62,00 zł
"1812" jest na swój sposób rewolucyjny. Ukazanie bowiem krok po kroku zdarzeń, widzianych jednocześnie przez stu ich uczestników różnej narodowości, będących zarówno blisko jak i daleko Napoleona jest niewątpliwie pionierskie. Oczywiście można gdybać, dlaczego autor wybrał te a nie inne źródła pamiętnikarskie i czy są one reprezentatywne dla uczestników wyprawy? [...] Jej największą wartością jest przedstawienie marszu na Moskwę w realnych szczegółach piórem jej uczestników, przez co staje się ona niemal "namacalnie" nam bliska. Żadna chyba ze znanych mi opublikowanych w Polsce książek nie oddaje nam okrucieństwa tej wojny tak dosadnie, jak dzieło Austina. Bitwa pod Borodino całkiem trafnie została zatytułowana - "Rzeź". Wspomnienia uczestników tej bitwy uświadamiają nam jak tanią wartością było w niej życie ludzkie i jak tragiczny był los rannych, a więc nieprzydatnych już do walki ludzi. Autor nie ustrzegł się niestety błędów faktograficznych, szczególnie dotyczących historii Polski. Zostały one wyszczególnione w przypisach redakcji. Nie mogą one jednak podważyć zasadniczej wartości książki. Zresztą najlepszą jej reklamą niech będzie zamieszczony poniżej tekst autorstwa D. Chandlera, niekwestionowanego autorytetu na Zachodzie w kwestiach napoleońskich. (ze wstępu)
Powyższy opis pochodzi od wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 918
Fotografie: z oryginału
Redakcja: A. Ryba
Korekta: Jan Tygielski
Rysunek na okładce: ©Jarosław Wróbel
Projekt graficzny okładki: Katarzyna Kwiatkowska
All rights reserved
Copyright © 1993 Paul Britten Austin by arrangement with Mark Paterson
Copyright © for Polish edition by ’’FINNA”
ISBN 978-83-68435-43-6
Wydanie I
Oficyna wydawnicza FINNA
80-768 Gdańsk, ul. Dziewanowskiego 5/6
tel.: 603 892 042
e-mail: finna@finna.com.pl
www.finna.com.pl
Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.
„Do potomności należy ocena, czy popełniłem błąd ruszając na Moskwę.”
Napoleon na Świętej Helenie
„Gdy czytam historię, która może być przedmiotem studiów każdego, zwykłem brać pod uwagę, kim jest autor. Gdy autorzy są żołnierzami, zazwyczaj wypatruje się wtedy spraw dotyczących ich profesji, w szczególności zaś, opisów działań, w których osobiście brali udział”
Montaigne: Próby
„Czytanie historii współczesnej jest na ogół najbardziej męczącym zajęciem, jakiemu może oddawać się człowiek: jest się prześladowanym działaniami dość paskudnej grupy ludzi zwanych zdobywcami, bohaterami, lub wielkimi generałami i brnie się przez strony przeładowane szczegółami militarnymi…”
Artur Young (1741 – 1820)
„Zawsze przedkładam naocznego świadka nad spekulacje”
Baron Fain: Pamiętniki
Mojemu synowi Tomaszowi
i mojemu wnukowi Benkowi
bez których cierpliwej zachęty
i doświadczenia w pracy z komputerem
praca ta w żadnym przypadku nie byłaby możliwa
Kim jest Paul Britten Austin, człowiek, który „sfilmował” wyprawę Napoleona na Moskwę przy pomocy stu par oczu, spełniających rolę kamer?
Otóż na pewno należy on do wcale nie małej rodziny „wariatów” na punkcie epoki. Nie można bowiem ot tak sobie poświęcić 25 lat na napisanie książki o czymś, czego nie jest się pasjonatem. W swoim życiu imał się różnych zajęć. Podczas wojny – był radiotelegrafistą na statkach typu Liberty, pływających na trasie Ameryka-Europa. Po wojnie pozostał w Europie, mieszkając we Francji, Szwecji /małżeństwo z siostrą znanego reżysera Bergmana/ i Anglii. Prowadził firmę turystyczną, był tłumaczem prozy i poezji z języka angielskiego na szwedzki, pisał także własne utwory literackie. Ale tak naprawdę, w głębi ducha był wielbicielem epoki napoleońskiej, dlatego napisał tę nie mającą precedensu „filmową” książkę. „1812” jest na swój sposób rewolucyjny. Ukazanie bowiem krok po kroku zdarzeń, widzianych jednocześnie przez stu ich uczestników różnej narodowości, będących zarówno blisko jak i daleko Napoleona jest niewątpliwie pionierskie. Oczywiście można gdybać, dlaczego autor wybrał te a nie inne źródła pamiętnikarskie i czy są one reprezentatywne dla uczestników wyprawy? Otóż miał on prawo do dowolnego wyboru źródeł pamiętnikarskich. To jest bowiem jego „film”, on jest tutaj reżyserem. Czasy, w których historia musiała być t… zw. obiektywna i jedyna słuszna minęły już mam nadzieję bezpowrotnie. Z wyboru, którego dokonał autor nie będą na pewno zadowoleni bezkrytyczni wielbiciele Cesarza. Ci zaś, którzy raczej porównują go z Hitlerem powinni czuć się usatysfakcjonowani. Z pamiętnika bardzo blisko związanej z nim osoby, Caulaincourta wynika, że to Napoleon właśnie wcielał w życie zasadę, że „cel uświęca środki”, dla nas, Polaków tym bardziej przykrą, że tym środkiem zdają się być Polacy w charakterze „mięsa armatniego”, a celem włączenie Rosji do blokady kontynentalnej Anglii. Oczywiście równie dobrze można by przytoczyć szereg wypowiedzi Cesarza, których sens byłby przeciwny do tego, co usłyszał z ust Cesarza Caulaincourt, a mianowicie,że to właśnie niepodległość Polski stanowiła podstawowy cel Napoleona, stąd nazywał kampanię w Rosji „wojną polską”. Rozszyfrowywanie zamierzeń Cesarza, aczkolwiek szalenie interesujące, nie jest jednak najważniejszym celem tej książki.
Jej największą wartością jest przedstawienie marszu na Moskwę w realnych szczegółach piórem jej uczestników, przez co staje się ona niemal „namacalnie” nam bliska. Żadna chyba ze znanych mi opublikowanych w Polsce książek nie oddaje nam okrucieństwa tej wojny tak dosadnie, jak dzieło Austina. Bitwa pod Borodino całkiem trafnie została zatytułowana – „Rzeź”. Wspomnienia uczestników tej bitwy uświadamiają nam jak tanią wartością było w niej życie ludzkie i jak tragiczny był los rannych, a więc nieprzydatnych już do walki ludzi.
Autor nie ustrzegł się niestety błędów faktograficznych, szczególnie dotyczących historii Polski. Zostały one wyszczególnione w przypisach redakcji. Nie mogą one jednak podważyć zasadniczej wartości książki. Zresztą najlepszą jej reklamą niech będzie zamieszczony poniżej tekst autorstwa D.Chandlera, niekwestionowanego autorytetu na Zachodzie w kwestiach napoleońskich.
Redakcja składa gorące podziękowania: Wojciechowi Chrzanowskiemu i Klementynie Chrzanowskiej, tłumaczom „Marszu na Moskwę” oraz p. Rafałowi Kleczewskiemu za konsultacje merytoryczne.
Dziękuje także wielu czytelnikom, którzy po ukazaniu się pierwszej książki z „serii napoleońskiej” odezwali się, z radością witając nową serię na rynku wydawniczym, sugerując następne pozycje, które redakcja powinna ich zdaniem wydać.
Część z tych propozycji na pewno weźmiemy pod uwagę w przyszłości Z głosami czytelników i dobrymi recenzjami książki Gallahera „Żelazny Marszałek” kłóci się pseudorecenzja tej książki,zamieszczona w „Mówią Wieki”. Kulisy tej recenzji wyjaśniam w liście do redakcji tego czasopisma. Niestety, list ten p. red. nacz. nie ośmielił się wydrukować na łamach „Mówią Wieki”, mimo, że w ramach prawa prasowego był do tego zobligowany. Dlatego zamieszczam go obecnie na końcu książki z dziką wręcz satysfakcją.
Drodzy czytelnicy! Nadal będę czekał na wasze uwagi na temat tego co już opublikowaliśmy i sugestie co do tego,co chcielibyście, aby jeszcze opublikować w ramach„serii napoleońskiej”. Pamiętajcie, że macie niepowtarzalną szansę współredagować serię!
Andrzej Ryba
Jako pierwsi czytelnicy niezwykłej książki Paula Brittena Austina pt. „1812. Marsz na Moskwę”, pragniemy podzielić się z czytelnikami, którzy zapragną się z nią zapoznać, w pewnej mierze poprzez nasze oczy, kilkoma uwagami.
Książka jest zaiste niezwykła, gdyby taką nie była, nie byłoby i tego tłumaczenia. Wymagała ona od nas wiele wysiłku i determinacji do ukończenia podjętego zadania. Przede wszystkim, autor – scenariusza – jest jeden – sam P. B. Austin, lecz operatorów, jak powiada, miał aż stu. Oznacza to, że dosłownie co akapit, a nawet częściej, stykaliśmy się z innym rodzajem narracji, ekspresji ijęzyka. Czasami aż szkoda było, gdy za sugestią redakcji, zacierały się nieco indywidualne cechy poszczególnych autorów. Tutaj zauważyć należy, że właściwie, to niektóre fragmenty były tłumaczone kilkukrotnie, maksymalnie – wjednym przypadku – aż 6 (sześć!) razy, przez kilka kolejnych języków, co też nie ułatwiało zadania. Zwłaszcza dotyczyło to nazw własnych (miejscowości, nazwisk, obiektów terenowych), które już na etapie tłumaczenia były weryfikowane po raz pierwszy z kilkunastoma pozycjami literaturowymi, zanim jeszcze podjęli temat eksperci. Była to istna mozaika, czy też puzzle, składana tym mozolniej, że wydanie oryginalne nie miało, łagodnie mówiąc, starannej redakcji. W kilkunastu przypadkach zmuszeni byliśmy, podobnie zresztą i eksperci, do pozostawienia nazw oryginalnych (tzn. z wydania angielskiego, czasem zaiste «oryginalnych»). Uważaliśmy, że zadaniem tłumacza jest tłumaczyć, a nie poprawiać autora, lecz w przypadkach oczywistych i łatwo zauważalnych, sugerowaliśmy redakcji czynienie przypisów. Rzadko spotykane wjęzyku polskim łączenie cytatów z narracją własną autora – często kilkukrotnie w ramach jednego zdania – było już zagadnieniem prostszym, choć jak się je udało rozwiązać – ocenią już sami czytelnicy.
