62,00 zł
„Podczas odwrotu nawyk zwyciężania kosztował nas dro-
żej niż kiedykolwiek. Chwalebny zwyczaj maszerowania
zawsze naprzód – gdy przyszło do wycofywania się – zro-
bił z nas po prostu uczniaków. Nigdy nie słyszałem o go-
rzej zorganizowanym odwrocie”
Caulaincourt
„Skrajna nędza nie wie co to prawa człowieka. Często
podporządkowuje się wszystko instynktowi samozacho-
wawczemu.”
Luiza Fusil nad Berezyną
„Nigdy, do dnia kiedy to piszę, w 1828 roku, nie widzia-
łem relacji z tego odwrotu, którą mógłbym uznać za prze-
sadną. W istocie jestem pewien, że względem tego, co mu-
sieli znosić jego uczestnicy – przesada jest niemożliwa.”
Porucznik Vossler
„Być może, ze względu na honor ludzkości, nie powinie-
nem opisywać wszystkich tych przerażających scen. Zde-
cydowałem się jednak spisać wszystko to, co widziałem.
A jeśli w czasie tej kampanii popełniono czyny haniebne,
to należy pamiętać, że zdarzały się i szlachetne.”
Sierżant Bourgogne
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 1038
Tytuł oryginału: Paul Britten Austin, 1812. The Great Retreat told by the survivors
Tłumaczenie: Wojciech Chrzanowski, Klementyna Chrzanowska
Redakcja: Andrzej Ryba
Korekta: Aniela Łajkowska
Zdjęcia: z oryginału
Projekt okładki: Jarosław Wróbel
Wersja polska map: Michał Szwaguliński
Skład komputerowy: Wojciech Chrzanowski
Polska wersja indeksu: Aleksandra Reroń-Miścicka
Oryginalna wersja niniejszej książki została wydana przez
Greenhill Books, London and Stackpole Books, Pennsylvania
All rights reserved.
Copyright © 1996 by Paul Britten Austin
Prawa moralne autorów pamiętników i wspomnień zostały uwzględnione
Copyright for Polish edition © 2005 by „Finna”
ISBN 978-83-68435-45-0
Wydanie 1 w języku polskim
Gdańsk
Oficyna wydawnicza FINNA
80–768 Gdańsk, ul.Dziewanowskiego 5/6
tel.:603 892 042
e-mail: finna@finna.com.pl
www.finna.com.pl
Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.
Tom ten dedykuję
dwóm największym znawcom
dziejów epoki napoleońskiej w świecie anglojęzycznym:
Profesorowi Davidowi Chandlerowi, doktorowi literatury (Oxford)
oraz
Johnowi R. Eltingowi, emerytowanemu pułkownikowi Armii Stanów
Zjednoczonych
jako wyraz wdzięczności za ich uprzejmość i łaskawość
„Podczas odwrotu nawyk zwyciężania kosztował nas drożej niż kiedykolwiek. Chwalebny zwyczaj maszerowania zawsze naprzód – gdy przyszło do wycofywania się – zrobił z nas po prostu uczniaków. Nigdy nie słyszałem o gorzej zorganizowanym odwrocie”
Caulaincourt
„Skrajna nędza nie wie co to prawa człowieka. Często podporządkowuje się wszystko instynktowi samozachowawczemu.”
Luiza Fusil nad Berezyną
„Nigdy, do dnia kiedy to piszę, w 1828 roku, nie widziałem relacji z tego odwrotu, którą mógłbym uznać za przesadną. W istocie jestem pewien, że względem tego, co musieli znosić jego uczestnicy – przesada jest niemożliwa.”
Porucznik Vossler
„Być może, ze względu na honor ludzkości, nie powinienem opisywać wszystkich tych przerażających scen. Zdecydowałem się jednak spisać wszystko to, co widziałem. A jeśli w czasie tej kampanii popełniono czyny haniebne, to należy pamiętać, że zdarzały się i szlachetne.”
Sierżant Bourgogne
Nie mam właściwie nic do dodania do przedmów jakie napisałem do dwóch pierwszych tomów tego dzieła: 1812. Marsz na Moskwę i 1812. Napoleon w Moskwie, poza tym, że niniejszy wolumen zamyka dramat, jakim była katastrofa w Rosji, dramat – jakiego doświadczyli sami najeźdźcy – opowiedziany ich własnymi słowami. Uwagi dotyczące mojej techniki tłumaczenia oraz innych metod jakie stosowałem, przedstawiając mój „słowny film”, cierpliwy czytelnik może znaleźć w tamtych przedmowach.
Cała ta historia była już oczywiście opowiadana niezliczoną ilość razy. Pomijając nieśmiertelne dzieło sierżanta Bourgogne’a, po wszystkich wspomnieniach i pamiętnikach widać jednak, że – prawdopodobnie z powodu samej skali wydarzeń, która znużyła autorów bądź ich wydawców – są one, ze zrozumiałych względów, w większym lub mniejszym stopniu streszczeniami. Jak czytelnik zobaczy, istnieje wiele relacji naocznych świadków wydarzeń. W rzeczy samej materiał z którego czerpałem cytowane teksty obejmuje świadectwa około 160 uczestników tej wojny i okazał się niemalże zbyt wielki, a trzeba pamiętać, że im mniejsza liczba ocalałych, tym bardziej szczegółowe stają się ich opisy. Pierwszym i jedynym celem mojego projektu było odtworzenie – w maksymalnym zbliżeniu – fragmentu czasów minionych. Jest to – oczywiście – iluzją. Najbardziej obiektywny i szczegółowy opis i tak składa się jedynie na milionową część rzeczywistości. Setki, może tysiące innych uczestników tych wydarzeń pisało zapewne dzienniki, które razem z ich autorami zaginęły w śniegach. Mój umysł wzdraga się na myśl o zadaniu, jakie by mnie czekało, gdyby ocalały. To, co mnie fascynowało, to szczegóły zachowanych materiałów. Jeśli są one czasami zbyt drastyczne dla delikatnego czytelnika, to mogę jedynie zasugerować, aby je pominął. Nie można już jednak pomijać wypływających z nich wniosków, gdyż byłoby to intelektualnie nieuczciwe. Bellum dulce inexpertis, powiada Erazm z Rotterdamu – „Wojna miła jest dla tych, którzy jej nie doświadczyli!”.
Mimo tej ciągle narastającej masy naocznych relacji (z innych nie korzystałem, ale nowe wspomnienia ciągle wypływają na światło dzienne), próbowałem, żeby całość komponowała się sama w coś w rodzaju – mam nadzieję – ogromnej symfonii. Jej pierwsze wspaniałe takty rozbrzmiewają dźwiękami trąbek i bębnów Gwardii Cesarskiej, przy których przekraczał ona Niemen owej nocy świętojańskiej 1812 roku, zaś ostatnie – to tony rozpaczy i przerażenia – niczym „zamarznięte” dźwięki wiolonczeli – głosy nielicznych ocalonych z epopei.
Na koniec pozwalam sobie na kilkanaście zdań w tonie bardzo osobistym. Ukończenie całego dzieła zajęło mi prawie 25 lat. Jeśli wytrwałem do tego momentu – zaryzykuję nawet stwierdzenie: jeśli starczyło mi sił – to nie z powodu jakiejś narastającej fascynacji historią wojskowości jako taką czy nawet obsesji na tym punkcie, ale ze względu na tak liczne okazje do wejrzenia w uderzające zakamarki natury ludzkiej. Pod koniec – czasami – cała historia owego roku 1812 wydawała mi się tragicznym paradygmatem ludzkiej egzystencji. Początkowy wyniosły, by nie rzec arogancki, optymizm – chybione kalkulacje – ich przerażające rezultaty – nagi egoizm przetrwania – upór jednych, a tchórzostwo i poddanie się losowi innych – bohaterstwo i prawdziwa wielkość nielicznych – przyjaciele porzucani na poboczach dróg… Homo homini lupus – lampart nie zmienia swojego DNA, co nasze „niewybaczalne stulecie” aż nadto jasno wykazało. Żaden filozof o najbardziej pesymistycznym nastawieniu nie potrzebowałby lepszych przykładów tego, co Dr Johnson nazwał „próżnością ludzkich pragnień”, a co zostało tutaj wykazane nieomal geometrycznie w estetyce – powiedziałbym – swojej własnej historycznej logiki. Nie musiałem niczego upiększać.
Wyrazy wdzięczności kieruję do mojego wydawcy, Lionela Leventhala, za jego oddanie projektowi, który w końcu rozrósł się do niemal tylu słów, ilu żołnierzy było w Wielkiej Armii. To w jego biurze, bardzo już dawno temu, projekt ten się narodził. Lionel okazał mu – i mnie – wielką cierpliwość, kosztującą go niemal połowę jego kariery zawodowej. Obaj z kolei jesteśmy wdzięczni trzem ekspertom, którzy krytycznie spojrzeli na tekst książek. Są to: Philip J. Haythornthwaite, Digby Smith i John R. Elting – wszyscy będący wybitnymi
Przedmowa autorami dzieł na temat historii epoki napoleońskiej. Ich bystre oczy i dogłębna wiedza pozwoliły na wyeliminowanie wielu większych i mniejszych błędów. Powinienem podziękować także w sposób szczególny profesorowi Algirdasowi Jakubcionisowi z Uniwersytetu Wileńskiego za jego pomoc w zakresie doboru ilustracji i za ich dostarczenie. Za pomoc w tym samym zakresie dziękuję też – kolejny już raz – Peterowi Harringtonowi z Brown University w Providence, Rhode Island, USA.
