Seria Napoleońska. 1812. Napoleon w Moskwie - Paul Britten Austin - ebook

Seria Napoleońska. 1812. Napoleon w Moskwie ebook

Paul Britten Austin

0,0
62,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Książka ta jest następczynią tomu "1812. Marsz na Moskwę". Jest ona rodzajem słownego filmu czy też zbeletryzowanego dokumentu. Została zredagowana, mam nadzieję, w sposób niepozbawiony pewnych wartości artystycznych, na podstawie pochodzących z pierwszej ręki - dobrze ponad setki uczestników, tak Francuzów, jak i ich „sojuszników" - opisów tego ogromnego, masowego dramatu, jakim był najazd Napoleona na Rosję. Oparłem się pokusie komentowania czy też oceniania ich narracji. Wszystkie są dla mnie uderzająco autentyczne, jeśli nawet niezbyt dokładne, a już na pewno nie bezstronne. W końcu wydarzenia, jakie opisują, były nadzwyczajne, w stopniu przekraczającym wszelkie wyobrażenia. Trzeba też uwzględnić fakt, że na to wszystko autorzy wspomnień spoglądali z perspektywy czasu minionego. Jak łatwo jest być mądrym, gdy ma się to już za sobą! (z przedmowy autora)

Powyższy opis pochodzi od wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 488

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Fo­to­gra­fie: z ory­gi­na­łu

Re­dak­cja: An­drzej Ryba

Ko­rek­ta: Anie­la Łaj­kow­ska

Kon­sul­ta­cja: pro­fe­sor Bo­gu­sław Żył­ko

Ry­su­nek na okład­ce: © Ja­ro­sław Wró­bel

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © 1995 Paul Brit­ten Au­stin with Mark Pa­ter­son

Co­py­ri­ght © for Po­lish edi­tion by „FIN­NA”

ISBN 978-83-68435-44-3

Wy­da­nie I 

Ofi­cy­na wy­daw­ni­cza FIN­NA

80-768 Gdańsk, ul. Dzie­wa­now­skie­go 5/6

tel.: 603 892 042

e-mail: fin­na@fin­na.com.pl

www.fin­na.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

„Praw­dzi­wi hi­sto­ry­cy to nie ci, któ­rzy re­la­cjo­nu­ją pod­sta­wo­we fak­ty i ogra­ni­cza­ją się do po­da­nia ich ogól­nych przy­czyn, lecz ci, co zgłę­bia­ją je aż po naj­drob­niej­sze szcze­gó­ły, do­cie­ra­jąc do in­dy­wi­du­al­nych mo­ty­wa­cji jed­no­stek.”

Giam­bat­ti­sta Vico

„Ży­cie ludz­kie jest krót­kie i ulot­ne, a jego do­świad­cze­nie jest udzia­łem mi­lio­nów osób, po­ły­ka­nych przez owe­go po­two­ra za­po­mnie­nia, któ­ry cze­ka na nich z wiecz­nie otwar­tą żar­łocz­ną pasz­czą. Jest za­tem za­da­niem god­nym wdzięcz­no­ści, spró­bo­wać oca­lić z tego wiel­kie­go wra­ku świa­ta wspo­mnie­nia o waż­nych i in­te­re­su­ją­cych nas wy­da­rze­niach, oraz zwią­za­nych z nimi po­sta­ciach i epi­zo­dach ich ży­cia.”

Scho­pen­hau­er

Mo­je­mu sy­no­wi To­ma­szo­wii mo­je­mu wnu­ko­wi Ben­ko­wibez któ­rych cier­pli­wej za­chę­tyi do­świad­cze­nia w pra­cy z kom­pu­te­rempra­ca ta w żad­nym przy­pad­ku nie by­ła­by moż­li­wa

Wy­daw­ca skła­da po­dzię­ko­wa­niatłu­ma­czo­wi Woj­cie­cho­wi Chrza­now­skie­mui kon­sul­tan­to­wi pro­fe­so­ro­wi Bo­gu­sła­wo­wi Żył­ko

PRZEDMOWA

Książ­ka ta jest na­stęp­czy­nią tomu 1812. Marsz na Mo­skwę. Jest ona ro­dza­jem słow­ne­go fil­mu czy też zbe­le­try­zo­wa­ne­go do­ku­men­tu. Zo­sta­ła zre­da­go­wa­na, mam na­dzie­ję, w spo­sób nie­po­zba­wio­ny pew­nych war­to­ści ar­ty­stycz­nych, na pod­sta­wie po­cho­dzą­cych z pierw­szej ręki – do­brze po­nad set­ki uczest­ni­ków, tak Fran­cu­zów, jak i ich „so­jusz­ni­ków” – opi­sów tego ogrom­ne­go, ma­so­we­go dra­ma­tu, ja­kim był na­jazd Na­po­le­ona na Ro­sję.

Opar­łem się po­ku­sie ko­men­to­wa­nia czy też oce­nia­nia ich nar­ra­cji. Wszyst­kie są dla mnie ude­rza­ją­co au­ten­tycz­ne, je­śli na­wet nie­zbyt do­kład­ne, a już na pew­no nie bez­stron­ne. W koń­cu wy­da­rze­nia, ja­kie opi­su­ją, były nad­zwy­czaj­ne, w stop­niu prze­kra­cza­ją­cym wszel­kie wy­obra­że­nia. Trze­ba też uwzględ­nić fakt, że na to wszyst­ko au­to­rzy wspo­mnień spo­glą­da­li z per­spek­ty­wy cza­su mi­nio­ne­go. Jak ła­two jest być mą­drym, gdy ma się to już za sobą!

Ze wzglę­du na ogra­ni­czo­ną ob­ję­tość książ­ki, przed­sta­wi­łem wy­da­rze­nia jed­no­stron­nie – z je­dy­nym do­ko­op­to­wa­nym świad­kiem ze stro­ny ro­syj­skiej w oso­bie kry­tycz­ne­go, aby nie rzec zgryź­li­we­go, ge­ne­ra­ła Sir Ro­ber­ta Wil­so­na, bry­tyj­skie­go przed­sta­wi­cie­la w kwa­te­rze głów­nej Ku­tu­zo­wa.

W to­mie tym kon­ty­nu­uję opo­wia­da­nie – z moż­li­wie naj­krót­szy­mi prze­rwa­mi – urwa­ne w czę­ści po­przed­niej „u bram Mo­skwy”. Na cze­le swo – jej środ­ko­wej ar­mii, w pier­wot­nej sile 350 000 żoł­nie­rzy, zło­żo­nej z I Kor­pu­su Da­vo­uta, III Kor­pu­su Neya, IV Kor­pu­su księ­cia Eu­ge­niu­sza, V – Po­nia­tow­skie­go i VII – Ju­no­ta, oraz Gwar­dii Ce­sar­skiej, po­prze­dza­nych czte­re­ma kor­pu­sa­mi „re­zer­wo­wej” ka­wa­le­rii Mu­ra­ta, Na­po­le­on prze­kro­czył Nie­men w dniu prze­si­le­nia let­nie­go. Jed­nak ar­mie car­skie – 1. i 2. Ar­mia Za­cho­du – od­mó­wi­ły sto­cze­nia wal­nej bi­twy, któ­ra – jak to już się dwu­krot­nie zda­rzy­ło – nie­mal na pew­no do­pro­wa­dzi­ła­by do ich roz­bi­cia. Wy­co­fy­wa­ły się więc od­dziel­nie na wschód, zmu­sza­jąc Na­po­le­ona do po­ści­gu w po­szu­ki­wa­niu gło­śne­go zwy­cię­stwa. Mia­ło­by ono zmu­sić Ro­sję do po­wro­tu do sys­te­mu kon­ty­nen­tal­ne­go, a tak­że skło­nić Bry­ta­nię do za­war­cia po­ko­ju, któ­rym był głów­nym ce­lem ca­łej tej ogrom­nej – nie ma­ją­cej pre­ce­den­su i się­ga­ją­cej da­lej niż kie­dy­kol­wiek do­tąd – kam­pa­nii. Da­le­ko na po­łu­dniu, Au­stria­cy Szwar­cen­ber­ga i Sasi Rey­nie­ra (IX Kor­pus) szyb­ko uwi­kła­li się w dzia­ła­nia prze­ciw 3. Ar­mii Za­cho­du Tor­ma­so­wa, któ­ra po­win­na wal­czyć z od­wiecz­nym wro­giem Ro­sji w Moł­da­wii, gdy­by Ro­sja i Tur­cja nie­spo­dzie­wa­nie nie za­war­ły po­ko­ju. Na pół­noc­nym za­cho­dzie X Kor­pus Mac­do­nal­da, zło­żo­ny w więk­szo­ści z Pru­sa­ków, ob­le­gał Rygę, pod­czas gdy II Kor­pus Oudi­no­ta i VI Kor­pus St-Cyra ści­ga­ły w pa­lą­cym let­nim słoń­cu Wit­t­gen­ste­ina, aby w koń­cu tak­że utknąć pod Po­łoc­kiem.

28 lip­ca głów­ne siły, pod do­wódz­twem sa­me­go Na­po­le­ona, po­now­nie nie do­pro­wa­dzi­ły do bi­twy pod Wi­teb­skiem, a po dzie­się­cio­dnio­wej prze­rwie, jaką tam mia­ły dla od­zy­ska­nia sił, kon­ty­nu­owa­ły na­tar­cie. Na­po­le­on ma­new­ro­wał, aby obejść 1. Ar­mię Barc­laya de Tol­ly i 2. Ar­mię Ba­gra­tio­na i uchwy­cić Smo­leńsk, ale ma­newr ten się nie po­wiódł. W koń­cu, 17 lip­ca, zo­sta­ła tam sto­czo­na wal­na bi­twa, któ­rej Ce­sarz tak po­żą­dał; nie przy­nio­sła jed­nak roz­strzy­gnię­cia. Smo­leńsk, trze­cie co do wiel­ko­ści mia­sto Ro­sji, pa­dło pa­stwą pło­mie­ni, zaś Ro­sja­nie po­now­nie się wy­co­fa­li ja­kimś cu­dem w nie­mal ide­al­nym po­rząd­ku, nie po­zo­sta­wia­jąc Na­po­le­ono­wi wy­bo­ru.

Ce­sarz, wo­bec wiel­kie­go ry­zy­ka po­li­tycz­ne­go – zwią­za­ne­go z po­zo­sta­niem w ak­tu­al­nym miej­scu po­by­tu, tak od­da­lo­nym od swo­ich baz i z tak ka­ta­stro­fal­ny­mi per­spek­ty­wa­mi, gdy­by po wszyst­kich tych mar­szach i wal­kach miał się wy­co­fać – mógł je­dy­nie przeć da­lej na wschód i ude­rzyć na Mo­skwę. Był pe­wien, że gdy ją zaj­mie, „jego brat Alek­san­der” bę­dzie zmu­szo­ny za­wrzeć po­kój. 7 wrze­śnia Ro­sja­nie wresz­cie za­trzy­ma­li się i zde­cy­do­wa­li wal­czyć pod Bo­ro­di­no. Była to jed­na z naj­krwaw­szych jed­no­dnio­wych bi­tew cza­sów no­wo­żyt­nych, o któ­rej moż­na pa­ra­dok­sal­nie po­wie­dzieć, że „nie była ani wy­gra­na, ani prze­gra­na, ani na­wet nie za­koń­czy­ła się re­mi­sem”. Ar­mia ro­syj­ska po­now­nie wy­co­fa­ła się w za­sa­dzie nie­na­ru­szo­na, a już z pew­no­ścią nie po­bi­ta. 14 wrze­śnia roz­mo­wy u bram Mo­skwy do­pro­wa­dzi­ły do krót­kie­go ro­zej­mu. W tym cza­sie awan­gar­da pod Mu­ra­tem – z koń­mi w dwóch trze­cich pad­nię­ty­mi ze zmę­cze­nia, gło­du i pra­gnie­nia bądź wy­bi­ty­mi pod Bo­ro­di­no – mia­ła, na­stę­pu­jąc na pię­ty zło­żo­nej z Ko­za­ków tyl­nej stra­ży Ro­sjan, przejść przez upior­ne, opusz­czo­ne mia­sto.

W tym to, dla wszyst­kich mo­ich pro­ta­go­ni­stów tak go­rą­co ocze­ki­wa­nym mo­men­cie, pod bra­ma­mi Mo­skwy – w cza­sie gdy „twarz Na­po­le­ona, zwy­kle tak po­zba­wio­na uczuć, wy­ka­zy­wa­ła chwi­lo­we, lecz nie­omyl­ne ozna­ki gorz­kie­go roz­cza­ro­wa­nia [Cau­la­in­co­urt]” – wzna­wia­ją oni swo­ją wie­lo­wąt­ko­wą opo­wieść do­kład­nie w miej­scu, gdzie ją za­koń­czy­li w po­przed­nim to­mie.

Dla wy­go­dy no­wych czy­tel­ni­ków, choć mam na­dzie­ję nie być nud­nym dla tych, któ­rzy tak cier­pli­wie prze­czy­ta­li mój pierw­szy tom, pró­bo­wa­łem – nie­ja­ko przy oka­zji – po­now­nie przed­sta­wić choć­by naj­waż­niej­szych spo­śród mo­ich na­ocz­nych świad­ków, po­przez dru­ko­wa­nie ich na­zwisk kur­sy­wą tam, gdzie zo­sta­ją wy­mie­nie­ni po raz pierw­szy. Od­no­śnie szcze­gó­łów bi­blio­gra­ficz­nych tych i po­zo­sta­łych źró­deł, na­le­ży się­gnąć do bi­blio­gra­fii (któ­ra, co tak­że po­zwa­lam so­bie za­uwa­żyć, jest uzu­peł­nie­niem w sto­sun­ku do peł­niej­szej, za­war­tej w to­mie pierw­szym). Przez cały czas pró­bu­ję tak­że in­for­mo­wać czy­tel­ni­ka na bie­żą­co o roz­wo­ju sy­tu­acji mi­li­tar­nej.

