59,00 zł
Książka uhonorowana Nagrodą Ambasadorów oraz Grand Prix Eksportu w 2001 roku na targach książki w Paryżu. To pasjonujący i bardzo szczegółowy opis 100 dni Napoleona, napisany w innowacyjnej formie eseju. Skupia się przede wszystkim na Francji, wyróżniając się wyjątkowym, osobistym tonem, jaki nieczęsto dziś rozbrzmiewa na politycznych salonach.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 923
Tytuł oryginału: Les Cent-Jours ou l’esprit de sacrifice
Ilustracje: źródła XIX w.
Redakcja: Andrzej Ryba
Korekta: Helena Dragalik
Rysunek na okładce: © Jarosław Wróbel
All rights reserved
Copyright © Librairie Académique Perrin, 2001
Copyright © for Polish edition by „FINNA”
ISBN 978-83-62913-76-3
Wydanie I
Oficyna wydawnicza FINNA
80-768 Gdańsk, ul. Dziewanowskiego 5/6
tel.: 603 892 042
e-mail:finna@finna.com.pl
www.finna.com.pl
Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.
„Czy Napoleon mógł wygrać pod Waterloo?” zastanawia się w kwietniu 2004 roku miesięcznik „Focus” przypominając prawie 190 lat po bitwie, że nazwa małej podbrukselskiej wioski stała się zrozumiałym w całym świecie symbolem ostatecznej przegranej. Przy tym rzadko który fakt równie mocno pobudza wyobraźnię miłośników historii kontrfaktycznej, czyli tej, szukającej (empirycznie niemożliwej do sprawdzenia) odpowiedzi na pytanie: „co by było gdyby…?” Pod Waterloo bowiem rzeczywiście decydował się – choć na krótką metę – los świata.
Sto Dni i ich dramatyczny finał to także, patrząc z perspektywy, niezbędny element wyrosłej na klęsce legendy napoleońskiej, która z czasem przerodziła się w napoleoński mit. Mit rozpięty między niebotyczną, godną Ikara karierą „człowieka znikąd” i upadkiem w ogniu, dokończonym na świętoheleńskiej Golgocie. Najważniejszy z tej studniowej epopei był tradycyjnie początek – zdaniem wybitnego historyka epoki, Jeana Tularda „w całej niezwykłej karierze Napoleona nie ma chyba wydarzenia bardziej zdumiewającego niż ów marsz, który doprowadził go w dwadzieścia dni z zatoki Juan do Paryża” – oraz koniec, rozegrany na unieśmiertelnionej (1852) przez Victora Hugo posępnej równinie (O Waterloo! Morne plaine!). Typowego konsumenta historii i legendy napoleońskiej znacznie mniej interesowało to, co leżało pomiędzy kamieniami milowymi legendy: „lotem Orła” i jego upadkiem. Tymczasem te trzy miesiące politycznych wstrząsów i próby sił między „starym porządkiem” (Ancien Régimem), nowszym – napoleońskim oraz rodzącym się porządkiem przyszłym o liberalnym i demokratycznym obliczu, odegrały decydującą rolę w dramatycznym równoczesnym pogodzeniu się Francuzów z końcem rewolucji i nienaruszalnością jej dzieła. I to właśnie stało się głównym tematem i myślą przewodnią Dominique’a de Villepin.
Amerykanie lubią żartować, że we Francji, aby zostać kimś w polityce trzeba napisać przynajmniej jedną książkę. Autor dzieła, które trzymacie Państwo w ręku napisał ich kilka, ale to nie stąd bierze się jego znaczenie na francuskiej scenie politycznej. Urodzony w 1953 roku w Maroku Dominique de Villepin jest bowiem na niej postacią niebanalną, choć jego życiorys przypomina klasyczną drogę francuskiej elity rządzącej. Arystokrata, syn przemysłowca i senatora reprezentującego Francuzów żyjących poza granicami kraju, ukończył szkoły średnie w Caracas i Nowym Jorku, a następnie paryski Institut d’études politiques oraz słynną kuźnię administratorów i technokratów (wówczas paryską, dziś strasburską) Ecole nationale d’administration (ENA). Od 1980 r. de Villepin związał się z francuskim MSZ, w którym zajmował się sprawami afrykańskimi, a następnie przez osiem lat pracował w ambasadach w Waszyngtonie i New Delhi. Wielka kariera dyplomaty rozpoczęła się dopiero w roku 1993 wraz z przyjściem na Quai d’Orsay wybitnego polityka prawicy (gaullistowskiej RPR) Alaina Juppé, który powierzył de Villepinowi kierowanie gabinetem. Po wygraniu wyborów prezydenckich przez bliskiego Juppému mera Paryża i szefa partii Jacquesa Chiraca (1995), autor tej książki został sekretarzem generalnym prezydenta, co oznaczało nie tylko pozycję w centrum władzy, ale i za jej najtajniejszymi kulisami. Wśród klasy politycznej tak wysokiego szczebla de Villepin wyróżnia się tym, że nigdy nie był wybrany do żadnego ciała politycznego, a jego kariera to efekt wybitnej inteligencji, politycznej lojalności, ciężkiej pracy i energii. Słynący z elegancji i zarazem wielkiej pracowitości sekretarz Pałacu Elizejskiego (przypisywano mu przekonanie iż „zarządza mózgiem prezydenta”) stał za plecami Chiraca przez całą pierwszą siedmioletnią kadencję, choć obwiniano go za nakłonienie prezydenta do rozwiązania parlamentu w 1997 r., co skończyło się wyborczym sukcesem socjalistycznej konkurencji. W maju 2002 r. „człowiek prezydenta” objął tekę ministra spraw zagranicznych, dając twarz polityce francuskiej w czasie trudnych negocjacji unijnych i podziałów wywołanych wojną w Iraku. 1 kwietnia 2004 r., przy kolejnej roszadzie rządowej, Dominique de Villepin objął inne kluczowe stanowisko – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, tym trudniejsze, że poprzednik – Nicolas Sarkozy (przejmujący zagrożone finanse) sukcesami w walce z przestępczością zdobył miano najpopularniejszego francuskiego polityka. De Villepin, Mister France lat w których wzorem generała de Gaulle’a Paryż prowadził swoją własną, wyrazistą politykę zagraniczną, wraca więc w świat wewnętrzny, w tym w cień policji i sekretów państwa odmalowany już przez siebie w wersji sprzed dwóch wieków. Droga od Talleyranda do Fouché, jak ironizują dziennikarze świadomi napoleońskich fascynacji obecnego „pierwszego gliny” Francji, który szeroko zanalizował w Stu Dniach działania obu tych wielkich aktorów historycznego dramatu.
Zatrzymujemy się szerzej nad osobą i polityczną karierą autora nie tylko dlatego, by podkreślić wyjątkowy (niestety!) w polskich warunkach fakt pisania książek przez praktykującego polityka. Dla dopełnienia obrazu możemy wszak dodać jeszcze, że poza Stoma Dniami Dominique de Villepin ma za sobą tomiki poezji, eseje o literaturze oraz rozważania o współczesnym świecie. Bardziej chodzi nam o pokazanie związków między osobistym doświadczeniem pisarza historycznego a najlepszymi fragmentami jego dzieła. Czytając o meandrach i kalkulacjach politycznych rozgrywek lat 1814–1815, o narzucanych przez wypadki sojuszach, rozterkach, kompromisach i wybiegach, nie wątpimy, że analizuje je ktoś od podszewki znający świat polityki i to najwyższego szczebla. Sznurki władzy, ambicje ludzi, ich wielkość i małość, a zarazem poszukiwanie dobra wspólnego oraz miejsca dla tego, co polityczni potomkowie de Gaulle’a nazywają „pewną wizją Francji” (une certaine idée de la France) to przecież doświadczenie kolejnych pokoleń polityków nad Sekwaną. Zaś generalne zasady politycznej gry są wspólne wszystkim ambitnym tego świata, od starożytności poczynając. „Historia, choć nigdy się nie powtarza, to jednak w nas tkwi”, pisze autor, wtórując norwidowskiej „historii korektorce-wiecznej”.
De Villepin nie ukrywa fascynacji Napoleonem. „Nie ma dnia, w którym bym nie odczuł nieodpartej potrzeby pamięci o Nim, wyjaśnienia jego myśli i czynów”, pisze we wstępie. W tym wyjaśnianiu odwołuje się do psychologii, analizując stany ducha i motywacje człowieka, który w ostatnim porywie – skoro utracił już szansę na francuską Europę – wrócił, by zdobyć samą Francję, a później oddał się dobrowolnie wrogowi, choć przecież mógł ratować wolność. To zdaniem autora prawdziwy dowód wielkości pobitego bohatera, albowiem wielki mąż stanu zawsze ostatecznie przedłoży interes państwa nad swój własny, nawet za cenę jakiejś Świętej Heleny. Dobrowolna rezygnacja (można wręcz rzec abdykacja) z prezydentury i odejście od polityki generała de Gaulle’a po przegranym referendum, to jeden z przykładów takiego właśnie pojmowania własnej wielkości, która nie może się jednak mierzyć z wielkością interesu wspólnego. Poświęcenie siebie w imię politycznej wizji, siła woli, szybkość decyzji, umiejętność przekształcania historii w epopeję i nadanie jej sensu, ale także zamiłowanie do ryzyka, brak umiaru i swoiste (polityczne) uduchowienie, to zdaniem de Villepina cechy właściwe wielkim ludziom – Aleksandrowi, Cezarowi, Napoleonowi, czy de Gaulle’owi, między którymi widzi ciągłą linię.
Szczególnego znaczenia pod piórem polityka nabiera podstawowy dramat Napoleona czasu jego ostatniej epopei – rozminięcia się intencji, obaw i oczekiwań. Nikt nie chce wierzyć w intencje i efekt prawie rocznych przemyśleń wygnańca na wyspie Elbie. Ani próba liberalizacji Cesarstwa, ani uroczyste wyrzeczenie się podbojów nie przekonują Francji i Europy. Napoleon pozostał bowiem w pamięci jako wcielenie braku miary, zarówno w życiu jednostki wyniesionej przez Historię i samą siebie wyżej niż ktokolwiek, jak i na polu polityki. Mimo klęsk widzi się w nim wciąż bezwzględnego, tłumiącego opór i żądającego uwielbienia dyktatora oraz brutalnego zwycięzcę narzucającego pokonanym pokoje rzucające ich na kolana.
Fascynujący jest obraz Francji lat 1814–1815, owa karuzela ultrasów, którzy wrócili do Francji po latach emigracji głosząc, że „niczego się nie nauczyli i niczego nie zapomnieli”, żołnierzy tęskniących za „wygnańcem” i upokorzonych każdym gestem nowej władzy, wreszcie zapatrzonych w Anglię nielicznych liberałów. Karuzela ta krąży wokół innego bohatera Villepinowskiej komedii pomyłek – ciężko doświadczonego przez los, pozornie ociężałego, lecz jakże przenikliwego ex-wygnańca, Ludwika XVIII, który usiłuje dokonać rzeczy niemożliwej, czyli pogodzenia trzech grup. A wszystko to na marginesie życia 30 milionów „zwykłych” Francuzów, zmęczonych ćwierćwieczem rewolucji i wojen, a świeżo dotkniętych obcą inwazją w sercu ojczyzny nie tkniętej od stuleci obcym butem.