Traduttori e traditori
Wojciech Chrzanowski i Klementyna Chrzanowska
David G. Chandler
Magister Oxfordu, Doktor literatury,
Członek Królewskiego Towarzystwa Historycznego,
Członek Królewskiego Towarzystwa Geograficznego,
Dziekan Wydziału Studiów Wojennych,
Królewska Akademia Wojskowa w Sandhurst
Ze wszystkich, tak licznych kampanii wojennych całej Historii, od świtu ery broni palnej aż do początku XX wieku, najazd Napoleona na carską Rosję w 1812 rokujest prawdopodobnie kampanią najlepiej znaną na całym świecie – i istnieją po temu uzasadnione przyczyny. Jeżeli chodzi o skalę, tak pod względem zaangażowanej siły żywej, jak i zasięgu geograficznego, jedynym stosownym tutaj słowem jest epopeja. W kampanii tej brało udział ponad pół miliona żołnierzy Napoleona, a w ostatecznym rozrachunku – niemal tyle samo wojowników Aleksandra I. Z Berlina do Moskwy jest tysiąc mil, a dla Francuzów i ich sojuszników, siedemset tych mil, od chwili przekroczenia Niemna, prowadziło przez wrogie, głównie jałowe obszary lasów i otwartych równin. Dla Napoleona
Niemen miał okazać się jego Rubikonem: zjego przekroczenia wyniknąć miały rzeczy decydujące i nieodwracalne – prowadzące do jego bliźniaczych upadków, pierwszego – w kwietniu 1814, a potem (po epizodzie z zesłaniem na Elbę) – ostatecznego kataklizmu pod Waterloo w 1815. Skala działań w roku 1812 jest niemal nie do wiary, a ich ofiary – wojskowe i cywilne, francuskich najeźdźców i rosyjskich obrońców – wstrząsają nawet dzisiaj, mimo o wiele większych strat w dwóch kolejnych wojnach światowych XX wieku. Trzeba jednak pamiętać, że liczba ludności obu krajów była mniejsza w 1812 niż w 1914, czy 1939 – proporcjonalnie więc różnica strat jest nawet mniejsza niż może się to wydawać na pierwszy rzut oka.
Słynny pruski żołnierz, filozof i historyk, Carl von Clausewitz, nazwał kiedyś wojnę „dramatem namiętności”. Taką też z pewnością jest – ajedną z głównych cech tego nowego podejścia do starego tematu, jakie zastosował Paul Britten Austin, jest jego sposób użycia słów, wspomnień i, czasem niedoskonałej, ludzkiej pamięci – bowiem upływ czasu potrafi wyczyniać z nią najdziwniejsze rzeczy, czego aż nadto świadom jest każdy historyk, który kiedykolwiek rozmawiał ze starymi żołnierzami – przeszło stu spośród tych, co przeżyli – uczestników dramatycznych wydarzeń we Wschodniej Europie przed stu osiemdziesięciu jeden laty. Same wydarzenia historyczne były wielokrotnie przypominane – tylko w ostatnich pięciu latach ukazały się cztery poważne opracowania – lecz nigdy jeszcze nie pojawiło się coś właśnie takiego, przynajmniej na taką skalę.
Bowiem to właśnie historia 1812 roku widziana przez naocznych świadków – przede wszystkim Francuzów, Rosjan, Ukraińców, wszelkiej proweniencji Niemców, oraz Włochów – rozmaitej rangi, czy to wojskowej, czy cywilnej, stanowi punkt centralny, na którym koncentruje się owo nowe podejście; innymi słowy jest to ludzki sposób widzenia spraw. Wojna, gdy uwzględni się wszystko, co w tej materii powiedziano i robiono, dotyczy przede wszystkim istot ludzkich poddanych połączeniu stresu, zmiennej proporcji niewygód, głodu, tęsknoty za domem, nudy i niebezpieczeństwa, z okazyjnym dodatkiem krótkich chwil czystej euforii czy też absolutnej grozy, dorzuconych niczym szczypta „przypraw”.
Można tu zapożyczyć tezę od Euklidesa, starożytnego matematyka-geometry z Aleksandrii, że „całość jest sumą wszystkich swoich części”. Po obu stronach przeszło milion uzbrojonych ludzi – wśród nich nawet kobiety, walczące w nieregularnych grupach partyzanckich Dawidowa1 – i do tego może nawet trzy miliony cywilów, zostało w taki czy inny sposób uwikłanych w najazd Napoleona na Rosję oraz następujący po nim kataklizm, jaki dotknął jego armię. Do Rosji wkroczyło ponad 650 000 Francuzów i ich sojuszników (włączywszy rezerwy), z których jedynie około 110 000 dożyło przekroczenia Niemna w drodze powrotnej (wliczając w to siły na skrzydłach i wycofujące się przed główną grupą armii) a spośród ocalałych, prawdopodobnie aż 75% ucierpiało od głodu, odmrożeń, ran i chorób, z czego wkrótce mieli umrzeć lub pozostać kalekami na resztę życia. Armiom i mieszkańcom Świętej Rusi z pewnością działo się jeszcze gorzej, choć znajdowali pociechę w ostatecznym zwycięstwie nad obcym najeżdżcą, prowadzonym przez jednego z dwóch największych geniuszy wojskowych całej Historii. Niczego więcej nigdy już się nie dowiemy.
Spośród aktywnych i potrafiących pisać uczestników, Paul Britten Austin wybrał 100 ludzi, których historie splótł razem – 100 ludzi, czyli jedną dziesięciotysięczną część uczestników kampanii, zaledwie 0,1%, jedna dziesiąta, z jednej dziesiątej, z jednej dziesiątej2. Potrzebował wszystkiego 400 stron, aby przenieść nas znad brzegów przekraczanego 24 czerwca, niemal bez oporu, z nieprzyjacielem prawie niewidocznym, Niemna, do okupacji przez Francuzów opustoszałej Moskwy, zaledwie 82 dni później. Jego dzieło wypełniają po brzegi wielkie i małe wydarzenia wojenne – obejmujące wielkie, precyzyjnie zaplanowane i mistrzowsko przeprowadzone bitwy jak Borodino lub Smoleńsk, jak i małe potyczki,czy spotkania wysuniętych posterunków, które nigdy nie zostały nawet nazwane. Cóż jednak leży za Moskwą? Z pewnością znamy nagie fakty historyczne: całomiesięczne zwlekanie przez Napoleona w Moskwie; początek długiego odwrotu w okresie pięknej, jesiennej pogody; niepotrzebne fiasko pod Małojarosławcem; fatalnie zmieniona trasa odwrotu przez Borodino do Smoleńska przy zmianie pogody na najgorszą możliwą; bitwy wszelkiego rodzaju i skali z nękającymi i ścigającymi Francuzów Rosjanami pod dowództwem Kutuzowa w takich miejscach jak Krasne i Orsza; potężny dramat przekraczania Berezyny pod bezpośrednim ogniem nieprzyjaciela; los tysięcy maruderów; załamanie się zwartych formacji oraz indywidualnej dyscypliny żołnierzy, którzy – opuszczeni 5 grudnia przez Cesarza, który wyjechał do Paryża, aby uciszyć plotki o swojej śmierci, zmiażdżyć spiski, a przede wszystkim zacząć tworzenie nowej armii, mającej stawić czoła VI Koalicji – wlekli się z powrotem w coraz to gorszych warunkach pogodowych, z temperaturą spadającą przy paru okazjach poniżej minus 30 stopni, z liczbą ofiar żywiołów przekraczającą to, czym mógł im zaszkodzić wróg, a wreszcie, ostatni człowiek mający opuścić ziemię Świętej Matki Rosji – zmieniony nie do poznania marszałek Ney, nazwany już wcześniej przez swego władcę „najdzielniejszym z dzielnych” – na owiniętych w szmaty nogach, niemyty i niegolony, po dziesięciu dniach desperackich akcji jako dowódca straży tylnej, z karabinem szeregowego żołnierza pod lewą pachą: wszystko to jeszcze nadejdzie w oczekiwanych z niecierpliwością kolejnych tomach.
Mamy tutaj, w ramach jednej kampanii, dramat o wymiarze starożytnej tragedii greckiej. Wielkie aspiracje, fatalne błędy w ocenie, bohaterscy i nieustraszeni przeciwnicy, ogromne lecz ostatecznie zmarnowane osiągnięcia, pod koniec – „zmierzch bogów” – prowadzący nieuchronnie, niczym nemesis, do ostatecznej klęski, a wreszcie – co wcale nie jest najmniej ważne – podwaliny nowej legendy, mającej łudzić, fascynować i przerażać kolejne pokolenia ludzkości. Wszystko to z nawiązką przedstawia nową Erę Heroiczną.
Nic dziwnego, że wielki powieściopisarz Tołstoj uczynił tę historię treścią drugiej połowy największej powieści historycznej wszystkich czasów – Wojny i pokoju. Ani też temu, że książka ta fascynowała kilka pokoleń producentów filmów. Wielu zapamięta Audrey Hepburn i Henry’ ego Fondę jako odtwórców głównych ról w wersji amerykańskiej wytwórni Paramount Films (1966), z Herbertem Lomem jako Napoleonem, po której nastapiło – a nawet z pewnością ją prześcignęło – bezwzględne arcydzieło, siedmio-i-półgodzinna Wojna i Mir Sergieja Bondarczuka, wyprodukowane w latach 1963-1967, z udziałem 20 000 radzieckich żołnierzy w scenach bitewnych. Potem przyszedł serial telewizji BBC, jej pierwsza, wielka, barwna epopeja w 20 odcinkach (1972) w reżyserii Davida Conroya i Johna Davisa, pracujących w oparciu o scenariusz Jacka Pulmana, w którego obsadzie wykorzystano sławnych aktorów brytyjskich, na czele z Morag Hood, Tonym (obecnie Sir Anthonym) Hopkinsem i Alanem Dobiem w rolach głównych, nie zapominając o usługach oddanych produkcji przez 2500 żołnierzy jugosłowiańskich wojsk terytorialnych w scenach wielkich bitew, kręconych w dwóch miejscach nad Dunajem w pobliżu miasta Nowy Sad (dawny Peterwarażdyn). A całkiem ostatnio, jednogodzinny film wideo wyprodukowany przez wytwórnię Cromwell Productions, The Road to Moscow (Droga do Moskwy) z 1992 roku, w serii Campaigns in History (Historyczne kampanie wojenne)3. Autor niniejszego wprowadzenia miał wielkie szczęście brać czynny udział w obu ostatnich przedsięwzięciach, jako doradca wojskowy.
Tyle o zainteresowaniu mediów. Znacznie ważniejsze jest to, że wielu znakomitych historyków wojskowości stworzyło znakomite i pamiętne dzieła naukowe dotyczące kampanii 1812 roku. Można pomyśleć tu o Seven Roads to Moscow (Siedem dróg do Moskwy) generała Jacksona (1958), antologii 1812; Eyewitness Accounts of Napoleon’s Defeat in Russia (1812; Świadectwa naocznych świadków klęski Napoleona w Rosji) Antony’ego Bretta-Jamesa (1966), With Napoleon in Russia (ZNapo-leonem w Rosji) Alana Palmera (1967), With Napoleon in Russia (Z Napoleonem w Rosji) C. Vosslera (1969), Borodino: Napoleon against Russia (Borodino: Napoleon przeciw Rosji) Christophera Duffy’ego (1972), The War of the Two Emperors (Wojna dwóch cesarzy) Curtisa Cate’a (1985), Napoleon, 1812 Johna Nicholsona (1986),
Invasion of Russia (Najazd Napoleona na Rosję) George’a Nafzigera (1988), 1812: Napoleon’s Russian Campaign (1812: Kampania rosyjska Napoleona) Richarda Riehna (1990), czy wreszcie i mój własny niewielki prezent dla oficerów Armii Brytyjskiej studiujących na Niższym Kursie Dowódczo-Sztabowym (Część Czwarta, Kurs Korespondencyjny) Napoleon’s Campaign in Russia 1812 (Kampania Napoleona w Rosji – 1812) (1986, całkiem niespodziewanie dziełko to doprowadziło do rozpoczęcia serii wydawniczej Osprey Campaign Series) – aż dziewięć pozycji od 1958 roku. Nie brakowało więc ostatnio nowych podejść do tematu.
