Seria Napoleońska. 1812. Marsz na Moskwę - Paul Britten Austin - ebook

Seria Napoleońska. 1812. Marsz na Moskwę ebook

Paul Britten Austin

0,0
62,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

"1812" jest na swój sposób rewolucyjny. Ukazanie bowiem krok po kroku zdarzeń, widzianych jednocześnie przez stu ich uczestników różnej narodowości, będących zarówno blisko jak i daleko Napoleona jest niewątpliwie pionierskie. Oczywiście można gdybać, dlaczego autor wybrał te a nie inne źródła pamiętnikarskie i czy są one reprezentatywne dla uczestników wyprawy? [...] Jej największą wartością jest przedstawienie marszu na Moskwę w realnych szczegółach piórem jej uczestników, przez co staje się ona niemal "namacalnie" nam bliska. Żadna chyba ze znanych mi opublikowanych w Polsce książek nie oddaje nam okrucieństwa tej wojny tak dosadnie, jak dzieło Austina. Bitwa pod Borodino całkiem trafnie została zatytułowana - "Rzeź". Wspomnienia uczestników tej bitwy uświadamiają nam jak tanią wartością było w niej życie ludzkie i jak tragiczny był los rannych, a więc nieprzydatnych już do walki ludzi. Autor nie ustrzegł się niestety błędów faktograficznych, szczególnie dotyczących historii Polski. Zostały one wyszczególnione w przypisach redakcji. Nie mogą one jednak podważyć zasadniczej wartości książki. Zresztą najlepszą jej reklamą niech będzie zamieszczony poniżej tekst autorstwa D. Chandlera, niekwestionowanego autorytetu na Zachodzie w kwestiach napoleońskich. (ze wstępu)

Powyższy opis pochodzi od wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 918

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Fo­to­gra­fie: z ory­gi­na­łu

Re­dak­cja: A. Ryba

Ko­rek­ta: Jan Ty­giel­ski

Ry­su­nek na okład­ce: ©Ja­ro­sław Wró­bel

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Kwiat­kow­ska

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © 1993 Paul Brit­ten Au­stin by ar­ran­ge­ment with Mark Pa­ter­son

Co­py­ri­ght © for Po­lish edi­tion by ’’FIN­NA”

ISBN 978-83-68435-43-6

Wy­da­nie I

Ofi­cy­na wy­daw­ni­cza FIN­NA

80-768 Gdańsk, ul. Dzie­wa­now­skie­go 5/6

tel.: 603 892 042

e-mail: fin­na@fin­na.com.pl

www.fin­na.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

„Do po­tom­no­ści na­le­ży oce­na, czy po­peł­ni­łem błąd ru­sza­jąc na Mo­skwę.”

Na­po­le­on na Świę­tej He­le­nie

„Gdy czy­tam hi­sto­rię, któ­ra może być przed­mio­tem stu­diów każ­de­go, zwy­kłem brać pod uwa­gę, kim jest au­tor. Gdy au­to­rzy są żoł­nie­rza­mi, za­zwy­czaj wy­pa­tru­je się wte­dy spraw do­ty­czą­cych ich pro­fe­sji, w szcze­gól­no­ści zaś, opi­sów dzia­łań, w któ­rych oso­bi­ście bra­li udział”

Mon­ta­igne: Pró­by

„Czy­ta­nie hi­sto­rii współ­cze­snej jest na ogół naj­bar­dziej mę­czą­cym za­ję­ciem, ja­kie­mu może od­da­wać się czło­wiek: jest się prze­śla­do­wa­nym dzia­ła­nia­mi dość pa­skud­nej gru­py lu­dzi zwa­nych zdo­byw­ca­mi, bo­ha­te­ra­mi, lub wiel­ki­mi ge­ne­ra­ła­mi i brnie się przez stro­ny prze­ła­do­wa­ne szcze­gó­ła­mi mi­li­tar­ny­mi…”

Ar­tur Young (1741 – 1820)

„Za­wsze przed­kła­dam na­ocz­ne­go świad­ka nad spe­ku­la­cje”

Ba­ron Fain: Pa­mięt­ni­ki

Mo­je­mu sy­no­wi To­ma­szo­wi

i mo­je­mu wnu­ko­wi Ben­ko­wi

bez któ­rych cier­pli­wej za­chę­ty

i do­świad­cze­nia w pra­cy z kom­pu­te­rem

pra­ca ta w żad­nym przy­pad­ku nie by­ła­by moż­li­wa

OD WYDAWCY POLSKIEGO

Kim jest Paul Brit­ten Au­stin, czło­wiek, któ­ry „sfil­mo­wał” wy­pra­wę Na­po­le­ona na Mo­skwę przy po­mo­cy stu par oczu, speł­nia­ją­cych rolę ka­mer?

Otóż na pew­no na­le­ży on do wca­le nie ma­łej ro­dzi­ny „wa­ria­tów” na punk­cie epo­ki. Nie moż­na bo­wiem ot tak so­bie po­świę­cić 25 lat na na­pi­sa­nie książ­ki o czymś, cze­go nie jest się pa­sjo­na­tem. W swo­im ży­ciu imał się róż­nych za­jęć. Pod­czas woj­ny – był ra­dio­te­le­gra­fi­stą na stat­kach typu Li­ber­ty, pły­wa­ją­cych na tra­sie Ame­ry­ka-Eu­ro­pa. Po woj­nie po­zo­stał w Eu­ro­pie, miesz­ka­jąc we Fran­cji, Szwe­cji /mał­żeń­stwo z sio­strą zna­ne­go re­ży­se­ra Berg­ma­na/ i An­glii. Pro­wa­dził fir­mę tu­ry­stycz­ną, był tłu­ma­czem pro­zy i po­ezji z ję­zy­ka an­giel­skie­go na szwedz­ki, pi­sał tak­że wła­sne utwo­ry li­te­rac­kie. Ale tak na­praw­dę, w głę­bi du­cha był wiel­bi­cie­lem epo­ki na­po­le­oń­skiej, dla­te­go na­pi­sał tę nie ma­ją­cą pre­ce­den­su „fil­mo­wą” książ­kę. „1812” jest na swój spo­sób re­wo­lu­cyj­ny. Uka­za­nie bo­wiem krok po kro­ku zda­rzeń, wi­dzia­nych jed­no­cze­śnie przez stu ich uczest­ni­ków róż­nej na­ro­do­wo­ści, bę­dą­cych za­rów­no bli­sko jak i da­le­ko Na­po­le­ona jest nie­wąt­pli­wie pio­nier­skie. Oczy­wi­ście moż­na gdy­bać, dla­cze­go au­tor wy­brał te a nie inne źró­dła pa­mięt­ni­kar­skie i czy są one re­pre­zen­ta­tyw­ne dla uczest­ni­ków wy­pra­wy? Otóż miał on pra­wo do do­wol­ne­go wy­bo­ru źró­deł pa­mięt­ni­kar­skich. To jest bo­wiem jego „film”, on jest tu­taj re­ży­se­rem. Cza­sy, w któ­rych hi­sto­ria mu­sia­ła być t… zw. obiek­tyw­na i je­dy­na słusz­na mi­nę­ły już mam na­dzie­ję bez­pow­rot­nie. Z wy­bo­ru, któ­re­go do­ko­nał au­tor nie będą na pew­no za­do­wo­le­ni bez­kry­tycz­ni wiel­bi­cie­le Ce­sa­rza. Ci zaś, któ­rzy ra­czej po­rów­nu­ją go z Hi­tle­rem po­win­ni czuć się usa­tys­fak­cjo­no­wa­ni. Z pa­mięt­ni­ka bar­dzo bli­sko zwią­za­nej z nim oso­by, Cau­la­in­co­ur­ta wy­ni­ka, że to Na­po­le­on wła­śnie wcie­lał w ży­cie za­sa­dę, że „cel uświę­ca środ­ki”, dla nas, Po­la­ków tym bar­dziej przy­krą, że tym środ­kiem zda­ją się być Po­la­cy w cha­rak­te­rze „mię­sa ar­mat­nie­go”, a ce­lem włą­cze­nie Ro­sji do blo­ka­dy kon­ty­nen­tal­nej An­glii. Oczy­wi­ście rów­nie do­brze moż­na by przy­to­czyć sze­reg wy­po­wie­dzi Ce­sa­rza, któ­rych sens był­by prze­ciw­ny do tego, co usły­szał z ust Ce­sa­rza Cau­la­in­co­urt, a mia­no­wi­cie,że to wła­śnie nie­pod­le­głość Pol­ski sta­no­wi­ła pod­sta­wo­wy cel Na­po­le­ona, stąd na­zy­wał kam­pa­nię w Ro­sji „woj­ną pol­ską”. Roz­szy­fro­wy­wa­nie za­mie­rzeń Ce­sa­rza, acz­kol­wiek sza­le­nie in­te­re­su­ją­ce, nie jest jed­nak naj­waż­niej­szym ce­lem tej książ­ki.

Jej naj­więk­szą war­to­ścią jest przed­sta­wie­nie mar­szu na Mo­skwę w re­al­nych szcze­gó­łach pió­rem jej uczest­ni­ków, przez co sta­je się ona nie­mal „na­ma­cal­nie” nam bli­ska. Żad­na chy­ba ze zna­nych mi opu­bli­ko­wa­nych w Pol­sce ksią­żek nie od­da­je nam okru­cień­stwa tej woj­ny tak do­sad­nie, jak dzie­ło Au­sti­na. Bi­twa pod Bo­ro­di­no cał­kiem traf­nie zo­sta­ła za­ty­tu­ło­wa­na – „Rzeź”. Wspo­mnie­nia uczest­ni­ków tej bi­twy uświa­da­mia­ją nam jak ta­nią war­to­ścią było w niej ży­cie ludz­kie i jak tra­gicz­ny był los ran­nych, a więc nie­przy­dat­nych już do wal­ki lu­dzi.

Au­tor nie ustrzegł się nie­ste­ty błę­dów fak­to­gra­ficz­nych, szcze­gól­nie do­ty­czą­cych hi­sto­rii Pol­ski. Zo­sta­ły one wy­szcze­gól­nio­ne w przy­pi­sach re­dak­cji. Nie mogą one jed­nak pod­wa­żyć za­sad­ni­czej war­to­ści książ­ki. Zresz­tą naj­lep­szą jej re­kla­mą niech bę­dzie za­miesz­czo­ny po­ni­żej tekst au­tor­stwa D.Chan­dle­ra, nie­kwe­stio­no­wa­ne­go au­to­ry­te­tu na Za­cho­dzie w kwe­stiach na­po­le­oń­skich.

Re­dak­cja skła­da go­rą­ce po­dzię­ko­wa­nia: Woj­cie­cho­wi Chrza­now­skie­mu i Kle­men­ty­nie Chrza­now­skiej, tłu­ma­czom „Mar­szu na Mo­skwę” oraz p. Ra­fa­ło­wi Kle­czew­skie­mu za kon­sul­ta­cje me­ry­to­rycz­ne.

Dzię­ku­je tak­że wie­lu czy­tel­ni­kom, któ­rzy po uka­za­niu się pierw­szej książ­ki z „se­rii na­po­le­oń­skiej” ode­zwa­li się, z ra­do­ścią wi­ta­jąc nową se­rię na ryn­ku wy­daw­ni­czym, su­ge­ru­jąc na­stęp­ne po­zy­cje, któ­re re­dak­cja po­win­na ich zda­niem wy­dać.

Część z tych pro­po­zy­cji na pew­no weź­mie­my pod uwa­gę w przy­szło­ści Z gło­sa­mi czy­tel­ni­ków i do­bry­mi re­cen­zja­mi książ­ki Gal­la­he­ra „Że­la­zny Mar­sza­łek” kłó­ci się pseu­do­re­cen­zja tej książ­ki,za­miesz­czo­na w „Mó­wią Wie­ki”. Ku­li­sy tej re­cen­zji wy­ja­śniam w li­ście do re­dak­cji tego cza­so­pi­sma. Nie­ste­ty, list ten p. red. nacz. nie ośmie­lił się wy­dru­ko­wać na ła­mach „Mó­wią Wie­ki”, mimo, że w ra­mach pra­wa pra­so­we­go był do tego zo­bli­go­wa­ny. Dla­te­go za­miesz­czam go obec­nie na koń­cu książ­ki z dzi­ką wręcz sa­tys­fak­cją.

Dro­dzy czy­tel­ni­cy! Nadal będę cze­kał na wa­sze uwa­gi na te­mat tego co już opu­bli­ko­wa­li­śmy i su­ge­stie co do tego,co chcie­li­by­ście, aby jesz­cze opu­bli­ko­wać w ra­mach„se­rii na­po­le­oń­skiej”. Pa­mię­taj­cie, że ma­cie nie­po­wta­rzal­ną szan­sę współ­re­da­go­wać se­rię!

An­drzej Ryba

SŁOWO OD TŁUMACZY

Jako pierw­si czy­tel­ni­cy nie­zwy­kłej książ­ki Pau­la Brit­te­na Au­sti­na pt. „1812. Marsz na Mo­skwę”, pra­gnie­my po­dzie­lić się z czy­tel­ni­ka­mi, któ­rzy za­pra­gną się z nią za­po­znać, w pew­nej mie­rze po­przez na­sze oczy, kil­ko­ma uwa­ga­mi.

Książ­ka jest za­iste nie­zwy­kła, gdy­by taką nie była, nie by­ło­by i tego tłu­ma­cze­nia. Wy­ma­ga­ła ona od nas wie­le wy­sił­ku i de­ter­mi­na­cji do ukoń­cze­nia pod­ję­te­go za­da­nia. Przede wszyst­kim, au­tor – sce­na­riu­sza – jest je­den – sam P. B. Au­stin, lecz ope­ra­to­rów, jak po­wia­da, miał aż stu. Ozna­cza to, że do­słow­nie co aka­pit, a na­wet czę­ściej, sty­ka­li­śmy się z in­nym ro­dza­jem nar­ra­cji, eks­pre­sji iję­zy­ka. Cza­sa­mi aż szko­da było, gdy za su­ge­stią re­dak­cji, za­cie­ra­ły się nie­co in­dy­wi­du­al­ne ce­chy po­szcze­gól­nych au­to­rów. Tu­taj za­uwa­żyć na­le­ży, że wła­ści­wie, to nie­któ­re frag­men­ty były tłu­ma­czo­ne kil­ku­krot­nie, mak­sy­mal­nie – wjed­nym przy­pad­ku – aż 6 (sześć!) razy, przez kil­ka ko­lej­nych ję­zy­ków, co też nie uła­twia­ło za­da­nia. Zwłasz­cza do­ty­czy­ło to nazw wła­snych (miej­sco­wo­ści, na­zwisk, obiek­tów te­re­no­wych), któ­re już na eta­pie tłu­ma­cze­nia były we­ry­fi­ko­wa­ne po raz pierw­szy z kil­ku­na­sto­ma po­zy­cja­mi li­te­ra­tu­ro­wy­mi, za­nim jesz­cze pod­ję­li te­mat eks­per­ci. Była to ist­na mo­zai­ka, czy też puz­zle, skła­da­na tym mo­zol­niej, że wy­da­nie ory­gi­nal­ne nie mia­ło, ła­god­nie mó­wiąc, sta­ran­nej re­dak­cji. W kil­ku­na­stu przy­pad­kach zmu­sze­ni by­li­śmy, po­dob­nie zresz­tą i eks­per­ci, do po­zo­sta­wie­nia nazw ory­gi­nal­nych (tzn. z wy­da­nia an­giel­skie­go, cza­sem za­iste «ory­gi­nal­nych»). Uwa­ża­li­śmy, że za­da­niem tłu­ma­cza jest tłu­ma­czyć, a nie po­pra­wiać au­to­ra, lecz w przy­pad­kach oczy­wi­stych i ła­two za­uwa­żal­nych, su­ge­ro­wa­li­śmy re­dak­cji czy­nie­nie przy­pi­sów. Rzad­ko spo­ty­ka­ne wję­zy­ku pol­skim łą­cze­nie cy­ta­tów z nar­ra­cją wła­sną au­to­ra – czę­sto kil­ku­krot­nie w ra­mach jed­ne­go zda­nia – było już za­gad­nie­niem prost­szym, choć jak się je uda­ło roz­wią­zać – oce­nią już sami czy­tel­ni­cy.

