Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Powieść nominowana do prestiżowej duńskiej nagrody literackiej Weekendavisen Litteraturpris, w przekładzie Bogusławy Sochańskiej. W niedalekiej przyszłości, w świecie zdominowanym przez algorytmy, sztuczną inteligencję i rozpadające się państwo dobrobytu, młody absolwent literatury utrzymuje się z dorywczych zleceń w sieci. Pracuje nocami, poprawia cudze teksty, żyje na granicy niewidzialności. Przełomem okazuje się zlecenie polegające na redakcji powieści anonimowego autora. Tekst staje się bestsellerem – ale nie pod jego nazwiskiem. Próba dotarcia do źródła książki prowadzi bohatera coraz głębiej w system, w którym granice między twórczością, pracą i tożsamością zaczynają się zacierać. Bjerring łączy realizm cyfrowego prekariatu z elementami spekulatywnymi, budując opowieść o świecie, w którym literatura, emocje i doświadczenie stają się surowcem dla algorytmów. Książka ukazuje się w serii „Tu i teraz”, przybliżającej polskim czytelnikom najnowsze dzieła literatury europejskiej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 245
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czy istnieje coś lepszego niż początek książki? Pierwsze zdania, kiedy wszystko jest jeszcze otwarte, zanim zacznie się akcja i wszystkim zawładnie?
Wyobraź sobie dziewczynę na czerwonym rowerze. Odgłos kosiarki, zapach świeżo skoszonej trawy. Kołyszące się na wietrze szczyty drzew.
I daj im prawo bycia tym i tylko tym: kołyszącymi się na wietrze szczytami drzew, odgłosem kosiarki, zapachem świeżo skoszonej trawy. Dziewczyną na czerwonym rowerze.
W głębi lasu jest nieoczekiwany prześwit
który może znaleźć tylko ten kto się zgubił.
Tomas Tranströmer
W naszej epoce Bogiem jest ekonomia.
Ane Svendsen
Załaskotało mnie w ucho. Machnąłem ręką i bzyknęła mucha. Zakołowała nad stołem, a potem przysiadła na ścianie. Wisiała tam, kołysząc się na postrzępionym skrawku tapety. Wyjadała klej zebrany w małych, żółtych pęcherzykach na spodniej stronie tapety. Teraz trudno było wymierzyć konkretny cios, a zresztą po co odmawiać jętce jedynej doby jej życia. Było siedem po drugiej, otworzyłem przeglądarkę i wszedłem na Easyjobs.com.
Easyjobs szybko znalazł mi trzy drobne zlecenia, wszystkie tak łatwe, jak to obiecywała nazwa portalu. Najpierw był startup, który potrzebował korekty informacji prasowej, zanim strona firmy „wyleci w przestrzeń”, co poprawiłem na „wystartuje”. Drugie zadanie pochodziło od dwudziestosiedmioletniego influencera. Nie był już atrakcyjny dla młodych, więc zapragnął zostać felietonistą, ale sprawiało mu trudność pisanie spójnych zdań. Mieszanka nowego chrześcijaństwa i ekokapitalizmu w jego tekstach sprawiała wrażenie czegoś wyjątkowego i zawierała wiele sądów budzących aktualnie zainteresowanie. Trzecie zlecenie dotyczyło dokumentów biznesowych, w których wstawiłem sporo przecinków i usunąłem jeden zbędny apostrof w dopełniaczu.
Odesłałem pliki z mojego profilu na Easyjobs. Jakiś tydzień potem na konto wpłynęło mi od pięciuset do dwóch tysięcy koron. Moja ocena na Easyjobs wzrosła z neutralnej do wiarygodnej+. Oto, co dawał stopień magistra literaturoznawstwa, ale w takim wymiarze jego wartość mogła utrzymać się jeszcze tylko przez kilka lat. Wkrótce również korektorzy mieli okazać się w Danii nadmiarowi. Opóźnienie było jedynie skutkiem wielkości obszaru językowego, a co za tym idzie – rynku. Podobnie jak taksówkarz czy pracownik burgerowni ludzki korektor stał się bezwartościowy i nieprzydatny. Jak moneta w społeczeństwie bezgotówkowym.
Tego rodzaju myśli odbierały mi czasem sen. Zwłaszcza że po trzecim zleceniu nastąpiło kilka dni bezrobocia. Zlecenia często znikały z monitora już w czasie, gdy wyszukiwałem kategorie: „Tekst”, „Korekta”, „Redakcja”. Trzeba było bez przerwy wisieć na Easyjobs. Mój palec wskazujący był rozpalony od klikania „odśwież”. Najwyraźniej miałem dużą konkurencję. Trudno mówić o kolegach po fachu, nigdy żadnej z tych osób nie poznałem ani nie widziałem. Minął tydzień bez pracy, za to pełen zmartwień i narastających problemów ze snem.
Bezsenność szybko okazała się jednak zaletą. Stało się oczywiste, że noc jest dobrym czasem na znalezienie pracy. Bywało, że zlecenia nadchodziły od duńskich firm w Chinach czy USA potrzebujących korekty kilku stron ASAP. Napływały stabilnie i moja ocena znowu wzrosła. Pracowałem nocą, w podkoszulku i spodniach do joggingu, zanurzony w białoniebieskim świetle monitora. Były więc pieniądze na czynsz i jedzenie. Bezsenność znikła, musiałem nastawiać budzik, żeby wstać i jak ziarnko do ziarnka zbierać nowe zlecenia. To dlatego siedziałem teraz i ziewałem, walcząc z sennością, podczas gdy mój palec wskazujący klikał jak niespieszny metronom i zbliżała się druga trzydzieści.
W ciągu pierwszego kwadransa sprzątnięto mi sprzed nosa dwa zlecenia korekty. Niewielkie, ale jednak. A potem nastąpił długi zastój. Może to tylko jedna leniwa noc po stronie pracodawców? W ciągu poprzednich kilku nocy monitor aż migał od zleceń. Może powinienem wstawać jeszcze później?
