Seria Napoleońska. 100 dni - Dominique de Villepin - ebook

Seria Napoleońska. 100 dni ebook

Dominique De Villepin

0,0
59,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Książka uhonorowana Nagrodą Ambasadorów oraz Grand Prix Eksportu w 2001 roku na targach książki w Paryżu. To pasjonujący i bardzo szczegółowy opis 100 dni Napoleona, napisany w innowacyjnej formie eseju. Skupia się przede wszystkim na Francji, wyróżniając się wyjątkowym, osobistym tonem, jaki nieczęsto dziś rozbrzmiewa na politycznych salonach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 923

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ty­tuł ory­gi­na­łu: Les Cent-Jo­urs ou l’esprit de sa­cri­fi­ce

Ilu­stra­cje: źró­dła XIX w.

Re­dak­cja: An­drzej Ryba

Ko­rek­ta: He­le­na Dra­ga­lik

Ry­su­nek na okład­ce: © Ja­ro­sław Wró­bel

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © Li­bra­irie Aca­démi­que Per­rin, 2001

Co­py­ri­ght © for Po­lish edi­tion by „FIN­NA”

ISBN 978-83-62913-76-3

Wy­da­nie I

Ofi­cy­na wy­daw­ni­cza FIN­NA

80-768 Gdańsk, ul. Dzie­wa­now­skie­go 5/6

tel.: 603 892 042

e-mail:fin­na@fin­na.com.pl

www.fin­na.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

WSTĘP DO WYDANIA POLSKIEGOCzy Napoleon mógł…

„Czy Na­po­le­on mógł wy­grać pod Wa­ter­loo?” za­sta­na­wia się w kwiet­niu 2004 roku mie­sięcz­nik „Fo­cus” przy­po­mi­na­jąc pra­wie 190 lat po bi­twie, że na­zwa ma­łej pod­bruk­sel­skiej wio­ski sta­ła się zro­zu­mia­łym w ca­łym świe­cie sym­bo­lem osta­tecz­nej prze­gra­nej. Przy tym rzad­ko któ­ry fakt rów­nie moc­no po­bu­dza wy­obraź­nię mi­ło­śni­ków hi­sto­rii kontr­fak­tycz­nej, czy­li tej, szu­ka­ją­cej (em­pi­rycz­nie nie­moż­li­wej do spraw­dze­nia) od­po­wie­dzi na py­ta­nie: „co by było gdy­by…?” Pod Wa­ter­loo bo­wiem rze­czy­wi­ście de­cy­do­wał się – choć na krót­ką metę – los świa­ta.

Sto Dni i ich dra­ma­tycz­ny fi­nał to tak­że, pa­trząc z per­spek­ty­wy, nie­zbęd­ny ele­ment wy­ro­słej na klę­sce le­gen­dy na­po­le­oń­skiej, któ­ra z cza­sem prze­ro­dzi­ła się w na­po­le­oń­ski mit. Mit roz­pię­ty mię­dzy nie­bo­tycz­ną, god­ną Ika­ra ka­rie­rą „czło­wie­ka zni­kąd” i upad­kiem w ogniu, do­koń­czo­nym na świę­to­he­leń­skiej Gol­go­cie. Naj­waż­niej­szy z tej stu­dnio­wej epo­pei był tra­dy­cyj­nie po­czą­tek – zda­niem wy­bit­ne­go hi­sto­ry­ka epo­ki, Je­ana Tu­lar­da „w ca­łej nie­zwy­kłej ka­rie­rze Na­po­le­ona nie ma chy­ba wy­da­rze­nia bar­dziej zdu­mie­wa­ją­ce­go niż ów marsz, któ­ry do­pro­wa­dził go w dwa­dzie­ścia dni z za­to­ki Juan do Pa­ry­ża” – oraz ko­niec, ro­ze­gra­ny na unie­śmier­tel­nio­nej (1852) przez Vic­to­ra Hugo po­sęp­nej rów­ni­nie (O Wa­ter­loo! Mor­ne pla­ine!). Ty­po­we­go kon­su­men­ta hi­sto­rii i le­gen­dy na­po­le­oń­skiej znacz­nie mniej in­te­re­so­wa­ło to, co le­ża­ło po­mię­dzy ka­mie­nia­mi mi­lo­wy­mi le­gen­dy: „lo­tem Orła” i jego upad­kiem. Tym­cza­sem te trzy mie­sią­ce po­li­tycz­nych wstrzą­sów i pró­by sił mię­dzy „sta­rym po­rząd­kiem” (An­cien Régi­mem), now­szym – na­po­le­oń­skim oraz ro­dzą­cym się po­rząd­kiem przy­szłym o li­be­ral­nym i de­mo­kra­tycz­nym ob­li­czu, ode­gra­ły de­cy­du­ją­cą rolę w dra­ma­tycz­nym rów­no­cze­snym po­go­dze­niu się Fran­cu­zów z koń­cem re­wo­lu­cji i nie­na­ru­szal­no­ścią jej dzie­ła. I to wła­śnie sta­ło się głów­nym te­ma­tem i my­ślą prze­wod­nią Do­mi­ni­que’a de Vil­le­pin.

Ame­ry­ka­nie lu­bią żar­to­wać, że we Fran­cji, aby zo­stać kimś w po­li­ty­ce trze­ba na­pi­sać przy­najm­niej jed­ną książ­kę. Au­tor dzie­ła, któ­re trzy­ma­cie Pań­stwo w ręku na­pi­sał ich kil­ka, ale to nie stąd bie­rze się jego zna­cze­nie na fran­cu­skiej sce­nie po­li­tycz­nej. Uro­dzo­ny w 1953 roku w Ma­ro­ku Do­mi­ni­que de Vil­le­pin jest bo­wiem na niej po­sta­cią nie­ba­nal­ną, choć jego ży­cio­rys przy­po­mi­na kla­sycz­ną dro­gę fran­cu­skiej eli­ty rzą­dzą­cej. Ary­sto­kra­ta, syn prze­my­słow­ca i se­na­to­ra re­pre­zen­tu­ją­ce­go Fran­cu­zów ży­ją­cych poza gra­ni­ca­mi kra­ju, ukoń­czył szko­ły śred­nie w Ca­ra­cas i No­wym Jor­ku, a na­stęp­nie pa­ry­ski In­sti­tut d’étu­des po­li­ti­qu­es oraz słyn­ną kuź­nię ad­mi­ni­stra­to­rów i tech­no­kra­tów (wów­czas pa­ry­ską, dziś stras­bur­ską) Eco­le na­tio­na­le d’ad­mi­ni­stra­tion (ENA). Od 1980 r. de Vil­le­pin zwią­zał się z fran­cu­skim MSZ, w któ­rym zaj­mo­wał się spra­wa­mi afry­kań­ski­mi, a na­stęp­nie przez osiem lat pra­co­wał w am­ba­sa­dach w Wa­szyng­to­nie i New Del­hi. Wiel­ka ka­rie­ra dy­plo­ma­ty roz­po­czę­ła się do­pie­ro w roku 1993 wraz z przyj­ściem na Quai d’Or­say wy­bit­ne­go po­li­ty­ka pra­wi­cy (gaul­li­stow­skiej RPR) Ala­ina Jup­pé, któ­ry po­wie­rzył de Vil­le­pi­no­wi kie­ro­wa­nie ga­bi­ne­tem. Po wy­gra­niu wy­bo­rów pre­zy­denc­kich przez bli­skie­go Jup­pému mera Pa­ry­ża i sze­fa par­tii Ja­cqu­esa Chi­ra­ca (1995), au­tor tej książ­ki zo­stał se­kre­ta­rzem ge­ne­ral­nym pre­zy­den­ta, co ozna­cza­ło nie tyl­ko po­zy­cję w cen­trum wła­dzy, ale i za jej naj­taj­niej­szy­mi ku­li­sa­mi. Wśród kla­sy po­li­tycz­nej tak wy­so­kie­go szcze­bla de Vil­le­pin wy­róż­nia się tym, że nig­dy nie był wy­bra­ny do żad­ne­go cia­ła po­li­tycz­ne­go, a jego ka­rie­ra to efekt wy­bit­nej in­te­li­gen­cji, po­li­tycz­nej lo­jal­no­ści, cięż­kiej pra­cy i ener­gii. Sły­ną­cy z ele­gan­cji i za­ra­zem wiel­kiej pra­co­wi­to­ści se­kre­tarz Pa­ła­cu Eli­zej­skie­go (przy­pi­sy­wa­no mu prze­ko­na­nie iż „za­rzą­dza mó­zgiem pre­zy­den­ta”) stał za ple­ca­mi Chi­ra­ca przez całą pierw­szą sied­mio­let­nią ka­den­cję, choć ob­wi­nia­no go za na­kło­nie­nie pre­zy­den­ta do roz­wią­za­nia par­la­men­tu w 1997 r., co skoń­czy­ło się wy­bor­czym suk­ce­sem so­cja­li­stycz­nej kon­ku­ren­cji. W maju 2002 r. „czło­wiek pre­zy­den­ta” ob­jął tekę mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych, da­jąc twarz po­li­ty­ce fran­cu­skiej w cza­sie trud­nych ne­go­cja­cji unij­nych i po­dzia­łów wy­wo­ła­nych woj­ną w Ira­ku. 1 kwiet­nia 2004 r., przy ko­lej­nej ro­sza­dzie rzą­do­wej, Do­mi­ni­que de Vil­le­pin ob­jął inne klu­czo­we sta­no­wi­sko – Mi­ni­ster­stwo Spraw We­wnętrz­nych, tym trud­niej­sze, że po­przed­nik – Ni­co­las Sar­ko­zy (przej­mu­ją­cy za­gro­żo­ne fi­nan­se) suk­ce­sa­mi w wal­ce z prze­stęp­czo­ścią zdo­był mia­no naj­po­pu­lar­niej­sze­go fran­cu­skie­go po­li­ty­ka. De Vil­le­pin, Mi­ster Fran­ce lat w któ­rych wzo­rem ge­ne­ra­ła de Gaul­le’a Pa­ryż pro­wa­dził swo­ją wła­sną, wy­ra­zi­stą po­li­ty­kę za­gra­nicz­ną, wra­ca więc w świat we­wnętrz­ny, w tym w cień po­li­cji i se­kre­tów pań­stwa od­ma­lo­wa­ny już przez sie­bie w wer­sji sprzed dwóch wie­ków. Dro­ga od Tal­ley­ran­da do Fo­uché, jak iro­ni­zu­ją dzien­ni­ka­rze świa­do­mi na­po­le­oń­skich fa­scy­na­cji obec­ne­go „pierw­sze­go gli­ny” Fran­cji, któ­ry sze­ro­ko za­na­li­zo­wał w Stu Dniach dzia­ła­nia obu tych wiel­kich ak­to­rów hi­sto­rycz­ne­go dra­ma­tu.

Za­trzy­mu­je­my się sze­rzej nad oso­bą i po­li­tycz­ną ka­rie­rą au­to­ra nie tyl­ko dla­te­go, by pod­kre­ślić wy­jąt­ko­wy (nie­ste­ty!) w pol­skich wa­run­kach fakt pi­sa­nia ksią­żek przez prak­ty­ku­ją­ce­go po­li­ty­ka. Dla do­peł­nie­nia ob­ra­zu mo­że­my wszak do­dać jesz­cze, że poza Sto­ma Dnia­mi Do­mi­ni­que de Vil­le­pin ma za sobą to­mi­ki po­ezji, ese­je o li­te­ra­tu­rze oraz roz­wa­ża­nia o współ­cze­snym świe­cie. Bar­dziej cho­dzi nam o po­ka­za­nie związ­ków mię­dzy oso­bi­stym do­świad­cze­niem pi­sa­rza hi­sto­rycz­ne­go a naj­lep­szy­mi frag­men­ta­mi jego dzie­ła. Czy­ta­jąc o me­an­drach i kal­ku­la­cjach po­li­tycz­nych roz­gry­wek lat 1814–1815, o na­rzu­ca­nych przez wy­pad­ki so­ju­szach, roz­ter­kach, kom­pro­mi­sach i wy­bie­gach, nie wąt­pi­my, że ana­li­zu­je je ktoś od pod­szew­ki zna­ją­cy świat po­li­ty­ki i to naj­wyż­sze­go szcze­bla. Sznur­ki wła­dzy, am­bi­cje lu­dzi, ich wiel­kość i ma­łość, a za­ra­zem po­szu­ki­wa­nie do­bra wspól­ne­go oraz miej­sca dla tego, co po­li­tycz­ni po­tom­ko­wie de Gaul­le’a na­zy­wa­ją „pew­ną wi­zją Fran­cji” (une cer­ta­ine idée de la Fran­ce) to prze­cież do­świad­cze­nie ko­lej­nych po­ko­leń po­li­ty­ków nad Se­kwa­ną. Zaś ge­ne­ral­ne za­sa­dy po­li­tycz­nej gry są wspól­ne wszyst­kim am­bit­nym tego świa­ta, od sta­ro­żyt­no­ści po­czy­na­jąc. „Hi­sto­ria, choć nig­dy się nie po­wta­rza, to jed­nak w nas tkwi”, pi­sze au­tor, wtó­ru­jąc nor­wi­dow­skiej „hi­sto­rii ko­rek­tor­ce-wiecz­nej”.

De Vil­le­pin nie ukry­wa fa­scy­na­cji Na­po­le­onem. „Nie ma dnia, w któ­rym bym nie od­czuł nie­od­par­tej po­trze­by pa­mię­ci o Nim, wy­ja­śnie­nia jego my­śli i czy­nów”, pi­sze we wstę­pie. W tym wy­ja­śnia­niu od­wo­łu­je się do psy­cho­lo­gii, ana­li­zu­jąc sta­ny du­cha i mo­ty­wa­cje czło­wie­ka, któ­ry w ostat­nim po­ry­wie – sko­ro utra­cił już szan­sę na fran­cu­ską Eu­ro­pę – wró­cił, by zdo­być samą Fran­cję, a póź­niej od­dał się do­bro­wol­nie wro­go­wi, choć prze­cież mógł ra­to­wać wol­ność. To zda­niem au­to­ra praw­dzi­wy do­wód wiel­ko­ści po­bi­te­go bo­ha­te­ra, al­bo­wiem wiel­ki mąż sta­nu za­wsze osta­tecz­nie przed­ło­ży in­te­res pań­stwa nad swój wła­sny, na­wet za cenę ja­kiejś Świę­tej He­le­ny. Do­bro­wol­na re­zy­gna­cja (moż­na wręcz rzec ab­dy­ka­cja) z pre­zy­den­tu­ry i odej­ście od po­li­ty­ki ge­ne­ra­ła de Gaul­le’a po prze­gra­nym re­fe­ren­dum, to je­den z przy­kła­dów ta­kie­go wła­śnie poj­mo­wa­nia wła­snej wiel­ko­ści, któ­ra nie może się jed­nak mie­rzyć z wiel­ko­ścią in­te­re­su wspól­ne­go. Po­świę­ce­nie sie­bie w imię po­li­tycz­nej wi­zji, siła woli, szyb­kość de­cy­zji, umie­jęt­ność prze­kształ­ca­nia hi­sto­rii w epo­pe­ję i nada­nie jej sen­su, ale tak­że za­mi­ło­wa­nie do ry­zy­ka, brak umia­ru i swo­iste (po­li­tycz­ne) udu­cho­wie­nie, to zda­niem de Vil­le­pi­na ce­chy wła­ści­we wiel­kim lu­dziom – Alek­san­dro­wi, Ce­za­ro­wi, Na­po­le­ono­wi, czy de Gaul­le’owi, mię­dzy któ­ry­mi wi­dzi cią­głą li­nię.

Szcze­gól­ne­go zna­cze­nia pod pió­rem po­li­ty­ka na­bie­ra pod­sta­wo­wy dra­mat Na­po­le­ona cza­su jego ostat­niej epo­pei – roz­mi­nię­cia się in­ten­cji, obaw i ocze­ki­wań. Nikt nie chce wie­rzyć w in­ten­cje i efekt pra­wie rocz­nych prze­my­śleń wy­gnań­ca na wy­spie El­bie. Ani pró­ba li­be­ra­li­za­cji Ce­sar­stwa, ani uro­czy­ste wy­rze­cze­nie się pod­bo­jów nie prze­ko­nu­ją Fran­cji i Eu­ro­py. Na­po­le­on po­zo­stał bo­wiem w pa­mię­ci jako wcie­le­nie bra­ku mia­ry, za­rów­no w ży­ciu jed­nost­ki wy­nie­sio­nej przez Hi­sto­rię i samą sie­bie wy­żej niż kto­kol­wiek, jak i na polu po­li­ty­ki. Mimo klęsk wi­dzi się w nim wciąż bez­względ­ne­go, tłu­mią­ce­go opór i żą­da­ją­ce­go uwiel­bie­nia dyk­ta­to­ra oraz bru­tal­ne­go zwy­cięz­cę na­rzu­ca­ją­ce­go po­ko­na­nym po­ko­je rzu­ca­ją­ce ich na ko­la­na.

