 1812 roku Na­po­le­on prze­kro­czył Nie­men z dzie­wię­cio­ma kor­pu­sa­mi ar­mii – jed­ną trze­cią mi­lio­na żoł­nie­rzy – co sta­no­wi­ło naj­więk­szą i naj­po­tęż­niej­szą – nie wspo­mi­na­jąc już, że tak­że naj­bar­dziej mię­dzy­na­ro­do­wą ar­mię w hi­sto­rii Eu­ro­py. Ro­sja­nie – aby utrzy­mać po­łą­cze­nie po­mię­dzy swo­imi dwie­ma ar­mia­mi – wy­co­fy­wa­li się po­śpiesz­nie do wnę­trza kra­ju, od­ma­wia­jąc sto­cze­nia wal­nej bi­twy, ja­kiej szu­kał Na­po­le­on. Za­trzy­ma­li się i zde­cy­do­wa­li wal­czyć do­pie­ro 14 sierp­nia pod Smo­leń­skiem, któ­ry po­szedł z dy­mem. Było to pyr­ru­so­we zwy­cię­stwo Fran­cu­zów. Ich głów­na, „mo­skiew­ska” ar­mia stra­ci­ła po dro­dze tylu lu­dzi i koni, że to, co po­win­no stać się de­cy­du­ją­cą bi­twą (Bo­ro­di­no, 7 wrze­śnia), nie przy­nio­sło roz­strzy­gnię­cia. Mo­skwa, ewa­ku­owa­na przez Ku­tu­zo­wa i za­ję­ta przez Fran­cu­zów (14 wrze­śnia), zo­sta­ła pod­pa­lo­na przez gu­ber­na­to­ra Ro­stop­czy­na.

Przez pięć peł­nych złu­dzeń ty­go­dni Na­po­le­on cze­kał na Krem­lu, ma­jąc na­dzie­ję, że car za­wrze po­kój, pod­czas gdy jego awan­gar­da w obo­zie pod Win­ko­wem do­słow­nie gło­do­wa­ła. 18 paź­dzier­ni­ka Ro­sja­nie ją za­ata­ko­wa­li i je­dy­nie na­tych­mia­sto­wa ak­cja Mu­ra­ta oca­li­ła ją przed uni­ce­stwie­niem. Na­stęp­ne­go dnia Na­po­le­on wy­ma­sze­ro­wał z mia­sta na po­łu­dnie – w kie­run­ku Ka­łu­gi i nie­znisz­czo­nych te­re­nów Ukra­iny – z oko­ło 110 000 żoł­nie­rzy i ogrom­ny­mi ta­bo­ra­mi za­ła­do­wa­ny­mi po brze­gi łu­pa­mi z Mo­skwy. 24 paź­dzier­ni­ka 22 000 Wło­chów, Fran­cu­zów i Chor­wa­tów z IV Kor­pu­su księ­cia Eu­ge­niu­sza („Ar­mia Włoch”) na­tknę­ło się i po­ko­na­ło 70 000 Ro­sjan pod Ma­ło­ja­ro­sław­cem. Raz jesz­cze Ku­tu­zow cof­nął się, zaś na­stęp­ne­go dnia, w po­ran­nej mgle, Na­po­le­on o włos unik­nął wzię­cia do nie­wo­li przez Ko­za­ków. Zde­cy­do­waw­szy nie­chęt­nie, że Wiel­ka Ar­mia „dość już uczy­ni­ła dla chwa­ły”, Ce­sarz na­ka­zał od­wrót zde­wa­sto­wa­nym trak­tem przez Mo­żajsk i Wiaź­mę na Smo­leńsk, gdzie miał na­dzie­ję udać się na leża zi­mo­we przed roz­po­czę­ciem dru­giej kam­pa­nii wio­sną 1813 roku. „Przed pół­no­cą obie ar­mie od­wró­ci­ły się ple­ca­mi do sie­bie i po­ma­sze­ro­wa­ły w prze­ciw­nych kie­run­kach”.

FAZA PIERWSZADO SMOLEŃSKA

1„SŁOWO NIEZNANE W ARMII FRANCUSKIEJ”

„Na­gle wszy­scy wy­glą­da­li na obo­jęt­nych” – „od­wrót ran­ne­go lwa” – Ko­za­cy – łupy z Mo­skwy – za­war­tość pew­ne­go wozu – los ran­nych i jeń­ców – Ma­ily-Ne­sle cią­gle śpie­wa – kor­pus Neya w Bo­row­sku – Du­mon­ce­au po­świę­ca swój wó­zek – ko­gut tra­fia do garn­ka Le Roy’a – pro­test Da­vo­uta – Na­po­le­on wi­dzia­ny ocza­mi De­de­ma – na­ra­sta­ją­ce bra­ki żyw­no­ści – ce­sar­ski wy­buch – los ran­nych z Mo­żaj­ska

Po dru­giej nocy spę­dzo­nej w chat­ce tka­cza Na­po­le­on po­now­nie wy­jeż­dża w kie­run­ku Ma­ło­ja­ro­sław­ca. Spo­glą­da na jego dy­mią­ce ru­iny, a po­przez mgłę i dymy – na po­ło­żo­ną za mia­stem rów­ni­nę. Czy Ku­tu­zow na­praw­dę się wy­co­fał? Ra­por­ty są po­twier­dzo­ne. I to wła­śnie, jak za­uwa­ża dru­gi se­kre­tarz Ce­sa­rza, A.-J.-F. Fain, usu­wa jego ostat­nie obiek­cje wo­bec od­wro­tu głów­nym trak­tem – przez Mo­żajsk i Smo­leńsk. Cof­nię­cie się Ku­tu­zo­wa daje przy­najm­niej ar­mii szan­sę ode­rwa­nia się od nie­przy­ja­cie­la. Tak więc, o dzie­wią­tej rano 26 paź­dzier­ni­ka, „przy ogni­sku roz­pa­lo­nym obok dro­gi, [Ce­sarz] wy­da­je roz­kaz wszyst­kim, któ­rzy po­zo­sta­li w Go­rod­ni, aby wy­co­fy­wać się na Bo­rowsk”, od­da­lo­ny o ja­kieś dwa­na­ście mil do tyłu, a o je­de­na­stej przed po­łu­dniem sam od­wra­ca się ple­ca­mi do nie­przy­ja­cie­la, któ­ry tak dłu­go i sku­tecz­nie mu się wy­my­kał.

Jak do­tąd tyl­ko je­den je­dy­ny raz zmu­szo­ny był do od­wro­tu. Jest to więc ope­ra­cja, w któ­rej nie ma, lub ma bar­dzo nie­wie­le do­świad­cze­nia. Wszy­scy in­stynk­tow­nie ro­zu­mie­ją co to zna­czy i głę­bo­ko ich to przy­gnę­bia. Czyż Ce­sarz nie przy­się­gał, że nig­dy nie bę­dzie się wy­co­fy­wał dro­gą, któ­rą przy­był – przez „pu­sty­nię, jaką sami stwo­rzy­li­śmy”?

Sa­mo­zwań­czy ma­larz ba­ta­li­stycz­ny Al­brecht Adam, któ­ry miał już tej kam­pa­nii po dziur­ki w no­sie i ru­szył do domu, wie też do­brze, że po­mię­dzy Mo­skwą a Smo­leń­skiem

„wszyst­ko jest zde­wa­sto­wa­ne na prze­strze­ni po­nad trzy­stu mil. Wio­ski le­ża­ły w ru­inie. Mia­sta były wy­gło­dzo­ny­mi szpi­ta­la­mi. Tych kil­ka sto­dół czy chat, ja­kie nadal sta­ły, były wy­peł­nio­ne tru­pa­mi lu­dzi i zwie­rząt do­mo­wych, cza­sem na wpół zgni­ły­mi. Wy­star­czy­ło iść za tru­pim smro­dem, aby być pew­nym, że jest się na wła­ści­wej tra­sie”.

Tych kil­ku lu­dzi, na ja­kich były cu­kier­nik i jego to­wa­rzy­sze po­dró­ży na­tknę­li się po dro­dze, „ma­ru­de­rów cią­gną­cych za ar­mią i po­zba­wio­nych ja­kie­go­kol­wiek po­ży­wie­nia, z naj­więk­szym tru­dem błą­ka­ło się tu i tam” po kra­ju „prze­peł­nio­nym Ko­za­ka­mi i chłop­stwem”. Kil­ka razy „tyl­ko cu­dem ja­kimś uda­ło się im oca­leć”.1

Mo­ra­le jest kiep­skie. Wszy­scy wie­dzą o tym, jak Ce­sarz „sie­dział przez całą go­dzi­nę” w owej chat­ce w Go­rod­ni, „roz­wa­ża­jąc swo­ją dra­ma­tycz­ną de­cy­zję” i jak wczo­raj­sze­go ran­ka wpa­ko­wał się w ćmę Ko­za­ków,2 przez co o mało nie do­stał się do nie­wo­li. A choć CKG1 sta­ra­ła się jak mo­gła, aby wy­ci­szyć ów szo­ku­ją­cy epi­zod, to „do na­stęp­ne­go wie­czo­ra wie­dzia­ła już o nim cała ar­mia i cała aż trzę­sła się ze zgro­zy na samo jego wspo­mnie­nie”. A tak­że na po­gło­ski, ja­ko­by naj­wyż­sze­go het­ma­na Ko­za­ków, Pła­to­wa,

„po tym jak jego syn zgi­nął w po­tycz­ce po­mię­dzy Ko­za­ka­mi a pol­ski­mi uła­na­mi pod Wie­rie­ją, ogar­nę­ła tak gwał­tow­na nie­na­wiść do Fran­cu­zów, że roz­ka­zał, aby przy­pro­wa­dzać do nie­go każ­de­go ni­skie­go i tę­gie­go Fran­cu­za, aby mógł mu się do­kład­nie przyj­rzeć. Obie­cał po­noć na­wet, że odda rękę wła­snej cór­ki każ­de­mu – choć­by i pro­ste­mu Ko­za­ko­wi – kto przy­pro­wa­dzi mu Na­po­le­ona – ży­we­go lub mar­twe­go”.

Ho­len­der­ski eks­dy­plo­ma­ta i ge­ne­rał bry­ga­dy, De­dem van der Gel­der, któ­ry ścią­gnął na sie­bie nie­chęć Ber­thie­ra za spo­sób, w jaki wsta­wiał się za cu­dzo­ziem­ca­mi i na­wet usły­szał na Krem­lu, że „je­śli nie je­steś pan za­do­wo­lo­ny – mo­żesz wra­cać do domu”, uwa­ża, iż plot­ka ta z pew­no­ścią „za­nie­po­ko­iła Na­po­le­ona”. Nic jed­nak nie wspo­mi­na, jak się o tym do­wie­dział. Wszyst­kie wy­da­rze­nia wska­zu­ją na to, iż sło­wo „od­wrót”, o któ­rym ten zja­dli­wy kry­tyk woj­sko­wo­ści usły­szał w lip­cu w Wi­teb­sku, że „nie ist­nie­je w ar­mii fran­cu­skiej”, sta­je się po­nu­rą rze­czy­wi­sto­ścią.

Za­le­d­wie jed­nost­ki wy­ko­na­ły w tył zwrot i po­ma­sze­ro­wa­ły, jed­na za dru­gą, trak­tem na Bo­rowsk, a już ma­jo­ro­wi A. A. Pio­no­wi des Lo­che­so­wi wy­da­je się, że „wszyst­kich ogar­nę­ło ja­kieś otę­pie­nie”. Ów nowo awan­so­wa­ny ma­jor jest tak­że chro­nicz­nym dy­sy­den­tem i po­wszech­nie zna­nym wszyst­ko­wie­dzą­cym. Ta­kie „otę­pie­nie” – we­dług nie­go – wy­da­je się już te­raz „za­mie­niać nasz od­wrót w po­grom”. Bę­dąc od­po­wie­dzial­nym za 1. kom­pa­nię 2. Puł­ku Ar­ty­le­rii Pie­szej Mło­dej Gwar­dii oraz za część ta­bo­rów, jest on zszo­ko­wa­ny, gdy szef szta­bu ar­ty­le­rii Gwar­dii, ge­ne­rał Lal­le­mand, pod­jeż­dża do nie­go kon­no i roz­ka­zu­je mu, aby

„we­dług wła­sne­go uzna­nia – po­nie­waż po­tra­ci­łem ko­nie – po­rzu­cił wozy amu­ni­cyj­ne, nisz­cząc wie­zio­ną na nich amu­ni­cję.

Na próż­no przed­kła­da­łem mu, że za­trzy­my­wa­nie dział bez od­po­wied­nie­go za­opa­trze­nia jest cał­kiem bez­u­ży­tecz­ne. ‘Ce­sarz’, po­wie­dział ge­ne­rał wład­czo, ‘nie chce, aby po­zo­sta­wić choć­by jed­no dzia­ło!’. Cóż za mą­drość! Czyż­by ten czło­wiek my­ślał, że tyl­ko dzia­ła wpa­da­ją­ce w ręce nie­przy­ja­cie­la będą świad­ka­mi jego od­wro­tu? Ale jego roz­ka­zy zo­sta­ły wy­ko­na­ne”.3

Spra­wy sto­ją więc tak, że żoł­nie­rze już te­raz „po­rzu­ca­ją wozy amu­ni­cyj­ne, i to bez żad­nych for­mal­nych in­struk­cji. Każ­dy z nas po­stę­po­wał we­dług wła­sne­go wi­dzi­mi­się”. Pio­no­wi des Lo­che­so­wi nie przy­cho­dzi na myśl, że prze­cież Na­po­le­on bę­dzie mógł uzu­peł­nić amu­ni­cję w Smo­leń­sku, gdzie znaj­du­ją się ogrom­ne ma­ga­zy­ny wszel­kie­go za­opa­trze­nia, pod­czas gdy dzia­ła to już cał­kiem inna spra­wa. Roz­kaz Lal­le­man­da bę­dzie chy­ba ostat­nim, jaki ma­jor otrzy­ma w Ro­sji.