Paul Britten Austin
Dawlish, S. Devon, 1996
Pierre Auvray, kapitan, 23. Pułk Dragonów
LouisBegos, kapitan, starszy adiutant w 2. Szwajcarskim Pułku Piechoty Lekkiej
Vincent Bertrand, sierżant karabinierów w 7. Pułku Piechoty Lekkiej, dywizja Gérarda, I Korpus
Honoré Beulay, podporucznik, 36. Pułk Piechoty Liniowej, dywizja Partonneaux, IX Korpus
Hubert Biot, kapitan, adiutant generała Pajola
Guillaume Bonnet, kapitan w 18. Pułku Piechoty Liniowej, III Korpus
Jean-François Boulart, major artylerii Gwardii
A.-J.-B.-F. Bourgogne, sierżant Pułku Fizylierów-Grenadierów Młodej (Średniej) Gwardii
Paul de Bourgoing, porucznik w 5. Pułku Tyralierów, tłumacz generała Delaborde’a, Młoda Gwardia
Henryk Brandt, kapitan w 2. Pułku Legii Nadwiślańskiej
Jean-Marc Bussy, woltyżer, 3. Pułk Szwajcarski, II Korpus
Jean Calosso, starszy sierżant pułku, 24. Pułk Szaserów, brygada Castexa, II Korpus V.E.B. Castellane, kapitan, oficer do zleceń w CKG
Armand de Caulaincourt, generał, Wielki Koniuszy, odpowiedzialny za cały transport Cesarskiej Kwatery Głównej i służbę kurierską
Dezydery Chłapowski, pułkownik 1. Polskiego Pułku Szwoleżerów Gwardii, Brygada Lansjerów Gwardii Colberta
Jean-Nicholas Curély, starszy sierżant pułku, 20. Pułk Szaserów, brygada Corbineau, II Korpus
Dedem van der Gelder, generał brygady, były dyplomata, przydzielony do CKG
François Dumonceau, kapitan dowodzący kompanią 2. Pułku Lansjerów Gwardii („Czerwoni Lansjerzy”) w Brygadzie Lansjerów Gwardii colberta
Victor Dupuy, pułkownik w 7. Pułku Huzarów, dywizja Bruyère’a, 1. Korpus Kawalerii
B.T. Duverger, kapitan płatnik w I Korpusie Davouta
Henri-Pierre Everts, major, 33. Pułk Piechoty Liniowej, dywizja Dufoura, I Korpus
G. de Faber du Faur, major dowodzący artylerią rezerwową III Korpusu Neya
Baron A.-J.-F. Fain, drugi sekretarz Napoleona
Raymond Faure, chirurg, 3. Korpus Kawalerii Grouchy’ego (jeniec)
Fezensac, diuk, pułkownik, 4. Pułk Piechoty Liniowej, dywizja Razouta, III Korpus
Charles François, „dromader z Egiptu”, kapitan dowodzący kompanią grenadierską 30. Pułku Piechoty Liniowej, dywizja Moranda, I Korpus
Louise Fusil, aktorka podróżująca z CKG
Gaspard Gourgaud, baron, pułkownik, pierwszy officier d’ordonnance, CKG
Lubin Griois, pułkownik artylerii konnej, 3. Korpus Kawalerii
J.L. Henckens, podoficer, p.o. starszego adiutanta w 6. pułku Szaserów, dywizja Chastela, 3. Korpus Kawalerii
Dirk van Hogendorp, baron, generał, adiutant Napoleona, gubernator województwa wileńskiego
Porphyre Jacquemot, porucznik, 5. kompania 5. Pułku Artylerii, w wilnie
Henri de Jomini, baron, generał, teoretyk wojskowości, gubernator miasta Smoleńska, a także miasta Wilna
von Kalckreuth, porucznik, 2. Pułk Huzarów Pruskich, brygada Niewiewskiego &&&
Bellot de Kergorre, oficer administracyjny odpowiedzialny za wóz Skarbu, maszerujący z CKG
Kapitan Eugène Labaume, ze sztabu IV Korpusu księcia Eugeniusza, autor pierwszej opublikowanej relacji z tej kampanii (1814)
D.-J. Larrey, baron, Naczelny Chirurg, CKG
Cesare de Laugier, starszy adiutant Guardia d’Onore Królestwa Włoch, IV Korpus
Thomas Legler, porucznik, 1. Pułk Szwajcarski, dywizja Merle’go, II Korpus
L.-F. Lejeune, baron, generał, do czasu bitwy pod Borodino jeden z adiutantów Berthiera, później szef sztabu przy Davoucie
C. F. M. Le Roy, podpułkownik, 85. Pułk Piechoty Liniowej, dywizja Dessaixa, I Korpus
M.-H. de Lignières, hrabia, kapitan w 1. Pułku Szaserów Pieszych Gwardii
G. L. de Lorencez, generał, szef sztabu przy marszałku Oudinocie, II Korpus
J.-E.-J.-A. Macdonald, marszałek, diuk Tarentu, dowódca X Korpusu
A.-A.-A. deMailly-Nesle, hrabia, podporucznik w 2. Pułku Karabinierów, jadący z CKG
Marcelline Marbot, pułkownik 23. Pułku Szaserów, brygada Castexa, II Korpus
Albrecht von Muraldt, porucznik, 4. Pułk Szwoleżerów Bawarskich, brygada lekkiej kawalerii Ornana przydzielona do IV Korpusu
Amédée de Pastoret, markiz, komisarz wojskowy (oficer zaopatrzenia) w Witebsku
Pierre Pelleport, wicehrabia, pułkownik, 18. Pułk Piechoty Liniowej, dywizja Razouta, III Korpus
François Pils, „grenadier”, artysta, ordynans marszałka Oudinota, II Korpus
A.-A. Pion des Loches, major w artylerii pieszej Gwardii
Planat de la Faye, porucznik, sekretarz generała Lariboisière’a, sztab artylerii
F.-R. Pouget, baron, generał, gubernator Witebska
D.-G.-F. Dufour de Pradt, biskup, ambasador w Warszawie Jean Rapp, generał, adiutant Napoleona
Roch-Godart, baron, generał, gubernator miasta Wilna
L.-V.-L. Rochechouart, emigrant, hrabia, służący pod generałem Langeronem w armii Cziczagowa
Franz Roeder, kapitan, Heska Gwardia Piesza
François Roguet, baron, generał, dowódca 2. Dywizji Gwardii Heinrich von Roos, chirurg w 3. Pułku Szaserów Wirtemberskich Abraham Rosselet, kapitan, 3. Pułk Szwajcarski, dywizja Merle’a, II Korpus
M.-J.-T. Rosetti, pułkownik, adiutant Murata N. T. Sauvage, porucznik w taborach, VIII Korpus
Philippe de Ségur, hrabia, generał, zastępca prefekta pałacu, odpowiedzialny za muły CKG
T.-J.-J. Séruzier, baron, pułkownik artylerii konnej, 2. Korpus Kawalerii
Roman Sołtyk, hrabia, kapitan, przydzielony do Wydziału Topograficznego CKG
Karl von Suckow, kapitan, kawaleria Wirtemberska, III Korpus Maurice Tascher, porucznik szaserów
F.-A. Teste, baron, generał, gubernator Wiaźmy
Auguste Thirion, starszy sierżant pułku w 2. Pułku Kirasjerów, dywizja Saint-Germaina, 1. Korpus Kawalerii
L.-J. Vionnet, major, Pułk Fizylierów-Grenadierów, Młoda (Średnia) Gwardia
H. A. Vossler, porucznik, Pułk Huzarów Księcia Ludwika Pruskiego
Jakob Walter, szeregowiec w Pułku Piechoty Wirtemberskiej
R. Warchot, &&& kapitan, 8. Pułk Polskich Lansjerów
C.-A.-W. Wedel, hrabia, generał, VI Korpus
Sir Robert Wilson, generał, brytyjski oficer łącznikowy w kwaterze głównej Kutuzowa
J.-H. Załuski, kapitan w 1. Pułku Szwoleżerów Gwardii (polskim)
Po szczegóły bibliograficzne tych i innych źródeł odsyłam czytelnika do obszernych bibliografii w 1812 – Marsz na Moskwę i 1812 – Napoleon w Moskwie. Dodatkowe źródła są podane w Przypisach.
Pierwsze wymienienie naocznego świadka, którego relacja składa się na niniejszy „film dokumentalny” o odwrocie Napoleona z Rosji, jest zaznaczone przez wyróżnienie jego nazwiska kursywą.
W dniu przesilenia letniego 1812 roku Napoleon przekroczył Niemen z dziewięcioma korpusami armii – jedną trzecią miliona żołnierzy – co stanowiło największą i najpotężniejszą – nie wspominając już, że także najbardziej międzynarodową armię w historii Europy. Rosjanie – aby utrzymać połączenie pomiędzy swoimi dwiema armiami – wycofywali się pośpiesznie do wnętrza kraju, odmawiając stoczenia walnej bitwy, jakiej szukał Napoleon. Zatrzymali się i zdecydowali walczyć dopiero 14 sierpnia pod Smoleńskiem, który poszedł z dymem. Było to pyrrusowe zwycięstwo Francuzów. Ich główna, „moskiewska” armia straciła po drodze tylu ludzi i koni, że to, co powinno stać się decydującą bitwą (Borodino, 7 września), nie przyniosło rozstrzygnięcia. Moskwa, ewakuowana przez Kutuzowa i zajęta przez Francuzów (14 września), została podpalona przez gubernatora Rostopczyna.
Przez pięć pełnych złudzeń tygodni Napoleon czekał na Kremlu, mając nadzieję, że car zawrze pokój, podczas gdy jego awangarda w obozie pod Winkowem dosłownie głodowała. 18 października Rosjanie ją zaatakowali i jedynie natychmiastowa akcja Murata ocaliła ją przed unicestwieniem. Następnego dnia Napoleon wymaszerował z miasta na południe – w kierunku Kaługi i niezniszczonych terenów Ukrainy – z około 110 000 żołnierzy i ogromnymi taborami załadowanymi po brzegi łupami z Moskwy. 24 października 22 000 Włochów, Francuzów i Chorwatów z IV Korpusu księcia Eugeniusza („Armia Włoch”) natknęło się i pokonało 70 000 Rosjan pod Małojarosławcem. Raz jeszcze Kutuzow cofnął się, zaś następnego dnia, w porannej mgle, Napoleon o włos uniknął wzięcia do niewoli przez Kozaków. Zdecydowawszy niechętnie, że Wielka Armia „dość już uczyniła dla chwały”, Cesarz nakazał odwrót zdewastowanym traktem przez Możajsk i Wiaźmę na Smoleńsk, gdzie miał nadzieję udać się na leża zimowe przed rozpoczęciem drugiej kampanii wiosną 1813 roku. „Przed północą obie armie odwróciły się plecami do siebie i pomaszerowały w przeciwnych kierunkach”.
„Nagle wszyscy wyglądali na obojętnych” – „odwrót rannego lwa” – Kozacy – łupy z Moskwy – zawartość pewnego wozu – los rannych i jeńców – Maily-Nesle ciągle śpiewa – korpus Neya w Borowsku – Dumonceau poświęca swój wózek – kogut trafia do garnka Le Roy’a – protest Davouta – Napoleon widziany oczami Dedema – narastające braki żywności – cesarski wybuch – los rannych z Możajska
Po drugiej nocy spędzonej w chatce tkacza Napoleon ponownie wyjeżdża w kierunku Małojarosławca. Spogląda na jego dymiące ruiny, a poprzez mgłę i dymy – na położoną za miastem równinę. Czy Kutuzow naprawdę się wycofał? Raporty są potwierdzone. I to właśnie, jak zauważa drugi sekretarz Cesarza, A.-J.-F. Fain, usuwa jego ostatnie obiekcje wobec odwrotu głównym traktem – przez Możajsk i Smoleńsk. Cofnięcie się Kutuzowa daje przynajmniej armii szansę oderwania się od nieprzyjaciela. Tak więc, o dziewiątej rano 26 października, „przy ognisku rozpalonym obok drogi, [Cesarz] wydaje rozkaz wszystkim, którzy pozostali w Gorodni, aby wycofywać się na Borowsk”, oddalony o jakieś dwanaście mil do tyłu, a o jedenastej przed południem sam odwraca się plecami do nieprzyjaciela, który tak długo i skutecznie mu się wymykał.
Jak dotąd tylko jeden jedyny raz zmuszony był do odwrotu. Jest to więc operacja, w której nie ma, lub ma bardzo niewiele doświadczenia. Wszyscy instynktownie rozumieją co to znaczy i głęboko ich to przygnębia. Czyż Cesarz nie przysięgał, że nigdy nie będzie się wycofywał drogą, którą przybył – przez „pustynię, jaką sami stworzyliśmy”?
Samozwańczy malarz batalistyczny Albrecht Adam, który miał już tej kampanii po dziurki w nosie i ruszył do domu, wie też dobrze, że pomiędzy Moskwą a Smoleńskiem
„wszystko jest zdewastowane na przestrzeni ponad trzystu mil. Wioski leżały w ruinie. Miasta były wygłodzonymi szpitalami. Tych kilka stodół czy chat, jakie nadal stały, były wypełnione trupami ludzi i zwierząt domowych, czasem na wpół zgniłymi. Wystarczyło iść za trupim smrodem, aby być pewnym, że jest się na właściwej trasie”.
