62,00 zł
Książka ta jest następczynią tomu "1812. Marsz na Moskwę". Jest ona rodzajem słownego filmu czy też zbeletryzowanego dokumentu. Została zredagowana, mam nadzieję, w sposób niepozbawiony pewnych wartości artystycznych, na podstawie pochodzących z pierwszej ręki - dobrze ponad setki uczestników, tak Francuzów, jak i ich „sojuszników" - opisów tego ogromnego, masowego dramatu, jakim był najazd Napoleona na Rosję. Oparłem się pokusie komentowania czy też oceniania ich narracji. Wszystkie są dla mnie uderzająco autentyczne, jeśli nawet niezbyt dokładne, a już na pewno nie bezstronne. W końcu wydarzenia, jakie opisują, były nadzwyczajne, w stopniu przekraczającym wszelkie wyobrażenia. Trzeba też uwzględnić fakt, że na to wszystko autorzy wspomnień spoglądali z perspektywy czasu minionego. Jak łatwo jest być mądrym, gdy ma się to już za sobą! (z przedmowy autora)
Powyższy opis pochodzi od wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 488
Fotografie: z oryginału
Redakcja: Andrzej Ryba
Korekta: Aniela Łajkowska
Konsultacja: profesor Bogusław Żyłko
Rysunek na okładce: © Jarosław Wróbel
All rights reserved
Copyright © 1995 Paul Britten Austin with Mark Paterson
Copyright © for Polish edition by „FINNA”
ISBN 978-83-68435-44-3
Wydanie I
Oficyna wydawnicza FINNA
80-768 Gdańsk, ul. Dziewanowskiego 5/6
tel.: 603 892 042
e-mail: finna@finna.com.pl
www.finna.com.pl
Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.
„Prawdziwi historycy to nie ci, którzy relacjonują podstawowe fakty i ograniczają się do podania ich ogólnych przyczyn, lecz ci, co zgłębiają je aż po najdrobniejsze szczegóły, docierając do indywidualnych motywacji jednostek.”
Giambattista Vico
„Życie ludzkie jest krótkie i ulotne, a jego doświadczenie jest udziałem milionów osób, połykanych przez owego potwora zapomnienia, który czeka na nich z wiecznie otwartą żarłoczną paszczą. Jest zatem zadaniem godnym wdzięczności, spróbować ocalić z tego wielkiego wraku świata wspomnienia o ważnych i interesujących nas wydarzeniach, oraz związanych z nimi postaciach i epizodach ich życia.”
Schopenhauer
Mojemu synowi Tomaszowii mojemu wnukowi Benkowibez których cierpliwej zachętyi doświadczenia w pracy z komputerempraca ta w żadnym przypadku nie byłaby możliwa
Wydawca składa podziękowaniatłumaczowi Wojciechowi Chrzanowskiemui konsultantowi profesorowi Bogusławowi Żyłko
Książka ta jest następczynią tomu 1812. Marsz na Moskwę. Jest ona rodzajem słownego filmu czy też zbeletryzowanego dokumentu. Została zredagowana, mam nadzieję, w sposób niepozbawiony pewnych wartości artystycznych, na podstawie pochodzących z pierwszej ręki – dobrze ponad setki uczestników, tak Francuzów, jak i ich „sojuszników” – opisów tego ogromnego, masowego dramatu, jakim był najazd Napoleona na Rosję.
Oparłem się pokusie komentowania czy też oceniania ich narracji. Wszystkie są dla mnie uderzająco autentyczne, jeśli nawet niezbyt dokładne, a już na pewno nie bezstronne. W końcu wydarzenia, jakie opisują, były nadzwyczajne, w stopniu przekraczającym wszelkie wyobrażenia. Trzeba też uwzględnić fakt, że na to wszystko autorzy wspomnień spoglądali z perspektywy czasu minionego. Jak łatwo jest być mądrym, gdy ma się to już za sobą!
Ze względu na ograniczoną objętość książki, przedstawiłem wydarzenia jednostronnie – z jedynym dokooptowanym świadkiem ze strony rosyjskiej w osobie krytycznego, aby nie rzec zgryźliwego, generała Sir Roberta Wilsona, brytyjskiego przedstawiciela w kwaterze głównej Kutuzowa.
W tomie tym kontynuuję opowiadanie – z możliwie najkrótszymi przerwami – urwane w części poprzedniej „u bram Moskwy”. Na czele swo – jej środkowej armii, w pierwotnej sile 350 000 żołnierzy, złożonej z I Korpusu Davouta, III Korpusu Neya, IV Korpusu księcia Eugeniusza, V – Poniatowskiego i VII – Junota, oraz Gwardii Cesarskiej, poprzedzanych czterema korpusami „rezerwowej” kawalerii Murata, Napoleon przekroczył Niemen w dniu przesilenia letniego. Jednak armie carskie – 1. i 2. Armia Zachodu – odmówiły stoczenia walnej bitwy, która – jak to już się dwukrotnie zdarzyło – niemal na pewno doprowadziłaby do ich rozbicia. Wycofywały się więc oddzielnie na wschód, zmuszając Napoleona do pościgu w poszukiwaniu głośnego zwycięstwa. Miałoby ono zmusić Rosję do powrotu do systemu kontynentalnego, a także skłonić Brytanię do zawarcia pokoju, którym był głównym celem całej tej ogromnej – nie mającej precedensu i sięgającej dalej niż kiedykolwiek dotąd – kampanii. Daleko na południu, Austriacy Szwarcenberga i Sasi Reyniera (IX Korpus) szybko uwikłali się w działania przeciw 3. Armii Zachodu Tormasowa, która powinna walczyć z odwiecznym wrogiem Rosji w Mołdawii, gdyby Rosja i Turcja niespodziewanie nie zawarły pokoju. Na północnym zachodzie X Korpus Macdonalda, złożony w większości z Prusaków, oblegał Rygę, podczas gdy II Korpus Oudinota i VI Korpus St-Cyra ścigały w palącym letnim słońcu Wittgensteina, aby w końcu także utknąć pod Połockiem.
28 lipca główne siły, pod dowództwem samego Napoleona, ponownie nie doprowadziły do bitwy pod Witebskiem, a po dziesięciodniowej przerwie, jaką tam miały dla odzyskania sił, kontynuowały natarcie. Napoleon manewrował, aby obejść 1. Armię Barclaya de Tolly i 2. Armię Bagrationa i uchwycić Smoleńsk, ale manewr ten się nie powiódł. W końcu, 17 lipca, została tam stoczona walna bitwa, której Cesarz tak pożądał; nie przyniosła jednak rozstrzygnięcia. Smoleńsk, trzecie co do wielkości miasto Rosji, padło pastwą płomieni, zaś Rosjanie ponownie się wycofali jakimś cudem w niemal idealnym porządku, nie pozostawiając Napoleonowi wyboru.
Cesarz, wobec wielkiego ryzyka politycznego – związanego z pozostaniem w aktualnym miejscu pobytu, tak oddalonym od swoich baz i z tak katastrofalnymi perspektywami, gdyby po wszystkich tych marszach i walkach miał się wycofać – mógł jedynie przeć dalej na wschód i uderzyć na Moskwę. Był pewien, że gdy ją zajmie, „jego brat Aleksander” będzie zmuszony zawrzeć pokój. 7 września Rosjanie wreszcie zatrzymali się i zdecydowali walczyć pod Borodino. Była to jedna z najkrwawszych jednodniowych bitew czasów nowożytnych, o której można paradoksalnie powiedzieć, że „nie była ani wygrana, ani przegrana, ani nawet nie zakończyła się remisem”. Armia rosyjska ponownie wycofała się w zasadzie nienaruszona, a już z pewnością nie pobita. 14 września rozmowy u bram Moskwy doprowadziły do krótkiego rozejmu. W tym czasie awangarda pod Muratem – z końmi w dwóch trzecich padniętymi ze zmęczenia, głodu i pragnienia bądź wybitymi pod Borodino – miała, następując na pięty złożonej z Kozaków tylnej straży Rosjan, przejść przez upiorne, opuszczone miasto.
W tym to, dla wszystkich moich protagonistów tak gorąco oczekiwanym momencie, pod bramami Moskwy – w czasie gdy „twarz Napoleona, zwykle tak pozbawiona uczuć, wykazywała chwilowe, lecz nieomylne oznaki gorzkiego rozczarowania [Caulaincourt]” – wznawiają oni swoją wielowątkową opowieść dokładnie w miejscu, gdzie ją zakończyli w poprzednim tomie.
Dla wygody nowych czytelników, choć mam nadzieję nie być nudnym dla tych, którzy tak cierpliwie przeczytali mój pierwszy tom, próbowałem – niejako przy okazji – ponownie przedstawić choćby najważniejszych spośród moich naocznych świadków, poprzez drukowanie ich nazwisk kursywą tam, gdzie zostają wymienieni po raz pierwszy. Odnośnie szczegółów bibliograficznych tych i pozostałych źródeł, należy sięgnąć do bibliografii (która, co także pozwalam sobie zauważyć, jest uzupełnieniem w stosunku do pełniejszej, zawartej w tomie pierwszym). Przez cały czas próbuję także informować czytelnika na bieżąco o rozwoju sytuacji militarnej.