Fa­scy­nu­ją­cy jest ob­raz Fran­cji lat 1814–1815, owa ka­ru­ze­la ul­tra­sów, któ­rzy wró­ci­li do Fran­cji po la­tach emi­gra­cji gło­sząc, że „ni­cze­go się nie na­uczy­li i ni­cze­go nie za­po­mnie­li”, żoł­nie­rzy tę­sk­nią­cych za „wy­gnań­cem” i upo­ko­rzo­nych każ­dym ge­stem no­wej wła­dzy, wresz­cie za­pa­trzo­nych w An­glię nie­licz­nych li­be­ra­łów. Ka­ru­ze­la ta krą­ży wo­kół in­ne­go bo­ha­te­ra Vil­le­pi­now­skiej ko­me­dii po­my­łek – cięż­ko do­świad­czo­ne­go przez los, po­zor­nie ocię­ża­łe­go, lecz jak­że prze­ni­kli­we­go ex-wy­gnań­ca, Lu­dwi­ka XVIII, któ­ry usi­łu­je do­ko­nać rze­czy nie­moż­li­wej, czy­li po­go­dze­nia trzech grup. A wszyst­ko to na mar­gi­ne­sie ży­cia 30 mi­lio­nów „zwy­kłych” Fran­cu­zów, zmę­czo­nych ćwierć­wie­czem re­wo­lu­cji i wo­jen, a świe­żo do­tknię­tych obcą in­wa­zją w ser­cu oj­czy­zny nie tknię­tej od stu­le­ci ob­cym bu­tem.

Sto dni to książ­ka przede wszyst­kim o Fran­cji, na­pi­sa­na w oso­bi­stym to­nie, jaki nie­czę­sto już dziś roz­brzmie­wa na po­li­tycz­nych sa­lo­nach. To owoc na­mięt­no­ści do po­li­ty­ki, ma­rze­nia o ludz­kiej wiel­ko­ści i przy­wią­za­nia do fran­cu­skiej hi­sto­rii. Nie przy­pad­kiem prze­cież pa­tro­nu­je jej cy­tat z Na­po­le­ona czy­nią­cy z Fran­cji jego je­dy­ną na­mięt­ność i ko­chan­kę… Rzad­ki to przy­kład po­łą­cze­nia ję­zy­ka po­ety z prag­ma­ty­zmem i do­świad­cze­niem po­li­ty­ka. Do­mi­ni­que de Vil­le­pin, któ­ry w świe­cie po­li­ty­ki ucho­dzi za wy­bit­nie twar­de­go gra­cza i za­ra­zem fa­scy­nu­ją­cą, cza­ru­ją­cą oso­bo­wość, nie wi­dzi w tym po­łą­cze­niu sprzecz­no­ści. „To po­li­ty­ka musi być wiel­ką sprę­ży­ną współ­cze­snej tra­ge­dii” po­wta­rza za Na­po­le­onem, wpro­wa­dza­jąc Czy­tel­ni­ka na wi­dow­nię dra­ma­tu sprzed dwóch stu­le­ci.

Książ­ka otrzy­ma­ła w 2001 r. na­gro­dę Fon­da­tion Na­po­léon dla naj­lep­szej pra­cy fran­cu­sko­ję­zycz­nej.

An­drzej Nie­uważ­ny

SŁOWO WSTĘPNE AUTORAOstatnia galopada

„Mam tyl­ko jed­ną na­mięt­ność, jed­ną ko­chan­kę, jest nią Fran­cja…”

NA­PO­LE­ON

Od wie­lu już lat po­dą­żam tro­pa­mi na­po­le­oń­skiej przy­go­dy. Do dzie­cin­nej po­go­ni za słyn­nym dwu­roż­nym ka­pe­lu­szem do­szła z cza­sem re­flek­sja nad nie­po­wta­rzal­nym cha­rak­te­rem mi­nio­nej epo­ki, za­gad­ką losu czło­wie­ka, prze­dziw­ną al­che­mią hi­sto­rii i mitu, ścież­ka­mi i me­an­dra­mi pa­mię­ci. Owe Sto Dni sta­no­wi swo­istą ba­śnio­wą „uwer­tu­rę”, jest łącz­ni­kiem mię­dzy dwo­ma świa­ta­mi, dwie­ma epo­ka­mi i dwo­ma le­gi­ty­mi­zma­mi, sta­jąc się przej­mu­ją­cą epo­pe­ją w pi­guł­ce. W bar­dzo krót­kim cza­sie, w swo­istym la­bo­ra­to­rium ko­me­dii ludz­kiej, za­ry­so­wu­je się ob­li­cze współ­cze­snej Fran­cji, mie­sza­ją się i ście­ra­ją ze sobą ide­ały i dok­try­ny, cha­rak­te­ry i na­mięt­no­ści.

Moje po­szu­ki­wa­nia, cóż tu ukry­wać, nie­jed­no­krot­nie po­wo­do­wa­ne były chę­cią po­zna­nia taj­ni­ków wła­dzy, gdyż hi­sto­ria, choć nig­dy się nie po­wta­rza, to jed­nak w nas tkwi. I je­śli na­wet w jej licz­nych ale­jach spo­tkać moż­na tłum mier­not, to wszak nie­zwy­kłe jed­nost­ki, przy­no­szą­ce za­szczyt po­li­ty­ce i bu­dzą­ce wia­rę we Fran­cję, rów­nież się tam po­ja­wia­ją.

Nie ma dnia, że­bym – udrę­czo­ny zwąt­pie­niem – nie roz­my­ślał nad gło­sa­mi prze­szło­ści, nie śle­dził dzie­jów wiel­kich au­to­ry­te­tów, a przede wszyst­kim naj­pierw­sze­go z nich – czło­wie­ka z Tu­lo­nu i z Włoch, z Egip­tu i z Hisz­pa­nii, z Ro­sji i waż­nych w jego ży­ciu wysp; wszyst­kie te na­zwy tań­czą wście­kle wo­kół nie­go.

Nie ma dnia, w któ­rym bym nie od­czuł nie­od­par­tej po­trze­by pa­mię­ci o Nim, wy­ja­śnie­nia jego my­śli i czy­nów. Nie chcę ulec obo­jęt­no­ści, śmie­chom i drwi­nom, nie za­wró­cę z tej trud­nej dro­gi, kar­czo­wa­nej przez słyn­nych lub skrom­nych piel­grzy­mów na­po­le­oń­skiej le­gen­dy, i będę szedł nią da­lej, w służ­bie Fran­cji.

Nie ma dnia, bym nie wdy­chał za­pa­chu de­li­kat­ne­go fioł­ka1…

*

Wio­sną 1814 roku, wraz z war­ko­tem bęb­na wzno­si się ża­łob­na skar­ga. Zło­wro­gi cień wy­nędz­nia­łe­go psa2 za­kłó­ca sen. Jak­że wy­da­je się da­le­ki czas, gdy He­gel, obec­ny przy wjeź­dzie Ce­sa­rza do Jeny, są­dził, że wi­dzi du­cha świa­ta uno­szą­ce­go się na ko­niu. Po raz pierw­szy od 1792 roku, Fran­cja do­zna­je cier­pień i upo­ko­rzeń na­jaz­du.

Po­mi­mo wy­bit­nych suk­ce­sów kam­pa­nii fran­cu­skiej, Na­po­le­on, któ­ry wy­co­fał się do Fon­ta­ine­ble­au, oto­czo­ny ostat­ni­mi le­gio­na­mi, nie może za­po­biec za­ję­ciu sto­li­cy przez obce woj­ska, nie po­tra­fi po­wstrzy­mać zbez­czesz­cze­nia kra­ju. Kie­dy de­cy­du­je się ab­dy­ko­wać na rzecz syna, wy­pad­ki na­bie­ra­ją tem­pa. Mar­mont wy­da­je swych lu­dzi wro­go­wi, po­zba­wia­jąc Wiel­ką Ar­mię wszel­kiej moż­li­wo­ści ri­po­sty. Wkrót­ce par­la­men­ta­rzy­ści po­wo­łu­ją na tron Lu­dwi­ka XVIII, młod­sze­go bra­ta Lu­dwi­ka XVI. Ko­ry­ta­rze Fon­ta­ine­ble­au pu­sto­sze­ją, pod­czas gdy Ce­sarz, całą mocą roz­pa­czy, pra­gnie chwy­cić się ostat­niej szan­sy – swej szczę­śli­wej gwiaz­dy spod Lodi3. Jed­nak 6 kwiet­nia musi się pod­dać. Ten Orzeł, wczo­raj tak bli­ski słoń­ca, legł te­raz na zie­mi, z pod­cię­ty­mi skrzy­dła­mi. Dwu­dzie­ste­go kwiet­nia, gdy wy­co­fu­je się wśród garst­ki wier­nych, Bur­bo­no­wie szy­ku­ją się już do po­now­ne­go ob­ję­cia tro­nu. Wszy­scy są prze­ko­na­ni, że oto za­koń­czy­ła się pew­na epo­ka.

Wsku­tek igrasz­ki czy też okru­cień­stwa hi­sto­rii, 15 mie­się­cy póź­niej roz­gry­wa się nie­mal iden­tycz­na sce­na: na­jazd na Pa­ryż, po­wrót Lu­dwi­ka XVIII, po­now­ne wy­gna­nie Na­po­le­ona. W mię­dzy­cza­sie, ku po­wszech­ne­mu zdu­mie­niu, Ce­sarz wy­ła­nia się po­now­nie w cza­sie stu­dnio­wej sza­lo­nej ga­lo­pa­dy4, kie­dy krzy­żu­je się wszyst­ko – to, co epic­kie i to, co tra­gicz­ne, co he­ro­icz­ne i co cy­nicz­ne, bur­le­ska i eks­tra­wa­gan­cja – przę­dąc za­dzi­wia­ją­cą nić na­szej na­ro­do­wej hi­sto­rii.

Po­stać Na­po­le­ona gó­ru­je nad owy­mi Stu Dnia­mi, „Po­twór” rzu­ca jesz­cze raz cień na po­czer­wie­nia­ły ho­ry­zont, cała sce­na znów oży­wia się wo­kół nie­go. Musi te­raz nie tyl­ko ukła­dać się z prze­zna­cze­niem, by wy­rów­nać ra­chun­ki na po­lach bi­twy z kró­la­mi i bo­ga­mi, ale tak­że zejść na are­nę i sta­wić czo­ła lu­dziom, wiel­kim i ma­łym, za­bło­co­nym lub przy­ozdo­bio­nym pe­ru­ka­mi, go­to­wym od­po­wie­dzieć mu re­pli­ką w sty­lu Tal­ley­ran­da czy Fo­uché. Jak scho­wa­ne przez lata dia­blę­ta, nie prze­sta­ją oni wy­ska­ki­wać ze swych pu­de­łek, utrud­nia­jąc na­po­le­oń­ski prze­marsz ty­sią­cem prze­szkód. Ów ce­sar­ski pło­mień, któ­ry nie­gdyś roz­pa­lał wszyst­ko na swo­jej dro­dze – lu­dzi i całe lądy – świe­ci już te­raz tyl­ko w Nim, a wczo­raj­szy ol­brzym po­su­wa się już wy­łącz­nie po omac­ku, opusz­czo­ny przez nie­bio­sa, ska­za­ny – jak na po­cząt­ku – na sa­mo­zwań­czość i nę­dzę: bied­ny „fe­kal­ny pies Bru­ma­ire’a”5, bru­ka­ją­cy ale­je wła­dzy. Więc zry­wa­ją się z łań­cu­cha baj­ko­we zwie­rzę­ta: zło­śli­we i prze­bie­głe lisy i wil­ki, do­mo­wy drób, jak też ra­so­we dra­pież­ni­ki, któ­re – uwol­nio­ne od swych lę­ków – roz­pierz­cha­ją się z klat­ki. Za­gro­żo­ny w swej po­zy­cji Ce­sarz musi za­po­mnieć o prze­brzmia­łym ma­rze­niu o Ce­sar­stwie Za­chod­nim. Musi po­now­nie po­znać zwy­kłych lu­dzi i ich co­dzien­ne tro­ski: dwo­ić się i tro­ić, wy­li­czać i ob­ser­wo­wać, per­trak­to­wać i nade wszyst­ko prze­wi­dy­wać. Od­tąd po­su­wa się już na­przód sa­mot­nie. Te­raz jest czło­wie­kiem z krwi i ko­ści, po­dą­ża­ją­cym swą dro­gą bo­le­ści.

Czy Na­po­le­on na­praw­dę się zmie­nił? Czy moż­na, na Boga!, mó­wić o me­ta­mor­fo­zie czło­wie­ka do­tknię­te­go po­raż­ką, czy nie cho­dzi je­dy­nie o ko­me­dię na uży­tek świa­ta? Co cie­ka­we, czę­sto po­mi­ja się w ce­sar­skiej przy­go­dzie owe Sto Dni. Je­śli wszyst­ko zo­sta­ło już po­wie­dzia­ne o Na­po­le­onie w ob­ło­kach po­tę­gi, o Na­po­le­onie – twór­cy Ko­dek­su Cy­wil­ne­go, stra­te­gu spod Au­ster­litz i Fry­dlan­du, Wiel­kim Wład­cy Eu­ro­py, je­śli wy­gna­nie na Świę­tej He­le­nie fa­scy­nu­je tak hi­sto­ry­ków jak ese­istów, to Na­po­le­on spo­mię­dzy tych dwóch okre­sów po­zo­sta­je za­gad­ką. Po „lo­cie Orła”, czym może te­raz jesz­cze za­sko­czyć ten „ostat­ni Ce­sarz”, opa­sły i ospa­ły, któ­ry zda­je się wąt­pić w sie­bie i w prze­zna­cze­nie? Czy ten li­be­rał, któ­ry do­kła­da te­raz wszel­kich sta­rań, by przy­po­do­bać się no­ta­blom, ogła­sza­jąc swą „Ben­ja­mi­ne” to nadal ów nie­ugię­ty Ce­sarz6? Czy wódz, któ­ry nie po­tra­fi znisz­czyć Blüche­ra pod Li­gny, a po­tem ule­ga Wel­ling­to­no­wi to wciąż ten sam zwy­cięz­ca spod Au­ster­litz? Czy ten bez wy­ra­zu czło­wiek, któ­ry wo­bec par­la­men­tar­ne­go bun­tu skła­da broń bez wal­ki, wa­ha­jąc się mię­dzy ame­ry­kań­skim wy­gna­niem a pod­da­niem się An­glii, to wciąż ten sam zwy­cięz­ca z Bru­ma­ire’a? Na­po­le­on Stu Dni, pod­da­ją­cy się zwąt­pie­niu, na­gle się uczło­wie­cza, nie­mal po­zba­wio­ny swej tak głę­bo­kiej ta­jem­ni­cy. Ten przy­bysz przy­po­mi­na prze­dziw­nie Pierw­sze­go Kon­su­la, jesz­cze uprzej­me­go, za­wsze spra­gnio­ne­go roz­mów i wia­do­mo­ści. Współ­cze­śni z za­sko­cze­niem ob­ser­wu­ją, jak scho­dzi ze swe­go pie­de­sta­łu, by roz­ma­wiać jak rów­ny z rów­nym z Ben­ja­mi­nem Con­stan­tem, czy też by na próż­no prze­ko­ny­wać Molé do przy­ję­cia teki mi­ni­stra. Po­przez bla­de jesz­cze świa­teł­ko swe­go koń­ca, Na­po­le­on od­sła­nia nam, tu i ów­dzie, kil­ka se­kre­tów. Po­zba­wio­ny lau­rów Alek­san­dra, nie ob­no­si jesz­cze ma­ski z Me­mo­ria­łu ze Świę­tej He­le­ny, któ­ra ukształ­tu­je jego le­gen­dę.

W cie­niu Na­po­le­ona trze­ba jed­nak do­strzec – zbyt czę­sto za­po­mi­na­ną – Fran­cję, sto­ją­cą przed jed­nym z naj­po­waż­niej­szych kry­zy­sów w swej hi­sto­rii. W 1815, po­dob­nie jak w 1792, do­ko­nu­je się bo­le­sna al­che­mia na­jaz­du i woj­ny do­mo­wej. Kon­fron­ta­cja mię­dzy Or­łem i Li­lią, oprócz Na­po­le­ona i Lu­dwi­ka XVIII, prze­ciw­sta­wia so­bie dwie fi­lo­zo­fie, dwie świa­do­mo­ści i dwa pra­wa do wła­dzy. Od­na­wia kon­flikt mię­dzy Re­wo­lu­cją i Kontr­re­wo­lu­cją, mię­dzy „bia­ły­mi” a „błę­kit­ny­mi”, na któ­re­go tle wy­ła­nia się już nowy roz­łam mię­dzy wła­dzą a spo­łe­czeń­stwem. Ba­rie­ra cen­zu­su wzno­si się wła­śnie wte­dy, gdy pęka ba­rie­ra uro­dze­nia. Ry­su­je się prze­paść mię­dzy erą pod­bo­ju i no­wym wie­kiem miesz­czań­skim, któ­ry wy­no­si jed­nost­kę na gru­zach daw­nych wie­rzeń i w wiel­kich zbio­ro­wych przy­go­dach Re­wo­lu­cji i Ce­sar­stwa. W ko­tle hi­sto­rii mie­sza­ją się oso­bo­wo­ści, po­ko­le­nia oraz wczo­raj­sze i ju­trzej­sze stron­nic­twa: re­pu­bli­ka­nie, ro­ja­li­ści, or­le­ani­ści i bo­na­par­ty­ści.

Sto Dni sta­no­wi więc ide­al­ne „okien­ko”, po­zwa­la­ją­ce po­now­nie przyj­rzeć się Na­po­le­ono­wi oraz na­ro­dzi­nom no­wej Fran­cji, wi­do­wi­sku kno­wań i za­mie­szek, re­wo­lu­cji dusz, któ­ra przy­da­je tra­gi­zmo­wi sza­tań­skie­go ryt­mu.