Zapatrzyłem się w stojącą w rogu za biurkiem lampę. Warstwa kurzu w fałdach abażuru była tak gruba, że przypominała puch. Książki na regale i kompendia na najniższej półce też pokryte kurzem. Zakurzone były plakat z Laną Del Rey i fotografia mojej matki. Kurz całkowicie wypełniał zagłębienia między białymi palcami plastikowej figury Sonica the Hedgehoga, zakurzony był Darth Vader. Nawet zaplamione biurko, przy którym siedziałem, pokrył kurz. Właściwie nie było to biurko, tylko ciężki, stary stół, wrak z mojego domu rodzinnego. Zrobił go mój pradziadek, który był stolarzem. Czasem, gdy siedzieliśmy przy stole, mama o nim opowiadała. Potrafił zrobić z drewna wszystko – mówiła, przesuwając dłonią tam i z powrotem po gładkich dębowych deskach. Przy tym stole jadłem i pracowałem. Powinienem go wreszcie doprowadzić do porządku. Poszedłem po ścierkę i wytarłem blat, nie odrywając wzroku od monitora. Gdy krótko potem wreszcie pojawiło się zlecenie, znów byłem nie dość szybki i w sekundzie znikło.
Poddałem się. Wyszedłem na mój balkonik. Paliłem jointa, jadłem banana i błądziłem myślami. Siedziałem trochę skwaszony i ospały. Zastanawiałem się nad moim życiem, które najwyraźniej zatrzymało się, zanim się rozpoczęło. Było w każdym razie dalekie od wyobrażeń, jakie miałem kiedyś na temat mojej przyszłości. Teraz walczyłem o przeżycie i nie miałem ochoty nawet marzyć o szczęściu, podróżowaniu czy pisaniu wierszy. Z drugiej strony powinienem chyba uważać się za szczęśliwca, tak się w każdym razie mówiło, z racji tego, że już nie byłem jednym z tych nadmiarowych, bezużytecznych, jak ich oficjalnie określano. Teraz zarabiałem pieniądze i sam dla siebie byłem szefem. Lekko się wyprostowałem na sfatygowanym leżaku i zapaliłem niedopałek jointa, który wygasł. W dole na rogu ulicy wielka mewa usiadła na koszu na śmieci i wyrzucała jego zawartość na chodnik.
Z szefami zawsze miałem problem. Ale czy Easyjobs nie był czymś w rodzaju szefa? Kto właściwie stał za Easyjobs? Zabierali dwanaście i pół procenta mojego honorarium i gdyby chcieli, jutro mogliby zamknąć mi konto. A może moimi szefami byli klienci? Ci pracodawcy, którzy mnie wybierali i decydowali o moim ratingu? Pracodawca, pracobiorca. Ktoś u zarania dziejów musiał pomylić te słowa. To przecież klient i Easyjobs brali moją pracę i mój czas. A ja dawałem moją pracę za nędzne grosze. Znajdowałem się najniżej w systemie ekonomicznym, który miał przetrwać. Globalnemu kapitalizmowi życia nie odebrały nawet pandemie. Ale czy jutro system zechce właśnie mnie nadal wykorzystywać, tego nie wiedziałem.
Na ulicy pojawiła się staruszka i wystraszyła mewę, machając plastikową torbą i sycząc jak kot. A potem wyłowiła puszkę po piwie z dna kosza, który już pewnie był prawie pusty.
Całkiem na dnie systemu mimo wszystko nie byłem. Wystarczy, że zaloguję się na Easyjobs, a w nocy na pewno znowu pojawią się drobne zlecenia – pomyślałem, ziewając.
Przynajmniej nie muszę oglądać żadnego szefa. Zresztą zlecenia równie dobrze mogła wrzucać sztuczna inteligencja. Faktycznie pojawiało się coraz więcej anonimowych klientów z mglistymi business cases, dokumentami wewnętrznymi i raportami, których nie rozumiałem. Może po drugiej stronie nie było żadnych ludzi ani realnych zleceń?
Zdusiłem jointa i podniosłem się z leżaka. Gdy do głowy napływały mi takie myśli, należało kłaść się do łóżka.
Generalnie spałem, ile się dało. W nocy pracowałem, przez większą część dnia spałem. Nie miałem żadnych planów, dziewczyny ani przyjaciół. Nie miałem też normalnej pracy, jedynie Easyjobs.
Zajmowały mnie jeszcze tylko gry komputerowe i konsumowanie bananów. Grałem głównie w Crystal Quest, Lemmings i inne gry retro z minionego tysiąclecia, starsze niż ja sam, takie, w które grali mój ojciec, a później moja starsza siostra. Spędziłem miesiąc nad Prince of Persia. Trudno mi było doprowadzić ją do końca przez wojownika-szkielet na dziewiątym poziomie. Wczesnym rankiem w końcu udało się go pokonać i zmierzałem do uwolnienia uwięzionej córki sułtana. Kliknąłem w klawisz ze wskazówką w dół i do dźwięków zwycięskiego szesnastobitowego hymnu zacisnąłem lewą pięść, a książę przebiegł przez pełną ornamentów bramę i połączył się w perską noc ze swoją wybranką. Przez kilka minut odczuwałem to jako triumf, coś w rodzaju progresji.
Zjadałem ogromne ilości bananów. Chodziłem do Lidla+ i kupowałem dwadzieścia naraz. Po lekturze artykułu o marnowaniu jedzenia wybierałem tylko pojedyncze sztuki. Większość ludzi kupuje wiązkę i często oddzielają od niej jednego czy dwa banany. W ten sposób zostaje masa samotnych bananów singli, jak je nazwano w artykule. Nikt ich nie chciał kupować, dlatego sklepy mnóstwo takich singli wyrzucały. Czterdzieści procent klientów bało się, że inni dotykali pojedynczych bananów, tak było napisane. Trzydzieści procent po prostu wolało całe kiście. Innymi słowy: single miały pod górkę. Po przeczytaniu artykułu wszędzie je widziałem. W Lidlu, w Konzumie, w 7-Eleven. Poszedłem nawet do Irmy i okazało się, że klienci tej sieci nie są bardziej tolerancyjni wobec banana singla, wręcz przeciwnie, wróciłem więc do domu z torbą drogich bananów.