W celu nadania narracji właściwego tempa, choć zawsze zachowując dokładny sens wypowiedzi moich narratorów, pozwalałem sobie od czasu do czasu zmieniać szyk ich słów, zwrotów, czy nawet zdań. Przecież długi cytat mógł, na przykład, rozpocząć się w miejscu, gdzie ja, jako „reżyser tego filmu”, chciałbym dokonać wstawki w ogólny tok narracji. Szybko odszedłby on wtedy od kierunku, w jakim wspólnie powinniśmy podążać. Stąd mój nieortodoksyjny, lecz stosowany w dobrej wierze, sposób użycia niektórych z owych tłumaczonych wtrąceń, które ni mniej, ni więcej tworzą istotę mojej opowieści.
Choć okazjonalnie używam czasu teraźniejszego tam, gdzie w oryginale jest czas przeszły, w większości przypadków pozostawiłem ten drugi, co kontrastuje z czasem teraźniejszym w moich własnych zdaniach. Jeśli taki sposób – jak zauważa pewien szczególnie wojowniczo nastawiony krytyk – „nadaje opowieści iście wyścigowe tempo, pomniejszając wzgląd na szczegóły, jakich pragnęliby miłośnicy historii wojskowości”, to mogę jedynie prosić ich o wybaczenie i mieć nadzieję, że moi od dawna nieżyjący bohaterowie także wybaczyliby mi owe niewielkie odchylenia składniowe i gramatyczne, jakie poczyniłem głównie ze względów uwypuklenia bezpośredniości i żywości, jaka charakteryzuje ich przekazy.
Przede wszystkim jednak książka moja jest rodzajem próby rekonstrukcji dzień po dniu, a czasem nawet godzina po godzinie, sześciu miesięcy czasu minionego: wielkiego wydarzenia historycznego, które skończyło się w sposób bardziej chyba straszliwy, niż inne tego rodzaju wydarzenia.
Paul Britten Austin
Dawlish, S. Devon, 1995
L-A. G. Bacler d’Albe, pułkownik, naczelny topograf i najbliższy współpracownik Napoleona
A. D. Belliard, generał, szef sztabu Murata
V. Bertrand, sierżant karabinierów w 7. Pułku Piechoty Lekkiej (I Korpus Davouta)
H-F. Biot, porucznik, adiutant generała Pajola, 2. Korpus Kawalerii
G. Bonnet, kapitan grenadierów w 18. Pułku Liniowym, III Korpus Neya
J-F. Boulart, major artylerii Gwardii
A. J. B. F. Bourgogne, sierżant Fizylierów – Grenadierów Średniej Gwardii
P C. A. Bourgoing, porucznik, tłumacz i adiutant generała Delaborde’a, dowódcy dywizji Młodej Gwardii
H. Brandt, porucznik w Legii Nadwiślańskiej, przydzielonej do Młodej Gwardii
A. De Caulaincourt, generał, wielki koniuszy, odpowiedzialny za cały transport Kwatery Głównej i służbę kurierską
V E. B. Castellane, kapitan, oficer do zleceń w kwaterze głównej Napoleona
D. Chłapowski, pułkownik 1. Pułku Szwoleżerów Gwardii (polskiego)
J.R. Coignet, podporucznik, poprzednio sierżant musztry w 2. Pułku Grenadierów Gwardii, przydzielony do małej (wysuniętej) kwatery Napoleona jako oficer do zleceń
Dedem van der Gelder, były dyplomata holenderski, generał brygady, dowódca podległej Dufourowi [poprzednio Friantowi] 2. Brygady Piechoty
P-P. Denniée, inspektor przeglądów, przydzielony do CKG. W 1842 roku opublikuje dziennik czynności Napoleona.
M. Dumas, generał, naczelny intendent armii
F. Dumonceau, kapitan dowodzący 6. kompanią, 2. szwadronu, 2. Pułku Lansjerów Gwardii („czerwoni lansjerzy”) w brygadzie lansjerów Colberta
V. Dupuy, major, później pułkownik 7. Pułku Huzarów, 1. Korpus Kawalerii
A. Dutheillet de Lamothe, porucznik w 57. Pułku Piechoty liniowej, I Korpus
B-T. Duverger, kapitan płatnik w I Korpusie Davouta
G. de Faber du Faur, major dowodzący artylerią rezerwową III Korpusu, artysta malarz
A-J-F. Fain, baron, drugi sekretarz Napoleona
Diuk de Montesquiou-Fezensac, pułkownik dowodzący 4. Pułkiem Piechoty Liniowej, III Korpus
C. François, znany jako „dromader z Egiptu”, kapitan dowodzący jedną z kompanii 30. Pułku Piechoty Liniowej w dywizji Moranda, I Korpus
L. Fusil, aktorka we francuskiej trupie w Moskwie
G. de l’Ain, sztabskapitan, adiutant generała Dessaixa, generała dywizji w I Korpusie
G. Gourgaud, pierwszy oficer ordynansowy (starszy oficer sztabowy) Napoleona
L. Griois, pułkownik artylerii konnej, 3. Korpus Kawalerii J. L. Henckens, starszy adiutant, p.o. porucznika w 6. Pułku Szaserów, 3. Korpus Kawalerii
D. van Hogendorp, generał holenderski, gubernator województwa wileńskiego
H. de Jomini, baron, generał, szwajcarski pisarz, podejmował zagadnienia strategii, tymczasowy gubernator miasta Wilna, później Smoleńska
B. de Kergorre, oficer administracyjny przydzielony do CKG
E. Labaume, kapitan w sztabie księcia Eugeniusza (IV Korpus), autor pierwszej opublikowanej relacji z tej kampanii (w 1814)
D. Larrey, naczelny chirurg, szef służb medycznych Gwardii i Wielkiej Armii
C. de Laugier, starszy adiutant włoskiej Guardia d’Onore, IV Korpus księcia Eugeniusza
L-F. Lejeune, baron, pułkownik, do czasu bitwy pod Borodino jeden z adiutantów Berthiera, później szef sztabu przy Davoucie
M. H. De Lignières, hrabia, kapitan w 1. Pułku Szaserów Pieszych Starej Gwardii
A. A. A. de Mailly-Nesle, hrabia, porucznik w 2. Pułku Karabinierów C-F. Méneval, baron, pierwszy sekretarz Napoleona
A. von Muraldt, porucznik w 4. Bawarskim Pułku Szwoleżerów, przydzielonym do IV Korpusu Eugeniusza
A. A. A. Montesquiou, generalny kwatermistrz, przydzielony do CKG H-J. de Paixhans, inspektor artylerii
P. des Loches, kapitan, później major w artylerii Gwardii
J. Rapp, generał, najstarszy rangą adiutant Napoleona
Le Roy, major, później podpułkownik, dowodzący batalionem w 85. Pułku Piechoty Liniowej, dywizja Dessaixa, I Korpus
P. de la Faye, porucznik, sekretarz generała Lariboisière’a, dowódcy artylerii wielkiej Armii F. Roeder, kapitan w Heskiej Gwardii Pieszej, przydzielonej do Młodej Gwardii
H. von Roos, chirurg w 3. Korpusie Kawalerii,
M. J. T. Rosetti, pułkownik, adiutant Murata
P. de Ségur, hrabia, generał, zastępca prefekta pałacu, autor słynnej, lecz dalekiej od rzeczywistości książki Napoléon et la Grande Armée en Russie, 1812.