Tra­dut­to­ri e tra­di­to­ri

Woj­ciech Chrza­now­ski i Kle­men­ty­na Chrza­now­ska

SŁOWO WSTĘPNE

Da­vid G. Chan­dler

Ma­gi­ster Oxfor­du, Dok­tor li­te­ra­tu­ry,

Czło­nek Kró­lew­skie­go To­wa­rzy­stwa Hi­sto­rycz­ne­go,

Czło­nek Kró­lew­skie­go To­wa­rzy­stwa Geo­gra­ficz­ne­go,

Dzie­kan Wy­dzia­łu Stu­diów Wo­jen­nych,

Kró­lew­ska Aka­de­mia Woj­sko­wa w San­dhurst

Ze wszyst­kich, tak licz­nych kam­pa­nii wo­jen­nych ca­łej Hi­sto­rii, od świ­tu ery bro­ni pal­nej aż do po­cząt­ku XX wie­ku, na­jazd Na­po­le­ona na car­ską Ro­sję w 1812 ro­ku­jest praw­do­po­dob­nie kam­pa­nią naj­le­piej zna­ną na ca­łym świe­cie – i ist­nie­ją po temu uza­sad­nio­ne przy­czy­ny. Je­że­li cho­dzi o ska­lę, tak pod wzglę­dem za­an­ga­żo­wa­nej siły ży­wej, jak i za­się­gu geo­gra­ficz­ne­go, je­dy­nym sto­sow­nym tu­taj sło­wem jest epo­pe­ja. W kam­pa­nii tej bra­ło udział po­nad pół mi­lio­na żoł­nie­rzy Na­po­le­ona, a w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku – nie­mal tyle samo wo­jow­ni­ków Alek­san­dra I. Z Ber­li­na do Mo­skwy jest ty­siąc mil, a dla Fran­cu­zów i ich so­jusz­ni­ków, sie­dem­set tych mil, od chwi­li prze­kro­cze­nia Nie­mna, pro­wa­dzi­ło przez wro­gie, głów­nie ja­ło­we ob­sza­ry la­sów i otwar­tych rów­nin. Dla Na­po­le­ona

Nie­men miał oka­zać się jego Ru­bi­ko­nem: zje­go prze­kro­cze­nia wy­nik­nąć mia­ły rze­czy de­cy­du­ją­ce i nie­od­wra­cal­ne – pro­wa­dzą­ce do jego bliź­nia­czych upad­ków, pierw­sze­go – w kwiet­niu 1814, a po­tem (po epi­zo­dzie z ze­sła­niem na Elbę) – osta­tecz­ne­go ka­ta­kli­zmu pod Wa­ter­loo w 1815. Ska­la dzia­łań w roku 1812 jest nie­mal nie do wia­ry, a ich ofia­ry – woj­sko­we i cy­wil­ne, fran­cu­skich na­jeźdź­ców i ro­syj­skich obroń­ców – wstrzą­sa­ją na­wet dzi­siaj, mimo o wie­le więk­szych strat w dwóch ko­lej­nych woj­nach świa­to­wych XX wie­ku. Trze­ba jed­nak pa­mię­tać, że licz­ba lud­no­ści obu kra­jów była mniej­sza w 1812 niż w 1914, czy 1939 – pro­por­cjo­nal­nie więc róż­ni­ca strat jest na­wet mniej­sza niż może się to wy­da­wać na pierw­szy rzut oka.

Słyn­ny pru­ski żoł­nierz, fi­lo­zof i hi­sto­ryk, Carl von Clau­se­witz, na­zwał kie­dyś woj­nę „dra­ma­tem na­mięt­no­ści”. Taką też z pew­no­ścią jest – ajed­ną z głów­nych cech tego no­we­go po­dej­ścia do sta­re­go te­ma­tu, ja­kie za­sto­so­wał Paul Brit­ten Au­stin, jest jego spo­sób uży­cia słów, wspo­mnień i, cza­sem nie­do­sko­na­łej, ludz­kiej pa­mię­ci – bo­wiem upływ cza­su po­tra­fi wy­czy­niać z nią naj­dziw­niej­sze rze­czy, cze­go aż nad­to świa­dom jest każ­dy hi­sto­ryk, któ­ry kie­dy­kol­wiek roz­ma­wiał ze sta­ry­mi żoł­nie­rza­mi – prze­szło stu spo­śród tych, co prze­ży­li – uczest­ni­ków dra­ma­tycz­nych wy­da­rzeń we Wschod­niej Eu­ro­pie przed stu osiem­dzie­się­ciu je­den laty. Same wy­da­rze­nia hi­sto­rycz­ne były wie­lo­krot­nie przy­po­mi­na­ne – tyl­ko w ostat­nich pię­ciu la­tach uka­za­ły się czte­ry po­waż­ne opra­co­wa­nia – lecz nig­dy jesz­cze nie po­ja­wi­ło się coś wła­śnie ta­kie­go, przy­najm­niej na taką ska­lę.

Bo­wiem to wła­śnie hi­sto­ria 1812 roku wi­dzia­na przez na­ocz­nych świad­ków – przede wszyst­kim Fran­cu­zów, Ro­sjan, Ukra­iń­ców, wszel­kiej pro­we­nien­cji Niem­ców, oraz Wło­chów – roz­ma­itej ran­gi, czy to woj­sko­wej, czy cy­wil­nej, sta­no­wi punkt cen­tral­ny, na któ­rym kon­cen­tru­je się owo nowe po­dej­ście; in­ny­mi sło­wy jest to ludz­ki spo­sób wi­dze­nia spraw. Woj­na, gdy uwzględ­ni się wszyst­ko, co w tej ma­te­rii po­wie­dzia­no i ro­bio­no, do­ty­czy przede wszyst­kim istot ludz­kich pod­da­nych po­łą­cze­niu stre­su, zmien­nej pro­por­cji nie­wy­gód, gło­du, tę­sk­no­ty za do­mem, nudy i nie­bez­pie­czeń­stwa, z oka­zyj­nym do­dat­kiem krót­kich chwil czy­stej eu­fo­rii czy też ab­so­lut­nej gro­zy, do­rzu­co­nych ni­czym szczyp­ta „przy­praw”.

Moż­na tu za­po­ży­czyć tezę od Eu­kli­de­sa, sta­ro­żyt­ne­go ma­te­ma­ty­ka-geo­me­try z Alek­san­drii, że „ca­łość jest sumą wszyst­kich swo­ich czę­ści”. Po obu stro­nach prze­szło mi­lion uzbro­jo­nych lu­dzi – wśród nich na­wet ko­bie­ty, wal­czą­ce w nie­re­gu­lar­nych gru­pach par­ty­zanc­kich Da­wi­do­wa1 – i do tego może na­wet trzy mi­lio­ny cy­wi­lów, zo­sta­ło w taki czy inny spo­sób uwi­kła­nych w na­jazd Na­po­le­ona na Ro­sję oraz na­stę­pu­ją­cy po nim ka­ta­klizm, jaki do­tknął jego ar­mię. Do Ro­sji wkro­czy­ło po­nad 650 000 Fran­cu­zów i ich so­jusz­ni­ków (włą­czyw­szy re­zer­wy), z któ­rych je­dy­nie oko­ło 110 000 do­ży­ło prze­kro­cze­nia Nie­mna w dro­dze po­wrot­nej (wli­cza­jąc w to siły na skrzy­dłach i wy­co­fu­ją­ce się przed głów­ną gru­pą ar­mii) a spo­śród oca­la­łych, praw­do­po­dob­nie aż 75% ucier­pia­ło od gło­du, od­mro­żeń, ran i cho­rób, z cze­go wkrót­ce mie­li umrzeć lub po­zo­stać ka­le­ka­mi na resz­tę ży­cia. Ar­miom i miesz­kań­com Świę­tej Rusi z pew­no­ścią dzia­ło się jesz­cze go­rzej, choć znaj­do­wa­li po­cie­chę w osta­tecz­nym zwy­cię­stwie nad ob­cym na­jeżdż­cą, pro­wa­dzo­nym przez jed­ne­go z dwóch naj­więk­szych ge­niu­szy woj­sko­wych ca­łej Hi­sto­rii. Ni­cze­go wię­cej nig­dy już się nie do­wie­my.

Spo­śród ak­tyw­nych i po­tra­fią­cych pi­sać uczest­ni­ków, Paul Brit­ten Au­stin wy­brał 100 lu­dzi, któ­rych hi­sto­rie splótł ra­zem – 100 lu­dzi, czy­li jed­ną dzie­się­cio­ty­sięcz­ną część uczest­ni­ków kam­pa­nii, za­le­d­wie 0,1%, jed­na dzie­sią­ta, z jed­nej dzie­sią­tej, z jed­nej dzie­sią­tej2. Po­trze­bo­wał wszyst­kie­go 400 stron, aby prze­nieść nas znad brze­gów prze­kra­cza­ne­go 24 czerw­ca, nie­mal bez opo­ru, z nie­przy­ja­cie­lem pra­wie nie­wi­docz­nym, Nie­mna, do oku­pa­cji przez Fran­cu­zów opu­sto­sza­łej Mo­skwy, za­le­d­wie 82 dni póź­niej. Jego dzie­ło wy­peł­nia­ją po brze­gi wiel­kie i małe wy­da­rze­nia wo­jen­ne – obej­mu­ją­ce wiel­kie, pre­cy­zyj­nie za­pla­no­wa­ne i mi­strzow­sko prze­pro­wa­dzo­ne bi­twy jak Bo­ro­di­no lub Smo­leńsk, jak i małe po­tycz­ki,czy spo­tka­nia wy­su­nię­tych po­ste­run­ków, któ­re nig­dy nie zo­sta­ły na­wet na­zwa­ne. Cóż jed­nak leży za Mo­skwą? Z pew­no­ścią zna­my na­gie fak­ty hi­sto­rycz­ne: ca­ło­mie­sięcz­ne zwle­ka­nie przez Na­po­le­ona w Mo­skwie; po­czą­tek dłu­gie­go od­wro­tu w okre­sie pięk­nej, je­sien­nej po­go­dy; nie­po­trzeb­ne fia­sko pod Ma­ło­ja­ro­sław­cem; fa­tal­nie zmie­nio­na tra­sa od­wro­tu przez Bo­ro­di­no do Smo­leń­ska przy zmia­nie po­go­dy na naj­gor­szą moż­li­wą; bi­twy wszel­kie­go ro­dza­ju i ska­li z nę­ka­ją­cy­mi i ści­ga­ją­cy­mi Fran­cu­zów Ro­sja­na­mi pod do­wódz­twem Ku­tu­zo­wa w ta­kich miej­scach jak Kra­sne i Or­sza; po­tęż­ny dra­mat prze­kra­cza­nia Be­re­zy­ny pod bez­po­śred­nim ogniem nie­przy­ja­cie­la; los ty­się­cy ma­ru­de­rów; za­ła­ma­nie się zwar­tych for­ma­cji oraz in­dy­wi­du­al­nej dys­cy­pli­ny żoł­nie­rzy, któ­rzy – opusz­cze­ni 5 grud­nia przez Ce­sa­rza, któ­ry wy­je­chał do Pa­ry­ża, aby uci­szyć plot­ki o swo­jej śmier­ci, zmiaż­dżyć spi­ski, a przede wszyst­kim za­cząć two­rze­nie no­wej ar­mii, ma­ją­cej sta­wić czo­ła VI Ko­ali­cji – wle­kli się z po­wro­tem w co­raz to gor­szych wa­run­kach po­go­do­wych, z tem­pe­ra­tu­rą spa­da­ją­cą przy paru oka­zjach po­ni­żej mi­nus 30 stop­ni, z licz­bą ofiar ży­wio­łów prze­kra­cza­ją­cą to, czym mógł im za­szko­dzić wróg, a wresz­cie, ostat­ni czło­wiek ma­ją­cy opu­ścić zie­mię Świę­tej Mat­ki Ro­sji – zmie­nio­ny nie do po­zna­nia mar­sza­łek Ney, na­zwa­ny już wcze­śniej przez swe­go wład­cę „naj­dziel­niej­szym z dziel­nych” – na owi­nię­tych w szma­ty no­gach, nie­my­ty i nie­go­lo­ny, po dzie­się­ciu dniach de­spe­rac­kich ak­cji jako do­wód­ca stra­ży tyl­nej, z ka­ra­bi­nem sze­re­go­we­go żoł­nie­rza pod lewą pa­chą: wszyst­ko to jesz­cze na­dej­dzie w ocze­ki­wa­nych z nie­cier­pli­wo­ścią ko­lej­nych to­mach.

Mamy tu­taj, w ra­mach jed­nej kam­pa­nii, dra­mat o wy­mia­rze sta­ro­żyt­nej tra­ge­dii grec­kiej. Wiel­kie aspi­ra­cje, fa­tal­ne błę­dy w oce­nie, bo­ha­ter­scy i nie­ustra­sze­ni prze­ciw­ni­cy, ogrom­ne lecz osta­tecz­nie zmar­no­wa­ne osią­gnię­cia, pod ko­niec – „zmierzch bo­gów” – pro­wa­dzą­cy nie­uchron­nie, ni­czym ne­me­sis, do osta­tecz­nej klę­ski, a wresz­cie – co wca­le nie jest naj­mniej waż­ne – pod­wa­li­ny no­wej le­gen­dy, ma­ją­cej łu­dzić, fa­scy­no­wać i prze­ra­żać ko­lej­ne po­ko­le­nia ludz­ko­ści. Wszyst­ko to z na­wiąz­ką przed­sta­wia nową Erę He­ro­icz­ną.

Nic dziw­ne­go, że wiel­ki po­wie­ścio­pi­sarz Toł­stoj uczy­nił tę hi­sto­rię tre­ścią dru­giej po­ło­wy naj­więk­szej po­wie­ści hi­sto­rycz­nej wszyst­kich cza­sów – Woj­ny i po­ko­ju. Ani też temu, że książ­ka ta fa­scy­no­wa­ła kil­ka po­ko­leń pro­du­cen­tów fil­mów. Wie­lu za­pa­mię­ta Au­drey Hep­burn i Hen­ry’ ego Fon­dę jako od­twór­ców głów­nych ról w wer­sji ame­ry­kań­skiej wy­twór­ni Pa­ra­mo­unt Films (1966), z Her­ber­tem Lo­mem jako Na­po­le­onem, po któ­rej na­sta­pi­ło – a na­wet z pew­no­ścią ją prze­ści­gnę­ło – bez­względ­ne ar­cy­dzie­ło, sied­mio-i-pół­go­dzin­na Woj­na i Mir Ser­gie­ja Bon­dar­czu­ka, wy­pro­du­ko­wa­ne w la­tach 1963-1967, z udzia­łem 20 000 ra­dziec­kich żoł­nie­rzy w sce­nach bi­tew­nych. Po­tem przy­szedł se­rial te­le­wi­zji BBC, jej pierw­sza, wiel­ka, barw­na epo­pe­ja w 20 od­cin­kach (1972) w re­ży­se­rii Da­vi­da Con­roya i Joh­na Da­vi­sa, pra­cu­ją­cych w opar­ciu o sce­na­riusz Jac­ka Pul­ma­na, w któ­re­go ob­sa­dzie wy­ko­rzy­sta­no sław­nych ak­to­rów bry­tyj­skich, na cze­le z Mo­rag Hood, To­nym (obec­nie Sir An­tho­nym) Hop­kin­sem i Ala­nem Do­biem w ro­lach głów­nych, nie za­po­mi­na­jąc o usłu­gach od­da­nych pro­duk­cji przez 2500 żoł­nie­rzy ju­go­sło­wiań­skich wojsk te­ry­to­rial­nych w sce­nach wiel­kich bi­tew, krę­co­nych w dwóch miej­scach nad Du­na­jem w po­bli­żu mia­sta Nowy Sad (daw­ny Pe­ter­wa­raż­dyn). A cał­kiem ostat­nio, jed­no­go­dzin­ny film wi­deo wy­pro­du­ko­wa­ny przez wy­twór­nię Crom­well Pro­duc­tions, The Road to Mo­scow (Dro­ga do Mo­skwy) z 1992 roku, w se­rii Cam­pa­igns in Hi­sto­ry (Hi­sto­rycz­ne kam­pa­nie wo­jen­ne)3. Au­tor ni­niej­sze­go wpro­wa­dze­nia miał wiel­kie szczę­ście brać czyn­ny udział w obu ostat­nich przed­się­wzię­ciach, jako do­rad­ca woj­sko­wy.

Tyle o za­in­te­re­so­wa­niu me­diów. Znacz­nie waż­niej­sze jest to, że wie­lu zna­ko­mi­tych hi­sto­ry­ków woj­sko­wo­ści stwo­rzy­ło zna­ko­mi­te i pa­mięt­ne dzie­ła na­uko­we do­ty­czą­ce kam­pa­nii 1812 roku. Moż­na po­my­śleć tu o Se­ven Ro­ads to Mo­scow (Sie­dem dróg do Mo­skwy) ge­ne­ra­ła Jack­so­na (1958), an­to­lo­gii 1812; Ey­ewit­ness Ac­co­unts of Na­po­le­on’s De­fe­at in Rus­sia (1812; Świa­dec­twa na­ocz­nych świad­ków klę­ski Na­po­le­ona w Ro­sji) An­to­ny’ego Bret­ta-Ja­me­sa (1966), With Na­po­le­on in Rus­sia (ZNa­po-le­onem w Ro­sji) Ala­na Pal­me­ra (1967), With Na­po­le­on in Rus­sia (Z Na­po­le­onem w Ro­sji) C. Vos­sle­ra (1969), Bo­ro­di­no: Na­po­le­on aga­inst Rus­sia (Bo­ro­di­no: Na­po­le­on prze­ciw Ro­sji) Chri­sto­phe­ra Duf­fy’ego (1972), The War of the Two Em­pe­rors (Woj­na dwóch ce­sa­rzy) Cur­ti­sa Cate’a (1985), Na­po­le­on, 1812 Joh­na Ni­chol­so­na (1986),

In­va­sion of Rus­sia (Na­jazd Na­po­le­ona na Ro­sję) Geo­r­ge’a Na­fzi­ge­ra (1988), 1812: Na­po­le­on’s Rus­sian Cam­pa­ign (1812: Kam­pa­nia ro­syj­ska Na­po­le­ona) Ri­char­da Rieh­na (1990), czy wresz­cie i mój wła­sny nie­wiel­ki pre­zent dla ofi­ce­rów Ar­mii Bry­tyj­skiej stu­diu­ją­cych na Niż­szym Kur­sie Do­wód­czo-Szta­bo­wym (Część Czwar­ta, Kurs Ko­re­spon­den­cyj­ny) Na­po­le­on’s Cam­pa­ign in Rus­sia 1812 (Kam­pa­nia Na­po­le­ona w Ro­sji – 1812) (1986, cał­kiem nie­spo­dzie­wa­nie dzieł­ko to do­pro­wa­dzi­ło do roz­po­czę­cia se­rii wy­daw­ni­czej Osprey Cam­pa­ign Se­ries) – aż dzie­więć po­zy­cji od 1958 roku. Nie bra­ko­wa­ło więc ostat­nio no­wych po­dejść do te­ma­tu.