Dużo czasu spędzałem, po prostu leżąc na sofie i patrząc w sufit. Oderwany od świata niczym samotny piechur pozostawiony w dżungli po dawno już zapomnianej wojnie. Obojętność okrywała mnie jak zimowa pierzyna, a w moim ciele osadzały się dodatkowe kilogramy. Z dnia na dzień wzbierała siła ciążenia. Nawet nie byłem podłamany. Chciałem czegoś chcieć, ale nie da się chcieć chcieć.
Możliwe, że w podobnej sytuacji było wielu ludzi. Ludzi, którzy kręcili się, udając, że coś robią. Ludzi funkcjonujących w społeczeństwie niczym aktorzy. Trudno powiedzieć ilu. Pozbawieni siły woli nie robią rewolucji.
Chodziło mi po głowie, że stracę mieszkanie, że całkiem wypadnę z systemu, że przebiję dno społeczeństwa; nie wiedziałem, czy Easyjobs to koszmar, czy źródło nadziei, bo nie dało się upaść na dno. System ciągnął mnie w dół, a zarazem utrzymywał kilka metrów nad dnem. Trudno było żyć, ale znaleźć się na dnie – to było niemożliwe. Dlatego spałem, ile się dało.
Pewnej nocy po dwóch godzinach spędzonych nad korektą dla jakiejś firmy z Florydy znowu nie mogłem zasnąć. Usiadłem na balkonie i zapaliłem szczególnie gęstego jointa. Ale zamiast senności poczułem kołatanie serca.
Wróciło podejrzenie, że zlecenia na Easyjobs generuje sztuczna inteligencja; dokładnie tyle, żeby utrzymać mnie przy życiu, ale nie na tyle, żebym – żebyśmy? – podniósł bunt. Czy zadaniem Easyjobs było kontrolowanie, czy aktywizowanie, a może to i to? Czy za Easyjobs stało państwo? Czy państwu opłacałoby się tworzenie fikcyjnych drobnych zleceń? Moje miesięczne zarobki z Easyjobs były nieco niższe od zasiłku dla nieużytecznych. A może państwo wyoutsourcowało najuboższą część społeczeństwa sektorowi prywatnemu?
Podczas ostatniego spotkania w pośredniaku konsultant zaproponował mi naukę w uniwersytecie ludowym. Ale wspomnienie pewnego dnia spędzonego na kursie w tego typu placówce i jego kierownika, który długo i z zachwytem mówił o ŻYCIU! i o wspólnocie ludzi, pozostawiło we mnie skojarzenie z sektą z innego tysiąclecia. A zresztą skąd miałbym wziąć kasę na pobyt w uniwersytecie ludowym? Zadałem to pytanie, wychodząc, po tym jak gość właśnie pozbawił mnie bezrobocia. Bądź trochę kreatywny – odpowiedział, mrugnął do mnie i zanim zamknął drzwi, wręczył mi ulotkę z logo Easyjobs.
Wyszedłem do kuchni i wypiłem szklankę wody. Wymieniłem na wylewce kranu filtr mikroplastiku. Włączyłem radio DAB, ale zaraz je wyłączyłem. Serce nadal waliło w nieprzyjemnym tempie. Żeby zająć myśli czymś innym niż Easyjobs i państwo, poszedłem do łazienki przyciąć brodę. Osiem milimetrów i cztery nad górną wargą. Poprawiłem nożyczkami i posprzątałem, usuwając z umywalki i z półeczki pod lustrem każdy włosek. Krótko potem zaczęło mi burczeć w brzuchu. Nie jadłem nic od popołudnia poprzedniego dnia, wróciłem więc do kuchni, żeby przygotować miseczkę owsianki z plasterkami bananów i odtłuszczonym mlekiem, po czym usiadłem przed komputerem. Przeczytałem wiadomości sportowe, a potem tekst o coraz większych wyspach plastiku na Oceanie Spokojnym. Wrzucając w siebie jedzenie, z czystego przyzwyczajenia sprawdziłem też kilkakrotnie Easyjobs. Za trzecim razem w najwyższej pozycji na stronie pojawiło się ogłoszenie:
„Redakcja. Honorarium: 60.000 koron”.
W linijce z tytułem nie było nic więcej. Nigdy przedtem nie widziałem tak wielkiego honorarium, więc z czystego zachwytu i z obawy, że zlecenie znikłoby, gdybym zaczął czytać jego opis, natychmiast kliknąłem „Zamów”.
Chwilę później dopadł mnie strach, że przyjąłem pracę, której nie podołam. Mój rating na platformie natychmiast by dołował, może byłby to początek końca. Kołatanie serca jeszcze bardziej się wzmogło, kliknąłem w wejście do treści ogłoszenia, ręce miałem spocone. Ogłoszenie widniało na platformie od trzech minut, a przeczytano je już sto dwadzieścia dziewięć razy. Ale niewiele tam było do czytania:
„Redakcja powieści, ok. 250 stron. Honorarium: 60.000 koron”.
Odetchnąłem. Widocznie byłem jedną z lepiej wykwalifikowanych osób na Easyjobs do tego zadania, w końcu miałem wykształcenie w dziedzinie literatury. Po chwili zauważyłem termin wykonania pracy. Trzy tygodnie. Serce znowu zaczęło walić, jakby chciało się wyrwać z piersi. Dlaczego tak się najarałem? Wróciłem do strony ze statusem zlecenia. Na okrągłym czerwonym przycisku nadal widniało: „Zamówione”.