W celu nada­nia nar­ra­cji wła­ści­we­go tem­pa, choć za­wsze za­cho­wu­jąc do­kład­ny sens wy­po­wie­dzi mo­ich nar­ra­to­rów, po­zwa­la­łem so­bie od cza­su do cza­su zmie­niać szyk ich słów, zwro­tów, czy na­wet zdań. Prze­cież dłu­gi cy­tat mógł, na przy­kład, roz­po­cząć się w miej­scu, gdzie ja, jako „re­ży­ser tego fil­mu”, chciał­bym do­ko­nać wstaw­ki w ogól­ny tok nar­ra­cji. Szyb­ko od­szedł­by on wte­dy od kie­run­ku, w ja­kim wspól­nie po­win­ni­śmy po­dą­żać. Stąd mój nie­orto­dok­syj­ny, lecz sto­so­wa­ny w do­brej wie­rze, spo­sób uży­cia nie­któ­rych z owych tłu­ma­czo­nych wtrą­ceń, któ­re ni mniej, ni wię­cej two­rzą isto­tę mo­jej opo­wie­ści.

Choć oka­zjo­nal­nie uży­wam cza­su te­raź­niej­sze­go tam, gdzie w ory­gi­na­le jest czas prze­szły, w więk­szo­ści przy­pad­ków po­zo­sta­wi­łem ten dru­gi, co kon­tra­stu­je z cza­sem te­raź­niej­szym w mo­ich wła­snych zda­niach. Je­śli taki spo­sób – jak za­uwa­ża pe­wien szcze­gól­nie wo­jow­ni­czo na­sta­wio­ny kry­tyk – „na­da­je opo­wie­ści iście wy­ści­go­we tem­po, po­mniej­sza­jąc wzgląd na szcze­gó­ły, ja­kich pra­gnę­li­by mi­ło­śni­cy hi­sto­rii woj­sko­wo­ści”, to mogę je­dy­nie pro­sić ich o wy­ba­cze­nie i mieć na­dzie­ję, że moi od daw­na nie­ży­ją­cy bo­ha­te­ro­wie tak­że wy­ba­czy­li­by mi owe nie­wiel­kie od­chy­le­nia skła­dnio­we i gra­ma­tycz­ne, ja­kie po­czy­ni­łem głów­nie ze wzglę­dów uwy­pu­kle­nia bez­po­śred­nio­ści i ży­wo­ści, jaka cha­rak­te­ry­zu­je ich prze­ka­zy.

Przede wszyst­kim jed­nak książ­ka moja jest ro­dza­jem pró­by re­kon­struk­cji dzień po dniu, a cza­sem na­wet go­dzi­na po go­dzi­nie, sze­ściu mie­się­cy cza­su mi­nio­ne­go: wiel­kie­go wy­da­rze­nia hi­sto­rycz­ne­go, któ­re skoń­czy­ło się w spo­sób bar­dziej chy­ba strasz­li­wy, niż inne tego ro­dza­ju wy­da­rze­nia.

NIEKTÓRZY WAŻNI NAOCZNI ŚWIADKOWIE

Paul Brit­ten Au­stin

Daw­lish, S. De­von, 1995

L-A. G. Bac­ler d’Albe, puł­kow­nik, na­czel­ny to­po­graf i naj­bliż­szy współ­pra­cow­nik Na­po­le­ona

A. D. Bel­liard, ge­ne­rał, szef szta­bu Mu­ra­ta

V. Ber­trand, sier­żant ka­ra­bi­nie­rów w 7. Puł­ku Pie­cho­ty Lek­kiej (I Kor­pus Da­vo­uta)

H-F. Biot, po­rucz­nik, ad­iu­tant ge­ne­ra­ła Pa­jo­la, 2. Kor­pus Ka­wa­le­rii

G. Bon­net, ka­pi­tan gre­na­die­rów w 18. Puł­ku Li­nio­wym, III Kor­pus Neya

J-F. Bo­ulart, ma­jor ar­ty­le­rii Gwar­dii

A. J. B. F. Bo­ur­go­gne, sier­żant Fi­zy­lie­rów – Gre­na­die­rów Śred­niej Gwar­dii

P C. A. Bo­ur­go­ing, po­rucz­nik, tłu­macz i ad­iu­tant ge­ne­ra­ła De­la­bor­de’a, do­wód­cy dy­wi­zji Mło­dej Gwar­dii

H. Brandt, po­rucz­nik w Le­gii Nad­wi­ślań­skiej, przy­dzie­lo­nej do Mło­dej Gwar­dii

A. De Cau­la­in­co­urt, ge­ne­rał, wiel­ki ko­niu­szy, od­po­wie­dzial­ny za cały trans­port Kwa­te­ry Głów­nej i służ­bę ku­rier­ską

V E. B. Ca­stel­la­ne, ka­pi­tan, ofi­cer do zle­ceń w kwa­te­rze głów­nej Na­po­le­ona

D. Chła­pow­ski, puł­kow­nik 1. Puł­ku Szwo­le­że­rów Gwar­dii (pol­skie­go)

J.R. Co­ignet, pod­po­rucz­nik, po­przed­nio sier­żant musz­try w 2. Puł­ku Gre­na­die­rów Gwar­dii, przy­dzie­lo­ny do ma­łej (wy­su­nię­tej) kwa­te­ry Na­po­le­ona jako ofi­cer do zle­ceń

De­dem van der Gel­der, były dy­plo­ma­ta ho­len­der­ski, ge­ne­rał bry­ga­dy, do­wód­ca pod­le­głej Du­fo­uro­wi [po­przed­nio Frian­to­wi] 2. Bry­ga­dy Pie­cho­ty

P-P. Den­ni­ée, in­spek­tor prze­glą­dów, przy­dzie­lo­ny do CKG. W 1842 roku opu­bli­ku­je dzien­nik czyn­no­ści Na­po­le­ona.

M. Du­mas, ge­ne­rał, na­czel­ny in­ten­dent ar­mii

F. Du­mon­ce­au, ka­pi­tan do­wo­dzą­cy 6. kom­pa­nią, 2. szwa­dro­nu, 2. Puł­ku Lan­sje­rów Gwar­dii („czer­wo­ni lan­sje­rzy”) w bry­ga­dzie lan­sje­rów Col­ber­ta

V. Du­puy, ma­jor, póź­niej puł­kow­nik 7. Puł­ku Hu­za­rów, 1. Kor­pus Ka­wa­le­rii

A. Du­the­il­let de La­mo­the, po­rucz­nik w 57. Puł­ku Pie­cho­ty li­nio­wej, I Kor­pus

B-T. Du­ver­ger, ka­pi­tan płat­nik w I Kor­pu­sie Da­vo­uta

G. de Fa­ber du Faur, ma­jor do­wo­dzą­cy ar­ty­le­rią re­zer­wo­wą III Kor­pu­su, ar­ty­sta ma­larz

A-J-F. Fain, ba­ron, dru­gi se­kre­tarz Na­po­le­ona

Diuk de Mon­te­squ­iou-Fe­zen­sac, puł­kow­nik do­wo­dzą­cy 4. Puł­kiem Pie­cho­ty Li­nio­wej, III Kor­pus

C. Fra­nço­is, zna­ny jako „dro­ma­der z Egip­tu”, ka­pi­tan do­wo­dzą­cy jed­ną z kom­pa­nii 30. Puł­ku Pie­cho­ty Li­nio­wej w dy­wi­zji Mo­ran­da, I Kor­pus

L. Fu­sil, ak­tor­ka we fran­cu­skiej tru­pie w Mo­skwie

G. de l’Ain, sztab­ska­pi­tan, ad­iu­tant ge­ne­ra­ła Des­sa­ixa, ge­ne­ra­ła dy­wi­zji w I Kor­pu­sie

G. Gou­r­gaud, pierw­szy ofi­cer or­dy­nan­so­wy (star­szy ofi­cer szta­bo­wy) Na­po­le­ona

L. Grio­is, puł­kow­nik ar­ty­le­rii kon­nej, 3. Kor­pus Ka­wa­le­rii J. L. Henc­kens, star­szy ad­iu­tant, p.o. po­rucz­ni­ka w 6. Puł­ku Sza­se­rów, 3. Kor­pus Ka­wa­le­rii

D. van Ho­gen­dorp, ge­ne­rał ho­len­der­ski, gu­ber­na­tor wo­je­wódz­twa wi­leń­skie­go

H. de Jo­mi­ni, ba­ron, ge­ne­rał, szwaj­car­ski pi­sarz, po­dej­mo­wał za­gad­nie­nia stra­te­gii, tym­cza­so­wy gu­ber­na­tor mia­sta Wil­na, póź­niej Smo­leń­ska

B. de Ker­gor­re, ofi­cer ad­mi­ni­stra­cyj­ny przy­dzie­lo­ny do CKG

E. La­bau­me, ka­pi­tan w szta­bie księ­cia Eu­ge­niu­sza (IV Kor­pus), au­tor pierw­szej opu­bli­ko­wa­nej re­la­cji z tej kam­pa­nii (w 1814)

D. Lar­rey, na­czel­ny chi­rurg, szef służb me­dycz­nych Gwar­dii i Wiel­kiej Ar­mii

C. de Lau­gier, star­szy ad­iu­tant wło­skiej Gu­ar­dia d’Ono­re, IV Kor­pus księ­cia Eu­ge­niu­sza

L-F. Le­jeu­ne, ba­ron, puł­kow­nik, do cza­su bi­twy pod Bo­ro­di­no je­den z ad­iu­tan­tów Ber­thie­ra, póź­niej szef szta­bu przy Da­vo­ucie

M. H. De Li­gni­ères, hra­bia, ka­pi­tan w 1. Puł­ku Sza­se­rów Pie­szych Sta­rej Gwar­dii

A. A. A. de Ma­il­ly-Ne­sle, hra­bia, po­rucz­nik w 2. Puł­ku Ka­ra­bi­nie­rów C-F. Méne­val, ba­ron, pierw­szy se­kre­tarz Na­po­le­ona

A. von Mu­raldt, po­rucz­nik w 4. Ba­war­skim Puł­ku Szwo­le­że­rów, przy­dzie­lo­nym do IV Kor­pu­su Eu­ge­niu­sza

A. A. A. Mon­te­squ­iou, ge­ne­ral­ny kwa­ter­mistrz, przy­dzie­lo­ny do CKG H-J. de Pa­ixhans, in­spek­tor ar­ty­le­rii

P. des Lo­ches, ka­pi­tan, póź­niej ma­jor w ar­ty­le­rii Gwar­dii

J. Rapp, ge­ne­rał, naj­star­szy ran­gą ad­iu­tant Na­po­le­ona

Le Roy, ma­jor, póź­niej pod­puł­kow­nik, do­wo­dzą­cy ba­ta­lio­nem w 85. Puł­ku Pie­cho­ty Li­nio­wej, dy­wi­zja Des­sa­ixa, I Kor­pus

P. de la Faye, po­rucz­nik, se­kre­tarz ge­ne­ra­ła La­ri­bo­isi­ère’a, do­wód­cy ar­ty­le­rii wiel­kiej Ar­mii F. Ro­eder, ka­pi­tan w He­skiej Gwar­dii Pie­szej, przy­dzie­lo­nej do Mło­dej Gwar­dii

H. von Roos, chi­rurg w 3. Kor­pu­sie Ka­wa­le­rii,

M. J. T. Ro­set­ti, puł­kow­nik, ad­iu­tant Mu­ra­ta

P. de Ségur, hra­bia, ge­ne­rał, za­stęp­ca pre­fek­ta pa­ła­cu, au­tor słyn­nej, lecz da­le­kiej od rze­czy­wi­sto­ści książ­ki Na­po­léon et la Gran­de Ar­mée en Rus­sie, 1812.

T. J. F. Séru­zier, ba­ron, puł­kow­nik do­wo­dzą­cy lek­ką ar­ty­le­rią 3. Kor­pu­su Ka­wa­le­rii

R. Soł­tyk, hra­bia, pol­ski ofi­cer ar­ty­le­rii przy­dzie­lo­ny do wy­dzia­łu To­po­gra­ficz­ne­go CKG

K. von Suc­kow, ka­pi­tan Puł­ku Pie­cho­ty Wir­tem­ber­skiej

M. Ta­scher, po­rucz­nik 12. Puł­ku sza­se­rów, bra­ta­nek ex-ce­sa­rzo­wej Jó­ze­fi­ny

A. Thi­rion, Star­szy sier­żant puł­ku w 2. Puł­ku Ki­ra­sje­rów, 1. Kor­pus Ka­wa­le­rii

C. Wa­iry, pierw­szy ka­mer­dy­ner Na­po­le­ona

Sir Ro­bert Wil­son, przed­sta­wi­ciel rzą­du bry­tyj­skie­go w kwa­te­rze głów­nej Ku­tu­zo­wa

J. H. Za­łu­ski, ka­pi­tan w 1. Puł­ku Szwo­le­że­rów Gwar­dii (pol­skim)

1„PALI SIĘ! PALI!”