Pewnego dnia w roku 1973, w biurze wydawcy Lionela Leventhala, narodził się pomysł stworzenia całkiem odmiennego, bezpośredniego pokazania wydarzeń 1812 roku. Potem, w 1979, (oryginalne) wydawnictwo Arms and Armour Press wznowiło Memoirs of Sergeant Bourgogne (Pamiętniki sierżanta Bourgogne ’a), dotyczące przede wszystkim straszliwego odwrotu. Obecnie przedstawiany państwu tom wymagał 20 lat dojrzewania, a drugi jest już w drodze, co łacznie daje przedsięwzięcie zajmujące chyba ćwierć produktywnego życia jego autora. Stylem jest ono najbliższe propozycji Antony’ego Brett-Jamesa z 1966. Jeśli jednak Brett-James był zawodowym lingwistą i historykiem wojskowości ze „szkoły Sandhurst”, to Paul Britten Austin jest przede wszystkim pisarzem zajmujacym się tematyką kulturalną i zawodowym tłumaczem, którego jak dotąd najświetniejszą pracą jest studium nadzwyczajnego, osiemnastowiecznego poety szwedzkiego Carla Michaela Bellmana, oraz jego kongenialne tłumaczenia, tak podziwiane przez W. H. Audena, nieśmiertelnych pieśni Bellmana. Między innymi książkami, jakie napisał, znajduje się także The Organ-Maker’s Wife (Żona Organmistrza), dramatyczna powieść z czasów Reformacji, również będąca unikalną – choć fikcyjną – rekonstrukcją czasów minionych. Autor nazywa obecną swoją książkę „słownym filmem, nakręconym przez ponad 100 spośród ocalałych”. Zaiste, tylko niewielu z nich zostało przetłumaczonych dotąd na angielski, zaś autor splata ich świadectwa aby stworzyć niezapomniany historyczny gobelin. Przypadkowo, zawsze powstrzymując się od komentarzy, czy ukrytych pomówień, autor stworzył także przenikliwe studium zagrożeń wszechmocności, czy też, w każdym razie, niemal absolutnej władzy Napoleona. Zaiste, wiele poziomów można odnaleźć w tej wspaniałej jeu d’esprit, będącej równocześnie tour de force4.
Paulowi Brittenowi Austinowi nie jest również obca historia wojskowości. Jest on przecież synem F. Brittena Austina, uznanego pisarza – autora nowel historycznych w latach 30-tych, który napisał także dwie fascynujace powieści historyczne, które WavellSir Archibald Percival Wavell, wicehrabia Cyrenajki, Erytrei i Winchester, (1883-1950) marszałek brytyjski, dowódca sił alianckich na śródziemnomorskim i azjatyckim teatrze działań wojennych w okresie II WŚ (przyp. red.). polecał, jako podstawową lekturę, wszystkim wojskowym z aspiracjami. Były to: The Road to Glory (Droga do chwały, 1936), mówiąca o Pierwszej Kampanii Włoskiej młodego Bonapartego, oraz Forty Centuries Look Down (Czterdzieści wieków na was spogląda), mówiąca o Napoleonie w Egipcie. Miały one stanowić dwa pierwsze tomy z serii poświęconej całej karierze Napoleona, niestety, śmierć autora spowodowała, że powstały tylko te dwa. W rzeczywistości, nawet i te dwie książki mogłyby nigdy nie ujrzeć światła dziennego, gdyby nie Paul, mający wtedy zaledwie 10 lat. Pewnego dnia, na spacerze z ojcem, aby odwiedzić Inwalidów5 („jako chłopiec miałem fioła na punkcie Napoleona”) zapytał wielkiego człowieka, dlaczego nie opisał w powieści życia Napoleona. Możemy więc być mu wdzięczni tak za tamte dwie powieści z lat 30-tych, jak również za te nowe i całkowicie odmienne dzieło, które ujrzało światło dzienne ponad 60 lat później.
Jest to doprawdy ogromne przedsięwzięcie – zostało jednak doprowadzone do końca we wspaniałym stylu. W podsumowaniu można zacytować, co francuski historyk Octave Aubrey napisał o samym Napoleonie, a co według mnie w równym stopniu można użyć do opisu tego naukowego, lecz równocześnie pulsującego życiem dzieła: „Jako historyk Hudson napisał o samym Napoleonie: ‘To go właśnie wyróżnia, a także, w razie potrzeby, tłumaczy. Jeśli czyjeś osiągnięcia trwają tak długo i przynoszą takie owoce, stanowią one uzasadnienie dla samych siebie’”.
1812: Marsz na Moskwę pozwala na doskonały wgląd w człowieka na wojnie. Książka jest niemal taką epopeją, jak sama ta kampania.
David G. Chandler
Hindford and RMA Sandhurst
Z jednej trzeciej miliona żołnierzy, zjakimi Napoleon, w dniu letniego przesilenia 1812 roku najechał na Rosję, niewielu tylko powróciło. Ponura historia odwrotu często już była opowiadana, historia natarcia zaś – znacznie rzadziej. Jest ona jednak nie mniej dramatyczna, a pod wieloma względami – nawet bardziej.
Książka ta jest słownym filmem, nakręconym przez ponad 100 spośród ocalonych. Moi „kamerzyści” pochodzili z prawie wszystkich krajów Europy – są wśród nich Francuzi, Holendrzy, Niemcy, Szwajcarzy, Włosi… Najrzetelniejsze są, oczywiście, dzienniki. Lejeune powiada, że jego był:
„mniejszy od dłoni, a nosiłem go na sercu. Cały był ponaddzierany, przemoczony przez burze, a także od mojego potu, powodowanego wyjątkowymi upałami, panującymi w Rosji…”
Zawsze krytyczny Labaume – którego świadectwo miało ukazać się w druku jako pierwsze, po dwóch zaledwie latach, gdy Napoleon był tymczasowo nieobecny po zesłaniu na Elbę – powiada, że także jego świadectwo oparte było na takim dzienniku:
„Ograniczając się, jak wszyscy moi towarzysze broni, do walki o najbardziej elementarne potrzeby, przeniknięty zimnem, nękany głodem, będąc ofiarą wszelkich możliwych cierpień, niepewien o każdym wschodzie słońca, czy dane mi będzie ujrzeć wieczorem jego ostatnie promienie, wieczorami zaś wątpiąc, czy doczekam nowego dnia, wszystkie uczucia skupiłem na tym jednym, jedynym pragnieniu: przeżycia, aby zachować wspomnienia o tym co dane mi było widzieć. Każdej nocy, siedząc przy mizernym ognisku przy temperaturze 20-25 stopni poniżej zera,1 otoczony martwymi i umierającymi, ponownie przebiegałem myślą przez wszystkie wydarzenia dnia. Wronie pióra ostrzyłem tym samym nożem, jakiego wcześniej używałem do krojenia końskiego mięsa. Odrobina prochu strzelniczego, zmieszana w garści ze stopionym śniegiem służyła mi za atrament, a działo za biurko! Przy świetle stojącej w płomieniach Moskwy opisywałem grabież tego miasta. Nad brzegami Berezyny sprawdzałem własne świadectwo o owym nieszczęsnym przekraczaniu rzeki…”
Szukający chwały Cezary de Laugier, także pisze swój dziennik „kawałkiem węgla drzewnego, przy świetle płonącego domu, czy wioski, w niektórych dniach przy ponad 28 stopniach mrozu”. Nawet nieśmiertelna, klasyczna już książka sierżanta Bourgogne’a, napisana niemal dla wyegzorcyzmowania strasznych wspomnień, mogła być oparta na takim dzienniku. Na pewno także wspomnienia Caulaincourta, lojalnego, choć zawsze krytycznego Boswella6 Napoleona:
„Moje notatki robione były wszędzie, za biurkiem i w obozie, codziennie i o każdej porze dnia; są one dziełem dosłownie każdej chwili; nie upiększałem w nich niczego, ponieważ choć były w nich momenty, gdy pokazywał się w nich ten człowiek, to był to przecież ów półbóg, którego wszyscy rozpoznawali. Niejeden raz nachodziła mnie myśl, że dziennik ten, pisany niemal na oczach Cesarza, mógłby wpaść wjego ręce, lecz myśl ta nie była w stanie powstrzymać mego pióra. Niewatpliwie prawda studziła jego dobroduszność, lecz jego silny i wzniosły charakter pozwalał mu wznieść się ponad w dobrej wierze czynioną krytykę”.
Ile setek, a może i tysięcy innych dzienników zaginęło razem z ich autorami? Przez całe następne pokolenie Europa rozbrzmiewała echami wspomnień starych żołnierzy, podejmujących swoje opowieści we wszystkich językach. Mały Coignet, najniższy grenadier Gwardii Cesarskiej, spisał swoje wspomnienia w wieku 70 lat, w przerwach pomiędzy niekoń-czacymi się partiami manilli i pikieta w kafejce w Auxerre; gdy zmarł – pozostawił 600 franków swoim pozostałym przy życiu przyjaciołom, aby wypili jego zdrowie po pogrzebie i zaśpiewali pieśń do melodii Starego sierżanta Bérangera. Rzecz zaskakująca, mamy jego fotografię, wykonaną, gdy był już w podeszłym wieku. A więc, wszystko to nie rozegrało się znów tak dawno!
To co zawsze fascynuje, to szczegóły! Zmontować nawet małą cząstkę tych tysięcy kilometrów „taśmy” tak, aby stworzyły spójny układ dramatyczny, nie było prostym zadaniem.
Z powodu ograniczonej objętości nie próbowałem:
(a) spojrzeć na wydarzenia z punktu widzenia strony rosyjskiej. Wojna, o ile nie zostało się jeńcem, jest zawsze doświadczeniem jednostronnym;
(b) wdawać się w zawiłości taktyczne – miłośnika gier wojennych odesłać należy do książki George’a F. Nafzigera Napoleon Invasion of Russia (NajazdNapoleona na Rosję; Presidio Press, Novato, CA, 1988), która zawiera także wszystkie podziwu godne szczegóły stosunków francuskorosyjskich w latach 1806-1812, jak również całą masę informacji statystycznych. Dla uzyskania ogólnego obrazu dramatu roku 1812, nie ma nic lepszego nad The War of the Two Emperors (Wojna dwóch cesarzy; Random House, NY, 1985) Curtisa Cate’a. To samo można powiedzieć o Swords Around a Throne (Miecze wokół tronu; The Free Press; Nowy Jork, 1988) Johna Eltinga, w odniesieniu do ogólnych informacji o armiach Napoleona. Dla uzyskania ogólnego obrazu sytuacji strategicznej sam korzystałem z klasycznej pozycji Davida Chandlera Campaigns of Napoleon (Kampanie Napoleona; Macmillan, Nowy Jork, 1966);
(c) nie śledziłem losów korpusów innych niż te, które tworzyły „Armię Moskwy”. Trzeba było nawet pominąć działania II i VI Korpusu;
(d) przypisywać moim protagonistom myśli lub uczuć, ojakich sami wyraźnie nie napisali;
(e) oceniać, z rzadkim wyjątkiem przypisów, jakości pamięci moich naocznych świadków, czy też jak wiele w ich pismach jest spojrzenia post factum. Ogólnie rzecz biorąc, ktokolwiek przedarłby się przez wszystkie te wspomnienia, doszedłby do wniosku, że na ogół ich autorzy opowiadają to, czego doświadczyli, czy to w czasie teraźniejszym (dzienniki), czy w przeszłym (wspomnienia). Czasami, choć rzadko, przyłapują się nawzajem na kłamstwach lub przesadzaniu w opisach własnych wyczynów. Arcydzieło Ségura jest szczególnie nieścisłe, na co dawno już temu wskazał Gourgaud, więc też korzystałem z niego w bardzo niewielkim stopniu.