T. J. F. Séruzier, baron, pułkownik dowodzący lekką artylerią 3. Korpusu Kawalerii
R. Sołtyk, hrabia, polski oficer artylerii przydzielony do wydziału Topograficznego CKG
K. von Suckow, kapitan Pułku Piechoty Wirtemberskiej
M. Tascher, porucznik 12. Pułku szaserów, bratanek ex-cesarzowej Józefiny
A. Thirion, Starszy sierżant pułku w 2. Pułku Kirasjerów, 1. Korpus Kawalerii
C. Wairy, pierwszy kamerdyner Napoleona
Sir Robert Wilson, przedstawiciel rządu brytyjskiego w kwaterze głównej Kutuzowa
J. H. Załuski, kapitan w 1. Pułku Szwoleżerów Gwardii (polskim)
Pułkownik Griois wybiera się na zakupy – „wzięliśmy Moskwę w posiadanie, jakby zbudowano ją właśnie dla nas” – złowroga cisza – Włoska Gwardia Królewska zajmuje kwatery – Napoleon wkracza do Moskwy – lonty na Kremlu – „pełna smętku cisza, przerywana tylko rżeniem koni” – „z pewnością nie było to widowisko podnoszące nas na duchu” – „sygnał jak fajerwerk” – „całe miasto stanęło w płomieniach”
Pułkownik Lubin Griois, dowódca artylerii konnej III Korpusu oraz jego arystokratyczny przyjaciel, pułkownik Jumilhac, szef sztabu korpusu, spali w łóżkach po raz pierwszy od czasu przekroczenia przez Wielką Armię Niemna, co zdarzyło się w Noc Świętojańską, osiemdziesiąt trzy dni temu. Po raz pierwszy od czasu wyjścia z Prus w czerwcu, zdejmują z siebie na noc ubrania. Poprzedniej nocy objęli w posiadanie wygodną willę, „podobno należącą do jakiegoś lekarza”, lecz opuszczoną przez właściciela, a położoną kilka mil na północny zachód od Moskwy. Niedaleko, wokół „nędznego miasteczka Choroszewo”, rozbił biwaki w przeważającej części włoski IV Korpus księcia Eugeniusza, do którego ostatnio przydzielono 3. Korpus Kawalerii. Ponad rozległą równiną mogą stamtąd dojrzeć wielobarwne cebulaste wieże miasta, błyszczące w jesiennym słońcu. Ponieważ nie nadeszły żadne rozkazy, Griois decyduje się wybrać na zakupy.
Bystry obserwator ludzi i miejsc, kobieciarz – skrajnie niewierny z natury, miłośnik włoskiej opery i malarstwa1, namiętny hazardzista, Griois nade wszystko w świecie kocha Włochy, tzn., ściślej biorąc, północne Włochy. Na południu i w Kalabrii zebrał raczej nieprzyjemne doświadczenia; widział wszelkiego rodzaju przerażające sceny, a w 1806 roku był w akcji pod Maidą, gdzie siły Reiniera zostały odparte nieoczekiwanie spokojnym ogniem piechoty brytyjskiej. Był także w Tyrolu, gdzie nawet poczęstował szczyptą tabaki Andreasa Hofera i wielce był zasmucony, gdy ten bohater został pojmany i, na wyraźny rozkaz Napoleona, rozstrzelany przez pluton egzekucyjny w Mantui. Opuszczając Weronę – ach, jakże kochał to miasto – na czele swoich dział, razem z końmi i całym sprzętem, „co było niemal wszystkim, co posiadałem”, był pomimo tego
„oczarowany możliwością uczestnictwa w tej kampanii, sam bowiem rozmach przygotowań do niej już oznajmiał jej wagę. Nie potrafiłem opuścić Werony i wszystkich tak mi bliskich rzeczy bez odczuwania skurczu w sercu, zwiększanego jeszcze przez niemal pewność, że nigdy już więcej nie ujrzę tego miasta, gdzie w różnych okresach spędziłem łącznie prawie trzy lata, gdzie żyłem tak szczęśliwy, i gdzie zakosztowałem wszelkich przyjemności”.
W przeciwieństwie do Jumilhaca, którego poczucie humoru czyni wspaniałym kompanem dla jego kolegów – oficerów, uważających jednak, że jest zbyt ostry wobec szeregowych, Griois jest dumny z tego, że zna wszystkich swoich kanonierów po imieniu, oraz że nie traci rezonu w obecności Napoleona, i to do tego stopnia, że sprzeciwia mu się nawet w sprawach technicznych.
Zabrawszy ze sobą swojego ordynansa, wkracza do miasta z nadzieją, że krążąca wokół już od wczoraj plotka, że zostało ono opuszczone przez ludność, okaże się mocno przesadzona. W istocie, Griois odkrywa, że jest w nim
„nadal nieco mieszkańców, którzy pozostali na miejscu. Niemal jednak wszyscy wśród nich to cudzoziemcy – Włosi, Niemcy i Francuzi – którzy wydają się zachwyceni możliwością przyjęcia swych rodaków. Widziałem ich całe mnóstwo na ulicach”.
Fakt, że wszystkie sklepy są pozamykane, nasz pułkownik przypisuje temu, że
„w pierwszych chwilach okupacji kupcy wykazują zrozumiałą obawę. Spokój i porządek jakie panowały we wszystkich dzielnicach przez jakie przechodziłem, powinny wkrótce rozproszyć wszelkie obawy i przywrócić im pewność siebie”.
Gdy pewien Włoch wskazał mu jakąś „dość paskudną” kafejkę, Griois, a prawdopodobnie także i jego ordynans, rozkoszują się café crème. Ponad wszystko jednak, spragniony jest wina; pewien jego znajomy kapitan artylerii pokazuje mu, gdzie można zdobyć pewną jego ilość – w wielkich piwnicach jakiegoś rosyjskiego kupca. Tam właśnie próbuje „czegoś w rodzaju wytrawnej madery”. Gdy wypili butelkę, jego ordynans wyraził podobną opinię o tym winku. Po obładowaniu ordynansa dobrym pół tuzinem butelek, „opuściłem mojego kupca całkiem zadowolonego, bowiem dostał w złocie to, co zazwyczaj trafiało mu się w papierowych rublach. Z zamiarem uzupełnienia zapasów nazajutrz i pewnością, że nigdy mu już ich nie zabraknie”, Griois powraca do obozu swoich artylerzystów, położonego poza miastem, i w przypływie szczodrości obdarowuje swoich towarzyszy resztą pozostałego mu wina.
W międzyczasie oddziały księcia Eugeniusza – jego Włosi, Dalmatyńczycy, Francuzi, Hiszpanie i Chorwaci – po raz trzeci od wkroczenia do Rosji wbijają się w paradne mundury. Wejście do Moskwy, drugiej pod względem wielkości, nie mówiąc już o tym, że najbardziej odległej i egzotycznej stolicy Europy, ma być prawdziwym journée – wielką, iście imperialną fetą. Czwarty korpus, prowadzony przez Gwardię Królewską, opuszcza więc Choroszewo i rusza w kierunku odległego miasta. Na czele Gwardii Królewskiej maszeruje Guardia d’Onore – jednostka złożona z”synów najlepszych rodzin Włoch, gdzie każdy jest wspierany przez swoją rodzinę gażą porucznika pułków liniowych”. Jej starszy adiutant zauważa, w miarę jak zbliżają się krok po kroku do Moskwy, że jest ona zaprawdę miastem otwartym. Otaczają ją jedynie stare umocnienia ziemne, w wielu miejscach już pozrywane. Tutaj jednak, myśli sobie Césare de Laugier, daje się zauważyć coś dziwnego. Nie tylko dziwnego zresztą, ale i napawającego obawą:
„Nigdzie nie możemy zauważyć choćby jednego żołnierza, czy to Rosjanina, czy Francuza. Nasze obawy rosną z każdym krokiem i osiągają szczyt, gdy zauważamy odległy słup gęstego dymu, wznoszący się z centrum miasta”.
Jeszcze większy niepokój wzbudza fakt, że najmniejszy dymek nie wzbija się z kominów.
Wreszcie czoło kolumny osiąga rogatkę zwienigorodzką. Jednak zamiast przejść przez nią, wojsko otrzymuje rozkaz wykonania zwrotu w lewo i pomaszerowania wzdłuż granic miasta. Przekraczają kolejne podejście do miasta, aż wreszcie dochodzą do rogatki petersburskiej. Tym razem wicekról zawraca swojego konia na prawo, a za nim Gwardia Królewska, aby przejechać pomiędzy dwiema, zwieńczonymi kulami, kamiennymi kolumnami.
Nie robią tego jednak pozostałe trzy dywizje IV Korpusu. Ku ich dogłębnemu rozczarowaniu, muszą
„znów zwrócić się ku Moskwie plecami i obozować na równinie poza miastem. 15. Dywizji przypada miejsce wokół pałacu cesarskiego w Pietrowskoje. 13. Dywizja staje w Auksenowskoje, zaś 14. na Butyrkach, gdzie ma przed sobą lekką kawalerię [bawarską] Ornana”.
Gdy tak błyszczący szamerunkami sztab Eugeniusza wjeżdża szerokimi, równolegle wytyczonymi ulicami przedmieścia petersburskiego, jego członkowie stwierdzają początkowo, że tutejsze budynki są tandetne i kiepsko zbudowane. Stopniowo dopiero, wymieszane z tymi „okropnymi, drewnianymi chałupkami, wyglądającymi równie nędznie, jak zamieszkujący je nieszczęśnicy”, pojawiają się „inne, znacznie piękniejsze… wspaniałe, ogromne pałace”. Ku powszechnemu zaskoczeniu, wygląda na to, że żaden z nich nie jest zamieszkały. Wszystkie sklepy także są zamknięte. Najwyraźniej plotka głosiła prawdę. Moskwa została opuszczona przez mieszkańców!
Nic podobnego dotąd się nie zdarzyło.