Zwykle przyjęcie zamówienia było potwierdzane w ciągu kwadransa. Często przycisk świecił na zielono już po kilku sekundach i w poczcie elektronicznej lądował e-mail z plikiem zawierającym zlecone zadanie.
Sześćdziesiąt tysięcy koron! Dwadzieścia razy więcej, niż wynosiło moje dotąd najwyższe honorarium na Easyjobs. Nigdy jeszcze nie widziałem pięciocyfrowego ogłoszenia. Wyobrażałem sobie, pewnie ze względu na nazwę portalu, że istnieje jakaś górna granica.
Sześćdziesiąt tysięcy wystarczyłoby na opłacenie czynszu na wiele miesięcy w przód. Może zostałoby też na jakąś podróż? Odwiedzenie siostry w Brukseli i dalej, Normandia, południowa Francja, Hiszpania. Jeślibym wykonał zadanie dobrze, może wylądowałbym na najwyższej półce ratingu: elita+. Mógłbym wtedy przebierać w zleceniach i brać tylko te najciekawsze.
Nie potrafiłem usiedzieć spokojnie, cały czas chodziłem po mieszkaniu. Z kuchni do sypialni i na balkon. Oczy bez przerwy wracały do monitora. Nadal tylko „Zamówione”. Przycisk pulsował rozżarzoną czerwienią w rytmie bicia mojego serca.
Była piąta dwadzieścia siedem. Klient wstawił ogłoszenie o piątej cztery. Ale zlecenie było wyjątkowo duże, wybieranie wykonawcy trwało na pewno dłużej niż w przypadku zwykłych ofert. Niewykluczone, że klient czytał moje CV i porównywał mnie z innymi oferentami. A może poszedł spać?
Przycisk nadal świecił na czerwono.
„Przeczytane 482 razy” – informował portal.
Oczywiście to musiało trwać. I w gruncie rzeczy dziwne, że ktoś zamieścił tego rodzaju zlecenie w miejscu takim jak Easyjobs. Mimo wszystko nadal istniały wydawnictwa i jeśli autor dysponował gotówką, to wydanie książki z redakcją nie było problemem. To znaczy o ile miało się w sobie ten rodzaj próżności i chodziło tylko o to, żeby zobaczyć swoje nazwisko na staromodnym druku papierowym.
Znowu wyszedłem na balkon. Nocne niebo przemierzał samolot nisko nad miastem migający czerwonym światłami. W bloku naprzeciwko światło świeciło się w jednym jedynym pokoju, w którym mężczyzna w kamizelce odblaskowej jadł pizzę wprost z opakowania. Po chwili znowu wpatrywałem się z czerwony przycisk.
Dopadły mnie złe przeczucia. A może zgłosiło się dużo ludzi o ratingu wyższym od mojego? Czy nie ma wielu innych z jakimś pojęciem o literaturze i z większym doświadczeniem? Może już mnie wykasowali?
Wziąłem komputer do sypialni i przez jakiś czas patrzyłem na czerwony przycisk z łóżka. O pół do siódmej zrezygnowany wśliznąłem się pod kołdrę. Z tego czekania przynajmniej ogarnęła mnie senność.
W niespokojnym śnie biegłem przez pole rzepaku. Goniła mnie armia dronów. Biegłem i biegłem, aż dobiegłem nad ocean. Najwyraźniej nie umiałem pływać, bo odwróciłem się, żeby podjąć nierówną walkę. Ale drony znikły, za to woda była już wszędzie dokoła. Stałem na metrze kwadratowym lądu otoczony oceanem, który rozciągał się we wszystkich kierunkach po horyzont.
Obudziłem się mokry od potu. Słońce kłuło mnie w oczy.
W kłębowisku wilgotnej pościeli odszukałem laptopa i otworzyłem go, wciąż jeszcze częściowo zanurzony w ucieczkowym śnie.
Przycisk świecił się na zielono.
MÓJ PIERWSZY KONTRAKT! Musiałem podpisać go przed otrzymaniem manuskryptu. W porządku – pomyślałem, wstawiając cyfrowy podpis po przeczytaniu tylko jednego paragrafu: klauzuli o tym, że pracodawca posiada prawa do dzieła i że podlegam obowiązkowi poufności. Po dziesięciu minutach otrzymałem manuskrypt. Wydrukowałem go i od razu wziąłem się za czytanie.
Powieść nie była ani dobra, ani zupełnie beznadziejna. Po lekturze czterech rozdziałów ulżyło mi, pomyślałem, że łatwo będzie ją ulepszyć, nawet w trzy tygodnie. Zacząłem pracę jeszcze tego samego wieczoru, po przeczytaniu ostatniej strony.
Akcja okazała się przewidywalna. Główny bohater, Thomas J. Peitersen, był białym mężczyzną w średnim wieku, niemiecko-duńskim fotoreporterem wojennym, który ostatecznie zaangażował się osobiście w wojnę na Bliskim Wschodzie. Najpierw w roli swego rodzaju informatora, później jako bojownik-rebeliant. Autor – na stronie tytułowej nie widniało nazwisko, ale był to niewątpliwie mężczyzna – prawdopodobnie czytał Johna le Carrégo i dawnego Leifa Davidsena, ten typ książek, ale też niewiele więcej. Krótko mówiąc, powieść była staromodna. Anonimowy autor popełnił cały rejestr grzechów: drobne rasistowskie stereotypy, przestarzały pogląd na kobiety itd. Miałem jednak jasne przeczucie, że chciał, aby tak właśnie było, i raczej podkręcał to, niż wyciszał. Pisałem pracę o postkolonializmie, więc widziałem w tym tylko odwrócenie schematu pojęć.
Poza tym nic nie wskazywało na to, że autor osobiście był na Bliskim Wschodzie. Musiałem wygooglowywać i poprawiać niejeden opis miejsc czy obyczajów. I tu odkryłem, że część z nich była wzięta wprost z artykułów w sieci. Dla porządku przeredagowałem te fragmenty. No i podczas powtórnej lektury odkryłem, że w kilku miejscach tekstowi brakowało spójności.