Uda­jąc się, wraz z ty­sią­cem wia­ru­sów, na pod­bój utra­co­ne­go kró­le­stwa, Ce­sarz spra­wia wra­że­nie, jak­by miał po­tknąć się na każ­dym kro­ku. Bar­dzo szyb­ko przy­go­da sta­je się epo­pe­ją. Marsz na Pa­ryż nie uci­sza co­dzien­ne­go lęku o ju­tro. W jaki spo­sób bę­dzie mo­gło prze­trwać li­be­ral­ne Ce­sar­stwo? Czy Na­po­le­on po­zo­sta­nie na tro­nie w sy­tu­acji gdy Eu­ro­pa się mo­bi­li­zu­je, gdy bu­rzy się Wan­dea, gdy no­ta­ble osten­ta­cyj­nie od­wra­ca­ją się do nie­go ple­ca­mi? Wła­śnie wte­dy, gdy wszyst­kich po­trze­bu­je, nie­sta­bil­ność sy­tu­acji każ­de­go dnia co­raz bar­dziej wzma­ga jego osa­mot­nie­nie. Roz­cza­ro­wa­nie jest tym sil­niej­sze, że od przy­by­cia do sto­li­cy chłód i kunk­ta­tor­stwo żywo kon­tra­stu­ją z kon­se­kro­wa­niem przez lud Lotu Orła. Draż­ni to Ce­sa­rza, któ­ry do­kła­da wszel­kich sta­rań, po­wta­rza­jąc, że pra­gnie już tyl­ko i wy­łącz­nie ode­grać rolę spo­koj­ne­go, kon­sty­tu­cyj­ne­go wład­cy. Cóż, poza Ben­ja­mi­nem Con­stan­tem i garst­ką li­be­ra­łów, nikt nie chce uwie­rzyć w jego na­wró­ce­nie. Znacz­na więk­szość po­dej­rze­wa go na­to­miast o chęć przy­wró­ce­nia dyk­ta­tu­ry za­raz po od­nie­sio­nym zwy­cię­stwie. W chwi­li, gdy przy­by­wa wziąć przy­szłość w swo­je ręce, ra­to­wać Fran­cję i uspo­ko­ić Eu­ro­pę – musi od­po­ku­to­wać za cią­gną­cą się za nim prze­szłość.

Ty­ta­nicz­ne wal­ki kam­pa­nii bel­gij­skiej to tra­gizm w naj­peł­niej­szym wy­mia­rze, pod­czas gdy bo­le­sny po­wrót do Pa­ry­ża i pe­ry­pe­tie zwią­za­ne z wy­gna­niem utrzy­mu­ją stan za­wie­sze­nia i lęku. Ale już zmie­nia się sce­ne­ria: tra­gi­ko­me­dia wła­dzy roz­gry­wa się w Pa­ry­żu, gdzie Fo­uché mno­ży in­try­gi, a po­tem rów­nież – ze zręcz­no­ścią wy­traw­ne­go han­dla­rza koni – tar­gu­je cenę swe­go przy­łą­cze­nia się do mo­nar­chy. Nad­szedł czas nie­wia­ry­god­ne­go spo­tka­nia Fo­uché z Tal­ley­ran­dem, a tym­cza­sem ko­ali­cjan­ci po­now­nie na­cie­ra­ją na Pa­ryż, wy­prze­dza­jąc o kil­ka go­dzin or­szak Lu­dwi­ka XVIII… Jest to ostat­nia od­sło­na w tym ba­le­cie wła­dzy, któ­ry za­dzi­wił epo­kę.

Za­rów­no sce­no­gra­fia, jak i ce­sar­ska in­sce­ni­za­cja dra­ma­tu, któ­re­go wąt­ki prze­pla­ta­ją się w ostat­nich dresz­czach na­mięt­no­ści na oczach za­lęk­nio­nych człon­ków dwo­ru, zda­ją się być na mia­rę tego upad­ku. Zresz­tą jest wie­le te­atrów: od Elby po Wy­spę św. He­le­ny, od Za­to­ki Juan po Pa­ryż, od Li­gny po Wa­ter­loo. Nie moż­na też za­po­mnieć o od­le­głym Wied­niu i o Gan­da­wie, tak bli­skiej sto­li­cy kar­na­wa­ło­we­go wy­gna­nia kró­la. Są łach­ma­ny przed­mieść i ko­stiu­my Tu­ile­ries, uni­for­my ga­lo­we i mun­du­ry po­lo­we. I, nade wszyst­ko, owa dziw­na syl­wet­ka – w brą­zo­wym woj­sko­wym płasz­czu lub sza­rym sur­du­cie i owym oso­bli­wym dwu­roż­nym „pie­ro­gu”. Wszyst­kie spoj­rze­nia zwró­co­ne są na Na­po­le­ona, jed­nak role dru­go­pla­no­we rów­nież są wy­jąt­ko­we: Lu­dwik XVIII, Tal­ley­rand, Fo­uché, Ney, nie li­cząc Cha­te­au­brian­da, Bla­ca­sa, Vi­trol­les’a, czy La­mar­ti­ne’a wśród ro­ja­li­stów; La Bédoy­ère’a, Cam­bron­ne’a, Car­no­ta i Da­vo­uta wśród bo­na­par­ty­stów, czy też Ben­ja­mi­na Con­stan­ta i La­Fay­et­te’a wśród li­be­ra­łów. A prze­cież poza gra­ni­ca­mi kra­ju gra­li jesz­cze: Met­ter­nich – ta „ska­ła po­rząd­ku”, żoł­dak Blücher, dy­plo­ma­ta Ca­stle­re­agh, stra­teg Wel­ling­ton, car Alek­san­der czy Poz­zo di Bor­go, kor­sy­kań­ski ry­wal Na­po­le­ona. Ileż bły­sko­tli­wych po­sta­ci zmu­szo­nych do wy­bra­nia obo­zu, do kal­ku­la­cji ry­zy­ka…

Bo­gac­two źró­deł li­te­rac­kich bar­dzo róż­ni­cu­je ich pa­le­tę. Pro­kla­ma­cje z Za­to­ki Juan, roz­mo­wy z Me­mo­ria­łu ze Św. He­le­ny, re­mi­ni­scen­cje ze Wspo­mnień zza gro­bu, Wspo­mnień o Stu Dniach Ben­ja­mi­na Con­stan­ta – to naj­bar­dziej zna­ne przy­kła­dy. Ale trze­ba rów­nież wspo­mnieć o prze­ob­fi­tej w tam­tych cza­sach pro­duk­cji dzien­ni­ków, wspo­mnień, bro­szur, afi­szy i pam­fle­tów, z rzad­ka je­dy­nie prze­cięt­nej war­to­ści, pre­zen­tu­ją­cych wszyst­kie prą­dy i kie­run­ki. Re­flek­sję po­li­tycz­ną tego okre­su wzbo­ga­ca­ją szcze­gól­nie dwa waż­ne tek­sty: W spra­wie kró­la René de Cha­te­au­briand od­po­wia­da na Za­sa­dy po­li­ty­ki opu­bli­ko­wa­ne przez Ben­ja­mi­na Con­stan­ta, uspra­wie­dli­wia­ją­ce jego przy­łą­cze­nie się do Na­po­le­ona. Ze­wsząd po­brzmie­wa li­ryzm i szcze­rość – dwie ce­chy, któ­re od­zwier­cie­dla­ją moc za­an­ga­żo­wa­nia i dają świa­dec­two owe­go ogni­ste­go wie­ku, kie­dy to po­li­ty­ka i li­te­ra­tu­ra sta­no­wi­ły jed­no.

„To po­li­ty­ka musi być wiel­ką sprę­ży­ną współ­cze­snej tra­ge­dii”, oznaj­mił Na­po­le­on swo­je­mu szta­bo­wi w przeded­niu Au­ster­litz. W nie­ca­łe 10 lat póź­niej, grzmo­ty to­wa­rzy­szą­ce jego upad­ko­wi raz jesz­cze mia­ły przy­znać mu ra­cję.

AKT IWZLOT

„Nie wi­dzę nic wiel­kie­go w po­zba­wie­niu się ży­cia,

to tak, jak­by ktoś stra­cił w grze całą for­tu­nę.

O wie­le wię­cej od­wa­gi wy­ma­ga prze­ży­cie

swe­go nie­za­słu­żo­ne­go nie­szczę­ścia”.

NA­PO­LE­ON7

1Pokutnik

„Jego am­bi­cja była nie­speł­nio­na, lecz nie wy­ga­sła;

nie­do­la i ze­msta pod­że­ga­ły jej pło­mie­nie:

kie­dy na po­cząt­ku two­rze­nia wszech­świa­ta

ksią­żę ciem­no­ści spo­strzegł czło­wie­ka i świat,

po­sta­no­wił ich zgu­bić”.

CHA­TE­AU­BRIAND,Wspo­mnie­nia zza gro­bu

Przy­bysz

Jak­że krót­kie było to wy­gna­nie – nie­speł­na rok na owej śród­ziem­no­mor­skiej wy­spie! Świad­czy­ło to o tym, że ce­sar­stwo nadal bu­dzi­ło gwał­tow­ne na­mięt­no­ści, że nie utra­ci­ło w oczach lu­dzi man­da­tu do spra­wo­wa­nia wła­dzy, okry­te­go trium­fem i chwa­łą, prze­peł­nio­ne­go du­chem przy­go­dy i go­rącz­ką. Gdy jesz­cze nie zdą­ży­ły wy­schnąć za­pi­sa­ne pierw­sze kar­ty kro­ni­ki z Elby, w żar­tach to­wa­rzy­skich wciąż roz­brzmie­wa­ły drwi­ny o zstą­pie­niu Na­po­le­ona do pie­kieł. Kto więc mógł­by wy­obra­zić so­bie wte­dy j ego trium­fal­ny po­wrót? W 1814 roku wszyst­ko sprzy­się­gło się prze­ciw Na­po­le­ono­wi. Stał on się głów­nym bo­ha­te­rem ka­ry­ka­tu­rzy­stów i twór­ców pam­fle­tów. Eu­ro­pa od­wró­ci­ła od nie­go gło­wę już w chwi­li, gdy do­tarł on do swe­go no­we­go, tan­det­ne­go kró­le­stwa, tej po­nu­rej wy­spy, li­czą­cej 12 000 miesz­kań­ców i 211 km.

Elba zaj­mu­je od­ręb­ne miej­sce w przy­go­dzie na­po­le­oń­skiej. Po­zba­wio­ny swe­go ce­sar­stwa, nasz bo­ha­ter za­ska­ku­je, in­try­gu­je. Tuż przed po­chwy­ce­niem swej dru­giej szan­sy, za­wsze jest tam, gdzie się go nie ocze­ku­je. Gdy wy­da­je się, że jest już osta­tecz­nie po­bi­ty i wy­czer­pa­ny do cna, szyb­ko pod­no­si się z upad­ku, ki­piąc ener­gią. Gdy uwa­ża się, że jest osa­mot­nio­ny, że błą­ka się po­rzu­co­ny – on od­ra­dza się w ci­szy wy­gna­nia. Czer­pie ener­gię z za­pa­łu wier­nej mu trój­ki – Ber­tran­da, Dru­ota, Cam­bron­ne’a, a jego osto­ją są tak­że: uko­cha­na sio­stra Pau­li­na, oraz Ce­sa­rzo­wa Mat­ka, któ­re przy­by­ły, by dzie­lić los ze­słań­ca. Na­wet Ma­ria Wa­lew­ska, „pol­ska mał­żon­ka”, przy­by­wa na krót­ko, by się z nim po­łą­czyć. Na­po­le­on chce żyć! Prze­mie­rza więc wiel­ki­mi kro­ka­mi swe nie­wiel­kie te­ry­to­rium, pod­no­si się dum­nie wo­bec znie­wa­ża­ją­ce­go go świa­ta, wo­bec Fran­cji, któ­ra się go wy­pie­ra. Upra­wia­jąc rolę na wy­spie, pod­sy­ca jed­no­cze­śnie w so­bie tra­wią­cy go od za­wsze ogień, by przejść w se­kre­cie swą ostat­nią me­ta­mor­fo­zę.

Kim na­praw­dę jest ów Na­po­le­on, ów Pro­te­usz w chwi­li, gdy de­cy­du­je się jego prze­zna­cze­nie? Ja­ko­biń­skim ge­ne­ra­łem, bo­ha­te­rem Dy­rek­to­ria­tu, Kon­su­lem pra­gną­cym po­ko­ju, zwy­cię­skim Ce­sa­rzem, bę­dą­cym te­raz w od­wro­cie? Czy jest nadal dum­nym, ki­pią­cym ener­gią zdo­byw­cą? Czy nadal jest owym dziw­nym przy­by­szem z prze­szło­ści? Przy­by­szem z Włoch, któ­ry jesz­cze wczo­raj gro­ził pięk­nej, zbyt swa­wol­nej Kre­ol­ce, nie­wier­nej Jó­ze­fi­nie: „Ra­dzę Ci strzec się w nocy; jed­nej z naj­bliż­szych usły­szysz wiel­ką wrza­wę […]”? Przy­by­szem z Egip­tu, gdy wra­ca do Fran­cji na po­kła­dzie Mu­iro­na, okrę­tu, no­szą­ce­go imię wier­ne­go to­wa­rzy­sza, któ­ry na mo­ście w Ar­co­le za­sło­nił go wła­snym cia­łem? Przy­by­szem z Ro­sji, z kosz­ma­ru mroź­nych nocy? Spod tych wszyst­kich ma­sek wy­ła­nia się już nowa, przy­by­sza z Elby, któ­ra z ko­lei przy­wo­ła cień z Wa­ter­loo i nie­śmier­tel­ne­go du­cha z Wy­spy św. He­le­ny: „Ta­kie­go, ja­kim w koń­cu był…”.

Aby po­jąć nie­zwy­kłość Na­po­le­ona, trze­ba śle­dzić jego dzie­je przede wszyst­kim wte­dy, gdy hi­sto­ria zda­je się o nim za­po­mnieć, gdy zdra­dzo­ny i opusz­czo­ny po­dą­ża za­wi­ły­mi ścież­ka­mi wy­gna­nia. Stąd moje za­in­te­re­so­wa­nie owym „po­mię­dzy” w lo­sie bo­ha­te­ra, opusz­czo­ne­go w peł­nej chwa­le przez lu­dzi i bo­gów. Po We­rcyn­ge­to­ryk­sie, Świę­tym Lu­dwi­ku i Jo­an­nie d’Arc, a przed de Gaul­le’m, Na­po­le­on do­zna­je „ka­tu­szy tego okrut­ne­go świa­ta8” i po­sta­na­wia zejść do pie­kieł wy­łącz­nie po to, by pod­dać się wy­ro­kom hi­sto­rii. Od­naj­du­je­my Na­po­le­ona zwy­cię­żo­ne­go na po­lach bi­tew Eu­ro­py, jak do­kła­da wszel­kich sta­rań, by po­wią­zać ze sobą wąt­ki ba­śni, jak do­bie­ra sce­no­gra­fię i przy­go­to­wu­je de­ko­ra­cje do­kład­nie tak, jak zwykł był to ro­bić, od mo­stu w Ar­co­le po cmen­tarz w Ey­lau. W chwi­li ostat­nie­go pod­nie­sie­nia kur­ty­ny nie­mal wszy­scy są na miej­scu, tak­że ce­sar­ska mat­ka – Le­ty­cja – któ­ra pod­czas ko­ro­na­cji wzgar­dzi­ła miej­scem w loży ho­no­ro­wej. Na­po­le­on przy­go­to­wu­je sce­nę z tą samą pie­czo­ło­wi­to­ścią, z jaką kie­dyś pro­wa­dził pę­dzel ba­ro­na Gro­sa, In­gre­sa czy Da­vi­da. Ileż ma­sek, ile pór roku w go­rącz­ko­wym spoj­rze­niu tego czło­wie­ka, któ­ry był ko­lej­no pil­nym uczniem, od­waż­nym ka­pra­lem, za­ko­cha­nym ge­ne­ra­łem, ogrod­ni­kiem i de­spo­tą, dow­cip­nie na­zwa­nym przez pa­pie­ża: „com­me­dian­te, tra­ge­dian­te”. Przy­bie­rał ko­lej­no na­stę­pu­ją­ce imio­na: Na­bu­lio­ne, Bu­ona­par­te, Bo­na­par­te, Na­po­le­on i Na­po­le­on I. Od­gry­wał wszyst­kie role: był za­ra­zem au­to­rem, ak­to­rem i krze­wi­cie­lem fan­ta­stycz­nej epo­pei. Jego am­bi­cja po­zo­sta­je jed­nak nie­wzru­szo­na: umoc­nić pra­wo­wi­te za­sa­dy, stwo­rzyć dy­na­stię, unie­śmier­tel­nić swe imię…

Wy­jąt­ko­wość tego bo­ha­te­ra zda­je się bo­wiem wy­pły­wać przede wszyst­kim z fak­tu, że nig­dy nie waha się on wcie­lić w rolę prze­zna­cze­nia… Na­po­le­on nie za­do­wa­la się ob­ser­wa­cją bie­gu hi­sto­rii, on ją stwa­rza. Od pierw­szej kam­pa­nii w Tu­lo­nie aż po Ro­sję, pew­nie i bez wa­ha­nia za­pew­nia so­bie po­wo­dze­nie, wy­wra­ca­jąc przy oka­zji po­rzą­dek świa­ta. Jako czło­wiek czy­nu, jest ty­pem do­wód­cy, któ­ry pro­wa­dzi swe od­dzia­ły od zwy­cię­stwa do zwy­cię­stwa. Ów syn mar­no­traw­ny Re­wo­lu­cji, wy­so­ko wzno­si sztan­dar, któ­ry przed nim nie­śli Alek­san­der, Han­ni­bal i Ce­zar. Oto­czo­ny po­chleb­stwa­mi swych żoł­nie­rzy, obie­cu­je im od 1796 roku: „bo­ga­te pro­win­cje, wiel­kie mia­sta […], chwa­łę, za­szczy­ty i bo­gac­twa”.