Na­tu­ral­nie, nie wszy­scy pod­upa­da­ją na du­chu. Puł­kow­nik Lu­bin Grio­is prze­peł­nio­ny jest po­dzi­wem dla „rzad­kiej od­wa­gi i przy­tom­no­ści umy­słu” swo­je­go do­wód­cy kor­pu­su, ge­ne­ra­ła Gro­uchy’ego, któ­re­go 3. Kor­pus Ka­wa­le­rii osła­nia tyl­ną straż ar­mii utwo­rzo­ną przez I Kor­pus Da­vo­uta. Ar­ty­le­ria kon­na Grio­is mia­ła jako ostat­nia prze­kro­czyć most nad prze­ło­mem Łuży:

„Obec­ny wszę­dzie, w spo­koj­nym, nie­mal po­god­nym, na­stro­ju, [Gro­uchy] wle­wał tyle pew­no­ści sie­bie, tyle uf­no­ści w te kon­ne od­dzia­ły, ja­kie jesz­cze mu po­zo­sta­wa­ły, że nie­przy­ja­ciel, mimo wciąż po­na­wia­nych wy­sił­ków, nie po­tra­fił mu prze­szko­dzić, ani na­wet znie­chę­cić. Był to za­iste od­wrót ran­ne­go lwa”.

A prze­cież le­d­wo co do­szedł do sie­bie po ra­nie, jaką otrzy­mał pod Bo­ro­di­no, a po jego ka­wa­le­rii tak­że „zo­sta­ło sta­now­czo zbyt mało” po ca­ło­mie­sięcz­nym gło­do­wa­niu w obo­zie pod Win­ko­wem.4 Jest wspa­nia­ły, sło­necz­ny dzień. Kon­ni ar­ty­le­rzy­ści Grio­is sta­cza­ją nie­ustan­ne po­tycz­ki z cią­gle ro­sną­cą licz­bą Ko­za­ków:

„Nad­cią­ga­li i krę­ci­li się wo­kół nas, cza­sa­mi za­le­d­wie na od­le­głość strza­łu z pi­sto­le­tu. Gdy tyl­ko ata­ki ich sta­wa­ły się na­zbyt oży­wio­ne, za­trzy­my­wa­li­śmy się, aby od­pę­dzić ich pa­ro­ma sal­wa­mi lub szar­żą kil­ku plu­to­nów. Ozna­cza­ło to jed­nak spo­wol­nie­nie na­sze­go mar­szu i czy­nie­nie Ko­za­kom zbyt wiel­kich ho­no­rów. Ogra­ni­czy­li­śmy się więc do zmu­sza­nia ich do oka­za­nia nam sza­cun­ku, po­sy­ła­jąc im kil­ka kar­ta­czy lub strza­łów ka­ra­bi­no­wych i kon­ty­nu­ując marsz”.

Ła­twi do roz­po­zna­nia na­wet z da­le­ka – „przez nie­po­rzą­dek pa­nu­ją­cy w ich ku­pach, nie­wy­raź­ną bar­wę stro­jów jeźdź­ców i mie­sza­ni­nę uży­wa­nych przez nich ko­ni­ków”, Ko­za­cy tak­że jed­nak dys­po­nu­ją ar­ty­le­rią.

„Wień­czy­li oni nie­mal każ­de wzgó­rze w oko­li­cy, po­ja­wia­li się na wszyst­kich dro­gach, na­cie­ra­li w każ­dym kie­run­ku. Wy­pa­try­wa­li­śmy więc ich ze wszyst­kich stron. Na­sze dzia­ła od­po­wia­da­ły ich ar­ma­tom. A we wszyst­kich moż­li­wych miej­scach do­cho­dzi­ło do ma­łej wo­jen­ki po­mię­dzy nimi, a na­szą lek­ką ka­wa­le­rią”.

Owi „bar­ba­rzyń­cy”, o któ­rych na­sze od­dzia­ły zwy­kły ma­wiać „hu­ra­sje­rzy” [niby „ki­ra­sje­rzy”, od ich grom­kich okrzy­ków „hur­ra”5], by­najm­niej ni­ko­go z na­szych nie po­tra­fią za­stra­szyć swo­im po­trzą­sa­niem pi­ka­mi.

„Nie­któ­re z na­szych plu­to­nów raz po raz szar­żo­wa­ły przez owe chmu­ry jeźdź­ców, któ­rzy roz­stę­po­wa­li się przed nimi tyl­ko po to, aby po chwi­li ga­lo­pem po­wró­cić i ze­brać się w ja­kimś in­nym miej­scu i od nowa roz­po­cząć swo­je wrza­ski i pro­wo­ka­cje”.

Zda­rza się, że do­cho­dzi na­wet do in­dy­wi­du­al­nych po­je­dyn­ków:6

„praw­dzi­we­go po­ty­ka­nia się ‘na ko­pie’. Każ­dy z wal­czą­cych sta­rał się wy­ka­zać w oczach ko­le­gów swo­ją wspa­nia­łą od­wa­gą i wy­jąt­ko­wy­mi umie­jęt­no­ścia­mi. Nad wszyst­ki­mi gó­ro­wa­li w tym nasi Po­la­cy… ich spo­sób wal­ki i ich okrzy­ki, w znacz­nej mie­rze przy­po­mi­na­ją­ce ich prze­ciw­ni­ków, po­tra­fi­ły w szcze­gól­ny spo­sób oży­wić i ubar­wić ogól­ny ło­skot dział i eks­plo­du­ją­cych po­ci­sków. Bę­dąc na prze­mian ści­ga­ją­cy­mi i ści­ga­ny­mi, w za­leż­no­ści od tego czy ja­cyś ko­le­dzy przy­by­li im z od­sie­czą, czy też mu­sie­li sta­wić czo­ła no­wym na­past­ni­kom, krą­ży­li w ma­łych od­dział­kach mię­dzy obie­ma ar­mia­mi”,

co two­rzy­ło za­iste wspa­nia­łe wi­do­wi­sko, uwa­ża Grio­is, a co przy­po­mi­na mu jego lek­tu­ry na te­mat daw­nych wo­jen. Nie­któ­rzy jed­nak spo­śród jego lu­dzi zo­sta­ją ran­ni. I tych wła­śnie, pierw­szych pa­dłych w boju, puł­kow­nik pa­ku­je na swo­je wozy amu­ni­cyj­ne:

„jed­nak co cię­żej ran­nych, któ­rzy nie byli w sta­nie do­trzy­mać nam kro­ku na­wet z po­mo­cą swo­ich to­wa­rzy­szy, mu­sie­li­śmy po­rzu­cać na pa­stwę Ko­za­ków. ich bła­ga­nia, ich krzy­ki, ra­ni­ły mi ser­ce. Nie mo­gli­śmy jed­nak dla nich ni­cze­go zro­bić, chy­ba że po­nie­śli­by­śmy ich na wła­snych ra­mio­nach”.

Ko­za­cy są do­praw­dy wszę­dzie. De­dem van der Gel­der, od Mo­skwy zdję­ty z do­wódz­twa i przy­dzie­lo­ny do Ce­sar­skiej Kwa­te­ry Głów­nej, wspo­mi­na jak „przy­cze­pi­li się oni do jego dwóch hu­za­rów – or­dy­nan­sów” pod­czas jego sza­lo­ne­go ga­lo­pu tą wła­śnie dro­gą, kie­dy to „wiózł roz­ka­zy ce­sar­skie dla wi­ce­kró­la” pod­czas ak­cji pod Ma­ło­ja­ro­sław­cem, i „je­dy­nie szyb­ko­ści swo­je­go ko­nia za­wdzię­czał, że nie po­dzie­lił losu or­dy­nan­sów”. Te­raz ge­ne­rał sły­szy, że Ko­za­kom uda­ło się za­sko­czyć na­wet dy­wi­zję Du­fo­ura (daw­niej Frian­ta), któ­rej „za­bra­li kil­ka dział”.

Je­sien­ne dni w Ro­sji nie trwa­ją wiecz­nie. Od cza­su do cza­su nie­bo za­cią­ga się chmu­ra­mi, przy­no­sząc przy­gnę­bia­ją­cą mżaw­kę. Przez na­siąk­nię­tą wodą kra­inę, moc­no za­le­sio­ną dę­ba­mi, je­sio­na­mi i srebr­ny­mi brzo­za­mi – już nie­mal ogo­ło­co­ny­mi z li­ści – od­zna­cza­ją­cy­mi się na spo­koj­nym tle głę­bo­kiej zie­le­ni la­sów igla­stych swo­ją sza­ro­ścią lub bru­nat­no­ścią – ar­mia je­dzie, kro­czy, czy też to­czy się trak­tem na Bo­rowsk, któ­rym tak nie­daw­no na­cie­ra­ła. Czo­ło­we jed­nost­ki wkrót­ce wpa­da­ją na nad­mier­nie roz­ro­śnię­te ta­bo­ry,

„peł­ną nie­ła­du ka­ra­wa­nę wszel­kie­go ro­dza­ju po­jaz­dów woj­sko­wych, nie­wiel­kich po­wo­zów, ca­lèches, ki­bi­tek i do­ro­żek, z któ­rych więk­szość za­przę­żo­na jest w nie­wiel­kie ro­syj­skie ko­ni­ki… a tak­że naj­bo­gat­szych i naj­bar­dziej ele­ganc­kich po­jaz­dów, wo­zów mar­kie­ta­nów, cięż­kich fur­go­nów, bry­czek, dy­li­żan­sów, wszel­kie­go ro­dza­ju ka­ret, wśród któ­rych zda­rza­ły się na­wet dwor­skie”,

a któ­re jesz­cze wczo­raj two­rzy­ły tyły ar­mii, dzi­siaj zaś zmu­szo­ne zo­sta­ły za­wró­cić ko­nie i stać się jej awan­gar­dą. Do tej pory, w dro­dze na nie­osią­gal­ną Ukra­inę, już ja­kieś 20 ty­się­cy tych we­hi­ku­łów roz­le­cia­ło się, po­ła­ma­ło so­bie wza­jem­nie szpry­chy w zde­rze­niach, po­tra­ci­ło ko­nie, czy też – sta­nąw­szy na dro­dze ar­ma­tom – zo­sta­ło pod­pa­lo­nych. A wte­dy, wie­zio­ne na nich

„cen­ne przed­mio­ty, ob­ra­zy, kan­de­la­bry, całe bi­blio­te­ki, zło­te i srebr­ne kru­cy­fik­sy, cy­bo­ria i kie­li­chy, pięk­ne dy­wa­ny, go­be­li­ny, ma­ka­ty, sztu­ki je­dwa­biu we wszyst­kich ko­lo­rach, a tak­że wspa­nia­łe ha­fto­wa­ne zło­tem i sre­brem ubio­ry – tak ko­bie­ce jak i mę­skie – i to z tych, co się je wi­du­je tyl­ko na ksią­żę­cych dwo­rach… dro­go­cen­ne ka­mie­nie, szka­tuł­ki wy­peł­nio­ne bry­lan­ta­mi lub ru­lo­na­mi du­ka­tów”,

sło­wem – cały fan­ta­stycz­ny łup mo­skiew­ski – były wrzu­ca­ne do ro­wów.7 Nadal jed­nak po­zo­sta­ją ogrom­ne masy po­jaz­dów, któ­re kor­ku­ją dro­gę.

Je­śli ist­nie­je czło­wiek do­głęb­nie wście­kły na Ku­tu­zo­wa za prze­ga­pie­nie „tak wspa­nia­łej, wręcz zło­tej oka­zji”, jaka mu się tra­fia­ła pod Ma­ło­ja­ro­sław­cem, a tak­że za ogól­ną in­do­len­cję i fa­inéan­ti­se2 jed­no­okie­go feld­mar­szał­ka, to jest nim na pew­no spe­cjal­ny wy­słan­nik rzą­du bry­tyj­skie­go i ofi­cer łącz­ni­ko­wy w jego kwa­te­rze głów­nej – ge­ne­rał Sir Ro­bert Wil­son. Ar­mia ro­syj­ska, jak no­tu­je on w swo­im Dzien­ni­ku, by­najm­niej nie jest osła­bio­na, a w rze­czy­wi­sto­ści na­wet „zo­sta­ła wzmoc­nio­na licz­ny­mi od­dzia­ła­mi mi­li­cji, któ­re wszyst­kie wal­czy­ły z de­ter­mi­na­cją”. No, a tu­taj masz – jej nie­do­łęż­ny, a może na­wet zdra­dziec­ki do­wód­ca po­zwa­la Bo­na­par­te­mu – temu wro­go­wi ludz­ko­ści – wy­mknąć się z mat­ni!

To wy­star­czy, aby przy­wieść do sza­leń­stwa każ­de­go zdro­wo my­ślą­ce­go czło­wie­ka.

Dla wy­co­fu­ją­cej się ar­mii waż­niej­sze od łu­pów są za­pa­sy żyw­no­ści, tak­że wie­zio­ne w ta­bo­rach. Wie­lu prze­wi­du­ją­cych ofi­ce­rów za­dba­ło już o to, aby ich do­brze za­opa­trzo­ne wozy to­czy­ły się dro­ga­mi z resz­tą wo­zów puł­ko­wych. W dro­dze do Mo­skwy, Rion des Lo­ches, bę­dąc za­le­d­wie ka­pi­ta­nem, mu­siał się dzie­lić swym wo­zem, „w po­ło­wie za­peł­nio­nym do­byt­kiem i re­zer­wo­wy­mi bu­ta­mi mo­jej kom­pa­nii”, ze swo­im po­rucz­ni­kiem. Te­raz, po awan­sie na ma­jo­ra, jest on już upraw­nio­ny do wła­sne­go po­jaz­du, „mniej­sze­go co praw­da, lecz wy­star­cza­ją­co du­że­go, aby po­mie­ścić moje wik­tu­ały na trzy, czte­ry mie­sią­ce od­wro­tu”. Wśród in­nych rze­czy wie­zie też na nim szcze­gól­nie pięk­ny ser­wis obia­do­wy z chiń­skiej por­ce­la­ny, któ­ry przy­padł mu do gu­stu, oraz

„na ewen­tu­al­ność (co uwa­ża­łem za nie­unik­nio­ne) uda­nia się na leża zi­mo­we na le­wym brze­gu Nie­mna, skrzyn­kę z cał­kiem nie­złym wy­da­niem Wol­te­ra i Ro­us­se­au, Hi­sto­rią Ro­sji Cler­ca i Le­ve­sque’a, sztu­ka­mi Mo­li­ère’a, utwo­ra­mi Ri­ro­na, L’Esprit des Lois Mon­te­skiu­sza i kil­ko­ma in­ny­mi dzie­ła­mi, ta­ki­mi jak Hi­sto­ria fi­lo­zo­ficz­na Ray­na­la, opra­wio­na w bia­łą skór­kę cie­lę­cą i zło­co­na na grzbie­cie”.