Sto dni to książka przede wszystkim o Francji, napisana w osobistym tonie, jaki nieczęsto już dziś rozbrzmiewa na politycznych salonach. To owoc namiętności do polityki, marzenia o ludzkiej wielkości i przywiązania do francuskiej historii. Nie przypadkiem przecież patronuje jej cytat z Napoleona czyniący z Francji jego jedyną namiętność i kochankę… Rzadki to przykład połączenia języka poety z pragmatyzmem i doświadczeniem polityka. Dominique de Villepin, który w świecie polityki uchodzi za wybitnie twardego gracza i zarazem fascynującą, czarującą osobowość, nie widzi w tym połączeniu sprzeczności. „To polityka musi być wielką sprężyną współczesnej tragedii” powtarza za Napoleonem, wprowadzając Czytelnika na widownię dramatu sprzed dwóch stuleci.
Książka otrzymała w 2001 r. nagrodę Fondation Napoléon dla najlepszej pracy francuskojęzycznej.
Andrzej Nieuważny
„Mam tylko jedną namiętność, jedną kochankę, jest nią Francja…”
NAPOLEON
Od wielu już lat podążam tropami napoleońskiej przygody. Do dziecinnej pogoni za słynnym dwurożnym kapeluszem doszła z czasem refleksja nad niepowtarzalnym charakterem minionej epoki, zagadką losu człowieka, przedziwną alchemią historii i mitu, ścieżkami i meandrami pamięci. Owe Sto Dni stanowi swoistą baśniową „uwerturę”, jest łącznikiem między dwoma światami, dwiema epokami i dwoma legitymizmami, stając się przejmującą epopeją w pigułce. W bardzo krótkim czasie, w swoistym laboratorium komedii ludzkiej, zarysowuje się oblicze współczesnej Francji, mieszają się i ścierają ze sobą ideały i doktryny, charaktery i namiętności.
Moje poszukiwania, cóż tu ukrywać, niejednokrotnie powodowane były chęcią poznania tajników władzy, gdyż historia, choć nigdy się nie powtarza, to jednak w nas tkwi. I jeśli nawet w jej licznych alejach spotkać można tłum miernot, to wszak niezwykłe jednostki, przynoszące zaszczyt polityce i budzące wiarę we Francję, również się tam pojawiają.
Nie ma dnia, żebym – udręczony zwątpieniem – nie rozmyślał nad głosami przeszłości, nie śledził dziejów wielkich autorytetów, a przede wszystkim najpierwszego z nich – człowieka z Tulonu i z Włoch, z Egiptu i z Hiszpanii, z Rosji i ważnych w jego życiu wysp; wszystkie te nazwy tańczą wściekle wokół niego.
Nie ma dnia, w którym bym nie odczuł nieodpartej potrzeby pamięci o Nim, wyjaśnienia jego myśli i czynów. Nie chcę ulec obojętności, śmiechom i drwinom, nie zawrócę z tej trudnej drogi, karczowanej przez słynnych lub skromnych pielgrzymów napoleońskiej legendy, i będę szedł nią dalej, w służbie Francji.
Nie ma dnia, bym nie wdychał zapachu delikatnego fiołka1…
*
Wiosną 1814 roku, wraz z warkotem bębna wznosi się żałobna skarga. Złowrogi cień wynędzniałego psa2 zakłóca sen. Jakże wydaje się daleki czas, gdy Hegel, obecny przy wjeździe Cesarza do Jeny, sądził, że widzi ducha świata unoszącego się na koniu. Po raz pierwszy od 1792 roku, Francja doznaje cierpień i upokorzeń najazdu.
Pomimo wybitnych sukcesów kampanii francuskiej, Napoleon, który wycofał się do Fontainebleau, otoczony ostatnimi legionami, nie może zapobiec zajęciu stolicy przez obce wojska, nie potrafi powstrzymać zbezczeszczenia kraju. Kiedy decyduje się abdykować na rzecz syna, wypadki nabierają tempa. Marmont wydaje swych ludzi wrogowi, pozbawiając Wielką Armię wszelkiej możliwości riposty. Wkrótce parlamentarzyści powołują na tron Ludwika XVIII, młodszego brata Ludwika XVI. Korytarze Fontainebleau pustoszeją, podczas gdy Cesarz, całą mocą rozpaczy, pragnie chwycić się ostatniej szansy – swej szczęśliwej gwiazdy spod Lodi3. Jednak 6 kwietnia musi się poddać. Ten Orzeł, wczoraj tak bliski słońca, legł teraz na ziemi, z podciętymi skrzydłami. Dwudziestego kwietnia, gdy wycofuje się wśród garstki wiernych, Burbonowie szykują się już do ponownego objęcia tronu. Wszyscy są przekonani, że oto zakończyła się pewna epoka.
Wskutek igraszki czy też okrucieństwa historii, 15 miesięcy później rozgrywa się niemal identyczna scena: najazd na Paryż, powrót Ludwika XVIII, ponowne wygnanie Napoleona. W międzyczasie, ku powszechnemu zdumieniu, Cesarz wyłania się ponownie w czasie studniowej szalonej galopady4, kiedy krzyżuje się wszystko – to, co epickie i to, co tragiczne, co heroiczne i co cyniczne, burleska i ekstrawagancja – przędąc zadziwiającą nić naszej narodowej historii.
Postać Napoleona góruje nad owymi Stu Dniami, „Potwór” rzuca jeszcze raz cień na poczerwieniały horyzont, cała scena znów ożywia się wokół niego. Musi teraz nie tylko układać się z przeznaczeniem, by wyrównać rachunki na polach bitwy z królami i bogami, ale także zejść na arenę i stawić czoła ludziom, wielkim i małym, zabłoconym lub przyozdobionym perukami, gotowym odpowiedzieć mu repliką w stylu Talleyranda czy Fouché. Jak schowane przez lata diablęta, nie przestają oni wyskakiwać ze swych pudełek, utrudniając napoleoński przemarsz tysiącem przeszkód. Ów cesarski płomień, który niegdyś rozpalał wszystko na swojej drodze – ludzi i całe lądy – świeci już teraz tylko w Nim, a wczorajszy olbrzym posuwa się już wyłącznie po omacku, opuszczony przez niebiosa, skazany – jak na początku – na samozwańczość i nędzę: biedny „fekalny pies Brumaire’a”5, brukający aleje władzy. Więc zrywają się z łańcucha bajkowe zwierzęta: złośliwe i przebiegłe lisy i wilki, domowy drób, jak też rasowe drapieżniki, które – uwolnione od swych lęków – rozpierzchają się z klatki. Zagrożony w swej pozycji Cesarz musi zapomnieć o przebrzmiałym marzeniu o Cesarstwie Zachodnim. Musi ponownie poznać zwykłych ludzi i ich codzienne troski: dwoić się i troić, wyliczać i obserwować, pertraktować i nade wszystko przewidywać. Odtąd posuwa się już naprzód samotnie. Teraz jest człowiekiem z krwi i kości, podążającym swą drogą boleści.
Czy Napoleon naprawdę się zmienił? Czy można, na Boga!, mówić o metamorfozie człowieka dotkniętego porażką, czy nie chodzi jedynie o komedię na użytek świata? Co ciekawe, często pomija się w cesarskiej przygodzie owe Sto Dni. Jeśli wszystko zostało już powiedziane o Napoleonie w obłokach potęgi, o Napoleonie – twórcy Kodeksu Cywilnego, strategu spod Austerlitz i Frydlandu, Wielkim Władcy Europy, jeśli wygnanie na Świętej Helenie fascynuje tak historyków jak eseistów, to Napoleon spomiędzy tych dwóch okresów pozostaje zagadką. Po „locie Orła”, czym może teraz jeszcze zaskoczyć ten „ostatni Cesarz”, opasły i ospały, który zdaje się wątpić w siebie i w przeznaczenie? Czy ten liberał, który dokłada teraz wszelkich starań, by przypodobać się notablom, ogłaszając swą „Benjamine” to nadal ów nieugięty Cesarz6? Czy wódz, który nie potrafi zniszczyć Blüchera pod Ligny, a potem ulega Wellingtonowi to wciąż ten sam zwycięzca spod Austerlitz? Czy ten bez wyrazu człowiek, który wobec parlamentarnego buntu składa broń bez walki, wahając się między amerykańskim wygnaniem a poddaniem się Anglii, to wciąż ten sam zwycięzca z Brumaire’a? Napoleon Stu Dni, poddający się zwątpieniu, nagle się uczłowiecza, niemal pozbawiony swej tak głębokiej tajemnicy. Ten przybysz przypomina przedziwnie Pierwszego Konsula, jeszcze uprzejmego, zawsze spragnionego rozmów i wiadomości. Współcześni z zaskoczeniem obserwują, jak schodzi ze swego piedestału, by rozmawiać jak równy z równym z Benjaminem Constantem, czy też by na próżno przekonywać Molé do przyjęcia teki ministra. Poprzez blade jeszcze światełko swego końca, Napoleon odsłania nam, tu i ówdzie, kilka sekretów. Pozbawiony laurów Aleksandra, nie obnosi jeszcze maski z Memoriału ze Świętej Heleny, która ukształtuje jego legendę.
W cieniu Napoleona trzeba jednak dostrzec – zbyt często zapominaną – Francję, stojącą przed jednym z najpoważniejszych kryzysów w swej historii. W 1815, podobnie jak w 1792, dokonuje się bolesna alchemia najazdu i wojny domowej. Konfrontacja między Orłem i Lilią, oprócz Napoleona i Ludwika XVIII, przeciwstawia sobie dwie filozofie, dwie świadomości i dwa prawa do władzy. Odnawia konflikt między Rewolucją i Kontrrewolucją, między „białymi” a „błękitnymi”, na którego tle wyłania się już nowy rozłam między władzą a społeczeństwem. Bariera cenzusu wznosi się właśnie wtedy, gdy pęka bariera urodzenia. Rysuje się przepaść między erą podboju i nowym wiekiem mieszczańskim, który wynosi jednostkę na gruzach dawnych wierzeń i w wielkich zbiorowych przygodach Rewolucji i Cesarstwa. W kotle historii mieszają się osobowości, pokolenia oraz wczorajsze i jutrzejsze stronnictwa: republikanie, rojaliści, orleaniści i bonapartyści.
Sto Dni stanowi więc idealne „okienko”, pozwalające ponownie przyjrzeć się Napoleonowi oraz narodzinom nowej Francji, widowisku knowań i zamieszek, rewolucji dusz, która przydaje tragizmowi szatańskiego rytmu.