Nie ma także żadnych oznak obecności innych oddziałów, czy to rosyjskich, czy francuskich, czy sojuszniczych. Césare de Laugier zapisuje w swoim dzienniku:
„Bez słowa maszerujemy opuszczonymi ulicami. Ściany opuszczonych domów odbijają głuchym echem dźwięk naszych bębnów.
Na próżno usiłujemy zmusić nasze twarze do wyrażania spokoju, którego nie czujemy w sercach. Zdaje się nam, że zaraz wydarzy się coś całkiem nadzwyczajnego. Moskwa jawi się nam niczym ogromny trup. Jest królestwem ciszy, miastem z bajki, którego budynki i domy zostały zbudowane wyłącznie po to, aby nas oczarować”.
„Trup” przypomina mu „ruiny Pompei i Herkulanum (choć tutaj wrażenie zdaje mu się jeszcze bardziej grobowe)”. Kapitana Eugène’a Labaume’a, ze sztabu wicekróla, uderza niezwykła długość ulic,
„tak długich od końca do końca, że oddziały kawalerii nie mogą na nich się rozpoznać. Widzimy jak powoli zbliżają się do siebie, nie wiedząc, czy natkną się na przyjaciół, czy wrogów, choć w rzeczywistości wszystkie oddziały maszerują pod tymi samymi sztandarami”.
Wreszcie nadchodzi rozkaz, aby się zatrzymać. I Gwardia Królewska staje w szyku do bitwy – to znaczy do parady – na „pięknej, szerokiej promenadzie”. Są teraz w północnej części miasta, która, jak im powiedziano, została przeznaczona na kwatery IV Korpusu, razem „z jej wspaniałymi, nadzwyczaj luksusowymi, drewnianymi domami”. Cesarz też zdążył już wkroczyć do Moskwy. Niestety, „wszędzie wybuchają pożary”. Z braku jakiejkolwiek władzy cywilnej, zdolnej przyznać im kwatery,
„mamy sami się rozlokować na sposób wojskowy. Wicekról wydaje pułkom rozkaz, zaś wykonujący go oficerowie wskazują oddziałom ich kwatery, pisząc węglem drzewnym, dużymi literami, na drzwiach każdego budynku, jego przeznaczenie. Podobnym sposobem, wszystkie place i ulice otrzymują nowe nazwy, o brzmieniu ‘ulica takiej to a takiej kompanii’, czy też ‘dzielnica takiego to a takiego batalionu, Plac Zbiórek, Plac Defilad, Plac Przeglądów, Plac Gwardii, itp.’”.
Tak ogromna pustka początkowo powoduje, że wszyscy obawiają się jakiejś pułapki. Później jednak, niemal bezwiednie,
„obejmujemy Moskwę w posiadanie, jakby została wręcz dla nas zbudowana. Taki sposób jej zajmowania pozwala też, aby każdy oficer miał do swojej wyłącznej dyspozycji wspaniały pałac, po którego luksusowych apartamentach może się przechadzać do woli, nie ma bowiem w nim właściciela, ośmielającego się podważać jego prawo własności”.
Niewielka liczba moskwian gromadzi się jedynie we wspaniałych cerkwiach prawosławnych, z ołtarzami rozświetlonymi przez świece, „jak na święto”. Nawet jednak tam, wierni zdają się należeć do najuboższych warstw, rosyjskich maruderów i rannych.
Ponieważ nie zjawiła się deputacja mieszczan, aby błagać o litość i wręczyć mu klucze do miasta, Napoleon spędził noc z 14 na 15 września w czymś, co wielki koniuszy, Armand de Caulaincourt, określa jako „nędzną, z drewna zbudowaną tawernę”, stojącą na prawo od kamiennego mostu, łączącego miasto zjego zachodnimi przedmieściami. Baronowi Josephowi de Baussetowi, otyłemu prefektowi pałacu, ten sam budynek wydaje się jednak „ładnym, drewnianym domem”. Noc minęła dość spokojnie. Co prawda w gmachu giełdy wybuchł pożar, co przypisano nieostrożności oddziałów. „Wspaniała ta budowla, większa od paryskiego Palais Royal, wypełniona egzotycznymi dobrami pochodzącymi z całej niemal Azji”, płonie, i daje się ugasić dopiero z największym wysiłkiem, a wszystko to z braku wozów strażackich. Znacznie ważniejszy wydaje się być fakt, że, zgodnie z raportami króla Neapolu, nadesłanymi zjego kwatery mieszczącej się w pałacu rodziny Bałaszowych2 przy ulicy Jauskiej, nieopodal Mostu Marszałków i Bramy Kazańskiej, rozejm gwarantujący pokojową ewakuację Moskwy zdaje się pozostawać w mocy.
Brama Kazańska znajduje się na wschodnim krańcu miasta. Za nią obozuje awangarda Murata, licząca sobie od dziesięciu do piętnastu tysięcy żołnierzy. Sam Murat powiada, że „wygląda na to, iż Rosjanie utracili ducha do tego stopnia… że spodziewa się przechwycenia części konwojów nieprzyjaciela, oraz rozbicia jego straży tylnej”.
Wszystkie te szczegóły, ciągnie Caulaincourt,
„połączone z wrażeniem, jakie z pewnością wywołają w Petersburgu wiadomości o zajęciu drugiej stolicy Rosji – co z pewnością musi doprowadzić do propozycji pokojowych – sprawiły Cesarzowi widoczną przyjemność i przywróciły mu dobry humor”.
Przywróciły też humor Caulaincourtowi, choć zapewne w mniejszym stopniu. Minął przecież zaledwie tydzień od chwili, gdy jego brat August poległ pod Borodino, na czele decydującej, niezwykłej szarży kawalerii, szturmującej Wielką Redutę.
W ciągu nocy Caulaincourt musiał przesłuchać rosyjskiego policjanta, który doprowadzony do kwatery głównej
„prorokował, że wybuchnie jeszcze wiele pożarów. Przez noc pójść miało z dymem całe miasto. Prostaczek ów, dobrze wiedzący co w trawie piszczy, zdawał się być bardzo szczery, gdy tak zaklinał się na wszystkie świętości. Był jednak tak przerażony, że wydawał się niespełna rozumu. To co ujawnił było wręcz nie do wiary, więc nie przywiązywaliśmy do wszystkich tych szczegółów większego znaczenia. Byliśmy dalecy od tego, aby uznać, że gubernator i tutejszy rząd nosili się z ambicjami zostania jakimiś współczesnymi Herostratesami”.3
O szóstej rano Napoleon, dosiadłszy Emira, swojego ulubionego arabskiego siwka, wkracza wreszcie triumfalnie do Moskwy. Jego triumfu „nie zakłócają żadne zamieszki, jakie zwykle towarzyszą zajęciu dużego miasta”. „Najmniejszy dźwięk” – zauważa pierwszy sekretarz, baron C. F. Méneval, ze swojego powozu, powoli podążającego śladem Cesarza – „nie zakłócił pustki ulic. Moskwa wydawała się pogrążona w głębokim śnie, niczym zaczarowane miasto z Baśni z tysiąca i jednej nocy”. Inteligentny ten człowiek, podobnie jak Caulaincourt, jest rozczarowany „ponurą ciszą panującą w opuszczonym mieście”, gdy tak jedzie o końską długość za zdobywcą, który zdążył już odbyć triumfalne wjazdy do wszystkich ważniejszych stolic Europy, poza Londynem. „Podczas naszej długiej jazdy ulicami nie spotkaliśmy ani żywego ducha”.
Stopniowo w zasięgu naszego wzroku pojawia się wielka cytadela, położona „na wzgórzu w samym centrum miasta”. Kreml, otoczony zwieńczonym blankami murem, oflankowanym rozmieszczonymi w regularnych odstępach basztami, przypomina koledze Ménevala, drugiemu sekretarzowi, baronowi A. J. Fainowi, Pałac Dożów w Wenecji. Jego trzy kolejne, potężne bramy są „zbudowane z kilku łuków przegrodzonych barierami i zwieńczonych machikułami”. Wkroczywszy na dziedzińce, Napoleon udaje się Schodami Strzeleckimi (gdzie niegdyś Piotr Wielki masakrował swoich zbuntowanych gwardzistów) na piętro, do sal służących władzy państwowej.