– Żoł­nie­rze Ita­lii – zwra­ca się do nich – czyż wo­bec tego za­bra­kło­by Wam od­wa­gi i wy­trwa­ło­ści?

Przyj­mu­je naj­pięk­niej­szy, pra­wo­wi­ty, naj­bliż­szy jego ser­cu sto­pień -„ma­łe­go ka­pra­la”. Jako męż­ny ry­cerz i wi­zjo­ner, wiel­ki stra­teg i no­wa­tor, wpi­su­je się w rasę mę­żów sta­nu, zna­mie­ni­tych do­wód­ców. Jest wo­dzem na mia­rę swej epo­ki i wszel­kich in­nych cza­sów, „czło­wie­kiem Plu­tar­cha9”, An­cien Régi­me’u i Re­wo­lu­cji, mi­nio­ne­go i no­we­go świa­ta.

Ale ów bój, roz­po­czy­na­ny wciąż od nowa, nig­dy nie wy­star­cza:

– Woj­na to oso­bli­wa sztu­ka – wy­zna­je w dniu ko­ro­na­cji – sto­czy­łem 60 bi­tew i cóż, żad­na z nich nie na­uczy­ła mnie ni­cze­go, cze­go nie wie­dział­bym przed­tem.

Czy Na­po­le­on dał się w pew­nej chwi­li okpić? Żąd­ny wzglę­dów, po­świę­ca wszyst­ko, kreu­je się na re­ży­se­ra wła­sne­go prze­zna­cze­nia, aby tyl­ko wznieść się na Olimp. Po­przez ob­ra­zy, li­sty, ode­zwy i dzien­ni­ki, stwa­rza całą sym­fo­nię, do­pra­co­wu­jąc naj­drob­niej­sze szcze­gó­ły – od mar­szał­ków w dru­go­pla­no­wych ro­lach, aż po naj­skrom­niej­szy bę­ben. I na­wet zdra­dzo­ny, po­bi­ty, opusz­czo­ny na swej ope­ret­ko­wej wy­sep­ce, w wie­ku bli­sko 45 lat pra­gnie jesz­cze raz zła­mać prze­zna­cze­nie. Jest już kimś in­nym, za­wsze jed­nak tym sa­mym.

Dro­ga krzy­żo­wa

U schył­ku kam­pa­nii fran­cu­skiej, zde­tro­ni­zo­wa­ny Ce­sarz ule­ga roz­pa­czy:

– Po­gar­dza­łem ludź­mi, jak bło­tem. Otóż, jesz­cze nie dość nimi po­gar­dza­łem – zwie­rza się swo­je­mu ad­iu­tan­to­wi Ana­to­lo­wi de Mon­te­squ­iou10.

Za­iste kosz­ma­rem jest dla Na­po­le­ona to przej­ście od peł­ni wła­dzy do odej­ścia w cień sa­mot­no­ści, od sza­lo­nej ak­tyw­no­ści do bez­czyn­no­ści. I do tego ta świa­do­mość, że wszyst­ko co stwo­rzył le­gło w gru­zach w za­mę­cie upad­ku.

Ten „dia­beł w woj­sko­wych bu­tach” uczest­ni­czy bez­sil­nie w spek­ta­klu swo­jej wła­snej klę­ski. Mimo po­śpiesz­ne­go po­wro­tu, nie może prze­ciw­sta­wić się od­da­niu sto­li­cy na pa­stwę wro­gów. Kie­dy kwa­te­ru­je w Fon­ta­ine­ble­au, jest ko­lej­no zdra­dza­ny naj­pierw przez Tal­ley­ran­da, któ­ry pod­że­ga alian­tów do usu­nię­cia Ce­sa­rza z tro­nu i po­wo­ła­nia rzą­du tym­cza­so­we­go, póź­niej przez par­la­men­ta­rzy­stów i Se­nat, na­stęp­nie przez Cia­ło Pra­wo­daw­cze, któ­re, nim zwró­ci się do Lu­dwi­ka XVIII, gło­su­je za po­zba­wie­niem go wła­dzy. Do­świad­cza tak­że zdra­dy mar­szał­ków – z Ney­em na cze­le – któ­rzy przy­by­wa­ją 4 kwiet­nia11, by wy­drzeć mu ab­dy­ka­cję na rzecz syna; i wresz­cie Mar­mon­ta, któ­ry, jak wspo­mnia­łem wcze­śniej, ne­go­cju­jąc ka­pi­tu­la­cję swe­go kor­pu­su przy­pie­czę­to­wu­je los Na­po­le­ona, po­zba­wia­jąc go wszel­kiej szan­sy na kontr­atak. 6 kwiet­nia Ce­sarz z bó­lem ustę­pu­je, tym ra­zem bez­wa­run­ko­wo, jed­nak z tą ogrom­ną wście­kło­ścią w głę­bi ser­ca, któ­ra po­zwo­li doj­rzeć nie­ba­wem pra­gnie­niu ze­msty.

Je­śli odej­ście dwo­ra­ków, któ­rzy byli z nim dla oso­bi­stych ko­rzy­ści go nie za­ska­ku­je, to de­zer­cja bli­skich osób rani go bar­dzo… Poza lo­jal­nym Cau­la­in­co­ur­tem, mi­ni­strem spraw za­gra­nicz­nych, naj­bliż­szy krąg za­ufa­nych tchórz­li­wie zbiegł, aby już wię­cej nie po­wró­cić: nie­za­stą­pio­ny Ber­thier12, słu­żą­cy Con­stant, chi­rurg Yvan, na­wet ma­me­luk Ro­ustam, to­wa­rzysz wszyst­kich chwil Na­po­le­ona od cza­su eks­pe­dy­cji egip­skiej. Jego żona, Ma­ria Lu­dwi­ka, za­bie­ra syna do Wied­nia. Sa­mot­ność w Fon­ta­ine­ble­au roz­wie­wa osta­tecz­nie złu­dze­nia co do na­tu­ry ludz­kiej. Jak wie­rzyć lu­dziom, ich obiet­ni­com i ich przy­się­gom? W sze­ścio­kon­nej do­rme­zie, któ­ra uno­si go ku wy­gna­niu, Na­po­le­on wspo­mi­na to­wa­rzy­szy, po­le­głych pod jego sztan­da­ra­mi na wszyst­kich po­lach bi­tew: Mu­iro­na, De­sa­ixa, Lan­ne­sa i Du­ro­ca13. My­śli o ge­ne­ra­le Ju­no­cie, do­tknię­tym sza­leń­stwem, a tak­że o Jó­ze­fi­nie, któ­ra, od cza­su ich roz­wo­du, błą­ka się po Mal­ma­ison jak udrę­czo­na du­sza, ocze­ku­jąc śmier­ci. To do niej wła­śnie na­pi­sał tych kil­ka słów, ob­la­nych łza­mi: „Zdra­dzi­li mnie. Tak, wszy­scy mnie zdra­dzi­li14”.

W nocy z 12 na 13 kwiet­nia, Ce­sarz do­wia­du­je się, że pań­stwa sprzy­mie­rzo­ne wy­bra­ły Elbę15 na miej­sce, gdzie ma wy­peł­nić się jego prze­zna­cze­nie, i że hra­bia d’Ar­to­is wła­śnie wkro­czył do Pa­ry­ża. Nie mo­gąc się z tym po­go­dzić, chcąc nadal de­cy­do­wać o swo­im lo­sie, tak jak nie­gdyś sam się ko­ro­no­wał, tak te­raz wła­sny­mi rę­ko­ma wzno­si do ust cy­ku­tę.

– Ży­cie jest dla mnie nie­zno­śne – wy­zna­je Cau­la­in­co­ur­to­wi.

Wstrzą­sa­ny gwał­tow­ny­mi wy­mio­ta­mi, tra­wio­ny go­rącz­ką, chwy­ta się księ­cia Vi­cen­zy, jed­nak fiol­ka z tru­ci­zną, któ­rą nosi na szyi od cza­su od­wro­tu z Ro­sji, jest zwie­trza­ła. Na­po­le­on de­cy­du­je się więc na po­świę­ce­nie aż do koń­ca i na wy­gna­nie:

– Będę żyć – mówi – gdyż śmierć nie chce mnie za­brać z mego łóż­ka, tak jak i z pola bi­twy. Zno­sić ży­cie po ta­kich wy­da­rze­niach, bę­dzie tak­że do­wo­dem od­wa­gi. Na­pi­szę hi­sto­rię lu­dzi dziel­nych16.

– Być może prze­czu­wa zew prze­zna­cze­nia w tej śmier­ci, któ­rej od­mó­wił mu los? Trze­ba spró­bo­wać sta­wić mu czo­ło. Ostat­nie dni w Fon­ta­ine­ble­au to spek­takl za­ła­ma­ne­go czło­wie­ka. Puł­kow­nik Camp­bell, an­giel­ski ko­mi­sarz wy­zna­czo­ny przez mo­car­stwa, by to­wa­rzy­szyć Na­po­le­ono­wi w dro­dze na wy­gna­nie, wi­dzi „ni­skie­go męż­czy­znę, o ener­gicz­nym wy­glą­dzie, któ­ry szyb­ko prze­mie­rzał swój apar­ta­ment wiel­ki­mi kro­ka­mi, jak dzi­kie zwie­rzę w klat­ce”. Camp­bell za­ska­ku­je go w sta­rym zie­lo­nym mun­du­rze, na jego twa­rzy wi­dać za­rost, wło­sy ma w nie­ła­dzie, a „śla­dy ta­ba­ki wid­nie­ją na gór­nej war­dze i ka­mi­zel­ce”17.

Dro­ga na Elbę przy­no­si ko­lej­ne upo­ko­rze­nia. Wy­chy­la­jąc do dna kie­lich go­ry­czy, zde­tro­ni­zo­wa­ny Ce­sarz od­kry­wa nie­na­wiść ludu w Pro­wan­sji. Okla­ski­wa­ny aż do Lyonu, jest wy­gwiz­dy­wa­ny po­cząw­szy od Oran­ge. Ten sta­ry ba­stion ro­ja­li­stów, gdzie mi­łość do Bur­bo­nów pod­sy­ca­na była woj­na­mi re­li­gij­ny­mi i krwią wy­la­ną za Re­wo­lu­cji, szcze­gól­nie ucier­piał od blo­ka­dy kon­ty­nen­tal­nej18, któ­ra do­pro­wa­dzi­ła do upad­ku pro­wan­sal­skie por­ty. Dla Na­po­le­ona cios jest tym bar­dziej do­tkli­wy, iż jesz­cze pa­mię­ta gor­li­wość tych Fran­cu­zów, któ­rzy, pięt­na­ście lat wcze­śniej, wi­wa­to­wa­li na tej sa­mej dro­dze na jego cześć, pod­czas peł­ne­go chwa­ły po­wro­tu z Egip­tu19. Tym ra­zem, „Po­twór” jest znie­wa­ża­ny w mia­stach i wsiach, przez któ­re prze­jeż­dża. Od­ży­ły więc w nim sta­re, bo­le­sne wspo­mnie­nia z 1793 roku, kie­dy to zo­stał wy­gna­ny z Kor­sy­ki na sku­tek ze­msty kla­nu Pa­oli20.

Jak re­la­cjo­nu­je ko­mi­sarz pru­ski Wald­burg-Truch­sess21, w Awi­nio­nie tłum na­pa­da na po­wóz i znie­wa­ża jego pa­sa­że­ra:

– Niech żyje król! Niech żyją pań­stwa sprzy­mie­rzo­ne! Precz z Mi­ko­ła­jem! Precz z ty­ra­nem, łaj­da­kiem, oszu­stem22!

W Or­gon wi­dać pa­rok­syzm gnie­wu: „Przed go­spo­dą, w któ­rej miał się za­trzy­mać Na­po­le­on, usta­wio­no szu­bie­ni­cę. Po­wie­szo­no na niej po­kry­tą krwią ku­kłę, z umiesz­czo­nym na pier­siach na­pi­sem: «Taki bę­dzie los ty­ra­na, wcze­śniej czy póź­niej». Lud cze­piał się po­jaz­du Na­po­le­ona i sta­rał się go doj­rzeć, by ob­rzu­cić go naj­gor­szy­mi obe­lga­mi. Ce­sarz, jak tyl­ko mógł, cho­wał się za ge­ne­ra­łem Ber­tran­dem; był bla­dy i przy­gnę­bio­ny, nie mó­wił ani sło­wa”.

Ko­mi­sarz ro­syj­ski, hra­bia Szu­wa­łow, prze­ma­wia do mo­tło­chu, aby unik­nąć naj­gor­sze­go:

– Czy nie wsty­dzi­cie się znie­wa­żać nie­szczę­śni­ka, któ­ry nie może się obro­nić? – krzy­czy do roz­wście­czo­ne­go tłu­mu – Ten, któ­ry wy­obra­żał so­bie, że może nada­wać pra­wa wszech­świa­to­wi, a dziś zda­ny jest na wa­szą szla­chet­ność, jest dość upo­ko­rzo­ny przez swą god­ną po­ża­ło­wa­nia sy­tu­ację! Po­zo­staw­cie go sa­me­mu so­bie! Spójrz­cie na nie­go! Czyż nie wi­dzi­cie, że po­gar­da jest je­dy­ną bro­nią, ja­kiej po­win­ni­ście użyć prze­ciw temu czło­wie­ko­wi, któ­ry już prze­stał być nie­bez­piecz­ny?…

To strasz­ne do­świad­cze­nie dla Na­po­le­ona. Strasz­niej­sze niż śmierć. Musi sta­wić czo­ła obe­lgom, lecz tak­że wsty­do­wi. Na polu bi­twy był oka­zem zim­nej krwi, po­tra­fią­cym spiąć ko­nia do bie­gu pod gra­dem kul, obo­jęt­nym na świst prze­la­tu­ją­cych obok po­ci­sków. Ale przed tym tłu­mem oka­zu­je strach, tak jak pod­czas Bru­ma­ire’a. Robi się tru­pio bla­dy, za­ta­cza się, musi od­wo­łać się do pro­tek­cji sprzy­mie­rzo­nych, aby bła­gać swój lud o li­tość. Prze­ży­cie to jesz­cze bar­dziej ugrun­to­wa­ło w nim in­stynk­tow­ną od­ra­zę do uli­cy. W tej chwi­li prze­śla­du­ją go wi­zje lu­do­we­go i ja­ko­biń­skie­go Pa­ry­ża z 1792 roku i jego przy­wód­ców, przy­stra­ja­ją­cych Lu­dwi­ka XVI w czap­kę fry­gij­ską. Tym ra­zem, tym wy­śmia­nym kró­lem, jest on sam; tak jak nie­szczę­sny mo­nar­cha, musi schy­lić kark i uklęk­nąć przed wro­gim tłu­mem.

Aby unik­nąć sa­mo­są­du, Na­po­le­on za­kła­da cy­wil­ne ubra­nie – nie­bie­ski sur­dut i okrą­gły ka­pe­lusz z bia­łą ko­kar­dą!… Po­ży­cza też ko­nia, któ­re­go pę­dzi na czo­ło po­cho­du, w na­dziei, że nie zo­sta­nie roz­po­zna­ny. Bli­sko Sa­int-Ca­nat na­wią­zu­je w tym prze­bra­niu roz­mo­wę z wła­ści­ciel­ką obe­rży, w któ­rej się za­trzy­mał:

– A więc! – po­wia­da doń go­spo­dy­ni – spo­tka­li­ście pa­nie, Bo­na­par­te­go?

– Nie, od­po­wia­da Na­po­le­on.

– Chcia­ła­bym prze­ko­nać się – cią­gnie ona – czy uda mu się ujść z ży­ciem. My­ślę, że lud go za­mor­du­je. Zresz­tą trze­ba przy­znać, że ten łaj­dak do­brze so­bie na to za­słu­żył! Po­wiedz­cie mi pa­nie, mają go wsa­dzić na sta­tek i po­słać na wy­spę?

– Ależ tak.

– Ale za­to­pi się go, nie­praw­daż?

– Mam na­dzie­ję, że tak! – od­po­wia­da jej Na­po­le­on.