Na jego nie mniej ob­fi­tą spi­żar­nię skła­da się

„Sto okrą­głych, li­czą­cych so­bie sto­pę śred­ni­cy su­cha­rów, wo­rek za­wie­ra­ją­cy kwin­tal mąki, po­nad trzy­sta bu­te­lek wina, dwa­dzie­ścia do trzy­dzie­stu bu­te­lek rumu i ko­nia­ku, po­nad dzie­sięć fun­tów her­ba­ty i ty­leż samo kawy, ja­kieś pięć­dzie­siąt czy sześć­dzie­siąt fun­tów cu­kru, trzy-czte­ry fun­ty cze­ko­la­dy, kil­ka fun­tów świec”.

Za osiem­dzie­siąt fran­ków ma­jor ku­pił so­bie tak­że „jed­no z naj­pięk­niej­szych fu­ter, ja­kie zo­sta­ły wzię­te z Mo­skwy”. Tego chłod­ne­go dnia jego prze­zor­ność zda­je się zo­stać wy­na­gro­dzo­na. „Pro­wa­dzi­łem dom otwar­ty. Do obia­du rzad­ko było nas mniej niż sied­miu czy ośmiu”. Je­den z pod­le­ga­ją­cych mu ofi­ce­rów ma na­wet na­miot,8 do któ­re­go ma­jor ma do­stęp – w za­mian za po­dzie­le­nie się swo­imi za­pa­sa­mi:

„Przed wy­jaz­dem zje­dli­śmy dużo go­rą­cej zupy. Do kie­sze­ni wło­ży­łem so­bie nie­co chle­ba i cu­kru. Mia­łem też przy so­bie bu­tel­kę rumu. Na po­łu­dnio­wym po­sto­ju wy­pi­ja­łem kil­ka kie­lisz­ków wina, a w cią­gu dnia spo­ży­wa­łem kil­ka ka­wał­ków cze­ko­la­dy lub su­cha­rów, aby nie opaść z sił”.

Sier­żant Lo­uis-Vin­cent La­gne­au z Puł­ku Fi­zy­lie­rów-Gre­na­die­rów Mło­dej Gwar­dii tak­że ma na­miot i uwa­ża (myl­nie), że „jest bar­dzo praw­do­po­dob­ne, iż jest to je­dy­ny na­miot w ca­łej ar­mii”. Zro­bił go so­bie w Mo­skwie z po­cię­te­go na pasy bre­zen­tu i ka­zał swo­im lu­dziom spo­rzą­dzić do nie­go koł­ki i masz­ty:

„Mój wóz am­bu­lan­so­wy był duży i cięż­ki. Za­ła­do­wa­li­śmy go wi­nem i ry­żem, su­cha­ra­mi, cu­krem i in­ny­mi za­pa­sa­mi, albo w ma­łych ba­rył­kach – tego ro­dza­ju ja­kich uży­wa­ły na­sze can­ti­ni­ères – albo w du­żych wor­kach. Miał to być nasz wia­tyk na ten od­wrót”.

Ka­pi­tan płat­nik P. T. Du­ver­ger z I Kor­pu­su tak­że nie za­po­mi­na za­dbać o naj­waż­niej­sze:

„Po­sia­da­łem for­tu­nę w fu­trach i ob­ra­zach. Mia­łem też pew­ną ilość skrzyń z fi­ga­mi, kawą, li­kie­ra­mi, ma­ka­ro­nem, so­lo­ną rybą i mię­sem. Nie mia­łem jed­nak w ogó­le bia­łe­go chle­ba, świe­że­go mię­sa, czy też vin or­di­na­ire”.3

Tak­że i jego stać na wy­da­nie obia­du dla szes­na­stu swo­ich to­wa­rzy­szy, wśród nich jed­ne­go ge­ne­ra­ła. „Uro­czy­ście wzno­si­li­śmy to­a­sty za suk­ces nad­cho­dzą­cej kam­pa­nii i na­sze wkro­cze­nie do St. Pe­ters­bur­ga”.

Wszyst­ko to po­zo­sta­je w po­nu­rym kon­tra­ście z lo­sem zwy­kłe­go sze­re­gow­ca… je­śli nie na­le­ży on do przed­się­bior­czych du­chów, któ­rzy „wy­naj­mu­ją so­bie świ­tę in­nych, aby dba­li o nich i o ich ko­nie, a tak­że do­glą­da­li cza­sem aż czte­rech wo­zów cią­gną­cych w ta­bo­rze”, to wszyst­ko co po­sia­da jest tym, co po­tra­fi unieść na wła­snym grzbie­cie.9 A Smo­leńsk, ze swo­imi ogrom­ny­mi ma­ga­zy­na­mi wy­peł­nio­ny­mi za­pa­sa­mi ścią­gnię­ty­mi z głę­bo­kich ty­łów, jest od­le­gły o co naj­mniej dzie­sięć dni, a może i dwa ty­go­dnie mar­szu. Mimo wszyst­ko na­wet los sze­re­gow­ca zda­je się god­nym za­zdro­ści, po­rów­naw­szy go z lo­sem cho­rych i ran­nych. Czu­ją­cy się za­zwy­czaj zdro­wo ad­iu­tant ge­ne­ra­ła Pa­jo­la – ka­pi­tan Hu­bert-Fra­nço­is Biot – po swo­im wczo­raj­szym oca­le­niu pod­czas na­lo­tu Ko­za­ków, kie­dy to sam Na­po­le­on mógł zo­stać przez nich po­chwy­co­ny, po­czuł się na­gle sła­bo i osu­nął do rowu. Miał szczę­ście, że od­na­lazł go tam Pa­jol i ka­zał go wpa­ko­wać na „wóz po­wo­żo­ny przez żonę jed­ne­go ze swych or­dy­nan­sów, trę­ba­cza z 11. Puł­ku Sza­se­rów”. Te­raz więc Biot pod­ska­ku­je na sto­sie wor­ków z mąką.

Jed­nak los Bio­tas i tak jest lep­szy od losu ja­kichś dwóch ty­się­cy Wło­chów, Hisz­pa­nów, Chor­wa­tów i Fran­cu­zów, któ­rzy zo­sta­li ran­ni pod Ma­ło­ja­ro­sław­cem. Ge­ne­ra­ło­wi Ar­man­do­wi de Cau­la­in­co­ur­to­wi, Wiel­kie­mu Ko­niu­sze­mu, wy­glą­da na to, że w ar­mii nie ist­nie­je już żad­na służ­ba me­dycz­na – być może za wy­jąt­kiem Gwar­dii – a na­wet i tam je­dy­nie szcząt­ko­wo. Dr Réné Bo­ur­ge­ois, tak­że z 3. Kor­pu­su Ka­wa­le­rii, wi­dział jak ran­nych

„po­śpiesz­nie ła­do­wa­no na wozy am­bu­lan­so­we, a ich rze­czy prze­ka­zy­wa­no wi­wan­dier­kom. Po­zba­wie­ni wszel­kiej po­mo­cy czy po­ży­wie­nia, w bó­lach cią­gnę­li oni za ar­mią”.

Jesz­cze gor­szy jest los kil­ku­set jeń­ców ro­syj­skich, któ­rzy pę­dze­ni są ni­czym sta­do. Chy­ba jed­nak nie są trak­to­wa­ni tak bru­tal­nie jak ma to miej­sce w przy­pad­ku dzie­siąt­ków ty­się­cy Fran­cu­zów i ich so­jusz­ni­ków, któ­rzy jako jeń­cy gna­ni są na wschód. To zna­czy, do­ty­czy to przy­najm­niej tych, któ­rzy nie zo­sta­li sprze­da­ni „po dwa fran­ki od gło­wy” roz­wście­czo­nym chło­pom na tor­tu­ry i śmierć. Spo­śród ty­sią­ca czte­ry­stu cho­rych i ran­nych, ja­kich mar­sza­łek Mor­tier mu­siał po­zo­sta­wić w trzech mo­skiew­skich szpi­ta­lach jako „zbyt sła­bych i nie na­da­ją­cych się do trans­por­tu ra­zem ze swo­imi to­wa­rzy­sza­mi”, nie­któ­rzy zo­sta­li

„wrzu­ce­ni na wozy, któ­re mia­ły od­wieźć ich do Twe­ru. Wszy­scy zgi­nę­li z zim­na i mi­ze­rii, lub zo­sta­li po­za­bi­ja­ni przez wie­śnia­ków, któ­rym na­ka­za­no ich tam do­wieźć, a któ­rzy za­miast tego po pro­stu po­po­drzy­na­li im gar­dła, aby za­brać so­bie ich płasz­cze. Resz­ta po­zo­sta­ła w szpi­ta­lach, wraz z fran­cu­ski­mi chi­rur­dzy, któ­rzy zo­sta­li tam, aby ich do­glą­dać, nie otrzy­maw­szy jed­nak żad­nej żyw­no­ści ani le­karstw”.10

Jest jed­nak przy­najm­niej je­den Fran­cuz cał­kiem za­do­wo­lo­ny z fak­tu, że do­stał się w ręce Bry­tyj­czy­ków. Po­wo­dy ma do tego mie­sza­ne, po czę­ści ro­dzin­ne, po czę­ści po­li­tycz­ne. Jest nim Clar­ke – bra­ta­nek mi­ni­stra woj­ny Na­po­le­ona. Wil­son ofe­ro­wał się do­pro­wa­dzić do jego wy­mia­ny za jeń­ców ro­syj­skich. Mło­dzie­niec jed­nak, wie­dząc jaki los by go cze­kał, nie sko­rzy­stał z pro­po­zy­cji

„wo­ląc po­cze­kać aż Fran­cu­zi wy­do­sta­ną się ze swo­ich obec­nych ta­ra­pa­tów, po­nie­waż ‘miał już dość sma­ku ko­ni­ny i ko­zac­kich sza­bel’. Ode­sła­łem go więc, za­opa­trzyw­szy w bar­dzo moc­ny list po­le­ca­ją­cy do wszyst­kich Ro­sjan, do­brą ka­po­tę i dwie­ście ru­bli”.

Nie­wie­lu jeń­ców ma ta­kie szczę­ście. Po­wie­dze­nie Fe­zen­sa­ca o tym, że „róż­ni­ca po­mię­dzy spo­so­bem trak­to­wa­nia ofi­ce­rów i sze­re­go­wych może ozna­czać róż­ni­cę mię­dzy ży­ciem i śmier­cią”, wy­da­je się tu­taj szcze­gól­nie traf­ne. Kil­ka mil na po­łu­dnio­wy wschód, chi­rurg M. R. Fau­re z 1. Kor­pu­su Ka­wa­le­rii, po­chwy­co­ny w de­spe­rac­kiej bi­ja­ty­ce i za­mie­sza­niu pod Win­ko­wem,11 za­uwa­ża jak bar­dzo pew­ni są jego straż­ni­cy, że – z zimą mo­gą­cą się roz­po­cząć lada dzień – fran­cu­skie so­ba­ki ska­za­ne są na klę­skę. Z po­cząt­ku jed­nak, przy­najm­niej ofi­ce­ro­wie nie są trak­to­wa­ni zbyt su­ro­wo:

„Przy­był wzię­ty do nie­wo­li szef szta­bu i przy­niósł każ­de­mu ofi­ce­ro­wi ze swo­je­go kor­pu­su [2. Kor­pu­su Ka­wa­le­rii] po sześć du­ka­tów od księ­cia Ku­tu­zo­wa, któ­ry oka­zy­wał jeń­com całą szczo­drość i wiel­ko­dusz­ność, ja­kiej moż­na było się spo­dzie­wać po czło­wie­ku wiel­kiej cno­ty. Wi­dzie­li­śmy, że wśród ro­syj­skich ofi­ce­rów pa­no­wał ro­dzaj bra­ter­stwa, świad­czą­cy o do­brym du­chu w ar­mii, co po­win­no sprzy­jać pięk­nym ak­cjom pod­czas tej kam­pa­nii”.

Gru­pa Fau­ry’ego opu­ści­ła po­bo­jo­wi­sko pod Win­ko­wem „za­do­wo­lo­na z po­stę­po­wa­nia Ro­sjan. Rod do­wódz­twem ofi­ce­ra nie mie­li­śmy po­wo­dów do na­rze­kań”. W dro­dze na po­łu­dnie, w kie­run­ku Ka­łu­gi, na­tra­fi­li oni na dro­gi za­kor­ko­wa­ne po­jaz­da­mi trans­por­tu­ją­cy­mi za­opa­trze­nie dla ar­mii ro­syj­skiej:

„Trze­cie­go lub czwar­te­go dnia sły­sze­li­śmy ca­ło­dzien­ną ka­no­na­dę, trwa­ją­cą do dzie­sią­tej, może i dwu­na­stej w nocy. Była to bi­twa pod Ma­ło­ja­ro­sław­cem, od­le­głym od nas o trzy lub czte­ry ligi [9–12 mil]”.12

Jeń­cy wi­dzą tak­że masy chło­pów zmu­szo­nych do opusz­cze­nia swo­ich wio­sek. Do­cie­ra­jąc do Ka­łu­gi, 35 mil za Ma­ło­ja­ro­sław­cem, Fau­re wi­dzi, że wszy­scy jej co za­moż­niej­si miesz­kań­cy ucie­kli, tak samo jak to mia­ło miej­sce w Mo­skwie:

„Ci z kup­ców, któ­rzy jesz­cze nie wy­je­cha­li, byli na to przy­go­to­wa­ni. Gu­ber­na­tor po­czy­nił wszel­kie przy­go­to­wa­nia do tego, aby w ra­zie za­gro­że­nia ze stro­ny na­szej ar­mii, pod­ło­żyć ogień pod mia­sto. Przy­był, żeby na­sy­cić swo­je oczy wi­do­kiem ofiar, ja­kie do nie­go przy­pro­wa­dzo­no. Gło­śno się skar­żył, że wy­da­je­my mu się być w zbyt do­brym zdro­wiu. Po­wie­dzia­no mu, że w ar­mii fran­cu­skiej bra­ku­je żyw­no­ści i, żeby go za­do­wo­lić, mu­sie­li­by­śmy być tak wy­chu­dli jak on sam”.