Jedno słowo o mojej technice przekładu. Choć sama w sobie bardzo żywa, dziewiętnastowieczna proza moich naocznych świadków jest wolniejsza, bardziej obciążona zdaniami podrzędnymi, zatem cięższa od naszej, oddawanie więc oryginalnych zdań w całej ich złożoności syntaktycznej często oznaczałoby utratę ich płynności i siły oddziaływania. Pozwalałem więc sobie na pewną dowolność w zakresie interpunkcji, składni, a nawet używania czasów. Nawet sam porządek fraz, zdań i akapitów może się nie zgadzać. Zawsze jednak zachowany jest sens. Czyniąc skróty i pomijając pewne fragmenty, często nawet pomijałem tradycyjny wielokropek. Do większości oryginałów dotrzeć można w każdym razie w Bibliothèque Nationale w Paryżu, czy gdzie indziej. Jednym słowem, próbowałem oddać prozę moich autorów tak, jak gdyby używali oni maszyn do pisania, czy nawet edytorów tekstu, a nie gęsich piór. Czy też, jak w przypadku Labaume’a – wronich.
Paul Britten Austin
Dawlish, Devon
Z wdzięcznością wspominam nieżyjącego już Antony’ego Bretta-Jamesa, który przeszedłszy wcześniej tę samą drogę, szczodrze obdarował mnie rzadkimi książkami (obecnie znajdującymi się w Bibliotece Wydziału Sztabu Generalnego). Podobnie wspominam Davida Chandlera, za jego nieustającą zachętę oraz liczne sugestie, a także możliwość skorzystania zjego niezrównanego doświadczenia. Jestem także specjalnie wdzięczny mojej szwagierce, Elzie Fisher-Bergman, za to że nie zniechęciła się i uparcie wstukiwała w mój komputer setki na wpół czytelnych fragmentów tekstu, jakie nagryzmoliłem po rozmaitych bibliotekach. A wreszcie, panu Peterowi Harringtonowi, bibliotekarzowi Zbiorów Wojskowych Anny S. K., na Brown University w Providence, Rhode Island, USA, za szczodre zwolnienie z opłat z tytułu praw autorskich do wielu ilustracji, podobnie Bibliotece Królewskiej w Sztokholmie, za wolny dostęp do cudownie ostrego wydania sztychów Fabera du Faura. Nie najmniej ważną wśród osób, jakim czuję się w obowiązku podziękować, jest moja żona, szwedzka powieściopisarka Małgorzata Bergman, zasługująca tu na specjalne wyróżnienie za wysłuchiwanie moich niekończących się monologów przy śniadaniu na temat wyczynów owych dawno nieżyjących bohaterów, które zakłócały jej własne, o ileż poważniejsze refleksje.
„Między domem wariatów a Panteonem!” – nowa wojna z Rosją? – pułkownik Ponthon pada na kolana – zły sen Napoleona – ekonomia – naiwność Wielkiego Koniuszego – polskie trzęsawiska – „bez transportu wszystko jest daremne” – sierżant Coignet przygotowuje ładunki – porucznik Bourgoing przetasowuje swoich rekrutów – siedem armii maszeruje na północ – „zjawił się jak Książę Ciemności”-fajerwerki w Dreźnie – bezowocna misja Narbonne’a – Turcja i Rosja zawierają pokój – „Aleksander Wielki wyruszył na Indie”.
Pewnej nocy w początkach marca 1812, młody Villemain, sekretarz generała hrabiego Ludwika de Narbonne’a1, adiutanta cesarza Napoleona, siedział w powozie swojego szefa na dziedzińcu pałacu w St-Cloud, czytając świeżo opublikowaną Podróż do Jerozolimy7 Chateaubrianda, kiedy:
„nagle rozległ się jakiś hałas, wydawało się, że spowodowany przez służbę. Konie, znudzone bardziej ode mnie, nastawiły uszu. Powóz przesunął się o kilka kroków do przodu i generał, wskoczywszy do niego energicznie, rozkazał woźnicy jechać do Paryża, do domu ministra spraw zagranicznych Mareta.”
Rzekomy nieślubny syn rozpustnego i bezwolnego Ludwika XV, pięćdziesięciosiedmioletni, przedwcześnie posiwiały Narbonne „podziwiał osobiście Napoleona, chociaż nie podobało mu się jego oparte na władzy absolutnej i sile wojskowej cesarstwo, i uważał, że jest skazane na zagładę o ile nie zmieni ono swojej polityki”. Jednak według tego co miał powiedzieć swemu wybuchowemu pierwszemu oficerowi ordynansowemu, Gaspardowi Gourgaudowi, na Świętej Helenie, Napoleon za grosz nie dbał o to co inni myślą lub czują – interesowały go tylko ich słowa i czyny. Znajdował też dużą przyjemność w inteligentnej i wyszukanej konwersacji z Narbonnem i cieszył się, mając owego potomka ancien régime ’u8 w otoczeniu swej cesarskiej, choć dogłębnie burżuazyjnej osoby. Podczas gdy powóz szybko wytaczał się z dziedzińca – kontynuuje Villemain
– Narbonne:
„przyłożył rękę do łysego czoła, jak gdyby ponownie analizował wszystko to, co przed chwilą usłyszał. I powiedział cicho: ‘Co za człowiek! Co za zdumiewające pomysły! Co za marzenia! Gdzie schronić się przed płomieniem takiego geniuszu? To nie do wiary! Jesteśmy między domem wariatów a Panteonem. Zamartwiam się za każdym razem kiedy się z nim spotykam. Jego pozornie słuszne przemyślenia, nadto optymistyczne sofizmaty, gigantyczne złudzenia, wszystko to wbił sobie do głowy, a podczas rozmowy w cztery oczy potrafi przedstawić je jako nienaruszalne aksjomaty.’.”
Tematem owej dyskusji była nowa wojna z Rosją. W 1807 pokonany car Aleksander, postanowieniami Traktaku Tylżyckiego, zobowiązał się nie wpuszczać do rosyjskich portów towarów brytyjskich. System kontynentalny był jedyną rzeczą, mogącą umożliwić Napoleonowi zduszenie głównego wroga. Jedynie całkowita klęska Rosji mogła doprowadzić do takiego rezultatu, ponieważ kraj ten potrzebował brytyjskich produktów przemysłowych i kolonialnych w równym stopniu, jak rynek brytyjski potrzebował prętów stalowych produkowanych przez gwałtownie rozwijające się huty rosyjskie. Lecz ekonomia szybko wzięła górę nad polityką. W roku 1811 rubel, za którego w 1807 płacono 2,90 franka, spadł aż do 1,50 franka. Na próżno Napoleon najpierw protestował, a potem wręcz grzmiał przeciwko licencjom importowym, które Aleksander – idąc zresztą za jego przykładem – zaczął wydawać na produkty dostarczane na neutralnych, głównie amerykańskich, statkach. I już w 1810 oba cesarstwa zaczęły się szykować do nowej wojny.
Perspektywa taka napełniała przerażeniem przynajmniej jednego z oficerów Napoleona. Pułkownik saperów Ponthon został attaché wojskowym w Rosji po Tylży, a jego sprawozdania były tak szczegółowe i dobrze napisane, że Napoleon wprowadził go potem do swojego gabinetu wojennego. Jak się wydaje, Ponthon był również człowiekiem wielkiej odwagi moralnej. Pewnego dnia dosłownie padł na kolana i błagał Napoleona „w imię szczęścia Francji i pańskiej własnej chwały” o powstrzymanie się od najazdu na Rosję:
„Ludy pod pańskim jarzmem, Sire, nigdy nie będą prawdziwymi sprzymierzeńcami. Pańska armia nie znajdzie ani żywności ani furażu. Pierwsze deszcze spowodują, że teren będzie nie do przebycia. A jeśli kampania przeciągnie się do zimy, jak pańskie oddziały zniosą temperatury minus 20 czy 30 stopni?”
Utkwiwszy w Ponthonie swe surowe spojrzenie, Napoleon pozwolił mu się wygadać. Wydaje się, że jego słowa wywarły nawet jakiś skutek. Kilka dni później Wielki Koniuszy, generał Armand de Caulaincourt, zauważył, że Napoleon wyglądał na zafrasowanego – lecz przezwyciężył swoje wątpliwości, mówiąc wszystkim: „to będzie krótka wojna, skończy się w dwa miesiące. A jeśli wszystko pójdzie dobrze, to w dwa tygodnie”.
Jednak człowiekiem który najmocniej stara się oddalić wybuch tej nowej wojny jest sam Caulaincourt. Spędziwszy cztery lata narastającego między obu krajami napięcia na stanowisku ambasadora francuskiego w Petersburgu, również zdaje sobie sprawę z tego, co pociągnie za sobą najazd na Rosję. I tak, z początkiem 1811 roku uznał on swoją dalszą misję za niewykonalną, i poprosił o odwołanie, powołując się na „rujnujący jego zdrowie” miejscowy klimat.3 Caulaincourt został zastąpiony przez generała Lauristona, żołnierza zdecydowanie twardszego.
Przed jego wyjazdem car wręczył mu szczególny dowód swojej przyjaźni. Caulaincourt przez całe życie krył w głębi duszy żal do Napoleona, że w 1800 roku, ówczesny Pierwszy Konsul Republiki Francuskiej, wplątał go w aresztowanie – jeśli nie w samą egzekucję – młodego diuka d’Enghien. W oczach wszystkich zwolenników ancien régime’u, to morderstwo sądowe popełnione na członku rodziny Bourbonów, którym raz na zawsze Pierwszy Konsul zraził do siebie całą reakcję, było niewybaczalną zbrodnią. Tak się jednak złożyło, że również car Aleksander był podejrzany o współudział w innym morderstwie: swojego własnego ojca cara Pawła. Przed samym rozstaniem z Caulaincourtem podarował mu więc certyfikat zaświadczający, że nigdy nie sądził, iż jest on winny śmierci d’Enghiena, i dodał do tego prestiżowy Order Św. Andrzeja oraz miniaturę ze swoją podobizną, podpisaną z tyłu „prezent od przyjaciela”. Chociaż Napoleon lubił widywać wokół siebie znajome twarze, tak przyjazne uczucia w przededniu nowej i, jak miał nadzieję, decydującej wojny niezbyt mu się podobały. Nad Wielkim Koniuszym zaczęły się więc gromadzić chmury. Teatrom kontrolowanym przez rząd pozwolono z niego kpić, przedstawiając jako sentymentalną gołębicę, bez końca wychwalającą zalety wiekuistego pokoju. Na dworze zaś, gdzie powrócił do swych normalnych obowiązków, Napoleon ciągle żartobliwie mu wytykał, że pozwolił się „uwieść chytremu Azjacie”. Nie, żeby tak naprawdę miał coś przeciwko ich przyjaźni. Gdy już ta „czysto polityczna” wojna się skończy i Car Wszechrusi zostanie przywołany do porządku, przyjaźń ta może okazać się atutem, kiedy dojdzie do podpisywania nowego pokoju. I tak, krok po kroku, Caulaincourt wrócił do łask.