Tych kilku ludzi, na jakich były cukiernik i jego towarzysze podróży natknęli się po drodze, „maruderów ciągnących za armią i pozbawionych jakiegokolwiek pożywienia, z największym trudem błąkało się tu i tam” po kraju „przepełnionym Kozakami i chłopstwem”. Kilka razy „tylko cudem jakimś udało się im ocaleć”.1
Morale jest kiepskie. Wszyscy wiedzą o tym, jak Cesarz „siedział przez całą godzinę” w owej chatce w Gorodni, „rozważając swoją dramatyczną decyzję” i jak wczorajszego ranka wpakował się w ćmę Kozaków,2 przez co o mało nie dostał się do niewoli. A choć CKG1 starała się jak mogła, aby wyciszyć ów szokujący epizod, to „do następnego wieczora wiedziała już o nim cała armia i cała aż trzęsła się ze zgrozy na samo jego wspomnienie”. A także na pogłoski, jakoby najwyższego hetmana Kozaków, Płatowa,
„po tym jak jego syn zginął w potyczce pomiędzy Kozakami a polskimi ułanami pod Wierieją, ogarnęła tak gwałtowna nienawiść do Francuzów, że rozkazał, aby przyprowadzać do niego każdego niskiego i tęgiego Francuza, aby mógł mu się dokładnie przyjrzeć. Obiecał ponoć nawet, że odda rękę własnej córki każdemu – choćby i prostemu Kozakowi – kto przyprowadzi mu Napoleona – żywego lub martwego”.
Holenderski eksdyplomata i generał brygady, Dedem van der Gelder, który ściągnął na siebie niechęć Berthiera za sposób, w jaki wstawiał się za cudzoziemcami i nawet usłyszał na Kremlu, że „jeśli nie jesteś pan zadowolony – możesz wracać do domu”, uważa, iż plotka ta z pewnością „zaniepokoiła Napoleona”. Nic jednak nie wspomina, jak się o tym dowiedział. Wszystkie wydarzenia wskazują na to, iż słowo „odwrót”, o którym ten zjadliwy krytyk wojskowości usłyszał w lipcu w Witebsku, że „nie istnieje w armii francuskiej”, staje się ponurą rzeczywistością.
Zaledwie jednostki wykonały w tył zwrot i pomaszerowały, jedna za drugą, traktem na Borowsk, a już majorowi A. A. Pionowi des Lochesowi wydaje się, że „wszystkich ogarnęło jakieś otępienie”. Ów nowo awansowany major jest także chronicznym dysydentem i powszechnie znanym wszystkowiedzącym. Takie „otępienie” – według niego – wydaje się już teraz „zamieniać nasz odwrót w pogrom”. Będąc odpowiedzialnym za 1. kompanię 2. Pułku Artylerii Pieszej Młodej Gwardii oraz za część taborów, jest on zszokowany, gdy szef sztabu artylerii Gwardii, generał Lallemand, podjeżdża do niego konno i rozkazuje mu, aby
„według własnego uznania – ponieważ potraciłem konie – porzucił wozy amunicyjne, niszcząc wiezioną na nich amunicję.
Na próżno przedkładałem mu, że zatrzymywanie dział bez odpowiedniego zaopatrzenia jest całkiem bezużyteczne. ‘Cesarz’, powiedział generał władczo, ‘nie chce, aby pozostawić choćby jedno działo!’. Cóż za mądrość! Czyżby ten człowiek myślał, że tylko działa wpadające w ręce nieprzyjaciela będą świadkami jego odwrotu? Ale jego rozkazy zostały wykonane”.3
Sprawy stoją więc tak, że żołnierze już teraz „porzucają wozy amunicyjne, i to bez żadnych formalnych instrukcji. Każdy z nas postępował według własnego widzimisię”. Pionowi des Lochesowi nie przychodzi na myśl, że przecież Napoleon będzie mógł uzupełnić amunicję w Smoleńsku, gdzie znajdują się ogromne magazyny wszelkiego zaopatrzenia, podczas gdy działa to już całkiem inna sprawa. Rozkaz Lallemanda będzie chyba ostatnim, jaki major otrzyma w Rosji.
Naturalnie, nie wszyscy podupadają na duchu. Pułkownik Lubin Griois przepełniony jest podziwem dla „rzadkiej odwagi i przytomności umysłu” swojego dowódcy korpusu, generała Grouchy’ego, którego 3. Korpus Kawalerii osłania tylną straż armii utworzoną przez I Korpus Davouta. Artyleria konna Griois miała jako ostatnia przekroczyć most nad przełomem Łuży:
„Obecny wszędzie, w spokojnym, niemal pogodnym, nastroju, [Grouchy] wlewał tyle pewności siebie, tyle ufności w te konne oddziały, jakie jeszcze mu pozostawały, że nieprzyjaciel, mimo wciąż ponawianych wysiłków, nie potrafił mu przeszkodzić, ani nawet zniechęcić. Był to zaiste odwrót rannego lwa”.
A przecież ledwo co doszedł do siebie po ranie, jaką otrzymał pod Borodino, a po jego kawalerii także „zostało stanowczo zbyt mało” po całomiesięcznym głodowaniu w obozie pod Winkowem.4 Jest wspaniały, słoneczny dzień. Konni artylerzyści Griois staczają nieustanne potyczki z ciągle rosnącą liczbą Kozaków:
„Nadciągali i kręcili się wokół nas, czasami zaledwie na odległość strzału z pistoletu. Gdy tylko ataki ich stawały się nazbyt ożywione, zatrzymywaliśmy się, aby odpędzić ich paroma salwami lub szarżą kilku plutonów. Oznaczało to jednak spowolnienie naszego marszu i czynienie Kozakom zbyt wielkich honorów. Ograniczyliśmy się więc do zmuszania ich do okazania nam szacunku, posyłając im kilka kartaczy lub strzałów karabinowych i kontynuując marsz”.
Łatwi do rozpoznania nawet z daleka – „przez nieporządek panujący w ich kupach, niewyraźną barwę strojów jeźdźców i mieszaninę używanych przez nich koników”, Kozacy także jednak dysponują artylerią.
„Wieńczyli oni niemal każde wzgórze w okolicy, pojawiali się na wszystkich drogach, nacierali w każdym kierunku. Wypatrywaliśmy więc ich ze wszystkich stron. Nasze działa odpowiadały ich armatom. A we wszystkich możliwych miejscach dochodziło do małej wojenki pomiędzy nimi, a naszą lekką kawalerią”.
Owi „barbarzyńcy”, o których nasze oddziały zwykły mawiać „hurasjerzy” [niby „kirasjerzy”, od ich gromkich okrzyków „hurra”5], bynajmniej nikogo z naszych nie potrafią zastraszyć swoim potrząsaniem pikami.
„Niektóre z naszych plutonów raz po raz szarżowały przez owe chmury jeźdźców, którzy rozstępowali się przed nimi tylko po to, aby po chwili galopem powrócić i zebrać się w jakimś innym miejscu i od nowa rozpocząć swoje wrzaski i prowokacje”.
Zdarza się, że dochodzi nawet do indywidualnych pojedynków:6
„prawdziwego potykania się ‘na kopie’. Każdy z walczących starał się wykazać w oczach kolegów swoją wspaniałą odwagą i wyjątkowymi umiejętnościami. Nad wszystkimi górowali w tym nasi Polacy… ich sposób walki i ich okrzyki, w znacznej mierze przypominające ich przeciwników, potrafiły w szczególny sposób ożywić i ubarwić ogólny łoskot dział i eksplodujących pocisków. Będąc na przemian ścigającymi i ściganymi, w zależności od tego czy jacyś koledzy przybyli im z odsieczą, czy też musieli stawić czoła nowym napastnikom, krążyli w małych oddziałkach między obiema armiami”,
co tworzyło zaiste wspaniałe widowisko, uważa Griois, a co przypomina mu jego lektury na temat dawnych wojen. Niektórzy jednak spośród jego ludzi zostają ranni. I tych właśnie, pierwszych padłych w boju, pułkownik pakuje na swoje wozy amunicyjne:
„jednak co ciężej rannych, którzy nie byli w stanie dotrzymać nam kroku nawet z pomocą swoich towarzyszy, musieliśmy porzucać na pastwę Kozaków. ich błagania, ich krzyki, raniły mi serce. Nie mogliśmy jednak dla nich niczego zrobić, chyba że ponieślibyśmy ich na własnych ramionach”.
Kozacy są doprawdy wszędzie. Dedem van der Gelder, od Moskwy zdjęty z dowództwa i przydzielony do Cesarskiej Kwatery Głównej, wspomina jak „przyczepili się oni do jego dwóch huzarów – ordynansów” podczas jego szalonego galopu tą właśnie drogą, kiedy to „wiózł rozkazy cesarskie dla wicekróla” podczas akcji pod Małojarosławcem, i „jedynie szybkości swojego konia zawdzięczał, że nie podzielił losu ordynansów”. Teraz generał słyszy, że Kozakom udało się zaskoczyć nawet dywizję Dufoura (dawniej Frianta), której „zabrali kilka dział”.
Jesienne dni w Rosji nie trwają wiecznie. Od czasu do czasu niebo zaciąga się chmurami, przynosząc przygnębiającą mżawkę. Przez nasiąkniętą wodą krainę, mocno zalesioną dębami, jesionami i srebrnymi brzozami – już niemal ogołoconymi z liści – odznaczającymi się na spokojnym tle głębokiej zieleni lasów iglastych swoją szarością lub brunatnością – armia jedzie, kroczy, czy też toczy się traktem na Borowsk, którym tak niedawno nacierała. Czołowe jednostki wkrótce wpadają na nadmiernie rozrośnięte tabory,
„pełną nieładu karawanę wszelkiego rodzaju pojazdów wojskowych, niewielkich powozów, calèches, kibitek i dorożek, z których większość zaprzężona jest w niewielkie rosyjskie koniki… a także najbogatszych i najbardziej eleganckich pojazdów, wozów markietanów, ciężkich furgonów, bryczek, dyliżansów, wszelkiego rodzaju karet, wśród których zdarzały się nawet dworskie”,
a które jeszcze wczoraj tworzyły tyły armii, dzisiaj zaś zmuszone zostały zawrócić konie i stać się jej awangardą. Do tej pory, w drodze na nieosiągalną Ukrainę, już jakieś 20 tysięcy tych wehikułów rozleciało się, połamało sobie wzajemnie szprychy w zderzeniach, potraciło konie, czy też – stanąwszy na drodze armatom – zostało podpalonych. A wtedy, wiezione na nich
„cenne przedmioty, obrazy, kandelabry, całe biblioteki, złote i srebrne krucyfiksy, cyboria i kielichy, piękne dywany, gobeliny, makaty, sztuki jedwabiu we wszystkich kolorach, a także wspaniałe haftowane złotem i srebrem ubiory – tak kobiece jak i męskie – i to z tych, co się je widuje tylko na książęcych dworach… drogocenne kamienie, szkatułki wypełnione brylantami lub rulonami dukatów”,
słowem – cały fantastyczny łup moskiewski – były wrzucane do rowów.7 Nadal jednak pozostają ogromne masy pojazdów, które korkują drogę.
Jeśli istnieje człowiek dogłębnie wściekły na Kutuzowa za przegapienie „tak wspaniałej, wręcz złotej okazji”, jaka mu się trafiała pod Małojarosławcem, a także za ogólną indolencję i fainéantise2 jednookiego feldmarszałka, to jest nim na pewno specjalny wysłannik rządu brytyjskiego i oficer łącznikowy w jego kwaterze głównej – generał Sir Robert Wilson. Armia rosyjska, jak notuje on w swoim Dzienniku, bynajmniej nie jest osłabiona, a w rzeczywistości nawet „została wzmocniona licznymi oddziałami milicji, które wszystkie walczyły z determinacją”. No, a tutaj masz – jej niedołężny, a może nawet zdradziecki dowódca pozwala Bonapartemu – temu wrogowi ludzkości – wymknąć się z matni!