Pew­ne­go dnia w roku 1973, w biu­rze wy­daw­cy Lio­ne­la Le­ven­tha­la, na­ro­dził się po­mysł stwo­rze­nia cał­kiem od­mien­ne­go, bez­po­śred­nie­go po­ka­za­nia wy­da­rzeń 1812 roku. Po­tem, w 1979, (ory­gi­nal­ne) wy­daw­nic­two Arms and Ar­mo­ur Press wzno­wi­ło Me­mo­irs of Ser­ge­ant Bo­ur­go­gne (Pa­mięt­ni­ki sier­żan­ta Bo­ur­go­gne ’a), do­ty­czą­ce przede wszyst­kim strasz­li­we­go od­wro­tu. Obec­nie przed­sta­wia­ny pań­stwu tom wy­ma­gał 20 lat doj­rze­wa­nia, a dru­gi jest już w dro­dze, co łacz­nie daje przed­się­wzię­cie zaj­mu­ją­ce chy­ba ćwierć pro­duk­tyw­ne­go ży­cia jego au­to­ra. Sty­lem jest ono naj­bliż­sze pro­po­zy­cji An­to­ny’ego Brett-Ja­me­sa z 1966. Je­śli jed­nak Brett-Ja­mes był za­wo­do­wym lin­gwi­stą i hi­sto­ry­kiem woj­sko­wo­ści ze „szko­ły San­dhurst”, to Paul Brit­ten Au­stin jest przede wszyst­kim pi­sa­rzem zaj­mu­ja­cym się te­ma­ty­ką kul­tu­ral­ną i za­wo­do­wym tłu­ma­czem, któ­re­go jak do­tąd naj­świet­niej­szą pra­cą jest stu­dium nad­zwy­czaj­ne­go, osiem­na­sto­wiecz­ne­go po­ety szwedz­kie­go Car­la Mi­cha­ela Bel­l­ma­na, oraz jego kon­ge­nial­ne tłu­ma­cze­nia, tak po­dzi­wia­ne przez W. H. Au­de­na, nie­śmier­tel­nych pie­śni Bel­l­ma­na. Mię­dzy in­ny­mi książ­ka­mi, ja­kie na­pi­sał, znaj­du­je się tak­że The Or­gan-Ma­ker’s Wife (Żona Or­gan­mi­strza), dra­ma­tycz­na po­wieść z cza­sów Re­for­ma­cji, rów­nież bę­dą­ca uni­kal­ną – choć fik­cyj­ną – re­kon­struk­cją cza­sów mi­nio­nych. Au­tor na­zy­wa obec­ną swo­ją książ­kę „słow­nym fil­mem, na­krę­co­nym przez po­nad 100 spo­śród oca­la­łych”. Za­iste, tyl­ko nie­wie­lu z nich zo­sta­ło prze­tłu­ma­czo­nych do­tąd na an­giel­ski, zaś au­tor spla­ta ich świa­dec­twa aby stwo­rzyć nie­za­po­mnia­ny hi­sto­rycz­ny go­be­lin. Przy­pad­ko­wo, za­wsze po­wstrzy­mu­jąc się od ko­men­ta­rzy, czy ukry­tych po­mó­wień, au­tor stwo­rzył tak­że prze­ni­kli­we stu­dium za­gro­żeń wszech­moc­no­ści, czy też, w każ­dym ra­zie, nie­mal ab­so­lut­nej wła­dzy Na­po­le­ona. Za­iste, wie­le po­zio­mów moż­na od­na­leźć w tej wspa­nia­łej jeu d’esprit, bę­dą­cej rów­no­cze­śnie tour de for­ce4.

Pau­lo­wi Brit­te­no­wi Au­sti­no­wi nie jest rów­nież obca hi­sto­ria woj­sko­wo­ści. Jest on prze­cież sy­nem F. Brit­te­na Au­sti­na, uzna­ne­go pi­sa­rza – au­to­ra no­wel hi­sto­rycz­nych w la­tach 30-tych, któ­ry na­pi­sał tak­że dwie fa­scy­nu­ja­ce po­wie­ści hi­sto­rycz­ne, któ­re Wa­vel­l­Sir Ar­chi­bald Per­ci­val Wa­vell, wi­ceh­ra­bia Cy­re­naj­ki, Ery­trei i Win­che­ster, (1883-1950) mar­sza­łek bry­tyj­ski, do­wód­ca sił alianc­kich na śród­ziem­no­mor­skim i azja­tyc­kim te­atrze dzia­łań wo­jen­nych w okre­sie II WŚ (przyp. red.). po­le­cał, jako pod­sta­wo­wą lek­tu­rę, wszyst­kim woj­sko­wym z aspi­ra­cja­mi. Były to: The Road to Glo­ry (Dro­ga do chwa­ły, 1936), mó­wią­ca o Pierw­szej Kam­pa­nii Wło­skiej mło­de­go Bo­na­par­te­go, oraz For­ty Cen­tu­ries Look Down (Czter­dzie­ści wie­ków na was spo­glą­da), mó­wią­ca o Na­po­le­onie w Egip­cie. Mia­ły one sta­no­wić dwa pierw­sze tomy z se­rii po­świę­co­nej ca­łej ka­rie­rze Na­po­le­ona, nie­ste­ty, śmierć au­to­ra spo­wo­do­wa­ła, że po­wsta­ły tyl­ko te dwa. W rze­czy­wi­sto­ści, na­wet i te dwie książ­ki mo­gły­by nig­dy nie uj­rzeć świa­tła dzien­ne­go, gdy­by nie Paul, ma­ją­cy wte­dy za­le­d­wie 10 lat. Pew­ne­go dnia, na spa­ce­rze z oj­cem, aby od­wie­dzić In­wa­li­dów5 („jako chło­piec mia­łem fio­ła na punk­cie Na­po­le­ona”) za­py­tał wiel­kie­go czło­wie­ka, dla­cze­go nie opi­sał w po­wie­ści ży­cia Na­po­le­ona. Mo­że­my więc być mu wdzięcz­ni tak za tam­te dwie po­wie­ści z lat 30-tych, jak rów­nież za te nowe i cał­ko­wi­cie od­mien­ne dzie­ło, któ­re uj­rza­ło świa­tło dzien­ne po­nad 60 lat póź­niej.

Jest to do­praw­dy ogrom­ne przed­się­wzię­cie – zo­sta­ło jed­nak do­pro­wa­dzo­ne do koń­ca we wspa­nia­łym sty­lu. W pod­su­mo­wa­niu moż­na za­cy­to­wać, co fran­cu­ski hi­sto­ryk Octa­ve Au­brey na­pi­sał o sa­mym Na­po­le­onie, a co we­dług mnie w rów­nym stop­niu moż­na użyć do opi­su tego na­uko­we­go, lecz rów­no­cze­śnie pul­su­ją­ce­go ży­ciem dzie­ła: „Jako hi­sto­ryk Hud­son na­pi­sał o sa­mym Na­po­le­onie: ‘To go wła­śnie wy­róż­nia, a tak­że, w ra­zie po­trze­by, tłu­ma­czy. Je­śli czy­jeś osią­gnię­cia trwa­ją tak dłu­go i przy­no­szą ta­kie owo­ce, sta­no­wią one uza­sad­nie­nie dla sa­mych sie­bie’”.

1812: Marsz na Mo­skwę po­zwa­la na do­sko­na­ły wgląd w czło­wie­ka na woj­nie. Książ­ka jest nie­mal taką epo­pe­ją, jak sama ta kam­pa­nia.

Da­vid G. Chan­dler

Hind­ford and RMA San­dhurst

PRZEDMOWA

Z jed­nej trze­ciej mi­lio­na żoł­nie­rzy, zja­ki­mi Na­po­le­on, w dniu let­nie­go prze­si­le­nia 1812 roku na­je­chał na Ro­sję, nie­wie­lu tyl­ko po­wró­ci­ło. Po­nu­ra hi­sto­ria od­wro­tu czę­sto już była opo­wia­da­na, hi­sto­ria na­tar­cia zaś – znacz­nie rza­dziej. Jest ona jed­nak nie mniej dra­ma­tycz­na, a pod wie­lo­ma wzglę­da­mi – na­wet bar­dziej.

Książ­ka ta jest słow­nym fil­mem, na­krę­co­nym przez po­nad 100 spo­śród oca­lo­nych. Moi „ka­me­rzy­ści” po­cho­dzi­li z pra­wie wszyst­kich kra­jów Eu­ro­py – są wśród nich Fran­cu­zi, Ho­len­drzy, Niem­cy, Szwaj­ca­rzy, Wło­si… Naj­rze­tel­niej­sze są, oczy­wi­ście, dzien­ni­ki. Le­jeu­ne po­wia­da, że jego był:

„mniej­szy od dło­ni, a no­si­łem go na ser­cu. Cały był po­nad­dzie­ra­ny, prze­mo­czo­ny przez bu­rze, a tak­że od mo­je­go potu, po­wo­do­wa­ne­go wy­jąt­ko­wy­mi upa­ła­mi, pa­nu­ją­cy­mi w Ro­sji…”

Za­wsze kry­tycz­ny La­bau­me – któ­re­go świa­dec­two mia­ło uka­zać się w dru­ku jako pierw­sze, po dwóch za­le­d­wie la­tach, gdy Na­po­le­on był tym­cza­so­wo nie­obec­ny po ze­sła­niu na Elbę – po­wia­da, że tak­że jego świa­dec­two opar­te było na ta­kim dzien­ni­ku:

„Ogra­ni­cza­jąc się, jak wszy­scy moi to­wa­rzy­sze bro­ni, do wal­ki o naj­bar­dziej ele­men­tar­ne po­trze­by, prze­nik­nię­ty zim­nem, nę­ka­ny gło­dem, bę­dąc ofia­rą wszel­kich moż­li­wych cier­pień, nie­pe­wien o każ­dym wscho­dzie słoń­ca, czy dane mi bę­dzie uj­rzeć wie­czo­rem jego ostat­nie pro­mie­nie, wie­czo­ra­mi zaś wąt­piąc, czy do­cze­kam no­we­go dnia, wszyst­kie uczu­cia sku­pi­łem na tym jed­nym, je­dy­nym pra­gnie­niu: prze­ży­cia, aby za­cho­wać wspo­mnie­nia o tym co dane mi było wi­dzieć. Każ­dej nocy, sie­dząc przy mi­zer­nym ogni­sku przy tem­pe­ra­tu­rze 20-25 stop­ni po­ni­żej zera,1 oto­czo­ny mar­twy­mi i umie­ra­ją­cy­mi, po­now­nie prze­bie­ga­łem my­ślą przez wszyst­kie wy­da­rze­nia dnia. Wro­nie pió­ra ostrzy­łem tym sa­mym no­żem, ja­kie­go wcze­śniej uży­wa­łem do kro­je­nia koń­skie­go mię­sa. Odro­bi­na pro­chu strzel­ni­cze­go, zmie­sza­na w gar­ści ze sto­pio­nym śnie­giem słu­ży­ła mi za atra­ment, a dzia­ło za biur­ko! Przy świe­tle sto­ją­cej w pło­mie­niach Mo­skwy opi­sy­wa­łem gra­bież tego mia­sta. Nad brze­ga­mi Be­re­zy­ny spraw­dza­łem wła­sne świa­dec­two o owym nie­szczę­snym prze­kra­cza­niu rze­ki…”

Szu­ka­ją­cy chwa­ły Ce­za­ry de Lau­gier, tak­że pi­sze swój dzien­nik „ka­wał­kiem wę­gla drzew­ne­go, przy świe­tle pło­ną­ce­go domu, czy wio­ski, w nie­któ­rych dniach przy po­nad 28 stop­niach mro­zu”. Na­wet nie­śmier­tel­na, kla­sycz­na już książ­ka sier­żan­ta Bo­ur­go­gne’a, na­pi­sa­na nie­mal dla wy­eg­zor­cy­zmo­wa­nia strasz­nych wspo­mnień, mo­gła być opar­ta na ta­kim dzien­ni­ku. Na pew­no tak­że wspo­mnie­nia Cau­la­in­co­ur­ta, lo­jal­ne­go, choć za­wsze kry­tycz­ne­go Bo­swel­la6 Na­po­le­ona:

„Moje no­tat­ki ro­bio­ne były wszę­dzie, za biur­kiem i w obo­zie, co­dzien­nie i o każ­dej po­rze dnia; są one dzie­łem do­słow­nie każ­dej chwi­li; nie upięk­sza­łem w nich ni­cze­go, po­nie­waż choć były w nich mo­men­ty, gdy po­ka­zy­wał się w nich ten czło­wiek, to był to prze­cież ów pół­bóg, któ­re­go wszy­scy roz­po­zna­wa­li. Nie­je­den raz na­cho­dzi­ła mnie myśl, że dzien­nik ten, pi­sa­ny nie­mal na oczach Ce­sa­rza, mógł­by wpaść wje­go ręce, lecz myśl ta nie była w sta­nie po­wstrzy­mać mego pió­ra. Nie­wat­pli­wie praw­da stu­dzi­ła jego do­bro­dusz­ność, lecz jego sil­ny i wznio­sły cha­rak­ter po­zwa­lał mu wznieść się po­nad w do­brej wie­rze czy­nio­ną kry­ty­kę”.

Ile se­tek, a może i ty­się­cy in­nych dzien­ni­ków za­gi­nę­ło ra­zem z ich au­to­ra­mi? Przez całe na­stęp­ne po­ko­le­nie Eu­ro­pa roz­brzmie­wa­ła echa­mi wspo­mnień sta­rych żoł­nie­rzy, po­dej­mu­ją­cych swo­je opo­wie­ści we wszyst­kich ję­zy­kach. Mały Co­ignet, naj­niż­szy gre­na­dier Gwar­dii Ce­sar­skiej, spi­sał swo­je wspo­mnie­nia w wie­ku 70 lat, w prze­rwach po­mię­dzy nie­koń-cza­cy­mi się par­tia­mi ma­nil­li i pi­kie­ta w ka­fej­ce w Au­xer­re; gdy zmarł – po­zo­sta­wił 600 fran­ków swo­im po­zo­sta­łym przy ży­ciu przy­ja­cio­łom, aby wy­pi­li jego zdro­wie po po­grze­bie i za­śpie­wa­li pieśń do me­lo­dii Sta­re­go sier­żan­ta Béran­ge­ra. Rzecz za­ska­ku­ją­ca, mamy jego fo­to­gra­fię, wy­ko­na­ną, gdy był już w po­de­szłym wie­ku. A więc, wszyst­ko to nie ro­ze­gra­ło się znów tak daw­no!

To co za­wsze fa­scy­nu­je, to szcze­gó­ły! Zmon­to­wać na­wet małą cząst­kę tych ty­się­cy ki­lo­me­trów „ta­śmy” tak, aby stwo­rzy­ły spój­ny układ dra­ma­tycz­ny, nie było pro­stym za­da­niem.

Z po­wo­du ogra­ni­czo­nej ob­ję­to­ści nie pró­bo­wa­łem:

(a) spoj­rzeć na wy­da­rze­nia z punk­tu wi­dze­nia stro­ny ro­syj­skiej. Woj­na, o ile nie zo­sta­ło się jeń­cem, jest za­wsze do­świad­cze­niem jed­no­stron­nym;

(b) wda­wać się w za­wi­ło­ści tak­tycz­ne – mi­ło­śni­ka gier wo­jen­nych ode­słać na­le­ży do książ­ki Geo­r­ge’a F. Na­fzi­ge­ra Na­po­le­on In­va­sion of Rus­sia (Na­jazd­Na­po­le­ona na Ro­sję; Pre­si­dio Press, No­va­to, CA, 1988), któ­ra za­wie­ra tak­że wszyst­kie po­dzi­wu god­ne szcze­gó­ły sto­sun­ków fran­cu­sko­ro­syj­skich w la­tach 1806-1812, jak rów­nież całą masę in­for­ma­cji sta­ty­stycz­nych. Dla uzy­ska­nia ogól­ne­go ob­ra­zu dra­ma­tu roku 1812, nie ma nic lep­sze­go nad The War of the Two Em­pe­rors (Woj­na dwóch ce­sa­rzy; Ran­dom Ho­use, NY, 1985) Cur­ti­sa Cate’a. To samo moż­na po­wie­dzieć o Swords Aro­und a Thro­ne (Mie­cze wo­kół tro­nu; The Free Press; Nowy Jork, 1988) Joh­na El­tin­ga, w od­nie­sie­niu do ogól­nych in­for­ma­cji o ar­miach Na­po­le­ona. Dla uzy­ska­nia ogól­ne­go ob­ra­zu sy­tu­acji stra­te­gicz­nej sam ko­rzy­sta­łem z kla­sycz­nej po­zy­cji Da­vi­da Chan­dle­ra Cam­pa­igns of Na­po­le­on (Kam­pa­nie Na­po­le­ona; Mac­mil­lan, Nowy Jork, 1966);

(c) nie śle­dzi­łem lo­sów kor­pu­sów in­nych niż te, któ­re two­rzy­ły „Ar­mię Mo­skwy”. Trze­ba było na­wet po­mi­nąć dzia­ła­nia II i VI Kor­pu­su;

(d) przy­pi­sy­wać moim pro­ta­go­ni­stom my­śli lub uczuć, oja­kich sami wy­raź­nie nie na­pi­sa­li;

(e) oce­niać, z rzad­kim wy­jąt­kiem przy­pi­sów, ja­ko­ści pa­mię­ci mo­ich na­ocz­nych świad­ków, czy też jak wie­le w ich pi­smach jest spoj­rze­nia post fac­tum. Ogól­nie rzecz bio­rąc, kto­kol­wiek przedarł­by się przez wszyst­kie te wspo­mnie­nia, do­szedł­by do wnio­sku, że na ogół ich au­to­rzy opo­wia­da­ją to, cze­go do­świad­czy­li, czy to w cza­sie te­raź­niej­szym (dzien­ni­ki), czy w prze­szłym (wspo­mnie­nia). Cza­sa­mi, choć rzad­ko, przy­ła­pu­ją się na­wza­jem na kłam­stwach lub prze­sa­dza­niu w opi­sach wła­snych wy­czy­nów. Ar­cy­dzie­ło Ségu­ra jest szcze­gól­nie nie­ści­słe, na co daw­no już temu wska­zał Gou­r­gaud, więc też ko­rzy­sta­łem z nie­go w bar­dzo nie­wiel­kim stop­niu.

