Serce lasu - Żurek Patrycja - ebook + książka

Serce lasu ebook

Żurek Patrycja

4,3

Opis

Niezwykła opowieść o przeznaczeniu, przed którym nie ma ucieczki i o miłości, która uzdrawia najgłębsze rany

Iwo rok temu stracił w wypadku narzeczoną i nie może poradzić sobie z jej śmiercią. Mężczyzna popada w depresję i zaniedbuje pracę w rodzinnym biznesie. Rodzice zmuszają go do wyjazdu na leczenie do Rymanowa. Choć Iwo bardzo chce przestać cierpieć, nie do końca wierzy w powodzenie terapii. Pewnego dnia na jego drodze staje Libusza – niezwykła kobieta, o której wszyscy wokół mówią, że jest czarodziejką i ma dar, pozwalający jej na kontaktowanie się ze zmarłymi. Libusza jest przekonana, że ich spotkanie nie jest przypadkowe i że jej przeznaczeniem jest mu pomóc. Iwo bardzo sceptycznie podchodzi do wszystkiego, o czym mówi kobieta i nie wierzy w jej nadnaturalne zdolności. Przyciąga go do niej jednak jakaś dziwna siła, której nie może się oprzeć…
Czy Iwo pozwoli sobie pomóc?
Jaką jeszcze rolę odegra w życiu Libuszy?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 219

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (12 ocen)
6
4
1
1
0
Sortuj według:
krematoriummilosci

Nie oderwiesz się od lektury

niezwykła opowieść o magii, miłości, przemianach. lekka i przyjemna lektura od której trudno się oderwac
00
Kathy_W

Nie oderwiesz się od lektury

Tym razem Patrycja Żurek zabiera nas do uzdrowiskowego Rymanowa. Niespiesznie płynący czas, pewna odczuwalna leniwość uzdrowiska i garść konkretnych opisów wprowadzają czytelnika w atmosferę tego miejsca. Z ciekawości wyszukałam w Internecie zdjęcia z tej miejscowości, dając pożywkę wyobraźni. Pierwiastek magiczny natomiast dodaje specyficznego smaczku tej opowieści. Mnóstwo tu zapachów i smaków, czerpiących wprost z natury. Sam dom Libuszy jest miejscem niezwykle przyjaznym, pełnym dobrej energii. „Serce lasu” to przede wszystkim powieść o ludziach, ich problemach, traumach i emocjach. To także (a może właśnie głównie) historia o miłości, przeznaczeniu i rodzinie. Tym razem dostajemy również coś więcej. Coś, czego we wcześniejszych powieściach nie było (a przynajmniej nie w tych, które czytałam): element zjawisk nadprzyrodzonych. I właśnie ta mieszanka tak bardzo mnie zafascynowała. * Iwo przyjechał do Rymanowa leczyć duszę, ale niespecjalnie wierzy w powodzenie terapii. Pewnego...
00
2323aga

Z braku laku…

Cóż... Spodziewałam się czegoś innego. Brakuje mi rozwinięcia tematu związanego z "darem" Libuszy. A Iwo jest jakiś dziwny - niby decyduje, że chce być z Libuszą, ale... Nie napiszę więcej żeby nie zdradzić fabuły...
00
Maadziuulekx3

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna, wyjątkowa ❤️
00
karolka1609

Dobrze spędzony czas

Przyjemna. W sam raz na takie wiosenno-wakacyjne czytanie.
00

Popularność




Redakcja: Justyna Tomas

Korekta: Katarzyna Barcik

Skład: Jarosław Hess

Konwersja do ePub i mobi: mBOOKS. marcin siwiec

Projekt okładki: Anna Slotorsz

Zdjęcia na okładce: Shutterstock © kudla, © Vitalii Hulai, © Good Shop Background, © Timothy Sostre, © milart

Redaktor prowadzący: Katarzyna Bury

Wydanie I

© Copyright by Wydawnictwo Dragon Sp. z o.o.