To wystarczy, aby przywieść do szaleństwa każdego zdrowo myślącego człowieka.
Dla wycofującej się armii ważniejsze od łupów są zapasy żywności, także wiezione w taborach. Wielu przewidujących oficerów zadbało już o to, aby ich dobrze zaopatrzone wozy toczyły się drogami z resztą wozów pułkowych. W drodze do Moskwy, Rion des Loches, będąc zaledwie kapitanem, musiał się dzielić swym wozem, „w połowie zapełnionym dobytkiem i rezerwowymi butami mojej kompanii”, ze swoim porucznikiem. Teraz, po awansie na majora, jest on już uprawniony do własnego pojazdu, „mniejszego co prawda, lecz wystarczająco dużego, aby pomieścić moje wiktuały na trzy, cztery miesiące odwrotu”. Wśród innych rzeczy wiezie też na nim szczególnie piękny serwis obiadowy z chińskiej porcelany, który przypadł mu do gustu, oraz
„na ewentualność (co uważałem za nieuniknione) udania się na leża zimowe na lewym brzegu Niemna, skrzynkę z całkiem niezłym wydaniem Woltera i Rousseau, Historią Rosji Clerca i Levesque’a, sztukami Molière’a, utworami Rirona, L’Esprit des Lois Monteskiusza i kilkoma innymi dziełami, takimi jak Historia filozoficzna Raynala, oprawiona w białą skórkę cielęcą i złocona na grzbiecie”.
Na jego nie mniej obfitą spiżarnię składa się
„Sto okrągłych, liczących sobie stopę średnicy sucharów, worek zawierający kwintal mąki, ponad trzysta butelek wina, dwadzieścia do trzydziestu butelek rumu i koniaku, ponad dziesięć funtów herbaty i tyleż samo kawy, jakieś pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt funtów cukru, trzy-cztery funty czekolady, kilka funtów świec”.
Za osiemdziesiąt franków major kupił sobie także „jedno z najpiękniejszych futer, jakie zostały wzięte z Moskwy”. Tego chłodnego dnia jego przezorność zdaje się zostać wynagrodzona. „Prowadziłem dom otwarty. Do obiadu rzadko było nas mniej niż siedmiu czy ośmiu”. Jeden z podlegających mu oficerów ma nawet namiot,8 do którego major ma dostęp – w zamian za podzielenie się swoimi zapasami:
„Przed wyjazdem zjedliśmy dużo gorącej zupy. Do kieszeni włożyłem sobie nieco chleba i cukru. Miałem też przy sobie butelkę rumu. Na południowym postoju wypijałem kilka kieliszków wina, a w ciągu dnia spożywałem kilka kawałków czekolady lub sucharów, aby nie opaść z sił”.
Sierżant Louis-Vincent Lagneau z Pułku Fizylierów-Grenadierów Młodej Gwardii także ma namiot i uważa (mylnie), że „jest bardzo prawdopodobne, iż jest to jedyny namiot w całej armii”. Zrobił go sobie w Moskwie z pociętego na pasy brezentu i kazał swoim ludziom sporządzić do niego kołki i maszty:
„Mój wóz ambulansowy był duży i ciężki. Załadowaliśmy go winem i ryżem, sucharami, cukrem i innymi zapasami, albo w małych baryłkach – tego rodzaju jakich używały nasze cantinières – albo w dużych workach. Miał to być nasz wiatyk na ten odwrót”.
Kapitan płatnik P. T. Duverger z I Korpusu także nie zapomina zadbać o najważniejsze:
„Posiadałem fortunę w futrach i obrazach. Miałem też pewną ilość skrzyń z figami, kawą, likierami, makaronem, soloną rybą i mięsem. Nie miałem jednak w ogóle białego chleba, świeżego mięsa, czy też vin ordinaire”.3
Także i jego stać na wydanie obiadu dla szesnastu swoich towarzyszy, wśród nich jednego generała. „Uroczyście wznosiliśmy toasty za sukces nadchodzącej kampanii i nasze wkroczenie do St. Petersburga”.
Wszystko to pozostaje w ponurym kontraście z losem zwykłego szeregowca… jeśli nie należy on do przedsiębiorczych duchów, którzy „wynajmują sobie świtę innych, aby dbali o nich i o ich konie, a także doglądali czasem aż czterech wozów ciągnących w taborze”, to wszystko co posiada jest tym, co potrafi unieść na własnym grzbiecie.9 A Smoleńsk, ze swoimi ogromnymi magazynami wypełnionymi zapasami ściągniętymi z głębokich tyłów, jest odległy o co najmniej dziesięć dni, a może i dwa tygodnie marszu. Mimo wszystko nawet los szeregowca zdaje się godnym zazdrości, porównawszy go z losem chorych i rannych. Czujący się zazwyczaj zdrowo adiutant generała Pajola – kapitan Hubert-François Biot – po swoim wczorajszym ocaleniu podczas nalotu Kozaków, kiedy to sam Napoleon mógł zostać przez nich pochwycony, poczuł się nagle słabo i osunął do rowu. Miał szczęście, że odnalazł go tam Pajol i kazał go wpakować na „wóz powożony przez żonę jednego ze swych ordynansów, trębacza z 11. Pułku Szaserów”. Teraz więc Biot podskakuje na stosie worków z mąką.
Jednak los Biotas i tak jest lepszy od losu jakichś dwóch tysięcy Włochów, Hiszpanów, Chorwatów i Francuzów, którzy zostali ranni pod Małojarosławcem. Generałowi Armandowi de Caulaincourtowi, Wielkiemu Koniuszemu, wygląda na to, że w armii nie istnieje już żadna służba medyczna – być może za wyjątkiem Gwardii – a nawet i tam jedynie szczątkowo. Dr Réné Bourgeois, także z 3. Korpusu Kawalerii, widział jak rannych
„pośpiesznie ładowano na wozy ambulansowe, a ich rzeczy przekazywano wiwandierkom. Pozbawieni wszelkiej pomocy czy pożywienia, w bólach ciągnęli oni za armią”.
Jeszcze gorszy jest los kilkuset jeńców rosyjskich, którzy pędzeni są niczym stado. Chyba jednak nie są traktowani tak brutalnie jak ma to miejsce w przypadku dziesiątków tysięcy Francuzów i ich sojuszników, którzy jako jeńcy gnani są na wschód. To znaczy, dotyczy to przynajmniej tych, którzy nie zostali sprzedani „po dwa franki od głowy” rozwścieczonym chłopom na tortury i śmierć. Spośród tysiąca czterystu chorych i rannych, jakich marszałek Mortier musiał pozostawić w trzech moskiewskich szpitalach jako „zbyt słabych i nie nadających się do transportu razem ze swoimi towarzyszami”, niektórzy zostali
„wrzuceni na wozy, które miały odwieźć ich do Tweru. Wszyscy zginęli z zimna i mizerii, lub zostali pozabijani przez wieśniaków, którym nakazano ich tam dowieźć, a którzy zamiast tego po prostu popodrzynali im gardła, aby zabrać sobie ich płaszcze. Reszta pozostała w szpitalach, wraz z francuskimi chirurdzy, którzy zostali tam, aby ich doglądać, nie otrzymawszy jednak żadnej żywności ani lekarstw”.10
Jest jednak przynajmniej jeden Francuz całkiem zadowolony z faktu, że dostał się w ręce Brytyjczyków. Powody ma do tego mieszane, po części rodzinne, po części polityczne. Jest nim Clarke – bratanek ministra wojny Napoleona. Wilson oferował się doprowadzić do jego wymiany za jeńców rosyjskich. Młodzieniec jednak, wiedząc jaki los by go czekał, nie skorzystał z propozycji
„woląc poczekać aż Francuzi wydostaną się ze swoich obecnych tarapatów, ponieważ ‘miał już dość smaku koniny i kozackich szabel’. Odesłałem go więc, zaopatrzywszy w bardzo mocny list polecający do wszystkich Rosjan, dobrą kapotę i dwieście rubli”.
Niewielu jeńców ma takie szczęście. Powiedzenie Fezensaca o tym, że „różnica pomiędzy sposobem traktowania oficerów i szeregowych może oznaczać różnicę między życiem i śmiercią”, wydaje się tutaj szczególnie trafne. Kilka mil na południowy wschód, chirurg M. R. Faure z 1. Korpusu Kawalerii, pochwycony w desperackiej bijatyce i zamieszaniu pod Winkowem,11 zauważa jak bardzo pewni są jego strażnicy, że – z zimą mogącą się rozpocząć lada dzień – francuskie sobaki skazane są na klęskę. Z początku jednak, przynajmniej oficerowie nie są traktowani zbyt surowo:
„Przybył wzięty do niewoli szef sztabu i przyniósł każdemu oficerowi ze swojego korpusu [2. Korpusu Kawalerii] po sześć dukatów od księcia Kutuzowa, który okazywał jeńcom całą szczodrość i wielkoduszność, jakiej można było się spodziewać po człowieku wielkiej cnoty. Widzieliśmy, że wśród rosyjskich oficerów panował rodzaj braterstwa, świadczący o dobrym duchu w armii, co powinno sprzyjać pięknym akcjom podczas tej kampanii”.
Grupa Faury’ego opuściła pobojowisko pod Winkowem „zadowolona z postępowania Rosjan. Rod dowództwem oficera nie mieliśmy powodów do narzekań”. W drodze na południe, w kierunku Kaługi, natrafili oni na drogi zakorkowane pojazdami transportującymi zaopatrzenie dla armii rosyjskiej:
„Trzeciego lub czwartego dnia słyszeliśmy całodzienną kanonadę, trwającą do dziesiątej, może i dwunastej w nocy. Była to bitwa pod Małojarosławcem, odległym od nas o trzy lub cztery ligi [9–12 mil]”.12
Jeńcy widzą także masy chłopów zmuszonych do opuszczenia swoich wiosek. Docierając do Kaługi, 35 mil za Małojarosławcem, Faure widzi, że wszyscy jej co zamożniejsi mieszkańcy uciekli, tak samo jak to miało miejsce w Moskwie:
„Ci z kupców, którzy jeszcze nie wyjechali, byli na to przygotowani. Gubernator poczynił wszelkie przygotowania do tego, aby w razie zagrożenia ze strony naszej armii, podłożyć ogień pod miasto. Przybył, żeby nasycić swoje oczy widokiem ofiar, jakie do niego przyprowadzono. Głośno się skarżył, że wydajemy mu się być w zbyt dobrym zdrowiu. Powiedziano mu, że w armii francuskiej brakuje żywności i, żeby go zadowolić, musielibyśmy być tak wychudli jak on sam”.
Gubernator „znieważa” jakiegoś Polaka, któremu pod Winkowem pocisk urwał nogę na wysokości uda, co powoduje, że prosty lud zaczyna podobnie postępować z innymi jeńcami. Faure jednak wybacza im, potępiając jedynie gubernatora. To, co najbardziej szokuje w Kałudze, to brutalność okazywana niektórym rannym żołnierzom, którym przytrafiło się „wpaść w szczególnie niedobre ręce”, a którzy zostają spędzeni do jakiegoś brudnego budynku:
„pobici i posiniaczeni, nie mający nawet sił krzyczeć po tym jak zostali zrzuceni z wozów. Paskudny typ, jakiś oficerek niższej rangi, którego uczyniono odpowiedzialnym za ich prowadzenie, kazał po drodze rozstrzelać dwóch lub trzech, ponieważ wydawało mu się, że mają zamiar uciekać”.