Tej wiosny, podczas kilku wspólnych, długich dyskusji, Caulaincourt, jak twierdzi, nigdy nie owijał spraw w bawełnę. Pewnego razu rozmowa zeszła na Polskę, podzieloną między Austrię, Prusy i Rosję w 1794, a w 1807 wskrzeszoną przez Napoleona jako Wielkie Księstwo, obejmujące też część terytorium Prus Wschodnich9. Chociaż tysiące polskichpatriotów służących w armiach francuskich pragną ujrzeć swe prastare królestwo przywrócone in toto10, Napoleon twierdzi, że wcale nie ma zamiaru tak postąpić. Caulaincourt ripostuje, że w takim wypadku nie rozumie, dlaczego Napoleon poświęca swój sojusz z Rosją.
„Napoleon uśmiechnął się i uszczypnął mnie w ucho: ‘Czy naprawdę aż tak lubisz Aleksandra?’ – ‘Nie, Sire, lecz lubię pokój.’”
I tu właśnie się różnili. Na próżno Caulaincourt podkreśla niebezpieczeństwa kolejnej wojny na dalekiej Północy, kiedy już 220 000 żołnierzy jest związanych w Hiszpanii walką z Wellingtonem i partyzantami. Lecz Napoleon pozostaje głuchy na te argumenty. A kiedy Caulaincourt próbuje wyprowadzić go z błędnego mniemania, że rosyjscy arystokraci niczym się nie różnią od swych zachodnioeuropejskich odpowiedników i po „porządnej bitwie… drżąc o swoje pałace” zmuszą cara do zawarcia pokoju, Napoleon po prostu mu nie wierzy:
„Nie chcę wojny, i nie chcę Polski.”
Polacy, jak powiedział Narbonne’owi, z którym również dyskutował na ten temat, byli „małostkowym narodem”. Dlaczego bez przerwy kłócili się między sobą?
„Kocham Polaków na polu bitwy. Są oni waleczną rasą. Jeśli jednak chodzi o ich liberum veto, ich sejmy, odbywane konno i z szablą w ręku, nie chcę mieć z tym nic wspólnego! Przemyślałem tę sprawę bardzo dokładnie. W Polsce chcę mieć obóz, a nie forum. Wojna, którą zamierzam stoczyć z Aleksandrem będzie szlachetną walką, z użyciem 2000 dział i 500 000 żołnierzy, ale bez żadnych insurekcji. Nie mam zamiaru przywracać siedliska republikanizmu w sercu Europy. Nie, mój drogi Narbonne, wszystko, czego chcę od Polski to zdyscyplinowanej siły ludzkiej, którą mógłbym się posłużyć na polu bitwy. Oto cały problem: jak wzbudzić w Polsce ducha narodowego wyzwolenia, nie uderzając w strunę liberalizmu? A gdzie miałbym znaleźć króla dla Polski? Nie mam żadnego we własnej rodzinie, a byłoby niebezpieczeństwem wziąć kogoś innego.”11
Problem z tą nową wojną, ciągnął, był wyłącznie natury moralnej:
„Używając zasobów materialnych nagromadzonych od czasów Rewolucji, koniecznym jest nie rozpętywanie namiętności, lecz zmobilizowanie Polski bez jej wyzwalania, i zapewnienie niepodległości zachodniej Europy bez podsycania republikańskiego fermentu. Ot, i masz pan całe zagadnienie w jednym zdaniu.”
To rząd rosyjski, systematycznie obchodząc warunki traktatu z Tylży, parł do wojny. A kiedy Caulaincourt zaprzecza, mówiąc: „to nie rosyjski rząd chce wojny, Sire, lecz pana własny, a nie traci też przy tym żadnej sposobności aby ją przyśpieszyć,” Napoleon uśmiecha się tylko swym uwodzicielskim uśmiechem, któremu – jak zgadzają się wszyscy naoczni świadkowie – nie mógł się oprzeć ni przyjaciel ni wróg,4 szczypie Caulaincourta w ucho i mówi mu, że jest naiwny i „nie zna się na polityce”. Wtedy Wielki Koniuszy wyjmuje swój notes, w którym przed wyjazdem z Petersburga na wszelki wypadek zapisał dokładne słowa cara: „Jeżeli cesarz Napoleon rozpocznie ze mną wojnę,” powiedział Aleksander:
„jest możliwe, a nawet prawdopodobne, że zostaniemy pokonani – to znaczy, zakładając, że będziemy się bić. Hiszpanie często przegrywają, lecz jak dotąd nie zostali pokonani. I nie są przecież tak daleko od Paryża! My nie będziemy ryzykować. Mamy duże pole manewru. Nie ja pierwszy wyciągnę miecz, lecz będę ostatnim który go schowa. Jeśli przebieg walk będzie dla mnie niekorzystny, to wycofam się na Kamczatkę [na Syberii]. Nasz klimat, nasza zima, będą po naszej stronie.”
Napoleon, który słuchał z wielką uwagą, „nawet z niejakim zdziwieniem”, przez jakiś czas nie odpowiada:
„Im bardziej starał się mnie przekonać, z tym większym uporem i przebiegłością usiłował postawić na swoim. Na podstawie stosowanych przez niego wykalkulowanych sztuczek i używanego języka, można było pomyśleć, że to ja jestem jednym z wielkich mocarstw których pozyskaniem był tak zainteresowany. Zachowywał się tak wobec każdego, kogo chciał przekonać – a on cały czas usiłował kogoś przekonać. ‘Kiedy na kimś mi zależy,’ powiedział, ‘to nie przebieram w środkach. Mógłbym go nawet pocałować w dupę.’”
Ocena charakteru Napoleona, do jakiej doszedł Narbonne podczas rozmowy ze swoim młodym sekretarzem w drodze do Paryża, dokładnie pokrywa się z oceną Caulaincourta:
„Z natury lubi prawdę. Jego duma jest ogromna. A jednak jest cierpliwy i słucha uważnie. Chociaż jest znakomitym rozmówcą, trzeba umieć nie ustępować, kiedy już mu się zaprzecza. A to jest trudne, gdy się stoi twarzą w twarz z taką władzą i takim geniuszem! Dochodzi w końcu do tego, że człowiek pozwala się przekonać. Zakrywa oczy rękoma, zaczyna mieć wątpliwości, i zadaje sobie pytanie, czy aby logika tego człowieka nie jest prawdą, a jego ambicje – zwiastunem przyszłości?”
Jeśli Napoleon posiadał zdolność fascynowania wszystkich, kontynuuje Caulaincourt, to
„działo się tak dlatego, że zafascynowany był sam sobą. Dokładał wszelkich starań by osiągnąć swoje cele, zarówno w sprawach wielkich, jak i małych. Można by powiedzieć, że ich osiąganiu poświęcał się bez reszty. Zawsze wykorzystywał wszelkie możliwe środki, wszystkie swoje zdolności, całą swoją uwagę, i skupiał je na właśnie załatwianej sprawie. Nigdy nie było człowieka bardziej fascynującego niż on, gdy tylko chciał takim być! Biada temu, kto zgodził się na choćby jedną zmianę… prowadziło to od ustępstwa do ustępstwa, aż do celu który on widział przed sobą! Trzeba było trzymać się swojego punktu widzenia danej kwestii, a przede wszystkim nie wsłuchiwać się w dygresje cesarza; ponieważ jak tylko natrafiał na opór – natychmiast przenosił środek ciężkości sporu w inne miejsce.”
Jeśli chodzi o powtarzające się zapewnienia Aleksandra, że będzie się bił do ostatniej kropli krwi, Napoleon ignoruje je jako puste słowa. Nadal więc obaj użerają się ze sobą całymi godzinami, przy czym Napoleon ciągle kluczy i szuka nowych argumentów. Kiedy Caulaincourt powiada, że celem jego mobilizacji przeciwko Rosji jest
„‘albo realizacja celów politycznych, albo też zaspokojenie jego największej pasji’, Napoleon śmiejąc się pyta: ‘A cóż to za pasja?’
– ‘Wojna, Sire’. Nieprzekonywująco protestując, że wcale tak nie jest, uszczypnął mnie w ucho i żartobliwym tonem rzekł: ‘Na pewno nie owijasz w bawełnę. Czas iść na obiad.’”
Nie wszyscy jednak krytycy wyprowadzani są w pole z takim wdziękiem i wśród przyjaznego przekomarzania się. Wieloletni francuski konsul generalny w Petersburgu de Lesseps, człowiek „głęboko zaznajomiony z życiem i sprawami Rosji”,
„interesował się dobrem francuskiej żeglugi handlowej bardziej niż swoim własnym. Ten uczciwy człowiek był tak samo źle widziany jak ja za to, że nie dostarczał wyssanych z palca argumentów za nową wojną. Pozostawał poza jakimikolwiek podejrzeniami o korupcję, lecz na nic mu się nie zdało trzydzieści lat służby, uczciwość i powszechnie znana wiarygodność. Napoleon własnoręcznie odrzucił jego doroczne sprawozdanie finansowe, pozbawiając go tym samym możliwości zarabiania na życie.
Większość zachodnich Europejczyków wciąż nic nie wie o życiu w Rosji. A ci, którzy coś jednak o nim wiedzą, są zbyt cenni, aby można się było bez nich obejść. Zanim minie rok, de Lesseps, pomimo swojej niechęci, znajdzie się na stanowisku gubernatora cywilnego zdobytej i spalonej Moskwy.
„Ci, którzy pomniejszają znaczenie tej wielkiej epoki”, zapewnia nas Caulaincourt, „mogą sobie mówić, co im się podoba; nigdy żaden władca nie był otoczony bardziej uzdolnionymi ludźmi. Uczciwi, pełni zapału i przywiązania, pozostawaliśmy umiarkowanymi, a przede wszystkim dobrymi Francuzami. Nigdy tak głośno nie rąbano władcy prawdy prosto w oczy, choć niestety bezskutecznie”.