Wie­czo­rem, Wald­burg – Truch­sess za­sta­je Na­po­le­ona pła­czą­ce­go w swym po­ko­ju. Dal­szą część po­dró­ży Ce­sarz po­sta­na­wia od­być w mun­du­rze au­striac­kie­go ko­mi­sa­rza Kol­le­ra, co sta­no­wi dlań naj­wyż­sze upo­ko­rze­nie. Na­po­le­on boi się tego tłu­mu, któ­re­go nie po­tra­fi po­skro­mić. Boi się po­wie­sze­nia lub uka­mie­no­wa­nia, jak po­spo­li­te­go prze­stęp­cę. Lęk już go nie opu­ści aż do chwi­li wy­jaz­du. W koń­cu, 28 kwiet­nia 1814 roku wsia­da we Fréjus na po­kład okrę­tu, by wy­pły­nąć ku no­we­mu kró­le­stwu. Jed­nak rząd, za­miast fre­ga­ty, udo­stęp­nił mu zwy­kły bryg. Ce­sarz, któ­re­mu po­zo­sta­je już tyl­ko ho­nor, wy­bu­cha gnie­wem przed ko­mi­sa­rza­mi sprzy­mie­rzo­nych:

– Gdy­by rząd wie­dział, co jest wi­nien sa­me­mu so­bie, wy­słał­by mi trzy­po­kła­do­wy okręt, a nie sta­ry, znisz­czo­ny bryg, wej­ście na po­kład któ­re­go by­ło­by po­ni­żej mo­jej god­no­ści.

Wy­bie­ra w koń­cu an­giel­ską fre­ga­tę Un­daun­ted23, któ­ra 3 maja do­pły­nie do Elby.

Jego pra­gnie­nie ze­msty dłu­go bę­dzie się ży­wić do­świad­cze­nia­mi tego strasz­li­we­go kwiet­nia. Obu­rze­nie Na­po­le­ona ob­ja­wia się już w gwał­tow­no­ści jego są­dów, któ­re nie oszczę­dza­ją ni­ko­go, po­cząw­szy od Pro­wan­sal­czy­ków. Pod­pre­fekt Aix, przy­by­ły by zjeść z nim obiad w Sa­int-Ma­xi­min, od­czuł to bo­le­śnie:

– Musi się pan ru­mie­nić, wi­dząc mnie w au­striac­kim mun­du­rze, jed­nak zmu­szo­ny by­łem go za­ło­żyć, aby uchro­nić się przed znie­wa­ga­mi miesz­kań­ców Pro­wan­sji. Przy­by­łem do was z peł­nym za­ufa­niem, a mo­głem prze­cież przy­pro­wa­dzić 6000 żoł­nie­rzy mo­jej gwar­dii. Znaj­du­ję tu tyl­ko mnó­stwo roz­wście­czo­nych lu­dzi, któ­rzy za­gra­ża­ją mo­je­mu ży­ciu. Pro­wan­sal­czy­cy to nie­go­dzi­we ple­mię. Pod­czas Re­wo­lu­cji po­peł­ni­li wszyst­kie moż­li­we okrop­no­ści i zbrod­nie, a te­raz są go­to­wi to po­wtó­rzyć. Ale gdy trze­ba wy­ka­zać się od­wa­gą w bi­twie, wte­dy oka­zu­je się, że są tchó­rza­mi: Pro­wan­sja nig­dy nie do­star­czy­ła mi choć­by jed­ne­go puł­ku, z któ­re­go był­bym za­do­wo­lo­ny.

Od Fon­ta­ine­ble­au, Ce­sarz czę­sto uno­si się gnie­wem, wspo­mi­na­jąc mier­no­ty ze swe­go dwo­ru. Pod­kre­śla, że klę­skę po­niósł nie na polu bi­twy, ale skut­kiem zdra­dy cy­wil­nej i woj­sko­wej oli­gar­chii. Nie upadł sam, po­pchnię­to go:

– In­te­res, za­cho­wa­nie sta­no­wisk, pie­nią­dze, am­bi­cja, oto co kie­ru­je więk­szo­ścią lu­dzi – zwie­rza się z po­gar­dą Cau­la­in­co­ur­to­wi… To w wy­so­kich war­stwach spo­łe­czeń­stwa cza­ją się zdraj­cy. Wła­śnie ci, któ­rych naj­bar­dziej wy­nio­słem, opusz­cza­ją mnie pierw­si! Wszy­scy ofi­ce­ro­wie i żoł­nie­rze jesz­cze chcie­li­by zgi­nąć za mnie, z bro­nią w ręku.

W tym sie­dli­sku zdraj­ców Na­po­le­on wy­róż­nia szcze­gól­nie człon­ków Se­na­tu24, oraz Tal­ley­ran­da25 i Mar­mon­ta. Nie ma złu­dzeń co do dwu­li­co­wo­ści księ­cia Be­ne­wen­tu, ale szcze­gól­nie iry­tu­je go fakt, że po­rzu­cił go naj­star­szy przy­ja­ciel26, ksią­żę Ra­gu­zy:

– Mar­mont – zdra­dza Na­po­le­on Fleu­ry’iemu de Cha­bo­ulon, jed­ne­mu ze swych za­ufa­nych – jest nędz­ni­kiem: zgu­bił kraj i wy­dał swo­je­go wład­cę… Cała jego krew nie wy­star­czy­ła­by do od­ku­pie­nia zła, któ­re wy­rzą­dził Fran­cji… Jego imię bę­dzie bu­dzi­ło od­ra­zę po­tom­nych27.

Za­cie­kłość, z jaką je­dy­nie zdra­dą tłu­ma­czy przy­czy­ny upad­ku, jak­kol­wiek by­ło­by to traf­ne, ma swój cel. Po­zwa­la Na­po­le­ono­wi oszczę­dzić zmę­czo­ny lud, ale, przede wszyst­kim, daje mu moż­li­wość po­mi­nię­cia mil­cze­niem wła­snej od­po­wie­dzial­no­ści:

– Nie mam so­bie nic do za­rzu­ce­nia, wy­krzy­ki­wał już przed alianc­ki­mi ko­mi­sa­rza­mi przy­by­ły­mi do Fon­ta­ine­ble­au; nig­dy nie by­łem uzur­pa­to­rem, po­nie­waż przy­ją­łem ko­ro­nę je­dy­nie za jed­no­myśl­nym ży­cze­niem ca­łe­go na­ro­du. A Lu­dwik XVIII bez­praw­nie ją so­bie przy­własz­czył, gdyż zo­stał po­wo­ła­ny na tron je­dy­nie przez pod­ły Se­nat, któ­re­go wię­cej niż dzie­się­ciu człon­ków gło­so­wa­ło za śmier­cią Lu­dwi­ka XVI. Nig­dy nie by­łem przy­czy­ną ni­czy­jej zgu­by. Woj­na, to co in­ne­go; ale mu­sia­łem ją pro­wa­dzić, gdyż na­ród chciał, abym po­więk­szył Fran­cję28.

Mno­żąc zwie­rze­nia, Na­po­le­on cały czas się uspra­wie­dli­wia, aby roz­pro­szyć wy­rzu­ty su­mie­nia i wąt­pli­wo­ści. Czy trze­ba było za­bić księ­cia d’En­ghien, aby za­ło­żyć Ce­sar­stwo? Czy trze­ba było pod­bi­jać Hisz­pa­nię wbrew woli na­ro­du? I skąd się wzię­ła ta uciecz­ka do przo­du: mał­żeń­stwo z Ma­rią Lu­dwi­ką, kam­pa­nia ro­syj­ska, od­mo­wa pod­pi­sa­nia po­ko­ju w Pra­dze i we Frank­fur­cie? To fakt, że gwiaz­da Na­po­le­ona zbla­dła, jed­nak są­dzi on nadal, iż jego pra­wa do tro­nu po­zo­sta­ły nie­tknię­te, jak po­ka­zał to en­tu­zjazm tłu­mu aż do Lyonu, czy też de­mon­stra­cyj­ne od­da­nie sta­rych wia­ru­sów.

Wszyst­ko zo­sta­ło stra­co­ne, prócz ho­no­ru. Na­po­le­on wo­lał ra­czej ab­dy­ko­wać niż zhań­bić swo­je imię po­zo­sta­wia­jąc Fran­cję mniej­szą niż ją za­stał29. Zwie­rza się Camp­bel­lo­wi, iż wo­lał ra­czej zre­zy­gno­wać ze swych praw niż po­zwo­lić żoł­nie­rzom gi­nąć za nie­go i roz­pę­tać woj­nę do­mo­wą:

– Pro­wa­dzi­łem woj­nę, nie przez mi­łość do ko­ro­ny, ale by zre­ali­zo­wać pla­ny, na wy­ko­na­nie któ­rych już nie znaj­du­ję spo­so­bu. Chcia­łem uczy­nić Fran­cję pierw­szym na­ro­dem świa­ta; ale to już skoń­czo­ne: ab­dy­ko­wa­łem, je­stem czło­wie­kiem mar­twym.

Dzię­ki temu po­świę­ce­niu, Na­po­le­on ma na­dzie­ję odejść z pod­nie­sio­ną gło­wą i, oszczę­dza­jąc so­bie wsty­du ka­pi­tu­la­cji w otwar­tym polu, nie no­sić pięt­na za­wie­sze­nia bro­ni. To wy­łącz­nie rzą­do­wi kró­la przyj­dzie po­nieść od­po­wie­dzial­ność za po­ni­że­nie Fran­cji. Zrze­ka­jąc się tro­nu w imię in­te­re­su na­ro­du, Ce­sarz prze­ka­zu­je na­stęp­cy za­tru­ty po­da­rek. Czyż ten dzie­się­cio­krot­ny zwy­cięz­ca na po­lach wspa­nia­łej kam­pa­nii fran­cu­skiej nie dał no­we­go do­wo­du swej po­now­nej nie­zwy­cię­żo­no­ści?

W 1814 roku, oko­licz­no­ści zmu­sza­ją go do wy­jaz­du30. Mus to mus. Jed­nak to ce­sar­skie zrze­cze­nie się nie jest wol­ne od wy­ra­cho­wa­nia i pod tek­stów. Ce­sarz li­czy, że opi­nia pu­blicz­na ry­chło się zmie­ni i ze Bur­bo­ni nie będą zdol­ni do spra­wo­wa­nia rzą­dów31. Wie­rzy w ka­pi­tał swej chwa­ły, ufa w prze­zna­cze­nie, pew­ny jest pra­wa do spra­wo­wa­nia wła­dzy. Nie da­jąc nic po­znać po so­bie, za­czy­na więc ma­rzyć, tak jak­by Elba była dla nie­go tyl­ko zwy­kłą bazą ewa­ku­acyj­ną.

– Dziś – mówi Na­po­le­on przed wy­jaz­dem do Cau­la­in­co­ur­ta – lu­dzie są zmę­cze­ni, za wszel­ką cenę pra­gną po­ko­ju. Jed­nak, nim upły­nie rok, będą się wsty­dzić, że za­miast wal­czyć, ustą­pi­li i zgo­dzi­li się na wy­da­nie mnie Bur­bo­nom i Ro­sja­nom. Wte­dy wszy­scy przy­bie­gną do mnie.

Rze­czy­wi­ście, wszy­scy, któ­rzy pra­gnę­li oba­le­nia Na­po­le­ona, po­my­li­li się, ośle­pie­ni swym try­um­fem. Po­zby­wa­jąc się go z ulgą, są­dzi­li, iż mogą go ku­pić za nędz­ną zwierzch­ność nad Elbą. Jed­ni, jak car Alek­san­der32, uwie­rzy­li, gdyż go lek­ce­wa­ży­li, inni przez aro­gan­cję. Wszy­scy zgo­dzi­li się osta­tecz­nie, aby go trak­to­wać po­błaż­li­wie, jak po­spo­li­te­go czło­wie­ka, ła­two za­po­mi­na­jąc o ce­sar­skiej du­mie zra­nio­nej po­raż­ką. Wi­dzie­li w nim czło­wie­ka zła­ma­ne­go klę­ską, wy­da­ne­go na ich ła­skę i przez nich strze­żo­ne­go, za­ję­te­go wy­łącz­nie swą nową mle­kiem i mio­dem pły­ną­cą kra­iną.

Miał on cie­szyć się spo­ko­jem w swo­jej zło­tej klat­ce. Od­osob­nio­ny, po­zba­wio­ny lu­dzi i środ­ków, nie miał już wię­cej sta­no­wić za­gro­że­nia.

Fo­uché, któ­ry jako je­dy­ny prze­nik­nął se­kre­ty swe­go daw­ne­go wład­cy, po­śpie­szy jed­nak z ostrze­że­niem zwy­cięz­ców przed złud­no­ścią tych ilu­zji. A gdy­by Na­po­le­on, umiesz­czo­ny na skrzy­żo­wa­niu dróg Włoch i Kor­sy­ki, od­le­gły o trzy dni od Fran­cji, oka­zał się dla Eu­ro­py tym, „czym jest We­zu­wiusz przy Ne­apo­lu”? Czy oszczę­dze­nie go, nie ozna­cza tym więk­sze­go upo­ko­rze­nia i na­wet pro­wo­ka­cji, gdy po­ka­zu­je mu się, iż już nie bu­dzi stra­chu? Na­po­le­on za­ci­ska zęby, prze­ko­na­ny, że los od­wró­ci się znów na jego ko­rzyść. Ten czło­wiek in­stynk­tu, w cią­głym ru­chu od osiem­na­stu lat, na kil­ka mie­się­cy znów sta­je się przy­cza­jo­nym w mil­cze­niu dra­pież­ni­kiem, stra­te­giem, któ­ry umie wy­grać dla sie­bie czas. Cze­ka na do­god­ny mo­ment, aby wresz­cie przejść do ofen­sy­wy.

El des­di­cha­do33

Le­żą­ca w po­ło­wie dro­gi mię­dzy dwie­ma ko­leb­ka­mi ro­dzi­ny Bo­na­par­te: To­ska­nią i Kor­sy­ką, Elba może przy­po­mi­nać Na­po­le­ono­wi ro­dzin­ną wy­spę w mi­nia­tu­rze. Moż­na tu było zna­leźć gę­stą ro­ślin­ność, dzi­kie kra­jo­bra­zy, po­szar­pa­ne wy­brze­że peł­ne za­cisz­nych por­tów i wy­so­ko po­ło­żo­ne wio­ski, do­ty­ka­ją­ce ho­ry­zon­tu, hen, aż po ową „wy­spę pięk­na”, tak bli­ską i tak od­tąd da­le­ką34.

Stra­te­gicz­ne po­ło­że­nie Elby było przy­czy­ną jej burz­li­wych dzie­jów. Wy­spa była ko­lej­no zdo­by­wa­na przez Etru­sków, Kar­ta­giń­czy­ków, Rzy­mian, Pizę, Ge­nuę, Luk­kę, Ce­sa­ra Bor­gię, Hisz­pa­nię, kor­sa­rza Bar­ba­ros­sę, Ka­ro­la V i Me­dy­ce­uszy. W koń­cu, trak­ta­tem flo­renc­kim z mar­ca 1801 roku35, Ne­apol od­da­je ją Fran­cji. Elba sta­je się wte­dy pod-pre­fek­tu­rą de­par­ta­men­tu śród­ziem­no­mor­skie­go, z Li­vor­no jako sto­li­cą.

Los po­ro­zu­mie­waw­czo mru­gnął do Na­po­le­ona: to jed­na z nie­licz­nych zdo­by­czy, któ­rych nie utra­ci po klę­sce.

Na­wet je­śli wy­spa wca­le nie jest tak mała, jak chce le­gen­da36 – moż­na ją ob­je­chać kon­no w kil­ka go­dzin – to jed­nak róż­no­rod­ność, tak kra­jo­bra­zów, jak i pro­me­nad, nie jest zbyt duża. Po­ło­wa spo­śród 12000 miesz­kań­ców37, z któ­rych więk­szość jest nie­pi­śmien­na, żyje w trzech mia­stecz­kach: Rio Ma­ri­na, Por­to Lon­go­ne i, przede wszyst­kim, w Por­to-Fer­ra­jo, por­to­wej sto­li­cy, za­ło­żo­nej przez Ko­smę Me­dy­ce­usza38. Głów­nym bo­gac­twem na­tu­ral­nym wy­spy, poza ka­mie­nio­ło­ma­mi mar­mu­ru i win­ni­ca­mi39, są ko­pal­nie że­la­za, któ­ry­mi su­ro­wo za­rzą­dza ad­mi­ni­stra­tor Pons, zwa­ny de l’Hérault z ra­cji swe­go po­cho­dze­nia, nie­prze­jed­na­ny re­pu­bli­ka­nin, któ­ry ule­gnie cza­ro­wi Ce­sa­rza40.