Innymi słowy: pracy było coraz więcej, a ja stawałem się coraz ambitniejszy na konto manuskryptu. Dialogi brzmiały sztucznie, zacząłem więc odgrywać rozmowy bohaterów niczym w dramacie inscenizowanym w moim pokoju i pisałem je na nowo tak, żeby były bardziej naturalne. Z rozdziału na rozdział zmieniał się też język powieści i z czasem moim najważniejszym zadaniem stało się wyrównywanie stylu przy zachowywaniu wierności duchowi manuskryptu. Nie miałem, co oczywiste, czasu na inne zlecenia ani w ogóle na cokolwiek innego. Żyłem bananami oraz owsianką z mlekiem i nie wychodziłem za drzwi mieszkania.
Tak mijały trzy tygodnie, podczas których zapomniałem o samym sobie. Aż do pewnego popołudnia, gdy w ostatnich rozdziałach zaznaczałem anglicyzmy. Notowałem na marginesie „Angl.”, a potem, ponieważ było ich dużo, już tylko „A”. Zamyśliłem się nad wszystkimi tymi zapisami; czy słowo „anglicyzm” samo w sobie nie jest anglicyzmem? Czy nie powinno się mówić „anglizm”?
Nagle poczułem, że jestem wyczerpany i nie mam już siły pracować dalej. Postanowiłem odłożyć manuskrypt i pójść na spacer do Fælledparken. Po powrocie do domu wypaliłem jointa, po czym spałem nieprzerwanie dwanaście godzin.
Nazajutrz obudziłem się ze świadomością, że tekst jest współczesną opowieścią o krucjacie. Chociaż nie było w nim nic o religii, nie miałem wątpliwości, że to ona jest istotą sprawy.
Przepisałem cały manuskrypt jak w upojeniu alkoholowym zgodnie z pomysłem o krucjacie. Dodawałem odniesienia do średniowiecza i nową, przewijającą się przez powieść metaforę: walkę między światłem a ciemnością. Najpierw była obecna na czarno-białych zdjęciach Thomasa J. Peitersena przedstawiających zbombardowane wioski, później podczas przesłuchania na posterunku policji oraz w dyskusji o czarnych i białych kłamstwach, a wreszcie na polu walki w konkretnych zmaganiach z ubranymi na czarno islamistami.
Na jordańskiej pustyni kazałem mu wręcz mieć objawienie – bezwstydnie symboliczna scena, po której nastąpiła oczyszczająca ulewa. Po czym wyłoniło się słońce i oświetliło szczyt góry na horyzoncie. Przerodziło się to w scenę kluczową, co sprawiło, że mogłem skreślić ostatnie czterdzieści stron manuskryptu, które zdawały się zawierać dwa, a nawet trzy nieudane zakończenia.
W przeddzień deadline’u przeczytałem manuskrypt od początku do końca. Byłem więcej niż zadowolony. Może ta powieść mimo wszystko nie była tylko przeciętna? Wprawdzie historia także i teraz okazała się przewidywalna, język wydawał się nieco napuszony, a przesłanie, gdyby go szukać, było banalne, ale powieść się broniła. Przewracało się stronę za stroną w szybkim tempie, na zmianę drżąc o życie Thomasa J. Peitersena albo licząc na jeszcze więcej seksu z udziałem jego i licznych kobiet z Zachodu oraz Bliskiego Wschodu, które przeplatały się przez opowieść. No i naturalnie miało się nadzieję, że na koniec światło zwycięży ciemność.
Przed odesłaniem tekstu zmieniłem tytuł z Fotoreporter wojenny na: Czarne i białe. Głównie jako mój prywatny żart, ale również z myślą o Czerwonym i czarnym Stendhala.
Nie otrzymałem ani podziękowania, ani pretensji. Ani nawet podstawowej oceny w skali od zera do dziesięciu. Mój rating na Easyjobs pozostał więc taki sam, wiarygodny+, i godziłem się z myślą, że być może praca nad tą powieścią niewiele zmieniła.
Pięć dni później wpłynęły pieniądze: 43.501 koron.
Easyjobs odjęli swój procent, całkiem nowe „świadczenie na rzecz ekologii” i opłatę administracyjną, która najwyraźniej „została nałożona na wyższe honoraria”.
W kolejnych dniach znów pogrążyłem się w poczuciu pustki. Praca nad powieścią była intensywna, więc gdy ta już wyszła spod moich rąk, dopadło mnie zmęczenie. Przez kilka tygodni nie podejmowałem się większych zadań. Grałem w gry komputerowe i jadłem dania takeaway. Kupiłem dżinsy i dwa nowe T-shirty, których bardzo potrzebowałem, poza tym wreszcie zapłaciłem spiętrzone rachunki. Odhaczyłem też copółroczne odwiedziny u ojca na Jutlandii.
Jak zwykle trudno było nawiązać z nim kontakt. Długo po prostu siedział w milczeniu i patrzył przed siebie, bez końca zagniatając ręce albo obracając na palcu obrączkę. Ale nagle zapora pękła i wylał się potok słów. O geometrii, okręgach, heksagonach i sześcianach. O sztuce inżynieryjnej, architekturze, formułkach odporności materiałów i maksymalnie zrównoważonym budownictwie. O gazobetonie, szkle i stali zbrojeniowej.
Monolog ojca na moment przywołał cudowne świątynie myśli, które pamiętałem z dzieciństwa. Teraz jednak leżały w ruinach. Nawet składnia zdań nie trzymała się kupy. Patrzyłem na nerwowe drgania jego powiek i odrzucanie głowy w górę po co drugim zdaniu, jakby aktor teatru lalkowego pociągał za sznurek przytwierdzony do jego czoła. Gdy po raz trzeci ująłem w dłonie jego niespokojne ręce, mocno przytrzymałem i w końcu złapałem z nim kontakt wzrokowy, zamiast „Mads” powiedział o mnie „Max”.