Jed­no sło­wo o mo­jej tech­ni­ce prze­kła­du. Choć sama w so­bie bar­dzo żywa, dzie­więt­na­sto­wiecz­na pro­za mo­ich na­ocz­nych świad­ków jest wol­niej­sza, bar­dziej ob­cią­żo­na zda­nia­mi pod­rzęd­ny­mi, za­tem cięż­sza od na­szej, od­da­wa­nie więc ory­gi­nal­nych zdań w ca­łej ich zło­żo­no­ści syn­tak­tycz­nej czę­sto ozna­cza­ło­by utra­tę ich płyn­no­ści i siły od­dzia­ły­wa­nia. Po­zwa­la­łem więc so­bie na pew­ną do­wol­ność w za­kre­sie in­ter­punk­cji, skład­ni, a na­wet uży­wa­nia cza­sów. Na­wet sam po­rzą­dek fraz, zdań i aka­pi­tów może się nie zga­dzać. Za­wsze jed­nak za­cho­wa­ny jest sens. Czy­niąc skró­ty i po­mi­ja­jąc pew­ne frag­men­ty, czę­sto na­wet po­mi­ja­łem tra­dy­cyj­ny wie­lo­kro­pek. Do więk­szo­ści ory­gi­na­łów do­trzeć moż­na w każ­dym ra­zie w Bi­blio­thèque Na­tio­na­le w Pa­ry­żu, czy gdzie in­dziej. Jed­nym sło­wem, pró­bo­wa­łem od­dać pro­zę mo­ich au­to­rów tak, jak gdy­by uży­wa­li oni ma­szyn do pi­sa­nia, czy na­wet edy­to­rów tek­stu, a nie gę­sich piór. Czy też, jak w przy­pad­ku La­bau­me’a – wro­nich.

Paul Brit­ten Au­stin

Daw­lish, De­von

PODZIĘKOWANIA

Z wdzięcz­no­ścią wspo­mi­nam nie­ży­ją­ce­go już An­to­ny’ego Bret­ta-Ja­me­sa, któ­ry prze­szedł­szy wcze­śniej tę samą dro­gę, szczo­drze ob­da­ro­wał mnie rzad­ki­mi książ­ka­mi (obec­nie znaj­du­ją­cy­mi się w Bi­blio­te­ce Wy­dzia­łu Szta­bu Ge­ne­ral­ne­go). Po­dob­nie wspo­mi­nam Da­vi­da Chan­dle­ra, za jego nie­usta­ją­cą za­chę­tę oraz licz­ne su­ge­stie, a tak­że moż­li­wość sko­rzy­sta­nia zje­go nie­zrów­na­ne­go do­świad­cze­nia. Je­stem tak­że spe­cjal­nie wdzięcz­ny mo­jej szwa­gier­ce, El­zie Fi­sher-Berg­man, za to że nie znie­chę­ci­ła się i upar­cie wstu­ki­wa­ła w mój kom­pu­ter set­ki na wpół czy­tel­nych frag­men­tów tek­stu, ja­kie na­gry­zmo­li­łem po roz­ma­itych bi­blio­te­kach. A wresz­cie, panu Pe­te­ro­wi Har­ring­to­no­wi, bi­blio­te­ka­rzo­wi Zbio­rów Woj­sko­wych Anny S. K., na Brown Uni­ver­si­ty w Pro­vi­den­ce, Rho­de Is­land, USA, za szczo­dre zwol­nie­nie z opłat z ty­tu­łu praw au­tor­skich do wie­lu ilu­stra­cji, po­dob­nie Bi­blio­te­ce Kró­lew­skiej w Sztok­hol­mie, za wol­ny do­stęp do cu­dow­nie ostre­go wy­da­nia szty­chów Fa­be­ra du Fau­ra. Nie naj­mniej waż­ną wśród osób, ja­kim czu­ję się w obo­wiąz­ku po­dzię­ko­wać, jest moja żona, szwedz­ka po­wie­ścio­pi­sar­ka Mał­go­rza­ta Berg­man, za­słu­gu­ją­ca tu na spe­cjal­ne wy­róż­nie­nie za wy­słu­chi­wa­nie mo­ich nie­koń­czą­cych się mo­no­lo­gów przy śnia­da­niu na te­mat wy­czy­nów owych daw­no nie­ży­ją­cych bo­ha­te­rów, któ­re za­kłó­ca­ły jej wła­sne, o ileż po­waż­niej­sze re­flek­sje.

1Uwertura do 1812

„Mię­dzy do­mem wa­ria­tów a Pan­te­onem!” – nowa woj­na z Ro­sją? – puł­kow­nik Pon­thon pada na ko­la­na – zły sen Na­po­le­ona – eko­no­mia – na­iw­ność Wiel­kie­go Ko­niu­sze­go – pol­skie trzę­sa­wi­ska – „bez trans­por­tu wszyst­ko jest da­rem­ne” – sier­żant Co­ignet przy­go­to­wu­je ła­dun­ki – po­rucz­nik Bo­ur­go­ing prze­ta­so­wu­je swo­ich re­kru­tów – sie­dem ar­mii ma­sze­ru­je na pół­noc – „zja­wił się jak Ksią­żę Ciem­no­ści”-fa­jer­wer­ki w Dreź­nie – bez­owoc­na mi­sja Na­rbon­ne’a – Tur­cja i Ro­sja za­wie­ra­ją po­kój – „Alek­san­der Wiel­ki wy­ru­szył na In­die”.

Pew­nej nocy w po­cząt­kach mar­ca 1812, mło­dy Vil­le­ma­in, se­kre­tarz ge­ne­ra­ła hra­bie­go Lu­dwi­ka de Na­rbon­ne’a1, ad­iu­tan­ta ce­sa­rza Na­po­le­ona, sie­dział w po­wo­zie swo­je­go sze­fa na dzie­dziń­cu pa­ła­cu w St-Clo­ud, czy­ta­jąc świe­żo opu­bli­ko­wa­ną Po­dróż do Je­ro­zo­li­my7 Cha­te­au­brian­da, kie­dy:

„na­gle roz­legł się ja­kiś ha­łas, wy­da­wa­ło się, że spo­wo­do­wa­ny przez służ­bę. Ko­nie, znu­dzo­ne bar­dziej ode mnie, na­sta­wi­ły uszu. Po­wóz prze­su­nął się o kil­ka kro­ków do przo­du i ge­ne­rał, wsko­czyw­szy do nie­go ener­gicz­nie, roz­ka­zał woź­ni­cy je­chać do Pa­ry­ża, do domu mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych Ma­re­ta.”

Rze­ko­my nie­ślub­ny syn roz­pust­ne­go i bez­wol­ne­go Lu­dwi­ka XV, pięć­dzie­się­cio­sied­mio­let­ni, przed­wcze­śnie po­si­wia­ły Na­rbon­ne „po­dzi­wiał oso­bi­ście Na­po­le­ona, cho­ciaż nie po­do­ba­ło mu się jego opar­te na wła­dzy ab­so­lut­nej i sile woj­sko­wej ce­sar­stwo, i uwa­żał, że jest ska­za­ne na za­gła­dę o ile nie zmie­ni ono swo­jej po­li­ty­ki”. Jed­nak we­dług tego co miał po­wie­dzieć swe­mu wy­bu­cho­we­mu pierw­sze­mu ofi­ce­ro­wi or­dy­nan­so­we­mu, Ga­spar­do­wi Gou­r­gau­do­wi, na Świę­tej He­le­nie, Na­po­le­on za grosz nie dbał o to co inni my­ślą lub czu­ją – in­te­re­so­wa­ły go tyl­ko ich sło­wa i czy­ny. Znaj­do­wał też dużą przy­jem­ność w in­te­li­gent­nej i wy­szu­ka­nej kon­wer­sa­cji z Na­rbon­nem i cie­szył się, ma­jąc owe­go po­tom­ka an­cien régi­me ’u8 w oto­cze­niu swej ce­sar­skiej, choć do­głęb­nie bur­żu­azyj­nej oso­by. Pod­czas gdy po­wóz szyb­ko wy­ta­czał się z dzie­dziń­ca – kon­ty­nu­uje Vil­le­ma­in

– Na­rbon­ne:

„przy­ło­żył rękę do ły­se­go czo­ła, jak gdy­by po­now­nie ana­li­zo­wał wszyst­ko to, co przed chwi­lą usły­szał. I po­wie­dział ci­cho: ‘Co za czło­wiek! Co za zdu­mie­wa­ją­ce po­my­sły! Co za ma­rze­nia! Gdzie schro­nić się przed pło­mie­niem ta­kie­go ge­niu­szu? To nie do wia­ry! Je­ste­śmy mię­dzy do­mem wa­ria­tów a Pan­te­onem. Za­mar­twiam się za każ­dym ra­zem kie­dy się z nim spo­ty­kam. Jego po­zor­nie słusz­ne prze­my­śle­nia, nad­to opty­mi­stycz­ne so­fi­zma­ty, gi­gan­tycz­ne złu­dze­nia, wszyst­ko to wbił so­bie do gło­wy, a pod­czas roz­mo­wy w czte­ry oczy po­tra­fi przed­sta­wić je jako nie­na­ru­szal­ne ak­sjo­ma­ty.’.”

Te­ma­tem owej dys­ku­sji była nowa woj­na z Ro­sją. W 1807 po­ko­na­ny car Alek­san­der, po­sta­no­wie­nia­mi Trak­ta­ku Tyl­życ­kie­go, zo­bo­wią­zał się nie wpusz­czać do ro­syj­skich por­tów to­wa­rów bry­tyj­skich. Sys­tem kon­ty­nen­tal­ny był je­dy­ną rze­czą, mo­gą­cą umoż­li­wić Na­po­le­ono­wi zdu­sze­nie głów­ne­go wro­ga. Je­dy­nie cał­ko­wi­ta klę­ska Ro­sji mo­gła do­pro­wa­dzić do ta­kie­go re­zul­ta­tu, po­nie­waż kraj ten po­trze­bo­wał bry­tyj­skich pro­duk­tów prze­my­sło­wych i ko­lo­nial­nych w rów­nym stop­niu, jak ry­nek bry­tyj­ski po­trze­bo­wał prę­tów sta­lo­wych pro­du­ko­wa­nych przez gwał­tow­nie roz­wi­ja­ją­ce się huty ro­syj­skie. Lecz eko­no­mia szyb­ko wzię­ła górę nad po­li­ty­ką. W roku 1811 ru­bel, za któ­re­go w 1807 pła­co­no 2,90 fran­ka, spadł aż do 1,50 fran­ka. Na próż­no Na­po­le­on naj­pierw pro­te­sto­wał, a po­tem wręcz grzmiał prze­ciw­ko li­cen­cjom im­por­to­wym, któ­re Alek­san­der – idąc zresz­tą za jego przy­kła­dem – za­czął wy­da­wać na pro­duk­ty do­star­cza­ne na neu­tral­nych, głów­nie ame­ry­kań­skich, stat­kach. I już w 1810 oba ce­sar­stwa za­czę­ły się szy­ko­wać do no­wej woj­ny.

Per­spek­ty­wa taka na­peł­nia­ła prze­ra­że­niem przy­najm­niej jed­ne­go z ofi­ce­rów Na­po­le­ona. Puł­kow­nik sa­pe­rów Pon­thon zo­stał at­ta­ché woj­sko­wym w Ro­sji po Tyl­ży, a jego spra­woz­da­nia były tak szcze­gó­ło­we i do­brze na­pi­sa­ne, że Na­po­le­on wpro­wa­dził go po­tem do swo­je­go ga­bi­ne­tu wo­jen­ne­go. Jak się wy­da­je, Pon­thon był rów­nież czło­wie­kiem wiel­kiej od­wa­gi mo­ral­nej. Pew­ne­go dnia do­słow­nie padł na ko­la­na i bła­gał Na­po­le­ona „w imię szczę­ścia Fran­cji i pań­skiej wła­snej chwa­ły” o po­wstrzy­ma­nie się od na­jaz­du na Ro­sję:

„Ludy pod pań­skim jarz­mem, Sire, nig­dy nie będą praw­dzi­wy­mi sprzy­mie­rzeń­ca­mi. Pań­ska ar­mia nie znaj­dzie ani żyw­no­ści ani fu­ra­żu. Pierw­sze desz­cze spo­wo­du­ją, że te­ren bę­dzie nie do prze­by­cia. A je­śli kam­pa­nia prze­cią­gnie się do zimy, jak pań­skie od­dzia­ły znio­są tem­pe­ra­tu­ry mi­nus 20 czy 30 stop­ni?”

Utkwiw­szy w Pon­tho­nie swe su­ro­we spoj­rze­nie, Na­po­le­on po­zwo­lił mu się wy­ga­dać. Wy­da­je się, że jego sło­wa wy­war­ły na­wet ja­kiś sku­tek. Kil­ka dni póź­niej Wiel­ki Ko­niu­szy, ge­ne­rał Ar­mand de Cau­la­in­co­urt, za­uwa­żył, że Na­po­le­on wy­glą­dał na za­fra­so­wa­ne­go – lecz prze­zwy­cię­żył swo­je wąt­pli­wo­ści, mó­wiąc wszyst­kim: „to bę­dzie krót­ka woj­na, skoń­czy się w dwa mie­sią­ce. A je­śli wszyst­ko pój­dzie do­brze, to w dwa ty­go­dnie”.

Jed­nak czło­wie­kiem któ­ry naj­moc­niej sta­ra się od­da­lić wy­buch tej no­wej woj­ny jest sam Cau­la­in­co­urt. Spę­dziw­szy czte­ry lata na­ra­sta­ją­ce­go mię­dzy obu kra­ja­mi na­pię­cia na sta­no­wi­sku am­ba­sa­do­ra fran­cu­skie­go w Pe­ters­bur­gu, rów­nież zda­je so­bie spra­wę z tego, co po­cią­gnie za sobą na­jazd na Ro­sję. I tak, z po­cząt­kiem 1811 roku uznał on swo­ją dal­szą mi­sję za nie­wy­ko­nal­ną, i po­pro­sił o od­wo­ła­nie, po­wo­łu­jąc się na „ruj­nu­ją­cy jego zdro­wie” miej­sco­wy kli­mat.3 Cau­la­in­co­urt zo­stał za­stą­pio­ny przez ge­ne­ra­ła Lau­ri­sto­na, żoł­nie­rza zde­cy­do­wa­nie tward­sze­go.

Przed jego wy­jaz­dem car wrę­czył mu szcze­gól­ny do­wód swo­jej przy­jaź­ni. Cau­la­in­co­urt przez całe ży­cie krył w głę­bi du­szy żal do Na­po­le­ona, że w 1800 roku, ów­cze­sny Pierw­szy Kon­sul Re­pu­bli­ki Fran­cu­skiej, wplą­tał go w aresz­to­wa­nie – je­śli nie w samą eg­ze­ku­cję – mło­de­go diu­ka d’En­ghien. W oczach wszyst­kich zwo­len­ni­ków an­cien régi­me’u, to mor­der­stwo są­do­we po­peł­nio­ne na człon­ku ro­dzi­ny Bo­ur­bo­nów, któ­rym raz na za­wsze Pierw­szy Kon­sul zra­ził do sie­bie całą re­ak­cję, było nie­wy­ba­czal­ną zbrod­nią. Tak się jed­nak zło­ży­ło, że rów­nież car Alek­san­der był po­dej­rza­ny o współ­udział w in­nym mor­der­stwie: swo­je­go wła­sne­go ojca cara Paw­ła. Przed sa­mym roz­sta­niem z Cau­la­in­co­ur­tem po­da­ro­wał mu więc cer­ty­fi­kat za­świad­cza­ją­cy, że nig­dy nie są­dził, iż jest on win­ny śmier­ci d’En­ghie­na, i do­dał do tego pre­sti­żo­wy Or­der Św. An­drze­ja oraz mi­nia­tu­rę ze swo­ją po­do­bi­zną, pod­pi­sa­ną z tyłu „pre­zent od przy­ja­cie­la”. Cho­ciaż Na­po­le­on lu­bił wi­dy­wać wo­kół sie­bie zna­jo­me twa­rze, tak przy­ja­zne uczu­cia w przeded­niu no­wej i, jak miał na­dzie­ję, de­cy­du­ją­cej woj­ny nie­zbyt mu się po­do­ba­ły. Nad Wiel­kim Ko­niu­szym za­czę­ły się więc gro­ma­dzić chmu­ry. Te­atrom kon­tro­lo­wa­nym przez rząd po­zwo­lo­no z nie­go kpić, przed­sta­wia­jąc jako sen­ty­men­tal­ną go­łę­bi­cę, bez koń­ca wy­chwa­la­ją­cą za­le­ty wie­ku­iste­go po­ko­ju. Na dwo­rze zaś, gdzie po­wró­cił do swych nor­mal­nych obo­wiąz­ków, Na­po­le­on cią­gle żar­to­bli­wie mu wy­ty­kał, że po­zwo­lił się „uwieść chy­tre­mu Azja­cie”. Nie, żeby tak na­praw­dę miał coś prze­ciw­ko ich przy­jaź­ni. Gdy już ta „czy­sto po­li­tycz­na” woj­na się skoń­czy i Car Wszech­ru­si zo­sta­nie przy­wo­ła­ny do po­rząd­ku, przy­jaźń ta może oka­zać się atu­tem, kie­dy doj­dzie do pod­pi­sy­wa­nia no­we­go po­ko­ju. I tak, krok po kro­ku, Cau­la­in­co­urt wró­cił do łask.