Już podczas ostatniego, frustrującego spotkania z Aleksandrem, przed czterema laty w Erfurcie, tkwiąca gdzieś głęboko w Napoleonie intuicja ostrzegała go o prawdziwym stanie ich pozornie serdecznej przyjaźni. Na tratwie zacumowanej na środku Niemna w Tylży, każdy z nich próbował oczarować drugiego – niewątpliwie lepiej udało się to Napoleonowi. Jednak począwszy od 1810 roku, zachęcany po cichu sugestiami Talleyranda, że „ten kolos ma gliniane nogi”, to właśnie car zaczyna nadawać ton. Aż pewnej nocy, pierwszy kamerdyner Napoleona Constant Wairy,5 jak zwykle śpiący w pokoju obok, został zbudzony „stłumionymi i płaczliwymi okrzykami, jakby kogoś duszono”. Wyskakując z łóżka, „powziąwszy takie środki ostrożności, na jakie pozwalało moje zatrwożenie” otworzył drzwi:
„Podchodząc do łóżka, zobaczyłem Jego Cesarską Mość leżącego w poprzek, w pozycji skulonej. Pościel i kapa zrzucone z łóżka, zaś cała postać w stanie jakby straszliwego nerwowego skurczu. Z otwartych ust wydobywały mu się jakieś nieartykułowane i niewyraźne dźwięki, coś zdawało się uciskać jego pierś, a jedną pięść wciskał w dołek na brzuchu. Przerażony jego stanem, przemawiam do niego. Kiedy nie odpowiada, delikatnie nim potrząsam. Wtedy cesarz się budzi z głośnym okrzykiem i mówi: ‘Co się dzieje? Co się dzieje?’ [a potem, przerywając przeprosiny Constanta] ‘Dobrze zrobiłeś, mój drogi Constant. Ach! Mój przyjacielu, co za okropny sen, jaka zmora! Niedźwiedź rozpłatał mi pierś i wydzierał serce’. Po czym cesarz wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem po pokoju, podczas gdy ja poprawiałem pościel. Koszula, którą miał na sobie była tak przepocona, że zmuszony był ją zmienić. Wspomnienie tego snu prześladowało go bardzo długo. Często o nim mówił, za każdym razem próbując wyciągnąć z niego inne wnioski i dopasować je do konkretnych okoliczności.”
Nie ma wątpliwości, że Napoleon przynajmniej częściowo przewidział, wyjątkowy stopień trudności nadchodzącej kampanii. Żadna inna nie wymagała tak skrupulatnego planowania. Ani też tak wielkiej mobilizacji ludzi i środków. „Bez transportu,” pisał w 1811 do swojego pasierba Eugeniusza de Beauharnais, wicekróla Włoch, „wszystko jest daremne”. Już w czerwcu tego roku jego „geometryczny umysł” zaczął borykać się z tym problemem.
Niesłychana ruchliwość była podstawą napoleońskiego blitzkriegu. Dlatego też armie francuskie zawsze żyły z bogactw podbitych ziem. Jednak daleka Północ była już inną kwestią, jak zapamiętał to sobie, aż nazbyt dokładnie, sierżant Jan-Roch Coignet, niskiego wzrostu instruktor musztry 2 Pułku Grenadierów Pieszych Gwardii. W piaszczystych trzęsawiskach Polski w 1806
„musieliśmy zawiązywać sobie buty sznurkiem pod podbiciem. Czasami, kiedy kawałki sznurka się przerwały i nasze buty zostały gdzieś z tyłu w błocie, musieliśmy złapać się za tylną nogę, wyciągnąć ją jak marchewkę, podnieść do przodu, i wtedy brać się za drugą. Ten manewr trzeba było bez przerwy powtarzać; i tak przez dwa dni z rzędu”.
Także litewskie drogi – o ile w ogóle istniały – nie były takie jak w zachodniej Europie. „W tej części świata,” jak odkryje niedługo pruski porucznik H.A. Vossler z Pułku Huzarów księcia Ludwika, „wszystkie ciężkie transporty zazwyczaj odbywają się zimą – na saniach. Drogi nie są tam tak ważne jak w krajach położonych bardziej na południe”.
Chociaż armia francuska posiada sprawną służbę zaopatrzeniową, to składa się ona tylko z 3500 ludzi i 891 wozów, a to z pewnością nie wystarczy, by utrzymać siły inwazyjne liczące co najmniej jedną trzecią miliona ludzi. Bo taka ilość wchodzi w rachubę. Jednego dnia, wziąwszy na stronę swojego ministra wojny Clarke’a na tarasach St-Cloud, Napoleon zwierzył mu się: „Planuję wielką wyprawę. Ludzi znajdę dosyć łatwo. Cała trudność tkwi w przygotowaniu transportu.”
Trzeba zgromadzić ogromne ilości ryżu, mąki i sucharów i zapłacić za nie. No, złota na to starczy z pewnością! Miliony w złocie wydarte Prusom jako odszkodowanie za atak na niego w 1806, oraz Austrii – za lata 1805 i 181012, leżą w piwnicach Tuileries, do których klucze mają tylko sam Napoleon i jego niesamowicie ciężko pracujący i ogromnie zdolny Generalny Intendent Piotr Daru. Do marca 1812 ma on nadzieję zgromadzić 270 000 kwintali pszenicy, 12 000 kwintali ryżu, 2 000 000 buszli13 owsa, równowartość 20 milionów racji chleba i ryżu – ilość wystarczającą dla 400 000 ludzi i 50 000 koni na 50 dni. A ponieważ armie muszą również pić, a spirytus jest także potrzebny do przeprowadzania amputacji, już 29 grudnia Cesarz rozkazał Ministrowi Administracji Wojennej zakupić w Bordeaux „28 milionów butelek wina, 2 miliony butelek alkoholu”, czyli racje wina na 200 dni i alkoholu na 130 dla 300 000 ludzi.
Pozostaje do rozwiązania kwestia transportu. Czy w takim terenie 1500 istniejących wozów batalionowych o wielkich kołach, każdy ciągnięty przez osiem koni i zdolny wieźć 10 000 racji, wystarczy, aby wyżywić armię przez 25 dni, czyli czas potrzebny na szybką kampanię? Chociaż naprawdę są one zbyt ciężkie, z początku Napoleon zakładał, że wystarczą. Ale następnego dnia przemyślał sprawę jeszcze raz. Jeśli taki wóz jest
„naładowany sucharami, to muszą one być w beczkach, inaczej się kruszą, a ludzie narzekają. Nie nadaje się on też do przewozu zboża, mąki, owsa, bali siana, ani beczek wina czy wódki. Każdy więc batalion powinien zatrzymać sobie wóz na swoje normalne potrzeby. Pozostałe muszą zostać zastąpione dobrymi wozami taborowymi o dużych kołach, każdy ciągnięty przez osiem koni i powożony przez czterech ludzi, lub, jeśli będzie taka potrzeba, przez trzech,”
najlepiej cudzoziemców. 4 lipca 1811, pisząc do szefa swojego korpusu zaopatrzenia14, Napoleon doszedł do wniosku, że trzeba także wynaleźć całkowicie nowy, dużo lżejszy rodzaj wozu, „normalnie przeznaczony do przewożenia 4 000 racji, lub w razie potrzeby 6 000, i powożony przez dwóch ludzi, a ciągnięty przez cztery konie”. Ponieważ nie można liczyć, że nawet te poradzą sobie z naprawdę paskudnym terenem, trzeba skonstruować jeszcze lżejszy rodzaj wozu, ciągnięty przez tylko jednego konia, przyzwyczajonego do chodzenia gęsiego, „tak żeby na kilka wozów wystarczał tylko jeden człowiek”. Woły także będą użyteczne. Nawet poganiane przez nieprzywykłych do tego rekrutów, mogą przynajmniej żywić się trawą rosnącą przy drodze, zanim same zostaną zjedzone.
Jak długo uda się największej w historii wojen europejskich armii utrzymać się pośród iglastych lasów Litwy? Wystarczająco długo, wyliczył Napoleon, aby uzyskać przewagę i unicestwić wroga.
Wie on też, że dla obrony swego ogromnego kraju Rosjanie mają dwie armie, zaś trzecia jest aktualnie zajęta walką z Turkami w Mołdawii. Pierwsza Armia Zachodu jest dowodzona przez Barclay’a de Tolly, Litwina szkockiego pochodzenia15, który, co godne uwagi, kiedyś sam służył jako prosty żołnierz, a po katastrofie pod Friedlandem, jako minister wojny, zmodernizował armię rosyjską według wzorów francuskich. Jego armia jest skoncentrowana wokół Wilna. Druga Armia Zachodu, dowodzona przez ognistego i zapalczywego Gruzina, księcia Bagrationa, stacjonuje dalej na południe, wokół Grodna, 75 mil w górę Niemna. Atakiem z zaskoczenia, jaki stosował już przecież wielokrotnie, Napoleon, mając do dyspozycji swoją sławę niezwyciężonego, oraz co najmniej dziesięć korpusów armijnych i trzy korpusy kawalerii „rezerwowej”16, ma zamiar wbić klin między Barclay’a a Bagrationa, po czym pobić ich obu doszczętnie. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, kampania rzeczywiście zakończy się po paru tygodniach.
Jak jednak, w określonym dniu lata 1812, skupić całą Wielką Armię, z jej 150 000 końmi i 1000 działami, wzdłuż brzegu Niemna – granicy między Polską a rosyjską Litwą? To właśnie jest ten ogromny problem logistyczny, który postawił przed sobą Cesarz. No i którego dnia? Nie może być za wcześnie – lato późno przychodzi na Północy, a zboże musi być już dojrzałe na paszę. Ani też za późno: z jesienią nadchodzącą w połowie sierpnia oznaczałoby to ryzyko kampanii zimowej, której tak obawia się pułkownik Ponthon. Na św. Jana powinno być w sam raz.
W całej Europie jednostki otrzymują uzupełnienia i posiłki. Pułki, zazwyczaj składające się z czterech batalionów, powiększane są do pięciu17. W swoich koszarach w Courbevoie pod Paryżem, pułki piechoty Gwardii Cesarskiej – cały świetny, pięćdziesięciotysięczny korpus uderzeniowy – zostają postawione w stan gotowości. Dwie kompanie weteranów, „uszczęśliwionych przypisaniem im tak przyjemnych obowiązków”, zostają wyłączone z 2 Pułku Grenadierów Pieszych Gwardii i zastąpione „znakomitymi ludźmi przybywającymi codziennie” z pułków liniowych, dla których z kolei szkoli się właśnie podoficerów Gwardii, aby objęli stanowiska oficerskie. Wykładając oddziałowi kandydatów na oficerów ich nowe obowiązki jako dowódców, sierżant Coignet uczy się od nich swojego abecadła, podczas gdy starsi adiutanci szkolą ich w zakresie teorii. Taki już jest system, zaś:
„Napoleon osobiście sprawdzał rezultaty. Przez piętnaście dni setka ludzi, pod nadzorem oficerów sztabu, robiła naboje. Aby uniknąć jakiegokolwiek niebezpieczeństwa wybuchu, musieli nosić buty bez gwoździ, zdejmowane i sprawdzane co dwie godziny. Zrobiliśmy 100 000 ładunków. Kiedy to żniwo się skończyło odbyły się wielkie manewry na równinie St-Denis i przeglądy wojsk przed Tuileries, włącznie z parkami artyleryjskimi, wozami i ambulansami! Cesarz kazał je otworzyć i sam wspiął się na koło, aby upewnić się, że są pełne.”