Przy­by­wa­jąc ran­kiem 4 maja, Na­po­le­on spo­żyt­ko­wał to, co wy­czy­tał o wy­spie pod­czas ostat­nich dni w Fon­ta­ine­ble­au. Za­rzą­dza nią z taką samą ener­gią, jaką jesz­cze nie­daw­no po­świę­cał swe­mu Wiel­kie­mu Ce­sar­stwu, tak, że jego trzy­stu­dnio­we pa­no­wa­nie przy­śpie­sza roz­wój Elby o po­nad wiek. Jego Gwar­dia, któ­rej li­czeb­ność usta­lo­no na 600 lu­dzi41, do­łą­czyw­szy do nie­go 28 maja, od razu za­bie­ra się do pra­cy. Na­po­le­on nie za­do­wa­la się bu­do­wa­niem czy urzą­dza­niem dla sie­bie pię­ciu po­sia­dło­ści42, ale na­ka­zu­je też od­no­wić ko­sza­ry i lecz­ni­ce dla bied­nych. Co wię­cej, na cze­le swo­ich wia­ru­sów, po­dej­mu­je ol­brzy­mie pra­ce for­ty­fi­ka­cyj­ne. W kil­ka mie­się­cy umac­nia chy­lą­ce się ku upad­ko­wi Por­to-Fer­ra­jo, fak­tycz­nie stwa­rza sieć dróg43, sa­dzi oliw­ki i drze­wa mor­wo­we, wpro­wa­dza upra­wę ziem­nia­ka, za­kła­da te­atr, la­za­ret i nowy szpi­tal, każ­dy dom wy­po­sa­ża w la­try­ny i, dzię­ki bu­do­wie cy­stern, po­pra­wia w mie­ście do­stęp do wody pit­nej. Pro­ble­my eko­no­micz­ne tak­że nie umknę­ły jego uwa­dze. Za­rzą­dza­nie ko­pal­nia­mi i ka­mie­nio­ło­ma­mi zo­sta­je zre­for­mo­wa­ne, tak, by osią­gnąć wyż­szą wy­daj­ność. Wy­da­je szcze­gó­ło­we po­le­ce­nia do­ty­czą­ce jak­że ogra­ni­czo­ne­go bu­dże­tu. Wy­spa sta­je się więc cy­wil­nym po­lem bi­twy, mi­nia­tu­ro­wym Ce­sar­stwem, gdzie nie prze­sta­ją roz­brzmie­wać roz­ka­zy, pod­czas gdy do­wód­ca mno­ży nie­spo­dzie­wa­ne wi­zy­ty, aby upew­nić się o po­stę­pie prac, tak jak w naj­lep­szych cza­sach44. „Por­to-Fer­ra­jo przy­po­mi­na Sa­lan­te Féne­lo­na”, dum­nie pi­sze Pons.

Wil­la Mu­li­ni, tro­chę su­ro­wa bu­dow­la gó­ru­ją­ca nad „sto­li­cą”, zo­sta­ła urzą­dzo­na dla Ce­sa­rza, a po przy­by­ciu na wy­spę za­miesz­ka­ła w niej Pau­li­na. Na­po­le­on zaj­mu­je kil­ka po­miesz­czeń na par­te­rze, roz­ko­szu­je się bli­sko­ścią przy­ląd­ka, gdzie od­da­je się roz­my­śla­niom, ob­ser­wu­jąc ho­ry­zont45. Inna ulu­bio­na sie­dzi­ba, San Mar­ti­no46, gra rolę dru­giej re­zy­den­cji. Po­ło­żo­na jest milę od mia­sta i roz­cią­ga się z niej wspa­nia­ły wi­dok. To „ce­sar­skie Sa­int-Clo­ud47”, wy­róż­nia­ją­ce się ozdo­bio­ną fre­ska­mi ła­zien­ką o egip­skim wy­stro­ju.

– Był to dom do­bre­go, bo­ga­te­go miesz­cza­ni­na z 15 000 liw­rów do­cho­du – mówi Ce­sarz do skarb­ni­ka Pey­rus­se, któ­re­go z upo­rem na­zy­wa „Pey­ro­us­se”, swo­im zwy­cza­jem znie­kształ­ca­jąc na­zwi­ska.

Dla jego urzą­dze­nia Na­po­le­on nie waha się za­jąć w Piom­bi­no me­bli swej sio­stry Eli­zy oraz szwa­gra Bor­ghe­se, męża Pau­li­ny, któ­re­go do­by­tek osia­da wraz ze stat­kiem na mie­liź­nie pod Por­to-Fer­ra­jo. Za­trzy­mu­je te me­ble mó­wiąc:

– Wszyst­ko i tak po­zo­sta­nie w ro­dzi­nie.

Gdy nie zaj­mu­je się bu­dow­nic­twem, Na­po­le­on ca­ły­mi go­dzi­na­mi ob­jeż­dża kon­no swe księ­stwo, mę­cząc oto­cze­nie:

– Wy­da­wa­ło się, że wy­po­czy­nek jest dla nie­go bar­dziej uciąż­li­wy niż dzia­ła­nie – spo­strze­ga Pons. Je­śli jed­nak ta­kie­go wła­śnie „od­po­czyn­ku48”

po­trze­bo­wał, to dla­te­go, że chciał za­de­mon­stro­wać sil­ną wolę i po­ka­zać, że wciąż jest nie­złom­ny i pe­łen ener­gii, chciał po­ko­nać wła­sną sła­bość i prze­ko­nać świat, że wciąż jest tym po­są­go­wym, nie­złom­nym Ce­sa­rzem, któ­re­go nie moż­na ru­szyć z pie­de­sta­łu… Jego duma i pa­sja ży­cia kon­tra­stu­ją z po­sta­wą Lu­dwi­ka XVIII, oty­łe­go i pra­wie bez­wład­ne­go sześć­dzie­się­cio­lat­ka, przy­ku­te­go do fo­te­la z po­wo­du po­da­gry. Po­przez tę grę po­zo­rów ma jesz­cze na­dzie­ję po­twier­dzić swe pra­wo do tro­nu i, kto wie, może przy­go­to­wać w ludz­kich umy­słach swój po­wrót.

Na­wet je­śli Na­po­le­on nie chce ty­tu­łu „wład­cy wy­spy Elby”, któ­ry uwa­ża za cu­dacz­ny, jak pi­sze do Dro­uota, to jed­nak za­mie­rza być jej nie­ogra­ni­czo­nym pa­nem, tak jak daw­niej w Pa­ry­żu. Ob­da­rzo­na nową fla­gą – „czer­wo­ny pas ze zło­ty­mi psz­czo­ła­mi prze­ci­na­ją­cy uko­śnie nie­bie­skie tło” – wy­spa jest od­bi­ciem daw­ne­go Wiel­kie­go Ce­sar­stwa z jego dwo­rem, flo­tą, ar­mią, ko­kar­dą i Gwar­dią49. Jej ob­szar po­więk­sza się wraz z za­ję­ciem wy­sep­ki Pia­no­sa, po­ło­żo­nej trzy mile od Elby. Wy­po­sa­żo­na w ba­te­rie i mały gar­ni­zon, na ra­zie sta­no­wi ulu­bio­ne miej­sce po­lo­wań Na­po­le­ona, ale, w ra­zie ata­ku, mo­gła­by słu­żyć za bazę do od­wro­tu50. W „pa­ła­cu Mu­li­ni” obo­wią­zu­je ety­kie­ta sko­pio­wa­na na wzór tej z pa­ła­cu Tu­ile­ryj­skie­go, jed­nak­że „w po­mniej­sze­niu”, jak to uj­mu­je świa­dek51. Są pre­fek­ci pa­ła­cu, jest czte­rech szam­be­la­nów, je­den Wiel­ki Ko­niu­szy52 dzie­się­ciu sta­jen­nych, sied­miu ad­iu­tan­tów i nie mniej niż dwu­dzie­stu czte­rech słu­żą­cych pod zwierzch­nic­twem za­ufa­nych: Ale­go, pierw­sze­go ka­mer­dy­ne­ra, i Mar­chan­da, pierw­sze­go po­ko­jow­ca53. Ten do­star­cza w swo­ich Pa­mięt­ni­kach cen­nych in­for­ma­cji o ży­ciu co­dzien­nym Ce­sa­rza: „Pre­fe­ro­wał naj­prost­sze po­tra­wy. Spo­ży­wał so­cze­wi­cę, bia­łą fa­sol­kę, fa­sol­kę szpa­ra­go­wą, któ­rą bar­dzo lu­bił, ale oba­wiał się jeść ze stra­chu, by nie zna­leźć w niej włó­kien, przy­po­mi­na­ją­cych mu wło­sy, a sama myśl o nich bu­dzi­ła w nim wstręt. Bar­dzo od­po­wia­da­ły mu ziem­nia­ki, przy­go­to­wa­ne na wszyst­kie spo­so­by, na­wet z wody czy pie­czo­ne w po­pie­le. Swo­im zwy­cza­jem pi­jał na co­dzień bur­gundz­kie­go cham­ber­ti­na, któ­ry sil­nie roz­cień­czał wodą. Nig­dy na­to­miast, lub bar­dzo rzad­ko pró­bo­wał wy­bo­ro­wych win czy li­kie­rów. Fi­li­żan­ka czar­nej kawy po obie­dzie świad­czy­ła o jego wstrze­mięź­li­wo­ści. Po po­wro­cie do swo­ich po­miesz­czeń za­kła­dał szla­frok, prze­cho­dził do ga­bi­ne­tu i tam cze­kał na porę ką­pie­li, któ­ra przy­pa­da­ła za­zwy­czaj o go­dzi­nie pierw­szej lub dru­giej. Na El­bie brał ką­piel w sło­nej wo­dzie i był z tego bar­dzo za­do­wo­lo­ny. Pod­czas za­ży­wa­nia jej czy­tał, cza­sem, ale rzad­ko, coś dyk­to­wał”.

Dni Ce­sa­rza upły­wa­ją we­dług nie­zmien­ne­go po­rząd­ku: po­bud­ka naj­czę­ściej w środ­ku nocy54, dyk­to­wa­nie ko­re­spon­den­cji, wyj­ście o świ­cie, lek­ki po­si­łek o go­dzi­nie siód­mej, prze­chadz­ka, au­dien­cja, szyb­ki obiad, sa­mot­nie lub z ge­ne­ra­łem Dro­uot, lek­tu­ra w po­łu­dnie, in­spek­cja – za­zwy­czaj ło­dzią – ma­łych gar­ni­zo­nów roz­sta­wio­nych we wszyst­kich za­kąt­kach wy­spy. Ko­la­cja, po­da­na o go­dzi­nie szó­stej, prze­cią­ga się w wie­czor­ne ze­bra­nie oży­wio­ne roz­mo­wą z ce­sa­rzem, do cza­su aż nie prze­rwie mu bi­cie ze­ga­ra. „Po wy­bi­ciu dzie­wią­tej – do­no­si Pons – Na­po­le­on zbli­żał się do pia­ni­na i pal­cem wska­zu­ją­cym wy­stu­ki­wał na kla­wi­szach na­stę­pu­ją­ce nuty: do do sol sol la la sol fa fa mi mi re re do55”. W przy­pad­ku ja­kiejś kłót­ni „Ce­sarz zbli­żał się do oso­by, z któ­rą miał sprzecz­kę, przy­jaź­nie kle­pał ją w ra­mię i mó­wił do niej życz­li­wie: «Cóż! Po­stą­pi­li­śmy tak, jak za­ko­cha­ni, po­sprze­cza­li­śmy się! Jed­nak ko­chan­ko­wie go­dzą się, a po­go­dze­ni, ko­cha­ją się jesz­cze bar­dziej. Że­gnaj, do­brej nocy i bez ura­zy!» I Ce­sarz wy­cho­dził, tak wy­raź­nie za­do­wo­lo­ny, że wszy­scy byli tym po­ru­sze­ni. Nie przy­bie­rał żad­nej ma­ski, uka­zy­wał się ta­kim, ja­kim był. Gdy z kimś się po­róż­nił, nie mógł po­ło­żyć się spać; nie­po­ro­zu­mie­nie cią­ży­ło na nim jak sen­ny kosz­mar”.

Po upły­wie kil­ku mie­się­cy jego za­pał jed­nak sty­gnie. Wszyst­kie więk­sze przed­się­wzię­cia były już w trak­cie re­ali­za­cji. Jego kró­le­stwo, zba­da­ne aż po naj­głęb­sze za­ka­mar­ki, nie do­star­cza już wody na ce­sar­ski młyn.

– Na­sza wy­spa Elba to bar­dzo małe mia­stecz­ko – wzdy­cha Ce­sarz w chwi­li nie­chę­ci. Bez­czyn­ny, uwię­zio­ny wład­ca oba­wia się, że zo­sta­nie zre­du­ko­wa­ny do roli jar­marcz­ne­go zwie­rzę­cia dla za­gra­nicz­nych tu­ry­stów, któ­rzy, tak jak w cyr­ku, tło­czą się, by uj­rzeć żywą le­gen­dę. 20 wrze­śnia 1814 roku, an­giel­ski ko­mi­sarz Camp­bell za­pi­su­je w swym Dzien­ni­ku: „Wy­da­je się, że Na­po­le­on cał­kiem utra­cił przy­zwy­cza­je­nie do pra­cy i upo­rczy­we­go stu­dio­wa­nia spraw. Po­sia­da czte­ry re­zy­den­cje w róż­nych mia­stecz­kach wy­spy i jego je­dy­ne za­ję­cie po­le­ga na wpro­wa­dza­niu tam zmian i ulep­szeń. Jed­nak nie­spo­koj­ny duch nie po­zwa­la Ce­sa­rzo­wi oka­zy­wać im nadal za­in­te­re­so­wa­nia, gdy stra­ci­ły dlań urok no­wo­ści; po­pa­da więc w bez­czyn­ność, któ­rej nig­dy wcze­śniej nie za­znał. Od pew­ne­go cza­su za­my­ka się w swo­im po­ko­ju, aby tam, przez kil­ka go­dzin w cią­gu dnia, od­da­wać się od­po­czyn­ko­wi. Je­śli wy­jeż­dża dla za­ży­cia ru­chu, to już nie kon­no, jak wcze­śniej, ale w po­wo­zie. Jed­nak­że zdro­wie ma zna­ko­mi­te i nie wy­da­je się wy­czer­pa­ny. Za­czy­nam wie­rzyć, iż cał­kiem już się po­go­dził z od­osob­nie­niem i że czu­je się dość szczę­śli­wy, z wy­jąt­kiem chwil, gdy bu­dzi się w nim wspo­mnie­nie daw­nej chwa­ły. Brak pie­nię­dzy i świa­do­mość, iż prze­trzy­mu­je się Ce­sa­rzo­wą i kró­la Rzy­mu da­le­ko od nie­go, czy­nią te wspo­mnie­nia jesz­cze bar­dziej gorz­ki­mi”.

Ma­ria Lu­dwi­ka, dla któ­rej ka­zał urzą­dzić sta­ran­nie apar­ta­ment, roz­cza­ro­wu­je go. Na su­fi­cie re­zy­den­cji w San Mar­ti­no po­le­cił na­ma­lo­wać, na do­wód wia­ry w po­wrót żony, ale­go­rycz­ne „dwa go­łę­bie po­wią­za­ne tą samą liną, któ­rej wę­zeł za­cie­śnia się w mia­rę, jak się od sie­bie od­da­la­ją”. Orzeł póź­no za­czął wąt­pić w in­ten­cje swej „Do­brej Lu­dwi­ki”, któ­ra w pie­kle Fon­ta­ine­ble­au czę­sto na­tar­czy­wie żą­da­ła, by doń do­łą­czyć. Bę­dąc na skra­ju za­ła­ma­nia, Na­po­le­on od­mó­wił:

– Niech pan nie na­le­ga, by do mnie do­łą­czy­ła – zwie­rzył się Cau­la­in­co­ur­to­wi – wolę ją we Flo­ren­cji niż na El­bie, je­śli mia­ła­by przy­być tam z za­smu­co­ną twa­rzą. Nie mam już tro­nu ani złu­dzeń. Ce­zar może po­prze­stać na by­ciu zwy­kłym oby­wa­te­lem! Ale mło­dej żo­nie trud­no bę­dzie znieść, że nie jest już żoną Ce­za­ra! W wie­ku ce­sa­rzo­wej, trze­ba jesz­cze ko­rzy­stać z uciech ży­cia56.

Tak na­praw­dę Na­po­le­on li­czy, że Ma­ria Lu­dwi­ka spró­bu­je zmięk­czyć swe­go ojca, Fran­cisz­ka II, ce­sa­rza Au­strii. Jed­nak mo­nar­cha oka­zu­je się nie­prze­jed­na­ny:

– Wszyst­ko co po­sia­dam na­le­ży do cie­bie, jako mo­jej cór­ki, na­wet moja krew i ży­cie; jed­nak nie uzna­ję cię jako ce­sa­rzo­wej.

Ma­ria Lu­dwi­ka po­zwa­la się więc za­brać do Wied­nia, gdzie, nie­po­strze­że­nie, stop­nio­wo za­po­mi­na o Ce­sa­rzu, na­ci­ska­na przez część swe­go fran­cu­skie­go oto­cze­nia, a zwłasz­cza przez le­ka­rza Co­rvi­sar­ta i damę dwo­ru, księż­nę Mon­te­bel­lo, któ­ra nie­na­wi­dzi Na­po­le­ona i sta­ra się ją prze­ko­nać o jego licz­nych zdra­dach57. Je­dy­nie se­kre­tarz Méne­val i hra­bi­na Mon­te­squ­iou, gu­wer­nant­ka kró­la Rzy­mu, po­zo­sta­ną wier­ni Ce­sa­rzo­wi. W wie­ku dwu­dzie­stu dwóch lat, Ma­ria Lu­dwi­ka po­zo­sta­je po­słusz­ną dziew­czyn­ką bez wiel­kiej oso­bo­wo­ści. Dość po­wie­dzieć, iż wkrót­ce jest stra­co­na dla Ce­sa­rza, któ­ry mno­ży li­sty, by ją prze­ko­nać do przy­by­cia i dzie­le­nia z nim losu, przy­najm­niej na czas po­by­tu na wy­spie. Li­sty sta­ją się co­raz rzad­sze58, pod­czas gdy Ma­ria Lu­dwi­ka przy­by­wa la­tem do wód Aix w to­wa­rzy­stwie no­we­go za­lot­ni­ka, hra­bie­go Ne­ip­per­ga, obar­czo­ne­go mi­sją za­ba­wia­nia jej59. Ten ele­ganc­ki męż­czy­zna o licz­nych ta­len­tach, mu­zyk, jeź­dziec, śpie­wak i jed­no­oki uwo­dzi­ciel jest nie­zrów­na­nym dy­plo­ma­tą60. Łą­cząc swe wy­sił­ki ze sta­ra­nia­mi oto­cze­nia, zwra­ca uwa­gę Ce­sa­rzo­wej na to, że jej los za­le­ży wy­łącz­nie od ojca i stop­nio­wo uda­je mu się ją ode­rwać od męża. Wkrót­ce, aby otrzy­mać zwierzch­ność nad Par­mą, Ma­ria Lu­dwi­ka go­dzi się nie pi­sać wię­cej do Na­po­le­ona i od­da­je jego li­sty au­striac­kie­mu kanc­le­rzo­wi Met­ter­ni­cho­wi, zo­sta­wia­jąc w Wied­niu Or­ląt­ko jako za­kład­ni­ka.