Dopiero gdy jakiś wyższy rangą oficer przymyka oko i pozwala kamratom Faurego udać się na zakupy, natychmiast zapominają o swoim poniżeniu. Nawet jednak i wtedy, dwóch lub trzech z nich jest obrażanych przez „jakiegoś Rosjanina noszącego broń boczną”. Wszystko to jednak jest dopiero początkiem ich cierpień.
Jak zawsze, przywileje i koneksje mogą mieć wielki wpływ na czyjąś sytuację. Niemal najlepszymi możliwymi wygodami (wyjąwszy ranę w ramieniu) cieszy się pewien arystokratyczny podporucznik z prestiżowego 2. Pułku Karabinierów – młody hrabia A.-A.-A. Mailly-Nesle. Jeśli on i jego towarzysz, książę Charles de Beveau, syn jednego z szambelanów Napoleona, ciągną gdzieś przed bagażami cesarskimi i to w jednym z osobistych powozów Cesarza (choć wydaje mu się, że niezbyt dobrze chronionym przed Kozakami), to tylko dlatego, że jest on krewnym sławnego niegdyś marszałka Mailly.13 Jak wielu innych „białych”, Mailly-Nesle stanął, przynajmniej tymczasowo,14 po stronie nowego reżimu. „Nienawidzi on jednak despotyzmu i tyranii uciskających Francję”, a sam siebie „postrzega jako skazanego na prowadzenie takiego żołnierskiego życia”:
„Jestem więc tutaj, w doskonałym powozie, z jednym z moich przyjaciół, ze służącym oczekującym moich rozkazów, a ponadto z trzema doktorami mającymi dbać o nas i bandażować nasze rany. Mamy sześć koni, które nas ciągną, i dwóch woźniców. Wygląda na to, że wybrnę jakoś z tych kłopotów”.
Od czasu, gdy został ranny pod Winkowem, nonszalancki Mailly-Nesle zdążył kupić sobie „pelisę z lisów, która okazała się wielce przydatna”. Ma również
„rodzaj deski, która za dnia służyła nam jako biurko albo stół jadalny, zaś wieczorami jako kandelabr, zaś po położeniu jej w poprzek dwóch siedzeń – także jako łóżko”.
Od „niejakiego pana Lameau, przydzielonego do gabinetu Cesarza jako geograf”, hrabia pożyczył sobie Historię Karola XII Woltera – dokładnie ten sam „śliczny tomik, oprawiony w złoconą marokańską skórkę”, który Napoleon czytał podczas lipcowych upałów w Witebsku i trzymał na swoim nocnym stoliku na Kremlu. Mailly-Nesle może sobie w nim przeczytać wszystko o tym, jak cała armia szwedzkiego króla-bohatera została w 1709 roku starta na proch pod nieodległą stąd Połtawą. Pomiędzy rozdziałami hrabicz podśpiewuje rozpustne piosenki dla dodania odwagi sobie i swojemu przyjacielowi Beveau. Ale któż to teraz podchodzi do nich – w przeciwnym do marszu kierunku – jak nie
„L – promieniejący i elegancki jakby przed chwilą opuścił Tuileries. Zapytałem go, dlaczego nie pozostał w swoich dobrach, aby polować na zające. Odpowiedział mi, że musiał spełnić swój obowiązek”.
Kursywa ma oznaczać ironię! Maily-Nesle może czuć się dobrze urządzony w swoim wygodnym, choć zatłoczonym powozie – jedyną niedogodnością, jaka daje się we znaki jemu samemu i pozostałym współpasażerom, jest robactwo zmuszające ich do drapania się w swędzące miejsca. Ale „wielu z nas było nieodpowiednio ubranych – ciągle nosiliśmy letnie spodnie. Brakowało rękawiczek i innych elementów stroju”.
Po spędzeniu trzech dni w Czirikowie, przy skrzyżowaniu traktów na Podolsk i Fominskoje, III Korpus Neya opuścił wieś o północy z 25 na 26 października, aby podciągnąć to, co nadal uważano za tylną straż armii. Także nowo awansowany do stopnia majora Guillaume Bonnet przedziera się przez błotniste, wydające się nie mieć dna drogi. W przeddzień wyruszenia z Moskwy powaliła go gorączka i tego samego ranka, gdy III Korpus ruszał w drogę, „opuszczał miasto sam, dorożką, jadąc ulicami, na których nie widać było ani jednego Francuza”, lecz szczęśliwie dołączył do swojego pułku jakieś piętnaście mil za miastem na drodze kałuskiej. Teraz major odnotowuje w swoim dzienniku, jak Kozacy, którzy ciągle ich naciskają, jakby chcąc sprawdzić jak na to zareagują, trzymają się jednak na dystans ze swoimi „dwiema kiepskimi armatkami, które jak dotąd wystrzeliły ze dwadzieścia kul, nie trafiając jednak nikogo”. Być może zawdzięczamy to „lekkiej kawalerii Guardina i Beurmanna, która otrzymała rozkazy podpalania wszystkich napotkanych wiosek”. Gdy żołnierze Neya docierają wieczorem do Borowska, także i to miasteczko zastają w płomieniach.
Przez kilka ostatnich dni łącznikiem pomiędzy III Korpusem, a główną częścią armii jest Brygada Lansjerów Gwardii Colberta, składająca się z dwóch pułków: 1. (polskiego) i 2. (holenderskiego). otrzymawszy również rozkazy przesunięcia się jakieś sześć mil w kierunku na Borowsk, Colbert wysłał naprzód swojego młodego belgijskiego kapitana François Dumonceau, dowodzącego 6. kompanią 2. szwadronu 2. Pułku Lansjerów, aby poinformował Neya o jego starciu z Kozakami, zakończonym niemal porażką, do czego doszło pod Uwarowskoje.15 Za Borowskiem Dumonceau napotyka
„spokojnie biwakujące czoło kolumny marszałka. Dowodzący nim generał nie okazał się zbytnio poruszony moją opowieścią i mimo nacisków z mej strony zwlekał z postawieniem swoich ludzi pod bronią”.
Zawsze skutecznie działający Colbert wysłał 26 października, o ósmej rano, rozpoznanie na południe – w kierunku Małojarosławca. Nie napotkano tam Kozaków. Zamiast nich, ku wielkiemu rozczarowaniu, natknięto się na „rozciągnięty konwój rannych, zmierzający w naszym kierunku”. Z tego co opowiedzieli nam jego przewodnicy wynikało, że ich śladem ciągnie cała armia:
„Wszyscy byliśmy tym bardzo dotknięci. Po przedwczorajszym sukcesie nie byliśmy w stanie pojąć, że mogłoby dojść do wycofania się”.
Dopiero teraz, wieczorem, żołnierze Neya dowiadują się, iż armia jest w odwrocie. Wiadomości te wstrząsają Bonnetem i wirtemberskim majorem G. Faberem du Faurem, odpowiedzialnym za dwunastofuntówki z odwodu artyleryjskiego Neya. Do III Korpusu docierają rozkazy, aby wyruszał w kierunku Wiereji, następnego miasta na trakcie możajskim. W chwili, gdy jednostki właśnie szykują się do wymarszu – atakują Kozacy. Żołnierze Neya muszą więc wykonać zwrot i „na równinie, w zupełnie nieosłoniętym terenie, pozbawieni [wszystkiego]” stawać w linii do bitwy. Nie znaczy to, że Kozacy mogą stanowić jakieś poważne zagrożenie dla całego korpusu armii. „Krótkotrwały ogień artyleryjski i szarża kawalerii Królewskiej Gwardii [Wirtemberskiej] wystarczają aby ich odeprzeć”. Ileż to żywych scen zawdzięczamy rycinom Fabera du Faura! Według jego wrażenia, „zdawało się, że pod Borowskiem opuściło nas szczęście; po południu 26 października rozpoczęliśmy odwrót”.16
Dziennik Bonneta zawsze jest zwięzły. Tegoż wieczora czyni w nim jeden ze swoich pośpiesznych zapisków. Choć pod sztandarem 18. Pułku Liniowego pozostało ze stanu początkowego jedynie tysiąc stu żołnierzy, to ciągle liczy on sobie dwa pełne bataliony. Dopiero o 7 rano, gdy pułki Neya porzucają ogniska swoich obozowisk, Bonnet zaczyna sobie tworzyć realistyczny obraz sytuacji:
„Musimy porzucić [pomysł] marszu na południe. Bez wątpienia – albo zostaliśmy odparci, albo Cesarz manewruje – sam nie wiem”.
W tym momencie przybywają ludzie Colberta, wjeżdżają na równinę nieopodal płonącego miasta i rozbijają biwak pośrodku „kilku jednostek piechoty i rozmaitych parków” gromadzących się wokół tysięcy ognisk. Gdzieś tam w ciemnościach, u stóp wzgórza, nadal krążą Kozacy. Nikt się jednak tym nie przejmuje – przynajmniej Dumonceau wydaje się, że tylko jego Holendrzy trochę trzęsą się ze strachu, co jest raczej naturalne po ich prywatnym starciu z Kozakami 25 października: „Wszyscy byliśmy w mniejszym lub większym stopniu zdemoralizowani naszą porażką”. Dopiero gdy CKG i jednostki Gwardii wkraczają do Borowska, przybywa oficer sztabowy i mówi Colbertowi, żeby szykował się do natychmiastowego wyruszenia do Smoleńska. „Nowina ta całkowicie spełniała nasze pragnienia. Rychło zatarło się wrażenie odwrotu”. Może też spora liczba Holendrów Dumonceau miała już po uszy tej kampanii – przynajmniej w Rosji?
Po potyczce pod Uwarowskoje, lansjerzy mieli do zabrania ze sobą mnóstwo rannych. Choć dwudziestosześcioletni Dumonceau jest bystrym obserwatorem i rejestratorem wydarzeń, to nie okazuje szczególnych emocji czy miękkiego serca. Mimo tego dzieli pakunki z żywnością pomiędzy swoją ulubioną klacz Liesje,17 swojego luzaka oraz obdarzonego szorstką sierścią konika (rosyjskiego kuca) swego służącego Jeana i udostępnia rannym swój nieduży wóz wraz z jego zawartością. Następnego ranka, gdy Brygada Lansjerów rusza zająć swoją normalną pozycję na czele kolumny Gwardii, jego wóz z trzema rannymi lansjerami rusza w drogę pod eskortą kaprala.
Świeżo awansowany do stopnia podpułkownika C.F.M. Le Roy18 podróżuje ze swoim 85. Pułkiem Liniowym i I Korpusem jedynie ze względów bezpieczeństwa. Awansowany przez Davouta za okazaną skuteczność, jedzie on z powrotem do Francji, do bazy pułku. Na razie ma ze sobą swojego najlepszego przyjaciela, porucznika Jacqueta – jedynego zaufanego, jakiego kiedykolwiek miał – oraz szpetnego, lecz oddanego służącego Guillame’a. Ich cenny żelazny kociołek, który przebył z nimi całą drogę aż z Głogowa w Prusach, zamienia to trio w kwartet. Ciągłą troską tęgawego Le Roy’a jest bowiem zapewnienie sobie codziennie właściwego obiadu.
Sos dobry do gęsi nada się także do gąsiora. Od czasu walk pod Smoleńskiem Rosjanie palili swoje wioski i miasta, a w końcu uczynili to także ze swoją świętą stolicą. Dla opóźnienie pościgu Kutuzowa, Napoleon nakazuje więc teraz palić za sobą każdą wieś, każdy dom, każdy dworek, każdą napotkaną na drodze marszu stodołę. Nie wolno było pozostawić niczego, co mogłoby stanowić schronienie dla jego żołnierzy, gdyby feldmarszałek zdecydował się pociągnąć za Francuzami tą samą, już i tak zniszczoną trasą. Ściśle mówiąc, wypełnienie tych rozkazów przypadło I Korpusowi, stanowiącemu straż tylną, lecz rozkazów tych spodziewała się też prowadząca kolumnę Gwardia Cesarska. Tej nocy łysiejący i noszący okulary „Żelazny Marszałek” i jego sztab śpią
„w dużym drewnianym, umeblowanym i ozdobionym licznymi zwierciadłami château, które zdawało się oferować swojemu właścicielowi wszelkie pożądane wygody”.