Gu­ber­na­tor „znie­wa­ża” ja­kie­goś Po­la­ka, któ­re­mu pod Win­ko­wem po­cisk urwał nogę na wy­so­ko­ści uda, co po­wo­du­je, że pro­sty lud za­czy­na po­dob­nie po­stę­po­wać z in­ny­mi jeń­ca­mi. Fau­re jed­nak wy­ba­cza im, po­tę­pia­jąc je­dy­nie gu­ber­na­to­ra. To, co naj­bar­dziej szo­ku­je w Ka­łu­dze, to bru­tal­ność oka­zy­wa­na nie­któ­rym ran­nym żoł­nie­rzom, któ­rym przy­tra­fi­ło się „wpaść w szcze­gól­nie nie­do­bre ręce”, a któ­rzy zo­sta­ją spę­dze­ni do ja­kie­goś brud­ne­go bu­dyn­ku:

„po­bi­ci i po­si­nia­cze­ni, nie ma­ją­cy na­wet sił krzy­czeć po tym jak zo­sta­li zrzu­ce­ni z wo­zów. Pa­skud­ny typ, ja­kiś ofi­ce­rek niż­szej ran­gi, któ­re­go uczy­nio­no od­po­wie­dzial­nym za ich pro­wa­dze­nie, ka­zał po dro­dze roz­strze­lać dwóch lub trzech, po­nie­waż wy­da­wa­ło mu się, że mają za­miar ucie­kać”.

Do­pie­ro gdy ja­kiś wyż­szy ran­gą ofi­cer przy­my­ka oko i po­zwa­la kam­ra­tom Fau­re­go udać się na za­ku­py, na­tych­miast za­po­mi­na­ją o swo­im po­ni­że­niu. Na­wet jed­nak i wte­dy, dwóch lub trzech z nich jest ob­ra­ża­nych przez „ja­kie­goś Ro­sja­ni­na no­szą­ce­go broń bocz­ną”. Wszyst­ko to jed­nak jest do­pie­ro po­cząt­kiem ich cier­pień.

Jak za­wsze, przy­wi­le­je i ko­nek­sje mogą mieć wiel­ki wpływ na czy­jąś sy­tu­ację. Nie­mal naj­lep­szy­mi moż­li­wy­mi wy­go­da­mi (wy­jąw­szy ranę w ra­mie­niu) cie­szy się pe­wien ary­sto­kra­tycz­ny pod­po­rucz­nik z pre­sti­żo­we­go 2. Puł­ku Ka­ra­bi­nie­rów – mło­dy hra­bia A.-A.-A. Ma­il­ly-Ne­sle. Je­śli on i jego to­wa­rzysz, ksią­żę Char­les de Be­ve­au, syn jed­ne­go z szam­be­la­nów Na­po­le­ona, cią­gną gdzieś przed ba­ga­ża­mi ce­sar­ski­mi i to w jed­nym z oso­bi­stych po­wo­zów Ce­sa­rza (choć wy­da­je mu się, że nie­zbyt do­brze chro­nio­nym przed Ko­za­ka­mi), to tyl­ko dla­te­go, że jest on krew­nym sław­ne­go nie­gdyś mar­szał­ka Ma­il­ly.13 Jak wie­lu in­nych „bia­łych”, Ma­il­ly-Ne­sle sta­nął, przy­najm­niej tym­cza­so­wo,14 po stro­nie no­we­go re­żi­mu. „Nie­na­wi­dzi on jed­nak de­spo­ty­zmu i ty­ra­nii uci­ska­ją­cych Fran­cję”, a sam sie­bie „po­strze­ga jako ska­za­ne­go na pro­wa­dze­nie ta­kie­go żoł­nier­skie­go ży­cia”:

„Je­stem więc tu­taj, w do­sko­na­łym po­wo­zie, z jed­nym z mo­ich przy­ja­ciół, ze słu­żą­cym ocze­ku­ją­cym mo­ich roz­ka­zów, a po­nad­to z trze­ma dok­to­ra­mi ma­ją­cy­mi dbać o nas i ban­da­żo­wać na­sze rany. Mamy sześć koni, któ­re nas cią­gną, i dwóch woź­ni­ców. Wy­glą­da na to, że wy­brnę ja­koś z tych kło­po­tów”.

Od cza­su, gdy zo­stał ran­ny pod Win­ko­wem, non­sza­lanc­ki Ma­il­ly-Ne­sle zdą­żył ku­pić so­bie „pe­li­sę z li­sów, któ­ra oka­za­ła się wiel­ce przy­dat­na”. Ma rów­nież

„ro­dzaj de­ski, któ­ra za dnia słu­ży­ła nam jako biur­ko albo stół ja­dal­ny, zaś wie­czo­ra­mi jako kan­de­labr, zaś po po­ło­że­niu jej w po­przek dwóch sie­dzeń – tak­że jako łóż­ko”.

Od „nie­ja­kie­go pana La­me­au, przy­dzie­lo­ne­go do ga­bi­ne­tu Ce­sa­rza jako geo­graf”, hra­bia po­ży­czył so­bie Hi­sto­rię Ka­ro­la XII Wol­te­ra – do­kład­nie ten sam „ślicz­ny to­mik, opra­wio­ny w zło­co­ną ma­ro­kań­ską skór­kę”, któ­ry Na­po­le­on czy­tał pod­czas lip­co­wych upa­łów w Wi­teb­sku i trzy­mał na swo­im noc­nym sto­li­ku na Krem­lu. Ma­il­ly-Ne­sle może so­bie w nim prze­czy­tać wszyst­ko o tym, jak cała ar­mia szwedz­kie­go kró­la-bo­ha­te­ra zo­sta­ła w 1709 roku star­ta na proch pod nie­od­le­głą stąd Po­łta­wą. Po­mię­dzy roz­dzia­ła­mi hra­bicz pod­śpie­wu­je roz­pust­ne pio­sen­ki dla do­da­nia od­wa­gi so­bie i swo­je­mu przy­ja­cie­lo­wi Be­ve­au. Ale któż to te­raz pod­cho­dzi do nich – w prze­ciw­nym do mar­szu kie­run­ku – jak nie

„L – pro­mie­nie­ją­cy i ele­ganc­ki jak­by przed chwi­lą opu­ścił Tu­ile­ries. Za­py­ta­łem go, dla­cze­go nie po­zo­stał w swo­ich do­brach, aby po­lo­wać na za­ją­ce. Od­po­wie­dział mi, że mu­siał speł­nić swój obo­wią­zek”.

Kur­sy­wa ma ozna­czać iro­nię! Ma­ily-Ne­sle może czuć się do­brze urzą­dzo­ny w swo­im wy­god­nym, choć za­tło­czo­nym po­wo­zie – je­dy­ną nie­do­god­no­ścią, jaka daje się we zna­ki jemu sa­me­mu i po­zo­sta­łym współ­pa­sa­że­rom, jest ro­bac­two zmu­sza­ją­ce ich do dra­pa­nia się w swę­dzą­ce miej­sca. Ale „wie­lu z nas było nie­od­po­wied­nio ubra­nych – cią­gle no­si­li­śmy let­nie spodnie. Bra­ko­wa­ło rę­ka­wi­czek i in­nych ele­men­tów stro­ju”.

Po spę­dze­niu trzech dni w Czi­ri­ko­wie, przy skrzy­żo­wa­niu trak­tów na Po­dolsk i Fo­min­sko­je, III Kor­pus Neya opu­ścił wieś o pół­no­cy z 25 na 26 paź­dzier­ni­ka, aby pod­cią­gnąć to, co nadal uwa­ża­no za tyl­ną straż ar­mii. Tak­że nowo awan­so­wa­ny do stop­nia ma­jo­ra Gu­il­lau­me Bon­net prze­dzie­ra się przez błot­ni­ste, wy­da­ją­ce się nie mieć dna dro­gi. W przed­dzień wy­ru­sze­nia z Mo­skwy po­wa­li­ła go go­rącz­ka i tego sa­me­go ran­ka, gdy III Kor­pus ru­szał w dro­gę, „opusz­czał mia­sto sam, do­roż­ką, ja­dąc uli­ca­mi, na któ­rych nie wi­dać było ani jed­ne­go Fran­cu­za”, lecz szczę­śli­wie do­łą­czył do swo­je­go puł­ku ja­kieś pięt­na­ście mil za mia­stem na dro­dze ka­łu­skiej. Te­raz ma­jor od­no­to­wu­je w swo­im dzien­ni­ku, jak Ko­za­cy, któ­rzy cią­gle ich na­ci­ska­ją, jak­by chcąc spraw­dzić jak na to za­re­agu­ją, trzy­ma­ją się jed­nak na dy­stans ze swo­imi „dwie­ma kiep­ski­mi ar­mat­ka­mi, któ­re jak do­tąd wy­strze­li­ły ze dwa­dzie­ścia kul, nie tra­fia­jąc jed­nak ni­ko­go”. Być może za­wdzię­cza­my to „lek­kiej ka­wa­le­rii Gu­ar­di­na i Beur­man­na, któ­ra otrzy­ma­ła roz­ka­zy pod­pa­la­nia wszyst­kich na­po­tka­nych wio­sek”. Gdy żoł­nie­rze Neya do­cie­ra­ją wie­czo­rem do Bo­row­ska, tak­że i to mia­stecz­ko za­sta­ją w pło­mie­niach.

Przez kil­ka ostat­nich dni łącz­ni­kiem po­mię­dzy III Kor­pu­sem, a głów­ną czę­ścią ar­mii jest Bry­ga­da Lan­sje­rów Gwar­dii Col­ber­ta, skła­da­ją­ca się z dwóch puł­ków: 1. (pol­skie­go) i 2. (ho­len­der­skie­go). otrzy­maw­szy rów­nież roz­ka­zy prze­su­nię­cia się ja­kieś sześć mil w kie­run­ku na Bo­rowsk, Col­bert wy­słał na­przód swo­je­go mło­de­go bel­gij­skie­go ka­pi­ta­na Fra­nço­is Du­mon­ce­au, do­wo­dzą­ce­go 6. kom­pa­nią 2. szwa­dro­nu 2. Puł­ku Lan­sje­rów, aby po­in­for­mo­wał Neya o jego star­ciu z Ko­za­ka­mi, za­koń­czo­nym nie­mal po­raż­ką, do cze­go do­szło pod Uwa­row­sko­je.15 Za Bo­row­skiem Du­mon­ce­au na­po­ty­ka

„spo­koj­nie bi­wa­ku­ją­ce czo­ło ko­lum­ny mar­szał­ka. Do­wo­dzą­cy nim ge­ne­rał nie oka­zał się zbyt­nio po­ru­szo­ny moją opo­wie­ścią i mimo na­ci­sków z mej stro­ny zwle­kał z po­sta­wie­niem swo­ich lu­dzi pod bro­nią”.

Za­wsze sku­tecz­nie dzia­ła­ją­cy Col­bert wy­słał 26 paź­dzier­ni­ka, o ósmej rano, roz­po­zna­nie na po­łu­dnie – w kie­run­ku Ma­ło­ja­ro­sław­ca. Nie na­po­tka­no tam Ko­za­ków. Za­miast nich, ku wiel­kie­mu roz­cza­ro­wa­niu, na­tknię­to się na „roz­cią­gnię­ty kon­wój ran­nych, zmie­rza­ją­cy w na­szym kie­run­ku”. Z tego co opo­wie­dzie­li nam jego prze­wod­ni­cy wy­ni­ka­ło, że ich śla­dem cią­gnie cała ar­mia:

„Wszy­scy by­li­śmy tym bar­dzo do­tknię­ci. Po przed­wczo­raj­szym suk­ce­sie nie by­li­śmy w sta­nie po­jąć, że mo­gło­by dojść do wy­co­fa­nia się”.

Do­pie­ro te­raz, wie­czo­rem, żoł­nie­rze Neya do­wia­du­ją się, iż ar­mia jest w od­wro­cie. Wia­do­mo­ści te wstrzą­sa­ją Bon­ne­tem i wir­tem­ber­skim ma­jo­rem G. Fa­be­rem du Fau­rem, od­po­wie­dzial­nym za dwu­na­sto­fun­tów­ki z od­wo­du ar­ty­le­ryj­skie­go Neya. Do III Kor­pu­su do­cie­ra­ją roz­ka­zy, aby wy­ru­szał w kie­run­ku Wie­re­ji, na­stęp­ne­go mia­sta na trak­cie mo­żaj­skim. W chwi­li, gdy jed­nost­ki wła­śnie szy­ku­ją się do wy­mar­szu – ata­ku­ją Ko­za­cy. Żoł­nie­rze Neya mu­szą więc wy­ko­nać zwrot i „na rów­ni­nie, w zu­peł­nie nie­osło­nię­tym te­re­nie, po­zba­wie­ni [wszyst­kie­go]” sta­wać w li­nii do bi­twy. Nie zna­czy to, że Ko­za­cy mogą sta­no­wić ja­kieś po­waż­ne za­gro­że­nie dla ca­łe­go kor­pu­su ar­mii. „Krót­ko­trwa­ły ogień ar­ty­le­ryj­ski i szar­ża ka­wa­le­rii Kró­lew­skiej Gwar­dii [Wir­tem­ber­skiej] wy­star­cza­ją aby ich ode­przeć”. Ileż to ży­wych scen za­wdzię­cza­my ry­ci­nom Fa­be­ra du Fau­ra! We­dług jego wra­że­nia, „zda­wa­ło się, że pod Bo­row­skiem opu­ści­ło nas szczę­ście; po po­łu­dniu 26 paź­dzier­ni­ka roz­po­czę­li­śmy od­wrót”.16

Dzien­nik Bon­ne­ta za­wsze jest zwię­zły. Te­goż wie­czo­ra czy­ni w nim je­den ze swo­ich po­śpiesz­nych za­pi­sków. Choć pod sztan­da­rem 18. Puł­ku Li­nio­we­go po­zo­sta­ło ze sta­nu po­cząt­ko­we­go je­dy­nie ty­siąc stu żoł­nie­rzy, to cią­gle li­czy on so­bie dwa peł­ne ba­ta­lio­ny. Do­pie­ro o 7 rano, gdy puł­ki Neya po­rzu­ca­ją ogni­ska swo­ich obo­zo­wisk, Bon­net za­czy­na so­bie two­rzyć re­ali­stycz­ny ob­raz sy­tu­acji:

„Mu­si­my po­rzu­cić [po­mysł] mar­szu na po­łu­dnie. Bez wąt­pie­nia – albo zo­sta­li­śmy od­par­ci, albo Ce­sarz ma­new­ru­je – sam nie wiem”.