Udając się, wraz z tysiącem wiarusów, na podbój utraconego królestwa, Cesarz sprawia wrażenie, jakby miał potknąć się na każdym kroku. Bardzo szybko przygoda staje się epopeją. Marsz na Paryż nie ucisza codziennego lęku o jutro. W jaki sposób będzie mogło przetrwać liberalne Cesarstwo? Czy Napoleon pozostanie na tronie w sytuacji gdy Europa się mobilizuje, gdy burzy się Wandea, gdy notable ostentacyjnie odwracają się do niego plecami? Właśnie wtedy, gdy wszystkich potrzebuje, niestabilność sytuacji każdego dnia coraz bardziej wzmaga jego osamotnienie. Rozczarowanie jest tym silniejsze, że od przybycia do stolicy chłód i kunktatorstwo żywo kontrastują z konsekrowaniem przez lud Lotu Orła. Drażni to Cesarza, który dokłada wszelkich starań, powtarzając, że pragnie już tylko i wyłącznie odegrać rolę spokojnego, konstytucyjnego władcy. Cóż, poza Benjaminem Constantem i garstką liberałów, nikt nie chce uwierzyć w jego nawrócenie. Znaczna większość podejrzewa go natomiast o chęć przywrócenia dyktatury zaraz po odniesionym zwycięstwie. W chwili, gdy przybywa wziąć przyszłość w swoje ręce, ratować Francję i uspokoić Europę – musi odpokutować za ciągnącą się za nim przeszłość.
Tytaniczne walki kampanii belgijskiej to tragizm w najpełniejszym wymiarze, podczas gdy bolesny powrót do Paryża i perypetie związane z wygnaniem utrzymują stan zawieszenia i lęku. Ale już zmienia się sceneria: tragikomedia władzy rozgrywa się w Paryżu, gdzie Fouché mnoży intrygi, a potem również – ze zręcznością wytrawnego handlarza koni – targuje cenę swego przyłączenia się do monarchy. Nadszedł czas niewiarygodnego spotkania Fouché z Talleyrandem, a tymczasem koalicjanci ponownie nacierają na Paryż, wyprzedzając o kilka godzin orszak Ludwika XVIII… Jest to ostatnia odsłona w tym balecie władzy, który zadziwił epokę.
Zarówno scenografia, jak i cesarska inscenizacja dramatu, którego wątki przeplatają się w ostatnich dreszczach namiętności na oczach zalęknionych członków dworu, zdają się być na miarę tego upadku. Zresztą jest wiele teatrów: od Elby po Wyspę św. Heleny, od Zatoki Juan po Paryż, od Ligny po Waterloo. Nie można też zapomnieć o odległym Wiedniu i o Gandawie, tak bliskiej stolicy karnawałowego wygnania króla. Są łachmany przedmieść i kostiumy Tuileries, uniformy galowe i mundury polowe. I, nade wszystko, owa dziwna sylwetka – w brązowym wojskowym płaszczu lub szarym surducie i owym osobliwym dwurożnym „pierogu”. Wszystkie spojrzenia zwrócone są na Napoleona, jednak role drugoplanowe również są wyjątkowe: Ludwik XVIII, Talleyrand, Fouché, Ney, nie licząc Chateaubrianda, Blacasa, Vitrolles’a, czy Lamartine’a wśród rojalistów; La Bédoyère’a, Cambronne’a, Carnota i Davouta wśród bonapartystów, czy też Benjamina Constanta i LaFayette’a wśród liberałów. A przecież poza granicami kraju grali jeszcze: Metternich – ta „skała porządku”, żołdak Blücher, dyplomata Castlereagh, strateg Wellington, car Aleksander czy Pozzo di Borgo, korsykański rywal Napoleona. Ileż błyskotliwych postaci zmuszonych do wybrania obozu, do kalkulacji ryzyka…
Bogactwo źródeł literackich bardzo różnicuje ich paletę. Proklamacje z Zatoki Juan, rozmowy z Memoriału ze Św. Heleny, reminiscencje ze Wspomnień zza grobu, Wspomnień o Stu Dniach Benjamina Constanta – to najbardziej znane przykłady. Ale trzeba również wspomnieć o przeobfitej w tamtych czasach produkcji dzienników, wspomnień, broszur, afiszy i pamfletów, z rzadka jedynie przeciętnej wartości, prezentujących wszystkie prądy i kierunki. Refleksję polityczną tego okresu wzbogacają szczególnie dwa ważne teksty: W sprawie króla René de Chateaubriand odpowiada na Zasady polityki opublikowane przez Benjamina Constanta, usprawiedliwiające jego przyłączenie się do Napoleona. Zewsząd pobrzmiewa liryzm i szczerość – dwie cechy, które odzwierciedlają moc zaangażowania i dają świadectwo owego ognistego wieku, kiedy to polityka i literatura stanowiły jedno.
„To polityka musi być wielką sprężyną współczesnej tragedii”, oznajmił Napoleon swojemu sztabowi w przededniu Austerlitz. W niecałe 10 lat później, grzmoty towarzyszące jego upadkowi raz jeszcze miały przyznać mu rację.
„Nie widzę nic wielkiego w pozbawieniu się życia,
to tak, jakby ktoś stracił w grze całą fortunę.
O wiele więcej odwagi wymaga przeżycie
swego niezasłużonego nieszczęścia”.
NAPOLEON7
„Jego ambicja była niespełniona, lecz nie wygasła;
niedola i zemsta podżegały jej płomienie:
kiedy na początku tworzenia wszechświata
książę ciemności spostrzegł człowieka i świat,
postanowił ich zgubić”.
CHATEAUBRIAND,Wspomnienia zza grobu
Przybysz
Jakże krótkie było to wygnanie – niespełna rok na owej śródziemnomorskiej wyspie! Świadczyło to o tym, że cesarstwo nadal budziło gwałtowne namiętności, że nie utraciło w oczach ludzi mandatu do sprawowania władzy, okrytego triumfem i chwałą, przepełnionego duchem przygody i gorączką. Gdy jeszcze nie zdążyły wyschnąć zapisane pierwsze karty kroniki z Elby, w żartach towarzyskich wciąż rozbrzmiewały drwiny o zstąpieniu Napoleona do piekieł. Kto więc mógłby wyobrazić sobie wtedy j ego triumfalny powrót? W 1814 roku wszystko sprzysięgło się przeciw Napoleonowi. Stał on się głównym bohaterem karykaturzystów i twórców pamfletów. Europa odwróciła od niego głowę już w chwili, gdy dotarł on do swego nowego, tandetnego królestwa, tej ponurej wyspy, liczącej 12 000 mieszkańców i 211 km.
Elba zajmuje odrębne miejsce w przygodzie napoleońskiej. Pozbawiony swego cesarstwa, nasz bohater zaskakuje, intryguje. Tuż przed pochwyceniem swej drugiej szansy, zawsze jest tam, gdzie się go nie oczekuje. Gdy wydaje się, że jest już ostatecznie pobity i wyczerpany do cna, szybko podnosi się z upadku, kipiąc energią. Gdy uważa się, że jest osamotniony, że błąka się porzucony – on odradza się w ciszy wygnania. Czerpie energię z zapału wiernej mu trójki – Bertranda, Druota, Cambronne’a, a jego ostoją są także: ukochana siostra Paulina, oraz Cesarzowa Matka, które przybyły, by dzielić los zesłańca. Nawet Maria Walewska, „polska małżonka”, przybywa na krótko, by się z nim połączyć. Napoleon chce żyć! Przemierza więc wielkimi krokami swe niewielkie terytorium, podnosi się dumnie wobec znieważającego go świata, wobec Francji, która się go wypiera. Uprawiając rolę na wyspie, podsyca jednocześnie w sobie trawiący go od zawsze ogień, by przejść w sekrecie swą ostatnią metamorfozę.
Kim naprawdę jest ów Napoleon, ów Proteusz w chwili, gdy decyduje się jego przeznaczenie? Jakobińskim generałem, bohaterem Dyrektoriatu, Konsulem pragnącym pokoju, zwycięskim Cesarzem, będącym teraz w odwrocie? Czy jest nadal dumnym, kipiącym energią zdobywcą? Czy nadal jest owym dziwnym przybyszem z przeszłości? Przybyszem z Włoch, który jeszcze wczoraj groził pięknej, zbyt swawolnej Kreolce, niewiernej Józefinie: „Radzę Ci strzec się w nocy; jednej z najbliższych usłyszysz wielką wrzawę […]”? Przybyszem z Egiptu, gdy wraca do Francji na pokładzie Muirona, okrętu, noszącego imię wiernego towarzysza, który na moście w Arcole zasłonił go własnym ciałem? Przybyszem z Rosji, z koszmaru mroźnych nocy? Spod tych wszystkich masek wyłania się już nowa, przybysza z Elby, która z kolei przywoła cień z Waterloo i nieśmiertelnego ducha z Wyspy św. Heleny: „Takiego, jakim w końcu był…”.
Aby pojąć niezwykłość Napoleona, trzeba śledzić jego dzieje przede wszystkim wtedy, gdy historia zdaje się o nim zapomnieć, gdy zdradzony i opuszczony podąża zawiłymi ścieżkami wygnania. Stąd moje zainteresowanie owym „pomiędzy” w losie bohatera, opuszczonego w pełnej chwale przez ludzi i bogów. Po Wercyngetoryksie, Świętym Ludwiku i Joannie d’Arc, a przed de Gaulle’m, Napoleon doznaje „katuszy tego okrutnego świata8” i postanawia zejść do piekieł wyłącznie po to, by poddać się wyrokom historii. Odnajdujemy Napoleona zwyciężonego na polach bitew Europy, jak dokłada wszelkich starań, by powiązać ze sobą wątki baśni, jak dobiera scenografię i przygotowuje dekoracje dokładnie tak, jak zwykł był to robić, od mostu w Arcole po cmentarz w Eylau. W chwili ostatniego podniesienia kurtyny niemal wszyscy są na miejscu, także cesarska matka – Letycja – która podczas koronacji wzgardziła miejscem w loży honorowej. Napoleon przygotowuje scenę z tą samą pieczołowitością, z jaką kiedyś prowadził pędzel barona Grosa, Ingresa czy Davida. Ileż masek, ile pór roku w gorączkowym spojrzeniu tego człowieka, który był kolejno pilnym uczniem, odważnym kapralem, zakochanym generałem, ogrodnikiem i despotą, dowcipnie nazwanym przez papieża: „commediante, tragediante”. Przybierał kolejno następujące imiona: Nabulione, Buonaparte, Bonaparte, Napoleon i Napoleon I. Odgrywał wszystkie role: był zarazem autorem, aktorem i krzewicielem fantastycznej epopei. Jego ambicja pozostaje jednak niewzruszona: umocnić prawowite zasady, stworzyć dynastię, unieśmiertelnić swe imię…
Wyjątkowość tego bohatera zdaje się bowiem wypływać przede wszystkim z faktu, że nigdy nie waha się on wcielić w rolę przeznaczenia… Napoleon nie zadowala się obserwacją biegu historii, on ją stwarza. Od pierwszej kampanii w Tulonie aż po Rosję, pewnie i bez wahania zapewnia sobie powodzenie, wywracając przy okazji porządek świata. Jako człowiek czynu, jest typem dowódcy, który prowadzi swe oddziały od zwycięstwa do zwycięstwa. Ów syn marnotrawny Rewolucji, wysoko wznosi sztandar, który przed nim nieśli Aleksander, Hannibal i Cezar. Otoczony pochlebstwami swych żołnierzy, obiecuje im od 1796 roku: „bogate prowincje, wielkie miasta […], chwałę, zaszczyty i bogactwa”.
– Żołnierze Italii – zwraca się do nich – czyż wobec tego zabrakłoby Wam odwagi i wytrwałości?