Na­po­le­on, któ­ry jesz­cze nic nie wie o tej zdra­dzie61, do­my­śla się, że zo­stał opusz­czo­ny. Jed­nak po­wo­do­wa­ny dumą lub ko­niecz­no­ścią, za wszel­ką cenę musi za­cho­wać w se­kre­cie przed świa­tem, któ­ry go ob­ser­wu­je, praw­dzi­we przy­czy­ny tej roz­łą­ki:

– Moja żona, obu­rza się wo­bec świad­ków, już do mnie nie pi­sze. Za­bra­no mi syna, tak jak nie­gdyś po­ry­wa­no dzie­ci po­ko­na­nych, aby uświet­nić try­umf zwy­cięz­ców. Trud­no w no­wo­żyt­nej hi­sto­rii od­na­leźć przy­kład po­dob­ne­go bar­ba­rzyń­stwa.

Roz­łą­ka z żoną sta­no­wi uszczer­bek dla jego god­no­ści, pod­ci­na mu skrzy­dła i przy­po­mi­na o smut­nym lo­sie wy­gnań­ca i sta­tu­sie ko­ro­wa­ne­go par­we­niu­sza. Au­stria, któ­ra się go po­zby­ła, oka­zu­je mu po­gar­dę i obo­jęt­ność. Jak od­le­gła wy­da­je się te­raz drez­deń­ska apo­te­oza sprzed dwóch lat, gdy w przeded­niu in­wa­zji na Ro­sję przyj­mo­wał jako pan Eu­ro­py jej wład­ców – na cze­le z wła­snym te­ściem. „Spad­ko­bier­ca Lu­dwi­ka XVI”, tak wie­le mó­wią­cy o nie­szczę­ściu „swe­go wuja”, sam sta­je się nik­czem­nym Mi­no­tau­rem, któ­re­mu, we­dług okrut­nych słów księ­cia de Li­gne, po­świę­co­no ja­łów­kę, by ura­to­wać tron Habs­bur­gów. A jed­nak, czyż trak­tat z Fon­ta­ine­ble­au nie po­zwo­lił Na­po­le­ono­wi za­cho­wać ty­tu­łu Ce­sa­rza ze wszyst­ki­mi na­leż­ny­mi mu ho­no­ra­mi? I czyż dla tych wszyst­kich mo­nar­chów, któ­rzy plu­ją mu w twarz, Or­ląt­ko nie jest ży­wym do­wo­dem słusz­no­ści jego praw, sko­ro krew ich jest na wie­ki zmie­sza­na z jego krwią?

Jesz­cze bar­dziej niż brak Ce­sa­rzo­wej, do któ­rej Na­po­le­on po­zo­sta­je głę­bo­ko przy­wią­za­ny, po­nad czter­dzie­sto­let­nie­go ojca boli nie­obec­ność Or­ląt­ka. Na­wet je­śli jest nie­wzru­szo­ny w cier­pie­niu, to jed­nak ce­sar­ska ma­ska cza­sa­mi pęka. Pons opi­su­je po­ru­sze­nie Na­po­le­ona, gdy ten przy­pad­ko­wo strą­cił ta­ba­kier­kę, na któ­rej wid­niał por­tret kró­la Rzy­mu: „Ce­sarz nie był już szczu­pły, jego tu­sza się już za­zna­czy­ła, a ru­chy stra­ci­ły na szyb­ko­ści. Jed­nak po­chy­lił się jak mło­dzik, aby pod­nieść ten klej­not, a kie­dy upew­nił się, iż por­tret nie zo­stał uszko­dzo­ny, od­czuł nie­wy­sło­wio­ną ra­dość. Kil­ka razy po­wtó­rzył, że do­znał­by ogrom­nej przy­kro­ści, gdy­by rysy twa­rzy ma­leń­stwa ucier­pia­ły z po­wo­du jego nie­zręcz­no­ści. Gdy tak roz­pły­wał się w su­per­la­ty­wach nad sy­nem, na­gle do­dał: «Mam w so­bie tro­chę czu­ło­ści ma­tek, mam jej na­wet dużo i nie wsty­dzę się tego. Nie po­tra­fił­bym ufać ojcu, któ­ry nie ko­cha swo­ich dzie­ci.»”. A więc nig­dzie na swo­jej wy­spie nie może za­znać praw­dzi­we­go spo­ko­ju… Na­wie­dza go kosz­mar zde­tro­ni­zo­wa­ne­go syna. I je­śli ośmie­la się my­śleć o po­wro­cie, o po­now­nym pod­bo­ju stra­co­ne­go kró­le­stwa, to za­wsze z tą sza­lo­ną na­dzie­ją, że wy­rwie swe dziec­ko ze szpo­nów Met­ter­ni­cha i przy­wró­ci mu na­leż­ne pra­wa.

Po­cie­sze­nie

Ce­sarz za­my­ka się w bli­skim krę­gu, ostat­niej gar­st­ce wier­nych – kil­ku woj­sko­wych i, przede wszyst­kim, tych dwóch ko­biet, któ­re nig­dy go nie zdra­dzi­ły: Le­ty­cji i Pau­li­ny. W tym trud­nym cza­sie ich obec­ność jest jego je­dy­ną po­cie­chą.

W woj­sko­wym oto­cze­niu od­zna­cza­ją się szla­chet­ne po­sta­cie Dro­uota, „mę­dr­ca Wiel­kiej Ar­mii”, od­da­ne­go Ber­tran­da i Cam­bron­ne’a, no­we­go Bay­ar­da. Ad­iu­tant Ce­sa­rza, ge­ne­rał An­to­ine Dro­uot, uro­dzo­ny w 1774 roku, roku wstą­pie­nia na tron Lu­dwi­ka XVI, wy­róż­nił się w Hisz­pa­nii i w cza­sie ostat­nich kam­pa­nii w Niem­czech i we Fran­cji. Pe­dan­tycz­ny, kul­tu­ral­ny, o ma­nie­rach co­kol­wiek róż­nych od pro­ste­go sty­lu ce­sar­skie­go szta­bu. Tak jak Na­po­le­on jest ar­ty­le­rzy­stą i po­dzie­la jego za­mi­ło­wa­nie do do­brze wy­ko­na­nej pra­cy. Dro­uot, mia­no­wa­ny woj­sko­wym gu­ber­na­to­rem wy­spy, z god­no­ścią od­mó­wił wszel­kie­go wy­na­gro­dze­nia. «To je­dy­ny to­wa­rzysz Na­po­le­ona, któ­ry tak po­stą­pił», pod­kre­śla Pons, do­da­jąc że «w ge­ne­ra­le Dro­uot było dwóch lu­dzi: po­li­tyk i oso­ba pry­wat­na. Pry­wat­nie był za do­bry, jako po­li­tyk – zbyt su­ro­wy». Ce­sarz po­pie­ra jego ro­mans z miesz­kan­ką Elby: „Niech się pan tu oże­ni”, pi­sze do nie­go, „a że chcę za­cho­wać pana przy so­bie, za­le­ży mi, by pan za­warł zwią­zek, któ­ry na za­wsze przy­wią­zał­by pana do Elby”.

Hen­ri-Ga­tien, hra­bia Ber­trand, jawi się jako naj­wier­niej­szy spo­śród wier­nych. Od 1797 roku, cza­su ich pierw­sze­go spo­tka­nia we Wło­szech, cała ka­rie­ra Ber­tran­da to­czy­ła się w cie­niu Na­po­le­ona, któ­ry ceni jego lo­jal­ność, dys­kre­cję i kom­pe­ten­cję. Zna­ko­mi­ty ofi­cer wojsk in­ży­nie­ryj­nych62, wspi­nał się po ko­lej­nych szcze­blach hie­rar­chii woj­sko­wej: ge­ne­rał w 1800, ad­iu­tant Ce­sa­rza w 1805, gu­ber­na­tor Pro­win­cji Ili­ryj­skich w 1811, wresz­cie wiel­ki mar­sza­łek dwo­ru w li­sto­pa­dzie 1813, co ozna­cza­ło ob­ję­cie jed­ne­go z naj­waż­niej­szych za­ufa­nych sta­no­wisk w ło­nie ce­sar­skiej ar­mii. Od­waż­ny i bez­in­te­re­sow­ny, do­bry ad­mi­ni­stra­tor, sta­je się „mi­ni­strem spraw we­wnętrz­nych”, któ­re­go głów­nym za­da­niem jest za­rzą­dza­nie Dwo­rem.

Ge­ne­rał Cam­bron­ne, któ­ry do­wo­dzi gar­ni­zo­nem w Por­to-Fer­ra­jo, do­łą­cza do tego naj­bliż­sze­go krę­gu za­ufa­nych. Wy­so­ki i szczu­pły, ener­gicz­ny i zu­chwa­ły, za­nim jesz­cze za­pi­sze się w pa­mię­ci po­ko­leń pię­cio­li­te­ro­wym sło­wem spod Wa­ter­loo, uosa­bia ide­ał ofi­ce­ra Wiel­kiej Ar­mii, zna­ny z ob­raz­ków z Epi­na­lu i fa­jan­so­wych ta­le­rzy. Ochot­nik w 1792 roku, wsła­wił się zwłasz­cza pod Au­ster­litz, Jeną i Wa­gram, a tak­że pod­czas nie­daw­nych kam­pa­nii w Niem­czech i we Fran­cji. Po­ryw­czy, oka­zy­wał nie­zwy­kła bra­wu­rę w ogniu i od­niósł 17 ran. Był świet­nym do­wód­cą, lecz miał ra­czej trud­ny cha­rak­ter. Dla­te­go w od­róż­nie­niu od Ber­tran­da i Dro­uota, do­stał awans na ge­ne­ra­ła do­pie­ro pod ko­niec 1813 roku. Gdy do­wia­du­je się o wy­gna­niu swe­go wo­dza, sta­now­czym gło­sem do­ma­ga się, by po­zwo­lo­no mu to­wa­rzy­szyć:

– Za­wsze mnie wy­bie­ra­no do wal­ki, na­le­ży wiec wy­brać mnie i te­raz, bym po­szedł za moim wład­cą. Od­mo­wa by­ła­by dla mnie śmier­tel­ną znie­wa­gą63.

Wzru­szo­ny Na­po­le­on ustę­pu­je, prze­ko­na­ny, że ma w nim czuj­ne­go i sza­no­wa­ne­go przez wia­ru­sów straż­ni­ka. Ostrze­ga go jed­nak przed wy­bu­cha­mi tem­pe­ra­men­tu, szcze­gól­nie, gdy zwra­ca się do jego kor­sy­kań­skich ziom­ków z ba­ta­lio­nu lon­goń­skie­go: «Pew­ne­go dnia, Cam­bron­ne skła­dał Ce­sa­rzo­wi ra­port ze szko­le­nia ba­ta­lio­nu i in­for­mo­wał o wy­stęp­kach nie­któ­rych żoł­nie­rzy, któ­rych uka­rał spo­licz­ko­wa­niem, bądź spła­zo­wał sza­blą po brzu­chu lub ra­mio­nach. Na­po­le­on po­wie­dział mu na to: „Niech pan uwa­ża i nie uży­wa ta­kich środ­ków wo­bec tych lu­dzi, gdyż są bar­dzo mści­wi i nig­dy nie prze­ba­cza­ją. Mo­gło­by się panu przy­da­rzyć coś złe­go z tego po­wo­du; pro­szę mi wie­rzyć, niech pan się ma na bacz­no­ści”64».

Trze­ba wresz­cie wspo­mnieć o sze­ściu­set dziel­nych żoł­nier­zach Gwar­dii, któ­rzy mimo wszel­kich prze­szkód, pra­gnę­li do­łą­czyć do Ce­sa­rza, przyj­mu­ją­ce­go ich z ulgą i wdzięcz­no­ścią. Oka­zu­je się na tyle ser­decz­ny i po­błaż­li­wy, iż po­zwa­la im plą­dro­wać wła­sne win­ni­ce65. Ci świad­ko­wie jego daw­nej chwa­ły, chro­nią go przed wszel­ką pró­bą na­głe­go ata­ku ze stro­ny ber­be­ryj­skich pi­ra­tów lub państw sprzy­mie­rzo­nych. Jed­nak, przede wszyst­kim, Na­po­le­on wie­rzy, iż ci straż­ni­cy Świą­ty­ni mo­gli­by sta­no­wić w przy­szło­ści zbroj­ne ra­mię „re­kon­kwi­sty”.

Po­śród mun­du­ro­wej chma­ry, ża­den cy­wil więk­sze­go ka­li­bru nie może ubie­gać się o mia­no uprzy­wi­le­jo­wa­ne­go po­wier­ni­ka. Pons jest zbyt su­ro­wy, by za­jąć miej­sce ta­kie­go Tal­ley­ran­da czy Cau­la­in­co­ur­ta. Ce­sarz, lu­bią­cy roz­ma­wiać ca­ły­mi go­dzi­na­mi z wy­bra­ny­mi to­wa­rzy­sza­mi66, cier­pi z po­wo­du bra­ku kon­wer­sa­cji, do któ­rej przy­wykł. Ber­trand pró­bu­je co praw­da pro­wa­dzić z nim dys­pu­ty, ale czy­ni to bez po­lo­tu. Na­po­le­ono­wi po­zo­sta­je roz­mo­wa z przy­god­ny­mi tu­ry­sta­mi, w więk­szo­ści an­giel­ski­mi67, któ­rzy, za­ba­wia­jąc go, do­star­cza­ją mu wie­lu in­for­ma­cji o ewo­lu­cji Fran­cji i państw sprzy­mie­rzo­nych.

Pod­czas gdy więk­szość bo­na­par­ty­stów wy­pie­ra się go, tak jak Mu­rat, lub go opusz­cza, tak jak Hie­ro­nim, Lu­cjan czy Lu­dwik, po­zba­wio­ny przy­ja­ciół Na­po­le­on może jed­nak li­czyć na wspar­cie dwóch ko­biet ze swej ro­dzi­ny. Le­ty­cja i Pau­li­na przy­by­wa­ją na wy­spę od­po­wied­nio: 2 sierp­nia i 1 li­sto­pa­da 181468 roku. Każ­da zaj­mu­je od­ręb­ne miej­sce w ser­cu Ce­sa­rza.

Mat­ka była uoso­bie­niem mą­dro­ści, roz­sąd­ku i su­ro­wo­ści, przy­wo­ły­wa­ła też miłe wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa. A uko­cha­na sio­stra roz­świe­tla­ła jego dni swo­im wdzię­kiem, de­li­kat­no­ścią i ra­do­snym uspo­so­bie­niem.

Ce­sa­rzo­wa Mat­ka dość już wy­cier­pia­ła w ży­ciu, aby z na­le­ży­tym dy­stan­sem oce­niać mar­ność i nie­trwa­łość rze­czy tego świa­ta:

– Mia­ła wy­wa­żo­ne sądy i była bar­dzo tak­tow­na – mówi o niej księż­na d’Abran­tès, wdo­wa po Ju­no­cie i kon­tro­wer­syj­na pa­mięt­ni­kar­ka – Już na pierw­szy rzut oka umia­ła oce­nić no­wo­po­zna­ne­go czło­wie­ka i cho­ciaż zda­wa­ło się, że pa­trzy w inną stro­nę, za­nim ów ktoś wy­szedł z po­ko­ju, wie­dzia­ła, co o nim my­śleć.