Pełne starodawnego splendoru, skąpo umeblowane apartamenty państwowe składają się z trzech tylko sal i jednej sypialni. Od szesnastego stulecia nie mieszkał tu żaden car. Teraz jednak wystarczą, przynajmniej tymczasowo, aby posłużyć jako osobiste kwatery Napoleona, które, czy to w namiocie, czy w pałacu, i tak nigdy nie zajmują więcej niż trzech pokojów.4 W carskiej sypialni jedynym meblem – poza stojącym na lewo od kominka i oddzielonym od niego wymyślnym, trójdzielnym parawanem łóżkiem – jest sekretarzyk z zamykanym półokrągłą przykrywą blatem. To tutaj prawdopodobnie Napoleon przysiada co chwila, aby wreszcie – swoim trudnym do odcyfrowania pismem – napisać kilka słów do swojej młodej blond cesarzowej, do odległego Paryża.5
„Mon amie. Otrzymałem twój list z trzydziestego pierwszego, z którego wywnioskowałem, że dotarły już do ciebie listy ze Smoleńska. Napisałem już też do Ciebie z Moskwy, dokąd dotarłem czternastego. Miasto dorównuje wielkością Paryżowi, jest tam 1 600 wież kościelnych i ponad tysiąc pięknych pałaców. Miasto zaopatrzone jest we wszelkie dobra. Szlachta opuściła je, podobnie jak i kupcy, którzy zostali do tego zmuszeni; pozostało tylko prostactwo. Z moim zdrowiem jest dobrze, gorączka mnie opuściła. Nieprzyjaciel wycofuje się, na ile mogę sądzić, w kierunku Kazania. Ten wspaniały podbój jest rezultatem bitwy nad Moskwą [pod Borodino]. Tout à toi. NAP”.
W międzyczasie, głęboko w piwnicach Kremla, znalazł się gorącokrwisty i – nawet w Wielkiej Armii – nadzwyczajnie ambitny sztabowiec, pierwszy oficer ordynansowy Gaspard Gourgaud.6 Ten wysoki, szczupły i muskularny szatyn, ubrany – ze względu na tak triumfalną okazję – w galowy niebieski mundur ze srebrnymi sznurami naramiennymi, dokonuje zaskakującego, aby nie rzec zatrważającego odkrycia. Jest nim kilka beczek prochu. Choć 15 sierpnia został lekko ranny pod Smoleńskiem, to przez całą kampanię pozostawał bez przerwy na nogach, a już wczoraj był jednym z pierwszych oficerów, jacy wkroczyli do Moskwy. „To właśnie ja znalazłem magazyny, w których znajdowało się trzysta kilogramów prochu strzelniczego”. Za to odkrycie wkrótce zostanie mianowany baronem Cesarstwa. Pozostali oficerowie domu cesarskiego także czynią dziwne odkrycia. W kominku sypialni cesarskiej, a także w innych miejscach, znajdują ukryte „lonty zapalające”. Zrobione ze sznurka, smoły i siarki, wszystkie wykonane są dokładnie tak samo. Odkrycia te powodują, że Caulaincourt i jego koledzy zaczynają brać bardziej poważnie nocną paplaninę „na wpół oszalałego” policjanta. Sprowadzony ze strażnicy, powtarza on swoją historyjkę, która teraz już szybko, choć z przerażeniem, zostaje skojarzona ze zniknięciem – prawdopodobnie także na rozkaz kapryśnego gubernatora Rostopczyna i jego szefa policji, Iwaczkina7 – wszystkich węży strażackich w budynku giełdy:
„Już od wczoraj trwały poszukiwania wozów strażackich, lecz stwierdzono, że niektóre zostały zabrane, zaś inne uczynione niezdatnymi do użytku. Oficerowie i żołnierze wyprowadzali na ulice konstabli i prostych chłopów, przyłapanych na gorącym uczynku – podczas wrzucania do wnętrza domów materiałów łatwopalnych dla podsycenia pożaru. Polacy raportowali, że ujęli już pewną liczbę podpalaczy, których rozstrzelali”.
Sekretarz Méneval wybrał się na wyprawę odkrywczą po innych częściach Kremla:
„Stanowiąc sam w sobie oddzielne miasto, obejmuje on Pałac Cesarski, Arsenał, Pałac Senatu, archiwa, najważniejsze instytucje publiczne, wielką liczbę cerkwi pełnych historycznych ciekawostek, przedmiotów używanych podczas koronacji władców, a także sztandarów i trofeów wziętych na Turkach. W jednej z głównych świątyń znajdują się grobowce carów. W tej imponującej bazylice panuje nastrój na wpół barbarzyńskiej wspaniałości; czegoś równocześnie prymitywnego i robiącego wrażenie. Ściany jej są pokryte grubymi tablicami ze złota i srebra, na których widnieją płaskorzeźby najważniejszych postaci historii kościoła. Ze sklepień zwisają srebrne lampy w stylu bizantyjskim, a na podwyższeniach stoją wielkie, wieloramienne świeczniki, wykonane z podobnych materiałów. W sanktuarium tym można znaleźć nawet portret Dziewicy przypisywany Św. Łukaszowi. Jego rama ozdobiona jest perłami i drogimi kamieniami. Wielka dzwonnica, znana pod nazwą Wieży Iwana1, zwieńczona jest ogromnym krzyżem, w którym znajduje się mniejszy krzyż, wykonany z litego złota, a zawierający drzazgę Prawdziwego Krzyża. Krzyż ten, jak również kilka innych interesujących przedmiotów z Kremla, nadających się do transportu, miały zostać wysłane do Paryża”.
Armii wszystko to wydaje się bardzo dziwne, bardzo egzotyczne i bardzo orientalne. Żadne inne wojsko europejskie nie dotarło tak daleko na wschód, za wyjątkiem Polaków jakieś sto lat temu.2
Tylko Gwardia Cesarska, zresztą bez swojej potężnej artylerii, choć nie oddała od początku kampanii ani jednego strzału, otrzymuje pozwolenie na wejście do miasta. Oprócz niej wchodzi jeszcze tylko Włoska Gwardia Królewska. Jest to już nieodmienny zwyczaj. Wszystkie pułki liniowe I, III, IV i V Korpusu, które ponosiły cały ciężar walk i znosiły upał przez tyle potwornych dni, otrzymały rozkaz obozowania na ogromnej – liczącej 10 tysięcy akrów3 równinie, w większości pokrytej wielkimi polami kapusty i buraków, które, „okrągłe jak misy i krwistoczerwone”, zadziwiają Wirtemberczyków Neya, a już zwłaszcza szeregowca Jacoba Waltera z 25. dywizji generała Hugela. Co się tyczy kapusty, „trzy lub czterokrotnie większej od główek, jakie dotąd uważaliśmy za duże”, to raduje ona serca żołnierzy z 57. Pułku Liniowego. Najwyraźniej spodziewają się oni, że ich pobyt w Moskwie będzie długi, ponieważ podporucznik Aubin Dutheillet widzi, jak natychmiast biorą się do kiszenia kapusty – na wyraźny rozkaz Napoleona – która będzie przecież wymagać tygodni, aby dojść do właściwego smaku!
Rozkaz dzienny bardzo wyraźnie zabronił komukolwiek wchodzenia do miasta. Nie dotyczy to, naturalnie, dowódców korpusów i ich sztabów. Jednym spośród oficerów wysłanych do miasta, aby zabezpieczył odpowiednie pomieszczenia na kwaterę dla swoich przełożonych, jest płatnik I Korpusu, kapitan B. T. Duverger. Wkroczywszy do miasta przez Bramę Dorogomiłowską, przed którą Napoleon oczekiwał wczoraj na próżno na delegację mieszkańców, Duverger, wobec takiej obfitości pustych, a pozostających do dyspozycji pałaców, nie śpieszy się z wyborem i rusza na Kreml. Przed jego bramami straż pełnią grenadierzy i szaserzy Gwardii, lecz nikt nie przeszkadza mu – jak zresztą nikomu innemu – w wejściu do środka. Wdrapawszy się na jedną z wież, kapitan spogląda na
„szlachetne miasto w całej jego rozciągłości. Wzdłuż i wszerz panuje w nim jedynie pełna smutku cisza, przerywana tylko rżeniem koni i tupotem maszerujących ulicami oddziałów”.
Schodząc na dół, Duverger widzi jak wiele szumowin ludzkich, w dodatku już pijanych, zaczyna wychodzić ze swoich kryjówek. W pobliżu na pół spalonej giełdy
„zaczynają już grabić sklepy, więc przyłączam się do paru żołnierzy gwardii, aby ich przegonić… od czasu do czasu słychać odgłos pojedynczego wystrzału, zresztą zazwyczaj spowodowanego raczej zaskoczeniem niż wrogością”.
Choć wszystkie wspaniałe i luksusowe pałace zostały opuszczone, to w niektórych z nich bajecznie bogaci właściciele pozostawili służących i jakiegoś mówiącego po francusku rządcę, z poleceniem udogodnienia pobytu intruzom. „Na bardzo wielkim placu, położonym na prawo i niezbyt daleko od bramy miejskiej, w wielkim zakolu rzeki Moskwy, pomiędzy Kremlem a drogą możajską”, major J.-F. Boulart z Artylerii Pieszej Gwardii, wybiera sobie wielki miejski dom rodziny Pietrowskich i stwierdza, że pod tym względem stanowi on wyjątek.
„Nie było w nim ani jednego mieszkańca, aby czynić honory domu. Wszystko wokół nas pogrążone było w ciszy. A cisza ta kryła w sobie coś przerażającego”.