W tym mo­men­cie przy­by­wa­ją lu­dzie Col­ber­ta, wjeż­dża­ją na rów­ni­nę nie­opo­dal pło­ną­ce­go mia­sta i roz­bi­ja­ją bi­wak po­środ­ku „kil­ku jed­no­stek pie­cho­ty i roz­ma­itych par­ków” gro­ma­dzą­cych się wo­kół ty­się­cy ognisk. Gdzieś tam w ciem­no­ściach, u stóp wzgó­rza, nadal krą­żą Ko­za­cy. Nikt się jed­nak tym nie przej­mu­je – przy­najm­niej Du­mon­ce­au wy­da­je się, że tyl­ko jego Ho­len­drzy tro­chę trzę­są się ze stra­chu, co jest ra­czej na­tu­ral­ne po ich pry­wat­nym star­ciu z Ko­za­ka­mi 25 paź­dzier­ni­ka: „Wszy­scy by­li­śmy w mniej­szym lub więk­szym stop­niu zde­mo­ra­li­zo­wa­ni na­szą po­raż­ką”. Do­pie­ro gdy CKG i jed­nost­ki Gwar­dii wkra­cza­ją do Bo­row­ska, przy­by­wa ofi­cer szta­bo­wy i mówi Col­ber­to­wi, żeby szy­ko­wał się do na­tych­mia­sto­we­go wy­ru­sze­nia do Smo­leń­ska. „No­wi­na ta cał­ko­wi­cie speł­nia­ła na­sze pra­gnie­nia. Ry­chło za­tar­ło się wra­że­nie od­wro­tu”. Może też spo­ra licz­ba Ho­len­drów Du­mon­ce­au mia­ła już po uszy tej kam­pa­nii – przy­najm­niej w Ro­sji?

Po po­tycz­ce pod Uwa­row­sko­je, lan­sje­rzy mie­li do za­bra­nia ze sobą mnó­stwo ran­nych. Choć dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­ni Du­mon­ce­au jest by­strym ob­ser­wa­to­rem i re­je­stra­to­rem wy­da­rzeń, to nie oka­zu­je szcze­gól­nych emo­cji czy mięk­kie­go ser­ca. Mimo tego dzie­li pa­kun­ki z żyw­no­ścią po­mię­dzy swo­ją ulu­bio­ną klacz Lie­sje,17 swo­je­go lu­za­ka oraz ob­da­rzo­ne­go szorst­ką sier­ścią ko­ni­ka (ro­syj­skie­go kuca) swe­go słu­żą­ce­go Je­ana i udo­stęp­nia ran­nym swój nie­du­ży wóz wraz z jego za­war­to­ścią. Na­stęp­ne­go ran­ka, gdy Bry­ga­da Lan­sje­rów ru­sza za­jąć swo­ją nor­mal­ną po­zy­cję na cze­le ko­lum­ny Gwar­dii, jego wóz z trze­ma ran­ny­mi lan­sje­ra­mi ru­sza w dro­gę pod eskor­tą ka­pra­la.

Świe­żo awan­so­wa­ny do stop­nia pod­puł­kow­ni­ka C.F.M. Le Roy18 po­dró­żu­je ze swo­im 85. Puł­kiem Li­nio­wym i I Kor­pu­sem je­dy­nie ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa. Awan­so­wa­ny przez Da­vo­uta za oka­za­ną sku­tecz­ność, je­dzie on z po­wro­tem do Fran­cji, do bazy puł­ku. Na ra­zie ma ze sobą swo­je­go naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la, po­rucz­ni­ka Ja­cqu­eta – je­dy­ne­go za­ufa­ne­go, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek miał – oraz szpet­ne­go, lecz od­da­ne­go słu­żą­ce­go Gu­il­la­me’a. Ich cen­ny że­la­zny ko­cio­łek, któ­ry prze­był z nimi całą dro­gę aż z Gło­go­wa w Pru­sach, za­mie­nia to trio w kwar­tet. Cią­głą tro­ską tę­ga­we­go Le Roy’a jest bo­wiem za­pew­nie­nie so­bie co­dzien­nie wła­ści­we­go obia­du.

Sos do­bry do gęsi nada się tak­że do gą­sio­ra. Od cza­su walk pod Smo­leń­skiem Ro­sja­nie pa­li­li swo­je wio­ski i mia­sta, a w koń­cu uczy­ni­li to tak­że ze swo­ją świę­tą sto­li­cą. Dla opóź­nie­nie po­ści­gu Ku­tu­zo­wa, Na­po­le­on na­ka­zu­je więc te­raz pa­lić za sobą każ­dą wieś, każ­dy dom, każ­dy dwo­rek, każ­dą na­po­tka­ną na dro­dze mar­szu sto­do­łę. Nie wol­no było po­zo­sta­wić ni­cze­go, co mo­gło­by sta­no­wić schro­nie­nie dla jego żoł­nie­rzy, gdy­by feld­mar­sza­łek zde­cy­do­wał się po­cią­gnąć za Fran­cu­za­mi tą samą, już i tak znisz­czo­ną tra­są. Ści­śle mó­wiąc, wy­peł­nie­nie tych roz­ka­zów przy­pa­dło I Kor­pu­so­wi, sta­no­wią­ce­mu straż tyl­ną, lecz roz­ka­zów tych spo­dzie­wa­ła się też pro­wa­dzą­ca ko­lum­nę Gwar­dia Ce­sar­ska. Tej nocy ły­sie­ją­cy i no­szą­cy oku­la­ry „Że­la­zny Mar­sza­łek” i jego sztab śpią

„w du­żym drew­nia­nym, ume­blo­wa­nym i ozdo­bio­nym licz­ny­mi zwier­cia­dła­mi châte­au, któ­re zda­wa­ło się ofe­ro­wać swo­je­mu wła­ści­cie­lo­wi wszel­kie po­żą­da­ne wy­go­dy”.

Wie­czo­rem Le Roy do­łą­cza do swo­ich żoł­nie­rzy, wy­ru­sza­ją­cych na po­lo­wa­nie na dzi­kie ptac­two. Nie mu­siał się wła­ści­wie tru­dzić. Pod sło­mą, na któ­rej śpi, znaj­du­je bo­wiem dla sie­bie obiad w po­sta­ci „du­że­go ko­gu­ta”. Choć „za­czy­na on czy­nić tu­mult god­ny sa­me­go dia­bła”, to jego pro­te­sty na nic się nie zda­ją. Tra­fia pro­sto do że­la­zne­go ko­cioł­ka. Co się zaś ty­czy châte­au, to gdy Le Roy i jego żoł­nie­rze bu­dzą się rano, „nie ma już po nim śla­du. Po­dob­nie jak cała wio­ska, zo­sta­ło spa­lo­ne. Była to kwe­stia kil­ku za­le­d­wie mi­nut”.

Nie­któ­rzy uwa­ża­ją, że Da­vo­ut w swo­im po­stę­po­wa­niu jest sta­now­czo zbyt me­to­dycz­ny. Po­wi­nien ru­szać się szyb­ciej. Po ca­ło­dzien­nym od­po­czyn­ku, 85. Pułk do­pie­ro wie­czo­rem

„otrzy­mu­je roz­ka­zy prze­su­nię­cia się na skraj lasu, gdzie roz­pa­la­my wiel­kie ogni­ska, ma­ją­ce zmy­lić Ro­sjan. Tuż przed pół­no­cą wy­co­fu­je­my się i po­now­nie prze­kra­cza­my rze­kę w tym sa­mym miej­scu, z któ­re­go sko­rzy­sta­li­śmy wczo­raj. Nasz marsz był­by cał­kiem skry­ty, gdy­by nie nie­ostroż­ność zwia­dow­ców, któ­rzy, wy­co­fu­jąc się, pod­pa­li­li dwie duże wsie i w ten spo­sób ujaw­ni­li wszyst­kie na­sze ru­chy nie­przy­ja­cie­lo­wi. Ko­za­cy, ści­ga­jąc nas, po­de­szli tak bli­sko, że mo­gli­śmy od­dać do nich kil­ka strza­łów”.

Schro­nie­nie jest waż­ną spra­wą. Zbu­dziw­szy się owe­go ran­ka w Bo­row­sku, Du­mon­ce­au stwier­dza, że pada śnieg. Na ra­zie tyl­ko lek­ki. Mimo to oka­zu­je się, że spał

„pod gru­bą war­stwą śnie­gu. Był to po­czą­tek zimy, któ­ra na­de­szła, już na do­bre. Nasz marsz, któ­ry pod­ję­li­śmy tym ra­zem na sa­mym cze­le ca­łej Gwar­dii Ce­sar­skiej, kon­ty­nu­owa­li­śmy pod smęt­nym i za­mglo­nym nie­bem, wśród za­śnie­żo­nych, peł­nych mułu ba­gnisk”.

Te­raz, w Bo­row­sku, gdzie „kil­ka mo­stów przez Pro­twę zo­sta­ło wy­koń­czo­nych zbyt szyb­ko”, Da­vo­ut musi so­bie po­ra­dzić z wiel­kim za­to­rem na dro­dze. Bę­dą­cy czte­ry mile przed Ce­sa­rzem De­dem otrzy­mu­je we­zwa­nie do sta­wie­nia się w kwa­te­rze Na­po­le­ona. Za­sta­je go „grze­ją­ce­go so­bie sple­cio­ne na ple­cach ręce przy ogni­sku, ja­kie dla nie­go roz­pa­lo­no obok dro­gi na Wie­re­ję”. Jest z nim mar­sza­łek Ber­thier, szef szta­bu Na­po­le­ona i ca­łej ar­mii. Na­po­le­on roz­ka­zu­je De­de­mo­wi, aby udał się na tyły i skie­ro­wał I i IV Kor­pus na dro­gę rów­no­le­głą, bie­gną­cą na lewo od tra­sy głów­nej ko­lum­ny:

„[Ce­sarz] oso­bi­ście wy­ło­żył mi swo­je za­mia­ry. Gdy ksią­żę Neu­châtel ob­ja­śniał mi bli­żej in­ten­cje Jego Ce­sar­skiej Mo­ści, mia­łem oka­zję przyj­rzeć się z bli­ska twa­rzy tego nad­zwy­czaj­ne­go czło­wie­ka. W pew­nym mo­men­cie, zwró­ciw­szy się na­gle ku księ­ciu Neu­châtel, Ce­sarz po­wie­dział ‘Ale prze­cież go zła­pią’.

A wszyst­ko to to­nem wręcz ude­rza­ją­co obo­jęt­nym, bo­wiem nie była to dla nie­go kwe­stia mo­je­go losu, ale ogól­nych ru­chów ca­łej ar­mii. Mina Na­po­le­ona przy­po­mi­na­ła gra­cza w sza­chy, któ­ry wi­dząc, że gra jest prze­gra­na, uczci­wie pro­wa­dzi ją do koń­ca i mówi do sie­bie, ‘No, to pora na nową par­tię’”.

De­dem nie lubi Na­po­le­ona,

„po­nie­waż zruj­no­wał mój kraj. Pod Bo­ro­di­no by­łem świad­kiem jego obo­jęt­no­ści i prze­ra­ża­ją­ce­go sto­icy­zmu. Wi­dzia­łem go wście­kłe­go i za­sko­czo­ne­go pod­czas wkra­cza­nia do Mo­skwy. Te­raz był spo­koj­ny, nie oka­zy­wał zło­ści ani przy­gnę­bie­nia. Po­my­śla­łem so­bie, że był­by wiel­ki w nie­szczę­ściu i myśl ta po­go­dzi­ła mnie z nim. Tu­taj jed­nak doj­rza­łem w nim czło­wie­ka, któ­ry wi­dzi nie­szczę­ście i jest świa­do­my, w jak trud­nym znaj­du­je się po­ło­że­niu, lecz któ­re­go duch nie ugi­na się ani tro­chę i któ­ry po­wia­da so­bie: ‘To po­raż­ka, z ja­kiej mu­si­my się ja­koś wy­ka­ra­skać. Jesz­cze się jed­nak spo­tka­my’”.

De­dem naj­wy­raź­niej wy­ko­nu­je swo­ją mi­sję, po­nie­waż po dwóch lub trzech go­dzi­nach jaz­dy przed sie­bie, za­sko­czo­ny Du­mon­ce­au wi­dzi jak na lewo od nie­go, „za stru­my­kiem”, po­ja­wia się czo­ło ja­kiejś ko­lum­ny. Col­bert wy­sy­ła więc ad­iu­tan­ta, aby spraw­dził, co to za jed­ni. Jest to jed­nak tyl­ko IV Kor­pus, cią­gną­cy dro­gą na prze­łaj, nie­wąt­pli­wie tą, któ­rą wska­zał im Na­po­le­on. Po­wró­ciw­szy, ad­iu­tant mówi Du­mon­ce­au, jak za­smu­co­na była Ar­mia Włoch, wi­dząc za­bi­tych lan­sje­rów z 2. Puł­ku, le­żą­cych na polu pod Uwa­row­sko­je, „lecz po­cie­szy­ła się za­uwa­żyw­szy, jak wie­lu było mię­dzy nimi Ko­za­ków”. W tym cza­sie samo Uwa­row­sko­je, jak wszyst­kie inne wsie, sta­ło już w pło­mie­niach. Ka­pi­tan Eu­gène La­bau­me ze szta­bu wi­ce­kró­la do­znał szo­ku, gdy w jego ru­inach zo­ba­czył

„zwło­ki kil­ku żoł­nie­rzy lub chło­pów, a tak­że dzie­ci z po­de­rżnię­ty­mi gar­dła­mi oraz kil­ka dziew­cząt zma­sa­kro­wa­nych na miej­scu, gdzie wcze­śniej zo­sta­ły zgwał­co­ne”.

Co się ty­czy wspa­nia­łe­go châte­au w Uwa­row­sko­je, któ­re, „choć zbu­do­wa­ne z drew­na, lecz peł­ne luk­su­so­wych me­bli i wy­jąt­ko­wych kan­de­la­brów mo­gło pod wzglę­dem wiel­ko­ści i wspa­nia­ło­ści rów­nać się z naj­pięk­niej­szy­mi pa­ła­ca­mi Ita­lii,”, to za­dba­li już o nie ka­no­nie­rzy Eu­ge­niu­sza, umiesz­cza­jąc na par­te­rze kil­ka wo­zów z pro­chem i wy­sa­dza­jąc je w po­wie­trze. Po­tem, ma­sze­ru­jąc na Bo­rowsk, IV Kor­pus po­zo­sta­wił po swo­jej le­wej ca­łość I Kor­pu­su i dy­wi­zję ka­wa­le­rii Cha­ste­la, do któ­rej na­le­ży ar­ty­le­ria Grio­is, któ­re to jed­nost­ki mia­ły osła­niać od­wrót ar­mii w od­le­gło­ści jed­ne­go dnia mar­szu. Część ar­ty­le­rii IV Kor­pu­su, utknąw­szy na bro­dzie w Bo­row­sku, mu­sia­ła ma­sze­ro­wać ra­zem ze swo­imi wo­za­mi z pro­chem przez pło­ną­ce mia­sto, jak resz­ta kor­pu­su. Ale, po­wia­da star­szy ad­iu­tant Ce­sa­re de Lau­gier z wło­skiej Gu­ar­dia d’Ono­re,

„prze­do­sta­li­śmy się przez nie bez żad­nych in­cy­den­tów. Wszę­dzie wi­dzie­li­śmy po­rzu­co­ne z bra­ku koni po­cią­go­wych wozy amu­ni­cyj­ne. Ta­kie stra­ty na sa­mym po­cząt­ku na­sze­go od­wro­tu dały nam wy­obra­że­nie o tym, co mia­ło nas spo­tkać w nie­da­le­kiej przy­szło­ści, i to w naj­bar­dziej po­nu­rych bar­wach. A ci, któ­rzy cią­gnę­li ze sobą łupy z Mo­skwy, drże­li o swo­je skar­by”.