Puł­kow­nik Grio­is wy­bie­ra się na za­ku­py – „wzię­li­śmy Mo­skwę w po­sia­da­nie, jak­by zbu­do­wa­no ją wła­śnie dla nas” – zło­wro­ga ci­sza – Wło­ska Gwar­dia Kró­lew­ska zaj­mu­je kwa­te­ry – Na­po­le­on wkra­cza do Mo­skwy – lon­ty na Krem­lu – „peł­na smęt­ku ci­sza, prze­ry­wa­na tyl­ko rże­niem koni” – „z pew­no­ścią nie było to wi­do­wi­sko pod­no­szą­ce nas na du­chu” – „sy­gnał jak fa­jer­werk” – „całe mia­sto sta­nę­ło w pło­mie­niach”

Puł­kow­nik Lu­bin Grio­is, do­wód­ca ar­ty­le­rii kon­nej III Kor­pu­su oraz jego ary­sto­kra­tycz­ny przy­ja­ciel, puł­kow­nik Ju­mil­hac, szef szta­bu kor­pu­su, spa­li w łóż­kach po raz pierw­szy od cza­su prze­kro­cze­nia przez Wiel­ką Ar­mię Nie­mna, co zda­rzy­ło się w Noc Świę­to­jań­ską, osiem­dzie­siąt trzy dni temu. Po raz pierw­szy od cza­su wyj­ścia z Prus w czerw­cu, zdej­mu­ją z sie­bie na noc ubra­nia. Po­przed­niej nocy ob­ję­li w po­sia­da­nie wy­god­ną wil­lę, „po­dob­no na­le­żą­cą do ja­kie­goś le­ka­rza”, lecz opusz­czo­ną przez wła­ści­cie­la, a po­ło­żo­ną kil­ka mil na pół­noc­ny za­chód od Mo­skwy. Nie­da­le­ko, wo­kół „nędz­ne­go mia­stecz­ka Cho­ro­sze­wo”, roz­bił bi­wa­ki w prze­wa­ża­ją­cej czę­ści wło­ski IV Kor­pus księ­cia Eu­ge­niu­sza, do któ­re­go ostat­nio przy­dzie­lo­no 3. Kor­pus Ka­wa­le­rii. Po­nad roz­le­głą rów­ni­ną mogą stam­tąd doj­rzeć wie­lo­barw­ne ce­bu­la­ste wie­że mia­sta, błysz­czą­ce w je­sien­nym słoń­cu. Po­nie­waż nie na­de­szły żad­ne roz­ka­zy, Grio­is de­cy­du­je się wy­brać na za­ku­py.

By­stry ob­ser­wa­tor lu­dzi i miejsc, ko­bie­ciarz – skraj­nie nie­wier­ny z na­tu­ry, mi­ło­śnik wło­skiej ope­ry i ma­lar­stwa1, na­mięt­ny ha­zar­dzi­sta, Grio­is nade wszyst­ko w świe­cie ko­cha Wło­chy, tzn., ści­ślej bio­rąc, pół­noc­ne Wło­chy. Na po­łu­dniu i w Ka­la­brii ze­brał ra­czej nie­przy­jem­ne do­świad­cze­nia; wi­dział wszel­kie­go ro­dza­ju prze­ra­ża­ją­ce sce­ny, a w 1806 roku był w ak­cji pod Ma­idą, gdzie siły Re­inie­ra zo­sta­ły od­par­te nie­ocze­ki­wa­nie spo­koj­nym ogniem pie­cho­ty bry­tyj­skiej. Był tak­że w Ty­ro­lu, gdzie na­wet po­czę­sto­wał szczyp­tą ta­ba­ki An­dre­asa Ho­fe­ra i wiel­ce był za­smu­co­ny, gdy ten bo­ha­ter zo­stał poj­ma­ny i, na wy­raź­ny roz­kaz Na­po­le­ona, roz­strze­la­ny przez plu­ton eg­ze­ku­cyj­ny w Man­tui. Opusz­cza­jąc We­ro­nę – ach, jak­że ko­chał to mia­sto – na cze­le swo­ich dział, ra­zem z koń­mi i ca­łym sprzę­tem, „co było nie­mal wszyst­kim, co po­sia­da­łem”, był po­mi­mo tego

„ocza­ro­wa­ny moż­li­wo­ścią uczest­nic­twa w tej kam­pa­nii, sam bo­wiem roz­mach przy­go­to­wań do niej już oznaj­miał jej wagę. Nie po­tra­fi­łem opu­ścić We­ro­ny i wszyst­kich tak mi bli­skich rze­czy bez od­czu­wa­nia skur­czu w ser­cu, zwięk­sza­ne­go jesz­cze przez nie­mal pew­ność, że nig­dy już wię­cej nie uj­rzę tego mia­sta, gdzie w róż­nych okre­sach spę­dzi­łem łącz­nie pra­wie trzy lata, gdzie ży­łem tak szczę­śli­wy, i gdzie za­kosz­to­wa­łem wszel­kich przy­jem­no­ści”.

W prze­ci­wień­stwie do Ju­mil­ha­ca, któ­re­go po­czu­cie hu­mo­ru czy­ni wspa­nia­łym kom­pa­nem dla jego ko­le­gów – ofi­ce­rów, uwa­ża­ją­cych jed­nak, że jest zbyt ostry wo­bec sze­re­go­wych, Grio­is jest dum­ny z tego, że zna wszyst­kich swo­ich ka­no­nie­rów po imie­niu, oraz że nie tra­ci re­zo­nu w obec­no­ści Na­po­le­ona, i to do tego stop­nia, że sprze­ci­wia mu się na­wet w spra­wach tech­nicz­nych.

Za­braw­szy ze sobą swo­je­go or­dy­nan­sa, wkra­cza do mia­sta z na­dzie­ją, że krą­żą­ca wo­kół już od wczo­raj plot­ka, że zo­sta­ło ono opusz­czo­ne przez lud­ność, oka­że się moc­no prze­sa­dzo­na. W isto­cie, Grio­is od­kry­wa, że jest w nim

„nadal nie­co miesz­kań­ców, któ­rzy po­zo­sta­li na miej­scu. Nie­mal jed­nak wszy­scy wśród nich to cu­dzo­ziem­cy – Wło­si, Niem­cy i Fran­cu­zi – któ­rzy wy­da­ją się za­chwy­ce­ni moż­li­wo­ścią przy­ję­cia swych ro­da­ków. Wi­dzia­łem ich całe mnó­stwo na uli­cach”.

Fakt, że wszyst­kie skle­py są po­za­my­ka­ne, nasz puł­kow­nik przy­pi­su­je temu, że

„w pierw­szych chwi­lach oku­pa­cji kup­cy wy­ka­zu­ją zro­zu­mia­łą oba­wę. Spo­kój i po­rzą­dek ja­kie pa­no­wa­ły we wszyst­kich dziel­ni­cach przez ja­kie prze­cho­dzi­łem, po­win­ny wkrót­ce roz­pro­szyć wszel­kie oba­wy i przy­wró­cić im pew­ność sie­bie”.

Gdy pe­wien Włoch wska­zał mu ja­kąś „dość pa­skud­ną” ka­fej­kę, Grio­is, a praw­do­po­dob­nie tak­że i jego or­dy­nans, roz­ko­szu­ją się café crème. Po­nad wszyst­ko jed­nak, spra­gnio­ny jest wina; pe­wien jego zna­jo­my ka­pi­tan ar­ty­le­rii po­ka­zu­je mu, gdzie moż­na zdo­być pew­ną jego ilość – w wiel­kich piw­ni­cach ja­kie­goś ro­syj­skie­go kup­ca. Tam wła­śnie pró­bu­je „cze­goś w ro­dza­ju wy­traw­nej ma­de­ry”. Gdy wy­pi­li bu­tel­kę, jego or­dy­nans wy­ra­ził po­dob­ną opi­nię o tym win­ku. Po ob­ła­do­wa­niu or­dy­nan­sa do­brym pół tu­zi­nem bu­te­lek, „opu­ści­łem mo­je­go kup­ca cał­kiem za­do­wo­lo­ne­go, bo­wiem do­stał w zło­cie to, co za­zwy­czaj tra­fia­ło mu się w pa­pie­ro­wych ru­blach. Z za­mia­rem uzu­peł­nie­nia za­pa­sów na­za­jutrz i pew­no­ścią, że nig­dy mu już ich nie za­brak­nie”, Grio­is po­wra­ca do obo­zu swo­ich ar­ty­le­rzy­stów, po­ło­żo­ne­go poza mia­stem, i w przy­pły­wie szczo­dro­ści ob­da­ro­wu­je swo­ich to­wa­rzy­szy resz­tą po­zo­sta­łe­go mu wina.

W mię­dzy­cza­sie od­dzia­ły księ­cia Eu­ge­niu­sza – jego Wło­si, Dal­ma­tyń­czy­cy, Fran­cu­zi, Hisz­pa­nie i Chor­wa­ci – po raz trze­ci od wkro­cze­nia do Ro­sji wbi­ja­ją się w pa­rad­ne mun­du­ry. Wej­ście do Mo­skwy, dru­giej pod wzglę­dem wiel­ko­ści, nie mó­wiąc już o tym, że naj­bar­dziej od­le­głej i eg­zo­tycz­nej sto­li­cy Eu­ro­py, ma być praw­dzi­wym jo­ur­née – wiel­ką, iście im­pe­rial­ną fetą. Czwar­ty kor­pus, pro­wa­dzo­ny przez Gwar­dię Kró­lew­ską, opusz­cza więc Cho­ro­sze­wo i ru­sza w kie­run­ku od­le­głe­go mia­sta. Na cze­le Gwar­dii Kró­lew­skiej ma­sze­ru­je Gu­ar­dia d’Ono­re – jed­nost­ka zło­żo­na z”sy­nów naj­lep­szych ro­dzin Włoch, gdzie każ­dy jest wspie­ra­ny przez swo­ją ro­dzi­nę gażą po­rucz­ni­ka puł­ków li­nio­wych”. Jej star­szy ad­iu­tant za­uwa­ża, w mia­rę jak zbli­ża­ją się krok po kro­ku do Mo­skwy, że jest ona za­praw­dę mia­stem otwar­tym. Ota­cza­ją ją je­dy­nie sta­re umoc­nie­nia ziem­ne, w wie­lu miej­scach już po­zry­wa­ne. Tu­taj jed­nak, my­śli so­bie Césa­re de Lau­gier, daje się za­uwa­żyć coś dziw­ne­go. Nie tyl­ko dziw­ne­go zresz­tą, ale i na­pa­wa­ją­ce­go oba­wą:

„Nig­dzie nie mo­że­my za­uwa­żyć choć­by jed­ne­go żoł­nie­rza, czy to Ro­sja­ni­na, czy Fran­cu­za. Na­sze oba­wy ro­sną z każ­dym kro­kiem i osią­ga­ją szczyt, gdy za­uwa­ża­my od­le­gły słup gę­ste­go dymu, wzno­szą­cy się z cen­trum mia­sta”.

Jesz­cze więk­szy nie­po­kój wzbu­dza fakt, że naj­mniej­szy dy­mek nie wzbi­ja się z ko­mi­nów.

Wresz­cie czo­ło ko­lum­ny osią­ga ro­gat­kę zwie­ni­go­rodz­ką. Jed­nak za­miast przejść przez nią, woj­sko otrzy­mu­je roz­kaz wy­ko­na­nia zwro­tu w lewo i po­ma­sze­ro­wa­nia wzdłuż gra­nic mia­sta. Prze­kra­cza­ją ko­lej­ne po­dej­ście do mia­sta, aż wresz­cie do­cho­dzą do ro­gat­ki pe­ters­bur­skiej. Tym ra­zem wi­ce­król za­wra­ca swo­je­go ko­nia na pra­wo, a za nim Gwar­dia Kró­lew­ska, aby prze­je­chać po­mię­dzy dwie­ma, zwień­czo­ny­mi ku­la­mi, ka­mien­ny­mi ko­lum­na­mi.

Nie ro­bią tego jed­nak po­zo­sta­łe trzy dy­wi­zje IV Kor­pu­su. Ku ich do­głęb­ne­mu roz­cza­ro­wa­niu, mu­szą

„znów zwró­cić się ku Mo­skwie ple­ca­mi i obo­zo­wać na rów­ni­nie poza mia­stem. 15. Dy­wi­zji przy­pa­da miej­sce wo­kół pa­ła­cu ce­sar­skie­go w Pie­trow­sko­je. 13. Dy­wi­zja sta­je w Au­kse­now­sko­je, zaś 14. na Bu­tyr­kach, gdzie ma przed sobą lek­ką ka­wa­le­rię [ba­war­ską] Or­na­na”.

Gdy tak błysz­czą­cy sza­me­run­ka­mi sztab Eu­ge­niu­sza wjeż­dża sze­ro­ki­mi, rów­no­le­gle wy­ty­czo­ny­mi uli­ca­mi przed­mie­ścia pe­ters­bur­skie­go, jego człon­ko­wie stwier­dza­ją po­cząt­ko­wo, że tu­tej­sze bu­dyn­ki są tan­det­ne i kiep­sko zbu­do­wa­ne. Stop­nio­wo do­pie­ro, wy­mie­sza­ne z tymi „okrop­ny­mi, drew­nia­ny­mi cha­łup­ka­mi, wy­glą­da­ją­cy­mi rów­nie nędz­nie, jak za­miesz­ku­ją­cy je nie­szczę­śni­cy”, po­ja­wia­ją się „inne, znacz­nie pięk­niej­sze… wspa­nia­łe, ogrom­ne pa­ła­ce”. Ku po­wszech­ne­mu za­sko­cze­niu, wy­glą­da na to, że ża­den z nich nie jest za­miesz­ka­ły. Wszyst­kie skle­py tak­że są za­mknię­te. Naj­wy­raź­niej plot­ka gło­si­ła praw­dę. Mo­skwa zo­sta­ła opusz­czo­na przez miesz­kań­ców!

Nic po­dob­ne­go do­tąd się nie zda­rzy­ło.

Nie ma tak­że żad­nych oznak obec­no­ści in­nych od­dzia­łów, czy to ro­syj­skich, czy fran­cu­skich, czy so­jusz­ni­czych. Césa­re de Lau­gier za­pi­su­je w swo­im dzien­ni­ku:

„Bez sło­wa ma­sze­ru­je­my opusz­czo­ny­mi uli­ca­mi. Ścia­ny opusz­czo­nych do­mów od­bi­ja­ją głu­chym echem dźwięk na­szych bęb­nów.