Swoje działa, park artyleryjski, oraz noszących wspaniałe bermyce artylerzystów, których ciemnoniebieskie wyłogi sam cesarz określił 5 czerwca jako „eleganckie”, Boulart rozmieszcza na placu i w otaczających go pustych domach:
„Po jednej jego stronie była długa, prosta jak strzelił promenada obsadzona drzewami. Po drugiej – jakiś żeński klasztor. Uformowałem mój park artyleryjski w kwadrat, z bateriami dział w narożnikach, a ludźmi i końmi pośrodku. Zakazałem żołnierzom się oddalać. Potem, zsiadłszy z konia, wysłałem moich poruczników – każdego z kilkoma kanonierami – na pobliskie ulice, aby zdobyli trochę żarcia. Wszędzie znaleźli oni jedynie pozamykane i zabarykadowane drzwi. Musieliśmy je więc sforsować. W mgnieniu oka wszystko zostaje obrabowane, do czego bez wątpienia dochodzi także w całym mieście. Obawiając się zaskoczenia, rozkazałem, aby na odgłos strzału karabinowego wszyscy natychmiast wracali na plac”.
Najeźdźcy są zaniepokojeni, gdy wszędzie, „we wszelkich prywatnych i publicznych budynkach”, natykają się na lonty zapalające, identyczne ze znalezionymi wcześniej na Kremlu. Na przykład generał Laborde i oficer medyczny nazwiskiem Jeanneau, zaraz po ulokowaniu się w Łubianie, pałacu samego gubernatora Rostopczyna, ku swojemu przerażeniu znajdują trochę takich lontów w rurze od piecyka. Pośpieszyli więc na Kreml, aby opowiedzieć o tym de Baussetowi.
O 9:30 rano, gdy Napoleon pieszo opuszczał fortecę, przyprowadzono do niej dwóch podpalaczy. Obaj noszą policyjne mundury i zostali schwytani z pochodniami w rękach. Przez tłumacza, Lelorme’a d’Ideville’a,4 opowiadają cesarzowi
„jak wyznaczano domy do spalenia i jak poszczególne dzielnice przygotowano do pożaru z rozkazu, jak słyszeli, gubernatora Rostopczyna… oficerowie policji rozproszyli swoich ludzi, dzieląc ich na małe oddziałki, zaś wydany wczoraj wieczorem rozkaz wykonania wcześniejszych instrukcji, został dziś rano potwierdzony przez jednego z oficerów policji”.
Oficer? Jaki oficer? Nie są zbyt skłonni wymienić jego nazwisko, lecz koniec końców, okazuje się nim być jakiś skromny podoficer policji. Gdzie on teraz jest? Nie mają pojęcia:
„Ich odpowiedzi tłumaczone są Cesarzowi otoczonemu świtą. Cesarz był głęboko zakłopotany. Nie mógł uwierzyć w to, że Rosjanie byliby zdolni z rozmysłem spalić swoje domy, abyśmy tylko nie mogli w nich spać, jak już wyraził się w Wiaźmie. Nie mógł zrozumieć, że był to wynik ich mocnego postanowienia i wielkiego osobistego poświęcenia. Jednak kolejne nadchodzące raporty nie pozostawiały cienia wątpliwości. Niektórzy z aresztowanych policjantów zostali postawieni przed sądem, a ośmiu, czy dziesięciu skazano na śmierć i wyrok wykonano”.
W całym mieście powtarza się ta sama historia. Césare de Laugier ciągnie opowieść, zwierzając się w swoim dzienniku, że już
„jest niemal pewne, iż pożarów nie można przypisać przypadkowi. Całkiem sporo podpalaczy schwytano na gorącym uczynku, aresztowano i postawiono przed sądem wojennym. Z ich zeznań wynika, że ludzie ci działali wyłącznie na mocy rozkazów otrzymanych od Rostopczyna i szefa policji Iwaczkina. Większość z nich to policjanci, przebrani Kozacy, robotnicy, oraz uczniowie szkół teologicznych. Ich zeznania zostały zebrane, po czym w oparciu o nie zredagowano memoranda, które mają być nagłośnione w całej Europie. Zdecydowano, że niektórzy z nich mają posłużyć jako odstraszający przykład; ich trupy mają zwisać z latarni na placach lub z drzew na promenadach, co nie jest zresztą widowiskiem sprzyjającym przywróceniu nam wesołego nastroju”.
Wszędzie, przedmiotem najwyższej uwagi staje się żywność. Po spędzeniu chłodnej nocy poza Bramą Kazańską, także jednostki awangardy Murata wysyłają oddziały rekwizycyjne z powrotem do miasta, aby znalazły tam nieco pożywienia, tak dla nich samych, jak i dla ich na wpół zagłodzonych szkap. Gdy oddziały te wyruszają, na równinie za miastem ich koledzy oddają się przyjacielskim pogawędkom ze swoimi rosyjskimi odpowiednikami, „zarówno Kozakami, jak i żołnierzami armii regularnej”. Jak bardzo Rosjanie czują się upokorzeni po niekończących się odwrotach z rozkazu generałów, których nigdy na oczy nie widzieli! Jak bardzo woleliby służyć Cesarzowi Francuzów, czy królowi „Mouradowi” z Neapolu, którzy – wręcz przeciwnie – zawsze są w pobliżu rozgrywającej się akcji!
Kręcąc się nieopodal w swoim dziwacznym mundurze, jaki sobie wybrał na ten dzień,8 Murat – najpróżniejszy z ludzi i centrum powszechnej uwagi – stwierdza, że tak wdzięczne gadki stanowią choć niewielką rekompensatę za to, że w ogóle przybył do Rosji, zamiast pozostać ze swoją uwielbianą rodziną w dalekim Neapolu.
Złocisty poranek wrześniowy przechodzi w popołudnie, a popołudnie w wieczór. Ludzie Murata są zadowoleni słysząc, że rozejm został przedłużony do ósmej rano dnia następnego. Kilka widocznych w oddali pożarów przypisuje się, jak zwykle, nieostrożności oddziałów.
Później jednak zdarza się coś nadzwyczajnego.
Zapadła już ciemność i dochodzi dziewiąta, gdy pułkownik T.-J.-F. Séruzier, którego artyleria konna od samego Niemna prowadziła natarcie, widzi
„sygnał, przypominający fajerwerk. Wzbił się on w górę z château położonego między nami a Moskwą, patrząc z naszego miejsca – nieco na prawo od miasta. Zaraz potem usłyszeliśmy głośny wybuch”.
Zauważają to wszyscy. Ksiądz Surugué, proboszcz francuskiej parafii w Moskwie pod wezwaniem Św. Ludwika Francuskiego, jest poruszony, gdy widzi jak „kula ognista eksploduje nad Jauzą” (dopływem rzeki Moskwy, wpadającym do niej we wschodniej części miasta). Chirurg kawalerii wirtemberskiej, Heinrich von Roos, stoi właśnie na biwaku, nieco na prawo od drogi Włodzimierz – Kazań, niedaleko od „wspaniale płonących” ognisk obozowych rosyjskiej straży tylnej, zaś wokół niego kanonierzy i kirasjerzy 2. Korpusu Kawalerii składają sobie nawzajem życzenia, wobec perspektywy bliskiego już pokoju, gdy wszyscy także widzą i słyszą
„straszliwą eksplozję.9 Choć trudno umiejscowić ją w nocy, zdaje się, że doszło do niej w centrum miasta. Wybuch był tak gwałtowny, że początkowo myśleliśmy, że wyleciał w powietrze skład amunicji lub fabryka prochu, o ile nie była to maszyna piekielna. Najpierw ujrzeliśmy strumień ognia, z którego zaczęły wyskakiwać ogniste kule, lecące po wyższych lub niższych trajektoriach, jakby cała masa bomb i pocisków została równocześnie wyrzucona w górę. Wybuchy trwały trzy lub cztery minuty i wywołały wśród nas prawdziwe oszołomienie”.
Holenderski generał Dedem van der Gelder – dowodzący 2. Brygadą Piechoty w dywizji Dufoura – który przez całą drogę, od samego Wilna, miał tego pecha, że ciągle był odelegowany spod dowództwa Davouta do Murata, pisze:
„generałowie właśnie od nas wyjechali, gdy dało się słyszeć gwałtowną detonację od strony Bramy Kałuskiej. Był to magazyn prochu, który nieprzyjaciel właśnie wysadził w powietrze. Zdawało się, że był to jakiś uzgodniony znak, bowiem chwilę potem, widziałem kilka rakiet wzbijających się w niebo, a pół godziny później w różnych dzielnicach miasta wybuchły pożary, zwłaszcza na Przedmieściu Włodzimierskim, gdzie wraz z generałem Dufourem stanęliśmy na kwaterze”.