Po opóź­nie­niu wy­wo­ła­nym na­tknię­ciem się na ogrom­ne ta­bo­ry z ba­ga­ża­mi, na­le­żą­ca do III Kor­pu­su dy­wi­zja Ra­zo­uta do­tar­ła do Wie­re­ji – od­le­głej od Mo­żaj­ska o 6 go­dzin mar­szu – oko­ło po­łu­dnia 27 paź­dzier­ni­ka… za­raz za CKG cią­gnie 25 wo­zów Skar­bu, na­pcha­nych ce­sar­ski­mi tro­fe­ami z Krem­la oraz mi­lio­na­mi zło­tych „na­po­le­onów” (mo­net dwu­dzie­sto­fran­ko­wych). Wóz od­da­ny pie­czy dwu­dzie­sto­ośmio­let­nie­go ko­mi­sa­rza woj­sko­we­go A. Bel­lo­ta de Ker­gor­re’a jest wy­jąt­ko­wo prze­ła­do­wa­ny. W wą­wo­zie tuż przed Wie­re­ją musi on za­ło­żyć ha­mul­ce na wszyst­kie czte­ry koła. Nie za­po­bie­ga to jed­nak jego roz­pę­dza­niu się i sta­cza­niu w dół blo­ko­wa­ne­go przez ar­ty­le­rię zbo­cza, a po­dob­nie mają się spra­wy ze wszyst­ki­mi in­ny­mi po­jaz­da­mi,. „Inne po­wo­zy, a na­wet wozy amu­ni­cyj­ne, wzię­ły z nas przy­kład”. Sama Wie­re­ja oka­zu­je się być

„ślicz­nym, oto­czo­nym pa­li­sa­dą mia­stecz­kiem, któ­re mimo walk po­mię­dzy Po­la­ka­mi a Ro­sja­na­mi [sta­cjo­nu­ją­cy tam pol­ski gar­ni­zon zo­stał przez Ro­sjan wzię­ty przez za­sko­cze­nie i zma­sa­kro­wa­ny], nie­wie­le do­tąd ucier­pia­ło. Pech Wie­re­ji był tym więk­szy, że le­żąc tro­chę w bok od głów­nej dro­gi, jej miesz­kań­cy już wy­obra­ża­li so­bie, iż mia­stecz­ko cał­kiem unik­nie okrop­no­ści woj­ny”.

Ota­cza­ją­ce ją pola zo­sta­ły wy­czysz­czo­ne do cna. „Do­brze utrzy­ma­ne ogro­dy, ob­fi­tu­ją­ce we wszel­kie moż­li­we wa­rzy­wa, zo­sta­ły w jed­nej chwi­li ogo­ło­co­ne przez na­szych żoł­nie­rzy”. Lu­dzie Bon­ne­ta na­tych­miast nada­li jej mia­no Ka­pu­ścia­ne­go Mia­sta.19 Ker­gor­re jest jed­nak wzbu­rzo­ny, gdy wi­dzi

„żoł­nie­rzy krad­ną­cych de­ski ze sto­dół, w któ­rych śpią ge­ne­ra­ło­wie, tak że ci ostat­ni bu­dzą się pod go­łym nie­bem”.

Choć aura jest zde­cy­do­wa­nie chłod­na, Na­po­le­on oznaj­mia: „Zima nie zwa­li się na nas jesz­cze przez osiem dni”. Jak jed­nak w tym ter­mi­nie do­trzeć do bez­piecz­ne­go schro­nie­nia na le­żach zi­mo­wych w Smo­leń­sku?

Tego wie­czo­ra grze­je so­bie ręce przy ogni­sku je­den z ary­sto­kra­tycz­nych ofi­ce­rów szta­bo­wych Na­po­le­ona, do­wód­ca szwa­dro­nu hra­bia V.-E. B. Ca­stel­la­ne, ad­iu­tant hra­bie­go Lo­uisa de Na­rbon­ne’a, któ­ry z ko­lei jest ad­iu­tan­tem Ce­sa­rza. Dzień po wy­mar­szu ar­mii z Mo­skwy, Ca­stel­la­ne zo­stał wy­sła­ny z mi­sją do 1. i 2. ba­ta­lio­nu hisz­pań­skie­go Re­gi­men­tu Jó­ze­fa-Na­po­le­ona, sta­cjo­nu­ją­ce­go w Ma­łej Wiaź­mie,20 przy głów­nym trak­cie Mo­skwa – Mo­żajsk. Ca­stel­la­ne miał skon­tak­to­wać się z nimi we wspa­nia­łym domu wiej­skim księ­cia Go­li­cy­na. Ich za­da­niem mia­ła być osło­na wy­co­fu­ją­cych się na za­chód kon­wo­jów z ran­ny­mi przed na­pa­da­mi Ko­za­ków. Po prze­je­cha­niu „czter­dzie­stu mil wiej­ski­mi dro­ga­mi” Ca­stel­la­ne na­tknął się na

„puł­kow­ni­ka Bo­ur­mon­ta, bar­dzo przy­ja­zne­go czło­wie­ka, któ­ry nie­gdyś słu­żył u Szu­anów. Ostat­nie dwa lata spę­dził jed­nak w ar­mii Ce­sa­rza i cią­gle jesz­cze nie do­stał krzy­ża Le­gii, choć już go przed­sta­wia­no do tego od­zna­cze­nia. Pod swo­imi roz­ka­za­mi miał dwa ba­ta­lio­ny hisz­pań­skie­go Re­gi­men­tu Jó­ze­fa-Na­po­le­ona i dwa szwo­le­że­rów ba­war­skich”.

22 paź­dzier­ni­ka siły te opu­ści­ły Małą Wiaź­mę i po­ma­sze­ro­wa­ły do wsi Ku­bin­sko­je.

„Wkrót­ce po tym, jak tam do­tar­li­śmy, po­ja­wi­li się Ko­za­cy i z okrzy­kiem „hur­ra” za­ata­ko­wa­li kon­wój z ran­ny­mi. Od­cię­ci żoł­nie­rze eskor­ty spra­wia­li się kiep­sko. Puł­kow­nik de Bo­ur­mont we­zwał swo­ich lu­dzi pod broń, ja zaś sam po­wio­złem roz­kaz do ba­war­skie­go puł­kow­ni­ka, aby wy­ko­nał szar­żę swo­ją bry­ga­dą. Od­po­wie­dział, że jego ko­nie są zbyt wy­czer­pa­ne, żeby iść ga­lo­pem. Pod­czas ca­łej tej eks­pe­dy­cji ca­łym po­żyt­kiem, jaki z nie­go mie­li­śmy, to pięć­dzie­się­ciu pie­chu­rów któ­rych co­dzien­nie od nas wy­cy­ga­niał dla ochro­ny swo­ich wy­praw po pa­szę. Przy tym, ku obu­rze­niu na­szych Hisz­pa­nów, jego lu­dzie zże­ra­li owce ze stad­ka, ja­kie Hisz­pa­nie zgro­ma­dzi­li. Po­pro­si­łem Pułk Jó­ze­fa-Na­po­le­ona, aby wy­sta­wił mi pięć­dzie­się­ciu ochot­ni­ków, z któ­ry­mi udał­bym się kil­ka mil na­przód, gdzie mo­gli­by­śmy oca­lić wię­cej [ran­nych]. Tych pięć­dzie­się­ciu gre­na­die­rów po­ma­sze­ro­wa­ło po­śpiesz­nie w kie­run­ku nie­przy­ja­cie­la. Oka­za­ło się, że oca­li­li­śmy set­kę do­brze uzbro­jo­nych lu­dzi, któ­rzy schro­ni­li się w la­sach nie od­daw­szy przed­tem ani jed­ne­go strza­łu”.

Mi­nę­ło już pięć dni od tych wy­da­rzeń. Po wy­słu­cha­niu opo­wie­ści o wy­czy­nach IV Kor­pu­su pod Ma­ło­ja­ro­sław­cem, Ca­stel­la­ne i ma­jor Hisz­pa­nów Do­re­il­le roz­ma­wia­ją te­raz o swo­ich wła­snych do­świad­cze­niach. Mają z tym pew­ne trud­no­ści. Do­re­il­le mia­no­wi­cie, po­cho­dzi z Ta­ra­scon i „nie mówi po fran­cu­sku”, a tyl­ko po pro­wan­sal­sku. Trzy­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­ni Do­re­il­le opo­wia­da przy­stoj­ne­mu mło­de­mu ary­sto­kra­cie ze szta­bu Na­po­le­ona o tym, jak

„od po­cząt­ku wo­jen re­wo­lu­cyj­nych stra­cił już sze­ściu bra­ci i po­zo­stał je­dy­ną pod­po­rą swo­jej sta­rej i zu­bo­ża­łej mat­ki”.

Tego śnież­ne­go po­ran­ka, 27 paź­dzier­ni­ka, na­wet eskor­ta z In­ten­dan­ce – Généra­le4 strze­gą­ca kon­wo­ju Skar­bu, zo­sta­je zmu­szo­na do po­śpiesz­ne­go wy­ru­sze­nia w dro­gę. „Ko­zac­kie ar­ma­ty zbli­ży­ły się już na od­le­głość pół strza­łu”. Jed­nak Be­lot de Ker­gor­re, nie mo­gąc znieść my­śli o utra­cie swo­je­go gu­la­szu, zwłasz­cza że jego słu­żą­cy zna­leź­li gdzieś kur­cza­ka i tro­chę ce­bu­li, zwle­ka z od­jaz­dem do ostat­niej chwi­li. Za­iste, choć od opusz­cze­nia przez ar­mię Mo­skwy mi­nął za­le­d­wie ty­dzień, już za­czy­na bra­ko­wać żyw­no­ści. Na ra­zie, jak za­uwa­ża puł­kow­nik Mon­ste­qu­iou de Fe­zen­sac z 4 Puł­ku Li­nio­we­go (III Kor­pus), ist­nie­ją pod tym wzglę­dem znacz­ne róż­ni­ce mię­dzy po­szcze­gól­ny­mi jed­nost­ka­mi:

„Je­den z puł­ków trzy­mał kil­ka wo­łów, lecz nie miał chle­ba. Inny znów miał mąkę, lecz bra­ko­wa­ło mu mię­sa. Cza­sem w jed­nym i tym sa­mym puł­ku nie­któ­re kom­pa­nie przy­mie­ra­ły gło­dem, pod­czas gdy inne opły­wa­ły w do­stat­ki. A choć prze­ło­że­ni w kół­ko na­ka­zy­wa­li im dzie­lić się z in­ny­mi, to ego­izm żoł­nie­rzy prze­wa­żał i wy­naj­dy­wa­li wszel­kie spo­so­by, aby prze­chy­trzyć ofi­ce­rów i nie pod­po­rząd­ko­wać się ich wła­dzy”.

Płat­nik Du­ver­ger z nie­po­ko­jem wi­dzi, że ko­nie I Kor­pu­su,

„znaj­du­ją­ce się bez prze­rwy w mar­szu, nie mają co jeść i pa­da­ją ze zmę­cze­nia i za­nie­dba­nia. Gdy koń pa­dał, ozna­cza­ło to, że szczę­ście nas nie opusz­cza. Bied­ne zwie­rzę było na­tych­miast rą­ba­ne na ka­wał­ki. Ko­ni­na jest cał­kiem zdro­wa. Jest jed­nak twar­da i włók­ni­sta. Nie­któ­rzy pre­fe­ro­wa­li koń­ską wą­tro­bę. Noce sta­wa­ły się co­raz dłuż­sze i zim­niej­sze. Sy­pia­li­śmy na mo­krej, prze­mar­z­nię­tej zie­mi. Za bi­wak ide­al­ny uwa­ża­li­śmy taki, gdzie mo­gli­śmy się wy­cią­gnąć mięk­ko na gar­st­ce sło­my wo­kół ogni­ska z su­che­go drew­na, pod osło­ną so­sno­we­go lasu. Je­śli jesz­cze zna­la­zło się tro­chę gu­la­szu z ko­ni­ny, pszen­ne­go chle­ba i flasz­ka go­rzał­ki, któ­rą pusz­cza­ło się w obieg, było to praw­dzi­we świę­to”.

„Od dru­gie­go dnia od­wro­tu”, opo­wia­da ostroż­ny szef szta­bu Da­vo­uta, przy­szły ma­larz ba­ta­li­sta ba­ron Lo­uis-Fra­nço­is Le­jeu­ne,

„za­czę­ła pa­dać drob­na, zim­na mżaw­ka, jak­by na do­kład­kę do na­szych cier­pień psy­chicz­nych, na­po­ty­ka­nych na tra­sie trud­no­ści i już i tak pa­skud­nej po­go­dy. Zim­ne i wil­got­ne noce na bi­wa­kach, nie­do­sta­tecz­ne od­ży­wia­nie się prza­śnym przy­dzia­ło­wym chle­bem lub nie­do­go­to­wa­ną zupą, wszyst­ko to po­wo­do­wa­ło po­ja­wia­nie się w od­dzia­łach pierw­szych ob­ja­wów de­zyn­te­rii.2 Cho­rzy nie mie­li już sił, aby na­dą­żać za swo­imi jed­nost­ka­mi i co­raz czę­ściej po­zo­sta­wa­li w tyle”.