Na próż­no usi­łu­je­my zmu­sić na­sze twa­rze do wy­ra­ża­nia spo­ko­ju, któ­re­go nie czu­je­my w ser­cach. Zda­je się nam, że za­raz wy­da­rzy się coś cał­kiem nad­zwy­czaj­ne­go. Mo­skwa jawi się nam ni­czym ogrom­ny trup. Jest kró­le­stwem ci­szy, mia­stem z baj­ki, któ­re­go bu­dyn­ki i domy zo­sta­ły zbu­do­wa­ne wy­łącz­nie po to, aby nas ocza­ro­wać”.

„Trup” przy­po­mi­na mu „ru­iny Pom­pei i Her­ku­la­num (choć tu­taj wra­że­nie zda­je mu się jesz­cze bar­dziej gro­bo­we)”. Ka­pi­ta­na Eu­gène’a La­bau­me’a, ze szta­bu wi­ce­kró­la, ude­rza nie­zwy­kła dłu­gość ulic,

„tak dłu­gich od koń­ca do koń­ca, że od­dzia­ły ka­wa­le­rii nie mogą na nich się roz­po­znać. Wi­dzi­my jak po­wo­li zbli­ża­ją się do sie­bie, nie wie­dząc, czy na­tkną się na przy­ja­ciół, czy wro­gów, choć w rze­czy­wi­sto­ści wszyst­kie od­dzia­ły ma­sze­ru­ją pod tymi sa­my­mi sztan­da­ra­mi”.

Wresz­cie nad­cho­dzi roz­kaz, aby się za­trzy­mać. I Gwar­dia Kró­lew­ska sta­je w szy­ku do bi­twy – to zna­czy do pa­ra­dy – na „pięk­nej, sze­ro­kiej pro­me­na­dzie”. Są te­raz w pół­noc­nej czę­ści mia­sta, któ­ra, jak im po­wie­dzia­no, zo­sta­ła prze­zna­czo­na na kwa­te­ry IV Kor­pu­su, ra­zem „z jej wspa­nia­ły­mi, nad­zwy­czaj luk­su­so­wy­mi, drew­nia­ny­mi do­ma­mi”. Ce­sarz też zdą­żył już wkro­czyć do Mo­skwy. Nie­ste­ty, „wszę­dzie wy­bu­cha­ją po­ża­ry”. Z bra­ku ja­kiej­kol­wiek wła­dzy cy­wil­nej, zdol­nej przy­znać im kwa­te­ry,

„mamy sami się roz­lo­ko­wać na spo­sób woj­sko­wy. Wi­ce­król wy­da­je puł­kom roz­kaz, zaś wy­ko­nu­ją­cy go ofi­ce­ro­wie wska­zu­ją od­dzia­łom ich kwa­te­ry, pi­sząc wę­glem drzew­nym, du­ży­mi li­te­ra­mi, na drzwiach każ­de­go bu­dyn­ku, jego prze­zna­cze­nie. Po­dob­nym spo­so­bem, wszyst­kie pla­ce i uli­ce otrzy­mu­ją nowe na­zwy, o brzmie­niu ‘uli­ca ta­kiej to a ta­kiej kom­pa­nii’, czy też ‘dziel­ni­ca ta­kie­go to a ta­kie­go ba­ta­lio­nu, Plac Zbió­rek, Plac De­fi­lad, Plac Prze­glą­dów, Plac Gwar­dii, itp.’”.

Tak ogrom­na pust­ka po­cząt­ko­wo po­wo­du­je, że wszy­scy oba­wia­ją się ja­kiejś pu­łap­ki. Póź­niej jed­nak, nie­mal bez­wied­nie,

„obej­mu­je­my Mo­skwę w po­sia­da­nie, jak­by zo­sta­ła wręcz dla nas zbu­do­wa­na. Taki spo­sób jej zaj­mo­wa­nia po­zwa­la też, aby każ­dy ofi­cer miał do swo­jej wy­łącz­nej dys­po­zy­cji wspa­nia­ły pa­łac, po któ­re­go luk­su­so­wych apar­ta­men­tach może się prze­cha­dzać do woli, nie ma bo­wiem w nim wła­ści­cie­la, ośmie­la­ją­ce­go się pod­wa­żać jego pra­wo wła­sno­ści”.

Nie­wiel­ka licz­ba mo­skwian gro­ma­dzi się je­dy­nie we wspa­nia­łych cer­kwiach pra­wo­sław­nych, z oł­ta­rza­mi roz­świe­tlo­ny­mi przez świe­ce, „jak na świę­to”. Na­wet jed­nak tam, wier­ni zda­ją się na­le­żeć do naj­uboż­szych warstw, ro­syj­skich ma­ru­de­rów i ran­nych.

Po­nie­waż nie zja­wi­ła się de­pu­ta­cja miesz­czan, aby bła­gać o li­tość i wrę­czyć mu klu­cze do mia­sta, Na­po­le­on spę­dził noc z 14 na 15 wrze­śnia w czymś, co wiel­ki ko­niu­szy, Ar­mand de Cau­la­in­co­urt, okre­śla jako „nędz­ną, z drew­na zbu­do­wa­ną ta­wer­nę”, sto­ją­cą na pra­wo od ka­mien­ne­go mo­stu, łą­czą­ce­go mia­sto zje­go za­chod­ni­mi przed­mie­ścia­mi. Ba­ro­no­wi Jo­se­pho­wi de Baus­se­to­wi, oty­łe­mu pre­fek­to­wi pa­ła­cu, ten sam bu­dy­nek wy­da­je się jed­nak „ład­nym, drew­nia­nym do­mem”. Noc mi­nę­ła dość spo­koj­nie. Co praw­da w gma­chu gieł­dy wy­buchł po­żar, co przy­pi­sa­no nie­ostroż­no­ści od­dzia­łów. „Wspa­nia­ła ta bu­dow­la, więk­sza od pa­ry­skie­go Pa­la­is Roy­al, wy­peł­nio­na eg­zo­tycz­ny­mi do­bra­mi po­cho­dzą­cy­mi z ca­łej nie­mal Azji”, pło­nie, i daje się uga­sić do­pie­ro z naj­więk­szym wy­sił­kiem, a wszyst­ko to z bra­ku wo­zów stra­żac­kich. Znacz­nie waż­niej­szy wy­da­je się być fakt, że, zgod­nie z ra­por­ta­mi kró­la Ne­apo­lu, na­de­sła­ny­mi zje­go kwa­te­ry miesz­czą­cej się w pa­ła­cu ro­dzi­ny Ba­ła­szo­wych2 przy uli­cy Jau­skiej, nie­opo­dal Mo­stu Mar­szał­ków i Bra­my Ka­zań­skiej, ro­zejm gwa­ran­tu­ją­cy po­ko­jo­wą ewa­ku­ację Mo­skwy zda­je się po­zo­sta­wać w mocy.

Bra­ma Ka­zań­ska znaj­du­je się na wschod­nim krań­cu mia­sta. Za nią obo­zu­je awan­gar­da Mu­ra­ta, li­czą­ca so­bie od dzie­się­ciu do pięt­na­stu ty­się­cy żoł­nie­rzy. Sam Mu­rat po­wia­da, że „wy­glą­da na to, iż Ro­sja­nie utra­ci­li du­cha do tego stop­nia… że spo­dzie­wa się prze­chwy­ce­nia czę­ści kon­wo­jów nie­przy­ja­cie­la, oraz roz­bi­cia jego stra­ży tyl­nej”.

Wszyst­kie te szcze­gó­ły, cią­gnie Cau­la­in­co­urt,

„po­łą­czo­ne z wra­że­niem, ja­kie z pew­no­ścią wy­wo­ła­ją w Pe­ters­bur­gu wia­do­mo­ści o za­ję­ciu dru­giej sto­li­cy Ro­sji – co z pew­no­ścią musi do­pro­wa­dzić do pro­po­zy­cji po­ko­jo­wych – spra­wi­ły Ce­sa­rzo­wi wi­docz­ną przy­jem­ność i przy­wró­ci­ły mu do­bry hu­mor”.

Przy­wró­ci­ły też hu­mor Cau­la­in­co­ur­to­wi, choć za­pew­ne w mniej­szym stop­niu. Mi­nął prze­cież za­le­d­wie ty­dzień od chwi­li, gdy jego brat Au­gust po­legł pod Bo­ro­di­no, na cze­le de­cy­du­ją­cej, nie­zwy­kłej szar­ży ka­wa­le­rii, sztur­mu­ją­cej Wiel­ką Re­du­tę.

W cią­gu nocy Cau­la­in­co­urt mu­siał prze­słu­chać ro­syj­skie­go po­li­cjan­ta, któ­ry do­pro­wa­dzo­ny do kwa­te­ry głów­nej

„pro­ro­ko­wał, że wy­buch­nie jesz­cze wie­le po­ża­rów. Przez noc pójść mia­ło z dy­mem całe mia­sto. Pro­sta­czek ów, do­brze wie­dzą­cy co w tra­wie pisz­czy, zda­wał się być bar­dzo szcze­ry, gdy tak za­kli­nał się na wszyst­kie świę­to­ści. Był jed­nak tak prze­ra­żo­ny, że wy­da­wał się nie­speł­na ro­zu­mu. To co ujaw­nił było wręcz nie do wia­ry, więc nie przy­wią­zy­wa­li­śmy do wszyst­kich tych szcze­gó­łów więk­sze­go zna­cze­nia. By­li­śmy da­le­cy od tego, aby uznać, że gu­ber­na­tor i tu­tej­szy rząd no­si­li się z am­bi­cja­mi zo­sta­nia ja­ki­miś współ­cze­sny­mi He­ro­stra­te­sa­mi”.3

O szó­stej rano Na­po­le­on, do­siadł­szy Emi­ra, swo­je­go ulu­bio­ne­go arab­skie­go siw­ka, wkra­cza wresz­cie trium­fal­nie do Mo­skwy. Jego trium­fu „nie za­kłó­ca­ją żad­ne za­miesz­ki, ja­kie zwy­kle to­wa­rzy­szą za­ję­ciu du­że­go mia­sta”. „Naj­mniej­szy dźwięk” – za­uwa­ża pierw­szy se­kre­tarz, ba­ron C. F. Méne­val, ze swo­je­go po­wo­zu, po­wo­li po­dą­ża­ją­ce­go śla­dem Ce­sa­rza – „nie za­kłó­cił pust­ki ulic. Mo­skwa wy­da­wa­ła się po­grą­żo­na w głę­bo­kim śnie, ni­czym za­cza­ro­wa­ne mia­sto z Ba­śni z ty­sią­ca i jed­nej nocy”. In­te­li­gent­ny ten czło­wiek, po­dob­nie jak Cau­la­in­co­urt, jest roz­cza­ro­wa­ny „po­nu­rą ci­szą pa­nu­ją­cą w opusz­czo­nym mie­ście”, gdy tak je­dzie o koń­ską dłu­gość za zdo­byw­cą, któ­ry zdą­żył już od­być trium­fal­ne wjaz­dy do wszyst­kich waż­niej­szych sto­lic Eu­ro­py, poza Lon­dy­nem. „Pod­czas na­szej dłu­giej jaz­dy uli­ca­mi nie spo­tka­li­śmy ani ży­we­go du­cha”.

Stop­nio­wo w za­się­gu na­sze­go wzro­ku po­ja­wia się wiel­ka cy­ta­de­la, po­ło­żo­na „na wzgó­rzu w sa­mym cen­trum mia­sta”. Kreml, oto­czo­ny zwień­czo­nym blan­ka­mi mu­rem, oflan­ko­wa­nym roz­miesz­czo­ny­mi w re­gu­lar­nych od­stę­pach basz­ta­mi, przy­po­mi­na ko­le­dze Méne­va­la, dru­gie­mu se­kre­ta­rzo­wi, ba­ro­no­wi A. J. Fa­ino­wi, Pa­łac Do­żów w We­ne­cji. Jego trzy ko­lej­ne, po­tęż­ne bra­my są „zbu­do­wa­ne z kil­ku łu­ków prze­gro­dzo­nych ba­rie­ra­mi i zwień­czo­nych ma­chi­ku­ła­mi”. Wkro­czyw­szy na dzie­dziń­ce, Na­po­le­on uda­je się Scho­da­mi Strze­lec­ki­mi (gdzie nie­gdyś Piotr Wiel­ki ma­sa­kro­wał swo­ich zbun­to­wa­nych gwar­dzi­stów) na pię­tro, do sal słu­żą­cych wła­dzy pań­stwo­wej.