Dedem powiada, że każdy mógł dostrzec ten wybuch. Był on sygnałem od Rostopczyna:
„Trwało to trzy lub cztery minuty i wprawiło nas w prawdziwe osłupienie. Gdy tylko zdobyłem pewność, że nieprzyjaciel chce spalić miasto, natychmiast zdecydowałem się połączyć z dywizją, obozującą po obu stronach drogi włodzimierskiej, tuż pod murami miasta. Kwaterę główną ustanowiłem sobie we młynie, gdzie przynajmniej miałem pewność, że nie spłonę. Wiał bardzo silny i zimny wiatr. Trzeba było być ślepym, aby nie dostrzec, że padł oto sygnał do wojny na śmierć i życie. Potwierdzało się to wszystko, co jeszcze w styczniu słyszałem w Rostocku i Wismarze o rosyjskich zamiarach palenia wszystkiego i wciągnięcia nas w głąb Rosji”.
„Z początku – ciągnie Heinrich von Roon –
„pożar wydawał się ograniczać do miejsca wybuchu, lecz po kilku minutach widzieliśmy już płomienie wzbijające się w niebo w różnych dzielnicach miasta. Rychło naliczyliśmy osiemnaście ognisk pożaru, a za chwilę – jeszcze więcej. Wszyscy wręcz zaniemówiliśmy ze zdumienia”.
Wytrąceni ze swojej „niezwykłej wesołości” Wirtemberczycy,
„także nie posiadają się ze zdumienia. Spoglądaliśmy na siebie, myśląc o tym samym. Powszechnym uczuciom dał wreszcie upust sztabskapitan de Reinhardt: ‘To zły znak! Kładzie on kres naszym nadziejom na pokój, którego tak wszyscy potrzebujemy!’ Obóz nasz dominował nad miastem, mogliśmy więc obserwować tę straszną scenę i nic nie mogło umknąć naszej uwadze. Wkrótce płomienie dotarły do położonej najbliżej nas dzielnicy. Wzrosła także liczba maruderów i uchodźców”.
Na zachodnim skraju miasta kanonierzy Boularta, nadal stojący obozem na placu w pobliżu mostu na rzece Moskwie, spoglądają na wszystko z innego kierunku. Widzą
„pożary – najpierw jeden, potem drugi i trzeci; coraz bliżej, potem jeszcze jeden. Wszystkie one wybuchały w najdalszej od nas części miasta i rozprzestrzeniały się bez żadnych przeszkód. W ich świetle można było z łatwością czytać”.
Na samym Kremlu, Rustam Raza – ormiański mameluk Napoleona, śpiący na progu drzwi prowadzących do cesarskiej sypialni z wyciągniętym kindżałem – budzi się, aby ujrzeć cały horyzont w ogniu. Sztabskapitan Labaume obserwuje pożar z dzielnicy północnej: „Teraz całe miasto było już tylko ogromnym ogniskiem”.
Aż do tej chwili wiatr wiał z północnego zachodu. Teraz jednak nawet i on zdaje się być posłusznym rozkazom Rostopczyna. Césare de Laugier, także znajdujący się w północnym rejonie miasta, czuje, że „wiatr nagle skręca i zaczyna wiać z południowego zachodu, osiągając równocześnie siłę huraganu”. W ten sposób, około dziesiątej wieczorem, także i Włosi zdają sobie sprawę z tego, że całe miasto stoi w płomieniach. Płatnik Duverger i jego kompani w dowództwie I Korpusu, mieszczącego się „w dość ładnym domu” w zachodnim rejonie miasta, brutalnie wytrąceni ze snu „jakimiś rozpaczliwymi okrzykami”, pośpiesznie się ubierają i wybiegają na ulicę:
„Wokoło słychać było jakieś dziwne głosy krzyczące, ‘Pali się! Pali!’. Cały horyzont był czerwony. Ogień, poruszając się we wszystkich kierunkach, niósł za sobą odgłos przypominający słyszaną z oddali ulewę. Mieszkańcy miasta i żołnierze mieszali się ze sobą w ucieczce na łeb, na szyję. W świetle pożaru mogliśmy na ich twarzach wyczytać osłupienie i rozpacz”.
Bezpośrednio naprzeciw Kremla znajduje się Kitajgorod, czyli dzielnica chińska. Wiele egzotycznych dóbr, ocalonych z wczorajszego pożaru giełdy, zostało tutaj umieszczonych pod strażą na ulicach. Teraz jednak, sześć czy siedem tysięcy sklepików tej dzielnicy ponownie staje w płomieniach. Miejscowi chcą naturalnie porwać, co komu wpadnie pod rękę, więc straże muszą ich odpierać uderzeniami kolb. Na Kremlu, pogrążony w głębokim śnie Caulaincourt, zostaje zbudzony przez swojego służącego,
„energicznego gościa, który służył mi jeszcze podczas mego ambasadorowania w Petersburgu.10 Przyniósł on nowiny, że od trzech kwadransów miasto stoi w płomieniach. Wystarczyło abym otworzył oczy, a mogłem stwierdzić, że mówił prawdę. Ogień rozprzestrzeniał się z taką gwałtownością, że w moim pokoju było dostatecznie jasno, aby czytać. Wyskoczywszy z łóżka, wysyłam go, aby zbudził wielkiego marszałka [pałacu, Duroca], a sam śpiesznie się ubieram”.
Z tarasów Kremla można obserwować całą Moskwę i okolice. Ponieważ pożar wydaje się ogarniać głównie najbardziej oddalone od Kremla rejony, Duroc i Caulaincourt, jako najstarsi rangą oficerowie domu cesarskiego, decydują się
„dać jeszcze Cesarzowi trochę pospać, bowiem kilka ostatnich dni bardzo go zmęczyło”.
Co do tego nie ma wątpliwości, jako że Napoleon cierpi na ostre zapalenie pęcherza, które nie odstępuje go przez cały czas, jeszcze od Borodino. Mimo wszystko, przesyłają wiadomość do marszałka Mortiera – dowódcy Młodej Gwardii i gubernatora wojskowego Moskwy – sugerując, aby postawił całą Gwardię Cesarską pod broń, ponieważ generał Durosnel stwierdził, iż zadania policyjne przekraczają jego możliwości. Caulaincourt jest odpowiedzialny za cały transport kwatery głównej. Ponieważ jego departament jest już rozproszony w różnych częściach miasta, dosiada konia i rusza zobaczyć, co się da zrobić:
„Ostry wiatr wiał z kierunku dwóch widocznych ognisk pożaru i zwiewał płomienie w stronę centrum. Wywołało to nadzwyczaj silny, gorący podmuch. Około pół godziny po północy wybuchnął trzeci pożar, nieco na zachód, a krótko potem czwarty, w innej dzielnicy. Wszystkie układały się w linii wiatru, który wiał teraz nieco bardziej z zachodu”;
jego robotę wspomagali i pogłębiali liczni podpalacze. Około północy, Césare de Laugier widzi
„bomby zapalające rzucane co chwila z wież cerkiewnych, szczytów domów, nawet na ulicach. Każdy schwytany na gorącym uczynku jest rozstrzeliwany od ręki. Wielu spośród tych nieszczęśników jest pijanych i ginie, nie zauważając nawet przejścia na tamten świat. Napotkaliśmy nawet kilku próbujących dolewać smołę do ognia, aby rozniecić go bardziej w miejscach, gdzie zdawał się już przygasać. Pędząc, niczym zbiegli skazańcy, nosili oni materiały zapalające schowane pod ubraniem i wrzucali je, niemal na naszych oczach, do wnętrza zajmowanych przez nas domów”.
Zasięg katastrofy jest już na tyle wyraźny, że Caulaincourt i Duroc nie mogą dłużej brać na siebie decyzji i pozwolić Napoleonowi spać. Według drugiego mameluka Napoleona, „Alego”, pomocnika Rustama, to Constant budzi cesarza, aby powiedzieć mu, że Moskwa stoi w płomieniach, „ale ponieważ nie wydał nam żadnych rozkazów, wszyscy poszliśmy z powrotem do łóżek”. Spoglądając przez okno, Napoleon wykrzykuje:
„‘To przekracza wszelką wyobraźnię! To wojna na wyniszczenie! Tak straszna taktyka nie ma precedensu w historii cywilizacji. Palić własne miasta! Diabeł natchnął tych ludzi! Cóż za dzika determinacja! Co za ludzie! Co za ludzie!’”.
Jak dotąd, twierdzi Césare de Laugier, zawsze gotowy bronić honoru Włoskiej Gwardii Królewskiej, jej szeregowcy przede wszystkim
„wykonywali rozkazy swoich przełożonych, ukierunkowane na interes ogółu, próbując opanować ogień i ocalić co się da z ubrania, biżuterii, bielizny, delikatnych materiałów i najcenniejszych dóbr z całej Europy i Azji”.