Przyjmuje najpiękniejszy, prawowity, najbliższy jego sercu stopień -„małego kaprala”. Jako mężny rycerz i wizjoner, wielki strateg i nowator, wpisuje się w rasę mężów stanu, znamienitych dowódców. Jest wodzem na miarę swej epoki i wszelkich innych czasów, „człowiekiem Plutarcha9”, Ancien Régime’u i Rewolucji, minionego i nowego świata.
Ale ów bój, rozpoczynany wciąż od nowa, nigdy nie wystarcza:
– Wojna to osobliwa sztuka – wyznaje w dniu koronacji – stoczyłem 60 bitew i cóż, żadna z nich nie nauczyła mnie niczego, czego nie wiedziałbym przedtem.
Czy Napoleon dał się w pewnej chwili okpić? Żądny względów, poświęca wszystko, kreuje się na reżysera własnego przeznaczenia, aby tylko wznieść się na Olimp. Poprzez obrazy, listy, odezwy i dzienniki, stwarza całą symfonię, dopracowując najdrobniejsze szczegóły – od marszałków w drugoplanowych rolach, aż po najskromniejszy bęben. I nawet zdradzony, pobity, opuszczony na swej operetkowej wysepce, w wieku blisko 45 lat pragnie jeszcze raz złamać przeznaczenie. Jest już kimś innym, zawsze jednak tym samym.
Droga krzyżowa
U schyłku kampanii francuskiej, zdetronizowany Cesarz ulega rozpaczy:
– Pogardzałem ludźmi, jak błotem. Otóż, jeszcze nie dość nimi pogardzałem – zwierza się swojemu adiutantowi Anatolowi de Montesquiou10.
Zaiste koszmarem jest dla Napoleona to przejście od pełni władzy do odejścia w cień samotności, od szalonej aktywności do bezczynności. I do tego ta świadomość, że wszystko co stworzył legło w gruzach w zamęcie upadku.
Ten „diabeł w wojskowych butach” uczestniczy bezsilnie w spektaklu swojej własnej klęski. Mimo pośpiesznego powrotu, nie może przeciwstawić się oddaniu stolicy na pastwę wrogów. Kiedy kwateruje w Fontainebleau, jest kolejno zdradzany najpierw przez Talleyranda, który podżega aliantów do usunięcia Cesarza z tronu i powołania rządu tymczasowego, później przez parlamentarzystów i Senat, następnie przez Ciało Prawodawcze, które, nim zwróci się do Ludwika XVIII, głosuje za pozbawieniem go władzy. Doświadcza także zdrady marszałków – z Neyem na czele – którzy przybywają 4 kwietnia11, by wydrzeć mu abdykację na rzecz syna; i wreszcie Marmonta, który, jak wspomniałem wcześniej, negocjując kapitulację swego korpusu przypieczętowuje los Napoleona, pozbawiając go wszelkiej szansy na kontratak. 6 kwietnia Cesarz z bólem ustępuje, tym razem bezwarunkowo, jednak z tą ogromną wściekłością w głębi serca, która pozwoli dojrzeć niebawem pragnieniu zemsty.
Jeśli odejście dworaków, którzy byli z nim dla osobistych korzyści go nie zaskakuje, to dezercja bliskich osób rani go bardzo… Poza lojalnym Caulaincourtem, ministrem spraw zagranicznych, najbliższy krąg zaufanych tchórzliwie zbiegł, aby już więcej nie powrócić: niezastąpiony Berthier12, służący Constant, chirurg Yvan, nawet mameluk Roustam, towarzysz wszystkich chwil Napoleona od czasu ekspedycji egipskiej. Jego żona, Maria Ludwika, zabiera syna do Wiednia. Samotność w Fontainebleau rozwiewa ostatecznie złudzenia co do natury ludzkiej. Jak wierzyć ludziom, ich obietnicom i ich przysięgom? W sześciokonnej dormezie, która unosi go ku wygnaniu, Napoleon wspomina towarzyszy, poległych pod jego sztandarami na wszystkich polach bitew: Muirona, Desaixa, Lannesa i Duroca13. Myśli o generale Junocie, dotkniętym szaleństwem, a także o Józefinie, która, od czasu ich rozwodu, błąka się po Malmaison jak udręczona dusza, oczekując śmierci. To do niej właśnie napisał tych kilka słów, oblanych łzami: „Zdradzili mnie. Tak, wszyscy mnie zdradzili14”.
W nocy z 12 na 13 kwietnia, Cesarz dowiaduje się, że państwa sprzymierzone wybrały Elbę15 na miejsce, gdzie ma wypełnić się jego przeznaczenie, i że hrabia d’Artois właśnie wkroczył do Paryża. Nie mogąc się z tym pogodzić, chcąc nadal decydować o swoim losie, tak jak niegdyś sam się koronował, tak teraz własnymi rękoma wznosi do ust cykutę.
– Życie jest dla mnie nieznośne – wyznaje Caulaincourtowi.
Wstrząsany gwałtownymi wymiotami, trawiony gorączką, chwyta się księcia Vicenzy, jednak fiolka z trucizną, którą nosi na szyi od czasu odwrotu z Rosji, jest zwietrzała. Napoleon decyduje się więc na poświęcenie aż do końca i na wygnanie:
– Będę żyć – mówi – gdyż śmierć nie chce mnie zabrać z mego łóżka, tak jak i z pola bitwy. Znosić życie po takich wydarzeniach, będzie także dowodem odwagi. Napiszę historię ludzi dzielnych16.
– Być może przeczuwa zew przeznaczenia w tej śmierci, której odmówił mu los? Trzeba spróbować stawić mu czoło. Ostatnie dni w Fontainebleau to spektakl załamanego człowieka. Pułkownik Campbell, angielski komisarz wyznaczony przez mocarstwa, by towarzyszyć Napoleonowi w drodze na wygnanie, widzi „niskiego mężczyznę, o energicznym wyglądzie, który szybko przemierzał swój apartament wielkimi krokami, jak dzikie zwierzę w klatce”. Campbell zaskakuje go w starym zielonym mundurze, na jego twarzy widać zarost, włosy ma w nieładzie, a „ślady tabaki widnieją na górnej wardze i kamizelce”17.
Droga na Elbę przynosi kolejne upokorzenia. Wychylając do dna kielich goryczy, zdetronizowany Cesarz odkrywa nienawiść ludu w Prowansji. Oklaskiwany aż do Lyonu, jest wygwizdywany począwszy od Orange. Ten stary bastion rojalistów, gdzie miłość do Burbonów podsycana była wojnami religijnymi i krwią wylaną za Rewolucji, szczególnie ucierpiał od blokady kontynentalnej18, która doprowadziła do upadku prowansalskie porty. Dla Napoleona cios jest tym bardziej dotkliwy, iż jeszcze pamięta gorliwość tych Francuzów, którzy, piętnaście lat wcześniej, wiwatowali na tej samej drodze na jego cześć, podczas pełnego chwały powrotu z Egiptu19. Tym razem, „Potwór” jest znieważany w miastach i wsiach, przez które przejeżdża. Odżyły więc w nim stare, bolesne wspomnienia z 1793 roku, kiedy to został wygnany z Korsyki na skutek zemsty klanu Paoli20.
Jak relacjonuje komisarz pruski Waldburg-Truchsess21, w Awinionie tłum napada na powóz i znieważa jego pasażera:
– Niech żyje król! Niech żyją państwa sprzymierzone! Precz z Mikołajem! Precz z tyranem, łajdakiem, oszustem22!
W Orgon widać paroksyzm gniewu: „Przed gospodą, w której miał się zatrzymać Napoleon, ustawiono szubienicę. Powieszono na niej pokrytą krwią kukłę, z umieszczonym na piersiach napisem: «Taki będzie los tyrana, wcześniej czy później». Lud czepiał się pojazdu Napoleona i starał się go dojrzeć, by obrzucić go najgorszymi obelgami. Cesarz, jak tylko mógł, chował się za generałem Bertrandem; był blady i przygnębiony, nie mówił ani słowa”.
Komisarz rosyjski, hrabia Szuwałow, przemawia do motłochu, aby uniknąć najgorszego:
– Czy nie wstydzicie się znieważać nieszczęśnika, który nie może się obronić? – krzyczy do rozwścieczonego tłumu – Ten, który wyobrażał sobie, że może nadawać prawa wszechświatowi, a dziś zdany jest na waszą szlachetność, jest dość upokorzony przez swą godną pożałowania sytuację! Pozostawcie go samemu sobie! Spójrzcie na niego! Czyż nie widzicie, że pogarda jest jedyną bronią, jakiej powinniście użyć przeciw temu człowiekowi, który już przestał być niebezpieczny?…
To straszne doświadczenie dla Napoleona. Straszniejsze niż śmierć. Musi stawić czoła obelgom, lecz także wstydowi. Na polu bitwy był okazem zimnej krwi, potrafiącym spiąć konia do biegu pod gradem kul, obojętnym na świst przelatujących obok pocisków. Ale przed tym tłumem okazuje strach, tak jak podczas Brumaire’a. Robi się trupio blady, zatacza się, musi odwołać się do protekcji sprzymierzonych, aby błagać swój lud o litość. Przeżycie to jeszcze bardziej ugruntowało w nim instynktowną odrazę do ulicy. W tej chwili prześladują go wizje ludowego i jakobińskiego Paryża z 1792 roku i jego przywódców, przystrajających Ludwika XVI w czapkę frygijską. Tym razem, tym wyśmianym królem, jest on sam; tak jak nieszczęsny monarcha, musi schylić kark i uklęknąć przed wrogim tłumem.
Aby uniknąć samosądu, Napoleon zakłada cywilne ubranie – niebieski surdut i okrągły kapelusz z białą kokardą!… Pożycza też konia, którego pędzi na czoło pochodu, w nadziei, że nie zostanie rozpoznany. Blisko Saint-Canat nawiązuje w tym przebraniu rozmowę z właścicielką oberży, w której się zatrzymał:
– A więc! – powiada doń gospodyni – spotkaliście panie, Bonapartego?
– Nie, odpowiada Napoleon.
– Chciałabym przekonać się – ciągnie ona – czy uda mu się ujść z życiem. Myślę, że lud go zamorduje. Zresztą trzeba przyznać, że ten łajdak dobrze sobie na to zasłużył! Powiedzcie mi panie, mają go wsadzić na statek i posłać na wyspę?
– Ależ tak.
– Ale zatopi się go, nieprawdaż?
– Mam nadzieję, że tak! – odpowiada jej Napoleon.
Wieczorem, Waldburg – Truchsess zastaje Napoleona płaczącego w swym pokoju. Dalszą część podróży Cesarz postanawia odbyć w mundurze austriackiego komisarza Kollera, co stanowi dlań najwyższe upokorzenie. Napoleon boi się tego tłumu, którego nie potrafi poskromić. Boi się powieszenia lub ukamienowania, jak pospolitego przestępcę. Lęk już go nie opuści aż do chwili wyjazdu. W końcu, 28 kwietnia 1814 roku wsiada we Fréjus na pokład okrętu, by wypłynąć ku nowemu królestwu. Jednak rząd, zamiast fregaty, udostępnił mu zwykły bryg. Cesarz, któremu pozostaje już tylko honor, wybucha gniewem przed komisarzami sprzymierzonych:
– Gdyby rząd wiedział, co jest winien samemu sobie, wysłałby mi trzypokładowy okręt, a nie stary, zniszczony bryg, wejście na pokład którego byłoby poniżej mojej godności.