Bielsko-Biała 2022

Niniejsza powieść jest fikcją literacką. Odniesienia do realnych osób, wydarzeń i miejsc są zabiegiem czysto literackim. Pozostali bohaterowie, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki i jakakolwiek zbieżność z rzeczywistymi wydarzeniami, miejscami lub osobami, żyjącymi bądź zmarłymi, jest całkowicie przypadkowa.

Wydawnictwo Dragon Sp. z o.o.

ul. 11 Listopada 60-62

43-300 Bielsko-Biała

www.wydawnictwo-dragon.pl

ISBN 978-83-8172-959-8

Wyłączny dystrybutor:

TROY-DYSTRYBUCJA Sp. z o.o.

ul. Mazowiecka 11/49

00-052 Warszawa

tel. 795 159 275

Oddział

ul. Legionowa 2

01-343 Warszawa

Zapraszamy na zakupy: www.fabulo.com.pl

Znajdź nas na Facebooku: www.facebook.com/wydawnictwodragon

Dla cioci Asi i wujka Mariana.

Za wsparcie.

Za miłość.

Kocham Was!

1

–Pomocy – wyszeptał Iwo w ciemność.

Zaklął pod nosem, nie mieściło mu się w głowie, że może gadać do nieba, w dodatku na głos. Nie mógł spać, całą noc rzucał się na łóżku, koszmary nie pozwalały odpocząć, a rwący ból nogi nie odpuszczał. Sierpniowa noc, ciepła i duszna, nie ułatwiała zadania i leżenie w zmiętej pościeli nie miało sensu, dlatego Iwo wyszedł na balkon. Ile by dał, żeby mieć zdolność cofania czasu! Nie sądził, że cokolwiek w życiu jest go w stanie złamać. Jego! Człowieka z pasją, ambitnego, dążącego do celu, wywodzącego się z dobrej rodziny i przez całe życie odczuwającego okazywane mu wsparcie.

Jeden błąd. Nieprawidłowa ocena sytuacji. Źle wzięty zakręt. Wściekłość. Nie dostosował prędkości do warunków panujących na drodze, ale wzburzenie aż rozsadzało mu żyły, motocykl śmigał po mokrej jezdni, adrenalina szalała i miał ochotę jeszcze przyspieszyć. Eliza mocno zacisnęła dłonie na jego pasie, jednak nawet dotyk narzeczonej nie mógł go ostudzić, a wręcz jeszcze bardziej go rozjuszał. Nie w chwili, gdy brat miał przejąć firmę, którą on budował z ojcem od podstaw. Nie sądził, że powrót Bastiana tak mocno nim wstrząśnie, że zazdrość okaże się paląca.

Jeden moment, sekunda zaledwie.

Ile by dał, by cofnąć czas.

Spojrzał na dół, okna hotelowego pokoju wychodziły na park, dostrzegał słabe zarysy ławek. Mógłby skoczyć, gdyby to było w jego stylu, gdyby uważał, że samobójstwo cokolwiek zmieni, i gdyby miał tyle odwagi, ale zawsze postrzegał to wyjście jako tchórzostwo. Powinien przyjąć konsekwencje na klatę, uporać się z wyrzutami sumienia, z życiem walącym się niczym nieudolnie postawiony domek z kart, który często budował jako dzieciak z ojcem właśnie.

To on umieścił go w tym miejscu, dał mu cholerne ultimatum – miał zebrać się do kupy, zanim wróci do firmy, jeśli w ogóle.

– Proszę, pomóż mi – wyszeptał i mocniej ścisnął barierkę balkonu, jednak nie miał pojęcia, czy ktokolwiek słyszał.

Szczerze – wątpił w to, przecież nawet nie wiedział, kogo prosi o pomoc.

2

Kiedy tego ranka Libusza otworzyła oczy, wiedziała, że coś się wydarzy. Uczucie to nie przypominało przepowiedni, stanowiło raczej mgliste przeczucie, osiadające na skórze przyjemną gęsią skórką. Powiedziała do siebie „dzień dobry” i podziękowała w myślach za spokojną noc. Przeciągnęła się, wyspana i zrelaksowana, gotowa na nowy dzień. Dzisiaj miała dyżur w pracy, wyskoczyła więc z łóżka pełna energii, zaparzyła zieloną herbatę, która dodatkowo pobudziła ją do działania, i wskoczyła pod prysznic. Zimna woda całkowicie spłukała z niej resztki snu, nie zdołała jednak przepędzić uczucia, że czeka ją coś ważnego.