Słuchanie go sprawiało mi ból. Ból sprawiało nawet patrzenie na niego. Ból sprawiało wycieranie mu ust moim rękawem, gdy za potokiem słów w kącikach pojawiała się piana. Ale słuchając go, wycierając i trzymając za ręce, poczułem też, jak wypełnia mnie inne uczucie, więc zacisnąłem zęby i cofnąłem dłonie. Uczucie to napłynęło wraz z myślą, że siedzący przede mną mężczyzna uciekł w szaleństwo, żeby uniknąć kontaktu z rzeczywistością. Że pozostawił dwoje dzieci sam na sam z rzeczywistością, gdy już nie była idealna. Wkrótce poczucie bycia porzuconym zdominowało obraz i wiedziałem już, że czas wyjść. Gdy wróciłem do domu do Kopenhagi, byłem wykończony i tylko jeszcze bardziej bezwolny oraz obojętny na wszystko.
Kilka tygodni zmieniło się w parę miesięcy. W podróż nie udało mi się wyjechać. Gdy już zacząłem mieć na to ochotę, honorarium za Czarne i białe było niemal skonsumowane.
W końcu października wróciłem do Easyjobs i do korekt przez kilka godzin dziennie, a raczej kilka godzin nocą. Ze względu na brak aktywności mój rating obniżył się do neutralnego. Skończyłem trzydzieści dwa lata i zacząłem się zastanawiać, czy naprawdę tak miało wyglądać moje życie. Czy będzie wyglądało tylko tak i wciąż tak samo.
Pewnej soboty w październiku siedziałem w bibliotece i lekko rozkojarzony przeglądałem papierową gazetę. Nagle podskoczyłem, aż przewróciło się krzesło. Na dziewiątym miejscu listy bestsellerów zobaczyłem powieść zatytułowaną Czarne i białe.
Zdjęcie okładki wielkości paznokcia prezentowało czarno-biały kolaż z aparatem fotograficznym AK-47 i mapą w tle. Nawias informował, że tytuł jest na liście nowy. Autor nazywał się Magnus Aagård-Svendsen. Wybuchnąłem śmiechem i odłożyłem gazetę. A potem śmiech zastąpiły kołatanie serca i gorycz, poczucie, że zostałem wykorzystany.
Wziąłem do ręki telefon, wygooglowałem Czarne i białe i wszedłem na stronę wydawnictwa Syvstjernen. Treści tam było niewiele, a już w ogóle nic o Magnusie Aagårdzie-Svendsenie. Tylko opis powieści, najwyraźniej jedynej książki tego wydawnictwa. Googlowałem nadal. Powieść nie miała żadnych recenzji, tylko dwoje bloggerów przyznało jej sześć gwiazdek na sześć, pewnie w nadziei, że zostaną gdzieś zacytowani, a może dlatego, że im za to zapłacono.
Wracając rowerem do domu, wstąpiłem do jednej z niewielu księgarń w mieście. Na stole leżał cały stos świeżo wydanych książek. Niechętnie zapłaciłem za egzemplarz Czarnego i białego. Tytuł na okładce był całkiem ładnie wydrukowany reliefem, ale sam tekst na kiepskim, intensywnie białym papierze. Światło słoneczne raziło mnie w oczy, gdy siedząc przed Okrągłą Wieżą, kartkowałem książkę. Tekst z grubsza wyglądał na identyczny z tym, który zwróciłem dwa czy trzy miesiące wcześniej.
W kolejnych tygodniach z niedowierzaniem obserwowałem wspinanie się Czarnego i białego na liście bestsellerów. Numer siedem. Numer pięć. A potem prosto na miejsce drugie, zaraz po ostatniej powieści Kena Folletta.
Tego wieczoru usiadłem, żeby za pośrednictwem Easyjobs napisać do klienta. Przeformułowywałem e-mail kilka razy, aż wreszcie udało mi się wyczyścić go z frustracji i małostkowości. Krótkie gratulacje z powodu wielkiego sukcesu i coś o tym, że cieszę się, że moja redakcja się przydała.
Odpowiedzi nie było.
Na co ja liczyłem? Na pieniądze? Uznanie? W każdym razie sprawa pieniędzy mi doskwierała. Jeszcze raz przeczytałem kontrakt. Niestety nie pozostawiał wątpliwości. Nie miałem praw do niczego poza honorarium, a co więcej, jeśli nie chciałem ponosić ryzyka sankcji prawnych i finansowych, powinienem trzymać język za zębami, gdy chodzi o „wszystkie aspekty współpracy”.
Wyliczałem, ile wydawnictwo mogło na tej książce zarobić. Ile by zarobiło, gdyby była na liście bestsellerów jeszcze przez miesiąc. Ile, gdyby została przetłumaczona na inne języki. Ekranizowana. Wyniki obliczeń sprawiły, że niemal zemdlałem. Moje honorarium powinno mieć jeszcze jedno zero!
Codziennie wygooglowywałem Magnusa Aagårda-Svendsena i chodziłem do biblioteki przeglądać gazety. Któregoś dnia pojawiła się recenzja w „Berlingske Tidende”, gdzie określono Magnusa Aagårda-Svendsena jako „skutecznego, muskularnego prozaika zdecydowanie panującego nad rozbudowaną opowieścią, jakiego wielu z nas brakowało w literaturze duńskiej”. Recenzent napisał też, że powieści nie można jednoznacznie zaliczyć do wielkiej sztuki, ale przyznał jej cztery gwiazdki na sześć.
Bezpośrednio pod recenzją widniała duża reklama. Na środku książka, po lewej siedmioramienne logo wydawnictwa, po prawej zdjęcie Aagårda-Svendsena. Ciemnowłosy mężczyzna o ostrych rysach. Opalony, śnieżnobiała koszula, lodowatobłękitne oczy o spojrzeniu skierowanym w nieskończoność. Mógł mieć między czterdzieści a sześćdziesiąt lat.