Wieczorem Le Roy dołącza do swoich żołnierzy, wyruszających na polowanie na dzikie ptactwo. Nie musiał się właściwie trudzić. Pod słomą, na której śpi, znajduje bowiem dla siebie obiad w postaci „dużego koguta”. Choć „zaczyna on czynić tumult godny samego diabła”, to jego protesty na nic się nie zdają. Trafia prosto do żelaznego kociołka. Co się zaś tyczy château, to gdy Le Roy i jego żołnierze budzą się rano, „nie ma już po nim śladu. Podobnie jak cała wioska, zostało spalone. Była to kwestia kilku zaledwie minut”.
Niektórzy uważają, że Davout w swoim postępowaniu jest stanowczo zbyt metodyczny. Powinien ruszać się szybciej. Po całodziennym odpoczynku, 85. Pułk dopiero wieczorem
„otrzymuje rozkazy przesunięcia się na skraj lasu, gdzie rozpalamy wielkie ogniska, mające zmylić Rosjan. Tuż przed północą wycofujemy się i ponownie przekraczamy rzekę w tym samym miejscu, z którego skorzystaliśmy wczoraj. Nasz marsz byłby całkiem skryty, gdyby nie nieostrożność zwiadowców, którzy, wycofując się, podpalili dwie duże wsie i w ten sposób ujawnili wszystkie nasze ruchy nieprzyjacielowi. Kozacy, ścigając nas, podeszli tak blisko, że mogliśmy oddać do nich kilka strzałów”.
Schronienie jest ważną sprawą. Zbudziwszy się owego ranka w Borowsku, Dumonceau stwierdza, że pada śnieg. Na razie tylko lekki. Mimo to okazuje się, że spał
„pod grubą warstwą śniegu. Był to początek zimy, która nadeszła, już na dobre. Nasz marsz, który podjęliśmy tym razem na samym czele całej Gwardii Cesarskiej, kontynuowaliśmy pod smętnym i zamglonym niebem, wśród zaśnieżonych, pełnych mułu bagnisk”.
Teraz, w Borowsku, gdzie „kilka mostów przez Protwę zostało wykończonych zbyt szybko”, Davout musi sobie poradzić z wielkim zatorem na drodze. Będący cztery mile przed Cesarzem Dedem otrzymuje wezwanie do stawienia się w kwaterze Napoleona. Zastaje go „grzejącego sobie splecione na plecach ręce przy ognisku, jakie dla niego rozpalono obok drogi na Wiereję”. Jest z nim marszałek Berthier, szef sztabu Napoleona i całej armii. Napoleon rozkazuje Dedemowi, aby udał się na tyły i skierował I i IV Korpus na drogę równoległą, biegnącą na lewo od trasy głównej kolumny:
„[Cesarz] osobiście wyłożył mi swoje zamiary. Gdy książę Neuchâtel objaśniał mi bliżej intencje Jego Cesarskiej Mości, miałem okazję przyjrzeć się z bliska twarzy tego nadzwyczajnego człowieka. W pewnym momencie, zwróciwszy się nagle ku księciu Neuchâtel, Cesarz powiedział ‘Ale przecież go złapią’.
A wszystko to tonem wręcz uderzająco obojętnym, bowiem nie była to dla niego kwestia mojego losu, ale ogólnych ruchów całej armii. Mina Napoleona przypominała gracza w szachy, który widząc, że gra jest przegrana, uczciwie prowadzi ją do końca i mówi do siebie, ‘No, to pora na nową partię’”.
Dedem nie lubi Napoleona,
„ponieważ zrujnował mój kraj. Pod Borodino byłem świadkiem jego obojętności i przerażającego stoicyzmu. Widziałem go wściekłego i zaskoczonego podczas wkraczania do Moskwy. Teraz był spokojny, nie okazywał złości ani przygnębienia. Pomyślałem sobie, że byłby wielki w nieszczęściu i myśl ta pogodziła mnie z nim. Tutaj jednak dojrzałem w nim człowieka, który widzi nieszczęście i jest świadomy, w jak trudnym znajduje się położeniu, lecz którego duch nie ugina się ani trochę i który powiada sobie: ‘To porażka, z jakiej musimy się jakoś wykaraskać. Jeszcze się jednak spotkamy’”.
Dedem najwyraźniej wykonuje swoją misję, ponieważ po dwóch lub trzech godzinach jazdy przed siebie, zaskoczony Dumonceau widzi jak na lewo od niego, „za strumykiem”, pojawia się czoło jakiejś kolumny. Colbert wysyła więc adiutanta, aby sprawdził, co to za jedni. Jest to jednak tylko IV Korpus, ciągnący drogą na przełaj, niewątpliwie tą, którą wskazał im Napoleon. Powróciwszy, adiutant mówi Dumonceau, jak zasmucona była Armia Włoch, widząc zabitych lansjerów z 2. Pułku, leżących na polu pod Uwarowskoje, „lecz pocieszyła się zauważywszy, jak wielu było między nimi Kozaków”. W tym czasie samo Uwarowskoje, jak wszystkie inne wsie, stało już w płomieniach. Kapitan Eugène Labaume ze sztabu wicekróla doznał szoku, gdy w jego ruinach zobaczył
„zwłoki kilku żołnierzy lub chłopów, a także dzieci z poderżniętymi gardłami oraz kilka dziewcząt zmasakrowanych na miejscu, gdzie wcześniej zostały zgwałcone”.
Co się tyczy wspaniałego château w Uwarowskoje, które, „choć zbudowane z drewna, lecz pełne luksusowych mebli i wyjątkowych kandelabrów mogło pod względem wielkości i wspaniałości równać się z najpiękniejszymi pałacami Italii,”, to zadbali już o nie kanonierzy Eugeniusza, umieszczając na parterze kilka wozów z prochem i wysadzając je w powietrze. Potem, maszerując na Borowsk, IV Korpus pozostawił po swojej lewej całość I Korpusu i dywizję kawalerii Chastela, do której należy artyleria Griois, które to jednostki miały osłaniać odwrót armii w odległości jednego dnia marszu. Część artylerii IV Korpusu, utknąwszy na brodzie w Borowsku, musiała maszerować razem ze swoimi wozami z prochem przez płonące miasto, jak reszta korpusu. Ale, powiada starszy adiutant Cesare de Laugier z włoskiej Guardia d’Onore,
„przedostaliśmy się przez nie bez żadnych incydentów. Wszędzie widzieliśmy porzucone z braku koni pociągowych wozy amunicyjne. Takie straty na samym początku naszego odwrotu dały nam wyobrażenie o tym, co miało nas spotkać w niedalekiej przyszłości, i to w najbardziej ponurych barwach. A ci, którzy ciągnęli ze sobą łupy z Moskwy, drżeli o swoje skarby”.
Po opóźnieniu wywołanym natknięciem się na ogromne tabory z bagażami, należąca do III Korpusu dywizja Razouta dotarła do Wiereji – odległej od Możajska o 6 godzin marszu – około południa 27 października… zaraz za CKG ciągnie 25 wozów Skarbu, napchanych cesarskimi trofeami z Kremla oraz milionami złotych „napoleonów” (monet dwudziestofrankowych). Wóz oddany pieczy dwudziestoośmioletniego komisarza wojskowego A. Bellota de Kergorre’a jest wyjątkowo przeładowany. W wąwozie tuż przed Wiereją musi on założyć hamulce na wszystkie cztery koła. Nie zapobiega to jednak jego rozpędzaniu się i staczaniu w dół blokowanego przez artylerię zbocza, a podobnie mają się sprawy ze wszystkimi innymi pojazdami,. „Inne powozy, a nawet wozy amunicyjne, wzięły z nas przykład”. Sama Wiereja okazuje się być
„ślicznym, otoczonym palisadą miasteczkiem, które mimo walk pomiędzy Polakami a Rosjanami [stacjonujący tam polski garnizon został przez Rosjan wzięty przez zaskoczenie i zmasakrowany], niewiele dotąd ucierpiało. Pech Wiereji był tym większy, że leżąc trochę w bok od głównej drogi, jej mieszkańcy już wyobrażali sobie, iż miasteczko całkiem uniknie okropności wojny”.
Otaczające ją pola zostały wyczyszczone do cna. „Dobrze utrzymane ogrody, obfitujące we wszelkie możliwe warzywa, zostały w jednej chwili ogołocone przez naszych żołnierzy”. Ludzie Bonneta natychmiast nadali jej miano Kapuścianego Miasta.19 Kergorre jest jednak wzburzony, gdy widzi
„żołnierzy kradnących deski ze stodół, w których śpią generałowie, tak że ci ostatni budzą się pod gołym niebem”.
Choć aura jest zdecydowanie chłodna, Napoleon oznajmia: „Zima nie zwali się na nas jeszcze przez osiem dni”. Jak jednak w tym terminie dotrzeć do bezpiecznego schronienia na leżach zimowych w Smoleńsku?
Tego wieczora grzeje sobie ręce przy ognisku jeden z arystokratycznych oficerów sztabowych Napoleona, dowódca szwadronu hrabia V.-E. B. Castellane, adiutant hrabiego Louisa de Narbonne’a, który z kolei jest adiutantem Cesarza. Dzień po wymarszu armii z Moskwy, Castellane został wysłany z misją do 1. i 2. batalionu hiszpańskiego Regimentu Józefa-Napoleona, stacjonującego w Małej Wiaźmie,20 przy głównym trakcie Moskwa – Możajsk. Castellane miał skontaktować się z nimi we wspaniałym domu wiejskim księcia Golicyna. Ich zadaniem miała być osłona wycofujących się na zachód konwojów z rannymi przed napadami Kozaków. Po przejechaniu „czterdziestu mil wiejskimi drogami” Castellane natknął się na
„pułkownika Bourmonta, bardzo przyjaznego człowieka, który niegdyś służył u Szuanów. Ostatnie dwa lata spędził jednak w armii Cesarza i ciągle jeszcze nie dostał krzyża Legii, choć już go przedstawiano do tego odznaczenia. Pod swoimi rozkazami miał dwa bataliony hiszpańskiego Regimentu Józefa-Napoleona i dwa szwoleżerów bawarskich”.
22 października siły te opuściły Małą Wiaźmę i pomaszerowały do wsi Kubinskoje.
„Wkrótce po tym, jak tam dotarliśmy, pojawili się Kozacy i z okrzykiem „hurra” zaatakowali konwój z rannymi. Odcięci żołnierze eskorty sprawiali się kiepsko. Pułkownik de Bourmont wezwał swoich ludzi pod broń, ja zaś sam powiozłem rozkaz do bawarskiego pułkownika, aby wykonał szarżę swoją brygadą. Odpowiedział, że jego konie są zbyt wyczerpane, żeby iść galopem. Podczas całej tej ekspedycji całym pożytkiem, jaki z niego mieliśmy, to pięćdziesięciu piechurów których codziennie od nas wycyganiał dla ochrony swoich wypraw po paszę. Przy tym, ku oburzeniu naszych Hiszpanów, jego ludzie zżerali owce ze stadka, jakie Hiszpanie zgromadzili. Poprosiłem Pułk Józefa-Napoleona, aby wystawił mi pięćdziesięciu ochotników, z którymi udałbym się kilka mil naprzód, gdzie moglibyśmy ocalić więcej [rannych]. Tych pięćdziesięciu grenadierów pomaszerowało pośpiesznie w kierunku nieprzyjaciela. Okazało się, że ocaliliśmy setkę dobrze uzbrojonych ludzi, którzy schronili się w lasach nie oddawszy przedtem ani jednego strzału”.