Przełom.

Libusza poszukała myślami Bernadette, swojej Przewodniczki Duchowej, ale nie poczuła jej kojącej obecności. Cóż, nawet ktoś taki jak przyjazny duch ma swoje sprawy i nie zawsze może być obok. Libusza włożyła wygodny strój, związała włosy na czubku głowy, by nie przeszkadzały podczas pracy, wypiła herbatę w kuchni i wyszła na zewnątrz.

Dzień jeszcze się nie rozbudził, poranek dopiero co zaróżowił niebo, wiatr hulał między drzewami, kwiaty chwiały się na delikatnych łodygach, ptaki ćwierkały nieco leniwie. Libusza odetchnęła głęboko, przeszła na bosaka do ogrodu i nieco dalej, gdzie w cieniu murowanego ogrodzenia na tle otoczenia wyróżniały się dwa wzgórki. Groby babki Ligii oraz prababki Blanki. Libusza do tej pory nie wiedziała, jak udało im się załatwić pochówek na niepoświęconej ziemi ani czy Kościół w ogóle wyraził na to zgodę. Dowie się w swoim czasie, gdy jej życie będzie się chylić ku końcowi. Odmówiła krótką modlitwę, porozmawiała z przodkiniami i ukłoniła się głęboko. Lubiła tę codzienną rutynę, gdy dokładnie wiedziała, co kiedy nastąpi, ale jeszcze bardziej kochała niewiadomą, która znajdowała się za każdym zakrętem.

Do pracy pojechała rowerem w seledynowym kolorze, z białym koszykiem z przodu, do którego włożyła narzędzia. Przywitała się z innymi pracownikami, zabrała sadzonki i poszła w kierunku jednego z klombów. Ceniła sobie samotną pracę, grzebanie w ziemi, jak nazywał tę robotę jej brat, kontemplację, zapach gleby i słońce prażące ramiona. Doceniała każdy łyk zimnej wody, przerwę na kanapkę, podczas której rozmawiała ze współpracownikami, czasami dała się skusić na oranżadę albo lody, wiatr owiewający spocony kark. Skupiała się na zadaniu, mimo że gdzieś w podświadomości ciągle czekała na znak. Miała pewność, że Bernadette kręci głową z dezaprobatą, ale tego dnia jeszcze nie doświadczyła jej obecności.

Rabatka wyglądała zadowalająco – kwiaty utworzyły barwną mozaikę, która cieszyła oczy nie tylko ogrodniczki. Libusza dostrzegała, że przechodzący obok ludzie uśmiechają się na widok klombu, co dawało jej satysfakcję. Dzień zapowiadał się pięknie, ciepły wiatr pieścił włosy i tylko krzyki jakiegoś człowieka burzyły nastrój relaksu i satysfakcji po skończonej pracy. Kiedy zdejmowała rękawice i pakowała narzędzia do koszyka, przysłuchiwała się wrzaskom mężczyzny. Odczuwane od rana mrowienie skóry jeszcze się wzmogło, przez co Libusza przyjrzała się nieznajomemu, ciskającemu gromy do słuchawki.

– Mam to gdzieś – prychał jak rozjuszone zwierzę. – Dobra, rzucam to w cholerę, w końcu tego ode mnie oczekujecie! Tak? No to świetnie, może według ciebie powinienem zrezygnować też z tej roboty? Owszem, skoro tego sobie życzysz!

Rozłączył się i prawie rzucił telefonem o ziemię, powstrzymał się w ostatniej chwili, rozejrzał i napotkał zaciekawione spojrzenie kobiety. Nie odwrócił głowy, dlatego postanowiła się odezwać.

– Ciężki dzień, co? – zagadnęła.