Na­wet nowy do­wód­ca 7. Puł­ku Hu­za­rów, puł­kow­nik Vic­tor Du­puy, musi wy­trzy­mać cały dzień na jed­naj fi­li­żan­ce kawy wy­pi­tej na śnia­da­nie. Jego pułk był w sa­mej szpi­cy stra­ży przed­niej przez całą dro­gę od Nie­mna do Mo­skwy. Po­tem – gło­do­wał w obo­zie pod Win­ko­wem. Nie do­sta­ły mu się choć­by okru­chy ku­li­nar­nych bo­gactw Mo­skwy. A te­raz bry­ga­da Ro­us­se­la d’Hur­ba­la z dy­wi­zji lek­kiej ka­wa­le­rii Bruy­ère­sa, wcho­dzą­cej w skład 1. Kor­pu­su Ka­wa­le­rii Nan­so­uty’ego, two­rzy straż tyl­ną IV Kor­pu­su. Przy­byw­szy na puł­ko­wy bi­wak, Du­puy prze­cha­dza się tam i z po­wro­tem obok dro­gi,

„cze­ka­jąc aż miną go ja­cyś pol­scy ma­ru­de­rzy. Ku­pi­łem tro­chę rzad­kich i wręcz po­dej­rza­nych za­pa­sów. Ka­wa­łek upie­czo­nej na wę­glach wie­przo­wi­ny, czy też kil­ka gar­ści mąki zmie­sza­nej ze sto­pio­nym śnie­giem po­mo­gły mi i moim to­wa­rzy­szom uwie­rzyć, że nie je­ste­śmy już głod­ni”.

Nie­ste­ty, taka feta po­wo­du­je je­dy­nie za­bu­rze­nia żo­łąd­ko­we. Po­tem jed­nak Du­puy­owi tra­fia się praw­dzi­wa grat­ka:

„Za­uwa­ży­łem mo­je­go daw­ne­go ko­wa­la z kom­pa­nii wy­bor­czej 11. Puł­ku Sza­se­rów, na­zwi­skiem Bo­uton, obec­nie star­sze­go sier­żan­ta w Puł­ku Sza­se­rów Gwar­dii Ce­sar­skiej. Szedł z eskor­tą ja­kie­goś wozu. Za­ofe­ro­wał mi tro­chę cu­kru i kawy. Wy­rzu­ci­łem ze swo­jej wa­li­zy wszyst­ką brud­ną bie­li­znę i za­stą­pi­łem ją owy­mi za­pa­sa­mi, któ­re póź­niej bar­dzo mi się przy­da­ły. Prze­łknąw­szy rano so­lid­ną daw­kę kawy nie od­czu­wa­łem już gło­du przez cały dzień”.

Wszy­scy czu­ją się co­raz bar­dziej pod­le. Zwłasz­cza pod­po­rucz­nik Pier­re Au­vray z 23. Puł­ku Dra­go­nów, ca­ły­mi go­dzi­na­mi eskor­tu­ją­cy ta­bo­ry,

„i to bez żad­nej prze­rwy od 2 nad ra­nem do 11 wie­czo­rem, był nie­ustan­nie ata­ko­wa­ny przez po­prze­bie­ra­nych za Ko­za­ków chło­pów, któ­rzy szar­żo­wa­li na ko­lum­nę, aby do­stać się do wspa­nia­łych po­jaz­dów, w ja­kie wie­lu ofi­ce­rów za­opa­trzy­ło się w Mo­skwie. Po­wo­zy te, ob­ła­do­wa­ne zło­tem, sre­brem i żyw­no­ścią, przy­cią­ga­ły szcze­gól­ną uwa­gę chło­pów, któ­rych po­ża­ry po­zba­wi­ły da­chu nad gło­wą. Każ­de­go dnia po­ry­wa­li kil­ka z nich, ra­zem z woź­ni­ca­mi, któ­rych ob­dzie­ra­li i od­sy­ła­li nam z po­wro­tem”.

Ma­il­ly-Ne­sle sły­szy nowe sło­wo ję­zy­ka fran­cu­skie­go ‘se démo­ra­li­ser’. Tłu­ma­czy je so­bie jako „ro­dzaj no­stal­gii”. In­nym ofi­ce­rem, któ­ry za­uwa­ża po­dob­ne ob­ja­wy już od dru­gie­go dnia od­wro­tu, jest po­rucz­nik N.L. Pla­nat de la Faye, czło­wiek do wszyst­kie­go, a tak­że „głów­ny pi­sarz” ge­ne­ra­ła La­ri­bo­isi­ère’a, na­czel­ne­go do­wód­cy ar­ty­le­rii ar­mii. CKG i sztab ar­ty­le­rii do­tar­ły wła­śnie do Wie­re­ji, gdy

„po obie­dzie wszedł tam ja­kiś ofi­cer, któ­ry od rana nie miał ni­cze­go w ustach. Choć z na­tu­ry je­stem czło­wie­kiem skłon­nym do współ­czu­cia i po­zy­tyw­nie na­sta­wio­nym do wszyst­kie­go, co zwy­kle okre­śla się mia­nem ofiar­no­ści i od­da­nia, to nie sta­no­wi­łem wy­jąt­ku w ca­łym tym bar­ba­rzyń­stwie i bru­tal­nym ego­izmie”,

ja­kie za­czy­na­ły brać górę wszę­dzie wo­kół mnie. „Nie mie­li­śmy ni­cze­go, aby mu za­ofe­ro­wać, poza odro­bi­ną chle­ba, czy su­cha­rów oraz kie­lisz­kiem kiep­skiej wód­ki”. Po­iry­to­wa­ny ofi­cer zło­żył for­mal­ną skar­gę. Po­nie­waż od­po­wie­dzial­nym za roz­dział ra­cji żyw­no­ścio­wych jest to­wa­rzysz i przy­ja­ciel Pla­na­ta – Ho­no­ré de La­ri­bo­isi­ère – je­dy­ny ży­ją­cy z dwóch sy­nów ge­ne­ra­ła – uda­je się on do ojca, aby wy­ja­śnić sy­tu­ację. Jed­nak od cza­su śmier­ci dru­gie­go syna – Frédéri­ca – po bi­twie pod Bo­ro­di­no22 – sta­ry La­ri­bo­isi­ère jest po­grą­żo­ny w głę­bo­kiej de­pre­sji. Wszyst­ko więc, co Ho­no­ré zy­sku­je, to wście­kła po­ła­jan­ka. Jesz­cze tego sa­me­go dnia Pla­nat zdą­ży stra­cić na za­wsze in­ne­go przy­ja­cie­la, tym ra­zem z po­wo­du „ma­łe­go ka­wał­ka mię­sa, nie dość rów­no po­dzie­lo­ne­go”.

Kwa­te­ra Głów­na IV Kor­pu­su spę­dzi­ła noc w ja­kiejś szo­pie w nędz­nym przy­siół­ku Al­fe­rie­wo. Je­dy­nie księ­ciu Eu­ge­niu­szo­wi i jego ge­ne­ra­łom dy­wi­zji uda­ło się zna­leźć ja­kieś lep­sze schro­nie­nie. Sztab­ska­pi­tan La­bau­me tak­że uwa­ża, że wła­śnie tego dnia mo­ra­le ar­mii za­czę­ło się roz­pa­dać. Każ­da ar­mia – jak to traf­nie za­uwa­żył nie­gdyś Na­po­le­on, lecz chy­ba zdą­żył już o tym za­po­mnieć – ma­sze­ru­je na swo­im brzu­chu. Po­rucz­nik Al­brecht von Mu­raldt z 4. Puł­ku Szwo­le­że­rów Ba­war­skich IV Kor­pu­su jest prze­ra­żo­ny, wi­dząc jak szyb­ko sze­rzą­cy się brak żyw­no­ści wpły­wa na ob­ni­że­nie po­słu­szeń­stwa i dys­cy­pli­ny woj­sko­wej:

„Żoł­nie­rze za­czy­na­li opusz­czać sze­re­gi bez ze­zwo­le­nia, a je­śli ktoś nie był obec­ny ra­zem z in­ny­mi na bi­wa­ku, to już go na­wet nie wy­wo­ły­wa­no pod­czas po­ran­ne­go ape­lu przed wy­ru­sze­niem w dal­szą dro­gę. A był to do­pie­ro po­czą­tek!”.

Dwa dni póź­niej, tak­że po­rucz­nik Lo­uis-Jo­seph Vion­net, na­le­żą­cy do tak do­brze zdy­scy­pli­no­wa­ne­go do­tąd Puł­ku Fi­zy­lie­rów-Gre­na­die­rów Mło­dej Gwar­dii, za­uwa­ży, że

„żoł­nie­rzom zło­dziej­stwo za­czy­na wcho­dzić w na­wyk. Od­tąd już nic nie mia­ło być bez­piecz­ne oprócz tego, co czło­wiek miał na so­bie. Żoł­nie­rze po­tra­fi­li za­bie­rać juki z koni i garn­ki z ognisk”,

co two­rzy­ło nie­ustan­ne za­gro­że­nie dla wspa­nia­łe­go, wiel­kie­go że­la­zne­go ko­cioł­ka, na­le­żą­ce­go do Le Roy’a i jego słu­żą­ce­go Ja­cqu­eta. Żoł­nie­rze za­czy­na­li już cho­wać się w le­sie, aby zjeść tych kil­ka kę­sów chle­ba, ja­kie im jesz­cze po­zo­sta­ły. Tu i ów­dzie nie­któ­re jed­nost­ki wy­da­wa­ły się jesz­cze – cu­dem ja­kimś – nie­tknię­te. Ma­il­ly-Ne­sle po­dzi­wia ze swo­je­go po­wo­zu por­tu­gal­ski pułk lek­kiej jaz­dy, nad­cią­ga­ją­cy kłu­sem przez pola. „Ich do­sko­na­ły stan, żoł­nie­rze w kasz­ta­no­wo­brą­zo­wych mun­du­rach, wy­glą­da­ją­cy na wy­po­czę­tych; ich dziar­skie, po­waż­ne, ciem­ne twa­rze wzbu­dzi­ły nasz po­dziw”. Je­dy­nie skrom­ny Pion des Lo­ches zda­je się czuć wy­god­nie:

„Wie­czo­ra­mi roz­bi­ja­li­śmy nasz na­miot. Roz­bie­ra­łem się i kła­dłem na niedź­wie­dziej skó­rze, gdzie w moim śpi­wo­rze, okry­ty fu­trem, spa­łem tak zdro­wo jak zwy­kle na bi­wa­kach. Mój słu­żą­cy Lo­uvrier, sil­ny i wy­trzy­ma­ły męż­czy­zna, do­glą­dał koni.

Dzię­ki ta­kim środ­kom ostroż­no­ści, o ja­kie za­dba­łem jesz­cze w Mo­skwie, mia­łem ucier­pieć mniej niż kto­kol­wiek inny”.

Tuż za Wie­re­ją wy­co­fu­ją­ca się ar­mia wpa­da na dwie dy­wi­zje Mło­dej Gwar­dii mar­szał­ka Mor­tie­ra. Opu­ści­ły one Mo­skwę, w czte­rech pią­tych le­żą­cą w po­pio­łach, o 7 rano 22 paź­dzier­ni­ka, po wy­sa­dze­niu w po­wie­trze Krem­la, z roz­ka­za­mi mar­szu na Bo­rowsk przez Wie­re­ję. Ostat­nia jed­nost­ka opu­ści­ła jed­nak mia­sto do­pie­ro o 11 wie­czo­rem. Gdy Mor­tier czy­nił jesz­cze przy­go­to­wa­nia do tego wszyst­kie­go, zda­rzy­ło się coś nad­zwy­czaj­ne­go. Oto ro­syj­ski ge­ne­rał Win­zin­ge­ro­de, do­wód­ca sił zgru­po­wa­nych na pół­noc od mia­sta, ogar­nię­ty cie­ka­wo­ścią, co też się tam dzie­je, wbił so­bie do gło­wy, żeby je od­wie­dzić. Okrył się w tym celu cy­wil­nym płasz­czem. Gdy pró­bo­wał po­ga­wę­dzić z po­ste­run­kiem 5. Puł­ku Ty­ra­lie­rów,24 do­wo­dzą­cy nim po­rucz­nik nie stra­cił gło­wy i za­aresz­to­wał ge­ne­ra­ła mimo jego „próż­nych prób oca­le­nia – twier­dze­nia, że przy­szedł tyl­ko po­ga­dać i ma­cha­nia bia­łą chu­s­tecz­ką”, po czym ode­słał go do Mor­tie­ra. Ad­iu­tant Win­zin­ge­ro­de­go, nie­ja­ki ka­pi­tan Na­rysz­kin, oba­wia­jąc się o los swo­je­go sze­fa na­le­gał, aby jego tak­że wziąć do nie­wo­li.

Siły Mor­tie­ra skła­da­ły się z dy­wi­zji Mło­dej Gwar­dii ge­ne­ra­ła De­la­bor­de’a wraz z jej ar­ty­le­rią, pew­nej licz­by sa­pe­rów, bry­ga­dy pię­ciu­set ka­wa­le­rzy­stów, któ­rzy nadal mie­li ko­nie oraz po­śpiesz­nie ze­bra­nej bry­ga­dy Car­ri­ère’a, li­czą­cej ja­kieś czte­ry ty­sią­ce żoł­nie­rzy, któ­rzy już koni nie mie­li. Gdy do­łą­cza­li oni do ko­lum­ny, dr He­in­rich von Roos z 3. Puł­ku Sza­se­rów Wir­tem­ber­skich za­uwa­żył, że owe pro­wi­zo­rycz­ne jed­nost­ki są

„uzbro­jo­ne jak pie­cho­ta, w ka­ra­bi­ny za­bra­ne z ar­se­na­łu mo­skiew­skie­go. Uzbro­je­nie to wca­le im się nie po­do­ba­ło, i to do tego stop­nia, że gdy zo­ba­czy­li pa­nu­ją­cy wśród nas nie­po­rzą­dek, za­czę­li wy­rzu­cać swo­je ka­ra­bi­ny i amu­ni­cję. Każ­dy od­cho­dził so­bie gdzieś na bok z ju­ka­mi za­rzu­co­ny­mi na ple­cy, z wy­cio­rem w ręce ni­czym z la­ską, a ża­den ofi­cer nie po­tra­fił się temu prze­ciw­sta­wić”.

Na­po­le­on wła­śnie zsia­dał z ko­nia, gdy przy­pro­wa­dzo­no do nie­go Win­zin­ge­ro­de­go i Na­rysz­ki­na. W jed­nej chwi­li Ce­sarz znów sta­je się tym spo­koj­nym i opa­no­wa­nym czło­wie­kiem, ta­kim, ja­kim za­wsze pa­mię­tał go De­dem. Ma do­brą pa­mięć.