Wybiera w końcu angielską fregatę Undaunted23, która 3 maja dopłynie do Elby.
Jego pragnienie zemsty długo będzie się żywić doświadczeniami tego straszliwego kwietnia. Oburzenie Napoleona objawia się już w gwałtowności jego sądów, które nie oszczędzają nikogo, począwszy od Prowansalczyków. Podprefekt Aix, przybyły by zjeść z nim obiad w Saint-Maximin, odczuł to boleśnie:
– Musi się pan rumienić, widząc mnie w austriackim mundurze, jednak zmuszony byłem go założyć, aby uchronić się przed zniewagami mieszkańców Prowansji. Przybyłem do was z pełnym zaufaniem, a mogłem przecież przyprowadzić 6000 żołnierzy mojej gwardii. Znajduję tu tylko mnóstwo rozwścieczonych ludzi, którzy zagrażają mojemu życiu. Prowansalczycy to niegodziwe plemię. Podczas Rewolucji popełnili wszystkie możliwe okropności i zbrodnie, a teraz są gotowi to powtórzyć. Ale gdy trzeba wykazać się odwagą w bitwie, wtedy okazuje się, że są tchórzami: Prowansja nigdy nie dostarczyła mi choćby jednego pułku, z którego byłbym zadowolony.
Od Fontainebleau, Cesarz często unosi się gniewem, wspominając miernoty ze swego dworu. Podkreśla, że klęskę poniósł nie na polu bitwy, ale skutkiem zdrady cywilnej i wojskowej oligarchii. Nie upadł sam, popchnięto go:
– Interes, zachowanie stanowisk, pieniądze, ambicja, oto co kieruje większością ludzi – zwierza się z pogardą Caulaincourtowi… To w wysokich warstwach społeczeństwa czają się zdrajcy. Właśnie ci, których najbardziej wyniosłem, opuszczają mnie pierwsi! Wszyscy oficerowie i żołnierze jeszcze chcieliby zginąć za mnie, z bronią w ręku.
W tym siedlisku zdrajców Napoleon wyróżnia szczególnie członków Senatu24, oraz Talleyranda25 i Marmonta. Nie ma złudzeń co do dwulicowości księcia Benewentu, ale szczególnie irytuje go fakt, że porzucił go najstarszy przyjaciel26, książę Raguzy:
– Marmont – zdradza Napoleon Fleury’iemu de Chaboulon, jednemu ze swych zaufanych – jest nędznikiem: zgubił kraj i wydał swojego władcę… Cała jego krew nie wystarczyłaby do odkupienia zła, które wyrządził Francji… Jego imię będzie budziło odrazę potomnych27.
Zaciekłość, z jaką jedynie zdradą tłumaczy przyczyny upadku, jakkolwiek byłoby to trafne, ma swój cel. Pozwala Napoleonowi oszczędzić zmęczony lud, ale, przede wszystkim, daje mu możliwość pominięcia milczeniem własnej odpowiedzialności:
– Nie mam sobie nic do zarzucenia, wykrzykiwał już przed alianckimi komisarzami przybyłymi do Fontainebleau; nigdy nie byłem uzurpatorem, ponieważ przyjąłem koronę jedynie za jednomyślnym życzeniem całego narodu. A Ludwik XVIII bezprawnie ją sobie przywłaszczył, gdyż został powołany na tron jedynie przez podły Senat, którego więcej niż dziesięciu członków głosowało za śmiercią Ludwika XVI. Nigdy nie byłem przyczyną niczyjej zguby. Wojna, to co innego; ale musiałem ją prowadzić, gdyż naród chciał, abym powiększył Francję28.
Mnożąc zwierzenia, Napoleon cały czas się usprawiedliwia, aby rozproszyć wyrzuty sumienia i wątpliwości. Czy trzeba było zabić księcia d’Enghien, aby założyć Cesarstwo? Czy trzeba było podbijać Hiszpanię wbrew woli narodu? I skąd się wzięła ta ucieczka do przodu: małżeństwo z Marią Ludwiką, kampania rosyjska, odmowa podpisania pokoju w Pradze i we Frankfurcie? To fakt, że gwiazda Napoleona zbladła, jednak sądzi on nadal, iż jego prawa do tronu pozostały nietknięte, jak pokazał to entuzjazm tłumu aż do Lyonu, czy też demonstracyjne oddanie starych wiarusów.
Wszystko zostało stracone, prócz honoru. Napoleon wolał raczej abdykować niż zhańbić swoje imię pozostawiając Francję mniejszą niż ją zastał29. Zwierza się Campbellowi, iż wolał raczej zrezygnować ze swych praw niż pozwolić żołnierzom ginąć za niego i rozpętać wojnę domową:
– Prowadziłem wojnę, nie przez miłość do korony, ale by zrealizować plany, na wykonanie których już nie znajduję sposobu. Chciałem uczynić Francję pierwszym narodem świata; ale to już skończone: abdykowałem, jestem człowiekiem martwym.
Dzięki temu poświęceniu, Napoleon ma nadzieję odejść z podniesioną głową i, oszczędzając sobie wstydu kapitulacji w otwartym polu, nie nosić piętna zawieszenia broni. To wyłącznie rządowi króla przyjdzie ponieść odpowiedzialność za poniżenie Francji. Zrzekając się tronu w imię interesu narodu, Cesarz przekazuje następcy zatruty podarek. Czyż ten dziesięciokrotny zwycięzca na polach wspaniałej kampanii francuskiej nie dał nowego dowodu swej ponownej niezwyciężoności?
W 1814 roku, okoliczności zmuszają go do wyjazdu30. Mus to mus. Jednak to cesarskie zrzeczenie się nie jest wolne od wyrachowania i pod tekstów. Cesarz liczy, że opinia publiczna rychło się zmieni i ze Burboni nie będą zdolni do sprawowania rządów31. Wierzy w kapitał swej chwały, ufa w przeznaczenie, pewny jest prawa do sprawowania władzy. Nie dając nic poznać po sobie, zaczyna więc marzyć, tak jakby Elba była dla niego tylko zwykłą bazą ewakuacyjną.
– Dziś – mówi Napoleon przed wyjazdem do Caulaincourta – ludzie są zmęczeni, za wszelką cenę pragną pokoju. Jednak, nim upłynie rok, będą się wstydzić, że zamiast walczyć, ustąpili i zgodzili się na wydanie mnie Burbonom i Rosjanom. Wtedy wszyscy przybiegną do mnie.
Rzeczywiście, wszyscy, którzy pragnęli obalenia Napoleona, pomylili się, oślepieni swym tryumfem. Pozbywając się go z ulgą, sądzili, iż mogą go kupić za nędzną zwierzchność nad Elbą. Jedni, jak car Aleksander32, uwierzyli, gdyż go lekceważyli, inni przez arogancję. Wszyscy zgodzili się ostatecznie, aby go traktować pobłażliwie, jak pospolitego człowieka, łatwo zapominając o cesarskiej dumie zranionej porażką. Widzieli w nim człowieka złamanego klęską, wydanego na ich łaskę i przez nich strzeżonego, zajętego wyłącznie swą nową mlekiem i miodem płynącą krainą.
Miał on cieszyć się spokojem w swojej złotej klatce. Odosobniony, pozbawiony ludzi i środków, nie miał już więcej stanowić zagrożenia.
Fouché, który jako jedyny przeniknął sekrety swego dawnego władcy, pośpieszy jednak z ostrzeżeniem zwycięzców przed złudnością tych iluzji. A gdyby Napoleon, umieszczony na skrzyżowaniu dróg Włoch i Korsyki, odległy o trzy dni od Francji, okazał się dla Europy tym, „czym jest Wezuwiusz przy Neapolu”? Czy oszczędzenie go, nie oznacza tym większego upokorzenia i nawet prowokacji, gdy pokazuje mu się, iż już nie budzi strachu? Napoleon zaciska zęby, przekonany, że los odwróci się znów na jego korzyść. Ten człowiek instynktu, w ciągłym ruchu od osiemnastu lat, na kilka miesięcy znów staje się przyczajonym w milczeniu drapieżnikiem, strategiem, który umie wygrać dla siebie czas. Czeka na dogodny moment, aby wreszcie przejść do ofensywy.
El desdichado33
Leżąca w połowie drogi między dwiema kolebkami rodziny Bonaparte: Toskanią i Korsyką, Elba może przypominać Napoleonowi rodzinną wyspę w miniaturze. Można tu było znaleźć gęstą roślinność, dzikie krajobrazy, poszarpane wybrzeże pełne zacisznych portów i wysoko położone wioski, dotykające horyzontu, hen, aż po ową „wyspę piękna”, tak bliską i tak odtąd daleką34.
Strategiczne położenie Elby było przyczyną jej burzliwych dziejów. Wyspa była kolejno zdobywana przez Etrusków, Kartagińczyków, Rzymian, Pizę, Genuę, Lukkę, Cesara Borgię, Hiszpanię, korsarza Barbarossę, Karola V i Medyceuszy. W końcu, traktatem florenckim z marca 1801 roku35, Neapol oddaje ją Francji. Elba staje się wtedy pod-prefekturą departamentu śródziemnomorskiego, z Livorno jako stolicą.
Los porozumiewawczo mrugnął do Napoleona: to jedna z nielicznych zdobyczy, których nie utraci po klęsce.
Nawet jeśli wyspa wcale nie jest tak mała, jak chce legenda36 – można ją objechać konno w kilka godzin – to jednak różnorodność, tak krajobrazów, jak i promenad, nie jest zbyt duża. Połowa spośród 12000 mieszkańców37, z których większość jest niepiśmienna, żyje w trzech miasteczkach: Rio Marina, Porto Longone i, przede wszystkim, w Porto-Ferrajo, portowej stolicy, założonej przez Kosmę Medyceusza38. Głównym bogactwem naturalnym wyspy, poza kamieniołomami marmuru i winnicami39, są kopalnie żelaza, którymi surowo zarządza administrator Pons, zwany de l’Hérault z racji swego pochodzenia, nieprzejednany republikanin, który ulegnie czarowi Cesarza40.
Przybywając rankiem 4 maja, Napoleon spożytkował to, co wyczytał o wyspie podczas ostatnich dni w Fontainebleau. Zarządza nią z taką samą energią, jaką jeszcze niedawno poświęcał swemu Wielkiemu Cesarstwu, tak, że jego trzystudniowe panowanie przyśpiesza rozwój Elby o ponad wiek. Jego Gwardia, której liczebność ustalono na 600 ludzi41, dołączywszy do niego 28 maja, od razu zabiera się do pracy. Napoleon nie zadowala się budowaniem czy urządzaniem dla siebie pięciu posiadłości42, ale nakazuje też odnowić koszary i lecznice dla biednych. Co więcej, na czele swoich wiarusów, podejmuje olbrzymie prace fortyfikacyjne. W kilka miesięcy umacnia chylące się ku upadkowi Porto-Ferrajo, faktycznie stwarza sieć dróg43, sadzi oliwki i drzewa morwowe, wprowadza uprawę ziemniaka, zakłada teatr, lazaret i nowy szpital, każdy dom wyposaża w latryny i, dzięki budowie cystern, poprawia w mieście dostęp do wody pitnej. Problemy ekonomiczne także nie umknęły jego uwadze. Zarządzanie kopalniami i kamieniołomami zostaje zreformowane, tak, by osiągnąć wyższą wydajność. Wydaje szczegółowe polecenia dotyczące jakże ograniczonego budżetu. Wyspa staje się więc cywilnym polem bitwy, miniaturowym Cesarstwem, gdzie nie przestają rozbrzmiewać rozkazy, podczas gdy dowódca mnoży niespodziewane wizyty, aby upewnić się o postępie prac, tak jak w najlepszych czasach44. „Porto-Ferrajo przypomina Salante Fénelona”, dumnie pisze Pons.