– A ciebie co to obchodzi? – odparł nieprzyjemnie lodowatym tonem.

Aż się wzdrygnęła.

– Spokojnie. – Uniosła dłonie. – Chciałam po prostu być miła. Ludzka życzliwość. Wiesz, co to w ogóle jest?

Uśmiechnął się krzywo i dopiero wtedy zauważyła siniaki na jego twarzy i szyi. Zmierzyła wzrokiem wysoką sylwetkę, półdługie blond włosy i kilkudniowy zarost, popatrzyła w ciemne oczy. Zakręciło jej się w głowie, pojawił się w niej niepokój kłujący skórę niczym drobinki mrozu.

– Przepraszam.

– Jasne – odparła. – Nieźle cię poturbowało. – Wskazała na twarz mężczyzny. – To z tego powodu tu jesteś?

– Rymanów zawsze dobry dla rekonwalescentów, co jest dla mnie kompletnie bez sensu. Mam leczyć w tym mikroklimacie złamania, depresję i galopujące suchoty – prychnął z wściekłością, a jego oczy pociemniały.

– Chorujesz na gruźlicę? – Mimowolnie odsunęła się o krok, na co kącik jego ust uniósł się nieznacznie.

– Nie, ale pomyślałem, że tak będzie bardziej dramatycznie. Myślisz, że zwierzyłbym się obcej kobiecie? – Tym razem to on objął ją wzrokiem.

Dowcipniś, pomyślała kwaśno.

– Libusza. – Wyciągnęła dłoń, którą uścisnął mocno, aż do bólu.

Nie skrzywiła się, tylko oddała uścisk. Nie miała zamiaru dać mężczyźnie satysfakcji.

– Iwo. Ciekawe masz imię – zauważył.

Jego gniew opadł, ramiona nieco się rozluźniły, choć oczy nadal miał zmrużone.

– Ty również, choć pewnie nawet nie wiesz, co oznacza. – Uśmiechnęła się i poprawiła kosmyk włosów, który opadł na oczy.

– Znasz się na tym?

– Owszem. Drzewo cisowe albo łuk z takiego drewna. Albo wierzba. W każdym razie ładne znaczenie – ­wyjaśniła.

Przez chwilę przypatrywał się jej z zagadkową miną, wyraźnie rozluźniony. Po złości nie pozostał nawet ślad, co zaobserwowała z satysfakcją. Rozmowa działała cuda, jak zawsze, i Libusza poczuła się lepiej, niepokój zniknął, zastąpiło go zafascynowanie nieznajomym.

– A twoje?

– Przemiła. – Zaśmiała się krótko i poklepała skręcony na czubku głowy kok. – Podobająca się…

– To rzeczywiście trafione. – Puścił do niej oko. – To… dzięki. Muszę lecieć.

– Wysłać wypowiedzenie – powiedziała. – Rozumiem.

– To naprawdę nie twoja sprawa. – Znów się najeżył, spiął ramiona.

– Wybacz, za mocno wchodzę w interakcję z ludźmi, odczytuję ich emocje, dlatego zagadałam. Wiem, że coś cię gnębi, emanujesz taką energią… Czasami warto pogadać. – Wzruszyła ramionami. – No, ale pewnie masz od tego przyjaciół, rodzinę, a nie obcą babę narzucającą się w uzdrowisku.

Przekrzywił głowę, jakby zastanawiał się nad jej słowami. Czekała, przyzwyczajona do nieufności, spotykała się z tym zbyt często, by się przejmować. Chciała przytulić tego człowieka, ukoić jego ból, co mogło jak zwykle przynieść jej kłopoty. Powinna odejść, zająć się swoimi sprawami, ale trwała nieruchomo. Przeczucia nie kłamały, już nieraz się o tym przekonała, dlatego nie potrafiła odejść.

– Jaaasne – powiedział. – Zapamiętam.

– Jestem lokalną, hm, wiedźmą, mieszkam w lesie. – Wskazała kierunek. – Zapytasz miejscowych, znajdziesz mnie.