„I któż pan je­steś?”, wrzesz­czy na Win­zin­ge­ro­de­go, da­jąc upust wszyst­kiej swo­jej zło­ści z po­wo­du ob­ro­tu, jaki przy­bra­ła kam­pa­nia:

„Czło­wie­kiem bez oj­czy­zny! Za­wsze by­łeś pan moim oso­bi­stym wro­giem. Wal­czy­łeś prze­ciw­ko mnie u boku Au­stria­ków, po­tem ofe­ro­wa­łeś swo­je służ­by Ro­sja­nom. By­łeś pan jed­nym z głów­nych spraw­ców tej woj­ny.25 Ale prze­cież uro­dzi­łeś się pan w kró­le­stwie Wir­tem­ber­gii, w kra­jach na­le­żą­cych do Kon­fe­de­ra­cji Reń­skiej! Je­steś moim pod­da­nym! Nie je­steś pan zwy­czaj­nym wro­giem, je­steś pan bun­tow­ni­kiem i mam pra­wo po­sta­wić pana przed są­dem. Wi­dzi pan ten opusz­czo­ny kraj, Mon­sieur, te pło­ną­ce wsie? Kto po­wi­nien od­po­wie­dzieć za te wszyst­kie nie­szczę­ścia, któż jest im wi­nien? ot, tych pięć­dzie­się­ciu awan­tur­ni­ków, ta­kich jak pan, na­mó­wio­nych do zdra­dy przez An­glię, któ­ra po­tem rzu­ci­ła ich na kon­ty­nent. Zo­sta­łeś pan uję­ty z bro­nią w ręku. Mam pra­wo ka­zać pana roz­strze­lać!”.

Win­zin­ge­ro­de pró­bu­je wy­ja­śniać, że po­nie­waż Fran­cu­zi i tak są o krok od opusz­cze­nia Mo­skwy, kon­ty­nu­acja dzia­łań wo­jen­nych nie ma sen­su. Pró­ba roz­mów, jaką pod­jął, mia­ła na celu unik­nię­cie bez­sen­sow­ne­go roz­le­wu krwi i prze­ciw­dzia­ła­nie dal­szym znisz­cze­niom mia­sta. Za­prze­cza, ja­ko­by był pod­da­nym Na­po­le­ona, po­nie­waż nie był w oj­czyź­nie od dzie­ciń­stwa. Je­śli słu­ży ca­ro­wi Alek­san­dro­wi, to tyl­ko z po­wo­du oso­bi­ste­go przy­wią­za­nia.

„im bar­dziej pan de Win­zin­ge­ro­de pró­bo­wał się uspra­wie­dli­wiać, w tym więk­szą złość wpa­dał Ce­sarz, któ­ry pod­niósł głos do tego stop­nia, że sły­sza­ły go na­wet od­le­głe pi­kie­ty”.

Przy tej burz­li­wej roz­mo­wie obec­ny jest Cau­la­in­co­urt, któ­ry spę­dził czte­ry lata jako am­ba­sa­dor w St. Pe­ters­bur­gu i od po­cząt­ku zde­cy­do­wa­nie sprze­ci­wiał się tej woj­nie. Jest tak­że Ber­thier, któ­ry, bę­dąc w śred­nim wie­ku, za­czy­na już mieć dość wszel­kich wo­jen. Nie­co da­lej, z sza­cun­kiem sto­ją inni ofi­ce­ro­wie szta­bu.26

„Z po­cząt­ku ofi­ce­ro­wie szta­bu ce­sar­skie­go nie­co się cof­nę­li. Wszy­scy sta­li jak na szpil­kach. Spo­glą­da­jąc na sie­bie na­wza­jem, mo­gli­śmy do­strzec w oczach to­wa­rzy­szy nie­smak wy­wo­ła­ny tak przy­krą sce­ną”.

Ber­thier, sto­ją­cy naj­bli­żej swo­je­go wład­cy, od­czu­wa naj­więk­szy ze wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych nie­po­kój, co inni mogą

„od­czy­tać z jego wy­ra­zu twa­rzy. Uwa­gi, ja­kie po­czy­nił, gdy pod ja­kimś pre­tek­stem do nas się przy­łą­czył, tyl­ko to po­twier­dza­ły. Ce­sarz we­zwał żan­dar­mów, aby za­bra­li pana de Win­zin­ge­ro­de. Gdy nikt nie prze­ka­zał tego roz­ka­zu da­lej, Ce­sarz po­wtó­rzył go tak gło­śno, że z asy­stu­ją­cej pi­kie­ty na­tych­miast wy­stą­pi­ło aż dwóch żoł­nie­rzy. Wte­dy Na­po­le­on po­wtó­rzył więź­nio­wi nie­któ­re z oskar­żeń, do­da­jąc, że za­słu­gu­je na to, aby trak­to­wać go jako zdraj­cę”.

Win­zin­ge­ro­de, jak­by uką­szo­ny tym sło­wem,

„choć stał do­tąd z ocza­mi wbi­ty­mi w zie­mię, na­gle ze­brał się w so­bie, uniósł gło­wę i, spo­glą­da­jąc pro­sto na Ce­sa­rza i sto­ją­cych bez­po­śred­nio obok nie­go, gło­śno po­wie­dział:

‘Jak się tyl­ko panu po­do­ba, Sire, lecz nie jako zdraj­cę!’

Po czym od­szedł z wła­snej woli, po­prze­dza­jąc straż­ni­ków, któ­rzy trzy­ma­li się nie­co z tyłu”

W tej chwi­li na sce­nie po­ja­wia się Mu­rat i pró­bu­je nie­co uspo­ko­ić swo­je­go roz­wście­czo­ne­go szwa­gra, któ­ry

„szyb­ki­mi kro­ka­mi spa­ce­ru­je tam i z po­wro­tem, wzy­wa­jąc na prze­mian jed­ne­go, czy dru­gie­go spo­śród nas, aby dać upust swo­jej zło­ści. Spo­ty­ka się jed­nak wy­łącz­nie z mil­cze­niem”.

Cau­la­in­co­urt, któ­ry był już świad­kiem wie­lu ta­kich ata­ków ce­sar­skiej wście­kło­ści, „nig­dy nie wi­dział go tak ro­ze­źlo­ne­go”. Ży­cie Win­zin­ge­ro­de­go jest wy­raź­nie za­gro­żo­ne. Ge­ne­rał Jean Rapp, ulu­bio­ny ad­iu­tant Ce­sa­rza, „jest pe­wien, że po­padł­by w de­spe­ra­cję, gdy­by ten roz­kaz, naj­wy­raź­niej po­dyk­to­wa­ny sza­leń­czą wście­kło­ścią, miał zo­stać wy­ko­na­ny”. Do­łą­cza więc do in­nych w pró­bach ubła­ga­nia wład­cy, aby od­ro­czył jego wy­ko­na­nie. To z ko­lei do­pro­wa­dza je­dy­nie dp tego, że z ust Na­po­le­ona pa­da­ją jesz­cze cięż­sze oskar­że­nia pod ad­re­sem szlach­ty ro­syj­skiej, „któ­ra wcią­gnę­ła Alek­san­dra do tej woj­ny:

‘cię­żar tej woj­ny spad­nie na tych, co ją spro­wo­ko­wa­li. Na wio­snę ru­szę do St. Pe­ters­bur­ga i wrzu­cę to mia­sto do Newy’”.

Ber­thier, „cał­kiem nie­swój”, wy­sy­ła ad­iu­tan­ta do żan­dar­me­rii wy­bor­czej przy kwa­te­rze głów­nej z roz­ka­zem, aby jeń­ców trak­to­wa­no w spo­sób wła­ści­wy. Ségur po­wia­da,27 że „wszy­scy spie­szy­li się, żeby od­wie­dzić wzię­te­go do nie­wo­li ge­ne­ra­ła, po­cie­szyć go i wy­ra­zić swo­je współ­czu­cie”. Ani Ber­thier, ani Cau­la­in­co­urt

„nie wi­dzie­li do­tąd, by Ce­sarz do tego stop­nia stra­cił pa­no­wa­nie nad sobą. Nie­opo­dal mo­gli­śmy doj­rzeć duży, ład­ny bu­dy­nek. Na­po­le­on wy­słał dwa szwa­dro­ny, aby zdo­by­ły go i spa­li­ły, do­da­jąc: ‘Je­śli ci bar­ba­rzyń­cy tak lu­bią pa­lić wła­sne mia­sta, to mu­si­my im w tym tro­chę po­móc’”.

Ta­kie po­stę­po­wa­nie Ce­sa­rza zda­je się Cau­la­in­co­ur­to­wi szcze­gól­nie szo­ku­ją­ce:

„Był to je­den je­dy­ny raz, gdy sły­sza­łem, aby Ce­sarz wy­dał taki roz­kaz. Z za­sa­dy pró­bo­wał za­po­biec ta­kim znisz­cze­niom, jako że szko­dzi­ły one in­te­re­som pry­wat­nym i ruj­no­wa­ły in­dy­wi­du­al­nych oby­wa­te­li. Ce­sarz wró­cił do Wie­re­ji przed za­pad­nię­ciem nocy. We wio­sce nie po­zo­stał ani je­den miesz­ka­niec”.

Tak­że i ma­jor Bau­dus, ad­iu­tant Bes­si­ère­sa, uwa­żał oglą­da­ną sce­nę za „jesz­cze je­den do­wód, iż Ce­sarz do­sko­na­le uzmy­sła­wiał so­bie głę­bię prze­pa­ści, na któ­rej kra­wędź dał się do­pro­wa­dzić”. Ran­ne­mu Rap­po­wi, jak i ca­łe­mu szta­bo­wi żal jest „zdraj­cy” i ra­dzi by uczy­nić dla nie­go wszyst­ko co moż­li­we. Po­dob­ne uczu­cia ży­wią wo­bec jego lo­jal­ne­go i peł­ne­go po­świę­ce­nia ad­iu­tan­ta. Na­rysz­ki­no­wi, po­wia­da De­dem, „oka­za­no szcze­gól­ne wzglę­dy”.

Na­po­le­on za­zwy­czaj nie zwra­ca naj­mniej­szej uwa­gi na po­glą­dy Ber­thie­ra – jego ro­bo­ta to po pro­stu wcie­la­nie w ży­cie roz­ka­zów swo­je­go na­czel­ne­go do­wód­cy. Te­raz jed­nak na­wet Ber­thier od­wa­ża się za­uwa­żyć, że Win­zin­ge­ro­de w isto­cie nie jest pod­da­nym Ce­sa­rza. Wspól­nie z Cau­la­in­co­ur­tem na­ma­wia Mu­ra­ta, aby ten za­mie­nił jesz­cze słów­ko ze swo­im szwa­grem. Cau­la­in­co­urt zdą­żył już wła­ści­wie nie­co ochło­nąć i stał się spo­koj­niej­szy o osta­tecz­ny re­zul­tat ca­łej afe­ry, któ­ry za­pew­ne bę­dzie „pro­por­cjo­nal­ny do za­kło­po­ta­nia Ce­sa­rza. Ksią­żę­ta, po­dob­nie jak inni lu­dzie, mają w koń­cu su­mie­nie, któ­re każe im na­pra­wiać wy­rzą­dzo­ne zło”. Wresz­cie ko­niu­szy zo­sta­je we­zwa­ny.

„Czy ku­rier już przy­był?”, pyta Na­po­le­on.

Ta­kie py­ta­nie to do­bry omen. Ce­sarz wie prze­cież bar­dzo do­brze, że jest jesz­cze na to za wcze­śnie,28 wy­glą­da zresz­tą na „znacz­nie spo­koj­niej­sze­go”. Nadal jed­nak musi dać upust swo­jej zło­ści. Cau­la­in­co­urt po­spiesz­nie się zga­dza, że za­cho­wa­nie Win­zin­ge­ro­de­go było istot­nie „wiel­ce nie­ty­po­we”, ale Jego Ce­sar­ska Mość „po­trak­to­wał jeń­ca tak ostro, że do­dat­ko­wa kara jest już zbęd­na?”. Czyż więk­sza su­ro­wość nie bę­dzie wy­glą­dać je­dy­nie jak akt oso­bi­stej ura­zy wo­bec cara, któ­re­go ad­iu­tan­tem jest Win­zin­ge­ro­de? Cau­la­in­co­urt po­zwa­la so­bie na uwa­gę, że wład­cy

„‘nie po­trze­bu­ją prze­cież oso­bi­ście brać się za bary, gdy wy­strze­lo­no już tyle po­ci­sków’.

Ce­sarz za­czął się śmiać i de­li­kat­nie uszczyp­nął mnie w ucho, co miał w zwy­cza­ju czy­nić, gdy pró­bo­wał zy­skać czy­jąś przy­chyl­ność.

‘Masz ra­cję. Ale ten Win­zin­ge­ro­de to ciem­ny ty­pek, in­try­gant, taj­ny agent rzą­du lon­dyń­skie­go. Alek­san­der źle zro­bił, czy­niąc go swo­im ad­iu­tan­tem’”.

Jed­nak on, Na­po­le­on, nie po­peł­ni po­dob­ne­go błę­du i nie po­trak­tu­je jeń­ca źle.

„‘Już wo­lał­bym, aby schwy­ta­li ja­kie­goś Ro­sja­ni­na. Ci cu­dzo­ziem­cy słu­żą­cy temu, kto za­ofe­ru­je im naj­wię­cej, to kiep­ski na­by­tek. To ze wzglę­du na Alek­san­dra tak się nim in­te­re­su­jesz? No, do­brze, już do­brze, nie zro­bi­my mu krzyw­dy’.

Ce­sarz klep­nął mnie de­li­kat­nie w po­li­czek, co było u nie­go ty­po­wą ozna­ką sym­pa­tii… od sa­me­go po­cząt­ku wi­dzia­łem, że szu­ka tyl­ko pre­tek­stu, aby wy­co­fać się z wy­po­wie­dzia­nych słów”.

I rze­czy­wi­ście, Na­po­le­on po­wia­da Cau­la­in­co­ur­to­wi, aby „spró­bo­wał na­mó­wić Na­rysz­ki­na na spo­ży­cie z nami obia­du”. Co się zaś ty­czy Win­zin­ge­ro­de­go to, po­wia­da,

„‘Ode­ślę go do Fran­cji, i to pod do­brą eskor­tą, aby nie za­czął znów in­try­go­wać po ca­łej Eu­ro­pie z dwo­ma lub trze­ma in­ny­mi za­pa­leń­ca­mi jego po­kro­ju’”.

Przy obie­dzie Na­po­le­on zwra­ca się do Na­rysz­ki­na:

„‘Jak się pan na­zy­wasz?’

‘Na­rysz­kin’, od­parł mło­dy ofi­cer.