Peł­ne sta­ro­daw­ne­go splen­do­ru, ską­po ume­blo­wa­ne apar­ta­men­ty pań­stwo­we skła­da­ją się z trzech tyl­ko sal i jed­nej sy­pial­ni. Od szes­na­ste­go stu­le­cia nie miesz­kał tu ża­den car. Te­raz jed­nak wy­star­czą, przy­najm­niej tym­cza­so­wo, aby po­słu­żyć jako oso­bi­ste kwa­te­ry Na­po­le­ona, któ­re, czy to w na­mio­cie, czy w pa­ła­cu, i tak nig­dy nie zaj­mu­ją wię­cej niż trzech po­ko­jów.4 W car­skiej sy­pial­ni je­dy­nym me­blem – poza sto­ją­cym na lewo od ko­min­ka i od­dzie­lo­nym od nie­go wy­myśl­nym, trój­dziel­nym pa­ra­wa­nem łóż­kiem – jest se­kre­ta­rzyk z za­my­ka­nym pół­okrą­głą przy­kry­wą bla­tem. To tu­taj praw­do­po­dob­nie Na­po­le­on przy­sia­da co chwi­la, aby wresz­cie – swo­im trud­nym do od­cy­fro­wa­nia pi­smem – na­pi­sać kil­ka słów do swo­jej mło­dej blond ce­sa­rzo­wej, do od­le­głe­go Pa­ry­ża.5

„Mon amie. Otrzy­ma­łem twój list z trzy­dzie­ste­go pierw­sze­go, z któ­re­go wy­wnio­sko­wa­łem, że do­tar­ły już do cie­bie li­sty ze Smo­leń­ska. Na­pi­sa­łem już też do Cie­bie z Mo­skwy, do­kąd do­tar­łem czter­na­ste­go. Mia­sto do­rów­nu­je wiel­ko­ścią Pa­ry­żo­wi, jest tam 1 600 wież ko­ściel­nych i po­nad ty­siąc pięk­nych pa­ła­ców. Mia­sto za­opa­trzo­ne jest we wszel­kie do­bra. Szlach­ta opu­ści­ła je, po­dob­nie jak i kup­cy, któ­rzy zo­sta­li do tego zmu­sze­ni; po­zo­sta­ło tyl­ko pro­stac­two. Z moim zdro­wiem jest do­brze, go­rącz­ka mnie opu­ści­ła. Nie­przy­ja­ciel wy­co­fu­je się, na ile mogę są­dzić, w kie­run­ku Ka­za­nia. Ten wspa­nia­ły pod­bój jest re­zul­ta­tem bi­twy nad Mo­skwą [pod Bo­ro­di­no]. Tout à toi. NAP”.

W mię­dzy­cza­sie, głę­bo­ko w piw­ni­cach Krem­la, zna­lazł się go­rą­co­kr­wi­sty i – na­wet w Wiel­kiej Ar­mii – nad­zwy­czaj­nie am­bit­ny szta­bo­wiec, pierw­szy ofi­cer or­dy­nan­so­wy Ga­spard Gou­r­gaud.6 Ten wy­so­ki, szczu­pły i mu­sku­lar­ny sza­tyn, ubra­ny – ze wzglę­du na tak trium­fal­ną oka­zję – w ga­lo­wy nie­bie­ski mun­dur ze srebr­ny­mi sznu­ra­mi na­ra­mien­ny­mi, do­ko­nu­je za­ska­ku­ją­ce­go, aby nie rzec za­trwa­ża­ją­ce­go od­kry­cia. Jest nim kil­ka be­czek pro­chu. Choć 15 sierp­nia zo­stał lek­ko ran­ny pod Smo­leń­skiem, to przez całą kam­pa­nię po­zo­sta­wał bez prze­rwy na no­gach, a już wczo­raj był jed­nym z pierw­szych ofi­ce­rów, jacy wkro­czy­li do Mo­skwy. „To wła­śnie ja zna­la­złem ma­ga­zy­ny, w któ­rych znaj­do­wa­ło się trzy­sta ki­lo­gra­mów pro­chu strzel­ni­cze­go”. Za to od­kry­cie wkrót­ce zo­sta­nie mia­no­wa­ny ba­ro­nem Ce­sar­stwa. Po­zo­sta­li ofi­ce­ro­wie domu ce­sar­skie­go tak­że czy­nią dziw­ne od­kry­cia. W ko­min­ku sy­pial­ni ce­sar­skiej, a tak­że w in­nych miej­scach, znaj­du­ją ukry­te „lon­ty za­pa­la­ją­ce”. Zro­bio­ne ze sznur­ka, smo­ły i siar­ki, wszyst­kie wy­ko­na­ne są do­kład­nie tak samo. Od­kry­cia te po­wo­du­ją, że Cau­la­in­co­urt i jego ko­le­dzy za­czy­na­ją brać bar­dziej po­waż­nie noc­ną pa­pla­ni­nę „na wpół osza­la­łe­go” po­li­cjan­ta. Spro­wa­dzo­ny ze straż­ni­cy, po­wta­rza on swo­ją hi­sto­ryj­kę, któ­ra te­raz już szyb­ko, choć z prze­ra­że­niem, zo­sta­je sko­ja­rzo­na ze znik­nię­ciem – praw­do­po­dob­nie tak­że na roz­kaz ka­pry­śne­go gu­ber­na­to­ra Ro­stop­czy­na i jego sze­fa po­li­cji, Iwacz­ki­na7 – wszyst­kich węży stra­żac­kich w bu­dyn­ku gieł­dy:

„Już od wczo­raj trwa­ły po­szu­ki­wa­nia wo­zów stra­żac­kich, lecz stwier­dzo­no, że nie­któ­re zo­sta­ły za­bra­ne, zaś inne uczy­nio­ne nie­zdat­ny­mi do użyt­ku. Ofi­ce­ro­wie i żoł­nie­rze wy­pro­wa­dza­li na uli­ce kon­sta­bli i pro­stych chło­pów, przy­ła­pa­nych na go­rą­cym uczyn­ku – pod­czas wrzu­ca­nia do wnę­trza do­mów ma­te­ria­łów ła­two­pal­nych dla pod­sy­ce­nia po­ża­ru. Po­la­cy ra­por­to­wa­li, że uję­li już pew­ną licz­bę pod­pa­la­czy, któ­rych roz­strze­la­li”.

Se­kre­tarz Méne­val wy­brał się na wy­pra­wę od­kryw­czą po in­nych czę­ściach Krem­la:

„Sta­no­wiąc sam w so­bie od­dziel­ne mia­sto, obej­mu­je on Pa­łac Ce­sar­ski, Ar­se­nał, Pa­łac Se­na­tu, ar­chi­wa, naj­waż­niej­sze in­sty­tu­cje pu­blicz­ne, wiel­ką licz­bę cer­kwi peł­nych hi­sto­rycz­nych cie­ka­wo­stek, przed­mio­tów uży­wa­nych pod­czas ko­ro­na­cji wład­ców, a tak­że sztan­da­rów i tro­fe­ów wzię­tych na Tur­kach. W jed­nej z głów­nych świą­tyń znaj­du­ją się gro­bow­ce ca­rów. W tej im­po­nu­ją­cej ba­zy­li­ce pa­nu­je na­strój na wpół bar­ba­rzyń­skiej wspa­nia­ło­ści; cze­goś rów­no­cze­śnie pry­mi­tyw­ne­go i ro­bią­ce­go wra­że­nie. Ścia­ny jej są po­kry­te gru­by­mi ta­bli­ca­mi ze zło­ta i sre­bra, na któ­rych wid­nie­ją pła­sko­rzeź­by naj­waż­niej­szych po­sta­ci hi­sto­rii ko­ścio­ła. Ze skle­pień zwi­sa­ją srebr­ne lam­py w sty­lu bi­zan­tyj­skim, a na pod­wyż­sze­niach sto­ją wiel­kie, wie­lo­ra­mien­ne świecz­ni­ki, wy­ko­na­ne z po­dob­nych ma­te­ria­łów. W sank­tu­arium tym moż­na zna­leźć na­wet por­tret Dzie­wi­cy przy­pi­sy­wa­ny Św. Łu­ka­szo­wi. Jego rama ozdo­bio­na jest per­ła­mi i dro­gi­mi ka­mie­nia­mi. Wiel­ka dzwon­ni­ca, zna­na pod na­zwą Wie­ży Iwa­na1, zwień­czo­na jest ogrom­nym krzy­żem, w któ­rym znaj­du­je się mniej­szy krzyż, wy­ko­na­ny z li­te­go zło­ta, a za­wie­ra­ją­cy drza­zgę Praw­dzi­we­go Krzy­ża. Krzyż ten, jak rów­nież kil­ka in­nych in­te­re­su­ją­cych przed­mio­tów z Krem­la, na­da­ją­cych się do trans­por­tu, mia­ły zo­stać wy­sła­ne do Pa­ry­ża”.

Ar­mii wszyst­ko to wy­da­je się bar­dzo dziw­ne, bar­dzo eg­zo­tycz­ne i bar­dzo orien­tal­ne. Żad­ne inne woj­sko eu­ro­pej­skie nie do­tar­ło tak da­le­ko na wschód, za wy­jąt­kiem Po­la­ków ja­kieś sto lat temu.2

Tyl­ko Gwar­dia Ce­sar­ska, zresz­tą bez swo­jej po­tęż­nej ar­ty­le­rii, choć nie od­da­ła od po­cząt­ku kam­pa­nii ani jed­ne­go strza­łu, otrzy­mu­je po­zwo­le­nie na wej­ście do mia­sta. Oprócz niej wcho­dzi jesz­cze tyl­ko Wło­ska Gwar­dia Kró­lew­ska. Jest to już nie­odmien­ny zwy­czaj. Wszyst­kie puł­ki li­nio­we I, III, IV i V Kor­pu­su, któ­re po­no­si­ły cały cię­żar walk i zno­si­ły upał przez tyle po­twor­nych dni, otrzy­ma­ły roz­kaz obo­zo­wa­nia na ogrom­nej – li­czą­cej 10 ty­się­cy akrów3 rów­ni­nie, w więk­szo­ści po­kry­tej wiel­ki­mi po­la­mi ka­pu­sty i bu­ra­ków, któ­re, „okrą­głe jak misy i krwi­sto­czer­wo­ne”, za­dzi­wia­ją Wir­tem­ber­czy­ków Neya, a już zwłasz­cza sze­re­gow­ca Ja­co­ba Wal­te­ra z 25. dy­wi­zji ge­ne­ra­ła Hu­ge­la. Co się ty­czy ka­pu­sty, „trzy lub czte­ro­krot­nie więk­szej od głó­wek, ja­kie do­tąd uwa­ża­li­śmy za duże”, to ra­du­je ona ser­ca żoł­nie­rzy z 57. Puł­ku Li­nio­we­go. Naj­wy­raź­niej spo­dzie­wa­ją się oni, że ich po­byt w Mo­skwie bę­dzie dłu­gi, po­nie­waż pod­po­rucz­nik Au­bin Du­the­il­let wi­dzi, jak na­tych­miast bio­rą się do ki­sze­nia ka­pu­sty – na wy­raź­ny roz­kaz Na­po­le­ona – któ­ra bę­dzie prze­cież wy­ma­gać ty­go­dni, aby dojść do wła­ści­we­go sma­ku!

Roz­kaz dzien­ny bar­dzo wy­raź­nie za­bro­nił ko­mu­kol­wiek wcho­dze­nia do mia­sta. Nie do­ty­czy to, na­tu­ral­nie, do­wód­ców kor­pu­sów i ich szta­bów. Jed­nym spo­śród ofi­ce­rów wy­sła­nych do mia­sta, aby za­bez­pie­czył od­po­wied­nie po­miesz­cze­nia na kwa­te­rę dla swo­ich prze­ło­żo­nych, jest płat­nik I Kor­pu­su, ka­pi­tan B. T. Du­ver­ger. Wkro­czyw­szy do mia­sta przez Bra­mę Do­ro­go­mi­łow­ską, przed któ­rą Na­po­le­on ocze­ki­wał wczo­raj na próż­no na de­le­ga­cję miesz­kań­ców, Du­ver­ger, wo­bec ta­kiej ob­fi­to­ści pu­stych, a po­zo­sta­ją­cych do dys­po­zy­cji pa­ła­ców, nie śpie­szy się z wy­bo­rem i ru­sza na Kreml. Przed jego bra­ma­mi straż peł­nią gre­na­die­rzy i sza­se­rzy Gwar­dii, lecz nikt nie prze­szka­dza mu – jak zresz­tą ni­ko­mu in­ne­mu – w wej­ściu do środ­ka. Wdra­paw­szy się na jed­ną z wież, ka­pi­tan spo­glą­da na

„szla­chet­ne mia­sto w ca­łej jego roz­cią­gło­ści. Wzdłuż i wszerz pa­nu­je w nim je­dy­nie peł­na smut­ku ci­sza, prze­ry­wa­na tyl­ko rże­niem koni i tu­po­tem ma­sze­ru­ją­cych uli­ca­mi od­dzia­łów”.

Scho­dząc na dół, Du­ver­ger wi­dzi jak wie­le szu­mo­win ludz­kich, w do­dat­ku już pi­ja­nych, za­czy­na wy­cho­dzić ze swo­ich kry­jó­wek. W po­bli­żu na pół spa­lo­nej gieł­dy

„za­czy­na­ją już gra­bić skle­py, więc przy­łą­czam się do paru żoł­nie­rzy gwar­dii, aby ich prze­go­nić… od cza­su do cza­su sły­chać od­głos po­je­dyn­cze­go wy­strza­łu, zresz­tą za­zwy­czaj spo­wo­do­wa­ne­go ra­czej za­sko­cze­niem niż wro­go­ścią”.

Choć wszyst­kie wspa­nia­łe i luk­su­so­we pa­ła­ce zo­sta­ły opusz­czo­ne, to w nie­któ­rych z nich ba­jecz­nie bo­ga­ci wła­ści­cie­le po­zo­sta­wi­li słu­żą­cych i ja­kie­goś mó­wią­ce­go po fran­cu­sku rząd­cę, z po­le­ce­niem udo­god­nie­nia po­by­tu in­tru­zom. „Na bar­dzo wiel­kim pla­cu, po­ło­żo­nym na pra­wo i nie­zbyt da­le­ko od bra­my miej­skiej, w wiel­kim za­ko­lu rze­ki Mo­skwy, po­mię­dzy Krem­lem a dro­gą mo­żaj­ską”, ma­jor J.-F. Bo­ulart z Ar­ty­le­rii Pie­szej Gwar­dii, wy­bie­ra so­bie wiel­ki miej­ski dom ro­dzi­ny Pie­trow­skich i stwier­dza, że pod tym wzglę­dem sta­no­wi on wy­ją­tek.