Teraz jednak, w ślad za podpalaczami
„pojawiły się męty społeczne, ci co dotąd nie zbiegli z miasta w nadziei na okazję do rabunku. Zamki są wyłamywane, drzwi piwnic rozwalane, a zagrożone pożarem sklepy – łupione. Cukier, kawa, herbata są pierwszymi artykułami, na których kładą rękę rabusie; potem przychodzi kolej na skóry, futra, odzież i wszelkie artykuły luksusowe”.
Na co Włosi,
„podnieceni przykładem łupiącej na ich oczach ludności, pozwalają się ponieść panującej atmosferze i sami zaczynają kraść wszystko, co popadnie. Jako pierwsze przeszukane i ogołocone zostają magazyny mąki, wódki i wina”.
Doprawdy, dlaczego trzymać się na uboczu i głodować, gdy oto podpalana jest żywność, której wystarczyłoby na wyżywienie dziesięciu armii? Jeden z podwładnych majora Boularta – zawsze krytyczny i skłonny do zwady major Pion des Loches, człowiek, który zawsze wszystko wie i potrafi przewidzieć rozwój wypadków lepiej niż ktokolwiek inny, nieuleczalny Besserwisser – widzi teraz masy żołnierstwa z korpusów armijnych obozujących na równinie poza miastem, jak łamią zakaz wkraczania w obręb murów i z pośpiechem wchodzą do środka. Żadne straże nie są w stanie ich powstrzymać. Nie trzeba było wiele czasu,
„aby armia uległa całkowitemu rozpadowi. Wszędzie widziało się pijanych oficerów i żołnierzy obładowanych łupem i zapasami zabranymi z płonących domów. Ulice zasłane były kawałkami fajansu, mebli i wszelkiego rodzaju odzieży. Wiele podążających za armią kobiet, jakby wiedząc już jak drogo im zapłacimy podczas odwrotu za to, co teraz zdążą zrabować, z niewiarygodną szybkością zaopatrywało się w łupy”.
Wszędzie dochodzi do scen grabieży i strasznych incydentów. W drodze do brodu na rzece, płatnik Duverger widzi jedną taką kłótliwą jędzę w akcji. Wypędzeni ze swojego płonącego pałacu, kręcą się właśnie z przyjacielem po
„głównej ulicy, gdzie przybywało nadbiegających ze wszystkich kierunków biedaków, kobiet i dzieci, byle jak odzianych w jakieś łachy. Nagle na środku drogi stanęła jakaś stara markietanka. Znałem już ją. Widziałem ją poprzednio, jak pięścią walnęła grenadiera, próbującego powstrzymać ją od wejścia do miasta. Teraz stała tam z dzikimi, zielonymi oczyma, skupionymi na uciekających z pożaru, zatrzymując ich i przeszukując”.
Jak dotąd, nasz płatnik nie zwracał na nią większej uwagi. Teraz jednak, tuż obok siebie, widzi kolejną grupkę:
„staruszka, dwoje lub troje dzieci, dziewczynę, piękną mimo jej bladości, i kobietę, którą dwóch robotników niesie na noszach. Wszyscy szlochają tak, że może ci pęknąć serce. Stara markietanka rzuca się na chorą kobietę i świętokradczą ręką przeszukuje jej ubranie, sprawdzając, czy nie ukryła czegoś wartościowego. Tego dnia byłem na krawędzi furii – niechaj niebiosa mi przebaczą za to, że uderzyłem tę kobietę”.
Także i Pion des Loches widzi wiele armijnych vivandières i cantinières5
„obładowanych gąsiorami z alkoholem, cukrem, kawą i drogimi futrami. Pożar szalał już we wszystkich dzielnicach miasta. Gdy docierał do jakiejś grupy żołnierzy, ci opuszczali zajmowane dotąd miejsce i szukali schronienia w następnych domach”.
Na szczęście zdarzają się też i tacy, którzy zachowują się po rycersku. Griois jest właśnie w drodze powrotnej do swojego obozu poza miastem, gdy widzi biegnącą ku niemu
„młodą kobietę z rozwianymi włosami i przerażeniem na twarzy. Za nią podąża niosąca dziecko piastunka. Kobieta ta powiedziała mi, że jest żoną francuskiego przedsiębiorcy, którego armia rosyjska zabrała ze sobą, ona zaś została sama z dzieckiem i tą oto rosyjską służącą”.
Teraz dom jej płonie i biedaczka nie ma się gdzie schronić. Zapomniawszy zapytać ją o nazwisko (czy mogłaby to być Maria-Luiza Chalmé, która wkrótce odnajdzie się u boku Napoleona?), Griois zabiera cała trójkę uchodźców do swego powozu i wiezie do kwatery głównej Eugeniusza, w pobliżu Pietrowskoje.
Człowiek, dla którego najważniejszym wydarzeniem każdego dnia jest obiad, korpulentny drugi major 85. Pułku Liniowego, C. F. M. Le Roy, jest zwykle wielkim zwolennikiem ścisłej dyscypliny i wysokiej sprawności, zawsze gotowym dawać przykład. Teraz jednak nawet on – rozkaz, nie rozkaz – nie zamierza jedynie patrzeć jak całe miasto idzie z dymem, bez podjęcia choćby próby ocalenia jakichś kąsków dla jego przenośnej spiżarni. W towarzystwie swojego serdecznego przyjaciela, porucznika Jacqueta, „jedynego człowieka, któremu kiedykolwiek mogłem całkowicie zaufać”, major rusza do miasta. Posuwając się wzdłuż jakiejś pięknej ulicy, natykają się na
„płomienie tak potężne, że unosiły miedziane płyty, jakimi kryte były dachy większości domów. Wkrótce zaczęły one spadać z hałasem na ulice, a ciskane wiatrem na wszystkie strony, były dla przechodniów równie niebezpieczne jak sam pożar”.
Kosztem 5 franków, obaj oficerowie ulżyli nieco pewnemu szeregowcowi, odkupując od niego butelkę Bordeaux – ten najwyraźniej i tak tulił do siebie więcej flaszek niż mógł unieść. Potem, z czystej ciekawości, wchodzą do jakiegoś pałacu. Co dziwne, wszystkie pomieszczenia zastają otwarte, a mahoniowe meble – nietknięte:
„Zwierciadła i obrazy zdobiące pałac oraz widok na wspaniały ogród, czynią z niego czarujące miejsce, od którego trudno byłoby się oderwać. Otwieram jakąś szufladę. Wewnątrz znajduję kilka lasek wosku do pieczętowania, karty do gry, parę wzorów do haftu, śliczny zestaw toaletowy i wiele innych rzeczy. W następnej szufladzie widzę komplet diamentowych zapinek, naszyjnik z pięknych pereł, kilka rolek zawojów na głowę i dwa pudełeczka. Mam właśnie je otworzyć, gdy słyszę jak ktoś wchodzi do pokoju. Przypuszczam, że to Jacquet, którego pozostawiłem na dziedzińcu, gdzie miał zamiar spróbować znaleźć dla nas trochę wódki lub rumu, które, jak przypuszczał, powinny być w piwnicy. Wołam go, aby przyszedł i pomógł mi zabrać co nieco z tego domu. Otwieram większe pudełko. Zawiera ono wyposażenie do gry w loteryjkę wykonane z kości słoniowej. W mniejszym znajduję bierki. Mam właśnie ochotę otworzyć także wysoką komodę, gdy słyszę głos Jacqueta wzywającego mojej pomocy. Natychmiast wyciągam szablę i wyskoczywszy na korytarz, gdzie jest pełno dymu, śpieszę przyłączyć się do towarzysza, który – wiedząc, że główne ognisko pożaru jest bardzo daleko – jest równie zaskoczony, widząc dom w ogniu, jak ja sam. Wnioskuję z tego, że osobą, która wchodziła do pokoju, mógł być tylko rosyjski podpalacz. Gdy ciągle jeszcze rozprawialiśmy nad owym szczególnym wydarzeniem, przeszedł obok nas elegancko ubrany mężczyzna, grzecznie nas pozdrawiając. Odkłoniliśmy mu się równie grzecznie”.
Hrabia Roman Sołtyk, oficer Polak, który z powodu biegłej znajomości francuskiego został przydzielony do oddziału Topograficznego CKG6, przebiegając płonące ulice w towarzystwie kilku swoich rodaków, usiłuje wydostać się z tej jatki, a przynajmniej zdobyć coś do zjedzenia. Próbuje on wołać po rosyjsku w kierunku pozamykanych okiennic, spoza których ludzie błagają o ochronę:
„Kilkukrotnie nawet mu się udało wywołać jakąś reakcję. Nasze polskie mundury od razu jednak piętnowały nas jako wrogów, gdy więc pytaliśmy ich, co powoduje, że pożar ciągle się szerzy, odpowiadali nam jedynie lakonicznie, lub nawet wymijająco. Dyrektorka szkoły dla młodych panien, które nadal pozostawały w internacie, udawała, że nie rozumie francuskiego – drugiego języka ludzi bogatych, choć nauczanie go – w przypadku arystokratycznych uczennic – musiało należeć do jej obowiązków”.