Zabrała koszyk, pomachała nieznajomemu i odeszła. Czuła, że jeszcze go spotka. Chciało jej się śmiać na widok jego miny, gdy wspomniała o swojej profesji. Cóż, może nieco podkoloryzowała, ale czego się nie robi, by komuś zaimponować?

3

Iwo długo patrzył za kobietą ogrodniczką, która miała imię jak nie z tego świata i wydawała się inna niż wszyscy ludzie razem wzięci, których znał w całym swoim życiu. Wzruszył ramionami, bo przez głowę przemknęła mu myśl, że jest nawiedzona. W każdym razie na pewno nie mogła mu pomóc, Bastian już go skreślił, a ojciec, ostatnio nieco zmęczony, po rozległym zawale, nie myślał racjonalnie. Choroba zaćmiła mu umysł. Matka nie wtrącała się w sprawy mężczyzn, opiekowała się mężem i cieszyła z powrotu starszego syna. Iwo nie mógł konkurować z tą miłością i wcale nie miał zamiaru, przecież wiedział, że rodzice go kochają. Problem w tym, że podobnym uczuciem darzyli nieco roztrzepanego, wiecznie żądnego przygód Bastiana.

Usiadł na ławce i obserwował rzekę Tabor płynącą poniżej. Zmęczenie po nieprzespanej nocy dało o sobie znać, powieki mu ciążyły, ciało miał obolałe i ciężkie, jakby nagle ważył kilka ton. Chciał się zdrzemnąć, jednak nie pozwoliłby sobie na to w miejscu publicznym, nawet w uzdrowisku, gdzie, jak zdążył już zauważyć, panowały nieco inne zasady. Dlatego też nie zdziwił się, kiedy jakiś miejscowy z psem na smyczy przysiadł się do niego i rozpoczął rozmowę.

– Pogoda jak marzenie, panie – powiedział i sapnął, wyciągnął z kieszeni chustkę materiałową złożoną na cztery, w kratę, i przetarł czoło. Tylko za uszami i tuż nad karkiem mężczyźnie zostało nieco kręconych siwych włosów. Łysa czaszka lśniła w słońcu. – Dawno sierpień nie jawił się tak pogodnie, często wypala do cna, panie, do gołej ziemi.

– Zgadza się, tak bywa – burknął dość nieprzyjemnie, ale nieznajomy nie zwrócił uwagi na jego ton.

Iwo czuł się niepewnie, nie potrafił rozmawiać o niczym, drażniły go wzmianki o pogodzie, zawsze jako wstęp do głębszych dyskusji, których nie miał ochoty prowadzić. Chciał wstać i odejść, ale staruszek znów się odezwał:

– Tutaj świat wygląda inaczej, panie, życie płynie w inny sposób. Taki mamy klimat, podgórski, panie, aerozoli tu pełno: jodu, olejków eterycznych i soli, mamy też dużą wilgotność. Solanki jodowe leczą górne drogi oddechowe, panie, mamy tu sporo gości ze Śląska, pan też chyba, nie? – Iwo skinął na potwierdzenie głową. – No właśnie, można poznać po gadce, wasza jest specyficzna – ciągnął mężczyzna. – Powietrze tu czyste, a w chłodniejszych porach roku wieją tu wiatry fenowe zwane też rymanowskimi.

– Fenowe, powiada pan – rzekł Iwo uprzejmie, chociaż mimo wszystko wykład staruszka go zainteresował.

Iwo lubił się uczyć nowych rzeczy.

– Znaczy się ciepły i suchy, wiejący z gór w doliny. Coś jak halny w Tatrach. Ale u nas lepszy, zapewniam. – Staruszek puścił do Iwa oko. – Pracowałem kiedyś w uzdrowisku, wiem o tych klimatach, panie, wiele. Brakuje mi rozmów z turystami, więc się dosiadam do obcych i tak gawędzę, żeby zabić nudę. Jednak praca to sens człowieczeństwa, wie pan?

– Się wie. – Uśmiechnął się w odpowiedzi.