„Nie było w nim ani jed­ne­go miesz­kań­ca, aby czy­nić ho­no­ry domu. Wszyst­ko wo­kół nas po­grą­żo­ne było w ci­szy. A ci­sza ta kry­ła w so­bie coś prze­ra­ża­ją­ce­go”.

Swo­je dzia­ła, park ar­ty­le­ryj­ski, oraz no­szą­cych wspa­nia­łe ber­my­ce ar­ty­le­rzy­stów, któ­rych ciem­no­nie­bie­skie wy­ło­gi sam ce­sarz okre­ślił 5 czerw­ca jako „ele­ganc­kie”, Bo­ulart roz­miesz­cza na pla­cu i w ota­cza­ją­cych go pu­stych do­mach:

„Po jed­nej jego stro­nie była dłu­ga, pro­sta jak strze­lił pro­me­na­da ob­sa­dzo­na drze­wa­mi. Po dru­giej – ja­kiś żeń­ski klasz­tor. Ufor­mo­wa­łem mój park ar­ty­le­ryj­ski w kwa­drat, z ba­te­ria­mi dział w na­roż­ni­kach, a ludź­mi i koń­mi po­środ­ku. Za­ka­za­łem żoł­nie­rzom się od­da­lać. Po­tem, zsiadł­szy z ko­nia, wy­sła­łem mo­ich po­rucz­ni­ków – każ­de­go z kil­ko­ma ka­no­nie­ra­mi – na po­bli­skie uli­ce, aby zdo­by­li tro­chę żar­cia. Wszę­dzie zna­leź­li oni je­dy­nie po­za­my­ka­ne i za­ba­ry­ka­do­wa­ne drzwi. Mu­sie­li­śmy je więc sfor­so­wać. W mgnie­niu oka wszyst­ko zo­sta­je ob­ra­bo­wa­ne, do cze­go bez wąt­pie­nia do­cho­dzi tak­że w ca­łym mie­ście. Oba­wia­jąc się za­sko­cze­nia, roz­ka­za­łem, aby na od­głos strza­łu ka­ra­bi­no­we­go wszy­scy na­tych­miast wra­ca­li na plac”.

Na­jeźdź­cy są za­nie­po­ko­je­ni, gdy wszę­dzie, „we wszel­kich pry­wat­nych i pu­blicz­nych bu­dyn­kach”, na­ty­ka­ją się na lon­ty za­pa­la­ją­ce, iden­tycz­ne ze zna­le­zio­ny­mi wcze­śniej na Krem­lu. Na przy­kład ge­ne­rał La­bor­de i ofi­cer me­dycz­ny na­zwi­skiem Je­an­ne­au, za­raz po ulo­ko­wa­niu się w Łu­bia­nie, pa­ła­cu sa­me­go gu­ber­na­to­ra Ro­stop­czy­na, ku swo­je­mu prze­ra­że­niu znaj­du­ją tro­chę ta­kich lon­tów w ru­rze od pie­cy­ka. Po­śpie­szy­li więc na Kreml, aby opo­wie­dzieć o tym de Baus­se­to­wi.

O 9:30 rano, gdy Na­po­le­on pie­szo opusz­czał for­te­cę, przy­pro­wa­dzo­no do niej dwóch pod­pa­la­czy. Obaj no­szą po­li­cyj­ne mun­du­ry i zo­sta­li schwy­ta­ni z po­chod­nia­mi w rę­kach. Przez tłu­ma­cza, Le­lor­me’a d’Ide­vil­le’a,4 opo­wia­da­ją ce­sa­rzo­wi

„jak wy­zna­cza­no domy do spa­le­nia i jak po­szcze­gól­ne dziel­ni­ce przy­go­to­wa­no do po­ża­ru z roz­ka­zu, jak sły­sze­li, gu­ber­na­to­ra Ro­stop­czy­na… ofi­ce­ro­wie po­li­cji roz­pro­szy­li swo­ich lu­dzi, dzie­ląc ich na małe od­dział­ki, zaś wy­da­ny wczo­raj wie­czo­rem roz­kaz wy­ko­na­nia wcze­śniej­szych in­struk­cji, zo­stał dziś rano po­twier­dzo­ny przez jed­ne­go z ofi­ce­rów po­li­cji”.

Ofi­cer? Jaki ofi­cer? Nie są zbyt skłon­ni wy­mie­nić jego na­zwi­sko, lecz ko­niec koń­ców, oka­zu­je się nim być ja­kiś skrom­ny pod­ofi­cer po­li­cji. Gdzie on te­raz jest? Nie mają po­ję­cia:

„Ich od­po­wie­dzi tłu­ma­czo­ne są Ce­sa­rzo­wi oto­czo­ne­mu świ­tą. Ce­sarz był głę­bo­ko za­kło­po­ta­ny. Nie mógł uwie­rzyć w to, że Ro­sja­nie by­li­by zdol­ni z roz­my­słem spa­lić swo­je domy, aby­śmy tyl­ko nie mo­gli w nich spać, jak już wy­ra­ził się w Wiaź­mie. Nie mógł zro­zu­mieć, że był to wy­nik ich moc­ne­go po­sta­no­wie­nia i wiel­kie­go oso­bi­ste­go po­świę­ce­nia. Jed­nak ko­lej­ne nad­cho­dzą­ce ra­por­ty nie po­zo­sta­wia­ły cie­nia wąt­pli­wo­ści. Nie­któ­rzy z aresz­to­wa­nych po­li­cjan­tów zo­sta­li po­sta­wie­ni przed są­dem, a ośmiu, czy dzie­się­ciu ska­za­no na śmierć i wy­rok wy­ko­na­no”.

W ca­łym mie­ście po­wta­rza się ta sama hi­sto­ria. Césa­re de Lau­gier cią­gnie opo­wieść, zwie­rza­jąc się w swo­im dzien­ni­ku, że już

„jest nie­mal pew­ne, iż po­ża­rów nie moż­na przy­pi­sać przy­pad­ko­wi. Cał­kiem spo­ro pod­pa­la­czy schwy­ta­no na go­rą­cym uczyn­ku, aresz­to­wa­no i po­sta­wio­no przed są­dem wo­jen­nym. Z ich ze­znań wy­ni­ka, że lu­dzie ci dzia­ła­li wy­łącz­nie na mocy roz­ka­zów otrzy­ma­nych od Ro­stop­czy­na i sze­fa po­li­cji Iwacz­ki­na. Więk­szość z nich to po­li­cjan­ci, prze­bra­ni Ko­za­cy, ro­bot­ni­cy, oraz ucznio­wie szkół teo­lo­gicz­nych. Ich ze­zna­nia zo­sta­ły ze­bra­ne, po czym w opar­ciu o nie zre­da­go­wa­no me­mo­ran­da, któ­re mają być na­gło­śnio­ne w ca­łej Eu­ro­pie. Zde­cy­do­wa­no, że nie­któ­rzy z nich mają po­słu­żyć jako od­stra­sza­ją­cy przy­kład; ich tru­py mają zwi­sać z la­tar­ni na pla­cach lub z drzew na pro­me­na­dach, co nie jest zresz­tą wi­do­wi­skiem sprzy­ja­ją­cym przy­wró­ce­niu nam we­so­łe­go na­stro­ju”.

Wszę­dzie, przed­mio­tem naj­wyż­szej uwa­gi sta­je się żyw­ność. Po spę­dze­niu chłod­nej nocy poza Bra­mą Ka­zań­ską, tak­że jed­nost­ki awan­gar­dy Mu­ra­ta wy­sy­ła­ją od­dzia­ły re­kwi­zy­cyj­ne z po­wro­tem do mia­sta, aby zna­la­zły tam nie­co po­ży­wie­nia, tak dla nich sa­mych, jak i dla ich na wpół za­gło­dzo­nych szkap. Gdy od­dzia­ły te wy­ru­sza­ją, na rów­ni­nie za mia­stem ich ko­le­dzy od­da­ją się przy­ja­ciel­skim po­ga­węd­kom ze swo­imi ro­syj­ski­mi od­po­wied­ni­ka­mi, „za­rów­no Ko­za­ka­mi, jak i żoł­nie­rza­mi ar­mii re­gu­lar­nej”. Jak bar­dzo Ro­sja­nie czu­ją się upo­ko­rze­ni po nie­koń­czą­cych się od­wro­tach z roz­ka­zu ge­ne­ra­łów, któ­rych nig­dy na oczy nie wi­dzie­li! Jak bar­dzo wo­le­li­by słu­żyć Ce­sa­rzo­wi Fran­cu­zów, czy kró­lo­wi „Mo­ura­do­wi” z Ne­apo­lu, któ­rzy – wręcz prze­ciw­nie – za­wsze są w po­bli­żu roz­gry­wa­ją­cej się ak­cji!

Krę­cąc się nie­opo­dal w swo­im dzi­wacz­nym mun­du­rze, jaki so­bie wy­brał na ten dzień,8 Mu­rat – naj­próż­niej­szy z lu­dzi i cen­trum po­wszech­nej uwa­gi – stwier­dza, że tak wdzięcz­ne gad­ki sta­no­wią choć nie­wiel­ką re­kom­pen­sa­tę za to, że w ogó­le przy­był do Ro­sji, za­miast po­zo­stać ze swo­ją uwiel­bia­ną ro­dzi­ną w da­le­kim Ne­apo­lu.

Zło­ci­sty po­ra­nek wrze­śnio­wy prze­cho­dzi w po­po­łu­dnie, a po­po­łu­dnie w wie­czór. Lu­dzie Mu­ra­ta są za­do­wo­le­ni sły­sząc, że ro­zejm zo­stał prze­dłu­żo­ny do ósmej rano dnia na­stęp­ne­go. Kil­ka wi­docz­nych w od­da­li po­ża­rów przy­pi­su­je się, jak zwy­kle, nie­ostroż­no­ści od­dzia­łów.

Póź­niej jed­nak zda­rza się coś nad­zwy­czaj­ne­go.

Za­pa­dła już ciem­ność i do­cho­dzi dzie­wią­ta, gdy puł­kow­nik T.-J.-F. Séru­zier, któ­re­go ar­ty­le­ria kon­na od sa­me­go Nie­mna pro­wa­dzi­ła na­tar­cie, wi­dzi

„sy­gnał, przy­po­mi­na­ją­cy fa­jer­werk. Wzbił się on w górę z châte­au po­ło­żo­ne­go mię­dzy nami a Mo­skwą, pa­trząc z na­sze­go miej­sca – nie­co na pra­wo od mia­sta. Za­raz po­tem usły­sze­li­śmy gło­śny wy­buch”.

Za­uwa­ża­ją to wszy­scy. Ksiądz Su­ru­gué, pro­boszcz fran­cu­skiej pa­ra­fii w Mo­skwie pod we­zwa­niem Św. Lu­dwi­ka Fran­cu­skie­go, jest po­ru­szo­ny, gdy wi­dzi jak „kula ogni­sta eks­plo­du­je nad Jau­zą” (do­pły­wem rze­ki Mo­skwy, wpa­da­ją­cym do niej we wschod­niej czę­ści mia­sta). Chi­rurg ka­wa­le­rii wir­tem­ber­skiej, He­in­rich von Roos, stoi wła­śnie na bi­wa­ku, nie­co na pra­wo od dro­gi Wło­dzi­mierz – Ka­zań, nie­da­le­ko od „wspa­nia­le pło­ną­cych” ognisk obo­zo­wych ro­syj­skiej stra­ży tyl­nej, zaś wo­kół nie­go ka­no­nie­rzy i ki­ra­sje­rzy 2. Kor­pu­su Ka­wa­le­rii skła­da­ją so­bie na­wza­jem ży­cze­nia, wo­bec per­spek­ty­wy bli­skie­go już po­ko­ju, gdy wszy­scy tak­że wi­dzą i sły­szą

„strasz­li­wą eks­plo­zję.9 Choć trud­no umiej­sco­wić ją w nocy, zda­je się, że do­szło do niej w cen­trum mia­sta. Wy­buch był tak gwał­tow­ny, że po­cząt­ko­wo my­śle­li­śmy, że wy­le­ciał w po­wie­trze skład amu­ni­cji lub fa­bry­ka pro­chu, o ile nie była to ma­szy­na pie­kiel­na. Naj­pierw uj­rze­li­śmy stru­mień ognia, z któ­re­go za­czę­ły wy­ska­ki­wać ogni­ste kule, le­cą­ce po wyż­szych lub niż­szych tra­jek­to­riach, jak­by cała masa bomb i po­ci­sków zo­sta­ła rów­no­cze­śnie wy­rzu­co­na w górę. Wy­bu­chy trwa­ły trzy lub czte­ry mi­nu­ty i wy­wo­ła­ły wśród nas praw­dzi­we oszo­ło­mie­nie”.

Ho­len­der­ski ge­ne­rał De­dem van der Gel­der – do­wo­dzą­cy 2. Bry­ga­dą Pie­cho­ty w dy­wi­zji Du­fo­ura – któ­ry przez całą dro­gę, od sa­me­go Wil­na, miał tego pe­cha, że cią­gle był ode­le­go­wa­ny spod do­wódz­twa Da­vo­uta do Mu­ra­ta, pi­sze:

„ge­ne­ra­ło­wie wła­śnie od nas wy­je­cha­li, gdy dało się sły­szeć gwał­tow­ną de­to­na­cję od stro­ny Bra­my Ka­łu­skiej. Był to ma­ga­zyn pro­chu, któ­ry nie­przy­ja­ciel wła­śnie wy­sa­dził w po­wie­trze. Zda­wa­ło się, że był to ja­kiś uzgod­nio­ny znak, bo­wiem chwi­lę po­tem, wi­dzia­łem kil­ka ra­kiet wzbi­ja­ją­cych się w nie­bo, a pół go­dzi­ny póź­niej w róż­nych dziel­ni­cach mia­sta wy­bu­chły po­ża­ry, zwłasz­cza na Przed­mie­ściu Wło­dzi­mier­skim, gdzie wraz z ge­ne­ra­łem Du­fo­urem sta­nę­li­śmy na kwa­te­rze”.