Minęło już pięć dni od tych wydarzeń. Po wysłuchaniu opowieści o wyczynach IV Korpusu pod Małojarosławcem, Castellane i major Hiszpanów Doreille rozmawiają teraz o swoich własnych doświadczeniach. Mają z tym pewne trudności. Doreille mianowicie, pochodzi z Tarascon i „nie mówi po francusku”, a tylko po prowansalsku. Trzydziestodziewięcioletni Doreille opowiada przystojnemu młodemu arystokracie ze sztabu Napoleona o tym, jak
„od początku wojen rewolucyjnych stracił już sześciu braci i pozostał jedyną podporą swojej starej i zubożałej matki”.
Tego śnieżnego poranka, 27 października, nawet eskorta z Intendance – Générale4 strzegąca konwoju Skarbu, zostaje zmuszona do pośpiesznego wyruszenia w drogę. „Kozackie armaty zbliżyły się już na odległość pół strzału”. Jednak Belot de Kergorre, nie mogąc znieść myśli o utracie swojego gulaszu, zwłaszcza że jego służący znaleźli gdzieś kurczaka i trochę cebuli, zwleka z odjazdem do ostatniej chwili. Zaiste, choć od opuszczenia przez armię Moskwy minął zaledwie tydzień, już zaczyna brakować żywności. Na razie, jak zauważa pułkownik Monstequiou de Fezensac z 4 Pułku Liniowego (III Korpus), istnieją pod tym względem znaczne różnice między poszczególnymi jednostkami:
„Jeden z pułków trzymał kilka wołów, lecz nie miał chleba. Inny znów miał mąkę, lecz brakowało mu mięsa. Czasem w jednym i tym samym pułku niektóre kompanie przymierały głodem, podczas gdy inne opływały w dostatki. A choć przełożeni w kółko nakazywali im dzielić się z innymi, to egoizm żołnierzy przeważał i wynajdywali wszelkie sposoby, aby przechytrzyć oficerów i nie podporządkować się ich władzy”.
Płatnik Duverger z niepokojem widzi, że konie I Korpusu,
„znajdujące się bez przerwy w marszu, nie mają co jeść i padają ze zmęczenia i zaniedbania. Gdy koń padał, oznaczało to, że szczęście nas nie opuszcza. Biedne zwierzę było natychmiast rąbane na kawałki. Konina jest całkiem zdrowa. Jest jednak twarda i włóknista. Niektórzy preferowali końską wątrobę. Noce stawały się coraz dłuższe i zimniejsze. Sypialiśmy na mokrej, przemarzniętej ziemi. Za biwak idealny uważaliśmy taki, gdzie mogliśmy się wyciągnąć miękko na garstce słomy wokół ogniska z suchego drewna, pod osłoną sosnowego lasu. Jeśli jeszcze znalazło się trochę gulaszu z koniny, pszennego chleba i flaszka gorzałki, którą puszczało się w obieg, było to prawdziwe święto”.
„Od drugiego dnia odwrotu”, opowiada ostrożny szef sztabu Davouta, przyszły malarz batalista baron Louis-François Lejeune,
„zaczęła padać drobna, zimna mżawka, jakby na dokładkę do naszych cierpień psychicznych, napotykanych na trasie trudności i już i tak paskudnej pogody. Zimne i wilgotne noce na biwakach, niedostateczne odżywianie się przaśnym przydziałowym chlebem lub niedogotowaną zupą, wszystko to powodowało pojawianie się w oddziałach pierwszych objawów dezynterii.2 Chorzy nie mieli już sił, aby nadążać za swoimi jednostkami i coraz częściej pozostawali w tyle”.
Nawet nowy dowódca 7. Pułku Huzarów, pułkownik Victor Dupuy, musi wytrzymać cały dzień na jednaj filiżance kawy wypitej na śniadanie. Jego pułk był w samej szpicy straży przedniej przez całą drogę od Niemna do Moskwy. Potem – głodował w obozie pod Winkowem. Nie dostały mu się choćby okruchy kulinarnych bogactw Moskwy. A teraz brygada Roussela d’Hurbala z dywizji lekkiej kawalerii Bruyèresa, wchodzącej w skład 1. Korpusu Kawalerii Nansouty’ego, tworzy straż tylną IV Korpusu. Przybywszy na pułkowy biwak, Dupuy przechadza się tam i z powrotem obok drogi,
„czekając aż miną go jacyś polscy maruderzy. Kupiłem trochę rzadkich i wręcz podejrzanych zapasów. Kawałek upieczonej na węglach wieprzowiny, czy też kilka garści mąki zmieszanej ze stopionym śniegiem pomogły mi i moim towarzyszom uwierzyć, że nie jesteśmy już głodni”.
Niestety, taka feta powoduje jedynie zaburzenia żołądkowe. Potem jednak Dupuyowi trafia się prawdziwa gratka:
„Zauważyłem mojego dawnego kowala z kompanii wyborczej 11. Pułku Szaserów, nazwiskiem Bouton, obecnie starszego sierżanta w Pułku Szaserów Gwardii Cesarskiej. Szedł z eskortą jakiegoś wozu. Zaoferował mi trochę cukru i kawy. Wyrzuciłem ze swojej walizy wszystką brudną bieliznę i zastąpiłem ją owymi zapasami, które później bardzo mi się przydały. Przełknąwszy rano solidną dawkę kawy nie odczuwałem już głodu przez cały dzień”.
Wszyscy czują się coraz bardziej podle. Zwłaszcza podporucznik Pierre Auvray z 23. Pułku Dragonów, całymi godzinami eskortujący tabory,
„i to bez żadnej przerwy od 2 nad ranem do 11 wieczorem, był nieustannie atakowany przez poprzebieranych za Kozaków chłopów, którzy szarżowali na kolumnę, aby dostać się do wspaniałych pojazdów, w jakie wielu oficerów zaopatrzyło się w Moskwie. Powozy te, obładowane złotem, srebrem i żywnością, przyciągały szczególną uwagę chłopów, których pożary pozbawiły dachu nad głową. Każdego dnia porywali kilka z nich, razem z woźnicami, których obdzierali i odsyłali nam z powrotem”.
Mailly-Nesle słyszy nowe słowo języka francuskiego ‘se démoraliser’. Tłumaczy je sobie jako „rodzaj nostalgii”. Innym oficerem, który zauważa podobne objawy już od drugiego dnia odwrotu, jest porucznik N.L. Planat de la Faye, człowiek do wszystkiego, a także „główny pisarz” generała Lariboisière’a, naczelnego dowódcy artylerii armii. CKG i sztab artylerii dotarły właśnie do Wiereji, gdy
„po obiedzie wszedł tam jakiś oficer, który od rana nie miał niczego w ustach. Choć z natury jestem człowiekiem skłonnym do współczucia i pozytywnie nastawionym do wszystkiego, co zwykle określa się mianem ofiarności i oddania, to nie stanowiłem wyjątku w całym tym barbarzyństwie i brutalnym egoizmie”,
jakie zaczynały brać górę wszędzie wokół mnie. „Nie mieliśmy niczego, aby mu zaoferować, poza odrobiną chleba, czy sucharów oraz kieliszkiem kiepskiej wódki”. Poirytowany oficer złożył formalną skargę. Ponieważ odpowiedzialnym za rozdział racji żywnościowych jest towarzysz i przyjaciel Planata – Honoré de Lariboisière – jedyny żyjący z dwóch synów generała – udaje się on do ojca, aby wyjaśnić sytuację. Jednak od czasu śmierci drugiego syna – Frédérica – po bitwie pod Borodino22 – stary Lariboisière jest pogrążony w głębokiej depresji. Wszystko więc, co Honoré zyskuje, to wściekła połajanka. Jeszcze tego samego dnia Planat zdąży stracić na zawsze innego przyjaciela, tym razem z powodu „małego kawałka mięsa, nie dość równo podzielonego”.
Kwatera Główna IV Korpusu spędziła noc w jakiejś szopie w nędznym przysiółku Alferiewo. Jedynie księciu Eugeniuszowi i jego generałom dywizji udało się znaleźć jakieś lepsze schronienie. Sztabskapitan Labaume także uważa, że właśnie tego dnia morale armii zaczęło się rozpadać. Każda armia – jak to trafnie zauważył niegdyś Napoleon, lecz chyba zdążył już o tym zapomnieć – maszeruje na swoim brzuchu. Porucznik Albrecht von Muraldt z 4. Pułku Szwoleżerów Bawarskich IV Korpusu jest przerażony, widząc jak szybko szerzący się brak żywności wpływa na obniżenie posłuszeństwa i dyscypliny wojskowej:
„Żołnierze zaczynali opuszczać szeregi bez zezwolenia, a jeśli ktoś nie był obecny razem z innymi na biwaku, to już go nawet nie wywoływano podczas porannego apelu przed wyruszeniem w dalszą drogę. A był to dopiero początek!”.
Dwa dni później, także porucznik Louis-Joseph Vionnet, należący do tak dobrze zdyscyplinowanego dotąd Pułku Fizylierów-Grenadierów Młodej Gwardii, zauważy, że
„żołnierzom złodziejstwo zaczyna wchodzić w nawyk. Odtąd już nic nie miało być bezpieczne oprócz tego, co człowiek miał na sobie. Żołnierze potrafili zabierać juki z koni i garnki z ognisk”,
co tworzyło nieustanne zagrożenie dla wspaniałego, wielkiego żelaznego kociołka, należącego do Le Roy’a i jego służącego Jacqueta. Żołnierze zaczynali już chować się w lesie, aby zjeść tych kilka kęsów chleba, jakie im jeszcze pozostały. Tu i ówdzie niektóre jednostki wydawały się jeszcze – cudem jakimś – nietknięte. Mailly-Nesle podziwia ze swojego powozu portugalski pułk lekkiej jazdy, nadciągający kłusem przez pola. „Ich doskonały stan, żołnierze w kasztanowobrązowych mundurach, wyglądający na wypoczętych; ich dziarskie, poważne, ciemne twarze wzbudziły nasz podziw”. Jedynie skromny Pion des Loches zdaje się czuć wygodnie:
„Wieczorami rozbijaliśmy nasz namiot. Rozbierałem się i kładłem na niedźwiedziej skórze, gdzie w moim śpiworze, okryty futrem, spałem tak zdrowo jak zwykle na biwakach. Mój służący Louvrier, silny i wytrzymały mężczyzna, doglądał koni.
Dzięki takim środkom ostrożności, o jakie zadbałem jeszcze w Moskwie, miałem ucierpieć mniej niż ktokolwiek inny”.
Tuż za Wiereją wycofująca się armia wpada na dwie dywizje Młodej Gwardii marszałka Mortiera. Opuściły one Moskwę, w czterech piątych leżącą w popiołach, o 7 rano 22 października, po wysadzeniu w powietrze Kremla, z rozkazami marszu na Borowsk przez Wiereję. Ostatnia jednostka opuściła jednak miasto dopiero o 11 wieczorem. Gdy Mortier czynił jeszcze przygotowania do tego wszystkiego, zdarzyło się coś nadzwyczajnego. Oto rosyjski generał Winzingerode, dowódca sił zgrupowanych na północ od miasta, ogarnięty ciekawością, co też się tam dzieje, wbił sobie do głowy, żeby je odwiedzić. Okrył się w tym celu cywilnym płaszczem. Gdy próbował pogawędzić z posterunkiem 5. Pułku Tyralierów,24 dowodzący nim porucznik nie stracił głowy i zaaresztował generała mimo jego „próżnych prób ocalenia – twierdzenia, że przyszedł tylko pogadać i machania białą chusteczką”, po czym odesłał go do Mortiera. Adiutant Winzingerodego, niejaki kapitan Naryszkin, obawiając się o los swojego szefa nalegał, aby jego także wziąć do niewoli.