Pułki Młodej Gwardii równiez są pośpiesznie uzupełniane. Jej oficerowie, przeniesieni ze Starej Gwardii18, ciągle będą dostawali wyższe gaże; ale pod innymi względami jej pułki nie różnią się od pułków liniowych. Teraz ma się ona składać z trzynastu pułków tyralierów, trzynastu woltyżerów, jednego fizylierów-grenadierów, jednego fizylierów-szaserów, jednego flankierów, jednego szperaczy i jednego gwardzistów narodowych19 – „dziesięć różnych nazw dla jednostek piechoty uzbrojonych w dokładnie ten sam sposób i noszących ten sam model standardowo wydawanego karabinu”. Paweł de Bourgoing, dobrze wykształcony młody porucznik 5 Pułku Tyralierów Gwardii, który powrócił właśnie z bojów w Hiszpanii, jest obecny kiedy zjawiają się nowi rekruci:
„tysiąc pięciuset młodych ludzi w koszulach, kamizelkach, strojach ludowych, czyli obywateli wszystkich prowincji ogromnego Cesarstwa Francuskiego, snujących się po obszernym placu przed koszarami, w takt wybijany przez szesnaście bębnów. Prawie wszyscy dobosze zostali wzięci z Pułku Uczniów Gwardii [pułk składający się całkowicie z synów żołnierzy] i prawie wszyscy byli Holendrami. Niektórzy, z Amsterdamu i Fryzji, mieli tylko po piętnaście lat. Bardzo się starano, aby w żadnej kompanii nie znalazło się zbyt wielu ludzi jednej narodowości: ‘To nie przysłuży się dobrze ani dyscyplinie, ani wojnie,’ powiedział mi mój major. ‘Przetasuj ich wszystkich jak talię kart! Wybierz dwunastu ludzi którzy mają najgęstsze brody, albo widać, że im wyrosną. Przede wszystkim nie bierz żadnych blondynów ani rudych – tylko ludzi z czarnym zarostem, których wystawisz do przodu’”.
Dostaną oni siekiery i będą nosić bermyce oraz białe skórzane fartuchy, słowem – zostaną saperami – maszerującymi na przedzie kolumny pułkowej:
„Zrobiłem więc przegląd tych 1500 dwuletnich bród tak szybko, jak się dało. Większość wciąż była bez zarostu. Ledwie 25 czy 30 spośród nich było pisane zobaczyć znów ogień w kominku u swojej matki”.
W tym samym czasie, Armia Obserwacyjna Łaby20, która niedługo zostanie I Korpusem, jest musztrowana i ćwiczona do osiągnięcia stopnia sprawności „prawie równającego się Gwardii Cesarskiej”, pod dowództwem budzącego postrach miłośnika dyscypliny, marszałka Davouta, księcia Eckmühl. Jeden z jej najmocniejszych pułków, 85 Pułk Piechoty Liniowej, spędził zimę w silnie ufortyfikowanym mieście Głogów, „jak w mieście oblężonym”. Korpulentny drugi major jej pierwszego batalionu, C.F.M. Le Roy6 jest zagorzałym demokratą, który z pogardą spogląda na wszystkie osoby o błękitnej krwi, Napoleona uważa za „przedsiębiorczego geniusza”, a Rosjan – za barbarzyńców. Po „zrozumieniu, że urodził się wśród narodu znienawidzonego przez wszystkie inne”, rozpoczął swą karierę wojskową „przypadkiem”, jako rekrut w 1795, lecz „kontynuował ją już z upodobania”. W czasie zimy 1811/12 rozbawiło go, gdy zobaczył, jak chętnie żony miejscowej szlachty, „bez strachu o skalanie szlacheckiej części swojej krwi”, uprawiały hazard i tańczyły z młodymi oficerami w Grand Casino. Za nie mniej zabawne uważał też, że „niejedna miała ochotę stanąć do szeregu – i bardzo im się to podobało”.
Także w południowych Niemczech, poszczególne księstwa zdominowanego przez Francuzów Związku Reńskiego z bólem serca dostarczają świeżych kontyngentów VIII Korpusowi generała Vandamme’a. W tymsamym czasie Hieronim Bonaparte, król Westfalii, kłopotliwy najmłodszy braciszek Napoleona, chociaż pozbawiony doświadczenia wojskowego, z podobną niechęcią szykuje się do objęcia ogólnego dowództwa i nad VIII, i nad V (polskim) Korpusem księcia Poniatowskiego, oraz nad Sasami generała Reyniera (VII). Żadna z tych niemile widzianych ofiar nie jest w dodatku nowością. W 1806 roku, malutkie księstwo Sasko-Koburskie zostało wręcz zalane przez niebieskie mundury Francuzów; a zaledwie dziesięć miesięcy temu, dobrotliwa diuszesa Augusta7 z bólem przyglądała się jak:
„szczątki naszego biednego małego kontyngentu powracają z Hiszpanii – osiemnastu ludzi z 250! Większość strat została poniesiona nie w walce, lecz głównie z powodu chorób, niedostatku i zaniedbania, nakładających się na trudności spowodowane hiszpańskim klimatem. Pół miasta wyległo na ulice, aby powitać pozostałych przy życiu,”
zapisała w swoim pamiętniku. Teraz z przygnębieniem patrzy na wymarsz nowego kontyngentu,8 tym razem na Północ.9
Ta nowa Wielka Armia na pewno nie składa się tylko z chętnych żołnierzy. Wręcz przeciwnie. W całej Europie – nawet w dalekim Neapolu, gdzie olśniewający szwagier Napoleona Joachim Murat ubiera swoich lazzaroni22 i zwolnionych więźniów w wyjątkowo kolorowe mundury – wszyscy nieżonaci osiemnastolatkowie, których nie było stać aby opłacić zastępców, żeby poszli i zostali za nich zabici10, a którzy wyciągnęlinajkrótszą słomkę z ręki rekrutującego sierżanta – to znaczy wszyscy, którzy nie uciekli na wzgórza i nie zostali „bandytami” – odprowadzani są na skraj swego miasta czy wioski przez płaczące rodziny, które nawet nie oczekują, że ich jeszcze kiedyś zobaczą. Jak zwykle, dezercja po drodze do centrum szkoleniaPułkowe centra szkolenia nazywano wtedy „zakładami pułkowymi”23. jest masowa. Większość wieśniaków niechętnych jest zaciągowi. Świadkiem branki do 2 Pułku Piechoty Legii Nadwiślańskiej w Poznaniu jest porucznik Henryk Brandt11, który zauważa, że znaczna część rekrutów nigdy w życiu nie nosiła butów czy spała w łóżku, a „biały chleb i kawę znała tylko ze słyszenia”. Ich przywiązanie do sztandaru musi opierać się więc na połączeniu dobrego jedzenia, zakwaterowania, i, dla dezerterów („prawie wszyscy zostali schwytani”) 50 do 60 uderzeń trzciną w siedzenie. Po przyprowadzeniu całego pułku marszowego dezerterów z Ile de Ré do Lubeki Józef Guitard12, wysoki kasztanowłosy kapitan z pułku Coigneta, musi wracać do Prus po następny. Z takich niedoszłych dezerterów składa się odpowiednik całej dywizji Wielkiej Armii.
Napoleon, rzecz jasna, wie doskonale o co mu chodzi i czyjemu dobru służy. Dobru narodu francuskiego, oczywiście. Kto jednak jest tym „narodem”? Naturalnie klasy średnie, w przeciwieństwie do le peuple24, o którym pewnego dnia Cesarz chełpi się przed Narbonnem, że go „spacyfikował – zbrojąc go”. Dodając jako wniosek: „w moich rękach wojna stała się antidotum przeciwko anarchii.” Jeśli chodzi o starych arystokratów, to ci z nich, którzy zaangażowali się po stronie nowego tronu, „wyniesionego”, z czego Napoleon zdawał sobie sprawę, „na bagnetach Gwardii Cesarskiej – samych synów wolnych chłopów”, w części tylko są naprawdę oddani jego sprawie, jeśli już nie, jak Caulaincourt i Narbonne, jego polityce. Pozostałych, może nawet większość, można z pewnością zaliczyć do niezdecydowanych: „Niebieski jest zawsze niebieski, biały jest zawsze biały,”25 powie kiedyś Cesarz ze smutkiem Gaspardowi Gourgaudowi na Świętej Helenie.
Między oficerami-arystokratami z całego serca oddanymi sprawie Napoleona jest generał hrabia Filip de Ségur13. Jednego dnia w okresie Konsulatu, ten syn wybitnego ojca, tak jak on wroga Rewolucji, wałęsał się przed bramami Tuileries w stanie tak głębokiej depresji, że zastanawiał się nad samobójstwem, kiedy nadbiegł truchtem oddział szaserów26 Gwardii Konsularnej. Na tym potomku pradawnej kasty francuskich wojskowych widok ich olśniewających zielono-czerwonych mundurów i pozostałego ekwipunku zrobił wrażenie porównywalne chyba tylko z wizją Sw. Pawła na drodze do Damaszku. Wiążąc swój los z losem nowego Cezara, młody Filip de Ségur po prostu poszedł i się przyłączył; i – podobnie jak inny szlachcic – Montesquiou Fézensac, oczywiście szybko awansował. Po różnych kolejach losu został teraz oficerem przy Cesarskiej Kwaterze Głównej, gdzie jego specjalnym zadaniem jako zastępcy Prefekta Pałacu jest nadzór nad mułami jucznymi, które w czasie kampanii używane są do transportu złotej cesarskiej zastawy obiadowej i innych sprzętów domowych. Jeśli połowa umysłu de Ségura jest głęboko pochłonięta sprawami wojskowymi, to druga połowa tkwi nie mniej głęboko w literaturze klasycznej; nie można wykluczyć, że już wtedy zastanawiał się nad wielkim dziełem historycznym. Nie znaczy to, żeby on sam, czy ktokolwiek inny, mógł już tej wiosny 1812 wyobrazić sobie, czym ono będzie. Wypełniony żarliwym, chociaż – przynajmniej w oczach Gourgauda – trochę jednak zbyt ambiwalentnym zachwytem dla swojego idola, de Ségur już teraz zdaje sobie sprawę, że ze wszystkich sojuszników wcielanych, aby służyć podczas tej gigantycznej ekspedycji „tylko Włosi i Polacy są naprawdę entuzjastycznie nastawieni do naszej sprawy”.
W odniesieniu do żadnego z oficerów Wielkiej Armii nie jest to bardziej prawdziwe niż w przypadku oficera z Elby, o nazwisku Cezary de Laugier (czyli Loggia). Opuszczając Mediolan w lutym, wraz z resztą IV Korpusu księcia Eugeniusza, oficer sztabu Gwardii Honorowej Królestwa Włoch, której każda kompania pochodzi z innego miasta północnej Italii i ma innego koloru lamówki na swoich zielono-białych mundurach, przekroczył Alpy i stanął na kwaterach wojskowych w południowych Niemczech. Jest pewien, że tutejsi mieszkańcy ich „kochają”. Wewnątrz jego nowego hełmu w stylu greckim, którego ogromny, ozdobiony pióramiczub wieńczy drapieżna, pozłacana głowa orła z agresywnym dziobem, głowa Cezarego de Laugier pełna jest wyobrażeń o wojennych czynach starożytnych bohaterów. Sam nie pozbawiony naiwności, przedstawia wzruszający obraz mentalności swoich krajanów:
„Nie znają innej świętości nad swojego władcę. Żadnych racji prócz siły. Żadnej pasji prócz chwały. Wszystko wygładza walec dyscypliny i biernego posłuszeństwa, głównych cnót żołnierza. Nieświadomi tego co ich czeka, są tak przekonani o słuszności swojej sprawy, że nigdy nawet nie próbują się dowiedzieć, do jakiego kraju są wysyłani. Słysząc na początku każdej wojny, że pisane jest im wymierzyć ostateczny cios chwiejnemu mocarstwu Anglików, w końcu mylą z Anglią wszystkie istniejące mocarstwa… oceniają dystans oddzielający ich od celu ilością dni, które od kilku już lat spędzają, maszerując zjednego krańca Europy na drugi. Nigdy jednak nie docierają do owego kraju, celu ich wszystkich wysiłków, który ciągle umyka im sprzed oczu.”