Tej wio­sny, pod­czas kil­ku wspól­nych, dłu­gich dys­ku­sji, Cau­la­in­co­urt, jak twier­dzi, nig­dy nie owi­jał spraw w ba­weł­nę. Pew­ne­go razu roz­mo­wa ze­szła na Pol­skę, po­dzie­lo­ną mię­dzy Au­strię, Pru­sy i Ro­sję w 1794, a w 1807 wskrze­szo­ną przez Na­po­le­ona jako Wiel­kie Księ­stwo, obej­mu­ją­ce też część te­ry­to­rium Prus Wschod­nich9. Cho­ciaż ty­sią­ce pol­skich­pa­trio­tów słu­żą­cych w ar­miach fran­cu­skich pra­gną uj­rzeć swe pra­sta­re kró­le­stwo przy­wró­co­ne in toto10, Na­po­le­on twier­dzi, że wca­le nie ma za­mia­ru tak po­stą­pić. Cau­la­in­co­urt ri­po­stu­je, że w ta­kim wy­pad­ku nie ro­zu­mie, dla­cze­go Na­po­le­on po­świę­ca swój so­jusz z Ro­sją.

„Na­po­le­on uśmiech­nął się i uszczyp­nął mnie w ucho: ‘Czy na­praw­dę aż tak lu­bisz Alek­san­dra?’ – ‘Nie, Sire, lecz lu­bię po­kój.’”

I tu wła­śnie się róż­ni­li. Na próż­no Cau­la­in­co­urt pod­kre­śla nie­bez­pie­czeń­stwa ko­lej­nej woj­ny na da­le­kiej Pół­no­cy, kie­dy już 220 000 żoł­nie­rzy jest zwią­za­nych w Hisz­pa­nii wal­ką z Wel­ling­to­nem i par­ty­zan­ta­mi. Lecz Na­po­le­on po­zo­sta­je głu­chy na te ar­gu­men­ty. A kie­dy Cau­la­in­co­urt pró­bu­je wy­pro­wa­dzić go z błęd­ne­go mnie­ma­nia, że ro­syj­scy ary­sto­kra­ci ni­czym się nie róż­nią od swych za­chod­nio­eu­ro­pej­skich od­po­wied­ni­ków i po „po­rząd­nej bi­twie… drżąc o swo­je pa­ła­ce” zmu­szą cara do za­war­cia po­ko­ju, Na­po­le­on po pro­stu mu nie wie­rzy:

„Nie chcę woj­ny, i nie chcę Pol­ski.”

Po­la­cy, jak po­wie­dział Na­rbon­ne’owi, z któ­rym rów­nież dys­ku­to­wał na ten te­mat, byli „ma­łost­ko­wym na­ro­dem”. Dla­cze­go bez prze­rwy kłó­ci­li się mię­dzy sobą?

„Ko­cham Po­la­ków na polu bi­twy. Są oni wa­lecz­ną rasą. Je­śli jed­nak cho­dzi o ich li­be­rum veto, ich sej­my, od­by­wa­ne kon­no i z sza­blą w ręku, nie chcę mieć z tym nic wspól­ne­go! Prze­my­śla­łem tę spra­wę bar­dzo do­kład­nie. W Pol­sce chcę mieć obóz, a nie fo­rum. Woj­na, któ­rą za­mie­rzam sto­czyć z Alek­san­drem bę­dzie szla­chet­ną wal­ką, z uży­ciem 2000 dział i 500 000 żoł­nie­rzy, ale bez żad­nych in­su­rek­cji. Nie mam za­mia­ru przy­wra­cać sie­dli­ska re­pu­bli­ka­ni­zmu w ser­cu Eu­ro­py. Nie, mój dro­gi Na­rbon­ne, wszyst­ko, cze­go chcę od Pol­ski to zdy­scy­pli­no­wa­nej siły ludz­kiej, któ­rą mógł­bym się po­słu­żyć na polu bi­twy. Oto cały pro­blem: jak wzbu­dzić w Pol­sce du­cha na­ro­do­we­go wy­zwo­le­nia, nie ude­rza­jąc w stru­nę li­be­ra­li­zmu? A gdzie miał­bym zna­leźć kró­la dla Pol­ski? Nie mam żad­ne­go we wła­snej ro­dzi­nie, a by­ło­by nie­bez­pie­czeń­stwem wziąć ko­goś in­ne­go.”11

Pro­blem z tą nową woj­ną, cią­gnął, był wy­łącz­nie na­tu­ry mo­ral­nej:

„Uży­wa­jąc za­so­bów ma­te­rial­nych na­gro­ma­dzo­nych od cza­sów Re­wo­lu­cji, ko­niecz­nym jest nie roz­pę­ty­wa­nie na­mięt­no­ści, lecz zmo­bi­li­zo­wa­nie Pol­ski bez jej wy­zwa­la­nia, i za­pew­nie­nie nie­pod­le­gło­ści za­chod­niej Eu­ro­py bez pod­sy­ca­nia re­pu­bli­kań­skie­go fer­men­tu. Ot, i masz pan całe za­gad­nie­nie w jed­nym zda­niu.”

To rząd ro­syj­ski, sys­te­ma­tycz­nie ob­cho­dząc wa­run­ki trak­ta­tu z Tyl­ży, parł do woj­ny. A kie­dy Cau­la­in­co­urt za­prze­cza, mó­wiąc: „to nie ro­syj­ski rząd chce woj­ny, Sire, lecz pana wła­sny, a nie tra­ci też przy tym żad­nej spo­sob­no­ści aby ją przy­śpie­szyć,” Na­po­le­on uśmie­cha się tyl­ko swym uwo­dzi­ciel­skim uśmie­chem, któ­re­mu – jak zga­dza­ją się wszy­scy na­ocz­ni świad­ko­wie – nie mógł się oprzeć ni przy­ja­ciel ni wróg,4 szczy­pie Cau­la­in­co­ur­ta w ucho i mówi mu, że jest na­iw­ny i „nie zna się na po­li­ty­ce”. Wte­dy Wiel­ki Ko­niu­szy wyj­mu­je swój no­tes, w któ­rym przed wy­jaz­dem z Pe­ters­bur­ga na wszel­ki wy­pa­dek za­pi­sał do­kład­ne sło­wa cara: „Je­że­li ce­sarz Na­po­le­on roz­pocz­nie ze mną woj­nę,” po­wie­dział Alek­san­der:

„jest moż­li­we, a na­wet praw­do­po­dob­ne, że zo­sta­nie­my po­ko­na­ni – to zna­czy, za­kła­da­jąc, że bę­dzie­my się bić. Hisz­pa­nie czę­sto prze­gry­wa­ją, lecz jak do­tąd nie zo­sta­li po­ko­na­ni. I nie są prze­cież tak da­le­ko od Pa­ry­ża! My nie bę­dzie­my ry­zy­ko­wać. Mamy duże pole ma­new­ru. Nie ja pierw­szy wy­cią­gnę miecz, lecz będę ostat­nim któ­ry go scho­wa. Je­śli prze­bieg walk bę­dzie dla mnie nie­ko­rzyst­ny, to wy­co­fam się na Kam­czat­kę [na Sy­be­rii]. Nasz kli­mat, na­sza zima, będą po na­szej stro­nie.”

Na­po­le­on, któ­ry słu­chał z wiel­ką uwa­gą, „na­wet z nie­ja­kim zdzi­wie­niem”, przez ja­kiś czas nie od­po­wia­da:

„Im bar­dziej sta­rał się mnie prze­ko­nać, z tym więk­szym upo­rem i prze­bie­gło­ścią usi­ło­wał po­sta­wić na swo­im. Na pod­sta­wie sto­so­wa­nych przez nie­go wy­kal­ku­lo­wa­nych sztu­czek i uży­wa­ne­go ję­zy­ka, moż­na było po­my­śleć, że to ja je­stem jed­nym z wiel­kich mo­carstw któ­rych po­zy­ska­niem był tak za­in­te­re­so­wa­ny. Za­cho­wy­wał się tak wo­bec każ­de­go, kogo chciał prze­ko­nać – a on cały czas usi­ło­wał ko­goś prze­ko­nać. ‘Kie­dy na kimś mi za­le­ży,’ po­wie­dział, ‘to nie prze­bie­ram w środ­kach. Mógł­bym go na­wet po­ca­ło­wać w dupę.’”

Oce­na cha­rak­te­ru Na­po­le­ona, do ja­kiej do­szedł Na­rbon­ne pod­czas roz­mo­wy ze swo­im mło­dym se­kre­ta­rzem w dro­dze do Pa­ry­ża, do­kład­nie po­kry­wa się z oce­ną Cau­la­in­co­ur­ta:

„Z na­tu­ry lubi praw­dę. Jego duma jest ogrom­na. A jed­nak jest cier­pli­wy i słu­cha uważ­nie. Cho­ciaż jest zna­ko­mi­tym roz­mów­cą, trze­ba umieć nie ustę­po­wać, kie­dy już mu się za­prze­cza. A to jest trud­ne, gdy się stoi twa­rzą w twarz z taką wła­dzą i ta­kim ge­niu­szem! Do­cho­dzi w koń­cu do tego, że czło­wiek po­zwa­la się prze­ko­nać. Za­kry­wa oczy rę­ko­ma, za­czy­na mieć wąt­pli­wo­ści, i za­da­je so­bie py­ta­nie, czy aby lo­gi­ka tego czło­wie­ka nie jest praw­dą, a jego am­bi­cje – zwia­stu­nem przy­szło­ści?”

Je­śli Na­po­le­on po­sia­dał zdol­ność fa­scy­no­wa­nia wszyst­kich, kon­ty­nu­uje Cau­la­in­co­urt, to

„dzia­ło się tak dla­te­go, że za­fa­scy­no­wa­ny był sam sobą. Do­kła­dał wszel­kich sta­rań by osią­gnąć swo­je cele, za­rów­no w spra­wach wiel­kich, jak i ma­łych. Moż­na by po­wie­dzieć, że ich osią­ga­niu po­świę­cał się bez resz­ty. Za­wsze wy­ko­rzy­sty­wał wszel­kie moż­li­we środ­ki, wszyst­kie swo­je zdol­no­ści, całą swo­ją uwa­gę, i sku­piał je na wła­śnie za­ła­twia­nej spra­wie. Nig­dy nie było czło­wie­ka bar­dziej fa­scy­nu­ją­ce­go niż on, gdy tyl­ko chciał ta­kim być! Bia­da temu, kto zgo­dził się na choć­by jed­ną zmia­nę… pro­wa­dzi­ło to od ustęp­stwa do ustęp­stwa, aż do celu któ­ry on wi­dział przed sobą! Trze­ba było trzy­mać się swo­je­go punk­tu wi­dze­nia da­nej kwe­stii, a przede wszyst­kim nie wsłu­chi­wać się w dy­gre­sje ce­sa­rza; po­nie­waż jak tyl­ko na­tra­fiał na opór – na­tych­miast prze­no­sił śro­dek cięż­ko­ści spo­ru w inne miej­sce.”

Je­śli cho­dzi o po­wta­rza­ją­ce się za­pew­nie­nia Alek­san­dra, że bę­dzie się bił do ostat­niej kro­pli krwi, Na­po­le­on igno­ru­je je jako pu­ste sło­wa. Nadal więc obaj uże­ra­ją się ze sobą ca­ły­mi go­dzi­na­mi, przy czym Na­po­le­on cią­gle klu­czy i szu­ka no­wych ar­gu­men­tów. Kie­dy Cau­la­in­co­urt po­wia­da, że ce­lem jego mo­bi­li­za­cji prze­ciw­ko Ro­sji jest

„‘albo re­ali­za­cja ce­lów po­li­tycz­nych, albo też za­spo­ko­je­nie jego naj­więk­szej pa­sji’, Na­po­le­on śmie­jąc się pyta: ‘A cóż to za pa­sja?’

– ‘Woj­na, Sire’. Nie­prze­ko­ny­wu­ją­co pro­te­stu­jąc, że wca­le tak nie jest, uszczyp­nął mnie w ucho i żar­to­bli­wym to­nem rzekł: ‘Na pew­no nie owi­jasz w ba­weł­nę. Czas iść na obiad.’”

Nie wszy­scy jed­nak kry­ty­cy wy­pro­wa­dza­ni są w pole z ta­kim wdzię­kiem i wśród przy­ja­zne­go prze­ko­ma­rza­nia się. Wie­lo­let­ni fran­cu­ski kon­sul ge­ne­ral­ny w Pe­ters­bur­gu de Les­seps, czło­wiek „głę­bo­ko za­zna­jo­mio­ny z ży­ciem i spra­wa­mi Ro­sji”,

„in­te­re­so­wał się do­brem fran­cu­skiej że­glu­gi han­dlo­wej bar­dziej niż swo­im wła­snym. Ten uczci­wy czło­wiek był tak samo źle wi­dzia­ny jak ja za to, że nie do­star­czał wy­ssa­nych z pal­ca ar­gu­men­tów za nową woj­ną. Po­zo­sta­wał poza ja­ki­mi­kol­wiek po­dej­rze­nia­mi o ko­rup­cję, lecz na nic mu się nie zda­ło trzy­dzie­ści lat służ­by, uczci­wość i po­wszech­nie zna­na wia­ry­god­ność. Na­po­le­on wła­sno­ręcz­nie od­rzu­cił jego do­rocz­ne spra­woz­da­nie fi­nan­so­we, po­zba­wia­jąc go tym sa­mym moż­li­wo­ści za­ra­bia­nia na ży­cie.

Więk­szość za­chod­nich Eu­ro­pej­czy­ków wciąż nic nie wie o ży­ciu w Ro­sji. A ci, któ­rzy coś jed­nak o nim wie­dzą, są zbyt cen­ni, aby moż­na się było bez nich obejść. Za­nim mi­nie rok, de Les­seps, po­mi­mo swo­jej nie­chę­ci, znaj­dzie się na sta­no­wi­sku gu­ber­na­to­ra cy­wil­ne­go zdo­by­tej i spa­lo­nej Mo­skwy.

„Ci, któ­rzy po­mniej­sza­ją zna­cze­nie tej wiel­kiej epo­ki”, za­pew­nia nas Cau­la­in­co­urt, „mogą so­bie mó­wić, co im się po­do­ba; nig­dy ża­den wład­ca nie był oto­czo­ny bar­dziej uzdol­nio­ny­mi ludź­mi. Uczci­wi, peł­ni za­pa­łu i przy­wią­za­nia, po­zo­sta­wa­li­śmy umiar­ko­wa­ny­mi, a przede wszyst­kim do­bry­mi Fran­cu­za­mi. Nig­dy tak gło­śno nie rą­ba­no wład­cy praw­dy pro­sto w oczy, choć nie­ste­ty bez­sku­tecz­nie”.