Siły Mortiera składały się z dywizji Młodej Gwardii generała Delaborde’a wraz z jej artylerią, pewnej liczby saperów, brygady pięciuset kawalerzystów, którzy nadal mieli konie oraz pośpiesznie zebranej brygady Carrière’a, liczącej jakieś cztery tysiące żołnierzy, którzy już koni nie mieli. Gdy dołączali oni do kolumny, dr Heinrich von Roos z 3. Pułku Szaserów Wirtemberskich zauważył, że owe prowizoryczne jednostki są
„uzbrojone jak piechota, w karabiny zabrane z arsenału moskiewskiego. Uzbrojenie to wcale im się nie podobało, i to do tego stopnia, że gdy zobaczyli panujący wśród nas nieporządek, zaczęli wyrzucać swoje karabiny i amunicję. Każdy odchodził sobie gdzieś na bok z jukami zarzuconymi na plecy, z wyciorem w ręce niczym z laską, a żaden oficer nie potrafił się temu przeciwstawić”.
Napoleon właśnie zsiadał z konia, gdy przyprowadzono do niego Winzingerodego i Naryszkina. W jednej chwili Cesarz znów staje się tym spokojnym i opanowanym człowiekiem, takim, jakim zawsze pamiętał go Dedem. Ma dobrą pamięć.
„I któż pan jesteś?”, wrzeszczy na Winzingerodego, dając upust wszystkiej swojej złości z powodu obrotu, jaki przybrała kampania:
„Człowiekiem bez ojczyzny! Zawsze byłeś pan moim osobistym wrogiem. Walczyłeś przeciwko mnie u boku Austriaków, potem oferowałeś swoje służby Rosjanom. Byłeś pan jednym z głównych sprawców tej wojny.25 Ale przecież urodziłeś się pan w królestwie Wirtembergii, w krajach należących do Konfederacji Reńskiej! Jesteś moim poddanym! Nie jesteś pan zwyczajnym wrogiem, jesteś pan buntownikiem i mam prawo postawić pana przed sądem. Widzi pan ten opuszczony kraj, Monsieur, te płonące wsie? Kto powinien odpowiedzieć za te wszystkie nieszczęścia, któż jest im winien? ot, tych pięćdziesięciu awanturników, takich jak pan, namówionych do zdrady przez Anglię, która potem rzuciła ich na kontynent. Zostałeś pan ujęty z bronią w ręku. Mam prawo kazać pana rozstrzelać!”.
Winzingerode próbuje wyjaśniać, że ponieważ Francuzi i tak są o krok od opuszczenia Moskwy, kontynuacja działań wojennych nie ma sensu. Próba rozmów, jaką podjął, miała na celu uniknięcie bezsensownego rozlewu krwi i przeciwdziałanie dalszym zniszczeniom miasta. Zaprzecza, jakoby był poddanym Napoleona, ponieważ nie był w ojczyźnie od dzieciństwa. Jeśli służy carowi Aleksandrowi, to tylko z powodu osobistego przywiązania.
„im bardziej pan de Winzingerode próbował się usprawiedliwiać, w tym większą złość wpadał Cesarz, który podniósł głos do tego stopnia, że słyszały go nawet odległe pikiety”.
Przy tej burzliwej rozmowie obecny jest Caulaincourt, który spędził cztery lata jako ambasador w St. Petersburgu i od początku zdecydowanie sprzeciwiał się tej wojnie. Jest także Berthier, który, będąc w średnim wieku, zaczyna już mieć dość wszelkich wojen. Nieco dalej, z szacunkiem stoją inni oficerowie sztabu.26
„Z początku oficerowie sztabu cesarskiego nieco się cofnęli. Wszyscy stali jak na szpilkach. Spoglądając na siebie nawzajem, mogliśmy dostrzec w oczach towarzyszy niesmak wywołany tak przykrą sceną”.
Berthier, stojący najbliżej swojego władcy, odczuwa największy ze wszystkich zgromadzonych niepokój, co inni mogą
„odczytać z jego wyrazu twarzy. Uwagi, jakie poczynił, gdy pod jakimś pretekstem do nas się przyłączył, tylko to potwierdzały. Cesarz wezwał żandarmów, aby zabrali pana de Winzingerode. Gdy nikt nie przekazał tego rozkazu dalej, Cesarz powtórzył go tak głośno, że z asystującej pikiety natychmiast wystąpiło aż dwóch żołnierzy. Wtedy Napoleon powtórzył więźniowi niektóre z oskarżeń, dodając, że zasługuje na to, aby traktować go jako zdrajcę”.
Winzingerode, jakby ukąszony tym słowem,
„choć stał dotąd z oczami wbitymi w ziemię, nagle zebrał się w sobie, uniósł głowę i, spoglądając prosto na Cesarza i stojących bezpośrednio obok niego, głośno powiedział:
‘Jak się tylko panu podoba, Sire, lecz nie jako zdrajcę!’
Po czym odszedł z własnej woli, poprzedzając strażników, którzy trzymali się nieco z tyłu”
W tej chwili na scenie pojawia się Murat i próbuje nieco uspokoić swojego rozwścieczonego szwagra, który
„szybkimi krokami spaceruje tam i z powrotem, wzywając na przemian jednego, czy drugiego spośród nas, aby dać upust swojej złości. Spotyka się jednak wyłącznie z milczeniem”.
Caulaincourt, który był już świadkiem wielu takich ataków cesarskiej wściekłości, „nigdy nie widział go tak rozeźlonego”. Życie Winzingerodego jest wyraźnie zagrożone. Generał Jean Rapp, ulubiony adiutant Cesarza, „jest pewien, że popadłby w desperację, gdyby ten rozkaz, najwyraźniej podyktowany szaleńczą wściekłością, miał zostać wykonany”. Dołącza więc do innych w próbach ubłagania władcy, aby odroczył jego wykonanie. To z kolei doprowadza jedynie dp tego, że z ust Napoleona padają jeszcze cięższe oskarżenia pod adresem szlachty rosyjskiej, „która wciągnęła Aleksandra do tej wojny:
‘ciężar tej wojny spadnie na tych, co ją sprowokowali. Na wiosnę ruszę do St. Petersburga i wrzucę to miasto do Newy’”.
Berthier, „całkiem nieswój”, wysyła adiutanta do żandarmerii wyborczej przy kwaterze głównej z rozkazem, aby jeńców traktowano w sposób właściwy. Ségur powiada,27 że „wszyscy spieszyli się, żeby odwiedzić wziętego do niewoli generała, pocieszyć go i wyrazić swoje współczucie”. Ani Berthier, ani Caulaincourt
„nie widzieli dotąd, by Cesarz do tego stopnia stracił panowanie nad sobą. Nieopodal mogliśmy dojrzeć duży, ładny budynek. Napoleon wysłał dwa szwadrony, aby zdobyły go i spaliły, dodając: ‘Jeśli ci barbarzyńcy tak lubią palić własne miasta, to musimy im w tym trochę pomóc’”.
Takie postępowanie Cesarza zdaje się Caulaincourtowi szczególnie szokujące:
„Był to jeden jedyny raz, gdy słyszałem, aby Cesarz wydał taki rozkaz. Z zasady próbował zapobiec takim zniszczeniom, jako że szkodziły one interesom prywatnym i rujnowały indywidualnych obywateli. Cesarz wrócił do Wiereji przed zapadnięciem nocy. We wiosce nie pozostał ani jeden mieszkaniec”.
Także i major Baudus, adiutant Bessièresa, uważał oglądaną scenę za „jeszcze jeden dowód, iż Cesarz doskonale uzmysławiał sobie głębię przepaści, na której krawędź dał się doprowadzić”. Rannemu Rappowi, jak i całemu sztabowi żal jest „zdrajcy” i radzi by uczynić dla niego wszystko co możliwe. Podobne uczucia żywią wobec jego lojalnego i pełnego poświęcenia adiutanta. Naryszkinowi, powiada Dedem, „okazano szczególne względy”.
Napoleon zazwyczaj nie zwraca najmniejszej uwagi na poglądy Berthiera – jego robota to po prostu wcielanie w życie rozkazów swojego naczelnego dowódcy. Teraz jednak nawet Berthier odważa się zauważyć, że Winzingerode w istocie nie jest poddanym Cesarza. Wspólnie z Caulaincourtem namawia Murata, aby ten zamienił jeszcze słówko ze swoim szwagrem. Caulaincourt zdążył już właściwie nieco ochłonąć i stał się spokojniejszy o ostateczny rezultat całej afery, który zapewne będzie „proporcjonalny do zakłopotania Cesarza. Książęta, podobnie jak inni ludzie, mają w końcu sumienie, które każe im naprawiać wyrządzone zło”. Wreszcie koniuszy zostaje wezwany.
„Czy kurier już przybył?”, pyta Napoleon.
Takie pytanie to dobry omen. Cesarz wie przecież bardzo dobrze, że jest jeszcze na to za wcześnie,28 wygląda zresztą na „znacznie spokojniejszego”. Nadal jednak musi dać upust swojej złości. Caulaincourt pospiesznie się zgadza, że zachowanie Winzingerodego było istotnie „wielce nietypowe”, ale Jego Cesarska Mość „potraktował jeńca tak ostro, że dodatkowa kara jest już zbędna?”. Czyż większa surowość nie będzie wyglądać jedynie jak akt osobistej urazy wobec cara, którego adiutantem jest Winzingerode? Caulaincourt pozwala sobie na uwagę, że władcy
„‘nie potrzebują przecież osobiście brać się za bary, gdy wystrzelono już tyle pocisków’.
Cesarz zaczął się śmiać i delikatnie uszczypnął mnie w ucho, co miał w zwyczaju czynić, gdy próbował zyskać czyjąś przychylność.
‘Masz rację. Ale ten Winzingerode to ciemny typek, intrygant, tajny agent rządu londyńskiego. Aleksander źle zrobił, czyniąc go swoim adiutantem’”.
Jednak on, Napoleon, nie popełni podobnego błędu i nie potraktuje jeńca źle.
„‘Już wolałbym, aby schwytali jakiegoś Rosjanina. Ci cudzoziemcy służący temu, kto zaoferuje im najwięcej, to kiepski nabytek. To ze względu na Aleksandra tak się nim interesujesz? No, dobrze, już dobrze, nie zrobimy mu krzywdy’.
Cesarz klepnął mnie delikatnie w policzek, co było u niego typową oznaką sympatii… od samego początku widziałem, że szuka tylko pretekstu, aby wycofać się z wypowiedzianych słów”.
I rzeczywiście, Napoleon powiada Caulaincourtowi, aby „spróbował namówić Naryszkina na spożycie z nami obiadu”. Co się zaś tyczy Winzingerodego to, powiada,
„‘Odeślę go do Francji, i to pod dobrą eskortą, aby nie zaczął znów intrygować po całej Europie z dwoma lub trzema innymi zapaleńcami jego pokroju’”.
Przy obiedzie Napoleon zwraca się do Naryszkina:
„‘Jak się pan nazywasz?’
‘Naryszkin’, odparł młody oficer.