Willa Mulini, trochę surowa budowla górująca nad „stolicą”, została urządzona dla Cesarza, a po przybyciu na wyspę zamieszkała w niej Paulina. Napoleon zajmuje kilka pomieszczeń na parterze, rozkoszuje się bliskością przylądka, gdzie oddaje się rozmyślaniom, obserwując horyzont45. Inna ulubiona siedziba, San Martino46, gra rolę drugiej rezydencji. Położona jest milę od miasta i rozciąga się z niej wspaniały widok. To „cesarskie Saint-Cloud47”, wyróżniające się ozdobioną freskami łazienką o egipskim wystroju.
– Był to dom dobrego, bogatego mieszczanina z 15 000 liwrów dochodu – mówi Cesarz do skarbnika Peyrusse, którego z uporem nazywa „Peyrousse”, swoim zwyczajem zniekształcając nazwiska.
Dla jego urządzenia Napoleon nie waha się zająć w Piombino mebli swej siostry Elizy oraz szwagra Borghese, męża Pauliny, którego dobytek osiada wraz ze statkiem na mieliźnie pod Porto-Ferrajo. Zatrzymuje te meble mówiąc:
– Wszystko i tak pozostanie w rodzinie.
Gdy nie zajmuje się budownictwem, Napoleon całymi godzinami objeżdża konno swe księstwo, męcząc otoczenie:
– Wydawało się, że wypoczynek jest dla niego bardziej uciążliwy niż działanie – spostrzega Pons. Jeśli jednak takiego właśnie „odpoczynku48”
potrzebował, to dlatego, że chciał zademonstrować silną wolę i pokazać, że wciąż jest niezłomny i pełen energii, chciał pokonać własną słabość i przekonać świat, że wciąż jest tym posągowym, niezłomnym Cesarzem, którego nie można ruszyć z piedestału… Jego duma i pasja życia kontrastują z postawą Ludwika XVIII, otyłego i prawie bezwładnego sześćdziesięciolatka, przykutego do fotela z powodu podagry. Poprzez tę grę pozorów ma jeszcze nadzieję potwierdzić swe prawo do tronu i, kto wie, może przygotować w ludzkich umysłach swój powrót.
Nawet jeśli Napoleon nie chce tytułu „władcy wyspy Elby”, który uważa za cudaczny, jak pisze do Drouota, to jednak zamierza być jej nieograniczonym panem, tak jak dawniej w Paryżu. Obdarzona nową flagą – „czerwony pas ze złotymi pszczołami przecinający ukośnie niebieskie tło” – wyspa jest odbiciem dawnego Wielkiego Cesarstwa z jego dworem, flotą, armią, kokardą i Gwardią49. Jej obszar powiększa się wraz z zajęciem wysepki Pianosa, położonej trzy mile od Elby. Wyposażona w baterie i mały garnizon, na razie stanowi ulubione miejsce polowań Napoleona, ale, w razie ataku, mogłaby służyć za bazę do odwrotu50. W „pałacu Mulini” obowiązuje etykieta skopiowana na wzór tej z pałacu Tuileryjskiego, jednakże „w pomniejszeniu”, jak to ujmuje świadek51. Są prefekci pałacu, jest czterech szambelanów, jeden Wielki Koniuszy52 dziesięciu stajennych, siedmiu adiutantów i nie mniej niż dwudziestu czterech służących pod zwierzchnictwem zaufanych: Alego, pierwszego kamerdynera, i Marchanda, pierwszego pokojowca53. Ten dostarcza w swoich Pamiętnikach cennych informacji o życiu codziennym Cesarza: „Preferował najprostsze potrawy. Spożywał soczewicę, białą fasolkę, fasolkę szparagową, którą bardzo lubił, ale obawiał się jeść ze strachu, by nie znaleźć w niej włókien, przypominających mu włosy, a sama myśl o nich budziła w nim wstręt. Bardzo odpowiadały mu ziemniaki, przygotowane na wszystkie sposoby, nawet z wody czy pieczone w popiele. Swoim zwyczajem pijał na codzień burgundzkiego chambertina, który silnie rozcieńczał wodą. Nigdy natomiast, lub bardzo rzadko próbował wyborowych win czy likierów. Filiżanka czarnej kawy po obiedzie świadczyła o jego wstrzemięźliwości. Po powrocie do swoich pomieszczeń zakładał szlafrok, przechodził do gabinetu i tam czekał na porę kąpieli, która przypadała zazwyczaj o godzinie pierwszej lub drugiej. Na Elbie brał kąpiel w słonej wodzie i był z tego bardzo zadowolony. Podczas zażywania jej czytał, czasem, ale rzadko, coś dyktował”.
Dni Cesarza upływają według niezmiennego porządku: pobudka najczęściej w środku nocy54, dyktowanie korespondencji, wyjście o świcie, lekki posiłek o godzinie siódmej, przechadzka, audiencja, szybki obiad, samotnie lub z generałem Drouot, lektura w południe, inspekcja – zazwyczaj łodzią – małych garnizonów rozstawionych we wszystkich zakątkach wyspy. Kolacja, podana o godzinie szóstej, przeciąga się w wieczorne zebranie ożywione rozmową z cesarzem, do czasu aż nie przerwie mu bicie zegara. „Po wybiciu dziewiątej – donosi Pons – Napoleon zbliżał się do pianina i palcem wskazującym wystukiwał na klawiszach następujące nuty: do do sol sol la la sol fa fa mi mi re re do55”. W przypadku jakiejś kłótni „Cesarz zbliżał się do osoby, z którą miał sprzeczkę, przyjaźnie klepał ją w ramię i mówił do niej życzliwie: «Cóż! Postąpiliśmy tak, jak zakochani, posprzeczaliśmy się! Jednak kochankowie godzą się, a pogodzeni, kochają się jeszcze bardziej. Żegnaj, dobrej nocy i bez urazy!» I Cesarz wychodził, tak wyraźnie zadowolony, że wszyscy byli tym poruszeni. Nie przybierał żadnej maski, ukazywał się takim, jakim był. Gdy z kimś się poróżnił, nie mógł położyć się spać; nieporozumienie ciążyło na nim jak senny koszmar”.
Po upływie kilku miesięcy jego zapał jednak stygnie. Wszystkie większe przedsięwzięcia były już w trakcie realizacji. Jego królestwo, zbadane aż po najgłębsze zakamarki, nie dostarcza już wody na cesarski młyn.
– Nasza wyspa Elba to bardzo małe miasteczko – wzdycha Cesarz w chwili niechęci. Bezczynny, uwięziony władca obawia się, że zostanie zredukowany do roli jarmarcznego zwierzęcia dla zagranicznych turystów, którzy, tak jak w cyrku, tłoczą się, by ujrzeć żywą legendę. 20 września 1814 roku, angielski komisarz Campbell zapisuje w swym Dzienniku: „Wydaje się, że Napoleon całkiem utracił przyzwyczajenie do pracy i uporczywego studiowania spraw. Posiada cztery rezydencje w różnych miasteczkach wyspy i jego jedyne zajęcie polega na wprowadzaniu tam zmian i ulepszeń. Jednak niespokojny duch nie pozwala Cesarzowi okazywać im nadal zainteresowania, gdy straciły dlań urok nowości; popada więc w bezczynność, której nigdy wcześniej nie zaznał. Od pewnego czasu zamyka się w swoim pokoju, aby tam, przez kilka godzin w ciągu dnia, oddawać się odpoczynkowi. Jeśli wyjeżdża dla zażycia ruchu, to już nie konno, jak wcześniej, ale w powozie. Jednakże zdrowie ma znakomite i nie wydaje się wyczerpany. Zaczynam wierzyć, iż całkiem już się pogodził z odosobnieniem i że czuje się dość szczęśliwy, z wyjątkiem chwil, gdy budzi się w nim wspomnienie dawnej chwały. Brak pieniędzy i świadomość, iż przetrzymuje się Cesarzową i króla Rzymu daleko od niego, czynią te wspomnienia jeszcze bardziej gorzkimi”.
Maria Ludwika, dla której kazał urządzić starannie apartament, rozczarowuje go. Na suficie rezydencji w San Martino polecił namalować, na dowód wiary w powrót żony, alegoryczne „dwa gołębie powiązane tą samą liną, której węzeł zacieśnia się w miarę, jak się od siebie oddalają”. Orzeł późno zaczął wątpić w intencje swej „Dobrej Ludwiki”, która w piekle Fontainebleau często natarczywie żądała, by doń dołączyć. Będąc na skraju załamania, Napoleon odmówił:
– Niech pan nie nalega, by do mnie dołączyła – zwierzył się Caulaincourtowi – wolę ją we Florencji niż na Elbie, jeśli miałaby przybyć tam z zasmuconą twarzą. Nie mam już tronu ani złudzeń. Cezar może poprzestać na byciu zwykłym obywatelem! Ale młodej żonie trudno będzie znieść, że nie jest już żoną Cezara! W wieku cesarzowej, trzeba jeszcze korzystać z uciech życia56.
Tak naprawdę Napoleon liczy, że Maria Ludwika spróbuje zmiękczyć swego ojca, Franciszka II, cesarza Austrii. Jednak monarcha okazuje się nieprzejednany:
– Wszystko co posiadam należy do ciebie, jako mojej córki, nawet moja krew i życie; jednak nie uznaję cię jako cesarzowej.
Maria Ludwika pozwala się więc zabrać do Wiednia, gdzie, niepostrzeżenie, stopniowo zapomina o Cesarzu, naciskana przez część swego francuskiego otoczenia, a zwłaszcza przez lekarza Corvisarta i damę dworu, księżnę Montebello, która nienawidzi Napoleona i stara się ją przekonać o jego licznych zdradach57. Jedynie sekretarz Méneval i hrabina Montesquiou, guwernantka króla Rzymu, pozostaną wierni Cesarzowi. W wieku dwudziestu dwóch lat, Maria Ludwika pozostaje posłuszną dziewczynką bez wielkiej osobowości. Dość powiedzieć, iż wkrótce jest stracona dla Cesarza, który mnoży listy, by ją przekonać do przybycia i dzielenia z nim losu, przynajmniej na czas pobytu na wyspie. Listy stają się coraz rzadsze58, podczas gdy Maria Ludwika przybywa latem do wód Aix w towarzystwie nowego zalotnika, hrabiego Neipperga, obarczonego misją zabawiania jej59. Ten elegancki mężczyzna o licznych talentach, muzyk, jeździec, śpiewak i jednooki uwodziciel jest niezrównanym dyplomatą60. Łącząc swe wysiłki ze staraniami otoczenia, zwraca uwagę Cesarzowej na to, że jej los zależy wyłącznie od ojca i stopniowo udaje mu się ją oderwać od męża. Wkrótce, aby otrzymać zwierzchność nad Parmą, Maria Ludwika godzi się nie pisać więcej do Napoleona i oddaje jego listy austriackiemu kanclerzowi Metternichowi, zostawiając w Wiedniu Orlątko jako zakładnika.