W drodze do biblioteki podjechałem do Vadestedet, żeby kupić torebkę skunku. Manewrując rowerem przez Christianshavn w godzinie szczytu, przyrzekłem sobie, że zanim skręcę jointa, napiszę nowy e-mail, nie przez Easyjobs, a bezpośrednio do wydawnictwa.
Ale odwaga opuściła mnie, gdy tylko usiadłem przy biurku. Zamiast pisać e-mail, wszedłem na Easyjobs; zawsze to jakiś kompromis. Pora fajrantu była najbardziej hektyczną porą doby, następowała wtedy nieoficjalna zmiana warty; dobrze opłacani pracownicy biur na umowach o pracę chcieli szybko załatwić sobie kilka drobnych zleceń i wracać do domu do rodziny, a potem na okruchy rzucały się hordy pracobiorców bez zatrudnienia. Zlecenia znikały z niebieskiej strony jak bąbelki w strumieniu.
Odechciało mi się śledzić ten galop, zamiast tego pobawiłem się plastikową figurką Dartha Vadera, pokręciłem się trochę po mieszkaniu, ogarniałem bałagan, zamoczyłem kilka talerzy, a potem, rozmyślając o e-mailu do wydawnictwa, wziąłem się za skręcanie jointa. Musiałem zagrać sprytnie, nie rzucać się z żądaniami czy groźbami. Prawo było po ich stronie. Postukałem kilka razy jointem o stół, wygładziłem palcami boki i na końcu uformowałem ustnik. Dżdżownicowa struktura tytoniu pod cienką ścianką bibułki. Forma doskonale stożkowata. Tylko się trochę sztachnę – pomyślałem i usadowiłem się na balkonie.
Słońce już zaszło. W mieszkaniach naprzeciwko przygotowywano kolację. Dym i para nad kuchenkami. Bezgłośny śmiech biegających w kółko dzieci. Zmieniłem pozycję oparcia na najniższą. Leżałem teraz w ukryciu, mógł mnie widzieć tylko wiszący nade mną półksiężyc.
Skunk smakował mi bardziej niż zwykle, kojarzył się ze smakiem czarnej porzeczki. I to ciche skwierczenie. Zapach był mocny, zdawało się, jakby na balkonie wyrosła pinia. Na krótko siłą zawróciłem myśli do komputera i do e-maila, którego powinienem napisać, ale po jeszcze kilku zaciągnięciach się drzewem pinii zobojętniało mi to. Zanurzony w półśnie odpłynąłem w obrazy z wakacji we wczesnym dzieciństwie na południu Europy.
Niebieski Opel naszej rodziny wspinający się na Pireneje, długie wstęgi asfaltu wijące się w górę zbocza. I z powrotem w dół. Kempingi. Ojciec usiłujący wbić w suchą ziemię śledzie namiotu. Mama nucąca przy rozpakowywaniu toreb i przygotowywaniu kolacji. Siostra i ja przynoszący wodę w czerwonej kance. Nadja odkręcająca pokrywkę, żeby mi pokazać, jak można wirować z kanką tak, żeby woda się z niej nie wylewała. „Siła dośrodkowa” – powiedziała. Powtórzyłem to i uznałem, że Nadja jest genialna. Kolacja przy chybotliwym stole turystycznym. Zmywanie hałasujących w misce aluminiowych garnków i plastikowych talerzy.
Odwiedzaliśmy historyczne miasta. Mérida, Kordoba, Sewilla. Chodziłem za rodzicami po kościołach i świątyniach jak lunatyk. Kolumny drgały w upale. Marmur, więcej marmuru. Oślepiająca biel ruin. Ojciec opowiadał, że w starożytności kolumny były żółte, czerwone, we wszystkich możliwych kolorach, ale trudno było w to uwierzyć. Poobijane auta i skutery lawirujące w ruchu ulicznym. Targowiska pełne owoców ułożonych w symetryczne stosy. Karykaturzyści i usadowiony na taborecie spocony turysta. Uliczni sprzedawcy, natrętni, mimo że nauczyłem się mówić no comprendo. Place z tysiącami gołębi; gdy się je przestraszyło, w jednej rozwibrowanej od trzepotu skrzydeł sekundzie wypełniały powietrze. Strome ulice, na których przesiadywali zapatrzeni w dal staruszkowie. Dzieci ścigające się na rowerach. I morze, długie dni na plaży. Morze było ucieczką od miasta. Jaszczurki na ciepłych kafelkach, palmy.
Przeszedł mnie dreszcz. Zorientowałem się, że marznę. Miałem na sobie tylko bluzę z kapturem, a było najwyżej dziesięć stopni. Zdawało się, że wbrew prognozom metameteorologów w tym roku zanosi się na temperatury poniżej zera. Z dzieciństwa pamiętałem pewnego prezentera pogody, tego rudego, który serwował słoneczną prognozę na pięć dób, leżąc w spodenkach kąpielowych nad brzegiem morza. Ciepło było wtedy jeszcze czymś miłym. Kiedy to prognoza pogody stała się poważną częścią wiadomości?
Wszedłem do mieszkania, zjadłem banana i zastanawiałem się, czy nie zadzwonić do siostry. Miałem ochotę powspominać razem z Nadją, choć zwykle nie była na to otwarta. Może nawet zapytałbym ją o radę, na to z reguły miała w sobie więcej gotowości. Albo wręcz pożyczyłbym pieniądze? Czynsz czekał na zapłacenie. Wynajmujący już dwa razy się upominał, a ludzie jak jeszcze nigdy dotąd walczyli o nieliczne mieszkania na wynajem.
Ale potem przypomniałem sobie, że jeszcze nie zwróciłem Nadji ubiegłorocznej pożyczki. Poza tym zrobiło się już trochę późno na dzwonienie. Zamiast tego nastawiłem budzik na drugą i położyłem się na sofie.