Polubił tego mężczyznę, chyba samotnego, skoro dosiadł się do obcego. Wpadł mu do głowy pomysł i zanim zdążył go przetrawić, zastanowić się, zapytał:

– Zna pan Libuszę?

– Ogrodniczkę i czarodziejkę? – zapytał staruszek i pogłaskał domagającego się czułości psa o siwym już pysku. – Pewnie, kto tu nie zna, panie, naszej zielarki. One tu z dziada pradziada mieszkają, a raczej z babki prababki, znane są i lubiane.

– Wierzy pan w te wszystkie gusła? – prychnął rozbawiony Iwo.

– Panie. – Mężczyzna chwycił go mocno za dłoń, zacisnął palce i spojrzał mu w oczy, poważny nad wyraz, aż Iwo poczuł się nieswojo. – Panie, światem rządzą siły większe, niż się panu wydaje, a nasza Libusza to ma nawet wgląd na Drugą Stronę, ze zmarłymi gada, wiadomości przekazuje.

– Jednym słowem, ciągnie od was kasę za bajeczki – obruszył się Iwo.

Nie cierpiał takich przesądów, zabobonów, ciemnoty, głupoty ludzi ogarniętych żałobą albo żalem. Pokręcił głową, jego też pewnie próbowałaby namówić na jakiś seans, wróżenie z kart albo inne badziewia. Staruszek puścił jego dłoń, wstał ze stęknięciem i pociągnął smycz.

– Pan niedowiarkiem jest, ale i tak ją odwiedzi – powiedział. – Niech się pan sam przekona.

Iwo pożegnał mężczyznę i nadal siedział bez ruchu. Chciało mu się spać, z głodu zaburczało mu w brzuchu, ale nie miał ochoty się ruszać, rozleniwiony słońcem i zamyślony nad tym, co powiedział jego rozmówca. W sumie w życiu lubił przekorę, chociaż w granicach rozsądku. Miło byłoby udowodnić tej dziewczynce, że jej bajeczki są o kant tyłka potłuc. Może to pobudziłoby Iwa do działania, do wyrwania się z tej dziury, powrotu do normalności. Już zaczynał wariować bez zajęcia.

Dopiero kiedy wstał, uświadomił sobie, że nie zapytał staruszka o to, gdzie mieszka ta lokalna czarodziejka.

4

Wróciła do chatki, którą uwielbiała. Po całym dniu na słońcu z przyjemnością usiadła w cieniu, napiła się mrożonej herbaty z miętą z przydomowego ogródka, wciągnęła w płuca zapach kwiatów i przysłuchiwała się trelom ptaków, które rozprawiały wśród koron drzew. Słońce przebijało się przez liście i czasami raziło w oczy, ale Libusza czerpała z tego przyjemność. Czuła się usatysfakcjonowana.

Kwiatek, czarny kot, wskoczył jej na kolana i z mruczeniem ułożył się w rogalik. Pogłaskała rozgrzane futro, przymknęła oczy.

– Co ciekawego dziś porabiałeś? – zapytała zwierzaka, a ten miauknął w odpowiedzi.

– A więc rozmawiasz też ze zwierzętami? – Usłyszała głos i uniosła powieki, by zerknąć na przybyłego.

– Iwo. – Wstała, odstawiła szklankę na stolik i podeszła do mężczyzny, powstrzymała jednak chęć, by go dotknąć. – Nie sądziłam, że zobaczę cię jeszcze tego samego dnia. Napijesz się herbaty?

– Chętnie.

– Siadaj, zaraz wrócę.

Poszła do kuchni i przygotowała szklankę mrożonego napoju, dorzuciła miętę i kilka pokrojonych truskawek, by wzmocnić smak. Cieszyła się, że tego dnia wybrała melisę, przeczuwała, że się przyda. Wyszła z domu i przez chwilę obserwowała mężczyznę, który siedział na huśtawce i kołysał się delikatnie mimo skrzypienia.

– Powinnam już dawno ją naoliwić – zauważyła i podała mu herbatę. – Zawsze zapominam.

– Mógłbym to zrobić – zaproponował.