Podczas przeglądu 14 maja na esplanadzie w Głogowie, już poza miejskimi fortyfikacjami, nasz oficer sztabu napisze w swoim pamiętniku:
„Cały IV Korpus jest pod bronią. Wicekról przybył tu wczoraj. Gwardia Królewska, zajmująca w tej chwili prawy skraj niezwykle długiego pierwszego szeregu, znalazła się na miejskim cmentarzu. Tylko groby przerywają nasze przepisowe ustawienie. Niektóre zabobonne umysły dopatrują się w tych okolicznościach jakiejś złowieszczej przepowiedni i narzekają, że tu właśnie nas postawiono. Rzymskie legiony z pewnością złożyłyby ofiary swym bogom, aby odpędzić tak złowrogie wróżby.”
Jednak widocznie książę Eugeniusz, nieco flegmatyczny, lecz bardzo zdolny żołnierz, jest ponad takie obawy; w rozkazie dziennym wyraża swoją satysfakcję ze stanu IV Korpusu. Nic nie mogłoby bardziej ucieszyć oficera sztabowego Guardia d’Onore.
Jak zawsze, są też komplikacje polityczne. Niektórych z nich, w przeciwieństwie do tych wewnętrznych, nie da się wygładzić dekretem cesarskim. Już od jakiegoś czasu ambasady Francji i Brytanii w Konstantynopolu prześcigają się w sztuce przekupywania urzędników tureckich. Francuzi – aby utrzymać Turcję w stanie wojny z Rosją, Brytyjczycy – aby został zawarty pokój. A ponieważ Turkom ostatnio nieźle się dostaje, istnieje wyraźne niebezpieczeństwo, że brytyjskie złoto przeważy nad francuskim, zwalniając w ten sposób Armię Mołdawii generała Tormasowa, która będzie mogła pomaszerować na północ, aby zagrozić południowemu skrzydłu Wielkiej Armii. Napoleon ma nadzieję, że zabezpieczył się już przeciwko takiej ewentualności, zmuszając swojego nowego teścia, cesarza Franciszka, aby dostarczył mu 30 000 Austriaków pod dowództwem księcia Schwarzenberga. No, nie tak całkiem znów zmuszając, bowiem była za to odpowiednia cena: Napoleon miał udzielić swojemu koledze cesarzowi gwarancji spokojnego władania jego nieuczciwie nabytymi ziemiami w Galicji, wyrwanymi Polakom w 1794.27 W tym przypadku wystąpiła nierozwiązywalna sprzeczność żądań: Polaków – aby przywrócił Galicję ich wymarzonemu królestwu, Austriaków – aby tego nie robił.
Szwecja, pokonana z kretesem przez Rosję w 1809, stanowi kolejny problem. W czasie wielkiego kryzysu, kiedy to Finlandia, a nawet wyspy Alandzkie zostały przez nią utracone, jej parlament, ponaglany przez niezależnie myślącego, młodego oficera, który akurat przebywał w Paryżu, wybrał niegdysiejszego rywala Napoleona, marszałka Bernadotte’a, na następcę tronu. Jedną z pierwszych rzeczy, o jakich dowiedział się on po przybyciu do Sztokholmu było to, że niezmiernie ważny przemysł hutniczy jego przybranego kraju był uzależniony od rynku brytyjskiego w stopniu nie mniejszym niż rosyjski. Stosunki francusko-szwedzkie, już i tak napięte, jeszcze bardziej się pogorszyły. W końcu Bernadotte zadeklarował swoją neutralność w zmaganiach wielkich mocarstw i w maju 1810, hrabia Lagerbielke, ambasador Szwecji w Paryżu, został przyjęty na audiencji w Tuileries:
„Nigdy nie widziałem cesarza w tak szalonej furii, przerastała ona wszystko co można sobie pod tym względem wyobrazić.
Oznajmił ze złością, że z powodu sprawy Szwecji nie przespał tej nocy ani godziny. ‘Moglibyście dać mi trochę odpocząć, potrzebne mi to! Brytyjscy jeńcy zostali zwróceni bez odszkodowania, czyż nie tak, Monsieur de Cadore?” (Minister, trzęsąc się, nie omieszkał odpowiedzieć na to pytanie, jak i na wszystkie inne, twierdząco.)
Przez godzinę i piętnaście minut Napoleon mówił i krzyczał, tak często się powtarzając i przerywając swój tok myśli, że Lagerbielke miał potem trudności z dokładnym przypomnieniem sobie wszystkiego co usłyszał. Oszczędził Szwecję po wojnie 1807, wykrzykiwał, lecz został „oszukany” przez Lagerbielkego:
„Neutralność już nie istnieje. Brytania jej nie uznaje więc ja też nie mogę. Jest wam ciężko? A nie pomyślicie, że mnie też jest ciężko, że Francji, Bordeaux, Holandii i Niemcom też jest ciężko? Dlatego trzeba z tym skończyć. Trzeba doprowadzić do pokoju na morzach, nieważne jakim kosztem”. (Tutaj złość cesarza staje się wręcz przerażająca.) „A tylko Szwecja jest odpowiedzialna za kryzys w którym się znalazłem! Szwecja bardziej mi zaszkodziła niż pięć Koalicji razem wziętych. Wybierajcie więc: otwarta wojna albo rzetelna przyjaźń. To moje ostatnie słowo. Do widzenia. Mam nadzieję, że zobaczymy się znowu w szczęśliwszych okolicznościach”.14
Z tymi słowami Tyran Korsykański wyszedł z pokoju,15 zostawiając Szweda, zdziwionego jeszcze bardziej, gdy odkrył przedpokój opuszczony „nawet przez służbowego oficera… czy to dla posłuszeństwa rozkazom, czy też przez dobrowolną grzeczność, bo cesarz kilkakrotnie podnosił głos do tego stopnia, że niemożliwym było nie słyszeć go w sąsiednim pomieszczeniu”. Zaś na początku 1812 roku, gdy Narbonne i Napoleon odbywali swoje fascynujące rozmowy w St-Cloud, Davoutowi rozkazano zająć Pomorze Szwedzkie za pomocą ruse de guerre28, przejąć całą szwedzką flotę handlową w jej portach, a szwedzkie garnizony odesłać do Francji jako jeńców wojennych.
Dla Szwedów była to kropla, która przelała czarę. Bernadotte ogłosił Szwecję państwem neutralnym, zawarł pokój z Brytanią i rozpoczął tajne negocjacje z carem.
Prusy stanowiły następny problem, choć pozornie był on niezbyt poważny. Pozbawione prawie połowy swojego obszaru i wciąż kipiące złością z powodu ogromnych odszkodowań wojennych, wypłacanych nieprzerwanie od 1806, jako „sojusznik” Francji, dostały rozkaz dostarczenia Wielkiej Armii trzydziestotysięcznego kontyngentu dla ochrony lewego skrzydła w ten sam sposób w jaki Austriacy mieli chronić prawe skrzydło. To spowodowało, że dwór berliński wysłał do Wiednia tajne misje sondażowe – misje, które, po trzech kolejnych całkowitych porażkach, nic nie wskórały. W tej sytuacji, aby „uniknąć” nieporozumień, marszałek Oudinot ze swoim trzydziestotysięcznym II Korpusem otrzymuje rozkaz zajęcia Berlina, a wysłany tam równocześnie Narbonne ma uprawiać swoją staromodną dyplomację na przerażonym dworze pruskim.
Przez całą wiosnę i wczesne lato 1812 drogi Europy rozbrzmiewają tupotem maszerujących butów, nie mniej niż siedmiu maszerujących na północ armii. Każda dywizja wyrusza dwa dni po poprzedniej. Zachowując odległość 100 kroków (70m) między batalionami, jej pułki maszerują „w dwóch rzędach, dzieląc się drogą, której środek zostawiają wolny”. Zatrzymują się na „pięć minut w każdej godzinie, a po trzech czwartych dziennego marszu na pół godziny” i z jednym dniem odpoczynku co pięć dni wędrują dalej na północ ze średnią szybkością 25 mil na dzień. Co drugi dzień odbierają racje, dostarczane wzdłuż trasy przez administrację hrabiego Daru16. „Krok podoficera maszerującego na czele pułku,” wyjaśnia zabawny gawędziarz, kapitan Elzéar Blaze (który sam ma szczęście nie być wysłanym do Rosji):
„musi być krótki i regularny, bo jeżeli prawa strona idzie normalnym krokiem, to lewa będzie musiała galopować. Najmniejsza przeszkoda na drodze, nawet jeśli to tylko rynsztok do przeskoczenia, powoduje problemy. Jeżeli pierwszy człowiek, który się na nią natknie zatrzyma się choćby na pół sekundy, to ludzie z ostatniego batalionu będą potem musieli biec przez piętnaście minut, żeby nadgonić. Doświadczony oficer widzi takie rzeczy od razu; daje rozkaz chwilowego postoju i wszystko znowu toczy się normalnym trybem. Gdy już przemaszerowaliśmy godzinę, następuje pięciominutowy postój, podczas którego możemy zapalić fajki. To się nazywa la halte des pipes29. Nie można przecież odbierać żołnierzowi jego przyjemności. Wszyscy żywią się tym, co mają w tornistrach, i potem znów w drogę, każdą przemaszerowaną ligę1 przerywając pięciominutowym postojem.”
Wyglądając ze swego okna w Dreźnie, stolicy królestwa Saksonii, dziewięciolatek Wilhelm von Kügelgen, patrzy jak przechodzą:
„Długie, ciemne kolumny Starej Gwardii, z ich dumnymi orłami, wysokimi bermycami, i marsowymi minami, unoszące się jak mroczne senne obrazy. Wojenny dźwięk bębnów i piszczałek, a potem upiorne postacie saperów z błyskającymi siekierami i długimi czarnymi brodami, za nimi zaś niekończące się kolumny transportowe. Dzień po dniu przechodzili pod naszymi oknami, człowiek za człowiekiem, brygada za brygadą. Widziałem prawie wszystkie oddziały Wielkiej Armii: wysokich karabinierów w kaskach z pióropuszami i złoconych kirysach, lekkich szaserów, huzarów, woltyżerów, wszystkie rodzaje piechoty i artylerię z porządnymi pojazdami ciągniętymi przez konie. Wreszcie, na końcu – długie kolumny z mostami pontonowymi i innym sprzętem wojskowym”.
To właśnie do Drezna ów nowy Karol Wielki rozkazał stawić się królom i książętom podbitej Europy, aby złożyli mu hołd. Ponieważ tylko niewielu z nich, jeśli poza królem Saksonii w ogóle ktokolwiek, jest szczerze przywiązanych do jego sprawy, być może uroczysty pokaz potęgi politycznej i wojskowej wpoi wszystkim przekonanie o daremności knucia za jego plecami? Teść Napoleona – cesarz Austrii – ma być gościem honorowym, a jego młoda córka Maria-Luiza, cesarzowa Francuzów, pierwszą damą. Król i królowa Prus muszą błagać, aby ich wpuszczono, a nawet wówczas przyjmowani są z niechęcią.