O drugiej sześć zalogowałem się na Easyjobs. Przez kilka tygodni nie wziąłem ani jednego zlecenia i mój rating znów wylądował na neutralnym. Na niebie nadal wisiał księżyc. Nie był słońcem cierpiących na bezsenność, jak go kiedyś określił pewien poeta romantyczny, dla pracowników nocnych stanowił zimny odblask życia.
Odświeżałem stronę przez czterdzieści minut. Jedyne małe zlecenie, jakie złapałem, było „technicznym opisem produkcji” i pochodziło od koreańskiej firmy eksportującej produkty do pielęgnacji ciała. Trzy gęsto zapisane strony, rozmiar czcionki siedem. Najwidoczniej wcale nie chodziło o to, żeby kupujący czy ktokolwiek inny to czytał, moja korekta zdawała się niepotrzebna. W tekście wymieniano mnóstwo paragrafów, praw UE, a całość była przetłumaczona z koreańskiego maszynowo i niemal całkowicie niezrozumiała.
Zdanie po zdaniu zgadywałem znaczenia i poprawiałem. Skonstruowałem umiarkowanie sensowny pasaż proklamujący wysokie mikrobiologiczne standardy serii szamponów. Ale miałem coraz więcej wątpliwości co do znaczeń i w środku drugiej strony zobojętniałem, można też powiedzieć: stałem się bardziej kreatywny. Ten maszynowy przekład miał w sobie pewien urok i teraz zamiast usuwać jego osobliwą poezję, wsparłem ją:
Płyny stwarzają żółte szczęście, rozwibrują twój dom. Falowanie i materie są nasze, a nasze włókna należą do wszystkich w młodej Europie! Jeśli wy krwawicie, krwawimy i my! Techniczny mężczyzna, gratulacje, człowieku!
South Soap. Inc.
Pochylony nad miseczką jogurtu pożałowałem swojej kreatywności. A jeśli Koreańczycy odkryją to i dadzą mi najniższą ocenę? A może wręcz doniosą na mnie do Easyjobs? Dlaczego to zrobiłem? Czy byłem jeszcze naćpany po wypaleniu jointa? Odsunąłem od siebie miseczkę z jogurtem i sięgnąłem do komputera.
Na podstronie Easyjobs „Zasady, wytyczne i ratingi” było napisane, że jeśli pojawi się zaledwie jedna ocena zerowa, to „na profil pracobiorcy wstawia się na okres kwarantanny żółtą chorągiewkę oznaczającą niewiarygodność”. „Klient ma zawsze rację” – przeczytałem dalej. Więcej informacji na temat nieczytelnego systemu ratingowego nie było, reszta dotyczyła zasad i wytycznych. Osunąłem się na podłogę. Wygłupiłem się. Czynsz musiał być zapłacony najpóźniej w następnym tygodniu.
Sięgnąłem po telefon i sprawdziłem konto. Najwyraźniej nie całkiem odzwyczaiłem się od kupowania jedzenia na wynos. Za to ostatnia wpłata z Easyjobs widniała daleko niżej, a ostatnim znaczącym dochodem nadal było honorarium za Czarne i białe.
Wyszedłem na balkon, wciągnąłem w płuca chłodne nocne powietrze i odszukałem w popielniczce peta po joincie. Zapaliłem. Nie było wyjścia. Musiałem następnego dnia napisać do wydawnictwa Syvstjernen. Z prawnego punktu widzenia nie należały mi się dodatkowe pieniądze, to było jasne, sam podpisałem takie warunki, ale na planie moralnym czułem się oszukany. Dałem im tak wielki sukces i mimo wszystko także coś od siebie, muszą to przecież rozumieć.
Wyjście było więc logiczne, choć może i nieeleganckie: musiałem prosić o więcej pieniędzy, obudzić litość, a jeśli to będzie konieczne, nawet się upokorzyć. Mimo wszystko mnie wykorzystali, już byłem na kolanach, więc dlaczego całkiem się nie położyć i nie wyciągnąć żebrząco ręki? Zaciągnąłem się głęboko i kilka razy zakaszlałem. Brzmiało to tak, jakby coś się miało oderwać w moim wnętrzu.
I wtedy pojawiła się nowa myśl: czy wydawnictwo Syvstjernen nie potrzebuje dwójki, kontynuacji powieści? Nie pojmowałem, dlaczego przyszło mi to do głowy dopiero teraz. Jak większość dobrych pomysłów ten wydawał się oczywisty w momencie, gdy na niego wpadłem. Faktycznie wydawał się tak oczywisty, że zacząłem się zastanawiać, czy nie zrodził się w mojej podświadomości już wtedy, gdy postanowiłem zmienić zakończenie Czarnego i białego. Thomas J. Peitersen nie wrócił do domu do Niemiec, tylko wsiadł do samolotu lecącego do Kabulu. W powieści nie ma też konsekwencji objawienia na pustyni. Tak, rozwój Peitersena jako postaci był w sposób oczywisty niedokończony. W przedostatnim rozdziale pojawił się też dziwny telefon, którego czytelnikowi nie wyjaśniono. Jeszcze nie!
Myśli pączkowały, gdy tylko oczami wyobraźni zobaczyłem Thomasa J. Peitersena w samolocie lecącym do Kabulu. Od razu miałem dwa, trzy pomysły na rozwój akcji po wylądowaniu. Widziałem zniszczone, zakurzone ulice Kabulu. Wybuch. Pogoń samochodową. Widziałem pustynie i krajobrazy górskie. Afgańskich chłopów w szarozielonych kitlach. Krąg ludzi pijących herbatę i zajętych sprzedawaniem jakichś towarów. Thomasa J. Peitersena z przystawionym do skroni pistoletem.
W gruncie rzeczy nie potrzebowałem od wydawnictwa ani od Magnusa Aagårda-Svendsena żadnego wyjściowego tekstu. To oni potrzebowali mnie.
GDY OBUDZIŁEM SIĘ NAZAJUTRZ