Napoleon, który jeszcze nic nie wie o tej zdradzie61, domyśla się, że został opuszczony. Jednak powodowany dumą lub koniecznością, za wszelką cenę musi zachować w sekrecie przed światem, który go obserwuje, prawdziwe przyczyny tej rozłąki:
– Moja żona, oburza się wobec świadków, już do mnie nie pisze. Zabrano mi syna, tak jak niegdyś porywano dzieci pokonanych, aby uświetnić tryumf zwycięzców. Trudno w nowożytnej historii odnaleźć przykład podobnego barbarzyństwa.
Rozłąka z żoną stanowi uszczerbek dla jego godności, podcina mu skrzydła i przypomina o smutnym losie wygnańca i statusie korowanego parweniusza. Austria, która się go pozbyła, okazuje mu pogardę i obojętność. Jak odległa wydaje się teraz drezdeńska apoteoza sprzed dwóch lat, gdy w przededniu inwazji na Rosję przyjmował jako pan Europy jej władców – na czele z własnym teściem. „Spadkobierca Ludwika XVI”, tak wiele mówiący o nieszczęściu „swego wuja”, sam staje się nikczemnym Minotaurem, któremu, według okrutnych słów księcia de Ligne, poświęcono jałówkę, by uratować tron Habsburgów. A jednak, czyż traktat z Fontainebleau nie pozwolił Napoleonowi zachować tytułu Cesarza ze wszystkimi należnymi mu honorami? I czyż dla tych wszystkich monarchów, którzy plują mu w twarz, Orlątko nie jest żywym dowodem słuszności jego praw, skoro krew ich jest na wieki zmieszana z jego krwią?
Jeszcze bardziej niż brak Cesarzowej, do której Napoleon pozostaje głęboko przywiązany, ponad czterdziestoletniego ojca boli nieobecność Orlątka. Nawet jeśli jest niewzruszony w cierpieniu, to jednak cesarska maska czasami pęka. Pons opisuje poruszenie Napoleona, gdy ten przypadkowo strącił tabakierkę, na której widniał portret króla Rzymu: „Cesarz nie był już szczupły, jego tusza się już zaznaczyła, a ruchy straciły na szybkości. Jednak pochylił się jak młodzik, aby podnieść ten klejnot, a kiedy upewnił się, iż portret nie został uszkodzony, odczuł niewysłowioną radość. Kilka razy powtórzył, że doznałby ogromnej przykrości, gdyby rysy twarzy maleństwa ucierpiały z powodu jego niezręczności. Gdy tak rozpływał się w superlatywach nad synem, nagle dodał: «Mam w sobie trochę czułości matek, mam jej nawet dużo i nie wstydzę się tego. Nie potrafiłbym ufać ojcu, który nie kocha swoich dzieci.»”. A więc nigdzie na swojej wyspie nie może zaznać prawdziwego spokoju… Nawiedza go koszmar zdetronizowanego syna. I jeśli ośmiela się myśleć o powrocie, o ponownym podboju straconego królestwa, to zawsze z tą szaloną nadzieją, że wyrwie swe dziecko ze szponów Metternicha i przywróci mu należne prawa.
Pocieszenie
Cesarz zamyka się w bliskim kręgu, ostatniej garstce wiernych – kilku wojskowych i, przede wszystkim, tych dwóch kobiet, które nigdy go nie zdradziły: Letycji i Pauliny. W tym trudnym czasie ich obecność jest jego jedyną pociechą.
W wojskowym otoczeniu odznaczają się szlachetne postacie Drouota, „mędrca Wielkiej Armii”, oddanego Bertranda i Cambronne’a, nowego Bayarda. Adiutant Cesarza, generał Antoine Drouot, urodzony w 1774 roku, roku wstąpienia na tron Ludwika XVI, wyróżnił się w Hiszpanii i w czasie ostatnich kampanii w Niemczech i we Francji. Pedantyczny, kulturalny, o manierach cokolwiek różnych od prostego stylu cesarskiego sztabu. Tak jak Napoleon jest artylerzystą i podziela jego zamiłowanie do dobrze wykonanej pracy. Drouot, mianowany wojskowym gubernatorem wyspy, z godnością odmówił wszelkiego wynagrodzenia. «To jedyny towarzysz Napoleona, który tak postąpił», podkreśla Pons, dodając że «w generale Drouot było dwóch ludzi: polityk i osoba prywatna. Prywatnie był za dobry, jako polityk – zbyt surowy». Cesarz popiera jego romans z mieszkanką Elby: „Niech się pan tu ożeni”, pisze do niego, „a że chcę zachować pana przy sobie, zależy mi, by pan zawarł związek, który na zawsze przywiązałby pana do Elby”.
Henri-Gatien, hrabia Bertrand, jawi się jako najwierniejszy spośród wiernych. Od 1797 roku, czasu ich pierwszego spotkania we Włoszech, cała kariera Bertranda toczyła się w cieniu Napoleona, który ceni jego lojalność, dyskrecję i kompetencję. Znakomity oficer wojsk inżynieryjnych62, wspinał się po kolejnych szczeblach hierarchii wojskowej: generał w 1800, adiutant Cesarza w 1805, gubernator Prowincji Iliryjskich w 1811, wreszcie wielki marszałek dworu w listopadzie 1813, co oznaczało objęcie jednego z najważniejszych zaufanych stanowisk w łonie cesarskiej armii. Odważny i bezinteresowny, dobry administrator, staje się „ministrem spraw wewnętrznych”, którego głównym zadaniem jest zarządzanie Dworem.
Generał Cambronne, który dowodzi garnizonem w Porto-Ferrajo, dołącza do tego najbliższego kręgu zaufanych. Wysoki i szczupły, energiczny i zuchwały, zanim jeszcze zapisze się w pamięci pokoleń pięcioliterowym słowem spod Waterloo, uosabia ideał oficera Wielkiej Armii, znany z obrazków z Epinalu i fajansowych talerzy. Ochotnik w 1792 roku, wsławił się zwłaszcza pod Austerlitz, Jeną i Wagram, a także podczas niedawnych kampanii w Niemczech i we Francji. Porywczy, okazywał niezwykła brawurę w ogniu i odniósł 17 ran. Był świetnym dowódcą, lecz miał raczej trudny charakter. Dlatego w odróżnieniu od Bertranda i Drouota, dostał awans na generała dopiero pod koniec 1813 roku. Gdy dowiaduje się o wygnaniu swego wodza, stanowczym głosem domaga się, by pozwolono mu towarzyszyć:
– Zawsze mnie wybierano do walki, należy wiec wybrać mnie i teraz, bym poszedł za moim władcą. Odmowa byłaby dla mnie śmiertelną zniewagą63.
Wzruszony Napoleon ustępuje, przekonany, że ma w nim czujnego i szanowanego przez wiarusów strażnika. Ostrzega go jednak przed wybuchami temperamentu, szczególnie, gdy zwraca się do jego korsykańskich ziomków z batalionu longońskiego: «Pewnego dnia, Cambronne składał Cesarzowi raport ze szkolenia batalionu i informował o występkach niektórych żołnierzy, których ukarał spoliczkowaniem, bądź spłazował szablą po brzuchu lub ramionach. Napoleon powiedział mu na to: „Niech pan uważa i nie używa takich środków wobec tych ludzi, gdyż są bardzo mściwi i nigdy nie przebaczają. Mogłoby się panu przydarzyć coś złego z tego powodu; proszę mi wierzyć, niech pan się ma na baczności”64».
Trzeba wreszcie wspomnieć o sześciuset dzielnych żołnierzach Gwardii, którzy mimo wszelkich przeszkód, pragnęli dołączyć do Cesarza, przyjmującego ich z ulgą i wdzięcznością. Okazuje się na tyle serdeczny i pobłażliwy, iż pozwala im plądrować własne winnice65. Ci świadkowie jego dawnej chwały, chronią go przed wszelką próbą nagłego ataku ze strony berberyjskich piratów lub państw sprzymierzonych. Jednak, przede wszystkim, Napoleon wierzy, iż ci strażnicy Świątyni mogliby stanowić w przyszłości zbrojne ramię „rekonkwisty”.
Pośród mundurowej chmary, żaden cywil większego kalibru nie może ubiegać się o miano uprzywilejowanego powiernika. Pons jest zbyt surowy, by zająć miejsce takiego Talleyranda czy Caulaincourta. Cesarz, lubiący rozmawiać całymi godzinami z wybranymi towarzyszami66, cierpi z powodu braku konwersacji, do której przywykł. Bertrand próbuje co prawda prowadzić z nim dysputy, ale czyni to bez polotu. Napoleonowi pozostaje rozmowa z przygodnymi turystami, w większości angielskimi67, którzy, zabawiając go, dostarczają mu wielu informacji o ewolucji Francji i państw sprzymierzonych.
Podczas gdy większość bonapartystów wypiera się go, tak jak Murat, lub go opuszcza, tak jak Hieronim, Lucjan czy Ludwik, pozbawiony przyjaciół Napoleon może jednak liczyć na wsparcie dwóch kobiet ze swej rodziny. Letycja i Paulina przybywają na wyspę odpowiednio: 2 sierpnia i 1 listopada 181468 roku. Każda zajmuje odrębne miejsce w sercu Cesarza.
Matka była uosobieniem mądrości, rozsądku i surowości, przywoływała też miłe wspomnienia z dzieciństwa. A ukochana siostra rozświetlała jego dni swoim wdziękiem, delikatnością i radosnym usposobieniem.
Cesarzowa Matka dość już wycierpiała w życiu, aby z należytym dystansem oceniać marność i nietrwałość rzeczy tego świata:
– Miała wyważone sądy i była bardzo taktowna – mówi o niej księżna d’Abrantès, wdowa po Junocie i kontrowersyjna pamiętnikarka – Już na pierwszy rzut oka umiała ocenić nowopoznanego człowieka i chociaż zdawało się, że patrzy w inną stronę, zanim ów ktoś wyszedł z pokoju, wiedziała, co o nim myśleć.