De­dem po­wia­da, że każ­dy mógł do­strzec ten wy­buch. Był on sy­gna­łem od Ro­stop­czy­na:

„Trwa­ło to trzy lub czte­ry mi­nu­ty i wpra­wi­ło nas w praw­dzi­we osłu­pie­nie. Gdy tyl­ko zdo­by­łem pew­ność, że nie­przy­ja­ciel chce spa­lić mia­sto, na­tych­miast zde­cy­do­wa­łem się po­łą­czyć z dy­wi­zją, obo­zu­ją­cą po obu stro­nach dro­gi wło­dzi­mier­skiej, tuż pod mu­ra­mi mia­sta. Kwa­te­rę głów­ną usta­no­wi­łem so­bie we mły­nie, gdzie przy­najm­niej mia­łem pew­ność, że nie spło­nę. Wiał bar­dzo sil­ny i zim­ny wiatr. Trze­ba było być śle­pym, aby nie do­strzec, że padł oto sy­gnał do woj­ny na śmierć i ży­cie. Po­twier­dza­ło się to wszyst­ko, co jesz­cze w stycz­niu sły­sza­łem w Ros­to­cku i Wi­sma­rze o ro­syj­skich za­mia­rach pa­le­nia wszyst­kie­go i wcią­gnię­cia nas w głąb Ro­sji”.

„Z po­cząt­ku – cią­gnie He­in­rich von Roon –

„po­żar wy­da­wał się ogra­ni­czać do miej­sca wy­bu­chu, lecz po kil­ku mi­nu­tach wi­dzie­li­śmy już pło­mie­nie wzbi­ja­ją­ce się w nie­bo w róż­nych dziel­ni­cach mia­sta. Ry­chło na­li­czy­li­śmy osiem­na­ście ognisk po­ża­ru, a za chwi­lę – jesz­cze wię­cej. Wszy­scy wręcz za­nie­mó­wi­li­śmy ze zdu­mie­nia”.

Wy­trą­ce­ni ze swo­jej „nie­zwy­kłej we­so­ło­ści” Wir­tem­ber­czy­cy,

„tak­że nie po­sia­da­ją się ze zdu­mie­nia. Spo­glą­da­li­śmy na sie­bie, my­śląc o tym sa­mym. Po­wszech­nym uczu­ciom dał wresz­cie upust sztab­ska­pi­tan de Re­in­hardt: ‘To zły znak! Kła­dzie on kres na­szym na­dzie­jom na po­kój, któ­re­go tak wszy­scy po­trze­bu­je­my!’ Obóz nasz do­mi­no­wał nad mia­stem, mo­gli­śmy więc ob­ser­wo­wać tę strasz­ną sce­nę i nic nie mo­gło umknąć na­szej uwa­dze. Wkrót­ce pło­mie­nie do­tar­ły do po­ło­żo­nej naj­bli­żej nas dziel­ni­cy. Wzro­sła tak­że licz­ba ma­ru­de­rów i uchodź­ców”.

Na za­chod­nim skra­ju mia­sta ka­no­nie­rzy Bo­ular­ta, nadal sto­ją­cy obo­zem na pla­cu w po­bli­żu mo­stu na rze­ce Mo­skwie, spo­glą­da­ją na wszyst­ko z in­ne­go kie­run­ku. Wi­dzą

„po­ża­ry – naj­pierw je­den, po­tem dru­gi i trze­ci; co­raz bli­żej, po­tem jesz­cze je­den. Wszyst­kie one wy­bu­cha­ły w naj­dal­szej od nas czę­ści mia­sta i roz­prze­strze­nia­ły się bez żad­nych prze­szkód. W ich świe­tle moż­na było z ła­two­ścią czy­tać”.

Na sa­mym Krem­lu, Ru­stam Raza – or­miań­ski ma­me­luk Na­po­le­ona, śpią­cy na pro­gu drzwi pro­wa­dzą­cych do ce­sar­skiej sy­pial­ni z wy­cią­gnię­tym kin­dża­łem – bu­dzi się, aby uj­rzeć cały ho­ry­zont w ogniu. Sztab­ska­pi­tan La­bau­me ob­ser­wu­je po­żar z dziel­ni­cy pół­noc­nej: „Te­raz całe mia­sto było już tyl­ko ogrom­nym ogni­skiem”.

Aż do tej chwi­li wiatr wiał z pół­noc­ne­go za­cho­du. Te­raz jed­nak na­wet i on zda­je się być po­słusz­nym roz­ka­zom Ro­stop­czy­na. Césa­re de Lau­gier, tak­że znaj­du­ją­cy się w pół­noc­nym re­jo­nie mia­sta, czu­je, że „wiatr na­gle skrę­ca i za­czy­na wiać z po­łu­dnio­we­go za­cho­du, osią­ga­jąc rów­no­cze­śnie siłę hu­ra­ga­nu”. W ten spo­sób, oko­ło dzie­sią­tej wie­czo­rem, tak­że i Wło­si zda­ją so­bie spra­wę z tego, że całe mia­sto stoi w pło­mie­niach. Płat­nik Du­ver­ger i jego kom­pa­ni w do­wódz­twie I Kor­pu­su, miesz­czą­ce­go się „w dość ład­nym domu” w za­chod­nim re­jo­nie mia­sta, bru­tal­nie wy­trą­ce­ni ze snu „ja­ki­miś roz­pacz­li­wy­mi okrzy­ka­mi”, po­śpiesz­nie się ubie­ra­ją i wy­bie­ga­ją na uli­cę:

„Wo­ko­ło sły­chać było ja­kieś dziw­ne gło­sy krzy­czą­ce, ‘Pali się! Pali!’. Cały ho­ry­zont był czer­wo­ny. Ogień, po­ru­sza­jąc się we wszyst­kich kie­run­kach, niósł za sobą od­głos przy­po­mi­na­ją­cy sły­sza­ną z od­da­li ule­wę. Miesz­kań­cy mia­sta i żoł­nie­rze mie­sza­li się ze sobą w uciecz­ce na łeb, na szy­ję. W świe­tle po­ża­ru mo­gli­śmy na ich twa­rzach wy­czy­tać osłu­pie­nie i roz­pacz”.

Bez­po­śred­nio na­prze­ciw Krem­la znaj­du­je się Ki­taj­go­rod, czy­li dziel­ni­ca chiń­ska. Wie­le eg­zo­tycz­nych dóbr, oca­lo­nych z wczo­raj­sze­go po­ża­ru gieł­dy, zo­sta­ło tu­taj umiesz­czo­nych pod stra­żą na uli­cach. Te­raz jed­nak, sześć czy sie­dem ty­się­cy skle­pi­ków tej dziel­ni­cy po­now­nie sta­je w pło­mie­niach. Miej­sco­wi chcą na­tu­ral­nie po­rwać, co komu wpad­nie pod rękę, więc stra­że mu­szą ich od­pie­rać ude­rze­nia­mi kolb. Na Krem­lu, po­grą­żo­ny w głę­bo­kim śnie Cau­la­in­co­urt, zo­sta­je zbu­dzo­ny przez swo­je­go słu­żą­ce­go,

„ener­gicz­ne­go go­ścia, któ­ry słu­żył mi jesz­cze pod­czas mego am­ba­sa­do­ro­wa­nia w Pe­ters­bur­gu.10 Przy­niósł on no­wi­ny, że od trzech kwa­dran­sów mia­sto stoi w pło­mie­niach. Wy­star­czy­ło abym otwo­rzył oczy, a mo­głem stwier­dzić, że mó­wił praw­dę. Ogień roz­prze­strze­niał się z taką gwał­tow­no­ścią, że w moim po­ko­ju było do­sta­tecz­nie ja­sno, aby czy­tać. Wy­sko­czyw­szy z łóż­ka, wy­sy­łam go, aby zbu­dził wiel­kie­go mar­szał­ka [pa­ła­cu, Du­ro­ca], a sam śpiesz­nie się ubie­ram”.

Z ta­ra­sów Krem­la moż­na ob­ser­wo­wać całą Mo­skwę i oko­li­ce. Po­nie­waż po­żar wy­da­je się ogar­niać głów­nie naj­bar­dziej od­da­lo­ne od Krem­la re­jo­ny, Du­roc i Cau­la­in­co­urt, jako naj­star­si ran­gą ofi­ce­ro­wie domu ce­sar­skie­go, de­cy­du­ją się

„dać jesz­cze Ce­sa­rzo­wi tro­chę po­spać, bo­wiem kil­ka ostat­nich dni bar­dzo go zmę­czy­ło”.

Co do tego nie ma wąt­pli­wo­ści, jako że Na­po­le­on cier­pi na ostre za­pa­le­nie pę­che­rza, któ­re nie od­stę­pu­je go przez cały czas, jesz­cze od Bo­ro­di­no. Mimo wszyst­ko, prze­sy­ła­ją wia­do­mość do mar­szał­ka Mor­tie­ra – do­wód­cy Mło­dej Gwar­dii i gu­ber­na­to­ra woj­sko­we­go Mo­skwy – su­ge­ru­jąc, aby po­sta­wił całą Gwar­dię Ce­sar­ską pod broń, po­nie­waż ge­ne­rał Du­ro­snel stwier­dził, iż za­da­nia po­li­cyj­ne prze­kra­cza­ją jego moż­li­wo­ści. Cau­la­in­co­urt jest od­po­wie­dzial­ny za cały trans­port kwa­te­ry głów­nej. Po­nie­waż jego de­par­ta­ment jest już roz­pro­szo­ny w róż­nych czę­ściach mia­sta, do­sia­da ko­nia i ru­sza zo­ba­czyć, co się da zro­bić:

„Ostry wiatr wiał z kie­run­ku dwóch wi­docz­nych ognisk po­ża­ru i zwie­wał pło­mie­nie w stro­nę cen­trum. Wy­wo­ła­ło to nad­zwy­czaj sil­ny, go­rą­cy po­dmuch. Oko­ło pół go­dzi­ny po pół­no­cy wy­buch­nął trze­ci po­żar, nie­co na za­chód, a krót­ko po­tem czwar­ty, w in­nej dziel­ni­cy. Wszyst­kie ukła­da­ły się w li­nii wia­tru, któ­ry wiał te­raz nie­co bar­dziej z za­cho­du”;

jego ro­bo­tę wspo­ma­ga­li i po­głę­bia­li licz­ni pod­pa­la­cze. Oko­ło pół­no­cy, Césa­re de Lau­gier wi­dzi

„bom­by za­pa­la­ją­ce rzu­ca­ne co chwi­la z wież cer­kiew­nych, szczy­tów do­mów, na­wet na uli­cach. Każ­dy schwy­ta­ny na go­rą­cym uczyn­ku jest roz­strze­li­wa­ny od ręki. Wie­lu spo­śród tych nie­szczę­śni­ków jest pi­ja­nych i gi­nie, nie za­uwa­ża­jąc na­wet przej­ścia na tam­ten świat. Na­po­tka­li­śmy na­wet kil­ku pró­bu­ją­cych do­le­wać smo­łę do ognia, aby roz­nie­cić go bar­dziej w miej­scach, gdzie zda­wał się już przy­ga­sać. Pę­dząc, ni­czym zbie­gli ska­zań­cy, no­si­li oni ma­te­ria­ły za­pa­la­ją­ce scho­wa­ne pod ubra­niem i wrzu­ca­li je, nie­mal na na­szych oczach, do wnę­trza zaj­mo­wa­nych przez nas do­mów”.

Za­sięg ka­ta­stro­fy jest już na tyle wy­raź­ny, że Cau­la­in­co­urt i Du­roc nie mogą dłu­żej brać na sie­bie de­cy­zji i po­zwo­lić Na­po­le­ono­wi spać. We­dług dru­gie­go ma­me­lu­ka Na­po­le­ona, „Ale­go”, po­moc­ni­ka Ru­sta­ma, to Con­stant bu­dzi ce­sa­rza, aby po­wie­dzieć mu, że Mo­skwa stoi w pło­mie­niach, „ale po­nie­waż nie wy­dał nam żad­nych roz­ka­zów, wszy­scy po­szli­śmy z po­wro­tem do łó­żek”. Spo­glą­da­jąc przez okno, Na­po­le­on wy­krzy­ku­je:

„‘To prze­kra­cza wszel­ką wy­obraź­nię! To woj­na na wy­nisz­cze­nie! Tak strasz­na tak­ty­ka nie ma pre­ce­den­su w hi­sto­rii cy­wi­li­za­cji. Pa­lić wła­sne mia­sta! Dia­beł na­tchnął tych lu­dzi! Cóż za dzi­ka de­ter­mi­na­cja! Co za lu­dzie! Co za lu­dzie!’”.

Jak do­tąd, twier­dzi Césa­re de Lau­gier, za­wsze go­to­wy bro­nić ho­no­ru Wło­skiej Gwar­dii Kró­lew­skiej, jej sze­re­gow­cy przede wszyst­kim

„wy­ko­ny­wa­li roz­ka­zy swo­ich prze­ło­żo­nych, ukie­run­ko­wa­ne na in­te­res ogó­łu, pró­bu­jąc opa­no­wać ogień i oca­lić co się da z ubra­nia, bi­żu­te­rii, bie­li­zny, de­li­kat­nych ma­te­ria­łów i naj­cen­niej­szych dóbr z ca­łej Eu­ro­py i Azji”.