Już pod­czas ostat­nie­go, fru­stru­ją­ce­go spo­tka­nia z Alek­san­drem, przed czte­re­ma laty w Er­fur­cie, tkwią­ca gdzieś głę­bo­ko w Na­po­le­onie in­tu­icja ostrze­ga­ła go o praw­dzi­wym sta­nie ich po­zor­nie ser­decz­nej przy­jaź­ni. Na tra­twie za­cu­mo­wa­nej na środ­ku Nie­mna w Tyl­ży, każ­dy z nich pró­bo­wał ocza­ro­wać dru­gie­go – nie­wąt­pli­wie le­piej uda­ło się to Na­po­le­ono­wi. Jed­nak po­cząw­szy od 1810 roku, za­chę­ca­ny po ci­chu su­ge­stia­mi Tal­ley­ran­da, że „ten ko­los ma gli­nia­ne nogi”, to wła­śnie car za­czy­na nada­wać ton. Aż pew­nej nocy, pierw­szy ka­mer­dy­ner Na­po­le­ona Con­stant Wa­iry,5 jak zwy­kle śpią­cy w po­ko­ju obok, zo­stał zbu­dzo­ny „stłu­mio­ny­mi i płacz­li­wy­mi okrzy­ka­mi, jak­by ko­goś du­szo­no”. Wy­ska­ku­jąc z łóż­ka, „po­wziąw­szy ta­kie środ­ki ostroż­no­ści, na ja­kie po­zwa­la­ło moje za­trwo­że­nie” otwo­rzył drzwi:

„Pod­cho­dząc do łóż­ka, zo­ba­czy­łem Jego Ce­sar­ską Mość le­żą­ce­go w po­przek, w po­zy­cji sku­lo­nej. Po­ściel i kapa zrzu­co­ne z łóż­ka, zaś cała po­stać w sta­nie jak­by strasz­li­we­go ner­wo­we­go skur­czu. Z otwar­tych ust wy­do­by­wa­ły mu się ja­kieś nie­ar­ty­ku­ło­wa­ne i nie­wy­raź­ne dźwię­ki, coś zda­wa­ło się uci­skać jego pierś, a jed­ną pięść wci­skał w do­łek na brzu­chu. Prze­ra­żo­ny jego sta­nem, prze­ma­wiam do nie­go. Kie­dy nie od­po­wia­da, de­li­kat­nie nim po­trzą­sam. Wte­dy ce­sarz się bu­dzi z gło­śnym okrzy­kiem i mówi: ‘Co się dzie­je? Co się dzie­je?’ [a po­tem, prze­ry­wa­jąc prze­pro­si­ny Con­stan­ta] ‘Do­brze zro­bi­łeś, mój dro­gi Con­stant. Ach! Mój przy­ja­cie­lu, co za okrop­ny sen, jaka zmo­ra! Niedź­wiedź roz­pła­tał mi pierś i wy­dzie­rał ser­ce’. Po czym ce­sarz wstał i za­czął cho­dzić tam i z po­wro­tem po po­ko­ju, pod­czas gdy ja po­pra­wia­łem po­ściel. Ko­szu­la, któ­rą miał na so­bie była tak prze­po­co­na, że zmu­szo­ny był ją zmie­nić. Wspo­mnie­nie tego snu prze­śla­do­wa­ło go bar­dzo dłu­go. Czę­sto o nim mó­wił, za każ­dym ra­zem pró­bu­jąc wy­cią­gnąć z nie­go inne wnio­ski i do­pa­so­wać je do kon­kret­nych oko­licz­no­ści.”

Nie ma wąt­pli­wo­ści, że Na­po­le­on przy­najm­niej czę­ścio­wo prze­wi­dział, wy­jąt­ko­wy sto­pień trud­no­ści nad­cho­dzą­cej kam­pa­nii. Żad­na inna nie wy­ma­ga­ła tak skru­pu­lat­ne­go pla­no­wa­nia. Ani też tak wiel­kiej mo­bi­li­za­cji lu­dzi i środ­ków. „Bez trans­por­tu,” pi­sał w 1811 do swo­je­go pa­sier­ba Eu­ge­niu­sza de Be­au­har­na­is, wi­ce­kró­la Włoch, „wszyst­ko jest da­rem­ne”. Już w czerw­cu tego roku jego „geo­me­trycz­ny umysł” za­czął bo­ry­kać się z tym pro­ble­mem.

Nie­sły­cha­na ru­chli­wość była pod­sta­wą na­po­le­oń­skie­go blitz­krie­gu. Dla­te­go też ar­mie fran­cu­skie za­wsze żyły z bo­gactw pod­bi­tych ziem. Jed­nak da­le­ka Pół­noc była już inną kwe­stią, jak za­pa­mię­tał to so­bie, aż na­zbyt do­kład­nie, sier­żant Jan-Roch Co­ignet, ni­skie­go wzro­stu in­struk­tor musz­try 2 Puł­ku Gre­na­die­rów Pie­szych Gwar­dii. W piasz­czy­stych trzę­sa­wi­skach Pol­ski w 1806

„mu­sie­li­śmy za­wią­zy­wać so­bie buty sznur­kiem pod pod­bi­ciem. Cza­sa­mi, kie­dy ka­wał­ki sznur­ka się prze­rwa­ły i na­sze buty zo­sta­ły gdzieś z tyłu w bło­cie, mu­sie­li­śmy zła­pać się za tyl­ną nogę, wy­cią­gnąć ją jak mar­chew­kę, pod­nieść do przo­du, i wte­dy brać się za dru­gą. Ten ma­newr trze­ba było bez prze­rwy po­wta­rzać; i tak przez dwa dni z rzę­du”.

Tak­że li­tew­skie dro­gi – o ile w ogó­le ist­nia­ły – nie były ta­kie jak w za­chod­niej Eu­ro­pie. „W tej czę­ści świa­ta,” jak od­kry­je nie­dłu­go pru­ski po­rucz­nik H.A. Vos­sler z Puł­ku Hu­za­rów księ­cia Lu­dwi­ka, „wszyst­kie cięż­kie trans­por­ty za­zwy­czaj od­by­wa­ją się zimą – na sa­niach. Dro­gi nie są tam tak waż­ne jak w kra­jach po­ło­żo­nych bar­dziej na po­łu­dnie”.

Cho­ciaż ar­mia fran­cu­ska po­sia­da spraw­ną służ­bę za­opa­trze­nio­wą, to skła­da się ona tyl­ko z 3500 lu­dzi i 891 wo­zów, a to z pew­no­ścią nie wy­star­czy, by utrzy­mać siły in­wa­zyj­ne li­czą­ce co naj­mniej jed­ną trze­cią mi­lio­na lu­dzi. Bo taka ilość wcho­dzi w ra­chu­bę. Jed­ne­go dnia, wziąw­szy na stro­nę swo­je­go mi­ni­stra woj­ny Clar­ke’a na ta­ra­sach St-Clo­ud, Na­po­le­on zwie­rzył mu się: „Pla­nu­ję wiel­ką wy­pra­wę. Lu­dzi znaj­dę do­syć ła­two. Cała trud­ność tkwi w przy­go­to­wa­niu trans­por­tu.”

Trze­ba zgro­ma­dzić ogrom­ne ilo­ści ryżu, mąki i su­cha­rów i za­pła­cić za nie. No, zło­ta na to star­czy z pew­no­ścią! Mi­lio­ny w zło­cie wy­dar­te Pru­som jako od­szko­do­wa­nie za atak na nie­go w 1806, oraz Au­strii – za lata 1805 i 181012, leżą w piw­ni­cach Tu­ile­ries, do któ­rych klu­cze mają tyl­ko sam Na­po­le­on i jego nie­sa­mo­wi­cie cięż­ko pra­cu­ją­cy i ogrom­nie zdol­ny Ge­ne­ral­ny In­ten­dent Piotr Daru. Do mar­ca 1812 ma on na­dzie­ję zgro­ma­dzić 270 000 kwin­ta­li psze­ni­cy, 12 000 kwin­ta­li ryżu, 2 000 000 busz­li13 owsa, rów­no­war­tość 20 mi­lio­nów ra­cji chle­ba i ryżu – ilość wy­star­cza­ją­cą dla 400 000 lu­dzi i 50 000 koni na 50 dni. A po­nie­waż ar­mie mu­szą rów­nież pić, a spi­ry­tus jest tak­że po­trzeb­ny do prze­pro­wa­dza­nia am­pu­ta­cji, już 29 grud­nia Ce­sarz roz­ka­zał Mi­ni­stro­wi Ad­mi­ni­stra­cji Wo­jen­nej za­ku­pić w Bor­de­aux „28 mi­lio­nów bu­te­lek wina, 2 mi­lio­ny bu­te­lek al­ko­ho­lu”, czy­li ra­cje wina na 200 dni i al­ko­ho­lu na 130 dla 300 000 lu­dzi.

Po­zo­sta­je do roz­wią­za­nia kwe­stia trans­por­tu. Czy w ta­kim te­re­nie 1500 ist­nie­ją­cych wo­zów ba­ta­lio­no­wych o wiel­kich ko­łach, każ­dy cią­gnię­ty przez osiem koni i zdol­ny wieźć 10 000 ra­cji, wy­star­czy, aby wy­ży­wić ar­mię przez 25 dni, czy­li czas po­trzeb­ny na szyb­ką kam­pa­nię? Cho­ciaż na­praw­dę są one zbyt cięż­kie, z po­cząt­ku Na­po­le­on za­kła­dał, że wy­star­czą. Ale na­stęp­ne­go dnia prze­my­ślał spra­wę jesz­cze raz. Je­śli taki wóz jest

„na­ła­do­wa­ny su­cha­ra­mi, to mu­szą one być w becz­kach, in­a­czej się kru­szą, a lu­dzie na­rze­ka­ją. Nie na­da­je się on też do prze­wo­zu zbo­ża, mąki, owsa, bali sia­na, ani be­czek wina czy wód­ki. Każ­dy więc ba­ta­lion po­wi­nien za­trzy­mać so­bie wóz na swo­je nor­mal­ne po­trze­by. Po­zo­sta­łe mu­szą zo­stać za­stą­pio­ne do­bry­mi wo­za­mi ta­bo­ro­wy­mi o du­żych ko­łach, każ­dy cią­gnię­ty przez osiem koni i po­wo­żo­ny przez czte­rech lu­dzi, lub, je­śli bę­dzie taka po­trze­ba, przez trzech,”

naj­le­piej cu­dzo­ziem­ców. 4 lip­ca 1811, pi­sząc do sze­fa swo­je­go kor­pu­su za­opa­trze­nia14, Na­po­le­on do­szedł do wnio­sku, że trze­ba tak­że wy­na­leźć cał­ko­wi­cie nowy, dużo lżej­szy ro­dzaj wozu, „nor­mal­nie prze­zna­czo­ny do prze­wo­że­nia 4 000 ra­cji, lub w ra­zie po­trze­by 6 000, i po­wo­żo­ny przez dwóch lu­dzi, a cią­gnię­ty przez czte­ry ko­nie”. Po­nie­waż nie moż­na li­czyć, że na­wet te po­ra­dzą so­bie z na­praw­dę pa­skud­nym te­re­nem, trze­ba skon­stru­ować jesz­cze lżej­szy ro­dzaj wozu, cią­gnię­ty przez tyl­ko jed­ne­go ko­nia, przy­zwy­cza­jo­ne­go do cho­dze­nia gę­sie­go, „tak żeby na kil­ka wo­zów wy­star­czał tyl­ko je­den czło­wiek”. Woły tak­że będą uży­tecz­ne. Na­wet po­ga­nia­ne przez nie­przy­wy­kłych do tego re­kru­tów, mogą przy­najm­niej ży­wić się tra­wą ro­sną­cą przy dro­dze, za­nim same zo­sta­ną zje­dzo­ne.

Jak dłu­go uda się naj­więk­szej w hi­sto­rii wo­jen eu­ro­pej­skich ar­mii utrzy­mać się po­śród igla­stych la­sów Li­twy? Wy­star­cza­ją­co dłu­go, wy­li­czył Na­po­le­on, aby uzy­skać prze­wa­gę i uni­ce­stwić wro­ga.

Wie on też, że dla obro­ny swe­go ogrom­ne­go kra­ju Ro­sja­nie mają dwie ar­mie, zaś trze­cia jest ak­tu­al­nie za­ję­ta wal­ką z Tur­ka­mi w Moł­da­wii. Pierw­sza Ar­mia Za­cho­du jest do­wo­dzo­na przez Barc­lay’a de Tol­ly, Li­twi­na szkoc­kie­go po­cho­dze­nia15, któ­ry, co god­ne uwa­gi, kie­dyś sam słu­żył jako pro­sty żoł­nierz, a po ka­ta­stro­fie pod Frie­dlan­dem, jako mi­ni­ster woj­ny, zmo­der­ni­zo­wał ar­mię ro­syj­ską we­dług wzo­rów fran­cu­skich. Jego ar­mia jest skon­cen­tro­wa­na wo­kół Wil­na. Dru­ga Ar­mia Za­cho­du, do­wo­dzo­na przez ogni­ste­go i za­pal­czy­we­go Gru­zi­na, księ­cia Ba­gra­tio­na, sta­cjo­nu­je da­lej na po­łu­dnie, wo­kół Grod­na, 75 mil w górę Nie­mna. Ata­kiem z za­sko­cze­nia, jaki sto­so­wał już prze­cież wie­lo­krot­nie, Na­po­le­on, ma­jąc do dys­po­zy­cji swo­ją sła­wę nie­zwy­cię­żo­ne­go, oraz co naj­mniej dzie­sięć kor­pu­sów ar­mij­nych i trzy kor­pu­sy ka­wa­le­rii „re­zer­wo­wej”16, ma za­miar wbić klin mię­dzy Barc­lay’a a Ba­gra­tio­na, po czym po­bić ich obu do­szczęt­nie. Je­śli wszyst­ko pój­dzie do­brze, kam­pa­nia rze­czy­wi­ście za­koń­czy się po paru ty­go­dniach.

Jak jed­nak, w okre­ślo­nym dniu lata 1812, sku­pić całą Wiel­ką Ar­mię, z jej 150 000 koń­mi i 1000 dzia­ła­mi, wzdłuż brze­gu Nie­mna – gra­ni­cy mię­dzy Pol­ską a ro­syj­ską Li­twą? To wła­śnie jest ten ogrom­ny pro­blem lo­gi­stycz­ny, któ­ry po­sta­wił przed sobą Ce­sarz. No i któ­re­go dnia? Nie może być za wcze­śnie – lato póź­no przy­cho­dzi na Pół­no­cy, a zbo­że musi być już doj­rza­łe na pa­szę. Ani też za póź­no: z je­sie­nią nad­cho­dzą­cą w po­ło­wie sierp­nia ozna­cza­ło­by to ry­zy­ko kam­pa­nii zi­mo­wej, któ­rej tak oba­wia się puł­kow­nik Pon­thon. Na św. Jana po­win­no być w sam raz.

W ca­łej Eu­ro­pie jed­nost­ki otrzy­mu­ją uzu­peł­nie­nia i po­sił­ki. Puł­ki, za­zwy­czaj skła­da­ją­ce się z czte­rech ba­ta­lio­nów, po­więk­sza­ne są do pię­ciu17. W swo­ich ko­sza­rach w Co­ur­be­vo­ie pod Pa­ry­żem, puł­ki pie­cho­ty Gwar­dii Ce­sar­skiej – cały świet­ny, pięć­dzie­się­cio­ty­sięcz­ny kor­pus ude­rze­nio­wy – zo­sta­ją po­sta­wio­ne w stan go­to­wo­ści. Dwie kom­pa­nie we­te­ra­nów, „uszczę­śli­wio­nych przy­pi­sa­niem im tak przy­jem­nych obo­wiąz­ków”, zo­sta­ją wy­łą­czo­ne z 2 Puł­ku Gre­na­die­rów Pie­szych Gwar­dii i za­stą­pio­ne „zna­ko­mi­ty­mi ludź­mi przy­by­wa­ją­cy­mi co­dzien­nie” z puł­ków li­nio­wych, dla któ­rych z ko­lei szko­li się wła­śnie pod­ofi­ce­rów Gwar­dii, aby ob­ję­li sta­no­wi­ska ofi­cer­skie. Wy­kła­da­jąc od­dzia­ło­wi kan­dy­da­tów na ofi­ce­rów ich nowe obo­wiąz­ki jako do­wód­ców, sier­żant Co­ignet uczy się od nich swo­je­go abe­ca­dła, pod­czas gdy star­si ad­iu­tan­ci szko­lą ich w za­kre­sie teo­rii. Taki już jest sys­tem, zaś:

„Na­po­le­on oso­bi­ście spraw­dzał re­zul­ta­ty. Przez pięt­na­ście dni set­ka lu­dzi, pod nad­zo­rem ofi­ce­rów szta­bu, ro­bi­ła na­bo­je. Aby unik­nąć ja­kie­go­kol­wiek nie­bez­pie­czeń­stwa wy­bu­chu, mu­sie­li no­sić buty bez gwoź­dzi, zdej­mo­wa­ne i spraw­dza­ne co dwie go­dzi­ny. Zro­bi­li­śmy 100 000 ła­dun­ków. Kie­dy to żni­wo się skoń­czy­ło od­by­ły się wiel­kie ma­new­ry na rów­ni­nie St-De­nis i prze­glą­dy wojsk przed Tu­ile­ries, włącz­nie z par­ka­mi ar­ty­le­ryj­ski­mi, wo­za­mi i am­bu­lan­sa­mi! Ce­sarz ka­zał je otwo­rzyć i sam wspiął się na koło, aby upew­nić się, że są peł­ne.”