Nieustraszona bojowniczka o niepodległość Korsyki, przemierzająca wrzosowiska u boku Paolego i swojego męża, wdowa w wieku 36 lat, matka trzynaściorga dzieci, z których pięcioro umarło w wieku niemowlęcym, została wygnana ze swojej wyspy w 1793 roku. Po tym doświadczeniu panicznie bała się braku pieniędzy, co tłumaczy jej odrażające, legendarne skąpstwo69. Z upływem czasu udało jej się uskładać solidny majątek, który udostępniła temu synowi, którego werwę i dzielność podziwiała skrycie. Niegdyś wielkiej urody, zachowała wytworną klasę w wieku 65 lat. Stosunki między Cesarzem i jego matką są złożone. Pomimo krótkich okresów oziębłości, ich wzajemne przywiązanie pozostaje głębokie. Szacunek żywiony do niej przez Cesarza czasem wywołuje w nim uczucie nieśmiałości, a duma miesza się z zażenowaniem. Napoleon nie lubi sprzeciwu, ale musiał nauczyć się jak dochodzić do porozumienia z tą upartą i wytrwałą kobietą, która nigdy nie wahała się zapomnieć o powściągliwości i takcie, aby bronić jego źle traktowanego rodzeństwa: Lucjana, Ludwika i Hieronima. Cesarzowa Matka – czarna wdowa, mści się bez litości na Józefinie – wesołej wdówce, nastawiając przeciw tej frywolnej Kreolce i dwójce jej dzieci, Eugeniuszowi i Hortensji, cały rodzinny klan. Sercem i duchem zawsze Korsykanka70, dyskretnie urządza się w małym domu, blisko pałacu Mulini. Cesarz ponownie staje się teraz dla „la madre” dzikim Nabulione z Ajaccio, którego trzymała krótko, aby lepiej go chronić. Pewnego wieczoru, podczas gry w karty z tym niepoprawnym oszustem łaja go czule:
– Napoleonie, mylisz się. Ten zaś odpowiada: – Pani Matka może przegrać: Ja, ponieważ jestem biedny, muszę wygrać71.
Paulina, której wdzięk unieśmiertelnił rzeźbiarz Canova72, mimo swoich 35 lat ciągle olśniewała urodą. Ofiarowując bratu swoje towarzystwo na wygnaniu była wręcz wzruszająco piękna. «Nie kochałam Cesarza jako władcy; kochałam go jako brata i pozostanę mu wierna aż do śmierci», pisze na wieść o jego abdykacji. Metternich podkreśla w swoich Pamiętnikach siłę jej związku z bratem: „Paulina była tak piękna, jak to tylko możliwe; była zakochana w sobie i jedynym jej zajęciem było oddawanie się przyjemnościom. Była też kobietą uprzejmą i życzliwą, Napoleon darzył ją więc wyjątkowym uczuciem. Jego stosunek do niej był zupełnie inny niż do reszty rodziny. Wymieniał ją często jako osobę w niej wyjątkową. «Paulina nigdy mnie o nic nie prosi». Ze swojej strony, księżna Borghese miała zwyczaj mówić: «Nie lubię koron. Miałabym je, gdybym ich pragnęła; ale upodobanie do nich pozostawiłam moim krewnym». Darzyła Napoleona uwielbieniem, bliskim kultowi”.
Oczywiście, nie przestawała zaciągać długów i kolekcjonować kochanków, traktując wszystkie sprawy z tak charakterystyczną dla niej lekkością, kipiała przy tym niespożytą energią,. To «rozpieszczone dziecko» kocha przyjęcia, łatwe życie i «ładne drobiazgi». Swoją obecnością oczarowuje wyspę, mnożąc bale i przedstawienia, gdzie bez różnicy tłoczą się wszyscy ci, których to małe królestwo zalicza do «znakomitości”. Napoleon, który czule przezywa ją «Matką Boską od świecidełek», kpi z jej dąsów i bawi się jej kaprysami.
Trwająca od i do 3 września krótka wizyta Marii Walewskiej, odgrywa niemałą rolę w rekonwalescencji Cesarza. Jego pamięć rozpala się wspomnieniami ich pierwszego spotkania w 1807 roku, w chwili apogeum Cesarstwa, kiedy Maria, zuchwale wybrana przez Murata, aby rozerwać monarchę, przez swoją dobroć i łagodność stała się «drugą żoną73». Ten namiętny i skomplikowany związek może przypominać stosunek, jaki łączył Napoleona z tragiczną Polską, która, tak jak Maria, mogła mniemać, że ofiarowała mu wszystko, podczas gdy on sam sobie to wcześniej wziął. Polacy powołani pod broń przez Cesarza, oczekują odzyskania niepodległości i odbudowy ich kraju, a otrzymują w zamian nagrodę pocieszenia: Księstwo Warszawskie, stanowiące nędzny skrawek ich dawnego królestwa, które w XVIII wieku trzykrotnie uległo rozbiorom74, zanim na długo znalazło się pod dominacją rosyjską. Kwiat polskiej szlachty został zmasakrowany, tak jak jej wódz, marszałek książę Poniatowski, który utopił się pod Lipskiem, gdy mężnie próbował osłaniać odwrót Wielkiej Armii. A jednak Polska pozostaje mu wierna, a wielu polskich żołnierzy i oficerów, którzy stoczyli boje od Madrytu po Moskwę, dołącza do Cesarza na Elbie. Tak jak Maria, która, nie cofając się przed wyrzeczeniami, przybywa na spotkanie wygnańca, by udowodnić mu swą miłość75. Początkowo to Napoleon nie wahał się okazać Marii uczucia, potem jednak traktował ją z rezerwą, mimo że przywiązywała się doń z każdym dniem coraz bardziej. Jego namiętność wypaliła się jednak, tak jak to stało się z Józefiną.
Mimo to Napoleon okazuje wzruszenie wizytą kochanki, a przede wszystkim małego syna, Aleksandra, urodzonego w 1810 roku, który jakieś 40 lat później stanie się ministrem spraw zagranicznych Napoleona III76. Według mameluka Alego ten „miły, podrastający już chłopiec, o nieco bladej twarzy […] miał coś z rysów Cesarza. Posiadł też jego powagę. Podczas kolacji Cesarz był ujmująco radosny, uprzejmy i wytworny. Był szczęśliwy”.
W ich krótkim spotkaniu widać radość z niespodzianki i czułość jego pocieszycielki; ale Napoleona dręczy niepokój i wyrzuty sumienia. Wie, iż Europa śledzi jego najmniejsze uczynki i gesty. Jakże ci starzy nudziarze – dworacy byliby szczęśliwi, gdyby mogli go na czymś przyłapać. Przelotny romans z „polską małżonką”, tak jak obecność na wyspie jego nieślubnego syna, mogą stanowić, dla opinii publicznej, groźną broń przeciw niemu i usprawiedliwić separację, a nawet rozwód77. Napoleon, który nie ma serca odtrącić Marii, przyjmuje ją z dyskretnym luksusem w niezamieszkałym zakątku wyspy, w pustelni La Madona, pod wzniesionym z tej okazji namiotem. Pomimo środków ostrożności, nazajutrz rozchodzi się straszna pogłoska. Ludzie zaczynają wierzyć w tyle razy obiecywany przyjazd Cesarzowej i króla Rzymu. Pomyłka wydaje się tym bardziej naturalna, iż Maria Walewska jest podobna do Marii Ludwiki i że jej syn jest prawie w tym samym wieku, co Orlątko. Napoleon, świadom niebezpieczeństw, delikatnie ponagla ją do wyjazdu. Maria przybyła, aby zaproponować mu, że zostanie, a on, zakłopotany, daje jej do zrozumienia, iż nadeszła pora pożegnania. Dumna, ze zranionym sercem, ignoruje prośby Cesarza i mimo szalejącej burzy78 natychmiast wsiada na okręt. Zanim zdoła wreszcie wypłynąć na pełne morze, omal nie ginie na jego oczach. I kiedy mały żagiel niknie na horyzoncie, tej nocy Cesarz czuje się jeszcze bardziej samotny, niż przedtem.
Metamorfoza
Elba, traktowana jest często jak uboga krewna epopei cesarskiej. Rzeczywiście zdaje się być zwykłym nawiasem na drodze upadku Napoleona, przerywnikiem w drodze do ostatecznej klęski… W czasie pierwszego wygnania, ten który później stanie się na posępnej skale Świętej Heleny niestrudzonym gawędziarzem, jeszcze milczy. Zanim jego cesarska historia powróci do diabelskiego rytmu, korzysta z okoliczności, by oddać się medytacjom i pogodzić się z samym sobą. Być może powraca do niego ten fragment z Fenelona, spowiednika królów, przytaczany przez Ponsa: «Zmuszono mnie bym cieszył się, wraz z grupką żołnierzy i towarzyszy którzy nie opuścili mnie w nieszczęściu, z posiadania tej dzikiej ziemi i uczynienia z niej mej ojczyzny. Pozbawiono mnie nadziei że zobaczę szczęśliwą wyspę na której bogowie pozwolili mi się narodzić, bym nią rządził… Tak oto upadną wszyscy królowie, którzy oddają się swym pragnieniom i dają wiarę radom pochlebców». Jednak Elba może być tylko przystankiem przed ponownym podbojem, gdyż Cesarz się nie poddaje.
Angażuje się na niej w działanie i gorliwie zarządza tą malutką wyspą. W zakamarkach Elby przygotowuje swój powrót. Sam ze swoją rozpaczą, chce wezwać przeznaczenie, skazany na wygnanie o kilka mil od francuskiego wybrzeża, pod kpiącymi spojrzeniami angielskiej floty. Upokorzenie z Fontainebleau wzywa Orła do lotu. Po chwilowym zwątpieniu we własny geniusz, ponownie sam przygotowuje w cieniu swoje odrodzenie…
Metamorfozę tę niełatwo odszyfrować. Po pierwsze, nie mamy tu tragicznej sytuacji ze Świętej Heleny, z jej znanymi elementami: siłą piekielnej izolacji, kłótniami, starością i cierpieniem, ścisłym nadzorem Hudsona Lowe. Krótko mówiąc, nie mamy tu tych wszystkich subtelnych elementów rozkładu, które tak fascynowały eseistów i historyków79. Poza tym, nie nadszedł jeszcze czas zwierzeń. Kartki papieru pozostają czyste, a dopiero na Świętej Helenie Napoleon zastąpi «szablę piórem», zanim ugnie się pod ciężarem nudy i zapomnienia. Wielki marszałek Bertrand, drobiazgowy kronikarz upadku na Świętej Helenie, również milczy80. W przeciwieństwie do Świętej Heleny, która cała rozbrzmiewa cesarskim słowem, a desdichado odkrywa własną przeszłość, odmienność Elby polega na tym, że wygnaniec nie mówi nic. Skoro brakuje przekazów i świadectw, należałoby się mu choć przyjrzeć, lecz nie istnieje żaden obraz z natury, czy też portret Cesarza zaaranżowany w jego nowym królestwie. Elba pozostaje spowita mgłą. Co więcej, jak potwierdzają historyk Michelet i służący Marchand, żaden obraz nie oddałby rzeczywistości. Płonący w Cesarzu wewnętrzny ogień z trudem pozwala uchwycić zmieniający się ciągle wyraz jego twarzy. Portrety Napoleona namalowane przez Grosa, Isabey’a czy Gérarda są tylko jego bladymi odbiciami. Pod poważnym obliczem Cesarza nazajutrz po abdykacji, Delaroche zdołał odkryć jego ból. Czerpiąc z wyobraźni malarz stworzył przejmujący obraz: opuszczona szpada, kapelusz na ziemi, zabłocone buty, prawe ramię niedbale odrzucone – wydaje się że Cesarz zrezygnował z walki. Jego rozpacz można wyczytać w nieobecnym spojrzeniu i ściśniętych wargach. Ale zemsta i gniew czają się już w oczach, a dłoń zaciska się gwałtownie na udzie. Zaskoczony upadkiem, przejęty gniewem i wściekłością, Cesarz szuka już w sobie energii do zrywu…