Libusza uśmiechnęła się, pokręciła głową.

– Mieszkam sama od tak dawna, że potrafię sobie poradzić z oliwieniem sprężyn, zapewniam. Co cię sprowadza?

– Wypytałem nieco o ciebie – przyznał.

Libusza mogłaby przysiąc, że się przy tym lekko zaczerwienił, a może to tylko światło gasnącego słońca rzuciło na jego policzki taki cień?

– Co ciekawego ci powiedzieli? – Usiadła, kot znów zajął miejsce na jej kolanach, ale nie zasnął, tylko patrzył złotymi oczami na przybysza.

– Dużo interesujących faktów. Podobno gadasz z duchami, masz dostęp do… – Zawahał się krótko. – Drugiej Strony? Tak to nazwali. Jesteś wróżbitką? Czarodziejką? Maginką? – Zaśmiał się nieco szyderczo, ale Libusza siedziała nieruchomo.

Przyzwyczaiła się do oszczerstw, prychania, a nawet wyzwisk, nie sądziła jednak, że nowo poznany człowiek okaże się tak okrutny. Zastanawiała się, czy to wynika z niewiedzy, ze strachu, czy może czegoś jeszcze innego.

– Czyli przyszedłeś się nieco powyśmiewać z czegoś, czego nie rozumiesz? – Uniosła brew. – Doprawdy ­urocze.

– Nie, nie – zaprzeczył, ale w jego głosie nadal słyszała sceptycyzm. – Po prostu to interesujące, że w dwudziestym pierwszym wieku ludzie wierzą w takie rzeczy.

– Czyli jesteś twardo stąpającym po ziemi człowiekiem, który musi mieć wszystko naukowo udowodnione?

– Wierzę w to, co widzę.

– A widzisz prąd? Albo wiatr? – skontrowała.

Nie odpowiedział, napił się herbaty, by ukryć zmieszanie, i ze zdziwieniem spojrzał na szklankę.

– Całkiem dobra – skomplementował.

Libusza udawała, że nie zauważa, jak nieumiejętnie zmienił temat. Wyczuwała w nim wahanie, potrzebował kogoś bliskiego, ale nie mógł się otworzyć przed pierwszą lepszą osobą. Podejrzewała, że nie posiadał nikogo, skoro przyjął zaoferowaną mu pomoc, zastanawiała się jednak, czy zrobił to z ciekawości, czy desperacji. Siedzieli przez chwilę w milczeniu, słońce zabarwiło niebo na mocny pomarańcz, ptaki rozświergotały się jeszcze mocniej. Ona dostrzegała magię tego wieczoru, on zdawał się jej nie zauważać.

– To bez sensu – powiedział, dopił herbatę i wstał. – Nie powinienem zawracać ci głowy.

– Jeśli masz jakieś pytania, śmiało – zaproponowała.

Cieszyła się, że zapada zmrok, wtedy łatwiej się otworzyć, ale Iwo tylko pokręcił głową i bez pożegnania odszedł w stronę miasta. Przez chwilę słyszała jego kroki na ścieżce, ale wkrótce umilkły.

– Masz rację, Bernadette, też to wyczuwam – powiedziała w przestrzeń. Kot, który zasnął na jej kolanach, poruszył się niespokojnie we śnie. – Ale wierzę, że będziemy w stanie mu pomóc.

Kiedy na niebie pojawiły się gwiazdy, a wieczorny chłód stał się uprzykrzający, Libusza wróciła do domu. Przygotowała kolację, nakarmiła kota i nalała mu świeżej wody, podlała kwiaty, o których zapomniała rano, wzięła prysznic i położyła się do łóżka. Długo wsłuchiwała się w nocne odgłosy, uwielbiała las, jego szum, pohukiwania sowy, trzask gałęzi pod łapami zwierząt – w ten sposób napełniała się energią na następny dzień. Czuła podekscytowanie, które umiejscowiło się w okolicach splotu słonecznego i lekko uciskało.

– Iwo – wyszeptała w ciemność. – Jak mogę ci pomóc?