Puł­ki Mło­dej Gwar­dii rów­niez są po­śpiesz­nie uzu­peł­nia­ne. Jej ofi­ce­ro­wie, prze­nie­sie­ni ze Sta­rej Gwar­dii18, cią­gle będą do­sta­wa­li wyż­sze gaże; ale pod in­ny­mi wzglę­da­mi jej puł­ki nie róż­nią się od puł­ków li­nio­wych. Te­raz ma się ona skła­dać z trzy­na­stu puł­ków ty­ra­lie­rów, trzy­na­stu wol­ty­że­rów, jed­ne­go fi­zy­lie­rów-gre­na­die­rów, jed­ne­go fi­zy­lie­rów-sza­se­rów, jed­ne­go flan­kie­rów, jed­ne­go szpe­ra­czy i jed­ne­go gwar­dzi­stów na­ro­do­wych19 – „dzie­sięć róż­nych nazw dla jed­no­stek pie­cho­ty uzbro­jo­nych w do­kład­nie ten sam spo­sób i no­szą­cych ten sam mo­del stan­dar­do­wo wy­da­wa­ne­go ka­ra­bi­nu”. Pa­weł de Bo­ur­go­ing, do­brze wy­kształ­co­ny mło­dy po­rucz­nik 5 Puł­ku Ty­ra­lie­rów Gwar­dii, któ­ry po­wró­cił wła­śnie z bo­jów w Hisz­pa­nii, jest obec­ny kie­dy zja­wia­ją się nowi re­kru­ci:

„ty­siąc pię­ciu­set mło­dych lu­dzi w ko­szu­lach, ka­mi­zel­kach, stro­jach lu­do­wych, czy­li oby­wa­te­li wszyst­kich pro­win­cji ogrom­ne­go Ce­sar­stwa Fran­cu­skie­go, snu­ją­cych się po ob­szer­nym pla­cu przed ko­sza­ra­mi, w takt wy­bi­ja­ny przez szes­na­ście bęb­nów. Pra­wie wszy­scy do­bo­sze zo­sta­li wzię­ci z Puł­ku Uczniów Gwar­dii [pułk skła­da­ją­cy się cał­ko­wi­cie z sy­nów żoł­nie­rzy] i pra­wie wszy­scy byli Ho­len­dra­mi. Nie­któ­rzy, z Am­ster­da­mu i Fry­zji, mie­li tyl­ko po pięt­na­ście lat. Bar­dzo się sta­ra­no, aby w żad­nej kom­pa­nii nie zna­la­zło się zbyt wie­lu lu­dzi jed­nej na­ro­do­wo­ści: ‘To nie przy­słu­ży się do­brze ani dys­cy­pli­nie, ani woj­nie,’ po­wie­dział mi mój ma­jor. ‘Prze­ta­suj ich wszyst­kich jak ta­lię kart! Wy­bierz dwu­na­stu lu­dzi któ­rzy mają naj­gęst­sze bro­dy, albo wi­dać, że im wy­ro­sną. Przede wszyst­kim nie bierz żad­nych blon­dy­nów ani ru­dych – tyl­ko lu­dzi z czar­nym za­ro­stem, któ­rych wy­sta­wisz do przo­du’”.

Do­sta­ną oni sie­kie­ry i będą no­sić ber­my­ce oraz bia­łe skó­rza­ne far­tu­chy, sło­wem – zo­sta­ną sa­pe­ra­mi – ma­sze­ru­ją­cy­mi na prze­dzie ko­lum­ny puł­ko­wej:

„Zro­bi­łem więc prze­gląd tych 1500 dwu­let­nich bród tak szyb­ko, jak się dało. Więk­szość wciąż była bez za­ro­stu. Le­d­wie 25 czy 30 spo­śród nich było pi­sa­ne zo­ba­czyć znów ogień w ko­min­ku u swo­jej mat­ki”.

W tym sa­mym cza­sie, Ar­mia Ob­ser­wa­cyj­na Łaby20, któ­ra nie­dłu­go zo­sta­nie I Kor­pu­sem, jest musz­tro­wa­na i ćwi­czo­na do osią­gnię­cia stop­nia spraw­no­ści „pra­wie rów­na­ją­ce­go się Gwar­dii Ce­sar­skiej”, pod do­wódz­twem bu­dzą­ce­go po­strach mi­ło­śni­ka dys­cy­pli­ny, mar­szał­ka Da­vo­uta, księ­cia Eck­mühl. Je­den z jej naj­moc­niej­szych puł­ków, 85 Pułk Pie­cho­ty Li­nio­wej, spę­dził zimę w sil­nie ufor­ty­fi­ko­wa­nym mie­ście Gło­gów, „jak w mie­ście ob­lę­żo­nym”. Kor­pu­lent­ny dru­gi ma­jor jej pierw­sze­go ba­ta­lio­nu, C.F.M. Le Roy6 jest za­go­rza­łym de­mo­kra­tą, któ­ry z po­gar­dą spo­glą­da na wszyst­kie oso­by o błę­kit­nej krwi, Na­po­le­ona uwa­ża za „przed­się­bior­cze­go ge­niu­sza”, a Ro­sjan – za bar­ba­rzyń­ców. Po „zro­zu­mie­niu, że uro­dził się wśród na­ro­du znie­na­wi­dzo­ne­go przez wszyst­kie inne”, roz­po­czął swą ka­rie­rę woj­sko­wą „przy­pad­kiem”, jako re­krut w 1795, lecz „kon­ty­nu­ował ją już z upodo­ba­nia”. W cza­sie zimy 1811/12 roz­ba­wi­ło go, gdy zo­ba­czył, jak chęt­nie żony miej­sco­wej szlach­ty, „bez stra­chu o ska­la­nie szla­chec­kiej czę­ści swo­jej krwi”, upra­wia­ły ha­zard i tań­czy­ły z mło­dy­mi ofi­ce­ra­mi w Grand Ca­si­no. Za nie mniej za­baw­ne uwa­żał też, że „nie­jed­na mia­ła ocho­tę sta­nąć do sze­re­gu – i bar­dzo im się to po­do­ba­ło”.

Tak­że w po­łu­dnio­wych Niem­czech, po­szcze­gól­ne księ­stwa zdo­mi­no­wa­ne­go przez Fran­cu­zów Związ­ku Reń­skie­go z bó­lem ser­ca do­star­cza­ją świe­żych kon­tyn­gen­tów VIII Kor­pu­so­wi ge­ne­ra­ła Van­dam­me’a. W tym­sa­mym cza­sie Hie­ro­nim Bo­na­par­te, król West­fa­lii, kło­po­tli­wy naj­młod­szy bra­ci­szek Na­po­le­ona, cho­ciaż po­zba­wio­ny do­świad­cze­nia woj­sko­we­go, z po­dob­ną nie­chę­cią szy­ku­je się do ob­ję­cia ogól­ne­go do­wódz­twa i nad VIII, i nad V (pol­skim) Kor­pu­sem księ­cia Po­nia­tow­skie­go, oraz nad Sa­sa­mi ge­ne­ra­ła Rey­nie­ra (VII). Żad­na z tych nie­mi­le wi­dzia­nych ofiar nie jest w do­dat­ku no­wo­ścią. W 1806 roku, ma­lut­kie księ­stwo Sa­sko-Ko­bur­skie zo­sta­ło wręcz za­la­ne przez nie­bie­skie mun­du­ry Fran­cu­zów; a za­le­d­wie dzie­sięć mie­się­cy temu, do­bro­tli­wa diu­sze­sa Au­gu­sta7 z bó­lem przy­glą­da­ła się jak:

„szcząt­ki na­sze­go bied­ne­go ma­łe­go kon­tyn­gen­tu po­wra­ca­ją z Hisz­pa­nii – osiem­na­stu lu­dzi z 250! Więk­szość strat zo­sta­ła po­nie­sio­na nie w wal­ce, lecz głów­nie z po­wo­du cho­rób, nie­do­stat­ku i za­nie­dba­nia, na­kła­da­ją­cych się na trud­no­ści spo­wo­do­wa­ne hisz­pań­skim kli­ma­tem. Pół mia­sta wy­le­gło na uli­ce, aby po­wi­tać po­zo­sta­łych przy ży­ciu,”

za­pi­sa­ła w swo­im pa­mięt­ni­ku. Te­raz z przy­gnę­bie­niem pa­trzy na wy­marsz no­we­go kon­tyn­gen­tu,8 tym ra­zem na Pół­noc.9

Ta nowa Wiel­ka Ar­mia na pew­no nie skła­da się tyl­ko z chęt­nych żoł­nie­rzy. Wręcz prze­ciw­nie. W ca­łej Eu­ro­pie – na­wet w da­le­kim Ne­apo­lu, gdzie olśnie­wa­ją­cy szwa­gier Na­po­le­ona Jo­achim Mu­rat ubie­ra swo­ich laz­za­ro­ni22 i zwol­nio­nych więź­niów w wy­jąt­ko­wo ko­lo­ro­we mun­du­ry – wszy­scy nie­żo­na­ci osiem­na­sto­lat­ko­wie, któ­rych nie było stać aby opła­cić za­stęp­ców, żeby po­szli i zo­sta­li za nich za­bi­ci10, a któ­rzy wy­cią­gnę­li­naj­krót­szą słom­kę z ręki re­kru­tu­ją­ce­go sier­żan­ta – to zna­czy wszy­scy, któ­rzy nie ucie­kli na wzgó­rza i nie zo­sta­li „ban­dy­ta­mi” – od­pro­wa­dza­ni są na skraj swe­go mia­sta czy wio­ski przez pła­czą­ce ro­dzi­ny, któ­re na­wet nie ocze­ku­ją, że ich jesz­cze kie­dyś zo­ba­czą. Jak zwy­kle, de­zer­cja po dro­dze do cen­trum szko­le­nia­Puł­ko­we cen­tra szko­le­nia na­zy­wa­no wte­dy „za­kła­da­mi puł­ko­wy­mi”23. jest ma­so­wa. Więk­szość wie­śnia­ków nie­chęt­nych jest za­cią­go­wi. Świad­kiem bran­ki do 2 Puł­ku Pie­cho­ty Le­gii Nad­wi­ślań­skiej w Po­zna­niu jest po­rucz­nik Hen­ryk Brandt11, któ­ry za­uwa­ża, że znacz­na część re­kru­tów nig­dy w ży­ciu nie no­si­ła bu­tów czy spa­ła w łóż­ku, a „bia­ły chleb i kawę zna­ła tyl­ko ze sły­sze­nia”. Ich przy­wią­za­nie do sztan­da­ru musi opie­rać się więc na po­łą­cze­niu do­bre­go je­dze­nia, za­kwa­te­ro­wa­nia, i, dla de­zer­te­rów („pra­wie wszy­scy zo­sta­li schwy­ta­ni”) 50 do 60 ude­rzeń trzci­ną w sie­dze­nie. Po przy­pro­wa­dze­niu ca­łe­go puł­ku mar­szo­we­go de­zer­te­rów z Ile de Ré do Lu­be­ki Jó­zef Gu­itard12, wy­so­ki kasz­ta­no­wło­sy ka­pi­tan z puł­ku Co­igne­ta, musi wra­cać do Prus po na­stęp­ny. Z ta­kich nie­do­szłych de­zer­te­rów skła­da się od­po­wied­nik ca­łej dy­wi­zji Wiel­kiej Ar­mii.

Na­po­le­on, rzecz ja­sna, wie do­sko­na­le o co mu cho­dzi i czy­je­mu do­bru słu­ży. Do­bru na­ro­du fran­cu­skie­go, oczy­wi­ście. Kto jed­nak jest tym „na­ro­dem”? Na­tu­ral­nie kla­sy śred­nie, w prze­ci­wień­stwie do le peu­ple24, o któ­rym pew­ne­go dnia Ce­sarz cheł­pi się przed Na­rbon­nem, że go „spa­cy­fi­ko­wał – zbro­jąc go”. Do­da­jąc jako wnio­sek: „w mo­ich rę­kach woj­na sta­ła się an­ti­do­tum prze­ciw­ko anar­chii.” Je­śli cho­dzi o sta­rych ary­sto­kra­tów, to ci z nich, któ­rzy za­an­ga­żo­wa­li się po stro­nie no­we­go tro­nu, „wy­nie­sio­ne­go”, z cze­go Na­po­le­on zda­wał so­bie spra­wę, „na ba­gne­tach Gwar­dii Ce­sar­skiej – sa­mych sy­nów wol­nych chło­pów”, w czę­ści tyl­ko są na­praw­dę od­da­ni jego spra­wie, je­śli już nie, jak Cau­la­in­co­urt i Na­rbon­ne, jego po­li­ty­ce. Po­zo­sta­łych, może na­wet więk­szość, moż­na z pew­no­ścią za­li­czyć do nie­zde­cy­do­wa­nych: „Nie­bie­ski jest za­wsze nie­bie­ski, bia­ły jest za­wsze bia­ły,”25 po­wie kie­dyś Ce­sarz ze smut­kiem Ga­spar­do­wi Gou­r­gau­do­wi na Świę­tej He­le­nie.

Mię­dzy ofi­ce­ra­mi-ary­sto­kra­ta­mi z ca­łe­go ser­ca od­da­ny­mi spra­wie Na­po­le­ona jest ge­ne­rał hra­bia Fi­lip de Ségur13. Jed­ne­go dnia w okre­sie Kon­su­la­tu, ten syn wy­bit­ne­go ojca, tak jak on wro­ga Re­wo­lu­cji, wa­łę­sał się przed bra­ma­mi Tu­ile­ries w sta­nie tak głę­bo­kiej de­pre­sji, że za­sta­na­wiał się nad sa­mo­bój­stwem, kie­dy nad­biegł truch­tem od­dział sza­se­rów26 Gwar­dii Kon­su­lar­nej. Na tym po­tom­ku pra­daw­nej ka­sty fran­cu­skich woj­sko­wych wi­dok ich olśnie­wa­ją­cych zie­lo­no-czer­wo­nych mun­du­rów i po­zo­sta­łe­go ekwi­pun­ku zro­bił wra­że­nie po­rów­ny­wal­ne chy­ba tyl­ko z wi­zją Sw. Paw­ła na dro­dze do Da­masz­ku. Wią­żąc swój los z lo­sem no­we­go Ce­za­ra, mło­dy Fi­lip de Ségur po pro­stu po­szedł i się przy­łą­czył; i – po­dob­nie jak inny szlach­cic – Mon­te­squ­iou Fézen­sac, oczy­wi­ście szyb­ko awan­so­wał. Po róż­nych ko­le­jach losu zo­stał te­raz ofi­ce­rem przy Ce­sar­skiej Kwa­te­rze Głów­nej, gdzie jego spe­cjal­nym za­da­niem jako za­stęp­cy Pre­fek­ta Pa­ła­cu jest nad­zór nad mu­ła­mi jucz­ny­mi, któ­re w cza­sie kam­pa­nii uży­wa­ne są do trans­por­tu zło­tej ce­sar­skiej za­sta­wy obia­do­wej i in­nych sprzę­tów do­mo­wych. Je­śli po­ło­wa umy­słu de Ségu­ra jest głę­bo­ko po­chło­nię­ta spra­wa­mi woj­sko­wy­mi, to dru­ga po­ło­wa tkwi nie mniej głę­bo­ko w li­te­ra­tu­rze kla­sycz­nej; nie moż­na wy­klu­czyć, że już wte­dy za­sta­na­wiał się nad wiel­kim dzie­łem hi­sto­rycz­nym. Nie zna­czy to, żeby on sam, czy kto­kol­wiek inny, mógł już tej wio­sny 1812 wy­obra­zić so­bie, czym ono bę­dzie. Wy­peł­nio­ny żar­li­wym, cho­ciaż – przy­najm­niej w oczach Gou­r­gau­da – tro­chę jed­nak zbyt am­bi­wa­lent­nym za­chwy­tem dla swo­je­go ido­la, de Ségur już te­raz zda­je so­bie spra­wę, że ze wszyst­kich so­jusz­ni­ków wcie­la­nych, aby słu­żyć pod­czas tej gi­gan­tycz­nej eks­pe­dy­cji „tyl­ko Wło­si i Po­la­cy są na­praw­dę en­tu­zja­stycz­nie na­sta­wie­ni do na­szej spra­wy”.

W od­nie­sie­niu do żad­ne­go z ofi­ce­rów Wiel­kiej Ar­mii nie jest to bar­dziej praw­dzi­we niż w przy­pad­ku ofi­ce­ra z Elby, o na­zwi­sku Ce­za­ry de Lau­gier (czy­li Log­gia). Opusz­cza­jąc Me­dio­lan w lu­tym, wraz z resz­tą IV Kor­pu­su księ­cia Eu­ge­niu­sza, ofi­cer szta­bu Gwar­dii Ho­no­ro­wej Kró­le­stwa Włoch, któ­rej każ­da kom­pa­nia po­cho­dzi z in­ne­go mia­sta pół­noc­nej Ita­lii i ma in­ne­go ko­lo­ru la­mów­ki na swo­ich zie­lo­no-bia­łych mun­du­rach, prze­kro­czył Alpy i sta­nął na kwa­te­rach woj­sko­wych w po­łu­dnio­wych Niem­czech. Jest pe­wien, że tu­tej­si miesz­kań­cy ich „ko­cha­ją”. We­wnątrz jego no­we­go heł­mu w sty­lu grec­kim, któ­re­go ogrom­ny, ozdo­bio­ny pió­ra­mi­czub wień­czy dra­pież­na, po­zła­ca­na gło­wa orła z agre­syw­nym dzio­bem, gło­wa Ce­za­re­go de Lau­gier peł­na jest wy­obra­żeń o wo­jen­nych czy­nach sta­ro­żyt­nych bo­ha­te­rów. Sam nie po­zba­wio­ny na­iw­no­ści, przed­sta­wia wzru­sza­ją­cy ob­raz men­tal­no­ści swo­ich kra­ja­nów:

„Nie zna­ją in­nej świę­to­ści nad swo­je­go wład­cę. Żad­nych ra­cji prócz siły. Żad­nej pa­sji prócz chwa­ły. Wszyst­ko wy­gła­dza wa­lec dys­cy­pli­ny i bier­ne­go po­słu­szeń­stwa, głów­nych cnót żoł­nie­rza. Nie­świa­do­mi tego co ich cze­ka, są tak prze­ko­na­ni o słusz­no­ści swo­jej spra­wy, że nig­dy na­wet nie pró­bu­ją się do­wie­dzieć, do ja­kie­go kra­ju są wy­sy­ła­ni. Sły­sząc na po­cząt­ku każ­dej woj­ny, że pi­sa­ne jest im wy­mie­rzyć osta­tecz­ny cios chwiej­ne­mu mo­car­stwu An­gli­ków, w koń­cu mylą z An­glią wszyst­kie ist­nie­ją­ce mo­car­stwa… oce­nia­ją dy­stans od­dzie­la­ją­cy ich od celu ilo­ścią dni, któ­re od kil­ku już lat spę­dza­ją, ma­sze­ru­jąc zjed­ne­go krań­ca Eu­ro­py na dru­gi. Nig­dy jed­nak nie do­cie­ra­ją do owe­go kra­ju, celu ich wszyst­kich wy­sił­ków, któ­ry cią­gle umy­ka im sprzed oczu.”