Nie­ustra­szo­na bo­jow­nicz­ka o nie­pod­le­głość Kor­sy­ki, prze­mie­rza­ją­ca wrzo­so­wi­ska u boku Pa­ole­go i swo­je­go męża, wdo­wa w wie­ku 36 lat, mat­ka trzy­na­ścior­ga dzie­ci, z któ­rych pię­cio­ro umar­ło w wie­ku nie­mow­lę­cym, zo­sta­ła wy­gna­na ze swo­jej wy­spy w 1793 roku. Po tym do­świad­cze­niu pa­nicz­nie bała się bra­ku pie­nię­dzy, co tłu­ma­czy jej od­ra­ża­ją­ce, le­gen­dar­ne skąp­stwo69. Z upły­wem cza­su uda­ło jej się uskła­dać so­lid­ny ma­ją­tek, któ­ry udo­stęp­ni­ła temu sy­no­wi, któ­re­go we­rwę i dziel­ność po­dzi­wia­ła skry­cie. Nie­gdyś wiel­kiej uro­dy, za­cho­wa­ła wy­twor­ną kla­sę w wie­ku 65 lat. Sto­sun­ki mię­dzy Ce­sa­rzem i jego mat­ką są zło­żo­ne. Po­mi­mo krót­kich okre­sów ozię­bło­ści, ich wza­jem­ne przy­wią­za­nie po­zo­sta­je głę­bo­kie. Sza­cu­nek ży­wio­ny do niej przez Ce­sa­rza cza­sem wy­wo­łu­je w nim uczu­cie nie­śmia­ło­ści, a duma mie­sza się z za­że­no­wa­niem. Na­po­le­on nie lubi sprze­ci­wu, ale mu­siał na­uczyć się jak do­cho­dzić do po­ro­zu­mie­nia z tą upar­tą i wy­trwa­łą ko­bie­tą, któ­ra nig­dy nie wa­ha­ła się za­po­mnieć o po­wścią­gli­wo­ści i tak­cie, aby bro­nić jego źle trak­to­wa­ne­go ro­dzeń­stwa: Lu­cja­na, Lu­dwi­ka i Hie­ro­ni­ma. Ce­sa­rzo­wa Mat­ka – czar­na wdo­wa, mści się bez li­to­ści na Jó­ze­fi­nie – we­so­łej wdów­ce, na­sta­wia­jąc prze­ciw tej fry­wol­nej Kre­ol­ce i dwój­ce jej dzie­ci, Eu­ge­niu­szo­wi i Hor­ten­sji, cały ro­dzin­ny klan. Ser­cem i du­chem za­wsze Kor­sy­kan­ka70, dys­kret­nie urzą­dza się w ma­łym domu, bli­sko pa­ła­cu Mu­li­ni. Ce­sarz po­now­nie sta­je się te­raz dla „la ma­dre” dzi­kim Na­bu­lio­ne z Ajac­cio, któ­re­go trzy­ma­ła krót­ko, aby le­piej go chro­nić. Pew­ne­go wie­czo­ru, pod­czas gry w kar­ty z tym nie­po­praw­nym oszu­stem łaja go czu­le:

– Na­po­le­onie, my­lisz się. Ten zaś od­po­wia­da: – Pani Mat­ka może prze­grać: Ja, po­nie­waż je­stem bied­ny, mu­szę wy­grać71.

Pau­li­na, któ­rej wdzięk unie­śmier­tel­nił rzeź­biarz Ca­no­va72, mimo swo­ich 35 lat cią­gle olśnie­wa­ła uro­dą. Ofia­ro­wu­jąc bra­tu swo­je to­wa­rzy­stwo na wy­gna­niu była wręcz wzru­sza­ją­co pięk­na. «Nie ko­cha­łam Ce­sa­rza jako wład­cy; ko­cha­łam go jako bra­ta i po­zo­sta­nę mu wier­na aż do śmier­ci», pi­sze na wieść o jego ab­dy­ka­cji. Met­ter­nich pod­kre­śla w swo­ich Pa­mięt­ni­kach siłę jej związ­ku z bra­tem: „Pau­li­na była tak pięk­na, jak to tyl­ko moż­li­we; była za­ko­cha­na w so­bie i je­dy­nym jej za­ję­ciem było od­da­wa­nie się przy­jem­no­ściom. Była też ko­bie­tą uprzej­mą i życz­li­wą, Na­po­le­on da­rzył ją więc wy­jąt­ko­wym uczu­ciem. Jego sto­su­nek do niej był zu­peł­nie inny niż do resz­ty ro­dzi­ny. Wy­mie­niał ją czę­sto jako oso­bę w niej wy­jąt­ko­wą. «Pau­li­na nig­dy mnie o nic nie pro­si». Ze swo­jej stro­ny, księż­na Bor­ghe­se mia­ła zwy­czaj mó­wić: «Nie lu­bię ko­ron. Mia­ła­bym je, gdy­bym ich pra­gnę­ła; ale upodo­ba­nie do nich po­zo­sta­wi­łam moim krew­nym». Da­rzy­ła Na­po­le­ona uwiel­bie­niem, bli­skim kul­to­wi”.

Oczy­wi­ście, nie prze­sta­wa­ła za­cią­gać dłu­gów i ko­lek­cjo­no­wać ko­chan­ków, trak­tu­jąc wszyst­kie spra­wy z tak cha­rak­te­ry­stycz­ną dla niej lek­ko­ścią, ki­pia­ła przy tym nie­spo­ży­tą ener­gią,. To «roz­piesz­czo­ne dziec­ko» ko­cha przy­ję­cia, ła­twe ży­cie i «ład­ne dro­bia­zgi». Swo­ją obec­no­ścią ocza­ro­wu­je wy­spę, mno­żąc bale i przed­sta­wie­nia, gdzie bez róż­ni­cy tło­czą się wszy­scy ci, któ­rych to małe kró­le­stwo za­li­cza do «zna­ko­mi­to­ści”. Na­po­le­on, któ­ry czu­le prze­zy­wa ją «Mat­ką Bo­ską od świe­ci­de­łek», kpi z jej dą­sów i bawi się jej ka­pry­sa­mi.

Trwa­ją­ca od i do 3 wrze­śnia krót­ka wi­zy­ta Ma­rii Wa­lew­skiej, od­gry­wa nie­ma­łą rolę w re­kon­wa­le­scen­cji Ce­sa­rza. Jego pa­mięć roz­pa­la się wspo­mnie­nia­mi ich pierw­sze­go spo­tka­nia w 1807 roku, w chwi­li apo­geum Ce­sar­stwa, kie­dy Ma­ria, zu­chwa­le wy­bra­na przez Mu­ra­ta, aby ro­ze­rwać mo­nar­chę, przez swo­ją do­broć i ła­god­ność sta­ła się «dru­gą żoną73». Ten na­mięt­ny i skom­pli­ko­wa­ny zwią­zek może przy­po­mi­nać sto­su­nek, jaki łą­czył Na­po­le­ona z tra­gicz­ną Pol­ską, któ­ra, tak jak Ma­ria, mo­gła mnie­mać, że ofia­ro­wa­ła mu wszyst­ko, pod­czas gdy on sam so­bie to wcze­śniej wziął. Po­la­cy po­wo­ła­ni pod broń przez Ce­sa­rza, ocze­ku­ją od­zy­ska­nia nie­pod­le­gło­ści i od­bu­do­wy ich kra­ju, a otrzy­mu­ją w za­mian na­gro­dę po­cie­sze­nia: Księ­stwo War­szaw­skie, sta­no­wią­ce nędz­ny skra­wek ich daw­ne­go kró­le­stwa, któ­re w XVIII wie­ku trzy­krot­nie ule­gło roz­bio­rom74, za­nim na dłu­go zna­la­zło się pod do­mi­na­cją ro­syj­ską. Kwiat pol­skiej szlach­ty zo­stał zma­sa­kro­wa­ny, tak jak jej wódz, mar­sza­łek ksią­żę Po­nia­tow­ski, któ­ry uto­pił się pod Lip­skiem, gdy męż­nie pró­bo­wał osła­niać od­wrót Wiel­kiej Ar­mii. A jed­nak Pol­ska po­zo­sta­je mu wier­na, a wie­lu pol­skich żoł­nie­rzy i ofi­ce­rów, któ­rzy sto­czy­li boje od Ma­dry­tu po Mo­skwę, do­łą­cza do Ce­sa­rza na El­bie. Tak jak Ma­ria, któ­ra, nie co­fa­jąc się przed wy­rze­cze­nia­mi, przy­by­wa na spo­tka­nie wy­gnań­ca, by udo­wod­nić mu swą mi­łość75. Po­cząt­ko­wo to Na­po­le­on nie wa­hał się oka­zać Ma­rii uczu­cia, po­tem jed­nak trak­to­wał ją z re­zer­wą, mimo że przy­wią­zy­wa­ła się doń z każ­dym dniem co­raz bar­dziej. Jego na­mięt­ność wy­pa­li­ła się jed­nak, tak jak to sta­ło się z Jó­ze­fi­ną.

Mimo to Na­po­le­on oka­zu­je wzru­sze­nie wi­zy­tą ko­chan­ki, a przede wszyst­kim ma­łe­go syna, Alek­san­dra, uro­dzo­ne­go w 1810 roku, któ­ry ja­kieś 40 lat póź­niej sta­nie się mi­ni­strem spraw za­gra­nicz­nych Na­po­le­ona III76. We­dług ma­me­lu­ka Ale­go ten „miły, pod­ra­sta­ją­cy już chło­piec, o nie­co bla­dej twa­rzy […] miał coś z ry­sów Ce­sa­rza. Po­siadł też jego po­wa­gę. Pod­czas ko­la­cji Ce­sarz był uj­mu­ją­co ra­do­sny, uprzej­my i wy­twor­ny. Był szczę­śli­wy”.

W ich krót­kim spo­tka­niu wi­dać ra­dość z nie­spo­dzian­ki i czu­łość jego po­cie­szy­ciel­ki; ale Na­po­le­ona drę­czy nie­po­kój i wy­rzu­ty su­mie­nia. Wie, iż Eu­ro­pa śle­dzi jego naj­mniej­sze uczyn­ki i ge­sty. Jak­że ci sta­rzy nu­dzia­rze – dwo­ra­cy by­li­by szczę­śli­wi, gdy­by mo­gli go na czymś przy­ła­pać. Prze­lot­ny ro­mans z „pol­ską mał­żon­ką”, tak jak obec­ność na wy­spie jego nie­ślub­ne­go syna, mogą sta­no­wić, dla opi­nii pu­blicz­nej, groź­ną broń prze­ciw nie­mu i uspra­wie­dli­wić se­pa­ra­cję, a na­wet roz­wód77. Na­po­le­on, któ­ry nie ma ser­ca od­trą­cić Ma­rii, przyj­mu­je ją z dys­kret­nym luk­su­sem w nie­za­miesz­ka­łym za­kąt­ku wy­spy, w pu­stel­ni La Ma­do­na, pod wznie­sio­nym z tej oka­zji na­mio­tem. Po­mi­mo środ­ków ostroż­no­ści, na­za­jutrz roz­cho­dzi się strasz­na po­gło­ska. Lu­dzie za­czy­na­ją wie­rzyć w tyle razy obie­cy­wa­ny przy­jazd Ce­sa­rzo­wej i kró­la Rzy­mu. Po­mył­ka wy­da­je się tym bar­dziej na­tu­ral­na, iż Ma­ria Wa­lew­ska jest po­dob­na do Ma­rii Lu­dwi­ki i że jej syn jest pra­wie w tym sa­mym wie­ku, co Or­ląt­ko. Na­po­le­on, świa­dom nie­bez­pie­czeństw, de­li­kat­nie po­na­gla ją do wy­jaz­du. Ma­ria przy­by­ła, aby za­pro­po­no­wać mu, że zo­sta­nie, a on, za­kło­po­ta­ny, daje jej do zro­zu­mie­nia, iż na­de­szła pora po­że­gna­nia. Dum­na, ze zra­nio­nym ser­cem, igno­ru­je proś­by Ce­sa­rza i mimo sza­le­ją­cej bu­rzy78 na­tych­miast wsia­da na okręt. Za­nim zdo­ła wresz­cie wy­pły­nąć na peł­ne mo­rze, omal nie gi­nie na jego oczach. I kie­dy mały ża­giel nik­nie na ho­ry­zon­cie, tej nocy Ce­sarz czu­je się jesz­cze bar­dziej sa­mot­ny, niż przed­tem.

Me­ta­mor­fo­za

Elba, trak­to­wa­na jest czę­sto jak ubo­ga krew­na epo­pei ce­sar­skiej. Rze­czy­wi­ście zda­je się być zwy­kłym na­wia­sem na dro­dze upad­ku Na­po­le­ona, prze­ryw­ni­kiem w dro­dze do osta­tecz­nej klę­ski… W cza­sie pierw­sze­go wy­gna­nia, ten któ­ry póź­niej sta­nie się na po­sęp­nej ska­le Świę­tej He­le­ny nie­stru­dzo­nym ga­wę­dzia­rzem, jesz­cze mil­czy. Za­nim jego ce­sar­ska hi­sto­ria po­wró­ci do dia­bel­skie­go ryt­mu, ko­rzy­sta z oko­licz­no­ści, by od­dać się me­dy­ta­cjom i po­go­dzić się z sa­mym sobą. Być może po­wra­ca do nie­go ten frag­ment z Fe­ne­lo­na, spo­wied­ni­ka kró­lów, przy­ta­cza­ny przez Pon­sa: «Zmu­szo­no mnie bym cie­szył się, wraz z grup­ką żoł­nie­rzy i to­wa­rzy­szy któ­rzy nie opu­ści­li mnie w nie­szczę­ściu, z po­sia­da­nia tej dzi­kiej zie­mi i uczy­nie­nia z niej mej oj­czy­zny. Po­zba­wio­no mnie na­dziei że zo­ba­czę szczę­śli­wą wy­spę na któ­rej bo­go­wie po­zwo­li­li mi się na­ro­dzić, bym nią rzą­dził… Tak oto upad­ną wszy­scy kró­lo­wie, któ­rzy od­da­ją się swym pra­gnie­niom i dają wia­rę ra­dom po­chleb­ców». Jed­nak Elba może być tyl­ko przy­stan­kiem przed po­now­nym pod­bo­jem, gdyż Ce­sarz się nie pod­da­je.

An­ga­żu­je się na niej w dzia­ła­nie i gor­li­wie za­rzą­dza tą ma­lut­ką wy­spą. W za­ka­mar­kach Elby przy­go­to­wu­je swój po­wrót. Sam ze swo­ją roz­pa­czą, chce we­zwać prze­zna­cze­nie, ska­za­ny na wy­gna­nie o kil­ka mil od fran­cu­skie­go wy­brze­ża, pod kpią­cy­mi spoj­rze­nia­mi an­giel­skiej flo­ty. Upo­ko­rze­nie z Fon­ta­ine­ble­au wzy­wa Orła do lotu. Po chwi­lo­wym zwąt­pie­niu we wła­sny ge­niusz, po­now­nie sam przy­go­to­wu­je w cie­niu swo­je od­ro­dze­nie…

Me­ta­mor­fo­zę tę nie­ła­two od­szy­fro­wać. Po pierw­sze, nie mamy tu tra­gicz­nej sy­tu­acji ze Świę­tej He­le­ny, z jej zna­ny­mi ele­men­ta­mi: siłą pie­kiel­nej izo­la­cji, kłót­nia­mi, sta­ro­ścią i cier­pie­niem, ści­słym nad­zo­rem Hud­so­na Lowe. Krót­ko mó­wiąc, nie mamy tu tych wszyst­kich sub­tel­nych ele­men­tów roz­kła­du, któ­re tak fa­scy­no­wa­ły ese­istów i hi­sto­ry­ków79. Poza tym, nie nad­szedł jesz­cze czas zwie­rzeń. Kart­ki pa­pie­ru po­zo­sta­ją czy­ste, a do­pie­ro na Świę­tej He­le­nie Na­po­le­on za­stą­pi «sza­blę pió­rem», za­nim ugnie się pod cię­ża­rem nudy i za­po­mnie­nia. Wiel­ki mar­sza­łek Ber­trand, dro­bia­zgo­wy kro­ni­karz upad­ku na Świę­tej He­le­nie, rów­nież mil­czy80. W prze­ci­wień­stwie do Świę­tej He­le­ny, któ­ra cała roz­brzmie­wa ce­sar­skim sło­wem, a des­di­cha­do od­kry­wa wła­sną prze­szłość, od­mien­ność Elby po­le­ga na tym, że wy­gna­niec nie mówi nic. Sko­ro bra­ku­je prze­ka­zów i świa­dectw, na­le­ża­ło­by się mu choć przyj­rzeć, lecz nie ist­nie­je ża­den ob­raz z na­tu­ry, czy też por­tret Ce­sa­rza za­aran­żo­wa­ny w jego no­wym kró­le­stwie. Elba po­zo­sta­je spo­wi­ta mgłą. Co wię­cej, jak po­twier­dza­ją hi­sto­ryk Mi­che­let i słu­żą­cy Mar­chand, ża­den ob­raz nie od­dał­by rze­czy­wi­sto­ści. Pło­ną­cy w Ce­sa­rzu we­wnętrz­ny ogień z tru­dem po­zwa­la uchwy­cić zmie­nia­ją­cy się cią­gle wy­raz jego twa­rzy. Por­tre­ty Na­po­le­ona na­ma­lo­wa­ne przez Gro­sa, Isa­bey’a czy Gérar­da są tyl­ko jego bla­dy­mi od­bi­cia­mi. Pod po­waż­nym ob­li­czem Ce­sa­rza na­za­jutrz po ab­dy­ka­cji, De­la­ro­che zdo­łał od­kryć jego ból. Czer­piąc z wy­obraź­ni ma­larz stwo­rzył przej­mu­ją­cy ob­raz: opusz­czo­na szpa­da, ka­pe­lusz na zie­mi, za­bło­co­ne buty, pra­we ra­mię nie­dba­le od­rzu­co­ne – wy­da­je się że Ce­sarz zre­zy­gno­wał z wal­ki. Jego roz­pacz moż­na wy­czy­tać w nie­obec­nym spoj­rze­niu i ści­śnię­tych war­gach. Ale ze­msta i gniew cza­ją się już w oczach, a dłoń za­ci­ska się gwał­tow­nie na udzie. Za­sko­czo­ny upad­kiem, prze­ję­ty gnie­wem i wście­kło­ścią, Ce­sarz szu­ka już w so­bie ener­gii do zry­wu…