Te­raz jed­nak, w ślad za pod­pa­la­cza­mi

„po­ja­wi­ły się męty spo­łecz­ne, ci co do­tąd nie zbie­gli z mia­sta w na­dziei na oka­zję do ra­bun­ku. Zam­ki są wy­ła­my­wa­ne, drzwi piw­nic roz­wa­la­ne, a za­gro­żo­ne po­ża­rem skle­py – łu­pio­ne. Cu­kier, kawa, her­ba­ta są pierw­szy­mi ar­ty­ku­ła­mi, na któ­rych kła­dą rękę ra­bu­sie; po­tem przy­cho­dzi ko­lej na skó­ry, fu­tra, odzież i wszel­kie ar­ty­ku­ły luk­su­so­we”.

Na co Wło­si,

„pod­nie­ce­ni przy­kła­dem łu­pią­cej na ich oczach lud­no­ści, po­zwa­la­ją się po­nieść pa­nu­ją­cej at­mos­fe­rze i sami za­czy­na­ją kraść wszyst­ko, co po­pad­nie. Jako pierw­sze prze­szu­ka­ne i ogo­ło­co­ne zo­sta­ją ma­ga­zy­ny mąki, wód­ki i wina”.

Do­praw­dy, dla­cze­go trzy­mać się na ubo­czu i gło­do­wać, gdy oto pod­pa­la­na jest żyw­ność, któ­rej wy­star­czy­ło­by na wy­ży­wie­nie dzie­się­ciu ar­mii? Je­den z pod­wład­nych ma­jo­ra Bo­ular­ta – za­wsze kry­tycz­ny i skłon­ny do zwa­dy ma­jor Pion des Lo­ches, czło­wiek, któ­ry za­wsze wszyst­ko wie i po­tra­fi prze­wi­dzieć roz­wój wy­pad­ków le­piej niż kto­kol­wiek inny, nie­ule­czal­ny Bes­ser­wis­ser – wi­dzi te­raz masy żoł­nier­stwa z kor­pu­sów ar­mij­nych obo­zu­ją­cych na rów­ni­nie poza mia­stem, jak ła­mią za­kaz wkra­cza­nia w ob­ręb mu­rów i z po­śpie­chem wcho­dzą do środ­ka. Żad­ne stra­że nie są w sta­nie ich po­wstrzy­mać. Nie trze­ba było wie­le cza­su,

„aby ar­mia ule­gła cał­ko­wi­te­mu roz­pa­do­wi. Wszę­dzie wi­dzia­ło się pi­ja­nych ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy ob­ła­do­wa­nych łu­pem i za­pa­sa­mi za­bra­ny­mi z pło­ną­cych do­mów. Uli­ce za­sła­ne były ka­wał­ka­mi fa­jan­su, me­bli i wszel­kie­go ro­dza­ju odzie­ży. Wie­le po­dą­ża­ją­cych za ar­mią ko­biet, jak­by wie­dząc już jak dro­go im za­pła­ci­my pod­czas od­wro­tu za to, co te­raz zdą­żą zra­bo­wać, z nie­wia­ry­god­ną szyb­ko­ścią za­opa­try­wa­ło się w łupy”.

Wszę­dzie do­cho­dzi do scen gra­bie­ży i strasz­nych in­cy­den­tów. W dro­dze do bro­du na rze­ce, płat­nik Du­ver­ger wi­dzi jed­ną taką kłó­tli­wą ję­dzę w ak­cji. Wy­pę­dze­ni ze swo­je­go pło­ną­ce­go pa­ła­cu, krę­cą się wła­śnie z przy­ja­cie­lem po

„głów­nej uli­cy, gdzie przy­by­wa­ło nad­bie­ga­ją­cych ze wszyst­kich kie­run­ków bie­da­ków, ko­biet i dzie­ci, byle jak odzia­nych w ja­kieś ła­chy. Na­gle na środ­ku dro­gi sta­nę­ła ja­kaś sta­ra mar­kie­tan­ka. Zna­łem już ją. Wi­dzia­łem ją po­przed­nio, jak pię­ścią wal­nę­ła gre­na­die­ra, pró­bu­ją­ce­go po­wstrzy­mać ją od wej­ścia do mia­sta. Te­raz sta­ła tam z dzi­ki­mi, zie­lo­ny­mi oczy­ma, sku­pio­ny­mi na ucie­ka­ją­cych z po­ża­ru, za­trzy­mu­jąc ich i prze­szu­ku­jąc”.

Jak do­tąd, nasz płat­nik nie zwra­cał na nią więk­szej uwa­gi. Te­raz jed­nak, tuż obok sie­bie, wi­dzi ko­lej­ną grup­kę:

„sta­rusz­ka, dwo­je lub tro­je dzie­ci, dziew­czy­nę, pięk­ną mimo jej bla­do­ści, i ko­bie­tę, któ­rą dwóch ro­bot­ni­ków nie­sie na no­szach. Wszy­scy szlo­cha­ją tak, że może ci pęk­nąć ser­ce. Sta­ra mar­kie­tan­ka rzu­ca się na cho­rą ko­bie­tę i świę­to­krad­czą ręką prze­szu­ku­je jej ubra­nie, spraw­dza­jąc, czy nie ukry­ła cze­goś war­to­ścio­we­go. Tego dnia by­łem na kra­wę­dzi fu­rii – nie­chaj nie­bio­sa mi prze­ba­czą za to, że ude­rzy­łem tę ko­bie­tę”.

Tak­że i Pion des Lo­ches wi­dzi wie­le ar­mij­nych vi­van­di­ères i can­ti­ni­ères5

„ob­ła­do­wa­nych gą­sio­ra­mi z al­ko­ho­lem, cu­krem, kawą i dro­gi­mi fu­tra­mi. Po­żar sza­lał już we wszyst­kich dziel­ni­cach mia­sta. Gdy do­cie­rał do ja­kiejś gru­py żoł­nie­rzy, ci opusz­cza­li zaj­mo­wa­ne do­tąd miej­sce i szu­ka­li schro­nie­nia w na­stęp­nych do­mach”.

Na szczę­ście zda­rza­ją się też i tacy, któ­rzy za­cho­wu­ją się po ry­cer­sku. Grio­is jest wła­śnie w dro­dze po­wrot­nej do swo­je­go obo­zu poza mia­stem, gdy wi­dzi bie­gną­cą ku nie­mu

„mło­dą ko­bie­tę z roz­wia­ny­mi wło­sa­mi i prze­ra­że­niem na twa­rzy. Za nią po­dą­ża nio­są­ca dziec­ko pia­stun­ka. Ko­bie­ta ta po­wie­dzia­ła mi, że jest żoną fran­cu­skie­go przed­się­bior­cy, któ­re­go ar­mia ro­syj­ska za­bra­ła ze sobą, ona zaś zo­sta­ła sama z dziec­kiem i tą oto ro­syj­ską słu­żą­cą”.

Te­raz dom jej pło­nie i bie­dacz­ka nie ma się gdzie schro­nić. Za­po­mniaw­szy za­py­tać ją o na­zwi­sko (czy mo­gła­by to być Ma­ria-Lu­iza Chal­mé, któ­ra wkrót­ce od­naj­dzie się u boku Na­po­le­ona?), Grio­is za­bie­ra cała trój­kę uchodź­ców do swe­go po­wo­zu i wie­zie do kwa­te­ry głów­nej Eu­ge­niu­sza, w po­bli­żu Pie­trow­sko­je.

Czło­wiek, dla któ­re­go naj­waż­niej­szym wy­da­rze­niem każ­de­go dnia jest obiad, kor­pu­lent­ny dru­gi ma­jor 85. Puł­ku Li­nio­we­go, C. F. M. Le Roy, jest zwy­kle wiel­kim zwo­len­ni­kiem ści­słej dys­cy­pli­ny i wy­so­kiej spraw­no­ści, za­wsze go­to­wym da­wać przy­kład. Te­raz jed­nak na­wet on – roz­kaz, nie roz­kaz – nie za­mie­rza je­dy­nie pa­trzeć jak całe mia­sto idzie z dy­mem, bez pod­ję­cia choć­by pró­by oca­le­nia ja­kichś ką­sków dla jego prze­no­śnej spi­żar­ni. W to­wa­rzy­stwie swo­je­go ser­decz­ne­go przy­ja­cie­la, po­rucz­ni­ka Ja­cqu­eta, „je­dy­ne­go czło­wie­ka, któ­re­mu kie­dy­kol­wiek mo­głem cał­ko­wi­cie za­ufać”, ma­jor ru­sza do mia­sta. Po­su­wa­jąc się wzdłuż ja­kiejś pięk­nej uli­cy, na­ty­ka­ją się na

„pło­mie­nie tak po­tęż­ne, że uno­si­ły mie­dzia­ne pły­ty, ja­ki­mi kry­te były da­chy więk­szo­ści do­mów. Wkrót­ce za­czę­ły one spa­dać z ha­ła­sem na uli­ce, a ci­ska­ne wia­trem na wszyst­kie stro­ny, były dla prze­chod­niów rów­nie nie­bez­piecz­ne jak sam po­żar”.

Kosz­tem 5 fran­ków, obaj ofi­ce­ro­wie ulży­li nie­co pew­ne­mu sze­re­gow­co­wi, od­ku­pu­jąc od nie­go bu­tel­kę Bor­de­aux – ten naj­wy­raź­niej i tak tu­lił do sie­bie wię­cej fla­szek niż mógł unieść. Po­tem, z czy­stej cie­ka­wo­ści, wcho­dzą do ja­kie­goś pa­ła­cu. Co dziw­ne, wszyst­kie po­miesz­cze­nia za­sta­ją otwar­te, a ma­ho­nio­we me­ble – nie­tknię­te:

„Zwier­cia­dła i ob­ra­zy zdo­bią­ce pa­łac oraz wi­dok na wspa­nia­ły ogród, czy­nią z nie­go cza­ru­ją­ce miej­sce, od któ­re­go trud­no by­ło­by się ode­rwać. Otwie­ram ja­kąś szu­fla­dę. We­wnątrz znaj­du­ję kil­ka la­sek wo­sku do pie­czę­to­wa­nia, kar­ty do gry, parę wzo­rów do ha­ftu, ślicz­ny ze­staw to­a­le­to­wy i wie­le in­nych rze­czy. W na­stęp­nej szu­fla­dzie wi­dzę kom­plet dia­men­to­wych za­pi­nek, na­szyj­nik z pięk­nych pe­reł, kil­ka ro­lek za­wo­jów na gło­wę i dwa pu­de­łecz­ka. Mam wła­śnie je otwo­rzyć, gdy sły­szę jak ktoś wcho­dzi do po­ko­ju. Przy­pusz­czam, że to Ja­cqu­et, któ­re­go po­zo­sta­wi­łem na dzie­dziń­cu, gdzie miał za­miar spró­bo­wać zna­leźć dla nas tro­chę wód­ki lub rumu, któ­re, jak przy­pusz­czał, po­win­ny być w piw­ni­cy. Wo­łam go, aby przy­szedł i po­mógł mi za­brać co nie­co z tego domu. Otwie­ram więk­sze pu­deł­ko. Za­wie­ra ono wy­po­sa­że­nie do gry w lo­te­ryj­kę wy­ko­na­ne z ko­ści sło­nio­wej. W mniej­szym znaj­du­ję bier­ki. Mam wła­śnie ocho­tę otwo­rzyć tak­że wy­so­ką ko­mo­dę, gdy sły­szę głos Ja­cqu­eta wzy­wa­ją­ce­go mo­jej po­mo­cy. Na­tych­miast wy­cią­gam sza­blę i wy­sko­czyw­szy na ko­ry­tarz, gdzie jest peł­no dymu, śpie­szę przy­łą­czyć się do to­wa­rzy­sza, któ­ry – wie­dząc, że głów­ne ogni­sko po­ża­ru jest bar­dzo da­le­ko – jest rów­nie za­sko­czo­ny, wi­dząc dom w ogniu, jak ja sam. Wnio­sku­ję z tego, że oso­bą, któ­ra wcho­dzi­ła do po­ko­ju, mógł być tyl­ko ro­syj­ski pod­pa­lacz. Gdy cią­gle jesz­cze roz­pra­wia­li­śmy nad owym szcze­gól­nym wy­da­rze­niem, prze­szedł obok nas ele­ganc­ko ubra­ny męż­czy­zna, grzecz­nie nas po­zdra­wia­jąc. Od­kło­ni­li­śmy mu się rów­nie grzecz­nie”.

Hra­bia Ro­man Soł­tyk, ofi­cer Po­lak, któ­ry z po­wo­du bie­głej zna­jo­mo­ści fran­cu­skie­go zo­stał przy­dzie­lo­ny do od­dzia­łu To­po­gra­ficz­ne­go CKG6, prze­bie­ga­jąc pło­ną­ce uli­ce w to­wa­rzy­stwie kil­ku swo­ich ro­da­ków, usi­łu­je wy­do­stać się z tej jat­ki, a przy­najm­niej zdo­być coś do zje­dze­nia. Pró­bu­je on wo­łać po ro­syj­sku w kie­run­ku po­za­my­ka­nych okien­nic, spo­za któ­rych lu­dzie bła­ga­ją o ochro­nę:

„Kil­ku­krot­nie na­wet mu się uda­ło wy­wo­łać ja­kąś re­ak­cję. Na­sze pol­skie mun­du­ry od razu jed­nak pięt­no­wa­ły nas jako wro­gów, gdy więc py­ta­li­śmy ich, co po­wo­du­je, że po­żar cią­gle się sze­rzy, od­po­wia­da­li nam je­dy­nie la­ko­nicz­nie, lub na­wet wy­mi­ja­ją­co. Dy­rek­tor­ka szko­ły dla mło­dych pa­nien, któ­re nadal po­zo­sta­wa­ły w in­ter­na­cie, uda­wa­ła, że nie ro­zu­mie fran­cu­skie­go – dru­gie­go ję­zy­ka lu­dzi bo­ga­tych, choć na­ucza­nie go – w przy­pad­ku ary­sto­kra­tycz­nych uczen­nic – mu­sia­ło na­le­żeć do jej obo­wiąz­ków”.