Pod­czas prze­glą­du 14 maja na espla­na­dzie w Gło­go­wie, już poza miej­ski­mi for­ty­fi­ka­cja­mi, nasz ofi­cer szta­bu na­pi­sze w swo­im pa­mięt­ni­ku:

„Cały IV Kor­pus jest pod bro­nią. Wi­ce­król przy­był tu wczo­raj. Gwar­dia Kró­lew­ska, zaj­mu­ją­ca w tej chwi­li pra­wy skraj nie­zwy­kle dłu­gie­go pierw­sze­go sze­re­gu, zna­la­zła się na miej­skim cmen­ta­rzu. Tyl­ko gro­by prze­ry­wa­ją na­sze prze­pi­so­we usta­wie­nie. Nie­któ­re za­bo­bon­ne umy­sły do­pa­tru­ją się w tych oko­licz­no­ściach ja­kiejś zło­wiesz­czej prze­po­wied­ni i na­rze­ka­ją, że tu wła­śnie nas po­sta­wio­no. Rzym­skie le­gio­ny z pew­no­ścią zło­ży­ły­by ofia­ry swym bo­gom, aby od­pę­dzić tak zło­wro­gie wróż­by.”

Jed­nak wi­docz­nie ksią­żę Eu­ge­niusz, nie­co fleg­ma­tycz­ny, lecz bar­dzo zdol­ny żoł­nierz, jest po­nad ta­kie oba­wy; w roz­ka­zie dzien­nym wy­ra­ża swo­ją sa­tys­fak­cję ze sta­nu IV Kor­pu­su. Nic nie mo­gło­by bar­dziej ucie­szyć ofi­ce­ra szta­bo­we­go Gu­ar­dia d’Ono­re.

Jak za­wsze, są też kom­pli­ka­cje po­li­tycz­ne. Nie­któ­rych z nich, w prze­ci­wień­stwie do tych we­wnętrz­nych, nie da się wy­gła­dzić de­kre­tem ce­sar­skim. Już od ja­kie­goś cza­su am­ba­sa­dy Fran­cji i Bry­ta­nii w Kon­stan­ty­no­po­lu prze­ści­ga­ją się w sztu­ce prze­ku­py­wa­nia urzęd­ni­ków tu­rec­kich. Fran­cu­zi – aby utrzy­mać Tur­cję w sta­nie woj­ny z Ro­sją, Bry­tyj­czy­cy – aby zo­stał za­war­ty po­kój. A po­nie­waż Tur­kom ostat­nio nie­źle się do­sta­je, ist­nie­je wy­raź­ne nie­bez­pie­czeń­stwo, że bry­tyj­skie zło­to prze­wa­ży nad fran­cu­skim, zwal­nia­jąc w ten spo­sób Ar­mię Moł­da­wii ge­ne­ra­ła Tor­ma­so­wa, któ­ra bę­dzie mo­gła po­ma­sze­ro­wać na pół­noc, aby za­gro­zić po­łu­dnio­we­mu skrzy­dłu Wiel­kiej Ar­mii. Na­po­le­on ma na­dzie­ję, że za­bez­pie­czył się już prze­ciw­ko ta­kiej ewen­tu­al­no­ści, zmu­sza­jąc swo­je­go no­we­go te­ścia, ce­sa­rza Fran­cisz­ka, aby do­star­czył mu 30 000 Au­stria­ków pod do­wódz­twem księ­cia Schwa­rzen­ber­ga. No, nie tak cał­kiem znów zmu­sza­jąc, bo­wiem była za to od­po­wied­nia cena: Na­po­le­on miał udzie­lić swo­je­mu ko­le­dze ce­sa­rzo­wi gwa­ran­cji spo­koj­ne­go wła­da­nia jego nie­uczci­wie na­by­ty­mi zie­mia­mi w Ga­li­cji, wy­rwa­ny­mi Po­la­kom w 1794.27 W tym przy­pad­ku wy­stą­pi­ła nie­roz­wią­zy­wal­na sprzecz­ność żą­dań: Po­la­ków – aby przy­wró­cił Ga­li­cję ich wy­ma­rzo­ne­mu kró­le­stwu, Au­stria­ków – aby tego nie ro­bił.

Szwe­cja, po­ko­na­na z kre­te­sem przez Ro­sję w 1809, sta­no­wi ko­lej­ny pro­blem. W cza­sie wiel­kie­go kry­zy­su, kie­dy to Fin­lan­dia, a na­wet wy­spy Alandz­kie zo­sta­ły przez nią utra­co­ne, jej par­la­ment, po­na­gla­ny przez nie­za­leż­nie my­ślą­ce­go, mło­de­go ofi­ce­ra, któ­ry aku­rat prze­by­wał w Pa­ry­żu, wy­brał nie­gdy­siej­sze­go ry­wa­la Na­po­le­ona, mar­szał­ka Ber­na­dot­te’a, na na­stęp­cę tro­nu. Jed­ną z pierw­szych rze­czy, o ja­kich do­wie­dział się on po przy­by­ciu do Sztok­hol­mu było to, że nie­zmier­nie waż­ny prze­mysł hut­ni­czy jego przy­bra­ne­go kra­ju był uza­leż­nio­ny od ryn­ku bry­tyj­skie­go w stop­niu nie mniej­szym niż ro­syj­ski. Sto­sun­ki fran­cu­sko-szwedz­kie, już i tak na­pię­te, jesz­cze bar­dziej się po­gor­szy­ły. W koń­cu Ber­na­dot­te za­de­kla­ro­wał swo­ją neu­tral­ność w zma­ga­niach wiel­kich mo­carstw i w maju 1810, hra­bia La­ger­biel­ke, am­ba­sa­dor Szwe­cji w Pa­ry­żu, zo­stał przy­ję­ty na au­dien­cji w Tu­ile­ries:

„Nig­dy nie wi­dzia­łem ce­sa­rza w tak sza­lo­nej fu­rii, prze­ra­sta­ła ona wszyst­ko co moż­na so­bie pod tym wzglę­dem wy­obra­zić.

Oznaj­mił ze zło­ścią, że z po­wo­du spra­wy Szwe­cji nie prze­spał tej nocy ani go­dzi­ny. ‘Mo­gli­by­ście dać mi tro­chę od­po­cząć, po­trzeb­ne mi to! Bry­tyj­scy jeń­cy zo­sta­li zwró­ce­ni bez od­szko­do­wa­nia, czyż nie tak, Mon­sieur de Ca­do­re?” (Mi­ni­ster, trzę­sąc się, nie omiesz­kał od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie, jak i na wszyst­kie inne, twier­dzą­co.)

Przez go­dzi­nę i pięt­na­ście mi­nut Na­po­le­on mó­wił i krzy­czał, tak czę­sto się po­wta­rza­jąc i prze­ry­wa­jąc swój tok my­śli, że La­ger­biel­ke miał po­tem trud­no­ści z do­kład­nym przy­po­mnie­niem so­bie wszyst­kie­go co usły­szał. Oszczę­dził Szwe­cję po woj­nie 1807, wy­krzy­ki­wał, lecz zo­stał „oszu­ka­ny” przez La­ger­biel­ke­go:

„Neu­tral­ność już nie ist­nie­je. Bry­ta­nia jej nie uzna­je więc ja też nie mogę. Jest wam cięż­ko? A nie po­my­śli­cie, że mnie też jest cięż­ko, że Fran­cji, Bor­de­aux, Ho­lan­dii i Niem­com też jest cięż­ko? Dla­te­go trze­ba z tym skoń­czyć. Trze­ba do­pro­wa­dzić do po­ko­ju na mo­rzach, nie­waż­ne ja­kim kosz­tem”. (Tu­taj złość ce­sa­rza sta­je się wręcz prze­ra­ża­ją­ca.) „A tyl­ko Szwe­cja jest od­po­wie­dzial­na za kry­zys w któ­rym się zna­la­złem! Szwe­cja bar­dziej mi za­szko­dzi­ła niż pięć Ko­ali­cji ra­zem wzię­tych. Wy­bie­raj­cie więc: otwar­ta woj­na albo rze­tel­na przy­jaźń. To moje ostat­nie sło­wo. Do wi­dze­nia. Mam na­dzie­ję, że zo­ba­czy­my się zno­wu w szczę­śliw­szych oko­licz­no­ściach”.14

Z tymi sło­wa­mi Ty­ran Kor­sy­kań­ski wy­szedł z po­ko­ju,15 zo­sta­wia­jąc Szwe­da, zdzi­wio­ne­go jesz­cze bar­dziej, gdy od­krył przed­po­kój opusz­czo­ny „na­wet przez służ­bo­we­go ofi­ce­ra… czy to dla po­słu­szeń­stwa roz­ka­zom, czy też przez do­bro­wol­ną grzecz­ność, bo ce­sarz kil­ka­krot­nie pod­no­sił głos do tego stop­nia, że nie­moż­li­wym było nie sły­szeć go w są­sied­nim po­miesz­cze­niu”. Zaś na po­cząt­ku 1812 roku, gdy Na­rbon­ne i Na­po­le­on od­by­wa­li swo­je fa­scy­nu­ją­ce roz­mo­wy w St-Clo­ud, Da­vo­uto­wi roz­ka­za­no za­jąć Po­mo­rze Szwedz­kie za po­mo­cą ruse de gu­er­re28, prze­jąć całą szwedz­ką flo­tę han­dlo­wą w jej por­tach, a szwedz­kie gar­ni­zo­ny ode­słać do Fran­cji jako jeń­ców wo­jen­nych.

Dla Szwe­dów była to kro­pla, któ­ra prze­la­ła cza­rę. Ber­na­dot­te ogło­sił Szwe­cję pań­stwem neu­tral­nym, za­warł po­kój z Bry­ta­nią i roz­po­czął taj­ne ne­go­cja­cje z ca­rem.

Pru­sy sta­no­wi­ły na­stęp­ny pro­blem, choć po­zor­nie był on nie­zbyt po­waż­ny. Po­zba­wio­ne pra­wie po­ło­wy swo­je­go ob­sza­ru i wciąż ki­pią­ce zło­ścią z po­wo­du ogrom­nych od­szko­do­wań wo­jen­nych, wy­pła­ca­nych nie­prze­rwa­nie od 1806, jako „so­jusz­nik” Fran­cji, do­sta­ły roz­kaz do­star­cze­nia Wiel­kiej Ar­mii trzy­dzie­sto­ty­sięcz­ne­go kon­tyn­gen­tu dla ochro­ny le­we­go skrzy­dła w ten sam spo­sób w jaki Au­stria­cy mie­li chro­nić pra­we skrzy­dło. To spo­wo­do­wa­ło, że dwór ber­liń­ski wy­słał do Wied­nia taj­ne mi­sje son­da­żo­we – mi­sje, któ­re, po trzech ko­lej­nych cał­ko­wi­tych po­raż­kach, nic nie wskó­ra­ły. W tej sy­tu­acji, aby „unik­nąć” nie­po­ro­zu­mień, mar­sza­łek Oudi­not ze swo­im trzy­dzie­sto­ty­sięcz­nym II Kor­pu­sem otrzy­mu­je roz­kaz za­ję­cia Ber­li­na, a wy­sła­ny tam rów­no­cze­śnie Na­rbon­ne ma upra­wiać swo­ją sta­ro­mod­ną dy­plo­ma­cję na prze­ra­żo­nym dwo­rze pru­skim.

Przez całą wio­snę i wcze­sne lato 1812 dro­gi Eu­ro­py roz­brzmie­wa­ją tu­po­tem ma­sze­ru­ją­cych bu­tów, nie mniej niż sied­miu ma­sze­ru­ją­cych na pół­noc ar­mii. Każ­da dy­wi­zja wy­ru­sza dwa dni po po­przed­niej. Za­cho­wu­jąc od­le­głość 100 kro­ków (70m) mię­dzy ba­ta­lio­na­mi, jej puł­ki ma­sze­ru­ją „w dwóch rzę­dach, dzie­ląc się dro­gą, któ­rej śro­dek zo­sta­wia­ją wol­ny”. Za­trzy­mu­ją się na „pięć mi­nut w każ­dej go­dzi­nie, a po trzech czwar­tych dzien­ne­go mar­szu na pół go­dzi­ny” i z jed­nym dniem od­po­czyn­ku co pięć dni wę­dru­ją da­lej na pół­noc ze śred­nią szyb­ko­ścią 25 mil na dzień. Co dru­gi dzień od­bie­ra­ją ra­cje, do­star­cza­ne wzdłuż tra­sy przez ad­mi­ni­stra­cję hra­bie­go Daru16. „Krok pod­ofi­ce­ra ma­sze­ru­ją­ce­go na cze­le puł­ku,” wy­ja­śnia za­baw­ny ga­wę­dziarz, ka­pi­tan El­zéar Bla­ze (któ­ry sam ma szczę­ście nie być wy­sła­nym do Ro­sji):

„musi być krót­ki i re­gu­lar­ny, bo je­że­li pra­wa stro­na idzie nor­mal­nym kro­kiem, to lewa bę­dzie mu­sia­ła ga­lo­po­wać. Naj­mniej­sza prze­szko­da na dro­dze, na­wet je­śli to tyl­ko rynsz­tok do prze­sko­cze­nia, po­wo­du­je pro­ble­my. Je­że­li pierw­szy czło­wiek, któ­ry się na nią na­tknie za­trzy­ma się choć­by na pół se­kun­dy, to lu­dzie z ostat­nie­go ba­ta­lio­nu będą po­tem mu­sie­li biec przez pięt­na­ście mi­nut, żeby nad­go­nić. Do­świad­czo­ny ofi­cer wi­dzi ta­kie rze­czy od razu; daje roz­kaz chwi­lo­we­go po­sto­ju i wszyst­ko zno­wu to­czy się nor­mal­nym try­bem. Gdy już prze­ma­sze­ro­wa­li­śmy go­dzi­nę, na­stę­pu­je pię­cio­mi­nu­to­wy po­stój, pod­czas któ­re­go mo­że­my za­pa­lić faj­ki. To się na­zy­wa la hal­te des pi­pes29. Nie moż­na prze­cież od­bie­rać żoł­nie­rzo­wi jego przy­jem­no­ści. Wszy­scy ży­wią się tym, co mają w tor­ni­strach, i po­tem znów w dro­gę, każ­dą prze­ma­sze­ro­wa­ną ligę1 prze­ry­wa­jąc pię­cio­mi­nu­to­wym po­sto­jem.”

Wy­glą­da­jąc ze swe­go okna w Dreź­nie, sto­li­cy kró­le­stwa Sak­so­nii, dzie­wię­cio­la­tek Wil­helm von Kügel­gen, pa­trzy jak prze­cho­dzą:

„Dłu­gie, ciem­ne ko­lum­ny Sta­rej Gwar­dii, z ich dum­ny­mi or­ła­mi, wy­so­ki­mi ber­my­ca­mi, i mar­so­wy­mi mi­na­mi, uno­szą­ce się jak mrocz­ne sen­ne ob­ra­zy. Wo­jen­ny dźwięk bęb­nów i pisz­cza­łek, a po­tem upior­ne po­sta­cie sa­pe­rów z bły­ska­ją­cy­mi sie­kie­ra­mi i dłu­gi­mi czar­ny­mi bro­da­mi, za nimi zaś nie­koń­czą­ce się ko­lum­ny trans­por­to­we. Dzień po dniu prze­cho­dzi­li pod na­szy­mi okna­mi, czło­wiek za czło­wie­kiem, bry­ga­da za bry­ga­dą. Wi­dzia­łem pra­wie wszyst­kie od­dzia­ły Wiel­kiej Ar­mii: wy­so­kich ka­ra­bi­nie­rów w ka­skach z pió­ro­pu­sza­mi i zło­co­nych ki­ry­sach, lek­kich sza­se­rów, hu­za­rów, wol­ty­że­rów, wszyst­kie ro­dza­je pie­cho­ty i ar­ty­le­rię z po­rząd­ny­mi po­jaz­da­mi cią­gnię­ty­mi przez ko­nie. Wresz­cie, na koń­cu – dłu­gie ko­lum­ny z mo­sta­mi pon­to­no­wy­mi i in­nym sprzę­tem woj­sko­wym”.

To wła­śnie do Dre­zna ów nowy Ka­rol Wiel­ki roz­ka­zał sta­wić się kró­lom i ksią­żę­tom pod­bi­tej Eu­ro­py, aby zło­ży­li mu hołd. Po­nie­waż tyl­ko nie­wie­lu z nich, je­śli poza kró­lem Sak­so­nii w ogó­le kto­kol­wiek, jest szcze­rze przy­wią­za­nych do jego spra­wy, być może uro­czy­sty po­kaz po­tę­gi po­li­tycz­nej i woj­sko­wej wpoi wszyst­kim prze­ko­na­nie o da­rem­no­ści knu­cia za jego ple­ca­mi? Teść Na­po­le­ona – ce­sarz Au­strii – ma być go­ściem ho­no­ro­wym, a jego mło­da cór­ka Ma­ria-Lu­iza, ce­sa­rzo­wa Fran­cu­zów, pierw­szą damą. Król i kró­lo­wa Prus mu­szą bła­gać, aby ich wpusz­czo­no, a na­wet wów­czas przyj­mo­wa­ni są z nie­chę­cią.